Rozdział I. Po co w ogóle pracować?
Rozdział I
Po co w ogóle pracować?
Urodziłam się w niedzielę i nie mam wątpliwości, że ten konkretny dzień
tygodnia w jakiś magiczny sposób definiuje to, kim jestem, jak
funkcjonuję i jak patrzę na świat. Choć z perspektywy czasu uważam, że
nadal nie nadszedł właściwy moment na spisanie autobiografii, to chcę
przedstawić Wam kilka ciekawych, a czasami emocjonalnych faktów z mojego
życia. To one stanowią fundament tej publikacji. Bez nich trudno byłoby
zrozumieć, po co właściwie postanowiłam napisać tę książkę i dlaczego
uważam, że mam prawo wskazywać innym, jak podnosić się po zawodowych
zawirowaniach. Tak, przyznaję - jestem szczęściarą. Jednak to szczęście
nigdy nie było darmowym prezentem od losu. Kluczem do wszystkiego, od
samego początku, była absolutna, niemal organiczna samodzielność. Tego
rzemiosła nauczyłam się w warunkach dość ekstremalnych, bo jeszcze w czasach licealnych. To wtedy, mając zaledwie szesnaście lat, na skutek
skomplikowanej sytuacji rodzinnej, zamieszkałam zupełnie sama.
Dzisiejszy czytelnik, patrząc na współczesne, chuchające na dzieci
pokolenie, mógłby pomyśleć, że była to decyzja mocno nieodpowiedzialna,
czy wręcz nawet szalona. Bo co nastoletnia dziewczyna może wiedzieć o prawdziwej niezależności, o płaceniu rachunków, o samotności w czterech
ścianach i podejmowaniu decyzji, które ważą na całej przyszłości? Moją
największą zbroją, która dała mi odwagę i pewność siebie, okazała się
nauka. A mówiąc precyzyjniej: brutalna, systematyczna nauka języka
angielskiego. Moja mama była w tej jednej, jedynej kwestii absolutnie
nieugięta. To była chyba jedyna rzecz w całym moim dzieciństwie i młodości, której mi nigdy, pod żadnym pozorem nie odpuściła. Przez całą
szkołę podstawową, trzy razy w tygodniu, przychodziła do mnie
nauczycielka. To ona "piłowała" mnie z angielskiej gramatyki i fonetyki
w sposób tak bezwzględny, że momentami szczerze nienawidziłam tych
lekcji. Miałam serdecznie dość. Uczyłam się całych fraz i struktur
językowych na pamięć, czasami wyłącznie mechanicznie - byle tylko
zaliczyć partię materiału, mieć święty spokój i podziękować pani za
lekcję. Po latach angielski stał się moją najsilniejszą kartą
przetargową i największym atutem na raczkującym, drapieżnym rynku pracy
nowej Polski.
Drugim niezwykle ważnym etapem mojego życia było liceum. I to jedno z najlepszych. Warszawski "Batory" - wtedy, a prawdopodobnie także i dzisiaj, to absolutny szczyt edukacyjnej hierarchii w stolicy. Trafiłam
tam wprost w centrum tygla kulturowego i intelektualnego, pomiędzy
niezwykle zdolne, potwornie oczytane i pewne siebie dzieciaki z tak
zwanych dobrych domów. To specyficzne środowisko, choć towarzysko i emocjonalnie niezwykle trudne, ukształtowało mnie na całe życie. To
właśnie w murach Batorego po raz pierwszy w życiu zderzyłam się z potężnym, paraliżującym stresem. Żyliśmy w realiach nieustannego,
bezwzględnego konkursu wiedzy, elokwencji i towarzyskiej atrakcyjności.
Napięcie w pewnym momencie przestało być przypadkową sytuacją - stało
się moją codziennością. I jak się później okazało, miało mi towarzyszyć
przez kolejne dekady zawodowej kariery.
Początki były jednak opłakane. W pierwszej klasie, nie mogąc odnaleźć
się w nowym rygorze, zaliczyłam aż dwanaście dwój z języka rosyjskiego.
Moje koleżanki, patrząc na to, co się ze mną dzieje, zaczęły mnie
ostrzegać, że jeśli czegoś natychmiast nie zmienię, to z hukiem wylecę
ze szkoły. Wtedy po raz pierwszy odezwał się mój podskórny gen: upór.
Zacisnęłam zęby. Postanowiłam, że nie dam im tej satysfakcji. Poprawiłam
każdą z tych dwunastu pał, nadrobiłam zaległości i ostatecznie zdałam
maturę z całkiem niezłym, satysfakcjonującym wynikiem. To był moment
zwrotny. Zrozumiałam, że dysponuję całkiem sporymi pokładami
determinacji, ale chyba też realnego talentu do wychodzenia z najgłębszych kryzysów. Kiedy po zdaniu matury rozpoczęłam samodzielne
życie we własnym mieszkaniu, paradoksalnie czułam wstyd. Ta moja wielka,
dorosła niezależność nie była przecież efektem luksusu czy wyboru, ale
wynikiem bolesnych zawirowań rodzinnych, o których nie za bardzo miałam
ochotę opowiadać rówieśnikom. Po liceum, idąc za głosem ambicji,
zdecydowałam się zdawać na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Był
to wówczas kierunek absolutnie najbardziej pożądany, prestiżowy i potwornie wymagający. Dostałam się. Jednak już na drugim roku studiów
zrozumiałam, że jeśli chcę przetrwać i utrzymać status quo, muszę zacząć
zarabiać. Miałam co prawda mieszkanie i samochód, ale te materialne
atrybuty generowały comiesięczne, realne koszty, które zaczęły mnie
przerastać. Wtedy moja najbliższa przyjaciółka usiadła naprzeciwko mnie
i powiedziała słowa, które zmieniły wszystko:
- Kaśka, nie ma wyjścia. Musisz natychmiast iść do pracy!
Amerykański sen w realiach warszawskiego Marriottu
Łatwo było powiedzieć, trudniej zrobić. Musiałam znaleźć zatrudnienie,
które z jednej strony da mi prawdziwe, godziwe pieniądze, a z drugiej -
nie zmusi mnie do rezygnacji z wymagających dziennych studiów
prawniczych. Trzeba pamiętać, że wczesne lata dziewięćdziesiąte na
polskim rynku pracy to była epoka niemal prehistoryczna z perspektywy
dzisiejszego poszukującego pracy. Nie istniał internet, nikt nie słyszał
o portalach rekrutacyjnych, a jedyną legalną bazą ofert była papierowa
rubryka ogłoszeń w "Życiu Warszawy". Ja jednak postanowiłam rozegrać to
zupełnie inaczej, omijając tradycyjne pośrednictwo. Moje mieszkanie
znajdowało się zaledwie trzy przecznice od nowo wybudowanego wieżowca
hotelu Marriott - symbolu zachodniego luksusu i rodzącego się w bólach
polskiego kapitalizmu. Pomyślałam pragmatycznie: taki kolos działa
dwadzieścia cztery godziny na dobę, co pozwoli mi idealnie pogodzić
nocne lub wieczorne zmiany z dziennym trybem wykładów i ćwiczeń na
uniwersytecie. Zamiast pisać listy, po prostu przeszłam te trzy
przecznice, weszłam do lobby i zaniosłam dokumenty bezpośrednio do
działu kadr. Trafiłam idealnie w moment - hotel pilnie poszukiwał
pracowników. Dzięki znajomości języka angielskiego zostałam przyjęta na
stanowisko w dziale Guest Relations.
Mój grafik stał się dość napięty, żeby nie powiedzieć - morderczy.
Pracowałam w systemie zmianowym, głównie od środy do niedzieli,
zabezpieczając wszystkie możliwe święta państwowe i kościelne. Nowy Rok,
Wigilia, Sylwester - podczas gdy moi rówieśnicy bawili się na imprezach
lub spędzali czas z rodzinami, ja zakładałam hotelowy uniform i meldowałam się na stanowisku. Jak łatwo się domyślić, z taką
dyspozycyjnością i brakiem życia prywatnego byłam dla amerykańskiego
managementu pracownikiem niezwykle pożądanym, wręcz niezastąpionym.
To nie była prosta, mechaniczna praca kelnerki czy barmanki. To była
szkoła amerykańskich standardów obsługi klienta, a czasem i dyplomacji.
Odpowiadałam za kompleksową opiekę nad gośćmi z całego świata:
rezerwacje luksusowych apartamentów, biletów lotniczych, organizację
ekskluzywnych przyjęć czy realizację najbardziej ekscentrycznych
zachcianek ludzi biznesu czy estrady. To były szalone, barwne czasy, w których uczyłam się czytać ludzi i poznawać strukturę pracy w zespole.
Moim bezpośrednim przełożonym był rodowity Amerykanin, z którym musiałam
przejść twardą, ostateczną rozmowę kwalifikacyjną. To, że przeszłam
weryfikację u ludzi tej klasy, bez pomocy jakichkolwiek znajomości, na
czystym spontanie i wierze we własne umiejętności, dało mi potężny
zastrzyk zawodowej pewności siebie. W Marriotcie spędziłam kilkanaście
miesięcy, aż wreszcie, będąc na trzecim roku studiów prawniczych,
doszłam do wniosku:
- Kaśka, trzeba chyba dorosnąć. Czas najwyższy poszukać czegoś, co
będzie realnie korespondowało z twoim przyszłym zawodem i wykształceniem.
Dublińska szkoła życia
I znowu, zamiast bezsensownie wertować prasę, postawiłam na metodę
bezpośredniego uderzenia. Polska na początku lat dziewięćdziesiątych nie
należała jeszcze do struktur Unii Europejskiej, ale w Warszawie prężnie
działała już specjalna delegatura i Ambasada UE. Instytucja ta
zatrudniała młodych, dynamicznych pracowników ukierunkowanych na
bezpośrednie wspieranie polskiej administracji rządowej w trudnym
procesie transformacji ustrojowej. Zostałam zrekrutowana do elitarnego,
międzynarodowego programu pomocowego o nazwie OMEGA.
Nagle, jako studentka trzeciego roku prawa, z recepcyjnego kontuaru
trafiłam wprost do wielkiego świata geopolityki. Pracowałam w gmachu
Urzędu Rady Ministrów (URM), zlokalizowanym tuż obok gabinetu samego
Premiera RP. To było doświadczenie absolutnie kosmiczne, oszałamiające i bezprecedensowe. W wieku dwudziestu jeden lat poznałam osobiście
wszystkich najważniejszych polityków, ministrów i strategów kreujących
nową Polskę. Co ciekawe, mój uniwersytecki dziekan pełnił wówczas
funkcję ministra odpowiedzialnego za kluczową reformę administracji
publicznej.
Wielokrotnie miałam sposobność siedzieć przy tym gigantycznym, dębowym
stole w URM-ie, ramię w ramię z postaciami z pierwszych stron gazet.
Moim oficjalnym zadaniem było sporządzanie drobiazgowych notatek,
protokołowanie burzliwych obrad i koordynowanie przepływu dokumentów
pomiędzy stroną polską a unijną. Jednak moją prawdziwą nagrodą była
możliwość słuchania. Chłonęłam mechanizmy władzy, uczyłam się sztuki
twardych negocjacji, obserwowałam, jak wielkie ego ściera się z pragmatyzmem. To był niesamowity, głęboki i pouczający czas.
W ramach tego programu zostałam również wysłana na specjalistyczne
studia do Szkoły Administracji Publicznej w Dublinie. Przez niemal rok,
z przerwami na pracę w Warszawie, latałam do Irlandii, gdzie studiowałam
nowoczesne systemy zarządzania zasobami ludzkimi. To właśnie tam, w Dublinie, zainteresowałam się obszarem HR. Zrozumiałam, że nowoczesny
biznes nie może istnieć bez profesjonalnego, strategicznego zarządzania
ludźmi. Program OMEGA miał jednak z góry określone ramy czasowe oraz
skończony budżet. Kiedy środki unijne zostały ostatecznie wydane, misja
dobiegła końca. Pamiętam, że moja ostatnia pensja, wypłacana jeszcze w walucie ECU (poprzedniczce euro), wynosiła astronomiczną jak na tamte
realia kwotę około 700 ECU. Dla studentki w Polsce lat
dziewięćdziesiątych była to porażająca ilość gotówki, która pozwalała na
samodzielne życie w Warszawie. Program się zamknął, a ja - bogatsza o międzynarodowe doświadczenie - musiałam natychmiast szukać kolejnej
pracy.
Narodziny "kadrowej"
Odpowiedziałam na jedno z prestiżowych ogłoszeń prasowych i tak
rozpoczęła się moja wieloletnia przygoda z amerykańskim megakoncernem
Johnson & Johnson. Trafiłam bezpośrednio do nowo tworzonego działu
HR. Cały czas byłam czynną studentką prawa. Doskonale pamiętam miny
moich znajomych z roku, którzy z autentyczną, podszytą lekką wyższością
troską mówili mi, że na uniwersytecie bywam stanowczo za rzadko. Studia
prawnicze wymagały przecież bezwzględnej obecności na ćwiczeniach i zdawania morderczych egzaminów, a ja całe dnie spędzałam w korporacyjnych biurach. Patrzyli na mnie jak na wariatkę, która marnuje
potencjał naukowy dla pracy w bliżej nieokreślonym Human Resources.
Myśleli zapewne, że moja studencka przygoda zakończy się spektakularnym
skreśleniem z listy studentów. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że w latach dziewięćdziesiątych rynek pracy był jeszcze całkowicie
nienasycony. Jeśli ktoś był bystry, świetnie zorganizowany, potrafił
logicznie myśleć i płynnie mówił po angielsku, mógł przebierać w ofertach. Dla Johnson & Johnson moją najlepszą, bezdyskusyjną
rekomendacją okazał się fakt, że miałam już w swoim CV wpisaną inną
amerykańską markę o żelaznych standardach - hotel Marriott. To otworzyło
mi drzwi natychmiast. Gdy ogłosiłam światu, że zamierzam na poważnie
związać swoją przyszłość z HR-em, moje uniwersyteckie otoczenie
dosłownie wybuchło śmiechem i niedowierzaniem.
- Kaśka, ty chyba doszczętnie zwariowałaś! - słyszałam na
uniwersyteckich korytarzach. - Kończysz prestiżowe prawo, żeby zostać
nudną kadrową w korporacji? Będziesz przerzucać teczki osobowe i liczyć
dni urlopowe? Co to za pomysł na życie?
Ja jednak widziałam w tym coś znacznie głębszego. W Johnson &
Johnson po raz pierwszy zetknęłam się z amerykańską, nowoczesną
filozofią zarządzania ludźmi. To była absolutna nowość na polskim rynku,
gdzie dotychczas królował postkomunistyczny, siermiężny model Działu
Kadr i Płac. Amerykanie pokazali mi coś fascynującego: holistyczne,
głęboko przemyślane i oparte na elementach zaawansowanej psychologii
podejście do pracownika. Cały cykl - od profesjonalnej rekrutacji, przez
proces onboardingu, transparentny system ocen pracowniczych, budowanie
ścieżek kariery, aż po systemy premiowe - był precyzyjnie zaprojektowaną
machiną. W tamtych czasach nikt w polskich firmach nie rozmawiał z pracownikiem o jego satysfakcji, nikt nie robił transparentnych
rekrutacji wewnętrznych. To była biznesowa rewolucja, a ja chłonęłam tę
wiedzę z zapartym tchem. Spędziłam tam niesamowite cztery lata. W międzyczasie jednak, jak to w moim życiu bywa, los postanowił rzucić mi
kolejne gigantyczne wyzwanie. Gdy zbliżał się koniec studiów, moje dwie
najbliższe przyjaciółki z roku ogłosiły, że zaczynają morderczą naukę,
bo zdają na aplikację sądową. Ja, wykończona pracą na pełen etat w korporacji, machnęłam ręką i powiedziałam:
- Dziewczyny, dajcie mi święty spokój. Ja ledwo żyję. Nie mam czasu ani
siły na wkuwanie tysięcy stron kodeksów. Nie zamierzam zdawać na żadną
aplikację.
Przyjaciółki okazały się jednak genialnie uparte. Jedna z nich, bez
mojej wiedzy i zgody, skompletowała moje dokumenty i złożyła je w sekretariacie komisji egzaminacyjnej. Druga z kolei, w dniu egzaminu,
przyjechała pod moje biuro samochodem, praktycznie siłą zapakowała mnie
do środka i zawiozła na salę egzaminacyjną. Efekt był zaskakujący,
przewrotny i też ironiczny, patrząc na to z punktu widzenia
organizatorek całego przedsięwzięcia. Napisałam egzamin praktycznie z marszu, bez zarywania nocy, dostałam się na elitarną aplikację sądową
bez najmniejszego problemu, w dodatku plasując się w czołówce wyników.
Moje zdolne koleżanki po miesiącach przygotowań niestety odpadły i musiały szukać szczęścia na innych aplikacjach. Do dzisiaj jest dla mnie
zagadką, jak to się stało. Gdy zobaczyłam swoje nazwisko na liście
przyjętych, pomyślałam: "Skoro los dał mi taką szansę, nie mogę tego
zmarnować. Muszę to skończyć". Aplikacja sądowa wymagała jednak
bezwzględnej, fizycznej obecności w sądzie przez dwa pełne dni w tygodniu. Stanęłam przed logistycznym koszmarem: musiałam utrzymać
wymagający, odpowiedzialny etat w Johnson & Johnson, realizować cele
biznesowe, a jednocześnie przez dwa dni w tygodniu zakładać elegancki
strój i terminować na sali sądowej u boku sędziów. Do dziś mam
gigantyczny szacunek dla managementu J&J, że wykazali się tak
niesamowitą elastycznością i wyrazili na to zgodę. Moje życie zamieniło
się w rollercoaster - odrabiałam korporacyjne godziny nocami i w weekendy, pisząc raporty przy biurku, gdy miasto dawno już spało.
Po skończeniu aplikacji usiadłam w ławie sądowej i doznałam nagłego
olśnienia: to absolutnie nie jest zajęcie dla mnie. Rygorystyczny,
skostniały i hierarchiczny świat sądownictwa potwornie mnie uwierał.
Byłam już zbyt mocno przesiąknięta dynamiczną, elastyczną i nowoczesną
kulturą zachodniego biznesu. Tylko uśmiechnęłam się pod nosem,
spakowałam swoje rzeczy i pomyślałam: "Rany boskie, mam nadzieję, że nie
będę tego żałować".
Korporacyjny moloch w rękach dwudziestosiedmiolatki
Wiedziałam doskonale, że jeśli chcę robić w życiu rzeczy naprawdę
wielkie i przełomowe, muszę w końcu opuścić bezpieczne, uporządkowane
struktury i poszukać organizacji o znacznie większej skali rażenia. Moim
kolejnym portem stał się szwajcarski gigant Nestlé - największy koncern
spożywczy na świecie. Koncern-moloch, zatrudniający globalnie setki
tysięcy ludzi, posiadający setki fabryk i produkujący absolutnie
wszystko: od karmy dla zwierząt, przez suplementy diety, słynne słoiczki
dla dzieci Gerber, aż po specjalistyczne jedzenie kliniczne dla
szpitali. Nestlé weszło na rynek polski jako jeden z ostatnich wielkich,
globalnych graczy, ale zrobiło to z rozmachem. Kupili od razu trzy
gigantyczne, państwowe zakłady produkcyjne: kultową fabrykę kawy i odżywek w Winiarach, zakłady Goplany oraz mleczarnię w Słupsku. Gdy
przekroczyłam próg tej firmy, otrzymałam nominację na Dyrektora ds. HR
na całą Polskę.
Miałam wtedy zaledwie dwadzieścia siedem lat
Nagle pod moimi skrzydłami znalazła się organizacja licząca ponad cztery
tysiące pracowników, rozproszona po pięciu potężnych, skomplikowanych
technologicznie zakładach produkcyjnych. Moje dotychczasowe,
korporacyjne doświadczenie z J&J, choć solidne, okazało się ułamkiem
tego, z czym musiałam się teraz zmierzyć. W Nestlé zabawa w "nowoczesny
HR" skończyła się w ułamku sekundy. Tu zaczęła się prawdziwa walka na
pierwszej linii frontu. Zderzyłam się z potężnymi, zakorzenionymi w poprzedniej epoce związkami zawodowymi, które patrzyły na młodą
dziewczynę z Warszawy z jawną wrogością i niezrozumieniem. Doskonale
pamiętam swój pierwszy tydzień pracy. Do mojego nowego gabinetu wszedł
starszy, doświadczony członek zarządu. Rzucił na moje biurko grubą,
skomplikowaną prezentację strategiczną, naszpikowaną tabelami
finansowymi i wykresami efektywności produkcji, po czym powiedział
protekcjonalnym tonem:
- Tutaj są moje drobne uwagi i wytyczne. Prosiłbym, żeby pani to
przeanalizowała i przygotowała na jutrzejsze posiedzenie zarządu swoją
pierwszą, autorską prezentację strategiczną. W końcu jest pani teraz
szefową HR.
Gdy zamknął drzwi, poczułam, jak oblewa mnie zimny pot. Prawda była
taka, że nigdy w życiu nie napisałam i nie przygotowałam samodzielnie
tak potężnej, strategicznej prezentacji biznesowej dla zarządu
międzynarodowego molocha! Byłam w tej konkretnej materii absolutnie
zielona. Moja wiedza teoretyczna miała się nijak do brutalnej praktyki
produkcyjnej. Wróciłam wieczorem do swojego warszawskiego mieszkania,
rzuciłam papiery na stół i zwołałam domowy "sztab kryzysowy". Moje
przyjaciółki i znajomi siedzieli ze mną do czwartej rano, pomagając mi
formatować slajdy, tłumaczyć niszowe wskaźniki i układać logiczny,
biznesowy przekaz.
- Ogarnijmy to razem, błagam, bo jutro mnie tam publicznie ukrzyżują! -
krzyczałam w desperacji.
Ta mordercza premiera kosztowała mnie kilka kilogramów wagi i gigantyczny ubytek zdrowia psychicznego, ale dałam radę. Przetrwałam. Co
więcej, przeprowadziłam tę prezentację z twardą, popartą prawniczym
wykształceniem pewnością siebie, aż szwajcarscy właściciele zaniemówili
z wrażenia. Po zaledwie sześciu miesiącach od tego wydarzenia, jako
dwudziestoośmiolatka, zostałam oficjalnie powołana w skład ścisłego
Zarządu Nestlé Polska. Od tamtego momentu poczułam, że jestem częścią
tej organizacji.
W Nestlé starałam się wprowadzić "proludzki" model zarządzania. Moja
filozofia była prosta: okej, wymagamy od ludzi morderczej pracy,
zostawania po godzinach i osiągania kosmicznych wyników, ale w zamian
musimy dać im maksymalne, bezprecedensowe wsparcie, szacunek i najlepsze
możliwe benefity. Związkowcy, choć początkowo byli partnerami nieco
trudnymi, agresywnymi i nieufnymi, z czasem zaczęli dostrzegać we mnie
partnera, a nie wroga. Nigdy nie zapomnę dnia mojego pożegnania z Nestlé, gdy miałam trzydzieści jeden lat. Przedstawiciele niezależnych
związków zawodowych zjechali się z całej Polski do Warszawy, weszli do
biura i wręczyli mi gigantyczne, najpiękniejsze bukiety kwiatów, jakie
kiedykolwiek dostałam. Jeden z nich, twardy facet z fabryki w Winiarach,
powiedział wtedy z autentycznym żalem:
- Szkoda, wielka szkoda, że pani odchodzi, pani Kasiu. Bo z panią, choć
była pani twarda jak głaz, to przynajmniej zawsze można się było po
ludzku, uczciwie dogadać.
To był dla mnie największy, najbardziej wzruszający dowód uznania.
Udowodniłam, że nawet w potężnym, korporacyjnym molochu można i trzeba
zachować ludzką twarz i absolutną transparentność komunikacji.
Za moich czasów w Nestlé wprowadziliśmy bogaty, szwajcarski system
szkoleń. Spędziłam wiele tygodni w przepięknym, globalnym centrum
szkoleniowym Nestlé zlokalizowanym nad samym jeziorem w Szwajcarii,
studiując zaawansowane moduły menedżerskie we współpracy z elitarną
uczelnią INSEAD. Organizowałam wyjazdy integracyjne i przyjęcia
świąteczne, o których pracownicy rozmawiali przez kolejny rok. Gdy
załoga mówiła: "Marzy nam się, żeby na wigilii firmowej zaśpiewała
Maryla Rodowicz", odpowiadałam krótko: "Chcecie Marylę? Będziecie mieli
Marylę". Tworzyłam społeczność, a nie tylko suchą strukturę etatów.
Sto milionów oszczędności
Gdy skończyłam trzydzieści jeden lat, w moim telefonie odezwał się głos
jednego z najbardziej renomowanych headhunterów w kraju.
- Pani Katarzyno, mam dla pani ofertę życia. Wielki projekt w sektorze
bankowym - usłyszałam.
Moja pierwsza reakcja była odmowna. W Nestlé miałam status gwiazdy,
dobre zarobki i absolutny komfort pracy.
- Nigdzie się nie ruszam, jest mi tu idealnie - ucięłam rozmowę.
Headhunter nie odpuszczał:
- A gdyby to był zupełnie inny, fascynujący sektor, który właśnie
przechodzi historyczną rewolucję?
To mnie zaintrygowało. Na przełomie wieków polski sektor bankowy
przypominał pole bitwy. Dawny, potężny, państwowy Narodowy Bank Polski
został podzielony na szereg mniejszych podmiotów regionalnych (Bank
Pomorski, Zachodni, BPH itd.), które sukcesywnie prywatyzowano i łączono
z kapitałem zagranicznym. Trafiłam w sam środek gigantycznego,
międzynarodowego procesu: fuzji Banku PBK (kontrolowanego przez Niemców
z HypoVereinsbank) oraz Banku BPH (należącego do Austriaków z Bank
Austria). Co ciekawe, w trakcie tego procesu Niemcy kupili Austriaków na
poziomie globalnym, co wywołało totalny chaos decyzyjny i walkę o strefy
wpływów w Europie Wschodniej.
Proces mojej rekrutacji trwał ponad sześć miesięcy. Przeszłam przez
szesnaście etapów rozmów kwalifikacyjnych. Latałam na zmianę do
Monachium i Wiednia, a harmonogram był tak napięty, że lądowałam we
Frankfurcie pierwszym porannym samolotem o siódmej, przechodziłam
wielogodzinny magiel przed zagranicznym komitetem, po czym wracałam do
Warszawy, by o dziesiątej rano siedzieć przy swoim biurku w Nestlé. To
było wycieńczające fizycznie i psychicznie. Podczas rekrutacji uparłam
się na jeden warunek: wchodzę wyłącznie do ścisłego zarządu banku jako
członek zarządu ds. HR. Austriacy i Niemcy kręcili nosami, ale byłam tak
nieugięta, że w końcu skapitulowali. O kwestie finansowe nawet nie
pytałam - byłam tak pochłonięta skalą wyzwania, że zapomniałam
wynegocjować stawkę. Gdy przysłano mi kontrakt, okazało się, że z marszu
dali mi dwukrotność moich i tak niezłych zarobków z Nestlé, dorzucając
luksusowy pakiet benefitów i opcji na akcje.
Mój dawny szef i mentor z czasów J&J zadzwonił do mnie tuż przed
moim pierwszym dniem w banku:
- Kasia, powiedz mi szczerze, czy ty poznałaś już osobiście swojego
polskiego prezesa, z którym będziesz pracować w zarządzie?
- Nie, jeszcze nie miałam okazji - odpowiedziałam.
- O rany... To bardzo niedobrze. Zadzwoń do niego natychmiast i umów się
na lunch przed oficjalnym wejściem do firmy - skwitował z niepokojem.
To były święte słowa. Spotkaliśmy się na lunchu w ekskluzywnej
warszawskiej restauracji. Prezes, stary wyjadacz polskiego sektora
finansowego, usiadł naprzeciwko mnie, zmierzył mnie lodowatym,
krytycznym wzrokiem i bez żadnych wstępów rzucił:
- Czy ty w ogóle masz świadomość, dziewczyno, że ten pociąg bankowy jest
już maksymalnie rozpędzony i jedzie z kosmiczną prędkością? Podpisałaś
już umowę z właścicielami?
- Tak, podpisałam - odpowiedziałam spokojnie.
- No to powiem ci jedno: albo zdołasz wskoczyć do tego pociągu w biegu,
albo z hukiem wpadniesz pod tory. Witamy w banku.
To było jego oficjalne powitanie. Nasza relacja od początku była
podręcznikowym przykładem szorstkiej, męskiej miłości biznesowej.
Wyzwanie, jakie przede mną postawiono, było z tych powodujących dreszcz
emocji i jednocześnie lęk przed niepowodzeniem. Miałam pod sobą
kilkutysięczną strukturę HR, a moim głównym celem biznesowym, zapisanym
w kontrakcie, było dostarczenie tak zwanych synergii pofuzyjnych na
poziomie minimum 100 milionów euro oszczędności rocznie. Gdy
międzynarodowi konsultanci przynieśli mi do podpisu pierwsze plany
budżetowe, spojrzałam na te miliardowe tabelki i powiedziałam wprost do
zagranicznego audytora:
- Słuchaj, widzę te cyfry, ale nie mam zielonego pojęcia, co realnie
kryje się w tych poszczególnych pozycjach.
On spojrzał na mnie i odpowiedział chłodno:
- To twoje zadanie, żeby to sprawdzić, podpisać własnym nazwiskiem i dowieźć. Masz na to dwa lata.
Fuzja oznaczała piekło operacyjne. Łączyliśmy dwie potężne centrale:
krakowską i warszawską. Antagonizmy regionalne były gigantyczne. W nowo
powstałej strukturze mieliśmy nagle dwóch dyrektorów marketingu, dwóch
dyrektorów IT, dwóch dyrektorów ds. ryzyka - a zostać mógł tylko jeden.
Musiałam zaprojektować i przeprowadzić proces oceny kompetencji, który
pozwolił bezkrwawo wyłonić nową kadrę zarządzającą, a odrzuconych
zwolnić, wypłacając im potężne odprawy. Te odprawy musiałam osobiście,
po nocach, negocjować z kilkunastoma agresywnymi związkami zawodowymi. W ciągu zaledwie dwóch lat zrealizowałam cel: dostarczyłam właścicielom
obiecane 100 milionów euro synergii. Ceną było jednak zwolnienie aż 7
tysięcy pracowników. Równolegle, z uwagi na całkowitą cyfryzację
procesów, trzeba było zrekrutować i zatrudnić 3 tysiące nowych ludzi o kompletnie innych, cyfrowych kwalifikacjach. To był kolejny
rollercoaster. Podczas gdy pracowałam po dwadzieścia godzin dziennie,
wewnątrz struktur banku trwała permanentna wojna podjazdowa. Moi koledzy
z zarządu nieustannie kwestionowali moją pozycję. Przyszłam z nowoczesnego świata korporacji, by ciężko pracować i budować biznes -
oni z kolei uprawiali permanentną politykę, pilnowali swoich stołków i budowali lokalne autonomie. Ale byli tacy, którzy przyjeżdżając do
Polski, mieli misję uczyć i pomagać.
Najgorszy moment nastąpił, gdy na poziomie globalnym do gry wszedł
włoski gigant UniCredit, który był już właścicielem konkurencyjnego
Banku Pekao SA i przejął niemiecki bank, do którego należało nasze BPH.
Gdyby Pekao w całości wchłonęło BPH, powstałby gigant większy niż
państwowe PKO BP.
Stało się inaczej, Bank BPH został podzielony. Podział ten oznaczał
konieczność precyzyjnego rozdzielenia setek tysięcy klientów, oddziałów
i systemów, ale przede wszystkim - żywych ludzi. Musieliśmy podjąć
decyzję, który pracownik idzie do "małego", a który do "dużego" banku. W centrali wybuchła panika. Pamiętam posiedzenie zarządu, na którym
siedziałam jako jedyna kobieta, otoczona kilkunastoma krzyczącymi na
siebie facetami. Wszyscy przekrzykiwali się przez mikrofony (posiedzenia
były oficjalnie nagrywane i protokołowane przez sztab ludzi
przypominający posiedzenia Rady Ministrów). Każdy miał swój genialny
plan podziału. W pewnym momencie nie wytrzymałam. Wstałam i powiedziałam
do nich:
- Panowie, albo zrobicie ten podział po swojemu i utkniecie w tym
chaosie na kolejne dwa lata, albo zrobicie to dokładnie po mojemu i skończymy proces w trzy miesiące.
Mój plan zakładał twardy, administracyjny podział bez dawania ludziom
złudnego wyboru, który generowałby tylko procesowe piekło.
- Kaśka, to było najmądrzejsze i najbardziej genialne posunięcie, jakie
można było wtedy wykonać - przyznali mi po latach ci sami faceci, którzy
początkowo chcieli mnie zjeść.
Moja silna, bezkompromisowa pozycja w zarządzie budziła jednak
gigantyczną frustrację polskiego establishmentu bankowego. Pojawił się
patriarchalny mit: "Jak ta młoda laska, która nie ma pojęcia o klasycznej bankowości detalicznej i ryzyku kredytowym, może decydować o losach tysięcy bankierów?". Nie rozumieli, że ja wraz z moim zespołem
zarządzałam strukturą HR jak samodzielnym, potężnym biznesem.
Obrandowałam wszystkie nasze programy szkoleniowe, stworzyłam elitarną
Akademię Ambitnych (którą złośliwie w kuluarach nazywano AA),
wprowadziłam jako pierwsza w Polsce gigantyczny, zautomatyzowany system
SAP HR, likwidując tradycyjne, papierowe kadry. Wprowadziłam rewolucyjną
zasadę, że zwykły pracownik z placówki w Ciechanowie mógł dwa razy w roku sam, za pomocą wewnętrznego intranetu, zapisać się na dowolne,
drogie szkolenie kompetencyjne, całkowicie omijając widzimisię swojego
lokalnego dyrektora. Wybuchła wtedy potężna awantura - regionalni
szefowie krzyczeli, że odbieram im podstawowe narzędzia władzy i tresury
pracowników. Ja jednak wiedziałam, że buduję nowoczesną organizację.
Związkowcy nie dawali za wygraną. Gdy w ramach restrukturyzacji
zdecydowałam o wypowiedzeniu starego, postkomunistycznego układu
zbiorowego (który gwarantował absurdalne podwyżki automatyczne na
poziomie inflacja plus 2% niezależnie od wyników), związki zawodowe
rozpoczęły regularną wojnę totalną. Zaczęli masowo, seryjnie składać na
mnie donosy na policję, zarzucając mi rzekome łamanie praw pracowniczych
i związkowych. Chodziłam na przesłuchania na komendę policji tak
regularnie, że dyżurni znali mnie już osobiście z imienia i nazwiska. To
była mordercza gra psychologiczna.
Gdy fuzja z Pekao SA dobiegła końca, ówczesny prezes postanowił
ostatecznie pozbyć się mnie z nowej struktury.
Od szklanych wieżowców do świata mody - na własnych zasadach
Upadek z tak wysokiego konia, jakim jest stanowisko w ścisłym top
managemencie globalnej grupy finansowej, zatrudniającej 260 tysięcy
ludzi na całym świecie (gdzie należałam do elitarnego grona stu
najważniejszych menedżerów całej grupy), był doświadczeniem granicznym.
Przez długie miesiące uczyłam się na nowo oddychać bez telefonu
komórkowego, który wcześniej dzwonił co trzydzieści sekund.
Gdy wreszcie stanęłam na nogi, los postanowił rzucić mnie w realia
całkowicie odmienne - otrzymałam propozycję objęcia stanowiska prezesa
zarządu luksusowej marki modowej. Pomyślałam: "Dlaczego nie? Znam się na
zarządzaniu, znam się na strukturach, a świat mody potrzebuje twardej,
biznesowej ręki".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki