World of Warcraft: Fale ciemności - Aaron Rosenberg

-
Proszę czekać

Prolog pierwszy

Świat przesłonięty był porannym welonem mgły. W sennym miasteczku Południowy Brzeg ludzie powoli zaczynali się budzić. Nie byli jeszcze w stanie dostrzec pierwszych promieni świtu, ale mimo to wiedzieli, że noc dobiegła końca. Mgła spowijała świat, spływając miękko z prostych drewnianych domostw i zakrywając wybrzeże znajdujące się tuż za granicą miasteczka. I choć ludzie nie mogli go zobaczyć, to mogli usłyszeć plusk fal rozbijających się o brzeg i kołyszących się w jedynym portowym doku.

I wtedy usłyszeli coś jeszcze.

Powolny i jednostajny dźwięk nadpłynął ku nim przez mleczny opar, niósł się po falach echem, aż nie sposób było odgadnąć, z której dobiegał strony i co było jego źródłem. Czy rozlegał się od strony lądu, czy może jednak od strony morza? Czy to po prostu fale uderzały o brzeg mocniej niż zazwyczaj, czy deszcz bębnił we mgle, a może wóz kupiecki toczył się po twardo ubitej drodze? Mieszkańcy miasteczka nasłuchiwali uważnie i w końcu stało się dla nich jasne, że tajemniczy dźwięk dobiega od strony wody. Pospieszyli więc na brzeg i próbowali dojrzeć coś w oparach mgły, pod szarym jeszcze niebem. Co to był za odgłos i co zapowiadał?

Powoli mgła zaczęła się podnosić, jakby to ów dźwięk ją popychał, nabrzmiała przy tym i pociemniała, a ciemność ta chwilę później zyskała też kształt. Ku mieszkańcom miasteczka toczyła się fala. Ludzie poczęli cofać się gwałtownie, niektórzy z głośnymi okrzykami na ustach. To byli mistrzowie wód, urodzeni rybacy, ale fala nie była wzburzoną wodą. Nie płynęła jak woda. To było coś zgoła innego.

Ciemność zbliżała się do brzegu, niosąc ze sobą mgłę, a dźwięk przybierał na sile. Wreszcie tajemnicze zjawisko przebiło biały welon i pojedynczy kształt rozpadł się na wiele innych. Łodzie. Mnóstwo łodzi. Mieszkańcy Południowego Brzegu uspokoili się nieco - łodzie bowiem należały do tych zjawisk, które rozumieli doskonale - pozostali jednak czujni. Południowy Brzeg był cichą rybacką osadą. Tutejsi ludzie mieli razem kilkanaście łodzi i może tyle samo obcych widzieli przez ostatnie lata. Tymczasem niespodziewanie do brzegu kierowały się setki jednocześnie. Co to mogło oznaczać? Mężczyźni chwycili za drewniane pałki, noże, kije z hakami, a nawet sieci z obciążnikami, co kto miał pod ręką. I czekali, obserwując nadpływające łodzie. Z mgły wyłaniały się kolejne w niekończącej się procesji, a z każdym ich rzędem rosły szok i zdumienie mieszkańców miasteczka. Łodzi było nie kilkaset, lecz kilka tysięcy; tylu tutejsi ludzie jeszcze nie widzieli, cały naród tu płynął! Co pchnęło je w wodę, tak wiele naraz? I co skierowało je do brzegów Lordaeronu? Mieszkańcy miasteczka mocniej uchwycili swoją broń, kobiety i dzieci ukryły się w domach, tymczasem łodzi wciąż przybywało. Dźwięki stały się wyraźne, można już było odróżnić uderzenia wioseł zagarniających wodę w różnym rytmie.

Pierwsza łódź dotarła do plaży i tutejsi ludzie mogli już zobaczyć, kogo przywiozła. I choć odprężyli się nieco, to zarazem ich obawy przybrały na sile. Do brzegu przybijali ludzie; były wśród nich kobiety i nawet dzieci, jeśli oceniać po wzroście. Skórę mieli jasną bądź opaloną, a włosy we wszystkich odcieniach, w jakich włosy bywają. To nie nadciągały potwory czy przedstawiciele obcych ras, o których tubylcy słyszeli, a których nigdy nie widzieli. Nie była to też inwazja. Nie przybywali pod bronią, gotowi do bitwy, większość z nich nie była nawet wojownikami. Wyglądało to raczej na ucieczkę przed jakąś straszliwą katastrofą i obawy mieszkańców Południowego Brzegu zaczęły zmieniać się we współczucie. Co za wydarzenie skłoniło cały naród do ucieczki na morze?

Kolejne łodzie dobijały do brzegu i ludzie poczęli wysiadać chwiejnie. Niektórzy z płaczem padali na kamienistą plażę. Inni stali z uniesionymi głowami i oddychali głęboko, jakby cieszyli się, że nie są już na morzu. Mgła cofała się kłębami, poranne słońce rozczesywało biały opar na cienkie pasma, które rozwiewały się pod wpływem ciepłych promieni. Teraz mieszkańcy miasteczka widzieli już niemal wszystkie szczegóły. Ludzie na plaży nie byli żadną armią - w istocie były pośród nich kobiety i dzieci. Niejednokrotnie biednie odziani, większość sprawiała wrażenie wychudzonych i słabych. To byli po prostu ludzie. Niewątpliwie dotknięci jakimś strasznym nieszczęściem. Wielu było tak wycieńczonych, że ledwie stali na nogach.

Niemniej rybacy dostrzegli wśród przybyszy kilku zakutych w zbroje. Jeden z nich wysiadł z pierwszej łodzi i ruszył ku zebranym. Był to wysoki, postawny mężczyzna, niemalże łysy, o sumiastym wąsie, gęstej brodzie i poważnym obliczu. Jego zbroja widziała niejedną bitwę, a nad barkiem sterczała mu rękojeść masywnego miecza. Jednak w ramionach nie trzymał broni, tylko dwoje niewielkich dzieci, kilkoro zaś biegło obok niego, czepiając się płyt pancerza, pasa, pochwy miecza. Rycerzowi towarzyszył dziwny mężczyzna, wysoki i barczysty, smukły przy tym, o białych włosach, ale mocnym, zdecydowanym kroku. Odziany był w poszarpaną fioletową szatę, przez plecy przewieszoną miał znoszoną torbę, do piersi tulił jedno dziecko, drugie zaś prowadził za rękę. Z tymi dwoma szedł jeszcze młodzik, brązowooki, brązowowłosy, ledwie świadom tego, co działo się wokół; trzymał się płaszcza rycerza, niczym małe dziecko desperacko ścigające dłoń rodzica. Jego ubranie było strojne, ale sztywne od morskiej soli i mocno znoszone.

- Bywajcie! - zawołał wielki wojownik, zbliżając się do rybaków z ponurą twarzą. - Jesteśmy uchodźcami, ledwie uszliśmy ze straszliwej bitwy. Błagam, byście zechcieli podzielić się z nami jadłem i napitkiem i udzielili nam schronienia, jeśli możecie, ze względu na dzieci.

Mieszkańcy Południowego Brzegu popatrzyli po sobie, po czym zaczęli twierdząco kiwać głowami, opuszczając zarazem swą prostą broń. Nie byli szczególnie zasobni, ale nie byli też biedakami; zresztą musieliby być strasznie ubodzy, by odmówić pomocy dzieciom. Mężczyźni odebrali maluchy z ramion wojownika i człowieka w fioletowych szatach i poprowadzili przybyszy w stronę kościoła, największego i najmocniejszego budynku we wsi. Kobiety rzuciły się szykować owsiankę i gulasz. I wkrótce uchodźcy zostali zakwaterowani w kościele i na kościelnych gruntach, gdzie jedli, pili, dzieląc się przy tym derkami i kocami otrzymanymi od rybaków. Nastrój byłby wręcz świąteczny, gdyby nie głęboki smutek widoczny na twarzy każdego z przybyszy.

- Dziękuję wam - powiedział wojownik burmistrzowi, Marcusowi Krasnyszlakowi. - Wiem, że sami nie macie zbyt wiele, dlategom wdzięczny za to, co nam daliście.

- Nie pozwolilibyśmy cierpieć kobietom i dzieciom - odparł Marcus. Spojrzeniem spod zmarszczonych brwi obrzucił miecz i zbroję rozmówcy. - Powiedzcie mi, kim jesteście, panie, i dlaczego się tu zjawiliście.

- Nazywam się Anduin Lothar - odparł wojownik, przecierając czoło dłonią. - Ja jestem... byłem... Czempionem Wichrogrodu.

- Wichrogrodu? - Marcus słyszał o tym królestwie. - Ależ to jest za morzem!

- To prawda - przyznał Lothar ze smutkiem. - Całe dni płynęliśmy, by dotrzeć do tych ziem. Jesteśmy w Lordaeronie, czyż nie?

- Jesteśmy - odezwał się po raz pierwszy ten w fioletowych szatach. - Poznaję kraj, choć może nie to miasteczko. - Głos miał zaskakująco silny jak na kogoś w tym wieku, choć z bliska jedynie siwe włosy i twarz pobrużdżona zmarszczkami sugerowały jego podeszły wiek. Pod innymi względami wydawał się niemalże młodzikiem.

- To Południowy Brzeg - poinformował ich Marcus, spoglądając na białobrodego młodzieńca ze sporą dozą ostrożności. - Jesteście z Dalaranu? - spytał wreszcie, starając się, by zabrzmiało to neutralnie.

- Owszem - przyświadczył przybysz. - I nie obawiajcie się... wrócę tam, gdy tylko moi towarzysze będą mogli podróżować.

Marcus postarał się ukryć przepełniającą go ulgę. Magowie z Dalaranu byli bardzo potężni i ponoć król uznawał ich za sojuszników i doradców, sam Marcus nie chciał mieć nic do czynienia z magią ani z tymi, którzy nią władali.

- Nie możemy zwlekać - zgodził się Lothar. - Muszę jak najszybciej porozmawiać z królem. W żadnym wypadku nie możemy pozwolić, by Horda zyskała czas na kolejny ruch.

Marcus nie zrozumiał, co miały znaczyć te słowa, ale doskonale pojął pełen napięcia ton głosu wojownika.

- Kobiety i dzieci mogą tu zostać czas jakiś - zapewnił. - Zadbamy o nie.

- Dziękuję - powiedział Lothar i widać było, że słowa te płyną z serca. - Przyślemy jedzenie i inne zapasy, gdy tylko dotrzemy do króla.

- Trzeba wam będzie czasu, by dotrzeć do Stolicy - zauważył Marcus. - Wyślę kogoś przodem, na chyżym koniu, żeby zawiadomić ich o waszym przybyciu. Co ma przekazać posłaniec?

Lothar zmarszczył brwi.

- Powiedzcie królowi, że Wichrogród padł - powiedział cicho po chwili namysłu. - Że jest z nami książę i tylu jego poddanych, ilu udało mi się ocalić. Będziemy potrzebowali zapasów, i to jak najszybciej. I mamy dla niego niezwykle pilne oraz tragiczne wieści.

Marcus aż szeroko otworzył oczy, słuchając tej listy problemów. Szybkim spojrzeniem obrzucił chłopca stojącego obok postawnego rycerza, ale zaraz odwrócił wzrok, by nie gapić się niegrzecznie.

- Dopilnuję, by te wieści dotarły do króla - zapewnił przybyszy, po czym odwrócił się, by porozmawiać z jednym z mieszkańców miasteczka. Tamten wysłuchawszy, skinął potakująco głową, przyprowadził konia i odjechał galopem, burmistrz zaś wrócił do kościoła.

- Willem jest naszym najlepszym jeźdźcem i ma najszybszego konia - powiedział przybyszom. - Dotrze do Stolicy na długo przed wami i przekaże wiadomość. Tymczasem zgromadzimy wierzchowce i prowiant dla was i waszych towarzyszy, żebyście i wy mogli ruszyć w drogę.

- Dziękuję - odparł Lothar ze skinieniem głowy, po czym zwrócił się do towarzysza w fioletowych szatach. - Zbierz tych, którzy pojadą z nami, Khadgarze, i szykujmy się do drogi. Musimy wyruszyć najszybciej jak można.

Mag przytaknął i skierował kroki ku najbliższej grupce uchodźców.

Kilka godzin później Lothar z Khadgarem opuścili Południowy Brzeg, a wraz z nimi książę Varian Wrynn na czele trzech dwudziestek ludzi. Większość uciekinierów została jednak w miasteczku, czy to z powodu choroby, czy wycieńczenia, czy po prostu ze strachu i pragnienia, by pozostać z tymi, którzy przeżyli ucieczkę. Lothar nie miał im tego za złe. Sam po części chciałby zatrzymać się w tej niewielkiej rybackiej osadzie. Ale miał obowiązki, których nie mógł zlekceważyć. Jak zawsze.

- Jak daleko do Stolicy? - spytał jadącego obok Khadgara.

Mieszkańcy Południowego Brzegu zaoferowali im swoje nieliczne konie i wozy i okazało się, że jest ich tyle, by grupa uchodźców mogła wyruszyć w drogę. Lothar początkowo wahał się, czy przyjąć ofertę hojnych Lordaeran, ale zgodził się wreszcie, zrozumiawszy, że przyspieszy to znacznie tempo ich podróży. A czas był niezwykle istotny.

- Kilka dni, może tydzień - odparł mag. - Nie znam zbyt dobrze tej części kraju, ale pamiętam ją z map. Iglice miasta powinniśmy zobaczyć najpóźniej za pięć dni. Później będziemy musieli przejść przez Srebrzysty Bór, jeden z cudów Lordaeronu, by ominąć jezioro Lordamere. Miasto wznosi się na jego północnym brzegu.

Khadgar zamilkł, a Lothar przyglądał się swemu towarzyszowi. Martwił się o młodego czarodzieja. Kiedy spotkali się po raz pierwszy, rycerz był pod wrażeniem opanowania maga, jego pewności siebie, która najwyraźniej przychodziła mu bez trudu, a jednocześnie zdumiony jego młodością. Khadgar miał wtedy ledwie siedemnaście lat, dopiero wchodził w wiek męski, a przy tym był pełnoprawnym magiem, i to pierwszym, którego Medivh raczył przyjąć na ucznia. Późniejsze wydarzenia przekonały Lothara, że chłopak jest błyskotliwy, uparty, skupiony i przyjacielski. Odkrył, że polubił Khadgara, i po raz pierwszy obdarzył uczuciem przyjaźni maga od czasu... no cóż, od czasu samego Medivha. Jednak po tym, co wydarzyło się w Karazhanie...

Lothar wzdrygnął się mimowolnie, wspominając ohydne, koszmarne starcie. On, Khadgar, półorczyca Garona i garstka ludzi musieli stawić czoła samemu Medivhowi. To Khadgar z konieczności zadał śmiertelny cios swemu mistrzowi, ale to Lothar zdjął staremu druhowi głowę z ramion, głowę, którą wielokrotnie chronił w czasach ich młodości, kiedy jeszcze on sam, Medivh i Llane byli przyjaciółmi i towarzyszami.

Lothar potrząsnął głową, by odegnać łzy. Nie raz i nie dwa oddawał się żałobie w trakcie ich długiej podróży przez morze, ale nadal miał wrażenie, że ból, gniew i żal przytłaczają go nieznośnym ciężarem. Llane! Jego najlepszy przyjaciel, jego towarzysz, jego król. Llane, o jasnym uśmiechu, wesołych oczach i ciętym języku. Llane, który wprowadził Wichrogród w złoty wiek, by potem patrzeć, jak upada rozszarpany przez orków, jak ich Horda przetacza się przez ziemie królestwa, niszcząc wszystko na swej drodze. I by się dowiedzieć, że to Medivh jest za wszystko odpowiedzialny! Że jego magia pomogła orkom dotrzeć do tego świata, wejść do Wichrogrodu! Co doprowadziło nie tylko do zniszczenia królestwa, ale i do śmierci Llane'a! Lothar zagryzł wargi, dławiąc krzyk bólu na myśl o tym wszystkim, co utracił, co utracili jego ludzie. A potem zebrał się w sobie i utwardził swe serce, jak czynił to wielokrotnie w czasie tej podróży. Nie mógł poddawać się takim emocjom. Był potrzebny swoim ludziom. Podobnie jak mieszkańcom tego kraju, choć ci jeszcze o tym nie wiedzieli.

I również Khadgarowi. Lothar nadal nie rozumiał, co wydarzyło się w Karazhanie tamtej nocy. Być może nigdy nie będzie mu dane zrozumieć. Niemniej jakimś sposobem, w trakcie bitwy z Medivhem, Khadgar się zmienił. Została mu odebrana młodość, a ciało postarzało się nienaturalnie. Teraz mag wyglądał jak starzec, starszy nawet od samego Lothara, choć w rzeczywistości młodszy był odeń o niemal cztery dekady. I teraz Lothar martwił się, co jeszcze uczyniono młodemu magowi.

Tymczasem Khadgar był zbyt pogrążony we własnych rozważaniach, by zauważyć pełne niepokoju spojrzenie towarzysza. Myśli młodego maga zwrócone były do wewnątrz, choć w istocie biegły podobnym torem co myśli wojownika. Khadgar ponownie przeżywał bitwę w Karazhanie i doznawał tego straszliwego, rwącego uczucia, które ogarnęło go, gdy Medivh odebrał mu magię i młodość. Magia wróciła do Khadgara, pod wieloma względami silniejsza niż wcześniej, ale młodość przepadła, odebrana mu na długo przed czasem. Teraz był starcem, przynajmniej z wyglądu. Wciąż czuł się zdrowy i krzepki i tyle miał sił, wytrzymałości i zręczności, co do tej pamiętnej chwili, twarz jednak żłobiły mu zmarszczki, oczy zapadły się w głąb czaszki, a włosy i broda stały się śnieżnobiałe. I choć miał tylko dziewiętnaście lat, to wyglądał na trzykrotnie starszego. Wyglądał dokładnie tak, jak mężczyzna na polu bitwy, którego zobaczył w swojej wizji w wieży Medivha, jak starsza wersja samego siebie - człowiek posunięty w latach, który umrze pewnego dnia pod dziwnym czerwonym słońcem, bardzo daleko od domu. Khadgar zagłębiał się też w wypełniające go emocje związane ze śmiercią Medivha. Wielki mag był wcieleniem samego zła, on sam i tylko on odpowiadał za wypuszczenie na świat orczej Hordy. A jednak nie był to on, nie do końca. Medivh został opanowany przez tytana Sargerasa, którego przed mileniami pokonała matka maga. Jednak Sargeras nie zginął wtedy, utracił jedynie ciało, po czym ukrył się w łonie Egwiny i splugawił jej nienarodzonego syna. Medivh nie był odpowiedzialny za swoje czyny i jego ostatnie słowa, skierowane do Khadgara, ujawniały, że mag latami walczył ze złem, które w nim zamieszkało, może nawet całe swoje życie. Krótko po tym, jak Khadgar pogrzebał ciało swego mistrza, ten pojawił się przed swym byłym uczniem jako dziwny fantom, twierdząc, że przybywa z przyszłości i jest wolny od skazy Sargerasa, co stało się za sprawą nikogo innego niż samego Khadgara.

Khadgar zastanawiał się więc, jak właściwie powinien się czuć? Swego czasu darzył Medivha ogromną sympatią i nie miał wątpliwości, że świat wiele stracił z chwilą śmierci wielkiego maga. Czy zatem Khadgar powinien być dumny z roli, jaką odegrał w wypędzeniu Sargerasa z tego uniwersum, być może tym razem na dobre? Czy może czuć wściekłość z powodu tego, co uczynił Medivh swemu uczniowi i innym? A może raczej trwać w podziwie, że dawny mistrz tak długo opierał się wpływom tytana?

Nie potrafił powiedzieć. W głowie miał zamęt, tak samo jak w sercu. I przyczyną tego nie były jedynie myśli o Medivhie. Khadgar dotarł do domu. Wreszcie wrócił do swego rodzinnego kraju, do Lordaeronu. Nie tak jednak, jak by się tego spodziewał. Kiedy na rozkaz swych mistrzów w Dalaranie wyruszył, by zostać uczniem Medivha, nie spodziewał się, że wróci, póki sam nie zostanie mistrzem magii. Wyobrażał sobie, że przyleci na gryfie, czego nauczył go Medivh, i wyląduje na szczycie Purpurowej Cytadeli, a wszyscy jego dawni nauczyciele i koledzy będą mogli podziwiać jego biegłość. Tymczasem dosiadał konia do orki, jadąc u boku dawnego Czempiona Wichrogrodu, na czele obszarpanej grupy ludzi, by rozmawiać z królem o ocalaniu świata. Zdusił śmiech. No cóż, przynajmniej będzie miał dramatyczne wejście, uznał. Coś, co doceniliby jego dawni nauczyciele i przyjaciele.

- Co zrobimy, gdy już dotrzemy do miasta? - spytał Lothara, wyrywając starzejącego się wojownika z zadumy. Lothar otrząsnął się szybko i zwrócił na Khadgara uważne spojrzenie tych rozbrajających oczu o barwie burzy, które zawsze pokazywały wszelkie emocje rycerza, za to ukrywały błyskotliwy umysł za nimi.

- Porozmawiamy z królem - odparł Lothar po prostu. Zerknął na jadącego obok chłopca i uniósł dłoń, by musnąć rękojeść miecza. Osadzone w niej kamienie połyskiwały w popołudniowym słońcu.

- Choć Wichrogród padł, to Varian nadal pozostaje jego księciem, a ja jego Czempionem. Raz tylko, przed wieloma laty przelotnie spotkałem króla Terenasa, ale może mnie rozpozna. Z pewnością pozna Variana, a do tego posłaniec uprzedził go o naszym przybyciu. Terenas udzieli nam audiencji. A wtedy powiemy mu, co się stało i co należy uczynić.

- A co należy? - spytał Khadgar, choć doskonale znał odpowiedź.

- Musimy zebrać władców tych ziem - odparł Lothar zgodnie z przewidywaniami Khadgara. - Musimy unaocznić im niebezpieczeństwo. Żaden z narodów nie zdoła obronić się sam. Nie przed Hordą. Mój kraj próbował i dlatego przepadł. Nie możemy dopuścić, by się to powtórzyło. Ludzie muszą się zjednoczyć i walczyć. - Zacisnął dłonie na lejcach i Khadgar dostrzegł w nim tego potężnego wojownika, który prowadził armie Wichrogrodu i przez kolejne lata dbał o bezpieczeństwo granic królestwa.

- Miejmy nadzieję, że nas posłuchają - rzekł Khadgar cicho. - Dla dobra nas wszystkich.

- Posłuchają! - zapewnił go Lothar. - Muszą!

Żaden z nich nie powiedział głośno tego, co myśleli obaj. Na własne oczy widzieli potęgę Hordy. Jeśli królestwa ludzi się nie zjednoczą, jeśli ich władcy nie będą chcieli dostrzec niebezpieczeństwa - polegną. A Horda przetoczy się przez te ziemie, jak przetoczyła się przez ziemie Wichrogrodu, po jej przejściu zaś nie zostanie nic.

Prolog drugi

Ciemna sylwetka stała na szczycie wysokiej wieży, spoglądając na świat z góry. Ze swojego punktu doskonale widziała miasto poniżej i krainę otaczającą miasto. Jedno i drugie przesłaniała wirująca ciemność o nieustannie zmiennych kształtach, fala, która przetoczyła się przez ziemie, przykryła budynki, zostawiając je w ruinach.

Postać na wieży nie przerywała swej obserwacji. Wysoka, masywnie zbudowana, potężnie umięśniona, trwała nieruchomo na kamiennym szczycie, bystrymi oczyma przyglądając się scenerii poniżej. Długie ciemne włosy zaplecione w warkocze ujmowały w ramę twarz o mocnych rysach, strzępiaste końce warkoczy muskały od czasu do czasu wielkie kły wystające z dolnej szczęki. Promienie słońca nadawały skórze obserwatora szmaragdowego połysku i odbijały się intensywnym blaskiem od licznych trofeów i medalionów, które nosił na szyi i szerokiej piersi. Ciężkie płyty zbroi osłaniające jego klatkę piersiową, barki i nogi lśniły w słońcu, z wyjątkiem miejsc, gdzie nabito je guzami z brązu; krawędzie połyskiwały złotym zdobieniem, które świadczyło o znaczeniu ich właściciela.

Wreszcie obserwator uznał, że zobaczył dość. Uniósł gigantyczny czarny młot bojowy, na którym się dotąd opierał, o wielkim kamiennym obuchu pochłaniającym raczej niż odbijającym promienie słońca, i zaryczał. Był to okrzyk wojenny, wezwanie i krzyk. I potoczył się ku budynkom, by uderzyć w nie i powrócić echem.

Ciemna fala poniżej znieruchomiała. Po jej powierzchni przepłynęła zmarszczka, w miarę jak twarze wznosiły się ku górze. Każdy ork w Hordzie zatrzymał się, spoglądając na samotną postać wysoko na wieży.

Ta zaś krzyknęła ponownie, unosząc wysoko swój młot. Tym razem fala eksplodowała w odpowiedzi wiwatami i radosnymi okrzykami. Horda pozdrawiała swego przywódcę. Usatysfakcjonowany Orgrim Zgładziciel opuścił młot, od którego wziął swoje miano, a fala ciemności poniżej podjęła swój niszczycielski marsz.

Głęboko pod bramami miasta na pryczy leżał nieruchomy ork. Jego stosunkowo niewielkie, wychudzone ciało spowite było grubymi futrami, oznaką wysokiego statusu, obok złożone na stosie leżało jego odzienie, równie bogate. Ale ubrania nie dotykał nikt od tygodni, bowiem ork leżał niczym martwy, jego paskudna twarz wykrzywiona była w grymasie bólu, czy może koncentracji, a krzaczasta broda sterczała wokół ściągniętych warg.

I nagle wszystko się zmieniło. Głośno wciągając powietrze, ork usiadł gwałtownie. Futra zsunęły się z mokrego od potu ciała. Ork otworzył ślepia, najpierw szkliste i niewidzące, ale zamrugał zaraz, pozbywając się resztek snu, po czym się rozejrzał.

- Gdzie...? - zapytał z naciskiem. Do jego boku przystąpiła natychmiast większa postać, obie głowy zachybotały się w wyrazie radosnego zdumienia. Spojrzenie obudzonego orka zatonęło w jednej parze oczu i natychmiast się wyostrzyło, podobnie jak jego rysy. I choć na jego twarzy chwilę wcześniej malowało się zmieszanie, teraz zniknęło, zastąpione wściekłością i przebiegłością.

- Gdzie jestem? - spytał ostro. - Co się wydarzyło?

- Spałeś, Gul'danie - odrzekł dwugłowy stwór, klękając przy posłaniu z kielichem w dłoniach. Ork chwycił kielich, powąchał i jednym haustem opróżnił, po czym wytarł usta grzbietem dłoni.

- Spałeś snem jak śmierć. Tygodniami się nie poruszyłeś, ledwieś oddychał. Myśleliśmy, że duch twój odszedł.

- Tak myśleliście? - Gul'dan uśmiechnął się szeroko. - Bałeś się, że cię opuszczę, Czo'galu? Zostawię na pastwę miłosierdzia Czarnorękiego?

Dwugłowy ogrzy mag rzucił orkowi spojrzenie pełne złości.

- Czarnoręki nie żyje, Gul'danie - warknęła jedna z głów. Druga gorączkowo potakiwała.

- Nie żyje? - Gul'dan myślał, że się przesłyszał, ale ponure miny Czo'gala przekonały go, że to prawda, zanim jeszcze ogr pokiwał głowami. - Co?! Jak?!

Nie położył się z powrotem, choć pozycja siedząca przyprawiała go o zawroty głowy i zimne poty.

- Co stało się, kiedy spałem?

Czo'gal miał już odpowiedzieć, ale wszelkie wyjaśnienia zamarły mu na ustach, gdy ktoś szarpnięciem odrzucił na bok klapę namiotu i do ciasnego wnętrza wpadło dwóch potężnych orków. Odepchnęli Czo'gala z drogi i bez ceregieli złapali Gul'dana pod ramiona, by postawić go na nogi. Ogr zaczął protestować, gniew wykrzywił jego bliźniacze twarze, ale jeszcze dwóch orków wcisnęło się do niewielkiego namiotu i zastąpiło mu drogę, ściskając w dłoniach topory bojowe. Trzymali straż, podczas gdy dwóch pierwszych powlokło Gul'dana na zewnątrz.

- Dokąd mnie zabieracie? - zapytał ostro, próbując uwolnić ramiona. Bezskutecznie jednak. Nawet w pełni sił nie mógłby się równać z żadnym z tych wojowników, tym bardziej nie teraz, gdy ledwie trzymał się na nogach. Właściwie to ciągnęli go, nie prowadzili, w stronę dużego, pięknie wykonanego namiotu. Namiotu Czarnorękiego.

- On przejął kontrolę, Gul'danie - wyjaśnił cicho Czo'gal, idąc obok Gul'dana, tak jednak, by pozostawać za plecami wojowników. - Kiedy byłeś nieprzytomny! Zaatakował Radę Cieni i wybił ich niemal do nogi! Zostaliśmy tylko ty, ja i kilku pomniejszych czarnoksiężników!

Gul'dan potrząsnął głową, próbując odzyskać tym sposobem jasność myśli. Wciąż miał mętlik w głowie i nie mógł się skupić, a z tego, co mówił Czo'gal, to nie był najlepszy moment na takie doznania. Jednak słowa ogra zwiększyły jeszcze zamęt w myślach Gul'dana. Zabił Czarnorękiego? Zniszczył Radę Cieni? To szaleństwo.

- Kto? - zapytał tonem nieznoszącym sprzeciwu, wykręcając się tak, by spojrzeć na Czo'gala ponad barkami wojowników. - Kto to zrobił?!

Ale ogr zwolnił już i został z tyłu, z mieszaniną zdumienia i strachu malującą się na obu twarzach. Gul'dan odwrócił się, akurat w tym momencie, gdy zbliżyła się do niego potężna postać. I widząc ogromnego wojownika z czarnym młotem bojowym trzymanym w dłoni bez najmniejszego wysiłku, Gul'dan w jednej chwili pojął wszystko.

Orgrim Zgładziciel.

- Zatem się obudziłeś? - Orgrim niemal wypluł te słowa, gdy wojownicy zatrzymali się przed nim. Wypuścili Gul'dana gwałtownie i orczy czarnoksiężnik, nie zdoławszy utrzymać się na nogach, osunął się na ziemię. Z klęczek podniósł głowę i aż nerwowo przełknął ślinę na widok czystej furii i nienawiści widocznych na twarzy Orgrima.

- Ja... - zaczął, ale Orgrim nie pozwolił mu dokończyć. Grzbietem dłoni uderzył Gul'dana z taką siłą, że czarnoksiężnika odrzuciło na dobrych kilka stóp.

- Cisza! - warknął nowy wódz Hordy. - Nie powiedziałem, że możesz mówić! - Podszedł do Gul'dana i uniósł mu podbródek obuchem swojej straszliwej broni. - Wiem, co zrobiłeś, Gul'danie. Wiem, jak kontrolowałeś Czarnorękiego, ty i twoja Rada Cieni. - Roześmiał się. Był to chrapliwy dźwięk pełen goryczy i odrazy. - O tak, wiem o nich wszystko. Ale twoi czarnoksiężnicy już ci nie pomogą. Są martwi, w większości, a ci, którzy zostali przy życiu, są zakuci w łańcuchy i pilnowani. - Pochylił się. - Teraz ja rządzę Hordą, Gul'danie. Nie ty, nie twoi czarnoksiężnicy. Ja, Orgrim Zgładziciel, i nikt inny. I to jest kres nikczemności! Kres zdrady! Kres kłamstw i oszustw!

Orgrim wyprostował się na swą imponującą wysokość, górując nad Gul'danem.

- Durotan zginął wskutek twoich knowań, ale on będzie ostatnim. I zostanie pomszczony! Nie będziesz dłużej z ukrycia rządzić naszym ludem! Nie będziesz decydował o naszym losie i nie będziesz kierował nami dla osiągnięcia własnych, plugawych celów! Nasz lud zyska wolność od twoich wpływów!

Gul'dan skulił się, myśląc szybko. Wiedział, że Orgrim może stanowić problem. Wielki wojownik był zbyt inteligentny, zbyt honorowy i zbyt szlachetny, by można go było łatwo przekabacić albo kontrolować. Swego czasu był zastępcą Czarnorękiego, wodza klanu Czarnej Skały, którego Gul'dan wybrał na swego marionetkowego przywódcę Hordy. Czarnoręki był niezwykle potężnym wojownikiem, ale uważał się też za wyjątkowo bystrego i dzięki temu łatwo go było kontrolować. Prawdziwą władzę sprawowali Gul'dan i jego Rada Cieni, zarówno nad orkami, jak i nad ich wodzem wojennym.

Ale nie nad Orgrimem. Ten bowiem nie chciał podążyć ich śladem, wycinając sobie własną ścieżkę, lekkomyślnie, lecz z pasją, której dorównywało jedynie oddanie dla ludu orków. Najwyraźniej dostrzegł to, co działo się za kulisami wszelkich wydarzeń, dojrzał to, co uznawał za zepsucie, i gdy już się dość napatrzył, gdy już nie mógł więcej znieść - zaczął działać.

Wszystko wskazywało na to, że przeszedł do czynów w starannie wybranym momencie. Gdy Gul'dan zniknął ze sceny, Czarnoręki stał się łatwym celem. Jak Orgrim odkrył, gdzie ukrywała się Rada Cieni, pozostawało zagadką, ale najwyraźniej jakoś mu się to udało, skoro wyeliminował większość jej członków, zostawiając przy życiu Gul'dana, Czo'gala i kto wie, kogo jeszcze.

A teraz stał z uniesionym młotem nad Gul'danem, gotów zniszczyć i jego.

- Stój! - krzyknął czarnoksiężnik, osłaniając ramionami głowę. - Błagam cię!

Te słowa sprawiły, że Orgrim znieruchomiał.

- Ty, potężny Gul'dan, błagasz? Dobrze, psie, błagaj zatem! Błagaj o życie!

Młot nadal wisiał nad głową Gul'dana, ale przynajmniej nie opadł. Jeszcze.

- Jj... - Gul'dan nienawidził Orgrima w tej chwili. Nienawidził go z całego serca, nienawidził z pasją, jaką dotąd budziła w nim jedynie władza. Wiedział jednak, co należało zrobić. Orgrim też go nienawidził. Za zorganizowanie zabójstwa jego starego przyjaciela, Durotana, za przekształcenie ich ludu z pokojowo nastawionych myśliwych w pełnych wściekłości wyznawców wojny. Wystarczył najdrobniejszy wręcz pretekst, by potężny młot opadł i zmiażdżył Gul'danowi czaszkę, wszystko wokół obryzgując krwią i strzępkami mózgu. Gul'dan nie mógł do tego dopuścić.

- Korzę się przed twą potęgą, Orgrimie Zgładzicielu - zdołał się wreszcie przemóc, przy czym każde słowo wypowiedział wyraźnie i na tyle głośno, by słyszeli go wszyscy w pobliżu. - Uznaję w tobie wodza Hordy i przysięgam ci wierność. Będę ci posłuszny w każdej sprawie.

- Nigdy dotąd nie wykazywałeś się posłuszeństwem - zwrócił mu ostro uwagę Orgrim. - Dlaczego mam ci wierzyć, że w ogóle jesteś do tego zdolny?

- Bo mnie potrzebujesz - odparł czarnoksiężnik, unosząc głowę, by spojrzeć w oczy wodzowi Hordy. - Zgładziłeś moją Radę Cieni, owszem, i umocniłeś swoją władzę nad Hordą. Tak jak być powinno. Czarnoręki nie był dość silny, by samemu przewodzić naszemu ludowi. - Oblizał nerwowo wargi. - Ale tobie potrzebni są czarnoksiężnicy. Potrzebujesz naszej magii, bowiem rodzaj ludzki dysponuje własną magią i bez nas ulegniesz ich potędze. - Potrząsnął głową. - A zostało ci niewielu czarnoksiężników. Ja, Czo'gal i garstka nowicjuszy. Zbyt jestem użyteczny, by zabić mnie jedynie w imię zemsty.

Orgrim ściągnął wargi w niemym warknięciu, ale opuścił młot. Milczał przez chwilę, wpatrując się tylko w Gul'dana oczyma wypełnionymi nienawiścią. Ale w końcu skinął potakująco głową.

 - To, co mówisz, jest prawdą - przyznał, choć stwierdzenie to wymagało odeń ogromnej samokontroli. - I przedłożę potrzeby Hordy nad moje własne. - Ściągnięte wargi odsłaniały całe kły. - Pozwolę ci żyć, tobie i tym pozostałym czarnoksiężnikom. Ale tylko tak długo, jak będziecie użyteczni.

- O, będziemy użyteczni - zapewnił go Gul'dan, kłaniając się nisko. Jego umysł już pracował intensywnie. - Stworzę dla ciebie zastępy istot, jakich jeszcze nie widziałeś, potężny Zgładzicielu, wojowników, którzy służyć będą jedynie tobie. Z ich potęgą i naszą magią zmiażdżymy magów tego świata, a wtedy Horda zdepcze ich wojowników na miazgę.

Orgrim skinął głową, zniknął gdzieś grymas wykrzywiający mu usta, teraz wódz Hordy z namysłem zmarszczył brwi.

- Dobrze zatem - powiedział w końcu. - Obiecałeś mi wojowników, którzy będą mogli walczyć z ludzką magią, trzymam cię więc za słowo - powiedział, po czym odwrócił się i odszedł, lekceważąc czarnoksiężnika. Wojownicy również się oddalili, zostawiając Gul'dana na klęczkach, w towarzystwie stojącego nieopodal Czo'gala. Czarnoksiężnikowi zdało się, że słyszy ich śmiech.

Bądź przeklęty! - pomyślał, patrząc za znikającym w namiocie Orgrimem. I niech będzie przeklęty ten ludzki czarownik! Gul'dan potrząsnął głową. Może tak naprawdę to powinien przeklinać własną niecierpliwość. To ona kazała mu wejść do umysłu Medivha w poszukiwaniu informacji, które mag obiecał wyjawić i wciąż się przed tym wzdragał. I to był już tylko pech, że gdy Gul'dan przebywał w umyśle Medivha, ten zginął i duch Gul'dana został nagle straszliwe osłabiony gwałtownością tego doznania, uwięziony, niezdolny do powrotu do swego ciała, nieświadom świata wokół. I tym samym dał Orgrimowi okazję do przejęcia władzy.

Ale teraz, wreszcie, Gul'dan znów się obudził. I raz jeszcze mógł zacząć realizować swe plany. Bowiem jego desperacki i niebezpieczny wyczyn nie poszedł na marne. Gul'dan zdobył niezbędne mu informacje. I już wkrótce nie będzie potrzebował Orgrima ani Hordy. Wkrótce stanie się potężny bez ich pomocy.

- Zbierz pozostałych - polecił Czo'galowi, dźwigając się z ziemi i sprawdzając wytrzymałość kończyn. Był słaby, ale czuł, że da radę. Nie miał czasu na długą rekonwalescencję. - W istocie uczynię z nich klan, taki, który będzie służył moim celom i ochroni mnie przed gniewem Orgrima. Będą zwali się Łupieżcami Burzy i pokażą Hordzie, do czego zdolny jest czarnoksiężnik, i nawet Zgładziciel nie będzie mógł zaprzeczyć ich wartości. Zbierz też swój klan. - Czo'gal przewodził klanowi Młota Zmierzchu, pogrążonych w obsesji na tle końca świata, ale przy tym nieustraszonych wojowników. - Mamy mnóstwo do zrobienia.

Rozdział pierwszy

Lothar wbrew samemu sobie był pod wrażeniem. Wichrogród był imponującym miastem, pełnym wież i tarasów, wykutym w mocnym kamieniu, zdolnym oprzeć się wichrom, ale wypolerowanym niczym lustro. Tymczasem Stolica była na swój sposób równie zachwycająca.

Nie żeby była taka jak Wichrogród. Budynki choćby - nie były tu równie wysokie, ale czego brakowało jej pod względem wysokości, nadrabiała elegancją. Miasto leżało nad północnym brzegiem Jeziora Lordamere, lśniąc bielą i srebrem. Nie tak mocno, jak lśnił Wichrogród, ale spowijał je blask, jakby światło słoneczne płynęło z pełnych gracji budynków, a nie padało na nie. Stolica wydawała się pogodna i przepełniona spokojem, niemalże święta.

- Majestatyczne miejsce - przyznał Khadgar - aczkolwiek ja wolę nieco cieplejsze okolice. - I zwrócił wzrok ku południowemu brzegowi jeziora, gdzie wznosiło się drugie miasto. W zarysach bardzo przypominało Stolicę, zdawało się jednak nieco bardziej egzotyczne, a jego mury i iglice miały miły kolor fioletu i innych ciepłych barw.

- To Dalaran - wyjaśnił Khadgar. - Dom Kirin Toru i magów. Mój dom, zanim posłano mnie do Medivha.

- Może będzie dość czasu, byś tam powrócił, choćby na chwilę - zasugerował Lothar. - Teraz jednak musimy skupić się na naszym zadaniu w Stolicy. - Raz jeszcze objął spojrzeniem lśniące miasto. - Miejmy nadzieję, że tutejsi ludzie umysły mają równie szlachetne, co domostwa. - I z tymi słowy spiął konia i zostawił za sobą majestatyczny Srebrzysty Bór, z Varianem i Khadgarem za plecami i resztą, podróżującą wozami.

Dwie godziny później dotarli do bram miasta. Przy wjeździe pełnili wartę strażnicy, ale podwójne wrota otwarte były tak szeroko, że dwa, a może i trzy wozy mogły się w nich minąć bez trudu. Strażnicy niewątpliwie dostrzegli przybyszów na długo przed tym, nim ci stanęli u bram; teraz do uciekinierów wyszedł żołnierz w szkarłatnym płaszczu na ramionach i wypolerowanym napierśniku, który podobnie jak hełm zdobiony był złotem. Strażnik zachowywał się uprzejmie, z szacunkiem nawet, ale Lothar nie mógł nie zauważyć, że żołnierz zatrzymał się w odległości kilku stóp zaledwie, czyli w zasięgu miecza. Czempion Wichrogrodu zmusił się, by zachować spokój, rozluźnić się i zignorować to naruszenie protokołu. Nie był już w Wichrogrodzie. Ci ludzie nie byli doświadczonymi wojownikami, utwardzonymi w ciągłej walce. Nigdy nie musieli walczyć o życie. Jak na razie.

- Bramy miasta stoją dla was otworem, witajcie - skłonił się kapitan straży. - Marcus Krasnyszlak uprzedził nas o waszym przybyciu, a także o prośbie, którą chcecie przedłożyć królowi. Jego wysokość oczekuje was w sali tronowej.

- Dziękujemy - odparł Khadgar, odpowiadając na ukłon skinieniem głowy. - Pójdźmy, Lotharze - dodał, trącając konia piętami. - Znam drogę.

Jechali przez miasto, bez trudu przemierzając szerokie ulice. Khadgar w istocie musiał dobrze znać drogę, ani razu bowiem nie zatrzymał się, nie pytał o wskazówki, nie zastanawiał, w którą stronę skręcić, i wkrótce dotarli do pałacu. Pozostawili wierzchowce kilku swym towarzyszom, po czym Lothar i książę Varian pierwsi zaczęli wspinać się po szerokich pałacowych stopniach, ale Khadgar szybko do nich dołączył. Przeszli przez zewnętrzne drzwi na szeroki dziedziniec obramowany krużgankami, teraz pustymi, ale Lothar nie miał wątpliwości, że w trakcie świąt wypełnione są one ludźmi. Po drugiej stronie dziedzińca znajdowały się kolejne, choć mniej liczne stopnie, wiodące prosto do sali tronowej.

Sala była imponująca, o suficie wysklepionym tak wysoko, że jego krańce ginęły w cieniu. Pomieszczenie było okrągłe, pełne łuków i kolumn. Złociste promienie słońca spływały z góry przez witraż pośrodku sklepienia, zabarwione jego kolorami, i rozświetlały wzór na posadzce: koncentryczne kręgi, z których każdy był inny, opasujące trójkąt zachodzący na najbardziej wewnętrzny z kręgów, w którym widniała złota pieczęć Lordaeronu. W sali znajdowały się wysoko umieszczone loże, Lothar domyślił się, że przeznaczono je dla szlachty, ale doceniał strategiczną wartość takiego rozwiązania. Kilku strażników zbrojnych w łuki umieszczonych w lożach mogło stamtąd atakować dowolny punkt pomieszczenia. Tuż za wzorem na posadzce znajdowało się okrągłe podwyższenie, na nim zaś masywny tron. Wyglądał, jakby wykuto go z lśniącego kamienia, składał się z samych ostrych krawędzi, płaszczyzn i kątów. Siedział na nim mężczyzna, wysoki i barczysty, o jasnych włosach zaledwie muśniętych siwizną, w błyszczącej zbroi i koronie, która bardziej przypominała hełm z kolcami niż koronetkę. To był prawdziwy król. Lothar wiedział to od razu - król taki jak Llane, który nie wahał się walczyć o swój lud. Ta świadomość dodała mu nadziei.

W sali tronowej pełno było ludzi, mieszkańców miasta, robotników, nawet chłopów, stali w pełnym szacunku oddaleniu od podwyższenia. Wielu coś ze sobą przyniosło, kawałki pergaminów, nawet jedzenie. Teraz w ciszy rozstępowali się przed Lotharem i Khadgarem.

- Wy tam! - zawołał mężczyzna na tronie. - Kim jesteście i z czym do mnie przybywacie?

Nawet z tej odległości Lothar widział niezwykłą barwę królewskich oczu: zieleń i błękit zmieszane ze sobą. Oczy te spoglądały bystro i czysto i nadzieje Czempiona wzrosły jeszcze bardziej. Oto był człowiek, który widział sprawy jasno i wyraźnie.

- Wasza wysokość - odpowiedział Lothar, a jego głęboki głos poniósł się po sali tronowej. Czempion zatrzymał się kilka kroków od podwyższenia i skłonił. - Jestem Anduin Lothar, rycerz z Wichrogrodu, a to mój towarzysz Khadgar z Dalaranu. - Usłyszał pomruki dochodzące od strony zebranych. - A to - odwrócił się tak, by król mógł widzieć Variana, który zdenerwowany tłumem i okolicznościami skrył się za plecami Lothara - jest książę Varian Wrynn, dziedzic tronu Wichrogrodu.

Teraz pomruki zmieniły się w odgłosy zaskoczenia, gdy ludzie uświadomili sobie, że chłopiec jest gościem królewskiego rodu. Lothar zignorował je, koncentrując się na królu.

- Musimy rozmawiać z tobą, panie, w sprawie ogromnej wagi i niecierpiącej zwłoki.

- Oczywiście - Terenas już podniósł się z tronu i szedł w stronę przybyszy. - Zostawcie nas, proszę - zwrócił się do zgromadzonych w sali poddanych i był to rozkaz, mimo że wyrażony uprzejmym tonem. Ludzie posłuchali bez zwłoki i wkrótce w sali pozostała jedynie garstka szlachciców.

Ludzie towarzyszący Lotharowi też się wycofali, zostawiając Anduina, Khadgara i Variana z Terenasem, który zbliżył się do nich.

- Wasza wysokość - Terenas powitał Variana jak równego sobie.

- Wasza wysokość - odparł Varian, jego wychowanie przezwyciężyło szok.

- Z bólem przyjęliśmy wieść o śmierci twego ojca - kontynuował Terenas łagodnie. - Król Llane był dobrym człowiekiem i widzieliśmy w nim przyjaciela i sojusznika. Zrobimy, co w naszej mocy, by przywrócić tron waszej wysokości.

- Dziękuję - odparł Varian, a jego dolna warga zadrżała lekko.

- A teraz usiądźmy, będziecie mogli opowiedzieć mi, co się wydarzyło. - Król wykonał zapraszający gest w stronę stopni podwyższenia. Usiadł na jednym z nich i skinieniem dłoni przywołał Variana. - Dane mi było zobaczyć Wichrogród na własne oczy i podziwiałem jego siłę i piękno. Co mogło zniszczyć takie miasto?

- Horda - przemówił Khadgar po raz pierwszy od chwili, gdy wszedł do sali tronowej. - Horda to zrobiła.

- A czym jest ta Horda? - spytał Terenas, zwracając się najpierw do Variana, a potem do Lothara.

- To armia, a właściwie więcej niż armia - odparł Lothar. - To ogromna rzesza, mnogość niezliczona, zdolna pokryć te ziemie od brzegu do brzegu.

- A kto prowadzi taką rzeszę ludzi?

- Nie ludzi - poprawił króla Lothar. - Orków. - I widząc, że Terenas nie zrozumiał, dodał: - To nowa rasa, pochodząca z innego świata. Są mniej więcej naszego wzrostu, ale znacznie potężniejszej budowy, mają zieloną skórę i płonące czerwone ślepia. I ogromne kły wyrastające z dolnej szczęki.

Któryś ze szlachciców prychnął z powątpiewaniem i Lothar obrócił się w tamtą stronę, spoglądając spod gniewnie zmarszczonych brwi.

- Nie wierzycie mi? - krzyknął w stronę galerii, szukając tego, który się śmiał. - Myślicie, że kłamię? - Uderzył pięścią w napierśnik tuż przy wyraźnym wgłębieniu w metalowej płycie. - To zrobił młot wojenny orka! - Uderzył w kolejne miejsce. - To orczy topór! - Wskazał na głęboką ranę na przedramieniu. - To zrobił kieł, gdy jeden z nich mnie napadł i znalazł się zbyt blisko, byśmy mogli użyć ostrzy! Te plugawe istoty zniszczyły mój kraj, mój dom, mój lud! Jeśli mi nie wierzycie, to zejdźcie tu i powiedzcie mi to w twarz! A pokażę wam wtedy, jakim jestem człowiekiem i co staje się z tymi, którzy oskarżają mnie o mówienie nieprawdy!

- Dość! - okrzyk Terenasa zgasił wszelkie możliwe odpowiedzi, w jego głosie dźwięczał czysty gniew, ale gdy król zwrócił się w stronę Lothara, ten widział, że to nie on był przyczyną królewskiej furii. - Nikt tu nie wątpi w twe słowa, Czempionie - zapewnił Lothara, ponurym spojrzeniem wodząc po twarzach szlachciców, jakby chciał sprowokować ich do zaprzeczenia. - Znam twój honor i twoją lojalność. I wierzę ci na słowo, choć te istoty zdają się nam dziwne. - Skinął głową w stronę Khadgara. - A gdy stajesz przed nami z magiem z Dalaranu u swego boku, nikt nie będzie podważał twych słów ani możliwości istnienia ras dotąd nam nieznanych.

- Dziękuję ci, królu Terenasie - odpowiedział Lothar zgodnie z wymogami etykiety, biorąc swój gniew w karby. Nie bardzo wiedział, co powinien teraz zrobić. Na szczęście Terenas nie miał wątpliwości.

- Wezwę władców okolicznych królestw - ogłosił. - Te wydarzenia dotyczą nas wszystkich. - Ponownie zwrócił się do Variana. - Wasza wysokość, oferuję ci mój dom i moją ochronę tak długo, jak będziesz ich potrzebował - oznajmił tak głośno, by wszyscy go usłyszeli. - A kiedy będziesz gotów, wesprzemy cię w wysiłkach zmierzających do odzyskania tronu i królestwa.

Lothar skinął głową.

- Wasza wysokość jest niezmiernie szczodry - odparł w imieniu Variana. - I nie mogę sobie wyobrazić bezpieczniejszego i lepszego miejsca, w którym mój książę mógłby osiągnąć dorosłość, niż Stolica. Wiedz jednak, że nie przybyliśmy tu, szukając jedynie azylu. Przyszliśmy, niosąc ostrzeżenie. - Stał z wysoko podniesioną głową, nie spuszczając wzroku z króla Lordaeronu, a jego głos grzmiał w całej sali tronowej. - Wiedz bowiem, że Horda nie zatrzyma się w Wichrogrodzie. Przybyli tu, by zagarnąć cały nasz świat, i mają taką liczebność, takie siły, że mogą urzeczywistnić to pragnienie. Nie brak im też mocy magicznej. Kiedy już skończą z mą ojczyzną - jego głos zabrzmiał głębiej, bardziej ochryple, ale Lothar zmusił się, by mówić dalej - znajdą sposób, by przebyć ocean, i przybędą tutaj.

- Każesz nam szykować się do wojny - odparł Terenas cicho. To nie było pytanie, ale Lothar i tak odpowiedział.

- Tak. - Powiódł spojrzeniem po twarzach zgromadzonych. - Do wojny o przetrwanie ludzkiej rasy.