Rozdział 2
Jeśli przed południem ktoś chciał znaleźć Patryka Hauera, zazwyczaj mógł to zrobić na placu Trzech Krzyży. Poseł konserwatywnej Unii Republikańskiej spędzał w tamtejszym Starbucksie sporo czasu, zazwyczaj czytując "Rzeczpospolitą", "Do Rzeczy" lub "wSieci". Niektórzy twierdzili, że w okolicy spędza właściwie cały dzień. Zaczyna od oddalonego o kilka minut na piechotę budynku sejmu, potem przenosi się do Starbucksa na kawę, na obiad idzie do zainspirowanej Młodą Polską restauracji AleGloria Magdy Gessler, a na koniec dnia do teatru Studio Buffo na wieczorną sztukę. Jeśli dodać do tego fakt, że na placu znajdował się także sklep z garniturami Ermenegilda Zegny, a tuż obok salon Burberry, wychodziło na to, że Hauer rzeczywiście wszystko tam załatwia.
I miał nadzieję, że tak pozostanie. Jedyna zmiana, jaką w przyszłości dopuszczał, była związana z miejscem pracy. Nie zamierzał zostawać przy Wiejskiej przesadnie długo. Planował przenieść się na Aleje Ujazdowskie, prosto do Kancelarii Premiera. I zająć tam najważniejszy gabinet.
Przesunął palcem po tablecie, omijając reklamy w "Rzeczpospolitej". Miał abonament na wydania elektroniczne, makulatury nie gromadził. Przynosiła ją za to zawsze osoba, z którą czasem spotykał się na kawie.
Osoba, która wprowadziła go w świat polityki - i jedna z niewielu, którą darzył bezgranicznym szacunkiem. Legenda opozycji z czasów PRL-u, która swego czasu miała zbyt radykalne poglądy, by po osiemdziesiątym dziewiątym znaleźć się w mainstreamowej polityce. Mimo niewątpliwych zasług musiała odczekać swoje na uboczu, zanim trafiła do głównego nurtu.
Hauer spojrzał na zegarek. Wiedział, że przewodnicząca partii zjawi się o umówionej porze, nigdy się bowiem nie spóźniała. Zdążył przeczytać jeszcze jeden artykuł, nim przyszła.
Teresa Swoboda nie musiała składać zamówienia. Bariści dobrze wiedzieli, że pija tylko jeden rodzaj kawy, Caff? Americano. Podobnie było w przypadku Patryka, choć on zawsze decydował się na podwójne espresso.
Jego przeciwnicy twierdzili, że mógłby pijać je wszędzie. I mieli rację. Tyle że nie wszędzie przychodziło tyle młodych osób, które chętnie robiły sobie "friendsie" ze znanym politykiem, a potem zamieszczały je na Facebooku, Instagramie i Twitterze. Ostatnio Hauer bił też rekordy popularności dzięki krótkim filmikom na Snapchacie. I cała ta reklama kosztowała go tylko tyle, ile wydawał na podwójne espresso.
Powitał swoją mentorkę, jak zawsze podnosząc się z krzesła. Ręka automatycznie sięgnęła do środkowego guzika marynarki. Był to wyuczony gest, ale tak naturalny, że Hauer miał wrażenie, jakby urodził się ze świadomością, że poły należy zapiąć, kiedy się stoi - i rozpiąć, kiedy się siada.
- Dzień dobry, pani premier.
Zawsze tytułował ją w ten sposób, mimo że po pierwsze nigdy nie była premierem, jedynie wice-, a po drugie minęło już wiele lat, od kiedy zajmowała to stanowisko.
Swoboda skinęła głową, postawiła kawę na stoliku i usiadła naprzeciw Patryka.
- Coś się dzieje - oznajmiła.
Usłyszał w jej głosie autentyczne napięcie, co zdarzało się coraz rzadziej. Ostatnimi czasy miał wrażenie, że nic w polityce nie jest jej w stanie zaskoczyć, a przez to nic nie sprawia jej przyjemności.
- Na Wiejskiej? - zapytał.
- Nie, w Kancelarii Premiera.
- Co konkretnie?
- Od rana panuje tam poruszenie - odparła Teresa, obracając filiżankę z kawą. - Kombinują coś. Coś dużego.
- Skąd o tym wiemy?
- Z dobrego źródła.
Hauer zmrużył oczy. Nie zamierzał dopytywać, wiedząc, że i tak nie uzyska odpowiedzi. Po dziesięcioleciach spędzonych na obrzeżach polityki Swoboda zyskała wielu przyjaciół - dawni opozycjoniści jakby czuli się winni tego, że nie znalazła się od razu w głównym nurcie. Sympatie przetrwały do dzisiaj, nawet polityczne podziały ich nie osłabiły.
- Jakiś kryzys? - zapytał.
- Wszystko wskazuje na to, że tak - odparła i upiła łyk. - Szykuje się coś dużego.
Patryk przez chwilę się zastanawiał, kątem oka dostrzegając, że grupa nastolatek ściąga go wzrokiem. Zerknął na swoje odbicie w wygaszonym ekranie tabletu. Wszystko było jak należy. Lekko podniesiona grzywka trzymała się odpowiednio, wyraźnie odcinając się na tle mocno podgolonych boków. Ciemnoczerwony krawat dobrze komponował się z białą koszulą i szarą marynarką. Dziewczyny zaraz poproszą o zdjęcie lub krótki filmik, a on przybierze firmowy uśmiech i chętnie się zgodzi. Chwilę później ci ich znajomi, którzy jeszcze nie znali młodego polityka Unii Republikańskiej, dowiedzą się o nim i przekonają, że jest jednym z nich. Przedstawicielem nowego pokolenia.
- Nie było żadnych sygnałów o tarciach w partii - zauważył Hauer. - W koalicji też nie.
- I żadnych sygnałów nie będzie, bo najwyraźniej nie w tym rzecz.
- Możemy dowiedzieć się więcej?
- Z pewnością spróbujemy - powiedziała, wyciągając telefon. - Jeśli robią takie podchody, to coś kompromitującego musi być na rzeczy.
- Jakie podchody?
- Rzekomo premier wezwał do siebie najważniejsze osoby w państwie, ale formalnie nikt nic nie wie, nikt o niczym nie słyszał.
- Może więc chodzi o sprawy państwowe, a nie partyjne?
- Są tożsame.
Hauer uśmiechnął się lekko i skinął głową. Oczywiście miała rację. W tym wypadku należało przyjąć, że problemy, które napotkał premier, nie mają nic wspólnego z sytuacją polityczną w parlamencie.
Na kryzys partyjny nie było co liczyć. Partia Dobra Publicznego, przez wszystkich zwana Pedepem, miała zbyt dużą zdolność koalicyjną, by partnerzy polityczni mogli ją szachować. Największa zaleta bycia w centrum sprowadzała się do tego, że PDP mogła dogadać się zarówno z prawicą, jak i lewicą.
UR tak szerokiego wachlarza potencjalnych sojuszników nie miała. Właściwie w tej chwili wachlarz ten w ogóle nie istniał.
Kadencje sejmu i senatu były jednak dopiero na półmetku. Partia, której przewodniczyła Swoboda, miała jeszcze sporo czasu, by znaleźć sojuszników na następną kadencję.
- Niestety osoba, którą znam w KPRM-ie, nie jest zbyt blisko premiera - dodała po chwili Teresa. - A o sprawie wie jedynie ścisłe kierownictwo.
Dopiero teraz, kiedy Swoboda wbiła w niego wzrok, na dobre zrozumiał, że w istocie chodzi o coś poważnego. Odsunął tablet i oparł łokcie na stole.
- Bladym świtem zaczęli wysyłać ludzi od instytucji do instytucji - ciągnęła Teresa. - Nawet do siebie nie dzwonią.
- Czyli nie chcą zostawiać dowodów.
- Otóż to. Wszystko załatwiają w bezpośrednich rozmowach w cztery oczy.
- Do sejmu też kogoś wysłano?
- Szef gabinetu kręcił się od rana po korytarzach, szukał kogoś.
- Więc może podejdziemy do tego od tej strony?
Swoboda zmarszczyła czoło.
- Skoro szef gabinetu jest wtajemniczony, to z pewnością także jego przełożona. A więc możemy coś zdziałać w Prezydium Sejmu - dodał Hauer.
- Niewiele. Marszałek nigdzie nie ma.
- Jak to nigdzie?
- Zapadła się pod ziemię.
- Może więc chodzi o nią?
- Nie sądzę. Nie robiliby takiego szumu.
Patryk musiał się z nią zgodzić. Seyda była istotną zawodniczką we wszelkich rozgrywkach Pedepu, ale skandal z jej udziałem spowodowałby raczej, że premier chciałby się od niej zdystansować. Z pewnością nie organizowałby narady kryzysowej w KPRM-ie, a wszystko wskazywało na to, że właśnie to robił.
- Jeśli to jest tak dobre, jak pani się wydaje, musimy dotrzeć do szczegółów, zanim sami wyjdą z newsem - odezwał się Hauer. - Choćby krótki briefing pięć minut przed ich konferencją prasową.
- Zakładasz, że to upublicznią.
- Owszem - odparł bez wahania Patryk. - Będą chcieli kontrolować przepływ informacji. Szczególnie jeśli to sprawa dużego kalibru.
Teresa skierowała wzrok na grupę nastolatek, ale te zdawały się tego nie dostrzegać. Skupiały całą uwagę na polityku, którego musiały widzieć już gdzieś w mediach społecznościowych. W końcu jedna z nich zebrała się w sobie i podeszła do stolika. Zapytała, czy mogłaby nagrać krótkiego snapa z pozdrowieniami dla klasy. Hauer uśmiechnął się i skinął głową. Dziesięć sekund później, bo tyle najdłużej mogło trwać nagranie, było po wszystkim.
Ten niewielki wysiłek przekładał się na wymierne korzyści, ale Patrykowi daleko było do popularnych snapchaterów, którzy rzeczywiście zarabiali na kręceniu podobnych filmików. Za jednego snapa firmy potrafiły płacić internetowym celebrytom niemal tysiąc złotych. Jak na zarobek w dziesięć sekund była to całkiem niezła stawka. Ale być może mniej wartościowa od tego, co osiągał Hauer.
- Wciąż nie jestem przekonana, czy powinieneś się tak angażować w sieci - odezwała się Swoboda, kiedy nastolatka wróciła do koleżanek. - Twitter to dobra platforma politycznej promocji, ale wychodzisz dalece poza to, co utarte.
- To samo zarzucali Kennedy'emu, kiedy zaczął nagminnie udzielać się w telewizji.
- Nie jesteś Kennedym.
- Mówi pani tak tylko dlatego, że był demokratą, nie republikaninem.
Uśmiechnęła się na potwierdzenie. Wiedział doskonale, że to właśnie ona odpowiadała za zainspirowanie jednej z redakcji tygodników, by jakiś czas temu napisała o nim jako o "polskim Kennedym prawicy".
- Obama zresztą zrobił to samo w 2008 roku. Bez YouTube'a nigdy nie wygrałby wyborów. Wyemitowano prawie piętnaście milionów godzin nagrań, co w telewizji kosztowałoby go...
- Nieomal pięćdziesiąt milionów dolarów - dokończyła Swoboda. - Tak, czytałam twoje publikacje.
- Więc zdaje sobie pani sprawę z tego, że kto idzie za trendami, ten dochodzi do celu.
- A jaki jest twój cel, Patryk?
Nie odpowiedział, bo właściwie nie musiała pytać. Premierostwo.
Gdyby w tej chwili odbyły się wybory, a UR wygrałaby w cuglach, nie potrzebując koalicjanta, to Swoboda zostałaby desygnowana na Prezesa Rady Ministrów. Hauer przypuszczał, że mu ufała - wiedziała, że nie zdecydowałby się na przewrót. Jednocześnie była zbyt długo w polityce, by zignorować ambicje młodych, wschodzących gwiazd.
- Doskonale go pani zna - powiedział. - Ale to plan dalekosiężny.
- Na pewno?
- Oczywiście. Przecież zdaje sobie pani sprawę...
- Zdaję sobie sprawę z tego, że za dwa lata mogę być za stara na fotel premiera - wpadła mu w słowo.
Spojrzał na nią z niepewnością. Trudno było przesądzić, czy był to zarzut, czy może raczej wstęp do złożenia propozycji. Teresa machnęła ręką, a potem rozejrzała się po Starbucksie.
- Teraz to nieistotne - rzuciła. - Najpierw musimy podreperować nieco sondaże. A żeby to zrobić, trzeba jak najszybciej dojść do tego, co dzieje się w Pedepie.
Hauer skinął głową.
- O której masz posiedzenie komisji?
- O czternastej w sali Trąmpczyńskiego.
- Jaki jest porządek obrad?
- Wybieramy prezydium i idziemy do domu.
- Świetnie - skwitowała Swoboda. - Masz więc czasu aż nadto, żeby dowiedzieć się, o co chodzi.
Patryk uniósł lekko kąciki ust. Przypuszczał, że ta rozmowa zakończy się właśnie w taki sposób. Teresa dopiła szybko kawę, wstała i uniosła rękę na pożegnanie. Hauer odprowadził ją wzrokiem, zastanawiając się, jak powinien podejść do problemu.
Nic nie przychodziło mu do głowy, wiedział jednak, że to na jego barkach spoczywa największa odpowiedzialność. Był prawą ręką Swobody, liczyła właśnie na niego.
Wykonał kilka telefonów, starając się coś ustalić. Znajomi politycy z innych partii, z którymi od czasu do czasu chodził na piwo, zarzekali się, że nie mają pojęcia, co było powodem porannego zamieszania.
Dziennikarze, którzy byli mu winni kilka przysług, również nie mieli żadnych informacji. Po niecałej godzinie spędzonej na kolejnych rozmowach Patryk doszedł do wniosku, że tym sposobem zabrnąć może jedynie w ślepą uliczkę.
Coś jednak było na rzeczy. Coś dużego. W głosie niektórych rozmówców, szczególnie tych z lewej strony sceny politycznej, słyszał realną obawę. Większość w istocie nie wiedziała, co spowodowało całe zamieszanie, ale jedno było pewne - chodziło o rzecz na tyle dużą, że obawiali się, nawet nie znając szczegółów.
Skandal z udziałem prominentnych polityków koalicji? Byłoby to najbardziej logiczne wytłumaczenie, ale Hauer miał wrażenie, że chodzi o coś poważniejszego. Sprawy obyczajowe zresztą wyciekłyby do tego czasu.
Zamówił jeszcze jedno espresso, wypił je szybko, a potem wyszedł na ziąb. Ściągnął poły długiego, grafitowego płaszcza i wciągnął nosem chłodne powietrze. Podziałało na niego orzeźwiająco.
Może była to zasługa mrozu, a może kofeiny, ale pewna myśl w końcu zakołatała w jego głowie. Była jak błyskawica podczas końcowego podejścia na wysoki szczyt. Rozświetlała wszystko wokół, ale jednocześnie powodowała przemożny strach.
Hauer nie był pewien, czy nie strzeli sobie w stopę, decydując się na zbyt ryzykowne posunięcie. Uznał jednak, że nie ma innego wyjścia.
Ruszył z powrotem do sejmu, po drodze wysyłając kilka SMS-ów do dziennikarzy. Poinformował ich, że za kwadrans urządza ważny briefing przed głównym wejściem. Informacja była lakoniczna, ale dzięki temu wzbudzała ciekawość.
Kiedy jeden z reporterów zadzwonił, by dopytać o szczegóły, Patryk powiedział jedynie, że musi podzielić się czymś istotnym z opinią publiczną. Nie czekał na dalsze pytania, od razu się rozłączył.
Wiedział, że staną się dwie rzeczy. Po pierwsze, dziennikarz połączy jego enigmatyczne oświadczenie z zamieszaniem w kuluarach. Po drugie, zaraz dowiedzą się o tym pozostałe redakcje.
Hauer przypuszczał, że będzie mógł liczyć na przyzwoitą frekwencję.
I nie pomylił się. Już dziesięć minut później przed budynkiem sejmu czekało na niego kilka kamer i kilkanaście mikrofonów. Wyjął telefon i napisał kolejny SMS, tym razem do jednego ze swoich współpracowników.
Potem podszedł do przedstawicieli mediów, nie chowając komórki. Przywitał się z nimi bez uśmiechu, co zdarzyło się chyba po raz pierwszy. Podobnie niespotykane było to, że nie rzucał anegdotami, nie żartował i nie wdawał się w rozmowy.
Co rusz zerkał nerwowo na telefon, jakby czekał na ważną wiadomość. Miał nadzieję, że wygląda na odpowiednio zaaferowanego. W końcu odchrząknął, przeciągnął dłonią po czerwonym krawacie i wyprostował się.
- Możemy zaczynać - powiedział.
Kilku operatorów skinęło głowami, reporterzy mrużyli oczy. Na kamerach zaświeciły się czerwone lampki, paru radiowców wyciągnęło mikrofony bliżej polityka. Patryk znalazł się w swoim żywiole.
- Jak państwo być może zauważyli, od rana w sejmie trwa wzmożony ruch. Politycy rządzącej partii przemykają korytarzami, szepcząc między sobą i szukając tej czy innej osoby. Przekazują sobie informacje z ust do ust, nie wtajemniczając nikogo spoza kręgów władzy w to, co się dzieje.
Hauer nabrał tchu, zerkając to w jedną, to w drugą kamerę. Na dłużej zatrzymał wzrok na obiektywie NSI. Jego elektorat oglądał tę stację informacyjną znacznie chętniej niż TVN24.
- Od samego rana przedstawiciele mediów, ale także politycy partii opozycyjnych starali się dowiedzieć, co się dzieje. Niestety mimo tego, że działalność organów państwa podlega zasadzie transparentności, politycy Pedepu po raz kolejny odbierają obywatelom prawo do informacji.
Kątem oka Patryk dostrzegł swojego współpracownika, któremu wysłał przed momentem wiadomość. Chłopak czekał na sygnał.
- Udało mi się jednak dotrzeć do informacji, które... - Urwał i pokręcił głową. - Cóż, starczy powiedzieć, że nie powinny dłużej być utrzymywane w tajemnicy. A skoro rząd i jego zaplecze polityczne nie mają zamiaru...
- Przepraszam! - rozległ się głos współpracownika Hauera. - Przepraszam!
Chłopak torował sobie drogę między przedstawicielami mediów, sprawiając wrażenie, jakby wyłącznym celem jego egzystencji było przebicie się do szefa. Dopadł do niego, złapał go za ramię, a potem wyszeptał mu coś do ucha.
Hauer zawczasu zasłonił najbliższy mikrofon, uznając, że dzięki temu efekt będzie jeszcze lepszy.
Kiedy współpracownik odstąpił o krok, Patryk powiódł wzrokiem po zebranych. Otworzył usta, ale przez moment się nie odzywał. Wśród reporterów przeszedł cichy szmer.
- Najmocniej państwa przepraszam, muszę przerwać konferencję - rzucił, a potem czym prędzej oddalił się w kierunku parlamentu.
Miał nadzieję, że wypadło to dokładnie tak, jak planował. I że przyniesie zamierzony efekt.
Nie pomylił się. Jeszcze w korytarzu sejmowym odezwała się jego komórka. Dzwonił ktoś z Kancelarii Prezydenta RP.