Prolog
Manéo
Manéo Jung-Espinoza - dla kumpli na Ceres po prostu Néo - kulił się w kokpicie małego stateczku, który nazwał Y Que. Po niemal trzech
miesiącach lotu do czasu zapisania się na kartach historii zostało mu
może około pięćdziesiąt godzin. Jedzenie skończyło się dwa dni temu, a do picia miał tylko pół litra wody po recyklingu szczyn; wody, która
przeszła przez jego ciało więcej razy, niż potrafił zliczyć. Wyłączył
już wszystko, co się dało, nawet reaktor. Wciąż miał pasywne monitory,
ale żadnych aktywnych czujników. Jedyne światło w kokpicie pochodziło z ekranów terminali. Koc, którym się owinął, wciskając brzegi pod pasy
bezpieczeństwa, żeby nie odleciał, nie miał nawet zasilania. Nadajniki
szerokopasmowe i nadajniki wiązek kierunkowych wyłączył, a transponder
spalił, jeszcze zanim namalował nazwę na kadłubie. Nie poleciał tak
daleko tylko po to, żeby jakiś przypadkowy sygnał ostrzegł przed nim
flotylle.
Pięćdziesiąt godzin - nawet mniej - i jedyne, co musiał zrobić, to nie
dać się zobaczyć. Oraz w nic nie wlecieć, ale to już pozostawało w as
manos de Dios.
Do podziemnego bractwa balistyków wprowadziła go kuzynka Evita trzy lata
temu, tuż przed jego piętnastymi urodzinami. Siedział w rodzinnej
dziurze. Matka poszła do pracy przy obsłudze instalacji oczyszczania
wody, ojciec miał spotkanie z kierowaną przez niego grupą konserwatorów,
a Néo został w domu, wagarując po raz czwarty w tym miesiącu. Kiedy
system poinformował, że ktoś czeka przed drzwiami, spodziewał się
ochrony szkoły z awanturą z powodu z wagarów. Zamiast tego zobaczył
Evitę.
Była córką siostry mamy, dwa lata starszą od niego. Prawdziwa Pasiarka.
Ich ciała miały podobną budowę z wysoką, chudą sylwetką, ale ona była
stąd. Był nią zauroczony, od kiedy zobaczył ją po raz pierwszy.
Czasami śniło mu się, jak wyglądałaby bez ubrania. Jak to byłoby ją
pocałować. A teraz stała przed drzwiami jego pustego mieszkania. Serce
przyśpieszyło mu trzykrotnie, zanim otworzył drzwi.
- Esá, unokabátya - odezwała się na powitanie z uśmiechem i wzruszeniem
jednej ręki.
- Hoy - odpowiedział, próbując udawać spokój. Dorastał w wielkim
mieście, w przestrzeni stacji Ceres, tak jak ona, ale jego ojciec miał
niską, masywną budowę zdradzającą ziemskie pochodzenie. Do
kosmopolitycznego slangu Pasa miał takie samo prawo jak ona, ale u niej
brzmiał on naturalniej. Kiedy on tak mówił, przypominało to zakładanie
cudzej kurtki.
- Paru coyos spotyka się koło portu. Wrócił Silvestari Campos -
powiedziała z lekko wysuniętym biodrem, ustami miękkimi jak poduszka i lśniącymi wargami. - Mit?
- Que no? - odpowiedział. - Nie mam nic lepszego do roboty.
Później domyślił się, że zabrała go, bo była nim zainteresowana Mila
Sana, Marsjanka o końskiej twarzy, i wszyscy uznali, że będą się dobrze
bawić, obserwując, jak brzydka dziewczyna wewnętrzniaków ugania się za
mieszańcem, ale wtedy już się tym nie przejmował. Poznał Silvestari
Campos i usłyszał o lotach balistycznych z asystą.
Robiło się to tak: jakiś coyo zapewniał sobie działającą łajbę. Może
brał ją z odzysku, może montował z części. Przynajmniej niektóre z nich
były kradzione. Nie trzeba było wiele więcej poza silnikiem plazmowym,
pryczą przeciążeniową i minimalnym zapasem powietrza i wody. Potem
wszystko sprowadzało się do wyliczenia trajektorii. Bez Epsteina napęd
plazmowy spalał peletki za szybko, żeby gdziekolwiek dolecieć bez
pomocy. Cała sztuka polegała na tym, żeby ciąg (najlepsi włączali go
tylko raz) pchnął statek na trajektorię asysty grawitacyjnej (dzięki
czemu zbierał energię planety czy księżyca) i dał możliwość polecieć po
balistycznej najdalej, jak się dało. A potem trzeba było wykombinować,
jak wrócić żywym. Loty były śledzone przez podwójnie szyfrowaną tajną
sieć, równie trudną do złamania, jak cokolwiek oferowanego przez Loca
Griega czy Złotą Gałąź. Może i oni się tym bawili. Taka zabawa była
cholernie nielegalna i ktoś przyjmował zakłady. Oraz niebezpieczna, o co
właśnie chodziło. A kiedy się wróciło, wszyscy wiedzieli, kim jesteś.
Można było przesiadywać na imprezach w magazynach i pić, co tylko się
chciało, mówić wszystko, na co przyszła ochota, i chwycić prawy cycek
Evity Jung, a ona się nawet nie odsuwała.
I w ten właśnie sposób Néo, który nigdy dotąd niczym się specjalnie nie
interesował, rozbudził w sobie ambicję.
***
- Należy pamiętać o tym, że Pierścień nie jest magiczny - mówiła
Marsjanka. Néo spędził mnóstwo czasu w ciągu ostatnich miesięcy,
oglądając wiadomości o Pierścieniu, i jak dotąd właśnie ją lubił
najbardziej. Ładna twarz, miły akcent. Nie była tak masywna jak
Ziemianie, ale nie należała też do Pasa. Jak on. - Nie rozumiemy go
jeszcze i może tak zostać przez dziesięciolecia, ale ostatnie dwa lata
dały nam jedne z najbardziej ciekawych i ekscytujących przełomów w technologii materiałowej od czasów wynalezienia koła. W ciągu następnych
dziesięciu czy piętnastu lat pojawią się praktyczne zastosowania wiedzy
zdobytej przez obserwację protomolekuły, a to...
- Owoc. Zatrutego. Drzewa - powiedział dobitnie stary, zasuszony coyo
obok niej. - Nie możemy pozwolić sobie zapomnieć, że to coś powstało w wyniku ludobójstwa. Kryminaliści i potwory z Protogenu i Mao-Kwik
uwolnili tę broń wśród niewinnych ofiar. To wszystko zaczęło się od
rzezi, a korzystanie z jej owoców czyni nas współwinnymi.
Obraz przełączył się na moderatora, który z uśmiechem potrząsnął głową w stronę zasuszonego staruszka.
- Rabbi Kimble - powiedział - napotkaliśmy niewątpliwie obcy artefakt,
który przejął stację Eros, spędził nieco ponad rok, przygotowując się w zabójczym ciśnieniu Wenus, a potem wystrzelił olbrzymią, złożoną
strukturę tuż poza orbitę Urana i zbudował tam pierścień o średnicy
tysiąca kilometrów. Nie może pan sugerować, że moralność nakazuje nam
zignorować te fakty.
- Eksperymenty Himmlera w Dachau dotyczące hipotermii... - zaczął
zasuszony coyo, wymachując palcem w powietrzu, ale tym razem przerwała
mu ładna Marsjanka.
- Czy moglibyśmy już sobie darować lata czterdzieste dwudziestego wieku?
- powiedziała z uśmiechem sugerującym "jestem miła, ale zamknij się, do
cholery". - Przecież nie rozmawiamy tu o kosmicznych nazistach. To
najważniejsze zdarzenie w historii ludzkości. Rola, jaką odegrał w nim
Protogen, była straszna i winni zostali za to ukarani, ale teraz
musimy...
- Nie kosmiczni naziści! - krzyknął stary coyo. - Naziści nie pochodzą
z kosmosu. Są tutaj, pośród nas. To bestie ucieleśniające to, co
najgorsze w naszej naturze. Korzystając z tych odkryć, legitymizujemy
sposób, w jaki je zdobyliśmy.
Kobieta przewróciła oczami i spojrzała na moderatora, jakby oczekiwała
jego pomocy, ale mężczyzna tylko wzruszył ramionami, przez co staruszek
jeszcze bardziej się zapienił.
- Pierścień to pokusa grzechu - wykrzyknął. W kącikach jego ust pojawiły
się małe, białe kropki, których edytor postanowił nie wymazywać z obrazu.
- Nie wiemy, czym jest - przypomniała kobieta. - Biorąc pod uwagę fakt,
że oryginalnie miało to działać na pierwotnej Ziemi, zasiedlonej w najlepszym razie przez organizmy jednokomórkowe, a wylądowało na Wenus z nieskończenie bardziej złożonym materiałem, prawdopodobnie wcale nie
działa, ale mogę stanowczo stwierdzić, że pokusa i grzech nie mają z tym
nic wspólnego.
- To ofiary. Pani nazywa je "złożonym materiałem"? To zbezczeszczone
ciała niewinnych istot!
Néo przyciszył transmisję i przez chwilę tylko przyglądał się, jak
rozmówcy gestykulują z przejęciem.
Spędził całe miesiące na planowaniu trajektorii lotu Y Que, wyliczeniu
chwili, gdy Jupiter, Europa i Saturn znajdą się we właściwych pozycjach.
Okno było tak wąskie, że przypominało to rzucanie strzałki w skrzydła
muszki owocówki z odległości pół kilometra. Udało się dzięki Europie.
Bliski przelot obok tego księżyca Jowisza, potem tak blisko gazowego
olbrzyma, że prawie czuł tarcie atmosfery. Dalej znowu długi lot do
Saturna, przechwycenie energii z jego prędkości orbitalnej i dalej w czerń, już bez przyśpieszania, choć i tak leciał szybciej niż ktokolwiek
przypuszczał. Trudno było uwierzyć, że można rozpędzić taką łajbę do
lotów między asteroidami, a jednak się udało. Leciał przez miliony
kilometrów próżni, by trafić w cel mniejszy od dziury w dupie komara.
Néo wyobrażał sobie miny ludzi na tych wszystkich statkach wojskowych i naukowych zaparkowanych wokół Pierścienia, gdy mały stateczek lecący
balistycznie bez transpondera pojawi się znikąd i przeleci przez
Pierścień z prędkością stu pięćdziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę.
Potem będzie musiał działać bardzo szybko. Nie miał dość paliwa, żeby
wyhamować, ale powinno wystarczyć na zwolnienie na tyle, by mogli wysłać
do niego statek ratunkowy.
Nie wątpił, że spędzi trochę czasu w pierdlu. Może dwa lata, jeśli
sędzia bardzo się wkurzy, ale było warto. Warto było choćby dla
wiadomości z tajnej sieci, gdzie jego lot śledzili wszyscy znajomi i gdzie narastała fala głosów "cholera jasna, uda mu się!". Trafi na karty
historii. Jeszcze za sto lat ludzie będą mówić o najodważniejszym locie
balistycznym w historii. Stracił wiele miesięcy na przyśpieszaniu Y
Que, więcej niż na samym przelocie i późniejszym więzieniu. Było warto.
Będzie żył wiecznie.
Dwadzieścia godzin.
***
Największe niebezpieczeństwo stanowiła flotylla otaczająca Pierścień.
Ziemia i Mars niedawno całkiem solidnie uszczupliły nawzajem swoje
floty, ale większość z tego, co im zostało, tkwiła teraz wokół
Pierścienia. Albo przy planetach wewnętrznych, ale te Néo nie
obchodziły. Siedziało tam może ze dwadzieścia albo trzydzieści dużych
okrętów wojennych pilnujących się wzajemnie, podczas gdy każdy statek
naukowy w układzie zaglądał, nasłuchiwał i podlatywał ostrożnie na kilka
tysięcy kilometrów do Pierścienia. Wszystkie te napakowane okręty
pilnowały, żeby nikt niczego nie dotknął. Wszyscy się bali. Nawet z całym metalem i ceramiką upchanymi w ten sam kąt przestrzeni, nawet przy
stosunkowo małej wewnętrznej średnicy Pierścienia, wynoszącej raptem
tysiąc kilometrów, ryzyko, że w coś wleci - było minimalne. Było tam
dużo więcej pustki niż materii. A nawet gdyby trafił w któryś ze statków
flotylli, nie przeżyje, żeby się tym martwić, więc zostawił to w rękach
Dziewicy i zaczął ustawiać kamerę do nagrywania z dużą szybkością. Kiedy
w końcu do tego dojdzie, przelot będzie tak błyskawiczny, że nawet nie
będzie w stanie stwierdzić, czy trafił, dopóki nie przeanalizuje danych.
Musiał dopilnować, żeby powstał zapis jego dokonania. Z powrotem włączył
nadajniki.
- Hoy - odezwał się do kamery. - Tu Néo. Néo solo. Kapitan i załoga
souverän pasiarskiego ścigacza Y Que. Melista me. Zostało sześć godzin
do największego osiągnięcia od czasów stworzenia człowieka. Es pa mi
mama, słodką Sophię Brun i Jezusa, naszego Pana i Zbawcę. Oglądajcie
uważnie, bo wystarczy mrugnięcie, a przegapicie, que sa?
Obejrzał nagranie. Paskudnie wyglądał. Pewnie miał jeszcze czas, mógł
ogolić niechlujną brodę i przynajmniej związać włosy. Pożałował, że
odpuścił sobie codzienne ćwiczenia, dzięki którym nie wyglądałby na aż
tak wychudzonego. Teraz jest już za późno. Mimo wszystko mógł chociaż
zmienić ustawienie kamery. Leciał balistycznie, przecież nie musiał się
martwić ciążeniem ciągu.
Spróbował jeszcze dwa razy z innych kątów, aż jego próżność została
zaspokojona, po czym przełączył się na obraz z kamer zewnętrznych. Jego
wprowadzenie zajęło niewiele ponad dziesięć sekund. Zacznie transmisję
dwadzieścia sekund przed celem, potem przełączy na kamery zewnętrzne.
Będzie nagrywał ponad tysiąc klatek na sekundę, ale i tak może zgubić
Pierścień między obrazami. Miał nadzieję, że mu się uda. Teraz i tak nie
mógł zdobyć lepszej kamery, nawet gdyby taka istniała.
Wypił resztę wody i znowu pożałował, że nie zapakował choć trochę więcej
jedzenia. Tubka pasty białkowej byłaby teraz naprawdę mile widziana.
Niedługo będzie po wszystkim. Wyląduje w jakimś ziemskim lub marsjańskim
areszcie okrętowym z przyzwoitą ubikacją, wodą do picia i więziennymi
racjami. Prawie cieszył się na tę myśl.
Jego milczący zestaw łączności obudził się i wyemitował powiadomienie o wiązce kierunkowej. Otworzył połączenie. Szyfrowanie wskazywało, że
pochodziło z tajnej sieci i zostało wysłane na tyle dawno temu, by
dotarło do niego właśnie teraz. Nie tylko on się popisywał.
Evita była wciąż piękna, jednak teraz bardziej wyglądała na kobietę niż
wtedy, gdy zaczął zbierać pieniądze i części na budowę Y Que. Za pięć
lat będzie wyglądać całkiem zwyczajnie, ale na razie wciąż miał do niej
słabość.
- Esá, unokabátya - powiedziała. - Oczy świata. Toda auge. Moje też.
Uśmiechnęła się i przez sekundę myślał, że może podniesie sukienkę. Na
szczęście. Połączenie się skończyło.
Dwie godziny.
***
- Powtarzam, tu marsjańska fregata Lucien do niezidentyfikowanego
statku zbliżającego się do Pierścienia. Odpowiedz natychmiast albo
otworzymy ogień.
Trzy minuty. Zobaczyli go za szybko. Od Pierścienia dzieliły go jeszcze
trzy minuty, a nie powinni go zobaczyć w odległości większej niż minuta
lotu.
Néo odchrząknął.
- Nie trzeba, que sa? Nie trzeba. Mówi Y Que, ścigacz ze stacji Ceres.
- Nie masz włączonego transpondera, Y Que.
- No tak, zepsuł się. Będę potrzebował pomocy przy nim.
- Twoje radio działa całkiem dobrze, a nie słyszę sygnału alarmowego.
- Bo nie ma alarmu - odpowiedział, rozciągając sylaby, by zdobyć każdą
możliwą sekundę. Mógł z nimi rozmawiać. - Po prostu lecę balistycznie.
Mogę odpalić reaktor, ale to zajmie kilka minut. Może będziecie mogli mi
pomóc, co?
- Jesteś w przestrzeni z ograniczonym dostępem, Y Que - powiedział
Marsjanin, a Néo poczuł uśmiech na twarzy.
- Nic groźnego - zapewnił. - Nikomu nie zagrażam. Poddaję się. Muszę
tylko trochę zwolnić. Za kilka sekund odpalę silnik. Poczekajcie chwilę.
- Masz dziesięć sekund na zmianę trajektorii poza Pierścień, w przeciwnym razie otworzymy ogień.
Strach bardzo przypominał triumf. Robił to. Leciał prosto na Pierścień,
a oni się przestraszyli. Jedna minuta. Zaczął rozgrzewać reaktor. Teraz
nawet już nie kłamał. Włączył sekwencję uruchamiania pełnego zestawu
czujników.
- Nie strzelajcie - poprosił, robiąc przy tym pogardliwy gest. - Proszę
pana, proszę do mnie nie strzelać. Zwalniam najszybciej jak mogę.
- Masz pięć sekund, Y Que.
Miał ich jeszcze trzydzieści. Ekrany swój-obcy ożyły, gdy tylko włączył
się pełny system statku. Lucien przemknie bardzo blisko, na oko jakieś
siedemset kilometrów od niego. Nic dziwnego, że go zobaczyli. Z tej
odległości Y Que musiał rozjarzyć wszystkie panele zagrożeń jak lampki
na Boże Narodzenie. Zwykły pech.
- Możecie strzelać, jeśli chcecie, ale hamuję najszybciej jak tylko mogę
- powiedział.
Rozbrzmiał alarm. Na ekranie pojawiły się dwie nowe kropki. Hijo de
puta wystrzelił w niego torpedy.
Piętnaście sekund. Uda mu się. Rozpoczął nadawanie swojego przekazu i obrazu z zewnętrznej kamery. Pierścień był gdzieś tam, z tysiąckilometrową średnicą wciąż zbyt małą i ciemną, by zobaczyć go
gołym okiem. Wszędzie dookoła jarzyły się tylko gwiazdy.
- Wstrzymać ogień! - krzyknął do marsjańskiej fregaty. - Nie strzelać!
Trzy sekundy. Torpedy zbliżały się szybko.
Jedna sekunda.
Wszystkie gwiazdy zgasły równocześnie.
Néo stuknął w monitor. Nic. Ekran swój-obcy nie pokazywał niczego.
Żadnej fregaty, żadnych torped, niczego.
- A to - powiedział w przestrzeń - jest dziwne.
Na monitorze coś rozbłysło na niebiesko i przysunął się bliżej, jakby
fizyczne zbliżenie do ekranu pomogło mu się zorientować w sytuacji.
Czujniki ostrzegające o przeciążeniu potrzebowały na aktywację pięciu
setnych sekundy. Sprzętowo zaimplementowany alarm potrzebował na reakcję
trzech setnych sekundy, puszczając zasilanie do czerwonej diody LED i klaksonu alarmowego. Mała kontrolka na konsoli, wyświetlająca
ostrzeżenie o hamowaniu z przeciążeniem dziewięćdziesięciu dziewięciu g,
potrzebowała na obudzenie diod całej połowy sekundy. Do tej chwili Néo
był już tylko czerwoną plamą na przedniej ścianie kokpitu, rzucony
hamowaniem statku przez pasy bezpieczeństwa i ekrany w czasie krótszym
niż aktywacja synapsy. Przez pięć długich sekund statek trzeszczał i prężył się, nie tylko zatrzymując się, lecz także będąc zatrzymywanym.
W jednolitej ciemności zewnętrzna szybka kamera wciąż nadawała,
wysyłając tysiąc klatek na sekundę niczego.
A potem czegoś innego.
Rozdział pierwszy
Holden
Kiedy był jeszcze małym chłopcem na Ziemi, żyjącym pod otwartym,
błękitnym niebem, jedna z jego matek przez trzy lata cierpiała na
ciężkie migreny. Oglądanie jej bladej i spoconej z bólu twarzy było
trudne, ale jeszcze gorsze były objawy aury migrenowej prowadzącej do
tego stanu. Sprzątała w domu lub pracowała nad umowami w ramach
działalności swojej firmy prawniczej, a potem nagle jej lewa dłoń
zaczynała się zaciskać, zwijając się tak, że żyły i ścięgna zdawały się
trzeszczeć z wysiłku. Potem spojrzenie traciło ostrość, a źrenice
rozszerzały się do tego stopnia, że jej błękitne oczy robiły się czarne.
Przypominało to obserwowanie kogoś ogarniętego atakiem padaczkowym i za
każdym razem myślał, że tym razem mama umrze.
Miał wtedy sześć lat i nigdy nie powiedział żadnemu z rodziców, jak
bardzo te migreny go przerażały i jak bardzo się ich obawiał, nawet gdy
wszystko wydawało się toczyć dobrze normalnym trybem. Strach stał się
czymś znajomym, prawie wyczekiwanym. Powinno to łagodzić przerażenie i może faktycznie tak było, ale zastąpiło je poczucie uwięzienia. Atak
mógł przyjść w każdej chwili i nie dało się go uniknąć.
To wszystko go zatruwało, nawet jeśli tylko odrobinę.
Jakby był nawiedzony.
***
- Kasyno zawsze wygrywa - krzyknął Holden.
Razem z załogą - Aleksem, Amosem i Naomi - siedzieli przy prywatnym
stole w sali dla VIP-ów najdroższego hotelu na Ceres. Nawet tutaj
dzwonki, gwizdy i cyfrowe odgłosy automatów na żetony były dość głośne,
by stłumić większość normalnych rozmów. Nieliczne częstotliwości,
których nie zdominowały wymienione odgłosy, były zapchane wysokimi
dźwiękami maszyn pachinko i niskim basowym dudnieniem zespołu grającego
na jednej z trzech scen kasyna. Wszystko to składało się na ścianę
dźwięku, od którego Holdenowi wibrowały wnętrzności i dzwoniło w uszach.
- Co? - odkrzyknął do niego Amos.
- W końcu kasyno zawsze wygrywa!
Amos popatrzył na leżącą przed nim wielką stertę żetonów. Razem z Aleksem liczyli je i dzielili, przygotowując się do następnego wypadu do
stołów z grami. Sądząc po wielkości sterty, Holden szacował, że w ciągu
ostatniej godziny wygrali około piętnastu tysięcy nowych yenów Ceres.
Liczba żetonów była imponująca. Gdyby teraz skończyli, mieliby z tego
niezły zysk, ale oczywiście nie mogli.
- Dobra - krzyknął znowu Amos. - Co?
- Nic - odpowiedział Holden, wzruszając ramionami.
Jeśli jego załoga chciała stracić kilka tysięcy dolarów, żeby rozluźnić
się przy stołach do blackjacka, dlaczego miał im w tym przeszkadzać?
Prawdę mówiąc, nie zrobiłoby to nawet widocznej różnicy w wypłacie za
ostatni kontrakt, a to był tylko jeden z trzech kontraktów, które
wykonali w ciągu poprzednich czterech miesięcy. Zapowiadał się bardzo
korzystny rok.
Przez ostatnie trzy lata Holden popełnił wiele błędów, ale decyzja o zakończenia pracy w charakterze goryla SPZ i przejścia na własny
rachunek nie była jednym z nich. W ciągu miesięcy, które upłynęły od
czasu rozpoczęcia kariery niezależnego okrętu kurierskiego i eskortowego, Rosynant przyjął siedem zleceń i wszystkie przyniosły
niezły zysk. Pieniądze wydawali na remontowanie statku od dziobu po
rufę. Okręt zaliczył kilka trudnych lat i zdecydowanie potrzebował
dopieszczenia.
Kiedy skończyli, a na ogólnym koncie wciąż mieli pieniądze, z którymi
nie wiedzieli, co zrobić, Holden poprosił załogę o listę życzeń. Naomi
zapłaciła za wycięcie ścianki dzielącej ich kajuty, łącząc je w jedną
większą. Mieli teraz łóżko wygodnie mieszczące dwie osoby i sporo
miejsca do chodzenia wokół niego. Aleks zwrócił uwagę na problemy ze
zdobywaniem wojskowej klasy torped dla statku i poprosił o zainstalowanie na Rosie stępkowego działa szynowego. Dzięki niemu
zyskali większą siłę ognia od zapewnianej przez działka obrony
punktowej, a jedyną wymaganą amunicją były kilogramowe pociski z wolframu. Amos wydał trzydzieści kawałków podczas postoju na Kalisto,
montując dodatkowe usprawnienia silników. Gdy Holden zwrócił uwagę, że
Ros i bez tego może przyśpieszać dostatecznie szybko, by zabić załogę,
i zapytał, po co im te dodatki, Amos odpowiedział:
- Bo to cholerstwo jest fantastyczne.
Holden tylko kiwnął głową, uśmiechnął się i zapłacił rachunek.
Nawet po początkowej gorączce wydawania pieniędzy mieli ich dość, by
wypłacić sobie pensje pięciokrotnie wyższe od zarabianych na
Canterbury i zapewnić wyposażenie statku w wodę, powietrze oraz
peletki paliwowe na następne dziesięciolecie.
Prawdopodobnie był to stan przejściowy. Przyjdą czasy chude, gdy nie
będą mogli znaleźć żadnej pracy i będą musieli liczyć każdy grosz. Ale
nie dzisiaj.
Amos i Aleks skończyli liczyć żetony i krzyczeli do Naomi coś o niuansach gry w blackjacka, próbując namówić ją do przyłączenia się do
nich przy stole. Holden machnął na kelnera, który pośpiesznie podszedł
przyjąć zamówienie. W sali dla VIP-ów nie zamawiało się przez menu
ekranowe.
- Macie jakąś szkocką, którą zrobiono z prawdziwego ziarna? - zapytał
Holden.
- Mamy kilka gatunków z destylarni na Ganimedesie - odpowiedział kelner.
Nauczył się sztuczki mówienia tak, by było go słychać pomimo hałasu.
Uśmiechnął się do Holdena. - Ale dla wybrednego gentlemana z Ziemi
odłożyliśmy też kilka butelek szesnastoletniej lagavulin.
- Chcesz powiedzieć, że macie prawdziwą szkocką ze Szkocji?
- Dokładniej rzecz biorąc, z wyspy Islay - uściślił kelner. - Kosztuje
tysiąc dwieście za butelkę.
- Poproszę jedną.
- Tak jest, proszę pana, i cztery szklaneczki. - Kelner ukłonił się i ruszył do baru.
- Idziemy zagrać w blackjacka - powiedziała ze śmiechem Naomi, a Amos
wydzielił właśnie ze swojej tacy stosik żetonów i pchnął je do niej
przez stół. - Przyłączysz się?
Kapela w sąsiedniej sali przestała grać i poziom hałasu na chwilę spadł
do prawie znośnego poziomu, zanim ktoś zaczął puszczać muzykę przez
nagłośnienie kasyna.
- Poczekajcie kilka minut - poprosił Holden. - Kupiłem butelkę czegoś
naprawdę dobrego i chciałbym wypić z wami ostatni toast, zanim
rozejdziemy się na resztę nocy.
Amos wyglądał na zniecierpliwionego aż do chwili, gdy przyniesiono
butelkę, a potem przez kilka sekund przyglądał się etykiecie.
- No dobra, na to warto było czekać.
Holden nalał każdemu porcję, a potem uniósł swoją szklaneczkę.
- Za najlepszy statek i najlepszą załogę, z jaką ktokolwiek kiedykolwiek
miał zaszczyt służyć, i za dobrą wypłatę.
- Za dobrą wypłatę! - powtórzył Amos, a potem alkohol zniknął ze
szklaneczek.
- Jasna cholera, kapitanie - skomentował Aleks, a potem wziął butelkę,
by ponownie przyjrzeć się etykiecie. - Możemy zabrać trochę tego na
Rosa? Możesz mi potrącić z wypłaty.
- Popieram - rzuciła Naomi, a potem przejęła butelkę i rozlała następną
kolejkę.
Na kilka minut zapomnieli o stosach żetonów i pokusie stołów z kartami.
A Holden dokładnie tego chciał: zatrzymać tych ludzi razem jeszcze na
kilka chwil. Na każdym statku, na którym służył, przybicie do portu
zawsze było szansą parodniowej ucieczki od ciągle tych samych twarzy.
Już nie. Nie z tą załogą. Kolejną szklaneczką szkockiej spłukał cisnące
mu się na usta, bełkotliwe "kocham was!".
- Ostatni na drogę - powiedział Aleks, podnosząc butelkę.
- Muszę iść do kibla - odpowiedział Holden i odepchnął się od stołu.
Idąc do łazienki, chwiał się trochę bardziej, niż się spodziewał. Whisky
szybko uderzyła do głowy.
Łazienki dla VIP-ów urządzono luksusowo. Żadnych rzędów pisuarów i umywalek, zamiast nich kilkoro drzwi prowadziło do prywatnych kabin z ubikacją i umywalką. Holden wszedł do jednej z nich i zatrzasnął za sobą
drzwi. Gdy tylko się zamknęły, poziom hałasu spadł prawie do zera.
Przypominało to trochę wyjście poza świat i pewnie specjalnie tak je
zaprojektowano. W każdym razie ucieszył się, że projektant kasyna
przewidział miejsce oferujące względny spokój, bo wcale nie zdziwiłby
się na widok automatu na żetony tuż obok umywalki.
Korzystając z pisuaru, musiał się oprzeć jedną ręką o ścianę i był w połowie załatwiania się, gdy w pomieszczeniu na chwilę zrobiło się
jaśniej i w chromowanym uchwycie pisuaru zaczął się odbijać delikatny
błękitny blask. Strach ścisnął mu żołądek.
Znowu.
- Przysięgam na Boga - powiedział Holden, urywając, by dokończyć i zapiąć rozporek. - Lepiej, żeby cię tam nie było, Miller, gdy się
odwrócę.
Odwrócił się.
Miller tam był.
- Cześć - odezwał się trup.
- Musimy porozmawiać - dokończył za niego Holden, a potem podszedł do
umywalki, żeby umyć ręce.
Jego śladem poleciał maleńki błękitny świetlik, lądując na blacie.
Holden zgniótł go dłonią, ale kiedy ją podniósł, niczego nie zobaczył.
Odbicie Millera w lustrze wzruszyło ramionami. Ruszał się nieprzyjemnie
szarpanymi ruchami, jakby kierował nim jakiś mechanizm. Równocześnie po
ludzku i zupełnie obco.
- Są tu wszyscy - powiedział trup. - Nie chcę rozmawiać o tym, co stało
się z Julie.
Holden wyciągnął ręcznik z koszyka obok umywalki, a potem oparł się o nią, zwrócony w stronę Millera, i powoli wytarł ręce. Drżał, tak jak
zawsze. Wzdłuż pleców pełzło poczucie zagrożenia i niepokoju, jak
podczas każdego z tych spotkań. Nie znosił tego.
Detektyw Miller uśmiechnął się, reagując na coś niewidocznego dla
Holdena.
Facet pracował w ochronie Ceres, został zwolniony i ruszył na
samodzielne polowanie, szukając zaginionej dziewczyny. Raz uratował
Holdenowi życie. Holden patrzył, jak miasto w asteroidzie, gdzie Miller
utknął z setkami tysięcy ofiar protomolekuły z kosmosu, rozbiło się na
Wenus. Wraz z Julie Mao, dziewczyną, którą Miller w końcu odnalazł, gdy
było już za późno. Przez rok artefakt obcych pracował i tworzył coś
niezrozumiałego pod pokrywą chmur planety. Gdy się pokazał, unosząc
olbrzymie struktury z głębin studni grawitacyjnej i lecąc poza orbitę
Neptuna niczym jakaś tytaniczna morska bestia przeniesiona w próżnię,
wraz z nim pojawił się Miller.
I przemawiał czystym szaleństwem.
- Holden - powiedział Miller, nie mówiąc do niego, opisując go. - Jasne,
to ma sens. Nie jesteś jednym z nich. Hej, musisz mnie posłuchać.
- A ty musisz coś powiedzieć. Te bzdury wymykają się spod kontroli.
Robisz te swoje objawienia już prawie od roku i nigdy jeszcze nie
powiedziałeś nic, co miałoby sens. Ani razu.
Miller niedbale machnął ręką. Staruszek zaczynał oddychać szybciej,
dysząc, jakby miał za sobą bieg. Na jego szarej, bladej skórze pojawiły
się krople potu.
- W sektorze osiemnastym był taki nielicencjonowany burdel. Poszliśmy
tam, licząc, że zgarniemy piętnaście, może dwadzieścia osób. Albo nawet
więcej. Weszliśmy do środka i okazało się, że było tam całkiem pusto.
Powinienem się nad tym zastanowić. To coś znaczy.
- Czego ode mnie chcesz? - zapytał Holden. - Po prostu powiedz, czego
chcesz, dobra?
- Nie zwariowałem - zapewnił go Miller. - Kiedy wariuję, zabijają mnie.
Boże, czy oni mnie zabili? - Miller złożył usta w małe o i zaczął
wciągać powietrze. Jego wargi ciemniały od krwi pod skórą zmieniającą
kolor na czarny. Położył na ramieniu Holdena zdecydowanie za ciężką
dłoń. Zbyt twardą. Jakby Miller został odtworzony z żelaza, zamiast z kości. - Wszystko się spieprzyło. Dotarliśmy tam, ale jest pusto. Całe
niebo jest puste.
- Nie wiem, co to znaczy.
Miller nachylił się bliżej. Jego oddech pachniał oparami octanów. Wbił
wzrok w oczy Holdena, unosząc brwi, jakby pytał go, czy zrozumiał.
- Musisz mi pomóc - oświadczył. Żyłki w jego oczach były już prawie
czarne. - Oni wiedzą, że potrafię odnajdywać różne rzeczy. Wiedzą, że mi
pomogłeś.
- Ty nie żyjesz - przypomniał Holden, mówiąc bez namysłu ani żadnego
planu.
- Wszyscy nie żyją - odparł Miller. Zabrał dłoń z ramienia Holdena i odwrócił się. Zmarszczone brwi świadczyły o zmieszaniu. - Prawie.
Prawie.
Zabrzęczał terminal Holdena, więc wyjął go z kieszeni. "Wpadłeś tam?".
Naomi wysłała pytanie tekstem. Holden zaczął odpisywać, ale przestał,
zdając sobie sprawę, że nie wiedział, co mógłby powiedzieć.
Kiedy Miller znów się odezwał, mówił cicho, prawie jak dziecko
przepełnione zdumieniem i zachwytem.
- Kurwa. Stało się - powiedział.
- Co się stało? - zapytał Holden.
Ktoś wchodzący do kabiny obok trzasnął drzwiami i Miller zniknął.
Jedynym dowodem na jego obecność był utrzymujący się jeszcze w powietrzu
zapach ozonu i bogatej mieszanki związków organicznych, jakby
skwaśniałych egzotycznych przypraw. Zresztą to też mogło być tylko
wyobrażeniem Holdena.
Stał przez chwilę, czekając, by zniknął miedziany posmak w ustach.
Czekając, aż serce znowu zacznie bić w normie. Potem zrobił to, co
zawsze po tych spotkaniach. Gdy minęło najgorsze, umył twarz zimną wodą
i wytarł ją miękkim ręcznikiem. Odległe, stłumione dźwięki kasyna
gwałtownie się nasiliły. Pula.
Nie powie im. Naomi, Aleksowi i Amosowi. Zasługiwali na korzystanie z przyjemności bez ingerencji tego czegoś, czym był Miller. Holden
rozumiał, że impuls zatajenia tego przez nimi był irracjonalny, ale tak
bardzo chciał ich chronić, że nie kwestionował go za bardzo. Czymkolwiek
stał się Miller, Holden będzie stał między nim a Rosem.
Przyglądał się swojemu odbiciu, aż zrobiło się idealne. Beztroski, nieco
podchmielony kapitan odnoszącego sukcesy, niezależnego statku podczas
przepustki na lądzie. Wyluzowany. Szczęśliwy. Wrócił do szaleństwa
kasyna.
Przez moment poczuł się jakby cofnął się w czasie. Kasyno na Erosie.
Śmiertelna pułapka. Światła wydawały się trochę zbyt jaskrawe, dźwięki
za głośne. Holden wrócił do stołu i nalał sobie jeszcze jedną
szklaneczkę. Tę będzie pił trochę dłużej, ciesząc się smakiem i nocą.
Ktoś za nim ryknął śmiechem. To tylko śmiech.
Po kilku minutach pojawiła się Naomi, wyłaniając się ze zgiełku i chaosu
jak ucieleśnienie spokoju. Patrząc, jak idzie w jego stronę, znowu
poczuł wcześniejszą pijaną, zaborczą miłość. Latali razem na
Canterbury przez całe lata, zanim odkrył, że się w niej zakochuje. Z perspektywy czasu każdy poranek, gdy budził się przy boku kogoś innego,
był straconą okazją wdychania tego samego powietrza, co Naomi. Nie
potrafił zrozumieć, co sobie wtedy myślał. Przesunął się w bok, robiąc
jej miejsce.
- Już cię oskubali? - zapytał.
- Aleksa - odpowiedziała. - Oskubali Aleksa do czysta. Dałam mu swoje
żetony.
- Jesteś niezwykle hojną kobietą - skomentował z szerokim uśmiechem.
Ciemne oczy Naomi złagodniały pod wpływem współczucia.
- Znowu pojawił się Miller? - zapytała, nachylając się bliżej, żeby
usłyszał ją przez hałas.
- Trochę niepokojące jest to, jak łatwo możesz mnie przejrzeć.
- Bardzo łatwo cię odczytać. Zresztą to nie byłby pierwszy łazienkowy
napad Millera. Czy tym razem mówił coś z sensem?
- Nie - odpowiedział Holden. - Zachowuje się, jakby rozmawiał z jakąś
wadliwą maszyną. Mam wrażenie, że przez połowę czasu nawet nie wie, że
tam jestem.
- Tak naprawdę to nie może być Miller, prawda?
- Jeśli to protomolekuła przebrana za Millera, to jest to chyba jeszcze
mniej fajne.
- Słusznie - zgodziła się Naomi. - Powiedział przynajmniej coś nowego?
- Może odrobinę. Powiedział, że coś się stało.
- Co?
- Tego nie wiem. Powiedział tylko "stało się" i zniknął.
Siedzieli razem przez kilka minut w prywatnej oazie ciszy pośród
zgiełku, splatając palce. W końcu Naomi nachyliła się, pocałowała go w czoło i pociągnęła go z krzesła.
- Chodź - powiedziała.
- Gdzie idziemy?
- Nauczę cię grać w pokera - wyjaśniła.
- Wiem, jak to się robi.
- Tylko ci się tak wydaje.
- Chcesz powiedzieć, że masz mnie za leszcza?
Uśmiechnęła się i pociągnęła go.
Holden pokręcił głową.
- Jeśli chcesz, to chodźmy na statek. Możemy zebrać parę osób i zagrać w spokoju. Nie ma sensu robić tego tutaj, bo kasyno zawsze wygrywa.
- Nie przyszliśmy tu wygrać - odpowiedziała Naomi, a powaga jej głosu
nadała słowom znacznie głębsze znaczenie. - Przyszliśmy grać.
***
Wiadomość nadeszła dwa dni później.
Holden siedział w kambuzie, jedząc porcję na wynos z jednej z portowych
restauracji: ryż w sosie czosnkowym, trzy rodzaje warzyw i coś na tyle
podobnego do kurczaka, że mogło faktycznie nim być. Amos z Naomi
nadzorowali ładowanie odżywek i filtrów do systemu recyklingu powietrza,
a Aleks spał w fotelu pilota. Na innych statkach, na których służył
Holden, zebranie całej załogi z powrotem na statku przed wylotem było
czymś absolutnie niesłychanym, zresztą oni też spędzili kilka nocy w portowych hotelach. Ale teraz wrócili do domu.
Holden sprawdzał miejscowe kanały z wiadomościami na ręcznym terminalu,
oglądając serwisy informacyjne i rozrywkę z całego układu. Dziura w zabezpieczeniach nowej gry Bandao Solice pozwoliła na przejęcie na
piracki serwer na orbicie Tytana danych osobowych i finansowych sześciu
milionów osób. Marsjańscy eksperci wojskowi nawoływali do zwiększenia
budżetu w celu uzupełnienia strat poniesionych w bitwie wokół
Ganimedesa. Na Ziemi afrykańska koalicja rolnicza złamała zakaz
stosowania szczepu bakterii wiążącej azot. Protestujący po obu stronach
konfliktu wyszli na ulice Kairu.
Holden skakał po kanałach, pozwalając myślom prześlizgiwać się po
powierzchni informacji, gdy na jednym pojawił się czerwony pasek. Potem
na drugim. I kolejnym. Zmroziło go zdjęcie nad artykułem. Nazywali to
Pierścieniem. Olbrzymia struktura obcych, która opuściła Wenus i poleciała w miejsce odległe o niecałe dwie jednostki astronomiczne poza
orbitą Urana, gdzie wyhamowała i złożyła się.
Holden czytał uważnie, czując ciężar w żołądku. Kiedy podniósł wzrok, w drzwiach zobaczył Naomi i Amosa. Amos trzymał swój terminal. Holden
zobaczył na jego ekranie te same czerwone paski.
- Widziałeś to, kapitanie? - zapytał Amos.
- Owszem - potwierdził Holden.
- Jakiś powalony dureń próbował przelecieć przez Pierścień.
- Właśnie.
Nawet przy odległości między Ceres a Pierścieniem, rozdzielonych
olbrzymim przestworem pustki, wiadomość o tym, że jakiś dureń wleciał
tanim stateczkiem z jednej strony struktury i nie wyleciał z drugiej -
powinna tu dotrzeć w ciągu jakichś pięciu godzin. A jednak doszło do
tego dwa dni później. Tak długo obserwujące Pierścień rządy były w stanie tuszować tę sprawę.
- O to chodziło, prawda? - powiedziała Naomi. - To się stało.
Rozdział drugi
Byk
Carlos C de Baca - dla przyjaciół Byk - nie lubił kapitana Ashforda. Od
zawsze.
Kapitan był jednym z tych ludzi, którzy potrafili drwić bez ruszania
ustami. Zanim Ashford wstąpił do SPZ na pełny etat, zrobił doktorat z matematyki w księżycowym kampusie Uniwersytetu Bostońskiego i nigdy
nikomu nie pozwalał o tym zapomnieć. Jakby posiadanie tytułu naukowego
nadanego przez uniwersytet z Ziemi czyniło go lepszym od innych
Pasiarzy. A przy tym radośnie obgadywał facetów w rodzaju Byka czy
Freda, którzy naprawdę dorastali w studni. Ashford nie był prostym
człowiekiem. Sposób, w jaki przypinał się do różnych spraw, jakby robiły
z niego kogoś ważniejszego - wykształcenie, powiązania z Ziemią,
dorastanie w Pasie - sprawiał, że trudno było go lubić.
I to Ashford będzie dowodził misją.
- Dochodzi do tego element czasowy - powiedział Fred Johnson.
Fred wyglądał okropnie. Był zbyt chudy. Ostatnio wszyscy wyglądali na
chudych, ale ciemna skóra Freda przybrała popielaty odcień, przywodzący
Bykowi na myśl sprawy takie jak zaburzenia odporności i nieleczone
nowotwory. Prawdopodobnie był to tylko efekt stresu, wieku i niedożywienia. To samo, co przytrafiało się wszystkim, jeśli nie
pojawiło się nic innego. Właściwie to Byk też zaczął trochę siwieć na
skroniach i nie podobały mu się tanie diody, które rzekomo miały
naśladować światło Słońca. Fakt, że jego skóra wciąż była ciemniejsza od
skorupki jajka, miał więcej wspólnego z ciemną skórą jego meksykańskiej
matki niż z ultrafioletem.
Przebywał w ciemności od dwudziestego drugiego roku życia, a teraz miał
już czterdziestkę. Fred zaś, jego dowódca pod dwoma rządami, był od
niego wyraźnie starszy.
Rusztowanie konstrukcyjne odchylało się przed nimi z elastycznymi
ścianami lśniącymi jak łuski węża. Dobiegał go nieustanny, cichy pisk
wibracji sprzętu konstrukcyjnego, przesuwanego po powierzchni stacji.
Ciążenie wirowe miało tu siłę nieco mniejszą od standardowej jednej
trzeciej g właściwej stacji Tycho, a Ashford popisywał się,
przyśpieszając i zwalniając, żeby Ziemianie mogli nadążyć. Byk zwolnił
odrobinę, żeby facet musiał czekać chwilę dłużej.
- Element czasowy? Jak to wygląda, pułkowniku? - zapytał Ashford.
- Nie aż tak źle, jakby mogło - odparł Fred. - Od czasu dużej zmiany
podczas zdarzenia Pierścień nie wykazuje żadnych innych wahnięć. Nikt
inny przez niego nie przeleciał i nic się nie wyłoniło ze środka. W tej
chwili ludzie już nie robią w gacie, tylko siedzą w gotowości. Mars
traktuje to jako sprawę ściśle wojskową i naukową. Wysłali tam już pół
tuzina jednostek badawczych na dużym ciągu.
- Jaka eskorta? - zapytał Byk.
- Jeden niszczyciel i trzy fregaty - odpowiedział Fred. - Ziemia leci
wolniej, ale większymi siłami. W przyszłym roku będą mieli wybory, a sekretarz generalny mocno obrywa za potajemną współpracę rządu ze
zbuntowanymi korporacjami.
- Ciekawe dlaczego - skomentował cierpko Byk.
Nawet Ashford się uśmiechnął. Dzięki Protogenowi i Mao-Kwikowski ład i stabilność Układu Słonecznego wylądowały w mikserze. Stacja Eros
przepadła, przejęta przez obcą technologię, rozbita o Wenus. Ganimedes
produkował ledwie jedną czwartą wcześniejszych ilości jedzenia,
zmuszając wszystkie zamieszkałe ośrodki planet zewnętrznych do polegania
na zapasowych źródłach żywności. Sojusz Ziemi i Marsa stał się czymś w rodzaju miłego wspomnienia, o którym czyjś dziadek mógł opowiadać po
wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu. Stare, dobre czasy, zanim wszystko
poszło w diabły.
- Popisuje się - mówił dalej Fred. - Dziennikarze, przywódcy religijni,
poeci i artyści. Wiozą wszystkich do Pierścienia, żeby żadne studio
wiadomości nie patrzyło na niego.
- Typowe - rzucił Ashford, ale nie rozwijał tematu. Typowe dla polityka.
Typowe dla Ziemianina. - Czego tam szukamy?
Rusztowanie zaśpiewało przez chwilę, wzbudzone spiętrzeniem drgań
harmonicznych, uciszonych po chwili przemysłowymi tłumikami gaszącymi
wibracje, zanim mogłyby doprowadzić do szkód.
- Na razie wiemy na pewno tylko tyle, że jakiś dureń wleciał
balistycznie w Pierścień z dużą prędkością i nie pojawił się z drugiej
strony - odpowiedział Fred, ruszając dłońmi w pasiarskim odpowiedniku
wzruszenia ramionami. - A teraz w Pierścieniu pojawiła się jakaś
fizyczna anomalia. Możliwe, że statek dzieciaka został zjedzony przez
Pierścień i w coś zmieniony. Pierścień puścił sporo promieniowania gamma
i rentgenowskiego, ale za mało, żeby była to cała masa statku. Możliwe,
że go uszkodził. Albo otworzył wrota i lada chwila wyleci stamtąd banda
zielonych ludzików w latających talerzach, żeby zmienić Układ Słoneczny
w przydrożny parking.
- Co... - zaczął Byk, ale przerwał mu Ashford.
- Jakaś reakcja na Wenus?
- Nic - odpowiedział Fred.
Wenus była martwa. Przez lata po tym, jak przejęty Eros spadł pod
chmury, spojrzenia wszystkich ludzi skierowane były na tę planetę,
wszyscy obserwowali, jak obca protomolekuła pracuje w ekstremalnym
środowisku. Kryształowe wieże wznosiły się na kilometry i upadały.
Planetę oplotły sieci węglowych włókien, rozpadając się w pył. Broń
miała wieść prymitywne życie na Ziemi miliardy lat temu, jednak zamiast
tego dostała do dyspozycji złożony ekosystem ludzkich ciał i struktury
do utrzymania ich w toksycznym piecu na Wenus. Może z tego powodu
potrzebowała więcej czasu na realizację planu, a może dysponowanie
złożonymi organizmami ułatwiło jej działanie. W każdym razie wszystko
wskazywało na to, że skończyła już z Wenus. W tej chwili liczyło się już
tylko to, że wystrzeliła na wpół złożony Pierścień w pustkę poza orbitą
Urana, który to Pierścień po dotarciu na miejsce złożył się do końca i wisiał tam bez śladu życia.
Aż do teraz.
- I co mamy z tym zrobić? - zapytał Byk. - Bez urazy, ale nie mamy
najlepszych statków badawczych, a Ziemia i Mars uszczupliły swoje floty,
walcząc o Ganimedesa.
- Być na miejscu - odpowiedział Fred. - Skoro Ziemia i Mars wysyłają
swoje statki, my wyślemy nasz. Jeśli chcą być tam obecni, będziemy też i my. Jeśli wysuną roszczenie do Pierścienia, zrobimy to samo. Wszystko,
co zrobiliśmy, żeby przekształcić planety zewnętrzne w realną siłę
polityczną, przynosi realne korzyści, ale jeśli pozwolimy im prowadzić,
nasza pozycja może szybko przestać się liczyć.
- Planujemy do kogoś strzelać? - zainteresował się Byk.
- Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie - wyznał Fred.
Łagodna krzywizna rusztowania doprowadziła ich w końcu do łuku
platformy. Na tle usłanej gwiazdami czerni unosiła się nad nimi
oświetlona tysiącem lamp olbrzymia płaszczyzna z ceramiki i stali.
Oglądanie tego przypominało obserwację krajobrazu - konstrukcja była
zbyt wielka na dzieło ludzkich rąk. Wyglądała jak wąwóz lub góra.
Zarośnięty łąką krater wygasłego wulkanu. Skala sprawiała, że nie dało
się w tym zobaczyć statku, a jednak nim był. Mechy konstrukcyjne
pełzające po jego boku były większe od domu, w którym Byk dorastał, ale
wyglądały jak piłkarze grający na odległym boisku. Długa, cienka linia
windy stępkowej rozciągała się wzdłuż korpusu cylindra, przenosząc
robotników z jednego końca statku na drugi. Ustawiona na zewnątrz druga
kabina mogła pomieścić kilkanaście osób, ale wyglądała jak ziarenko
soli. Z łagodnej krzywizny sterczały wieżyczki dział szynowych i kanciaste, gniewne wybrzuszenia wyrzutni torped.
Kiedyś statek nazywał się Nauvoo. Miał być arką pokoleniową, lecącą do
gwiazd z pobożnymi mormonami na pokładzie, oddającymi swój los w ręce
Boga i systemów środowiskowych. Teraz stał się Behemotem, największą i najgroźniejszą platformą bojową w Układzie Słonecznym. W jego wnętrzu
mogłyby się swobodnie zmieścić cztery pancerniki klasy Donnagera,
mając jeszcze miejsce na manewry. Mógł magnetycznie przyśpieszać pociski
do zauważalnego ułamka prędkości światła i pomieścić więcej torped
jądrowych, niż posiadał Sojusz Planet Zewnętrznych. Jego laser łączności
miał moc wystarczającą, by przebić się przez stal. Nie dało się zbudować
niczego bardziej ewidentnie i skutecznie przeznaczonego do zastraszania,
może poza namalowaniem na kadłubie zębów i dospawaniem półkilometrowej
płetwy rekina.
I bardzo dobrze, bo tak naprawdę statek był przerobionym złomem i jeśli
kiedyś będzie musiał faktycznie walczyć, będą mieli przerąbane. Byk
zerknął na Ashforda. Kapitan wysoko trzymał podbródek, a jego oczy
lśniły z dumy. Byk zacisnął zęby.
Ostatnie ślady wagi zniknęły, gdy platforma z rusztowaniem dostosowała
się do bezruchu Behemota. Jeden z odległych mechów konstrukcyjnych
rozjarzył się jasno jak słońce, rozpoczynając spawanie.
- Ile czasu jeszcze potrzeba, zanim będziemy mogli go wyprowadzić? -
zapytał Ashford.
- Trzy dni - odpowiedział Fred.
- Według raportu działu inżynieryjnego statek będzie gotowy za dziesięć
- zauważył Byk. - Chcemy pracować nad nim w locie?
- Taki jest plan - potwierdził Fred.
- Bo wiesz, moglibyśmy poczekać jeszcze kilka dni tutaj, skończyć pracę
w doku, a potem dać trochę większy ciąg i dotrzeć w tym samym terminie.
Cisza była nieprzyjemna. Byk wiedział, że tak będzie, ale trzeba to było
powiedzieć.
- Komfort i morale załogi wymagają takiego samego wsparcia jak sam
statek - odpowiedział w końcu Fred, dyplomacją zmieniając kształt słów.
Byk znał go dość długo, by to usłyszeć. "Pasiarze nie chcą ostrego
przyśpieszenia". - Zresztą łatwiej będzie zrobić przejściowe roboty w niższym ciążeniu. To wszystko efekt kompromisów, Byku. Wylatujecie za
trzy dni.
- Czy to problem? - zapytał Ashford.
Byk wykrzywił twarz w głupkowatym uśmiechu używanym, gdy chciał
powiedzieć prawdę i nie wpakować się przez to w kłopoty.
- Lecimy obrzucić Ziemię i Marsa znakami naszego gangu, podczas gdy
Pierścień robi dziwne i tajemnicze rzeczy. Mamy załogę, która nigdy nie
pracowała razem, statek w połowie z odzysku i za mało czasu, żeby to
wszystko ułożyć. Jasne, że to problem, ale nie aż taki, żeby sobie z nim
nie poradzić, więc i tak to zrobimy. Najgorsze, co może się zdarzyć, to
śmierć nas wszystkich.
- Radosna myśl - skomentował Ashford. Wręcz ociekał dezaprobatą.
Byk uśmiechnął się jeszcze szerzej i wzruszył ramionami.
- Prędzej czy później i tak nas to czeka.
***
Byk miał na Tycho luksusową kwaterę. Cztery pokoje, wysokie sufity i własna łazienka z dostawą wody. Nie miał tak dobrze nawet jako dziecko
na Ziemi. Dzieciństwo spędził w blokach Strefy Współpracy Nowego
Meksyku, mieszkając z rodzicami, babcią, dwoma wujkami, trzema ciotkami
i jakimś tysiącem kuzynów. Kiedy skończył szesnaście lat i odmówił życia
na podstawie, udał się na południe od Alamagodro i odpracował dwuletni
przydział, rozbierając stare elektrownie słoneczne z czasów przed fuzją
jądrową. Mieszkał w baraku z dziesięcioma innymi chłopakami. Wciąż ich
pamiętał; takich, jakimi byli wtedy, chudzi i umięśnieni, z koszulami
obwiązanymi wokół głów. Nadal pamiętał napór promieni słońca w Nowym
Meksyku, wciskających się w pierś jak ręka, gdy kąpał się w żarze i promieniowaniu niekontrolowanego reaktora fuzyjnego, chroniony tylko
odległością i szerokim, błękitnym niebem.
Kiedy skończył dwuletni kontrakt, spróbował studiów na politechnice, ale
dał się rozproszyć hormonom i alkoholowi. Gdy go wyrzucili, jego wybór w praktyce ograniczył się do wojska lub podstawowego utrzymania, więc
wybrał to, co mniej przypominało śmierć. W marines nigdy nie miał pryczy
większej niż przedpokój w jego kwaterze na stacji Tycho. Do czasu
rezygnacji ze służby tak naprawdę nigdy nie miał nawet miejsca, które
mógłby nazwać swoim. Stacja Ceres nie była dla niego dobrym miejscem.
Wynajęta przez niego dziura mieściła się blisko osi obrotu, oferując
niskie ciążenie i silny efekt Coriolisa. Miejsce nadawało się właściwie
tylko do odespania pijaństwa poprzedniej nocy, ale należało do niego.
Nagie ściany z wypolerowanego kamienia, łóżko ze statkowego demobilu, z pasami bezpieczeństwa do niskiego ciążenia. Któryś z poprzednich
właścicieli wyrył na ścianie słowa besso o nadie. Był to pasiarski
slang, oznaczający "lepiej lub nic". Wtedy jeszcze nie wiedział, że to
hasło polityczne. Rzeczy, których dorobił się od czasu zamieszkania na
stacji Tycho - ramka wyświetlająca kilkanaście przyzwoitych zdjęć
rodzinnych z Ziemi, cynowy świecznik, którego nie zabrała jego była
dziewczyna, odchodząc, cywilne ciuchy - wypełniłyby jego mieszkanie na
Ceres tak, że nie miałby gdzie spać. Miał za dużo rzeczy, musiał się ich
pozbyć.
Ale nie przed tą robotą. Apartament pierwszego oficera na Behemocie
był jeszcze większy.
System zabrzęczał, informując, że ktoś stoi przed drzwiami. Kierowany
długoletnim przyzwyczajeniem przed otwarciem spojrzał na ekran. Przed
drzwiami Fred przestępował z nogi na nogę. Miał na sobie cywilne ciuchy:
białą koszulę i dresowe spodnie, które próbowały ukryć opadający brzuch.
W tym starciu nie miały szans, Fred nie był w formie ani trochę lepszej
niż Byk. Po prostu się starzeli.
- Hej - przywitał go Byk. - Siądź gdzieś, właśnie się pakuję.
- Już się zbierasz?
- Chcę spędzić trochę czasu na statku, zanim wylecimy - wyjaśnił. -
Zobaczyć, czy nie zaplątali się tam jacyś zapomniani mormoni.
Fred zrobił bolesną minę.
- Jestem przekonany, że wszystkich wybraliśmy poprzednim razem -
odpowiedział, wchodząc w ton. - Ale to duże miejsce, możesz sprawdzić,
jeśli chcesz.
Byk otworzył komodę, licząc palcami koszulki. Miał ich dziesięć. To był
wyraźny znak dekadencji. Kto potrzebował dziesięciu T-shirtów? Wyciągnął
pięć i rzucił je na krzesło obok szafki.
- Mogą narobić mnóstwa problemów, jeśli odzyskają prawa do Nauvoo -
zauważył. - Biorąc pod uwagę wszystkie wprowadzone w nim zmiany.
- Nie odzyskają - uciął Fred. - Przejęcie statku było całkowicie
legalne. To była wyjątkowa sytuacja, mógłbym przez dziesięć godzin
wymieniać precedensy.
- Jasne, ale potem go odzyskaliśmy i uznaliśmy za własny - przypomniał
Byk. - To jakby powiedzieć, że muszę pożyczyć twój samochód, ale skoro
wleciałem nim do rowu i wyciągnąłem go z powrotem, teraz należy do mnie.
- Prawo ma wiele aspektów, Byku - stwierdził Fred. Jego głos świadczył o zmęczeniu. Coś jeszcze nie dawało mu spokoju.
Byk wysunął kolejną szufladę, wyrzucił do recyklera połowę skarpetek, a resztę położył na T-shirtach.
- Tylko że jeśli sędzia nie przyjmie tego punktu widzenia, może się
zrobić niezręcznie - skomentował.
- Sędziowie na Ziemi nie mają tu jurysdykcji - przypomniał Fred. - A ci
w naszym systemie sądowym są lojalni względem SPZ. Znają szerszy obraz.
Nie zdejmą ze stołu naszego największego statku, żeby go oddać mormonom.
W najgorszym razie każą nam wypłacić odszkodowanie.
- Stać nas na to?
- W tej chwili nie - przyznał Fred.
Byk parsknął rozbawiony.
- Zastanawiałeś się kiedyś, gdzie popełniliśmy błąd, że wylądowaliśmy
tutaj? Ty siedzisz za największym biurkiem w SPZ, a ja jestem pierwszym
oficerem Ashforda. To raczej nie świadczy o dobrych wyborach życiowych,
stary.
- A właśnie - rzucił Fred. - Doszło do małej zmiany planów.
Byk otworzył szafkę, mocno zaciskając wargi. Fred nie przyszedł tu tylko
porozmawiać. Był jakiś problem. Byk wyjął z szafy dwa garnitury, wciąż
owinięte w lepką błonę ochronną. Od lat nie zakładał żadnego z nich.
Pewnie już nie pasowały.
- Ashford uważa, że lepiej byłoby mieć za pierwszą Michio Pa.
Rozmawialiśmy o tym. Zmieniłem ci przydział na szefa ochrony.
- Czyli teraz jestem trzeci w strukturze dowodzenia - skomentował Byk. -
Dlaczego? Ashford boi się, że go sprzątnę i zajmę jego miejsce?
Fred pochylił się, splatając palce. Powaga malująca się na jego twarzy
sugerowała, że zdawał sobie sprawę, jak paskudna to sytuacja, ale
próbował coś z niej uratować.
- Chodzi o politykę - wyznał. - To flota SPZ. Behemot jest odpowiedzią
Pasa na największe pancerniki Marsa i Ziemi. Obecność Ziemianina na
mostku będzie źle odbierana.
- W porządku - rzucił Byk.
- Dobrze wiesz, że jestem w tej samej sytuacji. Nawet po całym tym
czasie muszę pracować dwukrotnie ciężej, żeby zasłużyć sobie na
lojalność i szacunek, tylko dlatego, że pochodzę z Ziemi. Nawet ludzie,
którzy lubią moje towarzystwo, bo uważają, że przy mnie Ziemia wygląda
na słabszą, nie chcą przyjmować ode mnie rozkazów. Muszę wciąż na nowo
zdobywać każdy strzępek szacunku.
- Dobra - rzucił Byk. Stanowisko szefa ochrony oznaczało mniej czasu w mundurze. Westchnął i położył oba garnitury na krześle.
- Wcale nie twierdzę, że tak nie jest - zapewnił Fred. - Nikt nie wie
lepiej niż ja, że jesteś najlepszym z najlepszych. Po prostu są pewne
ograniczenia, z którymi musimy się pogodzić. Żeby zrealizować zadanie.
Byk złożył ręce i oparł się o ścianę. Fred popatrzył na niego spod
przyprószonych siwizną brwi.
- Latam z panem od bardzo dawna, sir - powiedział Byk. - Jeśli musi mnie
pan o coś poprosić, wystarczy to zrobić.
- Chciałbym, żebyś dopilnował, żeby to wszystko zadziałało - powiedział
Fred. - To, co się tam dzieje, to najważniejsza rzecz w całym układzie,
a my nie mamy pojęcia, co to takiego. Jeśli się zbłaźnimy albo pozwolimy
planetom wewnętrznym na zdobycie jakiejś kluczowej przewagi, stracimy
bardzo dużo. Ashford i Pa to dobrzy ludzie, ale to Pasiarze. Nie mają
takiego samego doświadczenia w pracy z siłami ziemskimi jak ty i ja.
- Myślisz, że coś namieszają?
- Nie. Ashford będzie się ze wszystkich sił starał postąpić słusznie,
ale będzie reagował jak Pasiarz i zaskoczy go, gdy inni zachowają się
inaczej.
- Jeśli Ashford kiedykolwiek postąpił słusznie, to wyłącznie dlatego,
że bał się zbłaźnić. To ładny mundur z próżnią w środku. Nie możesz na
tym polegać.
- I nie polegam - zgodził się z nim Fred. - Wysyłam cię tam, bo wierzę,
że zdołasz sprawić, żeby to wszystko zadziałało.
- Ale nie dajesz mi żadnej władzy.
- Ale nie daję ci żadnej władzy.
- To może chociaż podwyżkę?
- Tego też nie - stwierdził Fred.
- Niech to szlag - rzucił Byk. - Cała odpowiedzialność i żadnej władzy?
Jak mógłbym odrzucić taką ofertę?
- Bez żartów. Wsadziłem cię po szyję w gówno i to wyłącznie z powodów
polityki i tym podobnych bzdur. Ale bardzo mi zależy, żebyś się na to
zgodził.
- W takim razie zgodzę się - powiedział Byk.
Przez chwilę w pokoju słychać było tylko cichy szum wymiennika
powietrza. Byk odwrócił się z powrotem do pakowania swojego życia do
szafki. Gdzieś wysoko nad nim, ukryty za tonami stali i ceramiki,
surowego kamienia i próżni, czekał Behemot.
Rozdział trzeci
Melba
Po wejściu do salonu gier Melba poczuła na sobie spojrzenia wszystkich
dookoła. Pomieszczenie oświetlone było na różowo, niebiesko i złoto za
pomocą ekranów automatów do gier. Większość gier skupiała się na seksie
lub przemocy albo obu na raz. Naciśnij przycisk, wydaj pieniądze, a czekając na wynik, oglądaj, jak dziewczyny wsadzają w siebie obce i odrażające przedmioty. Jednoręcy bandyci, poker, loterie w czasie
rzeczywistym. Dwóch grających na automatach mężczyzn emanowało aurą
głupoty, desperacji i niemal namacalnej nienawiści do kobiet.
- Skarbie - odezwał się siedzący za ladą, niezwykle otyły mężczyzna. -
Nie wiem, gdzie chciałaś wejść, ale to nie jest właściwe miejsce. Lepiej
będzie, jak stąd pójdziesz.
- Jestem umówiona - odpowiedziała. - Z Travinem.
Grubas uniósł nieco wyżej ciężkie powieki. Ktoś w mroku rzucił
przekleństwo, które miało ją wytrącić z równowagi. Obruszyła się, ale
nie pokazała tego po sobie.
- Travin jest na tyłach, jeśli go chcesz, skarbie - powiedział mężczyzna
za blatem, machając głową.
Na drugim końcu pomieszczenia, za salą pełną obleśnych spojrzeń i gróźb,
czekały czerwone metalowe drzwi.
Wszystkie jej odruchy pochodziły z przeszłości, z czasów, gdy była
Clarissą, więc teraz się nie sprawdzały. Od kiedy urosła na tyle, by
chodzić sama, uczono ją samoobrony, ale jej celem było radzenie sobie z porwaniem. Jak zwracać na siebie uwagę policji, jak rozładowywać
napięcia z porywaczami. Oczywiście, były też inne zajęcia, a ich częścią
był trening fizyczny, jednak celem zawsze miało być wyrwanie się.
Ucieczka. Znalezienie pomocy.
Teraz, gdy nie mogła liczyć na pomoc, nic z tego się nie przydawało.
Jednak to właśnie miała do dyspozycji, więc tego użyła. Melba - nie
Clarissa, Melba - kiwnęła głową grubasowi i ruszyła przez ciasną,
ciemną salę. Pełne ciążenie Ziemi przygniatało ją jak choroba. Na jednym
z ekranów kreskówkowa kobieta była napastowana seksualnie przez trzech
małych, szarych obcych, nad którymi unosił się latający talerz. Ktoś
zgarnął pomniejszą pulę. Melba odwróciła wzrok. Za jej plecami roześmiał
się niewidoczny mężczyzna i poczuła, jak napina się jej skóra na karku.
Z całego rodzeństwa ona najbardziej lubiła trening fizyczny. Kiedy się
skończył, zaczęła ćwiczyć tai chi z instruktorem samoobrony. Potem, gdy
miała czternaście lat, jej ojciec zażartował z tego podczas rodzinnego
spotkania. Według niego - o ile nauka walki miała sens, i potrafił to
uszanować, o tyle taniec udający walkę wyglądał głupio i był stratą
czasu. Nigdy więcej nie ćwiczyła. To było dziesięć lat temu.
Otworzyła czerwone drzwi i weszła do środka. W biurze było prawie jasno.
Małe biurko z wbudowanym wyświetlaczem, podłączonym do taniego systemu
księgowego. Matowe szyby wpuszczające światło słońca, ukrywające
równocześnie ulice Baltimore. Formowana kanapa z plastiku z tapicerką
ozdobioną korporacyjnym logo taniego piwa, na które mogli sobie pozwolić
nawet ludzie żyjący na podstawie. Na kanapie siedziało dwóch wielkich
mężczyzn. Jeden z nich miał wszczepione okulary przeciwsłoneczne, które
nadawały mu wygląd owada. T-shirt drugiego z trudem opinał napakowane
sterydami barki. Widziała ich już wcześniej.
Travin stał przy biurku, opierając się o nie udami. Włosy ze śladami
siwizny na skroniach miał przycięte blisko skóry, broda była niewiele
dłuższa. Ubrany był w coś, co w jego kręgach uchodziło za dobry
garnitur. Ojciec nie założyłby tego nawet na bal przebierańców.
- No proszę, niepowtarzalna Melba.
- Wiedziałeś, że tu jestem - odparła. W pokoju nie było krzeseł ani
żadnego wolnego miejsca, gdzie mogłaby usiąść. Stała.
- Oczywiście, że tak - potwierdził Travin. - Gdy tylko weszłaś z ulicy.
- Robimy interes? - zapytała ostrym tonem.
Travin się uśmiechnął. Miał krzywe, poszarzałe przy dziąsłach zęby, co
uchodziło za świadectwo bogactwa, dowód na to, że był zbyt potężny, by
zawracać sobie głowę kosmetyką. Poczuła falę pogardy. Przypominał
wyznawcę antycznego kultu cargo: naśladowanie pustych oznak władzy bez
zrozumienia, co tak naprawdę znaczą. Upadła tak nisko, że musiała robić
z nim interesy, ale przynajmniej miała dość klasy, by się tego wstydzić.
- Wszystko załatwione, panienko - zapewnił Travin. - Melba Alzbeta Koh.
Urodzona na Lunie, córka Alsice, Beccy i Sergia Koha, już nieżyjących.
Żadnego rodzeństwa, żadnych zobowiązań podatkowych. Licencjonowana
technik elektrochemii. Twoje nowe ja czeka, co?
- A kontrakt?
- Cerisier, cywilne wsparcie wielkiej misji do Pierścienia. Nasza
panna Koh ma na nim koję, nawet jako starszy technik. Kilka osób
personelu do nadzorowania, nie trzeba sobie brudzić rąk.
Travin wyciągnął z kieszeni białą plastikową kopertę. Przez powłokę
przeświecał zarys taniego terminala ręcznego.
- Wszystko tu jest, wszystko gotowe. Możesz wziąć i wyjść przez te drzwi
jako nowa kobieta.
Melba wyciągnęła z kieszeni własny ręczny terminal. Był mniejszy od tego
w ręku Travina i dużo lepiej wykonany. Będzie jej go brakować.
Zalogowała się kciukiem, autoryzowała przelew i schowała go z powrotem
do kieszeni.
- W porządku - powiedziała. - Masz pieniądze, wezmę towar.
- Ach, kiedy jest jeszcze jeden drobny problem - odpowiedział Travin.
- Mamy umowę - przypomniała Melba. - Zrobiłam swoją część.
- I bardzo dobrze to o tobie świadczy - zapewnił Travin. - Ale robienie
z tobą interesów chyba sprawia mi przyjemność. Można dokonać
fascynujących odkryć. Żeby przygotować twoją nową tożsamość, musieliśmy
umieścić w bazach danych DNA i usunąć powielone rekordy. Chyba nie byłaś
ze mną całkiem szczera.
Przełknęła ślinę, próbując rozluźnić nagle zaciśnięte gardło.
Owadziooki facet poprawił się na kanapie, przez co zaskrzypiała
tapicerka.
- Wydałam pieniądze - powiedziała.
- I słusznie, całkiem słusznie - zgodził się Travin. - Clarissa
Melpomene Mao, córka Julesa-Pierre'a Mao z Mao-Kwikowski Mercantile.
Bardzo ciekawe nazwisko.
- Mao-Kwikowski zostało znacjonalizowane, gdy mój ojciec trafił do
więzienia - przypomniała Melba. - Firma już nie istnieje.
- Korporacyjny wyrok śmierci - potwierdził Travin, kładąc kopertę na
biurku. - Bardzo smutne. Ale nie dla ciebie, prawda? Bogacze znają
pieniądze. Potrafią znaleźć sposoby na ukrycie ich tam, gdzie oczy
maluczkich ich nie dostrzegą. Mogą przekazać je żonom albo córkom.
Złożyła ręce, krzywiąc się. Mięśniak na kanapie stłumił ziewnięcie.
Mogło być nawet nieudawane. Pozwoliła ciszy przeciągnąć się nie dlatego,
by chciała wymusić na Travinie odezwanie się, po prostu nie wiedziała,
co powiedzieć. Oczywiście, miał rację. Tatuś zadbał o nie wszystkie
najlepiej, jak potrafił. Zawsze to robił. Nawet prokuratura Organizacji
Narodów Zjednoczonych nie mogła dorwać wszystkiego. Clarissa miała dość
pieniędzy, by prowadzić spokojne życie na Lunie lub Marsie i umrzeć ze
starości, zanim zabraknie jej funduszy. Tylko że nie była już Clarissą,
a sytuacja Melby była diametralnie różna.
- Mogę ci dać jeszcze dziesięć tysięcy - oznajmiła w końcu. - To
wszystko, co mam.
Travin posłał jej swój szary uśmiech.
- Wszystkie te śliczne pieniążki odleciały, co nie? I co sprawiło, że
postanowiłaś udać się w mrok, hm? Zastanawiałem się, więc zacząłem
szukać. Jesteś bardzo, bardzo dobra. Mimo tego, że wiedziałem, gdzie
patrzeć, nie zobaczyłem za wiele w cieniach. Nie słyszałem nic, poza
echem. Ale... - Przesunął kopertę na biurku przed sobą, trzymając na
niej jeden palec tak, jak jej brat Petyr, gdy był prawie pewien ruchu
szachowego, ale jeszcze nie zdecydował się go wykonać. Gest posiadacza.
- Mam coś, czego nie ma nikt inny. Wiem, że należy patrzeć na Pierścień.
- Dziesięć tysięcy to wszystko, co mam. Naprawdę. Całą resztę wydałam.
- W takim razie może potrzebujesz więcej? - zapytał Travin. - Powiedzmy,
kapitału inwestycyjnego? Nasza mała Melba może dostać dziesięć tysięcy,
jeśli chce. Nawet pięćdziesiąt, jeśli potrzebuje. Tylko że będę chciał
więcej z powrotem. Dużo więcej.
Ścisnęło ją w gardle. Kiedy przechyliła głowę, ruch wydawał się zbyt
szybki, zbyt ostry. Ptasi. Przerażony.
- O czym mówisz? - zapytała, zmuszając głos do spokoju.
W powietrzu unosiła się bezkształtna groźba, jak kiepska woda po
goleniu: męska i tania. Kiedy znów się odezwał, z jego głosu zniknęły
wszelkie ślady życzliwości.
- Partnerzy. Planujesz coś dużego, coś z Pierścieniem i flotyllą, co
nie? Wszyscy ci ludzie lecą w mrok, żeby stanąć twarzą w twarz z potworami, a ty lecisz z nimi. Sądzę, że takie ryzyko oznacza, że
spodziewasz się bardzo dużej nagrody. W rodzaju takich, jakich ludzie
spodziewają się po Mao. Powiesz mi, na czym polega twój plan, ja pomogę
ci, na ile będę mógł, a potem podzielimy się tym, co na tym zarobisz.
- Nic z tego. - Słowa wypowiedziała prawie odruchowo. Zrodziły się w jej
kręgosłupie, decyzja była zbyt oczywista, by angażować mózg.
Travin zabrał kopertę, przesuwając ją z sykiem po blacie. Cichy dźwięk
cmokania był równie współczujący, jak fałszywy.
- Poruszyłaś niebo i ziemię - stwierdził. - Przekupywałaś, kupowałaś,
organizowałaś. I kiedy mówisz, że nie masz już żadnych rezerw, wierzę
ci. A teraz przychodzisz do mojego stołu i odmawiasz mi udziału w interesie? Nie ma interesu, to nie ma interesu.
- Zapłaciłam ci.
- Nie obchodzi mnie to. Jesteśmy partnerami. Pełnymi partnerami.
Cokolwiek na tym zarobisz, ja też to dostanę. W przeciwnym wypadku są
tacy, których jak sądzę, bardzo zainteresowałoby to, co po cichu robiła
niesławna Mao.
Mężczyźni siedzący na kanapie skupiali teraz na niej uwagę. Wbijali w nią wzrok. Obejrzała się przez ramię. Metalowe drzwi do salonu z automatami były zamknięte. Okno szerokie. Zainstalowany w nim przewód
zabezpieczający był z rodzaju tych, które zwijały się, jeśli chciało się
otworzyć okno i wpuścić do środka trochę brudnego miejskiego powietrza.
Owadziooki wstał.
Jej implanty aktywowały się, gdy przesuwała język po podniebieniu. Dwa
kręgi w lewo. Ruch był ukryty, niewidoczny. Wewnętrzny i dziwnie
zmysłowy. Było to prawie równie łatwe jak myślenie. Zestaw sztucznie
stworzonych gruczołów upchniętych w gardle, głowie i brzuchu opróżnił
pęcherze, wstrzykując do krwi złożone chemikalia. Zadygotała.
Przypominało to orgazm bez rozkoszy. Poczuła, jak sumienie i hamulce
oddalają się niczym złe sny. Była w pełni obudzona i żywa.
Wszystkie dźwięki pokoju - zgiełk ulicznego ruchu, stłumiona kakofonia
automatów do gier, nieprzyjemny głos Travina - przycichły, jakby koktajl
płynący do jej głowy wcisnął jej pianę do uszu. Mięśnie napięły się i naprężyły, usta wypełnił smak miedzi. Czas zwolnił.
Co robić? Co robić?
Pierwszym zagrożeniem byli goryle siedzący na kanapie. Ruszyła ku nim,
zapominając o przygniatającym ciążeniu. Napakowanego mięśniaka kopnęła w kolano, gdy wstawał, wybiła mu rzepkę ze ścięgien i przesunęła nogą po
udzie. Na jego twarzy odmalowało się komiczne wręcz zaskoczenie i przejęcie. Gdy zaczął spadać, uniosła drugie kolano, wbijając je w opadającą krtań. Mierzyła w jego twarz. Gardło jest równie dobre,
pomyślała, gdy chrząstka zapadała się w kontakcie z kolanem.
Owadziooki rzucił się na nią. Ruszał się szybko, jakby też miał
zmodyfikowane ciało. Pewnie zintegrowane neurony mięśniowe. Coś, co
skracało długą, powolną przerwę neurotransmiterów przenikających przez
synapsy. Co dawało mu przewagę podczas walki z innymi zbirami. Zacisnął
rękę na jej ramieniu, chwytając szerokimi, twardymi palcami. Odwróciła
się w jego stronę, opadając, by pociągnąć go za sobą. Uderzyła dłonią od
wewnętrznej strony łokcia, by osłabić chwyt, a potem obiema dłońmi
objęła nadgarstek, skręcając go. Żaden z jej ataków nie był podyktowany
rozumem ani zaplanowany. Ruchy wypływały z jej tyłomózgowia, uwolnionego
z ograniczeń, obdarzonego czasem do zaplanowania tej masakry. Nie było w tym więcej sztuki walki niż u krokodyla atakującego bawołu - tylko
szybkość, siła i kilkaset milionów lat uwolnionego instynktu
przetrwania. Jej instruktor tai chi z niesmakiem odwróciłby wzrok.
Napakowany mięśniak zjechał na podłogę z krwią tryskającą z ust.
Owadziooki odsunął się od niej, robiąc dokładnie to, czego chciała.
Przycisnęła jego unieruchomione stawy blisko do ciała i skręciła
biodrami. Był od niej większy i całe życie przeżył w studni
grawitacyjnej, napakowany sterydami i wszczepionym tanim wspomaganiem.
Tylko że wcale nie musiała być od niego silniejsza. Wystarczyło, żeby
jej siła poradziła sobie z małymi kostkami nadgarstka i łokcia. Złamał
się, padając na kolano.
Melba - nie Clarissa - wykręciła się wokół niego, obejmując prawą ręką
szyję, a potem blokując ją lewą, chroniąc własną głowę przed
nadchodzącymi uderzeniami. Nie musiała być silniejsza od niego, tylko
silniejsza od tętnic doprowadzających krew do mózgu.
Wystrzelił pistolet Travina, wyrywając dziurę w kanapie. Mały wytrysk
piany z wyściółki przypominał wybuchającą gąbkę. Nie ma czasu.
Wrzasnęła, kierując moc krzyku do ramion i rąk. Poczuła, jak pęka kark
owadziookiego mężczyzny. Travin znowu strzelił. Jeśli ją trafi, zginie.
Ale nie czuła strachu. Został zamknięty w miejscu, gdzie nie mogła go
doświadczać. Choć niedługo wróci. Zostało jej mało czasu, musiała
działać szybko.
Powinien był spróbować trzeciego strzału. Tak byłoby rozsądnie. Mądrze.
Nie był jednak rozsądny ani mądry, zrobił to, co podyktowało mu ciało, i spróbował uciec. Był małpą i miliony lat ewolucji powiedziały mu, by
uciekać przed drapieżnikiem. Nie miał czasu na kolejny błąd. Poczuła
narastający w jej gardle kolejny krzyk.
Czas przeskoczył. Jej palce zaciskały się wokół szyi Travina, wpychając
jego czaszkę w róg biurka. Miała na nich krew i kawałek skóry z włosami.
Pchnęła jeszcze raz, ale był zbyt ciężki, uderzenie nie miało żadnej
siły. Puściła go, a on upadł na podłogę, jęcząc.
Czyli żyje. Wrócił strach, pierwsza zapowiedź mdłości. On wciąż żył. Nie
mógł żyć, gdy pojawi się zapaść. Miał pistolet. Musiała sprawdzić, co
się z nim stało. Szybko drętwiejącymi palcami wyciągnęła spod niego małą
broń.
- Partnerzy - powiedziała i dwa razy strzeliła mu w głowę.
Musieli to usłyszeć nawet w sali z automatami. Zmusiła się do podejścia
do drzwi i sprawdziła zamek. Były zaryglowane. O ile nie było tam kogoś
z kluczem, była bezpieczna do czasu, aż się przebiją. Mogła odpocząć.
Nie wezwą policji. Przynajmniej taką miała nadzieję.
Osunęła się na podłogę. Pot zalał jej twarz i zaczęła się trząść.
Wydawało się niesprawiedliwe, że traciła czas podczas wspaniałej i oczyszczającej przemocy, a potem musiała walczyć o zachowanie
świadomości przez następującą zapaść fizjologiczną, ale nie mogła sobie
pozwolić na sen. Nie tutaj. Objęła kolana, przyciskając je do piersi i łkając nie z powodu żalu lub strachu, a tylko dlatego, że jej ciało
robiło to, gdy nadchodził dół. Ktoś pukał do drzwi, ale robił to
niepewnie. Ostrożnie. Jeszcze kilka minut i będzie... nie w porządku.
Tak nie. Ale dostatecznie dobrze. Tylko kilka minut.
Dlatego właśnie modyfikacja gruczołowa nigdy nie przyjęła się wśród
wojskowych. Oddział żołnierzy działających bez wahania i wątpliwości,
tak pełnych adrenaliny, że mogli rozerwać własne mięśnie i wcale się tym
nie przejąć, mógł wygrywać całe bitwy, ale gdy ci sami żołnierze zwijali
się i łkali przez pięć minut po walce, szala zwycięstwa mogła się
przechylić w drugą stronę. Technologia się nie sprawdziła, ale wciąż
była dostępna. Oczywiście, jeśli miało się dość pieniędzy i przysług do
wykorzystania oraz dojście do pozbawionych skrupułów naukowców. To było
łatwe. Właściwie to była najłatwiejsza część planu.
Jej łkanie nasiliło się, zmieniło tonację. Zaczęły się wymioty. Z doświadczenia wiedziała, że nie potrwają długo. Między poszczególnymi
atakami przyglądała się, jak unosi się klatka piersiowa powalonego
goryla, usiłował wciągnąć powietrze przez zmiażdżone gardło, ale było
już po nim. Powietrze wypełniał gęsty smród krwi i wymiocin. Melba
złapała oddech i przetarła usta wierzchem dłoni. Bolały ją zatoki i nie
była pewna, czy to efekt wymiotów, czy fałszywych gruczołów ukrytych w miękkim ciele. To nie miało znaczenia.
Pukanie do drzwi robiło się coraz bardziej energiczne. Słyszała
dobiegający zza nich głos grubasa. Skończył się czas. Wzięła z biurka
plastikową kopertę i schowała ją do kieszeni. Melba Alzbeta Koh
przecisnęła się przez okno i zeskoczyła na ulicę. Śmierdziała, miała
krew na rękach. Trzęsła się przy każdym kroku. Słabe światło słońca
boleśnie ją oślepiało i musiała je osłonić dłonią. W tej części
Baltimore mogły ją zobaczyć tysiące ludzi, niczego jednocześnie nie
zauważając. Tarcza anonimowości zapewniana przez handlarzy prochami,
niewolnikami i alfonsów chroniła także i ją.
Wszystko będzie dobrze. Udało jej się. Miała wreszcie ostatnie narzędzie
i zostało jej tylko dostać się do hotelu, wypić coś, by przywrócić
prawidłowy poziom elektrolitów, i trochę się przespać. A potem, za kilka
dni, zgłosi się na służbę na Cerisiera i rozpocznie długi lot na skraj
Układu Słonecznego. Szła ulicą wyprostowana, unikając spoglądania
ludziom w oczy. Kilkanaście przecznic do jej hotelu wydawało się
olbrzymią odległością. Ale da radę. Zrobi wszystko, co będzie potrzebne.
Była Clarissą Melpomene Mao. Jej rodzina kontrolowała los miast, kolonii
i planet. Teraz jej ojciec siedział w anonimowym więzieniu i nie wolno
mu było rozmawiać z nikim oprócz adwokata, przeżywał resztę swoich dni w niełasce. Jej matka mieszkała w prywatnym osiedlu na Lunie, powoli
doprowadzając się do śmierci prochami. Rodzeństwo - przynajmniej ci,
którzy jeszcze żyli - rozproszyło się do swoich kryjówek, chroniąc się
przed nienawiścią dwóch światów. Kiedyś nazwisko jej rodziny pisano
światłem gwiazd i krwią, teraz zrobiono z nich przestępców. Zostali
zniszczeni.
Ona to naprawi. Nie było łatwo, a będzie jeszcze gorzej. W niektóre noce
poświęcenie wydawało się prawie nie do zniesienia, ale zrobi to. Mogła
sprawić, żeby wszyscy zobaczyli, jak niesprawiedliwy los zgotował jej
rodzinie James Holden. Ujawni go. Upokorzy.
A potem go zniszczy.
Rozdział czwarty
Anna
Kiedy przyszedł damski bokser, Annuszka Wołowodow (pastor Anna - dla jej
zgromadzenia na Europie, oraz wielebna doktor Wołowodow - dla ludzi,
których nie lubiła), siedziała na wysokim skórzanym fotelu w swoim
biurze.
- Nicholas - przywitała go, starając się tchnąć w swój głos jak
najwięcej ciepła. - Dziękuję, że poświęciłeś mi swój czas.
- Nick - powiedział i usiadł na jednym z metalowych krzeseł stojących
przed biurkiem.
Krzesła były niższe od jej fotela, co nadawało pomieszczeniu wrażenie
sali sądowej, z Anną jako sędziną. Dlatego właśnie nigdy nie siedziała
za biurkiem, spotykając się ze swoimi parafianami. Przy jednej ze ścian
stała wygodna kanapa, znacznie bardziej nadająca się do osobistych
rozmów i udzielania porad. Czasami jednak przydawało się poczucie
autorytetu nadawane jej przez wielki fotel i masywne biurko.
Tak jak teraz.
- Nick - powtórzyła, a potem złożyła czubki palców i oparła na nich
podbródek. - Dziś rano przyszła do mnie Sophia.
Nick wzruszył ramionami, odwracając wzrok jak uczniak przyłapany na
ściąganiu. Był wysokim mężczyzną z chudym, surowym wyglądem mieszkańców
planet zewnętrznych, ciężko pracujących fizycznie. Anna wiedziała, że
pracuje przy konstrukcjach powierzchniowych, a tu, na Europie, oznaczało
to długie dni spędzane w ciężkich skafandrach próżniowych. Wykonujący tę
pracę ludzie byli niezwykle twardzi. Nick emanował aurą człowieka
zdającego sobie sprawę ze swojego wyglądu i przywykłego do zastraszania
innych.
Anna uśmiechnęła się do niego. Na mnie to nie działa.
- Z początku nie chciała powiedzieć, co się stało - wyznała. - Musiałam
długo nakłaniać ją do uniesienia koszuli. Choć nie musiałam widzieć
siniaków, i tak wiedziałam, że tam będą. Ale potrzebowałam zdjęć.
Kiedy powiedziała zdjęć, nachylił się do przodu, mrużąc oczy i lekko
przechylił głowę w bok. Prawdopodobnie sądził, że przez to wyglądał
groźniej, ale nadało mu to tylko wygląd gryzonia.
- Upadła... - zaczął.
- W kuchni - dokończyła za niego Anna. - Wiem, mówiła mi. A potem bardzo
długo płakała. I w końcu wyznała, że znowu zacząłeś ją bić.
Rozmawialiśmy już o tym, co się stanie, jeśli znowu ją uderzysz,
pamiętasz?
Nick poprawił się na krześle z nerwową energią, poruszając przed sobą
długimi nogami. Ścisnął duże, kościste dłonie, aż kostki zrobiły się
białe. Nie chciał jej spojrzeć prosto w oczy.
- Nie chciałem tego - powiedział. - To się samo stało. Chyba mogę znowu
spróbować doradztwa.
Anna odchrząknęła, a kiedy wreszcie na nią spojrzał, przyglądała mu się
tak długo, aż przestał ruszać nogami.
- Nie, na to już za późno. Zapewniliśmy ci pomoc w radzeniu sobie ze
złością. Kościół zapłacił za doradztwo, na które chodziłeś, aż sam
zrezygnowałeś. To już przerabialiśmy i nie ma powrotu.
Przybrał hardy wyraz twarzy.
- Poczęstuje mnie pani jedną z tych przemów o Jezusie? Mam już potąd -
Nick przystawił dłoń do szyi - takich gadek. Sophia nie chce się
zamknąć, ciągle o tym gada. "Pastor Anna mówi!". Wie pani co? Pieprzyć,
co mówi pieprzona pastor Anna.
- Nie - odpowiedziała Anna. - Żadnych przemów o Jezusie. Z tym też już
skończyliśmy.
- To co tu robimy?
- Czy pamiętasz - powiedziała, przeciągając słowa - co powiedziałam, że
się stanie, jeśli jeszcze raz ją uderzysz?
Znowu wzruszył ramionami, a potem odepchnął się od krzesła i wstał,
odwracając się od niej. Stanął pod ścianą i odezwał się, udając, że
patrzy na jeden z zawieszonych tam dyplomów.
- Dlaczego miałoby mnie obchodzić, co pani mówi, pastor Anno?
Anna cicho odetchnęła z ulgą. Przygotowując się do tego spotkania, nie
była pewna, czy będzie w stanie zrobić to, co konieczne. Odczuwała
głęboką, organiczną wręcz odrazę do nieszczerości, a właśnie miała kogoś
zniszczyć kłamstwem. A jeśli nie kłamstwem, to przynajmniej podstępem.
Usprawiedliwiała się przed sobą, wierząc, że faktycznym celem jej
działań było uratowanie kogoś, ale wiedziała, że to nie wystarczy. Za
to, co zamierzała zrobić, zapłaci wieloma bezsennymi nocami i długim
gdybaniem. Przynajmniej jego złość w jakimś sensie jej pomoże, chociaż
na krótką metę.
Anna odmówiła szybką modlitwę: proszę pomóż mi uratować Sophię przed tym
mężczyzną, który ją zabije, jeśli go nie powstrzymam.
- Powiedziałam - Anna odpowiedziała do jego pleców - że dopilnuję, żebyś
trafił za to do więzienia.
Po tych słowach Nick odwrócił się, znowu z wyrazem szczurzej chytrości
na twarzy.
- Czyżby?
- Tak.
Ruszył ku niej w dostosowanej do niskiego ciążenia wersji groźnego
kroku. Miał wyglądać niebezpiecznie, ale dla dorastającej na Ziemi Anny
wyglądało to po prostu głupio. Zdusiła śmiech.
- Sophia nie powie ani słowa - rzucił Nick, podchodząc do jej biurka, by
popatrzeć na nią groźnie. - Ma dość rozumu. Wywróciła się w kuchni i dokładnie tak powie śledczym.
- To prawda - stwierdziła Anna, po czym otworzyła szufladę biurka i wyciągnęła z niej taser. Trzymała go na podołku tak, że Nick go nie
widział. - Ona się ciebie bardzo boi. Ale ja nie, i wcale nie chcę się
już tobą przejmować.
- Doprawdy? - rzucił Nick, nachylając się i próbując ją przestraszyć,
naruszając jej osobistą przestrzeń.
Anna nachyliła się ku niemu.
- Jednak Sophia jest członkiem tego zgromadzenia i jest moją
przyjaciółką. Jej dzieci bawią się z moją córką. Kocham je. A jeśli
czegoś nie zrobię, ty ją w końcu zabijesz.
- Na przykład czego?
- Zadzwonię na policję i powiem im, że mi groziłeś. - Lewą ręką sięgnęła
do biurkowego terminala. Ten gest miał go sprowokować. Równie dobrze
mogła powiedzieć: "Powstrzymaj mnie".
Posłał jej dziki uśmiech i chwycił jej rękę, ściskając kości nadgarstka
tak mocno, że poczuła ból. Dość mocno, by zostawić ślad. Drugą ręką
skierowała w niego taser.
- Co to?
- Dziękuję - powiedziała - za ułatwienie mi tego.
Strzeliła, a on opadł na ziemię w drgawkach. Poczuła lekkie echo
wstrząsu przez jego dłoń na swojej ręce. Zjeżyły jej się od tego włosy.
Włączyła biurkowy terminal i zadzwoniła do Sophii.
- Sophia, skarbie, mówi pastor Anna. Posłuchaj mnie, proszę. Policja
niedługo przyjdzie do ciebie rozmawiać na temat Nicka. Musisz im pokazać
siniaki i powiedzieć, co się stało. Nick będzie już wtedy w więzieniu,
będziesz bezpieczna. Ale Nick mnie zaatakował, gdy spytałam go o to, co
ci się stało, i jeśli chcesz, żebyśmy obie były bezpieczne, musisz im
powiedzieć prawdę.
Po kilku minutach rozmowy zdołała w końcu przekonać Sophię, że
porozmawia z policją, gdy do niej przyjdą. Nick zaczął słabo ruszać
rękami i nogami.
- Nie ruszaj się - rzuciła Anna ostrzegawczo. - Niedługo będzie po
wszystkim.
Zadzwoniła na komisariat policji Nowego Dolińska. Mająca kiedyś kontrakt
ziemska korporacja odeszła, ale w tunelach wciąż była policja, więc ktoś
przejął ich zadania. Może firma z Pasa albo sam SPZ. To nie miało
znaczenia.
- Dzień dobry, z tej strony wielebna doktor Annuszka Wołowodow. Jestem
pastorem Zjednoczonego Zgromadzenia Świętego Jana. Chciałabym zgłosić
napad. Niejaki Nicholas Turbaczew próbował mnie zaatakować, gdy
rozmawiałam z nim na temat pobicia jego żony. Nie, nie skrzywdził mnie,
mam tylko siniaki na ręce. Miałam w biurku taser i użyłam go, zanim
zdążył zrobić coś gorszego. Tak, z przyjemnością złożę zeznania, kiedy
przyjdziecie. Dziękuję.
- Suka - rzucił Nick jadowicie, próbując chwiejnie wstać.
Anna znowu do niego strzeliła.
***
- Ciężki dzień? - zapytała Nono, gdy Anna w końcu wróciła do domu.
Kołysała ich córkę na kolanie, a mała Nami pisnęła radośnie i sięgnęła
do Anny, gdy tylko zamknęły się za nią drzwi.
- Jak się ma moja dziewczynka? - przywitała ją Anna i usiadła na kanapie
obok nich, wzdychając ciężko.
Nono podała jej malucha, a Nami natychmiast zajęła się rozplataniem jej
warkocza i próbami wyciągnięcia z niego włosów. Anna przytuliła córkę i głęboko wciągnęła jej zapach. Delikatny i potężny aromat, który poznała,
gdy sprowadziły Nami do domu, osłabł, ale wciąż potrafiła wyczuć jego
ślad. Naukowcy mogli sobie twierdzić, że ludzie nie potrafili wymieniać
informacji na poziomie feromonów, Anna wiedziała, że to bzdury.
Niezależnie od tego, jakie chemikalia Nami wysyłała jako noworodek, były
one najsilniejszym narkotykiem, z jakim zetknęła się Anna. Czasami miała
ochotę urodzić jeszcze jedno dziecko tylko po to, żeby znowu je poczuć.
- Żadnego ciągnięcia za włosy, Namono - powiedziała Nono, próbując
wyplątać długie, rude włosy Anny z piąstki malucha. - Nie chcesz o tym
rozmawiać? - zwróciła się do Anny.
Pełne imię Nono także brzmiało Namono, ale stała się Nono, od kiedy
tylko jej starsza bliźniaczka nauczyła się mówić. Kiedy Anna i Nono
nazwały po niej swoją córkę, imię w jakiś sposób przekształciło się w Nami. Większość ludzi prawdopodobnie nie miała pojęcia, że mała została
nazwana po jednej ze swoich matek.
- W końcu opowiem - stwierdziła Anna. - Ale najpierw potrzebuję czasu z małą.
Pocałowała Nami w jej zadarty nosek. Był równie szeroki i płaski jak u Nono i mieścił się tuż pod jasnozielonymi oczami Anny. Miała skórę
koloru kawy z mlekiem po Nono, ale ostry podbródek Anny. Anna mogła
godzinami siedzieć i przyglądać się Nami, wchłaniając zdumiewające
połączenie jej i ukochanej kobiety. Doświadczenie było tak potężne, że
graniczyło z cudem. Nami wsadziła sobie lok włosów Anny do buzi, więc
Anna delikatnie wyciągnęła je z powrotem, a potem posłała jej całusa.
- Nie wolno jeść włosów! - powiedziała, a Nami roześmiała się jakby była
to najśmieszniejsza rzecz na świecie.
Nono ujęła dłoń Anny i mocno ścisnęła. Siedziały tak bardzo długo.
***
Nono gotowała ryż z grzybami. Dodała do potrawy trochę odtworzonej
cebuli i kuchnię wypełnił jej silny zapach. Anna kroiła jabłka do
sałatki. Były małe i niezbyt świeże, nie za bardzo nadawały się do
chrupania, ale były w sam raz do sałatki Waldorf, gdzie inne smaki i tekstury ukryją ich niedoskonałość. I poszczęściło im się, że je miały.
Owoce pochodziły z pierwszego zbioru, jaki dotarł tu z Ganimedesa po
tamtejszych niepokojach. Anna nie chciała nawet myśleć o tym, jak bardzo
wszyscy byliby głodni, gdyby nie wyjątkowa szybkość odbudowy upraw na
księżycu.
- Nami będzie spać jeszcze przynajmniej przez godzinę - stwierdziła
Nono. - Jesteś już gotowa porozmawiać o swoim dniu?
- Skrzywdziłam kogoś i skłamałam dzisiaj policji - wyznała Anna. Zbyt
mocno nacisnęła przy tym nóż, który przeciął miękkie jabłko i dotarł do
jej kciuka. Na szczęście skaleczenie nie było dość głębokie, by krwawić.
- No... tak, będziesz musiała mi to wyjaśnić - powiedziała Nono, dodając
z rondelka bulion do mieszanki ryżu z grzybami.
- Nie, nie mogę. Część z tego, co wiem, powiedziano mi w tajemnicy.
- Czy to kłamstwo powiedziałaś, żeby komuś pomóc?
- Tak sądzę. Taką mam nadzieję - odpowiedziała Anna, wrzucając do miski
ostatnie kawałki jabłka, a potem dodając orzechy i rodzynki. Wymieszała
sos.
Nono znieruchomiała i obróciła się, patrząc na nią.
- A co zrobisz, jeśli zostaniesz przyłapana na kłamstwie?
- Przeproszę - przyznała Anna.
Nono kiwnęła głową, a potem odwróciła się z powrotem do garnka z ryżem.
- Włączyłam dzisiaj twój terminal biurkowy, żeby sprawdzić pocztę. Nie
wylogowałaś się. Jest tam wiadomość od Organizacji Narodów Zjednoczonych
w sprawie projektu sekretarza generalnego, dotycząca komitetu
humanitarnego. Tych wszystkich ludzi, których wysyłają do Pierścienia.
Anna poczuła ostre szarpnięcie poczucia winy. Przyłapania jej na czymś.
- Cholera - rzuciła. Nie lubiła przeklinania, ale czasami inaczej się
nie dało. - Jeszcze nie odpowiedziałam. - Poczuła się, jakby znowu
skłamała.
- Miałyśmy o tym porozmawiać, zanim podejmiesz decyzję.
- Oczywiście, ja...
- Nami ma już prawie dwa lata - powiedziała Nono. - Tyle też tutaj
jesteśmy. Przyjdzie taki moment, że podjęcie decyzji o zostaniu będzie
decyzją o tym, kim Nami zostanie na resztę życia. W Rosji i Ugandzie ma
rodzinę, która nigdy jej jeszcze nie widziała, a jeśli zostanie tu
jeszcze trochę, to już nigdy się nie spotkają.
Nami dostawała taki sam koktajl leków, jak wszystkie noworodki na
planetach zewnętrznych. Leki wspomagały wzrost kości i zwalczały
najgorsze z efektów dorastania w środowisku z niskim ciążeniem na rozwój
dziecka. Ale Nono miała rację, jeśli zostaną tu jeszcze trochę, sylwetka
Nami zacznie się dostosowywać do życia w niskim ciążeniu, dziewczynka
będzie wysoka i szczupła. Anna skaże ją na wieczne życie poza rodzimą
planetą.
- Europa zawsze miała być tymczasową pozycją - powiedziała. - To dobre
miejsce. Znam rosyjski, a miejscowe zgromadzenie jest małe i bardzo
delikatne...
Nono wyłączyła kuchenkę i podeszła, siadając obok niej i trzymając jej
dłoń na stole. Anna po raz pierwszy uznała, że blat ze sztucznego drewna
wygląda tanio. Lepko. Z przerażającą jasnością dojrzała przyszłość, w której Nami nigdy nie zamieszka w miejscu z prawdziwym drewnem. Poczuła
się, jakby ktoś uderzył ją w brzuch.
- Nie złoszczę się na ciebie za przylot tutaj - zapewniła Nono. - To
było nasze marzenie: przybywanie do miejsc takich jak to. Ale kiedy
poprosiłaś o przeniesienie tutaj, byłaś w trzecim miesiącu ciąży.
- Szansa na to, że zostanę wybrana, była tak niewielka - odpowiedziała
Anna i sama słyszała obronny ton swojego głosu.
Nono przytaknęła.
- A jednak zostałaś wybrana. A teraz to coś dla ONZ. Lot do
Pierścienia w ramach grupy doradczej sekretarza generalnego. A nasze
dziecko nie ma nawet dwóch lat.
- Wydaje mi się, że mają chyba setkę kandydatów na to miejsce -
zauważyła Anna.
- Ale wybrali ciebie. Chcą, żebyś ty poleciała.
- To było tak mało prawdopodobne... - zaczęła Anna.
- Zawsze wybierają ciebie - przerwała jej Nono. - Bo jesteś wyjątkowa.
Wszyscy to widzą. Ja to widzę. Zobaczyłam to, gdy tylko pierwszy raz cię
spotkałam, kiedy przemawiałaś na konferencji wiary w Ugandzie. Byłaś tak
zdenerwowana, że upuściłaś notatki, ale w tamtej sali dałoby się
usłyszeć każdą muchę. Błyszczałaś.
- Wykradłam cię z twojego kraju - zauważyła Anna. Zawsze to mówiła, gdy
Nono przywoływała ich pierwsze spotkanie. - Kościół w Ugandzie
skorzystałby, mając tak młodą pastorkę jak ty.
- To ja ukradłam ciebie - powiedziała Nono jak zawsze, tylko tym razem
brzmiało to niepokojąco rytualnie. Jakby było to elementem irytującego
zwyczaju, który należy jak najszybciej zakończyć. - Ale ty zawsze mówisz
to samo. "Było tyle innych osób. Szansa na to, że mnie wybiorą, była tak
niewielka".
- Bo to prawda.
- To twoja wymówka. Zawsze należałaś do tych, którzy wolą prosić o wybaczenie, zamiast o zgodę.
- Nie polecę - oświadczyła Anna, przyciskając dłonie do oczu, tamując
zbierające się tam łzy. Łokciem uderzyła o miskę z sałatką, prawie
zrzucając ją ze stołu. - Nie wysłałam im potwierdzenia. Napiszę, że to
była pomyłka.
- Annuszka - odpowiedziała Nono, ściskając jej rękę. - Polecisz. Ale
ja zabiorę Nami do Moskwy. Może poznać dziadków i dorastać w prawdziwym
ciążeniu.
Anna poczuła w żołądku ogniste ukłucie strachu.
- Opuszczasz mnie?
Uśmiech Nono był mieszanką irytacji i miłości.
- Nie. To ty opuszczasz nas. Na trochę. A kiedy wrócisz, będziemy na
ciebie czekać w Moskwie. Twoja rodzina. Znajdę nam tam miłe miejsce do
mieszkania i razem z Nami zrobimy z niego dom. Miejsce, w którym
będziemy szczęśliwe. Ale nie polecimy z tobą.
- Dlaczego? - To było jedyne, co przyszło Annie do głowy.
Nono wstała i wyjęła z szafki dwa talerze, nałożyła na nie potrawę i postawiła na stole.
- Bardzo się boję tego czegoś - wyznała, nakładając sałatkę z miski. -
Tego czegoś z Wenus. Boję się tego, co będzie oznaczać dla wszystkiego,
co jest dla nas ważne. Dla ludzkości, Boga i naszego miejsca w Jego
wszechświecie. Oczywiście, boję się tego, co zrobi, ale znacznie
bardziej boję się tego, co to oznacza.
- Ja też - przyznała Anna.
Co było prawdą. Właściwie było to jednym z powodów, dla których
poprosiła o dołączenie do ekspedycji, gdy tylko usłyszała, że jest
organizowana. Odczuwała ten sam lęk, o którym mówiła Nono. Anna chciała
mu spojrzeć w twarz. Dać Bogu szansę, by pomógł jej go zrozumieć.
Dopiero wtedy będzie mogła pomóc innym sobie z nim radzić.
- W takim razie idź szukać odpowiedzi - stwierdziła Nono. - Kiedy
wrócisz, rodzina będzie na ciebie czekać.
- Dziękuję - odpowiedziała Anna, zachwycona tym, co oferowała jej Nono.
- Sądzę - Nono odezwała się z ustami częściowo pełnymi grzybów i ryżu -
że może będą tam potrzebować ludzi takich jak ty.
- Jak ja?
- Ludzi, którzy nie pytają o pozwolenie.
Rozdział piąty
Byk
- Nie ma tego w budżecie - powiedziała Michio Pa, pierwszy oficer
Behemota.
Gdyby była Ziemianką, byłaby drobną kobietą, ale życie spędzone w nieważkości zmieniło ją tak, jak wszystkich. Jej ręce, nogi i kręgosłup
były trochę wydłużone, choć niezupełnie chude. Po prostu nieco inaczej
zbudowane. Głowę miała większą niż Ziemianie, a idąc w umiarkowanej
jednej trzeciej g ciążenia ciągu, była równie wysoka jak Byk, choć
wydawała się perwersyjnie dziecinna. Czuł się przy niej niższy, niż
naprawdę był.
- Może trzeba będzie to zmienić - stwierdził. - Kiedy montowali działo
szynowe, traktowali je tak, jakbyśmy mieli standardowe ścianki i wsporniki. Problem w tym, że mormoni robili wszystko, by zmniejszyć
masę, więc użyli mnóstwa ceramiki i krzemianów tam, gdzie zwykle daje
się metal. Kwestia kierunków obciążenia. Jeśli teraz wystrzelimy pocisk,
możemy oderwać powłokę.
Pa maszerowała długim, półokrągłym korytarzem. Sufit zakrzywiał się nad
nią, biały i umieszczony dwukrotnie wyżej niż potrzeba, co było
estetycznym gestem projektantów niezdających sobie sprawy, że tworzą
okręt wojenny. Robiła dłuższe kroki niż on, poruszając się nieco
swobodniej w niskim ciążeniu i zmuszając go do podbiegania, żeby
nadążyć. Był to jeden z tysiąca drobnych sposobów, w jaki Pasiarze
przypominali urodzonym na Ziemi, że nie należą do tego miejsca. Pierwsza
pokręciła głową.
- Trafiliśmy tu z planem operacyjnym - powiedziała. - Jeśli zaczniemy go
zmieniać za każdym razem, gdy znajdziemy modyfikację, która by nam
pasowała, równie dobrze możemy sobie w ogóle odpuścić wyprawę.
Prywatnie Byk uważał tak samo, ale z inaczej położonym akcentem. Gdyby
to on był pierwszym, plan operacyjny zostałby nazwany sugerowanymi
wytycznymi i otwierałby go tylko, gdyby chciał się pośmiać. A Pa
zapewne dobrze o tym wiedziała. Dotarli do rampy tranzytowej, łagodnie
wznoszącej się krzywizny prowadzącej z poziomów dowodzenia na dziobie
Behemota w dół, do potężnego cylindra korpusu. Z miejsca, które było
dziedziną Pa, w miejsce, które było jego królestwem.
- Słuchaj - rzuciła Pa, wykrzywiając usta w łagodnym uśmiechu - zapiszę
uwagę o potrzebie przeróbki, ale nie zacznę zmieniać przydziałów, dopóki
nie będę miała szerszego obrazu. No wiesz, jeśli zacznę ściągać zasoby z kontroli środowiska, żeby coś z tym zrobić, a w przyszłym tygodniu
trafimy na coś, co trzeba będzie tam zrobić, to tylko z powrotem je
zabiorę, prawda?
Byk spojrzał w dół rampy. Łagodne światła osadzone w ścianach napełniały
powietrze blaskiem bez cieni, niczym w taniej wizji niebios. Pa położyła
dłoń na jego ramieniu. Prawdopodobnie miał to być wyraz współczucia, ale
odebrał ten gest jako protekcjonalny.
- No dobra - rzucił.
- Wszystko będzie w porządku, szefie - powiedziała, ściskając lekko jego
ramię.
Kiwnął głową i pomaszerował rampą w stronę platformy transferowej.
Odgłosy jej kroków zniknęły za jego plecami, gubiąc się w szumie
wymienników powietrza. Byk stłumił chęć splunięcia.
Behemot, jeszcze w czasach, gdy był Nauvoo, został zbudowany z myślą
o innym życiu. Większość statków budowanych do lotów międzyplanetarnych
przypominała olbrzymie budynki, z piętrami jedno nad drugim i ciągiem
umieszczonego na dole silnika Epsteina, zapewniającym złudzenie wagi na
całą podróż, poza kilkoma godzinami w połowie drogi, gdy statek obracał
się, przechodząc z przyśpieszania na hamowanie. Jednak nawet z silnikiem
Epsteina żaden statek nie mógł zaspokoić potrzeb energetycznych
nieskończonego przyśpieszania ani poradzić sobie z generowanym przez nie
ciepłem. Na dodatek Einstein miał też coś do powiedzenia na temat
poruszania masy z prędkościami relatywistycznymi. Nauvoo był statkiem
pokoleniowym, a jego trasę mierzono w latach świetlnych, nie minutach.
Ułamek życia, jaki mógł spędzić na przyśpieszaniu, był w porównaniu z całym lotem bardzo niewielki. Centrum dowodzenia na dziobie statku,
główne silniki oraz powiązane z nimi elementy inżynieryjne na rufie
mogły prawie należeć do standardowego statku, połączonego dwoma
kilkukilometrowymi tunelami - jednym na windę stępkową służącą do
przewożenia ludzi i drugim zapewniającym dostęp do powierzchni bębna.
Wszystko inne zbudowano z myślą o obrotach.
W ciągu stuleci lotu do Tau Ceti korpus Nauvoo miał się obracać.
Dziesięć poziomów sprzętu środowiskowego, pomieszczenia załogi,
świątynie, szkoły, oczyszczalnie ścieków, warsztaty i kuźnie, a w samym
środku olbrzymie wnętrze. Wyglądałoby to jak kawałek Ziemi, który zwinął
się do środka. Gleba, pola uprawne i złudzenie otwartego powietrza z centralnym rdzeniem rozświetlonym fuzją i żarem tak łagodnym i ciepłym,
jak letni dzień.
Wszystkie pokoje i korytarze w korpusie - czyli w przeważającej
większości statku - zbudowano z myślą o tym długim, powolnym i wielowiekowym locie. Krótkie okresy przyśpieszania i hamowania na
początku i końcu podróży nie miały wielkiego znaczenia. Ale teraz statek
musiał się liczyć tylko z nimi. Miejsca, które powinny być ścianami,
stały się podłogami, i zostanie tak już na zawsze. Olbrzymie wzmocnione
pokłady, które miały utrzymywać warstwę gleby, stały się bokami
praktycznie nienadającej się do użytku studni. Ktoś, kto potknąłby się w miejscu, gdzie poziomy dowodzenia stykały się z wielką komorą, mógłby
spadać przez prawie dwa kilometry. Systemy hydrauliczne zaprojektowane
do wykorzystania ciążenia wirowego i siły Coriolisa stały bezużyteczne
na bokach. Nauvoo był cudem ludzkiego optymizmu i inżynierii,
produktem wiary w połączoną moc Boga i starannej produkcji. Behemot
był odzyskanym złomem z przyczepionymi do boków działami, które mogły mu
zaszkodzić bardziej niż wrogowi.
A Bykowi nie pozwalano nawet rozwiązać problemów, o których istnieniu
wiedział.
Przeszedł przez stację transferową i udał się w dół, do swojego biura.
Pokoje i korytarze w tej części zbudowano skośnie, z myślą o ciążeniu
wirowym, które miało nigdy nie nadejść. Połacie nagiego metalu i odsłoniętych przewodów świadczyły o pośpiesznym wykańczaniu, a potem
odzysku i przeróbce. Samo chodzenie nimi wywoływało u Byka depresję.
W przedpokoju czekała na niego Samara Rosenberg, wieloletnia ekspertka
od napraw na stacji Tycho, a teraz główna inżynier Behemota.
Rozmawiała właśnie z nowym zastępcą Byka. Miał na imię Serge, a Byk nie
był pewien, co o nim myśleć. Serge był w SPZ jeszcze w czasach, gdy nie
było to zbyt bezpieczne. Na szyi dumnie nosił wytatuowany tradycyjny
symbol rozerwanego kręgu, ale podobnie jak reszta ochrony został
zatrudniony przez Michio Pa i Byk nie wiedział do końca, na czym stoi,
jeśli o niego chodzi. Jeszcze mu nie ufał, a brak zaufania powstrzymywał
go przed wyrobieniem sobie dobrego zdania na jego temat.
Z drugiej strony bardzo lubił Sam.
- Cześć, Byku - przywitała go, gdy tylko opadł na piankową kanapę. -
Rozmawiałeś z pierwszą?
- Rozmawialiśmy - potwierdził Byk.
- Jaki mamy plan? - zapytała Sam, składając ręce w sposób sugerujący, że
już się domyśliła.
Byk przeczesał włosy palcami. Kiedy był młodszy, jego włosy były
miękkie, a teraz miał wrażenie, że czuje każdy włosek ocierający się o czubki palców. Wyciągnął swój ręczny terminal i przewinął ekran. Czekało
na niego pięć raportów: trzy rutynowe, dotyczące zabezpieczeń, i dwa ze
zdarzeń - raport z wypadu i zgłoszenie kradzieży. Nic, co nie mogło
poczekać.
- Hej, Serge - odezwał się Byk. - Utrzymasz fort przez godzinę?
- Co tylko chcesz, szefie - odpowiedział zapytany z uśmiechem.
Prawdopodobnie tylko paranoja sprawiła, że Byk usłyszał w jego słowach
pogardę.
- No dobrze. Chodź, Sam, postawię ci drinka.
W dawnych czasach na statku koalicji, gdy istniała Koalicja
Ziemsko-Marsjańska, byłaby kantyna. Na okręcie SPZ był bar i kilka
rodzinnych restauracyjek serwujących podstawowe, przygotowane wstępnie
racje żywnościowe, o które wystarczyło poprosić. Bar znajdował się w rozległej przestrzeni, która mogła w zamierzeniu służyć za salę
gimnastyczną albo boisko i mogła się tam swobodnie zmieścić setka ludzi,
ale Byk jeszcze nigdy nie widział tam więcej niż parę dziesiątek.
Oświetlenie przerobiono na białe i niebieskie diody osłonięte plastikiem
o strukturze piasku. Stoły były gładkie, czarne i namagnesowane, żeby
utrzymywać na sobie bańki z piwem i innym alkoholem. Niczego tu nie
podawano w szklankach.
- Che-che! - zawołał barman, gdy tylko Byk z Sam przeszli przez drzwi. -
Morgen! Alles-mesa, wy.
- Mech-ya - odpowiedziała Sam, posługując się pomieszaną gwarą Pasa
równie swobodnie, jak Byk hiszpańskim czy angielskim. To był jej rodzimy
język.
- Czego się napijesz? - zapytał Byk, siadając przy stoliku. Lubił
miejsca, z których mógł widzieć drzwi. Stary nawyk.
- Jestem na służbie - odparła, zajmując krzesło naprzeciw.
Byk nachylił się, ściągając uwagę barmana i podniósł do góry dwa palce.
- Lemoniady - poprosił.
- Sa sa! - odpowiedział barman, unosząc pięść w odpowiedniku
przytaknięcia.
Byk cofnął się na oparcie i popatrzył na Sam. Miała krótkie włosy. Była
bardzo ładną kobietą. Uroczą i skorą do uśmiechu. Kiedy Byk zobaczył ją
po raz pierwszy, przez jakąś minutę poważnie się zastanawiał, czy uważa
ją za atrakcyjną. Jednak jeśli nawet zobaczył, że kalkulowała podobnie
na jego temat, ten etap mieli za sobą.
- Nie poszło najlepiej? - zapytała Sam.
- Nie.
Uniosła brwi i oparła się łokciami o stół. Zrelacjonował zastrzeżenia Pa
wraz z jej uzasadnieniem, a wyraz twarzy Sam powoli przeszedł w pełne
fatalizmu rozbawienie.
- Czekanie na przeróbki jest dobrym pomysłem - skomentowała, gdy
skończył - ale jeśli spróbujemy oddać testowy strzał z tej pukawki,
zrobimy sobie bardzo duże kuku.
- Jesteś tego pewna?
- Nie na sto procent - przyznała. - Ale na solidne osiemdziesiąt.
Byk rzucił przekleństwo, a chwilę później barman przyniósł dwie bańki
lemoniady. Miały wielkość zaciśniętej pięści Byka, były cytrynowożółte,
a na bokach mienił się jaskrawą czerwienią napis ???доовощ малыша
потехи.
- Może powinnam z nią pogadać - zasugerowała Sam. - Jeśli usłyszy to
bezpośrednio ode mnie...
- Jeśli usłyszy to prosto od ciebie, to pewnie posłucha - przyznał - a potem będą mi już wszystkiego odmawiać. Byk prosił? No cóż, gdyby to
było ważne, przysłałby Pasiarza. Prawda?
- Naprawdę uważasz, że chodzi o miejsce urodzenia?
- Owszem.
- No... cóż, pewnie masz rację - przyznała Sam. - Przepraszam.
- Nie twoja wina - rzucił Byk, udając, że mu to nie przeszkadza.
Sam wzięła lemoniadę ze stołu i napiła się w zamyśleniu. Bańka kliknęła,
gdy po odstawieniu magnes z powrotem przyczepił się do blatu.
- Nie mam nic przeciwko wewnętrznym. Często z wami pracowałam i odsetek
dupków nie był większy niż w przypadku Pasiarzy. Tylko że musimy
doprowadzić do wzmocnienia osad dział szynowych. Jeśli tylko jest jakiś
sposób na zrobienie tego bez naruszania twojego autorytetu, to jestem
otwarta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki