JÜRGEN TAMEN
Huraganowy ogień znowu się nasilił. Ziemianka aż się zatrzęsła. W ciszy
między uderzeniami pocisków posypał się drobny pył. A potem znów głuche,
szarpiące nerwy dudnienie. Nagle w wejściu zrobiło się ciemno.
Prowiantowi! I podczas gdy my, zadowoleni, że możemy robić coś innego, a nie musimy słuchać tych odgłosów, od których można zwariować, zabraliśmy
się do pałaszowania zupy z makaronem, tamci opowiadali, co się dzieje na
zewnątrz. Wtem mój sąsiad uniósł głowę. Jeden z prowiantowych opowiadał
akurat dosyć głośno:
- Tak ze sto metrów stąd leżał jeden kundel, co też oberwał. Skomlił
żałośliwie i chciał biec za nami. Ale przewrócił się znowu. Krwawił.
Diabli wiedzą, skąd nieborak się tam wziął. Pewnie wyrwał do przodu przy
ogniu nawałowym. Tuż przed ziemianką w ostatniej chwili dostałem w kociołek takim małym odłamkiem, no to musiałem przyhamować. Piękna zupa
zaczęła wyciekać...
Wtedy mój sąsiad wstał. Kanciasty i niezdarny.
- Gdzie leży ten pies? - zapytał ochrypłym głosem, zwracając się do
obrotnego berlińczyka, który już plastycznie opisywał okropny widok
ludzkiego ciała rozerwanego przez pocisk. Ten podniósł na niego wzrok,
zdziwiony i zdezorientowany.
- Jaki znowu pies?
- Ten, co krwawił...
- Ach, ten! Tak, no to obejdziesz przedpiersie z prawej, potem okopem
łączącym do miejsca, gdzie uderzyła trzysta piątka. Musi leżeć trochę
dalej w tamtą stronę.
Jürgen Tamen bez słowa wyczołgał się z ziemianki. Berlińczyk, nie kryjąc
zdumienia, patrzył za nim jeszcze przez chwilę.
- Wariat - mruknął w końcu i wrócił do opisu rozerwanych zwłok.
To wtedy Jürgen Tamen przyciągnął moją uwagę po raz pierwszy. Do
kompanii trafiliśmy dopiero dwa tygodnie wcześniej i jeszcze nie za
bardzo interesowałem się tym długim, milczącym Wschodniofryzyjczykiem.
Zawsze siedział cicho w swoim kącie i nie brał udziału w ogólnych
rozmowach.
Po półgodzinie wrócił, niosąc na rękach psa. Nie dbał o śmiechy
pozostałych, zaszył się w swoim kącie i zajął znalezionym zwierzęciem.
Tylko kiedy berlińczyk przesadził raz i drugi, powiedział do niego
krótko i twardo:
- Stul pysk!
I popatrzył przy tym na niego tak, że tamtego zatkało. Przyglądałem się
tej scenie bez słowa. Teraz podczołgałem się do niego i podałem mu
opatrunek osobisty, żeby mógł opatrzyć broczącego krwią psa. Przez
chwilę przypatrywał mi się podejrzliwie, w końcu rzekł krótko:
- Mocno biedak oberwał.
Pomagałem mu w bandażowaniu. Powoli zaczął tajać.
- W gospodarstwie mam podobnego zwierzaka - wtrącił w trakcie - pilnuje
dobytku bez zarzutu. Dwa lata miał wtedy. A teraz... tak, teraz ma cztery.
Ciekawe, czy urósł. Ech... - Całkiem się pogrążył we wspominkach, jego
kanciasta twarz wydawała się przez chwilę miękka i młoda. - Bardzo lubi
moją żonę. Nie odstępuje jej na krok. Słuchał jej bardziej niż mnie...
- Jak długo byliście po ślubie? - zapytałem.
Jakby oprzytomniał i prawie opryskliwie z twardym wyrazem twarzy
odpowiedział:
- Pół roku.
Po czym dotknął kołnierza munduru, pochylił czoło i w milczeniu
bandażował dalej.
Parę dni później zostaliśmy zmienieni. Za pozycją, mniej więcej cztery
kilometry od linii frontu, stały nasze baraki. Kiedy wieczorem
siedzieliśmy w półmroku, fasowaliśmy prowiant i odebraliśmy pocztę,
pojawił się przyjemny nastrój. Leżeliśmy na słomianych siennikach,
jedliśmy, palili, czytali i opowiadali. Na środku baraku wokół beczki
siedziało trzech karciarzy i młóciło w skata. Ja akurat czytałem
fiołkowo tęskny list mojej najmilszej, kiedy na kartkę padł cień.
Podniosłem wzrok. Przede mną stał Jürgen Tamen. W ręku trzymał list. W ostatnich dniach zawiązała się między nami swego rodzaju wspólnota.
Razem chodziliśmy po jedzenie i chleb.
- Ty, student - zaczął, jąkając się - a wiesz...
- Czy co wiem, Jürgen? - odpowiedziałem zachęcająco.
- No... - Nie bardzo wiedział, jak dokończyć; wreszcie wydusił: - Gdzie
leżą Niemcy?
W pierwszej chwili nie zrozumiałem, o co mu chodzi.
- No, w którą stronę, jak się stąd patrzy? - wyrzucał z siebie słowa jak
nakręcony. - W tą czy w tamtą? Czy w którą?
Teraz już wiedziałem, czego chce, wziąłem kompas, sprawdziłem, a następnie pokazałem ręką.
- Tam, Jürgen, leży nasza ojczyzna.
W jego oczach pojawiło się zdziwienie i jakby brak zrozumienia. A potem
szybko przejechał grzbietem dłoni po czole i powiedział powoli i z naciskiem:
- Dzisiaj jest rocznica moich zaręczyn. Trzecia...
Odwrócił się i rozerwał kopertę, a potem stał długo bez ruchu.
Z twarzą zwróconą tak, że mógł patrzeć w stronę Niemiec.
W końcu otrząsnął się z odrętwienia i ciężkim krokiem wyszedł z baraku.
W nocy obudził mnie nagle dziwny odgłos. Otworzyłem oczy, ale poza tym
nadal leżałem spokojnie. Wtem zobaczyłem, że Jürgen Tamen podniósł się
na łokciu, oczy ma szeroko otwarte, twarz wykrzywioną. Słabe światło
księżyca przeciskało się przez okienka i padało akurat na jego łóżko i jego twarz. Zajmował górną pryczę standardowego drewnianego łóżka,
dzięki czemu mogłem go dokładnie obserwować, samemu pozostając w ciemności. Chwycił za klamry stelaża i zaczął nim potrząsać. Nagle
wystraszony przerwał i nasłuchiwał. Następnie znowu skrzywił się
boleśnie. Na chwilę usiadł, ale zmożony bólem rzucił się na siennik.
Wydawało mi się, że słyszę szloch, ale równie dobrze mógł to być wiatr
śpiewający na zewnątrz naszego baraku.
W końcu podniósł się znowu na łokciu i przełożył siennik: poduszka
znalazła się w nogach, a on sam powoli położył się z powrotem. I wtedy
nagle zrozumiałem, dlaczego to zrobił, i fala głębokiego wzruszenia
ogarnęła moje serce. Położył się tak, żeby patrzeć w stronę ojczyzny...
Twarzą w kierunku Niemiec...
Tej nocy ja też czułem tęsknotę, tęsknotę za domem. Zacisnąłem zęby, tak
bardzo mną trzęsła. Potem jednak podniosłem wzrok na tego, który spał
nade mną po prawej stronie. Tam się uciszyło.
Sądzę, że też płakałem. Tak dokładnie już nie pamiętam. Później nieraz
musiałem.
Tej nocy śniła mi się moja najmilsza o kasztanowych włosach...
Przez cztery tygodnie mieliśmy spokój. Jürgen Tamen czasem opowiadał o swoim gospodarstwie i żonce. Kiedy w trakcie takiej opowieści huknął
głucho gdzieś w pobliżu zabłąkany granat, potrafił nagle podnieść głowę
i patrzył przed siebie zupełnie zmieszanym, nierozumiejącym wzrokiem.
Dzięki spojrzeniu tych oczu zacząłem wtedy stopniowo myśleć inaczej i inaczej widzieć wojnę, a nie tylko dostrzegać w niej ujście
młodzieńczości i żądzy przygód. Gdy później leżałem w lazarecie, te oczy
często prześladowały mnie w gorączce. Przywodziły na myśl nierozumiejące
spojrzenie udręczonego zwierzęcia.
Wieczorem późno wróciłem z kantyny. Wcześniej przy kopcącej lampie
oliwnej i pokrzykiwaniach grających w skata napisałem długi list do
swojej najmilszej; uszczęśliwiony nosiłem go w kieszeni. Przed naszym
barakiem stał Jürgen Tamen. Wyglądał na bardzo poruszonego. Nie chciałem
go zawstydzać, pojawiając się nagle z zaskoczenia, gdyż tacy ludzie w stanie rozhuśtanych uczuć bywają bardzo płochliwi. Wtem usłyszałem jego
głos. Brzmiał zupełnie inaczej niż zwykle, wydawał się całkiem złamany.
- Kwiatuszku ze stron ojczystych - powtarzał raz za razem - fiołeczku
miły.
Znalazł gdzieś fiołka i trzymał go w swoich wielkich, twardych dłoniach
niczym koronę. Nagle się odwrócił, uznałem więc, że musiał usłyszeć, jak
się zbliżam. Ale tak nie było. Trzymał fiołka w dłoniach wzniesionych
niczym do modlitwy i osobliwie cicho dziwnym głosem śpiewał jakąś starą
piosenkę, której pewnie nauczył się w wiejskiej szkole w dawno minionych
latach młodości:
- Do ojczyzny wrócić pragnę...
Zorientowałem się też, dlaczego się do mnie odwrócił. To był ten
kierunek, który mu wtedy pokazałem.
Śpiewał swoją piosenkę w ciemny, wilgotny marcowy wieczór z twarzą
zwróconą w stronę Niemiec.
Nagle urwał i zaczerwienił się, chociaż był całkiem sam. Zrobił parę
dużych kroków, po czym ruszył powoli w kierunku wejścia do baraku. Kiedy
później podszedłem do niego, był bardzo zamknięty w sobie i odpowiadał
tylko półsłówkami. Mimo to miał w oczach dziwny blask. Grzebał w swoich
rzeczach i nic nie mówił. Dużo później przyszedł jednak jeszcze do mnie
po cichutku, w samych skarpetach. Już prawie spałem.
- Masz, spróbuj kiełbasy... to z domu - wyszeptał.
Zaspany mruknąłem tylko parę słów w odpowiedzi.
Chciałem otworzyć oczy - ale myślałem akurat o swojej najmilszej o kasztanowych włosach, więc się nie podniosłem.
W nocy wokół naszego baraku rozszalała się potężna wiosenna burza.
Okiennice stukały i szumiały drzewa.
Następnego ranka Jürgen Tamen zniknął. Na szafce obok mojego łóżka
leżało duże pęto metki. Jürgen dostał ją poprzedniego dnia. Obok
kiełbasy wiadomość napisana jego ręką. "Muszę jechać do domu. Bywaj
zdrów i trzymaj się", widniało na kartce. Szybko ją schowałem, bo nie
chciałem, żeby odkryto zniknięcie Jürgena. Kiedy przyszedł feldfebel i zapytał mnie o niego, udałem, że o niczym nie wiem. Ale wieczorem
wszyscy już wiedzieli, że Jürgen zbiegł.
Trzy dni później przywieźli go z powrotem. Był blady i z żadnym z nas
nie rozmawiał. Musieliśmy stanąć w szeregu i kapitan odczytał, że Jürgen
zostanie ukarany aresztem za próbę dezercji. Jednak jeszcze tego samego
wieczoru musieliśmy niespodziewanie wyruszyć na pozycję i obeszło się
bez kary.
W naszej ziemiance Jürgen trzymał się z początku na uboczu. Ale gdy
całkiem niewinnie o coś go poprosiłem, znowu powoli się otworzył. I wtedy usłyszałem, że nie wiedział, co zrobił tamtej nocy. Przez cały
czas myślał, że teraz pora wiosennych prac polowych. To dlatego nie mógł
tu wytrzymać i ruszył w drogę do domu. I szedł, szedł przez cały czas,
bez jedzenia i picia...
Pies, który zdążył wyzdrowieć, szedł razem z nim. Po nim go poznali. Nie
żałował swojego czynu. Ale też go nie pochwalał. W ogóle nie wiedział,
co zrobił. Działał przecież pod presją.
Jeszcze nieraz rozmawialiśmy o ojczyźnie. Z czasem zbliżyliśmy się znowu
do siebie. Często opowiadał o żonie, którą bardzo kochał.
Pewnego wieczoru stał na warcie. Wokół panował spokój. Ale wieczorna
cisza ożywiła się stopniowo i zaczęła grzmieć. Ja przez jakiś czas
czytałem. Nagle aż mnie poderwało. Potężna detonacja! Ziemiankę
wypełniły gruz i odłamki! Pocisk musiał uderzyć bardzo blisko. Kiedy się
uspokoiło, wyczołgaliśmy się na zewnątrz. Wokół leżał gruz i porwane
druciane siatki. Pies Jürgena wybiegł razem z nami i węszył. Wtem zaczął
wyć. Wciśnięty między dwie belki i tylną ścianę okopu wisiał Jürgen
Tamen. Krew na jego mundurze już skrzepła i pociemniała. Odłamek
rozszarpał mu całą lewą pierś.
Powoli go zdjąłem i przez całą noc czuwałem przy zwłokach. Pies siedział
u jego stóp...
Pochowaliśmy go następnego ranka. Było mgliście i wilgotno. Złożyliśmy
go w grobie tak, że oczy miał zwrócone w kierunku ojczyzny.
Twarzą w stronę Niemiec.
Potem zapakowałem jego zegarek i portfel i napisałem trudny list do jego
żony.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki