ROZDZIAŁ 2
Niedzielny poranek wita mnie potężnym kacem. Otwieram jedno oko, głowa boli tak wściekle, że każdy ruch sprawia dodatkowe cierpienie. Na mojej imprezie wypiłam pół butelki wina, ale wczoraj się już tak nie oszczędzałam. Znajomi Roberta różnią się od moich, rozmawiają głównie o swoich biznesach, przechwalając się, kto z nich ma więcej pieniędzy. Przechodziłam od jednej do kolejnej grupki i im dłużej słuchałam ich bzdur, tym szybciej opróżniałam następne kieliszki czystej.
Dziękuję Stwórcy, że mój mąż nie jest taki próżny, ale i tak dziwi mnie, że odnajduje się w takim towarzystwie. Patrzę na niego. Wciąż śpi. Wstyd się przyznać, ale nie pamiętam, jak się tu znalazłam. Film urwał mi się, jeszcze zanim wszyscy wyszli.
- Hej - wyrywa mnie z rozmyślań głos Roberta - jak samopoczucie?
Wczoraj nie wiedziałam, jak mam się zachowywać, kiedy opowiadałam o swojej pasji robienia zdjęć i widziałam ich krzywe miny oraz dyskretne kpiące uśmiechy. Gdy z żoną jednego z nich, nawet nie pamiętam jej imienia, próbowałam nawiązać zupełnie niezobowiązującą typowo kobiecą rozmowę, ona spytała, ile kosztował mój zegarek, bo wygląda na tani, a ona może polecić mi model, który jest obecnie w trendach. Kręciłam się więc bez celu, głównie popijając to, co znalazłam w kąciku z alkoholami. I mieszałam, czego absolutnie nie powinno się robić, jeśli chce się godnie przeżyć następny dzień.
- Trzymam się - ledwo daję radę wypowiedzieć te słowa, a nachodzi mnie ogromna fala mdłości. Zrywam się z łóżka i pędzę na miękkich nogach do toalety. Wymiotuję, a potem ocieram twarz papierem. Robert stoi przy umywalce i litościwie mi się przygląda. Wolałabym, żeby nie patrzył na mnie w takim stanie.
- Odejdź proszę - mówię, ale on nie rusza się nawet o krok, tymczasem wstrząsają mną kolejne torsje. - Robert, do diabła, naprawdę będziesz patrzył, jak rzygam? - wyduszam, kiedy tylko udaje mi się złapać oddech.
- Gdybym nie widział cię wczoraj przyklejonej do kieliszka, zażartowałbym, że to nudności ciążowe.
Nachylam się nad muszlą gotowa na najgorsze i dopiero teraz dochodzi do mnie sens jego wypowiedzi.
- Przynieś mi wodę i wyjdź. - Tym razem mój ton jest pewniejszy.
Robert robi to, co mu poleciłam, i po chwili stawia obok mnie szklankę z wodą. Tę z grubym dnem, która wczoraj służyła mi za popitkę. Może to taka zemsta za to, że spiłam się przy jego kulturalnych znajomych. A ja po prostu nie mogłam znieść ich pieprzenia.
Dziesięć minut później siadam przy małym stoliku kuchennym, przy którym stoją cztery krzesła. Kiedy się tu wprowadzaliśmy, sześćdziesiąt metrów kwadratowych robiło trochę lepsze wrażenie. Coraz częściej łapię się jednak na tym, że źle zdecydowaliśmy i za tę horrendalną cenę lepiej było kupić mały domek pod miastem. Swoje wątpliwości zachowywałam do tej pory oczywiście dla siebie.
- Przepraszam, jeśli cię uraziłem. - Robert podsuwa mi tabletkę przeciwbólową i wodę. - To był niewinny żart.
- Może kac morderca bez serca zabrał mi resztki poczucia humoru?
Mój mąż parska śmiechem i wyraźnie się relaksuje. Chyba zareagowałam zbyt niedojrzale. W sumie nie powiedział nic złego.
- Ja też przepraszam, nie pamiętam całej parapetówki, w pewnym momencie poczułam się zmęczona...
- Tak bardzo, że zasnęłaś na kanapie, przeokropne chrapiąc - dopowiada, a ja kryję twarz w dłoniach. Potwornie mi wstyd. Robert jest miły dla moich koleżanek, nie wnikam w to, co o nich sądzi. Nie krytykuje ich i zawsze jest duszą towarzystwa. A ja zamieniłam sobie wczoraj w żyłach krew na alkohol, bo nie chciało mi się słuchać przechwałek bogatych dupków, z którymi on się trzyma. Skoro Robert ich lubi, ja też powinnam przynajmniej się postarać.
- Zjesz coś?
Niesamowite, jak ten mężczyzna potrafi mnie rozczulić. Chciałabym teraz cofnąć swojego porannego focha.
- Nie, ale chętnie się położę. - Spoglądam tęsknie na sofę.
- Dzisiaj obiad u mojej mamy, pamiętasz? Ma urodziny.
Hamuję się, by znów nie wyjść na marudę. Głowa odpada mi z bólu za każdym razem, gdy wykonuję jakikolwiek ruch. Zapomniałam, że czeka mnie jeszcze zabawianie teściowej.
Nie mam nic do jego mamy. To starsza oczytana kobieta o surowym światopoglądzie. Ale choć jesteśmy z Robertem już trzy lata, a teraz dodatkowo zaobrączkowani, nie czuję się przez nią w pełni akceptowana.
- Kupiłam jej ładną roślinkę do domu, tylko niech za często jej nie podlewa - mruczę i wlokę w kierunku kanapy. Nie muszę nawet zbytnio udawać złego samopoczucia. - Pozdrów mamę ode mnie.
Robert unosi brwi i siada obok.
- Jestem umówiony z kontrahentem, to ważny koleś i absolutnie priorytetowe spotkanie, które zapewni nam niemały przypływ gotówki. Musisz pójść do Zośki sama.
- Chyba żartujesz? - Podpieram się na łokciach i natychmiast zaciskam powieki. Głowa boli mnie tak, że mogłabym teraz wyrwać sobie wszystkie włosy, a i tak nie przebiłabym tego cierpienia. - To twoja matka - kładę nacisk na drugie słowo.
- Żyje w samotności, a od kiedy ojciec zmarł, kompletnie się podłamała. Dziś jej urodziny - tłumaczy mi jak dziecku.
Wdech, wydech...
- Ona mnie nawet nie lubi.
- Uwielbia cię! - Mój mąż podnosi się z sofy i żywo gestykuluje. - Będzie zachwycona tym, że sobie porozmawiacie na osobności.
Nie daję wiary jego zapewnieniom, a mimo to dwie godziny i dwie tabletki później nakładam starannie na twarz korektor i podkład, by przykryć to, jak marnie wyglądam.
Lubię uszczęśliwiać Roberta, choć do tej pory chyba nie zdarzyło się, bym robiła to swoim kosztem. Wychodzimy w tym samym czasie, ja wsiadam do taksówki, a on do swojego samochodu. Uderza mnie uczucie niepokoju. Jest chwilowe, niewystarczające, bym zwątpiła w łączącą nas więź. Odwracam się i spoglądam przez tylną szybę, ale nie dostrzegam już swojego męża.