Rozdział 2. Opole
Piątek, 2 września 2022 (rano)
Bezdomni są dla nas jak muchy. Tak ich traktujemy. Nie zastanawiamy się nad tym, skąd się biorą, po co istnieją. No tak, coś tam wiemy, ale zazwyczaj ignorujemy cel ich istnienia i traktujemy bezdomnych tak samo, jak powyższe owady, ich obecność dostrzegamy, dopiero gdy stają się natrętni. Tak, jak muchy. Gówno robią. Gówno ich wszystko obchodzi. Gówno... w to się wpakowali w wyniku różnych życiowych sytuacji. Jedni z własnej winy, inni przez nieszczęśliwy los. Hazard, alkohol, problemy z prawem, pętle zadłużenia zacieśniające się na szyi. Genezy bezdomności są różne, ale w dłuższej perspektywie los ten sam. Porzucony jak bezpański pies, takie jest życie bezdomnych, których określa się też żulami.
Czy żul ma swoją definicję? Menel? Żebrak? Luj? Łajza i kloszard? Włóczęga? Tyle określeń na kogoś, kogo tak bardzo ignorujemy. Ale po co? Na muchę mówimy "mucha" i wystarczy.
Według statystyk, w 2019 roku w Polsce bytowało około 30 tysięcy bezdomnych. Mnóstwo much, które często nie chcą pomocy. Dlaczego? Bo może życie przyzwyczaiło ich do tego, że muszą radzić sobie sami. Nie chcą pomocy od państwa, od rodziny, ale nie pogardzą dodatkową złotówką na wino od obcego. Bo to wino ich nie osądza. Daje wytchnienie. Przez tę chwilę, podczas picia, alkohol staje się ich przyjacielem. Świat zadał im rany, ludzie zadawali im pytania, a wszelakie wino po prostu o nic ich nie... wini. Winny napój, a człowiek niewinny.
Jak stać się bezdomnym? Czy można zostać nim z wyboru? Czy istnieje powód, który usprawiedliwia bycie bezdomnym? Każdy ma swoje.
A dlaczego Tymon Dantej dołączył do tych "much"? Bo uznał to za wyjście, które da mu trochę spokoju? Bo wydawało mu się to adekwatną karą? Trzymał się swojej wersji. Gdy ktoś zapytał go o powód bezdomności, to odpowiadał, że wdepnął w małżeństwo ze znaną pisarką i nie umiał tego związku zdrapać z buta. Dodawał też, że smród miłości stał się w pewnym momencie nie do zniesienia. Tak się czuł, gdy do głosu dochodziły emocje. Było mu niedobrze w życiu i musiał coś z siebie wyrzucić, aby odetchnąć. Coś zmienić. Mimo to śnił teraz o domu, Weronice, suchym łóżku i pełnej lodówce.
Przebudził się. Otworzył oczy i przez dłuższy moment wpatrywał się w pomarańczowy materiał namiotu, w którym spał. W wielu miejscach był dziurawy. Trząsł się na wietrze, ale był to jakiś dach nad głową.
- Wstać? Nie wstać? - zastanawiał się niczym niepopędzany. Poczuł suchość w ustach i jednocześnie wiedział, że nieprędko ją zaspokoi. Rozumiał, że czeka go wycieczka do centrum handlowego i napełnienie plastikowej butelki wodą w tamtejszej toalecie. Może Solaris. Może Karolinka. Choćby Opolanin. Był wybór, ale najpierw ową butelkę musi znaleźć. Potem musi być sprytny i sprawny. Wejść i wyjść bez zwracania uwagi jakiegoś ochroniarza.
- Może na parterze będzie dziś Tomasz, on przymyka oko, o ile szybko napełnimy butelkę w łazience i wychodzimy bez zaczepiania ludzi... - pomyślał Tymon i nagle poczuł, że ktoś złapał go za stopę. Siłą został wyciągnięty z namiotu i wywleczony na trawę. Zdezorientowany rozejrzał się dookoła. - Inny żul walczy o terytorium? Chcą mi ukraść namiot! - uznał. - Ale przecież miało być bezpiecznie - dodał, myśląc o tym, że wały przy Nysy Łużyckiej w Opolu to dobra lokacja na nocleg. Nie miał jednak walczyć o terytorium z innym bezdomnym. Okazało się, że z namiotu wywlekło go dwóch nastolatków o mózgach dzieciaków, a sile dorosłych. Najgorsze połączenie.
Tymon pogładził się po długiej do klatki piersiowej brodzie. Nie mógł się do niej przyzwyczaić i miał momenty, gdy sądził, że sobie ją po prostu wyrwie. Tak jak rozczochrane włosy na głowie.
- Luju, kurwa, zwijaj się stąd. Nie będziesz nam tu śmierdział - powiedział niższy z nastolatków. Dantej ocenił ich na jakieś 15 lat. Aparaty na zębach, niezrozumiałe fryzury rodem z filmów Disneya oraz ubrania w stylu, który jeszcze kilka lat temu był obciachem, a teraz jest modą. To wszystko było dla Tymona denerwujące, ale dałby radę to przeboleć, sięgając pamięcią do swoich młodych lat, gdy to starsi nie rozumieli tego, jak się ubierał.
Nigdy jednak nie sądził, że teraz będzie ubierał się w to, co znajdzie na śmietniku czy dostanie z Caritasu. Komponowało się to z długą brodą, zaniedbanymi rozczochranymi włosami. Typowy żul, schodzona bluza, płaszcz jak u kloszarda i dziurawe skarpety, na które nie zdążył włożyć wypchanych gazetą adidasów. Gówniarze od razu uznali go za podczłowieka, którym można pomiatać. Chciał to załatwić pokojowo, choć wzbierał w nim gniew na całe to pokolenie, które zdaje się mieć w życiu znacznie łatwiej niż on za młodu.
- Chłopaki, ja tu nikomu nie wadzę, ja tylko... - tłumaczył się Dantej, próbując załagodzić sytuację.
- W dupie mieszkasz. Tam jest miejsce gówna - odparł niższy z nastolatków. Drugi trzymał na smyczy białego amstafa, który tylko czekał na znak od swojego pana. Bez kagańca, bez hamulców. Wystarczy hasło, a rzuci się na bezdomnego Tymona jak na jakąś zabawkę. Zagryzie go i nikt po nim nie zapłacze. Gdyby się bronił, to drugi zezna policji, że żul ich napadł, jak spacerowali z pieskiem. Nie, tego Dantej nie chciał ryzykować. Może i obroniłby się przed nastolatkami, ale od dziecka nie lubił psów i ogarniał go strach, gdy tylko jakiś na niego zawarczał lub choćby krzywo spojrzał. Zresztą wierzył, że ma ku temu powód.
A powodu do nękania go z kolei nie miała ta dwójka nastolatków rodem z "High School Musical". Tego powodu jednak mieć nie muszą, wystarczy, że mają ochotę. Pokaz władzy nad bezdomnym, który nie może się obronić. Trzech na jednego.
- Proszę... Ja nie przeszkadzam, chcę tylko mój dom zabrać i... - Tymon zbliżył się do namiotu, ale cofnął się, gdy amstaf zawarczał. Zamarł więc w bezruchu.
- Brutus, nie ruszaj śmierdziela, póki nie trzeba. Może nieszczepiony - uznał nastolatek. Do rozmowy włączył się jego kolega.
- Dom? Nie masz, luju, domu. Ty parchu dzbanowaty - powiedział, a drugi nakazał swojemu psu atak na namiot. Amstaf z przyjemnością rozszarpał go na oczach Tymona. Oczywiście nastolatki nagrały wszystko smartfonem. - I żebyś tu więcej nie spał. Spaceruję tutaj z psem i masz wypierdalać gdzieś indziej. Jasne? - oznajmił władczo dzieciak i przybił piątkę z kumplem, a pupila pogłaskał za uchem. Byli z siebie dumni i zapowiedzieli, że wrócą tu następnego dnia i wtedy Brutus zagryzie Tymona, a nie jego namiot, który teraz był już tylko kawałkiem poszarpanej szmaty i połamanymi kijami.
Mężczyzna padł na kolana, nawet nie patrząc, czy para nastolatków z psem już zniknęła. Może byli koszmarem? Nie. To się dzieje naprawdę.
- Skąd w tych dzieciakach tyle agresji? Ja pierdolę. Dobrobyt im w głowie przewrócił. Albo to kolejni patostreamerzy... Gnojki. Pryszczate gnojki. - Przemyślenia płynęły przez głowę Tymona niczym pobliska rzeka, Odra. Gdyby rzucił się teraz w jej nurt, byłby bezbronny, tak jak przed chwilą. Byłby skazany na to, co zrobi z nim prąd rzeki. Porwie. Zatopi. Odprawi w zapomnienie. Jedną "muchę" mniej.
Podszedł do rozszarpanego namiotu. Nie żeby wcześniej był w jakimś świetnym stanie, ale dałby radę jeszcze kilka nocy. Rozumiał, że nie da się go uratować. Wygrzebał stare, rozłażące się buty oraz wygniecioną plastikową butelkę i ruszył w kierunku mostu na ulicy Nysy Łużyckiej. Resztki namiotu zostawił, wiedząc, że tej nocy musi znaleźć inne schronienie. Powrót do domu nie wchodził w grę, mimo że nie wiedział, jak długo jeszcze da radę tak egzystować. Może kilka łyków wina pozwoli mu odzyskać wiarę we własne siły?
- Nie, nie chcę... Ale, kurwa, może muszę! - krzyknął w myślach sam do siebie, gdy wdrapał się na wał przy moście. Spojrzał w niebo. Nie zapowiadało się na deszcz, ale i słońce chyba dziś nie pogrzeje. Typowy początek września. Pomyślał o dzieciakach, które go napadły. - Bachory wkurzone na powrót do szkoły.
Znów musiał poświęcić chwilę, aby zmusić umysł do zapomnienia o tej sytuacji. Udało się i szedł teraz ulicą, nie myśląc o niczym ważnym. Tuż przed skrzyżowaniem, po minięciu wieżowca należącego do ZUS-u, przy ulicy Wrocławskiej, na Tymona patrzył z plakatu wielki aktor. Wielki zarówno jako artysta, jak i sama forma dosłowna. Mężczyzna o imieniu Cezary widniał bowiem na wielkim bilbordzie zawieszonym na pobliskim bloku mieszkalnym. Reklamował łazienki dla bogatych, a Tymon stwierdził, że bardzo tęskni nawet za taką dla biednych. Kiedyś ktoś nawet powiedział, że Dantej, oczywiście za czasów świetności, był podobny do tegoż aktora zarówno w wersji komicznej, jak i dramatycznej. Teraz były pisarz musiał jednak grać we własnej, jednoosobowej sztuce, która ewidentnie była dramatem. Gapiąc się tak na aktora, mógłby przysiąc, że ten krzywi się na jego widok. Na jego smród.
- Ty? Podobny do mnie? Weź nie rób jaj - powiedział aktor z plakatu i zatkał nos.
- Ty nigdy nie umiałeś robić jaj. Twoje komedie są słabe - skłamał Tymon.
- Poszedł stąd. Bo jakiegoś killera na ciebie naślę, pierdoło! - oznajmiła wielka głowa aktora z plakatu. Tymon pokazał mu środkowy palec, a potem przetarł oczy. Aktor na plakacie uśmiechał się serdecznie i był zwykłym zdjęciem, choć zajmowało tyle, co mural Mroza przy Solarisie.
- Debilu, to tylko reklama - uznał Dantej i ruszył dalej, gdy światło na przejściu zmieniło się na kolor zielony.
Ruch był spory, nie ma co kusić losu i pchać się na czerwone. Albo go auto potrąci, a kierowca bardziej przejmie się zadrapaniem na masce niż ofiarą potrącenia, albo doczepi się policja i dostanie mandat, którego nigdy nie zapłaci, no bo z czego. Poza tym, czy bezdomnym gdzieś się śpieszy?
- Nawet do grobu mi się nie śpieszy - pomyślał.
Wnioskując po sporej ilości dzieciaków na ulicach, uznał, że jest godzina 8, może 9. Wrzesień to szkoła, praca i tak dalej. Każdy gdzieś się śpieszy, a Dantej uznał, że dziś jego nadrzędną misją jest napełnienie półlitrowej butelki z wodą. Potem pomyśli co dalej.
Uznał, że nie ma co się pchać do pełnego dzieciaków autobusu MZK i wolał iść pieszo ulicą Niemodlińską przez Jana Kazimierza. Zamiast udać się do Solarisa, wyruszył na ulicę Koszyka, aby tam wejść do jednego z pasaży i zdobyć wodę. Może skorzysta też z toalety i ukradnie trochę papieru toaletowego.
Po drodze zatrzymał się na siku w pobliskich krzakach za przystankiem na Jana Kazimierza i naraził się na oburzone spojrzenie starszej pani, która czekała na autobus. Mimowolnie naszła go pewna myśl:
- Oczywiście rano te starowinki muszą jechać na drugi koniec miasta. Do przychodni na ploteczki. Do galerii czy innej Karolinki na oglądanie, bo potem i tak wrócą się obkupić na targowichu pod ITAKĄ, na swoim ukochanym Cytrusku. - Po skorzystaniu z krzaka pokazał babci język, a ta popukała się w czoło. - No, już tylko takie pukanie cię czeka, starucho - pomyślał Dantej, ale powstrzymał się od dalszego marudzenia. Wiedział, że wyszedł z niego cham i zaczynał przejmować władzę.
Tymon dotarł do małego centrum handlowego przy ulicy Koszyka i znalazł w środku toaletę. Wcześniej wyjął plastikową butelkę z kosza, aby mieć co napełnić wodą. Miał już dwie, zatem, jeśli dobrze pójdzie, zdobędzie litr wody. Później zajmie się przejrzeniem jakichś śmietników lub żebraniem o pieniądze na bułkę. Może pójdzie wskazywać na parkingu wolne miejsca, a kierowca da mu kilka złotych na odczepnego, żeby nie porysował mu auta?
- Ambitne plany, panie żulu. Długo tak jeszcze pociągniesz? - zapytał sam siebie. Wiele razy myślał, czy się nie poddać. Sam zdecydował się na bezdomność, ale czy tak prosto mógłby z niej zrezygnować? Jego położenie było trudne, lecz kolejna porażka tylko by go dobiła.
Dyskretnie dostał się do publicznej toalety i rzucił się na kran. Gdy łapczywie wypijał wodę, zaczepił go podstarzały ochroniarz, który właśnie wychodził z jednej z kabin.
- Panie, napełnij pan butelkę i idź stąd, bo mój kolega to narwany jest. A i ja po dupie dostanę, jak szefy zobaczą na kamerach, że się pan krzątasz, a ja nic nie robię - szepnął konspiracyjnie wąsacz. Tymonowi skojarzył się trochę wizualnie z Lechem Wałęsą, miał jego manierę mówienia. Dantej docenił jednak fakt, że uwaga została mu zwrócona delikatnie, a nie z chamskim poczuciem władzy, jakie prawie miał każdy, gdy przemawiali do bezdomnych. Małe rzeczy, z których wyrzutki muszą się cieszyć. Tak już jest, że muszą żebrać o drobne radości. Bo życie nie daje im dużo, a czasem odbiera wszystko. Teraz też trzeba poszukać jakiegoś celu.
- Może pojechać MZK na Dworzec Główny? Albo powkurzać staruszki w Karolince? Albo iść połazić na Bolko i znaleźć jakieś butelki czy puszki po piwie do sprzedania? Może śmietniki obok McDonalda kryją jakieś smakołyki? Wrocławska czy Malinka, który lokal wybrać? - zastanawiał się Tymon, gdy nagle zaczepił go inny bezdomny. Położył Dantejowi dłoń na ramieniu i odezwał się chrypliwie:
- Panie kierowniku, sprawa jest.