Wróg - Łukasz Orbitowski

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pieśń pierwsza

1

Pierw­sze, co pamię­tam, to krew. Mia­łem może trzy lata, gdy matka zabrała mnie na wyścigi rydwa­nów na Pole Mar­sowe; był z całą pew­no­ścią pięt­na­sty paź­dzier­nika. Cie­pła, brudna jesień. Pach­niało pyłem, gnie­wem i spa­lo­nym mię­sem, brzę­czał szmal, huczały głosy przyj­mu­ją­cych zakłady, a ja sze­dłem za matką i poty­ka­łem się o cudze buty.

Bałem się, ale strach znik­nął, zgasł jak świeca zdu­szona pal­cami, gdy tylko ruszyły czer­wone kwa­drygi, w ter­ko­cie kół, trza­sku biczy i ogłu­sza­ją­cym ryku publicz­no­ści. Naprawdę nic nie może się rów­nać z chwilą, gdy konie mkną, oś pęka na zakrę­cie, powóz kozioł­kuje, a woź­nica, wciąż trzy­ma­jący lejce, moment wcze­śniej piękny niby posąg, na któ­rym jesz­cze schnie farba, pada w ten kurz, w twardy piach toru wyści­go­wego.

Innym szło lepiej. Zachwy­cił mnie czarny rumak wprzę­gnięty z pra­wej strony kwa­drygi, zwie­rzę jak sztor­mowa fala, rado­sny supeł twar­dych mię­śni, czy­sta, dzika siła - zdało się, że sam cią­gnie powóz, a reszta koni tylko cwa­łuje obok. Już na trze­cim okrą­że­niu jego kwa­dryga wysu­nęła się na pro­wa­dze­nie, przy pią­tej zdo­byli prze­wagę o pół pro­stej, a wyścig skoń­czył się tuż przed moim nosem. Woź­nica uno­sił dłoń, obsy­pany desz­czem kwia­tów i mie­dzia­nych monet. Chcia­łem pod­biec. Dotknąć czar­nej, gorą­cej skóry. Wspiąć się na zachwy­ca­ją­cego rumaka. Wyrwa­łem się matce, popę­dzi­łem jak wariat, cześć, koniku!

Oni otwo­rzyli mu gar­dło, mojemu pięk­nemu. Tak było. Doprawdy, wspa­niała nagroda za zwy­cię­stwo. Kapłan Marsa, salin z tar­czą, w pan­ce­rzu i szpi­cza­stej czapce wło­żył włócz­nię głę­boko w szyję rumaka. Zasko­czone zwie­rzę zadrżało, kopyta zabęb­niły o zie­mię, w czar­nych oczach zaszkliła się groza, któ­rej ist­nie­nia wcze­śniej nawet nie podej­rze­wa­łem. Ważna lek­cja, że tak powiem. I po wszyst­kim. Koń uklęk­nął, zachwiał się, par­sk­nął i upadł. Krew z pyska buch­nęła wprost na mnie.

Salin odło­żył włócz­nię i się­gnął po miecz. Odrą­bał ogon, a potem tę głowę godną zaprzęgu Posej­dona. Uniósł za grzywę, wysoko, wycią­ga­jąc swoje chude ciało, a krew zale­wała mu ramiona i tę nie­do­rzeczną czapkę. Cisnął łeb pomię­dzy roz­grzany tłum. Poniósł się ryk i dobrzy, upa­prani czer­wo­nym, mokrym pyłem oby­wa­tele Mia­sta zwarli się w walce o ten obe­rwany cze­rep. Salin w tym cza­sie zaniósł ogon do świę­tego ognia, który pło­nął w Regii koło świą­tyni Westy. Spo­pie­lona krew trafi do paste­rzy, powie­działa matka, by tłu­ste mięso owiec bez­piecz­nie dotarło na nasze stoły. Oto życze­nie Marsa, tak chcą bogo­wie, a ja się mam stać jed­nym z nich. Takie prze­zna­cze­nie wybrała dla mnie matka i o żad­nym innym nie chciała sły­szeć. Zapy­ta­łem, czy bogo­wie są sza­leni. Kto o zdro­wych zmy­słach zamie­nia konia na owcę? Tak powie­dzia­łem, sto­jąc nad mar­twym cia­łem bez ogona i głowy. Też cze­kało na ogień.

Matka strze­liła mnie w ucho.

2

Przy­sze­dłem na świat przez poród poślad­kowy. Chłodne gru­dniowe słońce spa­dło na mój goły zadek, co augur uznał za dobrą wróżbę. Trudno o lep­szy powód, by wąt­pić w prze­po­wied­nie. Wię­cej racji miał wiecz­nie nawa­lony ojciec. Oświad­czył, że matka jest szka­radą i rodzi wyłącz­nie szka­rady. Mia­łem przy­nieść nie­szczę­ście Mia­stu i światu.

Czy pla­no­wał mnie zabić? Cał­kiem moż­liwe. W ską­pej talii cnót taty próżno szu­kać odwagi. Sły­sza­łem dzi­waczną histo­rię o mor­der­cach, co wdarli się do mojej sypialni. Wypło­szył ich wąż, który wypełzł spod mojego łóżeczka. Tyle star­czyło, draby ucie­kły, ja oca­la­łem, węża nie zna­le­ziono.

Miesz­ka­li­śmy w Antium. To takie nad­mor­skie uzdro­wi­sko poło­żone na połu­dnie od Mia­sta, wystar­czy odbić z Via Appia, skrę­cić w Via Antia­tina i już. Zawsze je lubi­łem, może ze względu na pustkę, ciszę i chłodny wiatr od morza. Daw­niej budo­wali się tutaj bogaci, cwani ludzie w rodzaju Cyce­rona, któ­rzy zwie­wali od smrodu Tybru, hałasu, tłoku i innych rado­ści sto­licy. August ich wykoń­czył bądź wygnał, jed­nego po dru­gim. Tyle im przy­szło z mądro­ści.

Włó­czy­łem się po wiel­kich, pustych wil­lach oto­czo­nych przez nisz­cze­jące ogrody. Z innymi dzie­cia­kami ciska­li­śmy kamie­niami w resztki mozaik na ścia­nach atrium. Roz­trza­ska­łem tak Hera­klesa z Ody­se­uszem, ucztu­jące damy, pawie i łabę­dzie. Ska­ka­łem po stole o nogach w kształ­cie del­fi­nów. Goni­li­śmy się od rana do nocy po wewnętrz­nym ogro­dzie, mię­dzy cypry­sami i figur­kami amor­ków trzy­ma­ją­cych kaczki. Plo­tłem wieńce i zdo­bi­łem nimi głowy sta­rych posą­gów. Pro­szę pani, ile razy się potłu­kłem, spa­da­jąc z takiego! Kry­łem się wśród chasz­czy na dnie wysu­szo­nych sadza­wek, wspi­na­łem się na dachy i kolek­cjo­no­wa­łem zwie­rzęce głowy z tera­koty. Cza­sem kła­dłem się na ple­cach, umor­do­wany tym doka­zy­wa­niem, a ota­czały mnie potrza­skane lwy, psy i sło­nie z resztką barw­nika na trą­bach.

W jed­nej z willi natra­fi­łem na biblio­tekę i kolek­cję kości samego Tybe­riu­sza. O tym ponu­rym czło­wieku mogę powie­dzieć tyle, że kochał gady i zaprzy­jaź­nił się z jasz­czu­rem. Wola­łem kochać ludzi, w związku z czym matka powta­rzała, jaki jestem głupi. W każ­dym razie nie­długo przed śmier­cią prze­niósł do Antium kolek­cję oso­bli­wo­ści wygrze­ba­nych z ziemi. Mowa o szcząt­kach potwo­rów: smo­czych łbach, szpo­nach gry­fów i ich mon­stru­al­nych krę­go­słu­pach, o czasz­kach wil­ków i niedź­wie­dzi, w któ­rych tkwiły jesz­cze ślady po oszcze­pach, o noso­roż­cach, sło­niach i chi­me­rach z czte­rema rzę­dami zębów i kol­cza­stymi pod­gar­dlami. Ktoś dawno temu pró­bo­wał łączyć je ze sobą, scze­piał i wią­zał, two­rząc prze­dziwne kon­glo­me­raty kości. Wszystko to leżało w wiel­kich kufrach, na ziemi, wśród zwo­jów. Wyj­mo­wa­łem te czaszki, czy­ści­łem z pyłu i zapa­la­łem świece w głę­bo­kich oczo­do­łach. Potem kła­dłem się naprze­ciwko, patrzy­łem w ogień i pyta­łem cicho: jak się masz, potwo­rze?

Mie­li­śmy i inne zwie­rzęta, prze­wspa­niałe. Na przy­kład koszatki. Żywe, wesołe skur­czy­byki. Sma­kują tro­chę jak kró­lik. Przy kuchni trzy­mali ich sporo, zamknię­tych w pęka­tych amfo­rach. Lubi­łem słu­chać, jak skro­bią o ścianki, no i umy­śli­łem sobie, że uwol­nię te zwie­rzątka. Począt­kowo szło nie­źle, bo żad­nemu nie­wol­ni­kowi nie przy­szło na myśl, że jakiś dzie­ciak buch­nie koszatki.

Naj­pierw je wypusz­cza­łem, tak po pro­stu. Otwie­ra­łem prze­chy­loną amforę i patrzy­łem, jak gry­zo­nie nie­uf­nie wycho­dzą na zewnątrz. Nosy drżały im niby trzmiele, ner­wowo cho­dziły ogony. Malec taki, jeden z dru­gim, dro­bił powoli, nagle orien­to­wał się w sytu­acji i pry­skał w tłu­stą trawę.

Ja zawsze potrze­bo­wa­łem cze­goś wię­cej, więc wymy­śli­łem sobie wyścigi kosza­tek. Plo­tłem kunsz­towne uprzęże i zaprzę­ga­łem te zwie­rzątka do minia­tu­ro­wych powo­zów. Towa­rzy­szyły mi dzieci nie­wol­ni­ków. Uprząt­nę­li­śmy kawa­łek posadzki w wysu­szo­nym sta­wie i tam zro­bi­li­śmy tor wyści­gowy. W sumie źle to wyszło. Wyobra­ża­łem sobie praw­dziwy cyrk z rykiem ćwierci miliona gar­deł i osza­ła­mia­ją­cym pędem zawod­ni­ków, tym­cza­sem koszatki plą­tały się w uprzęże, wywra­cały powozy i ucie­kały we wszyst­kich kie­run­kach. Nie szło ich poła­pać. Potem zorien­to­wa­łem się, że nie potra­fią się wydo­stać z basenu. Zamie­ni­łem im jedno wię­zie­nie na dru­gie, do tego wszystko się wydało, matka znów prze­trze­pała mi skórę, a nie­wol­nicy z kuchni zaczęli pil­no­wać kosza­tek.

Na szczę­ście wymy­śli­li­śmy mnó­stwo innych zabaw. Mia­łem lalki, wojow­ni­ków z kości sło­nio­wej, dzieci nie­wol­ni­ków mi ich zazdro­ściły, lepiły wła­sne figurki z gliny, wosku i chleba. Źle się z tym czu­łem. Toczy­li­śmy też wiel­kie bitwy na orze­chy, guzy po tej fraj­dzie były mniej wię­cej takich roz­mia­rów jak one. Pusz­cza­li­śmy latawce i osku­ba­li­śmy każdą kurę w oko­licy.

Naj­bar­dziej lubi­łem wyścigi ślep­ców. Wcho­dzi­łem kole­dze na barana. Albo on mnie, zamie­nia­li­śmy się czę­sto. Zabawa pole­gała na tym, że temu na dole zawią­zy­wano oczy. Gnał przed sie­bie, a ten, co był na ramio­nach, wrzesz­czał, któ­rędy ma biec. Tak ści­ga­li­śmy się i w dzie­się­ciu. Wpa­da­li­śmy na sie­bie, pró­bo­wa­li­śmy się strą­cać nawza­jem i pędzi­li­śmy naj­szyb­ciej, jak można, po pia­sku, przez osadę rybacką, mię­dzy domy pokrzy­wione przez wiatr i schnące sieci, aż do morza. Tam chwy­ta­li­śmy kije, bili­śmy fale, uda­jąc, że dzielni z nas Tro­ja­nie i odpy­chamy Acha­jów od brzegu.

Pośrodku Antium stała świą­ty­nia bogini For­tuny, kró­lo­wej zmien­nego losu. Trudno taką lubić. Cie­kawe, czy odpo­wia­dała za mój poród poślad­kowy i zesłała słońce na zadek. Były też inne świą­ty­nie, roz­siane po całym mia­steczku - nie­wiel­kie, ciemne budynki z kamie­nia, w któ­rych głębi tań­czyły słabe ognie. Każda miała swo­jego kapłana, był to naj­czę­ściej zmę­czony życiem czło­wiek zako­chany w serze, świe­żych figach i jaj­kach na twardo. Co roku skła­dał ofiarę takiemu bóstwu i wra­cał do swo­ich zajęć. Zagad­ną­łem raz takiego. Opie­ko­wał się świą­ty­nią bóstwa o imie­niu Pales. Chcia­łem wie­dzieć, kim wła­ści­wie ten Pales jest. Czym się zaj­muje? W jakiej spra­wie należy się do niego zwró­cić? Kapłan odpo­wie­dział, że nie wie, minę zro­bił jak sprze­dawca wina, któ­remu wła­śnie skoń­czyło się falerno. Nie miał poję­cia, czy ten cały Pales to bóg, czy bogini, a ofiarę składa na wszelki wypa­dek, bo tak trzeba, bo ina­czej bóstwo, kim­kol­wiek jest, strasz­nie się na nas zezło­ści.

Co do świą­tyni For­tuny, matka wybrała się tam po wróżbę. Ody­miony kadzi­dłem haru­spik wyczy­tał z oślej wątroby moje przy­szłe pano­wa­nie. Ten chło­piec zosta­nie kaj­sa­rem, tak rzekł, i dodał, że potem zamor­duję wła­sną matkę. Tro­chę przy­kro. Sama zain­te­re­so­wana prze­szła nad tym do porządku dzien­nego.

- Niech sobie zabije - oświad­czyła - byle tylko rzą­dził.

3

Wów­czas, w dzie­ciń­stwie, umiar­ko­wa­nie inte­re­so­wa­łem się jakim­kol­wiek mor­do­wa­niem, raczej tym, by pry­snąć jakoś od matki. Ta trzy­mała mnie mocno przy sobie, bała się, że spadnę ze skały albo udła­wię się gruszką jak mój przy­rodni brat Druz­dus.

Czę­sto przy­wo­ły­wała mnie do porządku, a naj­bar­dziej zło­ściła się o ząb, bo miała podwójny kieł w gór­nej szczęce. Dla­tego uśmiech był jej wstrętny i ucho­dziła za nazbyt poważną. Mnie ręce rwały się do tego zęba, taki byłem nim zafa­scy­no­wany, matka prała mnie za to po łapach, a raz ugry­zła, lekko, lecz jed­nak, i ode­szła, trzę­sąc kaskadą wło­sów ujarz­mio­nych przez szpile. Mój płacz ni­gdy nie robił na niej wra­że­nia.

Skoro siła zawio­dła, wzią­łem się na spo­sób. Wymy­śla­łem żarty, urzą­dza­łem kome­diowe przed­sta­wie­nia z wyko­rzy­sta­niem figu­rek z kości sło­nio­wej, wywra­ca­łem się spe­cjal­nie, wszystko po to, by zło­wić uśmiech arcy­po­waż­nej rodzi­cielki. Ta sznu­ro­wała usta i goto­wała się w środku, pyr­kał w niej humor jak woda w czaj­niku, aż cza­sem, nie za czę­sto, pusz­czała parę szcze­rego śmie­chu. Sprytna była, prze­bie­gła - zda­rzało się jej, nawet wtedy, zasło­nić dodat­kowy kieł języ­kiem.

Jak każde dziecko myśla­łem, że matka zosta­nie ze mną na zawsze. Pew­nego dnia obu­dzi­łem się i jej nie było. Zaga­dy­wa­łem nie­wol­ni­ków i wyzwo­leń­ców: gdzie mama? Zby­wali mil­cze­niem, a miny mieli takie, jak­bym pytał, gdzie mogę spo­tkać lwa nemej­skiego albo kiedy Han­ni­bal powróci z zaświa­tów. Dużo póź­niej dowie­dzia­łem się, że Kali­gula wygnał ją za udział w jakimś non­sen­sow­nym spi­sku. Wylą­do­wała na wysepce bez nazwy, oto­czona przez straż i parę mil­czą­cych nie­wol­nic, strach o życie zabi­jała poła­wia­niem pereł.

W ten spo­sób zosta­łem tylko z ojcem. Mogę o nim powie­dzieć tyle dobrego, że szybko umarł. Był zresztą star­szym face­tem, z kał­du­nem po jaja i wiecz­nie czer­woną mordą, z któ­rej ster­czały krót­kie mie­dziane włosy. Palce, błysz­czące od tłusz­czu i mokre od wina, zwykł wycie­rać w skraj togi, a potem pako­wał je w ciała licz­nych kocha­nek; pisk tych kobiet docho­dził z jego sypialni, nawet jak jesz­cze miesz­kała z nami matka.

Szybko nauczy­łem się scho­dzić mu z drogi. Mia­łem swoje powody. Sły­sza­łem, że raz dla kawału prze­je­chał jakie­goś chłopca i wykłuł ryce­rzowi oko, w biały dzień, na Forum. Pły­nęła w nim krew sio­stry Augu­sta, więc mało kto mu pod­sko­czył, zresztą ta krew sta­no­wiła jedyny powód do chwały. Do niczego się nie nada­wał, choć pysz­nił się każ­dym urzę­dem. Jak dali mu orga­ni­za­cję igrzysk, natych­miast naro­bił gnoju: usta­wiał wyścigi, nie wypła­cał nagród woź­ni­com, a potem woził się po Mie­ście w lek­tyce, któ­rej toro­wali drogę dwaj olbrzymi z Etio­pii, roz­trą­ca­jąc kijami prze­chod­niów na prawo i lewo.

Spał do połu­dnia, więc wtedy czu­łem się swo­bod­nie. Potem kom­bi­no­wa­łem, jak mogłem. Gdy sie­dział w gabi­ne­cie, bawi­łem się w pery­stylu. Szedł do pery­stylu, żeby zamo­czyć nogi w sadzawce, to czmy­cha­łem do sypialni. Kiedy uczto­wał w tri­kli­nium, chęt­nie cho­wa­łem się w kuchni, podo­bał mi się rej­wach, tumult tego miej­sca oraz woń ostro przy­pra­wio­nych potraw, które dawano mi do spró­bo­wa­nia, gapi­łem się w węgiel drzewny żarzący się na muro­wa­nym pale­ni­sku, zagar­nia­łem lejki o wymyśl­nych kształ­tach i mar­mu­rowe moź­dzie­rze. Ale najchęt­niej prze­by­wa­łem ze swoją bandą, pędzi­li­śmy do osady rybac­kiej, do znisz­czo­nych willi i bogów bez imie­nia. Stary to odkrył i zaka­zał dzie­ciom nie­wol­ni­ków wycho­dzić na zewnątrz. Odtąd włó­czy­łem się sam. Zna­la­złem tylko smu­tek. Źle to wyszło.

Tylko raz popro­si­łem go o coś. Wybie­rał się na igrzy­ska ku czci boskiego Augu­sta i bar­dzo chcia­łem, aby zabrał mnie ze sobą. Nudzi­łem się, sam w pustych domach porzu­co­nych przez boga­czy, już bez kole­gów. Zebra­łem się w sobie i wyro­słem przed ojcem, który wła­śnie kazał szy­ko­wać powóz, ze ści­śnię­tym gar­dłem wyra­zi­łem prośbę. Weź mnie, tato. Chcę zoba­czyć lam­party osa­cza­jące sło­nia i białe niedź­wie­dzie, które polują na foki w płyt­kim base­nie. Pokaż mi tycz­ka­rzy ska­czą­cych nad łbami kro­ko­dyli. Przez moment myśla­łem, że mi przy­dzwoni. Ale on uklęk­nął, uśmiech­nięty jak praw­dzi­wie oddany ojciec, pogła­skał mnie po twa­rzy, zanu­rzył wielką dłoń w moich wło­sach, ści­snął mocno i rzekł coś takiego:

- Ni­gdy cię ni­gdzie nie wezmę, ty mały potwo­rze. Takie rze­czy nie są dla cie­bie. Umarł­bym ze wstydu, gdyby inni zoba­czyli, jaka masz­kara się mnie ucze­piła. Musiał­bym cisnąć cię mię­dzy te twoje kro­ko­dyle z wiel­kim pożyt­kiem dla wszyst­kich. Zjeż­dżaj stąd. Star­czy, że spoj­rzę na cie­bie, i cały dzień mam zatruty.

Pamię­tam też inne zda­rze­nie. Tata uczto­wał. Grała orkie­stra, tań­czyli akro­baci, na sto­łach leżały ostrygi, mięso fla­minga i nadzie­wany kur­czak, nie­wol­nicy uwi­jali się, dono­sząc wino, ręcz­niki i wyka­łaczki, tym­cza­sem ojciec pero­ro­wał swym dud­nią­cym gło­sem. Zwró­cił uwagę na jed­nego z tych nie­wol­ni­ków. Był to Grek, kru­szyna, czy­sta słu­żal­czość. Stary kazał nalać mu wina z Chios do kubka z wypa­la­nej gliny. Grek skwa­pli­wie wypił. Tato pona­wiał życze­nie, sam dawał w pal­nik i patrzył, jak ten biedny czło­wiek dławi się dro­gim trun­kiem. W końcu Grek się poskar­żył, że już nie może. Stary zda­wał się go nie sły­szeć. Donie­śli wię­cej tego wina z Chios. W końcu Grek osu­nął się na pod­łogę u stóp swo­jego pana, beł­ko­tał coś o lito­ści i wtedy urżnięty stary dostał szału, zaczął okła­dać faceta łapami cięż­kimi od sygne­tów, kopał i ska­kał po gar­dle, roz­kła­da­jąc sze­roko ramiona, jakby pla­no­wał wzbić się na Olimp, a grdyka bie­da­czyny słu­żyła za tram­po­linę. O zmierz­chu nie­wol­nicy, któ­rzy sprzą­tali z pod­łogi resztki jedze­nia i płatki kwia­tów, wynie­śli i trupa.

Tato wkrótce za nim podą­żył. Nie powiem, poczu­łem się lepiej. Zmarł nagle, w Pyr­gii, gdzie dostał puchliny wod­nej. Ponoć długo nie rozu­miał, co tak naprawdę się dzieje. Gdy dotarła do niego, że tak powiem, powaga sytu­acji, roz­pła­kał się. Jęczał, że nie ma już Domi­cju­sza Ahe­no­bar­busa. Zamar­twiał się tym, pewno tylko on jeden.

Sam też zna­la­złem się w kło­po­cie. Stary umarł. Matka łowiła perły gdzieś daleko. Byłem malutki. Nale­żało coś ze mną zro­bić.

4

W ten spo­sób wylą­do­wa­łem u ciotki Domi­cji, sio­stry ojca. Rezy­do­wała w Mie­ście, co zwia­sto­wało kosz­mar. Nie chcia­łem sły­szeć o żad­nym wyjeź­dzie. Sądzi­łem, że pozo­stanę w Antium i odzy­skam dawne swo­body. Gdzie tam. Zała­do­wano mnie do dużego wozu zaprzę­gnię­tego w cztery konie, razem z baga­żami i pocztą. Poczu­łem się jak jedna z moich figu­rek, bru­tal­nie prze­no­szo­nych z miej­sca na miej­sce, i chyba wła­śnie wtedy po raz pierw­szy w życiu pomy­śla­łem, że muszę kie­dyś sta­no­wić o sobie, jeź­dzić, gdzie chcę i tak dalej.

Długo tłu­kli­śmy się po Via Appia, wzdłuż któ­rej cią­gnęły się sosny, cyprysy i drzewa oliwne, a także mnó­stwo gro­bów i krzyże pamię­ta­jące chyba Spar­ta­kusa. Przy gła­zach wyzna­cza­ją­cych gra­nicę Mia­sta wywa­lili mnie z powozu. Sia­dłem na pobo­czu. Gapi­łem się na dale­kie czer­wone dachówki z tera­koty, dachy świą­tyń pokryte brą­zem, który miej­scami nabie­rał barwy patyny, i zasta­na­wia­łem się, prze­jęty, prze­ra­żony, jaki los mnie czeka.

Lęk pry­snął, gdy przy­nie­śli lek­tykę i wkrótce zna­la­złem się w Mie­ście. Znie­na­wi­dzi­łem je wiele lat póź­niej, ale wtedy byłem chłop­cem o wło­sach barwy siarki, który żył w dziu­rze nad morzem i ufał nie­mal każ­demu. Osza­la­łem od nad­miaru wra­żeń, kolo­rów i huku. W oczy biła biel budyn­ków, od któ­rych odbi­jało się słońce, i mar­mu­ro­wych kolumn przy świą­ty­niach. Kamie­nice, na sie­dem pię­ter jak nic, nachy­lały się ku sobie wygięte w deli­katne łuki, a mię­dzy ich dachami prze­rzu­cono deski i roz­cią­gnięto sznury. Cia­sne uliczki wypa­dały na sze­ro­kie place, na któ­rych rosły drzewa i try­skały fon­tanny. Wszystko huczało, dzwo­nił młot kowala, piły grały na drew­nie, darli się nauczy­ciele i han­dla­rze siarką, jakiś gość wypró­bo­wy­wał trąbki, jedna za drugą, zagłu­sza­jąc nie­zli­czo­nych fle­ci­stów. Lek­tyka roz­trą­cała nie­wol­ni­ków z koszami na gło­wach, Sycy­lij­czy­ków z nit­kami sza­franu we wło­sach, kudła­tych Ger­ma­nów, Etiop­czy­ków o wło­sach zaple­cio­nych w drobne war­ko­czyki. Sunę­li­śmy po szczy­nach i potłu­czo­nych amfo­rach, wci­ska­li­śmy się mię­dzy stra­gany, cuch­nęło rzeką i goto­wa­nym mię­sem, w niebo walił dym z pie­ców ogrze­wa­ją­cych termy, od bruku dla odmiany szło gorąco, lek­tyka się trzę­sła i myśla­łem, że runie, a ja poto­czę się jak woź­nica strą­cony z kwa­drygi, w sumie dobrze by było, pod­pa­lał mnie nagły zew przy­gody.

Ciotka Domi­cja zaj­mo­wała willę na wzgó­rzu Pin­cjusz bli­sko murów miej­skich. Pod tęgimi dębo­wymi drzwiami waro­wał nie­wol­nik przy­kuty do ściany łań­cu­chem. Zdej­mo­wali mu go tylko na noc. Zapo­wie­dział mnie innemu nie­wol­nikowi, ten pobiegł po kolej­nego i tak dalej, aż wieść o moim przy­by­ciu dotarła do ciotki. Sam dom oka­zał się roz­le­gły i piękny, pełen pro­stych kolumn bar­wio­nych szkar­ła­tem od dołu i z inten­syw­nie zie­lo­nymi mozai­kami. W środku pano­wał chłód. Wszę­dzie pło­nęły lampy oliwne. Był też płytki basen, a w waw­rzy­no­wym ogro­dzie na tyłach można było się zgu­bić; pomy­śla­łem wtedy, że tak pięk­nie mogłyby wyglą­dać domy w Antium, gdyby kaj­sar August choć tro­chę kochał ludzi.

Ciotka oka­zała się wytworną kobietą o nie­zmie­rzo­nej miło­ści do dzieci. Miała ich dwoje, serca star­czyło i na trze­cie. Obsy­py­wała mnie pre­zen­tami, dosta­łem na przy­kład drew­nianą lalkę o rucho­mych koń­czy­nach, konika na kół­kach i szma­cia­nego lwa, któ­rego wszę­dzie zabie­ra­łem ze sobą. Domi­cja, blada jak wam­pir, z cerą obsy­paną przez sztuczne pie­przyki, pod­kre­ślała powieki mazi­dłem z przy­pa­la­nych mró­wek. Patrzy­łem, jak pośród nie­zli­czo­nych kufer­ków peł­nych pach­ni­deł jest cze­sana w nie­skoń­czo­ność kościa­nym grze­by­kiem. Nie­na­wi­dziła słońca. Dnie spę­dzała na poko­jach i pil­no­wała, żeby kotary pozo­sta­wały zasu­nięte, zadbała też o zacie­nie­nie atrium wino­ro­ślą. Na zewnątrz widy­wa­łem ją tylko pod czer­woną para­solką, a lek­tyka zawsze sta­wała przy samych drzwiach, by ciotka mogła do niej wsiąść, wyko­naw­szy sus zza progu, skąd­inąd prze­ko­miczny.

To wszystko ważne, pro­szę pani, niech mi pani da mówić. Doj­dziemy do tematu, który panią inte­re­suje, tylko jedno wynika z dru­giego, ktoś tak wykształ­cony powi­nien to wie­dzieć. Zresztą pani tro­chę ją, tę moją ciotkę, przy­po­mina. Sie­dzi pani cał­kiem jak ona, pro­ściutko, tylko ma pani ten koło­no­tat­nik zamiast kłębka włóczki.

Włó­czy­łem się za ciotką i pyta­łem o roz­liczne bzdury. Jeśli Atlas trzyma Niebo, to co będzie, gdy kich­nie? Która głowa Cer­bera decy­duje o mer­da­niu ogo­nem? Ciotka czę­sto brała mnie na ręce, cało­wała w policzki i raz powie­działa, że jestem już jej, zna­la­złem dom, nikogo i niczego nie potrze­buję. Cóż, nie była to prawda, bo wciąż myśla­łem o matce i jej zębie, zapyta­łem nawet ciotki, czy mogli­by­śmy ją odwie­dzić na wyspie. Mach­nęła ręką, ciężką od złota, i pora­dziła, żebym zapo­mniał o mamie.

Na co dzień miała masę zajęć, ale zadbała, żebym się nie nudził. Doglą­dali mnie tan­cerz i lekarz, skąd­inąd zako­chani w sobie, noce grzmiały od ich miło­ści. Dosta­łem też nauczy­cieli, nie­sły­cha­nie poważ­nych, jakby znali treść prze­po­wiedni o moim przy­szłym pano­wa­niu. Skła­da­łem literki wyrzeź­bione na kości sło­nio­wej, uczy­łem się licze­nia na pal­cach i obry­wa­łem witką po łapach zawsze, kiedy się pomy­li­łem.

Dali mi do czy­ta­nia Homera i Wergi­liu­sza, zapi­sa­nych na pasach lnia­nego płótna zło­żo­nych w har­mo­nijkę. Wergi­liu­sza uznaję za nudzia­rza nawet dzi­siaj, lecz Homer bar­dzo mi się spodo­bał. Kawałki tej histo­rii zna­łem już wcze­śniej, teraz wyku­łem ją na bla­chę, wszyst­kie księgi, a zapy­tany, komu sprzy­jam, który heros naj­bar­dziej mi się podoba, bez waha­nia wymie­ni­łem Parysa. Nauczy­ciel był cie­kaw dla­czego. Odrze­kłem śmiało, że w tej histo­rii każdy mor­duje każ­dego, ludzie cią­gną trupy za rydwa­nami i palą się żyw­cem, a mądry Parys pró­bo­wał się wypi­sać z tego krwa­wego kaba­retu, łak­nął miło­ści, spo­koju i niczego wię­cej.

W ten spo­sób prze­szli­śmy do ukła­da­nia mów i pisa­nia wier­szy. Zwłasz­cza z poezją było mi pod dro­dze, zapeł­nia­łem całe arku­sze papi­rusu wer­sami o daw­nych bitwach, gor­go­nach i tym nie­szczę­snym Pary­sie; bel­fer potem pry­chał i wyma­chi­wał witką, bo ryt­mika nie grała, ale mia­łem to gdzieś, bo odkry­łem pisa­nie, ten dziki czar słowa, toń opo­wie­ści, co zalewa wszystko i kru­szy każdy mur, mówiąc wprost, chwy­ci­łem okruch prze­zna­cze­nia; pisząc, poczu­łem się wolny.

Z wol­no­ścią było jed­nak kru­cho. Nie pozwa­lano mi wycho­dzić. W dni bez szkoły bie­ga­łem po ogro­dzie, słu­cha­łem odgło­sów Mia­sta docho­dzą­cych zza muru i wojo­wa­łem z nudą. Znów byłem figurką, nie czło­wie­kiem. Im wię­cej ciotka dawała mi zaba­wek, tym bar­dziej czu­łem się jedną z nich.

Posta­no­wi­łem uciec.

5

Powie­dzia­łem, że nie mogłem wycho­dzić, ale to nie­prawda. Po pro­stu nie pusz­czano mnie samego. Łowi­łem każdą oka­zję, żeby się wyrwać, naj­czę­ściej w towa­rzy­stwie wyzwo­leń­ców, choćby tej cudacz­nej pary, leka­rza z tan­ce­rzem. Dok­tor miał krót­kie, wło­chate ramiona i nos, na któ­rym mogłaby pani wie­szać pra­nie, sta­rze­jący się akro­bata, wyż­szy przy­naj­mniej o dwa łok­cie, pił mało wina, jadł pra­wie wyłącz­nie gruszki i wysku­by­wał wszyst­kie włosy ze swo­jego musku­lar­nego ciała. Razem wyglą­dali jak trzcina i kar­to­fel.

W sumie tro­chę żałuję, bo wpę­dzi­łem ich w kło­poty, choć moja lista ludzi do żało­wa­nia jest, że tak powiem, tro­chę dłuż­sza. Przy­zna pani, trzeba się pogo­dzić z wyrzą­dzo­nym złem i iść dalej, poza tym lepiej krzyw­dzić niż być krzyw­dzo­nym. Może to jedyny wybór, przed jakim sto­imy? No cóż. Domi­cja wysy­łała tych dwóch ana­na­sów po spra­wunki, pewno dla­tego, że mało kto u nas cho­ro­wał, a i tań­czyć nie było dla kogo, bo ciotka kochała tylko nas, a podzi­wiała wyłącz­nie sie­bie. Poszli­śmy wcze­śnie, kiedy bruk jesz­cze nie był nagrzany. W powie­trzu czuć było resztki poran­nej wil­goci. Z nie­zli­czo­nych pralni bił smród amo­niaku i dobie­gało ryt­miczne sapa­nie męż­czyzn ugnia­ta­ją­cych tka­niny. Cały czas musia­łem uwa­żać, żeby kogoś nie potrą­cić, żeby ktoś nie pchnął mnie na amforę z moczem, szu­ka­łem oka­zji do ucieczki, nie­stety, tan­cerz i lekarz pro­wa­dzili mnie uważ­nie przed sobą, nie spusz­cza­jąc z oka.

Mieli kupić per­fumy oraz przy­bory do pisa­nia. Wie­dzia­łem, że przy pach­ni­dłach ucieczka nie wyj­dzie, dok­tor został przed per­fu­me­rią i nawet zwa­lił mi na ramię wło­chatą łapę; był to ten rodzaj piesz­czoty, któ­rego wolał­bym unik­nąć. Tan­cerz nie­cier­pli­wił się i maru­dził, choć nie miał powodu, bo Domi­cja jasno powie­działa, czego sobie życzy. Moczył dłu­gie palce w esen­cji z mięty bądź kosz­tow­nego sza­franu i pod­no­sił pod ruchliwy nos, zgar­bił się też nad ole­jem pal­mo­wym, aż wresz­cie wyszedł, przy­jem­nie roz­po­go­dzony, z pęka­tym fla­ko­ni­kiem bar­wio­nym na biało i żółto, w któ­rym chlu­po­tał wyciąg z indyj­skiej paczuli.

Słońce rosło. Ruszy­li­śmy po arty­kuły papier­ni­cze, sprze­da­wali je koło małej roz­lewni brązu. Nad wej­ściem krzy­czał szyld z nazwą sklepu. Świat nie zmie­nia się tak bar­dzo, jak sądzimy. Przed drzwiami leżały cięż­kie drew­niane panele, sufit w środku był okop­cony, nos draż­niła ciężka woń lamp oliw­nych. Stało się dokład­nie to, na co liczy­łem: dok­tor wła­do­wał się przed ladę, doty­kał brze­gów ofe­ro­wa­nych papi­ru­sów, bawił się sty­lu­sami do pisa­nia, niby że wybiera naj­lep­szy, i mało, a wsa­dziłby palec do kuferka z atra­men­tem. Tan­cerz pró­bo­wał mu dora­dzać, prze­ko­ma­rzali się, ślepi na wszystko dookoła. Nie było to wido­wi­sko dla mnie. Pry­sną­łem.

I oto byłem wolny, po raz pierw­szy w Mie­ście. Jak więk­szość ludzi wol­nych nie mia­łem poję­cia, co z tą wol­no­ścią zro­bić, dasz czło­wie­kowi smycz, a pój­dzie naprzód, zabierz ją, to będzie krę­cić się w kółko, aż zdech­nie. Bie­głem, skrę­ca­jąc w coraz węż­sze uliczki, pod łukami insuli, mię­dzy wywró­co­nymi koszami i nie­wol­ni­kami drze­mią­cymi na pro­gach, w końcu zwol­ni­łem, zła­pa­łem oddech, trą­ci­łem takiego jed­nego i zapy­ta­łem:

- Któ­rędy do cyrku?

Wciąż pamię­ta­łem wyścig w Cir­cus Maxi­mus, dokąd zabrała mnie matka, i chcia­łem prze­żyć coś podob­nego, no, może bez oglą­da­nia, jak odrą­bują głowę koniowi i ciskają mię­dzy ludzi. Pokie­ro­wano mnie na nie­wielką, piasz­czy­stą arenę, wokół któ­rej stały try­buny z nie­ohe­blo­wa­nego drewna, wyżej zaś pysz­niły się orły poma­lo­wane na żywe kolory. Wjazd kosz­to­wał, jak wszę­dzie. Prze­śli­zną­łem się bokiem, zaci­sną­łem ręce na gło­wie, żeby mój rudy cze­rep za bar­dzo nie rzu­cał się w oczy, i wpeł­złem pod try­bunę. Usa­do­wi­łem się na kra­wę­dzi rowu oddzie­la­ją­cego publicz­ność od areny, gry­złem palce i cze­ka­łem, co będzie.

Zadud­niły bębny, zagrały pisz­czałki, a za nimi poszedł rado­sny ryk tłumu, ten rodzaj chó­ral­nego dźwięku, który kamie­niowi doda skrzy­deł, a w pierś zająca wbije tygry­sie serce, ci ludzie wyli, kla­skali, tupali w rytm bęb­nów, aż try­buna drżała, leciały na mnie kurz, drza­zgi, resztki jedze­nia, kapało młode wino. I dobrze. Byłem tylko czę­ścią krzyku.

Na are­nie poja­wił się gla­dia­tor, kawał chłopa, Gal albo Ger­ma­nin, syn dębu i bagna, w heł­mie, z tar­czą i ochra­nia­czami na gole­niach oraz przed­ra­mio­nach, z krót­kim mie­czem u pasa. Wiwa­to­wano na jego cześć, on potrzą­sał włócz­nią i wyda­wał mi się naj­po­tęż­niej­szym czło­wie­kiem na świe­cie. Otwarto bramę po dru­giej stro­nie areny. Dwaj posłu­ga­cze w kom­bi­ne­zo­nach z gru­bej skóry, wywa­to­wa­nych od środka, w heł­mach i kap­tu­rach, wywle­kli przed tłum niedź­wie­dzia na dłu­gim łań­cu­chu, kulę musku­łów oto­czo­nych futrem, w któ­rej pło­nęły tępe, gniewne oczy.

Pamię­tam to, jakby zda­rzyło się wczo­raj, posłu­ga­cze znik­nęli za bramą, a oni zostali we dwoje, bestia i wojow­nik. Niedź­wiedź potrzą­sał łbem, ciął pazu­rami piach areny, gla­dia­tor trzy­mał go na dystans włóczni, tak tań­czyli, w huku bęb­nów, poli­fo­nii okla­sków, pisz­cza­łek i gwiz­dów. Długo to trwało. Włócz­nia dźgała powie­trze przed czar­nym pyskiem, niedź­wiedź napi­nał mię­śnie, jakby szy­ko­wał się do skoku, gla­dia­tor tro­chę szu­kał oka­zji do cel­nego ciosu, a tro­chę prze­cią­gał te zma­ga­nia, bo wal­czył też o miłość publicz­no­ści, wresz­cie cof­nął się, wziął zamach i wra­ził włócz­nię głę­boko w szyję zwie­rzę­cia.

Tłum stra­cił rozum, choć i tak miał go nie­wiele, wspa­niały lud Mia­sta, serca świata, zaczął drzeć się i ska­kać po try­bu­nach, bałem się nawet, że deska trza­śnie i ludzie zwalą mi się na głowę, nie ma to jak śmierć pod tył­kiem urżnię­tego ple­be­ju­sza; w każ­dym razie widzia­łem tumany kurzu, drżący żwir, niedź­wie­dzia, który padł, plu­nął krwią, a gdy gla­dia­tor już trium­fal­nie uno­sił dło­nie, znów pod­niósł się na łapy. Gla­dia­tor spo­strzegł zagro­że­nie. Stra­cił włócz­nię. Ta wciąż koły­sała się w ciele wście­kłego zwie­rzę­cia.

Niech pani to sobie wyobrazi, pro­szę odło­żyć ten dłu­go­pis i słu­chać. Niedź­wiedź ruszył. Gla­dia­tor wyszarp­nął miecz z pochwy i pojął, że z tym ostrzem to nie bar­dzo, kłuł nim tylko powie­trze przed bestią, pró­bo­wał nawet wyszarp­nąć włócz­nię z niedź­wie­dziego ciel­ska, lecz zwierz zmiaż­dżył ją łapą tak, że z szyi ster­czał mu tylko czer­wony okruch drzewca. Gla­dia­tor zaczął się wyco­fy­wać, zaska­ku­jąco rączo, mój tan­cerz jak nic by mu pozaz­dro­ścił, niedź­wiedź podą­żał za nim, zosta­wia­jąc sze­ro­kie plamy krwi, co wzbu­dziło weso­łość publiki. Cała zabawa skoń­czyła się w ten spo­sób, że wykrwa­wiony dra­pież­nik opadł z sił, łapy odmó­wiły posłu­szeń­stwa i tylko pełzł z pianą na pysku, spo­mię­dzy kłów strze­lały mu szkar­łatne bąbelki. Gla­dia­torowi wró­ciła wiara w zwy­cię­stwo, sta­nął nad kona­ją­cym i wbił mu miecz w kark po samą głow­nię. Posy­pały się asy i sester­cje, a mnie ktoś chwy­cił za ucho: co tutaj robisz, gów­nia­rzu?

W ten spo­sób wyrzu­cono mnie z imprezy, co nie zda­rzyło się wcze­śniej ani póź­niej. Ani myśla­łem się zra­żać. Ruszy­łem dalej, prze­jęty tym, co zoba­czy­łem, pędzi­łem przez Mia­sto pro­wa­dzony przez powi­dok krwi, widzia­łem sie­bie z mie­czem i dzidą naprze­ciw lwów, tygry­sów i słoni, wyobra­ża­łem sobie, że trzy­mam naprę­żone lejce, i byłem pewien, że Mia­sto nie ma mi do poka­za­nia niczego lep­szego. Otóż miało.

Tra­fi­łem do teatru na jed­nym z nie­zli­czo­nych por­ty­ków, bo tak wyglą­dało wów­czas Mia­sto - rój poskrę­ca­nych wąskich ulic i sze­ro­kie, jasne patel­nie obro­śnięte przez sosny i cyprysy. No więc na jed­nym z tych pla­ców wła­śnie gapie gro­ma­dzili się przed roz­ło­żoną sceną. Na płach­tach deko­ra­cji wyso­kich na dwa pię­tra wyma­lo­wano jakąś grecką miej­sco­wość i górę w oddali, zamarły tam chmury, klucz gęsi i bure słońce. Prze­ci­sną­łem się przez tłum do pierw­szego rzędu, zadar­łem głowę. Nie mia­łem poję­cia, co się wyda­rzy, bo z teatru zna­łem tylko ten wła­sny, ze skrzy­nią jako sceną i wal­kami figu­rek.

Ja umiem w słowa, zakli­nam je i zmie­niam w posłuszną mate­rię, tu jed­nak, wobec tego, co zoba­czy­łem, czuję się bez­radny. Bo jak oddać ten moment, gdy akto­rzy, Ore­stes, Elek­tra i Kli­taj­me­stra, zaczy­nają tań­czyć na obro­to­wej sce­nie do dźwięku orga­nów wod­nych, a wśród grzmo­tów, w trza­skach maszyny do pio­ru­nów z nieba sfruwa sam Apollo z lirą i łukiem? Wyda­wał się ogromny, nad­ludzki, kolana mi drżały, drżały też Ore­stesowi, kiedy bła­gał boga o zmianę wyroku. Bogo­wie wie­dzą lepiej. Bogo­wie kochają nas miaż­dżyć. Co jesz­cze? Co tam się wyda­rzyło? Syn zamor­do­wał matkę przy gwiz­dach publicz­no­ści, choć też pro­siła o życie, zabrzmiały kotły, organy wodne weszły na naj­wyż­sze tony, Ore­stes mio­tał się po sce­nie, jesz­cze z krwią Kli­taj­me­stry na rękach, a nad nim zawie­szone na sznu­rach koło­wały Ery­nie o łopo­czą­cych skrzy­dłach, każda w sza­rej, postrzę­pio­nej sza­cie, w pta­sich maskach i ze żmi­jami w dło­niach. Ore­stes kulił się i bił po twa­rzy, w końcu zamarł z rękami sple­cio­nymi na gło­wie, tro­chę jak ja, gdy peł­złem pod try­buny, a wąż spusz­czony z nieba pozba­wił go życia.

Jak można zabić matkę, pyta­łem sie­bie. Co za czło­wiek porywa się na taką zbrod­nię? Przed­sta­wie­nie dobie­gło końca. Ludzie się roze­szli. Zwi­nięto deko­ra­cję. Zoba­czy­łem rusz­to­wa­nie zamon­to­wane nad sceną, z któ­rego spusz­czano bogów i furie. Sta­łem dalej w naiw­nej nadziei, że jesz­cze wrócą i powtó­rzą przed­sta­wie­nie. Ni­gdy nie widzia­łem niczego rów­nie wspa­nia­łego i w nagłym olśnie­niu, w wybu­chu wszyst­kich gwiazd, zna­la­złem swoje prze­zna­cze­nie. Pra­gną­łem być nimi. Nikim innym. Po co mam być jakimś tam Lucju­szem, skoro mogę się stać Pary­sem, Teze­uszem, Ore­ste­sem? Chcia­łem pędzić kwa­drygą przez długi tor cyrku i wal­czyć z dzi­kimi zwie­rzę­tami. Łak­ną­łem braw, kwia­tów, mie­dzia­nego desz­czu i podziwu w oczach ludzi, bo gdy tylko ujrza­łem fascy­na­cję na twa­rzach publicz­no­ści, poją­łem, kim jest arty­sta, i zapra­gną­łem nim zostać: kimś, kto daje innym szczę­ście i sie­bie tym uszczę­śli­wia.

Co do szczę­ścia, na razie znaj­do­wało się ono poza moim zasię­giem. Zapa­dał zmierzch. U Domi­cji czę­sto stra­szono mnie okrop­no­ściami Mia­sta po zmroku, ponoć co świt znaj­do­wano trupy spóź­nio­nych prze­chod­niów, któ­rzy poru­szali się bez eskorty. Czu­łem głód i strach. Bałem się, że jak wrócę, ciotka prze­trze­pie mi skórę, za dobrze pamię­ta­łem ciężką dłoń mamy. Ale Domi­cja, gdy tylko sta­ną­łem w progu, wzięła mnie w ramiona, obsy­pała poca­łun­kami i przy­tu­lała bez końca, ta dumna matrona drżała, wresz­cie otarła łzy i kazała naszy­ko­wać dla mnie kaczkę z bułecz­kami.

Tej nocy długo brzmiał mocny, mia­rowy dźwięk: to bicz z rze­mie­nia dzwo­nił o gołe tyłki tan­ce­rza i dok­tora.

6

Po paru latach moje życie zmie­niło się ponow­nie. Matka wró­ciła z wygna­nia. Uni­ka­łem tematu, ale chyba trzeba wresz­cie o niej opo­wie­dzieć, o niej i o wujku Klau­diu­szu.

Mama była wysoka i posą­gowo piękna, wyłą­cza­jąc ten kieł, który tak bar­dzo mi się podo­bał. Bie­liła sobie policzki, włosy cze­sała na bok i ukła­dała w trzy rzędy przy­le­ga­ją­cych do sie­bie pier­ścieni, wsku­tek czego z daleka spra­wiała wra­że­nie, jakby na karku sie­działo jej jakieś wło­chate zwie­rzę. Lubiła naszyj­niki z pereł i złote bran­so­lety w kształ­cie węży, twarz cią­gle zakry­wała welo­nem i ponoć jej noga ni­gdy nie dotknęła rzym­skiego bruku. Poru­szała się wyłącz­nie w lek­tyce, z lustrem, dzięki któ­remu przez szparę w kota­rze obser­wo­wała, co dzieje się na uli­cach.

W pierw­szych latach mojego życia oka­zy­wała mi moc wymu­szo­nej czu­ło­ści, jesz­cze w Antium zda­rzały się dni, kiedy nie pozwa­lała mi zejść z kolan, więc zdzi­wi­łem się bar­dzo, gdy zoba­czy­łem ją teraz, po latach, wśród ludzi. Wodziła po nich spoj­rze­niem wład­czyni, roz­ta­cza­jąc wokół sie­bie aurę nie­wy­mu­szo­nego chłodu, mówiła powoli, sta­ran­nie dobie­ra­jąc słowa, i miała w sobie, w posta­wie i tonie głosu, coś, co gięło innym karki. Przy­po­mi­nała kró­lową roju oto­czoną przez nie­wol­nice. Ten kolo­rowy, zaafe­ro­wany tłum zwia­sto­wał jej przy­by­cie. Oto kro­czy wielka Agry­pina!

Z wygna­nia cof­nął ją Klau­diusz, nie prze­czu­wa­jąc nawet, co ściąga sobie na swoją durną głowę. Ktoś mógłby sądzić, że matka po latach na wyspie natych­miast popę­dzi do syna. Gdzie tam. Bawiła w Mie­ście przez wiele mie­sięcy, nim w ogóle raczyła odwie­dzić Domi­cję. Dostrze­głem ją na przo­dzie orszaku, w dłu­giej stoli barwy indygo, i przez moment sądzi­łem, że spo­tka­łem ducha. Pobie­głem, wtu­li­łem się, matka stała sztywno i tylko zadarła mi brodę.

- Uro­słeś, mój piękny - powie­działa i zain­te­re­so­wała się Domi­cją.

Zro­zu­mia­łem, że matka mnie zabie­rze. Bałem się tego tak bar­dzo, jak kie­dyś pra­gną­łem. Lalka prze­kła­dana do nowego kuferka. Dobrze było mi u Domi­cji, z jej czu­ło­ścią, base­nem i ogro­dem, lubi­łem prze­cież nawet leka­rza z tan­ce­rzem, chcia­łem wresz­cie kawałka świata, który byłby mój, domu, któ­rego nie stracę, z pew­no­ścią to pani rozu­mie. Wie­dzia­łem też, że Domi­cja chce mnie zatrzy­mać, gdyby mogła, wal­czy­łaby o mnie z matką jak motłoch o ten koń­ski łeb, nie­stety, w tym star­ciu zwy­cięż­czyni była znana od początku.

W końcu mama posta­wiła więc na swoim i zabrała mnie do sie­bie, to zna­czy do pałacu, bo jej życie wyko­nało nie­zwy­kły obrót i z drżą­cej o wła­sne życie poła­wiaczki pereł dostą­piła cesar­skiego wynie­sie­nia. Zro­biła karierę, mówiąc pani języ­kiem. Wiele na to wska­zy­wało, bo mimo wszyst­kich swo­ich masek, tych welo­nów zasła­nia­ją­cych twarz namięt­nej sowy, zdra­dzała tylko jedną pasję i jedyną naturę. Wycho­wały ją mądre stare kobiety. Jej matka, moja babka stra­ciła na tor­tu­rach oko i zagło­dziła się na śmierć. Sama Agry­pina miała przy­wi­leje westalki, zawsze wie­działa, komu wejść do łóżka, dosko­nale obra­cała forsą i pew­nie żało­wała, że nie uro­dziła się face­tem. Z chu­jem jako ste­rem dopły­nę­łaby na kra­niec świata i zwy­cię­żyła lewia­tana, Par­tów i Bry­tów, nie­stety, przy­szła na świat jako kobieta, wbrew prze­zna­cze­niu.

Dobrze pamię­tam ostatni wie­czór z Domi­cją. Sie­dzia­łem w jej poko­jach, prze­jęty rychłą per­spek­tywą roz­sta­nia i straty. Ciotka piła słabe wino i przę­dła wełnę. Ręce jej drżały. Żadne z nas nie mówiło o tym, co ma nastą­pić naza­jutrz. Ukła­da­łem w gło­wie mowę na prze­pro­siny, wcho­dzi­łem w rolę Achil­lesa, który tłu­ma­czy matce, że jed­nak wyru­szy na wojnę, bo jest do tego zmu­szony. Są, cio­ciu, rze­czy potęż­niej­sze od nas, ja już to wiem. Mimo to mil­cza­łem.

- Idź spać, Lucjuszku - pora­dziła ciotka. - Jutro ciężki dzień, musisz być wypo­częty.

Chcia­łem ją objąć. Zabra­kło mi odwagi. Nie mogłem zasnąć. Myśla­łem, jak bar­dzo krzyw­dzę Domi­cję swoim odej­ściem, i nie wie­dzia­łem, że wyrzą­dzę jej kie­dyś o wiele więk­szą krzywdę.

Rano matka zja­wiła się oso­bi­ście, by zabrać mnie do lek­tyki. Spoj­rza­łem za sie­bie, w zacie­nio­nym atrium drżał kru­chy cień ciotki. Dla odmiany w oczach matki tań­czyły zło­śliwe pło­myki, posłała Domi­cji spoj­rze­nie, w któ­rym radość mie­szała się z nie­chę­cią i zawo­łała, żebym poszedł za nią. Co mia­łem zro­bić? Posze­dłem.

7

Mama wyszła za Klau­diu­sza i została kaj­sa­rową. Tak wła­śnie zaczęło się moje nie­szczę­ście.

Z waw­rzy­no­wego ogrodu ciotki cisnęło mnie do mon­stru­al­nego pałacu na Pala­ty­nie. Był to kloc, co przy­siadł nad cyr­kiem, u stóp wzgó­rza, a wście­kle czer­wony dach nie­mal rów­nał się z koro­nami drzew na jego szczy­cie. Tak miesz­kać może król świata, ktoś, kto wojuje nawet z rzeką i górą. W zewnętrz­nym ogro­dzie zamiast jed­nej sadzawki było ich sześć, oto­czo­nych przez posa­dzone w rów­nych odstę­pach pinie, które strzy­żono z upiorną dokład­no­ścią. Wzdłuż dłuż­szych boków cią­gnęły się rzędy mar­mu­ro­wych kolumn. Dom i ludzie kształ­to­wani linijką.

Dalej, za murem, roz­cią­gał się plac z mnó­stwem posą­gów poma­lo­wa­nych na krzy­kliwe kolory, zda­ją­cych się czmy­chać z kan­cia­stych postu­men­tów, a za nim ogromna świą­ty­nia Apolla, obok nie­wiele mniej­sze poświę­cone Jowi­szowi i Wik­to­rii, zresztą wszę­dzie krę­cili się jacyś kapłani, podobni tro­chę do tego, z któ­rym gawę­dzi­łem w Antium, swoją świą­ty­nię miała nawet zga­sła przed­wcze­śnie sio­stra mojej zwy­cię­skiej mamy. Serce matki tło­czyło krew bogów, więc i ja byłem bogiem, przy­naj­mniej tro­szeczkę, zresztą matka ni­gdy nie dała mi o tym zapo­mnieć.

Ciśnięto mnie w ten prze­pych i bez­sen­sowny tumult, gene­ro­wany przez tłum urzęd­ni­ków o nie­ja­snych kom­pe­ten­cjach. Kotło­wali się jak koszatki w gli­nia­nym wię­zie­niu, krą­żyli pomię­dzy czę­ścią pry­watną pałacu a czę­ścią publiczną, mieli ner­wowe oczy i palce pobru­dzone atra­men­tem, a ściany zdo­biły mozaiki przed­sta­wia­jące takich wła­śnie gości - jakby ktoś miał kie­dy­kol­wiek zatę­sk­nić za tymi maru­dami. Po posia­dło­ści krą­żyli też wysłan­nicy z Gre­cji, Sycy­lii, Sar­dy­nii, Kor­syki, Dacji oraz Syrii, z naj­róż­niej­szych dziur na tym smut­nym świe­cie, a każdy miał gębę pełną skarg na namiest­ni­ków i wyso­kie podatki. Cze­kali i rok na wysłu­cha­nie. Nie zapo­mnijmy o uczo­nych, cią­gną­cych do Klau­diu­sza jak muchy do gówna, ci mieli łby nabite wie­dzą o jakichś pra­daw­nych ple­mio­nach, Umbrach i Sami­tach, nie­ustan­nie pero­ro­wali coś w zapo­mnia­nej mowie i pisali opa­słe księgi poświę­cone grze w kości, które nie­śli przed obli­cze kaj­sara w nadziei, że syp­nie im coś ze szka­tuły.

W tej histo­rii jest pełno ludzi, wiem. Pró­buję opo­wia­dać ją jak naj­pro­ściej, rzecz w tym, że oni się roją, moją pamięć zaśmie­cają bez­i­mienne twa­rze i imiona bez twa­rzy, dość rzec, że zatę­sk­ni­łem za dawną samot­no­ścią. Jakby tego było mało, śle­dzono mnie, cały czas ktoś za mną łaził, jak nie czło­wiek matki, to Klau­diu­sza. Ten uczony tuman miał wła­snego syna, Bry­ta­nika, i pewno chciał spraw­dzić, do czego się nadaję, co ze mną można zro­bić. Włó­czy­łem się po labi­ryn­cie pokoi o malut­kich oknach praw­dzi­wych i wiel­kich nama­lo­wa­nych, z wido­kiem na jakieś far­bo­wane łąki i jeziora, wdra­py­wa­łem się po stro­mych scho­dach na sze­ro­kie bal­kony, a wszę­dzie podą­żały za mną ledwo sły­szalne kroki.

Mieli w tym pałacu pomnik Hera­klesa. Tak sły­sza­łem. Jakiś pochlebca odkrę­cił mu głowę i nasa­dził w to miej­sce łeb wujka Klau­diu­sza. Za moich cza­sów to szka­ra­dzień­stwo stra­szyło w wewnętrz­nym ogro­dzie. Rzeź­biarz od tej głowy robił, co mógł, pro­blem w tym, że pew­nych rze­czy nie da się prze­sko­czyć, w efek­cie czego na tors kul­tu­ry­sty nabito obli­cze księ­go­wego prze­stra­szo­nego kata­stro­falną pomyłką w rachun­kach, twarz o pustych oczach i ustach jakby stwo­rzo­nych do nie­ustan­nego drże­nia.

Czy­ta­łem książkę Gra­vesa, może pani o niej sły­szała, ten pisa­rzyna doko­nał cze­goś nie­by­wa­łego: pod jego pió­rem tępy okrut­nik zmie­nił się w cier­pli­wego mędrca o zachwy­ca­ją­cej duszy. Nie należy wie­rzyć książ­kom. Czy pani mi wie­rzy? Czy pani sądzi, że moja opo­wieść może być praw­dziwa? Pro­szę nie odpo­wia­dać. W każ­dym razie wujka Klau­diu­sza zoba­czy­łem po raz pierw­szy, kiedy jadł oliwki. Łowił je spe­cjal­nym szpi­kul­cem w głę­bo­kiej misie, nabi­jał po kilka naraz, lśnią­cych, spro­wa­dzo­nych spe­cjal­nie z Gre­cji, potem zsu­wał je wprost do ust, jesz­cze nie prze­łknął, a już dzia­bał kolejne, tur­lały się po tej misie, więc wście­kał się i mio­tał prze­kleń­stwa.

Tak wsze­dłem do Klau­diu­sza, mocno prze­stra­szony. W końcu miał mnie adop­to­wać. Figura ojca koja­rzy mi się raczej kiep­sko, zasta­na­wia­łem się, kogo wła­ści­wie zoba­czę, lecz, przy­się­gam, nie spo­dzie­wa­łem się ośli­nio­nego dziada w todze, na któ­rej już zaczy­nało gnić żar­cie. Wspa­niały Klau­diusz począt­kowo w ogóle mnie nie spo­strzegł, sta­łem więc jak skoń­czony dureń pośrodku uczty, zasta­na­wia­jąc się, co dalej. Wresz­cie kaj­sar pod­niósł się na tyle, na ile pozwa­lały mu zamro­cze­nie alko­ho­lowe i chroma noga, przy­glą­dał mi się długo, mru­żąc oczy, i wybeł­ko­tał coś w języku, któ­rego nie zna­łem. Dopiero potem zro­zu­mia­łem, że mówi po etru­sku.

Z tym etru­skim mia­łem urwa­nie głowy, bo Klau­diusz uznał, że muszę go opa­no­wać, i wbi­jał mi do głowy zwy­czaje tego wymar­łego ludu. Mniej wię­cej w tym cza­sie doszło do mnie, że ostat­nim śla­dem po daw­nych spo­łecz­no­ściach są fan­ta­zje okrut­nego sza­leńca. Wspo­mnie­nie o nas, o mnie i o pani, doga­śnie w czy­jejś obłą­ka­nej gło­wie. Tym koniec koń­ców jeste­śmy, roje­niem wariata. Klau­diusz uznał za słuszne nauczyć mnie etru­skiego oso­bi­ście, gdyż wśród swych fascy­na­cji i obse­sji skry­wał też żyłkę peda­goga. Całymi godzi­nami czy­tał mi histo­rię Etru­sków wła­snego autor­stwa, wpy­chał słowa w gar­dło i bił po rękach do krwi za każ­dym razem, gdy się pomy­li­łem w recy­ta­cji.

Biada temu, kto tra­fił przed sąd boskiego Klau­diu­sza. Już lepiej było liczyć na łaskę gry­fów i cyklo­pów. Mózg miał kaj­sar nabity prze­pi­sami praw­nymi, pre­ce­den­sami i krucz­kami, wybu­dzony nocą, wyre­cy­to­wałby ustawę dwu­na­stu tablic bez żad­nej pomyłki, w toku pro­cesu nato­miast kie­ro­wał się zmy­słem moral­nym. Ten słu­żył mu rów­nie świet­nie, co oczy kre­towi, jako sędzia mój ojczym oże­nił matkę z jej wła­snym synem i kogo tylko mógł, ska­zy­wał na roz­szar­pa­nie przez dzi­kie zwie­rzęta.

Bez prze­rwy jadł. Do tego, jako wiel­bi­ciel tra­dy­cji, wymy­ślił sobie, by mło­dzież sta­rym zwy­cza­jem uczest­ni­czyła w ucztach usa­do­wiona w nogach bie­siad­nego stołu. Nie róż­ni­li­śmy się jego zda­niem od zwie­rząt. Tkwi­łem tam więc z tym bied­nym Bry­ta­ni­kiem, tak jak tatuś bla­dym trzę­si­dupą, a nad nami syn Jowi­sza wpy­chał w sie­bie homary fasze­ro­wane kawio­rem, mary­no­wa­nego kró­lika i świń­skie wymiona, szcza­jąc jed­no­cze­śnie do ury­natu. Obżarty, opity winem, kładł się na wznak i jęczał, że zaraz umrze, rwało go bowiem w żołądku. Zgar­biony lekarz wsu­wał mu piórko do gar­dła, Klau­diusz wymio­to­wał, oży­wiał się, po czym jadł i chlał dalej. Służba zano­siła go do łóżka nie­przy­tom­nego.

Tak mniej wię­cej wyglą­dało moje z nim życie. Cza­sem nie mogłem zasnąć, tak bolały mnie dło­nie, nie było jed­nak źle. Mogłem pod strażą wycho­dzić do teatru i wraz z wuj­kiem do cyrku, pisy­wa­łem pierw­sze poematy, szkice sztuk, ćwi­czy­łem głos, zaczą­łem upra­wiać boks i zapasy, macha­łem nawet han­tel­kami w gim­na­zjo­nie, wszystko po to, by nie spaść z rydwanu, gdy już zacznę powo­zić. Taką wyma­rzy­łem dla sie­bie przy­szłość, woź­nicy i aktora. Matka wie­działa lepiej.

Zaczą­łem karierę publiczną.

8

Togę przy­wdzia­łem jako trzy­na­sto­la­tek. Powiem tak od serca, że wyro­słem i podo­ba­łem się sobie, ćwi­cze­nia też zro­biły swoje. Mia­łem sze­ro­kie barki, kark gla­dia­tora i tylko chude łydki nędz­nie ster­czały spod togi.

Samą cere­mo­nię też wspo­mi­nam dobrze. Zna­la­złem się w cen­trum uwagi i po raz pierw­szy poczu­łem się jak aktor. Wspa­niałe, nie­po­rów­ny­walne z niczym doświad­cze­nie, gdy oczy wszyst­kich spo­czy­wają na tobie i każdy czeka na twój gest, łowi każde słowo. Pro­blem w tym, że nie gra­łem. Porzu­ci­łem dzie­ciń­stwo i zosta­łem męż­czy­zną już na zawsze. Zdjęto mi z szyi bullę, sym­bol wol­no­ści, a za nią poszła weł­niana toga, zdo­biona pur­pu­ro­wym szla­kiem. Zosta­łem w samej tunice. Nagle poczu­łem się goły i prze­ra­żony. Nie­wol­nik nało­żył na mnie nową togę, kre­do­wo­białą, wyko­nu­jąc sekwen­cję skom­pli­ko­wa­nych ruchów: przez lewe ramię, plecy, prawe ramię i lewe ponow­nie, bez żad­nych guzi­ków czy spi­nek, tak w ogóle trudno o mniej prak­tyczny strój, mar­z­łem lub poci­łem się w zależ­no­ści od pogody, no i musia­łem pod­trzy­my­wać mate­riał, cały czas uno­sząc rękę. Sama bulla zawi­sła w domo­wej kapliczce. Upra­gniona wol­ność drwiła ze mnie, dyn­da­jąc na sznurku.

Marzył mi się rydwan i śpiew, dosta­łem urząd pro­kon­sula, co nie było jed­nak takie znów złe, bo jesz­cze czę­ściej musia­łem poja­wiać się na igrzy­skach. Zaj­mo­wa­łem tam lep­sze miej­sca niż wcze­śniej. Gdzie ten prze­stra­szony chło­piec, który gapił się na śmierć niedź­wie­dzia spod try­buny? Odkry­łem radość w pro­wa­dze­niu publicz­nych cere­mo­nii. Tych mie­li­śmy od cho­lery, bo też namno­żyło się nam bogów, któ­rych nale­żało obła­ska­wić. Żeby daleko nie szu­kać, na Polu Mar­so­wym pro­wa­dzi­łem obrzęd ku czci Por­tusa, boga klu­czy i zam­ków do drzwi. Pło­mie­nie tań­czyły w wiel­kich misach, grały rogi, trąby i cym­bały, a ja w sekwen­cji poważ­nych, powol­nych gestów wkła­da­łem w ogień klu­cze do świą­tyń, budyn­ków publicz­nych i domów boga­czy, w dużym skró­cie cho­dziło o to, by Por­tus nasy­cił się takim klu­czem i nie spo­pie­lił Mia­sta.

Mia­łem i inne, cie­kaw­sze przy­gody. Boski Klau­diusz umy­ślił sobie wielką imprezę na oko­licz­ność dzie­się­cio­le­cia spra­wo­wa­nia wła­dzy. Uznał błęd­nie, że ludzie się cie­szą. Pod okiem matki uło­ży­łem prze­mowę ku jego czci i wygło­si­łem ją w pur­pu­ro­wej sza­cie. Bry­ta­nik, młod­szy ode mnie, jesz­cze w chło­pię­cym stroju, stał obok i pocią­gał nosem. Miał zresztą powód, bo nasz mędrzec i znawca języ­ków wła­śnie zatłukł mu nauczy­ciela z jakie­goś bła­hego powodu.

Sam Klau­diusz tego dnia też omal nie roz­stał się z życiem. Wygła­sza­łem swoją prze­mowę, matka nie spusz­czała ze mnie wzroku, a lud nie chciał słu­chać, tylko tupał gniew­nie. Plony były słabe, do portu w Ostii nie przy­pły­nęły statki ze zbo­żem. Burze zatrzy­mały je w dro­dze z Egiptu, w czym dopa­trzono się, a jakże, woli bogów. Bogu trudno zro­bić jakąś krzywdę, lud rzym­ski posta­no­wił więc stłuc Klau­diusza.

Pero­ro­wa­łem, a tłum buczał coraz gło­śniej i wygra­żał pię­ściami, w naszym kie­runku pole­ciały błoto, gnój, kamie­nie i suchy chleb. Zbrojni wpa­ko­wali nas w lek­tyki, wzięli w kor­don i znie­śli z Pala­tynu. W samą porę: lud wdarł się do pałacu, wywle­kał ubra­nia z kufrów, roz­bi­jał fla­kony per­fum, plą­dro­wał kuch­nie i spi­żar­nie, wyła­do­wy­wał wście­kłość na każ­dym, kto się nawi­nął.

W ogóle dało się odnieść wra­że­nie, że poczciwy Klau­diusz tylko cudem umyka śmierci. Ledwo upo­rząd­ko­wali pałac, wymy­ślił sobie bitwę mor­ską na sztucz­nym jezio­rze. Wła­ści­wie podej­ścia do tematu miał aż dwa, za pierw­szym razem kazał naszy­ko­wać okręty, gla­dia­to­rów i zwy­kłych prze­stęp­ców, któ­rych zamie­rzał wygu­bić. Na ich szczę­ście i fra­su­nek Klau­diusza woda ledwo ciur­kała z naszy­ko­wa­nych kana­łów. Syn Jowi­sza dostał szału i posta­no­wił rzu­cić inży­nie­rów na pożar­cie dzi­kim zwie­rzę­tom. Wyja­śni­łem mu, że jeśli to zrobi, nikt o zdro­wych zmy­słach nie weź­mie już tej roboty. Mędrzec posłu­chał, a za dru­gim razem inży­nie­ro­wie spi­sali się aż nazbyt wspa­niale: woda buch­nęła ścianą wprost na cesar­ską ucztę, na ławy, stoły i samego Klau­diusza, który już się opił falerna i łak­nął krwi. Dostał pod­to­pie­nie w błocku. Cudem go oca­lono.

Jesz­cze raz otarł się o śmierć, kiedy wygnał astro­lo­gów, jego zda­niem nazbyt chci­wych. Prze­pę­dzeni popro­sili gwiazdy o zemstę, w efek­cie czego Klau­diusz konał w swo­ich kom­na­tach, nie­zdolny nawet, by usiąść: spał, pła­kał i trzy­mał się za brzuch. Na moje, gwiazdy nie miały z tym nic wspól­nego, raczej demon obżar­stwa. Zastę­po­wa­łem go w sena­cie. Pierw­szy raz posze­dłem do Curia Iulia, gdzie pach­niało kurzem, chło­dem kamieni i smro­dem sta­ru­cha, sena­to­ro­wie gnie­tli się na twar­dych sie­dzi­skach i pod­pie­rali ściany, a że togi słabo chro­niły przed zim­nem, to mojej prze­mo­wie towa­rzy­szyło kle­ko­ta­nie zębów. Mówi­łem coś o nadzie­jach zwią­za­nych ze zdro­wiem Klau­diusza, coś o Ene­aszu, od któ­rego niby wszy­scy pocho­dzimy, cie­szy­łem się tą chwilą, brzmie­niem każ­dego słowa i burzą okla­sków na koniec. To był mój moment. Mój świat. Gdyby kaj­sar roz­stał się z życiem, był­bym jesz­cze szczę­śliw­szy.

Ale wró­cił do zdro­wia. I zna­lazł mi żonę.

9

Pomysł ze ślu­bem wyszedł, a jakże, od matki. Wybór padł na Okta­wię, córkę Klau­diu­sza. W ten spo­sób matka umac­niała moją pozy­cję poli­tyczną i zabez­pie­czała przy­szłe pano­wa­nie.

Mama, publicz­nie wynio­sła i oschła, pry­wat­nie zmie­niała się w roz­ju­szoną gęś. Wyrzu­cała z sie­bie kaskady słów o tym, jacy ludzie są męczący i głupi, machała wtedy rękami, aż podzwa­niały bran­so­lety, i wbi­jała we mnie wzrok, szu­ka­jąc potwier­dze­nia wła­snych słów. Zda­rzało się, że sia­dała na brzegu sofy i zano­siła się szcze­rym śmie­chem z jakie­goś ekwity czy innego pon­ty­fika. Tym razem powodu do rado­ści dostar­czy­łem ja.

- Ani myślę się żenić, mamo - tak jej powie­dzia­łem, mocny i pewny swego.

Matka prych­nęła.

- Oże­nisz się i cześć. Nie po to mal­tre­to­wa­łam Klau­diu­sza o tę całą Okta­wię, żebyś mi teraz robił kło­poty. Masz kochankę?

- No nie­spe­cjal­nie.

- A chłopca? Miłu­jesz jakie­goś?

- Też nie.

- Więc o co cho­dzi? - zapy­tała, po czym przed­sta­wiła swój wspa­niały pomysł. - Oże­nisz się z Okta­wią, wyma­new­ru­jemy Bry­ta­nika, Klau­diusz pój­dzie w piach, impe­rium będzie twoje.

Powie­dzia­łem wtedy, że pano­wa­nie mam w dupie, niech Bry­ta­nik sobie rzą­dzi, idiota, syn idioty, taka piękna rysuje się nam linia dyna­styczna. Ja się wypi­suję z tego inte­resu.

Matka, pamię­tam dobrze, wydęła usta i zapy­tała, czym w takim razie zamie­rzam się zaj­mo­wać.

Na swoje nie­szczę­ście powie­dzia­łem prawdę.

- Będę akto­rem i woź­nicą. Będę śpie­wał, i to tak, że wszy­scy pozbie­rają szczęki z pia­chu areny, będę jak Her­mo­ge­nes, zachwycę grą na cytrze i orga­nach wod­nych.

Rechot matki był gor­szy niż witka Klau­diu­sza. Zano­siła się śmie­chem, trzy­ma­jąc się za brzuch.

- Akto­rzy kle­pią biedę - przy­po­mniała. - Ludzie plują im do kie­li­cha, oby­wa­tele o twoim sta­tu­sie spo­łecz­nym w ogóle nie mogą wystę­po­wać w cyrku, choćby i chcieli, zabro­nił tego sam August, a Tybe­riusz przy­kle­pał, przy­po­mnij sobie o tym wresz­cie.

- I co z tego? - bąk­ną­łem.

Spo­waż­niała.

- Ja ci opo­wiem, co z tego. Poślu­bi­łam ośli­nio­nego jąkałę z kuśką mocarną jak gli­sta, ura­bia­łam go jak ser na more­tum tylko po to, ośle jeden, żebyś został pie­przo­nym kaj­sa­rem, a ty co, ple­ciesz mi coś o rydwa­nach i fistu­łach?

- Zbędna fatyga - odpar­łem, spusz­cza­jąc wzrok. - Czemu nie zapy­ta­łaś mnie o zda­nie?

- Wyobraź sobie, że wypadki prze­bie­gną tak, jak mówisz - powie­działa bar­dzo spo­koj­nie. - Klau­diusz umrze, wła­dzę przej­mie Bry­ta­nik, czy raczej ktoś, kto będzie ste­ro­wał tym bał­wa­nem. Jak myślisz, co się z tobą sta­nie? Zamor­dują cię natych­miast jako kon­ku­renta. Oto twój wybór. Umrzesz lub będziesz pano­wał.

Cóż, z czymś takim trudno dys­ku­to­wać. Upo­ko­rzony i wście­kły wró­ci­łem na pokoje. Znów byłem tylko chłop­cem, który pła­cze w poduszkę. Figurką, nie czło­wie­kiem. Tam­tej nocy nie spa­łem do świtu. Poją­łem coś wię­cej niż naturę kom­pro­misu: zro­zu­mia­łem, że będę żył cudzym życiem, a to praw­dziwe, któ­rego pra­gnę, ni­gdy nie będzie nale­żało do mnie.

Skończmy te smęty. Jeśli ktoś był bar­dziej prze­ra­żony ode mnie, to sama Okta­wia. Rozumu star­czyło jej aku­rat, by pojąć, że pakuje się w coś nie­bez­piecz­nego, zwłasz­cza że jej poprzedni narze­czony dziw­nym tra­fem nagle popeł­nił samo­bój­stwo. Koniec koń­ców źle to wyszło, choć ni­gdy nic nie mia­łem do tej cichej, ponu­rej dziew­czyny. W grun­cie rze­czy nie­wiele umiem o niej powie­dzieć. Skoń­czyła trzy­na­ście lat, dwa mniej niż ja. Umiała ukry­wać cier­pie­nie. W twa­rzy dziecka zamknięto oczy sta­ruszki, sine żyły spla­tały się na drob­nych przed­ra­mio­nach, mówiła cicho i mało, jadła wyłącz­nie drob­nymi kęsami i po posiłku bez słowa odcho­dziła do swo­ich pokoi; nikt nie wie­dział, czym tak naprawdę zmę­czona.

Myśmy się ni­gdy nie poko­chali, gorzej nawet, nie zdo­ła­li­śmy się polu­bić. Opo­wia­da­łem jej o woź­ni­cach, Pary­sie i Hero­stra­te­sie, pró­bo­wa­łem czy­tać frag­menty wła­snych utwo­rów, a ona nie zada­wała żad­nych pytań, a gdy mil­kłem, natych­miast wyda­wała z sie­bie wes­tchnie­nie ulgi. Potra­fiła jed­nak śmiać się w towa­rzy­stwie nie­wol­nic i wyzwo­le­nic, i ten śmiech brzmiał mi w uszach pod­czas dłu­gich chwil mał­żeń­skiej ciszy. Naj­gor­sze były rzad­kie akty wymu­szo­nej czu­ło­ści: dłoń na nad­garstku, muśnię­cie ust w poli­czek. Ona z kolei widziała we mnie potwora, w każ­dym razie bała się okrop­nie, nie spo­tka­łem czło­wieka, co był mi rów­nie daleki jak wła­sna pierw­sza żona.

Cere­mo­nia ślubna prze­bie­gła zgod­nie z pla­nem matki. Wspól­nie zdję­li­śmy sierść ze świń­skiej szyi, Okta­wia podała mi nóż i otwo­rzy­łem zwie­rzę­ciu gar­dło, obe­szli­śmy ołtarz, a przed nami szedł chło­pak, nio­sąc w koszu to zakrwa­wione ostrze, mirrę i kłąb bia­łych wstą­żek. Zaję­li­śmy miej­sca na krze­słach obło­żo­nych skó­rami i zaraz trzeba było zasu­wać znowu, do rodzi­ców Okta­wii na ucztę, i potem do mnie, na pokoje w pałacu.

Prze­szli­śmy przez Mia­sto poprze­dzani przez mło­dzieńca dzier­żą­cego tar­ninę, dwóch innych towa­rzy­szyło mojej ślub­nej, jeden z kadzi­dłem, drugi z wrze­cio­nem. Te sym­bole, jeśli pani pyta, zna­czą tyle, że kobieta powinna haro­wać w domu z zasznu­ro­waną jadaczką. Sam sądzi­łem ina­czej, ale nikt mnie nie pytał, a już na pewno nie matka. Wędro­wała z nami cze­reda zna­jo­mych i niezna­jo­mych, muzyk grał na aulo­sie, a dzie­ciaki ciskały w nas orze­chami. Przy­po­mnia­łem sobie dzie­ciń­stwo w Antium. Jakim cudem wpa­ko­wa­łem się w coś takiego?

Okta­wia nasma­ro­wała mi drzwi wil­czym sadłem, a chłopcy prze­nie­śli ją przez próg. Powie­działa: ubi tu Gaius, ibi ego Gaia, schy­liła głowę przed domo­wym bóstwem, pro­sząc o opiekę i potom­stwo; naprawdę, gdyby bogo­wie ist­nieli i dało się coś z nimi ugrać, nie niósł­bym zaraz potem żony do sypialni. Okta­wia poło­żyła się na ple­cach, wypy­cha­jąc bio­dra, aby uła­twić mi zada­nie, wsze­dłem szybko, skoń­czy­łem jesz­cze szyb­ciej. No, życie. Leże­li­śmy odwró­ceni ple­cami do sie­bie. Myśli kłę­biły mi się w gło­wie jak szczury w Clo­aca Maxima. Mia­łem żonę. Co teraz? Tak wła­śnie wygląda miłość? To ta wymu­szona roz­kosz? Czy nic wię­cej w miło­ści mnie nie czeka?

10

Z ciotką Domi­cją bar­dzo źle wyszło.

Muszę tutaj wyja­śnić parę rze­czy. Widziała pani kie­dyś drzewo gene­alo­giczne mojego rodu? Osza­leć można od samego patrze­nia i nawet ja nie rozu­miem, co tam się dzieje. Ow­szem, Domi­cja oka­zała mi bez­miar serca, ale była też babką Bry­ta­nika i Okta­wii, matką poprzed­niej żony Klau­diu­sza, którą ten w swo­jej roz­trop­no­ści kazał uśmier­cić. Koszula bliż­sza ciału, że tak powiem. Ciotka, bogata po obłęd i mądra jak cen­taur Chi­ron, pil­no­wała rodzin­nych inte­re­sów.

Zaczęło się od Bry­ta­nika. Z pupila sta­łem się rywa­lem w grze o tron, choć mówiąc szcze­rze, naj­chęt­niej leżał­bym plac­kiem przed ciotką, bła­ga­jąc, aby wyma­new­ro­wała mnie z tego układu. Nie mogłem. Ciotka wal­czyła o ucho Klau­diu­sza, roz­piesz­cza­jąc jego wpły­wo­wych wyzwo­leń­ców. Obsy­py­wała ich zło­tem, obie­cy­wała bajeczne posia­dło­ści w Ita­lii, wszystko po to, aby urżnięty kaj­sar pamię­tał, że Bry­ta­nik jest jego praw­dzi­wym synem, a ja tylko pasier­bem ze wspa­nia­łego rodu.

Z Okta­wią podob­nie: ciotka zapra­szała ją i wypy­ty­wała o różne rze­czy, pró­bu­jąc roz­po­znać moje zamie­rze­nia. Żeby było śmiesz­niej, potem brała ją w obroty moja matka, wielka Agry­pina. Widy­wano je, jak spi­jają sobie z dziób­ków, i jak znam życie, matka kła­dła Okta­wii do sko­ło­wa­nej głowy, że jej miej­sce jest przy mnie i lepiej trzy­mać ze zwy­cięz­cami.

Zwy­cię­stwo pozo­sta­wało nie­pewne, więc mama posta­rała się, by ciotkę oskar­żono o czary. Zaczęło się od tego, że Klau­diu­szowi prze­stały sma­ko­wać ulu­bione dania: sma­żona ryba, dak­tyle z orze­chami i potrawka grzy­bowa. Wszystko jak żwir, narze­kał. Na domiar złego skar­żył się na bole­ści. Wyzwo­le­niec prze­ku­piony przez matkę pod­po­wie­dział roz­wią­za­nie: ktoś babrał się w sadzy i krwi, spró­bo­wał magicz­nego skry­to­bój­stwa. Klau­diusz, autor nie­zli­czo­nych ksią­żek, histo­ryk, poli­glota i praw­nik, natych­miast to łyk­nął.

Powstało pyta­nie, kto tak się zaba­wia. Matka wezwała mnie do sie­bie i powie­działa, żebym wska­zał ciotkę. W końcu miesz­ka­łem u niej parę lat, z pew­no­ścią widzia­łem więc to i owo. Odmó­wi­łem sta­now­czo. Wów­czas mama powtó­rzyła starą śpiewkę tym nie­zno­szą­cym sprze­ciwu gło­sem, który brzmiał tak, jakby już ostrzono na mnie szty­let:

- Bry­ta­nik, wspie­rany przez ciotkę, przej­mie tron po Klau­diu­szu i cię zamor­duje.

- Trudno - odpar­łem, młody, to i głupi, bo po cóż się o sie­bie trosz­czyć. - Niech mor­duje.

Ani myśla­łem oczer­niać ciotki, która była dla mnie prze­cież taka dobra. Co z jej dziećmi? Bawi­łem się z nimi, gdy byłem mały. Teraz mają zostać bez matki. I to jesz­cze przeze mnie? Nie ma mowy, posta­wi­łem się twardo, ani myślę zostać potwo­rem.

- Nie umrzesz sam - powie­działa matka. - Mnie też zabiją, być może naj­pierw. Popa­trzysz sobie na mojego trupa. Naprawdę tego chcesz? - mówiła coraz szyb­ciej. - Po wszyst­kim, co dla cie­bie zro­bi­łam? Wybie­rzesz obcą kobietę zamiast wła­snej matki? Roz­szar­pią cię Furie i złe sny. Spę­dzisz życie prze­śla­do­wany przez upiorne cie­nie!

I roz­pła­kała się, po raz pierw­szy na moich oczach.

- Cza­sem nie wytrzy­muję - łkała - tak bar­dzo się boję. Od maleń­ko­ści żyję w bli­sko­ści śmierci. Nie śpię. Ledwo jem. Dopiero kiedy Domi­cja znik­nie, a ty, mój piękny, zastą­pisz Klau­diu­sza, poczuję się bez­piecz­nie. - Pod­nio­sła na mnie wzrok, taka kru­cha i bez­radna. - Jesteś moją nadzieją i oca­le­niem.

Pięk­nie ze mną pograła. Co pani zro­bi­łaby na moim miej­scu? Ja w ten spo­sób poją­łem, że krew to gleba wiel­kiej poli­tyki.

Wokół tematu cho­dzi­łem przez parę dni. Oddał­bym wiele, aby nie zna­leźć się w takiej sytu­acji. Jesz­cze tro­chę wie­rzy­łem w bogów, więc pro­si­łem o odda­le­nie od sie­bie tego wyboru. Jak mia­łem postą­pić? Matka albo ciotka. Jedna uro­dziła, druga się trosz­czyła. No wła­śnie. Z cięż­kim ser­cem posze­dłem przed komi­sję. Zawia­dy­wał nią sędzia wyzna­czony przez Klau­diu­sza, ciotki nie było, bo być nie mogło, tak sta­no­wiło prawo, przy­szedł tylko jej obrońca, który odważ­nie mil­czał przez pra­wie cały czas trwa­nia sprawy.

Powie­dzia­łem, pro­szę pani, okropne rze­czy. Zaczą­łem od kłam­stwa, że ciotka wymy­kała się nocą w towa­rzy­stwie dwóch nie­wol­nic, wra­cała nad ranem z brudną twa­rzą, cuch­nąca gro­bem i tru­pem. Z jej pokoi cza­sem docho­dziły inkan­ta­cje do Thota i Mar­duka. Doda­łem też, że widy­wa­łem u niej pta­sie pióra i tabliczki z zaklę­ciami pokryte sadzą, wtedy jej obrońca, skoń­czony śmieć, pode­rwał się z kamien­nego sie­dzi­ska i spy­tał, czy przyj­rza­łem się tym strasz­li­wym narzę­dziom. Tak, przyj­rza­łem się dobrze. Kła­miąc, odnaj­dy­wa­łem w sobie aktora, który wystę­po­wał w ponu­rym przed­sta­wie­niu. Prze­słu­cha­nie dobie­gło końca. Wró­ci­łem do sie­bie. Z murów i kolumn krzy­czała do mnie twarz ciotki.

Ścięto ją w ogro­dzie waw­rzy­no­wym.

11

Wkrótce Klau­diusz wyzna­czył mnie na następcę, matka trium­fo­wała, Bry­ta­nik jakoś to prze­łknął, ja nie prze­łknąłem. Żało­wa­łem ciotki Domi­cji, ale mówiąc szcze­rze, bar­dziej żało­wa­łem sie­bie. Rozu­mia­łem, że znik­nęła ostat­nia prze­szkoda pomię­dzy mną a pano­wa­niem. Tybe­riu­sza udu­szono poduszką. Kali­guli wpa­ko­wano nóż w jaja. Cie­kawe, jaki los mnie czeka?

Przy­cho­dzi taki moment w życiu każ­dego z nas, zapewne jest pani tego świa­doma, kiedy los pcha w nie­po­żą­da­nym kie­runku i nic z tym nie można zro­bić. Przy­szłość przej­muje nie­wy­sło­wio­nym lękiem, czu­jemy supły tward­nie­jące w brzu­chu i kamie­nie­nie serca, każdy nerw drży z grozy, każda myśl woła o oca­le­nie, bo poj­mu­jemy, że odwrotu nam wzbro­nią. Będę kimś, kim nie jestem, robiąc rze­czy pisane komu innemu, pew­nego dnia obro­snę w cudzą skórę, obca krew pod­trzyma zbędne puste życie, w końcu szpik zgnije w kościach i stanę się żywym tru­pem. Miała tak pani? Wraż­liwy prze­czuje począ­tek tej ścieżki i jej potworną nie­uchron­ność, prze­czu­wa­łem nawet ja, gów­niarz, który wybie­rał się do pre­tora.

Pro­sty obrzą­dek odby­wał się w domu urzęd­nika. Zło­ży­li­śmy ofiarę bóstwom i przod­kom, a mnie prze­szło przez myśl, że nie­któ­rzy nie potra­fią się wysrać bez jakie­goś rytu­ału. Myśla­łem zresztą o wielu rze­czach. O ciotce. O Okta­wii. O dzie­ciń­stwie w Antium i o tym, co tracę. Tym­cza­sem pre­tor prze­czy­tał moje nowe imię. Nazy­wa­łem się teraz Nero Clau­dius Caesar Dru­sus Ger­ma­ni­cus. Stare mi ode­brano. Nawet to.

Opu­ści­łem dom pre­tora. Dzień był gorący. Czarne plamy tań­czyły mi przed oczami i wyobra­ża­łem sobie, że tak może się czuć ska­za­niec po odczy­ta­niu wyroku śmierci. A skoro już przy tym, nie­wol­nik wycho­dzący z warzyw­niaka zgu­bił krok, z kosza poto­czyła mu się kapu­sta, nie­mal do moich stóp. Odsko­czy­łem w trwo­dze. Przez moment widzia­łem uciętą głowę ciotki Domi­cji.

Wtedy wła­śnie obie­ca­łem sobie, że gdy zostanę kaj­sa­rem, nikogo nie skrzyw­dzę. Juliusz Cezar wyrżnął milion Galów. August, naj­mą­drzej­szy z ludzi, wła­snymi rękami wyj­mo­wał wro­gom oczy. Ja, skoro już muszę pano­wać, wpro­wa­dzę nowy, łagodny styl rzą­dze­nia. Ciotka okaże się pierw­szą i ostat­nią ofiarą, żad­nej krwi na moich rękach, już ni­gdy.

I co mam pani powie­dzieć? No źle to wyszło.