Wrogowie Asgardu - Cinda Williams Chima

Kup ebooka

59.90 zł
49.72 zł (49,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przez wiele dni po spotkaniu z Liv tuż przed swoją egzekucją Eirik tkwił w krainie koszmarów, pomiędzy jawą a snem. Raz, gdy otworzył oczy, ujrzał modir Tyrę. Pochylała się nad nim, a gdy zobaczyła, że Eirik odzyskał przytomność, przysunęła do jego twarzy świecącą głowicę różdżki i posłała jego umysł w wir, który porwał go w wyjącą ciemność.

A może to nigdy się nie wydarzyło. Może tylko mu się przyśniło.

W głowie mieszały mu się stare i nowe wydarzenia, te, które sam przeżył, i inne, których nie znał. Ilekroć próbował je sobie poukładać, natykał się na przeszkody i bariery, których nie mógł przekroczyć. Wiedział na pewno tylko jedno - uczynił coś niewybaczalnego i zasługiwał przez to na śmierć.

Raz usłyszał głos Liv. Poczuł na czole jej stwardniałą dłoń. Rozchylił powieki - mignął mu przed oczami błękitny jedwab - a potem zakręciło mu się w głowie i znów zamknął oczy.

- Co mu jest?

- Nie wiem, dottir - rzekła Tyra. - Próbowałam pomóc mu w odzyskaniu przytomności, ale nie można do niego dotrzeć. Zapewne dlatego, że przeszedł przez martwe ziemie. Nikt jeszcze na nich nie przeżył. To wyjaśnia też, dlaczego zaatakował radę i Strażniczkę. Nigdy nie będzie już dla ciebie tym brodirem, którego pamiętasz.

Liv syknęła zdenerwowana.

- To nie jego wina.

- Może i nie, ale w tym stanie umysłu jest zagrożeniem dla nas wszystkich. - Tyra urwała, a potem dodała nieco ciszej: - Nie powinnaś spędzać tu tyle czasu, Ognioptaku. Niczemu to nie służy, a tylko złamiesz sobie serce.

Liv poprawiła posłanie Eirika.

- Okropnie jest widzieć go w tym stanie.

- Dlatego powinnaś była pozwolić, żeby egzekucja się dopełniła.

- Nie - odparła chłodno Liv. - Nie poddam się. Musi być coś, co można dla niego zrobić.

- On cię zdradzi, Heidin.

- To mój brodir. Niczego takiego nie zrobi.

- Nic na to nie poradzi. To tkwi w jego naturze. Heidin, twój fadir zdradził nas i jego syn również to uczyni.

Heidin? Przecież jego systir ma na imię Liv... Zapukało do niego wspomnienie: dziewczynka na brzegu morza... Ściskała w ręce amulet i powtarzała: "Nie nazywam się Liv".

I znów rozległ się głos Tyry, sącząc mu się do uszu niczym makowy syrop.

- Musisz pozwolić mu odejść. Jest zbyt wiele do zrobienia. - Po krótkiej chwili dodała: - Mam coś, co mu to ułatwi. Nie będzie cierpiał, obiecuję.

"Może tak byłoby najlepiej" - pomyślał sennie Eirik. Żadnego poczucia winy, żadnego cierpienia. Żadnej możliwości, że znów kogoś zabije. I - ponieważ nie wierzył w opowieści Björna o Walhalli - żadnej kary za śmierć w pościeli.

Liv uważała inaczej.

- Bez Eirika nigdy nie dotarłabym do domu - rzekła. - Na Archipelagu wzajemnie się o siebie troszczyliśmy... Znalazł się w tej sytuacji przeze mnie.

- Heidin, nawet jeśli odzyska świadomość, nie będzie mógł wrócić na Archipelag.

- Może zostać tutaj - upierała się Liv. - Kto nie wolałby Nowego Jötunheimu od Muckleholmu?

- Nie możesz trzymać tutaj asgardzkiego wojownika jak jakieś oswojone zwierzę! - zaprotestowała Tyra.

- Nie zapominaj, że mój fadir też był Asgardczykiem.

- Owszem - zgodziła się Tyra. - I dał nam iskrę boskości, której nam było trzeba. Wszyscy się poświęcaliśmy, żebyś mogła wstąpić na tron, który ci przysługuje. Martwię się, że nie patrzysz na nasze sprawy z perspektywy, że zaślepia cię przywiązanie, które...

- Modir, nie zmuszaj mnie, bym dokonała wyboru - rzekła Liv głosem zimnym i ostrym jak lód w środku zimy. - Może ci się nie podobać moja decyzja. A jeśli coś się stanie Eirikowi - cokolwiek - obwinię o to ciebie.

- Dobrze - powiedziała Tyra po długiej, pełnej napięcia chwili. - Miejmy nadzieję, że wszystko potoczy się pomyślnie.

I tak skończyła się ta rozmowa.

Eirik niewiele pamiętał z kolejnych dni - poza snami, które nawiedzały go i opuszczały... Kilka razy wyczuł obecność Liv - wpatrywała się w niego gniewnie, jakby mogła w ten sposób przywrócić mu przytomność i zdrowe zmysły.

Troskliwa służąca myła mu ciało i włosy i próbowała go przekonać, żeby zjadł choć trochę rosołu lub owsianki. Płoszyła się przy nim czasem niczym leśny kot. Próbował ją uspokoić, ale nie był w stanie wykrztusić z siebie nic zrozumiałego.

Przychodziła też do niego Tyra, która mąciła mu myśli, sącząc w nie jad.

"Stanowisz zagrożenie dla swojej systir. Ludzie obwiniają ją za to, co zrobiłeś. Jesteś przeszkodą na jej drodze ku wielkości. Czas Asgardczyków minął. Musisz odejść".

"Nigdy nie skrzywdziłbym Liv" - szeptał Eirik.

"Ale już to uczyniłeś. Dla niej byłoby najlepiej, żebyś postanowił przenieść się na tamten świat".

Nie potrafiłby rzec, jak długo tonął w oceanie żalu, czasem tylko wyczuwając, kto go odwiedza. Liv. Nie - Heidin. Liv już nie istniała. Tyra... Raz, gdy Eirik otworzył oczy, ujrzał, jak pochyla się nad nim zbrojny z kukułką bzową przypiętą do tuniki, ze sztyletem w ręku i z wrogim spojrzeniem.

- Troels! - syknął ktoś. - Zostaw go. Nie warto. Niedługo i tak wyciągnie nogi.

Eirik znów zamknął powieki i czekał, aż wbije się w niego ostrze - ale się nie doczekał.

Aż w końcu pewnego dnia z otchłani wyrwały go znajome głosy. Liv... i jeszcze ktoś. Desperacko płynął ku światłu. Już niemal przebił się na powierzchnię, gdy w jednej chwili się przebudził, czując się tak, jakby ktoś przesuwał płomień świecy przy jego szyi.

Otworzył oczy.

Pochylała się nad nim, kreśląc palcem nad jego obojczykiem jakiś wzór. Jej włosy pachniały kwiatami, ogniem i krzemieniem uderzającym o stal. Miała znajomą twarz, która przywiodła mu wspomnienie leczącego dotyku, pocałunków i pożegnań.

Ale kim była?

- Proszę - wyszeptał. - Zostań.

Złapał ją za smukłe, kruche nadgarstki, w obawie że zaraz zacznie blaknąć i rozpłynie się jak każdy dobry sen. W tym jednym śnie pragnął spędzić trochę więcej czasu.

- Nigdzie nie pójdę, Eiriku - odparła. - Ale musisz mnie puścić.

Eirik. Czy to tak się nazywał?

- Kim jesteś? - zapytał. - Chyba cię znam, ale nie pamiętam...

- Mam na imię Reggin. Poznaliśmy się w Langviku.

Powtórzył szeptem jej imię, żeby nie zapomnieć.

- Reggin.

Próbowała wysunąć dłonie, on jednak zacisnął mocniej palce na jej przedramionach.

- Nie opuszczaj mnie - poprosił, jakby odpływała od niego tratwą podczas straszliwej powodzi.

- Wrócę - rzekła - ale musisz mnie puścić. To boli.

- Przepraszam.

Rozluźnił uścisk.

Opadł znużony na łóżko i zapadł w sen - spokojny i uzdrawiający, taki, jakiego nie zaznał, odkąd ocknął się na brzegu Idavöllru.

Z początku przychodziła niemal co dzień, bywało, że nawet dwa razy. Często siadywała przy jego łóżku i wyjmowała flet. Czasem tylko to uciszało sny na jawie, które nieustannie szturmowały jego umysł.

Za każdym razem, kiedy odchodziła, szeptał:

- Nie opuszczaj mnie.

A Reggin powtarzała:

- Wrócę.

Liv zachodziła teraz do niego rzadziej - jakby była czymś zajęta w dzień i w nocy. Brakowało mu jej intensywnego, rozczarowanego spojrzenia.

I nadal - niemal zawsze nocą - wstępowała do niego modir Tyra. Też miała rozczarowaną minę, choć, jak się domyślał, z innych przyczyn. Kilka razy słyszał, jak sprzeczała się z Liv za drzwiami jego celi.

Nikt nie okazywał takiego uporu w kłótni jak jego systir Liv, ale Tyrze niewiele do niej brakowało.

Był świadomy tego, jak mijał czas - niczym statek zakotwiczony na wzburzonym morzu, unoszący się i opadający na falach, wystawiony na wiatr bezustannie zmieniający kierunek. Nie czuł się dobrze. Wiedział - lepiej niż ktokolwiek inny - że nawet doskonale skonstruowana łódź w końcu zatonie, jeśli zostawi się ją na łasce żywiołów.

Od trzech nocy Reggin próbowała się wyspać - bez powodzenia. Tej nocy, jak i w poprzednie, postanowiła, że nie będzie się dalej przewracać z boku na bok.

Usiadła, objęła rękami kolana i spojrzała ze złością na podniszczoną, starą różdżkę w kącie. Bursztynowy kamień świecił, odganiając cienie w kąty komnaty i złocąc jej skórę jak u kurtyzany. Domagał się jej uwagi jak drzazga pod skórą, od której zaczynało promieniować zakażenie.

W dzień wynajdywała sobie zajęcia i pracowała do wyczerpania, niczym szczur pędzący przez labirynt.

Rano i wieczorem zaglądała do celi Eirika, co przysparzało jej tylko frustracji. W geście, uśmiechu, błysku w oku świadczącym o tym, że ją rozpoznał, dostrzegała wikingra, którego kiedyś spotkała - a następnego dnia już go nie było. Czuła się tak, jakby wtaczała głaz na szczyt góry, a on zaraz potem wyślizgiwał się z jej rąk i spadał na sam dół.

Dwa razy dziennie chodziła do sali jadalnej, która wydawała się jej ogromna, takimi świeciła pustkami. Inni członkowie nowej rady rzadko tam bywali - albo wyjechali na Idavöllr, albo woleli jeść w osobnej, małej jadalni w domu rady. Dziwne, jak bardzo jej ich brakowało.

"Czemu nie możesz po prostu się dostosować, jak wszyscy inni?"

"Ale czy to słuszne czynić zło dlatego, że wszyscy inni biorą w tym udział?"

Nawet biblioteka przestała być dla niej schronieniem. Co najmniej raz dziennie przeszukiwała niszę na korespondencję, żeby sprawdzić, czy Trude zostawiła dla niej wiadomości - i co najmniej raz dziennie spotykało ją rozczarowanie. Czuła się opuszczona.

Musiała koniecznie pójść do grobowca Brenny - nie robiła tego od dnia, w którym spotkała w tunelu Heidin i Asgera. Wymyślała dla siebie wymówki. Przecież ktoś mógłby ją śledzić. Mogłaby się o tym dowiedzieć Tyra i przypomnieć sobie, że Reggin już raz do tego grobowca weszła, a zatem potrafi otworzyć drogę do tajemnic, które według kennari się tam znajdują.

Prawdziwym powodem było tchórzostwo Reggin.

Brenna nazwała ją aldrnari - mówiła, że jej magia stanowi podstawowy pierwiastek wszystkich innych rodzajów magii. Powiedziała, że Reggin jest niebezpieczna, że ma moc zniszczenia jedynego z Dziewięciu Światów, który ocalał po Ragnaröku.

Pamiętała ostrzeżenie Brenny.

"Wskrzeszanie umarłych to pierwotna magia".

"Jeden Ragnarök nam wystarczy".

Kiedy Reggin zapytała, czy jest jakiś sposób, by mogła używać tej mocy bezpiecznie, Brenna wysunęła przypuszczenie, że pomogłaby jej w tym różdżka.

"Musisz jednak rozważnie ją wybrać".

Brenna próbowała nie dopuścić Reggin do grobowca, ale Reggin miała klucz od Trude, więc tam weszła - i zabrała różdżkę założycielki.

Nie udało jej się uniknąć zwrócenia na siebie czyjejś uwagi.

Osaczyły ją głosy.

Usłysz nas, aldrnari, a my powstaniemy.

Wskrześ nas, aldrnari, byśmy znów poczuli krew na ostrzach.

Prowadź nas, aldrnari, abyśmy z honorem odeszli z pola walki.

Kiedy w korytarzu natknęła się na pędzące dziki, posłużyła się różdżką Brenny i odkryła, że różdżka działa niezależnie od niej - sama wydrapała w pyle Vakti. Runę budzenia.

A wówczas nadbiegły tury.

Reggin wciąż prześladowało wspomnienie tych chwil. A jeśli Brenna specjalnie tak to urządziła? Miała powód, żeby dążyć do zemsty. A jeśli to różdżka założycielki posługiwała się nią, Reggin?

Wstała z łóżka, podeszła ostrożnie do różdżki, chwyciła jej trzonek i obróciła go między dłońmi. Czuła wyraźnie nierówności zardzewiałej powierzchni przęślicy.

Co by się stało, gdyby Tyra się dowiedziała, że Reggin wcale nie jest bohaterką, która uratowała jej dawno utraconą dottir, bo w rzeczywistości to właśnie z jej powodu pojawiły się te potwory?

A jeśli znowu do tego dojdzie?

Zbyt wiele pytań, zbyt mało odpowiedzi. A z braku Trude Reggin mogła się zwrócić z tymi wątpliwościami tylko do Brenny. Może założycielka zechce ją nauczyć posługiwania się różdżką, żeby nie doszło do dalszych katastrof...

No cóż. Chyba dość tego siedzenia i czekania, aż znów przydarzy się jej coś strasznego.

Księżyc jeszcze nie wzeszedł, kiedy Reggin Eiklund wyślizgnęła się ze swojej komnaty w Domu Starszych, przemknęła przez korytarz i wyszła przez główne drzwi w świeże nocne powietrze.

Strażnicy stojący po obu stronach drzwi pochylili głowy.

- Najjaśniejsza - rzekli cicho.

Przyzwyczaili się już do tego, że wychodzi o najdziwniejszych porach. Choć kiedy będą raportować, co się działo podczas ich wachty, z pewnością powiedzą, że ją widzieli.

Nie miało to jednak znaczenia. Reggin miała teraz status starszej i nie dotyczył jej zakaz wychodzenia po zmroku ani obowiązek opowiadania się straży.

Przeszła przez cichy teren między budynkami. Różdżka oświetlała jej drogę niczym gwiazda wędrująca po ciemnym niebie. Kiedy Drzewo Pamięci wyłoniło się z mroku, Reggin przystanęła i zmrużyła oczy, zaskoczona. Wyglądało to tak, jakby otuliła je fioletowa mgiełka - jakby drzewo zakwitło.

Kwiaty jesionu są fioletowe, ale nie aż tak intensywnie. A zresztą teraz jesiony jeszcze nie kwitły.

Reggin ruszyła naprzód i kiedy podeszła do drzewa, zorientowała się, że okryte jest ono kukułkami bzowymi. Czy ktoś je do niego przywiązał? Przysunęła się do jednej z gałęzi zwieszającej się nisko nad ziemią i dotknęła kwiatostanu.

Nie. Kwiaty rosły na drzewie. Niektóre były jeszcze pączkami, inne już się całkiem otworzyły. Impulsywnie zerwała jeden z kwiatów i przypięła go do wierzchniej sukni.

Kto mógł to zrobić? A przede wszystkim kto umiałby coś takiego zrobić?

Przychodził jej do głowy tylko Shelby. Uznała to jednak za mało prawdopodobne. O ile wiedziała, był w Vesthavn i zachęcał ogromne dęby do szybkiego wzrostu, żeby zapewnić drewno do budowy statków.

A zatem kto? Kto poza bondimi chciałby złożyć taki hołd Strażniczce?

Brenna - na pewno. Upamiętniła w ten sposób śmiertelniczkę, którą kochała.

- Piękne, prawda?

Reggin odwróciła się gwałtownie, z bijącym mocno sercem.

Stała przed nią Tyra, odziana w czarne szaty oblamowane szafirowymi krajkami. Do ramienia miała przypiętą kukułkę bzową.

- Kennari! - wykrztusiła Reggin, próbując uspokoić oddech. - Spacerujesz tak późno?

- Mogłabym o to samo zapytać ciebie - rzekła Tyra - ale wiem, że należysz do tych, którzy kochają noc.

Próbując zmienić temat, Reggin wskazała ręką koronę drzewa.

- Piękne - powiedziała. - Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Zdarzyło się to już wcześniej?

Tyra pokręciła głową.

- Nigdy. Wygląda mi to na hołd dla ammy Inger.

- Kto ma tak wielką moc, żeby zrobić coś podobnego?

- Właśnie, kto? - rzekła w zadumie Tyra. Ujęła Reggin za ramię. Bardzo mocno. - Chodź. Pokłonimy się Brennie. I najwyższa pora, żebyśmy porozmawiały.

Zeszły razem po schodach w chłód i wilgoć jaskini, w której ścianach i stropie wiły się korzenie wielkiego drzewa.

Przed nimi znajdował się grobowiec Brenny, dobrze Reggin znajomy, przed którym śpiewała tyle razy do ochrypnięcia, próbując skłonić założycielkę, by jej odpowiedziała. I w końcu jej się to udało.

Tyra usiadła na niskiej ławce przed grobem i wskazała Reggin miejsce obok siebie. W świetle pochodni błyszczał duży pierścień z granatem na środkowym palcu jej lewej dłoni.

Pierścień, który wcześniej nosiła Strażniczka.

Reggin usiadła z różdżką między kolanami. Zacisnęła palce prawej dłoni na kluczu Trude, żeby go nie było widać. Czy Brenna słuchała tego, co się teraz działo?

I właśnie wtedy zauważyła, że napis na kamieniu się zmienił.

Pod imieniem Brenny widniały dodatkowe znaki.

Inger Lund, Strażniczka Serca Brenny.

Spoczywaj w pokoju.

Jak mogły zostać wykute tak szybko?

Tyra podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem.

- Tak - rzekła. - Amma Inger była najwierniejszą sługą założycielki. W tym czasie zawodu i krzywdy mam nadzieję, że znalazła spokój, na który zasłużyła.

Co Reggin mogłaby na to rzec?... Oczywiście ceremonia pogrzebowa członków rady i Strażniczki odbyła się szybko, zgodnie z obyczajem. Zwłoki radnych spłonęły w gaju świątynnym bez żałobników, ale przy stosie pogrzebowym Strażniczki czuwali ochotnicy z całej Eimyrji, którzy podsycali ogień przez pełne trzy dni.

Reggin się nie odzywała, więc Tyra ciągnęła:

- A my musimy iść dalej naprzód. Najlepszym sposobem uczczenia ich pamięci jest ochrona sanktuarium, które wspólnie zbudowali, i zemsta na tych, którzy przelali krew na tej świętej ziemi. - Wzięła głęboki oddech. - A jednak Asgardczyk nadal żyje.

Umilkła, jakby czekając na odpowiedź, lecz Reggin nie miała dla niej żadnej odpowiedzi. Wiedziała już, że jeśli nigdy nie będzie mówiła, co myśli, Tyra powie jej, co myśleć powinna.

"Od wieków żaden uczeń nie ważył się jej sprzeciwić" - pomyślała Reggin.

- Na szczęście jest z nami Heidin i może nas poprowadzić.

- To niezwykłe błogosławieństwo, że twoja dottir wróciła do domu - zgodziła się Reggin.

- Owszem - odparła Tyra. - A teraz opowiedz mi o dniu, w którym ją uratowałaś.

Reggin zwilżyła językiem wargi. Wiedziała dobrze, kto być może przysłuchuje się tej rozmowie.

- Chyba znasz już większość historii.

- Mimo to opowiedz - rzekła Tyra. - Słyszałam ją tylko we fragmentach.

"I wolałabym, żeby tak zostało" - pomyślała Reggin. "Tak łatwiej ukryć luki w opowieści".

Nauczyła się już jednak dawno zmyślać bez zastanowienia.

- No cóż, próbowałam jak zwykle przekonać założycielkę, żeby odpowiedziała na moje pytania i wpuściła mnie do wnętrza grobowca. Starałam się ją namówić od miesięcy - bez odpowiedzi. Ale tego dnia wydawała się wyjątkowo nieuważna.

- Skąd wiedziałaś, że jest nieuważna, skoro nigdy ci nie odpowiadała?

Reggin zrobiła wdech. Wypuściła powietrze. Ostrożnie. To nie była jej typowa publiczność z karczmy.

- Choć ze mną nie rozmawiała, zaczęłam wyczuwać tutaj jakąś świadomość, obecność. Tylko dzięki temu miałam siłę tu wracać.

Tyra siedziała teraz ze skrzyżowanymi nogami i opierała podbródek na splecionych dłoniach, przechylając głowę lekko w bok, jak dziecko, które nie może się doczekać dalszej części opowieści.

Była taka młoda, a jednak tak bardzo, bardzo stara.

Była taka piękna - a jednak w środku tak odrażająca.

- No więc - ponagliła - uwaga założycielki rozproszyła się...

- Wyczuwałam w grobowcu... gniew i chaos, i narastające zdenerwowanie założycielki, jakby działo się coś złego.

Reggin wymyśliła to na poczekaniu. I zaraz to samo poczuła naprawdę - za kamieniem wzbierała potężna fala gniewu. Przycisnęła plecy do oparcia ławki. Ach, gdyby mogła się za nią schować...

- A potem? - zapytała niecierpliwie Tyra.

- A potem do mnie przemówiła.

- Założycielka przemówiła do ciebie? - wyszeptała kennari z pełną niedowierzania radością. - Tak bardzo tego pragnęłam! Skąd wiedziałaś, że to naprawdę ona?

- Nie miałam powodu myśleć, że może to być ktoś inny.

Tyra skinęła głową.

- No dobrze. Mów dalej. Co powiedziała?

- Powiedziała: "Dottir, szybko. Zabiją ją. Musisz je powstrzymać".

"Kłamstwo".

Głos Brenny zabrzmiał jak dzwon. Reggin wzdrygnęła się.

- Zabiją kogo? - szepnęła Tyra.

Ach, czyli nie usłyszała założycielki.

- Nie wiedziałam, o kim mówi, ale potem grobowiec się otworzył.

- To musiało być przerażające.

Grunt pod ich stopami zadrżał. Drobinki ziemi posypały się spomiędzy korzeni Drzewa Pamięci. Z pnączy nad ich głowami opadły jagody śmierci i potoczyły się, podskakując, po kamiennej podłodze.

Tyra nic nie zauważyła.

- Bałam się, ale założycielka dała mi znak, bym podeszła. Więc...

- Widziałaś ją?! Widziałaś Brennę Odkrywczynię?

- Och. Nie. Tak mi się tylko powiedziało. Dała mi do zrozumienia, żebym podeszła.

Reggin zwykle nie miała problemów z kłamaniem, ale trudno jej było się skoncentrować, gdy bombardowały ją kamyki i pękał grunt pod jej stopami.

- Co było w środku?

Dziewczyna przełknęła ślinę.

- Kości - rzekła. - I... eee... szczury. W dużej komnacie pełnej koszy z bronią i różdżkami.

- Widziałaś jakieś runy? - dopytywała się Tyra.

- Nie zdążyłam się rozejrzeć, bo zaraz potem usłyszałam krzyk.

- Na boginię... - szepnęła kennari.

- Brenna rzekła: "Szybko, bo będzie za późno!". Więc złapałam różdżkę, pierwszą z brzegu, i pobiegłam tam, skąd dochodziły krzyki.

Tyra wskazała na różdżkę Reggin.

- I to tę wybrałaś?

Dziewczyna skinęła głową.

- Nie żebym wybrała ją z rozmysłem, ale tak, to ta.

- Jest niezwykle podobna do różdżki, którą założycielka przywiozła z Muckleholmu, kiedy przybyła na te wyspy.

- Naprawdę? - Reggin udała, że przygląda się przęślicy, przesuwając palce po skręconym metalu. - Nie wygląda świetnie, ale potrzebowałam różdżki i ta chyba dobrze ze mną współgra.

- Istotnie - rzekła Tyra. - Przepraszam, że wciąż przerywam ci pytaniami. Proszę, mów dalej.

- Wrzaski nadal się rozlegały, a założycielka krzyczała, żebym się pośpieszyła, więc biegłam...

"Kłamstwo!"

Reggin przerwała i rozejrzała się.

- Słyszałaś coś? Głos?

Tyra pokręciła głową i strzepnęła ziemię z ławki.

- Czasem przy wietrznej pogodzie drzewo się chwieje. Trzeba wezwać murarzy, żeby wzmocnili fundamenty.

Reggin pogrążyła się w kłamstwie zbyt głęboko, by się teraz zatrzymać. Wytrząsnęła z włosów proch i jagody, przygarbiła się i mówiła dalej:

- Kiedy znalazłam panią Heidin, była już ranna, a demon walczył ze stadem dzików.

- Demon? - powtórzyła niepewnie Tyra. - Ach. Mówisz o Asgerze Eldrze. - Przerwała. - Nie ufasz mu.

- Nie dał mi powodu, żeby mu ufać.

- Myślisz, że stanowi niebezpieczeństwo dla Heidin?

Wezbrała w niej mroczna myśl, zachęcając ją, by powiedziała: "Tak! Natychmiast go wygnaj". Albo: "Każ mu się umówić z Grimą na dziedzińcu". O, to byłoby interesujące starcie.

- Dottir? - rzekła Tyra. - Pytałam, czy...

- Nie - odparła Reggin. - Oni... chyba doszli do jakiegoś porozumienia. Wszystko zależy od tego, jak długo ich cele będą się pokrywały.

Podłoga zdawała się przesuwać pod jej stopami i dziewczyna niemal ześlizgiwała się z ławki. Spadały teraz coraz większe kamienie. Być może działo się to tylko w jej wyobraźni, ale miała wrażenie, że kamienna ściana grobowca założycielki się ku niej pochyla.

Powietrze zrobiło się nagle gęste i nie potrafiła w nim oddychać.

- Wybacz mi, kennari - wykrztusiła i zerwała się z ławki - ale ja muszę stąd wyjść.

Pobiegła po schodkach krypty, potykając się, niemal upadając, aż w końcu wypadła na świeże powietrze. Usiadła, opierając się o pień drzewa. Serce waliło jej jak młotem. Różdżka leżała obok.

Kilka chwil później usłyszała na schodach lekkie kroki Tyry. W otwartym wejściu do krypty ukazał się blask bijący z jej różdżki, a potem wyłoniła się również kennari.

Usiadła przy dziewczynie i objęła ją ramieniem.

- Przepraszam - wyszeptała Reggin. - Nie spodziewałam się czegoś takiego.

To akurat z pewnością było prawdą.

- Nie chcę, żebyś myślała, że jestem słaba. Nie jestem - dodała cicho. - Po prostu... wszystko nagle się na mnie zwaliło. A w dodatku nigdy się dobrze nie czułam w ciasnych miejscach.

- Przykro mi, że cię na to naraziłam - powiedziała Tyra. - Powinnam była się domyślić. Twoje przeżycia w każdym wyrobiłyby strach przed ciasnymi przestrzeniami. Po prostu... potrzebowałam poznać szczegóły.

- Rozumiem - odparła Reggin. - Nie zostało wiele do opowiedzenia. - Już wcześniej zdecydowała, że nie wspomni przełożonej o turach. - Kiedy odpędziliśmy te bestie, zanieśliśmy panią Heidin do Domu Brenny. Na szczęście był tam Bryn i opatrzyliśmy jej rany. - Umilkła na chwilę. - Twoja dottir jest silna. Jej obrażenia wyleczyły się niezwykle szybko.

Tyra skinęła głową.

- Będzie potrzebowała wszystkich swoich sił, by przeżyć nadchodzące dni. Przykro mi, że przez przybycie mojej dottir i przygotowania do wojny nie mogłam poświęcić na twoje szkolenie tyle czasu, ile bym chciała.

- To zrozumiałe, kennari - rzekła cicho Reggin. - Jest tak wiele do zrobienia...

- Najważniejsze jest to, że weszłaś do wnętrza grobowca i wróciłaś żywa. Myślisz, że zdołasz to zrobić jeszcze raz?

Dziewczyna westchnęła.

- Szczerze mówiąc - powiedziała (a mówi się to zwykle, gdy człowiek wcale nie zamierza być szczery) - nie wiem, jak to się stało, że udało mi się tam wejść, po tylu nieudanych próbach. Moim zdaniem mogłam to zrobić, bo założycielka wiedziała, że Heidin grozi niebezpieczeństwo, i postanowiła ją ocalić.

Tyrze najwyraźniej spodobało się to wyjaśnienie.

- Zapewne tak było - rzekła zadowolona.

Reggin natychmiast zdławiła to zadowolenie.

- Niestety później próbowałam tam wejść kilka razy - na próżno.

Z twarzy Tyry zniknął uśmiech.

- No cóż, będziesz musiała próbować dalej - stwierdziła. - Może zdołamy wejść do grobowca we trzy, razem z Heidin.

"Oj, to naprawdę okropny pomysł".

- Jak sobie życzysz, najjaśniejsza.

- Jeszcze jedno. - Tyra ściszyła głos, jakby się obawiała, że usłyszą ją umarli. - Wiem, że moja dottir mocno nalega, żebyś znalazła sposób na uzdrowienie tego Asgardczyka.

- To znaczy jej brodira? - nie mogła się powstrzymać Reggin.

Kennari skinęła głową, jakby nie zauważywszy sarkazmu.

- Boję się, że on stanowi zagrożenie dla wszystkich w Nowym Jötunheimie, a przede wszystkim dla Heidin.

- Nigdy jej nie skrzywdził ani nawet nie groził, że to zrobi - zauważyła Reggin. - A ona go kocha i ufa mu.

- I właśnie dlatego jest tak niebezpieczny. - Tyra westchnęła. - Nie udało mi się jej przekonać, żeby zachowała ostrożność. Nigdy nie powinna była się do niego przywiązać. I nigdy nie powinna była żyć wśród ludzi z Archipelagu. Przez to będzie jej trudno uczynić to, co uczynić musi.

- Mówisz o wojnie?

- Między innymi - odparła wymijająco kennari.

- A jednak kiedyś związałaś się z fadirem Eirika - zauważyła Reggin.

- Zrobiłam to, co musiałam. Jak zawsze. Jeśli pójście do łoża z barbarzyńcą stanowiło cenę za urodzenie takiej dottir jak Heidin, byłam gotowa ją zapłacić.

- Rozumiem - rzekła Reggin. - Wydaje mi się, że życie wśród ludzi z Archipelagu może wpłynąć na człowieka dwojako, w zależności od tego, co tam przeżył. Ty i ja opuściłyśmy Archipelag z nienawiścią w sercu. Z tego, co słyszałam, doświadczenia Heidin były podobne, nie ma zatem złudzeń co do Muckleholmu.

Tyra przypatrywała się jej z przechyloną głową, jak miała w zwyczaju.

- Różnisz się od innych - zauważyła. - Jesteś silniejsza, bardziej obyta życiowo. Ty również umiesz przetrwać. To dlatego mianowałam cię moją doradczynią. W dniach, które nas czekają, będę potrzebować silnej, mądrej współpracownicy.

- Przeceniasz mnie.

- Heidin potrzeba trochę czasu, by przygotowała się do tego, co musi nastąpić - ciągnęła Tyra. - A na razie są zadania, których ona nie może wykonać, ale ty tak.

"Zatem to niebezpieczne zadania, zbyt ryzykowne dla Heidin".

- Oczywiście, kennari - rzekła nieufnie Reggin. - Zrobię, co w mojej mocy.

- Doskonale. Pora, żebyś dowiedziała się więcej o tym, co się dzieje. W przyszłym tygodniu wracam na Idavöllr. Chcę, żebyś pojechała ze mną i zapoznała się z tym, co tam robimy. Sistkyn Durinn jest dowódcą naszego wojska. Chciałabym poznać twoje zdanie o przygotowaniach, o tym, co można by poprawić. A Durinn chce cię wypytać o Muckleholm.

"Niech to szlag".

Reggin nie miała ochoty zostawiać Eirika bez opieki, zwłaszcza że prawdopodobnie Heidin również przy nim nie będzie.

- Dziękuję, kennari - rzekła. - Jak długo to potrwa?

- Nie więcej niż dwa tygodnie.

- Bardzo chcę zobaczyć Idavöllr. - Reggin usiłowała okazać entuzjazm. - Tylko... zastanawiam się, czy to dobra chwila. Miałam nadzieję, że uda mi się znów porozumieć z założycielką, a... skoro my obie wyjedziemy, nie będzie tu nikogo, kto zająłby się Eirikiem.

Tyra roześmiała się.

- Rozumiem, że chcesz wrócić do katakumb - powiedziała. - Ale Asgardczyk może poczekać. Wojna nie może. - Sięgnęła do torebki przy pasie i wyjęła małą, zakorkowaną buteleczkę. - Schowaj ją w bezpiecznym miejscu. - Włożyła flaszkę w dłoń Reggin i zacisnęła na niej jej palce. - Kiedy nadejdzie czas, powiem ci, co robić.

Eirik przebudził się w ciemności. Zaciskały się na nim ręce, wiele rąk. Czuł na nadgarstkach i kostkach nóg piekący dotyk sznurów. Zaszamotał się, odrzucając od siebie kilku napastników, lecz zaraz napłynęli inni. Jego kolana rąbnęły w czyjś podbródek z zarostem i rozległo się satysfakcjonujące chrupnięcie. Ugryzł kogoś w ucho i krew prysnęła mu na twarz, ale mężczyzna wyrwał się, przeklinając. Wepchnęli mu szmaty do ust, naciągnęli worek na głowę, owinęli go ciasno w koce i przywiązali do deski, jak niemowlę w podróży. Kiedy się mocno naprężył, mógł poruszyć palcami stóp. Nic poza tym.

Dźwignęli go i wynieśli po kręconych schodkach. Wypuścił z płuc zatęchłe, wilgotne powietrze celi i wciągnął w nozdrza zapach lasu. Słyszał szmer gałęzi nad głową i trzask patyków pod stopami porywaczy. Czuł woń żywicy starych drzew i zgniliznę, zapach rzeczy żywych na ziemi i martwych pod ziemią. Gdzieś przed nimi rozlegał się huk fal uderzających o skały. Narastał coraz bardziej i w końcu więzień zrozumiał, że niesiono go nad przepaść nad morzem.

Mógł się domyślić, jak to się skończy. Roztrzaska się o głazy u stóp klifów i nikt poza obecnymi nie będzie wiedział, jak do tego doszło. Nikt tego nie zdoła wyjaśnić. A on w końcu wróci na morze.

Czy Liv o tym wiedziała? Czy się na to zgodziła? A jeśli tak, to czy można jej było mieć to za złe? Bardzo ułatwiłoby to jej życie.

A jednak nie rezygnował w nadziei, że nie wiedziała, że nie przestało jej na nim zależeć. Że kiedy się dowie, zapragnie zemsty.

Po całym tym korowodzie ostatecznie nie wrzucili go do morza. Zamiast tego skręcili w bok, odchodząc od klifów, i wnieśli go do budynku. Ściany stłumiły świst wiatru i huk fal. Sapiąc, gderając i przeklinając pod nosem, wtaszczyli go po schodach parę pięter w górę. Usłyszał skrobanie klucza w zamku, potem metal zazgrzytał o kamień, w końcu położyli go na ławie i wyszli, zamykając drzwi na klucz.

Później przez bardzo długi czas nie przychodził do niego nikt. W końcu zjawiła się opiekunka, Sibba, która rozcięła jego więzy, zdjęła mu z głowy worek, wyjęła knebel z ust i roztarła mu przedramiona i kostki nóg, żeby przywrócić czucie.

I nie odwiedzał go już nikt poza Sibbą. Zjawiała się kilka razy dziennie, przynosząc mu jedzenie i picie i zabierając pełny nocnik.

A on stopniowo poczuł się lepiej. Coraz rzadziej nachodziły go straszne sny, jego umysł nabrał jasności. Zaczął interesować się tym, co go otaczało.

Cela była większa niż poprzednia i miała okno z widokiem na morze, przy czym nie mógłby przecisnąć przez nie barków. Ale przynajmniej widział horyzont, słyszał fale uderzające o skały w dole, czuł woń morskiej wody i na języku niemal wyczuwał jej smak. Tak blisko, a jednak tak daleko...

Sibba powoli przestała się bać, że kiedy odwróci się do Eirika plecami, ten natychmiast się na nią rzuci. Pewnego dnia razem z nattmalem przyniosła mu ubrania i kawałeczek drewna na łańcuszku. Drewienko miało długość jego środkowego palca. Wyrzeźbiono i wymalowano na nim jakieś znaki. Obrócił je w rękach, przesuwając palcami po symbolach. Coś mu to mówiło...

- Skąd to masz? - zapytał.

- Przysłała to starsza Reggin - wyjaśniła Sibba. - Powiedziała, że może ci to pomóc.

- Reggin - wyszeptał Eirik i nagle wypełniło się kilka luk w jego pamięci. Wspomnienie o leczeniu. Magii. Pocałunkach. Demonie.

Demonie?

- Ale... przecież starsi nie żyją - zdziwił się. - Zabiłem wszystkich w radzie. Prawda?

Sibba zawahała się, jakby w obawie że powie coś, czego nie powinna.

- Owszem - rzekła. - Jest członkinią nowej rady.

"Nie tracili czasu" - pomyślał Eirik. Przesunął łańcuszek między palcami i podniósł drewienko.

- To należało do mnie, prawda?

Sibba pokręciła głową.

- Nie wiem.

Założył łańcuszek na szyję. Drewienko z runami spoczęło na jego skórze. Emanowało mocą. Porządkowało jego splątane myśli.

- Ale było tam jeszcze coś, prawda?

- Nie wiem.

Eirik wytężył pamięć.

- Był też wisior. I broń. Miecz i topór.

- Możliwe. - W głosie Sibby zabrzmiało napięcie. - Ja po prostu nie wiem.

- A gdzie jest teraz ta starsza Reggin?

- Niemal wszyscy są na Idavöllrze. Przygotowują się do wojny.

- A z kim będą walczyć? Z Idavöllrianami?

- Z barbarzyńcami - odparła Sibba.

Eirik zastanowił się nad tym przez chwilę. O ile wiedział, był tutaj jedynym barbarzyńcą.

- Dlaczego nadal żyję?

Sibba miała teraz taką minę, jakby jednak wolała sprawować pieczę nad więźniem, który nie mógł wykrztusić z siebie nawet jednego zdania.

- Och... Nie jestem pewna. - A potem ulitowała się nad nim i rzekła: - To chyba dzięki pani Heidin. Ona nie pozwoli cię wydać na śmierć. Wiem, że kiedy wróci, ucieszy się, że czujesz się lepiej.

- Dlaczego mnie tu przenieśli? - zapytał Eirik i szybko dodał: - Jeśli wiesz.

Zawahała się.

- Starsza Reggin chyba uznała, że podczas jej nieobecności będzie ci tu bezpieczniej.

- Bezpieczniej? Dlaczego?

Sibba wzruszyła ramionami.

- Musisz sam ją zapytać. Ale nikt nie powinien wiedzieć, że tu jesteś.

- A wiesz, kiedy wróci?

Pokręciła głową.

- Mam nadzieję, że wkrótce. - I z ulgą zmieniając temat, wcisnęła mu do rąk odzież. - Przyniosłam ci czyste ubranie. Chcesz się wykąpać, zanim je włożysz?

Eirik potarł sobie szorstki od zarostu podbródek.

- A to możliwe?

Bo rzeczywiście miał nadzieję, że nie umrze, cuchnąc tak, jak w tej chwili. Byłby zadowolony nawet z miski z wodą i szmaty.

Sibba podeszła do małej alkowy obok paleniska. Wyjęła klucz z sakiewki, którą nosiła na szyi, uklęknęła i otworzyła dużą, drewnianą klapę w podłodze. Kiedy ją podniosła, okazało się, że jest tam mały zbiornik z parującą wodą. Położyła obok niego kawałek mydła.

Eirik przyklęknął na kamiennej podłodze obok zbiornika, wciągając w nozdrza zapach siarki. Czuł go już wcześniej, ale nie miał pojęcia, skąd dochodził. Sprawdził ciepłotę wody dłonią i pokręcił głową w zadziwieniu.

- A cóż to za czary?

Sibba uśmiechnęła się do niego.

- Pod budynkiem jest gorące źródło, z którego strumień płynie do morza. Założycielka odwróciła część jego biegu, tak żeby dostarczyć wodę do budynku.

- Nieźle jak na więzienie - stwierdził.

- Na początku to raczej nie było więzienie. Moim zdaniem działała tu szkoła. - Po chwili zapytała: - Potrzebujesz pomocy z ubraniem?

Pokręcił głową.

- Dam sobie radę.

Zdjął z siebie wszystko poza drewienkiem i wsunął się do wody.

Patrzyła na niego otwarcie, w ogóle się tego nie wstydząc.

- Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak szybko zdrowiał.

- Poza tym. - Eirik stuknął się w głowę.

- Nawet z tym jest chyba poprawa. - Sibba wstała. - Będziesz jeszcze czegoś potrzebował?

- Nic mi nie trzeba - zapewnił. - I dziękuję, że miałaś odwagę, by ze mną porozmawiać.

Zaczekał, aż odeszła, a potem namydlił sobie dłonie i wtarł pianę we włosy. Kiedy wyszorował się cały, ponownie zanurzył się w wodzie, opierając głowę na ubraniach na podłodze.

Po odpoczynku w kąpieli odżył, ale pustka, którą czuł, wydawała się nie do zapełnienia. Każde wspomnienie, które wypływało na powierzchnię, dotyczyło straty. Nie miał broni, kamienia słonecznego, naszyjnika, który odziedziczył po fadirze Leifie. Zostały mu tylko ból głowy, ciężkie wyrzuty sumienia, nowe ubranie i zbyt wiele pytań.

I drewienko z runami. Dotknął go nabożnie jak talizmanu. Liv nadal go chroniła. Reggin znów go uzdrawiała.

Po raz kolejny o dobro Eirika dbały kobiety. Ale jak długo Liv będzie mogła sobie pozwolić na obronę brodira tak nieprzewidywalnego i niebezpiecznego, że musiano go uwięzić?

Po raz kolejny w jego myślach rozległ się głos Björna - od dawna niesłyszany.

"Człowiek nie może wybrać życia, które tkają dla niego Norny. Może jednak decydować, jak odpowie na to, co przeznacza dla niego los".

No cóż. Ciało nigdy Eirika nie zawiodło, a umysł był tak jasny, jak nigdy od tej nocy w Lundhofie. Wystarczy mu broń - jakakolwiek - i okazja, a wkrótce będzie mógł sam o siebie zadbać.

Kiedy Reggin zrozumiała, że nie zdoła uniknąć wyjazdu na Idavöllr, przekonała Heidin do przeniesienia Eirika do innej celi, w nowym, tajnym miejscu. Miał tam być bezpieczny podczas ich nieobecności. Mogła go odwiedzać jedynie Sibba, która potrafiła trzymać język za zębami.

Mimo to Reggin nadal się martwiła, że ten plan da Tyrze alibi i możliwość targnięcia się na życie młodego żeglarza. W końcu Grima nie przebywała cały czas na Idavöllrze - często znikała, i to na wiele miesięcy.

W torbie Reggin tkwiła buteleczka Tyry. Oczywiście przy pierwszej okazji dziewczyna ją otworzyła. Gęsty, czerwony syrop pachniał wiśniami. Reggin przypomniała sobie, co Tyra mówiła jej kiedyś w katakumbach, jak ją przestrzegła przed jedzeniem łez płaczki.

"Czasem trucizny się przydają".

Jak jeden człowiek mógł narobić sobie tylu wrogów, choć przebywał w Nowym Jötunheimie tak krótko?

Eirik Halvorsen wywierał wrażenie na ludziach wszędzie, gdzie się pojawił.

Kennari poprosiła, by Katia pokazała Reggin Idavöllr.

Katia była dobrą, rozmowną przewodniczką i dużo wiedziała o wyspie. Pod koniec pobytu Reggin zdążyła już odwiedzić huty, w których spoceni mężczyźni i kobiety ładowali węgiel, rudy żelaza i wapień do kamiennych pieców i wylewali płynne żelazo dołem szybu na posadzki do ostygnięcia, gdzie inni rozbijali je kilofami na kawałki.

Potem przenosili je do odlewni, w której żelazo topiono i wlewano do form, wytwarzając broń, koła i inne rzeczy, lub przetwarzali dalej w stal.

W stajniach ludzie Stiana trenowali młode konie - przyzwyczajali je do siodła oraz do widoków i dźwięków, z którymi wierzchowce mogły się spotkać na polu bitwy.

- Tak się cieszę, że tu jesteś - mówił Stian. - Tak się cieszę - powtarzał.

"Dlaczego?" - zastanawiała się Reggin. "Dlaczego się cieszysz? Co wiesz, czego ja nie wiem?"

Spędziła cały dzień w warsztacie Eiry, w którym pod kierunkiem starszej adepci i bondi tworzyli magiczne narzędzia i broń. Eirze chyba sprawiło przyjemność, że może opowiedzieć o swojej pracy doradczyni kennari, choć nieustannie odciągały jej uwagę pytania i prośby podwładnych.

Wielu z tych przedmiotów Reggin nie rozpoznawała. W jednym z zamkniętych warsztatów ludzie w grubym odzieniu i grubych rękawicach malowali groty strzał ciemną substancją i wstawiali strzały do wyschnięcia w specjalne stojaki.

- Co to? - zaciekawiła się, podnosząc jedną za promień.

- Uważaj! - rzucił ostro rzemieślnik i Reggin o mało nie wypuściła strzały z ręki. - Nie dotykaj grotu.

- Dlaczego? Co się może stać?

- Małe zadrapanie jest tak bolesne, że dorosły mężczyzna potrafi wpaść w szał - wyjaśnił rzemieślnik. - I przez wiele dni nie będzie w stanie nic zrobić.

Reggin ostrożnie odstawiła strzałę na stojak.

Podniosła butelkę ze świetlistym płynem. Kiedy obróciła naczynie, zawirował i zamigotał.

- A to? - spytała, zastanawiając się, czy to też jakiś rodzaj magicznej farby.

- To Ogień Heidin - rzekła Eira. - Nie da się go ugasić. Demon, pan Eldr, pomógł nam w jego wytworzeniu. Barbarzyńcy nie utrzymają długo swojej przewagi na morzu.

Reggin zadrżała, przypominając sobie noc, kiedy uwięziona na płonącej łodzi musiała wybrać między utopieniem się a śmiercią w ogniu. Czy to właśnie podsunęło Asgerowi pomysł na stworzenie tego płynu?

- A czy ktoś buduje statki na wyprawę?

- Na szczęście ja się tym nie zajmuję. - Eira z ulgą wznios­ła oczy ku niebu. - Trudno o dobrych szkutników, bo nie potrzebowaliśmy ich tu za bardzo. Wystarczały nam łodzie rybackie, do połowu w obrębie bariery. Sprowadziliśmy szkutników z wysp i mamy nadzieję, że uda nam się zwerbować więcej w Barbarii.

"A jak to zrobicie?" - pomyślała Reggin. "Ściągniecie ich tutaj, żeby byli waszymi thrallami czy bondimi?"

- Zdołaliśmy przygotować dużą ilość kamieni kyn - rzekła Eira, sięgając do beczki. Wyjęła z niej jeden kamień. Zwisał z prostego łańcuszka z brązu, wirując. - Znaleźliśmy ich zapas, który założycielka trzymała na Idavöllrze. Każdy, kto wyruszy do Barbarii, będzie taki miał, żebyśmy mogli z łatwością rozpoznawać wrogów i przyjaciół.

- Mogę zobaczyć? - poprosiła Reggin.

Eira włożyła jej kamień do ręki.

- Mają bardzo prosty szlif w porównaniu do oryginalnych, ale spełnią swoją funkcję.

Kamień, rzeczywiście topornie oszlifowany, miał ten sam bursztynowy kolor, który znała. Kolor, który znaczył, że jest inna.

- Mogłabym go zabrać? - zapytała. - Nigdy nie miałam własnego.

Eira zaśmiała się.

- Weź nawet dwa. Mamy ich mnóstwo.

Tak też więc Reggin zrobiła.

- Nie mamy za to wystarczająco dużo kamieni słonecznych - westchnęła Eira. - Są tylko trzy, o których wiemy, i ten, który jest używany przez naszych szpiegów w Barbarii. A przecież będziemy potrzebować więcej, żeby przemieszczać tak liczne wojsko.

- Och! - zawołała Reggin. - Ale przecież... - Zreflektowała się. - Czy ktoś nad tym pracuje?

- Mamy zespół, ale wietrzną barierę i kamienie słoneczne zrobiła Brenna Odkrywczyni, więc nie wiemy, czy zdołamy je odtworzyć przed wyruszeniem na morze.

Eira umilkła, a ponieważ Reggin nie zadała kolejnego pytania, przeszła razem z nią do małego pomieszczenia z narzędziami do pracy w metalu i drewnie oraz do cięcia i szlifowania kamieni szlachetnych.

- To moje królestwo - wyjaśniła Eira - choć ostatnio nie byłam w stanie spędzać tu za wiele czasu.

- A czym się teraz zajmujesz?

- Głównie różdżkami. Albo przekształcam stare, albo robię nowe dla tych, którzy nie mają różdżki. - Przerwała na chwilę, a potem rzuciła: - Nie mogłam nie zauważyć twojej. Mogę się przyjrzeć?

Reggin podała ją Eirze z lekkim zakłopotaniem.

- Jest bardzo stara. Nie wyczyściłam jej zbyt dobrze.

Eira złapała za trzonek przęślicy, ale zaraz go wypuściła.

- Każe mi się trzymać z daleka - oznajmiła. - Ciekawe.

Reggin jednak nie słuchała, bo jej uwagę odwróciło coś, co leżało na stole obok - na widok tego przedmiotu przeszedł ją zimny dreszcz.

Był to prosty torkwes ze złota, bez śladu łączenia.

- Co to? - Wskazała na naszyjnik.

- To? - Eira podniosła torkwes. - Gromadzi magię tego, kto go nosi.

Wyciągnęła rękę z torkwesem do Reggin, która cofnęła się nerwowo.

- Do czego tego potrzebujesz? - zapytała.

Eira odłożyła torkwes na stół i spojrzała na dziewczynę z lekkim zdziwieniem.

- Zamówiła to Grima. Jest teraz na Archipelagu, wyszukuje osoby z darem magii i wysyła je tutaj, zanim nadejdzie wojna.

- Mnie przypomina to obrożę thralla - oświadczyła Reggin.

- Och, nie! - Eira pokręciła głową. - Zakłada się to tylko dla bezpieczeństwa wszystkich, póki... kandydaci nie zostaną ocenieni. A potem się zdejmuje. - Trafnie odczytała podejrzliwość w oczach Reggin i dodała: - Bez przesady, widziałaś kiedykolwiek obrożę niewolnika ze złota?

- Owszem - odparła sucho Reggin. - Są najgorsze ze wszystkich.

Teraz Reggin i Katia dosiadały koni na niewielkim pagórku nad obozem wojskowym na Idavöllrze. Pod nimi zastępy żołnierzy w płowożółtych tunikach falowały po równinie niczym brudne morze.

- Robi wrażenie, co? - zapytała Katia z taką dumą, jakby sama zwerbowała i wyszkoliła tych ludzi.

- Nigdy nie widziałam tylu zbrojnych w jednym miejscu - mruknęła Reggin, poprawiając się niespokojnie w siodle.

- I wszyscy mają najnowszą broń, dzięki starszej Eirze i jej ludziom. - Widząc minę Reggin, Katia pochyliła się i uścisnęła jej ramię. - Nie martw się. Wiem, że na Archipelagu przeżyłaś straszne rzeczy i pewnie boisz się tej nadchodzącej wojny. Modir Tyra myślała, że to cię uspokoi.

- Och, tak - rzekła szybko Reggin. - Bardzo mnie uspokaja. Tylko trochę... mnie zaskoczyło... i zachwyciło... że jest tu tylu żołnierzy, tyle broni i cały obóz wojskowy, o którym nic nie wiedziałam.

Nawet Reggin była w stanie stwierdzić, że ma przed sobą coś więcej niż tylko siły obronne - i takie wojsko nie mogło powstać szybko. Ktoś planował to od dawna, a teraz miała przed oczami setki zbrojnych, pieszych i konnych, sprawnie wykonujących skomplikowane manewry.

- Od jak dawna to przygotowywano? - Wskazała na groźny taniec oddziałów.

- Rada budowała armię od lat - przyznała Katia. - Modir Tyra wiele czasu spędzała na szkoleniu tych oddziałów, ale martwiła się o zamiary rady. I kiedy stara rada... zginęła... modir zastanawiała się, czy nie rozwiązać wojska, ale zważywszy na zagrożenie ze strony Barbarii, uznała, że byłoby to głupotą. No więc... mamy nadzieję, że pokaz wielkiej siły na samym początku sprawi, że utrzymamy rozlew krwi na minimalnym poziomie. A teraz chodź, poznasz sistkyn Durinn, naczelnego dowódcę armii.

Wbiła pięty w boki konia i ruszyła szlakiem na dół, na pole szkoleniowe. Reggin pojechała za nią.

Durinn jeździło w tę i we w tę po polu, wydając rozkazy oddziałom i ćwicząc z nimi manewry. Kiedy zauważyło Reggin i Katię, podjechało do nich.

Było ogorzałym dowódcą w niewiadomym wieku. Miało jasne włosy przyprószone siwizną, a jego szeroka twarz zryta była zmarszczkami od długich dni spędzanych w słońcu.

- Starsza Katia - powitało ją Durinn. - A nie mówiłaś aby, że w tym tygodniu już cię tu nie będzie?

- Zmiana planów - odparła Katia. - To jest starsza Reggin Lund, doradczyni kennari i naszej pani Heidin. Ma zrobić przegląd przygotowań do wojny.

- Przegląd to chyba zbyt mocne słowo, dowódco - rzekła Reggin. - Jestem tutaj, żeby się od was uczyć.

Katia zbyła tę uwagę milczeniem.

- Już obejrzałyśmy koszary, areszt, stajnie i kuźnię oraz kuchnię - powiedziała tylko.

- Witaj, doradczyni - odezwało się Durinn. - Jak rozumiem, wychowałaś się na Archipelagu. Chciałobym, żebyś sprawdziła, czy nasze mapy są dokładne, i wskazała słabo chronione miejsca oraz doradziła w sprawie kierunku ataku.

- Och! No... nie wiem, czy rzeczywiście się tu przydam - odparła niepewnie Reggin. - Mogę powiedzieć wam wiele o najlepszych piwiarniach i karczmach, gdzie szybko znaleźć wygódkę i których ulic unikać po zmroku w każdej osadzie na Archipelagu. Ale nigdy nie oceniałam ich obronności... - I zaraz szybko dodała: - Oczywiście pomogę, jak tylko będę mogła. Na razie chciałabym się dowiedzieć więcej o waszej strategii, broni i tak dalej.

Naczelnemu dowódcy wyraźnie spodobało się zainteresowanie okazane przez Reggin.

- No cóż, z pomocą starszej Katii moglibyśmy pokazać ci, jak nasza piechota i konni współpracują z landvaettirami. Może to cię zainteresuje?

Katia udała, że się wykrzywia na Durinn.

- Powinnam wiedzieć, że zaraz mi dasz robotę.

- Och! - wykrzyknęła Reggin, przypominając sobie niezwykłe istoty, które widziała pierwszej nocy po przybyciu do Gaju. - Bardzo chciałabym to zobaczyć!

Katia westchnęła.

- No dobrze. Przećwiczmy pierwszy lot - powiedziała do Durinn. - Wezwę drekich, a ty wydaj rozkazy żołnierzom.

Dreki? Reggin poczuła, że na karku jeżą jej się włoski. Smoki? Kiedy Katia mówiła o wykorzystaniu vaettirów w nadchodzącej wojnie, Reggin wyobrażała sobie małe, podobne do ptaków stworzenia, robiące zwiad lub przenoszące wiadomości...

Może były to małe, przyjazne smoki? A może "dreki" oznaczało w Nowym Jötunheimie coś zupełnie innego?

Durinn zjechało na dół i zaczęło rozmawiać z dowódcami, wskazując na Reggin i Katię.

Katia zagwizdała, głośno i przenikliwie, i chwilę później na tle zachodzącego słońca pojawiły się dwa punkty, które rosły, w miarę jak się do nich zbliżały. Reggin zmrużyła oczy, ale nie była w stanie przyjrzeć im się dokładnie, póki nie zatoczyły koła i nie wylądowały lekko tuż nad nimi na stoku wzgórza.

- To są landvaettirowie?... - Cofnęła się o krok.

- Niesamowite, prawda? - rzekła z dumą Katia.

Przed nimi stały smoki długości langskipów, blade jak zjawy i równie przerażające, bo przypominały draugrów - nieumarłych.

Kiedy zwróciły ku niej głowy, Reggin poczuła w nozdrzach odór siarki. Ich oczy płonęły jak węgle. Z każdym oddechem wypuszczały spomiędzy ostrych jak brzytwy zębów dym i strugi płomieni. Mimo to ich białoniebieskie łuski przypominały dziewczynie kry na skutym lodem morzu, nachodzące na siebie z trzaskiem.

Ich zapach przypominał jej zaś Asgera. Patrzyły na nią z taką samą żarłocznością.

Ogień i lód. Życie i śmierć - złączone.

Katia, śmiejąc się, odpędziła dym gestem dłoni.

- Proszę, dmuchajcie tym na kogoś innego. Żadna z nas nie chce śmierdzieć przez resztę dnia jak kuźnia.

I wtedy stało się coś osobliwego. Oba dreki, wpatrzone wciąż w Reggin, pochyliły przed nią ogromne głowy jakby w ukłonie.

- No, no! - wykrzyknęła Katia. - Nigdy czegoś takiego nie robiły. Nie masz przypadkiem martwej owcy pod płaszczem?

Reggin pokręciła głową. Nie miała pewności, czy kiedykolwiek chciałaby zwrócić na siebie uwagę smoków.

- Umyłam się po dagmalu, naprawdę...

Ale Katia jej nie słuchała, wpatrzona w to, co się działo na dole, gdzie Durinn wykrzykiwało rozkazy do żołnierzy. Szybko ustawili się w zwartym szyku, tworząc ścianę tarcz przed otwartym polem. Za linią tarczowników pojawili się konni. Wierzchowce parskały i stawały dęba, spłoszone obecnością drekich.

- A teraz wyobraź sobie, że wróg stoi na środku pola, również za linią tarczowników - rzekła Katia. - Zobaczysz, jak byśmy użyli drekich, żeby przełamać linie wroga, zanim sami ruszymy do walki. Mamy nadzieję, że taki manewr ocali niejedno życie.

"Czyje?" - chciała spytać Reggin. A potem zapytała w myśli samą siebie: "A ty po której jesteś stronie?".

Na to pytanie nie była w stanie obecnie odpowiedzieć.

- No to lećcie. - Katia wskazała ręką niebo.

Dreki poderwały się w powietrze. Szybko wzniosły się wysoko, co ułatwił im stromy stok, z którego wystartowały.

Latały nad polem ćwiczeń, ziejąc ogniem na ziemię. Wszystko, co zielone i żywe, zwijało się i płonęło pod wpływem ich gorącego oddechu.

Reggin nie była strategiem wojskowym, ale nawet ona potrafiła dostrzec, że piechota z tarczami nie mogłaby w żaden sposób przeciwstawić się podobnemu atakowi.

Dreki przeleciały jeszcze kilka razy nad polem, a w końcu Katia je odwołała. Obniżyły lot nad ich głowami, a potem znikły za stromizną, którą kończyło się wzgórze, pozostawiając po sobie jedynie wątłe smugi dymu.

Żołnierze Durinn rzucili się naprzód, wznosząc miecze w imitacji walki. Kiedy dobiegli do wciąż gorącego gruntu, ich buty zaczęły dymić.

- Musieliśmy zrobić im specjalne buty, żeby się nie spaliły, kiedy będą dorzynać niedobitków - wyjaśniała Katia.

- Dobry pomysł - mruknęła Reggin.

Wyobraziła sobie, jak może się czuć człowiek pod tymi strugami ognia, i wezbrały w niej mdłości.

Gdy będą cię palić...

Piechota rozstąpiła się i w wyrwę pomknęli konni, galopując przez dym jak płonące rumaki ciągnące po niebie słońce.

Kiedy pokaz się skończył, Durinn popędziło wierzchowca i dołączyło do nich na wzgórzu.

- Widzisz, na czym to polega - rzekło - choć tutaj to tylko ćwiczenia wojenne. Co o tym sądzisz? Masz jakieś sugestie?

Skierowało te pytania do Reggin, która pokręciła przecząco głową. Durinn sądziło chyba, że dziewczyna musi znać się na wojowaniu, skoro pochodzi z miejsca pełnego przemocy.

- Nie wiem za wiele o strategii bitwy, ale nie wyobrażam sobie, by jakiekolwiek wojsko coś takiego przetrwało. - Po chwili zastanowienia znów się odezwała: - Myślicie, że to wszystko jest konieczne? Na Archipelagu nigdy nie widziałam więcej niż kilkunastu wojowników naraz, a zwykle byli to drużynnicy jarla, którzy popijali piwo w karczmie.

- Widziałaś tego barbarzyńcę, ilu naszych żołnierzy zmasakrował - przypomniało ponuro Durinn. - Jeśli wszyscy są tacy, to nawet kilku stanowi zagrożenie.

"Nigdy nie widziałam nikogo takiego jak on" - pomyślała Reggin. "Nigdy".

- Najlepiej jeśli barbarzyńcy natychmiast złożą broń i nie trzeba będzie walczyć - rzekła Katia, uważnie patrząc na Reggin, po czym odwróciła się do Durinn. - Dziękuję, dowódco. Szkoda, że nie mamy więcej czasu, ale obiecałam, że zanim wrócimy na Eimyrję, pokażę doradczyni uskok i świątynię.

Durinn zasalutowało i ruszyło ku znów zebranym w szyku oddziałom, odprowadzane wzrokiem dziewcząt.

- O co chodzi, Reggin? - zapytała Katia, kiedy Durinn nie mogło ich już dosłyszeć. - Wiem, że dreki budzą respekt, ale są po naszej stronie.

- Tak, ale... - Dziewczyna wzruszyła z westchnieniem ramionami. Chyba nie szło jej dobrze udawanie obojętności. - Nagle jestem w stanie wojny z jedyną ojczyzną, jaką znam. Na Muckleholmie żyją barbarzyńcy, ale są tam też dobrzy ludzie.

- I tym dobrym ludziom nic nie zagrozi, obiecuję! - odparła żywo Katia. - Będą mile widziani w Nowym Jötunheimie.

"Wszyscy mają do odegrania jakąś rolę, prządki, niewolnika albo ofiary".

Na szczęście z pola ćwiczeń nie było daleko do uskoku. Reggin widziała go z Mosifellu, kiedy przybyła na Eimyrję, ale z bliska nigdy. Już z dużej odległości woń siarki dobywająca się z przepaści zapiekła ją w nos. Konie opierały się, nie chciały zbliżać się do uskoku, więc dziewczęta w końcu zsiadły, przywiązały wierzchowce i poszły dalej same, aż do niskiego, kamiennego murku wzdłuż przepaści.

W dole kotłowały się tumany siarkowej mgły. Reggin zaczęły łzawić oczy i wszystko jej się zamazało. Cofnęła się o krok.

Katia wskazała na drugą stronę uskoku.

- To jest Vigridr, miejsce Ragnaröku, Ostatniej Bitwy. Dziś nazywamy ten obszar martwymi ziemiami. To ostateczne miejsce spoczynku bogów, ludzi, zwierząt i demonów starego świata. Podobno chętnie powróciliby do świata żywych.

Była to z pozoru niczym niewyróżniająca się równina, ciągnąca się w dal. Jednak gdy tylko Reggin tam spojrzała, wzdrygnęła się, uderzona potężną falą emocji - żałoby zmieszanej z żalem i frustracją, wspomnieniem odwagi i tchórzostwa, wierności i zdrady, bitewnego szału.

Wskrześ nas, aldrnari...

Potknęła się o korzeń i upadła na pośladki, obijając sobie kość ogonową.

- Reggin! - Katia przykucnęła obok niej. - Nic ci nie jest? Co się stało?

- To przez te opary. - Reggin otarła łzawiące oczy. - Zawsze tak tu jest?

Katia skinęła głową i podała jej rękę, pomagając wstać.

- Czasem jest gorzej. Zależy w którą stronę wieje wiatr.

- A co jest tam na dole?

- Nazywają to Elivagar. Chyba od tych jedenastu zamarz­niętych rzek jadu z sag.

- Pasuje - mruknęła Reggin. - A jak się przedostajecie na drugą stronę?

Katia pokręciła głową.

- Nie chodzimy tam. Nikt nie jest w stanie się tam przedostać żywy.

- A przecież... Nie mówiłaś, że Halvorsen właśnie stamtąd tu trafił?

- Tak sam twierdził. Jeśli nie kłamał.

Reggin potarła sobie czoło.

- Ale jeśli nie przyszedł z martwych ziem, to jak...?

- Kiedy tu dotarłam, stał właśnie w tym miejscu - rzekła Katia z lekką irytacją w głosie.

- Przepraszam, że tak to drążę - powiedziała pojednawczym tonem Reggin. - Jestem ciekawa, bo pani Heidin mówiła, że ona też wylądowała na martwych ziemiach. Znalazłam ją ciężko ranną w katakumbach, ale nie pamiętała, jak tam trafiła.

- Może coś jej się pomieszało - mruknęła Katia. - Może jej boska natura ją ochroniła?

- A jaki ci się wydawał Halvorsen, kiedy z nim tu rozmawiałaś? - dopytywała Reggin. - Był oszołomiony, zdezorientowany, szalony? Pokryty krwią?

- Nie, nic takiego. Rozmawiałam z nim jako pierwsza. Mówił, że szuka swojej systir, że wypadła za burtę łodzi podczas sztormu. - Uśmiechnęła się na wspomnienie tej rozmowy. - Właściwie to sprawiał wrażenie całkiem zabawnego. I czarującego. A kiedy poprosiliśmy, żeby oddał broń, zrobił to bez wahania. Nie chciał, ale jednak to zrobił. I powiedział, że chciałby udać się do Lundhofu i porozmawiać z ammą Inger.

- Naprawdę? - szepnęła Reggin. - A mówił dlaczego?

Katia pokręciła głową.

- Zważywszy na to, co się potem stało, to pewnie od początku zamierzał zamordować Strażniczkę.

Tego jeszcze Reggin nie słyszała. Porównała tę relację z tym, co opowiedziała modir Tyra w dniu... incydentu. Kennari uznała, że na martwych ziemiach Eirik oszalał. Wyglądało jednak na to, że kiedy dotarł na Idavöllr, był przy zdrowych zmysłach.

- Dzięki, że mi o tym opowiadasz - rzekła Reggin.

- W każdym razie dowódczyni Yrsa zamknęła go w wartowni i posłała kogoś do starszej Scarlet. Nie podobało mi się to, więc powiadomiłam modir Tyrę. Kiedy udała się do starszych, Scarlet tam nie było, a reszta członków rady nie wiedziała, co zamierza. A najwyraźniej chciała zachować go dla siebie. Kennari dostała pozwolenie, by przywieźć Halvorsena na Eimyrję, żeby mógł stanąć przed całą radą. Ja, Shelby i modir Tyra udaliśmy się po niego na Idavöllr. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zdążył już zabić wielu naszych żołnierzy i wziął starszą Scarlet na zakładniczkę. - Katia urwała na chwilę. - Trzeba mu oddać sprawiedliwość: zabrała go do świątyni po to, żeby go zrzucić w przepaść.

I wskazała na świątynię na skraju uskoku.

- Ale dlaczego chciała to zrobić? - spytała Reggin.

Jednak chyba wiedziała dlaczego. Widziała runę blodkyn wyrytą w skórze Eirika.

Katia spojrzała na nią, mrużąc oczy.

- Pewnie teraz nigdy się nie dowiemy - powiedziała po chwili. Wskazała na konie. - Musimy się pośpieszyć, jeśli chcemy zdążyć z przeprawą.