1
Śmierć nawiedzała ją w snach. Ona była dzieckiem, które dzieckiem nie
było, walczyła z duchem, który nigdy nie umierał, bez względu na to, jak
często nurzała ręce w jego krwi.
Pokój był zimny jak grób, wypełniony czerwonym blaskiem neonu, który
rozpalał się jaśniej, to znów przygasał za brudnymi szybami okien.
Światło rozlewało się na podłodze, na krwi, na jego ciele. Dotykało
także jej, skulonej w rogu, ściskającej w dłoni okrwawiony sztylet.
Ból był wszędzie, przenikał ją otępiającymi falami, które nie miały
początku ani końca, lecz krążyły nieustannie, docierały do każdej
komórki jej ciała. Do złamanej kości przedramienia, do policzka, w który
uderzył ją wierzchem dłoni. Do jej wnętrza, które znów rozdarł podczas
gwałtu.
Okrywał ją płaszcz bólu i przerażenia. I jego krew.
Miała osiem lat.
Widziała parę z własnego oddechu. Maleńkie obłoczki, duszki, które
mówiły jej, że żyje. Czuła w ustach własną krew, jej straszliwy
metaliczny smak i woń ukrytą tuż pod świeżym zapachem śmierci -?smród
whisky.
Ja żyję, a on nie. Ja żyję, a on nie. Bez końca powtarzała w myślach te
słowa, próbując zrozumieć ich sens.
Ja żyję. On nie.
Oczy miał otwarte i przytomne, wpatrzone w nią.
Uśmiechnięte.
Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo, dziewczynko.
Oddychała szybko, nerwowo, chwytała łapczywie powietrze, jakby chciała
krzyczeć, wyrzucić z siebie cały strach i ból. Lecz z jej ust wydobyło
się tylko ciche skamlenie.
Narozrabiałaś, co? Jakbyś nie mogła robić tego, co ci każę.
Jego głos był taki miły, rozpromieniony radością bardziej niebezpieczną
od największego nawet gniewu. Kiedy się śmiał, krew sączyła się z ran,
które mu zadała.
Co się dzieje, dziewczynko? Zapomniałaś języka w gębie?
Ja żyję, a ty nie. Ja żyję, a ty nie.
Tak myślisz? Poruszył palcami, jakby w szyderczym pozdrowieniu.
Jęknęła ze zgrozy, widząc krople krwi opadające z jego paznokci. Nie
je, nie pije, a chodzi i bije.
Przepraszam. Nie chciałam tego. Nie rób mi więcej krzywdy. Ranisz mnie.
Dlaczego musisz mnie ranić?
Bo jesteś głupia. Bo mnie nie słuchasz! Bo -?i to jest prawdziwy powód
-?mogę. Mogę robić z tobą co tylko zechcę, i nikogo to nie będzie
obchodzić. Jesteś niczym, jesteś nikim i nie zapominaj o tym, ty mała
suko.
Zaczęła płakać, zimne łzy spływały po krwawej masce na jej twarzy. Idź
sobie. Idź sobie stąd i zostaw mnie w spokoju!
Nie zrobię tego. Nigdy tego nie zrobię.
Ku jej przerażeniu podniósł się na kolana. Przykucnął niczym jakaś
koszmarna ropucha, okrwawiony i uśmiechnięty. Przyglądał się jej.
Sporo w ciebie zainwestowałem. Czas i pieniądze. Kto ci daje dach nad
głową? Kto ci napełnia żołądek? Kto zabiera cię w podróże po naszym
wspaniałym kraju? Większość dzieciaków w twoim wieku nic jeszcze nie
widziała, a ty i owszem. Ale czy ty się czegoś uczysz? Nie, nie uczysz
się. Wypełniasz swoje obowiązki? Nie. Ale zaczniesz to robić. Pamiętaj o tym, co ci powiedziałem -?zaczniesz na siebie zarabiać.
Podniósł się na równe nogi, potężny mężczyzna z dłońmi zaciśniętymi w pięści.
Teraz tatuś musi cię ukarać. Zrobił chwiejny krok w jej stronę. Byłaś
niegrzeczną dziewczynką. Następny krok. Bardzo niegrzeczną
dziewczynką.
Obudził ją jej własny krzyk.
Zlana potem, drżała z zimna i przerażenia. Chwytała łapczywie powietrze,
zmagała się gwałtownie z pościelą, którą owinęła wokół siebie, gdy
rzucała się przez sen.
On czasami ją wiązał. Przypomniawszy sobie o tym, jęknęła cicho i z jeszcze większą pasją zaczęła zdzierać z siebie prześcieradło.
Uwolniona, stoczyła się z łóżka i przykucnęła na podłodze, niczym
kobieta gotowa do ucieczki lub walki.
-?Światła! Pełna moc. O Boże, Boże...
Ogromny piękny pokój wypełnił się blaskiem, który przegonił ostatnie
ślady ciemności. Mimo to Eve rozglądała się uważnie, szukając duchów,
które wciąż napawały ją strachem.
Powstrzymała napływające do oczu łzy. Były bezużyteczne, stanowiły
oznakę słabości. Nie mogła dać się zastraszyć snom. I duchom.
Wciąż jednak drżała, gdy podniosła się z kucek i usiadła na skraju
wielkiego łóżka.
Wielkiego i pustego, bo Roarke był w Irlandii -?podjęta przez nią próba
spędzenia w tym miejscu samotnej nocy bez koszmarów skończyła się
druzgocącą klęską.
Czy to oznacza, że jestem żałosnym tchórzem? -?zastanawiała się.
Idiotką? Czy po prostu mężatką?
Kiedy gruby kocur, Galahad, trącił ją swym wielkim łbem w ramię,
przygarnęła go. Porucznik Eve Dallas, policjantka z jedenastoletnim
stażem, siedziała na łóżku i tuliła do siebie kota, niczym małe dziecko,
które szuka pocieszenia u pluszowej maskotki.
Mdłości podchodziły jej do gardła. Kołysała się jednostajnie, próbując
powstrzymać wymioty, nie pozwolić, by upokorzyło ją własne ciało.
-?Zegar -?rzuciła w powietrze, a wyświetlacz obok jej łóżka zapłonął
zielonym światłem. Pierwsza piętnaście. Świetnie. Minęła ledwie godzina,
odkąd położyła się spać.
Odłożyła kota na bok i wstała. Ostrożnie, niczym staruszka, zstąpiła z podestu i przeszła do łazienki. Poprosiła o lodowato zimną wodę i obmywała nią twarz, podczas gdy Galahad ułożył się między jej nogami
niczym gruba, puchata poduszka.
Eve siedziała przez chwilę w bezruchu, wsłuchana w mruczenie
zadowolonego kocura, wreszcie podniosła głowę i spojrzała na swe odbicie
w lustrze. Jej twarz była niemal równie bezbarwna jak woda, która ciekła
z kranu. Ciemne oczy miała podkrążone, przekrwione ze zmęczenia. Włosy
zbiły się w jedną zmierzwioną masę, kości wydawały się zbyt ostre, zbyt
bliskie powierzchni. Usta za duże, nos zwyczajny.
Do diabła, co takiego widział w niej w Roarke? -?zastanawiała się.
Mogła do niego zadzwonić. W Irlandii minęła już szósta rano, a mąż Eve
był rannym ptaszkiem. Zresztą nawet gdyby go obudziła, nie miałby do
niej pretensji. Mogła uruchomić łącze i wybrać numer, a na ekranie
pojawiłaby się jego twarz.
A on zobaczyłby w jej oczach koszmar. Co by im z tego przyszło?
Ktoś, kto jest właścicielem większej części znanego wszechświata, ma
prawo do spokojnej podróży, podczas której nie będzie dręczyć go żona. W tym przypadku do wyjazdu zmusiło go coś więcej niż interesy.
Uczestniczył w uroczystości pogrzebowej przyjaciela i z pewnością
wolałby uniknąć dodatkowych stresów czy zmartwień.
Choć nigdy o tym nie rozmawiali, wiedziała, że ograniczył kilkudniowe
podróże do niezbędnego minimum. Koszmary nie nawiedzały jej z taką siłą,
gdy był w łóżku obok.
Nigdy dotąd nie miała takiego snu jak dzisiaj, kiedy ojciec mówił do
niej już po śmierci. Mówił rzeczy, które -?była tego niemal pewna -
powtarzał często za życia. Przypuszczała, że doktor Mira, psycholog
nowojorskiej policji, spędziłaby cały dzień na badaniu znaczeń i symboliki tego snu.
To też w niczym by mi nie pomogło, uznała Eve. Zatrzyma więc ten mały
klejnot dla siebie. Weźmie prysznic, potem zabierze ze sobą kota i wyjdzie na piętro, do swego gabinetu. Tam oboje wyciągną się na fotelu i prześpią jakoś resztę nocy.
Do rana koszmar straci swą moc.
Pamiętaj, co ci powiedziałem.
Nie mogę, pomyślała Eve, wchodząc pod prysznic i zamawiając wodę o temperaturze trzydziestu stopni. Nie mogę.
Nie mogła i nie chciała.
Była już nieco spokojniejsza, gdy wyszła spod prysznica i -?choć uważała
to za żałosny gest -?włożyła koszulę męża. Podnosiła właśnie kota, gdy
rozbrzmiał sygnał łącza umieszczonego obok łóżka.
Roarke, pomyślała uradowana.
Potarła policzkiem o głowę Galahada i odebrała telefon.
-?Dallas, słucham?
-?Wiadomość dla porucznik Eve Dallas...
* * *
Śmierć przychodziła nie tylko w snach.
Eve stała teraz nad nią, w świeżym powietrzu wczesnego czerwcowego
poranka. Policyjna taśma odgradzała część chodnika i kolorowe rabatki z petuniami zdobiącymi wejście do budynku. Eve miała szczególną słabość do
petunii, obawiała się jednak, że tym razem nie poprawią jej nastroju.
Ani teraz, ani jeszcze przez jakiś czas.
Kobieta leżała twarzą do ziemi. Sądząc po ułożeniu ciała i ilości krwi
rozbryzganej na betonie, niewiele z tej twarzy zostało. Eve spojrzała w górę, na elegancki, szary wieżowiec z półkolistymi balkonami i srebrnymi
wstęgami wind. Dopóki nie ustalą tożsamości zmarłej, nie będą mogli
określić, skąd dokładnie spadła. Albo wyskoczyła. Albo została
wypchnięta.
Eve miała tylko pewność, że był to bardzo długi upadek.
-?Sprawdźcie odciski palców -?poleciła.
Spojrzała na Peabody, która przykucnęła obok ciała i otworzyła torbę ze
sprzętem zabezpieczającym. Czapka policyjna leżała idealnie na jej równo
przyciętych włosach. Ma pewne ręce, pomyślała Eve, i pewne oko.
-?Może zajmiesz się ustaleniem czasu śmierci.
Zaskoczona asystentka podniosła na nią wzrok.
-?Ja?
-?Ustal tożsamość ofiary i czas zgonu. Sporządź opis miejsca wypadku i ciała.
Mimo ponurych okoliczności Peabody była wyraźnie podekscytowana tym
zadaniem.
-?Tak jest. Pani porucznik, policjant, który pojawił się tu jako
pierwszy, ma potencjalnego świadka.
-?Świadka z góry czy z dołu?
-?Z dołu.
-?Dobra, zajmę się tym. -?Jeszcze przez chwilę Eve stała jednak w miejscu, obserwując poczynania Peabody, która zdejmowała odciski palców
martwej kobiety. Choć jej dłonie i stopy zabezpieczone były specjalnymi
ochraniaczami, unikała kontaktu z ciałem zmarłej i przeprowadziła całą
operację szybko i zręcznie.
Eve skinęła głową z aprobatą i przeszła do umundurowanych policjantów,
którzy otaczali miejsce wypadku. Choć dochodziła dopiero trzecia nad
ranem, na ulicy zebrała się już grupka gapiów. Pojawili się także
pierwsi dziennikarze: wykrzykiwali pytania w stronę Eve i próbowali
zdobyć choćby garść informacji, które mogliby umieścić w porannych
wydaniach dzienników.
Jakiś ambitny straganiarz wykorzystał sytuację i uruchomił przenośne
stoisko z przekąskami. Nad jego grillem unosił się dym przesycony
zapachem sojowych kiełbasek i cebuli. Najwyraźniej nie brakowało mu
klientów.
W roku 2059 śmierć nadal budziła zainteresowanie żywych i tych, którzy
wiedzieli, jak zrobić na niej interes.
Ulicą przemknęła taksówka; kierowca nawet nie przyhamował, by przyjrzeć
się zbiegowisku. Gdzieś z dala dobiegało zawodzenie syreny policyjnej.
Eve odwróciła się do jednego z policjantów.
-?Podobno mamy świadka.
-?Tak jest. Sierżant Young zaprowadził ją do wozu. Nie chciał, żeby
rzucili się na nią dziennikarze.
-?Dobrze. -?Eve spojrzała na twarze ludzi zgromadzonych za policyjną
barierką. Widziała na nich przerażenie, ekscytację, ciekawość i pewien
rodzaj ulgi.
Ja żyję, a ty nie.
Otrząsnęła się z tych rozmyślań i poszła odszukać sierżanta Younga oraz
świadka.
Wziąwszy pod uwagę okolicę, w jakiej doszło do wypadku -?bo mimo
eleganckiego wyglądu i kwietnych rabatek wieżowiec stał na skraju
dzielnicy o nie najlepszej reputacji -?spodziewała się ujrzeć osobę do
towarzystwa albo jakąś narkomankę.
Nie przypuszczała, że zobaczy drobną, dobrze ubraną blondynkę o ładnej i znajomej twarzy.
-?Doktor Dimatto.
-?Porucznik Dallas? -?Louise Dimatto przechyliła głowę, a rubinowe
kolczyki w jej uszach błysnęły jak krople krwi. -?Wchodzisz do środka
czy ja wychodzę na zewnątrz?
Eve wskazała kciukiem na zewnątrz i otworzyła szerzej drzwi samochodu.
-?Proszę wyjść.
Poznały się minionej zimy, w klinice, gdzie Louise toczyła trudną walkę
o uratowanie jak największej liczby bezdomnych i biedaków. Była bogata i pochodziła z dobrej rodziny. Eve wiedziała jednak, że Louise nie boi się
ubrudzić sobie rąk. Omal nie zginęła, pomagając Eve podczas paskudnej
wojny, którą ta stoczyła tej trudnej zimy.
Eve ogarnęła spojrzeniem jaskrawoczerwoną suknię Louise.
-?Wizyta domowa?
-?Randka. Niektórzy z nas próbują prowadzić normalne życie towarzyskie.
-?Jak poszło?
-?Wzięłam taksówkę do domu, więc sama się domyśl. -?Młoda lekarka
przeciągnęła dłonią przez swe krótkie bursztynowe włosy. -?Dlaczego
większość z nich jest taka nudna?
-?Wiesz, to pytanie, które dręczy mnie dniem i nocą. -?Kiedy Louise się
roześmiała, Eve odpowiedziała jej uśmiechem: -?Miło cię znów zobaczyć...
mimo wszystko.
-?Miałam nadzieję, że wpadniesz kiedyś do kliniki, przekonasz się, jakie
usprawnienia mogłam wprowadzić dzięki twojej... darowiźnie.
-?Myślałam, że w większości cywilizowanych krajów nazywa się to
szantażem.
-?Szantaż, darowizna... Nie dzielmy włosa na czworo. Pomogłaś uratować
kilka ludzkich istnień. To powinno być równie satysfakcjonujące jak
łapanie tych, którzy je niszczą.
-?Dzisiaj właśnie jedno straciliśmy. -?Eve odwróciła się, spojrzała na
nieruchome ciało. -?Co o niej wiesz?
-?Właściwie nic. Myślę, że mieszkała w tym budynku, ale nie wygląda
teraz najlepiej, więc nie mogę być pewna. -?Louise wzięła głęboki oddech
i pomasowała dłonią kark. -?Przepraszam, ale muszę trochę ochłonąć. Nie
zdarzyło mi się jeszcze, żeby czyjeś ciało spadło niemal prosto na moją
głowę. Wiele razy widziałam ludzką śmierć, często gwałtowną i bolesną,
ale to było...
-?Rozumiem. Chcesz usiąść? Napić się kawy?
-?Nie, nie. Pozwól tylko, że ci o tym opowiem. -?Louise uspokoiła się,
ściągnęła ramiona, wyprostowała lekko plecy. -?Byłam na randce z pewnym
facetem, zjedliśmy razem kolację i pojechaliśmy do klubu w centrum. Było
tak nudno, że w końcu zdecydowałam się wrócić do domu i zamówiłam
taksówkę. Przyjechałam tu około pierwszej trzydzieści.
-?Mieszkasz w tym budynku?
-?Tak, na dziesiątym piętrze. Mieszkanie sto pięć. Zapłaciłam
taksówkarzowi, wysiadłam. To była ciepła noc. Pomyślałam, taka piękna
noc, a ja straciłam ją przez tego nudziarza. Stałam więc przez kilka
minut na chodniku i zastanawiałam się, czy powinnam wejść do środka, czy
wybrać się na spacer. W końcu postanowiłam wjechać na górę, zrobić sobie
drinka i posiedzieć na balkonie. Odwróciłam się, zrobiłam krok w stronę
drzwi. Nie wiem, dlaczego spojrzałam do góry, nic nie słyszałam. Ale
spojrzałam, a ona właśnie leciała, z włosami rozwianymi jak skrzydła. To
trwało ledwie kilka sekund; nim zrozumiałam, co widzę, uderzyła już w ziemię.
-?Nie wiesz, skąd wypadła?
-?Nie. Leciała w dół, bardzo szybko. Jezu, Dallas... -?Louise musiała
przerwać na moment, odsunąć sprzed oczu natrętny obraz. -?Uderzyła tak
mocno... To był dźwięk, który jeszcze przez długi czas będę słyszeć w snach. Upadła nie dalej jak dwa metry od miejsca, w którym stałam. -
Znów wzięła głęboki oddech, zmusiła się do spojrzenia na ciało. W jej
oczach obok zgrozy pojawiło się współczucie. -?Ludzie myślą, że doszli
już do granic swoich możliwości. Że już nic im nie zostało. Ale mylą
się. Zawsze jest nadzieja. Zawsze warto spróbować jeszcze raz.
-?Myślisz, że ona sama wyskoczyła?
Louise powróciła spojrzeniem do twarzy Eve.
-?Tak, chyba tak... Jak już powiedziałam, nic nie słyszałam. Żadnego
krzyku, płaczu. Nic tylko trzepot włosów na wietrze. Chyba właśnie
dlatego spojrzałam w górę -?zastanawiała się głośno Louise. -?Więc
jednak coś usłyszałam. Trzepotały na wietrze, jak skrzydła.
-?Co zrobiłaś potem?
-?Sprawdziłam jej puls. -?Louise wzruszyła ramionami. -?Wiedziałam, że
nie żyje, ale i tak sprawdziłam. Potem wyjęłam łącze i skontaktowałam
się z policją. Myślisz, że ktoś ją wypchnął? No tak, dlatego tu jesteś.
-?Na razie nic jeszcze nie myślę. -?Eve spojrzała ponownie na budynek.
Gdy przyjechała na miejsce wypadku, w kilku oknach płonęło już światło,
teraz dołączyły do nich kolejne, tak że wieżowiec wyglądał jak ogromna
srebrno-czarna szachownica postawiona na sztorc. -?Wydział zabójstw
zawsze zajmuje się takimi wypadkami. To standardowa procedura. No
dobrze, na razie to wszystko. Idź do domu, weź jakieś prochy, prześpij
się. Nie rozmawiaj z dziennikarzami, gdyby zdobyli od kogoś twoje
nazwisko.
-?Dzięki za dobrą radę. Dasz mi znać, kiedy już... kiedy będziecie
wiedzieć, co się z nią stało?
-?Tak, zrobię to. Chcesz, żeby odprowadził cię któryś z moich ludzi?
-?Nie, dzięki. -?Louise rzuciła ostatnie spojrzenie na ciało. -?Nie była
to udana noc, ale przeżyłam już gorsze.
-?Rozumiem.
-?Pozdrowienia dla Roarke'a -?dodała Louise i ruszyła w stronę wejścia
do budynku.
Jej miejsce u boku Eve zajęła Peabody.
-?Znamy już tożsamość ofiary, pani porucznik. Bryna Bankhead, lat
dwadzieścia trzy, rasy mieszanej. Samotna. Zajmowała apartament 1207 w tym budynku. Pracowała u Saksa przy Piątej Alei. Bielizna. Ustaliłam
czas zgonu na pierwszą piętnaście.
-?Pierwszą piętnaście? -?powtórzyła Eve i pomyślała o zielonym
wyświetlaczu zegara przy jej łóżku.
-?Tak jest. Robiłam wszystkie pomiary dwukrotnie.
Eve zmarszczyła czoło, spoglądając na sprzęt pomiarowy i na kałużę krwi
obok ciała.
-?Świadek zeznała, że wypadek miał miejsce około pierwszej trzydzieści.
Kiedy odebrano zgłoszenie?
Zakłopotana Peabody połączyła się z centralą, by ustalić czas
zgłoszenia.
-?Pierwsza trzydzieści sześć -?odparła po chwili i westchnęła ciężko. -
Musiałam spieprzyć coś przy pomiarach -?zaczęła. -?Przepraszam...
-?Nie przepraszaj, dopóki sama ci nie powiem, że coś spieprzyłaś. -?Eve
przykucnęła, otworzyła własną torbę ze sprzętem pomiarowym i wyjęła
swoje przyrządy. Przeprowadziła test po raz trzeci, osobiście.
-?Ustaliłaś czas zgonu prawidłowo. Do oficjalnej dokumentacji -
kontynuowała, włączając nagrywanie. -?Ofiara zidentyfikowana jako Bryna
Bankhead, przyczyna śmierci nieokreślona. Czas zgonu -?pierwsza
piętnaście, ustalony przez sierżant Delię Peabody i prowadzącą śledztwo
porucznik Eve Dallas. Przewróćmy ją na plecy, Peabody.
Asystentka przełknęła z trudem ślinę, powstrzymując pytania, które
cisnęły jej się na usta, i nudności podchodzące do gardła. Na moment
oczyściła umysł z wszelkich uczuć, później jednak pamiętała, że
przypominało to przewracanie torby pełnej połamanych patyków pływających
w gęstej cieczy.
-?Uderzenie zniszczyło w znacznym stopniu twarz ofiary.
-?Boziu... -?jęknęła słabo Peabody.
-?Kończyny i tułów także zostały poważnie uszkodzone, trudno więc
określić w tej chwili, czy przed śmiercią ofiara odniosła jakieś inne
rany. Ciało jest nagie. Ofiara ma kolczyki. -?Eve wyjęła małe szkło
powiększające, przyjrzała się z bliska uszom kobiety. -?Wielobarwne
kamienie w złotych oprawach, tak jak oczko pierścionka na środkowym
palcu prawej dłoni.
Pochyliła się niżej, tak że jej usta dotykały niemal szyi ofiary.
Peabody tymczasem musiała się zmagać z drugą falą mdłości.
-?Pani porucznik...
-?Perfumy. Używała perfum. Powiedz mi, Peabody, czy o pierwszej w nocy
chodzisz po swoim mieszkaniu w drogich kolczykach, do tego
wyperfumowana?
-?Jeśli o pierwszej w nocy jeszcze nie śpię, to zazwyczaj chodzę po
mieszkaniu w moich pluszowych kapciach. Chyba że...
-?Tak. -?Eve podniosła się z klęczek. -?Chyba że masz towarzystwo. -
Odwróciła się do technika z ekipy medycznej. -?Zabierzcie ją. Chcę, żeby
jak najszybciej przeprowadzono sekcję. Niech sprawdzą dobrze, czy przed
śmiercią miała jakieś kontakty seksualne i czy nie była wcześniej
raniona. Peabody, my tymczasem obejrzymy sobie jej mieszkanie.
-?Nie wyskoczyła sama.
-?Wszystko na to wskazuje. -?Weszły do holu. Małe ciche pomieszczenie
znajdowało się pod stałą obserwacją kamer. -?Potem dostarczysz mi
dyskietki ochrony. -?Eve zwróciła się do asystentki. -?Na razie tylko te
z holu i z dwunastego piętra.
W ciszy przeszły do windy, Eve zamówiła dwunaste piętro. Peabody
przestępowała z nogi na nogę, wreszcie się odezwała, siląc się na
swobodny ton:
-?No tak... Będziesz wzywać tych z działu elektronicznego?
Eve włożyła ręce do kieszeni i wbiła wzrok w wypolerowane metalowe drzwi
windy. Romantyczny związek Peabody z Ianem McNabem, detektywem z Wydziału Przestępstw Elektronicznych, rozleciał się ostatnio z wielkim
hukiem. Gdyby ktoś zechciał wcześniej wysłuchać jej rad, pomyślała
gorzko Eve, niespełniona miłość dwojga policjantów nie leżałaby teraz w gruzach, bo w ogóle nie miałaby miejsca.
-?Daj sobie spokój, Peabody.
-?To racjonalne pytanie związane ściśle z procedurą, a nie z... niczym
innym. -?Peabody przemawiała sztywnym tonem, w którym kryło się
jednocześnie oburzenie, zranione uczucia i złość.
Jest w tym naprawdę dobra, pomyślała Eve.
-?Jeśli jako inspektor prowadzący to śledztwo uznam, że niezbędna jest
nam pomoc wydziału elektronicznego, z pewnością skorzystam z tej pomocy.
-?Mogłabyś poprosić o kogoś innego, a nie tego, którego imienia nie chcę
nawet głośno wymawiać -?mruknęła Peabody.
-?Feeney zarządza WPE. Nie będę mu mówić, którego ze swych ludzi ma
oddelegować do tej sprawy. Do diabła, Peabody, wcześniej czy później
trafisz na McNaba i będziesz musiała z nim pracować i dlatego właśnie
nie powinnaś była nigdy pozwolić, żeby cię przeleciał.
-?Mogę z nim pracować. Wcale mi to nie przeszkadza -?oświadczyła Peabody
z mocą, opuszczając windę. -?Jestem profesjonalistką, w odróżnieniu od
osób, które zawsze się mądrzą i popisują, a w dodatku przychodzą do
pracy w dziwacznych ubraniach.
Eve stanęła przed drzwiami mieszkania Bankhead i uniosła lekko brwi.
-?Twierdzisz, że nie jestem profesjonalistką?
-?Nie, skąd! Ja... -?Peadoby rozluźniła nagle ramiona, a do jej oczu
powrócił uśmiech. -?Nigdy nie nazwałabym twoich ubrań dziwacznymi,
Dallas, choć jestem niemal pewna, że masz na sobie męską koszulę.
-?No dobrze, skoro już przeszła ci złość, to włączę z powrotem
nagrywanie. Otwieram drzwi do mieszkania ofiary za pomocą uniwersalnego
kodu -?oświadczyła Eve, otwierając zamki. Uchyliła drzwi i przyjrzała im
się uważnie. -?Wewnętrzny łańcuch i zatrzaski nie były używane. Światła
w holu i pokoju są przygaszone. Co czujesz, Peabody?
-?Hm... świeczki, może perfumy.
-?Co widzisz?
-?Ładnie urządzone mieszkanie. Obraz przedstawia... ukwieconą wiosenną
łąkę. Na stoliku obok sofy stoją dwa kieliszki i otwarta butelka wina,
co oznacza, że ofiara miała tego wieczoru towarzystwo.
-?Dobrze. -?Choć Eve miała nadzieję, że asystentka wyciągnie nieco dalej
idące wnioski, skinęła głową. -?Co słyszysz?
-?Muzykę. Działa system audio. Skrzypce i fortepian. Nie rozpoznaję
melodii.
-?Nie chodzi o konkretną melodię, tylko o jej nastrój -?odparła Eve. -
Romans. Rozejrzyj się jeszcze raz wokół siebie. Wszystko jest na swoim
miejscu, czyste, eleganckie, zorganizowane. Zostawiła jednak otwartą
butelkę wina i używane kieliszki. Dlaczego?
-?Nie miała okazji, by je uprzątnąć.
-?Ani wyłączyć muzyki i światła. -?Eve przeszła dalej, zajrzała do
kuchni przylegającej do pokoju. Blat był czysty i pusty, leżał na nim
tylko korkociąg i korek. -?Kto otworzył wino, Peabody?
-?Najprawdopodobniej jej towarzysz. Gdyby zrobiła to sama, to biorąc pod
uwagę stan całego mieszkania, schowałaby korkociąg, a korek wyrzuciła do
śmieci.
-?Mmm... Drzwi na balkon w salonie zamknięte i zabezpieczone od wewnątrz.
Jeśli było to samobójstwo albo nieszczęśliwy wypadek, to nie doszło do
niego tutaj. Sprawdźmy sypialnię.
-?Nie uważasz, żeby to było samobójstwo albo wypadek?
-?Na razie nic nie uważam. Wiem tylko, że ofiarą była samotna kobieta,
która utrzymuje swoje mieszkanie w idealnej czystości, i że dowody
wskazują na to, że spędziła przynajmniej część tego wieczoru w czyimś
towarzystwie.
Eve przeszła do sypialni. Tu także grała muzyka, senne, płynne tony,
które zdawały się unosić w lekkim wietrze wpadającym do pokoju przez
otwarte drzwi balkonu. Łóżko było zasłane, a rozrzucona pościel pokryta
setkami różowych płatków róż. Obok łóżka leżały czarna sukienka, czarna
bielizna i czarne buty wieczorowe. Pod ścianami migotały dopalające się
świece.
-?Przeprowadź analizę miejsca zbrodni -?poleciła Eve.
-?Wygląda na to, że przed śmiercią ofiara odbywała lub zamierzała odbyć
stosunek seksualny. Ani tutaj, ani w salonie nie widać żadnych śladów
walki, co oznacza, że stosunek odbył się lub był planowany za zgodą obu
stron.
-?To nie był seks, Peabody. To było uwodzenie. Będziemy musieli
dowiedzieć się, kto uwiódł kogo. Zbadaj całe mieszkanie, a potem załatw
mi te dyskietki ochrony. -?Eve nałożyła na ręce substancję
zabezpieczającą i otworzyła szufladę w stoliku nocnym. -?Szuflada ze
skarbami.
-?Słucham?
-?Szuflada seksu, Peabody. Zapasy samotnej dziewczyny, między innymi
kondomy. Ofiara lubiła mężczyzn. Kilka butelek smakowych olejków do
ciała, wibrator na wypadek, gdyby musiała lub chciała zaspokoić się
sama, maść dopochwowa. Standardowe, powiedziałabym nawet konserwatywne
przybory. Żadnych gadżetów czy materiałów, które wskazywałyby, że ofiara
preferowała kontakty z tą samą płcią.
-?Więc jej towarzysz był mężczyzną.
-?Albo kobietą, która chciała poszerzyć horyzonty Bankhead. Dowiemy się
tego, kiedy obejrzymy materiał z kamer ochrony. Może dopisze nam
szczęście i przy sekcji zwłok lekarze znajdą coś w niej.
Eve weszła do łazienki sąsiadującej z sypialnią. Była lśniąco czysta,
nawet obszyte wstążkami ręczniki wisiały w idealnym porządku. Na półkach
stały kolorowe mydełka w wymyślnych opakowaniach, perfumowane kremy w szklanych i srebrnych słoikach.
-?Przypuszczam, że jej partner nie przychodził się tutaj umyć. Sprowadź
tu ekipę -?poleciła. -?Niech sprawdzą, czy nasz Romeo nie zostawił
jednak śladów. -?Otworzyła lustrzane drzwiczki szafki z lekarstwami,
przejrzała zawartość. Zwykłe podręczne środki, nic ciężkiego. Półroczny
zapas dwudziestoośmiodniowych tabletek antykoncepcyjnych.
Szuflada obok umywalki wypełniona była starannie ułożonymi kosmetykami.
Szminki, sztuczne rzęsy, farby do twarzy i ciała.
Spędzała przed tym lustrem mnóstwo czasu, rozmyślała Eve. Sądząc po
małej czarnej sukience, winie i świeczkach, wyjątkowo dużo czasu
spędziła tu minionego wieczoru. Przygotowując się dla mężczyzny.
Eve powróciła do łącza umieszczonego w sypialni i odtworzyła ostatnią
rozmowę. Stała w bezruchu i słuchała, jak śliczna Bryna Bankhead,
odziana w małą czarną, rozmawia o planach na wieczór z brunetką o imieniu CeeCee.
Jestem trochę zdenerwowana, ale przede wszystkim podniecona. Wreszcie
się spotkamy. Jak wyglądam?
Wyglądasz cudownie, Bry. Pamiętaj tylko, że prawdziwa randka to co
innego niż elektroniczny flirt. Nie spiesz się, dziś wieczorem pozwól mu
tylko na kolację w jakiejś restauracji, dobrze?
Jasne. Ale naprawdę czuję się tak, jakbym już dobrze go znała, CeeCee.
Mamy ze sobą tak wiele wspólnego i korespondujemy już od tygodni. Poza
tym to ja zaproponowałam to spotkanie, a on powiedział, byśmy spotkali
się w jakimś publicznym miejscu, żebym nie czuła się skrępowana. Jest
taki troskliwy, taki romantyczny. Boże, spóźnię się. Nienawidzę się
spóźniać. Muszę iść.
Nie zapominaj o niczym. Chcę znać szczegóły.
Jutro opowiem ci o wszystkim. Życz mi szczęścia, CeeCee. Naprawdę
myślę, że to może być właśnie ten.
-?Tak -?mruknęła Eve, wyłączając łącze. -?Ja też tak myślę.
2
Po powrocie do swego gabinetu w komendzie Eve przejrzała dyskietki
ochrony z dnia poprzedzającego noc morderstwa. Ludzie wchodzili i wychodzili. Mieszkańcy i goście. Jej uwagę przykuły dwie szczupłe,
bliźniaczo podobne blondynki, które przechadzały się po holu jako osoby
do towarzystwa. Podwójna przyjemność, pomyślała, obserwując, jak jedna z nich rozmawia przez telefon, druga zaś notuje czas i miejsce następnego
spotkania.
Bryna Bankhead wpadła do holu o szóstej czterdzieści pięć, z całą stertą
zakupów i uroczym rumieńcem na buzi.
Szczęśliwa, pomyślała Eve. Podniecona. Chce jak najszybciej wjechać na
górę, wyjąć nowe ubrania i się nimi nacieszyć. Wykąpie się, zrobi sobie
makijaż, kilka razy zmieni zdanie co do kreacji, którą powinna włożyć na
wieczór. Może przygotuje jakąś drobną przekąskę, by nerwy nie ściskały
jej zbyt mocno żołądka.
Typowa samotna kobieta w oczekiwaniu na randkę. Kobieta, która nie wie,
że nim noc dobiegnie końca, będzie tylko kolejnym numerem w policyjnej
statystyce.
Tuż przed siódmą trzydzieści do holu weszła Louise. Ona także poruszała
się szybko -?ale robiła to zawsze. W jej oczach nie było radosnego
błysku, ekscytacji wywołanej zbliżającym się spotkaniem. Wydawała się
rozproszona i zmęczona.
Doktor Dimatto nie niosła żadnych zakupów, zauważyła Eve. Tylko sprzęt
medyczny i torbę wielką jak Idaho. Niezbyt typowa samotna kobieta, która
wyglądała tak, jakby z góry już założyła, że czeka ją nieudany wieczór.
I która nie wiedziała, że wieczór ten zakończy się tragicznym i przerażającym wydarzeniem.
Louise była szybsza od Bryny. Już o ósmej trzydzieści wyszła z windy
wbita w zabójczą czerwoną sukienkę. Odświeżona i wymuskana, nie
wyglądała już jak przepracowany, oddany szczytnym ideałom krzyżowiec.
Wyglądała bardzo kobieco i seksownie.
Facet, który minął ją w holu, najwyraźniej zgadzał się z tą opinią.
Kiedy przechodzili obok siebie, spoglądał z aprobatą na jej kształtny
tyłeczek. Louise albo tego nie zauważyła, albo wcale jej to nie
obchodziło, nie zaszczyciła go bowiem nawet najmniejszym spojrzeniem.
Z windy wysiadł także jakiś dzieciak, na oko osiemnastoletni. Ubrany był
w czarny skórzany kombinezon, pod pachą niósł skuter powietrzny. Rzucił
go na podłogę, a gdy otworzyły się przed nim drzwi holu, wskoczył nań ze
zręcznością i wdziękiem, którego nie mogła nie podziwiać, i błyskawicznie zniknął w ciemności nocy.
Eve sączyła powoli kawę, obserwując, jak Bryna opuszcza budynek tuż
przed dziewiątą. Nie zważając na to, że ma buty na wysokich obcasach i że jeden nieostrożny krok może skończyć się dla niej bolesnym skręceniem
kostki, prawie biegła, by nie spóźnić się na wytęsknione spotkanie. Jej
włosy ułożone były w sztywną, lśniącą konstrukcję, przypominającą wieżę
z kości słoniowej. Na twarzy o delikatnej karmelowej barwie płonęły
rumieńce ekscytacji i zdenerwowania. Niosła małą wieczorową torebkę, a jej uszy zdobiły wielobarwne kolczyki.
-?Peabody, sprawdź wszystkie kursy taksówek w pobliżu tego budynku.
Spieszy się, więc jeśli nie była umówiona gdzieś w pobliżu, to na pewno
wzięła taksówkę. -?Eve zaczęła przesuwać szybciej obraz, zwalniając
tylko wtedy, gdy ktoś wchodził do środka lub wychodził. -?Była
atrakcyjną kobietą -?myślała głośno. -?Wydawała się dość rozsądna, miała
swoje mieszkanie, dobrą pracę. Dlaczego ktoś taki szuka partnera przez
sieć?
-?Łatwo ci mówić -?mruknęła Peabody, ściągając na siebie rozeźlone
spojrzenie przełożonej. -?O Jezu, Dallas, ty jesteś mężatką. My, samotne
kobiety, żyjemy w dżungli, pełnej małp, wężów i pawianów.
-?Flirtowałaś kiedyś przez sieć?
Peabody zaszurała nerwowo nogami.
-?Może. I nie chcę o tym rozmawiać.
Rozbawiona Eve powróciła do śledzenia nagrań z holu budynku.
-?O wiele, wiele dłużej byłam samotną kobietą niż mężatką. Nigdy nie
zniżyłam się do flirtu w sieci.
-?Wielka mi sztuka, kiedy ktoś jest wysoki i szczupły, ma niesamowite
kocie oczy i seksowny dołek w brodzie.
-?Podrywasz mnie, Peabody?
-?Mej miłości do ciebie nie da się opisać żadnymi słowami, Dallas, ale
postanowiłam, że nie będę już nigdy wiązać się z policjantami.
-?Bardzo rozsądnie. Oho, są. Zatrzymaj obraz.
Zegar w rogu ekranu wskazywał jedenastą trzydzieści osiem. W ciągu
niecałych trzech godzin Bryna najwyraźniej zdążyła się już bliżej
zapoznać ze swoim elektronicznym kochankiem. Szli objęci wpół,
przytuleni i roześmiani.
-?Facet wygląda... świetnie -?oświadczyła Peabody, pochylając się niżej
nad ekranem. -?Spełnienie marzeń każdej panienki. Wysoki, przystojny
brunet.
Eve jęknęła cicho. Mężczyzna rzeczywiście był wysoki i szczupły. Długie
kręcone włosy okrywały jego ramiona wspaniałą gęstą grzywą. Miał
poetycznie bladą skórę, od której odcinały się wyraźnie małe błyszczące
szmaragdy osadzone w kąciku ust i na kości policzkowej, w pobliżu ucha.
Tę samą zieloną barwę miały jego oczy. Cienka linia starannie
przystrzyżonej brody biegła od dolnej wargi w dół podbródka.
Miał na sobie ciemny garnitur i rozpiętą pod szyją koszulę -?również
szmaragdowozieloną.
-?Ładna parka -?dodała Peabody. -?Bryna wygląda, jakby nieźle sobie
popiła.
-?To coś więcej niż alkohol -?odparła Eve i poleciła, by komputer zrobił
zbliżenie na twarz kobiety. -?Ma w oczach narkotykowy błysk. On? -
Zbliżenie na twarz mężczyzny. -?Całkiem trzeźwy. Skontaktuj się z kostnicą. Chcę, żeby zwrócili szczególną uwagę na zawartość toksyn w jej
organizmie. Komputer?
Czekam na instrukcje...
-?Tak, tak, spróbujmy wykonać pewne drobne zadania. -?Ponieważ od
niedawna, po długich i usilnych staraniach, miała wreszcie nowy sprzęt,
miała też nadzieję. -?Odszukaj w bankach identyfikacyjnych dane
mężczyzny, którego twarz znajduje się teraz na ekranie. Chcę znać jego
nazwisko.
Otwieram banki identyfikacyjne. Poszukiwanie ograniczyć do miasta,
stanu, kraju czy Ziemi?
Eve poklepała metalową obudowę maszyny.
-?O, to mi się podoba. Zacznijmy od Nowego Jorku. Kontynuuj przeglądanie
zawartości dysku w normalnym tempie.
Wykonuję...
Komputer mruczał cicho, a obraz na ekranie znów zaczął się poruszać.
Bryna i jej towarzysz zatrzymali się przed drzwiami windy, mężczyzna
uniósł jej dłoń do ust.
-?Dobrze, teraz obraz z windy numer dwa, jedenasta czterdzieści.
Na monitorze pojawił się widok z wnętrza windy. Eve obserwowała, jak w drodze na dwunaste piętro para kochanków poczyna sobie coraz śmielej.
Mężczyzna całował delikatnie czubki palców Bryny, potem pochylił się, by
wyszeptać jej coś do ucha. W końcu to ona przyspieszyła tempo,
przyciągnęła go do siebie, przywarła do jego ciała i ust.
To jej ręka wsunęła się pomiędzy nich, sięgnęła w dół.
Kiedy rozsunęły się drzwi windy, wytoczyli się na zewnątrz, wciąż
zamknięci w uścisku. Eve po raz kolejny poprosiła o zmianę dysku i obserwowała parę kochanków zmierzających do drzwi mieszkania. Bryna
miała drobne kłopoty z rozkodowaniem zamków, straciła na moment
równowagę i oparła się o kochanka. Kiedy weszła do środka, ten zatrzymał
się na progu.
Dżentelmen w każdym calu, pomyślała Eve, z ciepłym uśmiechem na ustach i niemym pytaniem w oczach. Zaprosisz mnie do środka?
Widziała, jak zza drzwi wysuwa się ręka Bryny, chwyta mężczyznę za klapy
marynarki. Wciągnęła go do środka i zatrzasnęła drzwi.
-?To ona tego chciała -?stwierdziła Peabody, spoglądając spod
uniesionych brwi na monitor.
-?Tak, ona tego chciała.
-?Nie chcę przez to powiedzieć, że zasłużyła na śmierć. Chodzi mi tylko
o to, że on nie naciskał. Nawet kiedy zaczęła się do niego dobierać w windzie, nie naciskał. Większość facetów w tym momencie już wsadziłaby
jej łapsko pod spódnicę.
-?Większość facetów nie rozrzuca płatków róż na pościeli. -?Eve
przyspieszyła nagranie, zatrzymała obraz, gdy drzwi mieszkania Bryny
ponownie się otworzyły. -?Zwróć uwagę, o której godzinie
niezidentyfikowany mężczyzna opuszcza mieszkanie ofiary. Pierwsza
trzydzieści sześć. Dokładnie w tym samym czasie odebraliśmy zgłoszenie
wypadku. Louise powiedziała, że sprawdziła najpierw puls. Dajmy jej
kilka sekund na otrząśnięcie się z szoku, kilka sekund na podejście do
ofiary, czas na sprawdzenie pulsu, a potem wyciągnięcie telefonu i wybranie numeru. On nie mógł wtedy zrobić więcej niż wyjść z balkonu,
przejść przez mieszkanie i otworzyć drzwi. Komputer, kontynuuj
przeglądanie.
-?Trzęsie się -?mruknęła Peabody.
-?Tak, i mocno poci. -?Ale nie biegnie, dopowiedziała Eve w myślach.
Rozglądał się nerwowo na boki, gdy szedł korytarzem do windy. Lecz nie
biegł.
Obserwowała go, gdy jechał na dół, oparty plecami o ścianę, ze skórzaną
torbą mocno przyciśniętą do piersi. Nie stracił głowy, zauważyła. Myślał
dość trzeźwo, by zjechać do podziemi budynku, zamiast do holu, i wyjść z niego korytarzem przeznaczonym dla dostawców, a nie głównymi drzwiami.
-?W mieszkaniu nie znalazłyśmy żadnych śladów walki. Od chwili śmierci
do momentu, gdy spadła na ziemię, upłynęło też zbyt mało czasu, by
zdążył posprzątać mieszkanie. Ale ona była martwa, nim wypadła z balkonu. Nim ją wyrzucił -?poprawiła się Eve. -?Zażywała narkotyki, ale
w mieszkaniu nie było żadnych zabronionych środków. Przekaż tym z laboratorium, żeby sprawdzili skład wina w butelce i kieliszkach. Potem
idź do domu, prześpij się trochę.
-?Skontaktujesz się z Feeneyem? Będziesz potrzebowała tych z elektronicznego do sprawdzenia jej komputera i maili, które wymieniała z podejrzanym.
-?Zgadza się. -?Eve wstała z krzesła i choć wiedziała, że to błąd,
zamówiła w autokucharzu jeszcze jedną filiżankę kawy. -?Odłóż osobiste
urazy na bok i bierz się do pracy.
-?Byłabym wdzięczna, gdybyś dała tę samą radę McNabowi.
-?Robi ci problemy? -?Zaskoczona Eve odwróciła się do niej.
-?Tak. No... niezupełnie. -?Peabody wypuściła głośno powietrze. -?Nie.
-?Więc o co chodzi?
-?Stara się, żebym wiedziała o wszystkich gorących kobietach, z którymi
sypia, odkąd się rozeszliśmy. I nie ma nawet na tyle przyzwoitości, by
powiedzieć mi o tym prosto w twarz. Po prostu dba o to, bym usłyszała o wszystkim od innych.
-?Wygląda na to, że już doszedł do siebie. Ale to ty go rzuciłaś,
Peabody. I spotykasz się z Charlesem.
-?Charles to zupełnie inna historia -?odparła Peabody z naciskiem.
Chodziło o seksownego mężczyznę do towarzystwa, który stał się jej
bliskim przyjacielem. I który nigdy nie był jej kochankiem. -?Mówiłam ci
już.
-?Ale nie powiedziałaś McNabowi. Twoja sprawa -?dodała Eve szybko, kiedy
jej asystentka otworzyła usta, gotowa wdać się w dłuższą dyskusję. -?A ja nie chcę już o tym słyszeć. Skoro McNab chce przelecieć wszystkie
kobiety w okręgu, a nie cierpi na tym jego działalność zawodowa, to już
nie moja sprawa. Ani twoja, koleżanko. Przekaż moje polecenia do
laboratorium i idź do domu. Masz się stawić do pracy o ósmej zero zero.
Gdy została już sama, Eve usiadła ponownie za biurkiem.
-?Komputer, stan poszukiwań identyfikacyjnych?
Poszukiwania ukończone w osiemdziesięciu ośmiu przecinek dwóch
dziesiątych procent. Brak danych.
-?Rozszerz poszukiwania na bank identyfikacyjny stanu.
Przyjąłem.
Eve opadła na oparcie krzesła i pociągnęła łyk kawy. Miała nadzieję, że
wkrótce pozna nazwisko tajemniczego kochanka, że odda sprawiedliwość
Brynie Bankhead.
* * *
Mimo potężnej dawki kofeiny Eve zażyła więcej snu na podłodze swego
biura niż w wielkim pustym łóżku w domu. Po przebudzeniu rozszerzyła
zakres bezskutecznych dotąd poszukiwań identyfikacyjnych. Potem przeszła
do łazienki, umyła się, przeczesała palcami włosy i zamówiła kolejną
filiżankę kawy.
Tuż po ósmej wkroczyła do gabinetu kapitana Feeneya w Wydziale
Przestępstw Elektronicznych. Kapitan stał przed autokucharzem, odwrócony
do niej plecami. Podobnie jak Eve ubrany był w koszulę z podwiniętymi
rękawami, na którą nałożył szelki z kaburą na służbową broń. Jego
sztywne kasztanowe włosy prawdopodobnie widziały tego ranka grzebień,
ale wcale nie wyglądały na bardziej uporządkowane niż fryzura Eve.
Weszła do środka, przymrużyła oczy. Wciągnęła powietrze.
-?Co tu tak pachnie?
Feeney obrócił się na pięcie. Jego obwisła, poczciwa twarz wyrażała
kompletne zaskoczenie. I poczucie winy, pomyślała Eve.
-?Nic. Co się dzieje?
Ponownie wciągnęła powietrze.
-?Pączki. Masz tu pączki.
-?Zamknij się. Zamknij się. -?Podszedł szybko do drzwi i je zatrzasnął.
-?Chcesz, żeby zleciał mi się tu cały wydział? -?Wiedząc, że
zatrzaśnięte drzwi nie są żadną przeszkodą dla zgłodniałych policjantów,
zamknął je starannie na dwa zamki. -?Czego chcesz?
-?Chcę pączka.
-?Posłuchaj, Dallas, moja żona dostała ostatnio fioła na punkcie zdrowej
żywności. W domu nie można zjeść nic prócz jakichś świństw z tofu i liofilizowanych warzyw. Mężczyzna musi od czasu do czasu wchłonąć trochę
tłuszczu i cukru, inaczej cierpi na tym cały jego organizm.
-?Jestem po twojej stronie, jak wielu innych. Daj mi pączka.
-?Cholera. -?Zrezygnowany, wrócił do autokucharza i otworzył drzwiczki.
W środku leżało sześć pachnących, lekko podgrzanych pączków.
-?A niech mnie... Świeże pączki.
-?W cukierni za rogiem co rano robią kilka prawdziwych. Wiesz, ile sobie
życzą za jedno takie cudo?
Szybka niczym błyskawica, Eve sięgnęła do wnętrza autokucharza, porwała
pączka i wbiła weń zęby.
-?Warte są każdej ceny -?powiedziała z ustami pełnymi smakowitego
ciasta.
-?Błagam cię, nie rób hałasu. Jeśli zaczniesz głośniej mlaskać, te hieny
wyważą drzwi. -?Feeney także wziął sobie pączka i przymknął oczy po
pierwszym kęsie. -?Nikt nie chce żyć wiecznie, prawda? Powtarzam żonie
ciągle: jestem gliniarzem, gliniarze codziennie stają w obliczu śmierci.
-?Zgadza się. Masz też galaretkę?
Nim zdążyła ponownie sięgnąć do wnętrza autokucharza, zatrzasnął
drzwiczki. Bardzo rozsądnie.
-?Więc skoro jestem gliniarzem, stawiam czoło śmierci, i tak dalej, to
chyba mogę wchłonąć trochę tłuszczu?
-?I to bardzo smacznego tłuszczu. -?Zlizała z palców lukier. Mogłaby,
korzystając z szantażu, wyciągnąć od niego drugiego pączka, ale tyle
dobra naraz z pewnością by jej zaszkodziło. -?Miałam w nocy trupa.
Upadek z dwunastego piętra.
-?Samobójca?
-?Nie. Kiedy spadła, była już martwa. Czekam na wyniki z laboratorium,
ale wygląda mi to na zabójstwo na tle seksualnym. Miała randkę z nowym
chłopakiem, elektroniczni kochankowie. Mam go na dyskietce, kiedy
wchodzi do budynku i wychodzi po morderstwie, ale nie znaleźliśmy jego
danych. Chciałabym, żebyś odszukał go przez jej komputer.
-?Masz ten komputer?
-?Tak. Został zatrzymany z resztą materiałów dowodowych. Ofiara nazywa
się Bryna Bankhead, sprawa H-78926B.
-?Dobra, odeślę kogoś do tego.
-?Dzięki. -?Eve zatrzymała się jeszcze na moment przy wyjściu. -?Feeney,
jeśli przekażesz tę sprawę McNabowi, poproś go, żeby trochę... hm... hamował
się w obecności Peabody.
Feeney skrzywił się z bolesnym zakłopotaniem.
-?O Jezu, Dallas.
-?Wiem, wiem. -?Przeciągnęła dłonią przez włosy. -?Ale skoro ja muszę
się męczyć z nią, to ty możesz pomęczyć się z nim.
-?Moglibyśmy zamknąć ich w jednym pokoju i poczekać, aż wszystko sobie
wyjaśnią.
-?Dobra, w ostateczności możemy spróbować i takiego rozwiązania. Daj mi
znać, kiedy znajdziecie coś ciekawego w komputerze ofiary.
* * *
Poszukiwania nie dawały żadnych rezultatów. Bez większej nadziei Eve
poszerzyła ich zakres na całą planetę. Sporządziła wstępny raport dla
komendanta, potem przesłała go przez wewnętrzną sieć centrali. Poleciła
Peabody, by ta pogoniła techników z laboratorium i kostnicy, po czym
wyszła do sądu, gdzie miała złożyć zeznania w pewnej sprawie.
Dwie i pół godziny później wypadła wściekła z gmachu sądu, przeklinając
wszystkich prawników świata. Wyjęła komunikator i przywołała asystentkę.
-?No i co?
-?Nie mamy jeszcze ostatecznych wyników badań.
-?Cholera!
-?Ciężki dzień w sądzie, co?
-?Wyglądało to tak, jakby obrońca chciał wmówić przysięgłym, że
nowojorska policja ochlapała krwią osobę jego niewinnego klienta, jego
pokój hotelowy i ubrania tylko po to, by zniesławić psychopatycznych
turystów, którzy dźgają nożem swoje żony podczas małżeńskich kłótni.
-?Cóż, nie popuszczają za to Izbie Handlowej.
-?Ha, ha.
-?Zidentyfikowaliśmy kobietę, z którą Bankhead rozmawiała przez
telełącze kilka godzin przed śmiercią. CeeCee Plunkett. Pracowały razem
w dziale bielizny u Saksa.
-?Weź jakiś radiowóz. Spotkamy się na miejscu.
-?Tak jest. Proponuję, żebyśmy zjadły lunch w tej ślicznej kafejce na
szóstym piętrze. Potrzebuje pani protein, pani porucznik.
-?Zjadłam dziś pączka. -?Uśmiechając się złośliwie, Eve zakończyła
rozmowę, przerywając głośny jęk zawodu i zazdrości asystentki.
Nastroju nie poprawiła jej wcale podróż przez zakorkowane miasto.
Samochody przemieszczały się tak powoli, że gotowa była porzucić wóz i odbyć całą drogę pieszo.
Dopóki nie spojrzała na zatłoczone chodniki.
Nawet na niebie było ciasno -?dryfujące reklamy, autobusy powietrzne,
tramwaje pełne turystów. Wszędzie panował nieopisany hałas. Buczały
autobusy, trąbiły klaksony, głośno rozbrzmiewała muzyka reklam -
większość tych odgłosów stanowiła bezpośrednie pogwałcenie prawa o zanieczyszczeniach dźwiękowych, prawa, którym nikt się nie przejmował i którego nikt nie egzekwował.
Z jakiegoś niezrozumiałego powodu sam ciężar tego hałasu uspokoił Eve,
pomógł jej się zrelaksować. Do tego stopnia, że gdy utknęła w korku
przed światłami na rogu Madison i Trzydziestej Dziewiątej, wychyliła się
z okna i odezwała się uprzejmym tonem do straganiarza na ślizgaczu:
-?Poproszę pepsi.
-?Małą, średnią czy dużą, droga pani?
Uniosła lekko brwi, zaskoczona. Tak miły straganiarz musiał być
androidem albo od niedawna pracować w zawodzie.
-?Niech będzie duża. -?Sięgnęła do kieszeni po drobniaki.
Kiedy pochylił się, by wziąć od niej pieniądze, zobaczyła, że nie jest
to android ani nowicjusz. Dawała mu jakieś dziewięćdziesiąt lat. Jego
lśniący uśmiech świadczył o tym, że poświęca higienie jamy ustnej
znacznie więcej czasu niż większość jego kolegów po fachu.
-?Piękny dzień, prawda? -?zagadnął.
Spojrzała na zatłoczone ulice, na warstwę pojazdów, które przesłaniały
niemal całe niebo w tej dzielnicy.
-?Chyba pan żartuje.
Sprzedawca znów odpowiedział jej uśmiechem.
-?Każdy dzień życia jest piękny, panienko.
Pomyślała o Brynie Bankhead.
-?Pewnie ma pan rację.
Otworzyła kubek z pepsi i sącząc w zamyśleniu zimny napój, przesuwała
się powoli po Madison. Przy Pięćdziesiątej Pierwszej zjechała na
parking, wcisnęła się w wolne miejsce i wyjęła odznakę służbową. Potem
wzięła głęboki oddech, przygotowując się wewnętrznie do czekającego ją
trudnego zadania, i weszła do działu kosmetycznego domu handlowego
Saksa.
Przy drzwiach krążyły elegancko wystrojone androidy, czyhające na
oszołomionych kolorowym i bogatym wystrojem klientów. Wspierały ich
zastępy ludzkich sprzedawców, którzy obsługiwali poszczególne stoiska i patrolowali alejki pomiędzy półkami, wypatrując -?zdaniem Eve -
nielicznych uciekinierów. Powietrze ciężkie było od zapachu różnego
rodzaju kosmetyków.
Kobieta android o lśniących fioletowych włosach przemknęła błyskawicznie
między półkami, by zablokować Eve drogę. Kątem oka Eve widziała, jak w sukurs idzie jej następny android, kobieta o srebrnej skórze i zabójczo
czerwonych ustach.
-?Dobry wieczór, witamy w domu handlowym Saksa. Mamy dziś premierę
nowego zapachu...
-?Jeśli spadnie na mnie choćby jedna, jedyna kropla, wsadzę ci tę
buteleczkę do gardła. Tobie też, srebrzysta dziewczyno -?ostrzegła
androida, który zachodził ją z boku.
-?W istocie, proszę pani, wystarczy jedna kropla Orgasmy, by oczarować
kochanka pani marzeń.
Eve odsunęła na bok połę kurtki i postukała palcem w pistolet.
-?Wystarczy jeden strzał, żebyś trafiła do śmieci. No już, zejdź mi z drogi.
Android pospiesznie usunął się na bok. Eve słyszała jeszcze, jak wzywa
ochronę, kiedy sama przedzierała się przez tłum klientów i konsultantów.
Uniosła wyżej odznakę, gdy w jej stronę ruszyły dwa androidy w mundurach.
-?Policja Nowego Jorku. Sprawa służbowa. Trzymajcie tych przeklętych
handlarzy z dala ode mnie.
-?Tak jest, pani porucznik. Czy możemy pani w czymś pomóc?
-?Tak. -?Schowała odznakę do kieszeni. -?Gdzie jest dział bielizny?
Tutaj przynajmniej nie przybiegają do człowieka z naręczami bielizny,
pomyślała Eve, kiedy wysiadła na właściwym piętrze. Jednak i tu
bombardowano klientów natłokiem zmysłowych towarów i obrazów; nieziemsko
zgrabne modelki androidy przechadzały się po sklepie odziane jedynie w seksowną bieliznę lub koszule nocne. Ludzcy sprzedawcy nosili
przynajmniej prawdziwe ubrania.
Niemal od razu odszukała CeeCee Plunkett. Poczekała jednak -?odganiając
się od natrętnych sprzedawców -?aż ta skończy transakcję i zapakuje
towar.
-?Pani Plunkett?
-?Tak, czym mogę pani służyć?
Eve pokazała jej odznakę.
-?Czy możemy tu gdzieś spokojnie porozmawiać?
CeeCee miała różowe policzki, które nagle stały się śmiertelnie blade.
Jej ładne błękitne oczy otworzyły się szeroko.
-?O Boże, Boże, to Bry. Coś stało się Brynie. Nie przyszła do pracy. Nie
odpowiada na telefon. Coś jej się stało.
-?Czy możemy gdzieś porozmawiać?
-?Ja... Tak. -?Przyciskając dłonie do skroni, CeeCee rozejrzała się. -
Przymierzalnia, ale nie powinnam schodzić ze stoiska...
-?Hej. -?Eve przywołała androida w lśniącym czarnym staniku i majteczkach. -?Zajmij się tym na chwilę. Którędy? -?spytała CeeCee i przeszła za ladę, by wziąć ją pod rękę.
-?Tam, z tyłu. Czy ona jest w szpitalu? W którym? Pojadę ją odwiedzić.
Kiedy znalazły się już w niewielkiej kabinie przymierzalni, Eve
starannie zamknęła drzwi. W rogu stał mały, obity pluszem taboret.
Podprowadziła tam CeeCee.
-?Proszę usiąść.
-?Stało się coś złego. -?Dziewczyna pochwyciła Eve za ramię. -?Coś
bardzo złego.
-?Tak. Przykro mi. -?To nigdy nie było i nie mogło być łatwe. Musiała
zrobić to szybko, jeden cios w serce zamiast długiej udręki niepewności.
-?Bryna Bankhead zmarła dziś nad ranem.
CeeCee potrząsnęła głową, wciąż kręciła nią powoli, kiedy pierwsze łzy
napłynęły jej do oczu i spłynęły po policzkach.
-?Miała wypadek?
-?Próbujemy ustalić, co się właściwie stało.
-?Rozmawiałam z nią. Rozmawiałam z nią wczoraj wieczorem. Wybierała się
na randkę. Proszę, niech mi pani powie, co jej się stało.
Media doniosły już o wypadku i okolicznościach śmierci młodej kobiety.
Nawet jeśli nie znały jeszcze jej nazwiska, to z pewnością bliskie były
już uzyskania tej informacji.
-?Bryna Bankhead... wypadła z balkonu.
-?Wypadła? -?CeeCee zaczęła podnosić się ze stołka, potem jednak
ponownie na nim usiadła. -?To niemożliwe. To po prostu niemożliwe. Ten
balkon jest zabezpieczony.
-?Prowadzimy śledztwo, panno Plunkett. Byłabym pani wdzięczna, gdyby
zechciała pani odpowiedzieć na kilka pytań. Czy mogę włączyć dyktafon?
-?Nie mogła stamtąd spaść. -?W głosie dziewczyny, prócz szoku, pojawił
się gniew i oburzenie. -?Nie była głupia ani niezdarna. Nie spadłaby
stamtąd.
Eve wyjęła dyktafon.
-?Zamierzam się dowiedzieć, co zaszło tam naprawdę. Nazywam się Dallas,
porucznik Eve Dallas -?oświadczyła dla potrzeb nagrania i by przedstawić
się CeeCee. -?Jestem inspektorem prowadzącym śledztwo w sprawie śmierci
Bryny Bankhead. Przesłuchuję panią, CeeCee Plunkett, bo była pani
przyjaciółką zmarłej. Rozmawiała pani z nią wczoraj wieczorem przez
telełącze, tuż przed tym, jak opuściła swoje mieszkanie.
-?Tak. Tak. Zadzwoniła do mnie. Była taka zdenerwowana, taka podniecona.
-?Głos CeeCee załamał się na moment. -?Och, Bry...
-?Dlaczego była zdenerwowana i podniecona?
-?Miała randkę. Pierwszą randkę z Dantem.
-?Jak brzmi jego nazwisko?
-?Nie wiem. -?Dziewczyna sięgnęła do kieszeni po chusteczkę, zamiast
jednak wytrzeć oczy, podarła ją na drobne kawałki. -?Poznali się przez
Internet. Nie znali swoich nazwisk, to część umowy. Dla bezpieczeństwa.
-?Od jak dawna kontaktowała się z tym mężczyzną?
-?Od dwóch, trzech tygodni.
-?Jak się poznali?
-?W poetyckiej grupie dyskusyjnej. To była dyskusja o poezji
romantycznej na przestrzeni wieków i... O Boże... -?CeeCee pochyliła się do
przodu i ukryła twarz w dłoniach. -?Była moją najlepszą przyjaciółką.
Dlaczego to spotkało właśnie ją?
-?Czy Bryna Bankhead zwierzała się pani ze swoich sekretów?
-?Mówiłyśmy sobie o wszystkim. Wie pani, jak to jest między
przyjaciółkami.
Mniej więcej, pomyślała Eve.
-?Więc, o ile pani wiadomo, była to jej pierwsza randka z Dantem?
-?Tak. Dlatego była taka podekscytowana. Kupiła nową sukienkę i buty. I te piękne kolczyki...
-?Czy prawdopodobne jest, by już podczas pierwszej randki sprowadziła go
do swojego mieszkania i uprawiała z nim seks?
-?Nie, to do niej zupełnie niepodobne. -?CeeCee roześmiała się nerwowo.
-?Bry miała wiele dziwnych zwyczajów i przesądów związanych z seksem i stopniami znajomości. Każdy jej chłopak musiał przejść przez coś, co
nazywała próbą trzydziestodniową, zanim poszła z nim do łóżka.
Powtarzałam jej często, że nic nie zachowuje świeżości przez miesiąc,
ale ona... -?CeeCee umilkła nagle. -?Co pani właściwie chce przez to
powiedzieć?
-?Próbuję tylko naszkicować sobie jej obraz. Czy zażywała narkotyki?
Choć w oczach dziewczyny lśniły jeszcze łzy, jej spojrzenie gwałtownie
stwardniało.
-?Nie podobają mi się pani pytania, pani porucznik.
-?Muszę je zadać. Proszę na mnie spojrzeć. Proszę na mnie spojrzeć -
powtórzyła Eve z naciskiem. -?Nie chcę skrzywdzić jej ani pani. Muszę
wiedzieć, kim była, by poznać prawdę o jej śmierci.
-?Nie, nie zażywała narkotyków -?rzuciła ostro CeeCee. -?Dbała o siebie,
o swoje ciało i duszę. Taka właśnie była. Inteligentna, wesoła i przyzwoita. I nie nafaszerowała się narkotykami, nie oszalała i nie
wyskoczyła z tego cholernego balkonu. Nie spadła też z niego
przypadkiem. Nie próbujcie zrobić z tego samobójstwa czy nieszczęśliwego
wypadku. Jeśli rzeczywiście wypadła z balkonu, to tylko dlatego, że ktoś
ją stamtąd zepchnął. Dlatego że... -?Oczy CeeCee znów wypełniły się łzami,
głos zaczął drżeć. -?Ktoś ją zabił. Ktoś zabił Bry. Ten... Ten Dante. Na
pewno poszedł za nią do domu po randce. Dostał się jakoś do jej
mieszkania i ją zabił. Zabił ją -?powtórzyła i wbiła palce w nadgarstek
Eve. -?Pani musi go znaleźć.
-?Znajdę go. Nie znam jeszcze wszystkich faktów, ale wcześniej czy
później to zrobię. Proszę powiedzieć mi wszystko, co pani wie o tym
mężczyźnie o imieniu Dante. Wszystko, co opowiadała pani Bryna.
-?Nie mogę się z tym pogodzić. Przepraszam, ale nie mogę. -?Dziewczyna
wstała i podeszła powoli do stolika, na którym stał dzbanek z wodą.
Kiedy strumień wody spadł na podłogę, Eve podeszła do niej, wzięła od
niej dzbanek i napełniła kubek. -?Dziękuję.
-?Możemy trochę poczekać. Niech pani usiądzie, wypije wodę i się
uspokoi.
-?Nic mi nie jest. Nic mi nie będzie. -?CeeCee musiała jednak trzymać
kubek w obu dłoniach, by trafić do ust. -?Prawdopodobnie miał własną
firmę. Był bogaty. Bryna mówiła, że się tym nie przechwalał, ale mogła
to wywnioskować z jego słów. Na przykład miejsca, które odwiedzał:
Paryż, Moskwa, Bimini...
-?Czym zajmowała się jego firma?
-?Nie rozmawiali o takich szczegółach. On też miał nie wiedzieć, gdzie
pracuje Bryna. Ale wiedział.
Eve przyjrzała jej się uważniej.
-?Skąd pani to wie?
-?Bo w zeszłym tygodniu przysłał jej tutaj bukiet różowych róż.
Różowe róże, pomyślała Eve. Płatki różowych róż.
-?Co jeszcze?
-?Znał włoski i... francuski, i hiszpański. Języki największych poetów -
dodała dziewczyna, rozmazując wierzchem dłoni łzy i makijaż. -?Bry była
nim zauroczona. Mówiła, że on ma bardzo romantyczną duszę. A ja na to,
dobrze, świetnie, ale co z jego twarzą? Wtedy Bry śmiała się i odpowiadała, że wygląd nie ma znaczenia, kiedy dwa serca rozumieją się
tak dobrze. -?Spokojniejsza już nieco, obróciła szklankę w dłoni. -?Pani
porucznik... czy on ją zgwałcił?
-?Jeszcze nie wiem. -?Eve wyciągnęła zdjęcie, które wydrukowała z dyskietki ochrony. -?Rozpoznaje pani tego mężczyznę?
CeeCee spojrzała na twarz Dantego.
-?Nie -?odparła ze znużeniem. -?Nigdy go nie widziałam. To on, prawda?
No, no. Więc jednak wyglądał też całkiem nieźle. Sukinsyn. Pieprzony
sukinsyn. -?Zaczęła drzeć zdjęcie na drobne kawałki. Eve nie próbowała
jej powstrzymać.
-?Gdzie umówili się na spotkanie?
-?W Tęczowym Pokoju. Bry wybrała to miejsce, bo uważała, że jest
romantyczne.
Kiedy Eve wyszła z przymierzalni, natknęła się na Peabody wpatrzoną w koszmarnie drogi komplet koronkowej bielizny.
-?Nie wytrzymałabyś w tym nawet pięciu minut -?zauważyła Eve.
-?Gdyby spełniło swoją rolę, nie musiałabym tego nosić przez pięć minut.
Android powiedział mi, że poszłaś z Plunkett do przymierzalni.
-?Tak. Koleś ukrywa się pod imieniem Dante, lubi poezję i płatki róż.
Opowiem ci potem o wszystkim.
-?Dokąd jedziemy?
-?Do kostnicy, a po drodze do Tęczowego Pokoju.
-?Hm... Dość dziwaczne połączenie.
Tak było w istocie, szczególnie gdy porównało się chrom i marmury
pierwszej instytucji z kliniczną bielą drugiej. Wizyta w znanym klubie
nie przyniosła Eve wielu informacji -?zdołała tylko ustalić nazwiska i adresy członków personelu, którzy pracowali wczoraj wieczorem.
Więcej szczęścia miała w kostnicy.
-?Ach, moja ulubiona policjantka. Pewnie jak zwykle przyszłaś mnie
ochrzanić. -?Morris, główny specjalista od medycyny sądowej, wyłączył
laserowy skalpel i uśmiechnął się do niej radośnie. Długie ciemne włosy
nosił splecione w kilka warkoczyków, które teraz przykrył śnieżnobiałym
lekarskim czepkiem. Przezroczysty fartuch chronił przed poplamieniem
jego elegancką śliwkową koszulę i spodnie.
-?Widzę, że nie zajmujesz się moją sprawą, Morris.
-?Nie, nie w tej chwili. -?Spojrzał w dół, na ciało młodego czarnego
mężczyzny. -?Ten nieszczęśnik nadział się kilka razy plecami na długi,
ostry przedmiot. Można by pomyśleć, że przestanie po pierwszym razie,
ale nie. Nabijał się na ten nóż dopóty, dopóki całkiem się nie zabił.
-?Nie był chyba zbyt rozgarnięty. -?Wydęła usta, spoglądając na
imponującą erekcję mężczyzny. -?Coś mi się zdaje, że zażył przed
śmiercią trochę Exotiki, wzmocnionej pewnie Zeusem. Taka mieszanka
utrzymuje instrument faceta w gotowości nawet wtedy, kiedy on sam do
niczego się już nie nadaje.
-?Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z tą opinią,
zwłaszcza że, jak doniósł mi twój współpracownik, detektyw Baxter,
zmarły używał tego narzędzia na żonie brata.
-?Ach tak? Domyślam się, że w pewnej chwili postanowił przestać ją
pieprzyć i dla odmiany nabił się kilka razy na nóż.
-?Tak wynika z relacji jego brata... i żony, która wciąż pozostaje wśród
żywych i leczy złamaną szczękę, następstwo niefortunnego upadku.
-?Nieszczęścia chodzą parami. Skoro Baxter ma tego brata w areszcie i skoro znacie przyczynę śmierci, to dlaczego nie zajmujesz się moją
sprawą?
-?Chodź ze mną. -?Morris skinął na nią ręką i przeszedł przez wahadłowe
drzwi do sąsiedniego pomieszczenia. Centralne miejsce zajmował tu stół z nierdzewnej stali, na którym leżało ciało Bryny Bankhead przykryte po
szyję cienkim zielonym prześcieradłem.
To na pewno pomysł Morrisa, pomyślała Eve. Ten człowiek traktował
zmarłych z ogromną troskliwością.
-?Przypuszczam, że była kiedyś atrakcyjną młodą kobietą.
Eve patrzyła przez chwilę na zmasakrowaną twarz Bankhead.
Myślała o lusterku w łazience, o szufladzie wypełnionej kosmetykami.
-?Tak. Powiedz mi, jak umarła, Morris.
-?Myślę, że już wiesz. Prawidłowo ustaliłaś czas zgonu. Oszczędzono jej
strachu spadania, bólu uderzenia o chodnik, nawet świadomości umierania.
-?Wyciągnął obleczoną w rękawiczkę dłoń i dotknął włosów ofiary, bardzo
delikatnie. -?W ciągu niecałych trzech godzin spożyła ponad dwie uncje
syntetycznego hormonibitalu, bardzo kosztownej i bardzo trudnej do
zdobycia substancji.
-?Na ulicy nazywają to Dziwka. Pozbawia zahamowań -?mruknęła Eve. -
Swego czasu stosowany powszechnie przez mężczyzn, którzy chcieli jak
najszybciej skonsumować nowo zawarte znajomości.
-?Nie powszechnie -?poprawił ją Morris. -?Znacznie bardziej popularne są
środki oparte na tej substancji -?ale też znacznie mniej efektywne. Ona
zażyła dwie uncje czystej, jak to nazywasz, Dziwki. Dwie uncje warte
byłyby na czarnym rynku ponad ćwierć miliona dolarów. Jeśli udałoby ci
się znaleźć ją na czarnym rynku, w co wątpię. Od ponad piętnastu lat nie
znalazłem śladów tej substancji w ciałach ofiar.
-?Słyszałam o tym, kiedy chodziłam jeszcze do szkoły. Głównie jakieś
miejskie legendy.
-?Bo to były głównie miejskie legendy.
-?Czy to ją zabiło? Przedawkowanie?
-?Nie tylko. Połączenie z alkoholem było niebezpieczne, ale nie
śmiertelne. Nasz bohater za bardzo się postarał. Połowa tej ilości,
którą jej zaaplikował, wystarczyłaby zupełnie, by oddała mu się bez
żadnych zahamowań. Przy takiej dawce pozostawałaby pod wpływem narkotyku
przez osiem do dziesięciu godzin. I obudziłaby się z niewyobrażalnym
kacem. Ból głowy, wymioty, drgawki, omdlenia, dziury w pamięci.
Potrzebowałaby trzech dób, by oczyścić organizm z tego świństwa.
Eve zrobiło się niedobrze na samą myśl.
-?Tego też jej oszczędzono. Jak?
-?Dał jej za dużo. Zrobiła się senna. Przypuszczam, że chciał, by nieco
aktywniej z nim współpracowała, bo do ostatniej szklanki wina dodał
odrobinę anemifiny-colax-B. Dziki Królik.
-?Zacierał ślady, co? -?spytała cicho.
-?Ta substancja bombarduje system nerwowy i oddechowy, a ona i tak była
już bardzo osłabiona. Ta mieszanka przeciążyła jej serce. Nie wytrzymało
dwadzieścia minut po spożyciu. I tak byłaby zresztą zbyt oszołomiona
poprzednimi dawkami Dziwki, żeby wiedzieć, co się z nią dzieje.
-?Czy w tym momencie mogła już zażyć to dobrowolnie?
Morris delikatnie zakrył prześcieradłem twarz Bryny.
-?Po pierwszej uncji Dziwki ta dziewczyna niczego nie robiła z własnej
woli.
-?Nafaszerował ją prochami i zgwałcił -?powiedziała cicho Eve. -?Potem,
kiedy zmarła z przedawkowania, wyrzucił przez okno jak zużytą lalkę,
żeby zatrzeć ślady tego, co się stało.
-?Cóż, jako powszechnie szanowany i uznany autorytet medyczny uważam, że
tak to właśnie wyglądało.
-?No dobrze. A teraz zrób mi przyjemność, Morris, i powiedz, że zostawił
w niej spermę. Powiedz mi, że masz jego DNA.
Twarz Morrisa zapłonęła chłopięcą radością.
-?O tak, mam ją. Złap go, Dallas, a ja pomogę ci zamknąć celę.