1
- Kurna!
Robin Ackermann wpada w poślizg na zakrytej śniegiem zamarzniętej kałuży, po czym parska śmiechem. Wypił za dużo, ale jakie to ma teraz znaczenie? Po raz pierwszy w życiu jest naprawdę szczęśliwy. Niewiarygodne, jeśli wziąć pod uwagę, że przyjechał na pogrzeb starszej siostry, ale życie - jak to życie - płata mu figla. Niespodziewanie wszystko stanęło na głowie. Pozostaje mu jedynie mocno się trzymać i płynąć z prądem. Chcąc nie chcąc, musi przyznać, że wizyta w rodzinnym mieście zaskoczyła go in plus - zupełnie inaczej ją sobie wyobrażał.
"Cholera, ale mnie wzięło!", myśli. Ciągle nie może w to uwierzyć.
W December przebywa od tygodnia, ale w tym czasie stracił głowę dla mężczyzny, który wcześniej szczerze go nienawidził. Czy to nie kompletne szaleństwo? Jeszcze większym jest to, że nie ma tu wcale mowy o braku wzajemności.
Jest ciemno, śnieg mieniący się w łagodnym pomarańczowym świetle latarni ożywia mroczne wspomnienia, które Robinowi kojarzą się z tym miejscem. Minęła trzecia w nocy i powietrze zdaje się iskrzyć jak gwiazdy na niebie. Wszyscy śpią, Robin uwielbia takie chwile w December. Kiedy jest sam. Kiedy nikt się na niego nie gapi ani nie szepce ukradkiem na jego widok. Patrzy na pokryte śniegiem zbocza i łapie się na tym, że nadal się uśmiecha.
Czyżby mimo wszystko to właśnie tutaj czekało na niego szczęście?
Niewiarygodne.
Nigdy nie był do końca częścią wspólnoty. Ludzie w mieście nienawidzili go za to, że jest Ackermannem. Jego rodzina - za to, że jest gejem. A on sam - bo nigdy nie znalazł poduszki, która pachniałaby domem.
A może w końcu ją znalazł? W mieście, z którego kiedyś uciekł. W poszukiwaniu miłości zjechał cały świat, ale spotkał ją dopiero, kiedy wrócił do punktu wyjścia.
"Ot, życie..."
Mroźne powietrze wyostrza mu zmysły i rausz nieco słabnie. Robin zatrzymuje się koło Chestera, który leży w wygodnym domku, i wyciąga do niego rękę, drapie go za uchem, a następnie głaszcze.
- Ty i ja, mój mały - mówi do kota i wzdycha.
Chester, miejscowa maskotka, wzbrania się przed mieszkaniem gdziekolwiek indziej niż we własnym domku. Sporo osób próbowało go adoptować, ale zawsze uciekał i wracał właśnie tutaj. Pogrążony w ciszy park pokrywa gruba warstwa śniegu układająca się jak białe falbany. "Jakby park włożył suknię ślubną", myśli Robin i chichocze pod nosem.
Idzie dalej. Powinien włożyć czapkę, ale gdzieś się zapodziała. Nie przejmuje się jednak zimnem. Ogień, który rozżarzył się w nim w ciągu ostatniego tygodnia, ogrzałby każdego. Zauważa, że wciąż się uśmiecha. Skręcając w parkową ścieżkę, spogląda w lewo - na tle jasnego śniegu dostrzega ciemną postać. Mruży oczy. "Może to tylko krzak?" Ścieżka się zwęża, a Robin wyostrza wzrok. Centrum jest wymarłe, park świeci pustkami.
"Nie, jasne, że to nie..."
Chociaż... Tam, kawałek przed nim. Zdecydowanie nie jest to krzak. Jakiś stojący w bezruchu człowiek świdruje go wzrokiem. Grobowa cisza niesie się po zmarzniętym śniegu. Oddech Robina przybiera postać białego obłoku.
Ogarnia go złe przeczucie.
Nieznajomy stoi w bezruchu, oddech ma szybki i nie spuszcza wzroku z Robina. Powoli odwraca głowę. Robin, z lekkim wahaniem, unosi dłoń, ale nieznajomy nie odwzajemnia tego powitania.
Mężczyzna rusza w jego stronę. Kiedy Robin uświadamia sobie, że "ten łobuz jest zamaskowany", jego puls nabiera turboprzyspieszenia.
Puszcza się biegiem, ale jego buty o gładkich podeszwach zdecydowanie się do tego nie nadają. Wpadając w poślizg, ogląda się przez ramię. Mężczyzna prawie go dogania. Dopiero teraz Robin uświadamia sobie w pełni swoje położenie. Adrenalina w nim buzuje, a myśli przelatują w panice przez głowę. Próbuje przyspieszyć. Okradano go już wielokrotnie. W każdej niemal części świata. Ale teraz wydaje się to... jakieś inne.
"Jeszcze trzysta metrów..."
Jeśli dotrze do mieszkania, będzie bezpieczny. Znów zerka przez ramię. Ktokolwiek go goni, jest ogromny. Ubrany na czarno i... Robin dostrzega, że napastnik trzyma coś w ręce.
"Czy to broń...?"
- Pomocy! - krzyczy i biegnie, co sił w nogach, na tyle prędko, żeby zbyt mocno się nie ślizgać. Śnieg tłumi wszelkie hałasy. Jakby krzyczał w poduszkę. W położonych najbliżej parku domach światła są pogaszone. W każdym oknie obojętnie palą się jedynie świeczniki adwentowe. Całe miasto śpi. Oprócz Robina i potwora, który go właśnie goni.
Przyspiesza, chwyta słup latarni, żeby wyrobić się na zakręcie. Ogląda się i widzi mężczyznę jakieś dwadzieścia metrów za sobą. Nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że to mężczyzna, świadczy o tym muskularna sylwetka. Oddech więźnie mu w gardle, a łzy napływają do oczu, kiedy się rozgląda w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby mu pomóc lub chociaż by widział, co się tu dzieje. Miasto jest jednak opustoszałe, wymarłe jak po apokalipsie.
"Jeszcze dwieście metrów..."
- Pomocy! - znów krzyczy i wpada w poślizg, który tym razem kończy się upadkiem. Boli go udo, ale szybko wstaje, nie mając odwagi się za siebie spojrzeć. Pędzi, jakby walczył o życie, a przeświadczenie, że goniący go mężczyzna nie chce wcale pieniędzy, aż w nim huczy.
Jest święcie przekonany, że napastnik zamierza go zabić. Czasem się to po prostu wie. Za granicą Robin był tyle razy w sytuacjach zagrożenia życia, że nauczył się ufać swojej intuicji, a ta w tej właśnie chwili głośno do niego krzyczy.
"Jeszcze sto metrów..."
Kroki mężczyzny są coraz bliżej. Robin słyszy już nawet jego pomruki.
Sam zdyszany wyciąga z kieszeni telefon. Usiłuje go odblokować, ale nie daje rady utrzymać go nieruchomo. Chce wstukać pin - niestety, ma na sobie rękawiczki. Słyszy za plecami, że napastnik jest coraz bliżej.
Dziesięć metrów od jego ulicy noga uderza o nogę. Mężczyzna go podciął i Robin musi asekurować się rękami. Upuszcza telefon, a kiedy się odwraca, dostaje kilka ciosów w twarz. Pierwszy go dezorientuje, drugi pali, a przy trzecim coś pęka i czuje ciepłą krew spływającą do gardła. Próbuje się odezwać, poprosić o łaskę czy... coś, cokolwiek, ale przerywa mu kolejne uderzenie. Po omacku wodzi rękami po ziemi, znajduje jednak tylko miękki, lśniący śnieg. Usiłuje się czołgać, ale potwór przygniótł go całym ciężarem. Robin kaszle, przełyka więcej krwi.
Napastnik coś mruczy i dalej okłada go pięściami, raz za razem, aż świat wokół się obraca. Robinowi zaraz eksploduje serce, nie daje rady już nawet krzyczeć. Ręce tego mężczyzny wydają się wykute z żelaza, kiedy wdzierają się pod kołnierz kurtki i chwytają Robina za szyję w kamiennym uścisku.
Przez brak tlenu traci resztki sił. Nic już mu nie pozostaje. Oczy zaczynają puchnąć. Nos ma złamany i nie może normalnie oddychać. Dociera do niego, że zaraz umrze, a jego ciało jest, z grubsza rzecz biorąc, sparaliżowane. Wtem mężczyzna puszcza jego szyję i Robin może wreszcie odetchnąć.
Ociężale mruga powiekami. Krew z łuku brwiowego spływa mu wprost do oka. Obraz jest rozmazany, Robin nie rozumie, co się dzieje. Ten potwór nie powiedział ani słowa, nie zażądał od niego portfela ani telefonu. Czy też czegokolwiek innego.
"Dlaczego mi to robisz?", chciałby spytać, ale usta ma opuchnięte, a język krwawi po tym, jak się w niego ugryzł. Jest jak ścierka, z którą ten potwór robi, co mu się żywnie podoba.
Mężczyzna, on... zaczyna ściągać Robinowi spodnie. Zrywa je z niego jednym silnym pociągnięciem i obraca swoją ofiarę. Lodowaty, mokry śnieg w pachwinach i na udach sprawia, że w Robina wstępuje nowe życie, na czworaka próbuje odejść od napastnika, ale ten bez trudu przyciąga go do siebie. Jest potwornie silny w porównaniu do niego. I ciągle tak strasznie milczy. Słychać tylko oddech burczący mu głęboko w gardle.
Robin czuje, że mężczyzna ściąga mu także bokserki i rozsuwa pośladki. Kiedy do niego dociera, co się zaraz wydarzy, świadomość ta jest bardziej mrożąca niż lodowaty wiatr.
"Nie, nie, nie", udaje mu się jeszcze pomyśleć i zaraz czuje, jak napastnik wciska mu w odbyt swojego fiuta. Boli go to potwornie. Kiedy mężczyzna chwyta go za włosy i posuwa, Robin nie daje rady stłumić wydobywającego się z gardła krzyku.
Stara skupić się na czymś innym. Płacze i chce tylko, żeby się to jak najszybciej skończyło, napastnik z kolei sapie i sapie. Rozdziera mu wnętrzności. Towarzyszące temu świst i brutalność wydają się niemal nierzeczywiste.
W końcu potwór dochodzi i zanim wyjdzie z Robina, ten czuje pulsowanie jego kutasa.
"Żyję, ale jak długo jeszcze", przelatuje mu przez głowę, kiedy mężczyzna przekręca go na plecy i znów przystępuje do okładania pięściami.
Robin Ackermann patrzy na zorzę polarną nad nimi. Najwyraźniej przyjdzie mu umrzeć w mieście, które go nienawidzi.