World Classics. Klub Pickwicka - Charles Dickens

Kup ebooka

12.99 zł
10.38 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział drugi.

Pierwszy dzień podróży i pierwszy wieczór przygód z ich skutkami.

Słońce, ten wierny sługa świata, zaledwie poczęło oświecać poranek 13-go maja 1827 roku, gdy pan Samuel Pickwick, podobny drugiemu słońcu, wyrwał się z objęć snu, otworzył okno swego pokoju i powiódł wzrokiem po tłumie, poruszającym się pod nim. U stóp jego znajdowała się ulica Goswell, ulica Goswell znajdowała się po jego prawej stronie, ulica Goswell znajdowała się i po lewej jego stronie, jak daleko okiem sięgnąć można było...

"Takie to są", pomyślał pan Pickwick, "ciasne poglądy filozofów, poprzestających na badaniu powierzchni rzeczy i nie usiłujących zbadać ukrytych tajemnic. I ja mógłbym tak, jak oni, poprzestać na badaniu ulicy Goswell, nie robiąc żadnych usiłowań, by dostać się do otaczających ją nieznanych okolic!"

Wynurzywszy tę szczytną myśl, pan Pickwick zajął się ubieraniem i układaniem rzeczy w torbie podróżnej. Wielcy ludzie bardzo rzadko bywają wybredni pod względem ubrania, to też golenie brody, toaleta i śniadanie następowały szybko po sobie. Po upływie godziny pan Pickwick znajdował się już na placu St. Martin le Grand z torbą podróżną pod pachą i perspektywą w kieszeni surduta, w kieszeni zaś kamizelki umieścił książeczkę do zapisywania odkryć, jakie dałyby się zrobić.

"Dorożka!", zawołał pan Pickwick.

"Jestem panie!" odpowiedział ten dziwny gatunek rodzaju ludzkiego, w bluzie i płóciennym fartuchu, z blachą numerowaną na szyi, jakby był skatalogowany w jakiej kolekcji osobliwości. Był to miejscowy posługacz dorożek.

"Jestem panie! Hej! Kolejna dorożka!"

Gdy woźnica wyszedł z szynku, gdzie palił fajkę, pan Pickwick i jego torba wsadzeni zostali do powozu.

"Golden-Cross", rzekł pan Pickwick.

"Nędzny kurs szylingowy, Tomie", zawołał woźnica w złym humorze, ku zbudowaniu posługacza, gdy powóz odjeżdżał.

"Ile lat, mój przyjacielu, ma ten koń?" zapytał pan Pickwick, pocierając sobie nos szylingiem, przygotowanym na zapłacenie.

"Czterdzieści dwa", odrzekł woźnica, bokiem spojrzawszy na pana Pickwicka.

"Co?" zawołał znakomity człowiek, sięgając ręką po książkę notat.

Stangret powtórzył swe twierdzenie, pan Pickwick uważnie spojrzał mu w oczy, ale nie dostrzegł w ich wyrazie żadnego wahania, i bezzwłocznie fakt zanotował.

"I jak długo bywa w zaprzęgu?" pytał dalej pan Pickwick, zawsze starający się o zbieranie pożytecznych wiadomości.

"Dwa albo trzy tygodnie".

"Dwa albo trzy tygodnie w zaprzęgu!" zawołał filozof pełen zdumienia i znowu wyciągnął książeczkę.

"Stajnie", odrzekł obojętnie woźnica, "znajdują się w Pentonwil, ale on tam rzadko staje, z powodu osłabienia".

"Z powodu osłabienia?" powtórzył pan Pickwick ze zdumieniem.

"Tak, pada, jak się go tylko wyprzęże z dorożki, a przeciwnie, gdy jest zaprzężony jak należy i lejce trzyma się krótko, to nawet się nie potknie. Mamy przytem parę znakomitych kół, tak, że byle koń ruszył z miejsca, już się toczą za nim; musi więc biegnąć, nie może się oprzeć".

Pan Pickwick zapisał każdy wyraz tego opowiadania, by udzielić klubowi wiadomości o tym szczególnym dowodzie żywotności koni w okolicznościach najmniej przyjaznych. Kończył właśnie pisać, gdy dorożka dotoczyła się do Golden-Cross. Stangret zeskoczył, pan Pickwick wysiadł z wszelką ostrożnością, panowie Tupman, Snodgrass i Winkle, z niecierpliwością oczekujący na przybycie swego znakomitego mistrza, przystąpili, by go powitać.

"Masz", rzekł pan Pickwick, podając woźnicy szylinga.

Ale jakież było zdziwienie uczonego męża, gdy ów nieobliczalny właściciel dorożki, rzuciwszy pieniądze na bruk, oświadczył w mowie wielce wyrazistej, iż nie żąda innej zapłaty, jak tylko przyjemności przeboksowania z panem Pickwickiem całego szylinga.

"Szalony!" zawołał pan Snodgrass.

"Pijany!" dodał pan Winkle.

"I jedno i drugie", dorzucił pan Tupman.

"Dalejże!" krzyknął woźnica, rękami wyrabiając w przestrzeni mnóstwo młynków przygotowawczych. "Występujcie wszyscy czterej!"

"A to gratka!" zawołało pół tuzina innych woźniców. "Do roboty, John!" I z wielkiem zadowoleniem ustawili się w półkole.

"Co to, John?" zapytał jakiś gentleman, właściciel mankietów z czarnego perkalu.

"Co to?" odrzekł woźnica. "Ten stary zanotował mój numer".

"Nie notowałem numeru!" odpowiedział z oburzeniem pan Pickwick.

"A więc dlaczegoś go pan zapisywał?" zapytał woźnica.

"Nie zapisywałem!" zawołał pan Pickwick tonem jeszcze większego oburzenia.

"Czy uwierzycie", ciągnął dalej woźnica, zwracając się do tłumu, "czy uwierzycie, że ten oto szpicel, siadł do mej dorożki, zapisał numer i notował każde powiedziane słowo!" (Książka notat, jak błysk światła, przychodzi na myśl panu Pickwickowi).

"Zrobił to?" mruknął inny woźnica.

"Tak, zrobił. A teraz, swemi szykanami doprowadziwszy mnie do wyzwania, ma gotowych trzech świadków przeciwko mnie. Ale zapłaci mi za to, choćbym miał pół roku siedzieć w więzieniu! Występuj!"

I w uniesieniu, ze szczytną obojętnością dla własnych ruchomości, woźnica cisnął swój kapelusz na bruk, zrzucił okulary panu Pickwickowi, wystosował jedno uderzenie pięścią w nos pana Pickwicka, drugie uderzenie pięścią w piersi pana Pickwicka, trzecie w oko pana Snodgrassa, czwarte, dla rozmaitości, w kamizelkę pana Tupmana, potem jednym skokiem wypadł na środek ulicy, następnie wskoczył znów na chodnik i wkońcu wyparł tę odrobinę powietrza, jaką zawierały jeszcze płuca pana Winkle. Wszystko to odbyło się w jakie dwanaście sekund.

"Czy niema tu konstabla?" zapytał pan Snodgrass.

"Wpakujcie ich pod pompę", doradzał jakiś przekupień z gorącemi pasztecikami.

"Zapłacisz mi za to", zawołał pan Pickwick, oddychając z trudnością.

"Szpicel!" krzyknęło kilka głosów z tłumu.

"Występujcie!" bełkotał woźnica, nie przestając przez ten czas młynkować pięściami w próżni. Aż dotąd tłum zachowywał się biernie wobec tej sceny; ale gdy z ust do ust przeszła wiadomość, że pickwickczycy są policyjnymi szpiegami, obecni zaczęli roztrząsać z wielkiem roznamiętnieniem, czy nie należałoby postąpić według wniosku przekupnia gorących pasztecików. Niepodobna odgadnąć, do czegoby to doprowadziło, gdyby interwencja pewnej nowoprzybyłej osobistości nie położyła końca tej awanturze.

"Co to jest?" zapytał młody, wysmukły człowiek w zielonym fraku, wychodząc z biura powozów publicznych.

"Szpicel!" wrzasnął tłum.

"To fałsz", zawołał pan Pickwick z wyrazem, który powinienby był przekonać każdego nieuprzedzonego słuchacza.

"Czy tak? Czy tak?" zapytał, młody człowiek, torując sobie drogę przez tłum, zapomocą niezawodnego sposobu, polegającego na szturchaniu łokciami na prawo i na lewo.

Pan Pickwick w kilku zwięzłych słowach przedstawił mu rzeczywisty stan rzeczy.

"Jeśli tak, to chodźcie", rzekł zielony frak, pociągając za sobą znakomitego człowieka i nie przestając mówić przez całą drogę. "Ty, nr. 924, weź, co ci się należy za kurs i wynoś się. To szanowny gentleman, ja odpowiadam za niego. Żadnych głupstw. Tędy panie! Gdzie pańscy przyjaciele! Jak widzę, zaszła omyłka. Mniejsza o to... wypadek... każdemu to się może zdarzyć... odwagi! Od tego nikt nie umarł... Trzeba mężnie stawić czoło przeciwnościom... Zaskarż go pan do komisarza... A to łotry!"

Wygłaszając z niepospolitą potoczystością długi szereg podobnych sentencyj, nieznajomy wprowadził pana Pickwicka i orszak jego do pokoju, gdzie zwykle podróżni czekają na odejście dyliżansów.

"Chłopcze!" zawołał nieznajomy, targając za dzwonek z nadzwyczajną gwałtownością: "szklanek dla wszystkich, gorącego ponczu z wódką, mocno ocukrzonego i sporo. Oko podbite, panie! Chłopcze! Kawałek surowego mięsa na oko dla pana. Nic tak nie pomaga na sińce, jak surowe mięso. Słup latarni gazowej także doskonały, ale niewygodny. Strasznie głupio, stać pół godziny na ulicy, z okiem przyłożonem do latarnianego słupa. Dobry żart, co? Ha! Ha!"

I nieznajomy, nie zatrzymując się nawet dla nabrania oddechu, przełknął od razu pół kwarty gorącego ponczu, potem rozwalił się na krześle z taką obojętnością, jakby nic nadzwyczajnego nie zaszło.

Pan Pickwick miał teraz czas przyjrzeć się ubiorowi i postawie tego nowego znajomego, a tymczasem trzej jego towarzysze zajęci byli wynurzaniem wybawcy swej wdzięczności.

Był to mężczyzna średniego wzrostu, ale że był szczupły i miał długie nogi, wydawał się więc znacznie słuszniejszy. Jego zielony frak musiał być niegdyś bardzo elegancki, za owych pięknych dni fraków o krótkich połach: na nieszczęście w owych dniach był on pewno robiony na mężczyznę znacznie niższego, aniżeli nieznajomy, ponieważ zabrudzone rękawy dochodziły mu zaledwie do łokcia. Bez względu dla poważnych lat tego ubioru, nieznajomy zapiął go pod sam podbródek, narażając go przez to na pęknięcie na grzbiecie. Szyja nieznajomego okręcona była czarną chustką, ale nie dostrzegłbyś na niej ani śladu kołnierza od koszuli. Wąskie spodnie ukazywały tu i owdzie połyskujące miejsca, co znamionowało długą służbę; były mocno naciągnięte zapomocą strzemiączek na połatanych zapewne trzewikach, ażeby ukryć pończochy niegdyś białe, które zdradzały się jednak pomimo tej zbytecznej ostrożności. Z każdej strony jego kapelusza o podniesionych kryzach spadały w zaniedbanych kędziorach długie czarne włosy, a pomiędzy rękawiczkami a rękawami ubrania, widać było nagie części rąk. Nakoniec twarz jego była blada i wychudzona a cała osoba tchnęła bezwstydnem niedbalstwem i niczem niezachwianą zarozumiałością.

Takiemu to indywiduum pan Pickwick przypatrywał się przez okulary (które na szczęście znalazły się) i w wyborowych wyrazach wynurzał swe podziękowanie, gdy trzej jego znajomi wyczerpali już swoje dziękczynienia.

"Nie mówmy więcej o tem", rzekł nieznajomy, przerywając komplementy, "dość tego. Zresztą woźnica dzielnie wywijał pięściami; ale gdybym był na miejscu pańskiego przyjaciela w myśliwskiej kurtce, to - niech mię Bóg skarze! - rozwaliłbym mu głowę w jednej sekundzie... i temu przekupniowi pasztecików także, słowo honoru!"

Mowa ta, wygłoszona jednym tchem, przerwana została przez konduktora z Rochester, oznajmiającego, że "Kommodor" odjeżdża.

"Kommodor!" mruknął nieznajomy wstając, "w tym powozie mam miejsce. Miejsce na imperjale. Płaćcie panowie za wódkę i wodę; trzebaby zmienić banknot pięciofuntowy; w obiegu jest dużo fałszywej monety, wiemy o tem!"

I potrząsnął głową z przebiegłą miną.

Właśnie pan Pickwick i jego trzej towarzysze zamierzali zrobić pierwszy przystanek w Rochester. Oświadczyli więc nowemu swojemu znajomemu, że jadą tą samą drogą, co on, i umówili się, że zajmą miejsca ztyłu powozu, gdzie pomieszczą się wszyscy pięciu.

"Hop! Do góry!" zawołał nieznajomy, pomagając panu Pickwickowi wygramolić się na imperjał z pośpiechem, który materjalnie naruszył zwykłą powagę filozofa.

"Pakunków nie ma pan?" zapytał woźnica.

"Kto? Ja?" odparł nieznajomy. "Pakiecik zawinięty w papier, to wszystko! Resztę wyprawiłem wodą! Wielkie skrzynie obite gwoździami, wielkie jak domy! Ciężkie, ciężkie, djabelnie ciężkie!"

To mówiąc, wciskał do kieszeni pakiet, owinięty w papier a zawierający, jak można było wnosić z powierzchowności, koszulę i chustkę do nosa.

"Ostrożnie! ostrożnie z głowami!" krzyczał gadatliwy nieznajomy, gdy przejeżdżali pod jednem ze sklepień; "straszne to miejsce, bardzo niebezpieczne; niedawno: pięcioro dzieci, matka, słuszna kobieta, jadła chleb z masłem... zapomniała o sklepienu; trach! dzieci oglądają się, matka bez głowy!... chleb z masłem w ręku, a niema gęby, bo go włożyć; głowa rodziny zginęła. Okropność! okropność! Pan przypatruje się pałacowi Whitehall? Piękny pałac; małe okienka; tu także zleciała jedna głowa!... Także nie pilnował się . Och! och! panowie! och!"

"Myślałem właśnie", rzekł pan Pickwick, "o dziwnej zmienności rzeczy ludzkich".

"A! domyślam się. Dziś wchodzi się do pałacu drzwiami, jutro wylatuje się oknem. - Pan filozof?"

"Badacz natury ludzkiej, panie".

"Ja także, jak większa część ludzi, nie mających nic lepszego do roboty a jeszcze mniej do zarobienia. Pan poeta?"

"Mój przyjaciel, pan Snodgrass, ma bardzo wybitne zdolności poetyckie", odpowiedział pan Pickwick.

"Ja także", rzekł nieznajomy, "napisałem poemat epiczny, dziesięć tysięcy wierszy; za rewolucji czerwcowej; stworzony na miejscu; w dzień Mars, w nocy Apollo; w dzień karabin, w nocy lira".

"Czy był pan obecny przy tych sławnych zdarzeniach?" zapytał pan Snodgrass.

"Obecny? Tak, cokolwiek; mierzyłem w Szwajcarów i wymierzałem wiersze; spisywałem je w handlu win; na ulicy pif"! paf! nowa myśl! wracam do handlu; pióro atrament; na ulicy siekanina. Szczytny czas, panie. Pan myśliwy?" zapytał, zwracając się nagle do pana Winkle.

"Trochę", odrzekł zagadnięty.

"Piękne zajęcie! Bardzo piękne! A pies?"

"Teraz nie mam".

"Ach, powinienby pan mieć. Szlachetne zwierzę, istota inteligentna! Miałem niegdyś psa, legawca, zdumiewający instynkt. Pewnego dnia, polując, wchodzę do lasu, gwiżdżę, pies nie rusza się, gwiżdżę znowu: Ponto! nic nie pomaga; stoi jak wryty. Ponto! Ponto! ani drgnie. Skamieniał przed jakąś tablicą. Napis: Strażnicy leśni mają rozkaz zabijać wszystkie psy, które się znajdą w tym lasku. - Nie chciał iść dalej. Zadziwiający pies. Sławny pies! O tak! Sławny!"

"Szczególny wypadek!" rzekł pan Pickwick. "Czy pozwoli pan, bym go zanotował?"

"Owszem, owszem; sto innych anegdot o tem samem zwierzęciu. Piękna dziewczyna, panie", mówił dalej nieznajomy, zwracając się do pana Tracego Tupmana, który zajęty był antypickwickowskiem zerkaniem na młodą kobietę, idącą brzegiem drogi...

"Bardzo piękna", odpowiedział pan Tupman.

"Angielki nie warte Hiszpanek; szlachetne istoty! Włosy hebanowe, oczy czarne, kształty ponętne, słodkie istoty, cudne!"

"Byłeś pan w Hiszpanii?" zapytał pan Tracy Tupman.

"Wieki tam przeżyłem".

"Musiał pan mieć wiele przygód miłosnych..."

"Przygód miłosnych? Tysiące! Don Bolaro Fizzgig, grand hiszpański; córka jedynaczka; donna Krystyna; wspaniała dziewica, kochała mię do szaleństwa. Ojciec zazdrosny; córka namiętna; Anglik piękny; donna Krystyna w rozpaczy; kwas pruski; pompa brzuszna w mojej torbie podróżnej; wykonywam operację; stary Bolaro w uniesieniu; zgadza się na nasz związek; łączy ręce; strumienie łez; historja romantyczna, bardzo romantyczna".

"Czy dama ta znajduje się obecnie w Anglii?" przerwał pan Tupman, na którego opis tylu wdzięków żywe wywarł wrażenie.

"Umarła, panie, umarła!" odrzekł nieznajomy, przykładając do oczu szczątki batystowej chustki. "Nigdy nie przyszła do siebie po operacji z pompą brzuszną; delikatna konstytucja wstrząśnięta; ofiara miłości".

"A ojciec?" zapytał poetyczny Snodgrass.

"Wyrzuty sumienia; nagłe zniknięcie, gadanina o tem w całem mieście. Szukają po wszystkich kątach, niema! Wtem fontanna na publicznym placu zatrzymuje się; mija jakiś czas - niema wody; rzemieślnicy biorą się do roboty; mój teść w wielkiej rurze wodociągowej; w prawym bucie wyznanie, że zgryzoty skłoniły go do samobójstwa. Wydobywają go; fontanna tryska w najlepsze".

"Pozwoli mi pan spisać ten mały romans?" zapytał pan Snodgrass, głęboko rozczulony.

"Z największą chęcią, z największą chęcią. Pięćdziesiąt innych do usług pańskich. Dziwna to historja, nie nadzwyczajna, ale ciekawa".

Przez całą drogę nieznajomy nie przestawał mówić w ten sposób, zatrzymując się tylko na przystankach dla przełknięcia szklanki piwa; coś w rodzaju punktacji. Toteż gdy powóz przytoczył się do Rochester, pamiętniki panów Pickwicka i Snodgrassa były całkowicie zapełnione opisem jego przygód.

Gdy ujrzano stary zamek, pan August Snodgrass zawołał z cechującym go poetycznym zapałem:

"Co za wspaniałe zwaliska!"

"Jakie studjum dla archeologa!" to były słowa wyrzeczone przez samego pana Pickwicka w chwili, gdy przykładał perspektywę do oka.

"Piękna miejscowość", odrzekł nieznajomy. "Wspaniała masa! Ciemne mury, zburzone arkady, ponure przejścia, zawalone schody. Stara katedra! Także zapach stęchlizny, stopnie wydeptane nogami pielgrzymów, małe furtki saksońskie, konfesjonały, jak budki kontrolerów odbierających bilety w teatrze... Dziwni to ludzie ci zakonnicy, ci papieże, ci przełożeni i wszelkiego rodzaju nieboszczyki o wielkich obliczach i zadartych nosach, których wykopują codziennie. Pasy z bawolej skóry, flinty z lontami, sarkofagi. Piękne miejsce, stare legendy, szczytne historje, zadziwiające".

Nieznajomy ciągnął ten monolog, dopóki powóz nie zatrzymał się na wielkiej ulicy przed oberżą "Pod bykiem".

"Czy pan stanie tutaj?" zapytał go pan Nataniel Winkle.

"Tu? Nie panie. Ale radzę panom, byście tu się zatrzymali, dom dobry, łóżka czyste. Tuż obok jest hotel "Wright", bardzo drogi; pół korony dopisują do rachunku za spojrzenie na garsona: każą płacić drożej, gdy się je obiad w mieście, niż gdyby się jadło w hotelu; szczególni ludzie, doprawdy".

Pan Winkle zbliżył się do pana Pickwicka i szepnął mu parę słów do ucha. Szeptanie przeszło od pana Pickwicka do pana Snodgrassa, od pana Snodgrassa do pana Tupmana, a gdy następnie zamieniono pomiędzy sobą znaki zgody, pan Pickwick tak przemówił do nieznajomego:

"Dziś rano wyświadczył pan nam ważną usługę. Zechciej pan zatem przyjąć słaby dowód naszej wdzięczności i zrób nam zaszczyt obiadując z nami".

"Z wielką przyjemnością. Ale pozwolę sobie wyjawić panom, jaki jest mój gust: pieczony drób i grzyby - rzecz wyśmienita; o której godzinie?"

"Teraz", rzekł pan Pickwick wyjmując zegarek, "jest około trzeciej. O piątej, jeśli pan chce".

"Bardzo dobrze, punkt o piątej: aż do tej chwili niech się panowie zajmą swojemi sprawami".

Tak powiedział nieznajomy, potem podniósł o kilka cali swój kapelusz o zadartych brzegach, niedbale osadził go znowu na bakier, przeszedł dziedziniec z miną zamyśloną i skręcił w ulicę; pakiet owinięty w papier sterczał mu ciągle z kieszeni.

"Widocznie wielki to podróżnik po rozmaitych krajach i głęboki obserwator ludzi i rzeczy", rzekł pan Pickwick.

"Chciałbym widzieć jego poemat", dodał pan Snodgrass.

"A ja tego psa", rzekł pan Winkle.

Pan Tupman nie mówił nic, ale myślał o donnie Krystynie, kwasie pruskim, fontannie - i oczy jego napełniły się łzami...

Zamówiwszy osobny pokój jadalny, obejrzawszy łóżka i ułożywszy dania obiadu, nasi znajomi wyszli, by przyjrzeć się miastu i jego okolicom.

Pilnie przewertowaliśmy notaty pana Pickwicka o czterech miastach: Stroud, Rochester, Chatain i Brompton, ale nie sądzimy, by zdanie jego o nich różniło się co do istotnej treści od zdania innych uczonych, którzy zwiedzali te same miejsca. Opis jego można streścić w tych wyrazach:

Głównemi produktami tych miast są zdaje się, żołnierze, majtkowie, Żydzi, kreda, raki, oficerowie i urzędnicy marynarki. Najważniejsze towary, wystawione na ulicach, to: zboże dla floty, cukier lodowaty, jabłka, ryby i ostrygi. Ulice są wielce ożywione, co jest po największej części wynikiem dobrego humoru wojskowych. Mężni ci ludzie, pod wpływem nadmiaru wesołości i napojów spirytusowych, wyśpiewując i robiąc zygzaki po ulicach, przedstawiają widok prawdziwie zajmujący dla umysłu filantropijnego zwłaszcza jeżeli zważymy, jakiej niewinnej i taniej uciechy dostarczają wszystkim miejskim ulicznikom, biegającym za nimi i przedrzeźniającym ich. - Nic (dodaje pan Pickwick) nic nie zdoła dorównać ich dobremu humorowi. W przeddzień mego przybycia, jeden z wojskowych został w pewnej oberży grubiańsko obrażony. Dziewczyna nie chciała mu pozwolić więcej pić. Wskutek tego, z prostej swawoli, żołnierz wydobył bagnet i ranił ją w ramię, lecz już nazajutrz zuch ten udał się do oberży i sam oświadczył pierwszy, że nie zachowuje żadnej urazy i zapomina o tem, co zaszło.

Konsumcja tytoniu musi być w tem mieście bardzo znaczna, pisze dalej pan Pickwick, a zapach tej rośliny, rozchodzący się po wszystkich ulicach, musi być szczególnie przyjemny dla lubiących palić. Podróżnik, nie zgłębiający istoty rzeczy, możeby krytykował błoto, charakteryzujące ulice miejskie, gdy przeciwnie, przedstawia ono prawdziwy przedmiot zadowolenia dla tych, którzy widzą w tem dowód ruchu i pomyślności handlowej.

Piąta godzina sprowadziła jednocześnie obiad i nieznajomego. Pozbył się on pakietu w szarym papierze, ale nie dokonał żadnej zmiany w swym kostjumie i jak przedtem odznaczał się gadatliwością.

"Co to jest?" zapytał, gdy garson zdejmował srebrną pokrywę z półmiska. "Łosoś! O! Znakomita ryba; wszystkie łososie pochodzą z Londynu. Przedsiębiorcy dyliżansów popierają obiady polityczne, ażeby dowozić łososie tuzinami koszów; wiedzą dobrze, co robią. Eh! eh! Szklaneczkę wina ze mną, panie".

"Z przyjemnością!" odrzekł pan Pickwick. I nieznajomy napił się wina naprzód z nim, potem z panem Snodgrassem, potem z panem Tupmanem, potem z panem Winkle, potem wreszcie z całem zebranem towarzystwem, a wszystko to uczynił nie przestając mówić ani na chwilę.

"Jakieś szczególne bachanalje na schodach. Wnoszą ławki, uwijają się stolarze, lampy, szklanki, arfa. Co to znaczy, garsonie?..."

"Bal, panie".

"Piknik?"

"Nie, panie. Bal publiczny, panie, na rzecz ubogich, panie..."

"Powiedz mi pan", zapytał pan Tupman z żywem zajęciem. "czy w tem mieście kobiety są piękne?"

"Pyszne, wspaniałe. Kent, panie. Cały świat zna hrabstwo Kent, słynące z jabłek, wiśni, chmielu i kobiet. Szklankę wina, mój panie?"

"Z wielką przyjemnością", odparł pan Tupman. Nieznajomy nalał swoją szklankę i wychylił.

"Bardzobym chciał pójść na ten bal", rzeki pan Tupman, "bardzobym chciał..."

"Bilety, panie, mamy w kantorze, po pół gwinei", rzekł garson.

Pan Tupman powtórnie wynurzył życzenie być obecnym na tej uroczystości, ale nie znajdując żadnej odpowiedzi w pociemniałem oku pana Snodgrassa ani w roztargnionym wzroku pana Pickwicka, rzucił się z nowem zajęciem do wina Porto i do deseru, który przyniesiono. Garson oddalił się, a naszych pięciu podróżnych w dalszym ciągu używało dwugodzinnej siesty poobiedniej.

"Za pozwoleniem panów", rzekł nieznajomy, "butelka drzemie, zmuśmy ją do krążenia, jak słonce".

I wypił szklankę, którą napełnił był przed dwiema minutami, poczem nalał sobie drugą, ze świadomością człowieka przyzwyczajonego do podobnych manipulacyj.

Wypito wino i zażądano więcej; nieznajomy rozprawiał, pickwickczycy słuchali, pan Tupman co chwila odczuwał coraz to większą ochotę pójścia na bal, twarz pana Pickwicka jaśniała wyrazem uniwersalnej filantropii, panowie Winkle i Snodgrass wpadli w głęboki sen.

"Na górze już zaczynają", rzekł nieznajomy, "słuchajcie! Stroją skrzypce, a teraz arfę, już zaczęli!"

W samej rzeczy, dźwięki orkiestry zapowiadały początek kontredansa.

"Bardzobym chciał pójść na ten bal", powtórzył pan Tupman.

"Ja także; przeklęte bagaże, statek spóźnił się, nie mam w co się ubrać".

Powszechna uprzejmość była charakterystycznym rysem pickwickczyków, a pan Tupman był nią obdarzony w wyższym od innych stopniu. Przeglądając protokoły klubu, zdumiewać się trzeba, ile razy ten zacny człowiek odsyłał do innych członków Stowarzyszenia rozmaitych biedaków, udających się do niego z prośbą o stare suknie lub o pieniężną zapomogę.

"Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł panu na ten bal pożyczyć fraka", rzekł do nieznajomego, "ale pan jest dość szczupły, a ja..."

"Dość otyły. Stary zdemontowany Bachus w pantalonach! Zlazł z beczki! Winne liście do djabła! Cha, cha! Przysuń no pan wino!"

Nie umiemy powiedzieć, czy pan Tupman był oburzony zbyt swobodnym tonem, z jakim nieznajomy wzywał go, by przysunął wino, które tak szybko przesuwało się znów przez gardło, lub też, czy był słusznie zgorszony tem, że wpływowy członek Klubu Pickwicka porównany został do zdemontowanego Bachusa - ale przysunąwszy wino, odchrząknął dwa razy i patrzał na nieznajomego przez kilka sekund z surową stanowczością. Jednak, gdy indywiduum to zachowało najzupełniejszy spokój i pogodę pod tem badawczem spojrzeniem, Tupman zmniejszył stopniowo jego natężenie i znowu zaczął mówić o balu.

"Chciałem właśnie powiedzieć panu", odezwał się, "że gdyby moje ubranie było dla pana za przestronne, suknie mego przyjaciela, pana Winkle, mogłyby być na niego w sam raz".

Nieznajomy jednym rzutem oka zmierzył pana Winkle i zawołał z zadowoleniem:

"Takich właśnie trzebaby było".

Pan Tupman spojrzał dokoła. Wino, które wywarło swój wpływ usypiający na panów Snodgrassa i Winkle, ciążyło również nad zmysłami pana Pickwicka. Gentleman ten kolejno przeszedł wszystkie fazy poprzedzające obezwładnienie, wywołane obiadem i winem. Przeszedł zwykłe stopnie od nadmiaru wesołości do bezdennego smutku. Jak płomień gazowy na ulicy, gdy wiatr dostanie się do rury, roztaczał on chwilami to nadzwyczajną jasność, to znów tak malał, iż zaledwie można go było dojrzeć; po krótkiej przerwie błysnął oślepiającym blaskiem, potem drgnął i zgasł zupełnie. Głowa pochyliła mu się na piersi i jednostajne chrapanie, któremu czasem towarzyszyło głuche mruczenie, były jedynemi dowodami słuchowemi, mogącemi świadczyć o istnieniu tego wielkiego męża.

Pana Tupmana opanowała gwałtownie chęć znalezienia się na balu, aby wydać sąd o pięknościach hrabstwa Kent; chciało mu się również zaprowadzić tam znajomego, słyszał bowiem, że mówi o mieszkańcach miasta, jak gdyby żył w niem od urodzenia, gdy on sam znajdował się w miejscu zupełnie mu obcem. Pan Winkle spał głęboko, a pan Tupman zbyt dobrze znał z doświadczenia stan, w jakim się znajdował jego towarzysz, by nie wiedzieć, że według zwykłego przebiegu praw natury, przyjaciel jego, przebudziwszy się, nie będzie myślał o niczem innem, tylko o tem, by się jakoś dowlec do łóżka. Mimo to jednak był jeszcze niezdecydowany.

"Napełnij pan sobie szklankę i przysuń wino", rzekł niezmordowany gość.

Pan Tupman spełnił to żądanie i ta ostatnia, uzupełniająca szklanka wymogła na nim postanowienie.

"Z sypialnego pokoju pana Winkle", rzekł do nieznajomego, "są drzwi do mojego pokoju, a gdybym go teraz obudził, niepotrafiłbym mu dać do zrozumienia, czego żądam; ale wiem, że w swej torbie podróżnej ma on kompletne ubranie. Gdyby pan przywdział je na bal, a po powrocie zdjął, mógłbym je łatwo złożyć na tem samem miejscu, nie niepokojąc mego przyjaciela".

"Doskonale", odparł nieznajomy, "wyborny plan! Głupie położenie, śmieszne. Czternaście fraków mieć w swoim kufrze i być zmuszonym przywdziewać cudzy! Bardzo głupio! Doprawdy".

"Trzeba wziąść bilety", rzekł pan Tupman.

"Nie warto mieniać gwinei. Zagrajmy, kto zapłaci za obu: rzuć pan złotą monetę w górę, ją będę zgadywać. Zaczynaj pan. Kobieta, kobieta, kobieta czarodziejka!"

Złoty pieniądz upadł i ukazała się postać smoka, przez grzeczność nazywanego kobietą. Skazany losem pan Tupman zadzwonił, wziął bilety i zażądał światła. Po kwadransie nieznajomy był kompletnie ustrojony w szaty pana Nataniela Winkle.

"To frak zupełnie nowy", rzekł pan Tupman, podczas gdy nieznajomy z zadowoleniem przyglądał się sobie: "to pierwszy frak, który został ozdobiony guzikami naszego klubu".

I wskazał towarzyszowi duże złocone guziki, na których wyryte były litery K. P. po obu stronach popiersia pana Pickwicka.

"K. P.". powtórzył nieznajomy, "śmieszna dewiza, portret tego dziada i K. P.! Co to znaczy to K. P.? Komiczny portret? Co?"

Pan Tupman z wielką powagą i źle ukrywanem oburzeniem objaśnił mistyczny symbol Klubu Pickwicka, a tymczasem nieznajomy wykręcił się, by zobaczyć tył fraka, którego stan dochodził mu do połowy pleców.

"Stan cokolwiek za krótki, co? Jak kurtki tragarzy: śmieszne ubiory, robi się bez miary, na hurt; tajemnicze drogi Opatrzności; wszystkim ludziom małego wzrostu dostają się długie ubrania, wszystkim słusznego, krótkie".

Mieląc w ten sposób językiem, nowy towarzysz pana Tupmana kończył poprawiać swe ubranie, a raczej ubranie pana Winkle, i w chwilę potem dwaj miłośnicy balu weszli razem na schody.

"Nazwiska panów?" zapytał jakiś jegomość przy drzwiach stojący. Pan Tupman podszedł, by wygłosić swe tytuły i charakter, gdy nieznajomy zatrzymał go, mówiąc:

"Żadnych nazwisk!" i mruknął do ucha panu Tupmanowi: "Poco nazwiska? Nieznajomi! Doskonałe nazwisko, w swoim rodzaju incognito, to przyjemność! Gentlemani z Londynu, szlachetnie urodzeni, i basta".

Po tych ostatnich wyrazach, głośno wymówionych, otworzyły się drzwi i pan Tupman wraz z nieznajomym weszli do sali balowej.

Był to długi pokój, okolony karmazynowemi ławkami i oświetlony świecami w kryształowym żyrandolu. Muzykańci byli umieszczeni na estradzie; trzy lub cztery koła kontredansowe rozwijały się i zwijały scientyficznie. W bocznym pokoju znajdowało się parę stołów do gry, przy których cztery stare damy, z takąż samą ilością otyłych mężczyzn, z całą powagą grały w wista.

Po przetańczeniu ostatniej figury, tancerze zaczęli przechadzać się po sali, a nasi dwaj znajomi stanęli w kącie by przyjrzeć się towarzystwu.

"Śliczne kobiety!" rzekł z westchnieniem pan Tupman.

"Zaczekajno pan. Zobaczysz jeszcze. Matadory jeszcze się nie pojawiły, śmieszne zwyczaje! Wyżsi urzędnicy marynarki nie rozmawiają z urzędnikami niższymi; niżsi urzędnicy nie rozmawiają z mieszczaństwem; komisarz rządowy nie rozmawia z nikim".

"Co to za jasnowłosy chłopak, z czerwonemi oczyma i w fantastycznem ubraniu?"

"Ts! Milcz pan, jeżeli możesz! Czerwone oczy! Fantastyczne ubranie! Chłopak!... Ho, ho! Ciszej, ciszej; to chorąży z 97-ego pułku, szanowny Wilmot-Becasse. Becassy, wielka rodzina, liczna rodzina".

"Sir Tomasz Clubber, pani Clubber i panny Clubber" zawołał stentorowym głosem anonsujący.

Głębokie wrażenie owładnęło całą salę, gdy wszedł ogromny gentleman w niebieskim fraku ze złotemi guzami, z nim dorodna dama w niebieskim atłasie, tudzież dwie młode panienki, wykrojone według tegoż modelu, w strojnych sukniach takiej samej barwy.

"Komisarz rządowy, naczelnik marynarki, wielki człowiek, niezaprzeczenie wielki!" cicho mówił nieznajomy do pana Tupmana, podczas gdy gospodarze balu prowadzili sir Tomasza Clubber na drugi koniec sali. Szanowny Wilmot Becasse i znakomitsi goście pospieszyli złożyć swe uszanowanie pannom Clubber, a sir Tomasz Clubber wyprostowany jak głoska i, majestatycznie spoglądał na zgromadzonych z wysokości swego czarnego krawata.

"Pan Smithie, pani Smithie i panny Smithie", zaanonsowano następnie.

"Co to za państwo Smithie?" zapytał Tupman.

"Także coś z marynarki", odpowiedział nieznajomy.

Pan Smithie ukłonił się z uszanowaniem sir Tomaszowi Clubber, a sir Tomasz Clubber oddał mu ukłon z widoczną przychylnością. Lady Clubber przez lornetkę przypatrywała się pani Smithie i jej córkom, a znowu pani Smithie z góry spoglądała na jakąś damę, której mąż nie służył w marynarce.

"Pułkownik Bulder, pani Bulder i panna Bulder".

"Dowódca garnizonu", rzekł nieznajomy, odpowiadając na pytający wzrok pana Tupmana.

Panna Bulder bardzo serdecznie została przyjęta przez panny Clubber; powitanie pani Bulder i lady Clubber było najczulsze, pułkownik Bulder i sir Tomasz Clubber poczęstowali się nawzajem tabaką i oba, spojrzeli dokoła, jak para Aleksandrów, władców wszystkiego, co ich otaczało.

Podczas gdy miejscowa arystokracja, Buldery, Clubbery i Becassy, zachowywała w ten sposób swoją godność na honorowem miejscu w sali, inne klasy towarzystwa naśladowały ich na szarym końcu ile tylko mogły. Najmniej arystokratyczni oficerowie 97-go pułku poświęcali się rodzinom pomniejszych urzędników marynarki, żona adwokata i żona kupca win, stały na czele dwóch osobnych frakcji, żona piwowara składała swe uszanowanie państwu Bulder a pani Tomlinson, żona dyrektora biura pocztowego, zdawało się, za powszechną zgodą obrana została na przewodniczącą partji kupieckiej.

Jedną z najpopularniejszych osobliwości w swem kółku był mały, tłusty człowieczek, o łysej głowie, otoczonej wieńcem czerwonych, twardych włosów. Był to doktór Slammer, chirurg 97-ego pułku. Doktór Slammer częstował tabaką, ze wszystkich śmiał się, tańczył, żartował, grał w wista, był wszędzie, robił wszystko. Do tych, i tak już licznych zajęć, doktór dołączał jeszcze jedno: największemi i niezmordowanemi względami otaczał starą małą wdowę, której toaleta i liczne klejnoty znamionowały znaczny majątek, co czyniło z niej partję wielce pożądaną dla człowieka mającego ograniczone dochody.

Oczy pana Tupmana i jego towarzysza były już od niejakiego czasu zwrócone na doktora i wdowę, gdy nieznajomy przerwał milczenie:

"Kupa pieniędzy, stara baba, doktór zawraca jej głowę; wyborna myśl, doskonała sztuka!"

Podczas gdy te uwagi, niezbyt zrozumiałe, wybiegały z ust nieznajomego, pan Tupman patrzał nań okiem badawczem.

"Pójdę tańczyć z wdową".

"Kto to?"

"Nie wiem, nigdy nie widziałem. Wykurzyć doktora! Naprzód, marsz!"

Domawiając to, nieznajomy przeszedł salę, oparł się o gzyms kominka i utkwił wzrok, z wyrazem uwielbienia i melancholji, w tłuste policzki starej wdowy. Pan Tupman patrzał na to, oniemiały z podziwu. Nieznajomy robił widocznie szybkie postępy; doktór tańczył z inną damą. Wdowa upuściła wachlarz; nieznajomy zerwał się i podał go jej pospiesznie: uśmiech, ukłon, wymiana kilku grzeczności. Nieznajomy zuchwale przeszedł przez salę, by wyszukać dyrektora tańców, powrócił z nim do wdowy i po kilku chwilach przedwstępnej prezentacji, pochwycił swą zdobycz za rękę i stanął z nią do kontredansa.

Zdziwienie pana Tupmana, na widok tego summarycznego trybu postępowania, było wielkie; ale zdziwienie doktora, zdaje się, było jeszcze większe. Nieznajomy był młody, pochlebiało to wdówce; nie zwracała już teraz uwagi na nadskakiwania doktora a jego oburzenie nie wywarło żadnego wrażenia na rywalu. Doktór Slammer stał, jakby paraliżem tknięty. On, doktór Slammer, z 97-ego pułku, w jednej chwili w niwecz obrócony, przez człowieka, którego nikt dotąd nie widział, nikt nie znał! Doktór Slammer! Doktór Slammer z 97-ego pułku! To nie do uwierzenia! To być nie może! A jednak tak było! Dobrze! Oto nieznajomy przedstawia swego przyjaciela! Doktór nie wierzy własnym oczom. Patrzy znowu i znajduje się w przykrej konieczności uznania, że go nie łudzą jego nerwy wzrokowe. Pani Budger tańczy z panem Tupmanem; trudno mylić się. Jego wdowa, z ciałem i kośćmi, jest tu przed nim i hasa z niezwykłą energją! Jest tu także przed nim i pan Tupman, wyskakujący to w prawo, to w lewo, z miną pełną powagi, tańczący (co się zresztą zdarza wielu osobom) tak, jakgdyby kontredans był jakąś uroczystą próbą, dla której odbycia trzeba uzbroić swą moralną stronę w niewzruszoną stanowczość.

Doktór zniósł to wszystko w milczeniu i cierpliwie. Widział jak nieznajomy podawał wdowie chłodniki, potem odnosił szklanki, rzucił się na biszkopty; widział tysiące wzajemnych umizgów i nie powiedział nic. Ale w kilka sekund po zniknięciu nieznajomego z panią Budger, którą rywal odprowadził do powozu, doktór wyleciał z sali a każdy atom jego długo powstrzymywanego gniewu, zdawało się, tryskał mu z twarzy strumieniem potu.

Nieznajomy powrócił i począł rozmawiać po cichu z panem Tupmanem; śmiał się, był rozpromieniony i triumfował. Mały doktór zapragnął jego życia.

"Panie", odezwał się przerażającym głosem, podając swój bilet wizytowy i odchodząc nieco na stronę; "nazwisko moje Slammer, doktór Slammer, panie! Z pułku 97-ego, koszary Chatam. Oto mój bilet, panie! Bilet mój!"

Chciał mówić dalej, ale oburzenie mowę mu odjęło.

"Al" odrzekł nieznajomy, jakby od niechcenia, "Slammer, bardzo dobrze; dziękuję: teraz nie jestem chory. Slammer... gdy zachoruję udam się do pana".

"Pan... jesteś intrygant... jesteś tchórz... jesteś nikczemny... jesteś głaz... jesteś... jesteś... Czy pan zdecyduje się dać mi swój bilet?"

"A! rozumiem", rzekł nieznajomy półgłosem, "poncz za mocny, przyjęcie zbyt hojne... Lemoniada lepsza, w pokojach za gorąco - gentleman już w pewnym wieku, nazajutrz daje się to odczuć, nieznośne cierpienia..." i zrobił kilka kroków.

"Pan mieszka w tym domu?" krzyknął rozzłoszczony człowiek; "teraz jest pan pijany! Ale dowie się pan o mnie. Wyszukam pana, wyszukam!"

"Najlepiej zrobi pan, gdy wyszukasz sobie łóżko", odrzekł obojętnie nieznajomy.

Doktór Slammer spojrzał na niego z nieopisaną zawziętością i oddalił się, nasuwając na głowę kapelusz w sposób wymownie świadczący o oburzeniu.

Nieznajomy poszedł do pana Tupmana, by zwrócić garderobę, pożyczoną u niewinnego pana Winkle, którego znaleziono w głębokim śnie; zwrot został niebawem dokonany. Nieznajomy był nadzwyczaj żartobliwie usposobiony a pan Tupman, oszołomiony winem, ponczem, światłem i widokiem tylu kobiet, całą tę sprawę uważał za doskonały żart. Po odejściu nowego swego przyjaciela, napotkał na pewne trudności przy szukaniu otworu szlafmycy, wywrócił lichtarz i dopiero po całym szeregu wielce skomplikowanych ewolucyj zdołał dostać się do łóżka. Pomimo tych drobnych wypadków, rychło znalazł pożądany spoczynek.

Na drugi dzień rano, zaledwie wybiła siódma, uniwersalny umysł pana Pickwicka został gwałtownem kołataniem do drzwi wyrwany ze stanu odrętwienia, w którem pogrążył go sen.

"Kto tam?!" zawołał filozof, podnosząc się.

"Garson, panie".

"Czego chcesz?"

"Czy nie może mi pan powiedzieć, który z towarzyszy pańskich ma niebieski frak ze złoconemi guzikami i literami na nich?"

"Zapewne wziął go do wyczyszczenia", pomyślał pan Pickwick "i zapomniał do kogo należy".

"Pan Winkle", odrzekł, "trzecie drzwi na prawo".

"Bardzo panu dziękuję," odpowiedział garson i odszedł.

"Co to znaczy?" zapytał sam siebie pan Tupman, słysząc również mocne kołatanie do drzwi.

"Winkle! Winkle!" krzyknął pan Tupman.

"A co tam?" odezwał się słaby głos z drugiego pokoju.

"Pytają o ciebie... ktoś przy drzwiach".

I z wysiłkiem wymówiwszy te wyrazy, pan Tupman odwrócił się i znowu zasnął.

"O mnie pytają!" rzekł pan Winkle, wstając z łóżka i szybko ubierając się. "W takiej odległości od Londynu! Jakie licho może pytać o mnie?"

"Jakiś gentleman na dole, w kawiarni, panie. Powiada, że chce tylko chwilkę pomówić z panem, ale żadną miarą nie chce czekać".

"To dziwne", mruknął pan Winkle. "Powiedz mu że zaraz przyjdę".

Zawinął się w szlafrok, szyję obwiązał chustką i poszedł.

Stara baba i dwaj chłopcy zamiatali kawiarnię. Przy oknie stał jakiś oficer, który ujrzawszy wchodzącego pana Winkle, skłonił mu się zimno, potem kazał oddalić się służącym, starannie zamknął drzwi i powiedział:

"Pan Winkle, jak sądzę?"

"Tak jest, panie, nazywam się Winkle".

"Przychodzę tu w imieniu mego przyjaciela, doktora Slammera, z 97-ego pułku. To pana nie powinno dziwić"

"Doktora Slammera?" powtórzył pan Winkle.

"Doktora Slammera. Polecił mi, bym oznajmił panu w jego imieniu, że postępowanie pańskie wczorajszego wieczora było niehonorowe i że człowiek honorowy darować tego nie może".

Zdumienie pana Winkle było zbyt prawdziwe i zbyt widoczne, by go nie dostrzegł wysłannik doktora Slammera, który też tak dalej mówił:

"Przyjaciel mój, doktór Slammer, jest zdaje się, najmocniej przekonany, że przez znaczną część wieczora był pan mocno podchmielony i niemal bez zdolności zrozumienia wyrządzonej mu obrazy. Polecił mi przeto oznajmić panu, że jeżeli w ten sposób wytłómaczysz się ze swego postępowania, on przyjmie takie tłumaczenie, napisane przez pana własnoręcznie, tak, jak ja je panu podyktuję".

"Tłumaczenie na piśmie!" powtórzył znowu pan Winkle tonem najwyższego zdumienia.

"W przeciwnym razie", mówił dalej oficer, "wiadomo panu, czem się to powinno skończyć".

"Czy zlecenie, którego się pan podjął, dotyczy mnie?" zapytał pan Winkle, którego siły umysłowe doszczętnie zdezorganizowała ta niezwykła rozmowa.

"Nie byłem obecny przy tej scenie, a więc i przy tem, jak pan uparłeś się, by nie dać swej karty doktorowi Slammer. Uprosił więc mnie, bym się dowiedział, kto jest właścicielem fraka niebieskiego ze złoconemi guzikami i literami K. P."

Pan Winkle aż drgnął ze zdziwienia, usłyszawszy tak szczegółowy opis swego ubioru. Przyjaciel doktora Slammera mówił dalej:

"Dowiedziałem się, że właściciel rzeczonego fraka przybył tu wczoraj z trzema innymi panami. Posłałem do tego z nich, który zdaje się być przewodniczącym całego towarzystwa, a ten odesłał mię do pana".

Gdyby wielka wieża zamku Rochester zlazła nagle ze swych fundamentów i stanęła naprzeciwko okien, zdziwienie pana Winkle nie byłoby większe nad to, jakiego doznał, usłyszawszy te wyrazy. Pierwszą jego myślą było, że mu skradziono frak; rzekł więc oficerowi.

"Czy zechce pan zaczekać tu na mnie przez chwilę?"

"Dobrze", odpowiedział niepożądany gość.

Pan Winkle pobiegł prędko po schodach i drżącą ręką otworzył swą torbę podróżną. Niebieski frak leżał w zwykłem miejscu; ale przypatrzywszy się mu starannie, można było poznać, że niedawno był używany.

"Prawda!" powiedział do siebie pan Winkle, opuszczając frak. "Za wiele piłem wczoraj po obiedzie i coś mi się marzy, jakbym potem chodził po mieście i palił cygaro. Faktem jest, żem był tęgo cięty. Musiałem zmienić ubranie i łazić gdzieś; musiałem kogoś obrazić - to pewna... i oto jakież okropne skutki!"

Dręczony temi myślami, zszedł do kawiarni z ponurem postanowieniem przyjęcia wyzwania śmiałego doktora i poddania się najgroźniejszym tego skutkom.

Rozmaite uwagi doprowadziły go do takiej decyzji. Naprzód dbałość o swą reputację w klubie. Tam uchodził zawsze za pierwszorzędną powagę we wszystkiem, co dotyczyło ćwiczeń ciała, tak zaczepnych, jak odpornych i bezspornych. Gdyby się cofnął przy pierwszej próbie, w oczach prezydenta klubu, stanowisko jego byłoby na zawsze stracone. Powtóre, przypomniał sobie, iż słyszał (od niewtajemniczonych), że świadkowie zwykle umawiają się i nie kładą kul do pistoletów. Nakoniec sądził, że gdy wybierze sobie za świadka pana Snodgrassa i przedstawi mu całe niebezpieczeństwo, gentleman ten uwiadomi pewno o wszystkiem pana Pickwicka, który niezawodnie da znać władzy miejscowej, zapobiegając zabiciu albo uszkodzeniu jego ucznia.

Obliczywszy wszystkie te szanse, powrócił do sali i oświadczył, iż przyjmuje wyzwanie doktora.

"Czy zechce mi pan wskazać swego świadka, bym się z nim ułożył, co do czasu i miejsca spotkania?" zapytał wtedy oficer nader uprzejmie.

"To zbyteczne, wskaż mi pan tylko czas i miejsce, świadek przyjdzie razem ze mną".

"Niech i tak będzie", rzekł oficer obojętnie; "dziś o zachodzie słońca, jeżeli pan nie ma nic przeciw temu".

"Bardzo dobrze", odparł pan Winkle, myśląc w duchu, że bardzo źle.

"Zna pan warownię Pitt?"

"Widziałem ją wczoraj".

"Pójdzie pan więc potem, koło wałów, potem ścieżką na lewo od rogu fortyfikacji, a potem prosto, aż tam, gdzie ja stać będę. Następnie pójdziemy razem w miejsce ustronne, gdzie rzecz odbędzie się bez żadnej przeszkody".

"Bez przeszkody!" pomyślał pan Winkle.

"Sądzę, że nie mamy nic więcej do omówienia".

"Zdaje się, że nic".

"A więc żegnam".

"Żegnam".

I oficer odszedł, wygwizdując jakąś wesołą melodję.

Przy śniadaniu, w dniu tym, było jakoś niewesoło naszym podróżnikom.

Pan Tupman, po niezwykłych zdarzeniach ubiegłej nocy, nie był w stanie podnieść się z łóżka; pan Snodgrass, zdawało się, doświadcza poetyckiego przyćmienia umysłu; sam pan Pickwick okazywał niezwykłą skłonność do sodowej wody i milczenia; co do pana Winkle, ten szukał przedewszystkiem sposobności do porozumienia się ze swym świadkiem. Sposobność ta wkrótce się nadarzyła; pan Snodgrass zaproponował zwiedzenie zamku, a ponieważ z całego towarzystwa jeden tylko Winkle był usposobiony do tej przechadzki, poszli więc we dwóch.

"Snodgrass", rzekł pan Winkle, gdy znaleźli się na ulicy, "Snodgrass, mój przyjacielu! Powiedz mi, czy mogę liczyć na twoją dyskrecję?"

A mówiąc to pragnął gorąco, by na nią liczyć nie mógł.

"Możesz", odparł pan Snodgrass. "Przysięgam"...

"Nie, nie!" przerwał pan Winkle, przerażony myślą, iż przyjaciel jego najniepotrzebniej może się zobowiązać do niewydania go. "Nie przysięgaj, nie przysięgaj! To zbyteczne".

Pan Snodgrass opuścił rękę, którą podniósł był poetycznie ku niebu, i przybrał postawę wyczekującą.

"Potrzebuję, mój przyjacielu, twych usług w sprawie honorowej".

"Gotów jestem", odparł pan Snodgrass, ściskając rękę swego towarzysza.

"Z doktorem, doktorem Slammerem, z 97-ego pułku", dorzucił pan Winkle, chcąc przedstawić rzecz jak można najpoważniej. "Sprawa jest z oficerem, który będzie miał za świadka innego oficera; dziś, przed zachodem słońca, w ustronnem miejscu, poza warownią Pitt".

"Możesz liczyć na mnie", odrzekł pan Snodgrass, zdziwiony ale nie przejęty tem w żaden inny sposób. I rzeczywiście, niemasz nic godniejszego uwagi nad obojętność, z jaką dowiadujemy się o podobnego rodzaju sprawach, gdy sami nie jesteśmy główną stroną działającą.

Pan Winkle zapomniał o tem; sądził o uczuciach swego przyjaciela, według własnych uczuć.

"Skutki mogą być okropne", przemówił pan Winkle.

"Spodziewam się, że nie".

"Doktór, jak sądzę, strzela bardzo dobrze".

"Większa część wojskowych strzela dobrze", zauważył pan Snodgrass ze spokojem; "ale i ty strzelasz doskonale?"

Pan Winkle odpowiedział twierdząco, lecz widząc, że niedostatecznie przeraził swego towarzysza, zmienił artylerję.

"Snodgrass", rzekł doń głosem drżącym ze wzruszenia, "jeżeli zginę, znajdziesz w moim pugilaresie list do... do ojca".

Ten atak także się nie udał. Pan Snodgrass był wzruszony, ale zobowiązał się doręczyć list, i to z taką łatwością, jakby przez całe życie był listonoszem.

"Jeżeli zginę", mówił dalej pan Winkle, "albo jeżeli doktór zginie, ty, mój przyjacielu, będziesz sądzony jako wspólnik czynu, działający z rozmysłem. Czyż mam narażać przyjaciela na wygnanie? Może dożywotne więzienie?"

Tym razem pan Snodgrass zawahał się; ale heroizm jego był niepokonany.

"Dla przyjaciela", zawołał z zapałem, "gotów jestem na wszystkie niebezpieczeństwa".

Bóg to jeden wie, jak nieszczęśliwy pan Winkle przeklinał w duchu poświęcenie swego przyjaciela. Przez jakiś czas szli w milczeniu, obaj pogrążeni w myślach. Dzień upływał a z nim znikała wszelka nadzieja ratunku.

"Snodgrass!" zawołał wreszcie pan Winkle, stanąwszy nagle, "nie wydaj mię przed miejscową władzą: nie żądaj konstablów dla zapobieżenia pojedynkowi; nie staraj się o to, by przytrzymano mnie albo doktora Slammera z 97-go pułku, obecnie mieszkającego w koszarach Chatam. Proszę cię, byś nie czynił tego w zamiarze niedopuszczenia do pojedynku".

Pan Snodgrass pochwycił rękę swego przyjaciela i zawołał z uniesieniem:

"Nie! Za nic w świecie!"

Dreszcz przeszedł po ciele pana Winkle, gdy się przekonał, że i z tej strony niema się czego spodziewać i że nieodwołalnem jego przeznaczeniem jest służyć za żywy cel.

Opowiedziawszy ze wszystkiemi szczegółami powody pojedynku, wstąpili obaj do rusznikarza. Tu wynajęli skrzynkę z pistoletami, używanemi zwykle przy dawaniu satysfakcji, i dołączyli do tego odpowiednią ilość prochu, kapsli i kul; potem powrócili do oberży: pan Winkle, by rozmyślać o mającej nastąpić walce, pan Snodgrass, by uporządkować broń.

Gdy udali się następnie na niemiłą wyprawę, nadchodził wieczór, smutny i jakiś ociężały. Pan Winkle, z obawy, by nie być spostrzeżony, owinął się w szeroki płaszcz; pan Snodgrass pod swoim płaszczem niósł narzędzia zniszczenia.

"Czyś wziął ze sobą wszystko, co potrzeba?" zapytał pan Winkle głosem wzruszonym.

"Wszystko; mam zapasowe naboje na wypadek, gdyby pierwszy strzał nie dał rezultatu, ćwierć funta prochu w skrzynce i dwa dzienniki w kieszeni dla zrobienia przybitek, gdy będzie potrzeba".

Były to dowody przyjaźni, za które niepodobna było nie czuć wdzięczności. Przypuszczać należy, iż wdzięczność tę pan Winkle uczuwał aż nadto żywo, aby mógł ją wyrazić, gdyż nie wyrzekł ani słowa, tylko zaczął iść nieco wolniej.

"Przybywamy w sam czas", powiedział pan Snodgrass, przechodząc przez miedze pierwszego zagonu; "właśnie słońce zachodzi". Pan Winkle spojrzał na czerwoną tarczę, chylącą się za widnokrąg i z boleścią pomyślał, iż może już jej nie zobaczy więcej.

"Oto oficer!" zawołał po niejakim czasie.

"Gdzie?" zapytał pan Snodgrass.

"Tam! Ten gentleman w niebieskim płaszczu".

Oczy pana Snodgrassa zwróciły się w kierunku palca pana Winkle i ujrzały długą figurę, która dała znak ręką i poszła przodem. Dwaj nasi przyjaciele podążali za nią w milczeniu.

Wieczór nadchodził. Melancholijny wiatr dął po pustem polu, rzekłbyś, daleki poświst olbrzyma, nawołującego psy. Wszystko to wywarło ponure wrażenie na panu Winkle. Przechodząc obok rogu warowni, zadrżał: wydało mu się, iż widzi jakiś olbrzymi grobowiec.

Wtem oficer zeszedł ze ścieżki i, przeskoczywszy przez płot, wszedł na ustronne pole. Tu czekało dwóch panów. Jeden młody, tłusty, czerwonowłosy; drugi, słuszny i przystojny mężczyzna, w surducie z potrzebami, siedział na składanem krześle w najdoskonalszym spokoju.

"Nasi przeciwnicy", rzekł pan Snodgrass. "jak mi się zdaje, z chirurgiem. Przełknijno łyk wódki".

Pan Winkle chciwie chwycił oplataną butelkę, podaną mu przez towarzysza, i długim łykiem wciągnął w siebie wzmacniający płyn.

"Mój przyjaciel, pan Snodgrass", rzekł potem do zbliżającego się oficera.

Świadek doktora Slammera ukłonił się i podał szkatułkę podobną do tej, jaką przyniósł z sobą pan Snodgrass.

"Sądzę, mój panie, że nie mamy sobie nic do powiedzenia", zauważył zimno, otwierając szkatułkę. "Żadne tłumaczenie nie wchodzi w grę".

"Nie wchodzi", odpowiedział pan Snodgrass, któremu poczynało się robić niedobrze.

"Czy zechce pan rozmierzyć ze mną plac?" zapytał oficer.

"Naturalnie", odparł pan Snodgrass.

"Może jest pan zdania, że moje pistolety są lepsze, niż panów; widziałeś pan, jak je nabijałem; czy ma pan co przeciwko temu, byśmy się niemi posłużyli?"

"Nie mam nic", odpowiedział pan Snodgrass. Propozycja ta wybawiła go z wielkiego kłopotu, gdyż wiadomości jego o sposobie nabijania pistoletów były cokolwiek nieokreślone i niejasne.

"Sądzę więc, iż możemy ustawić przeciwników", mówił dalej oficer z taką obojętnością, jakby chodziło o partję szachów.

"Sądzę, że możemy", odparł pan Snodgrass, któryby zresztą zgodził się na każdą inną propozycję, gdyż nic a nic nie znał się na tego rodzaju sprawach.

Oficer poszedł ku doktorowi Slammerowi, a tymczasem pan Snodgrass zbliżył się do pana Winkle.

"Wszystko gotowe", rzekł, wręczając pistolet "Daj mi twój płaszcz".

"Masz tu mój pugilares", rzekł nieszczęśliwy pan Winkle.

"Wszystko pójdzie dobrze. Zachowaj spokój i mierz prosto w piersi".

Pan Winkle pomyślał, iż rada ta była bardzo podobna do rady dawanej zwykle przez widzów, przypatrujących się borykaniu dwóch uliczników: "Powal go na ziemię i trzymaj pod sobą". Doskonała rada, byle tylko wiedzieć, jak ją wykonać! Ale koniec końcem, pan Winkle zdjął płaszcz w milczeniu (płaszcz ten miał tę właściwość, iż zdejmowanie go wymagało dość długiego czasu) i wziął pistolet. Świadkowie odeszli na bok; jegomość ze składanem krzesłem, a także dwaj zapaśnicy, poczęli podchodzić ku sobie.

Pan Winkle zawsze odznaczał się wysokim humanitaryzmem. Są poszlaki pozwalające przypuszczać, że i tym razem wstręt, jakiego doznawał, widząc się zmuszonym do szkodzenia z rozmysłem jednemu ze swych bliźnich, zniewolił go do zamknięcia oczu w chwili, gdy się zbliżał do fatalnego punktu, i że ta właśnie okoliczność nie dozwoliła mu dostrzec niczem niewytłumaczonego postępowania doktora Slammera. Człowiek ten, zbliżając się do pana Winkle, zadrżał, otworzył szeroko oczy, jak tylko mógł i wkońcu zawołał:

"Stójcie! stójcie!"

"Co to ma znaczyć?" mówił dalej, gdy pan Snodgrass wraz z jego świadkiem, nadbiegli. "To nie ten".

"Nie ten?" zawołał świadek doktora Slammera.

"Nie ten?" zawołał pan Snodgrass.

"Nie ten?" zawołał jegomość ze składanym stoikiem pod pachą.

"Nie ten", powtórzył raz jeszcze doktór. "Tak, to nie ten człowiek, który mię wczoraj obraził".

"To szczególne!" zawołał oficer.

"Szczególne!" powtórzył jegomość ze stoikiem. "Ale teraz", dodał, "zachodzi następująca kwestja. Czy pan, znajdujący się obecnie na placu, nie powinienby być, dla zachowania formalności, uznany za osobę, która wczoraj wieczorem obraziła naszego przyjaciela, doktora Slammera?"

Rzuciwszy tę nową myśl, z miną niezwykle mądrą i tajemniczą, jegomość ze stoikiem zażył ogromną szczyptę tabaki i spojrzał dokoła z powagą osoby, przywykłej być autorytetem.

Ale teraz i pan Winkle otworzył oczy, a także i uszy, usłyszawszy, że przeciwnik jego żąda zawieszenia kroków nieprzyjacielskich. Domyśliwszy się z tego, co następnie powiedziano, iż zaszła jakaś omyłka co do osoby, pojął odrazu, ile może zyskać jego reputacja, jeżeli ukryje rzeczywiste powody, które go spowodowały do pojedynkowania się. Poszedł więc śmiało naprzód i powiedział:

"Wiem dobrze, że to nie ja jestem przeciwnikiem doktora".

"W takim razie" rzekł jegomość ze stoikiem, "jest to afront dla doktora Slammera, a co za tem idzie, dostateczny powód do pojedynku".

"Daj pokój, Payne", przerwał świadek doktora; a potem, zwracając się do pana Winkle, zapytał:

"Dlaczegóż nie powiedział mi pan tego dziś rano?"

"Tak! tak! Dlaczego nie powiedział dziś rano?" wyrwał się znowu oburzony jegomość ze stołkiem.

"Proszę cię, Payne, daj pokój!" odezwał się świadek i znów, zwracając się do pana Winkle, dodał: "Czy mam powtórzyć moje pytanie?"

"Ponieważ", odrzekł pan Winkle, który miał już czas obmyśleć odpowiedź, "ponieważ powiedział mi pan, iż osoba, o którą idzie, ubraną była we frak, który ja tylko mam honor nosić, który sam wynalazłem. Jest to uniform zaprojektowany dla Klubu Pickwicka w Londynie. Czuję się w obowiązku bronić honoru tego uniformu i w takim to celu, bez dalszych wyjaśnień, przyjąłem wyzwanie".

"Kochany panie", odrzekł na to mały, poczciwy doktór, podając mu rękę, "szanuję pańską odwagę. Pozwól mi pan dodać, iż wysoko cenię jego postępowanie i że bardzo żałuję, żem go niepotrzebnie fatygował".

"Nie mówmy więcej o tem", odrzekł grzecznie pan Winkle.

"Będę miał sobie za zaszczyt bliżej zapoznać się z panem", ciągnął dalej mały doktor.

"I dla mnie, panie, będzie to największą przyjemnością", odpowiedział pan Winkle.

Następnie uścisnął rękę doktora, jego świadka, porucznika Tappletona, jegomościa ze składanem stołkiem, nakoniec pana Snodgrassa, który z niesłychanem uwielbieniem patrzył na szlachetne zachowanie się swego bohaterskiego przyjaciela.

"Sądzę, że teraz możemy się rozejść", rzekł porucznik Tappleton.

"Naturalnie", odpowiedział doktór.

"Chybaby pan Winkle", wtrącił jegomość ze stołkiem, "chybaby pan Winkle czuł się obrażony wyzwaniem. W takim razie jestem zdania, iż ma prawo żądać satysfakcji".

Pan Winkle, z wysoką abnegacją swego własnego "ja", oświadczył, że czuje się najzupełniej usatysfakcjonowany.

"Może", zaczął znowu jegomość ze stołkiem, "może świadek pana Winkle czuje się osobiście obrażony niektóremu memi uwagami w początkach tego spotkania. W takim razie gotów jestem dać mu bezzwłocznie satysfakcję".

Pan Snodgrass pośpieszył oświadczyć, że jest wdzięczny za tę uprzejmą propozycję, i że tylko jedno stoi mu na przeszkodzie do jej przyjęcia, a mianowicie to, że czuje się wielce usatysfakcjonowany obrotem, jaki wzięła sprawa.

Po tak szczęśliwem rozwiązaniu świadkowie powkładali do skrzynek mordercze przyrządy i opuścili plac boju, nierównie weselsi, niż gdy tam szli.

"Czy pan długo tu pozostanie?" zapytał doktor Slammer pana Winkle, gdy powracali.

"Sądzę, że odjedziemy pojutrze."

"Bardzobym był szczęśliwy, gdybyś pan, po tem śmiesznem qui pro quo, zrobił mi ten zaszczyt i zechciał odwiedzić mię wraz ze swym przyjacielem. Czy jest pan gdzie zaproszony?"

"Mam kilku przyjaciół w oberży pod Bykiem i chciałbym być z nimi. Ale bardzoby nam było przyjemnie, gdybyście panowie spędzili wieczór z nami".

"Z największą chęcią. Czy nie będzie późno o dziesiątej godzinie?"

"Bynajmniej. Bardzo mi będzie miło przedstawić panów moim przyjaciołom: panu Pickwickowi i panu Tupmanowi".

"I mnie także", odpowiedział doktór, nie przypuszczając, że zna pana Tupmana.

"Więc panowie przyjdą z pewnością?" zapytał pan Snodgrass.

"O, najniezawodniej".

Tak rozmawiając wyszli na gościniec. Pożegnano się z wielką serdecznością. Doktór ze swymi przyjaciółmi udał się do koszar a panowie Winkle i Snodgrass wesoło powrócili do oberży.

Rozdział szósty.

Jak za dawnych czasów przepędzano wieczór na wsi. Wiersz wikarego. Powrót skazańca.

Liczni goście, zgromadzeni w salonie, powstali dla przywitania nowoprzybyłych. Gdy odbywały się ceremonjalne formalności przyjęcia, pan Pickwick miał czas obejrzeć obecnych i poczynić wnioski co do ich charakterów i zajęć. Był to rodzaj rozrywki, której chętnie się oddawał, jak i wielu innych wielkich ludzi.

Bardzo stara dama, w ogromnym czepku i jedwabnej, wypłowiałej sukni, zajmowała honorowe miejsce z prawej strony komina. Była to ni mniej ni więcej, jak tylko matka pana Wardle. Liczne dowody, że była dobrze wychowana i że starzejąc się nie zboczyła z dobrej drogi, porozwieszane były na ścianach, w postaci wyszywanych krajobrazów, haftowanych liter, równie starych jak tamte, i czerwonych frendzli, z nowszego nieco okresu. Ciotka-panna, dwie młode panienki i pan Wardle, ugrupowani dokoła starej damy, współzawodniczyli w okazywaniu jej nieustających względów. Jedna trzymała jej akustyczną trąbkę, druga pomarańcz, trzecia flakonik z pachnidłami, sam zaś pan Wardle starannie poprawiał poduszki, na których była wsparta.

Z drugiej strony komina siedział stary gentleman, obdarzony uprzejmą postawą i łysą głową; był to wikary z Dingley Dell; koło niego mieściła się jego żona, zacna, stara kobieta, której czerstwa twarz i ożywione rysy zdawały się świadczyć, że jeżeli była wysoce biegłą w wyrabianiu rozmaitych kordjałów, jak przystoi na dobrą gospodynię, to znała się również i na właściwem ich użyciu. Mały człowieczek, właściciel głowy podobnej do jabłka, rozmawiał w kącie ze starym, tłustym gentlemanem, a dwaj czy trzej inni starcy i tyleż starych pań, siedziało sztywno i nieruchomo na krzesłach, litośnie spoglądając na pana Pickwicka i towarzyszy jego podróży.

"Matko!" rzekł pan Wardle, mocno natężając głos; "pan Pickwick".

"Och!" zawołała stara dama, potrząsając głową, "nie słyszę".

"Pan Pickwick, babciu", krzyknęły razem dwie młode panny.

"A!" odrzekła stara dama, "to wszystko jedno. I tak niewiele dba o taką starą kobietę jak ja; jestem tego pewna".

"Zapewniam panią", powiedział pan Pickwick, ujmując rękę starej damy i mówiąc tak głośno, iż łagodna twarz jego nabrała szkarłatnej barwy, "zapewniam panią, iż nic mnie tak nie zachwyca, jak oglądanie, na czele tak pięknej rodziny, osoby w jej wieku, która przytem wygląda tak młodo i zdrowo".

"Ach!" zaczęła znowu stara dama, po krótkiem milczeniu, "wszystko to bardzo pięknie, jestem tego pewna, ale nic nie słyszę".

"Babcia jest teraz źle usposobiona", rzekła łagodnie miss Izabela Wardle, "ale po niejakim czasie będzie rozmawiać z panem".

Pan Pickwick okazał znakiem swą gotowość uwzględnienia ułomności wieku; potem odwrócił się i przyjął udział we wspólnej rozmowie.

"Śliczne mieszkanie! Cudna okolica!" zawołał.

"Prześliczna!" powtórzyli panowie Snodgrass, Tupman i Winkle.

"O! Pochlebiam sobie!" odrzekł pan Wardle.

"Panie", rzekł właściciel głowy podobnej do jabłka, "niema lepszego gruntu w całem hrabstwie Kent; doprawdy panie, że niema. Jestem tego pewny, że niema!"

I spojrzał dokoła z miną triumfującą, jakgdyby ktoś zaprzeczał mu gwałtownie i jakgdyby on zmusił go do milczenia.

"Niema lepszego gruntu w całem hrabstwie Kent", po krótkiej pauzie powtórzył raz jeszcze właściciel głowy podobnej do jabłka.

"Wyjąwszy Mullins", wygłosił uroczyście tłusty gentleman.

"Mullins!" wykrzyknął pierwszy z głęboką pogardą.

"To bardzo piękna ziemia", dodał inny tłusty gentleman.

"O! Piękna!" dorzucił trzeci tłusty gentleman.

"Wszyscy o tem wiedzą", nadmienił zamaszysty gospodarz.

Właściciel głowy podobnej do jabłka spojrzał z powątpiewaniem dokoła, ale znalazłszy się stanowczo w mniejszości, przybrał minę zapoznanej wyższości i nie powiedział nic więcej.

"O czem mówią?" zapytała stara dama jednej ze swych wnuczek, głosem mocno podniesionym, gdyż według zwyczaju głuchych nie mogła wyobrazić sobie, by ją mógł kto usłyszeć inaczej.

"O gruntach, babciu".

"Co mówią o gruntach? Czy co się stało?"

"Nie, nie. Pan Miller mówi, że nasze grunta są gorsze aniżeli w Mullins".

"Któż to utrzymuje?" zapytała dama z oburzeniem. "Miller jest samochwał i impertynent, powiedzcie mu to ode mnie".

Wypowiedziawszy takie zdanie, stara dama podniosła się i spojrzała surowo na delikwenta, nie wątpiąc ani na chwilę, iż mówiła tak, że wszyscy mogli ją słyszeć.

"No! No!" zawołał pan Wardle, usiłujący naturalnie zmienić temat rozmowy; "co powie pan o wiście, panie Pickwick?"

"Lubię tę grę nadewszystko; ale proszę, byś jej pan nie aranżował dla mnie jedynie".

"O! Zapewniam pana, że moja matka bardzo lubi wista. Prawda, matko?"

Stara dama, która co do tego punktu była nierównie mniej głucha, odpowiedziała twierdząco.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Rozdział trzeci.

Nowa znajomość. Opowieść włóczęgi. Niemiła przeszkoda. Przykre spotkanie.

Pan Pickwick doznawał pewnego niepokoju z powodu za długiej nieco nieobecności dwóch swoich przyjaciół, przypomniawszy sobie zwłaszcza niepojęte ich ranne zachowanie się. Toteż z prawdziwą przyjemnością powitał ich i z niezwykłem zajęciem zapytał, gdzie bawili tak długo. W odpowiedzi na to pan Snodgrass zabierał się już do treściwego opisu zaszłych wypadków, gdy spostrzegł między panem Tupmanem a towarzyszem ich podróży w zielonym fraku, jakiegoś nowego nieznajomego, wyglądającego nie mniej oryginalnie. Był to człowiek widocznie zestarzały wśród trosk, którego wychudłym policzkom, sterczącym kościom, błyszczącym, chociaż mocno zapadłym oczom, nadawały jeszcze ostrzejszego wyrazu czarne, długie włosy, spadające w nieładzie na kołnierz. Szczęki jego były tak długie i tak chude, iż możnaby sądzić, że naumyślnie je wyciągał, gdyby nieruchomość rysów i napół otwarte usta nie przekonywały, że jest to zwykły jego wygląd. Szyję miał okręconą zielonym szalem, którego szerokie końce, spadające na piersi, wyglądały z pomiędzy guzików starej kamizelki. Miał na sobie długi, czarny surdut, spodnie z grubego sukna i buty mocno wytarte.

Oczy pana Winkle zatrzymały się na tej nieumytej figurze: pan Pickwick, dostrzegłszy to, powiedział, wskazując ręką na nieznajomego:

"Przyjaciel naszego nowego przyjaciela. Dziś rano odkryliśmy, że nowy nasz przyjaciel jest zaangażowany do tutejszego teatru, chociaż nie życzy sobie, by to rozgłaszano. Gentleman należy również do tej profesji i właśnie, gdyście wchodzili, miał nam opowiedzieć pewną anegdotę".

"Masa anegdot!" rzekł nieznajomy w zielonym fraku, podchodząc do pana Winkle i dodając po cichu: "szczególnego rodzaju człowiek, nie artysta, grywa role drugorzędne, dziwny człowiek, wszelkiego rodzaju nędza. Nazywamy go Jakóbem Ponurym".

Panowie Winkle i Snodgrass skłonili się gentlemanowi, noszącemu to dziwne przezwisko i, zasiadłszy do stołu, zażądali wody i wódki, naśladując w tem resztę towarzystwa.

"Teraz, panie", rzekł pan Pickwick, "zechciej zrobić nam tę przyjemność i zacznij".

Jakób Ponury wyjął z kieszeni zwój osmolonego papieru i, zwracając się do pana Snodgrassa, zapytał ochrypłym głosem, będącym w najdoskonalszej harmonji z jego powierzchownością:

"Czy pan jest poetą?"

"Tak... próbuję sił w tej dziedzinie" odrzekł pan Snodgrass, nieco zmieszany niespodziewanem zapytaniem.

"O! Poezja jest dla życia tem, czem światło i muzyka dla teatru. Ogołoć pan jedno z jego fałszywych ozdób, a drugie ze złudzeń, cóż zajmującego pozostanie w obu?"

"To prawda", rzekł pan Snodgrass.

"Tak naprzykład: przed kinkietami patrzy pan na królewski orszak, podziwia pan jedwabne szaty świetnego tłumu, a stanąwszy za kulisami, jesteś ludem, wyrabiającym te piękne stroje, motłochem nic nieznaczącym i pogardzonym, który może upadać i podnosić się, żyć i umierać, jak się podoba losowi, i nikogo to nie obchodzi".

"Niewątpliwie", odpowiedział pan Snodgrass, gdyż zapadłe oczy nieznajomego były weń utkwione, czuł więc potrzebę powiedzenia czegokolwiek.

"No, Jakóbie!" zawołał hiszpański podróżnik, "nabierzno otuchy, dość tego skrzeczenia".

"Czy pozwoli pan jeszcze jedną szklaneczkę przed zaczęciem?" zapytał pan Pickwick.

Ponury człowiek przyjął propozycję, zmieszał sobie szklankę wody z wódką, zwolna odpił połowę, rozwinął rulon papieru i zaczął ni to czytać ni to opowiadać następujące zdarzenie, które zostało wniesione do protokułów Klubu, jako "Opowieść włóczęgi".

Opowieść włóczęgi.

"W tem, co chcę państwu opowiedzieć, niema nic cudownego", powiedział ponury człowiek, "nawet nic nadzwyczajnego. Niedostatek i choroba nazbyt są znane w wielu warunkach życia, aby zasługiwały na większą uwagę niż się wogóle okazuje najpowszedniejszym słabostkom natury ludzkiej. Zebrałem te luźne notatki, gdyż przedmiot ich był mi dobrze znany od wielu lat. Śledziłem jego upadek, krok za krokiem, aż wreszcie osiągnął to dno nędzy, z którego nigdy nie mógł się już podnieść.

"Człowiek, o którym mówię, był nędznym aktorem pantomimicznym. I, jak wielu ludzi tej sfery, zwyczajnym opojem; za lepszych swoich dni, zanim wyczerpały go hulanki i wyniszczyły choroby, otrzymywał dobre honorarium, które, gdyby był rozsądny i zapobiegliwy, mógłby otrzymywać jeszcze przez jakiś czas, niezbyt długi, gdyż ci ludzie albo umierają wcześnie, albo przez nadmierne opodatkowanie swojej energji cielesnej tracą przedwcześnie owe fizyczne uzdolnienia, na których wyłącznie mogą oprzeć swoje istnienie. Uparty nałóg opanował go jednak tak szybko, że było rzeczą niemożliwą używać go w sytuacjach, w których naprawdę był pożyteczny teatrowi. Karczmy miały dla niego urok, któremu nie potrafił się oprzeć. Gdyby nie zmienił na czas kursu, choroba i beznadziejna nędza oczekiwałyby go równie pewnie, jak śmierć; a że go nie zmienił, więc rezultatu łatwo się domyślić. Nie mógł otrzymać engagement i nie miał na kawałek chleba.

"Każdy, choć trochę obeznany ze sprawami teatru, wie, że całe zastępy obdartych, zjedzonych nędzą ludzi kręcą się koło sceny większych przedsiębiorstw teatralnych; nie są to aktorzy stale zaangażowani, ale baletnicy, specjaliści od pochodów, akrobaci i t. p., których się bierze do jakiejś pantominy lub przedstawienia Wielkanocnego, a potem zwalnia do czasu, aż nowe uroczyste przedstawienie da sposobność do korzystania z ich usług. Do tego rodzaju życia został zmuszony ów człowiek. Gdyby znalazł zajęcie co noc w którymś z podrzędnych teatrów, miałby o kilka szylingów więcej tygodniowo i jednocześnie mógłby hołdować swojemu dawnemu nałogowi. Ale i te źródła zawiodły go wkrótce; zanadto brykał, by mógł zarobić sobie na nędzne pokrzepienie, i wkrótce został doprowadzony do stanu graniczącego z głodem; zaledwie od czasu do czasu zdobywał marne grosze, gdy udało mu się pożyczyć od którego z dawnych kompanów, lub pozwolono mu pokazać się w którymś z mniejszych teatrów, a gdy zdobył wkońcu jakieś pieniądze, trwonił je w zwykły sposób.

"W tym czasie, kiedy mniej więcej od roku żył niewiadomo z czego, otrzymałem małe engagement w jednym z teatrów na brzegu rzeki od strony Surrey. Tam spotkałem owego człowieka, którego oddawna straciłem z oczu, gdyż ja podróżowałem po prowincji, on zaś wałęsał się po alejach i zaułkach Londynu. Ubrałem się do wyjścia i właśnie przechodziłem przez scenę, gdy uderzył mię po ramieniu. Nigdy nie zapomnę odpychającego widoku, jaki ujrzały moje oczy, gdy się odwróciłem! Był ubrany do pantominy z całą absurdalnością błazeńskiego stroju. Upiorne postacie Tańca Śmierci, najpotworniejsze kształty, jakie najbardziej utalentowany malarz kiedykolwiek rzucił na płótno, ani w połowie nie były tak upiorne. Jego zapuchłe ciało i drżące nogi - efekt ten tysiąckrotnie powiększał fantastyczny strój - szkliste oczy, stanowiły potworny kontrast z grubą warstwą białej szminki, pokrywającej twarz. Groteskowe przybranie głowy, trzęsącej się jak u paralityka, i długie kościste ręce, wysmarowane białą kredą - wszystko to nadawało mu straszny i nienaturalny wygląd. Najdokładniejszy opis nie może dać o tem właściwego pojęcia - dziś jeszcze drżę na to wspomnienie. Głos miał głęboki i tremolujący, gdy odciągnął mię na stronę. Urywanemi słowami wygłosił długa litanię chorób i braków, kończąc jak zwykle gorącą prośbą o pożyczenie mu trochę pieniędzy. Włożyłem mu kilka szylingów do ręki, a kiedym się odwrócił, usłyszałem wybuch śmiechu, towarzyszący jego skokom na scenie.

"W parę wieczorów później jakiś chłopiec wsunął mi do ręki brudny skrawek papieru, na którym było kilka słów, donoszących, że ów człowiek jest niebezpiecznie chory i prosi, abym po przedstawieniu odwiedził go w jego mieszkaniu na jakiejś tam ulicy - zapomniałem już nazwy - niezbyt odległej od teatru. Obiecałem stawić się, jak tylko się zwolnię; gdy kurtyna zapadła, poszedłem spełnić swą smutną misję.

"Było późno, gdyż grałem w ostatniej sztuce. A ponieważ był to wieczór benefisowy, przedstawienie ciągnęło się niezwykle długo. Noc była ciemna, zimna, przejmujący wicher gnał strumienie deszczu w okna i fronty domów. Kałuże wody potworzyły się w nieuczęszczanych i wąskich zaułkach, a ponieważ większość latarni olejnych zgasił wicher, przechadzka była nietylko niewygodna, ale i niepewna. Szczęśliwie poszedłem we właściwym kierunku i po pewnych trudnościach udało mi się odnaleźć dom, do którego mię skierowano - skład na węgle z jednopiętrową nadbudówką. W pokoju, w głębi, leżał przedmiot moich poszukiwań.

"Kobieta o nędznym wyglądzie, żona owego człowieka, spotkała mię na schodach i, mówiąc, że właśnie wpadł w rodzaj otępienia, wprowadziła mię ostrożnie i przysunęła mi krzesło do łóżka. Chory leżał z twarzą obróconą do ściany, a ponieważ nie zwrócił żadnej uwagi na moją obecność, miałem możność rozejrzeć się, gdzie jestem.

"Leżał na lichem łóżku; zniszczone szczątki poszarpanych firanek wisiały w głowie łóżka, aby zasłonić chorego od wiatru, który pomimo to torował sobie drogę do ubogiego pokoju przez liczne szpary we drzwiach i dął w rozmaitych kierunkach. W żelaznym koszyku tlił się ogień. Zniszczony, trójkątny stół, na nim kilka flaszek od lekarstw i stłuczona szklanka. Na prowizorycznem posłaniu na podłodze spało dziecko, przy niem na krześle siedziała kobieta. Pod ścianą - półki, na nich kilka talerzy, kubków i salaterek; obok para trzewików teatralnych i kilka blach. Z wyjątkiem garści szmat i gałganów, rzuconych niedbale w kąt, nic więcej nie było w pokoju.

"Miałem czas dostrzec te szczegóły i zauważyć ciężki oddech oraz gorączkowe ruchy chorego, zanim on zdał sobie sprawę z mojej obecności. Niespokojnie szukając miejsca, w którem mógłby położyć głowę, wyciągnął rękę z łóżka i dotknął mojej ręki. Zerwał się i spojrzał badawczo w moją twarz.

"Pan Hutley, Johnie", powiedziała żona, "pan Hutley, po którego posyłałeś wieczorem".

"A!", powiedział chory, trąc ręką czoło. "Hutley... Hutley.... pozwólcie...." Przez chwilę usiłował zebrać myśli, poczem schwytał mię za przegub dłoni i zawołał: "Nie zostawiaj mnie... nie zostawiaj mnie... Ona mię zamorduje, zamorduje mię!"

"Czy to już dawno?", spytałem, zwracając się do płaczącej niewiasty.

"Od wczoraj wieczorem", odpowiedziała. "John! John! Czy mnie nie poznajesz?!"

"Nie puszczaj jej do mnie!", zawołał chory i wzdrygnął się. "Zabierz ją! Nie znoszę jej obecności". Spojrzał na nią dziko, z wyrazem śmiertelnego przestrachu, poczem szepnął mi do ucha: "Biłem ją, Jem. Biłem ją wczoraj - i nieraz przedtem... Głodziłem ją, i małego również. A teraz, kiedy jestem słaby i bezbronny, ona mię zamorduje. Jem, wiem, że mię zamorduje! Gdybyś słyszał ją, jak płacze - ja słyszałem! - teżbyś wiedział, że mię zamorduje! Nie dopuszczaj jej do mnie!" Zwolnił uścisk i wyczerpany opadł na poduszkę.

"Wiedziałem aż nadto dobrze, co to znaczy. Gdybym miał choć cień wątpliwości, jedno spojrzenie na bladą twarz niewiasty i na jej wychudzoną postać wytłumaczyłyby mi dostatecznie całą prawdę". "Lepiej niech pani nie podchodzi", powiedziałem do nieszczęśliwej. "Nic mu pani nie pomoże. Może się uspokoi, nie widząc pani". Usunęła mu się z oczu. Otworzył powieki po chwili i obejrzał się trwożliwie.

"Poszła?", spytał gorączkowo.

"Tak, tak!", potwierdziłem z zapałem. "Nic ci nie zrobi!"

"Coś ci powiem, Jem", powiedział cichym głosem. "Ona już mi coś robi... Jest w jej oczach coś, co budzi w mojem sercu taki strach, że dochodzę do szaleństwa! Przez całą zeszłą noc jej badawcze oczy i blada twarz były tuż przy mnie. Gdzie ja się obróciłem - obracały się i one. Ile razy budziłem się ze snu, siedziała przy łóżku, patrząc na mnie". Kazał mi się przysunąć bliżej i mówił głębokim, trwożliwym szeptem: "Jem, to musi być zły duch! Djabeł! Brr! Wiem, że jest diabłem! Gdyby była kobietą, dawnoby umarła. Kobieta nie zniosłaby tego, co ona".

"Słabo mi się zrobiło na myśl o tem potwornem zaniedbaniu i znęcaniu się nad żoną, które musiało go doprowadzić do takiego wniosku. Nie znalazłem odpowiedzi; któż bowiem znalazłby wyrazy nadziei lub pociechy dla tej nikczemnej kreatury, którą miałem przed oczyma?!

"Siedziałem przy nim około dwóch godzin; przez ten czas rzucał się, jęczał z bólu lub niecierpliwości, nieustannie wymachiwał rękami i przewracał się z jednego boku na drugi. Wkońcu popadł w stan półświadomości, w której myśli wędrują od sceny do sceny, bez kontroli rozumu. Niezdolny był jednak uwolnić się od cierpienia. Przekonawszy się ze skoków jego myśli, że zaszedł ten właśnie wypadek, i wiedząc, że, według wszelkiego prawdopodobieństwa, gorączka natychmiast się podniesie, opuściłem go, obiecując nieszczęsnej żonie, że ponowię swoje odwiedziny następnego wieczora a, jeżeli zajdzie tego potrzeba, będę czuwał nad chorym w nocy.

"Dotrzymałem obietnicy. Ostatnie 24 godziny sprowadziły straszliwą zmianę. Oczy, olbrzymie, głęboko zapadłe, błyszczały tak, że trudno było wytrzymać ich spojrzenie. Wargi miał spieczone i popękane w wielu miejscach. Sucha skóra była rozpalona. W twarzy tego człowieka wyczytałem jakiś niesamowity wyraz strachu, zdradzający jeszcze wyraźniej postępy choroby. Gorączka doszła do najwyższego stopnia.

"Siadłem na krześle, które zajmowałem poprzedniej nocy i siedziałem przy nim długie godziny, słuchając dźwięków, które trafić muszą do głębi serc najbardziej zatwardziałych ludzi. Było to potworne bredzenie konającego. Z tego, co usłyszałem od felczera, wiedziałem, że niema żadnej nadzieji. Siedziałem przy łóżku śmierci. Patrzyłem na schorzałe kończyny które przed kilkoma godzinami wykrzywiały się ku uciesze burzliwej galerji, wijące się w mękach gorączki, słyszałem ostry śmiech klowna poprzez charczenie konającego.

"Jest to moment wzruszający, gdy słyszy się, jak mózg czepia się zwykłych zajęć i zdrowia a ciało leży bezsilne i słabe. Ale gdy charakter owych zajęć jest najbardziej krańcowem przeciwieństwem naszych pojęć o tem, co uważamy w życiu za uroczyste i poważne - natenczas wrażenie jest jeszcze potężniejsze. Teatr i karczma - oto główne tematy majaczeń nieszczęśliwego. Zdawało mu się, że jest wieczór; ma grać tej nocy; jest już późno, musi natychmiast wyjść z domu. Dlaczego go zatrzymują?! I nie dają mu iść! Straci zarobek - musi iść! Nie! Nie! Nie puszczają go! - Ukrył twarz w rozpalonych dłoniach i słabym głosem skarżył się na swoją słabość i na okrucieństwo swego otoczenia. Krótka pauza - a potem wyrzucił z siebie kilka wierszydeł o podłych rymach - ostatnie, których się nauczył. Podniósł się na łóżku, zmógł się w sobie i przybrał dziwaczną pozycję: był w teatrze... Chwila milczenia, poczem szeptem zaczął śpiewać jakąś piosenkę. Jest znowu w swoim starym domu! Nakoniec! Jak ciepło w tym pokoju! Był chory, bardzo chory, ale już jest zdrów i bardzo szczęśliwy. Napełnić szklankę! Kto to odejmuje mu ją od warg?! Ten sam prześladowca, który dokuczał mu przedtem. Znowu opadł na poduszki, jęcząc głośno. Krótki okres zapomnienia, i oto znowu wędruje przez szereg niskich, sklepionych izb - tak niskich, że chwilami musi zginać ręce i nogi, żeby móc przejść. Ciemno tu było i ciasno, w którąkolwiek stronę się zwrócił, wszędzie napotykał przeszkody. Roiło się tam od insektów - wstrętne, pełzające stworzenia, z oczyma utkwionemi w niego, zdawało się, wypełniały powietrze - błyszczały groźnie w nieprzepartym mroku. Ściany i sufit były jakby żywe od ruszających się płazów. Sklepienie przybierało potworne rozmiary - straszne postacie uwijały się wszędzie - twarze ludzi, których znał, wykrzywione grymasem, migały między niemi. Przypiekały go rozpalonem żelazem, ściskały głowę sznurami, aż krew krzepła. Wściekle walczył o życie.

"Po jednym z takich ataków (z trudem utrzymałem go na łóżku) popadł w stan, który wydawać się mógł snem. Zmęczony czuwaniem i mocowaniem się z nim, zamknąłem na chwilę oczy, gdy nagle uczułem, że ktoś schwycił mię za ramię. Zbudziłem się natychmiast. Uniósł się tak, że prawie siedział na łóżku. Twarz miał strasznie zmienioną, ale wróciła mu przytomność - gdyż wyraźnie poznał mnie. Dziecina, którą dawno już zbudziły jego jęki, podniosła się na swem posłaniu i biegła do ojca, krzycząc ze strachu - matka szybko pochwyciła ją w ramiona, bojąc się, że ojciec skrzywdzi ją w napadzie szału. Ale przerażona zmianą, jaka w nim zaszła, stanęła nieruchomo przy łóżku. Konwulsyjnie schwycił mię za ramię i dotknął ręką piersi... Rozpaczliwie próbował wydobyć z piersi głos... Nie mógł. Wyciągnął do nich ręce - i zrobił jeszcze jeden rozpaczliwy wysiłek... Charkot - błysk oczów - stłumiony jęk - i opadł z powrotem - nieżywy!"

Sprawiłoby nam najwyższą radość, gdybyśmy mogli zaprotokółować opinję pana Pickwicka o opowiedzianej przed chwilą anegdocie. Nie wątpimy, że moglibyśmy przedstawić tę opinję naszym czytelnikom, gdyby nie pewne nieszczęśliwe okoliczności.

Pan Pickwick postawił na stół szklankę, której podczas ostatnich zdań opowiadania nie wypuszczał z rąk. Pan Pickwick gotował właśnie swój wzniosły umysł do wypowiedzenia w tej sprawie zdania i nawet otworzył już usta (o czem mamy wiadomości z notatek pana Snodgrassa), gdy garson wszedł do pokoju i powiedział:

"Panie, przybyło tu kilku panów".

Pan Pickwick surowo spojrzał na garsona a potem po całem towarzystwie, jakby zapytując, ktoby to mógł przyjść.

"O!" zawołał pan Winkle, wstając, "to moi przyjaciele, proś, niech wejdą".

A gdy garson oddalił się, rzekł:

"Bardzo przyjemni ludzie, oficerowie z 97-ego pułku, z którymi zaznajomił mnie dość szczególny traf; pewny jestem, że będą się podobać nam wszystkim".

Pogoda powróciła na twarz pana Pickwicka. Garson wprowadził do pokoju trzech gentlemanów i pan Winkle począł ich przedstawiać.

"Porucznik Tappleton; pan Pickwick - Doktór Payne; pan Pickwick... Panowie znają już mego przyjaciela, pana Snodgrass... Przyjaciel mój, pan Tupman. Doktór Slammer; pan Pickwick... pan Tup..."

Tu pan Winkle nagle zatrzymał się, dostrzegłszy wielkie wzruszenie doktora i pana Tupmana.

"Już spotkałem raz tego gentlemana", rzekł doktór z energją.

"A! a!" zawołał pan Winkle.

"I to indywiduum także, jeżeli się nie mylę", mówił dalej doktór Slammer, utkwiwszy badawczy wzrok w nieznajomego w zielonym fraku. "Sądzę, że zeszłej nocy wystosowałem do tego indywiduum aż nazbyt dosadne wezwanie, które uznał za właściwe odrzucić".

Wymawiając te wyrazy, doktór rzucił na nieznajomego wzrok pełen oburzenia i począł rozmawiać po cichu ale żywo z porucznikiem Tappletonem. Gdy skończył, porucznik zawołał:

"Czy tak?"

"Tak", odpowiedział doktór Slammer.

"Trzeba z nim skończyć odrazu", rzekł z największą powagą właściciel składanego stołka.

"Proszę cię, Payne, bądź spokojniejszy", odezwał się porucznik, potem zwracając się do pana Pickwicka, szczególnie zaintrygowanego całem tem niegrzecznem zachowaniem, mówił dalej co następuje:

"Pozwoli pan zapytać się, czy ta osoba należy do towarzystwa panów?"

"Nie, panie", odrzekł pan Pickwick, "to tylko jeden z naszych gości".

"Sądzę, że jest członkiem klubu?"

"Bynajmniej".

"I nie nosi nigdy klubowego uniformu?"

"Nigdy", odpowiedział zdumiony pan Pickwick.

Porucznik Tappleton zwrócił się do swego przyjaciela, doktora Slammera, lekko wzruszywszy ramionami, co zdawało się wyrażać pewne powątpiewanie o dokładności wspomnień doktora.

Doktór był w najwyższym stopniu rozgniewany, ale zarazem jakby zbity z tropu; uprzejme zachowanie się pana Pickwicka doprowadziło pana Payne niemal do wściekłości.

"Pan byłeś na balu zeszłej nocy!" wykrzyknął nagle doktór do pana Tupmana tonem, od którego ten drgnął tak widocznie, jakgdyby kto niespodzianie wsadził mu szpilkę w łydkę.

Pan Tupman odpowiedział słabym głosem: "Tak", nie przestając patrzeć na pana Pickwicka.

"Ten jegomość był z panem?" mówił doktór dalej, wskazując na niczem niewzruszonego nieznajomego.

Pan Tupman stwierdził to.

"Teraz, mój panie", powiedział doktór do nieznajomego, "zapytuję pana raz jeszcze w obecności wszystkich tych gentlemanów, czy chce mi pan dać swą kartę i być traktowany jak gentleman, czy też chce mnie pan zmusić do skarcenia go osobiście, tu, w tem miejscu?"

"Za pozwoleniem", przerwał pan Pickwick, "nie mogę zgodzić się na dalsze posuwanie się tej sprawy bez pewnych wyjaśnień. Tupman, odpowiedz, jak to było".

Pan Tupman, wezwany w sposób tak uroczysty, opowiedział całą rzecz w niewielu słowach; lekko dotknął szczegółu wypożyczenia fraka, szeroko rozwiódł się nad tem, że stało się to po obiedzie, wynurzył nieco żalu, jeśli chodzi o jego osobę, i pozostawił nieznajomemu wydobywanie się z kłopotu, jak umie.

Ten zabierał się właśnie do przemówienia, gdy porucznik Tappleton, który przypatrywał mu się z wielką ciekawością, zapytał tonem wyniosłym:

"Czy nie widziałem pana na scenie?"

"Bardzo być może", odrzekł nieustraszony nieznajomy.

"To wędrowny komedjant!" zawołał porucznik z pogardą; a potem zwracając się do doktora Slammera dodał: "Gra w sztuce, którą na żądanie oficerów 52-ego pułku dają jutro. Nie możesz więc, doktorze, prowadzić dalej tej sprawy, to niepodobna..."

"Niepodobna, w żaden sposób!" powtórzył z dumą doktór Payne.

"Przykro mi, żem wprowadził pana w tak niemiłe położenie", rzekł następnie porucznik Tappleton do pana Pickwicka. "Ale pozwól pan powiedzieć sobie, że najlepszym sposobem uniknięcia podobnych scen w przyszłości jest zachowanie większej rozwagi w dobieraniu sobie towarzystwa. Najniższy sługa!"

I rzekłszy to, wyszedł z pokoju.

"I pozwól pan także powiedzieć sobie", dodał drażliwy doktór Payne, "że gdybym ja był na miejscu porucznika Tappletona lub Slammera, to nakręciłbym uszu panu i wszystkim obecnym tu indywiduom. Nazwisko moje jest Payne, doktór Payne z 43-ego pułku. Dobranoc".

Ukończywszy tę przemowę, której ostatnie wyrazy wygłoszone były głosem bardzo doniosłym, poszedł majestatycznie za porucznikiem, a za nim Slammer, który wprawdzie nic nie powiedział, ale ulżył swej żółci, rzuciwszy na całe towarzystwo wzrok pogardy.

Podczas tych długich prowokacyj niesłychane oburzenie i gniew, wzmagający się straszliwe, napełniły szlachetną pierś pana Pickwicka, tak, że omal nie pękła mu kamizelka. Stał jak skamieniały, spoglądając na miejsce, zajmowane przed chwilą przez doktora Payne, aż trzask zamykających się drzwi opamiętał go nieco. Rzucił się wtedy naprzód, z gniewną twarzą i błyskawicami w oczach. Ręka jego była już na klamce. Jeszcze chwila, a znalazłaby się była już na gardle doktora Payne z 43-ego pułku, gdyby pan Snodgrass nie pochwycił czcigodnego swego mentora za połę i nie począł ciągnąć wtył.

"Winkle! Tupman!" zawołał z wyrazem rozpaczy, "trzymajcie go! Nie powinien narażać swego drogiego życia w podobnej sprawie".

"Puśćcie mnie!" krzyczał pan Pickwick.

"Trzymajcie!" wołał pan Snodgrass. Aż dzięki połączonym wysiłkom całego towarzystwa udało się posadzić pana Pickwicka w fotelu.

"Dajcie mu spokój", rzekł wtedy nieznajomy w zielonym traku. "Szklankę grogu! A to dzelny stary! Przełknijno pan trochę. Znakomity napój".

Mówiąc to, i wprzód sam pociągnąwszy spory łyk dymiącego się płynu, nieznajomy przyłożył szklankę do ust pana Pickwicka, aż reszta tego, co się w niej znajdowało, znikła w niedługim czasie w gardle znakomitego filozofa. Nastąpiła krótka pauza: grog skutkował i wkrótce znowu pogoda zajaśniała na obliczu pana Pickwicka. Nieznajomy odezwał się:

"Oni nie są godni pańskiej uwagi".

"Ma pan słuszność", odparł pan Pickwick, "nie są godni. Wstydzę się, żem tak puścił wodze moim namiętnościom. Przysuń pan swe krzesło".

Komedjant nie kazał się prosić dwa razy. Wszyscy zasiedli dokoła stołu i harmonja zapanowała znowu. Tylko pan Winkle, zdawało się, był nieco zirytowany. Czyżby przyczyną tego usposobienia była samowolna pożyczka fraka? Ale tak błaha okoliczność nie mogła wzbudzić uczucia gniewu, choćby przelotnego, w sercu pickwickisty. To pewna, że, wyjąwszy ten szczegół, dobry humor powrócił w towarzystwie i wieczór zakończył się wesoło, tak jak się zaczął.

Rozdział pierwszy.

Pickwickczycy.

Pierwsze promienie światła, które rozjaśniły grube ciemności, towarzyszące ukazaniu się nieśmiertelnego Pickwicka na horyzoncie uczonego świata, pierwszą urzędową wzmiankę o tym niepospolitym mężu, znajdziemy w protokółach Klubu Pickwicka. Wydawca niniejszego dzieła szczęśliwym się mieni, że może przedstawić je swym czytelnikom, jako dowód sumienności, uwagi, usilnej pracy i zdolności badawczych, jakie rozwinął przy poszukiwaniach w licznych powierzonych mu starych dokumentach.

"Posiedzenie dnia 12 Maja 1827, pod prezydencją Józefa Smiggera Esq. D. W. P. C. K. P. Jednogłośnie postanowiono co następuje:

"Towarzystwo z uczuciem niczem niezamąconego zadowolenia i bezwzględnego uznania wysłuchało czytania dokumentów, udzielonych przez Samuela Pickwicka, Esq. D. P. C. K. P. , a zatytułowanych:

"Badania spekulatywne stawów hampstedzkich, tudzież niektóre spostrzeżenia nad teorią skakania żab".

"Towarzystwo wyraża swoje najszczersze podziękowanie rzeczonemi Samuelowi Pickwickowi Esq. D. P. C. K. P.

"Towarzystwo, uznając wielkie korzyści jakie nauka odnieść powinna z wyżej przytoczonego dzieła, jak również z niezmordowanych poszukiwań Samuela Pickwicka w Hornsey, Highgate, Brixton i Camberwell , nie może także nie uznać nieobliczalnych skutków, jakieby, o ile sobie pochlebiać można, miało to dla rozpowszechnienia pożytecznych wiadomości i rozwoju oświaty, gdyby prace tego znakomitego męża przeniesione zostały na rozleglejsze pole, to jest gdyby podróże jego i spostrzeżenia obszerniejszy obejmowały zakres.

"Dlatego też Towarzystwo poddało gruntownej rozwadze wniosek wyżej wymienionego Samuela Pickwicka Esq. D. P. C. K. P. i trzech innych pickwickczyków wymienionych poniżej, mający na celu utworzenie nowego związku zjednoczonych pickwickczyków pod nazwą: Korespondujący oddział Klubu Pickwicka".

"Po przyjęciu i zatwierdzeniu wzmiankowanego wniosku przez Towarzystwo, oddział korespondujący Klubu Pickwicka uznaje się niniejszem za ukonstytuowany. Samuel Pickwick Esq. D. P. C. K. P., August Snodgrass Esq. C. K. P., Nataniel Winkle C. K. P., Tracy Tupman Esq. C. K. P. zostają również wybrani i mianowani członkami rzeczonego Stowarzyszenia korespodentów, z zaleceniem, ażeby od czasu do czasu przesyłali Towarzystwu Klubu Pickwicka w Londynie autentyczne szczegóły o swych podróżach i poszukiwaniach, spostrzeżenia nad charakterem i obyczajami, na koniec opisy przygód, jak również opowiadania i inne utwory, będące wynikiem uwag nad miejscowemi wydarzeniami lub wynikiem wspomnień w związku z niemi pozostających.

"Towarzystwo z wdzięcznością zatwierdza zasadę, że członkowie oddziału korespondującego sami będą ponosić koszty podróży, i niema nic przeciw temu, ażeby członkowie rzeczonego stowarzyszenia robili swe poszukiwania, dopóki im się będzie podobać, byle poszukiwania te odbywały się na tych samych warunkach.

"Nakoniec uwiadamia się niniejszem członków wyżej wymienionego oddziału, że wniosek ich na opłacanie portorji od listów i posyłek roztrząsany był przez Towarzystwo, że Towarzystwo wniosek ten poczytuje za godny wielkich umysłów, z których łona wyszedł, i udziela mu swego zupełnego zatwierdzenia".

Powierzchowny obserwator, dodaje sekretarz, z którego papierów zaczerpujemy opowiadanie, powierzchowny obserwator możeby niedostrzegł nic nadzwyczajnego w łysej głowie i okrągłych okularach, stale zwróconych na twarz sekretarza Towarzystwa, gdy ten czytał wyżej przytoczone statuty; był to jednak widok ze wszech miar godny zastanowienia dla każdego, kto wiedział, że potężny mózg Pickwicka pracował pod tą łysiną i że wyraziste oczy Pickwicka błyszczały poza temi okularami. I w samej rzeczy, mąż, który dotarł aż do źródeł stawów hampstedzkich , który poruszył cały świat uczoną swoją teorją o żabim skoku, siedział tam, tak spokojny i nieruchomy, jak wody tych stawów, gdy je lód zetnie, albo raczej jak pojedyńczy egzemplarz żaby w przepaścistych głębiach gliniastych jam.

Ale o ileż widok ten stał się bardziej zajmujący, gdy na wielokrotne wołania: "Pickwick! Pickwick!", które jednocześnie wyrwały się z ust wszystkich jego wielbicieli, znakomity ów mąż podniósł się, pełen życia i wzruszenia, wstąpił powoli na prostą ławkę, na której przedtem siedział, i przemówił do klubu, którego był założycielem. Jakiem to studjum dla artysty mogłaby być ta zajmująca scena! Wymowny Pickwick stał przed nami, jedną rękę wdzięcznie kryjąc pod połą fraka, drugą poruszając w powietrzu dla nadania większej wyrazistości swej gorącej wymowie. Wzniesione stanowisko mówcy pozwalało widzieć jego obcisłe spodnie z kamaszami, na które nie zwróconoby pewnie wielkiej uwagi, gdyby okrywały innego człowieka ale które, uświetnione, ilustrowane, jeżeli tak można wyrazić się, osobą Pickwicka, mimowolnie przejmowały widzów uszanowaniem i czcią.

Otaczali go ludzie serca, którzy oświadczyli gotowość podzielania niebezpieczeństw jego podróży a którzy mieli zarazem podzielać sławę jego odkryć. Po prawej stronie zasiadł Tracy Tupman, wielce zapalny Tupman, który z mądrością wieku dojrzałego łączył uniesienie i młodzieńczy zapał w tem, co dotyczy najbardziej zajmującej i najgodniejszej przebaczenia słabości ludzkiej - miłości! Czas i dobre jadło rozszerzyły mu kibić, niegdyś tak romantyczną, jego czarna jedwabna kamizelka stawała się coraz wypuklejsza, a złoty łańcuch od zegarka znikał cal za calem z przed jego własnych oczu, szeroki podbródek coraz więcej wyłaniał się z poza białego krawata; ale dusza Tupmana nie zmieniła się: uwielbienie dla płci pięknej było w niej zawsze górującem uczuciem.

Na lewo od mistrza siedział poetyczny Snodgrass, tajemniczo otulony w niebieski płaszcz, podszyty psami. Obok niego Winkle, myśliwiec, rybak, jeździec, bokser, sportsman, z wdziękiem ukazywał zupełnie nową kurtkę, szkocki krawat i szaraczkowe spodnie.

Mowa pana Pickwicka i rozprawy, które się wywiązały następnie, przytoczone są w protokółach klubu. Przedstawiają one uderzające podobieństwo do rozpraw najznakomitszych zgromadzeń a ponieważ budujące jest zawsze porównywanie czynów wielkich ludzi, podajemy tu protokół tego pamiętnego posiedzenia.

"Pan Pickwick zrobił uwagę", mówi sekretarz, "że sława jest droga sercu każdego człowieka. Sława poetycka jest droga sercu jego przyjaciela Snodgrassa. Sława miłosnych podbojów jest tak samo droga jego przyjacielowi Tupmanowi, a żądza zdobycia sobie sławy we wszystkich ćwiczeniach ciała płonie w wysokim stopniu w piersi jego przyjaciela Winkle. On (pan Pickwick) nie może zapomnieć, że i na niego samego wywierają wpływ namiętności ludzkie, ludzie uczucia (Oklaski), może nawet ludzie słabości (Głośne wołania: nie! nie!). Ale powie i to, że jeżeli kiedy ogień miłości własnej zapałał w jego łonie, to wnet tłumiła go żądza, aby być pożytecznym rodzajowi ludzkiemu. Chęć zjednania sobie szacunku rodu ludzkiego była zawsze jego bodźcem, filantropja jego gwiazdą przewodnią (Gwałtowne oznaki uznania). Czuł on pewną dumę, wyznaje to otwarcie, i niech jego przyjaciele zużytkują to wyznanie, jeżeli im się podoba, czuł on pewną dumę, gdy przedstawił uczonemu światu swoją teorję skoku żab. Teorja ta może być znakomitą, albo nią może nie być. (Jeden głos: jest nią! - Głośne oklaski). Zgadza się mówca ze zdaniem szanownego pickwickczyka, którego głos usłyszał. Teorja jego jest znakomita. Ale choćby sława tego traktatu doszła do krańców uczonego świata, i wtedy duma, jakąby uczuwał autor tego dzieła, nie byłaby niczem wobec uczucia dumy, jakiego doznaje w tej chwili, najszczęśliwszej w jego życiu (Oklaski). Jest on tylko bardzo mizerną jednostką (Nie! Nie!); nie może jednak nie uznać tego, że powołany został przez Towarzystwo do czynności wielkiej wagi, połączonej z pewnem narażeniem się, dziś zwłaszcza, gdy nieład panuje na wielkich drogach a woźnice są zdemoralizowani. Spojrzyjcie na stały ląd Europy i na sceny zdarzające się we wszystkich krajach. Wszędzie wywracają się dyliżanse, konie ponoszą, zagryzłszy wędzidła, statki idą na dno, kotły parowe pękają! (Oklaski. - Jeden głos: nie!) Nie!? (Oklaski). Byłażby to zbita z tropu miłość własna człowieka... nie chcę powiedzieć, niedowarzonego (żywe oklaski), który zazdroszcząc pochwał oddawanych, może niezasłużenie, uczonym pracom mówcy i urażony skarceniem, jakiego doznały jego własne słabe wystąpienia, natchniony zazdrością, powodowany zatem niskiem i potwarczem uczuciem...

"Pan Botton (z Algate) powstaje i żąda przywołania pana Pickwicka do porządku oraz zapytuje, czy szanowny pickwickczyk do niego robił aluzję? (Wołania: Do porządku! Tak! Nie! Słuchajcie! Dość tego! i t d.)

"Pan Pickwick oświadcza, że go nie zastraszą te hałasy. Tak, zrobił aluzję do szanownego gentlemana! (Żywe wzburzenie).

"W takim razie Pan Blotton odpowie w dwu tylko słowach: z największą pogardą odrzuca on zarzut szanownego gentlemana, jako fałszywy i oszczerczy (Głośne oklaski). Szanowny gentleman jest blagier. (Okropne wzburzenie. Wielkie krzyki: do porządku).

"Pan Snodgrass wstaje, żądając przywołania do porządku pana Blottona. (Słuchajcie!) Zapytuje, czy nie zostanie zamknięta niewłaściwa dyskusja między dwoma członkami klubu. (Słuchajcie! słuchajcie!)

"Prezydent jest przekonany, że szanowny pickwickczyk cofnie wyrażenie, którego użył.

"Pan Blotton, pomimo całego szacunku dla prezydenta, oświadcza, że tego nie uczyni.

"Prezydent jest zdania, że obowiązek nakazuje mu zapytać szanownego gentlemana, czy wyrażenia, które mu się wyrwało, użył w znaczeniu, jakie mu się nadaje pospolicie.

"Pan Blotton nie waha się odpowiedzieć, że nie, i że użył tego wyrażenia w znaczeniu pickwickowskiem. (Słuchajcie! słuchajcie!) Czuje się w obowiązku oświadczyć, że osobiście przejęty jest najgłębszym szacunkiem dla tak szanownego gentlemana, jakim jest pan Pickwick. Nazwał go blagierem tylko z punktu widzenia czysto pickwickowskiego. (Słuchajcie! słuchajcie!)

"Pan Pickwick oświadcza, że najzupełniej poprzestaje na szlachetnem i szczerem wyjaśnieniu swego szlachetnego przyjaciela. Życzy on sobie, by należycie zostało zrozumiane, iż własne jego spostrzeżenia powinny być także pojmowane w znaczeniu czysto pickwickowskiem (Oklaski)".

Tu kończy się protokół. I w samej rzeczy, dyskusja nie mogła już być prowadzona dalej, doszedłszy do konkluzji tak zadawalniającej i jasnej. Nie mamy urzędowych dowodów co do faktów, jakie czytelnik znajdzie w rozdziale następnym, lecz ułożone one zostały podług listów i innych dokumentów rękopiśmiennych, których autentyczność nie podlega wątpliwości.

Rozdział piąty.

Zawierający między innemi opis, jak to pan Pickwick podjął się powożenia, a pan Winkle jazdy konnej, i jak się obaj z tego wywiązali.

Niebo było jasne i spokojne, powietrze balsamiczne a wszystko jakby oblane niewysłowionym urokiem. Pan Pickwick, wsparty na poręczy mostu w Rochester, przypatrywał się krajobrazowi w oczekiwaniu śniadania.

Widok, jaki miał przed oczyma, mógłby zachwycić każdego, nawet w mniejszym stopniu zdolnego do uniesień nad wiejską przyrodą. Po lewej stronie wznosił się mur, w wielu miejscach poszczerbiony, ponurą swą masą panując nad zielonemi brzegami rzeki Medway. Zwoje bluszczu smutno wieńczyły czarne blanki a pęki morskich roślin, zwieszonych na kamieniach, drżały za powiewem wiatru. Poza temi zwaliskami wznosił się stary zamek którego wieża bez dachów i walące się mury świadczyły o ubiegłej wielkości owych chwil, gdy szczęk broni i donośne śpiewy rozlegały się pod wspaniałemi arkadami. Po obu stronach, jak daleko wzrok sięgnął, widać było brzegi rzeki, pokryte łąkami i polami, z pośród których tu i owdzie wznosiły się młyny i kościoły; bogaty i urozmaicony to krajobraz, któremu jeszcze dodawały wdzięku lekkie obłoczki, pływające w świetle porannego słońca. Rzeka Medway, odbijając lazur niebieski, płynęła w milczeniu, połyskując pod wiosłami rybaków, płynących z jej nurtami w ciężkich, ale malowniczych łódkach. Widok tego uśmiechniętego krajobrazu pogrążył pana Pickwicka w słodkie marzenie. Wyrwało go zeń głębokie westchnienie, które usłyszał tuż koło siebie, i lekkie dotknięcie ramienia. Odwrócił się i poznał Jakóba Ponurego.

"Przypatruje się pan temu krajobrazowi?" zapytał poważnym głosem.

"Tak jest", odparł pan Pickwick.

"I jest pan rad, żeś wstał tak rano?"

Pan Pickwick przytaknął temu skinieniem głowy.

"O! To prawda! Trzeba wcześnie wstać, by oglądać słońce w całym jego przepychu, bo jasność jego rzadko trwa cały dzień. Początek dnia i początek życia są, niestety, aż nadto podobne do siebie".

"Ma pan słuszność".

"Często mówią", ciągnął dalej Jakób Ponury, "często mówią: ranek zbyt piękny - to nie potrwa długo. Jakże trafnie można zastosować tę uwagę do naszego istnienia! Czegóżbym nie dał, by mi wróciły dni mojej młodości, albo bym o nich zapomniał na zawsze!"

"Miał pan wiele smutnych przejść?" zapytał pan Pickwick ze współczuciem.

"Miałem", odrzekł Jakób Ponury drżącym głosem; "więcej, niżby można przypuszczać, patrząc na mnie".

Zatrzymał się przez chwilę, a potem zapytał nagle:

"Czy nigdy w taki piękny poranek nie przychodziła panu myśl, że byłoby rzeczą bardzo miłą i błogą - utopić się?"

"Nie! Niech mię Bóg uchowa!" zawołał pan Pickwick, cofając się nieco z obawy, by nieznajomemu nie przyszła chętka zepchnąć go na próbę do wody.

"Ja często o tem myślałem", mówił dalej Ponury, który, zdawało się, nie dostrzegł tego ruchu; "ta woda, zimna i spokojna, szmerem swym zdaje się wzywać mię, bym w niej szukał pokoju i zapomnienia. Jeden skok!... Buch!... Szamotanie przez chwilę... Fala wznosi się nad głową... zamęt... Woda się wygładza... i koniec wszystkich cierpień!"

Zapadłe oczy błyszczały mu ponuro, gdy to mówił. Ale to chwilowe uniesienie wkrótce minęło. Jakób odwrócił się i rzekł najspokojniej:

"Dajmy temu pokój! Chcę pomówić z panem o czemś innem. Wczoraj wieczorem wezwał mię pan, bym mu odczytał powieść..."

"Tak jest", odrzekł pan Pickwick, "i sądzę..."

"Obejdę się bez pańskich sądów", przerwał Ponury, "niepotrzebne mi one. Pan podróżuje dla rozrywki i kształcenia się... Rękopis nienadzwyczajny, ale zajmujący, jako kartka z rzeczywistego życia; czy odda go pan klubowi, o którym mówi pan tak często?"

"Oczywiście, zamieścimy go w pamiętnikach klubu, jeżeli pan sobie tego życzy".

"Wiec będzie go pan miał. Adres pański?"

Pan Pickwick objaśnił, dokąd mniej więcej zamierza się udać. Jakób Ponury zanotował wszystko starannie w grubym pugilaresie, odprowadził uczonego gentlemana do oberży i wymówiwszy się od śniadania, odszedł powolnym krokiem.

Dwaj towarzysze pana Pickwicka czekali właśnie na niego, by zasiąść do przekąski, ustawionej na stole w sposób bardzo ponętny. Zasiedli wreszcie, a szynka, jajka, kawa, herbata i tym podobne przysmaki, poczęły znikać z szybkością, dającą wymowne świadectwo tak o jakości jadła, jak i o apetycie podróżnych.

"Teraz", rzekł pan Pickwick, "trzeba obmyśleć, jak dostaniemy się do Manor Farm".

"Najlepiej zapytać garsona", zauważył pan Tupman, i zdrowa ta rada została przyjęta, jak na to zasługiwała. Wezwano garsona.

"Dingley Dell, panie? Piętnaście mil, panie, droga boczna, zła... Może bryczkę pocztową?"

"W bryczce mogą się pomieścić tylko dwie osoby", odparł pan Pickwick.

"To prawda; przepraszam; ale mamy bardzo piękną czterokołową bryczkę podwójną z siedzeniem dla gentlemana powożącego... Ale przepraszam, i w tej mogą się pomieścić tylko trzy osoby".

"Cóż więc poczniemy?" zapytał pan Snodgrass.

"Może który z panów zechce odbyć drogę konno", rzekł garson, spoglądając na pana Winkle. "Mamy doskonałego wierzchowca. Ludzie pana Wardle, idąc do Rochester, mogliby go nam odprowadzić".

"Bardzo dobrze!" zawołał pan Pickwick. "Winkle, chcesz jechać konno?"

W najgłębszych tajnikach swej duszy pan Winkle żywił wielką wątpliwość co do swej umiejętności konnej jazdy; ale ponieważ za nic w świecie nie chciał, by ktokolwiek go o to podejrzywał, więc natychmiast odpowiedział zuchowato:

"I owszem, bardzo mnie to cieszy!" Sam rzucił rękawicę swemu losowi i niepodobna było się cofnąć.

"Sprowadź konia i bryczkę na jedenastą", rzekł pan Pickwick do garsona.

"Dobrze, panie".

Po śniadaniu podróżni rozeszli się do swoich pokoi, by spakować rzeczy, które mieli zabrać ze sobą.

Pan Pickwick, ukończywszy te przygotowania, stał przed oknem w kawiarni i spoglądał na ulicę, gdy wszedł garson z wiadomością, że wszystko gotowe, co rzeczywiście potwierdziło ukazanie się bryczki przed domem.

Było to małe, zielone pudło, ustawione na czterech kołach; na przodzie znajdowało się wysokie siedzenie dla woźnicy, wtyle wąska ławka dla dwóch pacjentów. Interesujący ten mechanizm wprowadzany był w ruch zapomocą ogromnego, karego konia, na którym z zupełną łatwością możnaby było studjować osteologję. Chłopak stajenny trzymał dla pana Winkle drugiego ogromnego konia, prawdopodobnie bliskiego krewnego zwierzęcia zaprzęgniętego w powozie.

"Niech nas Bóg ma w swojej opiece!" zawołał pan Pickwick, podczas gdy układano rzeczy w bryczce. "Niech nas Bóg ma w swojej opiece! A kto będzie powoził? Nie pomyślałem o tem".

"Naturalnie że pan", odrzekł pan Tupman.

"Naturalnie", dodał pan Snodgrass.

"Ja!?" zawołał pan Pickwick.

"Niema najmniejszego niebezpieczeństwa, panie", odezwał się chłopiec stajenny. "Zaręczam panu, że koń jest spokojny; dziecko mogłoby nim kierować".

"A czy nie jest lękliwy?"

"Lękliwy? Nie drgnie, choćby widział przejeżdżający cały wóz małp z ognistemi ogonami".

"Teraz, świetny Wiljamie", rzekł chłopak stajenny do mana i Snodgrassa starannie usadowiono na ławce, pan Pickwick siadł na koźle.

"Teraz, świetny Wiljamie", rzekł chłopak stajenny do swego pomocnika, "podaj lejce gentlemanowi".

Świetny Wiljam, nazywany tak zapewne dlatego, że twarz i włosy świeciły mu się od tłuszczu, umieścił lejce w lewej ręce pana Pickwicka, a tymczasem jego przełożony wpakował bicz w prawą rękę filozofa.

"Hola!" krzyknął pan Pickwick, bo wielki czworonóg okazywał stanowczą skłonność wjechania oknem do kawiarni.

"Hola!" zawołali panowie Tupman i Snodgrass z powozu.

"Bawi się trochę - ot i wszystko", rzekł chłopak dla ośmielenia. "Przytrzymajno go, Wiljamie".

Pomocnik poskromił zapędy konia a naczelny koniuszy pobiegł, by dopomóc panu Winkle siąść na siodle.

"Nie z tej strony, panie"

"Niech mnie powieszą, jeżeli ten gentleman nie zamierzał siąść twarzą do ogona", rzekł wykrzywiając się jakiś pocztyljon do garsona hotelowego, który z nieopisaną rozkoszą przypatrywał się całej tej scenie.

Pan Winkle, otrzymawszy powyższą przestrogę, wgramolił się na siodło z taką niemal trudnością, jakiejby doznał wchodząc po raz pierwszy na okręt wojenny.

"Czy już wszystko dobrze?" zapytał pan Pickwick, dręczony wewnętrznem przeczuciem, że wszystko źle.

"Wszystko dobrze", odrzekł słabym głosem pan Winkle.

"W drogę!" krzyknął posługacz stajenny. "Trzymaj go pan mocno!"

I, wśród głośnego śmiechu obecnych, bryczka i wierzchowiec ruszyli z miejsca, z panem Pickwickiem na koźle jednej, a panem Winkle na grzbiecie drugiego.

"Dlaczego on tak bokiem idzie?" zapytał pan Snodgrass pana Winkle z głębi pudła.

"Albo ja wiem!" odpowiedział nieszczęśliwy jeździec, którego koń w samej rzeczy kroczył bokiem w sposób wielce ekscentryczny, z głową zwróconą w jedną stronę ulicy a ogonem w drugą.

Pan Pickwick nie miał czasu zwracać uwagi na to, co się działo poza nim, gdyż sam musiał wytężyć wszystkie siły umysłowe, by zdać sobie sprawę z postępowania zwierzęcia zaprzężonego do bryczki. Stworzenie to wyrabiało szczególne jakieś sztuki, mogące bardzo ubawić widza bezinteresownego, ale wcale nieuspakajające tych, którzy znajdowali się w pewnej od niego zawisłości. Potrząsając nieustannie głową w sposób niesmaczny i niewłaściwy, koń szarpał zarazem tak gwałtownie, iż pan Pickwick zaledwie był w stanie utrzymać lejce. Na domiar nieszczęścia, tenże koń znalazł szczególne upodobanie w rzucaniu się ku jednej stronie ulicy, gdzie nagle stawał, poczem znów ruszał nagle z miejsca z szybkością, którą pokonać było fizycznem niepodobieństwem. Już po raz dwudziesty wykonywał ten manewr, gdy pan Snodgrass zapytał swego towarzysza:

"Co temu koniowi?"

"Nie pojmuję", odparł pan Tupman. "Czy nie jest czasem płochliwy! Coś tak mi się widzi".

Pan Snodgrass chciał odpowiedzieć, gdy wtem przerwał mu krzyk pana Pickwicka.

"Aj!" zawołał mistrz, "upuściłem bicz!"

W tej chwili pan Winkle, w kapeluszu nasuniętym po same uszy, nadjechał na olbrzymim koniu, który wstrząsał nim z taką gwałtownością, iż zdawało się, że jeździec się rozsypie.

"Winkle!" krzyknął pan Snodgrass, "tyś dobry chłopak, podnieśno bicz!"

Pan Winkle pochylając się wtył, ściągnął konia tak silnie, że aż sam poczerwieniał. Gdy udało mu się wreszcie zatrzymać olbrzymiego rumaka, zlazł, podał bicz panu Pickwickowi i, ująwszy cugle, zamierzał znowu wsiąść.

Nie umiemy tego powiedzieć (jak łatwo się domyśleć), czy wielki koń, z niewinnej tylko wesołości, chciał poigrać nieco z panem Winkle, czy też wyobraził sobie, że większą będzie miał przyjemność, gdy odbędzie podróż bez jeźdźca, ale czy takie, czy inne były jego motywy, faktem jest, że zaledwie pan Winkle dotknął cugli, zwierzę, pochyliwszy głowę, cofnęło się o całą swą długość.

"Kosiu, dobry kosiu!" odezwał się pan Winkle ujmującym głosem, "dobry, stary kosiu!"

Ale dobry kosio nie dał się uwieść tym pochlebstwom i im więcej pan Winkle usiłował zbliżyć się do niego, tem uporczywiej koń się odsuwał, tak, że w ciągu dziesięciu minut, pomimo pieszczot i podstępów, pan Winkle i wielki koń, obracając się ciągle jeden dokoła drugiego, znajdowali się zawsze w jednem i tem samem położeniu. Była to sytuacja wielce nieprzyjemna pod każdym względem, zwłaszcza na bezludnej drodze, gdzie niepodobna było znaleźć żadnej pomocy.

Gdy wirowanie to nie ustawało, pan Winkle krzyknął na swych towarzyszy:

"Co tu robić? Nie mogę dosiąść konia".

"Najlepiej doprowadzić go gdzie do jakiego płotu", odpowiedział pan Pickwick z kozła.

"Ale kiedy nie chce iść!" zawołał pan Winkle, "chodźcie-no, proszę, przytrzymajcie go".

Pan Pickwick był prawdziwem uosobnieniem uprzejmości i ugrzecznienia. Zsiadł więc z kozła, odprowadził konia wraz z bryczką pod płot, by nie zagradzać drogi i zwrócił się ku swemu towarzyszowi gwoli dopomożenia mu w jego kłopocie, pozostawiając panów Tupmana i Snodgrassa w bryczce.

Gdy tylko koń ujrzał pana Pickwicka, podchodzącego z wielkim biczem, wnet zaniechał ruchu kolistego, w który się dotąd bawił, i rozpoczął ruch wsteczny, tak stanowczy, iż zmusił pana Winkle, niechcącego wypuścić cugli, do biegnięcia za nim z nadzwyczajną szybkością w kierunku Rochester. Pan Pickwick pospieszył z pomocą; ale im prędzej biegł pan Pickwick, ten szybciej koń się cofał. Kopyta jego dźwięczały po bitej drodze, kurzawa wznosiła się w górę; wkońcu pan Winkle, któremu ręka zdrętwiała od trzymania, zmuszony był puścić lejce. Koń stanął, spojrzał ze zdziwieniem dokoła, odwrócił się i pokłusował spokojnie ku stajni, pozostawiając pana Winkle i pana Pickwicka spoglądających na siebie i mocno skonfundowanych. W tem jakiś niedaleki łoskot zwrócił ich uwagę. Odwrócili głowy.

"Tego tylko brakowało!" zawołał pan Pickwick rozpaczliwie, "i drugi koń ucieka!"

Tak było rzeczywiście. Bucefał zaprzężony do bryczki, przeraził się hałasu, sprawionego przez towarzysza; lejce miał zarzucone na grzbiet, więc nie trudno wyobrazić sobie wynik tego. Rzucił się naprzód, szybko unosząc panów Tupmana i Snodgrassa. Niestety! trwało to niedługo. Pan Tupman, przerażony, wyskoczył z bryczki a pan Snodgrass instynktownie poszedł za jego przykładem. Koń rozbił powóz, uderzywszy nim o poręcz mostu, aż pudło oddzieliło się od kół; potem stanął, nieruchomy, przypatrując się ruinom, które sprawił.

Pierwszem staraniem dwóch nieuszkodzonych przyjaciół, było wydobycie z pomiędzy krzaków dwóch innych przyjaciół. Po dokonaniu tego spostrzeżono z zadowoleniem, trudnem do opisania, iż ci dwaj drudzy nie ponieśli żadnego ważniejszego szwanku i tylko w wielu miejscach porozdzierali sobie ubranie i własną skórę. Natenczas wszyscy razem zajęli się wyplątaniem konia ze szczątków powozu; a ukończywszy tę skomplikowaną operację, wzięli go pomiędzy siebie i poszli wolnym krokiem, pozostawiając resztki bryczki ich smutnemu losowi.

Po godzinie drogi, podróżni nasi znaleźli się przed małą oberżą, stojącą pomiędzy dwoma wiązami przy drodze. Zprzodu widać było wielką stągiew i ogromny szyld, ztyłu kilka popsutych narzędzi rolniczych, z jednego boku ogród warzywny, z drugiego napół rozwalone budynki gospodarcze, porosłe mchem. Wieśniak o rudych włosach pracował w ogrodzie. Pan Pickwick, ujrzawszy go, zawołał:

"Hej, ty!"

Wieśniak podniósł się zwolna, przetarł oczy ręką i z najzimniejszą krwią począł przyglądać się panu Pickwickowi i jego towarzyszom.

"Hej, ty!" powtórzył pan Pickwick.

"A co tam?" zapytał rudowłosy.

"Daleko ztąd do Dingley Dell?"

"Siedm dobrych mil".

"A droga dobra?"

"Nie!" odparł krótko wieśniak.

Potem raz jeszcze bacznie obejrzawszy naszych podróżników, wziął się do roboty, nie zajmując się nimi więcej.

"Chcielibyśmy zostawić tu tego konia", zaczął znów pan Pickwick.

"Konia zostawić?" zapytał wieśniak, oparłszy się na łopacie.

"Tak", odrzekł pan Pickwick, podsunąwszy się wraz z rumakiem do samego płotu.

"Jejmość!" krzyknął rudowłosy, wychodząc z ogrodu i podejrzliwem okiem spoglądając na konia. "Jejmość!"

Wysoka, koścista i wyprostowana jak tyka kobieta odezwała się na to wołanie.

"Dobra kobieto", zaczął znowu pan Pickwick, podchodząc bliżej i nadając swemu głosowi ton ujmujący, "czy nie moglibyśmy zostawić tu tego konia?"

Wieśniak powiedział coś do ucha kobiecie. Ta spojrzała z góry na całą karawanę i pomyślawszy chwilę, odrzekła:

"Nie! Nie mam jakoś do tego serca"

"Serca!" powtórzył pan Pickwick; "co ona mówi tu o sercu?"

"Już raz mieliśmy z tem kłopot", odrzekła kobieta, odchodząc do domu, "i drugi raz mieć nie chcemy".

"To szczególne!" zawołał pan Pickwick, mocno zdziwiony, "w żadnej mojej podróży nie zdarzyło mi się nic podobnego."

"Zdaje mi się... doprawdy, zdaje mi się", szepnął pan Winkle do swych przyjaciół, "iż baba ta podejrzewa nas, że tego konia skradliśmy".

"Co?!" krzyknął pan Pickwick z oburzeniem.

Pan Winkle skromnie powtórzył swe zdanie.

"Hej, ty! Rudy!" zawołał pan Pickwick na wieśniaka, "czy sądzisz, żeśmy tego konia skradli?"

"Nie sądzę, ale jestem tego pewny", odpowiedział rudowłosy z uśmiechem, który mu rozszerzył usta od ucha do ucha. Powiedziawszy to, wszedł do domu i starannie zamknął drzwi za sobą.

"To jakby sen!" zawołał pan Pickwick, "szkaradny sen! O nieba, wystawcie sobie człowieka, idącego pieszo cały dzień, i ściganego przez straszliwego konia, którego nie może się pozbyć!"

Zmartwieni pickwickiści poszli dalej drogą ze zwieszonemi głowami; ogromny czworonóg, do którego czuli głęboką odrazę, kroczył zwolna wślad za nimi.

Już było dobrze po południu, gdy czterej nasi przyjaciele, wciąż w towarzystwie nieznośnego zwierzęcia, doszli do drogi, skręcającej ku Manor Farm. Ale chociaż byli już prawie u kresu podróży, zadowolenie ich znacznie słabło na myśl, jak głupio będą wyglądać, gdy się pokażą. Podarta odzież, podrapane twarze, powalane buty, wycieńczone postacie, a na domiar wszystkiego, ten koń okropny! O! Jakże go przeklinał pan Pickwick! Od czasu do czasu rzucał on na niego wzrokiem, w którym wyrażała się cała nienawiść i żądza straszliwej zemsty. Niejednokrotnie obliczał, ile mniej więcej wypadłoby zapłacić za przyjemność poderżnięcia mu gardła; chęć zamordowania go i porzucenia w pustem polu zajmowały gwałtownie jego umysł. Pomimo to szedł ciągle, aż wreszcie na jednym z zakrętów drogi okropne te myśli rozwiały się na widok dwóch osób. Był to pan Wardle i wierny jego sługa, pyzaty chłopak.

"Gdzieżeście to przepadli?" zapytał gościnny gentleman. "Czekałem na panów dzień cały. Widzę, żeście zmęczeni. Co? Podrapani? Ale spodziewam się, żeście nie ranni? Nie? To mię cieszy. Wywróciliście się? Nie myślmy o tem więcej; to rzecz zwyczajna w tych stronach. - Joe! Przeklęty chłopak! Znowu śpi! Joe! Zaprowadź konia do stajni".

Joe, ujął za uzdę fatalnego rumaka i powlókł się leniwym krokiem, a tymczasem stary gentleman pocieszał swych gości...

Przybywszy do Manor Farm, zaprowadził ich najpierw do kuchni, mówiąc:

"Tu wszystko naprawimy a potem zaprowadzę was do salonu. Emmo! Przynieś no wiśniówki! Joanno! Igły i nici! Marjo! Wody i ręczników! - No! dziewczęta! Żywo!"

Służące szybko pobiegły po żądane przedmioty a tymczasem dwaj słudzy rodzaju męskiego, o szerokich obliczach, wstali z ławek przedpiecka, gdzie siedzieli jakby w zimie, pogrążyli się w ciemności różnych zakątków i wkrótce znów ukazali się uzbrojeni w pół tuzina szczotek.

"Żywo! Żywo!" powtarzał stary gentleman. Ale to wezwanie było zbyteczne, gdyż już jedna służąca nalewała wiśniówki, druga podawała ręczniki, a jeden ze sług, pochwyciwszy pana Pickwicka za nogę i narażając filozofa na utracenie równowagi, czyścił mu buty z taką gorliwością, że aż poczerwieniały odciski. Jednocześnie drugi służący ogromną szczotką czyścił pana Winkle, wydając rodzaj świstu, właściwego masztalerzom czyszczącym konie.

Co do pana Snodgrassa, ten, dokonawszy ablucyj, odwrócił się tyłem od pieca i z błogością pociągając z kieliszka, począł oglądać kuchnię.

Według jego opisu, była to obszerna komnata, wyłożona czerwoną cegłą. Piec miała ogromny; sufit zdobiły pęki cebul, szynki i słonina; na ścianach wisiały bicze, uzdy, siodła i stara, zardzewiała strzelba; nad nią mieścił się napis wielkiemi literami: "Nabita", co musiało być wypisane, sądząc z powierzchowności, może przed półwiekiem. Stary zegar z kukułką poważnie stukał w kącie.

"Czyście już gotowi?" zapytał swych gości stary gentleman, gdy byli już umyci, wyczyszczeni i połatani jak należy.

"Zupełnie gotowi", odrzekł pan Pickwick.

"A więc chodźmy!"

Trzej podróżni poszli licznemi korytarzami; dopiero przed drzwiami salonu przyłączył się do nich pan Tupman, który pozostał ztyłu w zamiarze skradzenia całusa Emmie, ale otrzymał tylko kilka szturchańców. Stary gentleman wprowadził gości do salonu, mówiąc: "Panowie! Witam was w Manor Farm".

Rozdział czwarty.

Mała wojna. Nowi znajomi. Zaproszenie na wieś.

Wielu autorów upiera się przy nietylko głupiej, ale, właściwie, i nieuczciwej zasadzie, żeby nie podawać źródeł, z których czerpią swoje najważniejsze informacje. Nie podzielamy tych zasad. Będziemy usiłowali wywiązać się w sposób właściwy z odpowiedzialnych obowiązków, jakie wkłada na nas nasz zawód wydawniczy. I, jakkolwiek w innych okolicznościach ambicja skłoniłaby nas, byśmy rościli sobie prawa do autorstwa tych przygód, wzgląd na prawdę każe nam jedynie przypisać sobie zasługę należytego opracowania szczegółów i nadania im formy opowieści. Dokumenty pickwickowskie służą nam tylko za źródła; można więc nas porównać z Wielką Kompanją Eksploatacyjną Źródeł Wód Mineralnych. Praca innych stworzyła dla nas olbrzymie rezerwoary doniosłych faktów. Zbieramy je poprostu i za pośrednictwem tych stronic, w postaci wesołego i wartkiego strumienia, dajemy do użytku tym, którzy są spragnieni wiedzy Pickwickistów.

Działając w tym duchu i odważnie wprowadzając w czyn postanowienie wymieniania autorytetów, do których zwracaliśmy się o radę, wyznajemy otwarcie, że notatnikowi pana Snodgrassa zawdzięczamy szczegóły umieszczone w tym rozdziale. - Szczegóły te (teraz, gdyśmy ulżyli swemu sumieniu) podamy bez dalszych komentarzy.

Cała ludność Rochester i okolicznych miasteczek zerwała się nazajutrz wcześnie z łóżek, bardzo wzruszona i podekscytowana. Wielka rewja miała się odbyć na Błoniach. Orli wzrok dowódcy miał dokonać przeglądu pół tuzina pułków. Wzniesiono tymczasową twierdzę, którą miano oblegać, zdobyć szturmem, i wkońcu wysadzić w powietrze.

Czytelnicy nasi mogli już wywnioskować z notat pana Pickwicka o mieście Chatam, że mąż ów był namiętnym wielbicielem wojska. Nic też nie mogło być przyjemniejszego, tak dla niego, jak i dla jego towarzyszy, jak widok małej wojny. Wcześnie więc zerwali się i szybkim krokiem poszli ku twierdzy, dokąd już ze wszystkich stron zdążały tłumy ciekawych.

Wszystko zapowiadało, że manewry będą niezwykle świetne. Ustawiono warty, by zabezpieczyć wolny plac dla ewolucyj. Sierżanci biegali na wszystkie strony, roznosząc kartki z rozkazami. Pułkownik Bulder, w galowym mundurze, galopował to w jedną to w drugą stronę, cofał swego konia na ciekawych, kazał mu wykonywać wolty i kurbety, i krzyczał tak głośno, iż twarz mu poczerwieniała i głos zachrypł, chociaż nikt nie mógł pojąć, naco się to wszystko przyda. Oficerowie latali tu i tam, odbierali rozkazy od pułkownika Buldera, powtarzali je sierżantom, potem znikali w galopie. Nawet szeregowcy patrzyli z poza płotu błyszczących luf z minami tajemniczo uroczystemi, co dostatecznie tłumaczył wyjątkowy charakter sytuacji.

Pan Pickwick i jego trzej towarzysze umieścili się w pierwszym rzędzie ciekawych, cierpliwie oczekując na rozpoczęcie manewrów. Tłum powiększał się ciągle a wysiłki jakie zmuszeni byli czynić dla utrzymania się na swych stanowiskach, dostatecznie zapełniły im dwie godziny oczekiwania. Czasami odczuwano nagłe pchnięcie od tyłu i pan Pickwick wylatywał naprzód z szybkością i elastycznością, niebardzo zgodną ze zwykłą powagą jego ruchów. To znowu żołnierze wzywali widzów do cofnięcia się, opuszczając kolby karabinów na nogi pana Pickwicka, by przypomnieć mu, aby się nie wysuwał naprzód, lub też rzeczone kolby przykładali mu do piersi, wzywając do trzymania się w szeregu. Innym razem żartobliwy jakiś gentleman, nacisnąwszy pana Snodgrassa, doprowadziwszy go w ten sposób do możliwie najmniejszej objętości i wystawiwszy na najostrzejsze tortury, zapytał go, dlaczego pozwala sobie tak się rozpychać. Zaledwie pan Winkle miał czas wyrazić całe swe oburzenie na tę niczem nieusprawiedliwioną pretensję, gdy jakieś indywiduum, stojące tuż za nim, wtłoczyło mu kapelusz na oczy, prosząc, by był na tyle grzeczny i schował do kieszeni swą głowę. Te dowcipy, połączone z niepokojem, jakim nabawiało ich nagłe i niepojęte zniknięcie pana Tupmana, sprawiały, że wogóle położenie naszych znajomych było bardziej niewygodne, aniżeli przyjemne.

Nakoniec rozległ się w tłumie gwar, zapowiadający, że nadchodzi to, na co tak długo czekano. Oczy wszystkich zwróciły się ku twierdzy i ujrzano bataliony, jedne po drugich rozwijające się na równinie, z wdzięcznie powiewającemi sztandarami i bronią połyskującą od słońca. Wojsko zajęło stanowiska. Zwięzłe słowa komędy przebiegły po całej linji; broń zaprezentowano ze szczękiem; naczelny dowódca, pułkownik Bulder, z licznym sztabem przejechał galopem przed frontem. Nagle zagrała muzyka wszystkich pułków, konie stanęły dęba i cofnęły się; psy poczęły szczekać, tłum krzyczeć; wojsku zakomenderowano: "Baczność!" a jak daleko sięgał wzrok, na prawo i na lewo, widać było tylko długi szereg czerwonych mundurów i białych spodni, nieruchomych, jakby skamieniałych.

Pan Pickwick tak był zajęty cofaniem się i wymijaniem nóg końskich, iż nie miał czasu zachwycać się tym widokiem. Nakoniec, gdy udało mu się odzyskać nieco równowagi, wojsko stało już nieruchomo, jak to opisaliśmy wyżej; wtedy zachwyt filozofa doszedł do najwyższego punktu.

"Czy jest coś piękniejszego, cudniejszego?" rzekł do pana Winkle.

"Nie, niewątpliwie", odpowiedział ten ostatni, który od kwadransa dźwigał na sobie dwóch wyrostków.

"Tak!" zawołał pan Snodgrass, w którego łonie zapalał nagle ogień poezji. "Tak! Wspaniałe to i wzniosłe widowisko, gdy tylu mężnych obrońców ojczyzny rozwija się w świetnych szeregach przed spokojnymi obywatelami. Twarze ich nacechowane są nietyle wojowniczą gwałtownością, ile raczej duchem cywilizacji, ich oczy nie błyszczą dzikim ogniem rozboju i zemsty, ale łagodnem światłem inteligencji i ludzkości".

Pan Pickwick najzupełniej zgadzał się z temi pochwałami, jeśli chodzi o ducha, który je natchnął, ale niezupełnie przystawał na wyrażenia. Bo rzeczywiście, łagodne światło inteligencji błyszczało tu dość słabo, zważywszy, że znowu zakomenderowano "Baczność" i widzowie mieli przed sobą nie mniej jak kilka tysięcy par oczu, spoglądających prosto przed siebie i najzupełniej pozbawionych wszelkiego wyrazu.

Tymczasem tłum zwolna usunął się i podróżnicy nasi pozostali prawie sami.

"Teraz jesteśmy w doskonałym punkcie", rzekł pan Pickwick spoglądając dokoła siebie.

"Doskonałym", odpowiedzieli panowie Winkle i Snodgrass.

"Zda... zdaje mi się..." wybełkotał pan Winkle, blednąc, "zdaje mi się, że będą strzelać..."

"Ale cóż znowu!" zawołał szybko pan Pickwick.

"Sądzę... sądzę że... że Winkle ma słuszność", dodał pan Snodgrass, cokolwiek przerażony.

"To być nie może!" powtórzył pan Pickwick.

Zaledwie jednak wymówił te słowa, gdy sześć pułków, jak jeden mąż i jakby miały jeden cel tylko, skierowało lufy na nieszczęśliwych pickwickistów i rozległ się huk, jaki może nigdy nie wstrząsał ziemią ani odwagą gentlemana w latach dojrzałych.

W tem krytycznem położeniu, wystawiony na ciągły ogień ślepych nabojów, zaniepokojony ruchami wojska, któremu nadchodziły nowe posiłki, rozwijające swe szeregi ztyłu, poza panem Pickwickiem, mąż ten okazał całą zimną krew, nieodstępną towarzyszkę wielkich umysłów. Uchwyciwszy za rękę pana Winkle i umieściwszy się między nim a panem Snodgrassem, przedstawiał im przekonywająco, że, wyjąwszy niebezpieczeństwa ogłuchnięcia od strzałów, niema się czego obawiać.

"Ale... ale..." rzekł pan Winkle, blednąc, "przypuśćmy, że który z żołnierzy ma nabój z kulą... przez pomyłkę... Słyszałem ostry świst tuż koło..."

"Czy nie bałoby dobrze położyć się plackiem na ziemi?" zapytał pan Snodgrass.

"Nie, nie, wszystko już się skończyło", odrzekł pan Pickwick.

Gdy mówił to, usta jego mogły drżeć, policzki blednąć, ale żaden okrzyk strachu lub niepokoju nie wyrwał się z ust tego nieśmiertelnego męża.

Pan Pickwick miał słuszność; strzelanie skończyło się. Myślał więc już tylko o niezawodnej trafności swej hipotezy, gdy dostrzegł na całej linji szybkie ruchy. Krzyki komendy rozległy się znowu i pierwej, nim nasi podróżni mieli czas poczynić domysły, co to może być za nowy manewr, sześć pułków przyspieszonym krokiem poszło na bagnety ku miejscu, gdzie stał pan Pickwick z towarzyszami.

Człowiek jest śmiertelny a odwaga ludzka ma swe granice. Przez chwilę pan Pickwick spoglądał przez okulary na posuwającą się naprzód ściśniętą kolumnę, potem odwrócił się do niej tyłem i począł... nie powiemy uciekać, naprzód dla tego, że jest to wyrażenie ubliżające, powtóre, że sama osoba Pickwicka zupełnie nie nadawała się do tego rodzaju odwrotu, - począł tylko dreptać tak szybko, jak mu pozwalały na to niezbyt długie nogi i ciężar ciała; ale zapóźno ocenił całe niebezpieczeństwo położenia.

Wojsko, którego ukazanie się ztyłu zaniepokoiło pana Pickwicka przed kilkoma sekundami, teraz rozwinęło się w szyk bojowy dla odparcia ataku oblegających warownie, tak, że trzej nasi znajomi ujrzeli się pomiędzy dwoma długiemi rzędami bagnetów, z których jeden szybko się przybliżał, a drugi w miejscu czekał na natarcie.

"Na bok! Na bok!" wołali oficerowie poruszającej się kolumny.

"Usuńcie się!" krzyczeli oficerowie kolumny nieruchomej.

"Gdzie się podziać?" krzyknęli przerażeni pickwickiści.

"Na bok! Na bok!" było odpowiedzią. Potem nastała chwila niesłychanego zamięszania; odgłos miarowych kroków, gwałtowne uderzenia, stłumione śmiechy - wojska cofnęły się pięćset kroków a podeszwy butów pana Pickwicka ujrzeć można było w powietrzu.

Pan Snodgrass i pan Winkle wykonali również z najzupełniejszą dokładnością po jednym obowiązkowym koziołku. Właśnie pan Winkle, siadłszy na ziemi, tamował sobie chustką krew z nosa, gdy wtem ujrzeli w pewnej odległości swego czcigodnego mentora, biegnącego za kapeluszem, który oddalał się coraz bardziej, złośliwie podskakując.

Mało jest chwil w życiu, w którychby człowiek doznawał większej przykrości, nie zjednywając sobie przy tem żadnego współczucia, jak wówczas, gdy odbywa polowanie na swój własny kapelusz. Trzeba mieć wielki zasób zimnej krwi i wielką trafność sądu, by go złowić. Biegnąc zbyt szybko, wyprzedza się go; jeżeli schylamy się zbyt powolnie, gdyż sądzimy, iż go już trzymamy, kapelusz odbiega gdzieś daleko... Najlepsza metoda polega na tem, by biegnąć równolegle do przedmiotu naszych zabiegów, zachować największą przezorność, umieć skorzystać ze stosownej chwili, stopniowo wyprzedzać, potem nagle pochylić się, ująć kapelusz za rondo i mocno osadzić go na głowie, wdzięcznie uśmiechając się podczas całej gonitwy, jak gdybyśmy sami widzieli w tem żart tak dobry, jak wszyscy inni.

Lekki wietrzyk podmuchiwał i kapelusz pana Pickwicka toczył się przed nim, jakby igrając. Wiatr dmuchał, pan Pickwick sapał a kapelusz bujał jak rybka w bystrym nurcie. I pewno dotoczyłby się Bóg wie jak daleko, gdyby nie trafił na opatrznościową przeszkodzę w chwili, gdy nasz podróżnik zamyślał już pozostawić go jego nieszczęśliwemu losowi.

Pan Pickwick, niezwykle zmęczony, miał już zaniechać pogoni, gdy kapelusz wplątał się w koło jednego z kilkunastu powozów, stojących rzędem. Filozof potrafił wnet skorzystać z tej pomyślnej chwili, szybko pochylił się, pochwycił niesforne nakrycie głowy, silnie nasunął je na czoło i stanął, by odetchnąć. Upłynęło może nie więcej nad pół minuty, gdy usłyszał nazwisko swe wymówione donośnym i przyjaznym głosem. Podniósł oczy i wtedy przedstawił mu się widok, który go napełnił zarazem zdziwieniem i radością.

W wielkim otwartym powozie, od którego wyprzężono konie, stały osoby poniżej wymienione: stary dorodny gentleman w niebieskim fraku ze złoconemi guzikami, aksamitnych spodniach i długich butach; dwie młode panny w szarfach i stroikach; młody człowiek, prawdopodobnie zakochany w jednej z młodych panien; dama wieku wątpliwego, prawdopodobnie ciotka dwóch wyżej wymienionych panien, wreszcie pan Tupman, tak spokojny i swobodny, jakby należał do rodziny od samego dzieciństwa.

Z tyłu powozu przywiązane było pudło wielkich rozmiarów, jedno z tych pudeł, które przez assocjację idej wzbudzają zawsze w organizacjach spostrzegawczych myśli o kapłonach na zimno, wędzonych ozorach i butelkach dobrego wina. Nakoniec, na koźle powozu, w stanie błogiej drzemki, siedział chłopak, tłusty, czerwony i pyzaty, na którego badawczy spostrzegacz nie mógł patrzeć przez kilka minut, by nie dojść do wniosku, że jest to właśnie urzędowy rozdawca w pudle zawartych skarbów, gdy nadejdzie właściwa chwila ich spożywania.

Zaledwie pan Pickwick ogarnął wzrokiem wszystkie te zajmujące przedmioty, gdy wierny jego uczeń znów począł go nawoływać.

"Pickwick! Pickwick! Właź pan tu prędko!"

"Chodź pan! Proszę", dodał stary gentleman. "Joe! Niech djabli porwą tego chłopca! Znowu śpi! Joe! Spuść stopień!"

Pyzaty chłopiec zwolna zsunął się z kozła, spuścił stopień i w uprzejmy sposób otworzył drzwiczki. W tej chwili nadeszli panowie Snodgrass i Winkle.

"Wszyscy się tu pomieścimy", zaczął znowu właściciel powozu. "Dwóch wewnątrz, jeden zewnątrz. Joe! Zrób na koźle miejsce dla jednego z panów. Teraz prosimy".

I stary gentleman, wyciągnąwszy żylastą rękę, wwindował do powozu naprzód pana Pickwicka, potem pana Snodgrassa. Pan Winkle siadł na koźle: pyzaty chłopak pochylił się ku niemu i natychmiast zasnął.

"Cieszy mię, że oglądam panów", mówił dalej stary gentleman: "znam panów bardzo dobrze, chociaż, być może, iż panowie nie przypominacie mię sobie. Niejeden wieczór spędziłem w klubie panów ostatniej zimy. Dziś rano spotkałem mego przyjaciela pana Tupmana, co mię wielce uradowało. No i cóż, panie? Jak się pan ma! Wygląda pan dzielnie, ale to bardzo dzielnie!"

Pan Pickwick, do którego były zwrócone te ostatnie słowa, odwdzięczył się odpowiednim komplementem i silnie uścisnął dłoń starego gentlemana.

"A pan!" ciągnął dalej mówca, spoglądając z ojcowskiem zajęciem na pana Snodgrassa. "Doskonale! Nieprawdaż? Tem lepiej, tem lepiej! A pan jak się ma, panie Winkle? Dobrze? To mię cieszy. Moje córki, panowie. A to, moja siostra, panna Rachela Wardle. Dziewica a nie dziewczątko, co? Hę?" dodał, śmiejąc się na całe gardło i uprzejmie szturchając łokciem w bok pana Pickwicka.

"Ależ bracie!..." zawołała miss Wardle z błagalnym uśmiechem...

"Tak, tak", zaczął znów stary gentleman, "nikt temu zaprzeczyć nie może. Panowie! Przedstawiam wam mego przyjaciela pana Trundle. A teraz, kiedy już wszyscy znacie się, bądźmy dobrej myśli i patrzmy, co się dzieje. Takie jest moje zdanie".

To rzekłszy, włożył okulary; pan Pickwick wydobył swój teleskop i wszyscy, stojąc w powozie, przypatrywali się manewrom wojskowym.

Były to manewry godne podziwu. Jeden szereg strzelał ponad głowami drugiego szeregu i natychmiast cofał się; potem drugi szereg strzelał ponad głowami trzeciego i także cofał się; formowano czworoboki z oficerami w środku; włażono po drabinkach na wały, burzono barykady, utworzone z koszów, a wszystko to robiono z niezrównaną odwagą. Na okopach armatnich artylerzyści pakowali ogromne naboje w działa a gdy wystrzelili, żałosny krzyk trwożliwych kobiet długo rozlegał się w powietrzu. W powozie młode panny Wardle tak były przerażone, że pan Trundle był zmuszony podtrzymywać jedną z nich a pan Snodgrass drugą. Nerwy miss Racheli Wardle były tak okropnie rozdrażnione, że pan Tupman uznał za nieodzowną konieczność ująć ją za kibić, by nie upadła. Jednem słowem, wszyscy doznali niezwykłego wzruszenia, wyjąwszy pyzatego chłopca, który przy huku dział spał tak głęboko, jak przy zwykłej piosence piastunki.

Gdy zdobyto twierdzę i tak oblężonym, jak oblegającym, zastawiono obiad, stary gentleman zawołał:

"Joe! Joe! Przeklęty chłopak, znowu śpi. Bądź pan tak dobry i uszczypnij go w łydkę: tylko w ten sposób można go obudzić. Dziękuję panu. Joe, rozpakuj pudło".

Pyzaty chłopak, rzeczywiście zbudzony zapomocą ściśnięcia mięsnych części nogi wielkim i wskazującym palcem pana Winkle, znowu zsunął się z kozła i rozpoczął rozpakowywanie pudła z nierównie większym pośpiechem, aniżeliby to można było przypuszczać po jego poprzedniej niemrawości.

"Teraz siadajmy jak można", rzekł gentleman.

Po wielu żartobliwych napomknięciach o szerokości kobiecych sukien, po wielu rumieńcach, spowodowanych propozycją, by damy siadły na kolanach u panów, całe towarzystwo usadowiło się w powozie, a stary gentleman jął puszczać w koło przedmioty, podawane mu przez pyzatego chłopca.

"Teraz, Joe, podaj noże i widelce".

Rozdano noże i widelce. Damy i mężczyźni w powozie, a pan Winkle na koźle, zaopatrzeni zostali w te niezbędne narzędzia.

"Talerzy, Joe! Talerzy!"

Talerze również rozdano w ten sam sposób.

"Teraz, Joe, podaj drób. Przeklęty chłopak, znowu śpi". Kilka energicznych szturchańców wyrwało go z letargu.

"No, dawaj jeść!"

W dźwięku tych słów było coś takiego, co zupełnie rozbudziło zaspanego chłopca. Drgnął, a jego ołowiane oczy, napół zatopione w tłustych policzkach, miłośnie spoglądały na jadło, w miarę jak je wydobywał.

"No, żywo!" zawołał pan Wardle, bo pyzaty chłopiec pożerał wzrokiem kapłona, z którym, zdawało się, nie był w stanie rozstać się. Wreszcie westchnął głęboko, rzucił rozpaczliwe spojrzenie na pulchne pieczyste i smutno podał je panu.

"Dobrze, tylko żywiej! Teraz ozór. Teraz pasztet z gołębi. Uważaj na cielęcinę i szynkę. Pilnuj raków. Wydobądź sałatę, podaj pieprzu..."

Wydając te szybkie rozkazy, pan Wardle rozdawał wewnątrz powozu wymienione wyżej artykuły i stawiał niezliczoną ilość półmisków na kolanach biesiadników.

Gdy rozpoczęto dzieło zniszczenia, wesoły starzec zapytał:

"Co? Czy nie doskonałe?"

"Przewyborne", odrzekł pan Winkle, krając kawał kapłona.

"Szklaneczkę wina".

"Z wielką przyjemnością".

"Czy nie lepiej będzie, gdy podam panu na kozioł całą butelkę?"

"O! Jeśli pan tak łaskaw!"

"Joe!"

"Słucham pana". (Tym razem pyzaty chłopiec nie spał, gdyż zwędził kawał cielęciny).

"Butelkę wina dla pana na koźle. Za pańskie zdrowie".

"Bardzo jestem panu wdzięczny", odrzekł pan Winkle, stawiając butelkę przy sobie.

"Czy zechce pan wypić ze mną szklankę wina?" zapytał pan Trundle pana Winkle.

"Z największą przyjemnością", odpowiedział zapytany i obaj wychylili po szklance, a wszyscy obecni, nie wyłączając dam, naśladowali ten dobry przykład.

"Jak nasza kochana Emilka kokietuje tego młodego człowieka", szepnęła panu Wardle ciotka-panna, z całą zazdrością, właściwą ciotkom-pannom.

"Ba!" odpowiedział ojciec. "Niema w tem nic nadzwyczajnego. To rzecz całkiem naturalna. Panie Pickwick! Szklankę wina?"

Pan Pickwick, przerwawszy na chwilę głębokie poszukiwania we wnętrzach pasztetu z gołębi, przyjął propozycję z wdzięcznością...

"Emiljo, moja droga", rzekła ciotka niezadowolona, "nie mów tak głośno, moje życie".

"Co ciocia mówi?"

"Zdaje się, że ciotka i ten mały tłusty jegomość chcieliby, by tylko im wszystko było wolno", szepnęła panna Izabela Wardle do swej siostry Emilji. Potem obie panny poczęły serdecznie śmiać się a stara panna wysilała się, by nadać sobie przyjemny wyraz twarzy, co się jej jednak nie udawało.

"Młode dziewczęta są zwykle takie puste!" rzekła do Pana Tupmana z miną czułego ubolewania, jakgdyby wesołość była rodzajem kontrabandy i jakby niewolno było nosić jej z sobą bez osobnego świadectwa; ale pan Tupman nie dał odpowiedzi, jakiej żądano.

"Ma pani słuszność", rzekł, "to bardzo miłe".

"O!" zawołała miss Wardle z powątpiewaniem.

"Czy pozwoli pani", zaczął znowu pan Tupman, dotykając w sposób nadzwyczaj ujmujący lewą swą ręką dłoni ponętnej Racheli, podczas gdy prawa ręka zwolna podawała butelkę. "Czy pozwoli pani?"

"O panie!"

Pan Tupman przybrał postawę jeszcze bardziej ujmującą, miss Rachela wyraziła obawę, by nie strzelano z dział, coby naturalnie znowu zmusiło kawalera do podtrzymywania jej.

"Czy uważa pan, że moje siostrzenice są piękne?" szepnęła następnie ciotka bardzo słodko do ucha panu Tupmanowi.

"Uważałbym je za piękne, gdyby nie było tu ich ciotki" odpowiedział ugrzeczniony pickwickista, spoglądając namiętnie.

"O! Szkaradny z pana człowiek. Ale doprawdy, gdyby miały nieco więcej świeżości, czyż nie wyglądałyby efektownie... przy świetle?"

"Tak sądzę", odrzekł pan Tupman obojętnie.

"Kpiarz z pana; domyślam się, co chce pan powiedzieć. Wiem, wiem! Mężczyźni mają szczególny dar dostrzegania wszystkiego! Tak! To prawda! Nie mogę temu zaprzeczyć! Bo niezawodnie, jeżeli jest coś wadliwego w młodej osobie, to trzymanie się pochyło. Często jej to powtarzam, że gdy wejdzie nieco w lata, będzie szkaradna. O! Widzę, że pan jest złośliwy!"

Pan Tupman, zachwycony zjednaniem sobie takiej opinii tak tanim kosztem, usiłował przybrać minę dyplomatyczną i uśmiechnął się tajemniczo.

"Co za sarkastyczny uśmiech!" zawołała zapalna Rachela. "Przestrasza mnie pan".

"Ja przestraszam?"

"O! Przede mną nic się nie ukryje. Wiem ja, co ten uśmiech znaczy!"

"Cóż takiego?" zapytał pan Tupman, który sam nie miał o tem najmniejszego wyobrażenia.

"Chcesz pan tem powiedzieć", rzekła miła ciocia, jeszcze więcej zniżając głos, "chce pan powiedzieć, że sztywność Izabeli jeszcze mniej podoba się panu aniżeli trzpiotowatość Emilji. To prawda, Emilja jest płocha. Nie uwierzy pan, jaką mi to nieraz sprawia przykrość; nieraz całemi godzinami płaczę z tego powodu. Brat mój jest tak łatwowierny, iż tego zupełnie nie widzi. Ale gdyby widział, jestem pewna, że serceby mu pękło. Chciałabym wmówić w siebie, iż w gruncie rzeczy niema w tem nic złego. Serdecznie pragnę, by tak było". (Tu czuła ciotka westchnęła głęboko i smutno potrząsnęła głową).

"Pewna jestem, że ciotka mówi o nas", szepnęła miss Emilja Wardle do swej siostry; "niema wątpliwości, bo przybrała bardzo złośliwą minę".

"Tak sądzisz?" zapytała Izabela. "Ciociu! Ciociu!"

"Co chcesz moja droga?"

"Ciocia dostanie kataru; proszę okręcić sobie szalem swą sędziwą główkę. W twoim wieku, ciociu, należy więcej dbać o swe zdrowie".

Chociaż takie wet za wet było słuszne, ale było zarazem tak dokuczliwe, iż niewiadomo, jakby się przejawił gniew ciotki, gdyby pan Wardle nie zrobił był dywersji, zawoławszy donośnym głosem:

"Joe! Przeklęty chłopiec! Znów śpi!"

"Szczególny chłopak", rzekł pan Pickwick; "czy zawsze taki zaspany?"

"Zaspany? Ciągle śpi! Śpiąc wypełnia zlecenia a przy stole chrapie".

"To szczególne!"

"O! Bardzo szczególne!" odpowiedział stary gentleman. "Dumny jestem z tego chłopca. Za żadną cenę nie pozbyłbym się go. Jest to w swoim rodzaju osobliwość. Hej! Joe! Zabierz to wszystko i odkorkuj jeszcze jedną butelkę! Czy słyszysz?"

Pyzaty chłopiec otworzył oczy, połknął wielki kawał pasztetu, który właśnie zaczął był przeżuwać, gdy zasnął, i wykonywając rozkazy, spoglądał czule na resztki uczty, w miarę, jak je układał w pudle. Odkorkowano nową butelkę i wypróżniono bardzo prędko, pudło przymocowano na dawnem miejscu, a pyzaty chłopak znów wlazł na kozioł; okulary i perspektywy zwrócono na wojsko, które znów rozpoczęto manewry. Było jeszcze dużo huku dział i niemało przestrachu kobiet; potem podpalono minę, ku wielkiemu zadowoleniu wszystkich. Wreszcie wojsko i widzowie rozeszli się.

Kończąc rozmowę, przerwaną strzelaniem, stary gentleman rzekł do pana Pickwicka, podając mu rękę: "Pamiętaj pan, że jutro macie wszyscy nas odwiedzić".

"Niezawodnie", odrzekł pan Pickwick.

"Ma pan adres?"

"Manor Farm w Dingley-Dell". odpowiedział pan Pickwick, zaglądając do swej książki notat.

"Tak. I pamiętaj pan, że zatrzymam was u siebie przynajmniej tydzień. Podejmuję się pokazać wam wszystkie osobliwości okolicy, a pozatem będziemy studjować wiejskie życie. O! Tylko przyjedźcie! Joe! Przeklęty chłopak! Znów śpi! Joe! Pomóż Tomowi zaprzęgać konie".

Konie zaprzężono; woźnica siadł na koźle, pyzaty chłopiec umieścił się obok niego; nastąpiły pożegnania i powóz potoczył się. W chwili, gdy pickwickiści odwrócili się, by jeszcze raz spojrzeć na odjeżdżających, zachodzące słońce oświetliło oblicze starego gentlemana i tłuste policzki pyzatego chłopca; po chwili głowa tego ostatniego pochyliła się i znów zasnął.