Wretched. Seria Never After - Emily McIntire

Kup ebooka

52.90 zł
34.38 zł (42,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

Evelina (Ew-a-lin-a)

 

 

 

 

Siedemnaście lat

 

SMUTEK TO DZIWNA SPRAWA.

To jedyna emocja na świecie, o której ludzie mówią, że ją rozumieją, a jednak traktują jak uniedogodnienie.

- Czas leczy wszystkie rany, Evie.

Dajcie spokój.

Czas nic nie leczy. Daje tylko przestrzeń na to, by wszystko się jątrzyło, narastało i gniło.

Wiercę się w miejscu, stara drewniana ławka wbija się w skórę moich ud, aż się wzdrygam. Moja siostra, Dorothy - ta, która ciągle żyje - zerka na mnie tak, jakby skrzypienie miało przyciągnąć uwagę, ale tę niewłaściwą. Tak jakby każdy mężczyzna w pomieszczeniu już nie patrzył w naszą stronę, byle tylko przyjrzeć się jej.

Brązowe, sprężyste włosy związała w wysoki kucyk, który kołysze się na boki, gdy obraca głowę, by słuchać księdza gadającego o rzeczach, o których nie ma pojęcia. O tworzeniu wspomnień i o życiu, którego się nie zapomina. Ale ja patrzę na nią. Na nią i na ten jej głupi, sprężysty kucyk.

Ręce aż mnie świerzbią, żeby chwycić jej kudły w rękę, pociągnąć i wyrwać je z cebulkami. Ale powstrzymuję się i wsuwam dłonie pod uda. Bez względu na to, jak bardzo chcę udusić Dorothy, tu nie chodzi o nią. Nie dzisiaj.

Dzisiaj liczy się tylko Nessa.

A Nessa powtarzała, że jestem niewolniczką własnej impulsywności, dlatego staram się nad nią panować. W końcu mszę poświęcono jej.

Znowu chwyta mnie za gardło to dziwne uczucie.

Smutek.

Czasami jest płynny, niczym fale oceanu, a czasami nie rusza się z miejsca, niczym rzeźba wykuta w skale. Teraz osiada ciężko na samym środku mojej klatki piersiowej.

Gryzę się w policzek, żeby zachować opanowanie.

Mój ojciec odchrząkuje, a ja zerkam w jego stronę i patrzę na pokrywające jego palce i znikające pod rękawem koszuli tatuaże. Od czasu do czasu się im przyglądam i szukam ukrytych wskazówek na temat ich znaczenia, zastanawiam się, czy którykolwiek odzwierciedla mnie. Przypuszczam jednak, że zrobił je, bo przez ostatnie osiem lat po prostu nudził się gniciem w małej więziennej celi.

Zerka na mnie kątem oka, a gdy obejmuje Dorothy, a ona opiera głowę na jego ramieniu, z jego jasnobrązowych tęczówek bije smutek. Nie jestem pewna, czy ten ból w jego oczach narodził się po stracie Nessy, czy wynika z poczucia, że zmarnował tyle lat. Może chodzi o jedno i drugie.

Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie.

Poradziłyśmy sobie bez niego, a teraz wrócił i udaje, że popełniając głupie błędy, wcale nie zostawił swojej rodziny z niczym.

Dziś ciepły dzień i choć środek lata w Kinland w Illinois nie jest nieznośny, w tej chwili mam wrażenie, jakbym płonęła żywcem. Rozglądam się po pomieszczeniu, patrząc na losowe inicjały wyryte na drewnianych ławach, na kolorowe plamy światła wpadającego do środka przez witraże, odbijające się od błyszczących podłóg. Liczę pochylone głowy ludzi, którym zależało na tyle, by się pojawić, i postanawiam zignorować to, że w większości albo przysypiają, albo szepczą do siebie, jakby jakimś cudem plotkowanie podczas mszy pogrzebowej najważniejszej osoby w moim życiu było przyzwoite.

- Ale przede wszystkim - dociera do mnie głos, który odbija się od wysokich łuków sufitu katedry - Nessa Westerly była kobietą rodzinną. Kobietą wierzącą. A któż inny może lepiej mówić o jej miłości niż osoba, którą kochała najbardziej na świecie... jej siostra.

Serce łomocze mi w piersi, paznokcie wbijają się w drewno pod moimi udami, aż mam wrażenie, że zaraz popękają. Nie wiedziałam, że będę przemawiać. Ale zrobię to, bo Nessa była dla mnie kimś więcej niż siostrą. Dziesięć lat starsza i o wiele mądrzejsza, wychowywała mnie, odkąd miałam dziewięć lat, po tym, jak ojciec został złapany z dziesięcioma kilogramami koki w samolocie i trafił do paki. Chociaż, mówiąc szczerze, już wcześniej się mną zajmowała. W gardle mnie ściska, gdy zastanawiam się, co mam zrobić teraz, kiedy odeszła.

Przez moją głowę przewija się myśl, czy matka przyjdzie, czy w ogóle wie, że jej najstarsza córka nie żyje, albo że mężczyzna, którego twierdziła, że kocha - by potem go porzucić - wyszedł na wolność. Odpycham od siebie te myśli i zamiast tego postanawiam manifestować, że nie żyje i gnije pod ziemią. Zasługiwała na to po tym, jak zwiała, gdy tylko ojciec poszedł siedzieć.

Znowu zerkam kątem oka na Dorothy i mrużę powieki, gdy chusteczką ociera skórę pod oczami. Tak jakby miała prawo być smutna. Ona nienawidziła Nessy.

Jeśli mam być szczera, mnie też nie cierpi, ale z naszą siostrą było zupełnie inaczej. Agresywniej. Na początku chodziło tylko o zazdrość. Nessa była najstarsza, najpiękniejsza, i każdy zwracał na nią uwagę tylko dlatego, że w ogóle istniała. A Dorothy... zawsze była tą drugą. Syndrom środkowego dziecka we własnej osobie.

Gdy ojciec poszedł do więzienia, ostatnie, co powiedział do Nessy, to żeby przyniosła mu dumę. Ani słowa do Dorothy albo do mnie. Po tym Dorothy się zmieniła. Jej zazdrość przeszła w nienawiść, a ze zgorzkniałego dziecka wyrosła "idealna" kobieta z poważnym kompleksem tatusia.

Mając na uwadze to, jak świetnie gra, byłaby wyśmienitą aktorką.

Biorę głęboki oddech. Zaczynam wstawać, ale zanim jestem w stanie wyprostować nogi, Dorothy podnosi się z miejsca, odpycha mnie i rusza w stronę ołtarza. Ledwie rzuca mi spojrzenie, ale w moich oczach płonie ogień, gdy patrzę, jak idzie, a jej pierdolony brązowy kucyk kołysze się na boki, srebrne szpilki stukają zaś o drewnianą podłogę.

Zaciskam zęby tak mocno, że boli mnie szczęka. Nie odrywam wzroku od jej stóp.

Włożyła buty Nessy.

Boże, co za suka.

Tak... smutek to dziwna rzecz.

Ale złość również.

A ja jestem zła.

Złoszczę się na Nessę za to, że dała się zabić.

I jestem zła na Dorothy za to, że ją zabiła.

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

Nicholas

 

 

 

 

Siedem lat później

 

- JAK MA NA IMIĘ?

Zerkam kątem oka na Setha, gdy ten przeciąga palcami po ciemnej brodzie.

- Wiesz, nic dziwnego, że nie możesz zaliczyć, skoro masz to gówno na twarzy.

Uśmiecha się szeroko.

- Kobiety kochają moją brodę. A ty próbujesz zmienić temat.

- Jakie kobiety?

- Wszystkie te, które przyciąga ta śliczna buźka. - Mruga do mnie, wstaje i chwyta brązową skórzaną kurtkę, która idealnie pasuje do jego ciemnej karnacji. Wkłada ją, zasłaniając kaburę na biodrze. - Naprawdę mi nie powiesz?

Wzruszam ramionami i obracam się na krześle, otoczony ścianami małego boksu, w którym pracuję.

- Nie pamiętam.

- Typowe - parska Seth.

W mojej piersi wzbiera śmiech.

- Wiedziała, jaka jest umowa. Pieprzyliśmy się. Nie prosiłem jej o rękę.

Kręci głową.

- Stary, chyba żadna nie jest tak głupia, żeby liczyć na więcej niż jedną noc z tobą.

Skręca mnie w piersi, ale zmuszam się do uśmiechu. Nie myli się. Nawet gdybym chciał, w tej pracy nie ma miejsca na związek. Bycie agentem DEA niesie ze sobą ryzyko. Z trudem znajduję czas na to, by dbać o bezpieczeństwo mojej siostry. Każda kolejna osoba stałaby się zbędnym bagażem, którym nie jestem zainteresowany.

- Nie złość się na mnie za to, że nie chcę się bawić w jakąś wyciągniętą z bajek emocję.

Unosi brwi.

- Co to w ogóle znaczy, do cholery?

- Miłość. - Wzruszam ramionami. - Nie jest prawdziwa. To tylko reakcja chemiczna, a ludzie uznają ją za coś więcej.

- Jak uważasz, stary. - Seth się śmieje. - Chcesz iść coś zjeść?

Patrzą w długi rząd biurek, między którymi ciągnie się wstrętny niebieski dywan.

- Nie, szef mnie do siebie wzywa.

Seth podąża za moim spojrzeniem i patrzy na drzwi do biura naszego przełożonego oddziału w Chicago, agenta Galena.

- Czego chce?

- Pewnie znowu mam kogoś niańczyć. Już dawno nie dał mi żadnej sprawy.

Unosi kącik ust.

- Cóż, może nie powinieneś był posuwać jego córki.

Jęczę i zakrywam twarz rękami.

- To był tylko jeden raz, poza tym nie miałem pojęcia, że jest jego córką.

Seth wybucha śmiechem, a ja marszczę brwi i rzucam w jego głowę długopisem. Poważnie, to strasznie chamskie, że śmieje się z mojego nieszczęścia.

Drzwi do gabinetu kapitana się otwierają, a my odwracamy się w tamtą stronę. Seth nagle przestaje się śmiać, staje prosto i odchrząkuje. Zerkam na niego i uśmiecham się pod nosem.

Tchórz.

Zawsze bał się naszego szefa, nieważne jak wiele razy mówiłem mu, że kapitan tylko dużo gada, ale jest niegroźny. Obaj pracujemy tu od prawie dziesięciu lat, jednak on zachowuje się, jakby dopiero skończył szkołę i bał się stracić robotę. Rzecz w tym, że nie każdy może zostać agentem, który działa w terenie, na to trzeba sobie zapracować. To jeden z powodów, dla którego tak bardzo uwielbiam tę pracę. Nic nie zostaje tu podane na tacy. A gdy pracuję pod przykrywką, widzę, ile mogę zdziałać. Moje poczucie winy za to, jak zawiodłem rodzinę, maleje z każdym handlującym dragami dupkiem, którego ściągamy z ulic.

- Woodsworth.

Głos Galena jest szorstki, a ja mrugam do Setha, wstaję od biurka i idę do biura szefa, z każdym krokiem czując na sobie ciężar jego spojrzenia. Nie jest tajemnicą, że mnie nienawidzi i chce się mnie pozbyć z tej jednostki i ze swojego życia. Ale pomijając jego osobiste odczucia, ja żyję tą pracą i jestem najlepszy w tym, co robię.

Siadam na twardym szarym krześle naprzeciwko jego biurka i przyglądam się oprawionym w ramki zdjęciom jego żony i trzech córek. Mój kutas drga na widok Samanthy, jej oliwkowej skóry i szerokiego uśmiechu. Dziewczyna obejmuje szczupłym ramieniem swoją młodszą siostrę.

Okłamałem Setha. Dobrze wiedziałem, że to córka szefa. Po prostu miałem to gdzieś. Bardzo mu tak dobrze za to, że odsunął mnie od sprawy i usadził za biurkiem.

Gdy kapitan mnie mija, chrząka, mruży oczy i przewraca zdjęcie tak, żeby je przede mną zasłonić. Unoszę kącik ust, ale szybko przybieram znudzoną minę.

Wskazuje na mnie palcem.

- Nawet na nią nie patrz, gnojku.

Śmieję się i unoszę ręce w poddańczym geście.

- Wybacz, kapitanie.

Krzywi się.

- Jestem twoim przełożonym, nie pieprzonym kapitanem. A twoje przeprosiny gówno znaczą.

- Cóż, jest pan kapitanem mego serca, więc pańskie nieszczęście jest moim nieszczęściem. - Przykładam rękę do klatki piersiowej i uśmiecham się szeroko. - No błagam, przecież przeprosiłem. Co jeszcze mogę zrobić?

Mruży na mnie swoje ciemne oczy.

- Już zrobiłeś więcej niż trzeba.

Odchylam się na krześle.

- Nie zrobiłem nic, o co nie prosiła.

W pomieszczeniu słychać głośny trzask, gdy kapitan wali ręką w biurko.

- Wylatujesz.

Wzruszam ramionami, kładę ręce na oparciach krzesła i wstaję.

- W porządku.

- Siadaj. Kurwa. - Przeciąga ręką po łysej głowie, wypuszcza głośno oddech i opada na krzesło. - Boże, jak ja cię nienawidzę - burczy.

Unoszę brew.

- Czy na pewno może pan mówić takie rzeczy do podwładnego?

- Mam dla ciebie robotę.

To przyciąga moją uwagę. Siadam prosto, rozbawienie znika z mojej twarzy.

Nareszcie.

- Byłeś kiedykolwiek w Kinland? - Rzuca na biurko folder z aktami, a jego ciężar w zetknięciu z blatem biurka wywołuje huk, który odbija się w moich uszach. Ze środka wysuwa się kilka czarno-białych zdjęć.

Wyciągam rękę i je podnoszę.

- Tak, kilka razy - odpowiadam nonszalancko, bo nie chcę się skupiać na tym, jak wszystko się we mnie skręca na wspomnienie dwugodzinnej podróży z Chicago do Kinland, w którą zabierała nas matka. - Ale dawno nie jeździłem w tamte strony. Ostatni raz w dzieciństwie. - Głos łamie mi się nieznacznie na ostatnim słowie, czuję, jak ściska mnie w gardle. Odchrząkuję i zaczynam przeglądać zdjęcia. Na pierwszym widać ludzi, którzy wyładowują skrzynki z ciężarówki. Na następnym uwieczniono starszego mężczyznę z zaczesanymi do tyłu siwymi włosami i tatuażami ciągnącymi się od palców po samą szyję, który uśmiecha się do jakiegoś faceta stojącego obok.

- Kto to?

- To Farrell Westerly. Słyszałeś o nim kiedyś?

Kręcę głową.

- Amerykanin pochodzenia irlandzkiego z przeciętną kartoteką. Spędził osiem lat w zakładzie karnym Gilyken, wyszedł warunkowo za dobre sprawowanie. W ciągu ostatnich lat pojawiał się parę razy. Wygląda na to, że ten facet jest dosłownie wszędzie.

Szczerzę zęby w uśmiechu.

- Nawrócony skazaniec?

- Jak każdy, prawda? - prycha szef. - Zaczęli pracować poza Kinland, zalewają ulicę tym nowym towarem.

Skręca mnie w żołądku. Ten "nowy" towar nazywa się Skrzydlata Małpa i przejmuje rynek. Bardzo przypomina każdy rodzaj heroiny, tyle że nią nie jest.

To wyjątkowo popularny towar, co oznacza, że wszędzie pojawiają się ludzie, którzy chcą go skopiować, odtworzyć, ale im nie wychodzi. A to kończy się zwiększoną liczbą zgonów z przedawkowania kiepskich dragów.

Mrużę oczy i przyglądam się uważniej drugiemu mężczyźnie ze zdjęcia.

- Czy to...?

- Tak.

Wypuszczam oddech i odchylam się na krześle, bo rozpoznaję te jaskrawo rude włosy i potężną sylwetkę.

- Ezekiel O'Connor.

Robi mi się niedobrze, gdy odkładam zdjęcia z powrotem na biurko. Ezekiel jest bardzo dobrze znany w naszych kręgach. Jego ojciec, Jack O'Connor, uchodził w Chicago za szefa irlandzkiej mafii. Bezwzględny człowiek. Ale to było, zanim stracili wpływy, a Jack został zamordowany w pace, gdy odsiadywał wyrok za popełnione zbrodnie.

- Czyli co... chcesz, żebym zrobił rekonesans?

Mruży oczy.

- Chcę, żebyś tam pojechał i znalazł ich dostawcę. Jeśli dorwiemy głównego gracza, wywabimy też resztę. Nie spędziłem najlepszych lat swojej kariery, tropiąc ich wszystkich tylko po to, żeby irlandzka mafia się odrodziła z nowymi twarzami w nowych miejscach i jeszcze pomyślała, że znowu mogą przejąć władzę.

Unoszę brwi.

- Mam tam jechać pod przykrywką?

- Jesteś zaskoczony? - Przekrzywia głowę.

Ręce zaczynają mi się trząść od nagłego przypływu adrenaliny.

- Minęło trochę czasu.

Burczy coś pod nosem i marszczy krzaczaste brwi, aż tworzy się między nimi zmarszczka.

- Czyli co, nie chcesz tej roboty?

Skręca mnie w żołądku, siadam prosto.

- Zwariował pan? To oczywiste, że nie ma nikogo, kto lepiej by się nadawał do tego zlecenia.

Sięga w bok i podnosi kolejne zdjęcie, które leży obok jego komputera. Kładzie je przede mną. Przedstawia kobietę. Piękną kobietę o lśniących brązowych włosach zebranych w wysoki kucyk, ubraną w ciuchy od znanych projektantów.

- To Dorothy Westerly, córka Farrela. Plotki głoszą, że jest jego słabym punktem. Jak już się tam dostaniesz, spróbuj się do niej zbliżyć. Na pewno zacznie gadać.

Jestem zaskoczony.

- Dlaczego akurat do niej?

Na jego ustach powoli pojawia się uśmiech. Odchyla się na krześle.

- A nie masz może słabości do ładnych córek?

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

Evelina

 

 

 

 

MAM KREW NA BUCIE.

Cholera.

Przyglądam się moim znoszonym skórzanym kozakom na obcasie, a irytacja tylko się nasila, bo będę musiała spędzić resztę wieczoru w tym gównianym klubie z ludzką krwią wsiąkającą w moją stopę.

Mam nadzieję, że przez to nie wróci z zaświatów i nie będzie mnie nawiedzał.

- Co jest, gburku? - pyta mój najlepszy, i jedyny, przyjaciel, Cody, a potem uśmiecha się szeroko, opierając o bar obok mnie.

Podnoszę wzrok, kładę rękę na piersi i unoszę brew.

- Nie jestem gburowata.

Jego blond włosy aż podskakują, gdy odrzuca głowę w tył i wybucha śmiechem.

- Jesteś stuprocentową pesymistką.

Zerkam na ludzi, którzy ustawiają się za nim w kolejce do baru i wzruszam ramionami.

- Realistką. A to różnica.

- Cóż, i zajebiście nudną. - Przewraca oczami. - To po to mnie tu ściągnęłaś? Myślałem, że z tą peruką trochę się rozluźnisz. Blondynki podobno lepiej się bawią.

Zgrzytam zębami i stukam paznokciami w kształcie migdałów o blat. Czarny lakier odzwierciedla mój nastrój. Jedyny powód, dla którego przyjechałam do Chicago, jest taki, że niestety jak zwykle, gdy chodzi o ludzi wchodzących ojcu w drogę, zostałam tu wysłana, żeby znaleźć nic nieznaczącego idiotę i dać mu nauczkę. Blond peruka, którą mam przymocowaną do głowy na klej, i soczewki kontaktowe to tylko zabezpieczenie. Nie noszę ich dla rozrywki.

- Chcesz szota? - pyta, poruszając brwiami częściowo skrytymi za okularami.

- Nie piję.

Te słowa wybrzmiały ostrzej, niż zamierzałam, ale ból między moimi oczami się nasila, a mój lont staje się coraz krótszy od chwili, gdy rano jakiś idiota przeszkodził mi w przygotowywaniu ksiąg rachunkowych dla rodzinnego biznesu, żeby wyglądał legalnie, choć w ogóle taki nie jest.

Znowu zerkam na zaschniętą krew.

Mój przyjaciel marszczy brwi.

- Od kiedy?

Wzruszam ramionami i przeczesuję palcami gęste włosy, a rozjaśnione blond pasma opadają mi na ramię.

- Od zawsze, Cody. Nie wiem. Chryste, będziesz mi tak ciągle zawracał dupę? Chciałam ci tylko pomóc wyjść z domu matki. - Ponownie wzruszam ramionami. - Żebyś skorzystał z życia, zamiast wiecznie siedzieć przed komputerem.

Patrzy na mnie bez słowa i mruga.

- Okej - szepcze. - Pójdę potańczyć. Znajdę sobie jakiegoś fajnego, wielkiego fiuta do possania. - Uśmiecham się po raz pierwszy tego dnia, a on puszcza mi oczko. - Jak już skończysz z tym, po co tu przyjechałaś, powinnaś zrobić to samo. Może dobre rżnięcie pozwoli ci przepchać ten gigantyczny kij i wyciągnąć go z dupy.

Macham na niego ręką i odwracam się w stronę baru, a żołądek mi się zaciska, gdy barman podchodzi do mnie z uśmiechem. To właśnie do niego zostałam tu wysłana.

- Zdecydowałaś się już na coś do picia? - pyta.

- Nie jestem pewna, czego chcę. - Uśmiecham się chytrze i patrzę na niego spod rzęs. To oczywiście jedno wielkie kłamstwo. Przyjechałam tu, żeby sprawdzić, czy sprzedaje podróbę naszego produktu.

W jego niebieskich oczach pojawia się błysk.

- Żadnego ulubionego drinka?

Opieram się o bar i upewniam się, że mój dekolt jest dobrze wyeksponowany, a on ma dobry widok.

- Nie jestem fanką alkoholu, wiesz? Wolałabym raczej... odlecieć.

Jego spojrzenie przesuwa się na moje piersi, a ja walczę z obrzydzeniem na myśl, jaki jest przewidywalny. Szczerze, nawet nie jestem tak atrakcyjna. Nie w porównaniu z delikatną urodą mojej siostry, ale wystarczy rzucić facetowi cycki pod nos, a krew od razu spływa im do kutasa zamiast zostać w mózgu.

Oblizuje się.

- Po prostu chcę się dobrze bawić. - Przekrzywiam głowę i stukam długimi paznokciami o blat baru. - A ty nie?

Przerzuca białą ścierkę przez ramię i opiera się łokciami o bar.

- Andrew! - krzyczy ktoś. Barman przenosi spojrzenie na kelnerkę z pustą tacą w ręce, która ma zirytowany wyraz twarzy.

- Koleś, dostanę mojego drinka?

Krzywi się, znowu patrzy na mnie i stuka knykciami o bar.

- Nigdzie nie idź. Mam coś, co przypadnie ci do gustu.

Gdy tylko się odwraca, znika moja ponętna mina, podnoszę podkładkę i obracam nią w dłoni, walcząc z chęcią, by poprosić o wodę niegazowaną oraz serwetkę, żeby zetrzeć plamę krwi z buta.

Nie widać jej, ale mi przeszkadza.

- Za bardzo się starasz.

Odwracam głowę i patrzę na mężczyznę z mocno zarysowaną szczęką oraz intensywnie zielonymi oczami. Unoszę brew.

- Słucham?

Uśmiecha się szeroko, prezentując dołeczki w policzkach, i bierze łyk piwa, po czym opiera się o bar.

Prycham, zirytowana tym, że ten koleś postanowił mnie wkurzyć. Jeszcze bardziej irytuje mnie to, że jest tak atrakcyjny, że ściska mnie w brzuchu.

- A kto twierdzi, że się staram?

Podchodzi bliżej i przełyka ślinę, a do mojego nosa dociera zapach cynamonu. Przeczesuje swoje krótkie i lekko kręcone brązowe włosy. Śledzę ten ruch wzrokiem, a potem wiodę nim po jego czarnej skórzanej kurtce i ciemnych dżinsach.

- Jeśli chcesz, możesz poćwiczyć na mnie - kontynuuje, wskazując głową na barmana. - Zanim tu wróci.

Odchylam lekko głowę, starając się zrozumieć, czy mnie podrywa, czy się ze mnie wyśmiewa.

- Wow, co za propozycja.

Wzrusza ramionami.

- Jestem dzisiaj wyjątkowo szczodry.

Normalnie nie zareagowałabym dobrze na to, że ktoś narusza moją przestrzeń osobistą. Ale ten mężczyzna mnie intryguje. Poza tym jest seksowny, a ja jestem napalona. Trudno mi znaleźć kogoś, kogo byłabym w stanie znosić wystarczająco długo, żeby doprowadził mnie do orgazmu.

Wyciągam rękę, zabieram mu piwo i biorę mały łyk. Ukrywam grymas wywołany smakiem i przesuwam językiem po wargach. Dziwnie mi tam bez kolczyka, ale tego typu cechy charakterystyczne nie sprzyjają anonimowości.

Natomiast wcześniej nie kłamałam, że nie jestem typem osoby, która lubi pić.

- Cóż, to dobra wiadomość. - Zsuwam się ze stołka i podchodzę do niego, aż nasze klatki piersiowe ocierają się od siebie. Czuję, jak rwie mu się oddech, i staję na palcach, by przeciągnąć ustami po jego szczęce. - Bo ja uwielbiam brać.

W oczach pojawia mu się błysk, a gdy robię krok w tył, jego usta znowu rozciągają się w tym idealnym uśmiechu.

- Jesteś interesująca.

- A ty irytujący - odpowiadam.

Śmieje się.

Ściska mnie w piersi i muszę przygryźć wargę, by powstrzymać kąciki ust przed uniesieniem. Kręcę głową.

- Jak masz na imię? - pyta.

Zerkam na niego.

- Po co ci moje imię?

- To normalna kolej rzeczy. Facet widzi atrakcyjną kobietę w barze, więc chce ją lepiej poznać. - Wyciąga rękę. - Jestem Nick.

Krzyżuję ramiona na piersi i patrzę na jego dłoń.

- Skąd mam wiedzieć, że nie próbujesz poznać mojego imienia, żeby potem mnie stalkować?

- To aroganckie z twojej strony.

- Czyżby? W końcu jesteś tutaj sam, zarywasz do nieznajomej i pytasz ją o imię. Nie widziałeś nigdy Dateline, Nicholasie?

Wskazuje w kierunku parkietu.

- Nie jestem tu sam. I mów mi Nick.

Podążam spojrzeniem we wskazane miejsce i patrzę na atrakcyjnego mężczyznę, który na środku parkietu tańczy z jakąś dziewczyną.

- To mój przyjaciel, Seth. Dostałem dzisiaj nowe zlecenie w pracy, przez które będę musiał na trochę wyjechać, więc postanowiliśmy razem świętować.

- Ja zapewne też bym świętowała, gdybyś wyjeżdżał.

Śmieje się i bierze kolejny łyk piwa, ustami dotykając dokładnie tego samego miejsca, do którego ja przykładałam wargi. Potem oblizuje usta, nie odrywając ode mnie wzroku. Wszystko się we mnie zaciska, a między nogami czuję falę gorąca.

To wręcz okropne, jak bardzo mnie pociąga.

- Słuchaj, nie mam czasu - wskazuję palcem na niego, a potem na siebie - na to tutaj. Dlatego albo przejdź do rzeczy, albo poszukaj kogoś innego. Jestem pewna, że znajdziesz w tym miejscu wystarczająco zdesperowanych kobiet, które podadzą ci swoje dane, żebyś mógł zaglądać im przez okna do domów.

Odstawia kufel i zerka ponad moim ramieniem, a potem robi krok w przód, pochyla się, jego usta znajdują się bardzo blisko mojej szyi.

Biorę gwałtowny wdech, serce łomocze mi w piersi.

- Nie chcę cię stalkować, ślicznotko. - Zakłada mi kosmyk włosów za ucho. - Chcę cię zerżnąć.

Och.

Przez moje wnętrze przelewa się coś gorącego i nikczemnego. Ten mężczyzna jest niebezpieczny. A ja nie mogę sobie pozwolić na rozproszenie. Tyle że... Zerkam na barmana, Andrew, i dociera do mnie, że zostało mu jeszcze kilka godzin do końca pracy. Trochę rozrywki mi nie zaszkodzi. I dlaczego miałabym się nie nagrodzić? Poza tym nie jestem przyzwyczajona do bycia w centrum uwagi. Zwykle chowam się w ciemnych kątach i staram wtopić w cień. Dzięki temu łatwiej jest obserwować moją siostrę, Dorothy, i czekać, aż wyjdzie ze swojej roli idealnej kobiety na wystarczająco długo, bym mogła udowodnić to, co wiem od lat.

Że to ona zabiła Nessę.

Ta zmiana dynamiki jest całkiem przyjemna, choć niespodziewana.

- Cóż... - Stukam palcami o bar, czując na sobie gorące spojrzenie Nicholasa, którym lustruje moje ciało. - Było miło, ale muszę iść do toalety. Jeśli wiesz, co dla ciebie dobre, nie pójdziesz za mną, stalkerze.

Zaciska usta, jakby walczył z uśmiechem, i pochyla głowę.

Szczerze to spodziewam się, że za mną pójdzie, ale gdy idę przez parkiet w stronę wąskiego korytarza, przeciskając się przez tłum lepkich, spoconych ciał, nigdzie go nie widzę. Tak jest lepiej.

Otwieram drzwi do damskiej toalety i wchodzę do środka. To małe pomieszczenie, wyłożone białymi i czarnymi kafelkami, z dwiema kabinami. Podchodzę do nich i zerkam pod spód, aby się upewnić, że nikogo tam nie ma. Potem idę do umywalki i opieram ręce o krawędź. Wypuszczam oddech.

Drzwi szybko się otwierają i zamykają, a mnie serce podchodzi do gardła, wszelkie mechanizmy obronne budzą się do życia, bo słyszę kliknięcie przekręcanego zamka. Odwracam się, a ekscytacja przepełnia mnie całą, gdy napotykam spojrzenie Nicholasa, który idzie pewnym krokiem w moją stronę. Przekrzywia głowę, zdejmuje kurtkę i rzuca ją na blat koło umywalki. Cofam się, aż plecami dotykam obleśnej ściany, ale on się nie zatrzymuje, póki nie przywiera do mnie ciałem, a mnie przeszywa dreszcz.

- Wiedziałam, że za mną pójdziesz. - Przewracam oczami. - To było do przewidzenia.

Wyciąga rękę i chwyta mnie za włosy na potylicy. Zaciska palce i pociąga, tak że muszę wygiąć szyję i spojrzeć prosto na niego.

Jezu.

Serce mi przyspiesza i mam nadzieję, że klej, którym mocowałam perukę, wytrzyma.

- Wygląda na to, że nie wiem, co dla mnie dobre - mówi.

A potem się pochyla i mnie całuje.

Jęczę i chwytam go za głowę, jego język splata się z moim. Smakuje czymś słodkim i ostrym, a ja zatracam się w chwili. Nigdy więcej nie zobaczę tego gościa, ale mam nadzieję, że jego zachowanie to nie była tylko gra i zdoła dać mi orgazm, zanim zniknie.

Zsuwa ręce na moje uda, podnosi mnie i przyciska do siebie, aż czuję każdy jego centymetr między nogami. Wypycha biodra, a ja jęczę w jego usta.

Tak się cieszę, że zostawiłam pistolet w samochodzie. Ciężko byłoby to wytłumaczyć.

Krzyżuję kostki za jego plecami i zaczynam się o niego ocierać, kołysząc biodrami.

- Kurwa - klnie, odrywając się od moich ust, i przesuwa usta na moją szyję.

Czuję, że ociekam wilgocią. Wyginam plecy, aż uderzam głową o ścianę, odsłaniając przed nim więcej skóry.

- Podasz mi swoje imię? - chrypi.

- Nie.

Sięgam w dół i rozpinam guzik jego spodni, a potem wsuwam rękę za pasek i chwytam jego kutasa. Ściska mnie w żołądku, gdy dociera do mnie, jaki jest wielki.

Puszcza moje nogi i odsuwa się nieznacznie, żeby wyjąć prezerwatywę z kieszeni. Wyrywam mu ją z rąk, padam na kolana i ściągam mu spodnie na tyle, by móc wyciągnąć jego sprzęt. Na żołędzi zebrała się już kropla wilgoci, a ja pochylam się i zlizuję słonawy płyn. Jęczę. Smakuje tak dobrze, że chcę więcej, dlatego wsuwam go w usta, aż dociera do tylnej ściany gardła.

- Jezu Chryste - jęczy, opierając ręce o ścianę.

Poruszam kilka razy głową, przesuwam językiem po grubej żyle ciągnącej się przez całą jego długość, a potem wysuwam go z głośnym cmoknięciem i otwieram prezerwatywę zębami. Zakładam mu ją, a gdy to robię, czuję na sobie jego gorące spojrzenie.

Chwyta mnie za ramiona i podnosi gwałtownie. Zanim jestem w stanie choćby mrugnąć, podwija mi spódnicę i odsuwa majtki na bok.

- Muszę w ciebie wejść.

Obejmuje się moimi nogami w pasie i wchodzi we mnie jednym mocnym ruchem.

Tak głęboko.

Porusza się szybko, a ja przewracam oczami, bo chyba nikt nigdy mnie tak pieprzył. Szybko i gwałtownie, jakby wszystko od tego zależało.

Ta myśl i to, jak mnie wypełnia, szybko zbliżają mnie do orgazmu, łechtaczka nabrzmiewa od napięcia zbierającego się w moim podbrzuszu.

- Boże - mruczę, uderzając głową o ścianę. - Uwielbiam twojego kutasa.

Śmieje się i ani trochę nie zwalnia, trzymając mnie za uda tak mocno, że pewnie będę miała siniaki.

- Pokaż mi - mówi, przygryzając płatek mojego ucha. - Pokaż mi, jak bardzo uwielbiasz mojego kutasa.

Jego słowa to ostatnie, czego potrzebuję. Dochodzę, przed oczami pojawiają mi się mroczki, paznokcie wbijam mu w ramiona, a on nie przestaje mnie pieprzyć.

- Właśnie tak, ślicznotko. Właśnie tak.

Porusza się jeszcze kilka razy, aż wchodzi we mnie tak głęboko, że przywiera do mnie biodrami. Jego kutas zaczyna podrygiwać, a jego niski jęk wprawia każdą moją kość w wibracje.

Powoli wracam na ziemię, aż do mnie dociera, co się stało i gdzie się znajduję.

I co powinnam robić.

Puszcza moje drżące nogi, przesuwa palcami po udach i chwyta pod boki, dotykając czołem mojego czoła.

- Zdradź mi swoje imię - szepcze.

Nie robię tego. Odpycham go i odwracam się na drżących nogach.

Najlepszy seks, jaki w życiu miałam.

Nagle w pomieszczeniu robi się duszno, a ja muszę wyjść. Teraz. Nie podoba mi się to, jak się przez niego czuję. Bo chcę mu podać swoje imię. Chcę go zapytać, dokąd idzie, kim są jego przyjaciele, a ja tak nie postępuję.

Ja tak nie funkcjonuję.

Dlatego odwracam się, mam wrażenie, jakby ściany zaczęły się do siebie zbliżać. Podchodzę do niego, obejmuję go za szyję, staję na palcach i składam pocałunek na jego nabrzmiałych wargach.

Widzę, jak ciemnieją mu oczy.

Wychodzę z łazienki i poruszam się tak szybko, jak to możliwe, żeby mieć pewność, że za mną nie pójdzie.

I nie idzie.

A gdy kilka godzin później w ciemnej alejce strzelam barmanowi Andrew w szyję i patrzę, jak jego krew wlewa się w pęknięcia w chodniku, a mężczyzna pada na kolana, wypuszczając z ręki podróbkę naszego narkotyku... Tymczasem ja potrafię myśleć tylko o tym, że naprawdę chciałabym móc podać Nicholasowi swoje imię.

 

 

 

Tytuł oryginału: Wretched

 

Copyright ? 2022 by Emily McIntire

 

All rights reserved.

 

 

Copyright for the Polish edition ? by Grupa Wydawnicza FILIA, 2024

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2024

 

Projekt okładki: Cat at TRC Designs

Zdjęcia na okładce:

? tanantornaunt/depositphotos

? AntonMatyukha/depositphotos

? Rastan/depositphotos

? rehanalisoomro10@/depositphotos

? P Maxwell Photography/shutterstock

? CassandraMadsen/shutterstock

 

Redakcja: Kamila Recław

Korekta: Ida Świerkocka

Skład i łamanie: Andrzej Owsiany

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

"DARKHART"

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

eISBN: 978-83-8357-446-2

 

 

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

Seria: HYPE

 

 

 

 

 

Spis treści

 

 

 

 

 

Okładka

Karta tytułowa

Playlista

Dedykacja

Cytat

Od autorki

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

ROZDZIAŁ 38

ROZDZIAŁ 39

ROZDZIAŁ 40

EPILOG

ROZSZERZONY EPILOG

Charakterystyka postaci

DZIĘKUJĘ ZA PRZECZYTANIE!

DOŁĄCZ DO MCINCULT!

Podziękowania

O autorce

Karta redakcyjna