Poczekalnia wieku
W pewnej przypowieści uczeń pyta swojego mistrza: "Mistrzu, jak długo
trzeba czekać na zmiany?". Na co ten odpowiada: "Jeśli chcesz czekać, to
długo".
Czy wiek może być hamulcem działania?
Czy hasło "poczekaj, dorośnij" jest pułapką, czy raczej bezpiecznym
przystankiem? Albo czy sformułowanie "w tym wieku to już nie" faktycznie
jest przejawem troski?
- Ty, dziecko, jesteś jeszcze za młoda, żeby zakładać swoją firmę. Naucz
się najpierw u kogoś, a potem próbuj - usłyszałam podczas rodzinnego
obiadu, kiedy miałam trzydzieści parę lat. Tego samego roku
wystartowałam z biznesem, bo czułam, że to mój moment.
Jestem po pięćdziesiątce, mam za sobą dwa lata walki o pełną sprawność
po operacji kolana. Przez cały ten czas marzyłam, żeby wrócić do jazdy
na łyżworolkach. To moja pasja od ponad trzydziestu lat. Kolega, któremu
już nic się nie chce, bo "swoje w życiu zrobił", tak skomentował moją
radość, że znowu robię trasy: "Ale że ty jeszcze w tym wieku jeździsz na
łyżworolkach, to się dziwię. Sama sobie kłopotów narobisz, zobaczysz!".
Któregoś dnia jechałam na tych moich rolkach - na które nie jestem za
stara - i przypomniał mi się ten kolega i inne rozmowy w kategorii "w tym wieku to już nie...". Nazwałam to "poczekalnią wieku". To takie
miejsce dla za młodych i za starych. Taka zamrażarka życia.
Uwielbiam podróżować po Afryce. Za kierownicą terenowych aut, z namiotem
na dachu, przejechałam wiele tysięcy kilometrów. Od jednego oceanu do
drugiego, przez wszystkie kraje poniżej równika.
Możliwość i przywilej spotykania plemion, które żyją zgodnie z rytmem
natury i bez cywilizacyjnych naleciałości, wiele mnie nauczyły. Zdarzało
się, że zatrzymywaliśmy się u misjonarzy, co było świetną okazją do
porozmawiania o lokalnych zwyczajach, wierzeniach i kulturze.
Pamiętam jedną z takich rozmów. Polski misjonarz tłumaczył, że
mieszkańcy jego wioski używają dwóch różnych słów dla określenia czasu.
Pierwszym z nich jest sasha, które oznacza czas teraźniejszy i najbliższą przyszłość, tak do około roku. Drugie słowo to zamani,
oznaczające czas przeszły, a także dalszą przyszłość, czyli "to, czego
już nie ma" albo "to, czego jeszcze nie ma".
W tym miejscu wracam pamięcią do innej wyprawy, nad jezioro Turkana na
północy Kenii. To ponoć kolebka ludzkości. Według badań antropologów
stamtąd pochodzimy. Turkana jest słonym jeziorem tektonicznym położonym
w miejscu, które raczej wypadałoby nazwać końcem niż początkiem świata.
Otoczone kamienną pustynią, na której panują ekstremalnie trudne warunki
do życia, wydaje się miejscem bezludnym, ale spotkałam tam pojedynczych
mieszkańców. Podróżowałam wtedy z rdzennym Tanzańczykiem i dzięki jego
znajomości suahili i kilku dialektów mogłam dowiedzieć się o tym miejscu
więcej. Pamiętam rozmowę z pewnym mężczyzną, który był czarownikiem i strażnikiem jednej z tamtejszych wiosek. Zapytałam, czy długo czekają
tam na deszcz. Odpowiedział, że nie czekają, bo tak rzadko pada, że nie
warto. "Tu nie ma pór roku, słońce wschodzi i zachodzi zawsze o tej
samej porze, tu się na nic nie czeka. Tutaj się nie czeka na życie, tu
się je przeżywa".
Afryka nauczyła mnie pokory, braku oczekiwań wobec świata i szacunku do
tego, co mam tu i teraz. Bez żalu za tym, co utraciłam, bez tęsknoty i pogoni za tym, czego nie mam.
Tamten świat, w którym kobiety w moim wieku statystycznie już nie żyją,
w którym rodzi się dużo dzieci, ale również wiele umiera, docenianie
momentu między "było" a "będzie" ma wagę, ma znaczenie, pozwala tym
ludziom żyć.
To odejście od tradycyjnego, liniowego rozumienia czasu pozwala na
zupełnie inną perspektywę, na przeżywanie życia wtedy, kiedy ono trwa,
czyli teraz.
W kulturze zachodniej tworzymy z czasu, a więc także z wieku, takie
właśnie "poczekalnie". Nadajemy sobie i innym etykiety, a na nich
zapisujemy terminy przydatności. Jesteśmy za młodzi albo za starzy. Na
coś jest za wcześnie albo za późno.
Niejednokrotnie słyszymy, że ktoś jest za młody na zakładanie rodziny,
choć bardzo już tego pragnie. Że za młody, żeby tak się poświęcać pracy,
bo trzeba się wyszaleć. A w pracy? Za młoda na szefową. Za młody, żeby
samodzielnie prowadzić projekt. Za młoda, żeby odzywać się na zebraniu
przy prezesie. "Poczekaj, młody człowieku, a zobaczysz, że kiedyś (tutaj
bliżej nieokreślony czas) nadejdzie właściwa chwila". A jeśli ta chwila
nie nadejdzie?
Jest też drugi biegun życia. Poczekalnia dla za starych. Słyszeliście o niej na pewno.
"W twoim wieku już się nie zmienia zawodu. Dotrwaj do emerytury w tym,
co umiesz".
"Tatuaż? Przecież ty masz wnuki!"
"Nie pchaj się do tej pracy, daj miejsce młodym".
"W twoim wieku już tak się człowiek nie nosi".
"Podróże i podróże. Już się najeździłaś, teraz posiedź w domu i wnukami
się zajmij".
Ta blokada wieku jest czasami tak silna, że czekając - właściwie nie
wiadomo na co - tak naprawdę się cofamy. A przecież życie nie zatrzymuje
się razem z nami. Ono wciąż biegnie.
Pamiętam rozmowę ze świetną kobietą. Miała wtedy jakieś sześćdziesiąt
pięć lat. Zapytałam ją, na ile lat się czuje. Odpowiedziała, że na co
najmniej piętnaście mniej. Spytałam dlaczego.
- Bo ja całe życie musiałam być perfekcyjna i żyć dla kogoś. Najpierw
musiałam być idealną córką i uczennicą, później - nienaganną żoną, panią
domu i matką. A teraz w końcu jestem dla siebie! Właśnie ten wiek, który
teraz mam, mi pasuje. Dopiero teraz czuję, że żyję!
Czy ten moment między "wczoraj" a "jutro", między "było" a "będzie",
między "przed chwilą" a "za chwilę" nie jest najważniejszy?
Wyjdź z poczekalni i idź tam, gdzie chcesz.
Im dłużej będziesz czekać na życie, tym krócej będziesz żyć.
A sasha jest także słowem, które oznacza "życie".
Ósmy dzień tygodnia
Dawno temu ludzie ustalili, że tydzień ma siedem dni. Niektóre z nich
lubimy bardziej, inne mniej. Na temat poniedziałków powstał nawet film,
ale już o wtorku nie. Natomiast kochamy weekendy! To w sumie jeden długi
dzień, który zaczyna się w piątek po południu i kończy w poniedziałek
rano.
Pamiętam czasy, kiedy w soboty chodziło się do szkoły, a w niedziele na
poranną mszę. Tym sposobem system edukacji, tradycja i rodzice odebrali
mi w dzieciństwie leniwe weekendowe poranki. Wtedy narodziło się we mnie
marzenie o ósmym dniu tygodnia.
Wyobrażałam sobie, że ósmego dnia przede wszystkim się wyśpię i odpocznę. Poza tym przeczytam zaległe książki i spotkam się z koleżankami, z którymi nie miałam czasu się zobaczyć w tygodniu. Że coś
namaluję i że generalnie pojawi się dzień, w którym będę robić wszystko
to, co jest najfajniejsze i najciekawsze.
W kalendarzu faktycznie tego dnia nie ma, ale gdy obserwuję niektórych
ludzi, mam wrażenie, że oni wierzą w jego istnienie. Nazywają go
"kiedyś". To taki ulubiony termin, który pojawia się w sformułowaniach
typu: "Kiedyś i ja polecę do Grecji". Kolejna nazwa nieistniejącego
ósmego dnia tygodnia zaczyna się od czegoś, co brzmi "ajak". Mowa tu o:
"A jak skończę ten projekt, to..." albo: "A jak schudnę, to...".
Najczęstszym "ajakiem" jest: "A jak znajdę czas". To taki popularny
zwrot, oznaczający termin, na który się umawiamy z kimś, z kim wiemy, że
się nie spotkamy, bo zwyczajnie nie chcemy. Bardzo często jednak na ten
sam nieokreślony termin "a jak znajdę czas" umawiamy się wewnętrznie ze
sobą - na coś miłego i dobrego dla siebie.
Jest też "na zaś", które również mogłoby spokojnie znaleźć się w kalendarzu, bo w sumie oznacza to samo, co "na potem". Tyle tylko, że
dość często "na potem" zmienia się w "za późno", bo na przykład odłożone
"na zaś" ciasto się popsuło. Tak też bywa z marzeniami. Jeśli odłożymy
je za bardzo "na zaś", to okaże się, że uległy przeterminowaniu.
Jak widać, jest mnóstwo dowodów tego, że ósmy dzień tygodnia niby
istnieje. To strych, na który odkładamy różne rzeczy. Ósmy dzień
tygodnia jest naszą ulubioną czasoprzestrzenią, która nie ma końca, ale
też nigdy naprawdę się nie zaczyna. Jest miejscem, do którego wrzucamy
nasze marzenia, plany i rozwój. To sejf, w którym trzymamy żelazną
rezerwę wolnego czasu.
Pamiętam taką historię. To były początki mojej pracy na swoim. Miałam
klienta. Starszy pan, prawnik. Przygotowywałam dla niego dokumentację w związku z pewną transakcją i zdarzało mi się wysyłać e-maile z informacjami o postępach prac o drugiej w nocy albo nad ranem. To trwało
kilka dni. Kiedy się spotkaliśmy, powiedział: "Nie może pani tak ciężko
pracować, to panią wykończy". Ja mu na to, że mam taki plan, że jeszcze
pięć lat, a potem to już będę robić tylko to, na co będę miała ochotę.
On aż usiadł. Zupełnie jak ojciec, z powagą mędrca powiedział: "Nie
wolno odkładać życia na za pięć lat, bo nikt nie dał pani gwarancji, że
ten czas w ogóle będzie".
Te słowa zostały ze mną do dziś. Późniejsze podróże do Afryki oraz
stoickie podejście do życia zrobiły swoje. Dziś wiem, że odkładanie
życia na później nie ma żadnego sensu.
Nie musiałam żyć pół wieku, żeby odkryć, że ósmy dzień tygodnia nigdy
nie nadejdzie.
Architekci dobrego życia
"Panie doktorze, gdybym wiedziała, że będę tak długo żyła, to bym się
lepiej do tej starości przygotowała" - powiedziała pewna starsza pani w gabinecie lekarskim.
Długie życie może zdarzyć się każdemu, a zwłaszcza tym, którzy je dobrze
zaplanują. W każde kolejne urodziny życzymy sobie stu lat, ale czy
zastanawiamy się nad tym, jak będzie wyglądało nasze życie, gdy dystans
do tych stu lat wprzód będzie mniejszy niż do czterdziestu wstecz?
Posługując się pewnym uproszczeniem, ale jednocześnie dotykając sedna
sprawy - na emeryturę wnosimy trzy rodzaje zasobów: relacje, zdrowie i pieniądze. Nieprzypadkowo wymieniłam je w takiej właśnie kolejności. Jak
pokazują analizy tak zwanych niebieskich stref - czyli tych miejsc na
świecie, w których ludzie żyją najdłużej - najważniejszą zmienną
długiego życia są relacje społeczne. Silne i dobre więzi międzyludzkie,
aktywność zawodowa i społeczna, świadomość bycia potrzebnym. To wszystko
wpływa na zdrowie, siłę i poczucie szczęścia.
Zacznę od relacji i aktywności społecznej, skoro są tak istotne.
Powszechnie wiadomo, że z wiekiem coraz trudniej o nowe przyjaźnie,
natomiast te sprzed lat bywają trudne do pielęgnowania. Wraz z przybywaniem kolejnych lat, ubywa nam jednocześnie elastyczności.
Radykalizują się poglądy, dzieli polityka lub różnica zdań w kwestii
codzienności. Myślimy o sobie, że na starość jesteśmy mniej atrakcyjni
towarzysko, bo czujemy zmęczenie i brak motywacji, a to z kolei
najczęściej powoduje, że stopniowo coraz bardziej stronimy od ludzi.
Dochodzi do wycofania, które w konsekwencji może doprowadzić do poczucia
osamotnienia. Świadome budowanie relacji, na przykład poprzez
przynależność do klubów seniora lub uczestnictwo w uniwersytetach
trzeciego wieku, praca na emeryturze czy utrzymywanie i nawiązywanie
znajomości wymagają ciągłego wysiłku i wychodzenia życiu naprzeciw - to
prawda. Są jednak najlepszą inwestycją w dobrą starość.
W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku w pensylwańskim miasteczku
Roseto w Stanach Zjednoczonych kardiolog Stewart George Wolf Junior
przeprowadził eksperyment dotyczący powiązań między stylem życia i więziami społecznymi a ich wpływem na zdrowie.
Mieszkańcy Roseto nie prowadzili się specjalnie zdrowo. Jedli tłuste i smażone potrawy, pili wino, palili papierosy, a mimo to mieli znacznie
niższą zachorowalność na choroby serca w porównaniu do reszty kraju.
Prawie nikt nie umierał tam na zawał czy choroby układu krążenia, które
w latach sześćdziesiątych były jedną z głównych przyczyn śmierci w Stanach Zjednoczonych.
Co zatem odkrył doktor Wolf? Przyczyną dobrego zdrowia mieszkańców były
silne więzi rodzinne i społeczne. Ludzie z Roseto żyli blisko siebie.
Często się spotykali, pomagali sobie nawzajem, wspierali w codziennych
sprawach. Osoby starsze mieszkały ze swoimi bliskimi w wielopokoleniowych domach, co wpływało na ich zdrowie psychiczne i fizyczne. Z czasem, gdy młodsze pokolenia zaczęły odchodzić od
tradycyjnego stylu życia i przejmować bardziej amerykański, wskaźniki
występowania w Roseto chorób układu krążenia wzrosły i dorównały do
średniej krajowej. Eksperyment doktora Wolfa stał się jednak fundamentem
dla dalszych badań nad wpływem relacji społecznych na zdrowie i długowieczność.
Kolejnym z wymienionych powyżej zasobów wieku dojrzałego jest zdrowie.
Trzeba pamiętać o tym, że nie da się zbudować dobrej kondycji zdrowotnej
z dnia na dzień. Dlatego na każdym etapie życia tak ważne jest dobre
odżywianie i ruch, ale też profilaktyka i badania kontrolne, zwłaszcza
pod kątem chorób wynikających z obciążeń genetycznych. Postawa
przejawiająca się hasłem: "Nie chodzę do lekarzy, bo jeszcze coś mi tam
znajdą" - jest bardzo szkodliwa, ponieważ zdrowie wymaga ciągłej troski.
Nałogi, nadwaga, stres i niedobór snu skracają życie, ale - co chyba
jeszcze bardziej istotne - zwiększają ryzyko poważnych chorób, które
mogą doprowadzić do utraty samodzielności w starszym wieku. Opiekowanie
się swoim zdrowiem to również dbanie o higienę psychiczną. Zmiany
nastrojów, kłopoty ze snem, drażliwość i apatia są często objawem
poważniejszych chorób, takich jak depresja lub demencja, i warto
posiadać wiedzę, jak im zapobiegać lub leczyć na wczesnym etapie. Obok
zajęć fizycznych ważne są też ćwiczenia pamięci, by zadbać o dobrą
kondycję mózgu. To wszytko składa się na dbałość o zdrowie i powinno być
traktowane jak inwestycja, która zaprocentuje w przyszłości.
Trzecią ważną kwestią komfortu na emeryturze są pieniądze. Jesteśmy w takiej sytuacji demograficznej, że coraz mniej osób aktywnych zawodowo
pracuje na coraz większą liczbę osób pobierających emerytury i renty.
Przy takim obciążeniu emerytury będą za niskie, aby zaspokoić potrzeby
bytowe na odpowiednim poziomie, pozwalającym tym samym na aktywną
starość. Aby zbudować zasoby finansowe na emeryturę - na dwadzieścia
lat, a być może i więcej - warto zacząć wcześnie, czyli jeszcze w młodości. Dla dzisiejszych trzydziestolatków inwestowanie w emeryturę
może brzmieć jak abstrakcja, ale dane demograficzne mówią jednoznacznie,
że to już naprawdę jest moment, aby myśleć o zabezpieczeniu swojej
przyszłości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki