Wrogowie, obcy, przyjaciele - Rolf Nikel

Kup ebooka

39.00 zł
32.37 zł (33,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wydano z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Herausgegeben mit finanzieller Unterstützung der Stiftung für Deutsch-Polnische Zusammenarbeit.

Rolf Nikel

Feinde, Fremde, Freunde. Polen und die Deutschen

Langen Müller Verlag GmbH, München

Rolf Nikel

Wrogowie, obcy, przyjaciele. Polska i Niemcy

Wydawnictwo Akcent - BC Edukacja.pl sp. z o.o.

? 2023 Langen Müller Verlag GmbH Thomas-Wimmer-Ring 11, 80539 München, Germany

Original title: Nikel, Feinde, Fremde, Freunde

Przekład: Anna Wziątek

Redakcja: Magdalena Kurkowska

Przedmowa: Marek Prawda

Adaptacja projektu graficznego i skład: Munda - Maciej Torz

Druk i oprawa: Drukarnia READ ME

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystywania niniejszej książki lub jej części do celów innych niż prawnie ujęte bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy. Zgodnie z prawem autorskim, bez uprzedniej zgody wydawcy zabrania się powielania, zapisywania oraz zamieszczania dzieła lub jego części w sieci komputerowej, a także w wewnętrznej sieci szkół i innych placówek oświatowych.

Warszawa 2023. Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-943728-6-6

Wydawnictwo Akcent - BC Edukacja.pl sp. z o.o.

ul. Żurawia 43, 00-680 Warszawa, tel. 22 8621796, www.wydawnictwoakcent.com.pl

Fundacja Konrada Adenauera

Przedstawicielstwo w Polsce ul. J. Dąbrowskiego 56, 02-561 Warszawa

Spis treści

Przedmowa Autora do wydania polskiego

Marek Prawda - Przedmowa

Prolog

Po tej samej stronie historii

I. PRZEBUDOWA POLSKIEGO PAŃSTWA I SPOŁECZEŃSTWA

1. Rewolucja konserwatywna

2. Konflikt z Europą

3. Polityka zagraniczna jako funkcja polityki wewnętrznej

II. STOSUNKI POLSKO-NIEMIECKIE NA ROZDROŻU

4. Dobrzy, a zarazem trudni sąsiedzi

5. Polsko-niemieckie stosunki gospodarcze

6. Kościoły a stosunki polsko-niemieckie

III. POLSKA A NIEMIECKA POLITYKA WSCHODNIA

7. Test wytrzymałości w polityce wschodniej

8. Polska i fiasko niemieckiej polityki wobec Rosji

IV. MIĘDZY DZIEDZICZNĄ WROGOŚCIĄ A POJEDNANIEM

9. Ciężar polsko-niemieckiej historii

10. Miejsce Pamięci i Spotkań z Polską

Epilog

Zalecenia na przyszłość

Podziękowania

Indeks osób

Przedmowa Autora do polskiego wydania

Cieszę się, że niniejsza książka, w której poddaję refleksji mój zawodowy, ale też jak najbardziej osobisty stosunek do Polski, ukazuje się w stosunkowo krótkim czasie również w polskim tłumaczeniu. Od opublikowania pierwszego niemieckiego wydania na początku 2023 roku upłynęło zaledwie kilka miesięcy, w czasie których większość sformułowanych w tej książce ocen już się potwierdziła. Jednocześnie niektóre procesy w relacjach polsko-niemieckich nabrały bardziej wyrazistych konturów.

Niemieckie wydanie miało na celu przybliżyć czytelnikom w moim kraju współczesną Polskę i ukazać jej różnorodność, a niekiedy także jej sprzeczności. Z wielu rozmów i reakcji w niemieckich mediach wynoszę przekonanie, że ten cel, przynajmniej częściowo, został osiągnięty. A że polscy czytelnicy z natury wiedzą o swoim kraju więcej niż Niemcy, mogłem w polskim wydaniu opuścić pewne szczegóły. Aby zapobiec nieporozumieniom, jakie ujawniły się w Polsce w mediach społecznościowych po udzielonych przeze mnie wywiadach, sprecyzowałem w niektórych miejscach swoje oceny. Ponadto polskie wydanie zostało zaktualizowane z uwzględnieniem wydarzeń, które tymczasem nastąpiły. W niczym nie zmieniło to jednak moich zasadniczych ocen.

W książce podejmuję uczciwą dyskusję nad stosunkami polsko-niemieckimi, tak jak odbierałem je przez niemal czterdzieści lat służby dyplomatycznej, zwłaszcza wtedy, gdy byłem ambasadorem Niemiec w Polsce w latach 2014-2020, ale też tak jak odbieram je w tej chwili jako wiceprzewodniczący Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej i Niemieckiego Instytutu Kultury Polskiej. Nasze bilateralne stosunki uważam za główny czynnik naszej wspólnej europejskiej przyszłości. Po sprzecznej z prawem międzynarodowym napaści Rosji na Ukrainę Unia Europejska funkcjonuje w nowym otoczeniu geostrategicznym, co zmusza także Niemcy i Polskę do zmiany dotychczasowego myślenia. Europa i nasze obydwa państwa tylko wtedy odniosą sukces, jeżeli będą traktować siebie nawzajem poważnie i postępować wobec siebie uczciwie. Równorzędny dialog bez ideologicznych klapek na oczach jest teraz ważniejszy niż kiedykolwiek.

Fundamenty stosunków polsko-niemieckich pozostają nadal zdrowe. Niemcy i Polska dzięki członkostwu w UE i NATO znajdują się po tej samej stronie historii. Współpraca społeczeństw obywatelskich obydwu krajów jest solidna. Kooperacja gospodarcza bije co roku nowe rekordy. Także na płaszczyźnie politycznej musimy powrócić do owocnych relacji. Fakt, że wobec niepowodzenia niemieckiej polityki wschodniej, energetycznej i polityki bezpieczeństwa nie stanowi to łatwego zadania, jest oczywisty. Z perspektywy czasu uważam tę systemową, odnoszącą się do kluczowych kwestii porażkę kolejnych rządów federalnych, wspieranych usilnie przez kręgi gospodarcze i opinię publiczną, za największy błąd Niemiec w polityce zagranicznej od 1949 roku i żądam komisji śledczej Bundestagu, która wyciągnęłaby z tego na przyszłość konieczne wnioski, także o charakterze instytucjonalnym.

Problemem jest nadal przesadna krytyka Niemiec ze strony wpływowych polskich polityków, którzy w swojej retoryce niekiedy już nie rozróżniają między Berlinem a Moskwą. Wykorzystywanie Niemiec jako instrumentu do projekcji polskich pierwotnych lęków albo w charakterze kozła ofiarnego w niczym nie pomaga. Oficjalne przedstawienie roszczeń odszkodowawczych w astronomicznej wysokości może przynosić profity w polityce wewnętrznej. Doprowadziły one jednak do wyraźnego usztywnienia strony niemieckiej i grożą trwałym zatruciem bilateralnych stosunków akurat w czasie, kiedy spójność Zachodu jest potrzebna jak nigdy wcześniej. Korzysta na tym tylko Władimir Putin. Paradoksalnie fiasko polityki zagranicznej Niemiec mogłoby stwarzać akurat w tej chwili okazję do strategicznego dialogu na równych zasadach. Jeszcze nigdy dotąd nie było po niemieckiej stronie tak wielkiej gotowości do rozmów; jeszcze nigdy Niemcy w ważnej części swojej polityki nie wyszły Polsce tak daleko naprzeciw jak teraz.

Niemniej jednak nic nie wskazuje na odprężenie we wzajemnych stosunkach. Współodpowiedzialny jest za to także proces decyzyjny w Niemczech, które są demokracją konsensusu ze skłonnością do dramatyzowania przy otwartej kurtynie. Pod presją niestabilnej opinii publicznej heterogeniczna, trójpartyjna koalicja rządowa, składająca się z socjaldemokratów, zielonych i liberałów, zmuszona jest niemal ciągle podejmować decyzje bolesne dla swoich elektoratów. Federalizm i silne społeczeństwo obywatelskie spowolniają ten proces i zmuszają często do kompromisów, które trudno, śledząc je z zewnątrz, zrozumieć. System ten nie zawsze sprawnie funkcjonuje w normalnych warunkach, a w czasach wielkich kryzysów, jak teraz, niemiecki proces decyzyjny okazuje się dla postronnych obserwatorów trudny do pojęcia.

Dochodzi do tego jeszcze okoliczność, że system odniesienia niemieckiej polityki zagranicznej uległ wyraźnemu skomplikowaniu. Po pierwsze, obecna sytuacja wymaga myślenia w kategoriach geopolitycznych, z którego Niemcy z powodu swojej historii w znacznym stopniu zrezygnowały. Po drugie, Niemcy działają w otoczeniu kształtowanym przez żądania o przejęcie przez nie większej odpowiedzialności, którym towarzyszy jednocześnie obawa przed niemiecką dominacją. I wreszcie, otoczenie to, naznaczone wieloma kryzysami, takimi jak choćby wojna Rosji na Ukrainie, rosnąca systemowa rywalizacja z Chinami i walka ze zmianami klimatycznymi, zagraża tak bardzo popularnej u nas narracji, że Niemcy mogą być pośrednikami dla wszystkich stron.

Niekiedy powstaje wrażenie przeciążenia systemu, niezdolności do strategicznego myślenia, nieporozumień komunikacyjnych z własnej winy i wahań tam, gdzie potrzebne byłyby odważne posunięcia. Wielu sądzi, że Niemcy podejmują działania tylko wtedy, gdy zmuszane są do tego mniej lub bardziej energicznie z zewnątrz. Tak może być, ale nawet jeżeli jest to bolesne, to przecież Niemcy ostatecznie dotrzymują swoich zobowiązań.

"Supertankowiec Niemcy" w kwestii nałożenia sankcji na Rosję oraz militarnego poparcia dla Ukrainy obrał kurs, który wielu uważało wcześniej za prawie niemożliwy. Berlin raz na zawsze uwolnił się od energetyczno-politycznej zależności od Rosji. W liczbach bezwzględnych Republika Federalna zajmuje tymczasem jedno z czołowych miejsc, jeśli idzie o udzielanie Ukrainie pomocy gospodarczej, humanitarnej, a nawet militarnej. Natomiast, jeżeli chodzi o długoterminowe zwiększenie wydatków Niemiec na obronę, istnieje konieczność podjęcia dalszych kroków.

Trudniejszym zagadnieniem jest współdziałanie Polski i Niemiec w przyszłości. Czy Europa, Niemcy i Polska potrafią porozumieć się w kwestii przyszłego kształtu euroatlantyckiej architektury bezpieczeństwa? Rząd federalny tymczasem doszedł do przekonania, że nasze wspólne bezpieczeństwo należy budować nie z Rosją, lecz bez niej, a nawet przeciwko niej. W związku z tym nieodzowne jest dalsze podnoszenie wydatków na obronę oraz wzmocnienie wschodniej flanki NATO. Tak widzi to teraz w zasadniczych zarysach również polityczna elita w Berlinie.

Zgodność panuje już także co do statusu Ukrainy jako kandydata do UE, nawet jeżeli wyobrażenia na temat tempa procesu jej przystąpienia do Unii jeszcze od siebie odbiegają. Istniejące różnice w kwestii perspektywy członkostwa Ukrainy w NATO są niekiedy przerysowywane. Widać porozumienie nawet co do tego, że w czasie trwania obecnej wojny przystąpienie Ukrainy do NATO nie wchodzi w grę, że należy się skoncentrować na praktycznym wspieraniu tego kraju w walce przeciwko Rosji i na dążeniu do wzmocnienia partnerstwa Ukrainy z Sojuszem. Otwarte pozostaje pytanie o dalsze tempo tego procesu oraz o to, jakie gwarancje bezpieczeństwa ma otrzymać Ukraina po zakończeniu wojny.

Bardziej skomplikowane jest zagadnienie przyszłych relacji z Rosją. Panuje zgodność co do tego, że dopóki Rosja nadal prowadzi agresję na Ukrainie, a w Moskwie nadal rządzi Władimir Putin, nie może być mowy o business as usual i odbudowie stosunków. Zarówno Niemcy, jak i Polska optują za militarną strategią powstrzymywania Rosji i kontynuacją presji ekonomicznej za pomocą twardych sankcji. Warszawa opowiada się ponadto za strategią izolowania Rosji, obejmującą także jej ludność, co Berlin odrzuca. Kwestią otwartą pozostaje na razie, co to wszystko oznacza dla przyszłości istniejących instytucji, takich jak OBWE, Rada NATO - Rosja, oraz dla europejskiej polityki wschodniej.

Berlin, którego bilateralne stosunki z Moskwą po serii wzajemnych wydaleń personelu placówek dyplomatycznych stale się pogarszały, by osiągnąć prawie najniższy poziom, przykłada jednak wagę do utrzymania minimum strategicznej stabilności i nie chciałby zaprzepaścić możliwości "stabilnej, uporządkowanej konfrontacji". Należą do nich usilne starania o kontrolę zbrojeń i utrzymanie kanałów dyplomatycznych i militarnych po to, by zmniejszyć ryzyko eskalacji. Jak prawdopodobna jest realizacja takich celów w istniejącej rzeczywistości na miejscu, to się jeszcze okaże.

Za największe niebezpieczeństwo uważam natomiast mniej lub bardziej otwarcie prowadzoną, bezowocną walkę między Berlinem i Warszawą nie tylko o wpływy we wschodniej części naszego kontynentu, lecz także o przyszłość UE i NATO. Twarde merytoryczne zmagania o najlepsze koncepcje wspólnej przyszłości są konieczne i mile widziane, o ile chcemy, aby większa, zajmująca geostrategiczną pozycję Europa pozostała w dalszym ciągu zdolna do działania także po następnej rundzie rozszerzenia. Jest to zasadnicze zadanie na przyszłość. Wymaga ono większej operatywności niż wiele innych kwestii, nad którymi niekiedy dyskutujemy. W tej sytuacji rewitalizacja Trójkąta Weimarskiego skupiającego Niemcy, Polskę i Francję miałaby sens.

Na średnią i dłuższą metę jestem mimo wszystko optymistą, i to nie tylko z powodu zawodowego skrzywienia, lecz także dlatego, że jestem chrześcijaninem, który wierzy w dobro. Żadne z obecnych wyzwań w stosunkach polsko-niemieckich nie jest czymś, czemu nie moglibyśmy sprostać. Wprost przeciwnie, zarówno spory z Brukselą o praworządność, jak też obciążenia historyczne są do rozwiązania. Także przyszłość bezpieczeństwa euroatlantyckiego nie jest wykluczona z debaty, która zmierza do znalezienia rozwiązania.

Cieszyłbym się, jeżeli Czytelniczki i Czytelnicy w Polsce dadzą się zarazić tym optymistycznym nastawieniem w zasadniczych kwestiach.

Berlin, czerwiec 2023

Marek Prawda

Przedmowa

Ta książka jest zaproszeniem do rozmowy polsko-niemieckiej w Europie, która na naszych oczach przesuwa się na wschód, otwiera na doświadczenia krajów z tego regionu i stopniowo koryguje wiele swoich tradycyjnych poglądów. Napisał ją dyplomata zajmujący się relacjami Warszawa - Berlin od wielu lat, a w okresie od 2014 do 2020 roku kierujący ambasadą Niemiec w Warszawie. Przyjechał, jak mu się wydawało, "zbierać owoce polsko-niemieckiej polityki pojednania", ale przyszło mu gasić pożary, chciał być przyjacielem, ale obsadzano go w roli wroga, a gdy próbował budować, oskarżano o psucie wzajemnych relacji. Uznał więc, że warto głębiej zastanowić się nad przyczynami największego od przełomu 1989 roku kryzysu w naszych relacjach. Stworzył katalog błędów, pomyłek i zaniechań polityki niemieckiej, sformułował obszerną listę zaleceń dla Berlina, co należałoby zmienić czy uwzględnić, aby stosunki z Polską mogły być lepsze. Muszę przyznać, że zrobiło to na mnie wrażenie, bo jako polski dyplomata pracujący wiele lat w Niemczech przyzwyczajony byłem raczej do sugestii, że to Polacy mają jeszcze wiele do zrobienia, by poprawić relacje z Niemcami, głównie po stronie Warszawy dostrzegano potencjał do zmiany.

Po rosyjskiej agresji na Ukrainę Europa postanowiła być bardziej wschodnia, zrozumiała niezbędność skorzystania z ekspertyzy nowych członków Wspólnoty i partnerskiej współpracy z nimi jako warunku przeciwstawienia się geostrategicznym zagrożeniom. Książka Rolfa Nikela jest studium na temat tak rozumianej "niezbędności" w odniesieniu do Berlina i Warszawy - rzecz jasna wzajemnej. To stolice kluczowe dla obu części Unii, które są zdane na siebie i muszą się lepiej dogadywać. Berlin przechodzi kurację odwykową od patrzenia na wschód kontynentu przez rosyjskie okulary, przyjmuje do wiadomości, że dotychczas nie tyle znał Ukrainę, ile rosyjską opowieść o Ukrainie. A to nie to samo. Polska natomiast znalazła się bliżej centrum europejskiego i może liczyć na odgrywanie ważniejszej roli. A patrząc z perspektywy Waszyngtonu, nawet przejmuje od Niemiec niektóre atrybuty państwa frontowego.

Pochodną tych procesów jest szansa na nową jakość relacji polsko-niemieckich, nadanie im bardziej symetrycznego charakteru. Berlin otwarcie dziś przyznaje, w jakich sprawach warto było poważniej potraktować opinie Warszawy i innych wschodnich sąsiadów. Nie wystarczy więc teraz czekać, aż Warszawa "dojrzeje" do postrzegania świata, jak by tego oczekiwał Berlin, lecz także Berlin powinien przyjąć wiele polskich ocen i propozycji. Szeroko pisze o tym Rolf Nikel, uczestniczący w kształtowaniu stosunków dwustronnych i obserwujący je przez lata z gabinetów czołowych polityków, obecnie ekspert nadal zaangażowany w projekty istotne dla obu państw.

Do diagnozy Autora dorzuciłbym komentarz na temat różnic w przepracowaniu przełomu 1989 roku. O ile dla nas jest to symbol zjednoczenia Europy, w pewnym sensie jej drugiego założenia, o tyle w Niemczech w dość powszechnym odczuciu był to tylko rozpad nieefektywnych systemów na peryferiach. Przy takim podejściu powstaje wrażenie, że mur obalił się sam, a dramatyczne wybory i działania ludzi sprowadzane są do mało znaczącego przypisu historii. Wszyscy oczywiście pamiętamy o zasługach polityków, tak skutecznych po 1989 roku, ale jeżeli nie docenimy także roli zwykłych obywateli jako nowego aktora na scenie i przede wszystkim ruchów opozycyjnych w regionie, to umknie nam to, co było istotą tamtych rewolucji - że okrągłe stoły zastąpiły gilotyny. No i gubimy szansę na ważną wizerunkowo opowieść o Polsce w Niemczech, bo przecież pierwszy i najważniejszy z tych stołów ustawiono i z sukcesem wykorzystano w Polsce. Ale tracimy coś jeszcze: zrozumienie prawdziwego charakteru nowych wspólnot, które w latach 90. budowali również ludzie z doświadczeniem życia w dyktaturach, wpływali na kształt tych wspólnot, wzbogacali je swoją wiedzą i swoimi aspiracjami, systemem wartości i marzeniami. To było coś więcej niż przygarnianie ubogich krewnych.

Może gdybyśmy sobie dobrze wyjaśnili europejski, wspólnototwórczy wymiar tych przemian, obywatele z nowych państw członkowskich byliby nieco rzadziej traktowani w Unii jak pasażerowie na gapę. A i cała Wspólnota byłaby pewnie lepiej przygotowana na agresję Rosji w Ukrainie. Można sądzić, że obecny proces "uwschodnienia" Unii jest także próbą nadrobienia ówczesnych zaniechań i niewykorzystanych szans. Książka Rolfa Nikela może w tym pomóc, ponieważ jest bardzo rzetelnym świadectwem obserwatora trudnego czasu. Powinna być inspiracją do poważnej rozmowy o zwieraniu szeregów w obliczu wojny, tak abyśmy tym razem nie przegapili "europejskiego momentu" zdarzeń.

Autor dostrzega także "polski moment" i nowe szanse w relacjach Berlin -Warszawa. Niemcy znalazły się pod presją odgrywania większej roli w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa na kontynencie, tyle że mają problem z wiarygodnością. Łatwiej więc dziś wyobrazić sobie ich przywództwo kooperacyjne, na przykład z istotnym udziałem partnerów wschodnich. Z kolei ci sąsiedzi, szczególnie Polska, mogliby uzyskać więcej instrumentów wpływu, i to na lepszych warunkach. O ile rzecz jasna byliby gotowi uczestniczyć w zbiorowych wysiłkach umacniania Wspólnoty, tak by była ona zdolna do kolejnych rozszerzeń i radzenia sobie z globalnymi wyzwaniami. Berlin zdaje sobie ponadto sprawę, że część zadeklarowanych niedawno wydatków na obronność powinna być wykorzystana na projekty ponadnarodowe, uwzględniające bezpieczeństwo wschodnich sąsiadów.

Od wykorzystania tych szans jesteśmy jednak dość daleko. Autor książki, sam krytyczny wobec fałszywych dogmatów niemieckiej polityki wobec Rosji, dzieli się także gorzkimi uwagami na temat postawy Warszawy, która jego zdaniem obliczona jest na "dyskredytację aktualnej polityki Niemiec". Wygląda to na wytykanie błędów partnerowi nie po to, aby skłonić go do zmiany stanowiska i szukać obszarów współpracy, lecz by utrwalać jego zły wizerunek we własnym elektoracie. Ponieważ zatruwanie relacji z Niemcami zaczęło się długo przed wojną w Ukrainie, Berlin widzi w tej eskalacji nastrojów jedynie kolejny przejaw planu politycznego, który może skutkować poważniejszym rozejściem się dróg obu stolic. A to w obecnej sytuacji międzynarodowej byłoby obciążeniem w staraniach na rzecz wzmacniania euroatlantyckiej architektury bezpieczeństwa. Dla tych, którzy próbują zbijać polityczny kapitał na wzniecaniu złych emocji wobec sąsiada zza Odry, interesujące powinny być refleksje Autora na temat reakcji w Niemczech. Eksperci od spraw polskich dziwią się próbom dyskontowania nowej roli Warszawy poprzez działania skierowane przeciwko Berlinowi, bo musi to prowadzić do pęknięć w obozie Zachodu w sytuacji, kiedy są nadzwyczajne powody, by zachować jedność. Natomiast dużą część społeczeństwa niemieckiego coraz mniej to obchodzi, ucieka ono w obojętność lub stare uprzedzenia wobec Polski. Czyli na własne życzenie pozbawiamy się nie tylko nowych atutów, lecz także trwonimy wieloletni dorobek społecznego zbliżenia i przełamywania stereotypów.

Podobnie trzeba ocenić uporczywe wmawianie własnemu społeczeństwu, że Niemcy zainteresowane są Polską słabą i bezbronną. Tymczasem słaba Polska to osłabiona Europa, a pomyślność Niemiec od dziesięcioleci uzależniona jest od Wspólnoty silnej i stabilnej. Takich sprzeczności w obecnej polityce Warszawy jest więcej, choćby intensywne wspieranie członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej, którą się jednocześnie stara osłabić. Powstaje wrażenie, że polski rząd chciałby dla Kijowa jakiejś innej Unii, na przykład takiej, która się "nie wtrąca" do oceny stanu praworządności. Tymczasem warunkiem uruchomienia programu odbudowy Ukrainy jest właśnie wprowadzenie i rygorystyczne przestrzeganie unijnych procedur w tym zakresie.

Rolf Nikel pokazuje w swojej książce, jak wysoka jest dziś stawka utrzymania dobrych relacji polsko-niemieckich. Na podstawie doświadczeń z okresu pełnienia misji w Warszawie czuje potrzebę wyrażenia niepokoju o przyszłość tych relacji. Po ponad trzydziestu latach ogromnego wysiłku zbliżania do siebie obu społeczeństw powinniśmy mieć większą świadomość wspólnoty losu, interesów i wartości. I wiarę w sens bycia razem.

Warszawa, lipiec 2023

Marek Prawda - ambasador Polski w Niemczech w latach 2006-2012, po misji w Berlinie Stały Przedstawiciel RP przy UE w Brukseli (2012-2016) i dyrektor Przedstawicielstwa KE w Warszawie (2016-2021), od 2022 roku nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Europejskim Viadrina we Frankfurcie nad Odrą oraz w Collegium Civitas w Warszawie

Po tej samej stronie historii

Wrogowie - obcy - przyjaciele: tak, w naszej wspólnej historii Polacy i Niemcy byli przez długi czas wrogami. Odnosi się to zwłaszcza do dwustuletniego okresu od rozbiorów Polski od drugiej połowy XVIII wieku aż po koniec zimnej wojny. Jednak najpóźniej od zwycięstwa Polaków w walce o wolność, zjednoczenia Niemiec oraz przystąpienia Polski do NATO i Unii Europejskiej stoimy po tej samej stronie historii. Los naszych narodów jest ze sobą ściśle spleciony - w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

A mimo to i dziś nadal jesteśmy niekiedy sobie obcy. Od przełomu 1989/1990 rozwinęły się przyjacielskie więzi międzyludzkie, co wielu uważało za niemożliwe. Nie zmienia tego nawet fakt, że stosunki między rządami obu państw są obecnie w najgłębszym kryzysie od końca zimnej wojny, gdy tymczasem w Europie, po raz pierwszy od 1945 roku, szaleje wielka wojna wywołana przez mocarstwo atomowe - Rosję. Przez dziesięciolecia miałem szczęście śledzić z bliska ożywienie relacji i zagadnienia z nimi związane. Kiedy w kwietniu 2014 roku rozpoczynałem misję ambasadora Republiki Federalnej Niemiec w Polsce, miałem początkowo nadzieję, że będę zbierał owoce polsko-niemieckiej polityki pojednania, w tworzeniu jej podstaw aktywnie uczestniczyłem na przełomie 1989 i 1990 roku w Federalnym Urzędzie Kanclerskim za czasów Helmuta Kohla. Chciałem na miejscu pomóc w kształtowaniu i utrwalaniu zasadniczo pozytywnych przemian w bilateralnych stosunkach z naszym największym wschodnim sąsiadem. Szybko się okazało, jakie będzie to trudne.

Od przejęcia władzy w 2015 roku przez krytyczne wobec Niemiec i eurosceptyczne Prawo i Sprawiedliwość w trzech punktach rozgorzały konflikty, które głęboko zaciążyły na stosunkach dwustronnych.

Po pierwsze, sposób, w jaki największa polska partia rządząca rozprawiła się z demokracją i praworządnością, zagroził podstawowym wartościom i spójności europejskiej. Po drugie, z niekwestionowanej niemieckiej odpowiedzialności za zbrodnie popełnione w czasie drugiej wojny światowej PiS ukuł oręż do dyskredytowania obecnej polityki Niemiec. I po trzecie, wojna Rosji przeciwko Ukrainie i związana z nią porażka niemieckiej Ostpolitik spowodowały ogromne szkody wizerunkowe dla niemieckiej polityki we wschodniej części naszego kontynentu, a zwłaszcza w Polsce.

Wybuchające konflikty podsycają nieufność w stosunkach dwustronnych, europejskich i w polityce bezpieczeństwa oraz zagrażają znacznemu postępowi, jaki dokonał się w kontaktach społeczeństwa obywatelskiego i we współpracy gospodarczej od upadku komunizmu w 1989/1990 roku. To przede wszystkim troska o konsekwencje zmian tektonicznych na wschodzie naszego kontynentu dla stosunków polsko-niemieckich była inspiracją do napisania tej książki.

Zrozumieć, o co toczy się gra

W relacjach polsko-niemieckich można dziś niezmiernie dużo stracić. Największemu osiągnięciu od czasów przełomu 1989/1990 - pojednaniu między naszymi narodami - grozi niebezpieczeństwo: możemy zostać wciągnięci w spiralę spadku, a wynik tego procesu jest niepewny. Potrójna porażka polityki Niemiec wobec Rosji, Ukrainy i polityki energetycznej podważyła w ogromnym stopniu wiarygodność niemieckiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Polska raz po raz wskazywała na ryzyko związane z drogą obraną przez Niemcy we wszystkich tych trzech obszarach. Ale również polskie rządy doprowadziły do zależności energetyczno-politycznych od Rosji i płaciły jej znaczne sumy za energię. Wcześniej jednak niż Niemcy Polska postawiła na alternatywnych dostawców, zwłaszcza gazu.

W świadomości zbiorowej w Niemczech nie dość wyraźnie znalazł odbicie fakt, jak duże szkody, największe od powstania RFN w 1947 roku, wyrządziło to w kluczowych dziedzinach niemieckiej polityki zagranicznej, co ograniczyło nasze oddziaływanie na obszar za wschodnią granicą. Ponadto spór Polski z Unią Europejską o przebudowę państwa prawa podkopuje spójność Zachodu w czasie, gdy nasza jedność wobec rosyjskiego agresora jest ważniejsza niż kiedykolwiek. Dodatkowo ogłoszenie bardzo wysokich roszczeń odszkodowawczych, sięgających 1,3 biliona euro, i przedstawienie ich Niemcom w oficjalnej nocie dyplomatycznej blokuje ewentualne dalsze dobrowolne gesty na rzecz ofiar niemieckich zbrodni dokonanych pod okupacją w czasie drugiej wojny światowej.

W tym kontekście ważniejsze niż kiedykolwiek przedtem jest zrozumienie, o co toczy się gra. W Niemczech zbyt często postrzega się Polskę negatywnie, niekiedy z obojętnością, tymczasem niezbędne byłoby tu zróżnicowane spojrzenie. Głęboka traumatyzacja polskiego społeczeństwa na skutek niemieckiej okupacji w czasie drugiej wojny światowej nie jest w moim kraju w wystarczającym stopniu znana lub fakt ten jest wypierany ze świadomości. Nie dość wnikliwa jest refleksja nad silną polaryzacją polityki i społeczeństwa naszych sąsiadów, istotną rolą Niemiec w polskiej polityce wewnętrznej oraz nad skutkami rzekomo czysto wewnętrznych decyzji Niemiec dla naszych partnerów.

Elity wpływające na niemiecką politykę zagraniczną wahają się między dążeniem do włączenia Polski do niemieckiej agendy, ostrą krytyką "konserwatywnej rewolucji" ogłoszonej przez lidera PiS-u Jarosława Kaczyńskiego a pewną obojętnością wobec naszego największego wschodniego sąsiada, którą niektórzy interpretują jako arogancję. Polski rząd z kolei zrzuca na Niemcy odpowiedzialność za własne trudności w relacjach ze strukturami europejskimi, zaś niepowodzenia niemieckiej polityki wschodniej postrzega jako dobrą okazję do osłabienia wpływów Niemiec w UE i NATO. Media państwowe w Polsce przedstawiają zniekształcony obraz niemieckiego społeczeństwa. Rząd zarzuca niemieckiej prasie, że zbyt krytycznie pisze o Polsce, i łaja media.

Zdecydowana większość Polek i Polaków czuje się bardzo niepewnie w obliczu wojny Rosji przeciwko Ukrainie, która toczy się w bezpośrednim otoczeniu. Polska ma trudnych sąsiadów na zewnętrznych granicach UE i NATO. Rosyjskie zbrojenia i z polskiego punktu widzenia nieadekwatna reakcja Zachodu na rosyjski imperializm jeszcze nasiliły niepewność co do polityki bezpieczeństwa. Rząd i duża część społeczeństwa w Polsce nie uważa, by zapowiadany przez kanclerza Olafa Scholza zwrot w polityce (Zeitenwende) był wystarczająco trwały. Przedstawiciele prawej strony systemu politycznego w przeważającej mierze wyrażają wręcz wątpliwości, czy w ogóle nastąpił jakikolwiek zwrot. Odmienność wartości i światopoglądów w niektórych segmentach opinii publicznej utrudnia porozumienie.

"Polski moment"

Obie strony należy wezwać do refleksji. W Niemczech osoby odpowiedzialne muszą zdać sobie sprawę z tego, że oddziaływanie naszego kraju na Europę Środkowo-Wschodnią i sąsiednie regiony zależy od trwałości Zeitenwende. Niepowodzenie Ostpolitik wystawiło na próbę całą naszą politykę zagraniczną, bezpieczeństwa, europejską i energetyczną. Wciąż powtarzające się podejrzenia o egoizm mocno ciążą na największym i najpotężniejszym państwie w Unii Europejskiej.

Z kolei polski rząd powinien zmierzyć się z myślą, że publiczna presja na Niemcy doprowadzi raczej do usztywnienia stanowisk niż do polityki bardziej przyjaznej Polsce. Wykorzystywanie Niemiec do projekcji polskich pierwotnych lęków lub jako kozła ofiarnego, kiedy Warszawie nie udaje się czegoś przeforsować w UE lub NATO, może i przynosi jakieś korzyści wewnątrz kraju. Grozi jednak zatruciem na trwałe wzajemnych relacji. Paradoksalnie właśnie niepowodzenie niemieckiej polityki zagranicznej w kluczowych kwestiach stwarzałoby teraz okazję do podjęcia strategicznego dialogu równych partnerów. Nigdy wcześniej gotowość do rozmów po niemieckiej stronie nie była tak duża; nigdy wcześniej stanowisko Niemiec nie zbliżyło się tak bardzo jak w tej chwili do polskiego w ważnym obszarze niemieckiej polityki.

Wymiana na poziomie społeczeństw obywatelskich i współpraca gospodarcza nadal rozwijają się w zawrotnym tempie. Polska strzeliłaby sobie w stopę, gdyby chciała ograniczyć lub utrudnić bliskie stosunki gospodarcze. Także imponującego rozwoju wymiany między społeczeństwami obywatelskimi nie sposób byłoby zatrzymać na polecenie Warszawy. Niemniej jednak potrójny konflikt z Polską o Europę, kulturę pamięci i wojnę Rosji przeciwko Ukrainie poważnie zagraża znacznym postępom w relacjach polsko-niemieckich, jakich dokonano w ciągu ostatnich 30 lat.

Narodowo-konserwatywny rząd i - rzadko tak zgodna - duża część polskiej opinii publicznej mierzą obecnie stosunki z zachodnim sąsiadem przede wszystkim niemiecką postawą wobec wojny Rosji przeciwko Ukrainie. Warszawa porusza niebo i ziemię, aby wspierać Ukrainę. Na podstawie historycznych analogii uważa się, że niepodległa Polska nie może istnieć bez niepodległej Ukrainy. Istnieją obawy, że w razie możliwego bezpośredniego konfliktu z Rosją nie nadejdzie niezbędne wsparcie ze strony Zachodu, a zwłaszcza z Niemiec.

Formalnie rzecz biorąc, Zachód uzgodnił twardą wspólną linię wobec Rosji. NATO zwiększa swoją obecność wojskową na wschodniej flance. UE i prozachodnie państwa spoza Unii nałożyły na Rosję bezprecedensowe sankcje. Zwiększane są budżety obronne. Również w kwestii gotowości przyjęcia Ukrainy do UE panuje obecnie zgoda. Ukraina otrzymuje do obrony swojego terytorium ciężką broń także od Niemiec.

Konflikt w Ukrainie

Jednak poniżej tego poziomu stanowiska Niemiec i Polski różnią się w wielu kwestiach polityki wobec Ukrainy. O ile Warszawa uważa się za obrońcę interesów ukraińskich bez żadnych ograniczeń, o tyle Berlin jest postrzegany jako hamulcowy działań wspierających ten broniący się przed agresją kraj. W rzeczywistości Niemcy, licząc w wartościach bezwzględnych, udzielają w sumie większej pomocy finansowej, humanitarnej i wojskowej niż Polska. Nawet w sferze militarnej Berlin wywalczył sobie tymczasem czołowe miejsce, choć na razie tylko w liczbach bezwzględnych.

Różnice występują ponadto w kwestii strategicznego celu wsparcia Ukrainy przez Zachód. Podczas gdy Polska zmierza do jej strategicznego zwycięstwa, biorąc pod uwagę możliwie jak najdalej idące konsekwencje dla rosyjskiej polityki wewnętrznej, rząd niemiecki skupia się na dążeniu do powstrzymania agresji Putina na Ukrainę, aby stworzyć dla Kijowa korzystną pozycję negocjacyjną. Zarówno polski rząd, jak i niemiecki chcą uniknąć rozszerzenia wojny i konfrontacji Rosji z NATO. Różni ich jednak stopień gotowości do podjęcia ryzyka.

Niezależnie od całej krytyki polskiego rządu nadszedł czas, by traktować Polskę poważnie. Dotyczy to stosunków dwustronnych, ale w jeszcze większej mierze kontekstu europejskiego i NATO. Konieczny jest szerszy dialog bez zakładania klapek na oczy i kierowania się utartymi opiniami. Od tego zależy los Europy.

W wyniku wojny Rosji przeciwko Ukrainie nastąpi strategiczna reorientacja euroatlantyckiego systemu bezpieczeństwa. Środek ciężkości NATO przesunie się na wschód, a zarazem z racji przystąpienia Finlandii i wkrótce również Szwecji do NATO - także na północ. Polska - jako państwo frontowe w nowym konflikcie politycznym o władzę nad światem między Rosją a NATO - uzyska ważniejszy głos, także w relacjach z USA. Na razie Stany Zjednoczone będą silniej obecne w regionie, o ile pozwoli im na to priorytetowy dla Waszyngtonu konflikt z Chinami. Dzięki wzrostowi znaczenia Polski jako kraju, w którym stacjonują wojska amerykańskie, Stany będą ją traktować z większą uwagą. To nie pozostanie bez skutków dla wewnętrznej struktury NATO, zwłaszcza jeśli w 2024 roku do Białego Domu wprowadzi się prezydent o nazwisku Donald Trump lub ktoś powołujący się na jego spuściznę.

Ryzyko rozejścia się dróg

Polska chciałaby też mieć istotny głos w kwestii koniecznej nowej orientacji geostrategicznej Unii Europejskiej. Dalsze zmiany układu sił w UE są jednak trudniejsze do przewidzenia. Niemcy utraciły wpływy i soft power. Otwarta pozostaje kwestia, czy doprowadzi to z natury rzeczy do uzyskania większych wpływów przez Polskę. Jeśli chodzi o układ sił ekonomicznych, silną pozycję gospodarczą Niemiec i zależność od nich wielu gospodarek narodowych, niewiele się początkowo zmieni. Jednak z czasem może ucierpieć niemiecki model gospodarczy, oparty na taniej energii z Rosji i silnie zglobalizowanych łańcuchach przetwarzania wartości dodanej.

Wysiłki, których celem jest zwiększenie odporności gospodarki, dywersyfikacja łańcuchów dostaw i, jak się należy spodziewać, rozwój w kierunku odrębnych obszarów gospodarczych w następstwie sankcji nałożonych nie tylko na Rosję, ale i w późniejszym czasie również na Chiny, mogłyby spowodować ograniczenie wzrostu gospodarki niemieckiej charakteryzującej się silnym podziałem pracy. Ze względu na bliskie powiązania ekonomiczne Polska również musiałaby podjąć nieuniknione kroki dostosowawcze. Nie jest jeszcze rozstrzygnięte, czy kraje członkowskie UE, a zwłaszcza Polska, mogą skorzystać na przeniesieniu łańcuchów dostaw.

Na polityczną rolę lidera w Unii Europejskiej, co głośno propaguje niemiecki rząd, Niemcy będą sobie musiały we wschodniej części kontynentu na nowo zasłużyć. Wielu zadaje sobie pytanie, po co brać przykład z państwa, które tak jak Niemcy pomyliło się co do swojej polityki wobec Rosji, Ukrainy i polityki energetycznej. Jeszcze nie jest za późno, ale musimy zacząć działać, jeśli nie chcemy stracić możliwości stania się liderem w Europie. Tandem francusko-niemiecki raczej nie zdoła samodzielnie pociągnąć Europy do przodu. Trójkąt Weimarski z Polską może zyskać na znaczeniu, o ile Warszawa weźmie na siebie większą odpowiedzialność za całość.

Niebezpieczeństwo rozpadu Europy istnieje również dlatego, że w momencie ukończenia manuskryptu nie doszło jeszcze do porozumienia w kwestiach spornych między Polską a instytucjami europejskimi. Przyjęcie ustawy o utworzeniu komisji do spraw badania rosyjskich wpływów w Polsce wzbudziło nowe kontrowersje na linii Warszawa - Bruksela (i Waszyngton). Choć Komisja Europejska na poziomie deklaracji wyszła naprzeciw stanowisku Polski w sporze o transformację sądownictwa, to wypłata pieniędzy z europejskiego Funduszu Odbudowy jeszcze nie nastąpiła. Mimo że Warszawa odgrywa ważną rolę, przyjmując i pomagając uchodźcom wojennym z Ukrainy, trudno oczekiwać przyznania jej geopolitycznej ulgi w postaci rozwiązania wszystkich kwestii spornych z Brukselą, a to ze względu na opór Parlamentu Europejskiego, orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (TSUE) i negatywne nastawienie niektórych państw członkowskich.

Najgłębszy kryzys od przełomu 1989/1990

Różnice stanowisk dotyczące polityki wobec Ukrainy spowodowały najgłębszy kryzys w stosunkach polsko-niemieckich od przełomu 1989/1990. Trudności te nie są jednak czymś nowym. Narodowo-konserwatywny rząd w Polsce od początku obrał sobie za cel osłabienie Niemiec, swojego rywala w dziedzinie polityki europejskiej i rosyjskiej. Wewnątrz UE Warszawa chce ograniczyć wpływ Niemiec (i Francji) na postęp integracji. Postrzega Niemcy jako liberalny przeciwny biegun rozpoczętej przez siebie rewolucji konserwatywnej. Idee dotyczące integracji i dalszego rozwoju Unii są sprzeczne z polskim rozumieniem suwerenności.

Ważni przedstawiciele rządu podejrzewają Berlin o to, że wraz z opozycją pociąga za sznurki zza brukselskich kulis, aby zaszkodzić polskiemu rządowi. W wymiarze geopolitycznym PiS dąży do osłabienia wpływu Niemiec na politykę Zachodu wobec Rosji i na całą euroatlantycką architekturę bezpieczeństwa.

W relacjach dwustronnych sensu stricto polski rząd czuje się poddawany nieuzasadnionej krytyce ze strony niemieckich mediów i ich korespondentów w Polsce. Fundamentalny polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie z 1991 roku jest interpretowany jako nierówny układ, którego istotne dla Warszawy zapisy nie są dostatecznie realizowane. Główne siły obozu władzy systematycznie deprecjonują niezaprzeczalne postępy polsko-niemieckiego pojednania, osiągnięte w ostatnich dziesięcioleciach.

Mimo jasnego stanowiska niemieckich polityków przedstawiciele polskiego rządu nadal jeszcze insynuują, że chcą uchylić się od odpowiedzialności za niemieckie zbrodnie popełnione podczas okupacji Polski w latach 1939-1945. Przedstawiając oficjalnie roszczenia bardzo wysokich reparacji, Warszawa zastawia pułapkę na Niemcy. Ryzykuje wywołanie reakcji przeciwko tym działaniom, którą z kolei można byłoby zinstrumentalizować w polityce wewnętrznej.

Tak czy inaczej trzeba się przygotować na spolaryzowaną kampanię wyborczą do polskiego parlamentu w 2023 roku z ostrymi hasłami krytyki wobec Niemiec i Europy. Należy przy tym uwzględnić, że cierpienie całej polskiej ludności w czasie drugiej wojny światowej wciąż nie jest wystarczająco znane niemieckiej opinii publicznej. Ważnym sygnałem pod adresem Polski była uchwała niemieckiego Bundestagu z października 2020 roku, zatwierdzająca powstanie Miejsca Pamięci i Spotkań z Polską, którego koncepcję wypracowała we wrześniu 2021 roku komisja ekspercka pod moim kierownictwem. Projekt ten należałoby zrealizować jak najszybciej, tak aby jeszcze w tej kadencji Bundestagu położyć kamień węgielny pod budowę tego upamiętnienia.

Polityka zagraniczna Warszawy jest w dużej mierze funkcją polityki wewnętrznej. Przede wszystkim jednak Polsce chodzi o zabezpieczenie systemu politycznego przed agresywnym imperializmem rosyjskim poprzez ścisłą więź z zachodnimi strukturami bezpieczeństwa, zwłaszcza ze Stanami Zjednoczonymi. Jednocześnie Warszawa chce ugruntować swoją przywódczą rolę w Europie Środkowo-Wschodniej w rywalizacji z Niemcami. Próbuje przy tym wykorzystać do własnych celów luźne sojusze we wschodniej części kontynentu, dociera jednak do granic swoich możliwości. Mimo obronnej postawy wobec Europy polski rząd nie cofa się jednak przed taktycznymi gierkami z innymi europejskimi partiami prawicowo-populistycznymi i skrajnie prawicowymi.

Niemiecki rząd przestrzega zasady jak najszerszej współpracy z Polską, choć coraz częściej pojawiają się wątpliwości, na ile jest ona jeszcze możliwa z obecnym rządem. Z punktu widzenia Berlina Polskę trzeba włączyć do głównego nurtu polityki europejskiej i bezpieczeństwa. Należy w dalszym ciągu wspierać pojednanie i kontakty międzyludzkie. W przypadku niepowodzenia tych wysiłków - a zdarza się to coraz częściej - w Berlinie pojawia się pewna obojętność. Bardzo negatywnie oddziałuje ostra publiczna krytyka ze strony PiS-u, która w Berlinie słusznie uważana jest za przeciwskuteczną, ponieważ podważa jednomyślność Zachodu wobec rosyjskiej agresji. Oficjalne roszczenia odszkodowawcze w wysokości 1,3 biliona euro za niemieckie zbrodnie popełnione podczas okupacji w latach 1939-1945 spotykają się w Berlinie z niewielkim zrozumieniem.

W trosce o przyjazne relacje

Na tle tak różnorodnych wyzwań przedstawiam w niniejszej książce analizy i przeżycia osobiste z ponad czterdziestu lat pracy w Federalnym Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Zawarte w niej rekomendacje wynikają z tych doświadczeń. Miałem szczęście uczestniczyć w kształtowaniu niemieckiej polityki wobec Polski w różnych okresach i w kluczowych miejscach, a także wyciągać własne wnioski. Książka nie jest ani ściśle naukową analizą, ani zbiorem anegdot, choć życie w Polsce i z Polską ma również, chcąc nie chcąc, swoje zabawne strony.

Moje podejście do Polski jest osobiste. Chociaż dyplomaci powinni być, i zazwyczaj są, ludźmi racjonalnie myślącymi i działającymi, to osobiste podejście otwiera jednak szersze horyzonty dla obserwacji i - mam taką nadzieję - pozwala także lepiej zrozumieć kraj, w którym gościłem. Podczas sześciu lat w Warszawie moja żona i ja nawiązaliśmy wiele wspaniałych znajomości z osobami w różnych środowiskach, z którymi do dziś utrzymujemy kontakty. I z pewnością pomogły nam rodzinne koligacje z Polską poprzez mojego dziadka.

Okres, kiedy zacząłem służbowo zajmować się Polską, rozpoczął się na początku lat 80. wraz z powstaniem NSZZ Solidarność, tragedią stanu wojennego i z jego skutkami w polityce międzynarodowej, których mogłem doświadczyć, pracując w ówczesnym referacie do spraw Związku Radzieckiego w niemieckim ministerstwie spraw zagranicznych, a od 1983 roku w ambasadzie Niemiec w Moskwie.

Przerwane krótkim epizodem w Afryce przeniesienie do Federalnego Urzędu Kanclerskiego latem 1989 roku było początkiem fascynującej czternastoletniej kariery - przeplatanej pobytami za granicą - w centrum władzy Republiki Federalnej Niemiec.

Jako młody dyplomata w departamencie polityki zagranicznej kanclerza Helmuta Kohla byłem odpowiedzialny za stosunki z Polską, pozostałymi państwami Układu Warszawskiego i Związkiem Radzieckim. Pełniąc tę funkcję, miałem okazję niejako w oku cyklonu śledzić, a nawet współtworzyć całkowitą reorganizację stosunków z naszymi wschodnimi sąsiadami po przełomie 1989 roku.

Będąc zatrudnionym dwukrotnie w Federalnym Urzędzie Kanclerskim w latach 1998-2001 oraz jako zastępca szefa departamentu polityki zagranicznej i bezpieczeństwa w latach 2005-2011, wielokrotnie zajmowałem się kwestiami związanymi z polityką wobec Polski. W 2014 roku zostałem mianowany ambasadorem Republiki Federalnej Niemiec w Polsce, gdzie byłem świadkiem zmiany rządu na narodowo-konserwatywny i rozchodzenia się dróg Polski i Niemiec. W 2021 roku na prośbę ówczesnego ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa objąłem przewodnictwo komisji eksperckiej do spraw utworzenia Miejsca Pamięci i Spotkań z Polską. Od tego czasu regularnie odwiedzam Polskę i jestem w bliskim kontakcie z wieloma podmiotami i społeczeństwem obywatelskim.

Sensem i celem tej książki jest uwrażliwienie czytelnika na najważniejsze kwestie w stosunkach polsko-niemieckich, uświadomienie mu różnorodności relacji i promowanie przyjaznych stosunków mimo złych wiadomości, którymi jesteśmy codziennie zalewani. Trzeba dbać o wzajemne więzi właśnie z powodu konfliktu z Brukselą o praworządność, kontrowersji historycznych i sporu o odpowiednią postawę wobec Rosji.

Rzeczą słuszną i ważną jest i pozostanie dalsze inwestowanie w stosunki polsko-niemieckie zarówno w sferze politycznej, emocjonalnej, jak i finansowej. Jestem głęboko przekonany, że geograficzna bliskość obu krajów wręcz wymusza spotkania w różnych formatach i ścisłą współpracę. Geografia, przynależność do Zachodu i dążenie ludzi do bliższych kontaktów łączą Niemcy i Polskę. Berlin znajduje się zaledwie 90 kilometrów od polskiej granicy. Stolica Niemiec leży bliżej Warszawy niż Paryża. Przynależność do UE i NATO oraz poczucie bycia po tej samej stronie historii to ważne więzi. Od czasu przełomu 1989/1990 Niemcy i Polacy zbliżyli się do siebie w sposób, którego mało kto miał odwagę oczekiwać w chwili upadku komunizmu.

Mimo spotkań na wielu płaszczyznach, wzajemnego przenikania się gospodarek i jednoznacznego geopolitycznego zakotwiczenia na Zachodzie wielu w Niemczech uważa, że jesteśmy sobie obcy. I rzeczywiście, przez ostatnie 230 lat historia przeważnie dzieliła Niemców i Polaków. Jednak to, co się wydarzyło w stosunkach bilateralnych w ciągu ostatnich 30 lat, graniczy z cudem. Mimo wszelkich sporów dyskusje o fundamentalnych wartościach europejskich są z pewnością jak najbardziej możliwe w szczerym dialogu polsko-niemieckim. Nie wszystkie sprawy różniące Polaków i Niemców wiążą się z kwestiami wartości podstawowych, co do których nie może być mowy o kompromisie. Polityka klimatyczna i transformacja cyfrowa również stwarzają dobrą okazję do owocnego dialogu, nie wspominając o możliwościach współpracy gospodarczej w tym zakresie.

Dziennikarze po obu stronach Odry mają odpowiedzialne zadanie. Jeśli Polska pojawia się w niemieckich mediach, to zazwyczaj są to negatywne doniesienia. I odwrotnie, prawicowa prasa w Polsce nader często i nazbyt chętnie obiera sobie za cel politykę Niemiec. Niejednokrotnie przemilcza się natomiast pozytywne wiadomości, a także ścisłe powiązania społeczeństw obywatelskich i gospodarek. Badania nastrojów w obu krajach wielokrotnie potwierdzają, że ludzie oceniają wymianę polsko-niemiecką lepiej, niż wynika to z obrazu medialnego czy sporów publicznych. Powinno to w większym stopniu przeniknąć do społecznej świadomości, do czego niniejsza książka ma się przyczynić.

1. Rewolucja konserwatywna

Pamiętny sobotni wieczór na początku stycznia 2016 roku był bardzo mroźny. Moja żona i ja siedzieliśmy wygodnie przy lampce czerwonego wina w sopockiej restauracji na polskim wybrzeżu Bałtyku. Naszą żywą dyskusję o tym, jaki będzie nowy rok z niedawno powołanym rządem PiS-u, przerwała nagle wiadomość tekstowa w moim telefonie od nowego polskiego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego.

Wiadomość ta wywołała w mojej głowie zamieszanie: "Panie Ambasadorze, czy żyje Pan w kraju jak pod rządami Putina? Musimy porozmawiać. Czy mógłby Pan przyjść do mojego biura w poniedziałek rano?". Zrozumienie kontekstu pytania zajęło mi kilka minut. Co się wydarzyło? Z pomocą przyszły informacje dnia: ówczesny przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz porównał w wywiadzie polski rząd do rosyjskiego.

Konsternacja. Trudno było zaprzeczyć, że Martin Schulz w czasie pełnienia funkcji przewodniczącego Parlamentu Europejskiego pozostawał nadal obywatelem Niemiec. Nie od razu jednak zrozumiałem, dlaczego ja, oficjalny przedstawiciel Niemiec w Polsce, mam tłumaczyć się reprezentantowi innego kraju członkowskiego z wypowiedzi szefa Parlamentu Europejskiego. Jednocześnie odmowa spotkania z ministrem spraw zagranicznych bliskiego partnera i sojusznika wydała mi się nie na miejscu, zwłaszcza że nowy polski rząd nie ukrywał krytycznego stosunku do Niemiec.

Odpisałem więc ministrowi, że jestem na urlopie na cudownym polskim wybrzeżu Bałtyku i spędzam tu mile czas. Gdyby jednak chciał się ze mną szybko zobaczyć, to oczywiście skrócę urlop i stawię się w ministerstwie na poniedziałkowe spotkanie. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: "Szanowny Panie Ambasadorze, proszę korzystać z urlopu. W ostateczności sprawę możemy też omówić z Pańskim zastępcą". Nie spodziewałem się niczego złego, dlatego zaproponowałem, że przyjadę do Warszawy i będę do dyspozycji ministra podczas rozmowy, której sobie życzył. Urok wieczoru wprawdzie prysł, ale miałem poczucie, że byłem uprzejmy i przyjazny, że zrobiłem coś pozytywnego dla osobistych relacji z ministrem spraw zagranicznych i zbudowałem zaufanie.

Zimny prysznic

Tym brutalniejsze było przebudzenie następnego ranka. Rzut oka na wiadomości wystarczył, by się dowiedzieć, że polskie MSZ oficjalnie poinformowało o wezwaniu mnie do ministerstwa. Publiczne ogłoszenie takiego wezwania znajduje się stosunkowo wysoko na skali środków służących do wyrażenia oburzenia wobec zagranicznego przedstawiciela. Osłupiałem. Gest, który miał zmierzać do budowy zaufania, zamienił się w nieprzyjemną sytuację. Podczas podróży z Sopotu do Warszawy próbowałem różnymi kanałami skłonić polskie MSZ do zdjęcia komunikatu ze strony internetowej. Dopiero po kilku godzinach, gdy wiadomość dotarła już do najdalszych zakątków Polski, osoby odpowiedzialne zgodziły się to zrobić.

W poniedziałek rano, niedługo przed godziną dziesiątą, pokonałem krótki odcinek drogi dzielący rezydencję ambasadora od pobliskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Czekało tam już wielu dziennikarzy i ekip z kamerami, liczących na to, że dzięki zaproszeniu na rozmowę uzyskają głębszy wgląd w stan stosunków polsko-niemieckich. Na schodach wejściowych do ministerstwa czekał pracownik polskiego protokołu dyplomatycznego, który wprowadził mnie do osobistej, skromnie urządzonej sali narad ministra.

Przez krótki czas oczekiwania na jego przyjście układałem sobie w głowie odpowiedź, gdyby minister wrócił do zarzutów wobec Martina Schulza. Ku mojemu zaskoczeniu krytyczne wobec Polski wypowiedzi przewodniczącego PE, które były właściwie powodem rozmowy, nie odegrały potem niemal żadnej roli. Po doniesieniach prasowych, które wywołały wrażenie niewielkiego kryzysu, minister Waszczykowski stawił się w wyśmienitym nastroju, uprzejmie zaproponował kawę i otworzył rozmowę pytaniem o to, jak można poprawić stosunki polsko-niemieckie wobec "niefortunnych" komentarzy prasowych po obu stronach. Pokazał przy tym jeden z nowszych numerów czasopisma bliskiego obozowi władzy z okładką krytyczną wobec Niemiec.

W odpowiedzi życzyłem ministrowi najpierw dobrego nowego roku, dołączając do życzeń egzemplarz Herrnhuter Losungen, czytań biblijnych na każdy dzień roku. Skwitował to przyjaznym spojrzeniem, ale ten raczej niezwykły jak na niemieckiego ambasadora gest pozostawił bez komentarza.

Odpowiadając na jego pytanie, wskazałem na niezależność mediów i odpowiedzialność polityków za precyzyjne przedstawianie wydarzeń. Nie sposób pominąć, powiedziałem, że niezwykły tryb pracy ministerstwa z mediami i zawiadomienie ich o naszej dzisiejszej rozmowie na pewno nie przyczyni się do przedstawienia stosunków między naszymi państwami w pozytywnym świetle. Mój rozmówca także i tę wypowiedź pozostawił bez komentarza.

Po załatwieniu tego tematu skupiliśmy się na konkretnych przemyśleniach, w jaki sposób obydwie strony mogłyby wystąpić z pozytywnymi przesłaniami. Byliśmy zgodni co do tego, że wizyty na wysokim szczeblu w obydwu kierunkach mogłyby tu odegrać ważną rolę. Również przypadająca na 2016 rok dwudziesta piąta rocznica niemiecko-polskiego Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 1991 roku mogłaby być dobrą okazją do rozmaitych spotkań, zwłaszcza na poziomie społeczeństw obywatelskich.

W tych okolicznościach oraz przy niewielkich oczekiwaniach z mojej strony rozmowa przebiegła nader harmonijnie. To też było naszym przesłaniem dla czekających, lekko zdezorientowanych dziennikarzy polskich i niemieckich, którzy po medialnych działaniach polskiego MSZ wietrzyli przecież narastający konflikt w stosunkach dwustronnych. Dodałem jeszcze, że polsko-niemieckie pojednanie stanowi dla nas skarb, który należy bezwarunkowo zachować. Telewizja poinformowała o tym spotkaniu wieczorem.

Minister Waszczykowski dał się przy innej okazji poznać jako człowiek niezwykle błyskotliwy i obdarzony humorem. Ale z tej rozmowy i z towarzyszących jej okoliczności wyciągnąłem wniosek, że trudno będzie z tym centralnym dla polskiej polityki zagranicznej urzędnikiem zbudować zaufanie, które przetrwa wstrząsy.

Ówczesnego ministra spraw zagranicznych poznałem już kilka miesięcy wcześniej, kiedy mój francuski kolega i ja spotkaliśmy się jeszcze wtedy, gdy PiS był w opozycji, z nim i kandydatem na prezydenta Andrzejem Dudą, aby dowiedzieć się więcej o priorytetach tego ostatniego w polityce zagranicznej.

Już wówczas późniejszy minister spraw zagranicznych zwracał na siebie uwagę w porównaniu z raczej wycofanym Dudą jako człowiek nieprzebierający w słowach. Także w swojej późniejszej roli europosła PiS-u rzucał się w oczy swoimi bardzo krytycznymi uwagami pod adresem Niemiec oraz bardzo osobistą krytyką kanclerz Angeli Merkel, która była Polsce niezwykle przyjazna.

Na planie ogólniejszym okoliczności rozmowy ujawniały charakterystyczną cechę traktowania Niemiec przez wysokich funkcjonariuszy PiS-u, co mogłem zaobserwować także przy innych okazjach. Mówiąc obrazowo, byli oni przez wzgląd na politykę wewnętrzną bardzo szybko gotowi uderzyć oficjalnie w wysokie tony, przedtem nie zawsze się zastanawiając, jak później się z tego wycofać. Frapująca była także różnica między nastawioną na konflikt publiczną inscenizacją a rzeczywistą, dążącą raczej do zgody praktyką działania.

Im dłużej trwała władza PiS-u, tym wyraźniej było widać, że polityka zagraniczna nowego kierownictwa państwa była i jest bezpośrednią funkcją jego polityki wewnętrznej. Tego rodzaju uwarunkowania są regułą w polityce międzynarodowej. Także w innych państwach polityka wewnętrzna wpływa na zagraniczną. W Polsce te zależności są jednak o wiele silniejsze niż na przykład w Niemczech. Jeżeli determinują je wyłącznie potrzeby bieżącej polityki wewnętrznej, to w polityce zagranicznej pojawiają się komplikacje.

Godne uwagi są także powód rozmowy i poruszenie, jakie ten temat wywołał najwidoczniej w kręgach obozu rządzącego. Wysokiej rangi europejski polityk legitymujący się niemieckim paszportem wyraża się krytycznie o Polsce. Pierwsza polska reakcja - wezwanie na rozmowę niemieckiego ambasadora - ujawnia dosyć osobliwe rozumienie europejskich instytucji i decydentów na tym szczeblu. Czy niemiecki ambasador może rzeczywiście coś wnieść do interpretacji stanowisk wysokich rangą polityków europejskich, którzy wypowiadają się jako przedstawiciele struktur unijnych?

Spojrzenie na Europę obozu rządzącego w Warszawie jest poza kilkoma wyjątkami narodowe. Polityczna koncepcja kontynentu, jaką reprezentuje, to Europa ojczyzn z gaullistowską domieszką. Decyzje większościowe, podjęte wbrew woli Polski, oceniane są w Warszawie niejednokrotnie podejrzliwie jako machinacje starszych członków Unii, najczęściej Niemiec. Nierzadko otwarcie mi zarzucano, że za negatywnymi dla Polski decyzjami w Brukseli czy Strasburgu kryje się niewidzialna "niemiecka ręka".

Wszystko to zdradzało już na wczesnym etapie, że Polska nie ma zamiaru dostosowywać się do normalnych procedur przyjętych między sąsiadami, partnerami i bliskimi sojusznikami. Ze starym rządem musieliśmy oczywiście także pertraktować w trudnych sprawach. Przyświecał nam jednak przy tym wspólny cel unikania w miarę możności publicznych kontrowersji, co w zasadzie odpowiadało także stylowi negocjacji w Europie.

Nie odpowiadało to jednak nowemu rządowi PiS-u. Nawet jeśli bezpośrednie rozmowy przebiegały harmonijnie, to w przypadku wątpliwości szukano publicznej konfrontacji, aby wobec własnego obozu politycznego zademonstrować "przeciwstawianie się Niemcom". Szorstkie publiczne wypowiedzi prominentnych przedstawicieli obozu rządowego na temat postawy rządu federalnego Niemiec wobec wojny Rosji przeciwko Ukrainie pokazały, że prośba o rozmowę na początku 2016 roku nie była bynajmniej wypadkiem przy pracy, lecz wczesną zapowiedzią nowego stylu będącego odzwierciedleniem dobrze przemyślanej polityki.

Zapoczątkowana przez Jarosława Kaczyńskiego rewolucja konserwatywna mierzy się z trudnym wyzwaniem. Wybory parlamentarne w październiku 2023 roku zadecydują o tym, czy Polska będzie iść dalej drogą w kierunku demokracji nieliberalnej a la Orban, czy też po zwycięstwie opozycji powróci do europejskiego centrum. Rząd prowadzi wyraźnie antyniemiecką i antyeuropejską, spolaryzowaną kampanię wyborczą, wzmacniając skrzydło radykalne. Powrót do status quo ante sprzed przejęcia władzy przez PiS wydaje się prawie niemożliwy.

Zdobycie władzy

Kiedy 8 kwietnia 2014 roku przybyłem do Warszawy, aby objąć swoje nowe obowiązki, i zostałem życzliwie przyjęty przez urzędnika protokołu dyplomatycznego, nie przypuszczałem, jakich politycznych zmian doświadczę w Polsce w następnych latach.

Początkowo wszystko szło jak z płatka. Szybko złożyłem na ręce prezydenta listy uwierzytelniające. Członkowie rządu chętnie pojawiali się na pierwszych przyjęciach organizowanych przeze mnie - tak przynajmniej twierdzili. Krótko mówiąc, miałem nieodparte wrażenie, że jestem mile widzianym partnerem do rozmów w zaprzyjaźnionym sąsiednim kraju. Pierwszy kryzys ukraiński z początku 2014 roku, kiedy Rosja zaanektowała Krym i wywołała konflikt militarny na Ukrainie Wschodniej, nie był chyba okazją do sporu na płaszczyźnie bilateralnej, raczej wydawał się wskazywać na konieczność większego niż kiedykolwiek zacieśnienia wzajemnych relacji między Niemcami i Polską w obliczu rosyjskiego zagrożenia.

Tak myśleli w każdym razie ówczesny liberalno-konserwatywny rząd pod przewodnictwem premiera Donalda Tuska (który został później przewodniczącym Rady Europejskiej) i wywodzący się z tego samego obozu poprzedni prezydent Polski Bronisław Komorowski. Mniej więcej po roku stanowisko to zaczęło się zmieniać. Wraz z nieoczekiwanym zwycięstwem Andrzeja Dudy, kandydata PiS-u na prezydenta, już w 1. turze 10 maja 2015 roku (2. tura odbyła się 24 maja 2015 roku) nastała nowa era, którą 25 października tego samego roku przypieczętowało zwycięstwo partii Kaczyńskiego w wyborach parlamentarnych.

Doświadczenia z pierwszymi rządami PiS-u w latach 2005-2007 skłaniały do obaw, że ścisła, oparta na zaufaniu współpraca niemal na wszystkich polach przeobrazi się we wzajemną nieufność oraz sceptycyzm na płaszczyźnie europejskiej.

Podczas pierwszego półrocza zmiany nie były prawie widoczne. Polska weszła w fazę kohabitacji nowo wybranego, wspieranego przez PiS prezydenta z liberalno-konserwatywną większością parlamentarną. Takie sytuacje nie są niczym niezwykłym w społeczeństwach demokratycznych. W Polsce również miało to miejsce już wcześniej.

Zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej z 17 października 1997 roku rząd oparty na większości parlamentarnej ponosi główną odpowiedzialność za kształtowanie polityki. Dlatego przewodniczący PiS-u Kaczyński dążył do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Triumf odniesiony w wyborach prezydenckich stanowił pierwszy konieczny etap na drodze do zdobycia władzy.

Sprawująca rządy od dwóch kadencji Platforma Obywatelska Donalda Tuska, tworząca z PSL-em rząd koalicyjny, wpadła w szok, bo była pewna zwycięstwa swego popularnego kandydata. Sprawujący urząd, wywodzący się z jej szeregów Bronisław Komorowski długo prowadził w sondażach. On sam i wspierające go siły liberalne, chrześcijańsko-demokratyczne i umiarkowanie konserwatywne czuły się pewne zwycięstwa i poprzestały na kampanii wyborczej prowadzonej z Kancelarii Prezydenta RP.

Komorowski w swojej strategii stawiał na ciągłość i kontynuację pomyślnego rozwoju gospodarczego, który w przeciągu 15 lat uczynił z Polski lokomotywę gospodarczą w Europie. I rzeczywiście w 2019 roku Polska osiągnęła już 2/3 średniego unijnego dochodu i nawet w latach kryzysu finansowego 2008-2009, kiedy gospodarki narodowe w innych państwach unijnych dosłownie padały jedna za drugą, wykazywała wciąż jeszcze pewien wzrost gospodarczy.

Uwidoczniło się jednak rosnące niezadowolenie części polskiego społeczeństwa z szybkiej politycznej i gospodarczej transformacji Polski po przystąpieniu do UE, transformacja ta wydawała się rodzić niebezpieczeństwo, że mniej dynamiczne grupy społeczne nie sprostają nowym wyzwaniom. Dołączyło się do tego bliżej nieokreślone uczucie, że brakuje szacunku w sferze polityki społecznej. To subiektywne uczucie niezadowolenia szerokich kręgów społecznych z liberalnej, stawiającej na globalizację polityki gospodarczej poskutkowało utratą zaufania do polskich elit politycznych.

Przyczyniły się do tego w pewnym stopniu doniesienia o skandalach, które prawdopodobnie były przeciekami ze służb specjalnych. Na początku 2015 roku ujawniono podsłuchy z rozmów wysokich rangą polityków ówczesnego obozu rządowego. Nagrania, na których słychać było po części niewybredne słownictwo, zostały wykorzystane przez zainteresowane tym kręgi, by wzbudzić nieufność wobec rzekomo wyniosłych i oderwanych od rzeczywistości kadr kierujących państwem.

Do tego stosunkowo młody rywal dotychczasowego prezydenta Andrzej Duda prowadził z dużym zaangażowaniem swoją kampanię wyborczą. W swoim docierającym wszędzie autobusie przemierzał kraj, nawiązywał bezpośrednie kontakty z wyborcami i szybko zjednywał sobie tym ludzi, zwłaszcza w biedniejszych częściach Polski. Dlatego nie mogło na koniec dziwić, że kandydat PiS-u ostatecznie wygrał wybory niewielką przewagą głosów. Decydujące o wygranej głosy zdobył Duda na wsi, na wschodzie i południu kraju, gdzie PiS był i jest tradycyjnie silny.

Bezpośrednie wybory powszechne dają prezydentowi silną legitymację polityczną. Inaczej niż prezydent Niemiec dysponuje on większymi prerogatywami, przede wszystkim w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa.

W polityce wewnętrznej jego władza przejawia się głównie w realnej możliwości blokowania inicjatyw ustawodawczych. Może na przykład odwołać się do Trybunału Konstytucyjnego albo zawetować projekty ustaw, Sejm jednak może odrzucić weto prezydenta kwalifikowaną większością 3/5 głosów w obecności minimum połowy ustawowej liczby posłów. Początkowo Duda w zasadzie nie korzystał ze swojej ostrej broni w postaci weta.

W kilku ważnych przypadkach jednak, przede wszystkim podczas swojej drugiej kadencji, zdystansował się wobec większości rządowej. Tak na przykład wetem z 27 grudnia 2021 roku zablokował projekt ustawy umożliwiającej kontrolę krytycznej wobec rządu prywatnej stacji telewizyjnej TVN. Ustawa nie była expressis verbis skierowana przeciwko tej największej amerykańskiej inwestycji w Polsce, oznaczałaby jednak utratę przez Discovery Channel, właściciela TVN, koncesji na nadawanie programów telewizyjnych. Ponieważ PiS nie dysponuje w Sejmie wymaganą większością, żeby odrzucić prezydenckie weto, to ważne przedsięwzięcie zakończyło się niepowodzeniem dla tej partii.

Zgłaszając kolejne weto przeciwko rządowemu projektowi ministra edukacji Przemysława Czarnka o zaostrzeniu kontroli nad systemem wychowania, prezydent odrzucił drugą kontrowersyjną reformę. W końcu podjął próbę pośrednictwa w sporze o praworządność między większością rządową a UE, przedkładając kompromisową propozycję, na którą zgodziła się wprawdzie koalicja rządowa, ale sam prezydent skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie do chwili przygotowania do druku niniejszej książki wciąż jeszcze tkwi, blokując wypłaty z europejskiego Funduszu Odbudowy.

We wszystkich tych trzech przypadkach prezydent w ograniczonej mierze obrał kurs kolizyjny w stosunku do rządu. Do zmiany mogło przyczynić się to, że Duda po dwóch kadencjach nie może już zostać wybrany po raz trzeci, jest więc mniej zależny od szefa partii Kaczyńskiego i próbuje teraz dokonać bilansu swojej kariery. Pogrzebanie lex TVN oraz związana z tym poprawa relacji z administracją Joe Bidena po latach rządów Donalda Trumpa świetnie się do tego nadają. Nadal jednak trzeba się liczyć z krytycznymi pod adresem Niemiec wypowiedziami także prezydenta podczas kampanii wyborczej w 2023 roku.

Obejmując urząd, prezydent Duda uosabiał nowy polityczny początek dla tych, którzy uważali, że stracili na transformacji w Polsce.

Kierownictwo PiS-u musiało zdawać sobie sprawę z własnego braku doświadczenia w polityce zagranicznej. Dlatego zaproszono na rozmowę z kandydatem Dudą mnie wraz z moim francuskim kolegą Pierre'em Bühlerem, wielkim znawcą Polski, który już drugi raz pełnił w tym kraju obowiązki dyplomatyczne. Zastanawialiśmy się przez chwilę z Pierre'em, czy taka anonsowana jako poufna rozmowa może zostać uznana za niedozwoloną ingerencję w walkę wyborczą. Niezależnie od siebie doszliśmy do wniosku, że obowiązek poznania poglądów na politykę zagraniczną kandydata, który ma duże szanse wygranej, jest ważniejszy niż niebezpieczeństwo mylnych interpretacji. Zgodził się z nami także Jaromir Sokołowski, doradca urzędującego prezydenta Komorowskiego do spraw polityki zagranicznej, którego zawiadomiliśmy zaraz po rozmowie.

Miała się ona odbyć w budynku, gdzie znajdują się biura Sejmu, niższej izby polskiego parlamentu. Kandydatowi PiS-u na prezydenta Dudzie towarzyszył Waszczykowski, wtenczas ekspert tej partii do spraw polityki zagranicznej i późniejszy minister spraw zagranicznych. Brodaty, lekko korpulentny były dyplomata Waszczykowski położył zasługi, pełniąc funkcję polskiego ambasadora w Iranie. Mówił doskonale po angielsku. W latach studenckich spędził jakiś czas na uniwersytecie w stanie Oregon w USA.

Pod względem merytorycznym uchodził w PiS-ie za twardogłowego. Na krótko przed spotkaniem dowiedziałem się od swojego znakomicie poinformowanego współpracownika protokołu Haralda Kabsy, kutego na cztery nogi starego wygi, że przed wejściem do budynku, gdzie miała odbyć się rozmowa, utworzył się już wianuszek czekających dziennikarzy. Powołując się na uzgodnienia co do poufnego charakteru rozmowy, zażądaliśmy z moim francuskim kolegą zmiany lokalizacji spotkania, co nam też przyrzeczono.

Treść samej rozmowy była bardzo banalna. Mówił właściwie tylko Waszczykowski. Sam kandydat ku naszemu zaskoczeniu milczał, ograniczając się do słuchania, co wydawało się wynikać nie tylko z jego wtedy jeszcze niedostatecznej znajomości angielskiego. W niektórych momentach Pierre i ja mieliśmy nawet wrażenie, że miło uśmiechającemu się Dudzie obcesowa krytyka niemieckiej i francuskiej polityki europejskiej wydawała się zbyt daleko idąca.

Jak należało się obawiać, pomimo zmiany lokalizacji gromadka dziennikarzy, która wbrew ustaleniom czekała na zewnątrz, chciała po zakończeniu spotkania usłyszeć od Dudy ocenę rozmowy z ambasadorami, a od nas ocenę osoby kandydata i jego poglądów na politykę zagraniczną. Oczywiście nie zamierzaliśmy z francuskim kolegą brać udziału w tego rodzaju widowisku medialnym. Szybko i w milczeniu, w błysku fleszy opuściliśmy to miejsce.

Głównym celem inicjatorów rozmowy po polskiej stronie była najwidoczniej chęć pokazania Dudy jako kandydata wiarygodnego na płaszczyźnie międzynarodowej, zwłaszcza dla europejskich graczy wagi ciężkiej - Francji i Niemiec. Chociaż polityka zagraniczna rzadko pełni istotną rolę podczas walk wyborczych w Niemczech i Polsce, to jednak godny uwagi był fakt, że kierownictwu PiS-u, sceptycznego w stosunku do Niemiec i Europy, zależało na poświadczeniu braku zastrzeżeń wobec swojego kandydata ze strony Berlina i Paryża. Jak już miało to miejsce przy innej okazji, także i w tym wypadku nie można było polegać na wcześniejszych ustaleniach protokolarnych. W ten sposób nie buduje się zaufania.

Prezydent Duda zachowywał się od objęcia urzędu na początku sierpnia 2015 roku do wyborów parlamentarnych pod koniec października tego samego roku raczej powściągliwie. Także obsadzanie czołowych stanowisk w jego kancelarii nie dało powodów do negatywnych spekulacji. Koleżanki i koledzy w kancelarii prezydenta zarówno w dziale polityki międzynarodowej począwszy od doradcy Krzysztofa Szczerskiego do urzędników niższego szczebla, jak i w biurze bezpieczeństwa narodowego byli pragmatykami o wysokich kwalifikacjach. Niektórych znałem jeszcze z wcześniejszych placówek zagranicznych. Z reguły byli też w krótkim czasie gotowi do rozmów. Abstrahując od różnic co do meritum, ja i moi współpracownicy mogliśmy kooperować z członkami kancelarii prezydenckiej zawsze rozsądnie i na gruncie zaufania, zwłaszcza przy organizacji wizyt na wysokim szczeblu.

Kilku moich kolegów ambasadorów, a także ja interpretowaliśmy rezerwę prezydenta w kwestiach merytorycznych i skład sztabu jego doradców w ten sposób, że PiS ze swojego interludium jako partia rządząca w latach 2005-2007 wyciągnął wniosek, że teraz należy działać ostrożniej, aby znów nie stracić za szybko władzy.

Ta wstępna analiza miała się jednak okazać jaskrawą pomyłką. Jarosław Kaczyński, niekwestionowany lider PiS-u, wyciągnął z błędów przeszłości wniosek wręcz przeciwny, tj. że należy działać szybciej, radykalniej i bardziej bezkompromisowo. Nikogo nie martwił już fakt, że dla uzyskania większości absolutnej w Sejmie wystarczyło raptem 37,6% oddanych głosów oraz że niemal 50% wyborców nie poszło do urn.

Taki rezultat możliwy był głównie dlatego, że polskie prawo wyborcze preferuje wielkie partie i przewiduje pięcioprocentowy próg wyborczy dla pojedynczych partii i ośmioprocentowy dla koalicji wyborczych. Polska lewica popełniła pamiętną pomyłkę, wchodząc w sojusz z mniejszymi partiami, i o włos nie przekroczyła progu wymaganego dla koalicji. Tym samym głosów oddanych na Zjednoczoną Lewicę w całości nie uwzględniono i zabrakło tej siły politycznej w nowym Sejmie.

Mając świadomość swojej ograniczonej popularności w społeczeństwie, Kaczyński zgłosił się do wyborów nie jako czołowy kandydat swojej partii, ale i po nich nie zajął stanowiska premiera. Kierował rządem z ławy poselskiej formalnie jako szeregowy poseł. Tylko ktoś, kto już pracował w aparacie rządowym, może ocenić, jak ogromne problemy logistyczne i administracyjne stwarza taka struktura.

Niezależnie od wszelkich problemów strukturalnych Kaczyński był i jest dominującą osobowością w obozie PiS-u. Nawet jeżeli scedował prowadzenie polityki gospodarczej niemal zupełnie na Morawieckiego, to sam podejmuje wszystkie ważne decyzje. Jest wybitnie utalentowanym taktykiem, nawet krytycy doceniają jego dużą inteligencję i encyklopedyczną wiedzę. W swojej biografii jawi się jako oddany syn, w szczególny sposób związany z matką aż do końca jej życia. Chciał ją chronić, dawkując jej stopniowo i powoli prawdę o tragicznej śmierci brata bliźniaka. Ta śmierć także jego samego poruszyła do głębi. Nie spoczął, dopóki na centralnym placu Piłsudskiego w Warszawie nie stanęły statua Lecha Kaczyńskiego oraz pomnik upamiętniający ofiary katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem.

W rozmowach politycznych występuje jako twardy, a niekiedy nawet szorstki interlokutor, co w trakcie spotkań dał odczuć nawet ówczesnej kanclerz Angeli Merkel. Z tego powodu za pierwszych rządów PiS-u w latach 2005-2007 wolała ona kontakt z bardziej umiarkowanym z bliźniaków - prezydentem Lechem Kaczyńskim niż z jego bratem. Jarosław, obecnie silny przywódca PiS-u, żywi wielką nieufność zarówno wobec Niemiec, jak i wobec Rosji. Unię Europejską uważa w dużej mierze za instrument Niemiec do forsowania własnych interesów. Jeśli idzie o posunięcia taktyczne, potrafi bardzo zręcznie lawirować między rozmaitymi nurtami we własnej rodzinie partyjnej. Raz zwycięża w niej skrzydło raczej umiarkowane, to znów bardziej radykalne. Kaczyński nie stara się brylować, wygłaszając błyskotliwe przemówienia, za to chętnie roztacza wokół siebie nimb tajemniczości. Swoją siłę czerpie z bezkompromisowości, z jaką reprezentuje własne stanowisko na zewnątrz. Jego uczciwość nadszarpnęły nieco relacje medialne o nieprzejrzystych interesach w handlu nieruchomościami.

Na temat tego, czy Kaczyński jest także dobrym strategiem, zdania są podzielone. Wątpią w to nawet wysokiej rangi działacze jego partii. Z całą pewnością jest architektem jak dotychczas sześciu wyborów wygranych po kolei. Jednak ze swoim światopoglądem, bardzo silnie nacechowanym narodowo i skoncentrowanym na Polsce, pozostaje niewolnikiem zabarwionych ideologicznie wyobrażeń wroga i stereotypów. Wprawdzie w określonych częściach polskiego społeczeństwa można się w każdej chwili do nich odwołać i zmobilizować zwolenników, ale pod wieloma względami raczej nie przyczynią się one do rozwiązania problemów współczesnego świata.

Po wygranych wyborach parlamentarnych pod koniec 2015 roku najważniejsze stanowiska w państwie, od prezydenta do niższych szczebli, należały do PiS-u. Wspólna lista Zjednoczonej Prawicy zdobyła większość w obydwu izbach polskiego parlamentu. Dało jej to możliwość dowolnego ustalania porządku obrad w parlamencie oraz wyznaczania wszystkich przewodniczących komisji parlamentarnych, przez co zepchnęła opozycję na margines.

Wielokrotnie wyzyskiwano tę korzystną dla siebie sytuację do forsowania w Sejmie kontrowersyjnych ustaw. Taktyka ta skuteczna była zwłaszcza na początku, kiedy większość w Sejmie i Senacie znajdowała się jeszcze w rękach obozu rządowego. Po tym, jak opozycja po wyborach parlamentarnych w 2019 roku utworzyła w Senacie koalicję zapewniającą jej co prawda niewielką, ale jednak większość, rząd był zmuszony nieco bardziej liczyć się z nią w kwestiach formalnych. Jednak z uwagi na swoją słabą pozycję w procesie legislacyjnym Senat mógł co najwyżej opóźniać głosowania nad kontrowersyjnymi zapisami ustaw, ale z zasady nie był w stanie ich zablokować.

Nowy rząd zajął się najpierw polityką społeczną. Jej okrętem flagowym został program "Rodzina 500 plus", na tej podstawie każda rodzina mogła wnioskować o 500 zł, tj. w przeliczeniu około 110 euro, na dziecko, zaczynając od drugiego. Jeśli zestawić tę kwotę ze średnią płacą w Polsce, która wynosiła wtedy 5100 zł, czyli w przybliżeniu 1100 euro, to łatwo zrozumieć, jak popularne było i jest wprowadzenie tego rozwiązania w ogromnej większości społeczeństwa. Tymczasem przed wyborami w 2023 roku PiS zaproponował znaczne podwyższenie tego świadczenia z powodu galopującej inflacji.

Tym i innymi społecznymi posunięciami, mającymi przede wszystkim zapobiec spadającemu wskaźnikowi urodzeń w Polsce, PiS trafiło w nerw społeczeństwa, co mogło być przyczyną zwycięstw tej partii we wszystkich wyborach od 2015 roku. Wprowadzenie świadczenia na dzieci było wprawdzie bardzo kosztowne, ale można je było sfinansować. Uruchomiony przez ten program popyt i odpowiednio wyższe dochody z podatków nie obciążyły nadmiernie budżetu, najwidoczniej jednak przyczyniły się do wyższej inflacji w Polsce, która w połowie 2023 roku była dwukrotnie wyższa od inflacji w strefie euro. Tymczasem społeczne przedsięwzięcia odwracały uwagę wielu ludzi w kraju od bardziej problematycznych, podejmowanych przez rząd decyzji transformacyjnych.

W ostatnich latach wskaźnik przestępczości spadł w świetle oficjalnych statystyk. Polskie miasta są bezpieczne. Liczba osadzonych w polskich więzieniach jest procentowo wyższa niż w niemieckich. Prawie nie ma osławionych kradzieży samochodów, którymi parały się polskie organizacje przestępcze. Dzisiaj niemiecka i polska policja zwalczają wspólnie i skutecznie, m.in. dzięki Polsko-Niemieckiemu Centrum Współpracy Służb Granicznych, Policyjnych i Celnych w przygranicznym Świecku, międzynarodową przestępczość zorganizowaną, czerpiącą korzyści ze swobodnego przepływu towarów i osób w UE.

Kolejnym źródłem sukcesu PiS-u i jego sojuszników było to, że z szerokim poparciem elektoratu tej partii spotkały się żądania szacunku zarówno dla zwykłych ludzi w kraju, jak i za granicą dla polskich dokonań. Akurat w tym kontekście pojawił się wątek niemiecki. Niemcom zarzucano pomijanie Polski w ważnych sprawach. Nawet polska opozycja zarzucała nam, że debata migracyjna z 2015 roku była gwoździem do trumny starej koalicji rządzącej, która przez to utraciła większość. Niepewności i opóźnienia, jakie pojawiły się, zanim nastąpił zwrot w polityce Niemiec wobec Rosji, roznieciły tę debatę na nowo.

The winner takes it all

Nowa większość rządowa objęła władzę, składając obietnice poprawy społeczno-ekonomicznej sytuacji szerokich kręgów polskiego społeczeństwa, wzmocnienia międzynarodowej pozycji Polski i przeprowadzenia "rewolucji konserwatywnej", jak to kiedyś sformułował sam Kaczyński. Najważniejszym punktem było przy tym dokończenie niepełnej z perspektywy PiS-u zmiany systemu z 1989 roku. Wymagało to zarówno twardego zwalczania "postkomunistycznych układów" wewnątrz kraju, jak i liberalnych wpływów z Zachodu. Program rządowy rozłożony był na dłuższy okres niż tylko jedną kadencję i wymagał strukturalnego zagwarantowania układu większościowego przez dłuższy czas. W polityce wewnętrznej wzorem były Węgry Viktora Orbana, które jednak różniły się od Polski pod wieloma względami.

Po pierwsze Kaczyński jest naturą bardziej zideologizowaną niż elastyczniejszy, lub jak kto woli, bardziej oportunistyczny Orban. To czyni go bardziej podatnym na uzależnienie od radykalnych "harcowników" w prawicowych mediach, przy których sam sprawia czasem wrażenie polityka umiarkowanego. Po drugie Kaczyński nie dysponuje, tak jak Orban na Węgrzech, większością parlamentarną, umożliwiającą zmianę konstytucji. Ponadto od czasu wyborów parlamentarnych w 2019 roku musi jakoś sobie radzić ze zdominowanym przez opozycję Senatem, który może poprzez odrzucenie ustaw opóźniać ich przyjęcie, ale nie może ich zablokować. Także w polityce w stosunku do Rosji od czasu rosyjskiej inwazji na Ukrainę zarysowują się duże różnice między Polską a Węgrami, co znacznie ochłodziło stosunki bilateralne.

Nawet na prezydenta, który wedle konstytucji może teoretycznie zablokować każdy projekt ustawy, nie można całkowicie liczyć. Ma to swoje konsekwencje dla tempa i politycznych kosztów przebudowy.

Kaczyński i jego najbliżsi zwolennicy widzieli w ewolucyjnym charakterze przełomu 1989/1990 zdradę polskiego narodu, ponieważ nie pozbyto się wtedy całkowicie starych elit komunistycznych. W ich opinii niedokonanie wtedy systematycznego sprawdzenia politycznej wiarygodności tych grup, sprawiło, że zachowały one nadal, także w nowej III RP, decydujące wpływy w ministerstwach, systemie prawnym i w dużej części mediów.

Partia Kaczyńskiego tworzyła szybko, w sposób bezkompromisowy i nieodwołalny fakty dokonane, aby złamać opór - przynajmniej na początku - buntującego się polskiego społeczeństwa. Środkami na tej drodze były fundamentalna przebudowa polskiego systemu prawnego, polityczna kontrola państwowych mediów elektronicznych, masowa wymiana elit w administracji i przedsiębiorstwach państwowych oraz kulturowa wojna z tzw. antypolskimi wpływami. Fiaskiem zakończyły się jak na razie próby ograniczenia niezwykle żywotnych mediów prywatnych.

Rezultatem jest społeczna polaryzacja, jakiej Polska dawno nie widziała. Ogólnie rzecz biorąc, kraj oddala się od liberalnego, pluralistycznego porządku, który stanowił jeszcze w 2004 roku fundament jego przystąpienia do UE, i zmierza w kierunku demokracji nieliberalnej

Generalna zasada postępowania PiS-u po 2015 roku brzmiała prosto: The winner takes it all. Partia i jej sojusznicy wygrali wybory w sposób demokratyczny i zyskali tym samym - w swoim mniemaniu - prawo, by w możliwie największym stopniu przejąć kontrolę nad wszystkimi instytucjami istotnymi dla sprawowania władzy. Te instytucje, które mogłyby się przeciwstawić zamierzonemu fundamentalnemu przekształceniu państwa i społeczeństwa, takie jak wymiar sprawiedliwości, media lub administracja, należało w konsekwencji obsadzić ludźmi politycznie lojalnymi lub je zwalczać, tak jak np. liberalne media prywatne.

Aspiracje były ogromne, z realizacją nie wszystko poszło jednak gładko. Polskie społeczeństwo nieraz w swojej historii udowadniało swoje umiłowanie wolności i niezłomność. Tak np. masowe demonstracje wielokrotnie doprowadzały do fiaska prób zaostrzenia prawa aborcyjnego. Nieoczekiwany sprzeciw prezydenta, który wzbraniał się przed podpisaniem określonych projektów ustaw, opóźniał, a nawet udaremniał niektóre reformy. Krytyka ze strony Komisji Europejskiej i wiele wyroków Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej przynajmniej powstrzymały mniejsze częściowe posunięcia zmierzające do reformy prawa. Liberalne media nadal są bardzo krytyczne, dlatego są cierniem w oku większości rządowej.

Systemowa transformacja państwa prawa

Systemowa transformacja sądownictwa była pierwszym zamierzeniem, za które zabrał się nowy polski rząd. Pomimo zażartego oporu sędziów i opozycji parlamentarnej rząd posunął się w tej dziedzinie najdalej. Celem jest osłabienie niezależności wymiaru sprawiedliwości przez posunięcia strukturalne, takie jak upolitycznienie procedur nominowania sędziów i mechanizmy dyscyplinujące, a także przez zmiany personalne poddanie sędziów kontroli obozu rządzącego. W ten sposób radykalnie wyważono "z zawiasów" całą strukturę władzy III RP bez formalnej zmiany konstytucji.

Przebudowa polskiego wymiaru sprawiedliwości budzi tak w kraju, jak i za granicą ogromne kontrowersje. Opozycja początkowo gwałtownie protestowała przeciwko temu, osiągając nawet pewną mobilizację swoich zwolenników w ulicznych manifestacjach. Tymczasem demonstracje wygasły. Komisja Europejska, Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka przy OBWE, Komisja Wenecka Rady Europy i inne organy poddały te posunięcia ostrej krytyce.

Od kilku lat w unijnej Radzie do Spraw Ogólnych toczy się na podstawie art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej postępowanie przeciw Polsce z powodu systemowego naruszania praworządności. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej kilkakrotnie skazał Polskę w postępowaniach o naruszenie wartości Unii i zatrzymał określone części reformy. Komisja Europejska zablokowała po pewnym wahaniu i pod naciskiem Parlamentu Europejskiego ważną pomoc finansową dla Polski.

Prawie nikt w Polsce by nie zaprzeczył, że krajowy system wymiaru sprawiedliwości wymaga reform. Jego bolączką jest przewlekłość postępowań i inne "patologie", jak to określa rząd. Wiele Polek i wielu Polaków zaakceptowałoby bez zastrzeżeń zmiany, które podniosłyby wydajność tego systemu. Czym innym jest jednak reforma wbrew woli środowiska sędziowskiego, zmierzająca do politycznej kontroli nad wymiarem sprawiedliwości.

Powołując się na opór sędziów przeciwko reformie, rząd wyciąga wniosek, że system wymiaru sprawiedliwości jest ciągle jeszcze obsadzony przez stare kadry z czasów komunistycznych. Te stare kadry - tak brzmi argumentacja - zbudowały korporacyjny system, w którym jakoby jeden chroni drugiego i nawet przestępstwa zamiatane są pod dywan. Ponadto w jego ocenie liberalne w większości środowisko sędziowskie sprzysięgło się przeciwko reformie i chce obalić rząd. Jednak w chwili rozpoczęcia reformy blisko 95% sędziów objęło swój urząd po 1990 roku, nie mogli zatem zostać pociągnięci do odpowiedzialności za grzechy swoich poprzedników.

Posunięcia przeciwko sędziom wyglądały, jeśli idzie o tendencję, tak samo na wszystkich płaszczyznach wymiaru sprawiedliwości. Obóz rządowy rozstrzygnął na swoją korzyść spór i przejął kontrolę nad sądami i strukturami zawodowymi sędziów poprzez przekształcenie mechanizmów ich nominowania i dyscyplinowania. Centralnym punktem reformy była i jest transformacja Krajowej Rady Sądownictwa, zawodowej organizacji sędziowskiej, która najpierw włączyła do swojego składu nowych sędziów. Na podstawie reformy procedury nominacyjne członków KRS leżą teraz w gestii Sejmu, który podejmuje decyzję zwykłą większością głosów. Takie rozwiązanie dało gwarancję, że powołani zostaną tylko sędziowie przychylni obozowi rządowemu.

W tym kontekście polska strona argumentowała niezmiennie, że także w innych państwach, na przykład w Niemczech, w procedurze nominowania sędziów biorą udział również instancje polityczne. To twierdzenie nie jest w zasadzie błędne. Tyle że w Niemczech funkcjonują różnorakie mechanizmy zapobiegające jednostronnemu upolitycznieniu sędziów. Wysokie wymogi kompetencyjne pod adresem sędziów gwarantują w Niemczech profesjonalną obsadę tych stanowisk. Dożywotni status zapewnia następnie niezależność. Ponieważ wymiar sprawiedliwości leży w Niemczech w gestii landów, to istniejące w nich rozmaite konstelacje polityczne dają też w sumie rękojmię pluralistycznej obsady wysokich stanowisk sędziowskich. Ponadto wymogi wyboru sędziów federalnych większością kwalifikowaną dają gwarancję pluralistycznej obsady najwyższych sądów federalnych.

Pierwszym wielkim punktem spornym był po objęciu rządów przez PiS skład Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. W budzącym wątpliwości postępowaniu dotychczasowi sędziowie tych instytucji zostali z naruszeniem norm konstytucyjnych usunięci ze stanowisk i zastąpieni przez ludzi posłusznych PiS-owi.

Jeden z mianowanych przez PiS sędziów Trybunału Konstytucyjnego był prokuratorem przed transformacją ustrojową w Polsce i członkiem PZPR, co robi dziwne wrażenie wobec deklarowanej woli oczyszczenia wymiaru sprawiedliwości ze starych kadr. W rezultacie Trybunał Konstytucyjny we właściwie wszystkich ważnych sprawach nie podjął jak dotąd żadnej decyzji przeciwko rządowi. Natomiast innych spraw nie kierowano do Trybunału, ponieważ jego orzeczenia można było przewidzieć. Z pewnością niektóre z jego rozstrzygnięć pogłębiły jeszcze społeczną polaryzację w Polsce.

Szczególnie problematycznym posunięciem okazało się utworzenie tzw. Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym, której powstanie pozwoliłoby usuwać niewygodnych sędziów i prokuratorów - i też rzeczywiście ich usuwano. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej już w 2018 roku wydał wyrok, że Izba nie daje wszystkich gwarancji bezstronności i niezależności i dlatego narusza prawo europejskie. W konsekwencji Komisja Europejska uzależniła wypłatę Polsce unijnych funduszy pomocowych od likwidacji Izby. Prezydent Duda przedłożył propozycję kompromisową, która wprawdzie zastępowała Izbę Dyscyplinarną Izbą Odpowiedzialności Zawodowej, ale sprzeciwił się przywróceniu do pracy zwolnionych sędziów. Wypłata środków europejskich pozostaje na razie zablokowana, ponieważ prezydent przekazał tę sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie utknęła do dziś.

W jak dużym stopniu obóz rządowy traktuje przebudowę wymiaru sprawiedliwości w Polsce w kategoriach politycznych, można rozpoznać choćby po tym, że minister sprawiedliwości we własnej osobie zaprosił mnie na pamiętną 2,5-godzinną rozmowę, w której wyjaśniał mi najpierw zalety nowego polskiego systemu wymiaru sprawiedliwości. Nie kryłem swego sceptycyzmu, w końcu zaczął więc mi schlebiać, przeceniając moje możliwości i wykazując przy tym całkowitą nieznajomość brukselskich procedur, i zabiegał o to, abym użył w Berlinie swoich wpływów w celu skłonienia Komisji Europejskiej do zajęcia mniej negatywnego stanowiska wobec polskiej reformy wymiaru sprawiedliwości. Ponieważ i tego nie mogłem mu z łatwych do zrozumienia powodów przyrzec, przeszedł do prób zastraszenia mnie, które odparłem.