Wrota - Milena Wójtowicz

Reflow text when sidebars are open.
Czesanie włosów było jedną z niewielu czynności, które dziewczyna wykonywała samodzielnie. Wyuczenie jej tych kilku prostych ruchów zajęło piastunce ponad rok. Jej podopieczna nie była zbyt pojętna.
Królewna oczywiście miała imię, chociaż mało kto pamiętał jakie. Nawet piastunka używała go nieczęsto, dziewczyna bowiem nie reagowała na nic. Ani na swoje imię, ani na pełne czułości przezwiska. Ani na burze, raz po raz przewalające się nad Twierdzą, ani na błyskawice, które we wszystkich jej mieszkańcach nieustannie budziły lęk. Pozwalała się ubierać, myć, a nawet przestawiać, niczym kukła, i nietrudno było stwierdzić, że żadna z otaczających ją twarzy nie wydaje jej się bardziej znajoma od pozostałych.
Mimo to niania rozmawiała z nią, wydawała polecenia i zachowywała się, jakby wychowanica była całkiem normalnym, choć małym dzieckiem. Poza nią nikt, nawet sam Pan Twierdzy, nie okazywał zainteresowania, było nie było, dziedziczką korony. Być może skłoniłoby to piastunkę do lekceważenia swoich obowiązków, ale pokochała dziecko jak własne i gotowa była skoczyć za nim w ogień.
Tego dnia opiekunka, z poczuciem słusznej dumy, obserwowała, jak jej kruszyna samodzielnie czesze włosy. Grzebień przesuwał się raz po raz tym samym jednostajnym ruchem, a niania powoli pogrążała się w coraz to bardziej błogim spokoju. Przerwało jej go zamieszanie, które nagle wybuchło w Twierdzy. Przez okno słychać było płacze, lamenty, ale i okrzyki pełne ulgi dziękczynienia. Coś takiego nie zdarzało się często. W zasadzie piastunka nie pamiętała, aby kiedykolwiek nastał w Twierdzy taki harmider. Ludzie woleli milczeć, bojąc się, że mogą ściągnąć na siebie gniew Pana, który zawsze oznaczał czyjąś śmierć.
Niania najpierw wyjrzała za okno, potem uchyliła drzwi, aż w końcu, pełna wahań, czy dobrze czyni, zostawiając swoją podopieczną samą, opuściła komnatę i wąskimi korytarzami pobiegła na mniejszy dziedziniec, między zaaferowanych ludzi, dowiedzieć się, o co chodzi. Nietrudno jej było uzyskać odpowiedź. Wszyscy powtarzali tę samą wieść, jedni pełni lęku, inni ulgi: Pan Twierdzy zginął, zasztyletowany przez własną Radę. Jego szaleństwo sięgnęło takich rozmiarów, że nawet sami doradcy, równie okrutni i bezwzględni jak ich władca, nie mogli go dłużej znieść.
Piastunka nie podzielała ulgi większości sług. Dla niej śmierć Pana Twierdzy oznaczała jedno: zagrożenie dla jego córki. Teraz, kiedy nie było króla, Rada z pewnością zechce pozbyć się też ostatniej dziedziczki tronu. Zabicie królewny było o wiele prostszym rozwiązaniem niż trzymanie jej w zamknięciu. A w Twierdzy zawsze preferowano proste rozwiązania.
Jak najszybciej do komnaty królewny.
- Szybko, kruszynko, musimy uciekać, bo lada chwila przyjdą i do ciebie. - Drżącymi dłońmi pośpiesznie chwyciła okrycia i niewielką szkatułkę ze złotem.
- Powinni - zgodziła się dziewczyna. Odłożyła grzebień i zaczęła zaplatać mocne brązowe włosy w gruby warkocz. - Powinni przynieść mi koronę. Teraz ja jestem Pierwszą Rady.
I rzeczywiście przyszli się przekonać, czy to prawda, czy można zabić Strażnika, nie tknąwszy przy tym Wrót.
Wchodzili jeden po drugim, niepewnie, spoglądając po sobie nawzajem, zdawali się szukać wskazówek, co dalej robić. A ich nowa Pani spokojnie zaplatała włosy, patrząc w lustro, jakby była nieświadoma obecności poddanych. Jakby nie zauważyła odbijających się w tafli lustra twarzy i niewypowiedzianego pytania, które malowało się na każdej z nich.
A oni wciąż pełni byli wątpliwości, bo choć dziedziczka tronu Twierdzy zdawała się wciąż pozostawać w bezrozumnym uśpieniu, to jej piastunka siedziała skulona w kącie, wyraźnie bez sił, a nawet i woli, by ustać na nogach. Nieprzytomne spojrzenie zawiesiła na plecach swej wychowanki i nieustannie poruszała ustami, choć nie wydobywał się z nich nawet najcichszy dźwięk.
Członkowie Rady na wszelki wypadek odsuwali się od starej, najwyraźniej oszalałej kobiety i, właściwie trochę przypadkiem, gromadzili się wokół nowej Pierwszej. Obserwowali ją w milczeniu, jednak żaden nie miał odwagi się odezwać, sprawdzić, czy naprawdę mają do czynienia już nie z pustym naczyniem, a z myślącym człowiekiem. Czy legendarna moc Władców Twierdzy zbudziła królewnę do prawdziwego życia. Stali tak w milczeniu i bezruchu, póki do komnaty nie dotarł Dawasz, Drugi Rady. Na jego widok dziewczyna związała warkocz i odwróciła się od lustra.
- Moja korona? - Wyciągnęła dłoń w kierunku Drugiego, rozwiewając tym samym wszelkie wątpliwości w kwestii własnego stanu. W jej głosie dźwięczały spokój i zdecydowanie, a mina świadczyła o tym, że nie widzi innego powodu dla tego mało dyplomatycznego najścia, jak tylko konieczność wręczenia jej symbolu władzy.
Dawasz, zaciskając usta, podał jej złotą obręcz.
- Nie! - Piąty Rady wyrwał mu koronę. - Dość tyranii Wrót! Nie będzie kolejnego Strażnika! - Uniósł dłoń ze sztyletem.
A nad Twierdzą zaczęły bić pioruny.
Mniej więcej trzy lata później.
Nad Twierdzą szalała burza. Pioruny biły z godną podziwu regularnością i precyzją. Wszystkie trafiały w ponurą budowlę niezgrabnie uczepioną skały, górującą niczym szkaradna korona nad równie szkaradną okolicą. Przygnębiająco łysa góra, która stała się opoką dla czarnego zamczyska, wyglądała niczym monstrualny popękany kieł, mocno przy tym przeżarty próchnicą. U jej stóp rozciągały się oparzeliska i puszcza, którą w najlepszym przypadku można było nazwać ponurą. A określenie "mroczna" stanowiło wręcz komplement. Wszystko wokół zdawało się istnieć jedynie tylko po to, żeby dać oprawę właściwą dla siedliszcza wszelkiego zła, jakim niewątpliwie musiała być posępna i złowroga forteca.
Właśnie w owo zło najwyraźniej celowały pioruny, traktując Twierdzę jak jedną wielką tarczę. Wzniecały pożary, niszczyły dachy. Wyglądało to, jakby sama natura robiła, co mogła, żeby pozbyć się mrocznej siedziby i jej mieszkańców. Nie było to zresztą zbytnim zaskoczeniem. Sam widok owego osiągnięcia architektury i w najłagodniejszych mógł obudzić instynkt niszczenia.
Mury Twierdzy wykonano z oślizłego, szarawego kamienia, który wyglądał jak zastygła, wiekowa pleśń. Niczym wyjątkowo ohydne wszy obsiadły je obficie posągi przedstawiające wyjątkowo brzydkie gargulce. Za murami nie było lepiej. Okna budowli były niewielkie i każde innego kształtu, pozakrywane lekko wypaczonymi okiennicami. Ten, który je zaprojektował, musiał być głęboko przekonany, że nadmiar światła psuje wzrok. Albo też przyświecało mu założenie, że im ciemniej, tym weselej, bowiem w całej fortecy nie sposób było znaleźć nawet jednego jasnego pomieszczenia. Tonące w wiecznym półmroku korytarze układały się w labirynty, w których ciasne i zupełnie pozbawione światła zaułki mieszały się z pysznymi, choć przygnębiająco ciemnymi i wilgotnymi salami. Te ostatnie do tego zdobione były freskami wykonanymi niewątpliwie przez malarza-szaleńca. I w tym przypadku należało się raczej cieszyć, że promienie słońca rzadko wydobywają arcydzieła z mroku.
Zresztą w tej okolicy nieczęsto zdarzały się słoneczne dni. Z reguły niebo było ciemne i zachmurzone, wiał przeszywający wiatr, a z szarych chmur padała irytująca wilgotna mżawka, bardziej podobna do lepkiej mgły niż uczciwego deszczu. Za to bardzo często zdarzały się burze takie jak ta, pełne grzmotów i błyskawic.
Wewnątrz Twierdzy, w największej sali, kilkanaście osób zmuszonych było stawić czoła bardziej kłopotliwemu aspektowi burzy. Nie zważając na obecność członków własnej Rady Salianka, Pierwsza Rady wlazła pod swój tron.
Skrawek przestrzeni pod siedziskiem nie był zaprojektowany tak, by pomieścić osobę władcy, ale królewna jakoś sobie radziła. Miała w tym względzie już trzy lata praktyki i bardzo dobrą motywację: pioruny miały irytującą skłonność do uderzania w nią przy każdej okazji.
A to nie było miłe.
Nie bolało, to prawda. Fizycznie Salianka nie ponosiła najmniejszego uszczerbku. Ale każde uderzenie pioruna mogło otworzyć Wrota.
Kiedyś pewien mędrzec, którego imię zaginęło w mrokach przeszłości, a ciało w mrokach lochów, wysnuł teorię, że to metal Wrót przyciąga błyskawice. Pioruny w jakiś nadprzyrodzony sposób wyczuwały jego obecność w Saliance, dlatego była ich ulubionym celem. Samej królewnie przyczyny tego zjawiska były zupełnie obojętne, koncentrowała się jedynie na tym, by za wszelką cenę go unikać.
Na dworze rozległ się trzask. Najwyraźniej piorun, nie mogąc dosięgnąć Wrót, zdecydował się walnąć w którąś z wież. Posypał się gruz, krzyk świadczył o tym, że kogoś przygniotły kamienie. Nasłuchująca czujnie królewna specjalnie się tym nie przejęła. Za bardzo martwiła się o siebie, żeby mieć jeszcze czas martwić się o innych, zwłaszcza tych mniej ważnych innych. Członkowie Rady też nie okazali nadmiernej troski stanem wież i murów, a nawet służby i łupieżców. Odbudowywanie Twierdzy po każdej burzy było kosztowne, ale Rada beztrosko godziła się z wydatkami. Stanowczo woleli wydatki niż otwarte Wrota.
Dlatego teraz doradcy jak jeden mąż uprzejmie nie dostrzegali, że ich Pani zrezygnowała z siedzenia na tronie i wysłuchiwania jękliwego zawodzenia minstrela, na przemian czerwieniejącego i blednącego, w zależności od tego, jaki dźwięk przyszło mu z siebie wydobyć. Obserwowanie tej feerii barw było nawet niezłą rozrywką, ale Salianka preferowała kulenie się pod tronem, nie zwracała też uwagi na balladę, za to nasłuchiwała grzmotów.
Nieliczni goście z zewnątrz, których do Twierdzy przywiodły różne, z reguły nieuczciwe sprawy, nie bardzo rozumieli, co się dzieje, ale nie ośmielali się skomentować zachowania władczyni ani nawet spojrzeć w jej stronę. Wszyscy należeli do elitarnej grupki, która uznała, że sprzyjanie Twierdzy może przynieść korzyści większe niż praworządne życie. Współpraca z Twierdzą i jej łupieżcami dała im bogactwa, ale też wiedzę, że na szczycie machiny rabunku i terroru, kierującej wyprawami grabieżców, stoi, a raczej kuli się, ciemnowłosa dziewczyna o spojrzeniu wystraszonego leśnego zwierzątka. Nie bardzo wiedzieli, co z taką wiedzą zrobić, więc na wszelki wypadek starali się nie robić nic. Dawno minstrelowi nie zdarzyło się, żeby wielmożowie słuchali jego pieśni z tak szalonym zainteresowaniem. Zakończył występ i został nagrodzony wielkimi brawami. Tę chwilę triumfu przerwała sama władczyni, wystawiając głowę spod tronu.
- Cisza! - warknęła. - Nie słyszę burzy!
Brawa natychmiast umilkły. Przyjezdni szlachcice spojrzeli po sobie niepewnie. Jeden z nich ruszył w kierunku okien. Chóralny krzyk protestu, który wyrwał się z gardeł członków Rady, zabrzmiał jak kolejny grom i szlachcic nie zwrócił uwagi na owo ostrzeżenie. Gdyby wiedział, że oto popełnia największy błąd w swoim życiu, zapewne wolałby pójść do kata, by ten uciął mu prawą dłoń. Tę samą, która właśnie odemknęła okiennicę.
- Burza już się kończy, Wasza Wysokość - poinformował Panią Twierdzy, otwierając szerzej okno. - To ostatnie pioruny.
Jedna z tych ostatnich błyskawic wypatrzyła uchyloną okiennicę i wpadła do sali tronowej.
- Piorun kulisty! - wrzasnął minstrel i padł plackiem na podłogę, przykrywając swoim ciałem lutnię.
Salianka jęknęła i skuliła się pod tronem. Zwinięcie się w tak ciasnym miejscu w kłębek wymagało giętkości kota, albo nawet węża, ale jakoś jej się udało. Członkowie Rady, którzy wiedzieli, co się zaraz stanie, rzucili się do ucieczki. Ostatnimi czasy wszyscy zgodnie pilnowali, żeby nie dawać Wrotom okazji do otwierania się. Pamiętali, dobrze pamiętali, co może nadejść z piekieł. Nie minęło w końcu tak dużo czasu: trzy lata temu żył jeszcze Pan Twierdzy. Szczęśliwcy, którzy przeżyli okres jego rządów, marzyli o tym, by żyć dalej. W tej chwili, prowadzeni nieomylnym instynktem przetrwania, starali się uzyskać jak największy dystans pomiędzy własnymi drogimi osobami a kulącym się pod tronem źródłem zagrożenia.
Dawasz, Drugi Rady, był jednym z nielicznych, którzy nie uciekali. Miał swoje lata, ale w jego ciele zostało jeszcze wiele z tej młodzieńczej siły, która pozwalała mu kiedyś kruszyć w garści kamienie. Z godną podziwu przytomnością umysłu chwycił stojącego najbliżej opancerzonego gwardzistę i rzucił go na nadlatujący piorun.
Po sali rozniósł się zapach spalenizny, a dymiące ciało upadło na podłogę.
Przez uchyloną okiennicę wpadło kilka bladych promieni słońca. Burza się skończyła.
- Dziękuję. - Salianka wyczołgała się spod tronu i bardziej wdrapała się na swoje siedzisko, niż spoczęła na nim z godnością.
- Dostaniesz order.
Dawasz skłonił się przed nią z szacunkiem, ale bez służalczości. Członkowie Rady nie mieli w zwyczaju podlizywać się swojej Pierwszej, w końcu to nie jej się bali. Królewna była tylko zwyczajną dziewczyną, z tym że noszącą klucz do zagłady. W interesie zarówno władczyni, jak i doradców leżało, by ta zagłada nie nastąpiła. Oni rządzili, a ona przytakiwała, kiedy tego od niej wymagano. Ten układ był najlepszym, co mogło się przytrafić doradcom. Zwłaszcza że przecież pamiętali...
Drugi skinieniem dłoni przywołał strażników.
- Zabierzcie to. - Wskazał na ciało. - A jego do lochu. - Żołnierze posłusznie pochwycili człowieka, który uchylił okiennicę. - Jest skazany za zdradę stanu.
W Twierdzy nigdy nie odbywały się sądy. Oskarżony automatycznie stawał się skazanym, co znacznie wszystko upraszczało.
Salianka wsparła podbródek na dłoni i utkwiła nieobecne spojrzenie w chmurach widocznych przez otwarte okno. Zazwyczaj tym właśnie się zajmowała. Gapieniem się w okno. Był to doskonały sposób, żeby przypadkiem nie napotkać spojrzeń swoich poddanych. Nie była pewna, czy chciałaby zobaczyć to, co kryje się w ich oczach. Mogłoby ją zmusić do podjęcia jakichś działań, stworzyć konieczność jakiejś reakcji. Wtedy okazałoby się, kto tu naprawdę rządzi: Pierwsza czy Rada. Królewna doskonale znała odpowiedź na to pytanie, ale nie czuła potrzeby dzielenia się tą wiedzą z innymi. Zresztą wcale nie chciała rządzić. Chciała żyć sobie bezpiecznie i spokojnie. I tak właśnie żyła - otoczona przez dbające o nią sługi i decydujących za nią doradców.
Niezręczna cisza osiągnęła natężenie, z którym po prostu trzeba było coś zrobić. Nie było nadziei, że to "coś" wyjdzie od królewny, tego był już pewny każdy z obecnych w sali tronowej. Poddani Jej Wysokości zmuszeni byli radzić sobie sami. Ktoś brutalnie wypchnął na środek sali minstrela. Bard zachwiał się, ale szybko odzyskał równowagę, rzucił zebranym obłąkańczo radosny uśmiech i zaczął śpiewać. Salianka słuchała przez chwilę, nie odrywając wzroku od coraz błękitniejszego nieba. Grajek śpiewał o jej ojcu, jego wspaniałych czynach i godnej śmierci pośród oddanych mu sług.
Przynajmniej to ostatnie się zgadzało. Rzeczywiście Pan Twierdzy umierał otoczony przez swoje sługi. Tak bardzo im zależało, żeby konał wśród nich, że sami go zabili.
Wymagało to dużej odwagi i jeszcze większej desperacji. Ojciec Salianki przez większą część życia trzymał w umyśle otwarte Wrota. A może Wrota same się trzymały otwarte, korzystając z ciała swojego nosiciela. To oznaczało, że cokolwiek zapragnęło przez nie przejść, miało wolną drogę. Życiorys poprzedniego Pana Twierdzy był zaś dowodem na to, że pragnieniu przejścia przez Wrota ulegały zazwyczaj demony. Z reguły pierwszym, co robiły po wyrwaniu się na wolność, było urządzenie malutkiej gustownej rzezi. Z reguły też wśród osób znajdujących się najbliżej Wrót i ich Strażnika. Ów fakt był szczególnie stresujący dla członków Rady. Pewnego dnia, kiedy przy stole obrad zrobiło się już naprawdę dużo wolnego miejsca, oddani doradcy zabili wreszcie swojego Pana.
Salianka nie mogła mieć do nich pretensji. Owszem, odebrali życie jej ojcu, ale tym samym podarowali je jej. W chwili śmierci Pana Twierdzy Wrota przeniosły się do umysłu jego córki - i nagle Salianka zyskała świadomość.
To było zupełnie tak, jakby ktoś nagle zapalił łuczywo. Pochodnia, bez względu na to, czy się pali, czy nie, pozostaje pochodnią. I tak samo Salianka była Salianką. Ale jej jaźń płonęła jasno tylko w obecności Wrót.
Kiedy się przebudziła, nie musiała się uczyć mówić, ani tym bardziej chodzić. Nie musiała z trudem przyswajać informacji o krainie, której była władczynią, ani o swoich poddanych. Ale naprawdę żyć mogła jedynie, mając Wrota w swym umyśle. Bez nich była jak zgaszona pochodnia. Martwa.
Kiedy czasem przypominała sobie tamto uczucie wyjścia z "niebytu", przechodziły ją dreszcze. Wyjątkowo nieprzyjemne.
A teraz żyła sobie spokojnie, rządziła twardą ręką, a raczej pozwalała Radzie rządzić twardą ręką w swoim imieniu, czyli jak najczęściej wysyłać wojska na rzezie i podboje. I miała tylko dwa cele. Po pierwsze, sprawić, by jej świadome życie trwało jak najdłużej. Po drugie, nie dać nad sobą zapanować Wrotom, czyli nie otwierać ich zbyt szeroko. Reszta nie miała znaczenia. Chociaż czasami, ale bardzo rzadko i tylko wtedy, kiedy zapominała o przekleństwie ciążącym nad jej rodem, Salianka miewała i inne pragnienia. Cichutkie i nieśmiałe tęsknoty. Marzyła o kimś, kto we władczyni Twierdzy dostrzeże Saliankę. Kto zechce zamienić z nią kilka słów, nie oczekując, że jedynymi, jakie padną z jej ust, będą potakiwania. Kto nie będzie się bał Wrót...
Te wszystkie tęsknoty Salianka ubrała w jedną postać. Niezłomnego rycerza, który przybywał do Twierdzy na spienionym koniu i porywał ją gdzieś daleko, gdzie nie znalazłyby jej nawet Wrota. A tam przy boku owego rycerza Salianka wiodłaby normalne, jak to w bajkach bywa, życie.
Wrodzony realizm jednak nie pozwalał jej zbyt rozbudować tego wyobrażenia. Podsuwał w takich chwilach wizję Rady, która zapewne od razu kazałaby takiego rycerza ściąć, i wizję siebie samej, zrozpaczonej, ale przytakującej decyzji swoich doradców. Bo smutna prawda była taka, że jakikolwiek rycerz wpadający do Twierdzy najpewniej chciałby Pierwszą pozbawić życia, a nie poślubić. Jakoś tak się złożyło, że Twierdza i jej władczyni nie cieszyły się zbytnią sympatią zarówno bliższych, jak i dalszych sąsiadów. Rycerze, jeśli już trafiali do zamczyska, to z reguły przekraczali bramę, wykrzykując hasła o walce z tyranią, uwalnianiu okolicy od jarzma i innymi w tym guście. Nie tylko Salianka, ale nawet najstarsi mieszkańcy fortecy nie pamiętali, by ktokolwiek przybył tu z okrzykiem: "Żony! Żony mi dajcie!". Królewnie pozostawało więc tylko to życie, które wiodła, monotonne, ale bezpieczne. No i cień nadziei, która, jak powszechnie wiadomo, umiera ostatnia.
Kiedy bard w końcu przestał jęczeć, Dawasz wyjrzał na dziedziniec.
- Wrócili nasi z Dolin - powiedział. - Przywieźli łupy i nowe sługi.
Możni natychmiast żywo się zainteresowali. Wyprawy łupieżcze stanowiły od setek lat źródło bogactwa Twierdzy. Jedyne dostępne, prawdę mówiąc. Naga skała, mokradła i oparzeliska nie sprzyjały specjalnie osadnictwu ani tym bardziej uprawie roli. Nie było więc i szans na rozwój handlu, mieszkańcy Twierdzy nie mieliby czego oferować potencjalnym kupcom w zamian za ich towary. Zresztą idea wymiany tak naprawdę nigdy nie trafiła tubylcom do przekonania. Za to idea zabierania innym - jak najbardziej.
Łupieżcy doskonalili swoją profesję od początków istnienia Twierdzy. Nie można było o nich powiedzieć, że mają tęgie głowy. Nie byliby w stanie znaleźć własnych zadków nawet obiema rękoma, ale na swoim rzemiośle znali się znakomicie. Od pokoleń zajmowali się tylko rabunkami, bo też, jako się rzekło, niewiele mieli szans na inne zajęcie, a ich bandy stanowiły postrach wszystkich okolicznych krain.
Przy wyjściu z sali tronowej wywiązała się niewielka bójka. Wszyscy, którzy mieli udziały w kolejnych wyprawach, dzielili zyski zgodnie z zasadą kto pierwszy, ten lepszy.
Saliance nie chciało się spoglądać, kto komu skopuje jaką część ciała. Mało ją obchodziło złoto i jeńcy, chciała tylko wreszcie ściągnąć z głowy koronę. Przyciasną. Rada nie dała zgody na poszerzenie. Tłumaczono królewnie, że to dla jej dobra. Że złoto ciśnie Wrota, żeby się za łatwo nie otworzyły. Ustąpiła i dzielnie znosiła niewygody, chociaż nie bardzo rozumiała, w jaki sposób jej nieustanne bóle głowy miałyby okiełznać Wrota.
Jak tylko wyszła z sali, zdjęła obręcz. Nie poszło łatwo. Metal odcisnął na jej czole brzydki czerwony ślad. Bolało.
Uwolniona wreszcie od korony, która bardziej przypominała narzędzie tortur niż atrybut władzy, Salianka posłuchała chwilę pod drzwiami, jak możni kłócą się o podział łupów, których nawet nie widzieli na oczy, i upewniwszy się, że na nią nikt nie zwróci już uwagi, postanowiła poświęcić nieco czasu ulubionemu zajęciu. Miała swoje upatrzone miejsce, na tyłach Twierdzy. Małe okienko nad przepaścią. Przy ładnej pogodzie, kiedy chmury rozstępowały się po burzy, mogła stamtąd popatrzeć na świat.
Świat poza Twierdzą był niewątpliwie interesujący. Były w nim równiny, wioski, miasta i pałace. Byli bohaterowie, wspaniali magowie i nieszczęsne białogłowy. Innymi słowy wszystko, o czym królewna czytała w przykurzonych, zrabowanych przez łupieżców księgach. Gdyby mogła, wyruszyłaby zobaczyć te wspaniałości i dziwy. Ale krainy poza Twierdzą były pełne burz, przed którymi królewna nie mogłaby już schować się pod tronem. I uzbrojonych ludzi, którzy pewnie nie przywitaliby serdecznie Pani Twierdzy.
Kiedy zamyślona Salianka spoglądała na daleki świat, jeden z takich ludzi wypadł właśnie zza załomu korytarza. Na widok Pierwszej zatrzymał się jak wryty, co jej z kolei dało okazję do przyjrzenia mu się nieco dokładniej. W kategorii "człowiek uzbrojony" plasował przybysza ściskany w ręku stary, lekko pordzewiały miecz. Na pierwszy rzut oka miecz miał sto lat i długą historię, która swój finał powinna mieć na stercie złomu. Sam właściciel owej klingi prezentował się jednak bardziej zachęcająco. Z pewnością miał dużo mniej lat niż pordzewiały oręż i chyba nawet nieco mniej niż Salianka. Ubrany był dobrze, dostatnio i z widocznym smakiem. Z pewnością ubranie było szyte na miarę i to przez nie byle krawca, bowiem leżało doskonale. Salianka mogła bez trudu ocenić wszelkie walory figury nieznajomego. Przede wszystkim zaś jego szerokie i mocne ramiona. Spod jasnej grzywki spoglądały błękitne oczy. Pewność siebie zdawała się z niego parować, jakby nie sposób było pomieścić jej w środku.
Zanim królewna zdążyła pomyśleć, że młodzik, niewątpliwie przygnany tutaj żądzą zemsty za doznane podczas najazdu łupieżców krzywdy, zaraz ją ukatrupi, ten uśmiechnął się promiennie, szczerząc zęby białe i lśniące jak świeży śnieg. Ów uśmiech przywiódł Saliance na myśl jej marzenia o wspaniałym rycerzu, ale zanim zdążyła uwierzyć, że się spełniły, wyrwał jej się z piersi jęk zawodu. Tak miał wyglądać ten wybawca? Taki ktoś nie był wart, żeby ryzykować dla niego opuszczenie Twierdzy!
Młodzian wziął widać jej jęk za dobrą monetę, bo wyprężył bardziej muskuły i wysunął do przodu mocno zarysowany podbródek.
- Witaj, nieszczęsna niewolnico, torturowana przez sługi zła pod przewodnictwem krościastej czarownicy! - oznajmił radośnie dźwięcznym głosem. - Jestem książę Gawarek z Dolin, następca tronu i bohater. Podstępem dałem się pojmać do niewoli, aby splądrować gniazdo wroga i pokrzyżować mu plany. To twój szczęśliwy dzień, biedna dziewko, albowiem uwolnię cię i zabiorę do Królestwa Dolin, gdzie panują dobro i sprawiedliwość. Tylko nie wyobrażaj sobie za wiele, dobra? - dodał już mniej podniosłym tonem. - W końcu ja jestem księciem, a ty co najwyżej kmiecią córką.
Wariat, pomyślała Salianka. Gdzie straże? Chce mnie zabrać do Dolin, na zewnątrz!
Na zewnątrz, pomyślały Wrota.
Zanim zaskoczona królewna zdołała choćby mrugnąć, Wrota bezceremonialnie użyły jej ust.
- Dzielny książę - powiedziały jękliwie. - Ratuj mnie biedną, olaboga!
Salianka wytrzeszczyła oczy i zacisnęła wargi, mocno, z całej siły. Nie przyszło jej dotąd do głowy, że jej przekleństwo, fatum, które nosiła w umyśle, może mieć świadomość. A ta świadomość może panoszyć się w jej ciele i mówić jej ustami, jakby królewny tam wcale nie było. Dziewczyna cała zesztywniała, desperacko starając się poradzić sobie z obecnością wroga, który nagle objawił jej się w całej swojej krasie. Tak była tym zajęta, że nie zaprotestowała nawet, gdy książę chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą. Oprzytomniała dopiero wtedy, gdy krzepki młodzieniec wyciągnął ją na dziedziniec, gdzie natychmiast rzuciło się na niego kilku łupieżców z mieczami. Książę puścił dziewczynę i ruszył do walki. Nawet sprawnie mu to szło, ale królewnie nie w głowie było podziwianie kunsztu szermierki. Za bardzo przyciągali jej wzrok kusznicy i łucznicy, od których nagle zaroiło się wokół. W Twierdzy zawsze było pełno zbrojnych. Niektórzy mieszkali tu od pokoleń, inni zjeżdżali, zwabieni wizją bogactwa. Oprócz którejś z licznych drużyn łupieżczych niezmiennie była na miejscu załoga gotowa do obrony, choć jakoś nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy ostatnio owa obrona była konieczna. Znudzeni wojacy entuzjastycznie powitali okazję do zawodów strzeleckich.
- Celuje w nas z kuszy! - krzyknęła Salianka. - Ale przecież ja...
- Oczywiście, przecież jesteśmy uciekającymi więźniami. - Książę odepchnął ostatniego napastnika i niecierpliwie pociągnął ją za rękę. - Biegnij, bo nas zastrzeli.
Nogi Salianki zaczęły biec, ale reszta ciała uporczywie odwracała się w stronę wojaka i jego kuszy. Celował starannie i pierwszy bełt świsnął tuż obok głowy Pierwszej. Dziewczyna zdążyła jeszcze dojrzeć, że strzelec ładuje do kuszy następny. Pomyślała, że chyba nigdy, przenigdy nie bała się aż tak bardzo. Że to byłoby naprawdę głupie, żeby zastrzelił ją jej własny żołnierz. Że nie warto ryzykować życia tylko po to, żeby opuścić Twierdzę w towarzystwie łaknącego przygód młodzieńca. I zanim zdążyła się zastanowić, co tak naprawdę robi, otworzyła Wrota.
Kiedy w końcu udało jej się uchylić powieki, a nie było to łatwe zadanie, bo były ciężkie jak z ołowiu, pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła, był ciemny kontur Twierdzy na tle gwiaździstego nieba. Gwoli ścisłości należy dodać, że Twierdza była daleko. Tak daleko, że oparta o drzewo Salianka poderwała się do przodu, upadła na kolana i tak została, wpatrzona w odległą budowlę z otwartymi ustami. Nigdy wcześniej nie zdarzyło jej się oglądać własnego domu od zewnątrz. A teraz była tak daleko od niego.
Sama, bez Rady mówiącej jej, co ma robić, bez łupieżców broniących jej przed resztą świata, za to z Wrotami, które nieoczekiwanie zaczęły mieć własne zdanie, i w towarzystwie walecznego młodzika, który już na pierwszy rzut oka robił wrażenie pozbawionego rozsądku i paru innych istotnych cech. Nie tak sobie wyobrażała tę chwilę. W jej marzeniach reszta świata była ładniejsza i jaśniejsza od złowrogiej kniei, w której się znalazła, rycerz był przede wszystkim od Gawarka starszy, i zdecydowanie mniej napuszony, a bardziej rozsądny, a Wrót miało w ogóle nie być. Jeśli tak wyglądało urzeczywistnione marzenie, to mogło się w ogóle nie spełniać.
- O, obudziłaś się, czarownico - zauważył siedzący obok książę. - Najwyższy czas ruszać w drogę. Pachołki zła depczą nam po piętach.
Salianka przestała gapić się na Twierdzę, a zaczęła na Gawarka.
- Nie wspomniałaś, że jesteś czarownicą - ciągnął książę z lekką pretensją, ale też cieniem łaskawości świadczącym, że mimo wszystko jest jej skłonny tę zniewagę wybaczyć. - Gdybym wiedział, nie ratowałbym cię. Ale skoro już zawdzięczasz mi życie, to nie powinnaś nikomu wspominać, że parasz się magią. Uratowanie czarownicy nie jest powodem do chwały, nawet jeśli ta czarownica była więziona i torturowana przez inną, jeszcze gorszą czarownicę.
- Czarownica - powtórzyła cicho Salianka.
Coś jej zaczęło świtać, powoli i z oporami.
- To nie ty wyprowadziłeś nas z zamku! - powiedziała.
- No, użyłaś swoich mocy, żeby mi pomóc, ale nie zapominajmy, że to ja jestem księciem i to ja cię uratowałem, jasne? I tak nie możesz się przyznać do władania magią - przypomniał. - Wyegzorcyzmują cię.
- Wyegzorcyzmują? - przestraszyła się królewna. Kiedy myślała o zagrożeniach czających się poza Twierdzą, brała pod uwagę potwory, uzbrojonych mścicieli, błyskawice, ale egzorcyzmów się nie spodziewała.
- Słyszałem, że to bardzo boli - wyjaśnił książę z satysfakcją. - I dobrze robi na pokorę. Zło się ostatnio strasznie rozpleniło, ale dajemy mu dzielny odpór. Pełno teraz jest wszędzie takich wyegzorcyzmowanych. Mili ludzie. Cisi, spokojni, tylko trochę nieobecni.
Saliankę zdjęła groza. Raczej nie mogła wrócić na zamek. O ile dobrze pamiętała, to Wrota zniszczyły kawałek dziedzińca, ubiły kilkunastu żołnierzy i jeszcze Trzeciego, Piątego i Ósmego Rady. Rada bardzo nie lubiła, gdy ją wytrzebiano. Pozostawało tylko jedno rozwiązanie, podyktowane opowieściami o rycerzach, jakkolwiek nie byłyby głupawe i nieprawdopodobne, zawsze były pisane według jednego wzorca.
- Ustalmy, że jestem tępą wieśniaczką z jakiejś zapadłej, zapyziałej wioski, skąd zabrano mnie w dzieciństwie, żebym myła posadzki w Twierdzy - zaproponowała Salianka, która, po raz pierwszy w życiu zmuszona do twórczego myślenia, odkryła, że nawet jej to wychodzi. Fakt ów skonstatowała bez szczególnego zaskoczenia, w końcu knucie podłych planów należało do obowiązków Czarownicy z Twierdzy. No i było, jakby nie patrzeć, rodzinną tradycją. - Raz jakiś wielki pan poślizgnął się na wyszorowanej przez mnie podłodze i straszliwie sobie zadek obił, dlatego mnie uwięziono. A ty jesteś dzielnym księciem i uratowałeś mnie z lochów.
- Może być - zgodził się łaskawie Gawarek. - Ale powinnaś mi mówić "mój wielki książę, wybawco, olaboga". A ja ci będę mówił "dziewko".
- Sam sobie mów "wielki książę wybawco, olaboga" - warknęła królewna. - Ja ci będę mówiła "Gawarek" albo lepiej "nadęty bufonie", a ty mnie Salianka.
- Bo co? - zaperzył się książę.
- Bo cię zamienię w żabę. - To też było proste rozwiązanie, częstokroć wykorzystywane w bajaniach.
- Nie możesz! - oburzył się. - Jestem twoim wybawcą. Winna mi jesteś wdzięczność i masz wobec mnie dług. Nie wolno ci wyrządzić mi krzywdy.
- A kto powiedział, że to będzie krzywda? Taka żaba to ma proste spokojne życie - westchnęła królewna. - Mogłabym się sama w taką zamienić, dobrze by mi było.
- Chcemy zobaczyć świat - zaprotestowały w jej umyśle Wrota. - Chcemy pójść z księciem i zobaczyć Królestwo Dolin.
Salianka początkowo zamierzała je zignorować, ale to nie było właściwe rozwiązanie. Nie pozbędzie się ich przecież, co więcej, nie chce i nie może się ich pozbyć. Bez Wrót i jej tak właściwie by nie było.
- I podbić je, zanim ja się w ogóle zorientuję, że jesteście otwarte - mruknęła tak cicho, że książę nie usłyszał.
- Podboje są nudne - odpowiedziały markotnie Wrota. - Zawsze takie same. Chcemy zobaczyć świat, zobaczyć, co jest poza Twierdzą.
- Idziemy? - Gawarek był już gotowy do drogi.
- Idziemy - powiedziały natychmiast Wrota, a Saliance nie pozostało nic innego, jak zrobić, co chciały.
Bardzo szybko doszła do wniosku, że nowe doświadczenia są z gatunku tych bardziej uciążliwych i niekoniecznie pożądanych. Las był ciemny, ponury i złowrogi. Pod stopami co chwila coś trzaskało, albo, co gorsza, miękko się uginało. Dziewczyna raz po raz o coś się potykała, ale nie przystawała nawet, żeby spojrzeć pod nogi. Zbyt była zajęta nadążaniem za księciem, który o nic się nie potykał, w nic się nie zapadał, szedł pewnie i szybko, torując sobie drogę mieczem.
- Na pewno idziemy we właściwym kierunku? - odważyła się zapytać, rozglądając się wokół. Wszystkie drzewa wyglądały dla niej tak samo.
- Oczywiście! - Książę tak się oburzył na jawnie okazywaną wątpliwość względem jego możliwości, że aż przystanął, odwrócił się i rzucił królewnie urażone spojrzenie błękitnych oczu. - Ale siedź cicho, bo jeszcze leśne licha zwabisz.
Na to Salianka zacisnęła zęby, zacisnęła wargi i nawet nie odważyła się kląć pod nosem, kiedy gałęzie smagały ją po kostkach. Jakby nie dość było nieszczęścia. Wrota, które dotąd siedziały gdzieś w najdalszym krańcu jej umysłu, teraz przesunęły się bliżej. Chciały widzieć.
A miały na co patrzeć. Księżyc niby wędrował po niebie, ale przez powykrzywiane gałęzie przedostawał się tylko nikły blask. W półmroku drzewa zdawały się przybierać najdziwniejsze kształty, z powodzeniem naśladując najróżniejsze wyimaginowane potwory, zaskakująco podobne do potworów prawdziwych, takich jak ten, który właśnie z rykiem zastąpił im drogę.
Był wielki, w szerokiej paszczy straszyły zębiska, a zza zębisk wydobywał się śmierdzący oddech. U czterech łap miał zestaw pazurów, który dałby mu mistrzostwo na zawodach rzeźników. Oprócz tego ryczał, błyskał przekrwionymi ślepiami i najwyraźniej zamierzał zjeść wędrowców.
Książę pochylił się lekko do przodu, wyciągnął miecz. Nie wyglądał na specjalnie przestraszonego, widać jego zdaniem potwór wyskakujący ciemną nocą z krzaków był dokładnie tym, czego szanujący się bohater mógł oczekiwać po szanującej się okolicy. Salianka miała odmienne zdanie na temat nocnych przygód. Przytulona do pnia drzewa zamarła ze strachu.
- Otwierajcie się! - ponagliła w panice Wrota. - Otwierajcie się!
Potwór szykował się już do skoku.
- Za wcześnie - powiedziały Wrota, nad podziw spokojnie. - Za szybko, jeszcze nie czas.
- Jak to "nie czas"? - jęknęła królewna. - Zaraz będzie i po mnie i po was!
- Jesteś strażniczką - przypomniały Wrota. - Możesz korzystać z mocy, nawet kiedy my pozostajemy zamknięte. Ratuj siebie i nas sama.
- Wstrętne, bezużyteczne paskudy! - pisnęła z wyrzutem Salianka, patrząc, jak bestia atakuje, a książę w ostatniej chwili unika rozszarpania na strzępy.
Potwór z rozpędu walnął łbem o drzewo. Zamroczyło go to może na sekundę, ale pień zaczął się chwiać. Troszeczkę.
Przewróć się, przewróć, błagała w myślach królewna. Przygnieć go.
Drzewo chwiało się coraz bardziej.
+
- Nawet da się zjeść - powiedział Gawarek z pełnymi ustami.
Salianka przełknęła kolejny kęs i przytaknęła. Mięso co prawda nie pachniało zbyt apetycznie, ale kiedy spiekło się je naprawdę solidnie, było całkiem smaczne. Nie odważyli się zjeść czegokolwiek w nocy, więc książę wykroił, co się dało, podczas gdy królewna starannie patrzyła w drugą stronę. Szczęśliwie uzyskany prowiant zabrali ze sobą, resztę przygniecionego potwora zostawiając innym mieszkańcom lasu.
Dzięki drzewu, które posłuszne błaganiom królewny chwiało się coraz bardziej, aż w końcu rozpłaszczyło bestię, mieli teraz śniadanie, a obiad i kolacja też przedstawiały się dość obiecująco. O ile ktoś lubił mocno przypieczone steki z potwora. Salianka i Gawarek byli tak głodni, że nawet im do głowy nie przyszło wybrzydzać, chociaż posiłek odbiegał drastycznie od tego, co jadano zwykle w Dolinach czy w Twierdzy.
Ledwo skończyli jeść, a książę już był gotowy do dalszej drogi. Królewna, której nocny spacer i stresy związane z pojawieniem się bestii dały się mocno we znaki, zaczęła protestować.
- Szliśmy prawie całą noc! - jęknęła. - A teraz znowu?
- Nie możemy zwalniać - pouczył ją Gawarek. - Zawszone popychadła ciemnych mocy ścigają nas i mogą być już blisko. Sam, rzecz jasna, mógłbym z nimi walczyć, ale mając niewiastę pod opieką, muszę zważać na jej bezpieczeństwo.
- Ciekawe jak - mruknęła niewiasta pod opieką, zbierając się z pieńka, na którym przysiadła. Miała wrażenie, że postarzała się o czterdzieści lat, przynajmniej w krzyżu. - Bestia wgniotła ci miecz.
Rzeczywiście. Miecz księcia już wcześniej był wyjątkowo zaniedbany, zardzewiały.
Saliance wydawało się zawsze, że książęta, nawet z gatunku nadętych bufonów, powinni mieć miecze ostre i lśniące co najmniej tak, jak ich zęby. Patrząc na swojego samozwańczego wybawcę, uznała, że widać w Dolinach rozsądnie trzymali zapaleńca z dala od ostrych przedmiotów, którymi mógł zrobić sobie albo komuś innemu krzywdę. On zaś, ruszając do Twierdzy, wziął do obrony pierwszą rzecz, jaka mu wpadła w ręce i najoględniej spełniała wymagania. Podczas nocnej przygody wątpliwej urody i ostrości miecz znalazł się jakimś sposobem dokładnie pod cielskiem upadającego potwora i teraz przypominał wyjątkowo zardzewiały haczyk na wieloryby.
- Droga będzie już łatwiejsza - pocieszył Saliankę opiekun niewiast. Wykonał nawet ruch ręką, który miał być zaczątkiem przyjacielskiego klepnięcia, w ostatniej chwili zmienił się jednak w nieco bezsensowne machnięcie. - Będziemy szli traktem, a niebawem natrafimy na wioskę, gdzie prości, ale szlachetni wieśniacy przenocują nas i nakarmią. Będzie tam też na pewno płatnerz albo przynajmniej kowal, który wyprostuje mi miecz.
- Po co? Przecież to i tak złom.
- To nie jest byle jaka broń - burknął książę, zmarszczonym czołem i całym sobą dając znać, że dyskusja na ten temat obraża go osobiście. - To jest broń magiczna.
- Naprawdę? - zainteresowała się niezrażona królewna. - A co potrafi?
- Nic - mruknął pod nosem Gawarek, tak cicho, że ledwo go słyszała. - Magia się wyczerpała.
- Czyli jednak złom - orzekła Salianka. Nie widziała powodu, żeby nie nazywać rzeczy po imieniu. - To po co go nosisz?
- To długa historia.
- Mamy masę czasu.
- To sprawa osobista.
- Mów - ponagliła. Droga zapowiadała się nudnie i nużąco, każda rozrywka była dobra. Nawet opowieść bufona. - Bo cię zmienię w karalucha i rozdepczę.
- Nie możesz! - zaperzył się książę niczym młody kogucik. - Uratowałem ci życie. Masz wobec mnie dług wdzięczności.
- To nie ty wydostałeś nas z Twierdzy! No i ja cię uratowałam przed potworem. Samo to drzewo by się nie zwaliło. Więc nie mam żadnych długów i zacznij wreszcie mówić, bo się nudzę!
- Dobrze, dobrze, już mówię - uspokoił ją Gawarek. Dalsza kłótnia na ten temat mogła doprowadzić do nieodwracalnego i całkowitego zepchnięcia go z piedestału wybawcy, a do tego nie mógł dopuścić. Już lepiej było opowiedzieć wścibskiej dziewczynie nawet najboleśniejszą historię. - Nie ma się co pieklić. Otóż ten miecz jest magiczny i służył wielu moim przodkom, którzy go kompletnie zużyli, nie myśląc zupełnie o przyszłych pokoleniach. - Westchnął ciężko, z niesmakiem krzywiąc się nad niefrasobliwością protoplastów. Gdyby nie byli takimi samolubami, nie miałbym teraz problemów. - Pochodzę ze starego i, niestety, bohaterskiego rodu. Od czasów, zdaje się, mojego pradziadka następca tronu zachowuje się jak nieodpowiedzialny leń, a w rzeczywistości jest tajemniczym bohaterem, który za pomocą magicznego miecza, przekazanego mu przez patronkę obrońców Dolin, chroni kraj. Rodzice i dwór go nie doceniają, aż pewnego dnia prawda wychodzi na jaw, wszyscy się cieszą, miecz wraca na przechowanie do tajemniczej czarodziejki, bohaterski książę się żeni, płodzi syna i wszystko zaczyna się od nowa. Odkąd byłem mały, to słyszałem, że mam przestać być leniwy i wziąć się do nauki. Wygrywałem turnieje szermiercze, znam na pamięć całą historię rodu, a oni nic, tylko "synu, przyłóż się, nie bądź takim leniem, nie sprawiaj nam zawodu". Zwariować można. Nic dziwnego, że w końcu każdy z moich przodków leciał do tej tajemniczej czarodziejki i błagał na kolanach o magiczny miecz. Jak już nie mogłem wytrzymać, też zacząłem jej szukać. I wreszcie, niedawno, znalazłem. Pół okolicznych kniei przeszedłem, zanim wreszcie trafiłem na te przeklęte stare ruiny, gdzie baba się podobno gnieździ. Poszedłem prosić tę niby mądrą panią o moc, żebym mógł stać się bohaterem, jak mój ojciec, dziadek, pradziadek i cioteczna prababka. A ta stara wiedźma przez tydzień wysługiwała się mną jak parobkiem, kazała gnój przerzucać, że niby to charakter uszlachetnia, a potem dała zardzewiały miecz i wygoniła. A w tej przeklętej broni nie zostało ani krzty magii! - wybuchnął pełen goryczy i żalu. - W domu się mnie czepiają, tajemniczym bohaterem nie mam jak zostać, to postanowiłem chociaż wyprawić się samotnie do Twierdzy. A i tak udało mi się uwolnić tylko jakąś czarownicę.
- Niesamowite - westchnęły Wrota, niezbyt skłonne do chwili refleksji nad tragicznym losem Gawarka.
- Nie miałam pojęcia, że książęta mają takie trudne życie - zadumała się Salianka. W baśniach, które czytała, książęta po prostu nosili korony i ratowali białogłowy. Nawet nie podejrzewała, że jedno i drugie może powodować tyle trudności i frustracji.
Gawarek jej nie słuchał, przyśpieszył i teraz szedł jakieś pięć kroków przed nią, ze spuszczoną głową, przybity przewspaniałą tradycją rodu, którą przyszło mu kontynuować trochę wbrew własnej woli i jeszcze w tak niesprzyjających warunkach. Królewna nie próbowała go doganiać. Właśnie stwierdziła, że pierwszy raz w życiu zaczęła kuleć, i ta świadomość dobiła ją do reszty.
+
Doszli tak do wioski, ponury książę z przodu i coraz wolniej wlokąca się za nim Salianka. Królewna szła wyłącznie siłą woli, o której posiadanie wcześniej się nie posądzała. Najchętniej padłaby na nos na środku drogi i tak została. Ale to niestety nie wchodziło w grę. Wrota bardzo chciały zwiedzić świat poza Twierdzą. Gdyby im się sprzeciwiła, pewnie przejęłyby kontrolę nad jej ciałem. Z dwojga złego królewna, niezmiennie czuła na punkcie swojej woli i świadomości, wolała już męczyć się osobiście.
Na widok zabudowań książę ożywił się, przyśpieszył i prawie znikł Saliance z oczu. Rzucił się między chaty, rozpytując kmieci o tępych twarzach, czy nie mają tu gdzieś kowala. Królewna nie miała siły przyśpieszać, jak stała, tak usiadła na głazie, który na szczęście leżał przy drodze.
- Wioska - ucieszyły się Wrota.
- I co z tego? - jęknęła Salianka. Chyba prędzej by umarła, niż pokonała te kilkadziesiąt kroków, które ją dzieliły od najbliższej chaty.
- Wioska - szepnęły Wrota i nagle Salianka poczuła, że jej nogi są leciutkie, zniknął cały ból, a ona sama, o zgrozo, odpływa gdzieś w dal. Po chwili tkwiła w głębi własnego umysłu, wysilając się, żeby zobaczyć coś przez własne oczy, tak jak wcześniej robiły to Wrota. To było dziwne uczucie, przerażające, bliskie temu, czego królewna bała się najbardziej: niebytu. Ale nadal była, chociaż odepchnięta na bok, wciąż myślała i wiedziała, co dzieje się wokół niej, a raczej wokół jej ciała, w którym teraz rozgościły się Wrota.
- O, wy... warknęła.
Jej ciało uniosło się odrobinę nad ziemię i popłynęło w stronę wioski. Wrota ciekawie odwracały głowę, żeby zobaczyć jak najwięcej.
- Jarmark - szepnęły do siebie, zachwycone, zbliżając się coraz bardziej do ludzkich siedzib.
O nie, szarpnęła się Salianka, o nie. Wlecicie sobie tam, w moim ciele, a potem mnie okrzykną czarownicą i wyegzorcyzmują! I będzie źle.
- Będzie źle - zgodziły się Wrota. Zastanowiły się.
W pobliżu stał wóz wędrownych kuglarzy. Mieli ze sobą rozkładaną kurtynę i skrzynię pełną masek, strojów i rekwizytów. Wrota skinęły dłonią i skrzynia się otworzyła. A na samym wierzchu leżała biała maska, z otworami na oczy w kształcie migdałów i czarno-czerwono-złotymi gwiazdami wymalowanymi na policzkach. Wrotom natychmiast przypadła do gustu. Wrota szperały dalej w rzeczach kuglarzy, aż znalazły lustro i przejrzały się. Dla lepszego efektu rozpuściły jeszcze warkocz Salianki - i odstąpiły krok do tyłu, zachwycone sobą.
Wrota uśmiechnęły się pod maską, okręciły na pięcie i poszły zwiedzać wioskę, krokiem tak lekkim, że można by rzec, nie dotykają stopami ziemi. Rzeczywiście nie dotykały. Stąpały w powietrzu, jakby nikt im nie powiedział, że ludzie zwykli chodzić inaczej. Już po chwili znalazły się przy pierwszej chałupie i ciekawie wyjrzały zza węgła.
Wioska była naprawdę interesująca, królewna musiała to przyznać. Nigdy wcześniej takiej nie widziała. Właściwie to nigdy wcześniej nie widziała żadnej, ale z opowieści członków Rady wyłaniał się obraz wiosek spalonych, cuchnących i pełnych trupów. Ta wyglądała wręcz kwitnąco, najwyraźniej nikt jej ostatnio nie napadł ani nie obrabował. Toczyło się w niej normalne życie, na które Salianka spoglądała z lekkim zdumieniem, bo wcale nie różniło się bardzo od życia, jakie wiedli osiedli w Twierdzy łupieżcy. Ale zainteresowanie królewny było niczym w porównaniu z niezmierzoną ciekawością Wrót. Chłonęły wszystko, jakby ci zwyczajni ludzie byli najwspanialszymi cudami świata.
Ich głodne wrażeń spojrzenie prześlizgiwało się po kolejnych twarzach i przedmiotach. Wszystko było warte uwagi: dzieci bawiące się kolorowymi kogucikami i te, które tylko zerkały łakomie na wystawione na straganie zabawki. Kobieta przymierzająca barwną chustę i jej sąsiadka, patrząca na to z zawiścią. Chłopi, rozprawiający przy piwie, handlarz wykłócający się o cenę za cielaka, żongler podrzucający kolorowe kule. Pulchne przekupki, wychudły żebrak, niemowlęta wrzeszczące ile sił w płucach. Kury gdakające w drewnianych klatkach, mięciutkie króliki, kolorowe dzbany, beczki z ciemnego drewna, barwne korale, nad którymi chichotały młode dziewczęta. Salianka czuła ekscytację Wrót, euforyczny wręcz zachwyt tym wszystkim, co zwyczajne, nieobrabowane i niewymordowane. Wydało jej się dziwne, a nawet niestosowne, że ta złowroga siła, którą nosiła w sobie, ma jakiekolwiek uczucia, i to jeszcze takie... naiwne, jakby nagle po setkach lat Wrota odkryły, że świat nadaje się nie tylko do niszczenia.
Nieświadome tych rozterek Salianki, a może po prostu je ignorując, Wrota szły między straganami zapatrzone w coraz to nowe cudności. Nagle pod nogi królewny runął potężny przybrudzony mężczyzna. Nie uczynił tego z własnej woli. Za nim z kuźni wypadł wzburzony książę, gotów najwyraźniej sprać kmieciowi pysk, i to na obie strony.
Wrota lekko oderwały się od ziemi. Zaraz znalazły się przy księciu i chwyciły go za ramię. Kowal już wygrzebywał się z rozmiękłej ziemi, dyszący nie tylko żądzą zemsty, lecz także wykazania przed sąsiadami, że choć młodzik zdołał powalić go z zaskoczenia, to w porządnej bitce nie ma szans.
- Zostaw - szepnęły Wrota księciu do ucha. - Zostaw, to ja, czarownica, zostaw, ja naprawię twój miecz.
Gawarek lekko osłupiał i wytrzeszczył na nią oczy. Wieśniacy, skorzy do gapienia się na cokolwiek, co można by uznać za rozrywkę, oderwali się od straganów i podeszli bliżej. Unosząca się w powietrzu dziewczyna stanowiła rozrywkę, a nawet sensację, chociaż o wiele bardziej zajmująca mogła być bójka młodzieńca z kowalem, na którą wszyscy w skrytości ducha liczyli.
Do niczego takiego nie doszło, bo Wrota, obrzuciwszy gawiedź ostatnim zaciekawionym spojrzeniem, wyciągnęły pośpiesznie księcia z osady, a kowal, który chciał biec za nimi i stłuc młokosa na kwaśne jabłko, poślizgnął się w kałuży błota tak nieszczęśliwie, że pojechał na brzuchu prawie do chlewika, a twarzą zarył w błocko tuż obok rozradowanego warchlaczka. Zanim udało mu się wygrzebać, młodzieniec i towarzysząca mu kuglarka w kolorowej masce byli już daleko. Kowalowi pozostało tylko wyładować gniew na kilku sąsiadach, którzy gromkim rechotem kibicowali jego próbom wyjścia z kałuży.
+
Wrota prowadziły księcia za rękę, prawie podskakując z radości. Podskoki były dość umowne, bo ciało królewny nadal płynęło w powietrzu, tuż nad ziemią.
Co wyście wymyśliły?, pytała podejrzliwie Salianka, ale nie zwracały na nią uwagi.
Ciągnęły Gawarka dalej i dalej w las, nie słuchając jego narzekań i protestów. Zatrzymały się dopiero, kiedy księciu ze zmęczenia zaczęły się plątać nogi. Puściły jego dłoń i opadły delikatnie na murawę.
- Posłuchaj mnie, książę - powiedziały. - Nie jestem żadną czarownicą, tylko czarodziejką. I mogę cię zmienić w tajemniczego wielkiego bohatera. Ale pod pewnymi warunkami.
- Znowu mam przerzucać gnój? - skrzywił się Gawarek, któremu wcześniejsze doświadczenia z czarodziejkami zapadły w pamięć i zaległy boleśnie na książęcej dumie.
- Żadnego gnoju - stwierdziły stanowczo Wrota. - Warunek pierwszy: nikomu nie powiesz, że wieśniaczka Salianka, którą uratowałeś z Twierdzy, to naprawdę Wielka Czarodziejka Wrota.
Wieśniaczka?!, ryknęła Salianka, która do tej pory nie zdawała sobie sprawy, że w ogóle ma coś takiego jak królewska duma. Okazało się, że nie tylko ma, ale jeszcze słowa Wrót wyraźnie owej dumie szkodzą.
- Zgoda - powiedział ochoczo książę, który aż się palił do zostania prawdziwym bohaterem, a teraz, kiedy już rozstrzygnięto kwestię gnoju, widział przed sobą tylko piękną i chwalebną przyszłość obrońcy Dolin. Prawie zacierał swoje wypielęgnowane dłonie z radości.
- Po drugie, zabierzesz mnie ze sobą do królestwa Dolin i pozwolisz zostać na zamku, jak długo będę chciała.
- Umowa stoi - zgodził się książę, przestępując z nogi na nogę ze zniecierpliwienia. - To zmieniaj mnie w tajemniczego bohatera.
- Cierpliwości, to nie takie proste - zgasiły jego zapał Wrota. - Daj miecz i zajmij się czymś. Nim wstanie słońce, będziesz miał najwspanialszą magiczną broń.
A ja?, upomniała się Salianka.
- Idź spać - zaproponowały Wrota. - Jutro znowu trzeba ruszać w drogę.
Świetnie, skrzywiła się królewna. Dobranoc.
+
Przebudzeniu towarzyszył potworny hałas. Przez chwilę brutalnie wyrwana ze snu królewna miała wrażenie, że świat się kończy, i zdążyła nawet zastanowić się, czy ma coś przeciwko temu. Ponieważ nie udało jej się podjąć decyzji, otworzyła oczy, przetarła je i mogła podziwiać, jak wielki tajemniczy wojownik wyrywa najbliższy dąb z korzeniami, wzbijając przy okazji w powietrze masę kurzu, pyłu i próchna, którego część osiadała w okolicy, a część na siedzącej na trawie dziewczynie. Królewna otrzepała się odruchowo, ale nie na wiele to się zdało, bo kolejna chmura brudu poleciała w jej stronę. Mięśniak musiał być Gawarkiem, którego Wrota zgodnie z obietnicą zmieniły w bohatera. Salianka nie miała czasu rozmyślać nad tym zbyt głęboko, bo kiedy kolejna porcja kurzu wleciała jej do gardła, musiała zająć się walką o odzyskanie oddechu. Chwilę trwało, zanim zdołała pył wykaszleć.
- Przestań! - wrzasnęła do wojownika.
Poderwała się na nogi, przy okazji radośnie zauważając, że Wrota oddały jej ciało, przynajmniej na razie. Siedziały gdzieś na dnie jej umysłu, zmęczone.
- Gawarek, przestań! - wrzasnęła drugi raz.
Usłyszał, puścił pień i podszedł bliżej. Królewna musiała przyznać, że Wrota się postarały. Książę przewyższał ją teraz o dwie głowy, w barach był jeszcze szerszy i wszędzie miał pełno różnorakich mięśni, rozrośniętych niemal ponad ludzką miarę. Na jego twarzy malował się spokój, a szeroki uśmiech, bez śladu Gawarkowej pyszałkowatości, budził zaufanie. Od całej postaci biły godność, spokój i siła. Ogólnie był do siebie trochę niepodobny, chociaż dalej miał jasne włosy i błękitne oczy.
- Nie możesz mi mówić Gawarek - odezwał się. Głos też miał nowy: głębszy, przyjemniejszy.
- Mogę "głupku", jak wolisz - odburknęła Salianka.
- Wybacz, czarodziejko, ale chodziło mi o to, że jako tajemniczy wojownik muszę ukrywać swoją tożsamość. Pod tą postacią zwać się będę Ulk.
- Dlaczego akurat tak?
- Krótkie imię, szybko przedstawię się wrogom i będę mógł ich szybko ciąć. I gawiedź łatwiej zapamięta.
Królewna pokiwała głową, uznając trafność argumentacji.
- Co racja, to racja - powiedziała. - A - przypomniała sobie - nie nazywaj mnie czarodziejką, tylko Salianką. Czarodziejką jestem tylko wtedy, kiedy noszę maskę... - Rozejrzała się wokół. - Gdzież ona jest?
- Zaczarowana - szepnęły cichutko Wrota. - Pojawi się, kiedy będzie potrzebna.
- Zostawiłem dla ciebie kawałek pieczeni, Salianko - rzekł Ulk, uśmiechając się do niej z sympatią. Już miała się uśmiechnąć w odpowiedzi, gdy przypomniała sobie, że choć odmieniony i w bardziej interesującej formie, wciąż stoi przed nią Gawarek. - Gdy zjesz, ruszymy w drogę.
Królewna pomacała potworze mięso. Było prawie całkiem spalone i jeszcze ciepłe. Przelotnie pożałowała, że przy okazji wizyty w wiosce nie podebrali kmiotkom czegoś normalnego, ale zapewne kradzież pożywienia nie licowała z godnością świeżo mianowanego bohatera. Zaczęła jeść. Tymczasem wojownik ponownie złapał za pień dębu, najwyraźniej wyrwanie drzewa z korzeniami znalazło się na początku listy jego "zadań na dziś".
- Zostaw. - Salianka przełknęła pośpiesznie pierwszy kęs. - Tajemniczy bohaterowie nie karczują lasów, ponapawasz się własną siłą przy innej okazji.
Posłuchał, choć niechętnie, i podczas gdy ona jadła, zajął się podziwianiem swojego magicznego miecza, na którym nie było już śladu rdzy. Wyglądało na to, że mógłby tak spędzać całe dnie.
Królewna starannie oblizała palce.
- Możemy ruszać - oznajmiła.
Ulk wstał natychmiast, wciąż z wyciągniętym mieczem w dłoni, jakby chciał się rzucać w bój z niewidocznym przeciwnikiem.
- Tak będziesz szedł między ludzi? - zapytała. - Jako Wielki Wojownik?
- A nuż się trafi jakaś okazja, może strzygi kogoś napadną, albo co... - Zaszurał nogą, skrępowany.
- Może lepiej się nie tłumacz...
Ruszyli w drogę, niedawna królewna, a obecnie wieśniaczka Salianka, i niedawny książę, a obecnie Wielki Wojownik Ulk. Bohater szedł żwawym krokiem, wypatrując uważnie jakiejś przygody. Pilnował przy tym, by nie oddalać się za bardzo od dziewczyny, którą wciąż bolały nogi, przez co nie radziła sobie z dotrzymywaniem mu kroku. Poza tym Salianka z wolna popadała w przygnębienie, a jak wiadomo, takie stany nie wpływają korzystnie na tempo marszu. Dotarło do niej bowiem, że sytuacja z dnia na dzień staje się coraz dziwaczniejsza, ona sama nie ma właściwie na nic wpływu i jedyne, co jej pozostało, to trzymać się na powierzchni fali i próbować nie utonąć. W tym akurat miała wprawę, na tym polegało jej życie w Twierdzy. Ale skoro ją opuściła, to owo życie powinno okazać się choć nieco bardziej zajmujące.
Nie minęło wiele czasu, jak królewna całkiem straciła zapał i zaczęła marudzić.
- Daleko jeszcze do Dolin?
- Jeszcze trochę.
- Duże trochę? - drążyła.
- Jakby było za blisko, to kreatury z Twierdzy co raz by nas napadały.
- I tak napadają - zwróciła mu uwagę Salianka. Łupieżcy od pokoleń urządzali sobie wypady na wszystkie sąsiednie krainy, a kiedy już zrabowali wszystko, co przy granicy zrabować się dało, ruszali dalej, niekiedy nawet pod samo miasto Dolin.
- Ale teraz w Dolinach będę ja i mój miecz. Powiedziałaś... znaczy, czarodziejka mi powiedziała, że nawet setkę wojaków pokonam. Nawet dwustu.
Salianka zapatrzyła się na niego tak, że prawie stanęła.
- Co one z ciebie zrobiły - westchnęła głęboko. Wojownik uniósł brwi ze zdziwieniem, ale królewna nie miała zamiaru rozwijać tematu. Machnęła tylko ręką.
Szli więc dalej, Ulk wypatrując wrogów, Salianka zadumana nad mocą Wrót. Droga była niesamowicie monotonna, dopiero gdzieś koło południa przestała się składać tylko z traktu i drzew rosnących po obu stronach. Oprócz drzew zaczęły się pojawiać wielkie, szare głazy, pomazane i poryte przez niekulturalnych podróżnych. Pod jednym z takich głazów kuliły się trzy istotki.
Ulka natychmiast prawie wmurowało w trakt ze szczęścia, a zamyślona królewna zderzyła się z jego umięśnionymi plecami. Zderzywszy się, też przystanęła. Oboje pochylili się nad głazem. Po bliższych oględzinach, które bynajmniej łatwe nie były, jako że przedmioty oględzin kuliły się i zasłaniały twarzyczki, istotki okazały się trójką dzieciaków. Wszystkie chlipały, jakby za najbardziej przejmujący płacz przewidziana była słodka nagroda. Wielki Wojownik Ulk na próżno próbował przekonać malców, że i on, i Salianka są dobrzy, krzywdy im nie zrobią, a może nawet pomogą. Królewna przez dłuższą chwilę obserwowała jego bezowocne wysiłki i z minuty na minutę pęczniała w niej chęć zaprzeczenia wszelkim Ulkowym zapewnieniom. Szczególnie tym dotyczącym nierobienia krzywdy. W końcu nie zdołała stłumić przepełniających ją uczuć.
- Cisza! - wrzasnęła ile sił w płucach, tupiąc przy tym obolałą nogą. Podziałało jak najlepsze zaklęcie. Dzieciaki umilkły.
- Czego się drzecie? - zapytała ostro królewna.
- Napadli na wioskę - rozryczały się dzieciaki na nowo, jedno przez drugie. - Zamordują tatulę, zamordują matulę, zamordują krasulę!
- Kto napadł? - zainteresował się Wielki Wojownik Ulk, może trochę zbyt chciwie jak na bohatera pozytywnego.
- Z Twierdzy napadli - zapłakały dzieci.
- Z Twierdzy? - powtórzyła Salianka. Nie była pewna, czy ma się bać swoich własnych łupieżców, czy może wręcz przeciwnie, współczuć im perspektywy spotkania z palącym się do bitki Ulkiem.
- Gdzie wioska? - Nowy obrońca Dolin miał na twarzy wyraz prawie że drapieżnego głodu.
- Tam. - Dzieciaki zgodnie wskazały zakręt drogi.
Wielki Wojownik Ulk ruszył pędem, gnany bez wątpienia bardziej chęcią pomagania potrzebującym niż pragnieniem wypróbowania nowo zdobytych mocy na żywych, prawdziwych przeciwnikach.
Królewna została sama z dziećmi, które zaraz uczepiły się jej nóg i zaczęły ryczeć jeszcze głośniej. Lekko osłupiała od tego, ale zaraz jej przeszło, jak tylko jeden z bachorów wysmarkał nos w jej spódnicę.
- Spokój! - wrzasnęła.
Dzieciaki od razu ucichły i spoglądały na nią wytrzeszczonymi ślepkami.
- Won z tymi cieknącymi nosami od mojej kiecki - zarządziła. Posłuchały od razu.
- I przestańcie ryczeć. Wielki Wojownik Ulk poszedł wyzwolić waszą wioskę, a przecież wszyscy wiedzą, że Ulk jest najpotężniejszym człowiekiem w Dolinach i poza nimi i nie ma na niego mocnych, prawda?
Dzieciaki od razu gorliwie przytaknęły, chociaż do tej chwili pojęcia nie miały, że w Dolinach w ogóle jest jakiś Wielki Wojownik.
Na potwierdzenie wielkiej mocy Ulka długo czekać nie musieli. Na drodze zakurzyło się i ukryci za jednym z głazów Salianka i dzieciaki mogli obejrzeć nader pośpieszny odwrót łupieżców z Twierdzy. Każdy miał podbite co najmniej jedno oko i wybity co najmniej jeden ząb. Na ciele też musieli być nieźle posiniaczeni, bo co krok pojękiwali z bólu. Niektórzy kuśtykali z trudem. A wszystkim bardzo się spieszyło.
Ledwo pokonani oddalili się trochę, a już dzieciaki otarły łzy i zaczęły rzucać za nimi kamieniami i przekleństwami. Widać było, że prędzej one skatują jakiegoś zabłąkanego łupieżcę niż łupieżca ich. Podczas gdy smarkacze wypróbowywały nowe techniki rzutów i splunięć, Salianka wymknęła się zza kamienia i ruszyła do wioski, słusznie mniemając, że zapalczywe dziatki same sobie poradzą.
Doszła do celu, mijając po drodze maruderów z Twierdzy, którzy, chociaż nie mogli iść, odczołgiwali się jak najdalej od swego pogromcy. Królewna życzliwie doradziła im, żeby zboczyli z drogi i ominęli krwiożercze dzieciaczki. W końcu byli to jej żołnierze i jakaś lojalność ją obowiązywała.
Między chaty wchodzić nie zamierzała, wyjrzała tylko zza węgła jednej chałupy. Ulk stał na środku tuż obok spalonej stodoły, a chłopi właśnie na kolana przed nim padali. Ktoś bił czołem o ziemię, ktoś zanosił lamenty w tonacji dziękczynnej. Widać było, że wojownik nader chętnie postałby jeszcze i posłuchał peanów na swoją cześć, ale dojrzał znaki, jakie zza chałupy dawała mu Salianka. Pożegnał się pośpiesznie, obiecując na odchodnym, że od tej pory wioska będzie pod jego ochroną, tak jak całe królestwo Dolin, i odszedł, żegnany okrzykami, modłami i łzami.
Z królewną spotkał się kawałek za wioską. Siedziała na trawie i moczyła nogi w strumieniu. Ulk zamachał mieczem, wypowiedział zaklęcie, jakiego nauczyły go Wrota, i zmienił się z powrotem w Gawarka.
- Niesamowite! - cieszył się, siadając obok Salianki. - Pokonałem ich, jakby byli jakimiś pchłami, bez żadnego wysiłku, a było ich ze dwudziestu.
- Wprost cudownie. - Królewna okazała umiarkowany entuzjazm. Policzyła odczołgujących się zbirów i wyszło jej, że było ich dokładnie piętnastu, w tym jeden z drewnianą nogą. - A daleko jeszcze do miasta Dolin? Bo nogi mnie bolą jeszcze gorzej niż wczoraj.
- Doszlibyśmy przed wieczorem.
Na dźwięk słowa "doszlibyśmy" Salianka jakoś się zachmurzyła. Książę nawet tego nie zauważył, bo zajęty był rozpamiętywaniem swojego zwycięstwa. Gawarka ze wspominek, a królewnę z zachmurzenia wyrwał dopiero rytmiczny stukot końskich kopyt i turkot wozu. Na wozie siedział człowiek, który pomachał do nich radośnie.
- Witajcie, dobrzy ludzie! - wykrzyknął - W ten najcudowniejszy dzień!
- A co w nim takiego cudownego? - zapytała kwaśno Salianka, kontemplując wielki bąbel, jaki jej się zrobił na pięcie.
- Oto dziś przybył do Dolin nasz wybawca, obrońca, Wielki Ulk.
Książę nagle się zainteresował.
- Wielki Ulk?
- Nie słyszeliście o Ulku, najpotężniejszym człowieku w Dolinach i poza nimi, na którego nie ma mocnych? - zdumiał się woźnica. Wyraźnie kipiał chęcią podzielenia się z kimś wiadomościami o bohaterze.
- A, o tym Ulku mówisz - rzekła mało entuzjastycznie królewna, zanim uradowany Gawarek zdążył z siebie wydobyć choć słowo. - Przechodził tędy.
- Cudownie! - Woźnica nie posiadał się z zachwytu. - Podążam drogą, którą przede mną szedł Wielki Ulk. Może nawet go spotkam, zanim dotrę do miasta, i zaoferuję mu miejsce na moim wozie!
- Nie wiem, czy go dogonisz. - Salianka wyciągnęła nogi z wody i z lekkim wysiłkiem na nich stanęła. Właśnie wymyśliła, jak uniknąć dalszego marszu, i miała zamiar od razu wprowadzić swój plan w życie. - Wielki Ulk szybko chodzi. Ale mógłbyś zaoferować miejsce na wozie nam. Jesteśmy znużonymi wędrowcami, a jak mawia wielki Ulk, powinniśmy pomagać sobie nawzajem, tak jak on nam pomaga.
- Jak mawia wielki Ulk! - Woźnica prawie wpadł w ekstazę.
Resztę drogi królewna przebyła na wozie, oszczędzając nogi, ale zużywając uszy na wysłuchiwanie zachwytów woźnicy nad nowym bohaterem, do których zresztą skwapliwie zachęcał go rozpromieniony książę.
+
Jeszcze nim słońce zaczęło zachodzić, dotarli do miasta Dolin. Dawało to okazję do podziwiania jego uroków. Stolica znajdowała się na szczycie jednego z licznych wzniesień, tuż nad błękitnym jeziorem. Otaczały ją lasy pełne zielonych drzew i rączych sarenek biegających radośnie wokoło. Natura, tak niechętna w obecności Twierdzy, tu zdawała się wręcz cieszyć z sąsiedztwa białego miasta. Kwiaty nachylały pąki w stronę przechodzących ludzi, ptaki umilały trelami drogę. Bluszcz oplatał zaledwie fragment muru, jakby pragnął przybliżyć się do piękna budowli, ale jednocześnie nie chciał swą obecnością zakłócać jej majestatu. Granicę między naturą a miastem wyznaczał właśnie ten mur z białego kamienia, bardzo dekoracyjny, choć niezbyt praktyczny z punktu widzenia ewentualnej obrony. Łuk bramy starannie ozdobiono mozaiką z jasnej ceramiki. Główna ulica także wyłożona była białym kamieniem, a otaczające ją zabudowania można było określić jako całkowite przeciwieństwo Twierdzy. Niewysokie, starannie wykończone budynki nie zasłaniały słońca, a ich białe ściany i złociste dachy tylko wzmacniały wrażenie jasności i przestronności. Niektóre z domów miały na dachach ogrody. W oczach królewny wszystko to wyglądało jeszcze barwniej, wręcz jaskrawie. Przyzwyczajona do posępnych murów, szarych ścian i szarego nieba nad Twierdzą prawie zaniemówiła porażona niezwykłością widoków. Zapomniała o pęcherzach na stopach i z otwartymi ze zdumienia ustami podziwiała wspaniałość miasta. Jego centrum stanowił pałac, zbudowany z tym samym pietyzmem, co wszystkie inne budynki, jakby budowniczowie woleli pieścić kamień, niż ranić go dłutami. Miał białe ściany, złociste kopuły i kilkadziesiąt tarasów, na których kwitły zielone ogrody.
Przed bramami pałacu Salianka i książę podziękowali woźnicy i zsiedli z wozu. Wciąż podekscytowany chłop odjechał, mrucząc coś pod nosem o wspaniałości wielkiego Ulka. Tymczasem jeden ze strażników rzucił się w te pędy zawiadamiać króla, że zaginiony książę powrócił. Nim oszołomiona królewna i Gawarek, zadowolony z siebie niczym przekarmiony kot, weszli na pierwszy dziedziniec, czekał już tam na nich cały orszak, na którego czele stał niegdyś przystojny, a aktualnie wyposażony w średniej wielkości brzuszek monarcha, widocznie zmartwiony niesubordynacją potomka, a zwłaszcza jego niewątpliwie niebezpieczną i nieprzemyślaną wyprawą w nieznane. Małżonkowi towarzyszyła piękna królowa o szlachetnych rysach, które odbijały się jak w lustrze w twarzy jej syna, znacznie spokojniejsza od męża. Najwyraźniej wiedziała, że wybryki to właśnie to, czego się po dzieciach spodziewać należy. Za nimi tłoczyli się heroldowie, straż przyboczna, kilka dam dworu, szambelan i parę innych osób, które akurat były w pobliżu i nie miały nic lepszego do roboty.
- Synu... - zaczął król, składając w zafrasowaniu ręce na brzuszku.
- Ojcze - przerwał mu książę, któremu chęć obwieszczenia wszystkim o swoich czynach zamykała oczy na ewentualne objawy uzasadnionej rodzicielskiej troski. - Wiem, że sprawiłem trochę kłopotów, ale aby utrzeć nosa naszym wrogom, dałem się wziąć do niewoli, z której następnie uciekłem, pobiłem pachołków ciemności, uszkodziłem kawałek Twierdzy i uwolniłem tę oto brankę.
Cały orszak potrzebował chwili, żeby przetrawić słowa księcia. Potem wszyscy zgodnie spojrzeli na Saliankę, która poczuła się więcej niż odrobinę nieswojo. Przez moment miała ochotę obrócić się na pięcie i uciec za bramę, a potem jeszcze dalej, za mury miasta, ale nim jej plany dotarły z głowy do nóg, wtrąciły się Wrota. Królewna poczuła, jak zmuszają ją, żeby ugięła kark. Ukłoniła się naprawdę nisko, dochodząc do wniosku z bolesnym westchnieniem, że skoro przyszło jej uchodzić za wieśniaczkę, to wieśniaczkę trzeba będzie udawać.
- Olaboga, najlepsiejsi panowie i wy, przecudne panie - zalamentowała na próbę. - Ja biedna, nieszczęśliwa, porwali mnie, jakem dziecko była, od matuli, od tatula, całem życie posadzki szorowała, a wielcy źli panowie karali mnie i kopali, choć żem im nie zawiniła, i sczezłabym tam marnie, gdyby mnie mój wielki książę, wybawca, olaboga, nie ocalił!
- Biedne dziecko! - Królowa wzruszyła się szczerze. Widok szczupłej, wyraźnie przestraszonej dzieweczki poruszył czułe struny w jej duszy. - Trzeba coś dla niej zrobić.
Cały orszak też natychmiast się wzruszył, damy dworu zaczęły pociągać noskami, a jedna nawet wyjęła koronkową chusteczkę.
Szambelan postąpił o krok naprzód.
- Za twoim pozwoleniem, pani. - Skłonił się przed królową, a ona skinęła mu głową. - Co umiesz, dziewko? - zwrócił się do Salianki.
Ja cię za tę "dziewkę" pokręcę, obiecała sobie w duchu. A głośno rzekła:
- Ja żem całe życie podłogi szorowała, o panie dobrodzieju.
- Zatem problem załatwiony - ucieszył się szambelan. - Zaprowadźcie ją do ochmistrzyni, na pewno ma miejsce dla jeszcze jednej dziewki służebnej.
- Olaboga, jaśnie panie, dziękuję - wyjęczała z wdzięcznością królewna, choć aż się gotowała z wściekłości. To ma być niby szczęśliwa odmiana losu, która powinna zachwycić biedną sierotę? Z szorowania czarnych posadzek w Twierdzy do szorowania białych w pałacu?
Orszak oddalił się, zabrawszy ze sobą księcia, któremu zaraz król z królową zaczęli wytykać nierozważną wyprawę i namawiać, żeby lepiej wziął się do nauki. Gawarek słuchał przestróg i napomknień z miną męczennika, bohatera, który, nie mogąc ujawnić swej prawdziwej natury, musi znosić pretensje maluczkich. Saliankę jakiś pomniejszy dworzanin zaprowadził przed oblicze ochmistrzyni, postawnej kobiety o rumianych policzkach, potrójnym podbródku i wielu innych oznakach dobrego bytowania. Ochmistrzyni natychmiast przywołała jedną z kręcących się w pobliżu służących i przykazała jej dać nowej posługaczce czysty biały fartuszek, pokazać jej, gdzie się śpi i je, a na odchodnym pouczyła królewnę, że będzie ją miała na oku. Coraz bardziej niezadowolona królewna w duchu obiecała ochmistrzyni to samo.
Inne posługaczki zaprowadziły Saliankę do wielkiej wspólnej sypialni, próbując po drodze nawiązać rozmowę. Nie tylko chciały się dowiedzieć co za jedna z tej nowej, ale przede wszystkim były zainteresowane tym, jak jej upłynęła podróż w towarzystwie samego księcia, który był obiektem tajonych starannie uczuć każdej służącej w zamku, od grubej łaziebnej poczynając, na pokojówce królowej kończąc. Wszystkie bez wyjątku, choć starannie ukrywając to przed sobą nawzajem, miały nadzieję, że pewnego dnia panicz dostrzeże w nich blask urody, charakteru i innych przymiotów, co skończy się wspaniałym ślubem, jak to w bajkach bywa. Ku żalowi spragnionych księcia, a przynajmniej ploteczek o nim, dziewek służebnych, Salianka na wszystkie pytania odpowiadała lamentem, obficie przetykanym "olaboga", czym zyskała sobie opinię wyjątkowo głupiej, nawet jak na standardy posługaczek świeżo przybyłych z zapadłej wsi.
Zniechęcone czeladne zrezygnowały z pytania o cokolwiek, zostawiły ją przy jej łóżku, zapowiadając, że dzisiaj wyjątkowo może sobie wcześniej odpocząć, aż do kolacji, którą podawano równo z zachodem słońca. Normalnie zaś będzie pracować razem z nimi od wschodu do zachodu, z przerwą na posiłek. Królewna podziękowała im pięknie za "opiekę nad nią niebogą, olaboga", a kiedy wreszcie sobie poszły, pogonione przez niezadowoloną z przestojów w pracy ochmistrzynię, usiadła na łóżku i postanowiła rozmówić się z Wrotami.
- To żadna zabawa szorować posadzki w pałacu - zaczęła, nie kryjąc pretensji.
- To żadna zabawa tkwić setki lat w Twierdzy i zajmować się podbojami - westchnęły Wrota.
- Nikt wam nie kazał - wytknęła Salianka. - Same robiłyście, co chciałyście. Jak z moim ojcem - dodała gorzko.
- Niezupełnie - powiedziały cichutko Wrota.
- Jak to?
- Jesteśmy Wrota - wyjaśniły z ociąganiem. - Jeśli zbyt długo pozostajemy otwarte, tracimy kontrolę nad tym, kto i co przechodzi. Nie każdy demon chce wyrwać się na świat. Niektóre wolą... zostać.
- Mojego ojca opętał jakiś demon, który wymknął się, bo za długo byłyście otwarte? - królewna prawie krzyknęła.
Przytaknęły cichutko.
- I dlatego pozwoliłyście go zabić, nie użyłyście swojej mocy, żeby mu pomóc!
- Pomogłyśmy - przyznały Wrota. - Ale nie jemu. Za dużo demonów zasiedliło się w jego głowie. Zajęłyśmy je, żeby nie mogły się bronić.
- A niech to - westchnęła Salianka. - Ze mną tak chyba nie zrobicie? - przestraszyła się.
- Jesteś ostatnią Strażniczką. Zostałaś nam tylko ty. I dlatego nie możemy otwierać się zbyt często. Ty chcesz istnieć i my też. Nie wiemy, co się z nami stanie, gdy zabraknie Strażników. Istniejemy tylko w waszych umysłach. Nie mamy siły, by je opuścić. Pomożemy sobie.
- Doprawdy? - powątpiewała królewna. Jakoś nie widziała we Wrotach pomocnej dłoni. - Co niby możecie dla mnie zrobić? Zabrałyście mnie z Twierdzy, tam byłam bezpieczna, dbano o mnie. A tu... Tu mogę tylko szorować posadzki i mieć nadzieję, że nikt mnie nie wyegzorcyzmuje!
- Tam było nudno - powiedziały ze smutkiem Wrota. - Twierdza była więzieniem, teraz jesteśmy wolni, ty i my. Możemy zobaczyć cały świat, coś przeżyć.
- Nie chcę oglądać całego świata - zaprotestowała z całego serca królewna. - Świat jest niebezpieczny!! Pełen potworów, złych ludzi, egzorcystów!! Nie dam sobie sama rady!
- Dlatego ci pomagamy - wyjaśniły z ożywieniem. - Stworzyłyśmy Ulka. Jest nam potrzebny ktoś taki jak on. Obrońca. Ktoś, kto umie walczyć i będzie cię chronił, gdy zajdzie potrzeba. Żebyś nas nie musiała otwierać w razie niebezpieczeństwa, kiedy nie jesteśmy gotowe. A ty naucz się korzystać z magii Strażniczki.
- Istnieje coś takiego?
- Żaden Strażnik nie chciał jej używać. Jest słaba w porównaniu z naszą mocą, gdy jesteśmy otwarte.
Salianka ciągle nie była przekonana. Myśl, że ma układać się z czymś, co przez całe swoje świadome życie postrzegała jako zagrożenie i co właśnie przyznało się do współudziału w morderstwie jej ojca, była niepokojąca. Z drugiej strony skoro nie można wroga pokonać, dlaczego nie zawrzeć z nim rozejmu?
- Pomyśl - kusiły Wrota - jesteśmy poza Twierdzą. Oglądamy świat! Prawdziwy, nie tylko ten, który pokazują w bajkach.
- Nie świat - zaprzeczyła ponownie rozeźlona Salianka. - Będziemy oglądać co najwyżej podłogi.
- Wystarczy, jeśli będą wierzyli, że je czyścisz - podsunęły Wrota. - Wystarczy.
Tknięta tą myślą królewna zeszła z łóżka. Zbliżała się pora posiłku, a nową sytuację warto było przemyśleć, przy okazji dostarczając ciału strawy innej niż leśny potwór. Salianka udała się do wielkiej izby, gdzie jadała służba. Posługaczki już zdołały rozpuścić wici, że nowa jest kompletnie bezrozumna, ale parę osób im nie uwierzyło i postanowiło samodzielnie sprawdzić. Lamenty wychodziły królewnie coraz lepiej i wkrótce wszyscy byli głęboko przekonani, że podłogi będzie czyścić wioskowa idiotka, której najwidoczniej pobyt w Twierdzy rozum do reszty odebrał.
+
Krzątanina w izbie sypialnej zbudziła Saliankę przed świtem. Wstała, ziewając okropnie, przyodziała się, przypasała fartuszek i razem z innymi służącymi poszła na śniadanie. Po śniadaniu wetknięto jej w jedną rękę wiadro, w drugą szmatę, po czym głośno i wyraźnie, czyli tak jak do głuptasa mówić należy, wyjaśniono, gdzie ma czyścić posadzki. Królewna powiedziała, że wszystko zrozumiała, olaboga, i poszła we wskazanym kierunku, po drodze podziwiając gładkie ściany, piękne okna, barwne witraże i kształtne rzeźby.
Wrotom się podobało. Salianka czuła je, spoglądające na wszystko z chciwą radosną ciekawością małego dziecka.
- I co w tym takiego cudownego - warknęła, stawiając wiadro na podłodze. - Pałac jak pałac. Setki korytarzy, wszędzie posadzki, wszystko trzeba wyczyścić! - Cisnęła wściekle szmatę obok wiadra, przyklękła i zaczęła szorować.
- Jest piękny - powiedziały Wrota. - I wszyscy są żywi i nieprzestraszeni.
- A szkoda - mruknęła cichutko Salianka, zerkając spode łba na ochmistrzynię, która przystanęła na końcu korytarza i czujnym okiem kontrolowała pracę posługaczki. - A to akurat bardzo szkoda.
Odkryła właśnie, że nie lubi, jak ktoś patrzy na nią z góry. W końcu była Panią Twierdzy, wywodzącą się z długiej linii dwudziestu trzech pokoleń tyranów i okrutników. Nawet jeśli za jej czasów wszystkim rządziła Rada, to i tak królewnę szanowano. Nie przywykła do tego, żeby ktoś gapił jej się na ręce. Do mycia posadzek też nie przywykła, ale szorowała energicznie, równo, aż nadzorczyni, usatysfakcjonowana pracą nowej sprzątaczki, poszła sobie wreszcie. Wtedy Salianka cisnęła szmatę, usiadła i zaczęła gapić się w sufit. Potem zaczęła gapić się na szmatę. Jeśli istniała jakaś magia dostępna Strażnikom Wrót, to najwyższy był czas, żeby z niej skorzystać. Pod wpływem natarczywego spojrzenia królewny szmata zaczęła szorować podłogę sama.
Salianka wstała i rozejrzała się za miejscem, gdzie mogłaby sobie uciąć drzemkę. Stanowczo czuła się niewyspana. Miała uzasadnione podejrzenie, że życie sługi będzie jej się coraz mniej podobało, głównie z uwagi na porę pobudki. W zasięgu wzroku nie było niczego, co mogłoby wystąpić w roli łóżka albo chociaż hamaka, więc królewna tylko przysiadła przy oknie wychodzącym na białe tarasy i zielone ogrody i wystawiła twarz do słońca.
Kiedy tak siedziała, grzejąc się w ciepłym blasku, odkryła coś, co dla niej samej było największym zaskoczeniem. Po raz pierwszy w życiu była wolna, nie musiała siedzieć na tronie i nudzić się, podczas gdy Rada wydawała rozkazy. Nie musiała siedzieć przy małym okienku i zastanawiać się, jakby to było, znaleźć się tam, w dalekim świecie, w towarzystwie przystojnego rycerza. Teraz naprawdę była poza Twierdzą, a chociaż rycerz wiele pozostawiał do życzenia, to jego drugie, bohaterskie ja zdawało się całkiem sympatyczne. I z Wrotami nawet można się było dogadać...
Odgłos czyichś kroków na korytarzu sprawił, że rzuciła się z powrotem do szmaty, tłukąc sobie przy tym boleśnie kolano. Szorowała z zapałem, wsłuchana w te kroki i przeklinała tego, który zamiast pójść sobie precz, najwyraźniej zmierzał w jej kierunku.
- Witaj, wieśniaczko - powiedział książę, spoglądając gdzieś w korytarz, jak przystało władcy zniżającemu się do pogaduszek z ludem.
Mokra szmata trafiła go prosto w twarz.
- Ty głupku, przez ciebie potłukłam sobie kolano! - Królewna podciągnęła spódnicę i zaczęła oglądać wielki siniak. - Gwiżdż jak idziesz, albo co, żebym wiedziała, że to ty. - Machnęła ręką na szmatę, która zeskoczyła Gawarkowi z twarzy i wróciła do szorowania posadzki.
- Używasz czarów? - zdumiał się ociekający mydlinami książę. Na kształtnym nosie przysiadło mu kilka mydlanych baniek.
- A myślałeś, że sama będę podłogi czyścić? - odburknęła. - Mógłbyś się wystarać o jakieś lepsze zajęcia dla mnie, w końcu jestem czarodziejką, która dała ci magiczny miecz.
- Tamta z ruin mi go dała, ty go tylko naprawiłaś - sprostował Gawarek, nieskory do uznania cudzych zasług, z obawy, że mogłoby to umniejszyć jego własne.
- Mogę go też zepsuć - zagroziła. - Że nie wspomnę o zepsuciu moich innych darów.
Zanim książę zdołał się stosownie przerazić, gdzieś za nim rozległo się szczekanie i po chwili w korytarzu pojawił się wielki kudłaty pies. Z rozpędu poślizgnął się na mokrej posadzce i przejechał kawałek, zostawiając za sobą smugi błota.
- Wstrętne bydlę! - wrzasnęła Salianka, chwyciła ścierkę, poderwała się i zamachnęła na psa.
- Zostaw! - Gawarek złapał ją za rękę. - To mój psiak. Oficjalny książęcy pupil. Służbie nie wolno go bić.
Salianka spiorunowała go wzrokiem.
Książę nie przejął się tym specjalnie i przywołał do siebie psa.
- Dobry Pazur. - Poklepał go po głowie. - To jest czarodziejka, opowiadałem ci o niej wczoraj. Przywitaj się.
Pazur grzecznie usiadł i podał łapę. Królewna uścisnęła ją przez ścierkę, nie chcąc ubłocić rąk. A potem znienacka złapała psa za pysk i spojrzała mu prosto w oczy.
- Posłuchaj, królewski pupilu... - szepnęła.
Obserwujący tę scenę Gawarek nigdy się nie dowiedział, co Pazur zobaczył w jej oczach ani co usłyszał, ale pies już więcej nie naniósł błota na posadzkę, którą ona szorowała, a Saliankę otaczał trwożnym podziwem. Zaraz też posłusznie zaczął wycierać łapy o szmatę.
- Wojska z Twierdzy znowu atakują - odezwały się Wrota. - Napadli na karawanę przy Białych Szczytach.
Królewna puściła psa i rzuciła szmatę. Już wolała przyczyniać się do bohaterskich czynów, niż usuwać ślady zabłoconych książęcych stóp z posadzek.
- Masz okazję się wykazać - powiedziała do Gawarka. - Napadnięto na karawanę przy Białych Szczytach.
- Biegnę! - ucieszył się książę. Wyciągnął miecz, zakręcił nim i po chwili na lśniącej posadzce stał Wielki Wojownik Ulk, a jego oczy i zęby błyszczały prawie, ale tylko prawie tak, jak biała, czysta pałacowa podłoga. Widać po nim było, że cieszy się na myśl o kolejnej potyczce ze sługusami złych mocy.
- Nie możesz za każdym razem biegać tam, gdzie cię potrzebują - zatroszczyły się Wrota, przejmując kontrolę nad ustami Salianki. - Trzeba będzie postarać się o wierzchowca.
- Wspaniale - zapalił się Ulk. - Zamień Pazura w wielkiego skrzydlatego wilczarza!
Pies pisnął żałośnie i uczynił próbę schowania się za wiadrem.
Saliance udało się zapanować na powrót nad swoimi ustami. Żal jej się zrobiło biednego psiaka, który z pewnością nie nadawał się do pomocy w urzeczywistnianiu nieskończonych ambicji swojego pana.
- Chyba to nie jest najlepszy pomysł - wtrąciła, za co Pazur natychmiast ją pokochał.
Wrota znów przepchnęły się na przód umysłu królewny. W dłoni Salianki pojawiła się maska z błyszczącymi gwiazdami na policzkach.
- O wierzchowcu pomyślimy później - powiedziały. - A teraz ja cię tam zabiorę. - Włożyły maskę, odbiły się lekko od podłogi, zawisły w powietrzu, wyginając wdzięcznie ciało.
Ponaglona przez nie szmata rzuciła się do szorowania podłogi na jeszcze większy błysk. Pazur na wszelki wypadek skulił się pod ścianą. Wrota wyciągnęły rękę do Ulka.
- Trzymaj się mnie - powiedziały. - Polecimy.
Wielki Wojownik schwycił mocno dłoń Salianki, obecnie należącą do Czarodziejki Wrota, uniósł się w powietrze i po chwili już szybował razem z nią, szybciej od ptaków, być może nawet szybciej od wiatru.
Nim minęło mgnienie oka, stało się tak, że Wielki Wojownik Ulk spadł z nieba prosto na grabieżców z Twierdzy, którzy, zastraszywszy kupców, właśnie łupili wozy. Wrota przysiadły na gałęzi jednego z wysokich drzew i obserwowały z góry nierówną walkę, od czasu do czasu przypalając ognistą kuleczką zadek jakiegoś łotra, który zbyt wolno uciekał. Oczywiście zostały zauważone i gdy tylko opóźniona i wciąż jeszcze przerażona karawana dotarła do ludzkich siedzib, do świeżej legendy o wspaniałym bohaterze dołączono postać tajemniczej czarodziejki o twarzy białej jak kwiaty konwalii. A piękna i tajemnicza czarodziejka to wszystko, czego potrzebuje świeża legenda o wielkim bohaterze, by zacząć żyć własnym życiem.
Jednak nim kupcy wyruszyli w dalszą drogę, popodziwiali jeszcze siłę i zręczność Wielkiego Ulka, który sprawnie rozpędził napastników. Na koniec naprężył mięśnie, życzliwie wysłuchał podziękowań, powiedział, że nie ma za co, zapewnił z całego bohaterskiego serca, że teraz on stoi na straży Dolin i nic złego nie ma prawa się stać, po czym oddalił się godnie.
Nikt z cudem ocalonych nie zauważył, że zaraz za pierwszym zakrętem krętej górskiej drogi czekała na wojownika czarodziejka w masce, stąpająca z wdziękiem w powietrzu. A szkoda, bo z pewnością byłoby to pięknym uzupełnieniem legendy. Zwłaszcza gdyby ktoś dojrzał, że Wielki Ulk chwycił jej dłoń i razem poszybowali w górę, pomiędzy chmury i szczyty gór. Ale może i dobrze, że nikt tego nie widział, bo szybując, wojownik wydawał niezupełnie godne okrzyki, takie jak "Fiuuuuuu!!!", czy "Ja latam!!! Latam, naprawdę latam!!!".
+
Podczas nieobecności swojego pana i królewny Pazur zadbał, żeby nikt nie zapuszczał się w korytarz, po którym szalała zaczarowana szmata. Psu nie udało się przed nią uciec i raz czy dwa wyszorowała mu grzbiet. Nie spodobało mu się to i starał się od niej trzymać jak najdalej. Przemykał się więc ostrożnie pod ścianami. Ale gdy tylko usłyszał czyjeś kroki, kładł się i powarkiwał na przechodzącego. Królewskiego psa nikt nie śmiał przepędzić kopniakiem.
Kiedy Wrota i Ulk wrócili, korytarz lśnił czystością, a uradowany Pazur rzucił się witać, odmienionego wprawdzie, ale ciągle pana.
- Podoba mi się takie latanie. - Ulk uspokoił psa, odstąpił o krok, zakręcił mieczem i zmienił się w Gawarka. - Zawsze chcę tak spadać z nieba. To będzie dobrze brzmiało w kronikach rodu.
- Sprowadzę ci pegaza - obiecały Wrota.
- Pegaza nie. - Książę z niechęcią wydął wargi. - To nie jest zwierzę dla bohatera. Za bardzo babski.
- A może orzeł? - zaproponowały Wrota. - Mogłabym tchnąć w niego demona, urósłby wielki, może nawet zaczął ziać ogniem.
- Tak, to by mi odpowiadało - zgodził się łaskawie Gawarek, gładząc się z namysłem po brodzie. - Kiedy będę go miał?
- Nie dziś, na pewno. To potrwa. Muszę znaleźć orła, sprowadzić demona, połączyć ich w jedno.
- Ja tu muszę myć posadzki - wtrąciła zgryźliwie Salianka.
- Okażę cierpliwość - oświadczył godnie książę i oddalił się, dwa razy bardziej napuszony niż zwykle.
W korytarzu pozostała Salianka i Pazur, nagle poważnie zaniepokojony co do pewności swojego miejsca u boku pana. Bardzo poważnie zaniepokojony, bo przecież w każdej bajce jest bohater i jego wierny towarzysz. Towarzysz, nie towarzysze.
Królewna podrapała psa za uszami, a on natychmiast się rozchmurzył. Szedł za nią krok w krok, kiedy oceniała pracę, jaką pod jej nieobecność wykonała szmata. Osiągnięty poziom czystości był ze wszech miar zadowalający. Podłoga nie tylko lśniła, zmieniła się też w śliską, niemal śmiertelną pułapkę, o czym zaraz przekonał się szambelan podążający na wezwanie króla. Gdyby nie uporczywy ból złamanej nogi, z pewnością doceniłby, jak dokładnie w posadzce odbija się jego nagle poczerwieniała twarz i każda pojedyncza, nerwowo pulsująca tętniczka.
+
Określeniem, jakie naprawdę pasowało do ochmistrzyni, było "solidna". Niczym fundament, na którym opierała się cała organizacja zamku. Jak niewzruszony postument pod potęgą i chwałą Dolin. Prawdziwie stateczna kobieta, na twarzy której zmarszczki znamionujące surowość zostały zwodniczo rozmyte przez nagromadzony latami tłuszcz.
Salianka wyglądała przy niej jak robaczek, mały i żałosny. Sama o to zadbała. Przez całą drogę do ciemnego pokoju, będącego osobistym sanktuarium ochmistrzyni, gdzie czekało ją obsobaczenie za zastawianie pułapek na jaśniepanów, a nieszczęsna ofiara śliskiej podłogi miała osobiście wyznaczyć jej karę, królewna szczypała się w policzki, tak że jej twarz była cała czerwona. Oprócz tego pociągała nosem. I co chwila jęczała cichutko "olaboga". Wobec takiej postawy serce szambelana, już opatrzonego i odchuchanego, zmiękło. Serce ochmistrzyni ani drgnęło, zresztą prawdopodobnie go nie miała. Tam, gdzie inni hodują uczucia, u niej rozrastało się jedno wielkie umiłowanie porządku.
A posadzka w korytarzu była naprawdę czysta.
- Musimy przyznać, że podłoga nigdy nie wyglądała aż tak wspaniale - orzekł szambelan, spoglądając coraz przychylniej na siąpiącą nosem wieśniaczkę.
- Można się w niej przejrzeć - dodała z powściągliwym uznaniem ochmistrzyni.
- Olaboga - zajęczała przeraźliwie i żałośnie Salianka.
- A ten drobny wypadek... - ciągnęła ochmistrzyni.
- W żadnym razie nie jest winą tej nieszczęsnej dziewki - wszedł jej w słowo szambelan. - Nie zrobiła tego celowo.
Żadne z nich nie powiedziało głośno, że ich zdaniem nowa posługaczka jest za głupia na to, żeby cokolwiek zrobić celowo. Ale pogląd ten dało się zauważyć na ich twarzach. Przynajmniej królewna to zauważyła.
- Po prostu pech - stwierdzili zgodnie.
- Olaboga - pisnęła Salinka, wytrzeszczając na nich oczy najmocniej, jak mogła.
- Możesz iść, dziecko - rozkazała ochmistrzyni. - Nie rób tego więcej. Na razie zajmij się ścieraniem kurzy - zezwoliła łaskawie.
Królewna rzuciła na nich przerażone spojrzenie wybałuszonych oczu, wymruczała podziękowania, przetykane obficie "olaboga" i wyszła. Zaraz za drzwiami przestała się służalczo garbić, wytrzeszczać oczy i pociągać nosem. Wyraz lęku na jej twarzy został zastąpiony przez wyraz zniesmaczenia, które pogłębiło się jeszcze, gdy nagle środkiem korytarza przeparadował król z orszakiem za plecami i księciem u boku.
Jak przystało na służącą, zeszła im z drogi, skłoniła się nisko i pozostała w tej pozycji, aż przemaszerowali. Niestety niedostatecznie długo, by nie zauważyć porozumiewawczego mrugnięcia Gawarka, który wskazywał na okna, a w szczególności na rozciągające się na horyzoncie pasmo górskie i małe kropeczki orłów na nieboskłonie.
- Jeszcze nie mamy odpowiedniego demona - powiedziały Wrota.
- A co mnie to obchodzi - warknęła Salianka i poszła ścierać kurze.
+
Przez kolejne dni książę rzucał coraz więcej porozumiewawczych i coraz bardziej zniecierpliwionych spojrzeń, które nie odnosiły zamierzonego skutku. Wielki Wojownik Ulk musiał biegać na własnych nogach wszędzie tam, gdzie szerzyło się zło. W przeciwieństwie do Gawarka nie narzekał, a nawet uprzejmie kłaniał się Saliance, gdy ją mijał, podążając tam, gdzie aktualnie był potrzebny. Na takie rozdwojenie osobowości królewna mogła tylko popukać się w czoło i wrócić do zaczarowywania szmat, żeby szybciej i dokładniej sprzątały.
Wrota nie odzywały się, poszukując pilnie demona, więc Salianka miała coś, co mogłaby nazwać "świętym spokojem" i co jej się nadzwyczaj podobało. Dnie spędzała, wygrzewając się na słoneczku w jakimś zacisznym zakątku i doskonaląc swoje umiejętności w dziedzinie magii napędzającej przedmioty czyszczące, takie jak szmata, miotła i wiadro z wodą. Szło jej coraz lepiej.
Od czasu do czasu odpoczynek przerywał jej Pazur, który czuł się coraz bardziej zaniedbywany przez księcia pochłoniętego ratowaniem Dolin. Pies kładł się obok niej, a królewna drapała go za uszami.
Właśnie leżeli sobie na trawniku w królewskim ogrodzie, podczas gdy miotła energicznie zamiatała placyk wokół fontanny, kiedy nagle odezwały się Wrota.
- Znalazłyśmy demona - powiedziały. - Trzeba schwytać orła.
A potem bezceremonialnie przepchnęły się do tej części umysłu królewny, która kierowała jej ciałem.
A tak było przyjemnie, westchnęła Salianka, spoglądając na ogród i wyjącego Pazura, który stawał się coraz mniejszy i mniejszy, w miarę jak Wielka Czarodziejka Wrota wzlatywała coraz wyżej i dalej od pałacu.
Białe Szczyty zbliżały się szybko, Wrota ominęły miejsce, gdzie kilka dni wcześniej Wielki Wojownik Ulk ocalił karawanę, i uniosły się prawie na wysokość chmur, tam gdzie mieszkały orły, dumne, silne i potężne.
Ptaki były zaskoczone obecnością niecodziennego intruza, zbyt zaskoczone, żeby zaatakować. Wrota unosiły się w powietrzu przed nimi, oceniając z bliska pazury, szpony i skrzydła każdego z nich.
Pośpieszcie się, ponagliła Salianka, która zamiast majestatu widziała mordercze instynkty. Do tego pamiętała, co Wrota mówiły o za długim otwieraniu się. Nie chciała ryzykować opętania.
Wrota niechętnie przestały wybrzydzać i miękko opadły na najbliższą skalną półkę. Orły wciąż ograniczały się do uważnej obserwacji, jeszcze nie atakując, ale wyraźnie rozważając taką możliwość. Upchnięta gdzieś na dnie własnego umysłu królewna zaczęła się ich trochę bać. Wrota nie zwracały na nią uwagi, już wcześniej upatrzyły sobie jednego orła, pochwyciły go i przyciągnęły samym spojrzeniem, a kiedy był już naprawdę blisko, wypuściły demona.
To było dziwne uczucie, stwierdziła później królewna. Jakby coś przeszło przez nią, przeniknęło przez jej ciało. Jakby wiatr, ciepły, a zarazem przyprawiający o drżenie, przewiał ją na wylot. Niezbyt przyjemne, ogólnie rzecz biorąc.
Demon nie chciał poddać się woli Wrót, ale one były nieustępliwe. Wepchnęły go prosto w ciało ptaka. Orzeł zawisł nieruchomo w powietrzu, zdawało się, że zaraz runie w dół niczym kamień. Zaraz zaczął się jednak rzucać, szamotać z samym sobą, w nadziei że pozbędzie się ze swoje wnętrza obcego. Skrzydła, szpony i szyja wyginały się w niesamowity sposób, jakby coś ze środka przymierzało i dopasowywało sobie ciało zwierzęcia. Pozostałe ptaki odleciały, spłoszone. Wrota obserwowały opętywanie z ciekawością, Salianka ze grozą. Zdawało się, że coś rozrywa zwierzę od zewnątrz, nagina jego kształt do granic rzeczywistości.
Wreszcie orzeł się uspokoił. Może przestał walczyć z demonem, może doszli do porozumienia. Ptak zamarł na chwilę, a potem zaczął rosnąć. Wyostrzył mu się dziób, powiększyły pazury. Skrzydła stały się wielkie i złowrogie. W oczach zabłysła obca, nieludzka i niezwierzęca inteligencja.
Ogromny i straszny, unosił się w powietrzu naprzeciw Wrót. Mierzyli się wzrokiem.
Głęboko w swoim umyśle królewna kuliła się ze strachu. I właśnie tę chwilę wybrały sobie demony z drugiej strony, czające się i wypatrujące szansy na ucieczkę, żeby podążyć drogą, którą ich pobratymiec wydostał się na świat.
Wrota zbladły, zacisnęły usta, jakby próbowały zatrzymać słowa wyrywające się na zewnątrz. Opadły na kolana, wydając ze ściśniętego gardła coś jakby jęk. A potem zamknęły się, gwałtownie, z hukiem, który niemal rozsadził Saliance czaszkę.
Przez chwilę królewna tylko oddychała ciężko, wciąż klęcząc, wsparta dłońmi o chropowatą skałę. Kiedy przestała mieć mroczki przed oczami, dostrzegła przed sobą przepaść, głęboką, zamgloną. Wrzasnęła i rzuciła się jak najdalej od krawędzi. Nie było to wystarczająco daleko, jak zaraz się przekonała. Półka nagle jakby się skurczyła. Ledwie starczyło na niej miejsca dla skulonej Salianki. Nad nią, przesłaniając słońce, unosił się orzeł-demon. A Wrota uparcie milczały.