Wrota Abaddona. Cykl Expanse. Tom 3 - James S.A. Corey

Kup ebooka

35.00 zł
29.75 zł (28,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Manéo

Manéo Jung-Espi­noza - dla kum­pli na Ceres po pro­stu Néo - kulił się w kok­pi­cie małego sta­teczku, który nazwał Y Que. Po nie­mal trzech mie­sią­cach lotu do czasu zapi­sa­nia się na kar­tach histo­rii zostało mu może około pięć­dzie­siąt godzin. Jedze­nie skoń­czyło się dwa dni temu, a do picia miał tylko pół litra wody po recy­klingu szczyn; wody, która prze­szła przez jego ciało wię­cej razy, niż potra­fił zli­czyć. Wyłą­czył już wszystko, co się dało, nawet reak­tor. Wciąż miał pasywne moni­tory, ale żad­nych aktyw­nych czuj­ni­ków. Jedyne świa­tło w kok­pi­cie pocho­dziło z ekra­nów ter­mi­nali. Koc, któ­rym się owi­nął, wci­ska­jąc brzegi pod pasy bez­pie­czeń­stwa, żeby nie odle­ciał, nie miał nawet zasi­la­nia. Nadaj­niki sze­ro­ko­pa­smowe i nadaj­niki wią­zek kie­run­ko­wych wyłą­czył, a trans­pon­der spa­lił, jesz­cze zanim nama­lo­wał nazwę na kadłu­bie. Nie pole­ciał tak daleko tylko po to, żeby jakiś przy­pad­kowy sygnał ostrzegł przed nim flo­tylle.

Pięć­dzie­siąt godzin - nawet mniej - i jedyne, co musiał zro­bić, to nie dać się zoba­czyć. Oraz w nic nie wle­cieć, ale to już pozo­sta­wało w as manos de Dios.

Do pod­ziem­nego brac­twa bali­sty­ków wpro­wa­dziła go kuzynka Evita trzy lata temu, tuż przed jego pięt­na­stymi uro­dzi­nami. Sie­dział w rodzin­nej dziu­rze. Matka poszła do pracy przy obsłu­dze insta­la­cji oczysz­cza­nia wody, ojciec miał spo­tka­nie z kie­ro­waną przez niego grupą kon­ser­wa­to­rów, a Néo został w domu, waga­ru­jąc po raz czwarty w tym mie­siącu. Kiedy sys­tem poin­for­mo­wał, że ktoś czeka przed drzwiami, spo­dzie­wał się ochrony szkoły z awan­turą z powodu z waga­rów. Zamiast tego zoba­czył Evitę.

Była córką sio­stry mamy, dwa lata star­szą od niego. Praw­dziwa Pasiarka. Ich ciała miały podobną budowę z wysoką, chudą syl­wetką, ale ona była stąd. Był nią zauro­czony, od kiedy zoba­czył ją po raz pierw­szy. Cza­sami śniło mu się, jak wyglą­da­łaby bez ubra­nia. Jak to byłoby ją poca­ło­wać. A teraz stała przed drzwiami jego pustego miesz­ka­nia. Serce przy­śpie­szyło mu trzy­krot­nie, zanim otwo­rzył drzwi.

- Esá, unokabátya - ode­zwała się na powi­ta­nie z uśmie­chem i wzru­sze­niem jed­nej ręki.

- Hoy - odpo­wie­dział, pró­bu­jąc uda­wać spo­kój. Dora­stał w wiel­kim mie­ście, w prze­strzeni sta­cji Ceres, tak jak ona, ale jego ojciec miał niską, masywną budowę zdra­dza­jącą ziem­skie pocho­dze­nie. Do kosmo­po­li­tycz­nego slangu Pasa miał takie samo prawo jak ona, ale u niej brzmiał on natu­ral­niej. Kiedy on tak mówił, przy­po­mi­nało to zakła­da­nie cudzej kurtki.

- Paru coyos spo­tyka się koło portu. Wró­cił Silve­stari Cam­pos - powie­działa z lekko wysu­nię­tym bio­drem, ustami mięk­kimi jak poduszka i lśnią­cymi war­gami. - Mit?

- Que no? - odpo­wie­dział. - Nie mam nic lep­szego do roboty.

Póź­niej domy­ślił się, że zabrała go, bo była nim zain­te­re­so­wana Mila Sana, Mar­sjanka o koń­skiej twa­rzy, i wszy­scy uznali, że będą się dobrze bawić, obser­wu­jąc, jak brzydka dziew­czyna wewnętrz­nia­ków uga­nia się za mie­szań­cem, ale wtedy już się tym nie przej­mo­wał. Poznał Silve­stari Cam­pos i usły­szał o lotach bali­stycz­nych z asy­stą.

Robiło się to tak: jakiś coyo zapew­niał sobie dzia­ła­jącą łajbę. Może brał ją z odzy­sku, może mon­to­wał z czę­ści. Przy­naj­mniej nie­które z nich były kra­dzione. Nie trzeba było wiele wię­cej poza sil­ni­kiem pla­zmo­wym, pry­czą prze­cią­że­niową i mini­mal­nym zapa­sem powie­trza i wody. Potem wszystko spro­wa­dzało się do wyli­cze­nia tra­jek­to­rii. Bez Epste­ina napęd pla­zmowy spa­lał peletki za szybko, żeby gdzie­kol­wiek dole­cieć bez pomocy. Cała sztuka pole­gała na tym, żeby ciąg (naj­lepsi włą­czali go tylko raz) pchnął sta­tek na tra­jek­to­rię asy­sty gra­wi­ta­cyj­nej (dzięki czemu zbie­rał ener­gię pla­nety czy księ­życa) i dał moż­li­wość pole­cieć po bali­stycz­nej naj­da­lej, jak się dało. A potem trzeba było wykom­bi­no­wać, jak wró­cić żywym. Loty były śle­dzone przez podwój­nie szy­fro­waną tajną sieć, rów­nie trudną do zła­ma­nia, jak cokol­wiek ofe­ro­wa­nego przez Loca Griega czy Złotą Gałąź. Może i oni się tym bawili. Taka zabawa była cho­ler­nie nie­le­galna i ktoś przyj­mo­wał zakłady. Oraz nie­bez­pieczna, o co wła­śnie cho­dziło. A kiedy się wró­ciło, wszy­scy wie­dzieli, kim jesteś. Można było prze­sia­dy­wać na impre­zach w maga­zy­nach i pić, co tylko się chciało, mówić wszystko, na co przy­szła ochota, i chwy­cić prawy cycek Evity Jung, a ona się nawet nie odsu­wała.

I w ten wła­śnie spo­sób Néo, który ni­gdy dotąd niczym się spe­cjal­nie nie inte­re­so­wał, roz­bu­dził w sobie ambi­cję.

***

- Należy pamię­tać o tym, że Pier­ścień nie jest magiczny - mówiła Mar­sjanka. Néo spę­dził mnó­stwo czasu w ciągu ostat­nich mie­sięcy, oglą­da­jąc wia­do­mo­ści o Pier­ście­niu, i jak dotąd wła­śnie ją lubił naj­bar­dziej. Ładna twarz, miły akcent. Nie była tak masywna jak Zie­mia­nie, ale nie nale­żała też do Pasa. Jak on. - Nie rozu­miemy go jesz­cze i może tak zostać przez dzie­się­cio­le­cia, ale ostat­nie dwa lata dały nam jedne z naj­bar­dziej cie­ka­wych i eks­cy­tu­ją­cych prze­ło­mów w tech­no­lo­gii mate­ria­ło­wej od cza­sów wyna­le­zie­nia koła. W ciągu następ­nych dzie­się­ciu czy pięt­na­stu lat poja­wią się prak­tyczne zasto­so­wa­nia wie­dzy zdo­by­tej przez obser­wa­cję pro­to­mo­le­kuły, a to...

- Owoc. Zatru­tego. Drzewa - powie­dział dobit­nie stary, zasu­szony coyo obok niej. - Nie możemy pozwo­lić sobie zapo­mnieć, że to coś powstało w wyniku ludo­bój­stwa. Kry­mi­na­li­ści i potwory z Pro­to­genu i Mao-Kwik uwol­nili tę broń wśród nie­win­nych ofiar. To wszystko zaczęło się od rzezi, a korzy­sta­nie z jej owo­ców czyni nas współ­win­nymi.

Obraz prze­łą­czył się na mode­ra­tora, który z uśmie­chem potrzą­snął głową w stronę zasu­szo­nego sta­ruszka.

- Rabbi Kim­ble - powie­dział - napo­tka­li­śmy nie­wąt­pli­wie obcy arte­fakt, który prze­jął sta­cję Eros, spę­dził nieco ponad rok, przy­go­to­wu­jąc się w zabój­czym ciśnie­niu Wenus, a potem wystrze­lił olbrzy­mią, zło­żoną struk­turę tuż poza orbitę Urana i zbu­do­wał tam pier­ścień o śred­nicy tysiąca kilo­me­trów. Nie może pan suge­ro­wać, że moral­ność naka­zuje nam zigno­ro­wać te fakty.

- Eks­pe­ry­menty Him­m­lera w Dachau doty­czące hipo­ter­mii... - zaczął zasu­szony coyo, wyma­chu­jąc pal­cem w powie­trzu, ale tym razem prze­rwała mu ładna Mar­sjanka.

- Czy mogli­by­śmy już sobie daro­wać lata czter­dzie­ste dwu­dzie­stego wieku? - powie­działa z uśmie­chem suge­ru­ją­cym "jestem miła, ale zamknij się, do cho­lery". - Prze­cież nie roz­ma­wiamy tu o kosmicz­nych nazi­stach. To naj­waż­niej­sze zda­rze­nie w histo­rii ludz­ko­ści. Rola, jaką ode­grał w nim Pro­to­gen, była straszna i winni zostali za to uka­rani, ale teraz musimy...

- Nie kosmiczni nazi­ści! - krzyk­nął stary coyo. - Nazi­ści nie pocho­dzą z kosmosu. Są tutaj, pośród nas. To bestie ucie­le­śnia­jące to, co naj­gor­sze w naszej natu­rze. Korzy­sta­jąc z tych odkryć, legi­ty­mi­zu­jemy spo­sób, w jaki je zdo­by­li­śmy.

Kobieta prze­wró­ciła oczami i spoj­rzała na mode­ra­tora, jakby ocze­ki­wała jego pomocy, ale męż­czy­zna tylko wzru­szył ramio­nami, przez co sta­ru­szek jesz­cze bar­dziej się zapie­nił.

- Pier­ścień to pokusa grze­chu - wykrzyk­nął. W kąci­kach jego ust poja­wiły się małe, białe kropki, któ­rych edy­tor posta­no­wił nie wyma­zy­wać z obrazu.

- Nie wiemy, czym jest - przy­po­mniała kobieta. - Bio­rąc pod uwagę fakt, że ory­gi­nal­nie miało to dzia­łać na pier­wot­nej Ziemi, zasie­dlo­nej w naj­lep­szym razie przez orga­ni­zmy jed­no­ko­mór­kowe, a wylą­do­wało na Wenus z nie­skoń­cze­nie bar­dziej zło­żo­nym mate­ria­łem, praw­do­po­dob­nie wcale nie działa, ale mogę sta­now­czo stwier­dzić, że pokusa i grzech nie mają z tym nic wspól­nego.

- To ofiary. Pani nazywa je "zło­żo­nym mate­ria­łem"? To zbez­czesz­czone ciała nie­win­nych istot!

Néo przy­ci­szył trans­mi­sję i przez chwilę tylko przy­glą­dał się, jak roz­mówcy gesty­ku­lują z prze­ję­ciem.

Spę­dził całe mie­siące na pla­no­wa­niu tra­jek­to­rii lotu Y Que, wyli­cze­niu chwili, gdy Jupi­ter, Europa i Saturn znajdą się we wła­ści­wych pozy­cjach. Okno było tak wąskie, że przy­po­mi­nało to rzu­ca­nie strzałki w skrzy­dła muszki owo­cówki z odle­gło­ści pół kilo­me­tra. Udało się dzięki Euro­pie. Bli­ski prze­lot obok tego księ­życa Jowi­sza, potem tak bli­sko gazo­wego olbrzyma, że pra­wie czuł tar­cie atmos­fery. Dalej znowu długi lot do Saturna, prze­chwy­ce­nie ener­gii z jego pręd­ko­ści orbi­tal­nej i dalej w czerń, już bez przy­śpie­sza­nia, choć i tak leciał szyb­ciej niż kto­kol­wiek przy­pusz­czał. Trudno było uwie­rzyć, że można roz­pę­dzić taką łajbę do lotów mię­dzy aste­ro­idami, a jed­nak się udało. Leciał przez miliony kilo­me­trów próżni, by tra­fić w cel mniej­szy od dziury w dupie komara.

Néo wyobra­żał sobie miny ludzi na tych wszyst­kich stat­kach woj­sko­wych i nauko­wych zapar­ko­wa­nych wokół Pier­ście­nia, gdy mały sta­te­czek lecący bali­stycz­nie bez trans­pon­dera pojawi się zni­kąd i prze­leci przez Pier­ścień z pręd­ko­ścią stu pięć­dzie­się­ciu tysięcy kilo­me­trów na godzinę. Potem będzie musiał dzia­łać bar­dzo szybko. Nie miał dość paliwa, żeby wyha­mo­wać, ale powinno wystar­czyć na zwol­nie­nie na tyle, by mogli wysłać do niego sta­tek ratun­kowy.

Nie wąt­pił, że spę­dzi tro­chę czasu w pier­dlu. Może dwa lata, jeśli sędzia bar­dzo się wku­rzy, ale było warto. Warto było choćby dla wia­do­mo­ści z taj­nej sieci, gdzie jego lot śle­dzili wszy­scy zna­jomi i gdzie nara­stała fala gło­sów "cho­lera jasna, uda mu się!". Trafi na karty histo­rii. Jesz­cze za sto lat ludzie będą mówić o naj­od­waż­niej­szym locie bali­stycz­nym w histo­rii. Stra­cił wiele mie­sięcy na przy­śpie­sza­niu Y Que, wię­cej niż na samym prze­lo­cie i póź­niej­szym wię­zie­niu. Było warto. Będzie żył wiecz­nie.

Dwa­dzie­ścia godzin.

***

Naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo sta­no­wiła flo­tylla ota­cza­jąca Pier­ścień. Zie­mia i Mars nie­dawno cał­kiem solid­nie uszczu­pliły nawza­jem swoje floty, ale więk­szość z tego, co im zostało, tkwiła teraz wokół Pier­ście­nia. Albo przy pla­ne­tach wewnętrz­nych, ale te Néo nie obcho­dziły. Sie­działo tam może ze dwa­dzie­ścia albo trzy­dzie­ści dużych okrę­tów wojen­nych pil­nu­ją­cych się wza­jem­nie, pod­czas gdy każdy sta­tek naukowy w ukła­dzie zaglą­dał, nasłu­chi­wał i pod­la­ty­wał ostroż­nie na kilka tysięcy kilo­me­trów do Pier­ście­nia. Wszyst­kie te napa­ko­wane okręty pil­no­wały, żeby nikt niczego nie dotknął. Wszy­scy się bali. Nawet z całym meta­lem i cera­miką upcha­nymi w ten sam kąt prze­strzeni, nawet przy sto­sun­kowo małej wewnętrz­nej śred­nicy Pier­ście­nia, wyno­szą­cej rap­tem tysiąc kilo­me­trów, ryzyko, że w coś wleci - było mini­malne. Było tam dużo wię­cej pustki niż mate­rii. A nawet gdyby tra­fił w któ­ryś ze stat­ków flo­tylli, nie prze­żyje, żeby się tym mar­twić, więc zosta­wił to w rękach Dzie­wicy i zaczął usta­wiać kamerę do nagry­wa­nia z dużą szyb­ko­ścią. Kiedy w końcu do tego doj­dzie, prze­lot będzie tak bły­ska­wiczny, że nawet nie będzie w sta­nie stwier­dzić, czy tra­fił, dopóki nie prze­ana­li­zuje danych. Musiał dopil­no­wać, żeby powstał zapis jego doko­na­nia. Z powro­tem włą­czył nadaj­niki.

- Hoy - ode­zwał się do kamery. - Tu Néo. Néo solo. Kapi­tan i załoga souverän pasiar­skiego ści­ga­cza Y Que. Meli­sta me. Zostało sześć godzin do naj­więk­szego osią­gnię­cia od cza­sów stwo­rze­nia czło­wieka. Es pa mi mama, słodką Sophię Brun i Jezusa, naszego Pana i Zbawcę. Oglą­daj­cie uważ­nie, bo wystar­czy mru­gnię­cie, a prze­ga­pi­cie, que sa?

Obej­rzał nagra­nie. Paskud­nie wyglą­dał. Pew­nie miał jesz­cze czas, mógł ogo­lić nie­chlujną brodę i przy­naj­mniej zwią­zać włosy. Poża­ło­wał, że odpu­ścił sobie codzienne ćwi­cze­nia, dzięki któ­rym nie wyglą­dałby na aż tak wychu­dzo­nego. Teraz jest już za późno. Mimo wszystko mógł cho­ciaż zmie­nić usta­wie­nie kamery. Leciał bali­stycz­nie, prze­cież nie musiał się mar­twić cią­że­niem ciągu.

Spró­bo­wał jesz­cze dwa razy z innych kątów, aż jego próż­ność została zaspo­ko­jona, po czym prze­łą­czył się na obraz z kamer zewnętrz­nych. Jego wpro­wa­dze­nie zajęło nie­wiele ponad dzie­sięć sekund. Zacznie trans­mi­sję dwa­dzie­ścia sekund przed celem, potem prze­łą­czy na kamery zewnętrzne. Będzie nagry­wał ponad tysiąc kla­tek na sekundę, ale i tak może zgu­bić Pier­ścień mię­dzy obra­zami. Miał nadzieję, że mu się uda. Teraz i tak nie mógł zdo­być lep­szej kamery, nawet gdyby taka ist­niała.

Wypił resztę wody i znowu poża­ło­wał, że nie zapa­ko­wał choć tro­chę wię­cej jedze­nia. Tubka pasty biał­ko­wej byłaby teraz naprawdę mile widziana. Nie­długo będzie po wszyst­kim. Wylą­duje w jakimś ziem­skim lub mar­sjań­skim aresz­cie okrę­to­wym z przy­zwo­itą ubi­ka­cją, wodą do picia i wię­zien­nymi racjami. Pra­wie cie­szył się na tę myśl.

Jego mil­czący zestaw łącz­no­ści obu­dził się i wyemi­to­wał powia­do­mie­nie o wiązce kie­run­ko­wej. Otwo­rzył połą­cze­nie. Szy­fro­wa­nie wska­zy­wało, że pocho­dziło z taj­nej sieci i zostało wysłane na tyle dawno temu, by dotarło do niego wła­śnie teraz. Nie tylko on się popi­sy­wał.

Evita była wciąż piękna, jed­nak teraz bar­dziej wyglą­dała na kobietę niż wtedy, gdy zaczął zbie­rać pie­nią­dze i czę­ści na budowę Y Que. Za pięć lat będzie wyglą­dać cał­kiem zwy­czaj­nie, ale na razie wciąż miał do niej sła­bość.

- Esá, unokabátya - powie­działa. - Oczy świata. Toda auge. Moje też.

Uśmiech­nęła się i przez sekundę myślał, że może pod­nie­sie sukienkę. Na szczę­ście. Połą­cze­nie się skoń­czyło.

Dwie godziny.

***

- Powta­rzam, tu mar­sjań­ska fre­gata Lucien do nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego statku zbli­ża­ją­cego się do Pier­ście­nia. Odpo­wiedz natych­miast albo otwo­rzymy ogień.

Trzy minuty. Zoba­czyli go za szybko. Od Pier­ście­nia dzie­liły go jesz­cze trzy minuty, a nie powinni go zoba­czyć w odle­gło­ści więk­szej niż minuta lotu.

Néo odchrząk­nął.

- Nie trzeba, que sa? Nie trzeba. Mówi Y Que, ści­gacz ze sta­cji Ceres.

- Nie masz włą­czo­nego trans­pon­dera, Y Que.

- No tak, zepsuł się. Będę potrze­bo­wał pomocy przy nim.

- Twoje radio działa cał­kiem dobrze, a nie sły­szę sygnału alar­mo­wego.

- Bo nie ma alarmu - odpo­wie­dział, roz­cią­ga­jąc sylaby, by zdo­być każdą moż­liwą sekundę. Mógł z nimi roz­ma­wiać. - Po pro­stu lecę bali­stycz­nie. Mogę odpa­lić reak­tor, ale to zaj­mie kilka minut. Może będzie­cie mogli mi pomóc, co?

- Jesteś w prze­strzeni z ogra­ni­czo­nym dostę­pem, Y Que - powie­dział Mar­sja­nin, a Néo poczuł uśmiech na twa­rzy.

- Nic groź­nego - zapew­nił. - Nikomu nie zagra­żam. Pod­daję się. Muszę tylko tro­chę zwol­nić. Za kilka sekund odpalę sil­nik. Pocze­kaj­cie chwilę.

- Masz dzie­sięć sekund na zmianę tra­jek­to­rii poza Pier­ścień, w prze­ciw­nym razie otwo­rzymy ogień.

Strach bar­dzo przy­po­mi­nał triumf. Robił to. Leciał pro­sto na Pier­ścień, a oni się prze­stra­szyli. Jedna minuta. Zaczął roz­grze­wać reak­tor. Teraz nawet już nie kła­mał. Włą­czył sekwen­cję uru­cha­mia­nia peł­nego zestawu czuj­ni­ków.

- Nie strze­laj­cie - popro­sił, robiąc przy tym pogar­dliwy gest. - Pro­szę pana, pro­szę do mnie nie strze­lać. Zwal­niam naj­szyb­ciej jak mogę.

- Masz pięć sekund, Y Que.

Miał ich jesz­cze trzy­dzie­ści. Ekrany swój-obcy ożyły, gdy tylko włą­czył się pełny sys­tem statku. Lucien prze­mknie bar­dzo bli­sko, na oko jakieś sie­dem­set kilo­me­trów od niego. Nic dziw­nego, że go zoba­czyli. Z tej odle­gło­ści Y Que musiał roz­ja­rzyć wszyst­kie panele zagro­żeń jak lampki na Boże Naro­dze­nie. Zwy­kły pech.

- Może­cie strze­lać, jeśli chce­cie, ale hamuję naj­szyb­ciej jak tylko mogę - powie­dział.

Roz­brzmiał alarm. Na ekra­nie poja­wiły się dwie nowe kropki. Hijo de puta wystrze­lił w niego tor­pedy.

Pięt­na­ście sekund. Uda mu się. Roz­po­czął nada­wa­nie swo­jego prze­kazu i obrazu z zewnętrz­nej kamery. Pier­ścień był gdzieś tam, z tysiąc­ki­lo­me­trową śred­nicą wciąż zbyt małą i ciemną, by zoba­czyć go gołym okiem. Wszę­dzie dookoła jarzyły się tylko gwiazdy.

- Wstrzy­mać ogień! - krzyk­nął do mar­sjań­skiej fre­gaty. - Nie strze­lać!

Trzy sekundy. Tor­pedy zbli­żały się szybko.

Jedna sekunda.

Wszyst­kie gwiazdy zga­sły rów­no­cze­śnie.

Néo stuk­nął w moni­tor. Nic. Ekran swój-obcy nie poka­zy­wał niczego. Żad­nej fre­gaty, żad­nych tor­ped, niczego.

- A to - powie­dział w prze­strzeń - jest dziwne.

Na moni­to­rze coś roz­bły­sło na nie­bie­sko i przy­su­nął się bli­żej, jakby fizyczne zbli­że­nie do ekranu pomo­gło mu się zorien­to­wać w sytu­acji.

Czuj­niki ostrze­ga­jące o prze­cią­że­niu potrze­bo­wały na akty­wa­cję pię­ciu set­nych sekundy. Sprzę­towo zaim­ple­men­to­wany alarm potrze­bo­wał na reak­cję trzech set­nych sekundy, pusz­cza­jąc zasi­la­nie do czer­wo­nej diody LED i klak­sonu alar­mo­wego. Mała kon­tro­lka na kon­soli, wyświe­tla­jąca ostrze­że­nie o hamo­wa­niu z prze­cią­że­niem dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu g, potrze­bo­wała na obu­dze­nie diod całej połowy sekundy. Do tej chwili Néo był już tylko czer­woną plamą na przed­niej ścia­nie kok­pitu, rzu­cony hamo­wa­niem statku przez pasy bez­pie­czeń­stwa i ekrany w cza­sie krót­szym niż akty­wa­cja synapsy. Przez pięć dłu­gich sekund sta­tek trzesz­czał i prę­żył się, nie tylko zatrzy­mu­jąc się, lecz także będąc zatrzy­my­wa­nym.

W jed­no­li­tej ciem­no­ści zewnętrzna szybka kamera wciąż nada­wała, wysy­ła­jąc tysiąc kla­tek na sekundę niczego.

A potem cze­goś innego.

Rozdział pierwszy

Hol­den

Kiedy był jesz­cze małym chłop­cem na Ziemi, żyją­cym pod otwar­tym, błę­kit­nym nie­bem, jedna z jego matek przez trzy lata cier­piała na cięż­kie migreny. Oglą­da­nie jej bla­dej i spo­co­nej z bólu twa­rzy było trudne, ale jesz­cze gor­sze były objawy aury migre­no­wej pro­wa­dzą­cej do tego stanu. Sprzą­tała w domu lub pra­co­wała nad umo­wami w ramach dzia­łal­no­ści swo­jej firmy praw­ni­czej, a potem nagle jej lewa dłoń zaczy­nała się zaci­skać, zwi­ja­jąc się tak, że żyły i ścię­gna zda­wały się trzesz­czeć z wysiłku. Potem spoj­rze­nie tra­ciło ostrość, a źre­nice roz­sze­rzały się do tego stop­nia, że jej błę­kitne oczy robiły się czarne. Przy­po­mi­nało to obser­wo­wa­nie kogoś ogar­nię­tego ata­kiem padacz­ko­wym i za każ­dym razem myślał, że tym razem mama umrze.

Miał wtedy sześć lat i ni­gdy nie powie­dział żad­nemu z rodzi­ców, jak bar­dzo te migreny go prze­ra­żały i jak bar­dzo się ich oba­wiał, nawet gdy wszystko wyda­wało się toczyć dobrze nor­mal­nym try­bem. Strach stał się czymś zna­jo­mym, pra­wie wycze­ki­wa­nym. Powinno to łago­dzić prze­ra­że­nie i może fak­tycz­nie tak było, ale zastą­piło je poczu­cie uwię­zie­nia. Atak mógł przyjść w każ­dej chwili i nie dało się go unik­nąć.

To wszystko go zatru­wało, nawet jeśli tylko odro­binę.

Jakby był nawie­dzony.

***

- Kasyno zawsze wygrywa - krzyk­nął Hol­den.

Razem z załogą - Alek­sem, Amo­sem i Naomi - sie­dzieli przy pry­wat­nym stole w sali dla VIP-ów naj­droż­szego hotelu na Ceres. Nawet tutaj dzwonki, gwizdy i cyfrowe odgłosy auto­ma­tów na żetony były dość gło­śne, by stłu­mić więk­szość nor­mal­nych roz­mów. Nie­liczne czę­sto­tli­wo­ści, któ­rych nie zdo­mi­no­wały wymie­nione odgłosy, były zapchane wyso­kimi dźwię­kami maszyn pachinko i niskim baso­wym dud­nie­niem zespołu gra­ją­cego na jed­nej z trzech scen kasyna. Wszystko to skła­dało się na ścianę dźwięku, od któ­rego Hol­de­nowi wibro­wały wnętrz­no­ści i dzwo­niło w uszach.

- Co? - odkrzyk­nął do niego Amos.

- W końcu kasyno zawsze wygrywa!

Amos popa­trzył na leżącą przed nim wielką stertę żeto­nów. Razem z Alek­sem liczyli je i dzie­lili, przy­go­to­wu­jąc się do następ­nego wypadu do sto­łów z grami. Sądząc po wiel­ko­ści sterty, Hol­den sza­co­wał, że w ciągu ostat­niej godziny wygrali około pięt­na­stu tysięcy nowych yenów Ceres. Liczba żeto­nów była impo­nu­jąca. Gdyby teraz skoń­czyli, mie­liby z tego nie­zły zysk, ale oczy­wi­ście nie mogli.

- Dobra - krzyk­nął znowu Amos. - Co?

- Nic - odpo­wie­dział Hol­den, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Jeśli jego załoga chciała stra­cić kilka tysięcy dola­rów, żeby roz­luź­nić się przy sto­łach do blac­kjacka, dla­czego miał im w tym prze­szka­dzać? Prawdę mówiąc, nie zro­bi­łoby to nawet widocz­nej róż­nicy w wypła­cie za ostatni kon­trakt, a to był tylko jeden z trzech kon­traktów, które wyko­nali w ciągu poprzed­nich czte­rech mie­sięcy. Zapo­wia­dał się bar­dzo korzystny rok.

Przez ostat­nie trzy lata Hol­den popeł­nił wiele błę­dów, ale decy­zja o zakoń­cze­nia pracy w cha­rak­te­rze goryla SPZ i przej­ścia na wła­sny rachu­nek nie była jed­nym z nich. W ciągu mie­sięcy, które upły­nęły od czasu roz­po­czę­cia kariery nie­za­leż­nego okrętu kurier­skiego i eskor­to­wego, Rosy­nant przy­jął sie­dem zle­ceń i wszyst­kie przy­nio­sły nie­zły zysk. Pie­nią­dze wyda­wali na remon­to­wa­nie statku od dziobu po rufę. Okręt zali­czył kilka trud­nych lat i zde­cy­do­wa­nie potrze­bo­wał dopiesz­cze­nia.

Kiedy skoń­czyli, a na ogól­nym kon­cie wciąż mieli pie­nią­dze, z któ­rymi nie wie­dzieli, co zro­bić, Hol­den popro­sił załogę o listę życzeń. Naomi zapła­ciła za wycię­cie ścianki dzie­lą­cej ich kajuty, łącząc je w jedną więk­szą. Mieli teraz łóżko wygod­nie miesz­czące dwie osoby i sporo miej­sca do cho­dze­nia wokół niego. Aleks zwró­cił uwagę na pro­blemy ze zdo­by­wa­niem woj­sko­wej klasy tor­ped dla statku i popro­sił o zain­sta­lo­wa­nie na Rosie stęp­ko­wego działa szy­no­wego. Dzięki niemu zyskali więk­szą siłę ognia od zapew­nia­nej przez działka obrony punk­to­wej, a jedyną wyma­ganą amu­ni­cją były kilo­gra­mowe poci­ski z wol­framu. Amos wydał trzy­dzie­ści kawał­ków pod­czas postoju na Kali­sto, mon­tu­jąc dodat­kowe uspraw­nie­nia sil­ni­ków. Gdy Hol­den zwró­cił uwagę, że Ros i bez tego może przy­śpie­szać dosta­tecz­nie szybko, by zabić załogę, i zapy­tał, po co im te dodatki, Amos odpo­wie­dział:

- Bo to cho­ler­stwo jest fan­ta­styczne.

Hol­den tylko kiw­nął głową, uśmiech­nął się i zapła­cił rachu­nek.

Nawet po począt­ko­wej gorączce wyda­wa­nia pie­nię­dzy mieli ich dość, by wypła­cić sobie pen­sje pię­cio­krot­nie wyż­sze od zara­bia­nych na Can­ter­bury i zapew­nić wypo­sa­że­nie statku w wodę, powie­trze oraz peletki pali­wowe na następne dzie­się­cio­le­cie.

Praw­do­po­dob­nie był to stan przej­ściowy. Przyjdą czasy chude, gdy nie będą mogli zna­leźć żad­nej pracy i będą musieli liczyć każdy grosz. Ale nie dzi­siaj.

Amos i Aleks skoń­czyli liczyć żetony i krzy­czeli do Naomi coś o niu­an­sach gry w blac­kjacka, pró­bu­jąc namó­wić ją do przy­łą­cze­nia się do nich przy stole. Hol­den mach­nął na kel­nera, który pośpiesz­nie pod­szedł przy­jąć zamó­wie­nie. W sali dla VIP-ów nie zama­wiało się przez menu ekra­nowe.

- Macie jakąś szkocką, którą zro­biono z praw­dzi­wego ziarna? - zapy­tał Hol­den.

- Mamy kilka gatun­ków z desty­larni na Gani­me­de­sie - odpo­wie­dział kel­ner. Nauczył się sztuczki mówie­nia tak, by było go sły­chać pomimo hałasu. Uśmiech­nął się do Hol­dena. - Ale dla wybred­nego gen­tle­mana z Ziemi odło­ży­li­śmy też kilka bute­lek szes­na­sto­let­niej laga­vu­lin.

- Chcesz powie­dzieć, że macie praw­dziwą szkocką ze Szko­cji?

- Dokład­niej rzecz bio­rąc, z wyspy Islay - uści­ślił kel­ner. - Kosz­tuje tysiąc dwie­ście za butelkę.

- Popro­szę jedną.

- Tak jest, pro­szę pana, i cztery szkla­neczki. - Kel­ner ukło­nił się i ruszył do baru.

- Idziemy zagrać w blac­kjacka - powie­działa ze śmie­chem Naomi, a Amos wydzie­lił wła­śnie ze swo­jej tacy sto­sik żeto­nów i pchnął je do niej przez stół. - Przy­łą­czysz się?

Kapela w sąsied­niej sali prze­stała grać i poziom hałasu na chwilę spadł do pra­wie zno­śnego poziomu, zanim ktoś zaczął pusz­czać muzykę przez nagło­śnie­nie kasyna.

- Pocze­kaj­cie kilka minut - popro­sił Hol­den. - Kupi­łem butelkę cze­goś naprawdę dobrego i chciał­bym wypić z wami ostatni toast, zanim rozej­dziemy się na resztę nocy.

Amos wyglą­dał na znie­cier­pli­wio­nego aż do chwili, gdy przy­nie­siono butelkę, a potem przez kilka sekund przy­glą­dał się ety­kie­cie.

- No dobra, na to warto było cze­kać.

Hol­den nalał każ­demu por­cję, a potem uniósł swoją szkla­neczkę.

- Za naj­lep­szy sta­tek i naj­lep­szą załogę, z jaką kto­kol­wiek kie­dy­kol­wiek miał zaszczyt słu­żyć, i za dobrą wypłatę.

- Za dobrą wypłatę! - powtó­rzył Amos, a potem alko­hol znik­nął ze szkla­ne­czek.

- Jasna cho­lera, kapi­ta­nie - sko­men­to­wał Aleks, a potem wziął butelkę, by ponow­nie przyj­rzeć się ety­kie­cie. - Możemy zabrać tro­chę tego na Rosa? Możesz mi potrą­cić z wypłaty.

- Popie­ram - rzu­ciła Naomi, a potem prze­jęła butelkę i roz­lała następną kolejkę.

Na kilka minut zapo­mnieli o sto­sach żeto­nów i poku­sie sto­łów z kar­tami. A Hol­den dokład­nie tego chciał: zatrzy­mać tych ludzi razem jesz­cze na kilka chwil. Na każ­dym statku, na któ­rym słu­żył, przy­bi­cie do portu zawsze było szansą paro­dnio­wej ucieczki od cią­gle tych samych twa­rzy. Już nie. Nie z tą załogą. Kolejną szkla­neczką szkoc­kiej spłu­kał cisnące mu się na usta, beł­ko­tliwe "kocham was!".

- Ostatni na drogę - powie­dział Aleks, pod­no­sząc butelkę.

- Muszę iść do kibla - odpo­wie­dział Hol­den i ode­pchnął się od stołu. Idąc do łazienki, chwiał się tro­chę bar­dziej, niż się spo­dzie­wał. Whi­sky szybko ude­rzyła do głowy.

Łazienki dla VIP-ów urzą­dzono luk­su­sowo. Żad­nych rzę­dów pisu­arów i umy­wa­lek, zamiast nich kil­koro drzwi pro­wa­dziło do pry­wat­nych kabin z ubi­ka­cją i umy­walką. Hol­den wszedł do jed­nej z nich i zatrza­snął za sobą drzwi. Gdy tylko się zamknęły, poziom hałasu spadł pra­wie do zera. Przy­po­mi­nało to tro­chę wyj­ście poza świat i pew­nie spe­cjal­nie tak je zapro­jek­to­wano. W każ­dym razie ucie­szył się, że pro­jek­tant kasyna prze­wi­dział miej­sce ofe­ru­jące względny spo­kój, bo wcale nie zdzi­wiłby się na widok auto­matu na żetony tuż obok umy­walki.

Korzy­sta­jąc z pisu­aru, musiał się oprzeć jedną ręką o ścianę i był w poło­wie zała­twia­nia się, gdy w pomiesz­cze­niu na chwilę zro­biło się jaśniej i w chro­mo­wa­nym uchwy­cie pisu­aru zaczął się odbi­jać deli­katny błę­kitny blask. Strach ści­snął mu żołą­dek.

Znowu.

- Przy­się­gam na Boga - powie­dział Hol­den, ury­wa­jąc, by dokoń­czyć i zapiąć roz­po­rek. - Lepiej, żeby cię tam nie było, Mil­ler, gdy się odwrócę.

Odwró­cił się.

Mil­ler tam był.

- Cześć - ode­zwał się trup.

- Musimy poroz­ma­wiać - dokoń­czył za niego Hol­den, a potem pod­szedł do umy­walki, żeby umyć ręce.

Jego śla­dem pole­ciał maleńki błę­kitny świe­tlik, lądu­jąc na bla­cie. Hol­den zgniótł go dło­nią, ale kiedy ją pod­niósł, niczego nie zoba­czył.

Odbi­cie Mil­lera w lustrze wzru­szyło ramio­nami. Ruszał się nie­przy­jem­nie szar­pa­nymi ruchami, jakby kie­ro­wał nim jakiś mecha­nizm. Rów­no­cze­śnie po ludzku i zupeł­nie obco.

- Są tu wszy­scy - powie­dział trup. - Nie chcę roz­ma­wiać o tym, co stało się z Julie.

Hol­den wycią­gnął ręcz­nik z koszyka obok umy­walki, a potem oparł się o nią, zwró­cony w stronę Mil­lera, i powoli wytarł ręce. Drżał, tak jak zawsze. Wzdłuż ple­ców peł­zło poczu­cie zagro­że­nia i nie­po­koju, jak pod­czas każ­dego z tych spo­tkań. Nie zno­sił tego.

Detek­tyw Mil­ler uśmiech­nął się, reagu­jąc na coś nie­wi­docz­nego dla Hol­dena.

Facet pra­co­wał w ochro­nie Ceres, został zwol­niony i ruszył na samo­dzielne polo­wa­nie, szu­ka­jąc zagi­nio­nej dziew­czyny. Raz ura­to­wał Hol­de­nowi życie. Hol­den patrzył, jak mia­sto w aste­ro­idzie, gdzie Mil­ler utknął z set­kami tysięcy ofiar pro­to­mo­le­kuły z kosmosu, roz­biło się na Wenus. Wraz z Julie Mao, dziew­czyną, którą Mil­ler w końcu odna­lazł, gdy było już za późno. Przez rok arte­fakt obcych pra­co­wał i two­rzył coś nie­zro­zu­mia­łego pod pokrywą chmur pla­nety. Gdy się poka­zał, uno­sząc olbrzy­mie struk­tury z głę­bin studni gra­wi­ta­cyj­nej i lecąc poza orbitę Nep­tuna niczym jakaś tyta­niczna mor­ska bestia prze­nie­siona w próż­nię, wraz z nim poja­wił się Mil­ler.

I prze­ma­wiał czy­stym sza­leń­stwem.

- Hol­den - powie­dział Mil­ler, nie mówiąc do niego, opi­su­jąc go. - Jasne, to ma sens. Nie jesteś jed­nym z nich. Hej, musisz mnie posłu­chać.

- A ty musisz coś powie­dzieć. Te bzdury wymy­kają się spod kon­troli. Robisz te swoje obja­wie­nia już pra­wie od roku i ni­gdy jesz­cze nie powie­dzia­łeś nic, co mia­łoby sens. Ani razu.

Mil­ler nie­dbale mach­nął ręką. Sta­ru­szek zaczy­nał oddy­chać szyb­ciej, dysząc, jakby miał za sobą bieg. Na jego sza­rej, bla­dej skó­rze poja­wiły się kro­ple potu.

- W sek­to­rze osiem­na­stym był taki nie­li­cen­cjo­no­wany bur­del. Poszli­śmy tam, licząc, że zgar­niemy pięt­na­ście, może dwa­dzie­ścia osób. Albo nawet wię­cej. Weszli­śmy do środka i oka­zało się, że było tam cał­kiem pusto. Powi­nie­nem się nad tym zasta­no­wić. To coś zna­czy.

- Czego ode mnie chcesz? - zapy­tał Hol­den. - Po pro­stu powiedz, czego chcesz, dobra?

- Nie zwa­rio­wa­łem - zapew­nił go Mil­ler. - Kiedy wariuję, zabi­jają mnie. Boże, czy oni mnie zabili? - Mil­ler zło­żył usta w małe o i zaczął wcią­gać powie­trze. Jego wargi ciem­niały od krwi pod skórą zmie­nia­jącą kolor na czarny. Poło­żył na ramie­niu Hol­dena zde­cy­do­wa­nie za ciężką dłoń. Zbyt twardą. Jakby Mil­ler został odtwo­rzony z żelaza, zamiast z kości. - Wszystko się spie­przyło. Dotar­li­śmy tam, ale jest pusto. Całe niebo jest puste.

- Nie wiem, co to zna­czy.

Mil­ler nachy­lił się bli­żej. Jego oddech pach­niał opa­rami octa­nów. Wbił wzrok w oczy Hol­dena, uno­sząc brwi, jakby pytał go, czy zro­zu­miał.

- Musisz mi pomóc - oświad­czył. Żyłki w jego oczach były już pra­wie czarne. - Oni wie­dzą, że potra­fię odnaj­dy­wać różne rze­czy. Wie­dzą, że mi pomo­głeś.

- Ty nie żyjesz - przy­po­mniał Hol­den, mówiąc bez namy­słu ani żad­nego planu.

- Wszy­scy nie żyją - odparł Mil­ler. Zabrał dłoń z ramie­nia Hol­dena i odwró­cił się. Zmarsz­czone brwi świad­czyły o zmie­sza­niu. - Pra­wie. Pra­wie.

Zabrzę­czał ter­mi­nal Hol­dena, więc wyjął go z kie­szeni. "Wpa­dłeś tam?". Naomi wysłała pyta­nie tek­stem. Hol­den zaczął odpi­sy­wać, ale prze­stał, zda­jąc sobie sprawę, że nie wie­dział, co mógłby powie­dzieć.

Kiedy Mil­ler znów się ode­zwał, mówił cicho, pra­wie jak dziecko prze­peł­nione zdu­mie­niem i zachwy­tem.

- Kurwa. Stało się - powie­dział.

- Co się stało? - zapy­tał Hol­den.

Ktoś wcho­dzący do kabiny obok trza­snął drzwiami i Mil­ler znik­nął. Jedy­nym dowo­dem na jego obec­ność był utrzy­mu­jący się jesz­cze w powie­trzu zapach ozonu i boga­tej mie­szanki związ­ków orga­nicz­nych, jakby skwa­śnia­łych egzo­tycz­nych przy­praw. Zresztą to też mogło być tylko wyobra­że­niem Hol­dena.

Stał przez chwilę, cze­ka­jąc, by znik­nął mie­dziany posmak w ustach. Cze­ka­jąc, aż serce znowu zacznie bić w nor­mie. Potem zro­bił to, co zawsze po tych spo­tka­niach. Gdy minęło naj­gor­sze, umył twarz zimną wodą i wytarł ją mięk­kim ręcz­ni­kiem. Odle­głe, stłu­mione dźwięki kasyna gwał­tow­nie się nasi­liły. Pula.

Nie powie im. Naomi, Alek­sowi i Amo­sowi. Zasłu­gi­wali na korzy­sta­nie z przy­jem­no­ści bez inge­ren­cji tego cze­goś, czym był Mil­ler. Hol­den rozu­miał, że impuls zata­je­nia tego przez nimi był irra­cjo­nalny, ale tak bar­dzo chciał ich chro­nić, że nie kwe­stio­no­wał go za bar­dzo. Czym­kol­wiek stał się Mil­ler, Hol­den będzie stał mię­dzy nim a Rosem.

Przy­glą­dał się swo­jemu odbi­ciu, aż zro­biło się ide­alne. Bez­tro­ski, nieco pod­chmie­lony kapi­tan odno­szą­cego suk­cesy, nie­za­leż­nego statku pod­czas prze­pustki na lądzie. Wylu­zo­wany. Szczę­śliwy. Wró­cił do sza­leń­stwa kasyna.

Przez moment poczuł się jakby cof­nął się w cza­sie. Kasyno na Ero­sie. Śmier­telna pułapka. Świa­tła wyda­wały się tro­chę zbyt jaskrawe, dźwięki za gło­śne. Hol­den wró­cił do stołu i nalał sobie jesz­cze jedną szkla­neczkę. Tę będzie pił tro­chę dłu­żej, cie­sząc się sma­kiem i nocą. Ktoś za nim ryk­nął śmie­chem. To tylko śmiech.

Po kilku minu­tach poja­wiła się Naomi, wyła­nia­jąc się ze zgiełku i cha­osu jak ucie­le­śnie­nie spo­koju. Patrząc, jak idzie w jego stronę, znowu poczuł wcze­śniej­szą pijaną, zabor­czą miłość. Latali razem na Can­ter­bury przez całe lata, zanim odkrył, że się w niej zako­chuje. Z per­spek­tywy czasu każdy pora­nek, gdy budził się przy boku kogoś innego, był stra­coną oka­zją wdy­cha­nia tego samego powie­trza, co Naomi. Nie potra­fił zro­zu­mieć, co sobie wtedy myślał. Prze­su­nął się w bok, robiąc jej miej­sce.

- Już cię osku­bali? - zapy­tał.

- Aleksa - odpo­wie­działa. - Osku­bali Aleksa do czy­sta. Dałam mu swoje żetony.

- Jesteś nie­zwy­kle hojną kobietą - sko­men­to­wał z sze­ro­kim uśmie­chem.

Ciemne oczy Naomi zła­god­niały pod wpły­wem współ­czu­cia.

- Znowu poja­wił się Mil­ler? - zapy­tała, nachy­la­jąc się bli­żej, żeby usły­szał ją przez hałas.

- Tro­chę nie­po­ko­jące jest to, jak łatwo możesz mnie przej­rzeć.

- Bar­dzo łatwo cię odczy­tać. Zresztą to nie byłby pierw­szy łazien­kowy napad Mil­lera. Czy tym razem mówił coś z sen­sem?

- Nie - odpo­wie­dział Hol­den. - Zacho­wuje się, jakby roz­ma­wiał z jakąś wadliwą maszyną. Mam wra­że­nie, że przez połowę czasu nawet nie wie, że tam jestem.

- Tak naprawdę to nie może być Mil­ler, prawda?

- Jeśli to pro­to­mo­le­kuła prze­brana za Mil­lera, to jest to chyba jesz­cze mniej fajne.

- Słusz­nie - zgo­dziła się Naomi. - Powie­dział przy­naj­mniej coś nowego?

- Może odro­binę. Powie­dział, że coś się stało.

- Co?

- Tego nie wiem. Powie­dział tylko "stało się" i znik­nął.

Sie­dzieli razem przez kilka minut w pry­wat­nej oazie ciszy pośród zgiełku, spla­ta­jąc palce. W końcu Naomi nachy­liła się, poca­ło­wała go w czoło i pocią­gnęła go z krze­sła.

- Chodź - powie­działa.

- Gdzie idziemy?

- Nauczę cię grać w pokera - wyja­śniła.

- Wiem, jak to się robi.

- Tylko ci się tak wydaje.

- Chcesz powie­dzieć, że masz mnie za lesz­cza?

Uśmiech­nęła się i pocią­gnęła go.

Hol­den pokrę­cił głową.

- Jeśli chcesz, to chodźmy na sta­tek. Możemy zebrać parę osób i zagrać w spo­koju. Nie ma sensu robić tego tutaj, bo kasyno zawsze wygrywa.

- Nie przy­szli­śmy tu wygrać - odpo­wie­działa Naomi, a powaga jej głosu nadała sło­wom znacz­nie głęb­sze zna­cze­nie. - Przy­szli­śmy grać.

***

Wia­do­mość nade­szła dwa dni póź­niej.

Hol­den sie­dział w kam­bu­zie, jedząc por­cję na wynos z jed­nej z por­to­wych restau­ra­cji: ryż w sosie czosn­ko­wym, trzy rodzaje warzyw i coś na tyle podob­nego do kur­czaka, że mogło fak­tycz­nie nim być. Amos z Naomi nad­zo­ro­wali łado­wa­nie odży­wek i fil­trów do sys­temu recy­klingu powie­trza, a Aleks spał w fotelu pilota. Na innych stat­kach, na któ­rych słu­żył Hol­den, zebra­nie całej załogi z powro­tem na statku przed wylo­tem było czymś abso­lut­nie nie­sły­cha­nym, zresztą oni też spę­dzili kilka nocy w por­to­wych hote­lach. Ale teraz wró­cili do domu.

Hol­den spraw­dzał miej­scowe kanały z wia­do­mo­ściami na ręcz­nym ter­mi­nalu, oglą­da­jąc ser­wisy infor­ma­cyjne i roz­rywkę z całego układu. Dziura w zabez­pie­cze­niach nowej gry Ban­dao Solice pozwo­liła na prze­ję­cie na piracki ser­wer na orbi­cie Tytana danych oso­bo­wych i finan­so­wych sze­ściu milio­nów osób. Mar­sjań­scy eks­perci woj­skowi nawo­ły­wali do zwięk­sze­nia budżetu w celu uzu­peł­nie­nia strat ponie­sio­nych w bitwie wokół Gani­me­desa. Na Ziemi afry­kań­ska koali­cja rol­ni­cza zła­mała zakaz sto­so­wa­nia szczepu bak­te­rii wią­żą­cej azot. Pro­te­stu­jący po obu stro­nach kon­fliktu wyszli na ulice Kairu.

Hol­den ska­kał po kana­łach, pozwa­la­jąc myślom prze­śli­zgi­wać się po powierzchni infor­ma­cji, gdy na jed­nym poja­wił się czer­wony pasek. Potem na dru­gim. I kolej­nym. Zmro­ziło go zdję­cie nad arty­ku­łem. Nazy­wali to Pier­ście­niem. Olbrzy­mia struk­tura obcych, która opu­ściła Wenus i pole­ciała w miej­sce odle­głe o nie­całe dwie jed­nostki astro­no­miczne poza orbitą Urana, gdzie wyha­mo­wała i zło­żyła się.

Hol­den czy­tał uważ­nie, czu­jąc cię­żar w żołądku. Kiedy pod­niósł wzrok, w drzwiach zoba­czył Naomi i Amosa. Amos trzy­mał swój ter­mi­nal. Hol­den zoba­czył na jego ekra­nie te same czer­wone paski.

- Widzia­łeś to, kapi­ta­nie? - zapy­tał Amos.

- Ow­szem - potwier­dził Hol­den.

- Jakiś powa­lony dureń pró­bo­wał prze­le­cieć przez Pier­ścień.

- Wła­śnie.

Nawet przy odle­gło­ści mię­dzy Ceres a Pier­ście­niem, roz­dzie­lo­nych olbrzy­mim prze­stwo­rem pustki, wia­do­mość o tym, że jakiś dureń wle­ciał tanim sta­tecz­kiem z jed­nej strony struk­tury i nie wyle­ciał z dru­giej - powinna tu dotrzeć w ciągu jakichś pię­ciu godzin. A jed­nak doszło do tego dwa dni póź­niej. Tak długo obser­wu­jące Pier­ścień rządy były w sta­nie tuszo­wać tę sprawę.

- O to cho­dziło, prawda? - powie­działa Naomi. - To się stało.

Rozdział drugi

Byk

Car­los C de Baca - dla przy­ja­ciół Byk - nie lubił kapi­tana Ash­forda. Od zawsze.

Kapi­tan był jed­nym z tych ludzi, któ­rzy potra­fili drwić bez rusza­nia ustami. Zanim Ash­ford wstą­pił do SPZ na pełny etat, zro­bił dok­to­rat z mate­ma­tyki w księ­ży­co­wym kam­pu­sie Uni­wer­sy­tetu Bostoń­skiego i ni­gdy nikomu nie pozwa­lał o tym zapo­mnieć. Jakby posia­da­nie tytułu nauko­wego nada­nego przez uni­wer­sy­tet z Ziemi czy­niło go lep­szym od innych Pasia­rzy. A przy tym rado­śnie obga­dy­wał face­tów w rodzaju Byka czy Freda, któ­rzy naprawdę dora­stali w studni. Ash­ford nie był pro­stym czło­wie­kiem. Spo­sób, w jaki przy­pi­nał się do róż­nych spraw, jakby robiły z niego kogoś waż­niej­szego - wykształ­ce­nie, powią­za­nia z Zie­mią, dora­sta­nie w Pasie - spra­wiał, że trudno było go lubić.

I to Ash­ford będzie dowo­dził misją.

- Docho­dzi do tego ele­ment cza­sowy - powie­dział Fred John­son.

Fred wyglą­dał okrop­nie. Był zbyt chudy. Ostat­nio wszy­scy wyglą­dali na chu­dych, ale ciemna skóra Freda przy­brała popie­laty odcień, przy­wo­dzący Bykowi na myśl sprawy takie jak zabu­rze­nia odpor­no­ści i nie­le­czone nowo­twory. Praw­do­po­dob­nie był to tylko efekt stresu, wieku i nie­do­ży­wie­nia. To samo, co przy­tra­fiało się wszyst­kim, jeśli nie poja­wiło się nic innego. Wła­ści­wie to Byk też zaczął tro­chę siwieć na skro­niach i nie podo­bały mu się tanie diody, które rze­komo miały naśla­do­wać świa­tło Słońca. Fakt, że jego skóra wciąż była ciem­niej­sza od sko­rupki jajka, miał wię­cej wspól­nego z ciemną skórą jego mek­sy­kań­skiej matki niż z ultra­fio­le­tem.

Prze­by­wał w ciem­no­ści od dwu­dzie­stego dru­giego roku życia, a teraz miał już czter­dziestkę. Fred zaś, jego dowódca pod dwoma rzą­dami, był od niego wyraź­nie star­szy.

Rusz­to­wa­nie kon­struk­cyjne odchy­lało się przed nimi z ela­stycz­nymi ścia­nami lśnią­cymi jak łuski węża. Dobie­gał go nie­ustanny, cichy pisk wibra­cji sprzętu kon­struk­cyjnego, prze­su­wa­nego po powierzchni sta­cji. Cią­że­nie wirowe miało tu siłę nieco mniej­szą od stan­dar­do­wej jed­nej trze­ciej g wła­ści­wej sta­cji Tycho, a Ash­ford popi­sy­wał się, przy­śpie­sza­jąc i zwal­nia­jąc, żeby Zie­mia­nie mogli nadą­żyć. Byk zwol­nił odro­binę, żeby facet musiał cze­kać chwilę dłu­żej.

- Ele­ment cza­sowy? Jak to wygląda, puł­kow­niku? - zapy­tał Ash­ford.

- Nie aż tak źle, jakby mogło - odparł Fred. - Od czasu dużej zmiany pod­czas zda­rze­nia Pier­ścień nie wyka­zuje żad­nych innych wah­nięć. Nikt inny przez niego nie prze­le­ciał i nic się nie wyło­niło ze środka. W tej chwili ludzie już nie robią w gacie, tylko sie­dzą w goto­wo­ści. Mars trak­tuje to jako sprawę ści­śle woj­skową i naukową. Wysłali tam już pół tuzina jed­no­stek badaw­czych na dużym ciągu.

- Jaka eskorta? - zapy­tał Byk.

- Jeden nisz­czy­ciel i trzy fre­gaty - odpo­wie­dział Fred. - Zie­mia leci wol­niej, ale więk­szymi siłami. W przy­szłym roku będą mieli wybory, a sekre­tarz gene­ralny mocno obrywa za pota­jemną współ­pracę rządu ze zbun­to­wa­nymi kor­po­ra­cjami.

- Cie­kawe dla­czego - sko­men­to­wał cierpko Byk.

Nawet Ash­ford się uśmiech­nął. Dzięki Pro­to­ge­nowi i Mao-Kwi­kow­ski ład i sta­bil­ność Układu Sło­necz­nego wylą­do­wały w mik­se­rze. Sta­cja Eros prze­pa­dła, prze­jęta przez obcą tech­no­lo­gię, roz­bita o Wenus. Gani­me­des pro­du­ko­wał led­wie jedną czwartą wcze­śniej­szych ilo­ści jedze­nia, zmu­sza­jąc wszyst­kie zamiesz­kałe ośrodki pla­net zewnętrz­nych do pole­ga­nia na zapa­so­wych źró­dłach żyw­no­ści. Sojusz Ziemi i Marsa stał się czymś w rodzaju miłego wspo­mnie­nia, o któ­rym czyjś dzia­dek mógł opo­wia­dać po wypi­ciu zbyt dużej ilo­ści alko­holu. Stare, dobre czasy, zanim wszystko poszło w dia­bły.

- Popi­suje się - mówił dalej Fred. - Dzien­ni­ka­rze, przy­wódcy reli­gijni, poeci i arty­ści. Wiozą wszyst­kich do Pier­ście­nia, żeby żadne stu­dio wia­do­mo­ści nie patrzyło na niego.

- Typowe - rzu­cił Ash­ford, ale nie roz­wi­jał tematu. Typowe dla poli­tyka. Typowe dla Zie­mia­nina. - Czego tam szu­kamy?

Rusz­to­wa­nie zaśpie­wało przez chwilę, wzbu­dzone spię­trze­niem drgań har­mo­nicz­nych, uci­szo­nych po chwili prze­my­sło­wymi tłu­mi­kami gaszą­cymi wibra­cje, zanim mogłyby dopro­wa­dzić do szkód.

- Na razie wiemy na pewno tylko tyle, że jakiś dureń wle­ciał bali­stycz­nie w Pier­ścień z dużą pręd­ko­ścią i nie poja­wił się z dru­giej strony - odpo­wie­dział Fred, rusza­jąc dłońmi w pasiar­skim odpo­wied­niku wzru­sze­nia ramio­nami. - A teraz w Pier­ście­niu poja­wiła się jakaś fizyczna ano­ma­lia. Moż­liwe, że sta­tek dzie­ciaka został zje­dzony przez Pier­ścień i w coś zmie­niony. Pier­ścień puścił sporo pro­mie­nio­wa­nia gamma i rent­ge­now­skiego, ale za mało, żeby była to cała masa statku. Moż­liwe, że go uszko­dził. Albo otwo­rzył wrota i lada chwila wyleci stam­tąd banda zie­lo­nych ludzi­ków w lata­ją­cych taler­zach, żeby zmie­nić Układ Sło­neczny w przy­drożny par­king.

- Co... - zaczął Byk, ale prze­rwał mu Ash­ford.

- Jakaś reak­cja na Wenus?

- Nic - odpo­wie­dział Fred.

Wenus była mar­twa. Przez lata po tym, jak prze­jęty Eros spadł pod chmury, spoj­rze­nia wszyst­kich ludzi skie­ro­wane były na tę pla­netę, wszy­scy obser­wo­wali, jak obca pro­to­mo­le­kuła pra­cuje w eks­tre­mal­nym śro­do­wi­sku. Krysz­ta­łowe wieże wzno­siły się na kilo­me­try i upa­dały. Pla­netę oplo­tły sieci węglo­wych włó­kien, roz­pa­da­jąc się w pył. Broń miała wieść pry­mi­tywne życie na Ziemi miliardy lat temu, jed­nak zamiast tego dostała do dys­po­zy­cji zło­żony eko­sys­tem ludz­kich ciał i struk­tury do utrzy­ma­nia ich w tok­sycz­nym piecu na Wenus. Może z tego powodu potrze­bo­wała wię­cej czasu na reali­za­cję planu, a może dys­po­no­wa­nie zło­żonymi orga­ni­zmami uła­twiło jej dzia­ła­nie. W każ­dym razie wszystko wska­zy­wało na to, że skoń­czyła już z Wenus. W tej chwili liczyło się już tylko to, że wystrze­liła na wpół zło­żony Pier­ścień w pustkę poza orbitą Urana, który to Pier­ścień po dotar­ciu na miej­sce zło­żył się do końca i wisiał tam bez śladu życia.

Aż do teraz.

- I co mamy z tym zro­bić? - zapy­tał Byk. - Bez urazy, ale nie mamy naj­lep­szych stat­ków badaw­czych, a Zie­mia i Mars uszczu­pliły swoje floty, wal­cząc o Gani­me­desa.

- Być na miej­scu - odpo­wie­dział Fred. - Skoro Zie­mia i Mars wysy­łają swoje statki, my wyślemy nasz. Jeśli chcą być tam obecni, będziemy też i my. Jeśli wysuną rosz­cze­nie do Pier­ście­nia, zro­bimy to samo. Wszystko, co zro­bi­li­śmy, żeby prze­kształ­cić pla­nety zewnętrzne w realną siłę poli­tyczną, przy­nosi realne korzy­ści, ale jeśli pozwo­limy im pro­wa­dzić, nasza pozy­cja może szybko prze­stać się liczyć.

- Pla­nu­jemy do kogoś strze­lać? - zain­te­re­so­wał się Byk.

- Mam nadzieję, że do tego nie doj­dzie - wyznał Fred.

Łagodna krzy­wi­zna rusz­to­wa­nia dopro­wa­dziła ich w końcu do łuku plat­formy. Na tle usła­nej gwiaz­dami czerni uno­siła się nad nimi oświe­tlona tysią­cem lamp olbrzy­mia płasz­czy­zna z cera­miki i stali. Oglą­da­nie tego przy­po­mi­nało obser­wa­cję kra­jo­brazu - kon­struk­cja była zbyt wielka na dzieło ludz­kich rąk. Wyglą­dała jak wąwóz lub góra. Zaro­śnięty łąką kra­ter wyga­słego wul­kanu. Skala spra­wiała, że nie dało się w tym zoba­czyć statku, a jed­nak nim był. Mechy kon­struk­cyjne peł­za­jące po jego boku były więk­sze od domu, w któ­rym Byk dora­stał, ale wyglą­dały jak pił­ka­rze gra­jący na odle­głym boisku. Długa, cienka linia windy stęp­ko­wej roz­cią­gała się wzdłuż kor­pusu cylin­dra, prze­no­sząc robot­ni­ków z jed­nego końca statku na drugi. Usta­wiona na zewnątrz druga kabina mogła pomie­ścić kil­ka­na­ście osób, ale wyglą­dała jak zia­renko soli. Z łagod­nej krzy­wi­zny ster­czały wie­życzki dział szy­no­wych i kan­cia­ste, gniewne wybrzu­sze­nia wyrzutni tor­ped.

Kie­dyś sta­tek nazy­wał się Nauvoo. Miał być arką poko­le­niową, lecącą do gwiazd z poboż­nymi mor­mo­nami na pokła­dzie, odda­ją­cymi swój los w ręce Boga i sys­te­mów śro­do­wi­sko­wych. Teraz stał się Behe­mo­tem, naj­więk­szą i naj­groź­niej­szą plat­formą bojową w Ukła­dzie Sło­necz­nym. W jego wnę­trzu mogłyby się swo­bod­nie zmie­ścić cztery pan­cer­niki klasy Don­na­gera, mając jesz­cze miej­sce na manewry. Mógł magne­tycz­nie przy­śpie­szać poci­ski do zauwa­żal­nego ułamka pręd­ko­ści świa­tła i pomie­ścić wię­cej tor­ped jądro­wych, niż posia­dał Sojusz Pla­net Zewnętrz­nych. Jego laser łącz­no­ści miał moc wystar­cza­jącą, by prze­bić się przez stal. Nie dało się zbu­do­wać niczego bar­dziej ewi­dent­nie i sku­tecz­nie prze­zna­czo­nego do zastra­sza­nia, może poza nama­lo­wa­niem na kadłu­bie zębów i dospa­wa­niem pół­ki­lo­me­tro­wej płe­twy rekina.

I bar­dzo dobrze, bo tak naprawdę sta­tek był prze­ro­bio­nym zło­mem i jeśli kie­dyś będzie musiał fak­tycz­nie wal­czyć, będą mieli prze­rą­bane. Byk zer­k­nął na Ash­forda. Kapi­tan wysoko trzy­mał pod­bró­dek, a jego oczy lśniły z dumy. Byk zaci­snął zęby.

Ostat­nie ślady wagi znik­nęły, gdy plat­forma z rusz­to­wa­niem dosto­so­wała się do bez­ru­chu Behe­mota. Jeden z odle­głych mechów kon­struk­cyj­nych roz­ja­rzył się jasno jak słońce, roz­po­czy­na­jąc spa­wa­nie.

- Ile czasu jesz­cze potrzeba, zanim będziemy mogli go wypro­wa­dzić? - zapy­tał Ash­ford.

- Trzy dni - odpo­wie­dział Fred.

- Według raportu działu inży­nie­ryj­nego sta­tek będzie gotowy za dzie­sięć - zauwa­żył Byk. - Chcemy pra­co­wać nad nim w locie?

- Taki jest plan - potwier­dził Fred.

- Bo wiesz, mogli­by­śmy pocze­kać jesz­cze kilka dni tutaj, skoń­czyć pracę w doku, a potem dać tro­chę więk­szy ciąg i dotrzeć w tym samym ter­mi­nie.

Cisza była nie­przy­jemna. Byk wie­dział, że tak będzie, ale trzeba to było powie­dzieć.

- Kom­fort i morale załogi wyma­gają takiego samego wspar­cia jak sam sta­tek - odpo­wie­dział w końcu Fred, dyplo­ma­cją zmie­nia­jąc kształt słów. Byk znał go dość długo, by to usły­szeć. "Pasia­rze nie chcą ostrego przy­śpie­sze­nia". - Zresztą łatwiej będzie zro­bić przej­ściowe roboty w niż­szym cią­że­niu. To wszystko efekt kom­pro­mi­sów, Byku. Wyla­tu­je­cie za trzy dni.

- Czy to pro­blem? - zapy­tał Ash­ford.

Byk wykrzy­wił twarz w głup­ko­wa­tym uśmie­chu uży­wa­nym, gdy chciał powie­dzieć prawdę i nie wpa­ko­wać się przez to w kło­poty.

- Lecimy obrzu­cić Zie­mię i Marsa zna­kami naszego gangu, pod­czas gdy Pier­ścień robi dziwne i tajem­ni­cze rze­czy. Mamy załogę, która ni­gdy nie pra­co­wała razem, sta­tek w poło­wie z odzy­sku i za mało czasu, żeby to wszystko uło­żyć. Jasne, że to pro­blem, ale nie aż taki, żeby sobie z nim nie pora­dzić, więc i tak to zro­bimy. Naj­gor­sze, co może się zda­rzyć, to śmierć nas wszyst­kich.

- Rado­sna myśl - sko­men­to­wał Ash­ford. Wręcz ocie­kał dez­apro­batą.

Byk uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej i wzru­szył ramio­nami.

- Prę­dzej czy póź­niej i tak nas to czeka.

***

Byk miał na Tycho luk­su­sową kwa­terę. Cztery pokoje, wyso­kie sufity i wła­sna łazienka z dostawą wody. Nie miał tak dobrze nawet jako dziecko na Ziemi. Dzie­ciń­stwo spę­dził w blo­kach Strefy Współ­pracy Nowego Mek­syku, miesz­ka­jąc z rodzi­cami, bab­cią, dwoma wuj­kami, trzema ciot­kami i jakimś tysią­cem kuzy­nów. Kiedy skoń­czył szes­na­ście lat i odmó­wił życia na pod­sta­wie, udał się na połu­dnie od Ala­ma­go­dro i odpra­co­wał dwu­letni przy­dział, roz­bie­ra­jąc stare elek­trow­nie sło­neczne z cza­sów przed fuzją jądrową. Miesz­kał w baraku z dzie­się­cioma innymi chło­pa­kami. Wciąż ich pamię­tał; takich, jakimi byli wtedy, chu­dzi i umię­śnieni, z koszu­lami obwią­za­nymi wokół głów. Na­dal pamię­tał napór pro­mieni słońca w Nowym Mek­syku, wci­ska­ją­cych się w pierś jak ręka, gdy kąpał się w żarze i pro­mieniowaniu nie­kon­tro­lo­wa­nego reak­tora fuzyj­nego, chro­niony tylko odle­gło­ścią i sze­ro­kim, błę­kit­nym nie­bem.

Kiedy skoń­czył dwu­letni kon­trakt, spró­bo­wał stu­diów na poli­tech­nice, ale dał się roz­pro­szyć hor­mo­nom i alko­ho­lowi. Gdy go wyrzu­cili, jego wybór w prak­tyce ogra­ni­czył się do woj­ska lub pod­sta­wo­wego utrzy­ma­nia, więc wybrał to, co mniej przy­po­mi­nało śmierć. W mari­nes ni­gdy nie miał pry­czy więk­szej niż przed­po­kój w jego kwa­te­rze na sta­cji Tycho. Do czasu rezy­gna­cji ze służby tak naprawdę ni­gdy nie miał nawet miej­sca, które mógłby nazwać swoim. Sta­cja Ceres nie była dla niego dobrym miej­scem. Wyna­jęta przez niego dziura mie­ściła się bli­sko osi obrotu, ofe­ru­jąc niskie cią­że­nie i silny efekt Corio­lisa. Miej­sce nada­wało się wła­ści­wie tylko do ode­spa­nia pijań­stwa poprzed­niej nocy, ale nale­żało do niego. Nagie ściany z wypo­le­ro­wa­nego kamie­nia, łóżko ze stat­ko­wego demo­bilu, z pasami bez­pie­czeń­stwa do niskiego cią­że­nia. Któ­ryś z poprzed­nich wła­ści­cieli wyrył na ścia­nie słowa besso o nadie. Był to pasiar­ski slang, ozna­cza­jący "lepiej lub nic". Wtedy jesz­cze nie wie­dział, że to hasło poli­tyczne. Rze­czy, któ­rych doro­bił się od czasu zamiesz­ka­nia na sta­cji Tycho - ramka wyświe­tla­jąca kil­ka­na­ście przy­zwo­itych zdjęć rodzin­nych z Ziemi, cynowy świecz­nik, któ­rego nie zabrała jego była dziew­czyna, odcho­dząc, cywilne ciu­chy - wypeł­ni­łyby jego miesz­ka­nie na Ceres tak, że nie miałby gdzie spać. Miał za dużo rze­czy, musiał się ich pozbyć.

Ale nie przed tą robotą. Apar­ta­ment pierw­szego ofi­cera na Behe­mo­cie był jesz­cze więk­szy.

Sys­tem zabrzę­czał, infor­mu­jąc, że ktoś stoi przed drzwiami. Kie­ro­wany dłu­go­let­nim przy­zwy­cza­je­niem przed otwar­ciem spoj­rzał na ekran. Przed drzwiami Fred prze­stę­po­wał z nogi na nogę. Miał na sobie cywilne ciu­chy: białą koszulę i dre­sowe spodnie, które pró­bo­wały ukryć opa­da­jący brzuch. W tym star­ciu nie miały szans, Fred nie był w for­mie ani tro­chę lep­szej niż Byk. Po pro­stu się sta­rzeli.

- Hej - przy­wi­tał go Byk. - Siądź gdzieś, wła­śnie się pakuję.

- Już się zbie­rasz?

- Chcę spę­dzić tro­chę czasu na statku, zanim wyle­cimy - wyja­śnił. - Zoba­czyć, czy nie zaplą­tali się tam jacyś zapo­mniani mor­moni.

Fred zro­bił bole­sną minę.

- Jestem prze­ko­nany, że wszyst­kich wybra­li­śmy poprzed­nim razem - odpo­wie­dział, wcho­dząc w ton. - Ale to duże miej­sce, możesz spraw­dzić, jeśli chcesz.

Byk otwo­rzył komodę, licząc pal­cami koszulki. Miał ich dzie­sięć. To był wyraźny znak deka­den­cji. Kto potrze­bo­wał dzie­się­ciu T-shir­tów? Wycią­gnął pięć i rzu­cił je na krze­sło obok szafki.

- Mogą naro­bić mnó­stwa pro­ble­mów, jeśli odzy­skają prawa do Nauvoo - zauwa­żył. - Bio­rąc pod uwagę wszyst­kie wpro­wa­dzone w nim zmiany.

- Nie odzy­skają - uciął Fred. - Prze­ję­cie statku było cał­ko­wi­cie legalne. To była wyjąt­kowa sytu­acja, mógł­bym przez dzie­sięć godzin wymie­niać pre­ce­densy.

- Jasne, ale potem go odzy­ska­li­śmy i uzna­li­śmy za wła­sny - przy­po­mniał Byk. - To jakby powie­dzieć, że muszę poży­czyć twój samo­chód, ale skoro wle­cia­łem nim do rowu i wycią­gną­łem go z powro­tem, teraz należy do mnie.

- Prawo ma wiele aspek­tów, Byku - stwier­dził Fred. Jego głos świad­czył o zmę­cze­niu. Coś jesz­cze nie dawało mu spo­koju.

Byk wysu­nął kolejną szu­fladę, wyrzu­cił do recy­klera połowę skar­pe­tek, a resztę poło­żył na T-shir­tach.

- Tylko że jeśli sędzia nie przyj­mie tego punktu widze­nia, może się zro­bić nie­zręcz­nie - sko­men­to­wał.

- Sędzio­wie na Ziemi nie mają tu jurys­dyk­cji - przy­po­mniał Fred. - A ci w naszym sys­te­mie sądo­wym są lojalni wzglę­dem SPZ. Znają szer­szy obraz. Nie zdejmą ze stołu naszego naj­więk­szego statku, żeby go oddać mor­mo­nom. W naj­gor­szym razie każą nam wypła­cić odszko­do­wa­nie.

- Stać nas na to?

- W tej chwili nie - przy­znał Fred.

Byk par­sk­nął roz­ba­wiony.

- Zasta­na­wia­łeś się kie­dyś, gdzie popeł­ni­li­śmy błąd, że wylą­do­wa­li­śmy tutaj? Ty sie­dzisz za naj­więk­szym biur­kiem w SPZ, a ja jestem pierw­szym ofi­ce­rem Ash­forda. To raczej nie świad­czy o dobrych wybo­rach życio­wych, stary.

- A wła­śnie - rzu­cił Fred. - Doszło do małej zmiany pla­nów.

Byk otwo­rzył szafkę, mocno zaci­ska­jąc wargi. Fred nie przy­szedł tu tylko poroz­ma­wiać. Był jakiś pro­blem. Byk wyjął z szafy dwa gar­ni­tury, wciąż owi­nięte w lepką błonę ochronną. Od lat nie zakła­dał żad­nego z nich. Pew­nie już nie paso­wały.

- Ash­ford uważa, że lepiej byłoby mieć za pierw­szą Michio Pa. Roz­ma­wia­li­śmy o tym. Zmie­ni­łem ci przy­dział na szefa ochrony.

- Czyli teraz jestem trzeci w struk­tu­rze dowo­dze­nia - sko­men­to­wał Byk. - Dla­czego? Ash­ford boi się, że go sprzątnę i zajmę jego miej­sce?

Fred pochy­lił się, spla­ta­jąc palce. Powaga malu­jąca się na jego twa­rzy suge­ro­wała, że zda­wał sobie sprawę, jak paskudna to sytu­acja, ale pró­bo­wał coś z niej ura­to­wać.

- Cho­dzi o poli­tykę - wyznał. - To flota SPZ. Behe­mot jest odpo­wie­dzią Pasa na naj­więk­sze pan­cer­niki Marsa i Ziemi. Obec­ność Zie­mia­nina na mostku będzie źle odbie­rana.

- W porządku - rzu­cił Byk.

- Dobrze wiesz, że jestem w tej samej sytu­acji. Nawet po całym tym cza­sie muszę pra­co­wać dwu­krot­nie cię­żej, żeby zasłu­żyć sobie na lojal­ność i sza­cu­nek, tylko dla­tego, że pocho­dzę z Ziemi. Nawet ludzie, któ­rzy lubią moje towa­rzy­stwo, bo uwa­żają, że przy mnie Zie­mia wygląda na słab­szą, nie chcą przyj­mo­wać ode mnie roz­ka­zów. Muszę wciąż na nowo zdo­by­wać każdy strzę­pek sza­cunku.

- Dobra - rzu­cił Byk. Sta­no­wi­sko szefa ochrony ozna­czało mniej czasu w mun­du­rze. Wes­tchnął i poło­żył oba gar­ni­tury na krze­śle.

- Wcale nie twier­dzę, że tak nie jest - zapew­nił Fred. - Nikt nie wie lepiej niż ja, że jesteś naj­lep­szym z naj­lep­szych. Po pro­stu są pewne ogra­ni­cze­nia, z któ­rymi musimy się pogo­dzić. Żeby zre­ali­zo­wać zada­nie.

Byk zło­żył ręce i oparł się o ścianę. Fred popa­trzył na niego spod przy­pró­szo­nych siwi­zną brwi.

- Latam z panem od bar­dzo dawna, sir - powie­dział Byk. - Jeśli musi mnie pan o coś popro­sić, wystar­czy to zro­bić.

- Chciał­bym, żebyś dopil­no­wał, żeby to wszystko zadzia­łało - powie­dział Fred. - To, co się tam dzieje, to naj­waż­niej­sza rzecz w całym ukła­dzie, a my nie mamy poję­cia, co to takiego. Jeśli się zbłaź­nimy albo pozwo­limy pla­ne­tom wewnętrz­nym na zdo­by­cie jakiejś klu­czo­wej prze­wagi, stra­cimy bar­dzo dużo. Ash­ford i Pa to dobrzy ludzie, ale to Pasia­rze. Nie mają takiego samego doświad­cze­nia w pracy z siłami ziem­skimi jak ty i ja.

- Myślisz, że coś namie­szają?

- Nie. Ash­ford będzie się ze wszyst­kich sił sta­rał postą­pić słusz­nie, ale będzie reago­wał jak Pasiarz i zasko­czy go, gdy inni zacho­wają się ina­czej.

- Jeśli Ash­ford kie­dy­kol­wiek postą­pił słusz­nie, to wyłącz­nie dla­tego, że bał się zbłaź­nić. To ładny mun­dur z próż­nią w środku. Nie możesz na tym pole­gać.

- I nie pole­gam - zgo­dził się z nim Fred. - Wysy­łam cię tam, bo wie­rzę, że zdo­łasz spra­wić, żeby to wszystko zadzia­łało.

- Ale nie dajesz mi żad­nej wła­dzy.

- Ale nie daję ci żad­nej wła­dzy.

- To może cho­ciaż pod­wyżkę?

- Tego też nie - stwier­dził Fred.

- Niech to szlag - rzu­cił Byk. - Cała odpo­wie­dzial­ność i żad­nej wła­dzy? Jak mógł­bym odrzu­cić taką ofertę?

- Bez żar­tów. Wsa­dzi­łem cię po szyję w gówno i to wyłącz­nie z powo­dów poli­tyki i tym podob­nych bzdur. Ale bar­dzo mi zależy, żebyś się na to zgo­dził.

- W takim razie zgo­dzę się - powie­dział Byk.

Przez chwilę w pokoju sły­chać było tylko cichy szum wymien­nika powie­trza. Byk odwró­cił się z powro­tem do pako­wa­nia swo­jego życia do szafki. Gdzieś wysoko nad nim, ukryty za tonami stali i cera­miki, suro­wego kamie­nia i próżni, cze­kał Behe­mot.

Rozdział trzeci

Melba

Po wej­ściu do salonu gier Melba poczuła na sobie spoj­rze­nia wszyst­kich dookoła. Pomiesz­cze­nie oświe­tlone było na różowo, nie­bie­sko i złoto za pomocą ekra­nów auto­ma­tów do gier. Więk­szość gier sku­piała się na sek­sie lub prze­mocy albo obu na raz. Naci­śnij przy­cisk, wydaj pie­nią­dze, a cze­ka­jąc na wynik, oglą­daj, jak dziew­czyny wsa­dzają w sie­bie obce i odra­ża­jące przed­mioty. Jed­no­ręcy ban­dyci, poker, lote­rie w cza­sie rze­czy­wi­stym. Dwóch gra­ją­cych na auto­ma­tach męż­czyzn ema­no­wało aurą głu­poty, despe­ra­cji i nie­mal nama­cal­nej nie­na­wi­ści do kobiet.

- Skar­bie - ode­zwał się sie­dzący za ladą, nie­zwy­kle otyły męż­czy­zna. - Nie wiem, gdzie chcia­łaś wejść, ale to nie jest wła­ściwe miej­sce. Lepiej będzie, jak stąd pój­dziesz.

- Jestem umó­wiona - odpo­wie­działa. - Z Tra­vi­nem.

Gru­bas uniósł nieco wyżej cięż­kie powieki. Ktoś w mroku rzu­cił prze­kleń­stwo, które miało ją wytrą­cić z rów­no­wagi. Obru­szyła się, ale nie poka­zała tego po sobie.

- Tra­vin jest na tyłach, jeśli go chcesz, skar­bie - powie­dział męż­czy­zna za bla­tem, macha­jąc głową.

Na dru­gim końcu pomiesz­cze­nia, za salą pełną oble­śnych spoj­rzeń i gróźb, cze­kały czer­wone meta­lowe drzwi.

Wszyst­kie jej odru­chy pocho­dziły z prze­szło­ści, z cza­sów, gdy była Cla­rissą, więc teraz się nie spraw­dzały. Od kiedy uro­sła na tyle, by cho­dzić sama, uczono ją samo­obrony, ale jej celem było radze­nie sobie z porwa­niem. Jak zwra­cać na sie­bie uwagę poli­cji, jak roz­ła­do­wy­wać napię­cia z pory­wa­czami. Oczy­wi­ście, były też inne zaję­cia, a ich czę­ścią był tre­ning fizyczny, jed­nak celem zawsze miało być wyrwa­nie się. Ucieczka. Zna­le­zie­nie pomocy.

Teraz, gdy nie mogła liczyć na pomoc, nic z tego się nie przy­da­wało. Jed­nak to wła­śnie miała do dys­po­zy­cji, więc tego użyła. Melba - nie Cla­rissa, Melba - kiw­nęła głową gru­ba­sowi i ruszyła przez cia­sną, ciemną salę. Pełne cią­że­nie Ziemi przy­gnia­tało ją jak cho­roba. Na jed­nym z ekra­nów kre­sków­kowa kobieta była napa­sto­wana sek­su­al­nie przez trzech małych, sza­rych obcych, nad któ­rymi uno­sił się lata­jący talerz. Ktoś zgar­nął pomniej­szą pulę. Melba odwró­ciła wzrok. Za jej ple­cami roze­śmiał się nie­wi­doczny męż­czy­zna i poczuła, jak napina się jej skóra na karku.

Z całego rodzeń­stwa ona naj­bar­dziej lubiła tre­ning fizyczny. Kiedy się skoń­czył, zaczęła ćwi­czyć tai chi z instruk­to­rem samo­obrony. Potem, gdy miała czter­na­ście lat, jej ojciec zażar­to­wał z tego pod­czas rodzin­nego spo­tka­nia. Według niego - o ile nauka walki miała sens, i potra­fił to usza­no­wać, o tyle taniec uda­jący walkę wyglą­dał głu­pio i był stratą czasu. Ni­gdy wię­cej nie ćwi­czyła. To było dzie­sięć lat temu.

Otwo­rzyła czer­wone drzwi i weszła do środka. W biu­rze było pra­wie jasno. Małe biurko z wbu­do­wa­nym wyświe­tla­czem, pod­łą­czo­nym do taniego sys­temu księ­go­wego. Matowe szyby wpusz­cza­jące świa­tło słońca, ukry­wa­jące rów­no­cze­śnie ulice Bal­ti­more. For­mo­wana kanapa z pla­stiku z tapi­cerką ozdo­bioną kor­po­ra­cyj­nym logo taniego piwa, na które mogli sobie pozwo­lić nawet ludzie żyjący na pod­sta­wie. Na kana­pie sie­działo dwóch wiel­kich męż­czyzn. Jeden z nich miał wsz­cze­pione oku­lary prze­ciw­sło­neczne, które nada­wały mu wygląd owada. T-shirt dru­giego z tru­dem opi­nał napa­ko­wane ste­ry­dami barki. Widziała ich już wcze­śniej.

Tra­vin stał przy biurku, opie­ra­jąc się o nie udami. Włosy ze śla­dami siwi­zny na skro­niach miał przy­cięte bli­sko skóry, broda była nie­wiele dłuż­sza. Ubrany był w coś, co w jego krę­gach ucho­dziło za dobry gar­ni­tur. Ojciec nie zało­żyłby tego nawet na bal prze­bie­rań­ców.

- No pro­szę, nie­po­wta­rzalna Melba.

- Wie­dzia­łeś, że tu jestem - odparła. W pokoju nie było krze­seł ani żad­nego wol­nego miej­sca, gdzie mogłaby usiąść. Stała.

- Oczy­wi­ście, że tak - potwier­dził Tra­vin. - Gdy tylko weszłaś z ulicy.

- Robimy inte­res? - zapy­tała ostrym tonem.

Tra­vin się uśmiech­nął. Miał krzywe, posza­rzałe przy dzią­słach zęby, co ucho­dziło za świa­dec­two bogac­twa, dowód na to, że był zbyt potężny, by zawra­cać sobie głowę kosme­tyką. Poczuła falę pogardy. Przy­po­mi­nał wyznawcę antycz­nego kultu cargo: naśla­do­wa­nie pustych oznak wła­dzy bez zro­zu­mie­nia, co tak naprawdę zna­czą. Upa­dła tak nisko, że musiała robić z nim inte­resy, ale przy­naj­mniej miała dość klasy, by się tego wsty­dzić.

- Wszystko zała­twione, panienko - zapew­nił Tra­vin. - Melba Alzbeta Koh. Uro­dzona na Lunie, córka Alsice, Beccy i Ser­gia Koha, już nie­ży­ją­cych. Żad­nego rodzeń­stwa, żad­nych zobo­wią­zań podat­ko­wych. Licen­cjo­no­wana tech­nik elek­tro­che­mii. Twoje nowe ja czeka, co?

- A kon­trakt?

- Ceri­sier, cywilne wspar­cie wiel­kiej misji do Pier­ście­nia. Nasza panna Koh ma na nim koję, nawet jako star­szy tech­nik. Kilka osób per­so­nelu do nad­zo­ro­wa­nia, nie trzeba sobie bru­dzić rąk.

Tra­vin wycią­gnął z kie­szeni białą pla­sti­kową kopertę. Przez powłokę prze­świe­cał zarys taniego ter­mi­nala ręcz­nego.

- Wszystko tu jest, wszystko gotowe. Możesz wziąć i wyjść przez te drzwi jako nowa kobieta.

Melba wycią­gnęła z kie­szeni wła­sny ręczny ter­mi­nal. Był mniej­szy od tego w ręku Tra­vina i dużo lepiej wyko­nany. Będzie jej go bra­ko­wać. Zalo­go­wała się kciu­kiem, auto­ry­zo­wała prze­lew i scho­wała go z powro­tem do kie­szeni.

- W porządku - powie­działa. - Masz pie­nią­dze, wezmę towar.

- Ach, kiedy jest jesz­cze jeden drobny pro­blem - odpo­wie­dział Tra­vin.

- Mamy umowę - przy­po­mniała Melba. - Zro­bi­łam swoją część.

- I bar­dzo dobrze to o tobie świad­czy - zapew­nił Tra­vin. - Ale robie­nie z tobą inte­re­sów chyba spra­wia mi przy­jem­ność. Można doko­nać fascy­nu­ją­cych odkryć. Żeby przy­go­to­wać twoją nową toż­sa­mość, musie­li­śmy umie­ścić w bazach danych DNA i usu­nąć powie­lone rekordy. Chyba nie byłaś ze mną cał­kiem szczera.

Prze­łknęła ślinę, pró­bu­jąc roz­luź­nić nagle zaci­śnięte gar­dło.

Owa­dzio­oki facet popra­wił się na kana­pie, przez co zaskrzy­piała tapi­cerka.

- Wyda­łam pie­nią­dze - powie­działa.

- I słusz­nie, cał­kiem słusz­nie - zgo­dził się Tra­vin. - Cla­rissa Mel­po­mene Mao, córka Julesa-Pierre'a Mao z Mao-Kwi­kow­ski Mer­can­tile. Bar­dzo cie­kawe nazwi­sko.

- Mao-Kwi­kow­ski zostało zna­cjo­na­li­zo­wane, gdy mój ojciec tra­fił do wię­zie­nia - przy­po­mniała Melba. - Firma już nie ist­nieje.

- Kor­po­ra­cyjny wyrok śmierci - potwier­dził Tra­vin, kła­dąc kopertę na biurku. - Bar­dzo smutne. Ale nie dla cie­bie, prawda? Boga­cze znają pie­nią­dze. Potra­fią zna­leźć spo­soby na ukry­cie ich tam, gdzie oczy malucz­kich ich nie dostrzegą. Mogą prze­ka­zać je żonom albo cór­kom.

Zło­żyła ręce, krzy­wiąc się. Mię­śniak na kana­pie stłu­mił ziew­nię­cie. Mogło być nawet nie­uda­wane. Pozwo­liła ciszy prze­cią­gnąć się nie dla­tego, by chciała wymu­sić na Tra­vi­nie ode­zwa­nie się, po pro­stu nie wie­działa, co powie­dzieć. Oczy­wi­ście, miał rację. Tatuś zadbał o nie wszyst­kie naj­le­piej, jak potra­fił. Zawsze to robił. Nawet pro­ku­ra­tura Orga­ni­za­cji Naro­dów Zjed­no­czo­nych nie mogła dorwać wszyst­kiego. Cla­rissa miała dość pie­nię­dzy, by pro­wa­dzić spo­kojne życie na Lunie lub Mar­sie i umrzeć ze sta­ro­ści, zanim zabrak­nie jej fun­du­szy. Tylko że nie była już Cla­rissą, a sytu­acja Melby była dia­me­tral­nie różna.

- Mogę ci dać jesz­cze dzie­sięć tysięcy - oznaj­miła w końcu. - To wszystko, co mam.

Tra­vin posłał jej swój szary uśmiech.

- Wszyst­kie te śliczne pie­niążki odle­ciały, co nie? I co spra­wiło, że posta­no­wi­łaś udać się w mrok, hm? Zasta­na­wia­łem się, więc zaczą­łem szu­kać. Jesteś bar­dzo, bar­dzo dobra. Mimo tego, że wie­dzia­łem, gdzie patrzeć, nie zoba­czy­łem za wiele w cie­niach. Nie sły­sza­łem nic, poza echem. Ale... - Prze­su­nął kopertę na biurku przed sobą, trzy­ma­jąc na niej jeden palec tak, jak jej brat Petyr, gdy był pra­wie pewien ruchu sza­cho­wego, ale jesz­cze nie zde­cy­do­wał się go wyko­nać. Gest posia­da­cza. - Mam coś, czego nie ma nikt inny. Wiem, że należy patrzeć na Pier­ścień.

- Dzie­sięć tysięcy to wszystko, co mam. Naprawdę. Całą resztę wyda­łam.

- W takim razie może potrze­bu­jesz wię­cej? - zapy­tał Tra­vin. - Powiedzmy, kapi­tału inwe­sty­cyj­nego? Nasza mała Melba może dostać dzie­sięć tysięcy, jeśli chce. Nawet pięć­dzie­siąt, jeśli potrze­buje. Tylko że będę chciał wię­cej z powro­tem. Dużo wię­cej.

Ści­snęło ją w gar­dle. Kiedy prze­chy­liła głowę, ruch wyda­wał się zbyt szybki, zbyt ostry. Ptasi. Prze­ra­żony.

- O czym mówisz? - zapy­tała, zmu­sza­jąc głos do spo­koju.

W powie­trzu uno­siła się bez­kształtna groźba, jak kiep­ska woda po gole­niu: męska i tania. Kiedy znów się ode­zwał, z jego głosu znik­nęły wszel­kie ślady życz­li­wo­ści.

- Part­ne­rzy. Pla­nu­jesz coś dużego, coś z Pier­ście­niem i flo­tyllą, co nie? Wszy­scy ci ludzie lecą w mrok, żeby sta­nąć twa­rzą w twarz z potwo­rami, a ty lecisz z nimi. Sądzę, że takie ryzyko ozna­cza, że spo­dzie­wasz się bar­dzo dużej nagrody. W rodzaju takich, jakich ludzie spo­dzie­wają się po Mao. Powiesz mi, na czym polega twój plan, ja pomogę ci, na ile będę mógł, a potem podzie­limy się tym, co na tym zaro­bisz.

- Nic z tego. - Słowa wypo­wie­działa pra­wie odru­chowo. Zro­dziły się w jej krę­go­słu­pie, decy­zja była zbyt oczy­wi­sta, by anga­żo­wać mózg.

Tra­vin zabrał kopertę, prze­su­wa­jąc ją z sykiem po bla­cie. Cichy dźwięk cmo­ka­nia był rów­nie współ­czu­jący, jak fał­szywy.

- Poru­szy­łaś niebo i zie­mię - stwier­dził. - Prze­ku­py­wa­łaś, kupo­wa­łaś, orga­ni­zo­wa­łaś. I kiedy mówisz, że nie masz już żad­nych rezerw, wie­rzę ci. A teraz przy­cho­dzisz do mojego stołu i odma­wiasz mi udziału w inte­re­sie? Nie ma inte­resu, to nie ma inte­resu.

- Zapła­ci­łam ci.

- Nie obcho­dzi mnie to. Jeste­śmy part­ne­rami. Peł­nymi part­ne­rami. Cokol­wiek na tym zaro­bisz, ja też to dostanę. W prze­ciw­nym wypadku są tacy, któ­rych jak sądzę, bar­dzo zain­te­re­so­wa­łoby to, co po cichu robiła nie­sławna Mao.

Męż­czyźni sie­dzący na kana­pie sku­piali teraz na niej uwagę. Wbi­jali w nią wzrok. Obej­rzała się przez ramię. Meta­lowe drzwi do salonu z auto­ma­tami były zamknięte. Okno sze­ro­kie. Zain­sta­lo­wany w nim prze­wód zabez­pie­cza­jący był z rodzaju tych, które zwi­jały się, jeśli chciało się otwo­rzyć okno i wpu­ścić do środka tro­chę brud­nego miej­skiego powie­trza. Owa­dzio­oki wstał.

Jej implanty akty­wo­wały się, gdy prze­su­wała język po pod­nie­bie­niu. Dwa kręgi w lewo. Ruch był ukryty, nie­wi­doczny. Wewnętrzny i dziw­nie zmy­słowy. Było to pra­wie rów­nie łatwe jak myśle­nie. Zestaw sztucz­nie stwo­rzo­nych gru­czo­łów upchnię­tych w gar­dle, gło­wie i brzu­chu opróż­nił pęche­rze, wstrzy­ku­jąc do krwi zło­żone che­mi­ka­lia. Zady­go­tała. Przy­po­mi­nało to orgazm bez roz­ko­szy. Poczuła, jak sumie­nie i hamulce odda­lają się niczym złe sny. Była w pełni obu­dzona i żywa.

Wszyst­kie dźwięki pokoju - zgiełk ulicz­nego ruchu, stłu­miona kako­fo­nia auto­ma­tów do gier, nie­przy­jemny głos Tra­vina - przy­ci­chły, jakby kok­tajl pły­nący do jej głowy wci­snął jej pianę do uszu. Mię­śnie napięły się i naprę­żyły, usta wypeł­nił smak mie­dzi. Czas zwol­nił.

Co robić? Co robić?

Pierw­szym zagro­że­niem byli goryle sie­dzący na kana­pie. Ruszyła ku nim, zapo­mi­na­jąc o przy­gnia­ta­ją­cym cią­że­niu. Napa­ko­wa­nego mię­śniaka kop­nęła w kolano, gdy wsta­wał, wybiła mu rzepkę ze ścię­gien i prze­su­nęła nogą po udzie. Na jego twa­rzy odma­lo­wało się komiczne wręcz zasko­cze­nie i prze­ję­cie. Gdy zaczął spa­dać, unio­sła dru­gie kolano, wbi­ja­jąc je w opa­da­jącą krtań. Mie­rzyła w jego twarz. Gar­dło jest rów­nie dobre, pomy­ślała, gdy chrząstka zapa­dała się w kon­tak­cie z kola­nem.

Owa­dzio­oki rzu­cił się na nią. Ruszał się szybko, jakby też miał zmo­dy­fi­ko­wane ciało. Pew­nie zin­te­gro­wane neu­rony mię­śniowe. Coś, co skra­cało długą, powolną prze­rwę neu­ro­tran­smi­te­rów prze­ni­ka­ją­cych przez synapsy. Co dawało mu prze­wagę pod­czas walki z innymi zbi­rami. Zaci­snął rękę na jej ramie­niu, chwy­ta­jąc sze­ro­kimi, twar­dymi pal­cami. Odwró­ciła się w jego stronę, opa­da­jąc, by pocią­gnąć go za sobą. Ude­rzyła dło­nią od wewnętrz­nej strony łok­cia, by osła­bić chwyt, a potem obiema dłońmi objęła nad­gar­stek, skrę­ca­jąc go. Żaden z jej ata­ków nie był podyk­to­wany rozu­mem ani zapla­no­wany. Ruchy wypły­wały z jej tyło­mó­zgo­wia, uwol­nio­nego z ogra­ni­czeń, obda­rzo­nego cza­sem do zapla­no­wa­nia tej masa­kry. Nie było w tym wię­cej sztuki walki niż u kro­ko­dyla ata­ku­ją­cego bawołu - tylko szyb­kość, siła i kil­ka­set milio­nów lat uwol­nio­nego instynktu prze­trwa­nia. Jej instruk­tor tai chi z nie­sma­kiem odwró­ciłby wzrok.

Napa­ko­wany mię­śniak zje­chał na pod­łogę z krwią try­ska­jącą z ust. Owa­dzio­oki odsu­nął się od niej, robiąc dokład­nie to, czego chciała. Przy­ci­snęła jego unie­ru­cho­mione stawy bli­sko do ciała i skrę­ciła bio­drami. Był od niej więk­szy i całe życie prze­żył w studni gra­wi­ta­cyj­nej, napa­ko­wany ste­ry­dami i wsz­cze­pio­nym tanim wspo­ma­ga­niem. Tylko że wcale nie musiała być od niego sil­niej­sza. Wystar­czyło, żeby jej siła pora­dziła sobie z małymi kost­kami nad­garstka i łok­cia. Zła­mał się, pada­jąc na kolano.

Melba - nie Cla­rissa - wykrę­ciła się wokół niego, obej­mu­jąc prawą ręką szyję, a potem blo­ku­jąc ją lewą, chro­niąc wła­sną głowę przed nad­cho­dzą­cymi ude­rze­niami. Nie musiała być sil­niej­sza od niego, tylko sil­niej­sza od tęt­nic dopro­wa­dza­ją­cych krew do mózgu.

Wystrze­lił pisto­let Tra­vina, wyry­wa­jąc dziurę w kana­pie. Mały wytrysk piany z wyściółki przy­po­mi­nał wybu­cha­jącą gąbkę. Nie ma czasu. Wrza­snęła, kie­ru­jąc moc krzyku do ramion i rąk. Poczuła, jak pęka kark owa­dzio­okiego męż­czy­zny. Tra­vin znowu strze­lił. Jeśli ją trafi, zgi­nie. Ale nie czuła stra­chu. Został zamknięty w miej­scu, gdzie nie mogła go doświad­czać. Choć nie­długo wróci. Zostało jej mało czasu, musiała dzia­łać szybko.

Powi­nien był spró­bo­wać trze­ciego strzału. Tak byłoby roz­sąd­nie. Mądrze. Nie był jed­nak roz­sądny ani mądry, zro­bił to, co podyk­to­wało mu ciało, i spró­bo­wał uciec. Był małpą i miliony lat ewo­lu­cji powie­działy mu, by ucie­kać przed dra­pież­ni­kiem. Nie miał czasu na kolejny błąd. Poczuła nara­sta­jący w jej gar­dle kolejny krzyk.

Czas prze­sko­czył. Jej palce zaci­skały się wokół szyi Tra­vina, wpy­cha­jąc jego czaszkę w róg biurka. Miała na nich krew i kawa­łek skóry z wło­sami. Pchnęła jesz­cze raz, ale był zbyt ciężki, ude­rze­nie nie miało żad­nej siły. Puściła go, a on upadł na pod­łogę, jęcząc.

Czyli żyje. Wró­cił strach, pierw­sza zapo­wiedź mdło­ści. On wciąż żył. Nie mógł żyć, gdy pojawi się zapaść. Miał pisto­let. Musiała spraw­dzić, co się z nim stało. Szybko drę­twie­ją­cymi pal­cami wycią­gnęła spod niego małą broń.

- Part­ne­rzy - powie­działa i dwa razy strze­liła mu w głowę.

Musieli to usły­szeć nawet w sali z auto­ma­tami. Zmu­siła się do podej­ścia do drzwi i spraw­dziła zamek. Były zary­glo­wane. O ile nie było tam kogoś z klu­czem, była bez­pieczna do czasu, aż się prze­biją. Mogła odpo­cząć. Nie wezwą poli­cji. Przy­naj­mniej taką miała nadzieję.

Osu­nęła się na pod­łogę. Pot zalał jej twarz i zaczęła się trząść. Wyda­wało się nie­spra­wie­dliwe, że tra­ciła czas pod­czas wspa­nia­łej i oczysz­cza­ją­cej prze­mocy, a potem musiała wal­czyć o zacho­wa­nie świa­do­mo­ści przez nastę­pu­jącą zapaść fizjo­lo­giczną, ale nie mogła sobie pozwo­lić na sen. Nie tutaj. Objęła kolana, przy­ci­ska­jąc je do piersi i łka­jąc nie z powodu żalu lub stra­chu, a tylko dla­tego, że jej ciało robiło to, gdy nad­cho­dził dół. Ktoś pukał do drzwi, ale robił to nie­pew­nie. Ostroż­nie. Jesz­cze kilka minut i będzie... nie w porządku. Tak nie. Ale dosta­tecz­nie dobrze. Tylko kilka minut.

Dla­tego wła­śnie mody­fi­ka­cja gru­czo­łowa ni­gdy nie przy­jęła się wśród woj­sko­wych. Oddział żoł­nie­rzy dzia­ła­ją­cych bez waha­nia i wąt­pli­wo­ści, tak peł­nych adre­na­liny, że mogli roze­rwać wła­sne mię­śnie i wcale się tym nie prze­jąć, mógł wygry­wać całe bitwy, ale gdy ci sami żoł­nie­rze zwi­jali się i łkali przez pięć minut po walce, szala zwy­cię­stwa mogła się prze­chy­lić w drugą stronę. Tech­no­lo­gia się nie spraw­dziła, ale wciąż była dostępna. Oczy­wi­ście, jeśli miało się dość pie­nię­dzy i przy­sług do wyko­rzy­sta­nia oraz doj­ście do pozba­wio­nych skru­pu­łów naukow­ców. To było łatwe. Wła­ści­wie to była naj­ła­twiej­sza część planu.

Jej łka­nie nasi­liło się, zmie­niło tona­cję. Zaczęły się wymioty. Z doświad­cze­nia wie­działa, że nie potrwają długo. Mię­dzy poszcze­gól­nymi ata­kami przy­glą­dała się, jak unosi się klatka pier­siowa powa­lo­nego goryla, usi­ło­wał wcią­gnąć powie­trze przez zmiaż­dżone gar­dło, ale było już po nim. Powie­trze wypeł­niał gęsty smród krwi i wymio­cin. Melba zła­pała oddech i prze­tarła usta wierz­chem dłoni. Bolały ją zatoki i nie była pewna, czy to efekt wymio­tów, czy fał­szy­wych gru­czo­łów ukry­tych w mięk­kim ciele. To nie miało zna­cze­nia.

Puka­nie do drzwi robiło się coraz bar­dziej ener­giczne. Sły­szała dobie­ga­jący zza nich głos gru­basa. Skoń­czył się czas. Wzięła z biurka pla­sti­kową kopertę i scho­wała ją do kie­szeni. Melba Alzbeta Koh prze­ci­snęła się przez okno i zesko­czyła na ulicę. Śmier­działa, miała krew na rękach. Trzę­sła się przy każ­dym kroku. Słabe świa­tło słońca bole­śnie ją ośle­piało i musiała je osło­nić dło­nią. W tej czę­ści Bal­ti­more mogły ją zoba­czyć tysiące ludzi, niczego jed­no­cze­śnie nie zauwa­ża­jąc. Tar­cza ano­ni­mo­wo­ści zapew­niana przez han­dla­rzy pro­chami, nie­wol­ni­kami i alfon­sów chro­niła także i ją.

Wszystko będzie dobrze. Udało jej się. Miała wresz­cie ostat­nie narzę­dzie i zostało jej tylko dostać się do hotelu, wypić coś, by przy­wró­cić pra­wi­dłowy poziom elek­tro­li­tów, i tro­chę się prze­spać. A potem, za kilka dni, zgłosi się na służbę na Ceri­siera i roz­pocz­nie długi lot na skraj Układu Sło­necz­nego. Szła ulicą wypro­sto­wana, uni­ka­jąc spo­glą­da­nia ludziom w oczy. Kil­ka­na­ście prze­cznic do jej hotelu wyda­wało się olbrzy­mią odle­gło­ścią. Ale da radę. Zrobi wszystko, co będzie potrzebne.

Była Cla­rissą Mel­po­mene Mao. Jej rodzina kon­tro­lo­wała los miast, kolo­nii i pla­net. Teraz jej ojciec sie­dział w ano­ni­mo­wym wię­zie­niu i nie wolno mu było roz­ma­wiać z nikim oprócz adwo­kata, prze­ży­wał resztę swo­ich dni w nie­ła­sce. Jej matka miesz­kała w pry­wat­nym osie­dlu na Lunie, powoli dopro­wa­dza­jąc się do śmierci pro­chami. Rodzeń­stwo - przy­naj­mniej ci, któ­rzy jesz­cze żyli - roz­pro­szyło się do swo­ich kry­jó­wek, chro­niąc się przed nie­na­wi­ścią dwóch świa­tów. Kie­dyś nazwi­sko jej rodziny pisano świa­tłem gwiazd i krwią, teraz zro­biono z nich prze­stęp­ców. Zostali znisz­czeni.

Ona to naprawi. Nie było łatwo, a będzie jesz­cze gorzej. W nie­które noce poświę­ce­nie wyda­wało się pra­wie nie do znie­sie­nia, ale zrobi to. Mogła spra­wić, żeby wszy­scy zoba­czyli, jak niespra­wiedliwy los zgo­to­wał jej rodzi­nie James Hol­den. Ujawni go. Upo­ko­rzy.

A potem go znisz­czy.

Rozdział czwarty

Anna

Kiedy przy­szedł dam­ski bok­ser, Annuszka Woło­wo­dow (pastor Anna - dla jej zgro­ma­dze­nia na Euro­pie, oraz wie­lebna dok­tor Woło­wo­dow - dla ludzi, któ­rych nie lubiła), sie­działa na wyso­kim skó­rza­nym fotelu w swoim biu­rze.

- Nicho­las - przy­wi­tała go, sta­ra­jąc się tchnąć w swój głos jak naj­wię­cej cie­pła. - Dzię­kuję, że poświę­ci­łeś mi swój czas.

- Nick - powie­dział i usiadł na jed­nym z meta­lo­wych krze­seł sto­ją­cych przed biur­kiem.

Krze­sła były niż­sze od jej fotela, co nada­wało pomiesz­cze­niu wra­że­nie sali sądo­wej, z Anną jako sędziną. Dla­tego wła­śnie ni­gdy nie sie­działa za biur­kiem, spo­ty­ka­jąc się ze swo­imi para­fia­nami. Przy jed­nej ze ścian stała wygodna kanapa, znacz­nie bar­dziej nada­jąca się do oso­bi­stych roz­mów i udzie­la­nia porad. Cza­sami jed­nak przy­da­wało się poczu­cie auto­ry­tetu nada­wane jej przez wielki fotel i masywne biurko.

Tak jak teraz.

- Nick - powtó­rzyła, a potem zło­żyła czubki pal­ców i oparła na nich pod­bró­dek. - Dziś rano przy­szła do mnie Sophia.

Nick wzru­szył ramio­nami, odwra­ca­jąc wzrok jak uczniak przy­ła­pany na ścią­ga­niu. Był wyso­kim męż­czy­zną z chu­dym, suro­wym wyglą­dem miesz­kań­ców pla­net zewnętrz­nych, ciężko pra­cu­ją­cych fizycz­nie. Anna wie­działa, że pra­cuje przy kon­struk­cjach powierzch­nio­wych, a tu, na Euro­pie, ozna­czało to dłu­gie dni spę­dzane w cięż­kich ska­fan­drach próż­nio­wych. Wyko­nu­jący tę pracę ludzie byli nie­zwy­kle twar­dzi. Nick ema­no­wał aurą czło­wieka zda­ją­cego sobie sprawę ze swo­jego wyglądu i przy­wy­kłego do zastra­sza­nia innych.

Anna uśmiech­nęła się do niego. Na mnie to nie działa.

- Z początku nie chciała powie­dzieć, co się stało - wyznała. - Musia­łam długo nakła­niać ją do unie­sie­nia koszuli. Choć nie musia­łam widzieć sinia­ków, i tak wie­dzia­łam, że tam będą. Ale potrze­bo­wa­łam zdjęć.

Kiedy powie­działa zdjęć, nachy­lił się do przodu, mru­żąc oczy i lekko prze­chy­lił głowę w bok. Praw­do­po­dob­nie sądził, że przez to wyglą­dał groź­niej, ale nadało mu to tylko wygląd gry­zo­nia.

- Upa­dła... - zaczął.

- W kuchni - dokoń­czyła za niego Anna. - Wiem, mówiła mi. A potem bar­dzo długo pła­kała. I w końcu wyznała, że znowu zaczą­łeś ją bić. Roz­ma­wia­li­śmy już o tym, co się sta­nie, jeśli znowu ją ude­rzysz, pamię­tasz?

Nick popra­wił się na krze­śle z ner­wową ener­gią, poru­sza­jąc przed sobą dłu­gimi nogami. Ści­snął duże, kości­ste dło­nie, aż kostki zro­biły się białe. Nie chciał jej spoj­rzeć pro­sto w oczy.

- Nie chcia­łem tego - powie­dział. - To się samo stało. Chyba mogę znowu spró­bo­wać doradz­twa.

Anna odchrząk­nęła, a kiedy wresz­cie na nią spoj­rzał, przy­glą­dała mu się tak długo, aż prze­stał ruszać nogami.

- Nie, na to już za późno. Zapew­ni­li­śmy ci pomoc w radze­niu sobie ze zło­ścią. Kościół zapła­cił za doradz­two, na które cho­dzi­łeś, aż sam zre­zy­gno­wa­łeś. To już prze­ra­bia­li­śmy i nie ma powrotu.

Przy­brał hardy wyraz twa­rzy.

- Poczę­stuje mnie pani jedną z tych prze­mów o Jezu­sie? Mam już potąd - Nick przy­sta­wił dłoń do szyi - takich gadek. Sophia nie chce się zamknąć, cią­gle o tym gada. "Pastor Anna mówi!". Wie pani co? Pie­przyć, co mówi pie­przona pastor Anna.

- Nie - odpo­wie­działa Anna. - Żad­nych prze­mów o Jezu­sie. Z tym też już skoń­czy­li­śmy.

- To co tu robimy?

- Czy pamię­tasz - powie­działa, prze­cią­ga­jąc słowa - co powie­działam, że się sta­nie, jeśli jesz­cze raz ją ude­rzysz?

Znowu wzru­szył ramio­nami, a potem ode­pchnął się od krze­sła i wstał, odwra­ca­jąc się od niej. Sta­nął pod ścianą i ode­zwał się, uda­jąc, że patrzy na jeden z zawie­szo­nych tam dyplo­mów.

- Dla­czego mia­łoby mnie obcho­dzić, co pani mówi, pastor Anno?

Anna cicho ode­tchnęła z ulgą. Przy­go­to­wu­jąc się do tego spo­tka­nia, nie była pewna, czy będzie w sta­nie zro­bić to, co konieczne. Odczu­wała głę­boką, orga­niczną wręcz odrazę do nie­szcze­ro­ści, a wła­śnie miała kogoś znisz­czyć kłam­stwem. A jeśli nie kłam­stwem, to przy­naj­mniej pod­stę­pem. Uspra­wie­dli­wiała się przed sobą, wie­rząc, że fak­tycz­nym celem jej dzia­łań było ura­to­wa­nie kogoś, ale wie­działa, że to nie wystar­czy. Za to, co zamie­rzała zro­bić, zapłaci wie­loma bez­sen­nymi nocami i dłu­gim gdy­ba­niem. Przy­naj­mniej jego złość w jakimś sen­sie jej pomoże, cho­ciaż na krótką metę.

Anna odmó­wiła szybką modli­twę: pro­szę pomóż mi ura­to­wać Sophię przed tym męż­czy­zną, który ją zabije, jeśli go nie powstrzy­mam.

- Powie­dzia­łam - Anna odpo­wie­działa do jego ple­ców - że dopil­nuję, żebyś tra­fił za to do wię­zie­nia.

Po tych sło­wach Nick odwró­cił się, znowu z wyra­zem szczu­rzej chy­tro­ści na twa­rzy.

- Czyżby?

- Tak.

Ruszył ku niej w dosto­so­wa­nej do niskiego cią­że­nia wer­sji groź­nego kroku. Miał wyglą­dać nie­bez­piecz­nie, ale dla dora­sta­ją­cej na Ziemi Anny wyglą­dało to po pro­stu głu­pio. Zdu­siła śmiech.

- Sophia nie powie ani słowa - rzu­cił Nick, pod­cho­dząc do jej biurka, by popa­trzeć na nią groź­nie. - Ma dość rozumu. Wywró­ciła się w kuchni i dokład­nie tak powie śled­czym.

- To prawda - stwier­dziła Anna, po czym otwo­rzyła szu­fladę biurka i wycią­gnęła z niej taser. Trzy­mała go na podołku tak, że Nick go nie widział. - Ona się cie­bie bar­dzo boi. Ale ja nie, i wcale nie chcę się już tobą przej­mo­wać.

- Doprawdy? - rzu­cił Nick, nachy­la­jąc się i pró­bu­jąc ją prze­stra­szyć, naru­sza­jąc jej oso­bi­stą prze­strzeń.

Anna nachy­liła się ku niemu.

- Jed­nak Sophia jest człon­kiem tego zgro­ma­dze­nia i jest moją przy­ja­ciółką. Jej dzieci bawią się z moją córką. Kocham je. A jeśli cze­goś nie zro­bię, ty ją w końcu zabi­jesz.

- Na przy­kład czego?

- Zadzwo­nię na poli­cję i powiem im, że mi gro­zi­łeś. - Lewą ręką się­gnęła do biur­ko­wego ter­mi­nala. Ten gest miał go spro­wo­ko­wać. Rów­nie dobrze mogła powie­dzieć: "Powstrzy­maj mnie".

Posłał jej dziki uśmiech i chwy­cił jej rękę, ści­ska­jąc kości nad­garstka tak mocno, że poczuła ból. Dość mocno, by zosta­wić ślad. Drugą ręką skie­ro­wała w niego taser.

- Co to?

- Dzię­kuję - powie­działa - za uła­twie­nie mi tego.

Strze­liła, a on opadł na zie­mię w drgaw­kach. Poczuła lek­kie echo wstrząsu przez jego dłoń na swo­jej ręce. Zje­żyły jej się od tego włosy. Włą­czyła biur­kowy ter­mi­nal i zadzwo­niła do Sophii.

- Sophia, skar­bie, mówi pastor Anna. Posłu­chaj mnie, pro­szę. Poli­cja nie­długo przyj­dzie do cie­bie roz­ma­wiać na temat Nicka. Musisz im poka­zać siniaki i powie­dzieć, co się stało. Nick będzie już wtedy w wię­zie­niu, będziesz bez­pieczna. Ale Nick mnie zaata­ko­wał, gdy spy­ta­łam go o to, co ci się stało, i jeśli chcesz, żeby­śmy obie były bez­pieczne, musisz im powie­dzieć prawdę.

Po kilku minu­tach roz­mowy zdo­łała w końcu prze­ko­nać Sophię, że poroz­ma­wia z poli­cją, gdy do niej przyjdą. Nick zaczął słabo ruszać rękami i nogami.

- Nie ruszaj się - rzu­ciła Anna ostrze­gaw­czo. - Nie­długo będzie po wszyst­kim.

Zadzwo­niła na komi­sa­riat poli­cji Nowego Doliń­ska. Mająca kie­dyś kon­trakt ziem­ska kor­po­ra­cja ode­szła, ale w tune­lach wciąż była poli­cja, więc ktoś prze­jął ich zada­nia. Może firma z Pasa albo sam SPZ. To nie miało zna­cze­nia.

- Dzień dobry, z tej strony wie­lebna dok­tor Annuszka Woło­wo­dow. Jestem pasto­rem Zjed­no­czo­nego Zgro­ma­dze­nia Świę­tego Jana. Chcia­ła­bym zgło­sić napad. Nie­jaki Nicho­las Tur­ba­czew pró­bo­wał mnie zaata­ko­wać, gdy roz­ma­wia­łam z nim na temat pobi­cia jego żony. Nie, nie skrzyw­dził mnie, mam tylko siniaki na ręce. Mia­łam w biurku taser i uży­łam go, zanim zdą­żył zro­bić coś gor­szego. Tak, z przy­jem­no­ścią złożę zezna­nia, kiedy przyj­dzie­cie. Dzię­kuję.

- Suka - rzu­cił Nick jado­wi­cie, pró­bu­jąc chwiej­nie wstać.

Anna znowu do niego strze­liła.

***

- Ciężki dzień? - zapy­tała Nono, gdy Anna w końcu wró­ciła do domu. Koły­sała ich córkę na kola­nie, a mała Nami pisnęła rado­śnie i się­gnęła do Anny, gdy tylko zamknęły się za nią drzwi.

- Jak się ma moja dziew­czynka? - przy­wi­tała ją Anna i usia­dła na kana­pie obok nich, wzdy­cha­jąc ciężko.

Nono podała jej malu­cha, a Nami natych­miast zajęła się roz­pla­ta­niem jej war­ko­cza i pró­bami wycią­gnię­cia z niego wło­sów. Anna przy­tu­liła córkę i głę­boko wcią­gnęła jej zapach. Deli­katny i potężny aro­mat, który poznała, gdy spro­wa­dziły Nami do domu, osłabł, ale wciąż potra­fiła wyczuć jego ślad. Naukowcy mogli sobie twier­dzić, że ludzie nie potra­fili wymie­niać infor­ma­cji na pozio­mie fero­mo­nów, Anna wie­działa, że to bzdury. Nie­za­leż­nie od tego, jakie che­mi­ka­lia Nami wysy­łała jako nowo­ro­dek, były one naj­sil­niej­szym nar­ko­ty­kiem, z jakim zetknęła się Anna. Cza­sami miała ochotę uro­dzić jesz­cze jedno dziecko tylko po to, żeby znowu je poczuć.

- Żad­nego cią­gnię­cia za włosy, Namono - powie­działa Nono, pró­bu­jąc wyplą­tać dłu­gie, rude włosy Anny z piąstki malu­cha. - Nie chcesz o tym roz­ma­wiać? - zwró­ciła się do Anny.

Pełne imię Nono także brzmiało Namono, ale stała się Nono, od kiedy tylko jej star­sza bliź­niaczka nauczyła się mówić. Kiedy Anna i Nono nazwały po niej swoją córkę, imię w jakiś spo­sób prze­kształ­ciło się w Nami. Więk­szość ludzi praw­do­po­dob­nie nie miała poję­cia, że mała została nazwana po jed­nej ze swo­ich matek.

- W końcu opo­wiem - stwier­dziła Anna. - Ale naj­pierw potrze­buję czasu z małą.

Poca­ło­wała Nami w jej zadarty nosek. Był rów­nie sze­roki i pła­ski jak u Nono i mie­ścił się tuż pod jasno­zie­lo­nymi oczami Anny. Miała skórę koloru kawy z mle­kiem po Nono, ale ostry pod­bró­dek Anny. Anna mogła godzi­nami sie­dzieć i przy­glą­dać się Nami, wchła­nia­jąc zdu­mie­wa­jące połą­cze­nie jej i uko­cha­nej kobiety. Doświad­cze­nie było tak potężne, że gra­ni­czyło z cudem. Nami wsa­dziła sobie lok wło­sów Anny do buzi, więc Anna deli­kat­nie wycią­gnęła je z powro­tem, a potem posłała jej całusa.

- Nie wolno jeść wło­sów! - powie­działa, a Nami roze­śmiała się jakby była to naj­śmiesz­niej­sza rzecz na świe­cie.

Nono ujęła dłoń Anny i mocno ści­snęła. Sie­działy tak bar­dzo długo.

***

Nono goto­wała ryż z grzy­bami. Dodała do potrawy tro­chę odtwo­rzo­nej cebuli i kuch­nię wypeł­nił jej silny zapach. Anna kro­iła jabłka do sałatki. Były małe i nie­zbyt świeże, nie za bar­dzo nada­wały się do chru­pa­nia, ale były w sam raz do sałatki Wal­dorf, gdzie inne smaki i tek­stury ukryją ich nie­do­sko­na­łość. I poszczę­ściło im się, że je miały. Owoce pocho­dziły z pierw­szego zbioru, jaki dotarł tu z Gani­me­desa po tam­tej­szych nie­po­ko­jach. Anna nie chciała nawet myśleć o tym, jak bar­dzo wszy­scy byliby głodni, gdyby nie wyjąt­kowa szyb­kość odbu­dowy upraw na księ­życu.

- Nami będzie spać jesz­cze przy­naj­mniej przez godzinę - stwier­dziła Nono. - Jesteś już gotowa poroz­ma­wiać o swoim dniu?

- Skrzyw­dzi­łam kogoś i skła­ma­łam dzi­siaj poli­cji - wyznała Anna. Zbyt mocno naci­snęła przy tym nóż, który prze­ciął mięk­kie jabłko i dotarł do jej kciuka. Na szczę­ście ska­le­cze­nie nie było dość głę­bo­kie, by krwa­wić.

- No... tak, będziesz musiała mi to wyja­śnić - powie­działa Nono, doda­jąc z ron­delka bulion do mie­szanki ryżu z grzy­bami.

- Nie, nie mogę. Część z tego, co wiem, powie­dziano mi w tajem­nicy.

- Czy to kłam­stwo powie­dzia­łaś, żeby komuś pomóc?

- Tak sądzę. Taką mam nadzieję - odpo­wie­działa Anna, wrzu­ca­jąc do miski ostat­nie kawałki jabłka, a potem doda­jąc orze­chy i rodzynki. Wymie­szała sos.

Nono znie­ru­cho­miała i obró­ciła się, patrząc na nią.

- A co zro­bisz, jeśli zosta­niesz przy­ła­pana na kłam­stwie?

- Prze­pro­szę - przy­znała Anna.

Nono kiw­nęła głową, a potem odwró­ciła się z powro­tem do garnka z ryżem.

- Włą­czy­łam dzi­siaj twój ter­mi­nal biur­kowy, żeby spraw­dzić pocztę. Nie wylo­go­wa­łaś się. Jest tam wia­do­mość od Orga­ni­za­cji Naro­dów Zjed­no­czo­nych w spra­wie pro­jektu sekre­ta­rza gene­ral­nego, doty­cząca komi­tetu huma­ni­tar­nego. Tych wszyst­kich ludzi, któ­rych wysy­łają do Pier­ście­nia.

Anna poczuła ostre szarp­nię­cie poczu­cia winy. Przy­ła­pa­nia jej na czymś.

- Cho­lera - rzu­ciła. Nie lubiła prze­kli­na­nia, ale cza­sami ina­czej się nie dało. - Jesz­cze nie odpo­wie­dzia­łam. - Poczuła się, jakby znowu skła­mała.

- Mia­ły­śmy o tym poroz­ma­wiać, zanim podej­miesz decy­zję.

- Oczy­wi­ście, ja...

- Nami ma już pra­wie dwa lata - powie­działa Nono. - Tyle też tutaj jeste­śmy. Przyj­dzie taki moment, że pod­ję­cie decy­zji o zosta­niu będzie decy­zją o tym, kim Nami zosta­nie na resztę życia. W Rosji i Ugan­dzie ma rodzinę, która ni­gdy jej jesz­cze nie widziała, a jeśli zosta­nie tu jesz­cze tro­chę, to już ni­gdy się nie spo­tkają.

Nami dosta­wała taki sam kok­tajl leków, jak wszyst­kie nowo­rodki na pla­ne­tach zewnętrz­nych. Leki wspo­ma­gały wzrost kości i zwal­czały naj­gor­sze z efek­tów dora­sta­nia w śro­do­wi­sku z niskim cią­że­niem na roz­wój dziecka. Ale Nono miała rację, jeśli zostaną tu jesz­cze tro­chę, syl­wetka Nami zacznie się dosto­so­wy­wać do życia w niskim cią­że­niu, dziew­czynka będzie wysoka i szczu­pła. Anna skaże ją na wieczne życie poza rodzimą pla­netą.

- Europa zawsze miała być tym­cza­sową pozy­cją - powie­działa. - To dobre miej­sce. Znam rosyj­ski, a miej­scowe zgro­ma­dze­nie jest małe i bar­dzo deli­katne...

Nono wyłą­czyła kuchenkę i pode­szła, sia­da­jąc obok niej i trzy­ma­jąc jej dłoń na stole. Anna po raz pierw­szy uznała, że blat ze sztucz­nego drewna wygląda tanio. Lepko. Z prze­ra­ża­jącą jasno­ścią doj­rzała przy­szłość, w któ­rej Nami ni­gdy nie zamieszka w miej­scu z praw­dzi­wym drew­nem. Poczuła się, jakby ktoś ude­rzył ją w brzuch.

- Nie złosz­czę się na cie­bie za przy­lot tutaj - zapew­niła Nono. - To było nasze marze­nie: przy­by­wa­nie do miejsc takich jak to. Ale kiedy popro­si­łaś o prze­nie­sie­nie tutaj, byłaś w trze­cim mie­siącu ciąży.

- Szansa na to, że zostanę wybrana, była tak nie­wielka - odpo­wie­działa Anna i sama sły­szała obronny ton swo­jego głosu.

Nono przy­tak­nęła.

- A jed­nak zosta­łaś wybrana. A teraz to coś dla ONZ. Lot do Pier­ście­nia w ramach grupy dorad­czej sekre­ta­rza gene­ral­nego. A nasze dziecko nie ma nawet dwóch lat.

- Wydaje mi się, że mają chyba setkę kan­dy­da­tów na to miej­sce - zauwa­żyła Anna.

- Ale wybrali cie­bie. Chcą, żebyś ty pole­ciała.

- To było tak mało praw­do­po­dobne... - zaczęła Anna.

- Zawsze wybie­rają cie­bie - prze­rwała jej Nono. - Bo jesteś wyjąt­kowa. Wszy­scy to widzą. Ja to widzę. Zoba­czy­łam to, gdy tylko pierw­szy raz cię spo­tka­łam, kiedy prze­ma­wia­łaś na kon­fe­ren­cji wiary w Ugan­dzie. Byłaś tak zde­ner­wo­wana, że upu­ści­łaś notatki, ale w tam­tej sali dałoby się usły­szeć każdą muchę. Błysz­cza­łaś.

- Wykra­dłam cię z two­jego kraju - zauwa­żyła Anna. Zawsze to mówiła, gdy Nono przy­wo­ły­wała ich pierw­sze spo­tka­nie. - Kościół w Ugan­dzie sko­rzy­stałby, mając tak młodą pastorkę jak ty.

- To ja ukra­dłam cie­bie - powie­działa Nono jak zawsze, tylko tym razem brzmiało to nie­po­ko­jąco rytu­al­nie. Jakby było to ele­men­tem iry­tu­ją­cego zwy­czaju, który należy jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć. - Ale ty zawsze mówisz to samo. "Było tyle innych osób. Szansa na to, że mnie wybiorą, była tak nie­wielka".

- Bo to prawda.

- To twoja wymówka. Zawsze nale­ża­łaś do tych, któ­rzy wolą pro­sić o wyba­cze­nie, zamiast o zgodę.

- Nie polecę - oświad­czyła Anna, przy­ci­ska­jąc dło­nie do oczu, tamu­jąc zbie­ra­jące się tam łzy. Łok­ciem ude­rzyła o miskę z sałatką, pra­wie zrzu­ca­jąc ją ze stołu. - Nie wysła­łam im potwier­dze­nia. Napi­szę, że to była pomyłka.

- Annuszka - odpo­wie­działa Nono, ści­ska­jąc jej rękę. - Pole­cisz. Ale ja zabiorę Nami do Moskwy. Może poznać dziad­ków i dora­stać w praw­dzi­wym cią­że­niu.

Anna poczuła w żołądku ogni­ste ukłu­cie stra­chu.

- Opusz­czasz mnie?

Uśmiech Nono był mie­szanką iry­ta­cji i miło­ści.

- Nie. To ty opusz­czasz nas. Na tro­chę. A kiedy wró­cisz, będziemy na cie­bie cze­kać w Moskwie. Twoja rodzina. Znajdę nam tam miłe miej­sce do miesz­ka­nia i razem z Nami zro­bimy z niego dom. Miej­sce, w któ­rym będziemy szczę­śliwe. Ale nie pole­cimy z tobą.

- Dla­czego? - To było jedyne, co przy­szło Annie do głowy.

Nono wstała i wyjęła z szafki dwa tale­rze, nało­żyła na nie potrawę i posta­wiła na stole.

- Bar­dzo się boję tego cze­goś - wyznała, nakła­da­jąc sałatkę z miski. - Tego cze­goś z Wenus. Boję się tego, co będzie ozna­czać dla wszyst­kiego, co jest dla nas ważne. Dla ludz­ko­ści, Boga i naszego miej­sca w Jego wszech­świe­cie. Oczy­wi­ście, boję się tego, co zrobi, ale znacz­nie bar­dziej boję się tego, co to ozna­cza.

- Ja też - przy­znała Anna.

Co było prawdą. Wła­ści­wie było to jed­nym z powo­dów, dla któ­rych popro­siła o dołą­cze­nie do eks­pe­dy­cji, gdy tylko usły­szała, że jest orga­ni­zo­wana. Odczu­wała ten sam lęk, o któ­rym mówiła Nono. Anna chciała mu spoj­rzeć w twarz. Dać Bogu szansę, by pomógł jej go zro­zu­mieć. Dopiero wtedy będzie mogła pomóc innym sobie z nim radzić.

- W takim razie idź szu­kać odpo­wie­dzi - stwier­dziła Nono. - Kiedy wró­cisz, rodzina będzie na cie­bie cze­kać.

- Dzię­kuję - odpo­wie­działa Anna, zachwy­cona tym, co ofe­ro­wała jej Nono.

- Sądzę - Nono ode­zwała się z ustami czę­ściowo peł­nymi grzy­bów i ryżu - że może będą tam potrze­bo­wać ludzi takich jak ty.

- Jak ja?

- Ludzi, któ­rzy nie pytają o pozwo­le­nie.

Rozdział piąty

Byk

- Nie ma tego w budże­cie - powie­działa Michio Pa, pierw­szy ofi­cer Behe­mota.

Gdyby była Zie­mianką, byłaby drobną kobietą, ale życie spę­dzone w nie­waż­ko­ści zmie­niło ją tak, jak wszyst­kich. Jej ręce, nogi i krę­go­słup były tro­chę wydłu­żone, choć nie­zu­peł­nie chude. Po pro­stu nieco ina­czej zbu­do­wane. Głowę miała więk­szą niż Zie­mia­nie, a idąc w umiar­ko­wa­nej jed­nej trze­ciej g cią­że­nia ciągu, była rów­nie wysoka jak Byk, choć wyda­wała się per­wer­syj­nie dzie­cinna. Czuł się przy niej niż­szy, niż naprawdę był.

- Może trzeba będzie to zmie­nić - stwier­dził. - Kiedy mon­to­wali działo szy­nowe, trak­to­wali je tak, jak­by­śmy mieli stan­dar­dowe ścianki i wspor­niki. Pro­blem w tym, że mor­moni robili wszystko, by zmniej­szyć masę, więc użyli mnó­stwa cera­miki i krze­mia­nów tam, gdzie zwy­kle daje się metal. Kwe­stia kie­run­ków obcią­że­nia. Jeśli teraz wystrze­limy pocisk, możemy ode­rwać powłokę.

Pa masze­ro­wała dłu­gim, pół­okrą­głym kory­ta­rzem. Sufit zakrzy­wiał się nad nią, biały i umiesz­czony dwu­krot­nie wyżej niż potrzeba, co było este­tycz­nym gestem pro­jek­tan­tów nie­zda­ją­cych sobie sprawy, że two­rzą okręt wojenny. Robiła dłuż­sze kroki niż on, poru­sza­jąc się nieco swo­bod­niej w niskim cią­że­niu i zmu­sza­jąc go do pod­bie­ga­nia, żeby nadą­żyć. Był to jeden z tysiąca drob­nych spo­so­bów, w jaki Pasia­rze przy­po­mi­nali uro­dzo­nym na Ziemi, że nie należą do tego miej­sca. Pierw­sza pokrę­ciła głową.

- Tra­fi­li­śmy tu z pla­nem ope­ra­cyj­nym - powie­działa. - Jeśli zaczniemy go zmie­niać za każ­dym razem, gdy znaj­dziemy mody­fi­ka­cję, która by nam paso­wała, rów­nie dobrze możemy sobie w ogóle odpu­ścić wyprawę.

Pry­wat­nie Byk uwa­żał tak samo, ale z ina­czej poło­żo­nym akcen­tem. Gdyby to on był pierw­szym, plan ope­ra­cyjny zostałby nazwany suge­ro­wa­nymi wytycz­nymi i otwie­rałby go tylko, gdyby chciał się pośmiać. A Pa zapewne dobrze o tym wie­działa. Dotarli do rampy tran­zy­to­wej, łagod­nie wzno­szą­cej się krzy­wi­zny pro­wa­dzą­cej z pozio­mów dowo­dze­nia na dzio­bie Behe­mota w dół, do potęż­nego cylin­dra kor­pusu. Z miej­sca, które było dzie­dziną Pa, w miej­sce, które było jego kró­le­stwem.

- Słu­chaj - rzu­ciła Pa, wykrzy­wia­jąc usta w łagod­nym uśmie­chu - zapi­szę uwagę o potrze­bie prze­róbki, ale nie zacznę zmie­niać przy­dzia­łów, dopóki nie będę miała szer­szego obrazu. No wiesz, jeśli zacznę ścią­gać zasoby z kon­troli śro­do­wi­ska, żeby coś z tym zro­bić, a w przy­szłym tygo­dniu tra­fimy na coś, co trzeba będzie tam zro­bić, to tylko z powro­tem je zabiorę, prawda?

Byk spoj­rzał w dół rampy. Łagodne świa­tła osa­dzone w ścia­nach napeł­niały powie­trze bla­skiem bez cieni, niczym w taniej wizji nie­bios. Pa poło­żyła dłoń na jego ramie­niu. Praw­do­po­dob­nie miał to być wyraz współ­czu­cia, ale ode­brał ten gest jako pro­tek­cjo­nalny.

- No dobra - rzu­cił.

- Wszystko będzie w porządku, sze­fie - powie­działa, ści­ska­jąc lekko jego ramię.

Kiw­nął głową i poma­sze­ro­wał rampą w stronę plat­formy trans­fe­ro­wej. Odgłosy jej kro­ków znik­nęły za jego ple­cami, gubiąc się w szu­mie wymien­ni­ków powie­trza. Byk stłu­mił chęć splu­nię­cia.

Behe­mot, jesz­cze w cza­sach, gdy był Nauvoo, został zbu­do­wany z myślą o innym życiu. Więk­szość stat­ków budo­wa­nych do lotów mię­dzy­pla­ne­tar­nych przy­po­mi­nała olbrzy­mie budynki, z pię­trami jedno nad dru­gim i cią­giem umiesz­czo­nego na dole sil­nika Epste­ina, zapew­nia­ją­cym złu­dze­nie wagi na całą podróż, poza kil­koma godzi­nami w poło­wie drogi, gdy sta­tek obra­cał się, prze­cho­dząc z przy­śpie­sza­nia na hamo­wa­nie. Jed­nak nawet z sil­ni­kiem Epste­ina żaden sta­tek nie mógł zaspo­koić potrzeb ener­ge­tycz­nych nie­skoń­czo­nego przy­śpie­sza­nia ani pora­dzić sobie z gene­ro­wa­nym przez nie cie­płem. Na doda­tek Ein­stein miał też coś do powie­dze­nia na temat poru­sza­nia masy z pręd­ko­ściami rela­ty­wi­stycz­nymi. Nauvoo był stat­kiem poko­le­nio­wym, a jego trasę mie­rzono w latach świetl­nych, nie minu­tach. Uła­mek życia, jaki mógł spę­dzić na przy­śpie­sza­niu, był w porów­na­niu z całym lotem bar­dzo nie­wielki. Cen­trum dowo­dze­nia na dzio­bie statku, główne sil­niki oraz powią­zane z nimi ele­menty inży­nie­ryjne na rufie mogły pra­wie nale­żeć do stan­dar­do­wego statku, połą­czo­nego dwoma kil­ku­ki­lo­me­tro­wymi tune­lami - jed­nym na windę stęp­kową słu­żącą do prze­wo­że­nia ludzi i dru­gim zapew­nia­ją­cym dostęp do powierzchni bębna.

Wszystko inne zbu­do­wano z myślą o obro­tach.

W ciągu stu­leci lotu do Tau Ceti kor­pus Nauvoo miał się obra­cać. Dzie­sięć pozio­mów sprzętu śro­do­wi­sko­wego, pomiesz­cze­nia załogi, świą­ty­nie, szkoły, oczysz­czal­nie ście­ków, warsz­taty i kuź­nie, a w samym środku olbrzy­mie wnę­trze. Wyglą­da­łoby to jak kawa­łek Ziemi, który zwi­nął się do środka. Gleba, pola uprawne i złu­dze­nie otwar­tego powie­trza z cen­tral­nym rdze­niem roz­świe­tlo­nym fuzją i żarem tak łagod­nym i cie­płym, jak letni dzień.

Wszyst­kie pokoje i kory­ta­rze w kor­pu­sie - czyli w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści statku - zbu­do­wano z myślą o tym dłu­gim, powol­nym i wie­lo­wie­ko­wym locie. Krót­kie okresy przy­śpie­sza­nia i hamo­wa­nia na początku i końcu podróży nie miały wiel­kiego zna­cze­nia. Ale teraz sta­tek musiał się liczyć tylko z nimi. Miej­sca, które powinny być ścia­nami, stały się pod­ło­gami, i zosta­nie tak już na zawsze. Olbrzy­mie wzmoc­nione pokłady, które miały utrzy­my­wać war­stwę gleby, stały się bokami prak­tycz­nie nie­na­da­ją­cej się do użytku studni. Ktoś, kto potknąłby się w miej­scu, gdzie poziomy dowo­dze­nia sty­kały się z wielką komorą, mógłby spa­dać przez pra­wie dwa kilo­me­try. Sys­temy hydrau­liczne zapro­jek­to­wane do wyko­rzy­sta­nia cią­że­nia wiro­wego i siły Corio­lisa stały bez­u­ży­teczne na bokach. Nauvoo był cudem ludz­kiego opty­mi­zmu i inży­nie­rii, pro­duk­tem wiary w połą­czoną moc Boga i sta­ran­nej pro­duk­cji. Behe­mot był odzy­ska­nym zło­mem z przy­cze­pio­nymi do boków dzia­łami, które mogły mu zaszko­dzić bar­dziej niż wro­gowi.

A Bykowi nie pozwa­lano nawet roz­wią­zać pro­ble­mów, o któ­rych ist­nie­niu wie­dział.

Prze­szedł przez sta­cję trans­fe­rową i udał się w dół, do swo­jego biura. Pokoje i kory­ta­rze w tej czę­ści zbu­do­wano sko­śnie, z myślą o cią­że­niu wiro­wym, które miało ni­gdy nie nadejść. Poła­cie nagiego metalu i odsło­nię­tych prze­wo­dów świad­czyły o pośpiesz­nym wykań­cza­niu, a potem odzy­sku i prze­róbce. Samo cho­dze­nie nimi wywo­ły­wało u Byka depre­sję.

W przed­po­koju cze­kała na niego Samara Rosen­berg, wie­lo­let­nia eks­pertka od napraw na sta­cji Tycho, a teraz główna inży­nier Behe­mota. Roz­ma­wiała wła­śnie z nowym zastępcą Byka. Miał na imię Serge, a Byk nie był pewien, co o nim myśleć. Serge był w SPZ jesz­cze w cza­sach, gdy nie było to zbyt bez­pieczne. Na szyi dum­nie nosił wyta­tu­owany tra­dy­cyjny sym­bol roze­rwa­nego kręgu, ale podob­nie jak reszta ochrony został zatrud­niony przez Michio Pa i Byk nie wie­dział do końca, na czym stoi, jeśli o niego cho­dzi. Jesz­cze mu nie ufał, a brak zaufa­nia powstrzy­my­wał go przed wyro­bie­niem sobie dobrego zda­nia na jego temat.

Z dru­giej strony bar­dzo lubił Sam.

- Cześć, Byku - przy­wi­tała go, gdy tylko opadł na pian­kową kanapę. - Roz­ma­wia­łeś z pierw­szą?

- Roz­ma­wia­li­śmy - potwier­dził Byk.

- Jaki mamy plan? - zapy­tała Sam, skła­da­jąc ręce w spo­sób suge­ru­jący, że już się domy­śliła.

Byk prze­cze­sał włosy pal­cami. Kiedy był młod­szy, jego włosy były mięk­kie, a teraz miał wra­że­nie, że czuje każdy wło­sek ocie­ra­jący się o czubki pal­ców. Wycią­gnął swój ręczny ter­mi­nal i prze­wi­nął ekran. Cze­kało na niego pięć rapor­tów: trzy ruty­nowe, doty­czące zabez­pie­czeń, i dwa ze zda­rzeń - raport z wypadu i zgło­sze­nie kra­dzieży. Nic, co nie mogło pocze­kać.

- Hej, Serge - ode­zwał się Byk. - Utrzy­masz fort przez godzinę?

- Co tylko chcesz, sze­fie - odpo­wie­dział zapy­tany z uśmie­chem.

Praw­do­po­dob­nie tylko para­noja spra­wiła, że Byk usły­szał w jego sło­wach pogardę.

- No dobrze. Chodź, Sam, posta­wię ci drinka.

W daw­nych cza­sach na statku koali­cji, gdy ist­niała Koali­cja Ziem­sko-Mar­sjań­ska, byłaby kan­tyna. Na okrę­cie SPZ był bar i kilka rodzin­nych restau­ra­cy­jek ser­wu­ją­cych pod­sta­wowe, przy­go­to­wane wstęp­nie racje żyw­no­ściowe, o które wystar­czyło popro­sić. Bar znaj­do­wał się w roz­le­głej prze­strzeni, która mogła w zamie­rze­niu słu­żyć za salę gim­na­styczną albo boisko i mogła się tam swo­bod­nie zmie­ścić setka ludzi, ale Byk jesz­cze ni­gdy nie widział tam wię­cej niż parę dzie­sią­tek. Oświe­tle­nie prze­ro­biono na białe i nie­bie­skie diody osło­nięte pla­sti­kiem o struk­tu­rze pia­sku. Stoły były gład­kie, czarne i nama­gne­so­wane, żeby utrzy­my­wać na sobie bańki z piwem i innym alko­ho­lem. Niczego tu nie poda­wano w szklan­kach.

- Che-che! - zawo­łał bar­man, gdy tylko Byk z Sam prze­szli przez drzwi. - Mor­gen! Alles-mesa, wy.

- Mech-ya - odpo­wie­działa Sam, posłu­gu­jąc się pomie­szaną gwarą Pasa rów­nie swo­bod­nie, jak Byk hisz­pań­skim czy angiel­skim. To był jej rodzimy język.

- Czego się napi­jesz? - zapy­tał Byk, sia­da­jąc przy sto­liku. Lubił miej­sca, z któ­rych mógł widzieć drzwi. Stary nawyk.

- Jestem na służ­bie - odparła, zaj­mu­jąc krze­sło naprze­ciw.

Byk nachy­lił się, ścią­ga­jąc uwagę bar­mana i pod­niósł do góry dwa palce.

- Lemo­niady - popro­sił.

- Sa sa! - odpo­wie­dział bar­man, uno­sząc pięść w odpo­wied­niku przy­tak­nię­cia.

Byk cof­nął się na opar­cie i popa­trzył na Sam. Miała krót­kie włosy. Była bar­dzo ładną kobietą. Uro­czą i skorą do uśmie­chu. Kiedy Byk zoba­czył ją po raz pierw­szy, przez jakąś minutę poważ­nie się zasta­na­wiał, czy uważa ją za atrak­cyjną. Jed­nak jeśli nawet zoba­czył, że kal­ku­lo­wała podob­nie na jego temat, ten etap mieli za sobą.

- Nie poszło naj­le­piej? - zapy­tała Sam.

- Nie.

Unio­sła brwi i oparła się łok­ciami o stół. Zre­la­cjo­no­wał zastrze­że­nia Pa wraz z jej uza­sad­nie­niem, a wyraz twa­rzy Sam powoli prze­szedł w pełne fata­li­zmu roz­ba­wie­nie.

- Cze­ka­nie na prze­róbki jest dobrym pomy­słem - sko­men­to­wała, gdy skoń­czył - ale jeśli spró­bu­jemy oddać testowy strzał z tej pukawki, zro­bimy sobie bar­dzo duże kuku.

- Jesteś tego pewna?

- Nie na sto pro­cent - przy­znała. - Ale na solidne osiem­dzie­siąt.

Byk rzu­cił prze­kleń­stwo, a chwilę póź­niej bar­man przy­niósł dwie bańki lemo­niady. Miały wiel­kość zaci­śnię­tej pię­ści Byka, były cytry­no­wo­żółte, a na bokach mie­nił się jaskrawą czer­wie­nią napis ???доовощ малыша потехи.

- Może powin­nam z nią poga­dać - zasu­ge­ro­wała Sam. - Jeśli usły­szy to bez­po­śred­nio ode mnie...

- Jeśli usły­szy to pro­sto od cie­bie, to pew­nie posłu­cha - przy­znał - a potem będą mi już wszyst­kiego odma­wiać. Byk pro­sił? No cóż, gdyby to było ważne, przy­słałby Pasia­rza. Prawda?

- Naprawdę uwa­żasz, że cho­dzi o miej­sce uro­dze­nia?

- Ow­szem.

- No... cóż, pew­nie masz rację - przy­znała Sam. - Prze­pra­szam.

- Nie twoja wina - rzu­cił Byk, uda­jąc, że mu to nie prze­szka­dza.

Sam wzięła lemo­niadę ze stołu i napiła się w zamy­śle­niu. Bańka klik­nęła, gdy po odsta­wie­niu magnes z powro­tem przy­cze­pił się do blatu.

- Nie mam nic prze­ciwko wewnętrz­nym. Czę­sto z wami pra­co­wa­łam i odse­tek dup­ków nie był więk­szy niż w przy­padku Pasia­rzy. Tylko że musimy dopro­wa­dzić do wzmoc­nie­nia osad dział szy­no­wych. Jeśli tylko jest jakiś spo­sób na zro­bie­nie tego bez naru­sza­nia two­jego auto­ry­tetu, to jestem otwarta.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki