Rozdział III
Szkoła przetrwania
Piwnica pod Baranami otworzyła przede mną wiele drzwi. Najwcześniej – do studia radiowego. Po pierwszym kontakcie z mikrofonem w okolicznościach stricte estradowych, drugi raz zetknąłem się z nim w warunkach studyjnych, w Rozgłośni Krakowskiej Polskiego Radia. Mieściła się wtedy w Pałacu Tarnowskich przy ulicy Szlak, dokąd trafiłem towarzysząc Andrzejowi Skąpskiemu. On to przedstawił mnie redaktorowi Markowi Pacule.
Wcześniej widziałem go w akcji tylko raz, gdy podnosił piwnicznym widzom ciśnienie, wygłaszając równie nieprawomyślne, co przewrotne teksty w tandemie z Wiesławem Dymnym. Po jego śmierci rozluźnił kontakty z kabaretem. Rekomendacja Skąpskiego sprawiła, że Pacuła zaprosił mnie jako autora do swoich audycji. Propozycja padła tak nieoczekiwanie, że zanim zdążyłem się z nią oswoić, już wymyślałem i nagrywałem dźwiękowe żarty i skecze.
Marek Pacuła – na długo przed tym, gdy wolą zespołu Piwnicy został jej szefem po śmierci Piotra Skrzyneckiego – był w Krakowie człowiekiem instytucją. Znał dosłownie wszystkich, łącznie z cenzorami. Po części byli jego kolegami ze studiów. Posiadł szczególny dar przemycania na antenę radiową najbardziej karkołomnych tekstów w audycjach, których – czujnie – nigdy nie nazywał satyrycznymi. Określał je eufemistycznie i niezobowiązująco „Akademiami humoru”. Takie, po prostu, były czasy. Taki był i jest on sam. Niepowtarzalny.
Jedno ze słynnych pytań wygłaszanych przez Wiesława Dymnego: „Dlaczego z trzech stron mamy przyjaciół, a tylko z jednej morze?”, było zresztą autorstwa Marka Pacuły. O czym Dymny początkowo informował widzów, lecz po jakimś czasie dał sobie spokój.
35
Miło nawiązana radiowa współpraca szybko się skończyła, gdyż Marek wyjechał do Stanów Zjednoczonych w odwiedziny do matki. Zanim to jednak nastąpiło, poznałem jego młodszego brata, Andrzeja.
Nietuzinkowa osobowość Andrzeja Pacuły biła wprost w oczy. Znałem go dobrze z widzenia, bo – wzorem brata – studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Spotykaliśmy się na niektórych wykładach i ćwiczeniach, jakie grupa Andrzeja odbywała wraz z nami, teatrologami. Szczególnie dał się poznać na pierwszych zajęciach z wojska. Spał w ostatnim rzędzie, wygodnie rozłożony na pulpicie ławki, budząc się z rzadka tylko po to, aby sięgnąć po butelkę z mlekiem. Opróżniał ją z wolna, z widoczną satysfakcją, jeśli nie zapamiętaniem, łyskając białkami oczu i wierzchem dłoni ocierając wiechcie wąsów.
W tym samym plutonie studium wojskowego był też zresztą Włodzimierz Dulemba, poeta, późniejszy autor tekstów piwnicznych piosenek. On, przeciwnie, siedział w pierwszym rzędzie ławek.
Tymczasem na sali wykładowej szybko zapanowała atmosfera klubokawiarni. Oficer prowadzący zajęcia próbował opanować rozprzężenie, wyrywając niesubordynowanych studentów do odpowiedzi. Trudno pojąć, czemu upatrzył sobie Andrzeja, który akurat spokojnie sobie drzemał.
– Co to jest praworządność? – wykładowca wycelował gruby palec, niby lufę broni krótkiej, w rozmierzwioną czuprynę Pacuły.
Rozbudzony szturchnięciami łokcia przez kolegę Janusza Margańskiego – późniejszego autora książek o Witoldzie Gombrowiczu, a i scenarzysty filmowego – podniósł się Andrzej nadzwyczaj godnie. Zdziwionym spojrzeniem jasnoniebieskich oczu omiótł wojskowy mundur i najniewinniej w świecie zapytał:
– Praworządność? A gdzie? U nas, czy tak w ogóle?
Takim go poznałem po raz pierwszy. Natomiast wtedy, w krakowskiej rozgłośni radia, usłyszałem jego równie niestereotypowe teksty. Po czym ośmieliłem się zaproponować mu, żeby wieczorem przyszedł z nimi na piwniczny program. Warto było widzieć minę Piotra Skrzyneckiego, a i Warchała, że to nie Marek przedstawił im swego brata, lecz ja. Odtąd stanowiliśmy z Andrzejem zaczepno-obronny tandem satyryczny. On mnie zaczepiał, ja się broniłem. Z różnym skutkiem. Taka to już była satyryczna szkoła przetrwania.
Stworzyliśmy duet piwnicznych papużek nierozłączek. Był partnerem z gatunku wiecznych improwizatorów. Pamiętam turlających się ze śmiechu ludzi, gdy gdzieś na wyjeździe Andrzej Pacuła wyciągnął z kąta tablicę z napisem „Szkolenie partyjne”. Połą kapoty zasłonił „Szko”. Wystarczyło.
– To kim pan jest w tej Piwnicy? – pytał go kiedyś naczelnik wydziału paszportowego przed wyjazdem zespołu do Włoch.
36
– Satyrykiem.
– O! To niech mnie pan rozśmieszy.
I wtedy Andrzej poczuł, że jego wyjazd do Arezzo wisi na włosku.
– Nie załatwiłby mi pan tego paszportu tak od ręki? – zaproponował.
– Ha, ha, ha! – roześmiał się naczelnik, ale zaraz spoważniał. – Wyjeżdżał pan
już na Zachód? – Tak.
– Gdzie?
– Do NRD. – Ha, ha, ha!
Naczelnik pękał ze śmiechu. Paszportu w terminie jednak nie było. Andrzej z nami nie pojechał.
Była połowa lat osiemdziesiątych. Wspólnie z koleżanką ze studium scenariuszowego Ewą Nawój i jej mężem Janem Strękowskim wracaliśmy z wernisażu wystawy prac malarskich wyeksponowanych w galerii przy Uniwersytecie Warszawskim. Jedno z płócien było autorstwa Marii Nowakowskiej-Majcher, koleżanki z tego samego studium. Wystawiała autoportret z niepokojąco czerwonymi rękami, jakby unurzanymi we krwi. Motywem tej ekspozycji była bowiem czerwień. Współorganizatorem wernisażu był mąż Ewy. Postanowił wzbogacić go o satyryczny występ w moim wykonaniu. Naraził tym samym żonę na zafrasowanie, skądinąd niepotrzebne.
– Wybacz, Janusz, że się nie śmiałam z twoich dowcipów, ale wiesz, jaki ze mnie ponurak – zagadnęła mnie Ewa.
– Nie przejmuj się – pocieszałem ją. – Janek ma tak doskonałe poczucie humoru, że śmiał się za was dwoje.
Ewę zamurowało. Przystanęła. W jej wzroku zamigotały iskierki politowania.
– To niby Janek ma doskonałe poczucie humoru? – Nie kryła zdziwienia. – Przecież on się śmieje ze wszystkiego. To właśnie ja mam doskonałe poczucie humoru. Mnie byle co nie rozśmieszy.
Brawo, Ewa. Trudno jej nie przyznać racji. Z poczuciem humoru nie ma lekko.
Najłatwiej można się było o tym przekonać podczas organizowanych występów Piwnicy pod Baranami. Odbywały się i takie, obok normalnych imprez biletowanych. Po części cyklicznie, dla stałych, zaprzyjaźnionych odbiorców: prawników, filozofów, psychiatrów, przewodników, nauczycieli, dziennikarzy sportowych, uczestników rozmaitych kongresów. Pamiętam, że kiedyś pisałem coś niemal na kolanie, ze specjalnym przeznaczeniem na zjazd parazytologów. Przypadek sprawił, że spotkałem Piotra Skrzyneckiego, który wręczył mi
37
pozyskaną od nich ulotkę, życząc sobie na wieczór jakiegoś prześmiewczego tekstu.
Była to reklama elancobanu. Specyfik tępił pasożyty, a oprócz tego – jeśli sobie dobrze przypominam – poprawiał wydolność rozrodczą kur. Instrukcja jego użycia, z powtarzającymi się zwrotami: bezpieczny, skuteczny, dawała pewne pole do popisu wyobraźni. Nie miałem jednak pojęcia, czy parazytolodzy nie odbiorą tego jako kpin z ich jakże pożytecznej pracy.
Nie zgłaszali zastrzeżeń. Kiedy doszedłem do puenty:
gdy pasożytom dacie już radę to kurczę blade
trafią brojlery na olimpiadę,
a że zbliżała się właśnie ta pamiętna, w Moskwie, całą salę miałem po swojej stronie. Nawet Piotr Skrzynecki, na ogół nieskory do pochwał pod adresem ludzi, z którymi przeszedł na „ty”, wyraził swoją aprobatę.
Tak jednak wygląda sytuacja idealna, kiedy to podczas organizowanych występów najwyższy przełożony – w tym przypadku parazytologów – ma...
No, właśnie. Chciałoby się napisać: poczucie humoru, choć pióro stawia opór, bo nauki Ewy Nawój nie poszły w las. Wyrażę to inaczej.
Otóż dobrze się dzieje, jeśli capo di tutti capi uczestników kongresu schodzi do Piwnicy, żeby się po prostu odprężyć i pośmiać. Bywały jednak i takie grupy, których zwierzchnicy przychodzili jedynie po to, żeby trzymać pieczę nad personelem. Wtedy rzeczywiście mało kto odważał się wychylić ze śmiechem czy brawami, skoro sam szef nie wyrażał na to ochoty. Nie było wprawdzie ekscesów, ale i atmosfery. Oj, nikomu nie życzę takiej publiczności.
Asekuranctwo naczalstwa wynikało często z przesadnych obaw. Nie każdy przełożony czuł się na tyle mocno usadowiony w fotelu, aby podczas piwnicznych żartów ryzykować ujawnianie własnych emocji. Wyśmiewanie absurdów ówczesnej rzeczywistości gorliwy funkcjonariusz systemu łatwo mógł podciągnąć pod krytykę jedynie słusznego ustroju czy też – broń Panie
Boże – za podważanie obowiązujących sojuszy. Niektórzy szefowie na wszelki wypadek woleli nie dawać podwładnym pożywki do zbyt daleko idących spekulacji. Takie były zabawy, spory w one lata...
A i mnie pewnego razu – gdy po jakichś satyrycznych popisach schodziłem właśnie ze scenki – niespodziewanie przydarzyło się ujrzeć wśród widzów Lesława Bajera, szefa studium scenariuszowego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Jako podległy mu student pierwszego roku nie byłem pewny, jak się odniesie do moich estradowych poczynań.
Bajer znalazł się tam z grupą filmowców, którzy co roku zjeżdżali do Krakowa na Krajowy i Międzynarodowy Festiwal Filmów Krótkometrażowych. Weszło
38
w tradycję, że Piwnica pod Baranami dawała specjalne występy dla festiwalowych gości. Zawsze udane, z częstymi wybuchami śmiechu i brawami. Po nich zdarzały się rozmowy artystów i filmowców do bladego świtu.
Był akurat maj roku 1983, ledwie wyrastaliśmy z bojkotu telewizji, Piwnica zaczynała wracać do życia po przerwie spowodowanej stanem wojennym.
Ten to właśnie bezruch twórczy, zafundowany przez ówczesną ekipę
rządzącą, skłonił mnie do zdawania na studium scenariuszowe. Kabaret otwierał przede mną kolejne, tym razem filmowe drzwi.
Studia były zaoczne. Zajęcia odbywały się raz w miesiącu, podczas trzy- lub czterodniowych zgrupowań. I to nie w Łodzi, lecz w siedzibie Zespołów Filmowych w Warszawie przy ulicy Puławskiej. Profesor Bolesław Michałek, opiekun naszej (między innymi Marii Nowakowskiej-Majcher i mojej) grupy, jeszcze na pierwszym roku studium zarekomendował mnie do Zespołu X Andrzeja Wajdy, gdzie był kierownikiem literackim. Podjąłem się adaptacji powieści Kakadu Ryszarda Kłysia.
Napisałem scenariusz, złożyłem na ręce Bolesława Michałka i byłem już po
wstępnych rozmowach z reżyserem Andrzejem Kotkowskim, kiedy to Komitetowi Kinematografii przyszło do głowy rozwiązać niepokorny Zespół X, w którym powstawały tak niesłuszne filmy jak legendarne, oglądane na magnetowidach, bo nie w kinach, Przesłuchanie Ryszarda Bugajskiego. Ot, czasy. Za moją pracę, już po likwidacji X-a, dostałem jedynie pierwszą ratę. Dobre i to. Reszta okazała się milczeniem. Film nigdy nie powstał.
Przekonanie, że mój piwniczny występ obejrzany przez Lesława Bajera nie pozostanie bez skutku, przekuło się w pewność, gdy na kolejnym zgrupowaniu, kończącym pierwszy rok, wezwał mnie przed swoje oblicze. Czasy, jak wiadomo, były wtedy niełatwe.
– Widziałem pana występ w Piwnicy – oznajmił na wstępie. – Czy mówił pan teksty własnego autorstwa?
– Mo... moje – wydukałem.
– A, to gratuluję. Zgrabne. Pomyślałem sobie, że skoro ma pan smykałkę do zabawnych tekstów, to może by nas pan poratował.
Krótko mówiąc, postanowił mnie zarekomendować reżyserowi Feridunowi Erolowi, który przystępował latem do kręcenia telewizyjnego filmu Złe dobrego początki. Była to komedia według scenariusza Brunona Miecugowa. Popularnego krakowskiego dziennikarza i felietonisty, stałego – obok Tadeusza Kwiatkowskiego i Jacka Stwory – autora programów kabaretu Jama Michalika, a także ojca Grzegorza Miecugowa (współtwórcy i redaktora Faktów w TVN i nieodżałowanego prowadzącego Szkła Kontaktowego TVN24). W ten to nieoczekiwany sposób przypadło mi w udziale pisanie dialogów do filmu. Jednocześnie zostałem asystentem reżysera. Całe lato inspirującej pracy, ale i niezłej zabawy na planie filmowym w Skoczowie,
39
gdzie zdarzyło mi się nawet dublowanie w jednej ze scen głównego bohatera, którego zagrał Ryszard Dreger.
Wprawdzie autorstwo dialogów i asystenturę miałem zapisane w umowie, jednak na tak zwanej liście płac na filmowej taśmie moje personalia pojawiły się drobnym druczkiem jako współpraca reżyserska, obok nazwiska inspicjentki. Autorem dialogów okazał się wyłącznie reżyser. Na szczęście okazało się, że brak nazwiska na celuloidzie nie wyklucza
wypłacania tantiem z tytułu praw autorskich. Wtedy jednak o tym nie wiedziałem. Sprawa ewidentnie nadawała się do sądu, jednak machnąłem ręką. Z opinią pieniacza nikt by mnie już więcej przy filmie nie zatrudnił.
Zaskakujący przebieg miał też mój egzamin dyplomowy. Odpowiadając na pytanie jednego z członków komisji, wtrąciłem dowcip, przy którym całe gremium – poza Andrzejem Trzosem-Rastawieckim – wybuchnęło spontanicznym śmiechem. Zatkało mnie z wrażenia. W scenariuszach filmów hollywoodzkich jest to tak zwany punkt zwrotny. Im wcześniej się pojawia i częściej, tym lepiej. Byłem przekonany, że komu jak komu, ale im ten dowcip powinien być znany. Z prostego powodu: był mojego autorstwa i stanowił immanentną część bronionej przeze mnie pracy dyplomowej.
W nagłym olśnieniu zdałem sobie sprawę, że ów areopag nie zadał sobie trudu zapoznania się z tekstem mojego scenariusza. Oceniają stojącego przed nimi delikwenta na podstawie... No właśnie – czego? Uroku osobistego?
Dla pewności tak pokierowałem dalszą częścią mojej wypowiedzi, żeby zmieścić w niej kolejny mój dowcip. Reakcja była identyczna. Towarzystwo – z wyjątkiem Trzosa-Rastawieckiego – rechotało do rozpuku.
O poczuciu humoru wspomnianego reżysera nie będę się wypowiadać. Mnie jednak wcale do śmiechu nie było.
Plon wielomiesięcznego trudu takiego jak ja naiwniaka, przekonanego, że pisze właśnie dla nich, twórców rodzimego kina, wziął w łeb. Elementarna przyzwoitość, że o uczciwości nie wspomnę, nakazywałaby im ocenianą pracę znać. Skoro jednak jej nie przeczytali, to czego mogłem oczekiwać od pozostałej części rodzaju ludzkiego?
Elitarni reprezentanci polskiej kinematografii podkopali swoim śmiechem nadzieję świeżo upieczonego absolwenta, że jego scenariuszowe poczynania mogą jeszcze na tym filmowym targowisku próżności cokolwiek znaczyć. Sami o tym nie wiedząc, zdemaskowali się przede mną jako grupka obiboków, którzy pod szyldem łódzkiej szkoły stworzyli sobie przy Zespołach Filmowych w Warszawie ciepłą synekurę na czas produkcyjnych przestojów.
Jedyną osobą, o której wiem, że mój scenariusz poznała, był mój promotor Bolesław Michałek. Niestety, w czasie mej obrony nie było go w kraju. Na pocieszenie pozostał mi jego list:
40
Mój nieuleczalny optymizm sprawił, że mimo serii pierwszych niepowodzeń dałem się jeszcze kilkakrotnie wpuścić w pracę dla kina.
Lesław Bajer, który był też kierownikiem literackim zespołu Rondo Wojciecha Hasa, namówił mnie wkrótce na pisanie scenariusza serialu telewizyjnego Bracia Dalcz według powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Siedziałem nad tym dobrych kilka miesięcy. Kiedy skończyłem, okazało się, że serial nie wytrzymał kalkulacji budżetowej. Do produkcji nie doszło.
Zapewnienia kierownika literackiego zespołu, że za wykonaną robotę wypłacą mi przynajmniej pierwszą ratę, przerwała jego przedwczesna śmierć. Nikt już ze mną w tej sprawie żadnych rozmów nie podjął.
Naiwnie sądziłem, że nagrody zdobyte przeze mnie na festiwalach filmowych sprawią, iż reżyserzy zaczną się interesować moimi scenariuszami. Były to jednak czasy – w dużej części jest tak zresztą do tej pory – kiedy reżyserzy pisali sobie sami. Z reguły podpisywali się też pod dziełem scenarzysty, który – zwłaszcza wchodząc na rynek – musiał iść na ustępstwa. Nie podobało mi się to z założenia, więc szybko dałem sobie z filmem spokój.
Dużo później, kiedy po 1989 roku zająłem się na dobre krytyką teatralną, los skojarzył mnie z Maciejem Strzemboszem. Zlecił mi on pisanie dalszych odcinków Baru Atlantic – kontynuacji telewizyjnego serialu, który reżyserował Janusz Majewski. Napisałem trzy odcinki drugiej serii, z czego kapnął mi nawet jakiś grosz. Nie muszę chyba dodawać, że była to tylko pierwsza rata. Z kalkulacji speców wypadło, że wyniki badań oglądalności nowych odcinków nie rokują przedsięwzięciu stosownych zysków. Kolejny filmowy falstart przyśpieszył mą decyzję, że pozostanę przy znacznie pewniejszym – kryzys pokazał, że tylko do czasu – dziennikarstwie.
41
Za namową kolegi z teatrologii, reżysera Wojciecha Markiewicza, poprzerabiałem natomiast część moich scenariuszy na słuchowiska. O radiowym debiucie na falach eteru, który nosił tytuł Samobójca na gapę, Wojtek mnie powiadomił. Drugiego słuchowiska Remont nie udało mi się wysłuchać. Kiedy wezwali mnie do siedziby Polskiego Radia przy ulicy Woronicza w celu podpisania umowy, było już po emisji.
Nieco mnie to zdziwiło. Panie od umów oświadczyły, że nikt nie ma obowiązku powiadamiać autorów o antenowych premierach ich tekstów. Na prośbę o kasetę z nagraniem wymieniły sumę, jaką musiałbym za tę usługę zapłacić. Okazało się, że przekraczała moje honorarium. I to pomimo faktu, że – jak mi wcześniej oznajmiły – do niedawna stawki były po cztery sześćdziesiąt za minutę, a już od niedawna są po dziewięć dwadzieścia.
W końcu i mnie nie ominął tak zwany fart. Podzieliłem się tą pomyślną wieścią z Janem Majdrowiczem, prezesem Związku Polskich Autorów i Kompozytorów ZAKR, gdy tegoż dnia spotkałem się z nim w warszawskiej siedzibie stowarzyszenia, Domu pod Królami przy ulicy Hipotecznej. On się tylko uśmiał z mojej naiwności. Zgasił mój entuzjazm stwierdzeniem, że członkom ZAKR-u – a w ich poczet miałem zaszczyt się zaliczać – przysługuje w radio dwadzieścia sześć złotych za minutę.
Miałem już za sobą trzecie (trzyczęściowe) słuchowisko Nie bądź dzieckiem, kiedy to przy okazji podpisywania umowy zdecydowałem się napomknąć o wyższych stawkach dla członków ZAKR-u. Musiało to wywrzeć niemałe wrażenie, skoro pozostałe moje teksty okazały się nagle zupełnie nieradiowe. Wojtek Markiewicz wyrażał wprawdzie zamiar ich wyreżyserowania, jednak o przyjęciu lub odrzuceniu materiału literackiego decydowały wspomniane damy. Notabene ich nazwiska, jako autorek rozmaitych słuchowisk i audycji, na falach eteru pojawiały się nader często.
Dopiero kiedy szefem Teatru Polskiego Radia został Krzysztof Zaleski, który osobiście namawiał mnie do pisania słuchowisk, trafiłem doń z wyciągniętymi z szuflady tekstami. Wcześniej odrzucone, triumfalnie weszły na antenę. Wojciech Markiewicz wyreżyserował Miejsce, Jan Warenycia – Kapelusik z miotełką.
Niestety, Krzysztof Zaleski przedwcześnie odszedł z tego świata. Mój flirt z radiem jednak trwa, dzięki nowemu szefowi Teatru Polskiego Radia Januszowi Kukule, który doprowadził do kontynuacji mego „tryptyku góralskiego”. Poza Kapelusikiem... składały się nań jeszcze dalsze części: Na co poetce drut kolczasty? i Głuchy telefon, wyreżyserowane także przez Jana Warenycię, a Koniec kursu, który doczekał się nawet powtórzenia w radiowej Czwórce – Waldemar Modestowicz.
Skąd ZAKR w moim życiu? Za moich kabaretowych początków trafiłem pewnego razu w Piwnicy na biesiadkę wydawaną przez Andrzeja Warchała. Czcił właśnie sukces – przyjęli go do ZAKR-u. Pomny polecenia, aby się go zawsze
42
trzymać, pobiegłem wkrótce na krakowską Pocztę Główną. Przewertowałem książkę telefoniczną abonentów Warszawy i spisałem adres stowarzyszenia. Tam też przesyłką poleconą wysłałem próbki mych tekstów. Po stosownym czasie dostałem odpowiedź. Przyjęli i mnie. Podobnie jak Warchała, do sekcji literackiej, bo jest też kompozytorska. Nie widziałem powodu, żeby taić to przed Andrzejem. Kiedy usłyszał, dosłownie skamieniał. Po czym wycedził:
– Nie gniewaj się, stary, ale dziadowska instytucja, skoro cię przyjęli! Dziadowska.
Dziadowska instytucja okazała się wkrótce wielce użyteczna. Szczególnie po ogłoszeniu stanu wojennego, kiedy to pod skrzydła ZAKR-u trafili ci członkowie Związku Literatów Polskich, którzy swymi nazwiskami nie zamierzali firmować komisarycznych porządków i nowych, odgórnie narzuconych władz stowarzyszenia. Członkostwo w związku twórczym uprawniało wtedy do pobierania kartek na mięso i inne reglamentowane artykuły. Numer legitymacji ZAKR-u wpisywany do umowy – gdy trafiło mi się wystąpić poza Piwnicą – upoważniał do wyższych, należnych profesjonalistom stawek.
O ile mi wiadomo, w Piwnicy podobne przywileje nie obowiązywały. Wpływy, w imię demokracji, dzielone były po równo. Obojętne: Konieczny, Grechuta, Warchał czy Kowalczyk.
Nie zawsze przekładało się to na jakość występów. Bywało, że przyszło dwudziestu wykonawców, dynamicznie prowadzony program mienił się wszelkimi możliwymi kolorami, a widzowie nie chcieli ich wypuścić ze sceny. Kiedy indziej znowu zeszło się ledwie pięciu, sześciu artystów, przez co siłą rzeczy atrakcyjność propozycji była znacznie mniejsza, acz wynagrodzenie – po podziale na zaledwie kilka części – proporcjonalnie
większe. Utrzymanie się wyłącznie z występów w Piwnicy nie było jednak możliwe. Wypłacanych nam co kwartał pieniędzy starczało na żyletki, krem, wodę po goleniu i niewiele więcej.