Według szacunków Organizacji Narodów Zjednoczonych po całym świecie jest rozsianych około trzech milionów wraków różnych statków i okrętów. Prawdopodobnie tylko na dnie Morza Bałtyckiego leży ich 100 tysięcy. Współcześnie roczna średnia rozbitych statków wynosi ok. 150 jednostek. W latach siedemdziesiątych XX wieku archeolodzy w Morzu Egejskim znaleźli szczątki statku, który pochodzi sprzed czterech tysięcy lat i jest najstarszym wrakiem, jaki znamy. Z każdym z nich wiąże się historia dramatu rozegranego na morzu, w którego wodach człowiek stracił swoje życie lub majątek. Często są one świadectwem czyjegoś bohaterstwa lub tchórzostwa.
Obraz zatopionego lub rozbitego statku może budzić niepokój i swego rodzaju dyskomfort: w większości wypadków jest przecież świadectwem śmierci jego załogi lub pasażerów. W tym obrazie jest jednak coś przyciągającego, nadzwyczajnego, rozbudzającego wyobraźnię i zmuszającego do znalezienia odpowiedzi na pytanie o to, jaką historię dany wrak opowiada. Opowieści te oczywiście są bardzo różne - statki na mieliznach osiadają z powodu błędów nawigacyjnych, złych warunków pogodowych, na dno zaś idą w wyniku wypadków lub działań wojennych. Niektóre zatopione w czasie wojen statki, na pokładzie których zginęło wiele osób, uznawane są za mogiły wojenne i znajdują się pod szczególną ochroną, jak choćby wraki trzech niemieckich okrętów zatopionych przez Rosjan w wodach Bałtyku pod koniec II wojny światowej. Łączna liczba ofiar w tym wypadku wyniosła około 20 tysięcy, a zatonięcie okrętu Wilhelm Gustloff stanowi największą katastrofę morską w dziejach, w wyniku której zginęło niemal 10 tysięcy osób.
W Nawazibu w Mauretanii znajduje się największe na świecie cmentarzysko statków. Do jego powstania prawdopodobnie przyczynili się skorumpowani urzędnicy zgadzający się na porzucenie w porcie nierentownych jednostek oraz armatorzy, którym z kolei bardziej opłacało się dać łapówkę, niż płacić za złomowanie statku. Cmentarzysko to szybko stało się lokalną atrakcją turystyczną. Podobny widok rozpościera się w miejscach, gdzie statki osiadły na mieliznach blisko brzegu, oraz w malowniczych zatoczkach.
W październiku 1968 roku na Morzu Czarnym w rumuńskim Costine?ti na mieliznę znajdującą się 180 metrów od plaży wpłynął dość duży statek transportowy. Istniało prawdopodobieństwo, że w czasie wyciągania go z płytkiej wody dojdzie do jego dalszego uszkodzenia, a dodatkowo koszt takiej operacji byłby ogromny. Stąd właściciel zadecydował o pozostawieniu jednostki na mieliźnie. Wrak - z czasem coraz bardziej skorodowany i zniszczały - stał się atrakcją turystyczną nadmorskiego miasteczka, przyciągającą rzesze zwiedzających. Do dziś nie wyjaśniono dokładnie okoliczności wypadku jednostki.
Evangelia jest ostatnią nazwą, którą ów statek nosił. Kiedy poznałem jego historię, uderzyło mnie zestawienie słów "wrak Evangelii". Wyrażenie to rodzi bardzo wiele skojarzeń. Pierwsze z nich ma szeroki zakres, odnosi się bowiem do Kościoła w jego ludzkim i społecznym wymiarze. Symbol łodzi jako wspólnoty chrześcijan jest bardzo stary i od samego początku jest obecny w chrześcijaństwie. Człowiek używał łodzi na długo przed wynalezieniem koła, a rzeki służyły za szlaki komunikacyjne. Stąd żeglowanie w wielu kulturach, jeszcze na długo przed Chrystusem, stało się symbolem ludzkiego życia - zmierzaniem od portu narodzin do portu wieczności, pośród burz i sztormów. Religia chrześcijańska przejęła ten symbol i odniosła nie tylko do ludzkiego życia, lecz także wspólnoty Kościoła. Sam Jezus chętnie korzystał z łodzi: zarówno nią podróżował, jak i z niej nauczał i dokonywał cudów. Powołanie apostołów Piotra i Andrzeja również odbyło się w łodzi. Dlatego też już u początków Kościoła łódź stała się jego symbolem, łodzią Piotrową.
Kiedy dziś patrzymy na Kościół, możemy odnieść wrażenie, że niestety nie jest pięknym statkiem, bez wysiłku pokonującym fale i sztormy. Wydaje się, że jest on raczej tonącym okrętem, a może już właśnie wrakiem Ewangelii. W przekonaniu tym mogą nas utwierdzać kolejne skandale, niezrozumiałe fakty, zamęt na poziomie nauczania lub poglądów, odejścia znanych duszpasterzy lub też dziwaczne teorie spiskowe. W niedawno przeprowadzonych badaniach Polska znalazła się na drugim miejscu - zaraz za Japonią - wśród krajów, gdzie młodzi ludzie najszybciej odchodzą od wiary. W niektórych szkołach, szczególnie tych w dużych miastach, na katechezę chodzi coraz mniej uczniów. W tym kontekście sformułowanie "wrak Ewangelii" brzmi jeszcze dobitniej. Czy jest jeszcze szansa na uratowanie tego statku, być może z daleka dość dobrze się prezentującego, lecz osiadłego na mieliźnie, z burtą rozerwaną przez skały? Czy faktycznie jest on już wrakiem?
Druga linia skojarzeń ma charakter indywidualny, osobowy. Czasem o kimś, kto ciężko choruje lub doświadcza szeroko rozumianego kryzysu, mówimy, że to wrak człowieka. Jeśli podejmujemy temat kryzysu Kościoła, to znaczy, że sam człowiek znajduje się w kryzysie. W pewnym sensie to, co nas gorszy w Kościele, jednocześnie jest prawdą o kondycji współczesnego człowieka, wyrażenie "wrak Ewangelii" dobrze ją obrazuje. Chodzi o sytuację, w której Dobra Nowina zdaje się nie działać. Dlaczego, mimo deklarowanej wiary, ciągle nie potrafimy się modlić, dogadywać z sobą? Z jakiego powodu nieustannie walczymy i niezdrowo rywalizujemy, jesteśmy pełni niechęci, nie chcemy wybaczać i wiecznie mamy problemy w relacji z Bogiem? Są to mielizny, na których powoli rdzewiejemy, oraz skały, o które się rozbijamy. Człowiek rezygnujący z nawrócenia, przemiany swojego myślenia i - co za tym idzie - życia, powoli staje się wrakiem. Smutnym wrakiem Ewangelii.
Historia statku MV E. Evangelia będzie w tej książce stałym punktem odniesienia, służącym do opowiedzenia historii o ludzkim sercu, które - pozbawione dobrego systemu nawigacyjnego - bardzo często prowadzi człowieka na życiowe mielizny lub kieruje na skały. O sercu błędnie rozpoznającym życiową sytuację i z tego powodu przekonanym, że na oceanie życia jest się całkowicie osamotnionym. Mocno wierzę, że to, czym chcę się tu podzielić, może się stać dla kogoś inspiracją do przyjęcia właściwego kursu i wypłynięcia na głębię - po to, żeby nie stać się wrakiem Ewangelii.