1. Rewolucja konserwatywna
Pamiętny sobotni wieczór na początku stycznia 2016 roku był bardzo mroźny. Moja żona i ja siedzieliśmy wygodnie przy lampce czerwonego wina w sopockiej restauracji na polskim wybrzeżu Bałtyku. Naszą żywą dyskusję o tym, jaki będzie nowy rok z niedawno powołanym rządem PiS-u, przerwała nagle wiadomość tekstowa w moim telefonie od nowego polskiego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego.
Wiadomość ta wywołała w mojej głowie zamieszanie: "Panie Ambasadorze, czy żyje Pan w kraju jak pod rządami Putina? Musimy porozmawiać. Czy mógłby Pan przyjść do mojego biura w poniedziałek rano?". Zrozumienie kontekstu pytania zajęło mi kilka minut. Co się wydarzyło? Z pomocą przyszły informacje dnia: ówczesny przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz porównał w wywiadzie polski rząd do rosyjskiego.
Konsternacja. Trudno było zaprzeczyć, że Martin Schulz w czasie pełnienia funkcji przewodniczącego Parlamentu Europejskiego pozostawał nadal obywatelem Niemiec. Nie od razu jednak zrozumiałem, dlaczego ja, oficjalny przedstawiciel Niemiec w Polsce, mam tłumaczyć się reprezentantowi innego kraju członkowskiego z wypowiedzi szefa Parlamentu Europejskiego. Jednocześnie odmowa spotkania z ministrem spraw zagranicznych bliskiego partnera i sojusznika wydała mi się nie na miejscu, zwłaszcza że nowy polski rząd nie ukrywał krytycznego stosunku do Niemiec.
Odpisałem więc ministrowi, że jestem na urlopie na cudownym polskim wybrzeżu Bałtyku i spędzam tu mile czas. Gdyby jednak chciał się ze mną szybko zobaczyć, to oczywiście skrócę urlop i stawię się w ministerstwie na poniedziałkowe spotkanie. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: "Szanowny Panie Ambasadorze, proszę korzystać z urlopu. W ostateczności sprawę możemy też omówić z Pańskim zastępcą". Nie spodziewałem się niczego złego, dlatego zaproponowałem, że przyjadę do Warszawy i będę do dyspozycji ministra podczas rozmowy, której sobie życzył. Urok wieczoru wprawdzie prysł, ale miałem poczucie, że byłem uprzejmy i przyjazny, że zrobiłem coś pozytywnego dla osobistych relacji z ministrem spraw zagranicznych i zbudowałem zaufanie.
Zimny prysznic
Tym brutalniejsze było przebudzenie następnego ranka. Rzut oka na wiadomości wystarczył, by się dowiedzieć, że polskie MSZ oficjalnie poinformowało o wezwaniu mnie do ministerstwa. Publiczne ogłoszenie takiego wezwania znajduje się stosunkowo wysoko na skali środków służących do wyrażenia oburzenia wobec zagranicznego przedstawiciela. Osłupiałem. Gest, który miał zmierzać do budowy zaufania, zamienił się w nieprzyjemną sytuację. Podczas podróży z Sopotu do Warszawy próbowałem różnymi kanałami skłonić polskie MSZ do zdjęcia komunikatu ze strony internetowej. Dopiero po kilku godzinach, gdy wiadomość dotarła już do najdalszych zakątków Polski, osoby odpowiedzialne zgodziły się to zrobić.
W poniedziałek rano, niedługo przed godziną dziesiątą, pokonałem krótki odcinek drogi dzielący rezydencję ambasadora od pobliskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Czekało tam już wielu dziennikarzy i ekip z kamerami, liczących na to, że dzięki zaproszeniu na rozmowę uzyskają głębszy wgląd w stan stosunków polsko-niemieckich. Na schodach wejściowych do ministerstwa czekał pracownik polskiego protokołu dyplomatycznego, który wprowadził mnie do osobistej, skromnie urządzonej sali narad ministra.
Przez krótki czas oczekiwania na jego przyjście układałem sobie w głowie odpowiedź, gdyby minister wrócił do zarzutów wobec Martina Schulza. Ku mojemu zaskoczeniu krytyczne wobec Polski wypowiedzi przewodniczącego PE, które były właściwie powodem rozmowy, nie odegrały potem niemal żadnej roli. Po doniesieniach prasowych, które wywołały wrażenie niewielkiego kryzysu, minister Waszczykowski stawił się w wyśmienitym nastroju, uprzejmie zaproponował kawę i otworzył rozmowę pytaniem o to, jak można poprawić stosunki polsko-niemieckie wobec "niefortunnych" komentarzy prasowych po obu stronach. Pokazał przy tym jeden z nowszych numerów czasopisma bliskiego obozowi władzy z okładką krytyczną wobec Niemiec.
W odpowiedzi życzyłem ministrowi najpierw dobrego nowego roku, dołączając do życzeń egzemplarz Herrnhuter Losungen, czytań biblijnych na każdy dzień roku. Skwitował to przyjaznym spojrzeniem, ale ten raczej niezwykły jak na niemieckiego ambasadora gest pozostawił bez komentarza.
Odpowiadając na jego pytanie, wskazałem na niezależność mediów i odpowiedzialność polityków za precyzyjne przedstawianie wydarzeń. Nie sposób pominąć, powiedziałem, że niezwykły tryb pracy ministerstwa z mediami i zawiadomienie ich o naszej dzisiejszej rozmowie na pewno nie przyczyni się do przedstawienia stosunków między naszymi państwami w pozytywnym świetle. Mój rozmówca także i tę wypowiedź pozostawił bez komentarza.
Po załatwieniu tego tematu skupiliśmy się na konkretnych przemyśleniach, w jaki sposób obydwie strony mogłyby wystąpić z pozytywnymi przesłaniami. Byliśmy zgodni co do tego, że wizyty na wysokim szczeblu w obydwu kierunkach mogłyby tu odegrać ważną rolę. Również przypadająca na 2016 rok dwudziesta piąta rocznica niemiecko-polskiego Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 1991 roku mogłaby być dobrą okazją do rozmaitych spotkań, zwłaszcza na poziomie społeczeństw obywatelskich.
W tych okolicznościach oraz przy niewielkich oczekiwaniach z mojej strony rozmowa przebiegła nader harmonijnie. To też było naszym przesłaniem dla czekających, lekko zdezorientowanych dziennikarzy polskich i niemieckich, którzy po medialnych działaniach polskiego MSZ wietrzyli przecież narastający konflikt w stosunkach dwustronnych. Dodałem jeszcze, że polsko-niemieckie pojednanie stanowi dla nas skarb, który należy bezwarunkowo zachować. Telewizja poinformowała o tym spotkaniu wieczorem.
Minister Waszczykowski dał się przy innej okazji poznać jako człowiek niezwykle błyskotliwy i obdarzony humorem. Ale z tej rozmowy i z towarzyszących jej okoliczności wyciągnąłem wniosek, że trudno będzie z tym centralnym dla polskiej polityki zagranicznej urzędnikiem zbudować zaufanie, które przetrwa wstrząsy.
Ówczesnego ministra spraw zagranicznych poznałem już kilka miesięcy wcześniej, kiedy mój francuski kolega i ja spotkaliśmy się jeszcze wtedy, gdy PiS był w opozycji, z nim i kandydatem na prezydenta Andrzejem Dudą, aby dowiedzieć się więcej o priorytetach tego ostatniego w polityce zagranicznej.
Już wówczas późniejszy minister spraw zagranicznych zwracał na siebie uwagę w porównaniu z raczej wycofanym Dudą jako człowiek nieprzebierający w słowach. Także w swojej późniejszej roli europosła PiS-u rzucał się w oczy swoimi bardzo krytycznymi uwagami pod adresem Niemiec oraz bardzo osobistą krytyką kanclerz Angeli Merkel, która była Polsce niezwykle przyjazna.
Na planie ogólniejszym okoliczności rozmowy ujawniały charakterystyczną cechę traktowania Niemiec przez wysokich funkcjonariuszy PiS-u, co mogłem zaobserwować także przy innych okazjach. Mówiąc obrazowo, byli oni przez wzgląd na politykę wewnętrzną bardzo szybko gotowi uderzyć oficjalnie w wysokie tony, przedtem nie zawsze się zastanawiając, jak później się z tego wycofać. Frapująca była także różnica między nastawioną na konflikt publiczną inscenizacją a rzeczywistą, dążącą raczej do zgody praktyką działania.
Im dłużej trwała władza PiS-u, tym wyraźniej było widać, że polityka zagraniczna nowego kierownictwa państwa była i jest bezpośrednią funkcją jego polityki wewnętrznej. Tego rodzaju uwarunkowania są regułą w polityce międzynarodowej. Także w innych państwach polityka wewnętrzna wpływa na zagraniczną. W Polsce te zależności są jednak o wiele silniejsze niż na przykład w Niemczech. Jeżeli determinują je wyłącznie potrzeby bieżącej polityki wewnętrznej, to w polityce zagranicznej pojawiają się komplikacje.
Godne uwagi są także powód rozmowy i poruszenie, jakie ten temat wywołał najwidoczniej w kręgach obozu rządzącego. Wysokiej rangi europejski polityk legitymujący się niemieckim paszportem wyraża się krytycznie o Polsce. Pierwsza polska reakcja - wezwanie na rozmowę niemieckiego ambasadora - ujawnia dosyć osobliwe rozumienie europejskich instytucji i decydentów na tym szczeblu. Czy niemiecki ambasador może rzeczywiście coś wnieść do interpretacji stanowisk wysokich rangą polityków europejskich, którzy wypowiadają się jako przedstawiciele struktur unijnych?
Spojrzenie na Europę obozu rządzącego w Warszawie jest poza kilkoma wyjątkami narodowe. Polityczna koncepcja kontynentu, jaką reprezentuje, to Europa ojczyzn z gaullistowską domieszką. Decyzje większościowe, podjęte wbrew woli Polski, oceniane są w Warszawie niejednokrotnie podejrzliwie jako machinacje starszych członków Unii, najczęściej Niemiec. Nierzadko otwarcie mi zarzucano, że za negatywnymi dla Polski decyzjami w Brukseli czy Strasburgu kryje się niewidzialna "niemiecka ręka".
Wszystko to zdradzało już na wczesnym etapie, że Polska nie ma zamiaru dostosowywać się do normalnych procedur przyjętych między sąsiadami, partnerami i bliskimi sojusznikami. Ze starym rządem musieliśmy oczywiście także pertraktować w trudnych sprawach. Przyświecał nam jednak przy tym wspólny cel unikania w miarę możności publicznych kontrowersji, co w zasadzie odpowiadało także stylowi negocjacji w Europie.
Nie odpowiadało to jednak nowemu rządowi PiS-u. Nawet jeśli bezpośrednie rozmowy przebiegały harmonijnie, to w przypadku wątpliwości szukano publicznej konfrontacji, aby wobec własnego obozu politycznego zademonstrować "przeciwstawianie się Niemcom". Szorstkie publiczne wypowiedzi prominentnych przedstawicieli obozu rządowego na temat postawy rządu federalnego Niemiec wobec wojny Rosji przeciwko Ukrainie pokazały, że prośba o rozmowę na początku 2016 roku nie była bynajmniej wypadkiem przy pracy, lecz wczesną zapowiedzią nowego stylu będącego odzwierciedleniem dobrze przemyślanej polityki.
Zapoczątkowana przez Jarosława Kaczyńskiego rewolucja konserwatywna mierzy się z trudnym wyzwaniem. Wybory parlamentarne w październiku 2023 roku zadecydują o tym, czy Polska będzie iść dalej drogą w kierunku demokracji nieliberalnej a la Orban, czy też po zwycięstwie opozycji powróci do europejskiego centrum. Rząd prowadzi wyraźnie antyniemiecką i antyeuropejską, spolaryzowaną kampanię wyborczą, wzmacniając skrzydło radykalne. Powrót do status quo ante sprzed przejęcia władzy przez PiS wydaje się prawie niemożliwy.
Zdobycie władzy
Kiedy 8 kwietnia 2014 roku przybyłem do Warszawy, aby objąć swoje nowe obowiązki, i zostałem życzliwie przyjęty przez urzędnika protokołu dyplomatycznego, nie przypuszczałem, jakich politycznych zmian doświadczę w Polsce w następnych latach.
Początkowo wszystko szło jak z płatka. Szybko złożyłem na ręce prezydenta listy uwierzytelniające. Członkowie rządu chętnie pojawiali się na pierwszych przyjęciach organizowanych przeze mnie - tak przynajmniej twierdzili. Krótko mówiąc, miałem nieodparte wrażenie, że jestem mile widzianym partnerem do rozmów w zaprzyjaźnionym sąsiednim kraju. Pierwszy kryzys ukraiński z początku 2014 roku, kiedy Rosja zaanektowała Krym i wywołała konflikt militarny na Ukrainie Wschodniej, nie był chyba okazją do sporu na płaszczyźnie bilateralnej, raczej wydawał się wskazywać na konieczność większego niż kiedykolwiek zacieśnienia wzajemnych relacji między Niemcami i Polską w obliczu rosyjskiego zagrożenia.
Tak myśleli w każdym razie ówczesny liberalno-konserwatywny rząd pod przewodnictwem premiera Donalda Tuska (który został później przewodniczącym Rady Europejskiej) i wywodzący się z tego samego obozu poprzedni prezydent Polski Bronisław Komorowski. Mniej więcej po roku stanowisko to zaczęło się zmieniać. Wraz z nieoczekiwanym zwycięstwem Andrzeja Dudy, kandydata PiS-u na prezydenta, już w 1. turze 10 maja 2015 roku (2. tura odbyła się 24 maja 2015 roku) nastała nowa era, którą 25 października tego samego roku przypieczętowało zwycięstwo partii Kaczyńskiego w wyborach parlamentarnych.
Doświadczenia z pierwszymi rządami PiS-u w latach 2005-2007 skłaniały do obaw, że ścisła, oparta na zaufaniu współpraca niemal na wszystkich polach przeobrazi się we wzajemną nieufność oraz sceptycyzm na płaszczyźnie europejskiej.
Podczas pierwszego półrocza zmiany nie były prawie widoczne. Polska weszła w fazę kohabitacji nowo wybranego, wspieranego przez PiS prezydenta z liberalno-konserwatywną większością parlamentarną. Takie sytuacje nie są niczym niezwykłym w społeczeństwach demokratycznych. W Polsce również miało to miejsce już wcześniej.
Zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej z 17 października 1997 roku rząd oparty na większości parlamentarnej ponosi główną odpowiedzialność za kształtowanie polityki. Dlatego przewodniczący PiS-u Kaczyński dążył do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Triumf odniesiony w wyborach prezydenckich stanowił pierwszy konieczny etap na drodze do zdobycia władzy.
Sprawująca rządy od dwóch kadencji Platforma Obywatelska Donalda Tuska, tworząca z PSL-em rząd koalicyjny, wpadła w szok, bo była pewna zwycięstwa swego popularnego kandydata. Sprawujący urząd, wywodzący się z jej szeregów Bronisław Komorowski długo prowadził w sondażach. On sam i wspierające go siły liberalne, chrześcijańsko-demokratyczne i umiarkowanie konserwatywne czuły się pewne zwycięstwa i poprzestały na kampanii wyborczej prowadzonej z Kancelarii Prezydenta RP.
Komorowski w swojej strategii stawiał na ciągłość i kontynuację pomyślnego rozwoju gospodarczego, który w przeciągu 15 lat uczynił z Polski lokomotywę gospodarczą w Europie. I rzeczywiście w 2019 roku Polska osiągnęła już 2/3 średniego unijnego dochodu i nawet w latach kryzysu finansowego 2008-2009, kiedy gospodarki narodowe w innych państwach unijnych dosłownie padały jedna za drugą, wykazywała wciąż jeszcze pewien wzrost gospodarczy.
Uwidoczniło się jednak rosnące niezadowolenie części polskiego społeczeństwa z szybkiej politycznej i gospodarczej transformacji Polski po przystąpieniu do UE, transformacja ta wydawała się rodzić niebezpieczeństwo, że mniej dynamiczne grupy społeczne nie sprostają nowym wyzwaniom. Dołączyło się do tego bliżej nieokreślone uczucie, że brakuje szacunku w sferze polityki społecznej. To subiektywne uczucie niezadowolenia szerokich kręgów społecznych z liberalnej, stawiającej na globalizację polityki gospodarczej poskutkowało utratą zaufania do polskich elit politycznych.
Przyczyniły się do tego w pewnym stopniu doniesienia o skandalach, które prawdopodobnie były przeciekami ze służb specjalnych. Na początku 2015 roku ujawniono podsłuchy z rozmów wysokich rangą polityków ówczesnego obozu rządowego. Nagrania, na których słychać było po części niewybredne słownictwo, zostały wykorzystane przez zainteresowane tym kręgi, by wzbudzić nieufność wobec rzekomo wyniosłych i oderwanych od rzeczywistości kadr kierujących państwem.
Do tego stosunkowo młody rywal dotychczasowego prezydenta Andrzej Duda prowadził z dużym zaangażowaniem swoją kampanię wyborczą. W swoim docierającym wszędzie autobusie przemierzał kraj, nawiązywał bezpośrednie kontakty z wyborcami i szybko zjednywał sobie tym ludzi, zwłaszcza w biedniejszych częściach Polski. Dlatego nie mogło na koniec dziwić, że kandydat PiS-u ostatecznie wygrał wybory niewielką przewagą głosów. Decydujące o wygranej głosy zdobył Duda na wsi, na wschodzie i południu kraju, gdzie PiS był i jest tradycyjnie silny.
Bezpośrednie wybory powszechne dają prezydentowi silną legitymację polityczną. Inaczej niż prezydent Niemiec dysponuje on większymi prerogatywami, przede wszystkim w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa.
W polityce wewnętrznej jego władza przejawia się głównie w realnej możliwości blokowania inicjatyw ustawodawczych. Może na przykład odwołać się do Trybunału Konstytucyjnego albo zawetować projekty ustaw, Sejm jednak może odrzucić weto prezydenta kwalifikowaną większością 3/5 głosów w obecności minimum połowy ustawowej liczby posłów. Początkowo Duda w zasadzie nie korzystał ze swojej ostrej broni w postaci weta.
W kilku ważnych przypadkach jednak, przede wszystkim podczas swojej drugiej kadencji, zdystansował się wobec większości rządowej. Tak na przykład wetem z 27 grudnia 2021 roku zablokował projekt ustawy umożliwiającej kontrolę krytycznej wobec rządu prywatnej stacji telewizyjnej TVN. Ustawa nie była expressis verbis skierowana przeciwko tej największej amerykańskiej inwestycji w Polsce, oznaczałaby jednak utratę przez Discovery Channel, właściciela TVN, koncesji na nadawanie programów telewizyjnych. Ponieważ PiS nie dysponuje w Sejmie wymaganą większością, żeby odrzucić prezydenckie weto, to ważne przedsięwzięcie zakończyło się niepowodzeniem dla tej partii.
Zgłaszając kolejne weto przeciwko rządowemu projektowi ministra edukacji Przemysława Czarnka o zaostrzeniu kontroli nad systemem wychowania, prezydent odrzucił drugą kontrowersyjną reformę. W końcu podjął próbę pośrednictwa w sporze o praworządność między większością rządową a UE, przedkładając kompromisową propozycję, na którą zgodziła się wprawdzie koalicja rządowa, ale sam prezydent skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie do chwili przygotowania do druku niniejszej książki wciąż jeszcze tkwi, blokując wypłaty z europejskiego Funduszu Odbudowy.
We wszystkich tych trzech przypadkach prezydent w ograniczonej mierze obrał kurs kolizyjny w stosunku do rządu. Do zmiany mogło przyczynić się to, że Duda po dwóch kadencjach nie może już zostać wybrany po raz trzeci, jest więc mniej zależny od szefa partii Kaczyńskiego i próbuje teraz dokonać bilansu swojej kariery. Pogrzebanie lex TVN oraz związana z tym poprawa relacji z administracją Joe Bidena po latach rządów Donalda Trumpa świetnie się do tego nadają. Nadal jednak trzeba się liczyć z krytycznymi pod adresem Niemiec wypowiedziami także prezydenta podczas kampanii wyborczej w 2023 roku.
Obejmując urząd, prezydent Duda uosabiał nowy polityczny początek dla tych, którzy uważali, że stracili na transformacji w Polsce.
Kierownictwo PiS-u musiało zdawać sobie sprawę z własnego braku doświadczenia w polityce zagranicznej. Dlatego zaproszono na rozmowę z kandydatem Dudą mnie wraz z moim francuskim kolegą Pierre'em Bühlerem, wielkim znawcą Polski, który już drugi raz pełnił w tym kraju obowiązki dyplomatyczne. Zastanawialiśmy się przez chwilę z Pierre'em, czy taka anonsowana jako poufna rozmowa może zostać uznana za niedozwoloną ingerencję w walkę wyborczą. Niezależnie od siebie doszliśmy do wniosku, że obowiązek poznania poglądów na politykę zagraniczną kandydata, który ma duże szanse wygranej, jest ważniejszy niż niebezpieczeństwo mylnych interpretacji. Zgodził się z nami także Jaromir Sokołowski, doradca urzędującego prezydenta Komorowskiego do spraw polityki zagranicznej, którego zawiadomiliśmy zaraz po rozmowie.
Miała się ona odbyć w budynku, gdzie znajdują się biura Sejmu, niższej izby polskiego parlamentu. Kandydatowi PiS-u na prezydenta Dudzie towarzyszył Waszczykowski, wtenczas ekspert tej partii do spraw polityki zagranicznej i późniejszy minister spraw zagranicznych. Brodaty, lekko korpulentny były dyplomata Waszczykowski położył zasługi, pełniąc funkcję polskiego ambasadora w Iranie. Mówił doskonale po angielsku. W latach studenckich spędził jakiś czas na uniwersytecie w stanie Oregon w USA.
Pod względem merytorycznym uchodził w PiS-ie za twardogłowego. Na krótko przed spotkaniem dowiedziałem się od swojego znakomicie poinformowanego współpracownika protokołu Haralda Kabsy, kutego na cztery nogi starego wygi, że przed wejściem do budynku, gdzie miała odbyć się rozmowa, utworzył się już wianuszek czekających dziennikarzy. Powołując się na uzgodnienia co do poufnego charakteru rozmowy, zażądaliśmy z moim francuskim kolegą zmiany lokalizacji spotkania, co nam też przyrzeczono.
Treść samej rozmowy była bardzo banalna. Mówił właściwie tylko Waszczykowski. Sam kandydat ku naszemu zaskoczeniu milczał, ograniczając się do słuchania, co wydawało się wynikać nie tylko z jego wtedy jeszcze niedostatecznej znajomości angielskiego. W niektórych momentach Pierre i ja mieliśmy nawet wrażenie, że miło uśmiechającemu się Dudzie obcesowa krytyka niemieckiej i francuskiej polityki europejskiej wydawała się zbyt daleko idąca.
Jak należało się obawiać, pomimo zmiany lokalizacji gromadka dziennikarzy, która wbrew ustaleniom czekała na zewnątrz, chciała po zakończeniu spotkania usłyszeć od Dudy ocenę rozmowy z ambasadorami, a od nas ocenę osoby kandydata i jego poglądów na politykę zagraniczną. Oczywiście nie zamierzaliśmy z francuskim kolegą brać udziału w tego rodzaju widowisku medialnym. Szybko i w milczeniu, w błysku fleszy opuściliśmy to miejsce.
Głównym celem inicjatorów rozmowy po polskiej stronie była najwidoczniej chęć pokazania Dudy jako kandydata wiarygodnego na płaszczyźnie międzynarodowej, zwłaszcza dla europejskich graczy wagi ciężkiej - Francji i Niemiec. Chociaż polityka zagraniczna rzadko pełni istotną rolę podczas walk wyborczych w Niemczech i Polsce, to jednak godny uwagi był fakt, że kierownictwu PiS-u, sceptycznego w stosunku do Niemiec i Europy, zależało na poświadczeniu braku zastrzeżeń wobec swojego kandydata ze strony Berlina i Paryża. Jak już miało to miejsce przy innej okazji, także i w tym wypadku nie można było polegać na wcześniejszych ustaleniach protokolarnych. W ten sposób nie buduje się zaufania.
Prezydent Duda zachowywał się od objęcia urzędu na początku sierpnia 2015 roku do wyborów parlamentarnych pod koniec października tego samego roku raczej powściągliwie. Także obsadzanie czołowych stanowisk w jego kancelarii nie dało powodów do negatywnych spekulacji. Koleżanki i koledzy w kancelarii prezydenta zarówno w dziale polityki międzynarodowej począwszy od doradcy Krzysztofa Szczerskiego do urzędników niższego szczebla, jak i w biurze bezpieczeństwa narodowego byli pragmatykami o wysokich kwalifikacjach. Niektórych znałem jeszcze z wcześniejszych placówek zagranicznych. Z reguły byli też w krótkim czasie gotowi do rozmów. Abstrahując od różnic co do meritum, ja i moi współpracownicy mogliśmy kooperować z członkami kancelarii prezydenckiej zawsze rozsądnie i na gruncie zaufania, zwłaszcza przy organizacji wizyt na wysokim szczeblu.
Kilku moich kolegów ambasadorów, a także ja interpretowaliśmy rezerwę prezydenta w kwestiach merytorycznych i skład sztabu jego doradców w ten sposób, że PiS ze swojego interludium jako partia rządząca w latach 2005-2007 wyciągnął wniosek, że teraz należy działać ostrożniej, aby znów nie stracić za szybko władzy.
Ta wstępna analiza miała się jednak okazać jaskrawą pomyłką. Jarosław Kaczyński, niekwestionowany lider PiS-u, wyciągnął z błędów przeszłości wniosek wręcz przeciwny, tj. że należy działać szybciej, radykalniej i bardziej bezkompromisowo. Nikogo nie martwił już fakt, że dla uzyskania większości absolutnej w Sejmie wystarczyło raptem 37,6% oddanych głosów oraz że niemal 50% wyborców nie poszło do urn.
Taki rezultat możliwy był głównie dlatego, że polskie prawo wyborcze preferuje wielkie partie i przewiduje pięcioprocentowy próg wyborczy dla pojedynczych partii i ośmioprocentowy dla koalicji wyborczych. Polska lewica popełniła pamiętną pomyłkę, wchodząc w sojusz z mniejszymi partiami, i o włos nie przekroczyła progu wymaganego dla koalicji. Tym samym głosów oddanych na Zjednoczoną Lewicę w całości nie uwzględniono i zabrakło tej siły politycznej w nowym Sejmie.
Mając świadomość swojej ograniczonej popularności w społeczeństwie, Kaczyński zgłosił się do wyborów nie jako czołowy kandydat swojej partii, ale i po nich nie zajął stanowiska premiera. Kierował rządem z ławy poselskiej formalnie jako szeregowy poseł. Tylko ktoś, kto już pracował w aparacie rządowym, może ocenić, jak ogromne problemy logistyczne i administracyjne stwarza taka struktura.
Niezależnie od wszelkich problemów strukturalnych Kaczyński był i jest dominującą osobowością w obozie PiS-u. Nawet jeżeli scedował prowadzenie polityki gospodarczej niemal zupełnie na Morawieckiego, to sam podejmuje wszystkie ważne decyzje. Jest wybitnie utalentowanym taktykiem, nawet krytycy doceniają jego dużą inteligencję i encyklopedyczną wiedzę. W swojej biografii jawi się jako oddany syn, w szczególny sposób związany z matką aż do końca jej życia. Chciał ją chronić, dawkując jej stopniowo i powoli prawdę o tragicznej śmierci brata bliźniaka. Ta śmierć także jego samego poruszyła do głębi. Nie spoczął, dopóki na centralnym placu Piłsudskiego w Warszawie nie stanęły statua Lecha Kaczyńskiego oraz pomnik upamiętniający ofiary katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem.
W rozmowach politycznych występuje jako twardy, a niekiedy nawet szorstki interlokutor, co w trakcie spotkań dał odczuć nawet ówczesnej kanclerz Angeli Merkel. Z tego powodu za pierwszych rządów PiS-u w latach 2005-2007 wolała ona kontakt z bardziej umiarkowanym z bliźniaków - prezydentem Lechem Kaczyńskim niż z jego bratem. Jarosław, obecnie silny przywódca PiS-u, żywi wielką nieufność zarówno wobec Niemiec, jak i wobec Rosji. Unię Europejską uważa w dużej mierze za instrument Niemiec do forsowania własnych interesów. Jeśli idzie o posunięcia taktyczne, potrafi bardzo zręcznie lawirować między rozmaitymi nurtami we własnej rodzinie partyjnej. Raz zwycięża w niej skrzydło raczej umiarkowane, to znów bardziej radykalne. Kaczyński nie stara się brylować, wygłaszając błyskotliwe przemówienia, za to chętnie roztacza wokół siebie nimb tajemniczości. Swoją siłę czerpie z bezkompromisowości, z jaką reprezentuje własne stanowisko na zewnątrz. Jego uczciwość nadszarpnęły nieco relacje medialne o nieprzejrzystych interesach w handlu nieruchomościami.
Na temat tego, czy Kaczyński jest także dobrym strategiem, zdania są podzielone. Wątpią w to nawet wysokiej rangi działacze jego partii. Z całą pewnością jest architektem jak dotychczas sześciu wyborów wygranych po kolei. Jednak ze swoim światopoglądem, bardzo silnie nacechowanym narodowo i skoncentrowanym na Polsce, pozostaje niewolnikiem zabarwionych ideologicznie wyobrażeń wroga i stereotypów. Wprawdzie w określonych częściach polskiego społeczeństwa można się w każdej chwili do nich odwołać i zmobilizować zwolenników, ale pod wieloma względami raczej nie przyczynią się one do rozwiązania problemów współczesnego świata.
Po wygranych wyborach parlamentarnych pod koniec 2015 roku najważniejsze stanowiska w państwie, od prezydenta do niższych szczebli, należały do PiS-u. Wspólna lista Zjednoczonej Prawicy zdobyła większość w obydwu izbach polskiego parlamentu. Dało jej to możliwość dowolnego ustalania porządku obrad w parlamencie oraz wyznaczania wszystkich przewodniczących komisji parlamentarnych, przez co zepchnęła opozycję na margines.
Wielokrotnie wyzyskiwano tę korzystną dla siebie sytuację do forsowania w Sejmie kontrowersyjnych ustaw. Taktyka ta skuteczna była zwłaszcza na początku, kiedy większość w Sejmie i Senacie znajdowała się jeszcze w rękach obozu rządowego. Po tym, jak opozycja po wyborach parlamentarnych w 2019 roku utworzyła w Senacie koalicję zapewniającą jej co prawda niewielką, ale jednak większość, rząd był zmuszony nieco bardziej liczyć się z nią w kwestiach formalnych. Jednak z uwagi na swoją słabą pozycję w procesie legislacyjnym Senat mógł co najwyżej opóźniać głosowania nad kontrowersyjnymi zapisami ustaw, ale z zasady nie był w stanie ich zablokować.
Nowy rząd zajął się najpierw polityką społeczną. Jej okrętem flagowym został program "Rodzina 500 plus", na tej podstawie każda rodzina mogła wnioskować o 500 zł, tj. w przeliczeniu około 110 euro, na dziecko, zaczynając od drugiego. Jeśli zestawić tę kwotę ze średnią płacą w Polsce, która wynosiła wtedy 5100 zł, czyli w przybliżeniu 1100 euro, to łatwo zrozumieć, jak popularne było i jest wprowadzenie tego rozwiązania w ogromnej większości społeczeństwa. Tymczasem przed wyborami w 2023 roku PiS zaproponował znaczne podwyższenie tego świadczenia z powodu galopującej inflacji.
Tym i innymi społecznymi posunięciami, mającymi przede wszystkim zapobiec spadającemu wskaźnikowi urodzeń w Polsce, PiS trafiło w nerw społeczeństwa, co mogło być przyczyną zwycięstw tej partii we wszystkich wyborach od 2015 roku. Wprowadzenie świadczenia na dzieci było wprawdzie bardzo kosztowne, ale można je było sfinansować. Uruchomiony przez ten program popyt i odpowiednio wyższe dochody z podatków nie obciążyły nadmiernie budżetu, najwidoczniej jednak przyczyniły się do wyższej inflacji w Polsce, która w połowie 2023 roku była dwukrotnie wyższa od inflacji w strefie euro. Tymczasem społeczne przedsięwzięcia odwracały uwagę wielu ludzi w kraju od bardziej problematycznych, podejmowanych przez rząd decyzji transformacyjnych.
W ostatnich latach wskaźnik przestępczości spadł w świetle oficjalnych statystyk. Polskie miasta są bezpieczne. Liczba osadzonych w polskich więzieniach jest procentowo wyższa niż w niemieckich. Prawie nie ma osławionych kradzieży samochodów, którymi parały się polskie organizacje przestępcze. Dzisiaj niemiecka i polska policja zwalczają wspólnie i skutecznie, m.in. dzięki Polsko-Niemieckiemu Centrum Współpracy Służb Granicznych, Policyjnych i Celnych w przygranicznym Świecku, międzynarodową przestępczość zorganizowaną, czerpiącą korzyści ze swobodnego przepływu towarów i osób w UE.
Kolejnym źródłem sukcesu PiS-u i jego sojuszników było to, że z szerokim poparciem elektoratu tej partii spotkały się żądania szacunku zarówno dla zwykłych ludzi w kraju, jak i za granicą dla polskich dokonań. Akurat w tym kontekście pojawił się wątek niemiecki. Niemcom zarzucano pomijanie Polski w ważnych sprawach. Nawet polska opozycja zarzucała nam, że debata migracyjna z 2015 roku była gwoździem do trumny starej koalicji rządzącej, która przez to utraciła większość. Niepewności i opóźnienia, jakie pojawiły się, zanim nastąpił zwrot w polityce Niemiec wobec Rosji, roznieciły tę debatę na nowo.
The winner takes it all
Nowa większość rządowa objęła władzę, składając obietnice poprawy społeczno-ekonomicznej sytuacji szerokich kręgów polskiego społeczeństwa, wzmocnienia międzynarodowej pozycji Polski i przeprowadzenia "rewolucji konserwatywnej", jak to kiedyś sformułował sam Kaczyński. Najważniejszym punktem było przy tym dokończenie niepełnej z perspektywy PiS-u zmiany systemu z 1989 roku. Wymagało to zarówno twardego zwalczania "postkomunistycznych układów" wewnątrz kraju, jak i liberalnych wpływów z Zachodu. Program rządowy rozłożony był na dłuższy okres niż tylko jedną kadencję i wymagał strukturalnego zagwarantowania układu większościowego przez dłuższy czas. W polityce wewnętrznej wzorem były Węgry Viktora Orbana, które jednak różniły się od Polski pod wieloma względami.
Po pierwsze Kaczyński jest naturą bardziej zideologizowaną niż elastyczniejszy, lub jak kto woli, bardziej oportunistyczny Orban. To czyni go bardziej podatnym na uzależnienie od radykalnych "harcowników" w prawicowych mediach, przy których sam sprawia czasem wrażenie polityka umiarkowanego. Po drugie Kaczyński nie dysponuje, tak jak Orban na Węgrzech, większością parlamentarną, umożliwiającą zmianę konstytucji. Ponadto od czasu wyborów parlamentarnych w 2019 roku musi jakoś sobie radzić ze zdominowanym przez opozycję Senatem, który może poprzez odrzucenie ustaw opóźniać ich przyjęcie, ale nie może ich zablokować. Także w polityce w stosunku do Rosji od czasu rosyjskiej inwazji na Ukrainę zarysowują się duże różnice między Polską a Węgrami, co znacznie ochłodziło stosunki bilateralne.
Nawet na prezydenta, który wedle konstytucji może teoretycznie zablokować każdy projekt ustawy, nie można całkowicie liczyć. Ma to swoje konsekwencje dla tempa i politycznych kosztów przebudowy.
Kaczyński i jego najbliżsi zwolennicy widzieli w ewolucyjnym charakterze przełomu 1989/1990 zdradę polskiego narodu, ponieważ nie pozbyto się wtedy całkowicie starych elit komunistycznych. W ich opinii niedokonanie wtedy systematycznego sprawdzenia politycznej wiarygodności tych grup, sprawiło, że zachowały one nadal, także w nowej III RP, decydujące wpływy w ministerstwach, systemie prawnym i w dużej części mediów.
Partia Kaczyńskiego tworzyła szybko, w sposób bezkompromisowy i nieodwołalny fakty dokonane, aby złamać opór - przynajmniej na początku - buntującego się polskiego społeczeństwa. Środkami na tej drodze były fundamentalna przebudowa polskiego systemu prawnego, polityczna kontrola państwowych mediów elektronicznych, masowa wymiana elit w administracji i przedsiębiorstwach państwowych oraz kulturowa wojna z tzw. antypolskimi wpływami. Fiaskiem zakończyły się jak na razie próby ograniczenia niezwykle żywotnych mediów prywatnych.
Rezultatem jest społeczna polaryzacja, jakiej Polska dawno nie widziała. Ogólnie rzecz biorąc, kraj oddala się od liberalnego, pluralistycznego porządku, który stanowił jeszcze w 2004 roku fundament jego przystąpienia do UE, i zmierza w kierunku demokracji nieliberalnej
Generalna zasada postępowania PiS-u po 2015 roku brzmiała prosto: The winner takes it all. Partia i jej sojusznicy wygrali wybory w sposób demokratyczny i zyskali tym samym - w swoim mniemaniu - prawo, by w możliwie największym stopniu przejąć kontrolę nad wszystkimi instytucjami istotnymi dla sprawowania władzy. Te instytucje, które mogłyby się przeciwstawić zamierzonemu fundamentalnemu przekształceniu państwa i społeczeństwa, takie jak wymiar sprawiedliwości, media lub administracja, należało w konsekwencji obsadzić ludźmi politycznie lojalnymi lub je zwalczać, tak jak np. liberalne media prywatne.
Aspiracje były ogromne, z realizacją nie wszystko poszło jednak gładko. Polskie społeczeństwo nieraz w swojej historii udowadniało swoje umiłowanie wolności i niezłomność. Tak np. masowe demonstracje wielokrotnie doprowadzały do fiaska prób zaostrzenia prawa aborcyjnego. Nieoczekiwany sprzeciw prezydenta, który wzbraniał się przed podpisaniem określonych projektów ustaw, opóźniał, a nawet udaremniał niektóre reformy. Krytyka ze strony Komisji Europejskiej i wiele wyroków Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej przynajmniej powstrzymały mniejsze częściowe posunięcia zmierzające do reformy prawa. Liberalne media nadal są bardzo krytyczne, dlatego są cierniem w oku większości rządowej.
Systemowa transformacja państwa prawa
Systemowa transformacja sądownictwa była pierwszym zamierzeniem, za które zabrał się nowy polski rząd. Pomimo zażartego oporu sędziów i opozycji parlamentarnej rząd posunął się w tej dziedzinie najdalej. Celem jest osłabienie niezależności wymiaru sprawiedliwości przez posunięcia strukturalne, takie jak upolitycznienie procedur nominowania sędziów i mechanizmy dyscyplinujące, a także przez zmiany personalne poddanie sędziów kontroli obozu rządzącego. W ten sposób radykalnie wyważono "z zawiasów" całą strukturę władzy III RP bez formalnej zmiany konstytucji.
Przebudowa polskiego wymiaru sprawiedliwości budzi tak w kraju, jak i za granicą ogromne kontrowersje. Opozycja początkowo gwałtownie protestowała przeciwko temu, osiągając nawet pewną mobilizację swoich zwolenników w ulicznych manifestacjach. Tymczasem demonstracje wygasły. Komisja Europejska, Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka przy OBWE, Komisja Wenecka Rady Europy i inne organy poddały te posunięcia ostrej krytyce.
Od kilku lat w unijnej Radzie do Spraw Ogólnych toczy się na podstawie art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej postępowanie przeciw Polsce z powodu systemowego naruszania praworządności. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej kilkakrotnie skazał Polskę w postępowaniach o naruszenie wartości Unii i zatrzymał określone części reformy. Komisja Europejska zablokowała po pewnym wahaniu i pod naciskiem Parlamentu Europejskiego ważną pomoc finansową dla Polski.
Prawie nikt w Polsce by nie zaprzeczył, że krajowy system wymiaru sprawiedliwości wymaga reform. Jego bolączką jest przewlekłość postępowań i inne "patologie", jak to określa rząd. Wiele Polek i wielu Polaków zaakceptowałoby bez zastrzeżeń zmiany, które podniosłyby wydajność tego systemu. Czym innym jest jednak reforma wbrew woli środowiska sędziowskiego, zmierzająca do politycznej kontroli nad wymiarem sprawiedliwości.
Powołując się na opór sędziów przeciwko reformie, rząd wyciąga wniosek, że system wymiaru sprawiedliwości jest ciągle jeszcze obsadzony przez stare kadry z czasów komunistycznych. Te stare kadry - tak brzmi argumentacja - zbudowały korporacyjny system, w którym jakoby jeden chroni drugiego i nawet przestępstwa zamiatane są pod dywan. Ponadto w jego ocenie liberalne w większości środowisko sędziowskie sprzysięgło się przeciwko reformie i chce obalić rząd. Jednak w chwili rozpoczęcia reformy blisko 95% sędziów objęło swój urząd po 1990 roku, nie mogli zatem zostać pociągnięci do odpowiedzialności za grzechy swoich poprzedników.
Posunięcia przeciwko sędziom wyglądały, jeśli idzie o tendencję, tak samo na wszystkich płaszczyznach wymiaru sprawiedliwości. Obóz rządowy rozstrzygnął na swoją korzyść spór i przejął kontrolę nad sądami i strukturami zawodowymi sędziów poprzez przekształcenie mechanizmów ich nominowania i dyscyplinowania. Centralnym punktem reformy była i jest transformacja Krajowej Rady Sądownictwa, zawodowej organizacji sędziowskiej, która najpierw włączyła do swojego składu nowych sędziów. Na podstawie reformy procedury nominacyjne członków KRS leżą teraz w gestii Sejmu, który podejmuje decyzję zwykłą większością głosów. Takie rozwiązanie dało gwarancję, że powołani zostaną tylko sędziowie przychylni obozowi rządowemu.
W tym kontekście polska strona argumentowała niezmiennie, że także w innych państwach, na przykład w Niemczech, w procedurze nominowania sędziów biorą udział również instancje polityczne. To twierdzenie nie jest w zasadzie błędne. Tyle że w Niemczech funkcjonują różnorakie mechanizmy zapobiegające jednostronnemu upolitycznieniu sędziów. Wysokie wymogi kompetencyjne pod adresem sędziów gwarantują w Niemczech profesjonalną obsadę tych stanowisk. Dożywotni status zapewnia następnie niezależność. Ponieważ wymiar sprawiedliwości leży w Niemczech w gestii landów, to istniejące w nich rozmaite konstelacje polityczne dają też w sumie rękojmię pluralistycznej obsady wysokich stanowisk sędziowskich. Ponadto wymogi wyboru sędziów federalnych większością kwalifikowaną dają gwarancję pluralistycznej obsady najwyższych sądów federalnych.
Pierwszym wielkim punktem spornym był po objęciu rządów przez PiS skład Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. W budzącym wątpliwości postępowaniu dotychczasowi sędziowie tych instytucji zostali z naruszeniem norm konstytucyjnych usunięci ze stanowisk i zastąpieni przez ludzi posłusznych PiS-owi.
Jeden z mianowanych przez PiS sędziów Trybunału Konstytucyjnego był prokuratorem przed transformacją ustrojową w Polsce i członkiem PZPR, co robi dziwne wrażenie wobec deklarowanej woli oczyszczenia wymiaru sprawiedliwości ze starych kadr. W rezultacie Trybunał Konstytucyjny we właściwie wszystkich ważnych sprawach nie podjął jak dotąd żadnej decyzji przeciwko rządowi. Natomiast innych spraw nie kierowano do Trybunału, ponieważ jego orzeczenia można było przewidzieć. Z pewnością niektóre z jego rozstrzygnięć pogłębiły jeszcze społeczną polaryzację w Polsce.
Szczególnie problematycznym posunięciem okazało się utworzenie tzw. Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym, której powstanie pozwoliłoby usuwać niewygodnych sędziów i prokuratorów - i też rzeczywiście ich usuwano. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej już w 2018 roku wydał wyrok, że Izba nie daje wszystkich gwarancji bezstronności i niezależności i dlatego narusza prawo europejskie. W konsekwencji Komisja Europejska uzależniła wypłatę Polsce unijnych funduszy pomocowych od likwidacji Izby. Prezydent Duda przedłożył propozycję kompromisową, która wprawdzie zastępowała Izbę Dyscyplinarną Izbą Odpowiedzialności Zawodowej, ale sprzeciwił się przywróceniu do pracy zwolnionych sędziów. Wypłata środków europejskich pozostaje na razie zablokowana, ponieważ prezydent przekazał tę sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie utknęła do dziś.
W jak dużym stopniu obóz rządowy traktuje przebudowę wymiaru sprawiedliwości w Polsce w kategoriach politycznych, można rozpoznać choćby po tym, że minister sprawiedliwości we własnej osobie zaprosił mnie na pamiętną 2,5-godzinną rozmowę, w której wyjaśniał mi najpierw zalety nowego polskiego systemu wymiaru sprawiedliwości. Nie kryłem swego sceptycyzmu, w końcu zaczął więc mi schlebiać, przeceniając moje możliwości i wykazując przy tym całkowitą nieznajomość brukselskich procedur, i zabiegał o to, abym użył w Berlinie swoich wpływów w celu skłonienia Komisji Europejskiej do zajęcia mniej negatywnego stanowiska wobec polskiej reformy wymiaru sprawiedliwości. Ponieważ i tego nie mogłem mu z łatwych do zrozumienia powodów przyrzec, przeszedł do prób zastraszenia mnie, które odparłem.