Worek kości - Stephen King

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ TRZECI

Mój wy­daw­ca nie wie­dział, moja re­dak­tor­ka De­bra We­in­stock nic nie wie­dzia­ła, mój agent Ha­rold Ob­low­ski nic nie wie­dział. Frank Ar­len też nic nie wie­dział, cho­ciaż nie raz, nie dwa ku­si­ło mnie, żeby mu po­wie­dzieć. "Po­zwól mi być swo­im bra­tem. Je­śli nie dla sa­me­go sie­bie, to dla Jo", rzekł do mnie, zbie­ra­jąc się do po­wro­tu do swej dru­ka­ren­ki i naj­sa­mot­niej­sze­go ży­cia w mie­ście Stan­ford w po­łu­dnio­wym Ma­ine. Nie spo­dzie­wa­łem się, że­bym kie­dy­kol­wiek miał go zła­pać za sło­wo, nie w ten naj­prost­szy spo­sób - wo­ła­jąc o po­moc - a pew­nie to miał na my­śli, ale dzwo­ni­łem do nie­go mniej wię­cej co kil­ka ty­go­dni. Żeby po­ga­dać jak fa­cet z fa­ce­tem, ro­zu­mie­cie, "Jak leci? Nie­źle, ale po­go­da zim­na jak cyc­ki wiedź­my, ja­sne, tu też, przy­je­dziesz do Bo­sto­nu, je­śli do­sta­nę bi­le­ty na Bru­in­sów, może w przy­szłym roku, te­raz je­stem cho­ler­nie za­ję­ty, no tak, wiem, jak to jest, trzy­maj się Mi­key, ja­sne, Frank, pil­nuj, żeby twój wo­jow­nik sie­dział w wi­gwa­mie". Fa­cet z fa­ce­tem.

Je­stem cał­kiem pe­wien, że raz i dru­gi spy­tał mnie, czy pra­cu­ję nad nową książ­ką i chy­ba od­po­wie­dzia­łem, że...

Och, kur­wa... łżę, okay? To łgar­stwo tak we mnie wro­sło, że sam za­czą­łem w nie wie­rzyć. Py­tał, oczy­wi­ście, a ja od­po­wia­da­łem nie­zmien­nie, że ja­sne, oczy­wi­ście, pra­cu­ję, pi­szę, idzie mi świet­nie, na­praw­dę świet­nie. Wię­cej niż raz ku­si­ło mnie, żeby mu po­wie­dzieć: Nim na­pi­szę dwa aka­pi­ty, czu­ję, jak­by na cia­ło i umysł za­ło­żo­no mi po­dwój­ne­go nel­so­na, ser­ce bije dwa razy szyb­ciej, po­tem na­wet trzy, za­czy­nam się du­sić, po­tem zie­ję, mam wra­że­nie, że oczy lada chwi­la wy­sko­czą mi z or­bit i za­wi­sną na po­licz­kach. Je­stem jak cho­ry na klau­stro­fo­bię za­mknię­ty w to­ną­cej ło­dzi pod­wod­nej. Tak mi leci, a przy oka­zji dzię­ki, że spy­ta­łeś, ale nie po­wie­dzia­łem. Nie wo­łam "po­mo­cy!". Nie po­tra­fię. Zda­je się, że już ci o tym mó­wi­łem.

***

Z mo­je­go, przy­zna­ję, stron­ni­cze­go punk­tu wi­dze­nia pi­sa­rze, któ­rzy od­nie­śli suk­ces, na­wet je­śli to suk­ces skrom­ny, do­rwa­li naj­lep­szą fu­chę w ar­ty­stycz­nym świe­cie. To praw­da, lu­dzie ku­pu­ją wię­cej płyt kom­pak­to­wych niż ksią­żek, chęt­niej cho­dzą do kina, niż czy­ta­ją, że już nie wspo­mnę o tym, ile cza­su spę­dza­ją przed te­le­wi­zo­rem. Ale jed­no­cze­śnie okres pro­duk­tyw­no­ści po­wie­ścio­pi­sa­rza jest znacz­nie dłuż­szy, za­pew­ne dla­te­go, że czy­tel­ni­cy są odro­bi­nę in­te­li­gent­niej­si niż mi­ło­śni­cy sztuk nie­wer­bal­nych, a więc mają tak­że odro­bi­nę lep­szą pa­mięć. Je­den Bóg wie, co dzie­je się z Da­vi­dem So­ulem ze Star­skie­go i Hut­cha, tak samo jest z tym prze­dziw­nym bia­łym ra­pe­rem Va­nil­la Ice, ale w 1994 roku Her­man Wouk, Ja­mes Mi­che­ner i Nor­man Ma­iler żyli i do­brze się mie­li; i co tu mó­wić o di­no­zau­rach dep­czą­cych na­szą wspa­nia­łą zie­mię?

Ar­thur Ha­iley pi­sał nową książ­kę (tak gło­si­ła plot­ka, jak się oka­za­ło, praw­dzi­wa). Tho­mas Har­ris może so­bie po­zwo­lić na sie­dem lat prze­rwy mię­dzy Lec­te­ra­mi i w dal­szym cią­gu pro­du­ko­wać be­st­sel­le­ry. Cho­ciaż nie sły­sza­no o nim nic no­we­go od czter­dzie­stu lat, J.D. Sa­lin­ger jest wciąż mod­nym te­ma­tem wy­kła­dów z li­te­ra­tu­ry współ­cze­snej i roz­mów li­te­rac­kich krę­gów w mod­nych ka­wiar­niach. Czy­tel­ni­cy są lo­jal­ni w stop­niu, o któ­rym przed­sta­wi­cie­le in­nych za­wo­dów twór­czych mogą tyl­ko ma­rzyć, co przy oka­zji tłu­ma­czy, dla­cze­go tylu pi­sa­rzy, któ­rym skoń­czy­ło się pa­li­wo, do­jeż­dża roz­pę­dem na li­sty be­st­sel­le­rów, z po­zy­cją gwa­ran­to­wa­ną ma­gicz­nym AU­TOR tego czy tam­te­go na okład­ce.

W za­mian wy­daw­cy wy­ma­ga­ją, przy­najm­niej od tych z nas, któ­rzy po­tra­fią sprze­dać się w pół mi­lio­nie hard­co­ve­rów i jesz­cze mi­lio­nie w wy­da­niu kie­szon­ko­wym, jed­nej pro­stej rze­czy: książ­ki rocz­nie. No­wo­jor­scy guru wy­my­śli­li, że to opti­mum. Co dwa­na­ście mie­się­cy trzy­sta osiem­dzie­siąt stron zszy­tych lub kle­jo­nych, po­czą­tek, śro­dek i ko­niec, po­wta­rzal­ny głów­ny bo­ha­ter: Kin­sey Mil­l­ho­ne na przy­kład lub Kay Scar­pet­ta; nie­obo­wiąz­ko­wy, ale bar­dzo mile wi­dzia­ny. Lu­dzie uwiel­bia­ją po­wta­rzal­nych bo­ha­te­rów, lek­tu­ra to dla nich jak ro­dzin­ne spo­tka­nie.

Mniej niż książ­ka rocz­nie, a pie­przysz for­sę, któ­rą za­in­we­sto­wał w cie­bie wy­daw­ca, do­rad­ca fi­nan­so­wy za­czy­na mieć pro­blem ze zba­lan­so­wa­niem mnó­stwa two­ich kart kre­dy­to­wych, a agent pro­blem z ter­mi­no­wym opła­ce­niem ra­chun­ków psy­cho­te­ra­peu­ty. No i zmniej­sza­ją się sze­re­gi wier­nych czy­tel­ni­ków. Tego nie da się unik­nąć. I od­wrot­nie, je­śli pi­szesz za wie­le, część z nich skrzy­wi się i po­wie: "Pfuj, na ja­kiś czas mam dość tego fa­ce­ta, za­jeż­dża mi ka­pu­stą".

Mó­wię ci to, że­byś zro­zu­miał, jak mo­głem prze­żyć czte­ry lata, uży­wa­jąc kom­pu­te­ra jako naj­droż­szej na świe­cie plan­szy do scrab­ble, nie bu­dząc ni­czy­ich po­dej­rzeń. Nie­moc twór­cza? Jaka tam nie­moc twór­cza? nic z tych rze­czy. Jak mo­że­cie pusz­czać ta­kie wstręt­ne plot­ki, kie­dy nowy thril­ler Mi­cha­ela No­ona­na po­ja­wia się każ­dej je­sie­ni jak w ze­gar­ku, do­sko­na­ła lek­tu­ra na ostat­nie chwi­le wa­ka­cji, a przy oka­zji pa­mię­taj­cie, lu­dzie, świę­ta za pa­sem, a wasi bli­scy też chcie­li­by na­cie­szyć się No­ona­nem, do­sta­nie­cie go w Bor­ders ze zniż­ką trzy­dzie­stu pro­cent, aj waj, zło­ty in­te­res.

Ta­jem­ni­ca da się wy­ja­śnić naj­pro­ściej w świe­cie. Nie je­stem je­dy­nym po­pu­lar­nym pi­sa­rzem ame­ry­kań­skim, dla któ­re­go nie jest to ta­jem­ni­cą. Da­niel­le Ste­el (by wy­mie­nić tyl­ko to na­zwi­sko) po­dob­no uży­wa For­mu­ły No­ona­na od dzie­się­cio­le­ci. Bo wi­dzi­cie, cho­ciaż od We dwo­je z 1984 roku wy­da­ję jed­ną książ­kę rocz­nie, w cią­gu czte­rech z dzie­się­ciu ko­lej­nych lat na­pi­sa­łem dwie. Jed­ną do dru­ku, dru­gą na za­pas.

Nie pa­mię­tam, bym kie­dy­kol­wiek po­ru­szył ten te­mat w roz­mo­wie z Jo, a po­nie­waż nie py­ta­ła, za­ło­ży­łem, że mnie ro­zu­mie. Zbie­ram orzesz­ki na zimę. Ale wów­czas nie my­śla­łem o żad­nej pi­sar­skiej blo­ka­dzie, mia­łem z tego kupę fraj­dy.

W lu­tym 1995 roku, kie­dy uda­ło mi się skrak­so­wać i spa­lić nie je­den, lecz dwa świet­ne po­my­sły (szcze­gól­nie kre­atyw­na funk­cja mó­zgu od­po­wia­da­ją­ca za eu­re­ka! dzia­ła bez za­kłó­ceń, ko­lej­na spe­cjal­na atrak­cja two­je­go pry­wat­ne­go pie­kła), nie mo­głem już za­prze­czać oczy­wi­sto­ści: mia­łem naj­gor­szy dla pi­sa­rza pro­blem, z moż­li­wym wy­jąt­kiem al­zhe­ime­ra lub roz­le­głe­go za­wa­łu. Ale... w mo­jej wiel­kiej skryt­ce de­po­zy­to­wej Fi­de­li­ty Union le­ża­ły czte­ry kar­to­no­we tecz­ki na rę­ko­pi­sy, pod­pi­sa­ne: Obiet­ni­ca, Groź­ne, Dar­cyGóra. Tak gdzieś koło wa­len­ty­nek za­dzwo­nił mój agent, lek­ko po­de­ner­wo­wa­ny, bo za­zwy­czaj do­star­cza­łem mu ko­lej­ne ar­cy­dzie­ło już w stycz­niu, a tym­cza­sem mi­nę­ła po­ło­wa lu­te­go. Po­ja­wi­ła się re­al­na groź­ba prze­sta­wie­nia pro­duk­cji No­ona­na na tryb awa­ryj­ny, byle tyl­ko to­war zdą­żył na or­gazm przed­świą­tecz­nych za­ku­pów. Czy wszyst­ko z nim w po­rząd­ku?

To była moja pierw­sza szan­sa. Mo­głem po­wie­dzieć, że nic nie jest w po­rząd­ku, ale pan Ha­rold Ob­low­ski z Park Ave­nue 225 nie na­le­żał do lu­dzi, któ­rym zdra­dza się tego ro­dza­ju se­kre­ty. Był do­brym agen­tem, w biz­ne­sie wy­daw­ni­czym ko­cha­nym i nie­na­wi­dzo­nym na ogół jed­no­cze­śnie przez tych sa­mych lu­dzi w tej sa­mej chwi­li. Nie­ste­ty, nie­zbyt do­brze przyj­mo­wał złe wie­ści z ta­jem­ni­czych, mrocz­nych i za­ole­jo­nych głę­bi, w któ­rych szła pro­duk­cja. Od razu by spa­ni­ko­wał, przy­le­ciał pierw­szym lą­du­ją­cym w Der­ry sa­mo­lo­tem i spró­bo­wał dać mi in­te­lek­tu­al­ne usta-usta, go­to­wy sie­dzieć tu, póki dzię­ki nie­mu nie wró­cę do rze­czy­wi­sto­ści. Żad­nych ta­kich, lu­bię Ha­rol­da, ale tam, gdzie jego miej­sce, na trzy­dzie­stym ósmym pię­trze w biu­rze z pięk­nym jak cho­le­ra wi­do­kiem na East Side.

Po­wie­dzia­łem mu, ale przy­pa­dek, Ha­rol­dzie, dzwo­nisz do­kład­nie tego dnia, kie­dy skoń­czy­łem książ­kę, rany Ju­lek, co ty na to? Wy­ślę ją Fe­dE­xem, do­sta­niesz ju­tro do rąk wła­snych. Ha­rold upew­nił mnie uro­czy­ście, że to nie przy­pa­dek, by­najm­niej, że je­śli cho­dzi o jego pi­sa­rzy, to jest te­le­pa­tą. Po­tem jesz­cze po­gra­tu­lo­wał mi i odło­żył słu­chaw­kę. Dwie go­dzi­ny póź­niej ode­bra­łem przy­sła­ny mi przez nie­go bu­kiet, je­dwa­bi­sty i na­chal­ny jak jego apasz­ki ro­dem wprost z Jim­my Hol­ly­wo­od.

Usta­wi­łem kwia­ty w ja­dal­ni, do któ­rej po śmier­ci Jo rzad­ko wcho­dzi­łem, po­je­cha­łem do Fi­de­li­ty Union, uży­łem swo­je­go klu­cza, kie­row­nik użył swo­je­go i już wkrót­ce by­łem w dro­dze do Fe­dE­xu, w to­wa­rzy­stwie rę­ko­pi­su Z sa­mej góry. Wy­bra­łem naj­now­szą książ­kę, bo le­ża­ła naj­bli­żej, to wszyst­ko. Uka­za­ła się w li­sto­pa­dzie, w sam czas na świą­tecz­ną go­rącz­kę. De­dy­ko­wa­łem ją pa­mię­ci uko­cha­nej zmar­łej żony Jo­han­ny. Do­tar­ła do je­de­na­ste­go miej­sca na li­ście be­st­sel­le­rów "Ti­me­sa" i wszy­scy byli za­do­wo­le­ni. Na­wet ja. Bo prze­cież bę­dzie le­piej, nie? Nie za­no­to­wa­no do tej pory przy­pad­ku nie­od­wra­cal­nej pi­sar­skiej blo­ka­dy (no, może u Har­per Lee, ale to prze­cież wy­ją­tek). Wy­star­czy, że się od­prę­żysz, po­wie­dzia­ła chó­rzyst­ka do ar­cy­bi­sku­pa. Dzię­ki Bogu by­łem do­brą wie­wiór­ką, za­dba­łem o orzesz­ki na zimę.

Na­stęp­ne­go roku Groź­ne za­cho­wa­nie od­wio­złem do biu­ra Fe­de­ral Express w na­stro­ju rów­nie opty­mi­stycz­nym. Na­pi­sa­łem je je­sie­nią 1991 roku, Jo szcze­gól­nie się po­do­ba­ło. W 1997 prze­dzie­ra­łem się przez mo­kry śnieg z Wiel­bi­ciel­ką Dar­cy'ego w na­stro­ju znacz­nie mniej opty­mi­stycz­nym, choć kie­dy lu­dzie py­ta­li mnie, jak leci (naj­czę­ściej sło­wa­mi: "Pi­szesz ja­kąś nową świet­ną książ­kę?"), w dal­szym cią­gu od­po­wia­da­łem, że wspa­nia­le, do­sko­na­le, ja­sne, pi­szę mnó­stwo no­wych świet­nych ksią­żek, po pro­stu wy­rzu­cam je z sie­bie jak kro­wa gów­no za­dem.

Ha­rold prze­czy­tał Dar­cy'ego, na­zwał go ar­cy­dzie­łem, be­st­sel­le­rem, do tego "po­waż­nym", więc na­bra­łem śmia­ło­ści i nie­pew­nie, z wa­ha­niem, wspo­mnia­łem, że chęt­nie wziął­bym so­bie rok wol­ne­go. Od­po­wie­dział na­tych­miast py­ta­niem, któ­re­go nie zno­szę naj­bar­dziej ze wszyst­kich na ca­łym wiel­kim świe­cie: czy ze mną wszyst­ko w po­rząd­ku? Ja­sne, po­wie­dzia­łem, w naj­lep­szym po­rząd­ku, tyl­ko chciał­bym tro­chę so­bie od­pu­ścić.

Od­po­wie­dzia­ło mi pa­ten­to­wa­ne mil­cze­nie Ob­low­skie­go, ma­ją­ce prze­ka­zać mi do­bit­nie, że je­stem strasz­nym dup­kiem, ale po­nie­waż tak bar­dzo mnie lubi, chce mi to po­wie­dzieć jak naj­ła­god­niej i wła­śnie szu­ka wła­ści­wych słów. Cu­dow­na sztucz­ka, lecz przej­rza­łem ją ja­kieś sześć lat wcze­śniej. A wła­ści­wie Jo ją przej­rza­ła.

- On tyl­ko uda­je współ­czu­cie - po­wie­dzia­ła.

- A w rze­czy­wi­sto­ści jest jak gli­niarz z jed­ne­go z tych sta­rych czar­nych kry­mi­na­łów, trzy­ma­ją­cy gębę na kłód­kę, pod­czas gdy ty ga­dasz, ga­dasz, ga­dasz, aż wresz­cie do wszyst­kie­go się przy­zna­jesz.

Tym ra­zem trzy­ma­łem gębę na kłód­kę, prze­ło­ży­łem te­le­fon z pra­we­go ucha do le­we­go i za­czą­łem się bu­jać w fo­te­lu w ga­bi­ne­cie, a moje oko przy­pad­kiem pa­dło na fo­to­gra­fię nad kom­pu­te­rem. Śmiech Sary, nasz dom nad Dark Sco­re Lake. Nie by­łem tam od stu­le­ci, przez chwi­lę za­sta­na­wia­łem się na­wet, świa­do­mie, dla­cze­go?

Na­gle w uchu za­brzmiał mi głos Ha­rol­da, ła­god­ny, ostroż­ny; głos nor­mal­ne­go fa­ce­ta pró­bu­ją­ce­go po­móc sza­leń­co­wi cier­pią­ce­mu na uro­je­nia, miej­my na­dzie­ję chwi­lo­we.

- To chy­ba nie jest naj­lep­szy po­mysł, Mike... nie w tym sta­dium two­jej ka­rie­ry.

- Nie ma żad­ne­go sta­dium - po­wie­dzia­łem. - Szczyt sprze­da­ży mia­łem w dzie­więć­dzie­sią­tym pierw­szym, a po­tem było rów­no, ani le­piej, ani go­rzej. Rów­ni­na, Ha­rol­dzie, rów­ni­na.

- Tak. A pi­sa­rze z tej rów­ni­ny mają, je­śli cho­dzi o sprze­daż, al­ter­na­ty­wę: albo się utrzy­ma­ją, albo idą w dół.

Już mia­łem po­wie­dzieć: To pój­dę... ale się po­wstrzy­ma­łem. Nie chcia­łem, żeby Ha­rold do­wie­dział się, jak głę­bo­ko utkną­łem, w ja­kie wpa­dłem lot­ne pia­ski. Nie chcia­łem, żeby wie­dział, iż do­sta­ję pal­pi­ta­cji ser­ca - i mó­wię to naj­zu­peł­niej do­słow­nie - za każ­dym ra­zem, kie­dy uru­cha­miam na kom­pu­te­rze Word Sześć, pa­trzę na pu­sty ekran i mi­ga­ją­cy kur­sor.

- Ja­sne - rzu­ci­łem. - W po­rząd­ku. Zro­zu­mia­łem wia­do­mość.

- Je­steś pe­wien, że wszyst­ko w po­rząd­ku?

- A czy ostat­nia książ­ka mówi ci, że nie?

- Ra­cja, cho­le­ra! Wiel­ka rzecz! Two­ja naj­lep­sza, sam ci to po­wie­dzia­łem. Świet­nie się czy­ta, a jed­no­cze­śnie jest taka cho­ler­nie po­waż­na. Gdy­by Saul Bel­low pi­sał ro­man­tycz­ne thril­le­ry, on by ją na­pi­sał, ale... nie masz kło­po­tu z na­stęp­ną? Wiem, że cią­gle tę­sk­nisz za Jo... cho­le­ra, wszy­scy za nią tę­sk­ni­my...

- Nie. Nie mam żad­nych pro­ble­mów.

Znów za­pa­dła ta ci­sza. Znio­słem ją. Ha­rold nie.

- Gri­sham... - po­wie­dział - Gri­sham może so­bie po­zwo­lić na rok prze­rwy. Clan­cy też. Tho­mas Har­ris; dłu­gie mil­cze­nie tyl­ko do­da­je mu ta­jem­ni­czo­ści. Ale tu, gdzie je­steś ty, ży­cie jest znacz­nie cięż­sze niż na sa­mej gó­rze. O każ­de miej­sce tam, z dołu li­sty, wal­czy co naj­mniej pię­ciu pi­sa­rzy. Wiesz, o kim mó­wię, cho­le­ra, przez trzy mie­sią­ce w roku są two­imi są­sia­da­mi. Nie­któ­rzy idą w górę, jak Pa­tri­cia Corn­well ze swy­mi dwie­ma ostat­ni­mi książ­ka­mi, nie­któ­rzy idą w dół, a nie­któ­rzy sto­ją w miej­scu tak jak ty. Gdy­by Tom Clan­cy na pięć lat za­padł się pod zie­mię, a po­tem przy­wró­cił do ży­cia Jac­ka Ry­ana, ulo­ko­wał­by się w czo­łów­ce, bez dwóch zdań. Gdy­byś ty za­padł się pod zie­mię na pięć lat, to pew­nie w ogó­le byś nie wró­cił. Moja rada brzmi...

- ...kuj że­la­zo, póki go­rą­ce.

- Z ust mi to wy­ją­łeś.

Po­ga­da­li­śmy jesz­cze tro­chę, a po­tem po­wie­dzie­li­śmy so­bie "do wi­dze­nia". Buj­ną­łem się moc­niej, omal nie prze­wró­ci­łem do tyłu, i znów spoj­rza­łem na zdję­cie na­sze­go pry­wat­ne­go ustro­nia w za­chod­nim Ma­ine. Śmiech Sary, coś jak ty­tuł pra­sta­rej bal­la­dy Hal­la i Oate­sa. Jo bar­dziej ją ko­cha­ła, to praw­da, ale tyl­ko tro­chę bar­dziej, więc cze­mu jesz­cze tam nie po­je­cha­łem? Bill Dean, miej­sco­wy wy­na­ję­ty do opie­ki nad do­mem, zdej­mo­wał okien­ni­ce bu­rzo­we każ­dej wio­sny i za­kła­dał je każ­dej je­sie­ni, je­sie­nią spusz­czał wodę z in­sta­la­cji, wio­sną spraw­dzał, czy pom­pa w po­rząd­ku, czy ge­ne­ra­tor pra­cu­je wła­ści­wie, czy in­sta­la­cje prze­szły in­spek­cję, a po Dniu Pa­mię­ci ko­twi­czył tra­twę ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów od na­le­żą­ce­go do nas skraw­ka pla­ży.

Wcze­snym la­tem 1996 roku Bill oczy­ścił ko­min, choć przez z górą dwa lata nie było komu roz­pa­lić ognia w ko­min­ku. Pła­ci­łem mu co kwar­tał, jak to jest przy­ję­te wśród do­zor­ców w tam­tej czę­ści świa­ta, a Bill Dean, sta­ry jan­kes z dłu­giej li­nii sta­rych jan­ke­sów, re­ali­zo­wał moje cze­ki i ani mu w gło­wie po­sta­ło py­tać, dla­cze­go prze­sta­łem przy­jeż­dżać. Od śmier­ci Jo wpa­dłem nad je­zio­ro ze dwa, trzy razy, nie po­zo­sta­jąc na noc. Do­brze, że nie py­tał, bo nie wiem, jak bym mu od­po­wie­dział. Do chwi­li roz­mo­wy z Ha­rol­dem tak na­praw­dę na­wet nie po­my­śla­łem o na­szym domu nad je­zio­rem.

My­śla­łem o Ha­rol­dzie. Prze­nio­słem wzrok z fo­to­gra­fii na te­le­fon. Wy­obra­zi­łem so­bie, że mó­wię do nie­go: No więc idę w dół. I co? Świat się koń­czy? Daj spo­kój. Prze­cież to nie tak, że­bym miał żonę albo ro­dzi­nę na utrzy­ma­niu. Żona zmar­ła na par­kin­gu ap­te­ki, wy­obraź so­bie (zresz­tą mo­żesz so­bie nie wy­obra­żać), a dziec­ko, któ­re­go tak bar­dzo pra­gnę­li­śmy, o któ­re sta­ra­li­śmy się tak dłu­go, zmar­ło ra­zem z nią. Na sła­wie też mi nie za­le­ży, je­śli pi­sa­rzy z dol­nych re­gio­nów li­sty be­st­sel­le­rów "Ti­me­sa" w ogó­le moż­na na­zwać słyn­ny­mi, i nie za­sy­piam, ma­rząc o klu­bie książ­ki. Więc co? Co mnie to wszyst­ko ob­cho­dzi?

Na to ostat­nie py­ta­nie zna­łem od­po­wiedź. Bo czuł­bym się tak, jak­bym się pod­dał. Bo bez żony i bez pra­cy by­łem tyl­ko ni­ko­mu nie­po­trzeb­nym fa­ce­tem, sa­mot­nym w wiel­kim, spła­co­nym domu, nie­ro­bią­cym nic oprócz roz­wią­zy­wa­nia krzy­żó­wek przy lun­chu.

***

No więc pcha­łem wó­zek na­zy­wa­ny ży­ciem. Za­po­mnia­łem o Śmie­chu Sary (albo ta część mnie, któ­ra nie chcia­ła tam je­chać, po­grze­ba­ła w ten spo­sób sam po­mysł), spę­dzi­łem w Der­ry ko­lej­ne ża­ło­sne, upal­ne lato. Za­in­sta­lo­wa­łem na Po­wer­Bo­oku pro­gram "Sza­ra­dzi­sta". Za­czą­łem two­rzyć krzy­żów­ki. Przy­ją­łem tym­cza­so­we sta­no­wi­sko w za­rzą­dzie miej­sco­wej YMCA. Oce­nia­łem Let­nie Za­wo­dy Ar­ty­stycz­ne w Wa­te­rvil­le. Na­gra­łem se­rię re­klam dla lo­kal­ne­go schro­ni­ska dla bez­dom­nych, z wol­na, lecz wy­trwa­le zmie­rza­ją­ce­go do ban­kruc­twa, i za­ją­łem miej­sce w jego za­rzą­dzie (na jed­nym z pu­blicz­nych ze­brań ja­kaś ko­bie­ta na­zwa­ła mnie "przy­ja­cie­lem de­ge­ne­ra­tów", na co od­po­wie­dzia­łem: "Dzię­ki! Tego mi było po­trze­ba", wy­wo­łu­jąc hucz­ny aplauz, któ­re­go do tej pory nie ro­zu­miem). Spró­bo­wa­łem in­dy­wi­du­al­nych se­sji te­ra­peu­tycz­nych, ale da­łem so­bie spo­kój po pię­ciu prze­ko­na­ny, że te­ra­peu­ta ma więk­sze pro­ble­my ode mnie. Za­spon­so­ro­wa­łem ma­łe­go Azja­tę. Za­gra­łem w li­dze krę­glar­skiej.

Od cza­su do cza­su pró­bo­wa­łem pi­sać. Blo­ko­wa­ło mnie za każ­dym ra­zem. Kie­dyś spró­bo­wa­łem za­pi­sać zda­nie, może na­wet dwa (ja­kie­kol­wiek zda­nie, byle wy­my­ślo­ne prze­ze mnie), i le­d­wie zdą­ży­łem zła­pać kosz na śmie­ci. Zwy­mio­to­wa­łem. Wy­mio­to­wa­łem, aż pra­wie mnie to za­bi­ło, a po­tem do­słow­nie od­czoł­ga­łem się od biur­ka, peł­za­jąc po sztucz­nym fu­trza­ku na rę­kach i ko­la­nach. Gdy do­tar­łem do prze­ciw­le­głej ścia­ny, zro­bi­ło mi się le­piej, mo­głem na­wet obej­rzeć się na mo­ni­tor. byle tyl­ko nie pró­bo­wać się do nie­go zbli­żyć. Tego sa­me­go dnia, tro­chę póź­niej, za­mkną­łem oczy, pod­sze­dłem i wy­łą­czy­łem go.

Zbli­żał się ko­niec lata. W mia­rę jak upły­wa­ły dni, co­raz czę­ściej i czę­ściej my­śla­łem o Den­ni­so­nie Ca­rvil­le'u, na­uczy­cie­lu pi­sar­stwa, któ­ry po­mógł mi na­wią­zać kon­takt z Ha­rol­dem; to on po­gnę­bił We dwo­je mdłą po­chwa­łą. Po­wie­dział kie­dyś coś, cze­go nie po­tra­fił­bym za­po­mnieć, choć­bym chciał. Przy­pi­sał to po­wie­dze­nie Tho­ma­so­wi Har­dy'emu, wik­to­riań­skie­mu pi­sa­rzo­wi i po­ecie. Być może Har­dy rze­czy­wi­ście po­wie­dział coś ta­kie­go, ale nig­dy nie zna­la­złem wła­ści­we­go cy­ta­tu ani w Bar­tlet­cie, ani w bio­gra­fii Har­dy'ego, któ­rą prze­czy­ta­łem mię­dzy Z sa­mej góryGroź­nym za­cho­wa­niem. Nie wy­klu­czam, że Ca­rvil­le sam to wy­my­ślił, a po­tem przy­pi­sał zna­ne­mu pi­sa­rzo­wi, by do­dać swym sło­wom cię­ża­ru wła­ści­we­go; ze wsty­dem przy­zna­ję, że prak­ty­ka ta nie jest mi obca.

We­dług po­nu­re­go, sta­re­go Den­ni­so­na Ca­rvil­le'a po­cząt­ku­ją­cy pi­sarz po­wi­nien do­brze zro­zu­mieć jed­ną pod­sta­wo­wą praw­dę: głów­ny cel fik­cji po­zo­sta­nie na za­wsze poza jego za­się­giem, a pi­sar­ska twór­czość to pró­ba osią­gnię­cia nie­osią­gal­ne­go. "W po­rów­na­niu z naj­ba­nal­niej­szą isto­tą ludz­ką dep­czą­cą zie­mię i rzu­ca­ją­cą na nią cień - miał po­wie­dzieć Har­dy - naj­wspa­nia­lej opi­sa­ny bo­ha­ter po­wie­ści jest tyl­ko wor­kiem ko­ści". Do­sko­na­le ro­zu­mia­łem te sło­wa, sam wła­śnie tak się czu­łem pod­czas tych cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność pu­stych dni. Wo­rek ko­ści.

***

"Śni­ło mi się tej nocy, że zno­wu by­łam w Man­der­ley".

Je­śli w li­te­ra­tu­rze an­giel­skiej ist­nie­je pięk­niej­sze i głę­biej za­pa­da­ją­ce w pa­mięć zda­nie, to ja nig­dy go nie prze­czy­ta­łem. Mia­łem po­wód wie­le o nim my­śleć je­sie­nią 1997 roku i zimą 1998. Nie Man­der­ley mi się śni­ło oczy­wi­ście, lecz Śmiech Sary, dom, któ­ry Jo na­zy­wa­ła cza­sa­mi na­szą kry­jów­ką. Cel­ne okre­śle­nie cze­goś po­grą­żo­ne­go tak głę­bo­ko w la­sach za­chod­nie­go Ma­ine, że nie jest na­wet miej­sco­wo­ścią z wła­sny­mi wła­dza­mi, tyl­ko miej­scem ozna­czo­nym na ma­pach sta­no­wych sym­bo­lem TR-90.

Ostat­ni sen był praw­dzi­wym kosz­ma­rem, ale po­przed­nie ce­cho­wa­ła sur­re­ali­stycz­na pro­sto­ta. Bu­dzi­łem się z nich, pra­gnąc przede wszyst­kim za­pa­lić świa­tło, po­twier­dzić zaj­mo­wa­ne miej­sce w rze­czy­wi­sto­ści, nim zno­wu za­snę. Wie­cie, ja­kie wy­da­je się po­wie­trze przed bu­rzą, kie­dy świat za­mie­ra, a bar­wy sta­ją się na­gle tak ja­skra­we jak wte­dy, gdy oglą­da się go, ma­jąc wy­so­ką go­rącz­kę? Moje zi­mo­we sny o Śmie­chu Sary były wła­śnie ta­kie, po­zo­sta­wia­ły mnie z uczu­ciem, że jesz­cze nie za­cho­ro­wa­łem, ale pra­wie. "Śni­ło mi się tej nocy, że zno­wu by­łam w Man­der­ley", tak so­bie cza­sa­mi my­śla­łem, a cza­sa­mi tyl­ko le­ża­łem w łóż­ku przy za­pa­lo­nym świe­tle, słu­cha­jąc wia­tru, pe­ne­tru­jąc wzro­kiem ciem­ne za­kąt­ki sy­pial­ni, my­śląc o tym, że Re­be­ka de Win­ter nie uto­pi­ła się w za­to­ce, ale w je­zio­rze Dark Sco­re. Że uto­nę­ła, wal­cząc, usi­łu­jąc za­czerp­nąć po­wie­trza, że woda za­la­ła jej dziw­ne czar­ne oczy, a obo­jęt­ne nury krzy­kiem oznaj­mia­ły na­dej­ście zmierz­chu. Cza­sa­mi wsta­wa­łem, wy­pi­ja­łem szklan­kę wody. Cza­sa­mi, upew­niw­szy się, gdzie je­stem, po pro­stu ga­si­łem świa­tło, prze­ta­cza­łem się na swo­ją stro­nę łóż­ka i za­sy­pia­łem.

W świe­tle dnia rzad­ko my­śla­łem o Śmie­chu Sary. Do­pie­ro o wie­le, wie­le póź­niej zo­rien­to­wa­łem się, że kie­dy ży­cie na ja­wie i ży­cie we śnie są tak róż­ne, z czło­wie­kiem coś jest jed­nak nie tak.

Są­dzę, że sny spro­wo­ko­wał te­le­fon Ha­rol­da Ob­low­skie­go z paź­dzier­ni­ka 1997 roku. Ofi­cjal­nym po­wo­dem było zło­że­nie mi gra­tu­la­cji z oka­zji ry­chłej pu­bli­ka­cji Wiel­bi­ciel­ki Dar­cy'ego, po­zy­cji roz­ryw­ko­wej jak rzad­ko, a jed­no­cze­śnie za­wie­ra­ją­cej "mnó­stwo skła­nia­ją­ce­go do my­śle­nia gów­na". Po­dej­rze­wa­łem, że jest też dru­gi po­wód, ukry­ty, z Ha­rol­dem tak na ogół bywa, no i oka­za­ło się, że mam ra­cję. Dzień wcze­śniej jadł obiad z De­brą We­in­stock, moją re­dak­tor­ką. Przy oka­zji po­ga­da­li so­bie od ser­ca o je­sie­ni 1998 roku.

- Robi się tłok - po­wie­dział, ma­jąc na my­śli je­sien­ną li­stę, a do­kład­niej li­te­rac­ką część je­sien­nej li­sty. - I mamy nie­spo­dzian­ki. Dean Ko­ontz...

- Mia­łem wra­że­nie, że za­zwy­czaj pu­bli­ku­je w stycz­niu - prze­rwa­łem mu.

- Owszem, ale De­bra sły­sza­ła, że może się opóź­nić. Chce do­dać ka­wa­łek czy coś. Plus The Pre­da­tors Ha­rol­da Rob­bin­sa...

- Też mi pro­blem.

- Rob­bins wciąż ma wier­nych czy­tel­ni­ków, Mike, ma wier­nych czy­tel­ni­ków. Sam twier­dzi­łeś przy wię­cej niż jed­nej oka­zji, że pi­sa­rze mają dłu­gie ka­rie­ry.

- Aha. - Przy­ło­ży­łem te­le­fon do dru­gie­go ucha. Za­czą­łem się bu­jać w fo­te­lu. Mój wzrok padł na zdję­cie Śmie­chu Sary nad biur­kiem. Mia­łem od­wie­dzić ten dom bli­żej i na dłu­żej tej nocy we śnie, choć wte­dy o tym oczy­wi­ście nie wie­dzia­łem. Wie­dzia­łem tyl­ko, że jak w dupę ma­rzy­łem, by pan Ha­rold Ob­low­ski po­śpie­szył się i ła­ska­wie prze­szedł do te­ma­tu.

- Wy­czu­wam nie­cier­pli­wość, Mi­cha­elu, mój chłop­cze. Czyż­bym zła­pał cię przy biur­ku? Prze­szko­dził w pra­cy? Pi­szesz?

- Skoń­czy­łem na dziś. Ale zda­rza mi się mieć ocho­tę na lunch.

- Już pra­wie skoń­czy­łem na dziś - po­cie­szył mnie Ha­rold - ale po­słu­chaj jesz­cze przez chwi­lę, Mike, bo to jest waż­na spra­wa. Je­sie­nią może się opu­bli­ko­wać aż pię­cio­ro pi­sa­rzy, któ­rych do tej pory nie bra­li­śmy pod uwa­gę: Ken Fol­lett... to może być jego naj­lep­sza rzecz od cza­sów Igły... Be­lva Pla­in... John Ja­kes.

- Nikt z nich nie gra w te­ni­sa na moim kor­cie - prze­rwa­łem mu, choć wie­dzia­łem, że Ha­rol­do­wi nie cał­kiem o to cho­dzi­ło. Ha­rol­do­wi cho­dzi­ło o to, że na li­ście "Ti­me­sa" jest tyl­ko pięt­na­ście miejsc.

- A co z Jean Auel, go­to­wą wresz­cie pu­ścić ko­lej­ny tom z se­rii Seks wśród ja­ski­niow­ców?

To mnie ru­szy­ło.

- Jean Auel? Po­waż­nie?

- Nooo... nie na sto pro­cent, ale szan­sa jest duża. No i zo­sta­je jesz­cze nie naj­mniej waż­na Mary Hig­gins Clark. Wiem, na czy­im kor­cie gry­wa, i ty też to wiesz.

Gdy­bym do­stał taką wia­do­mość sześć czy sie­dem lat wcze­śniej, kie­dy mia­łem o kogo się trosz­czyć, to pew­nie to­czył­bym już pia­nę z py­ska. Obo­je z Mary Hig­gins Clark gra­li­śmy na tym sa­mym kor­cie, pi­sa­li­śmy dla tego sa­me­go czy­tel­ni­ka, ale do tej pory daty wy­da­wa­nia usta­la­no tak, że­by­śmy nie wcho­dzi­li so­bie w dro­gę... na czym, za­pew­niam was, ko­rzy­sta­łem ra­czej ja niż ona. Gdy­by za­pew­nio­no nam rów­ny start, toby mnie roz­je­cha­ła. Jak słusz­nie za­uwa­żył świę­tej pa­mię­ci Jim Cro­ce, nie cią­gnie się Su­per­ma­na za pe­le­ryn­kę, nie plu­je pod wiatr, nie ścią­ga ma­ski sta­re­mu do­bre­mu Sa­mot­ne­mu Jeźdź­co­wi i nie pod­ska­ku­je Mary Hig­gins Clark... Nie, je­śli je­steś Mi­cha­elem No­ona­nem.

- Jak to się sta­ło? - spy­ta­łem.

Nie są­dzę, by mój głos brzmiał szcze­gól­nie groź­nie, ale Ha­rold od­po­wie­dział mi ner­wo­wo, szyb­ko, po­ty­ka­jąc się o sło­wa, jak­by się bał, że go wy­le­ję, a może na­wet obe­tnę gło­wę po­słań­co­wi przy­no­szą­ce­mu złe wie­ści.

- Nie wiem. Po­dob­no wpa­dła na eks­tra­po­mysł, wiesz... mó­wio­no mi, że ta­kie rze­czy się zda­rza­ją...

Jako ktoś, komu nie są obce eks­tra­po­my­sły, wie­dzia­łem, że owszem, więc tyl­ko spy­ta­łem Ha­rol­da, cze­go wła­ści­wie ode mnie chce; był to naj­lep­szy, naj­prost­szy spo­sób od­cze­pie­nia go od te­le­fo­nu. Od­po­wiedź mnie nie za­sko­czy­ła, obo­je z De­brą, nie wspo­mi­na­jąc już o resz­cie mo­ich do­brych przy­ja­ciół z Put­na­ma, chcie­li książ­ki do pu­bli­ka­cji póź­nym la­tem 1998 roku. Dzię­ki niej o parę mie­się­cy wy­prze­dził­bym pa­nią Clark wraz z resz­tą kon­ku­ren­cji, a w li­sto­pa­dzie, przed świę­ta­mi, spe­cja­li­ści od sprze­da­ży da­li­by jej do­dat­ko­we­go zdro­we­go kopa.

- A przy­najm­niej tak twier­dzą - po­wie­dzia­łem.

Jak więk­szość pi­sa­rzy (tych po­pu­lar­nych i tych mniej po­pu­lar­nych, co po­zwa­la są­dzić, że jest w tym oprócz zwy­kłej ulot­nej pa­ra­noi tak­że ja­kieś po­do­bień­stwo do praw­dy) nie na­uczy­łem się ufać wy­daw­com.

- Moim zda­niem mo­żesz im wie­rzyć, przy­najm­niej w tym wy­pad­ku, Mike. Wiel­bi­ciel­ka Dar­cy'ego była ostat­nią książ­ką ze sta­re­go kon­trak­tu, pa­mię­tasz? - Głos Ha­rol­da za­brzmiał tym ra­zem nie­zwy­kle dziar­sko, jak­by nie mógł się do­cze­kać, kie­dy on oraz De­bra We­in­stock i Phyl­lis Grann z Put­na­ma za­sią­dą do roz­mów o no­wej umo­wie. - Do­brą no­wi­ną jest to, że oni wciąż cię lu­bią, a jesz­cze bar­dziej po­lu­bi­li­by cię, gdy­by przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia zo­ba­czy­li stos kar­tek z two­im na­zwi­skiem na pierw­szej stro­nie.

- Chcą, że­bym dał im ko­lej­ną książ­kę w li­sto­pa­dzie? W przy­szłym mie­sią­cu? - spy­ta­łem z, mia­łem na­dzie­ję, wła­ści­wą dozą nie­do­wie­rza­nia, zu­peł­nie jak­by Obiet­ni­ca He­len nie le­ża­ła w de­po­zy­cie przez nie­mal je­de­na­ście lat. Była pierw­szym moim orzesz­kiem na zimę... i ostat­nim, któ­ry mi po­zo­stał.

- Nie, nie, masz czas co naj­mniej do po­ło­wy stycz­nia.

- Ha­rold po­sta­rał się, by za­brzmia­ło to bar­dzo wiel­ko­dusz­nie. A ja tym­cza­sem za­sta­no­wi­łem się prze­lot­nie, gdzie on i De­bra zje­dli lunch. Nie­wąt­pli­wie gdzieś, gdzie jest dro­go i mod­nie. Może Four Se­asons? Jo­han­na na­zy­wa­ła je za­wsze Fran­kie Val­li and the Four Se­asons. - Co ozna­cza, że będą mu­sie­li śpie­szyć się z pro­duk­cją, na­praw­dę bar­dzo się śpie­szyć, ale są na to go­to­wi. Naj­waż­niej­sze py­ta­nie brzmi: Czy ty je­steś go­tów przy­śpie­szyć pro­duk­cję?

- Chy­ba tak, ale to ich bę­dzie kosz­to­wać. Po­wiedz im, żeby my­śle­li w ka­te­go­riach pra­nia na su­cho. Tego sa­me­go dnia.

- Och, jak strasz­nie mi ich żal. - Brzmia­ło to tak, jak­by bił ko­nia i do­tarł do miej­sca, w któ­rym wier­ny sta­ry strze­la ła­dun­kiem, a wi­dzo­wie strze­la­ją zdję­cia.

- Jak my­ślisz, ile...

- Naj­lep­szym spo­so­bem bę­dzie, jak są­dzę, do­pła­ta do za­licz­ki - oznaj­mił Ha­rold. - Za­czną się dą­sać, rzecz ja­sna, twier­dzić, że to wszyst­ko w two­im in­te­re­sie... przede wszyst­kim w two­im in­te­re­sie, ale ar­gu­ment o eks­tra­pra­cy... sie­dze­niu do póź­nej nocy...

- Cier­pie­niach twór­czych... bó­lów przed­wcze­snych na­ro­dzin...

- Wła­śnie, wła­śnie... są­dzę, że dzie­sięć pro­cent to rzecz naj­zu­peł­niej wła­ści­wa. - Prze­ma­wiał roz­sąd­nie, jak ktoś sta­ra­ją­cy się po­stą­pić tak spra­wie­dli­wie, jak to tyl­ko moż­li­we. A ja za­sta­na­wia­łem się, ile ko­biet spo­wo­do­wa­ło­by u sie­bie przed­wcze­sny po­ród o mie­siąc czy coś koło tego. Gdy­by im za to za­pła­co­no dwie­ście, trzy­sta ty­się­cy do­lców.

Są rze­czy, któ­rych nie chce się wie­dzieć. Zresz­tą czy to robi mi ja­kąś róż­ni­cę? Prze­cież już na­pi­sa­łem cho­le­rę.

- Więc sprawdź, co się da zro­bić - po­wie­dzia­łem.

- Ja­sne, ale wy­da­je mi się, że nie po­win­ni­śmy mó­wić tyl­ko o jed­nej książ­ce, ro­zu­miesz? Moim zda­niem...

- Ha­rol­dzie, w tej chwi­li je­dy­ne, cze­go chcę, to zjeść lunch.

- Wy­da­jesz się zde­ner­wo­wa­ny, Mike. Czy wszyst­ko...

- Wszyst­ko jest w naj­lep­szym po­rząd­ku. Roz­ma­wiaj z nimi o jed­nej książ­ce i umo­wie, któ­ra osło­dzi mój cięż­ki trud przy­spie­sze­nia pro­duk­cji. Do­brze?

- Do­brze - usły­sza­łem po jed­nej z tych jego pa­ten­to­wa­nych przerw, tym ra­zem szcze­gól­nie waż­nej. - Mam na­dzie­ję, że ze­chcesz po­ga­dać póź­niej o umo­wie na dwa, trzy ty­tu­ły. Kuj że­la­zo, póki go­rą­ce, to ha­sło zwy­cięz­ców.

- Ha­sło zwy­cięz­ców brzmi: mów hop, kie­dy trze­ba ska­kać - rzu­ci­łem i tej nocy znów śni­łem o po­wro­cie do Śmie­chu Sary.

***

We śnie, jak we wszyst­kich snach z tej je­sie­ni i zimy, idę dro­gą do domu. Ta dro­ga to taka pę­tla w le­sie, od­cho­dzą­ca od dro­gi 68 i do niej wra­ca­ją­ca. Po obu stro­nach stoi znak z nu­me­rem (dro­ga 42, je­śli to ko­goś ob­cho­dzi), na wy­pa­dek gdy­by trze­ba było zgło­sić po­żar, ale bez na­zwy. Nie ma na­zwy. My, to zna­czy ja i Jo, też jej nie na­zwa­li­śmy, na­wet tak na pry­wat­ny uży­tek. Jest wą­ska, w isto­cie to za­le­d­wie ko­le­iny, a mię­dzy nimi dzi­kie pro­so i ty­mot­ka. Kie­dy je­dziesz sa­mo­cho­dem, sły­szysz, jak ocie­ra­ją się z sze­le­stem o pod­wo­zie.

We śnie nie jadę jed­nak sa­mo­cho­dem. Nig­dy. We śnie za­wsze idę na pie­cho­tę.

Po jed­nej i dru­giej stro­nie tuż przy dro­dze ro­śnie las. Wi­docz­ny z niej skra­wek nie­ba ciem­nie­je, wkrót­ce będę już mógł zo­ba­czyć pierw­sze gwiaz­dy. Słoń­ce za­szło. Sły­chać cy­ka­nie świersz­czy, na je­zio­rze krzy­czą nury, w le­sie coś sze­le­ści, pew­nie wie­wiór­ki, tych na­ziem­nych jest dużo, ale zwy­kłe też się spo­ty­ka.

Je­stem przy grun­to­wej dro­dze pro­wa­dzą­cej w dół po zbo­czu wzgó­rza po mej pra­wej ręce. To nasz pod­jazd ozna­czo­ny ma­łym drew­nia­nym zna­kiem z na­pi­sem ŚMIECH SARY. Za­trzy­mu­ję się. Pa­trzę w dół, na dom. Zbu­do­wa­ny z bali, ma do­da­ne skrzy­dła i, z tyłu, ta­ras. Jest w nim czter­na­ście po­koi, licz­ba wręcz śmiesz­nie duża. Po­wi­nien wy­glą­dać nie­dba­le, po pro­stu brzyd­ko, ale z ja­kie­goś po­wo­du nie wy­glą­da. Na­sza Sara przy­po­mi­na dziel­ną ma­tro­nę, jest jak dama prą­ca ku set­nym uro­dzi­nom upar­cie, cał­kiem dziar­skim kro­kiem, choć reu­ma­tyzm od­zy­wa się jej w bio­drach i sta­rych, sztyw­nych ko­la­nach.

Środ­ko­wa część jest naj­star­sza, po­cho­dzi z roku 1900 czy ja­koś tak. Ko­lej­ne czę­ści do­da­wa­no w la­tach trzy­dzie­stych, czter­dzie­stych i sześć­dzie­sią­tych. Kie­dyś była to cha­ta my­śliw­ska, we wcze­snych la­tach sie­dem­dzie­sią­tych na krót­ko osie­dli­ła się tu mała ko­mu­na trans­cen­den­tal­nych hip­pi­sów. Wszy­scy użyt­kow­ni­cy wy­naj­mo­wa­li albo dzier­ża­wi­li dom. Od póź­nych lat czter­dzie­stych do 1984 roku był wła­sno­ścią Hin­ger­ma­nów, Dar­re­na i Ma­rie, a po­tem, od śmier­ci Dar­re­na w 1971, tyl­ko Ma­rie. Na­szym do­dat­kiem jest wy­łącz­nie mała an­te­na sa­te­li­tar­na na ka­le­ni­cy, po­mysł Jo­han­ny. Nie mia­ła oka­zji się nim na­cie­szyć.

Za do­mem roz­cią­ga się je­zio­ro błysz­czą­ce w po­świa­cie za­cho­du. Wi­dzę, że pod­jazd jest za­śmie­co­ny za­schły­mi so­sno­wy­mi igła­mi i ga­łę­zia­mi. Po­ra­sta­ją­ce go po obu stro­nach krza­ki zdzi­cza­ły, zro­sły się ze sobą po­nad wą­ską prze­strze­nią jak przy­tu­le­ni ko­chan­ko­wie. Gdy­by wje­chać tam sa­mo­cho­dem, trzesz­cza­ły­by i dra­pa­ły ka­ro­se­rię z nie­przy­jem­nym pi­skiem. Na­wet stąd, gdzie sto­ję, wi­dać mech na ba­lach naj­star­szej czę­ści, a przez de­ski ma­łej bocz­nej we­ran­dy od stro­ny pod­jaz­du prze­ro­sły trzy sło­necz­ni­ki jak re­flek­to­ry szpe­ra­cze. Nie spra­wia to jed­nak wra­że­nia za­nie­dba­nia, ale tyl­ko za­po­mnie­nia.

Wie­je lek­ki wiatr, zię­bi skó­rę, co uświa­da­mia mi, że się spo­ci­łem. Czu­ję za­pach so­sen, jed­no­cze­śnie kwa­śny i świe­ży, oraz sła­bą, ale w ja­kiś spo­sób po­tęż­ną woń je­zio­ra. Dark Sco­re jest jed­nym z naj­czyst­szych i naj­głęb­szych w Ma­ine, a było jesz­cze więk­sze aż do po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych. Ma­rie Hin­ger­man opo­wia­da­ła nam, jak We­stern Main Elec­tric, pra­cu­ją­ce ręka w rękę z tar­ta­ka­mi i pa­pier­nia­mi w Rum­ford, do­sta­ło zgo­dę sta­nu na prze­gro­dze­nie tamą rze­ki Ges­sa. Ma­rie po­ka­za­ła nam tak­że kil­ka uro­czych, sta­rych fo­to­gra­fii dam w bia­łych suk­niach i dżen­tel­me­nów w ka­mi­zel­kach pły­wa­ją­cych ka­na­dyj­ka­mi. Wy­ja­śni­ła, że po­cho­dzą z cza­sów pierw­szej woj­ny świa­to­wej. Wska­za­ła mło­dą ko­bie­tę, na za­wsze za­mar­łą u pro­gu epo­ki jaz­zu, ze wznie­sio­nym, ocie­ka­ją­cym wodą wio­słem.

- To moja mama - po­wie­dzia­ła - a ten męż­czy­zna, na któ­re­go się za­mie­rza, to tata.

Nury krzy­czą gło­sem na­brzmia­łym wiecz­nym po­czu­ciem stra­ty. Na ciem­nym nie­bie wi­dzę We­nus. Gwiazd­ko, gwiazd­ko, po­wiedz mi, kie­dy wró­cą do­bre dni.

A ja ży­czy­łem so­bie tyl­ko, żeby wró­ci­ła Jo.

Wy­po­wie­dzia­łem ży­cze­nie, chcę zejść do domu. Oczy­wi­ście, że chcę. To mój dom, praw­da? Gdzie miał­bym pójść, je­śli nie tam? Te­raz, kie­dy za­padł zmrok, kie­dy ta­jem­ni­cze le­śne sze­le­sty wy­da­ją się jed­no­cze­śnie bliż­sze i jak­by... ce­lo­we?... gdzie in­dziej mogę pójść? Jest ciem­no, to tro­chę prze­ra­ża­ją­ce tak wcho­dzić sa­mot­nie tam, gdzie jest ciem­no (a je­śli Sara nie lubi, kie­dy zo­sta­wia się ją samą na tak dłu­go? A je­śli się gnie­wa?), ale mu­szę. Je­śli nie ma elek­trycz­no­ści, za­pa­lę jed­ną z lamp bu­rzo­wych. Są w szaf­ce w kuch­ni.

Tyl­ko że nie mogę zejść do domu. Nie mogę po­ru­szyć no­ga­mi. Zu­peł­nie jak­by cia­ło wie­dzia­ło o sto­ją­cym w dole domu coś, cze­go nie wie mózg. Ko­lej­ny po­dmuch wia­tru chło­dzi gę­sią skór­kę na mych ra­mio­nach. Za­sta­na­wiam się, co ta­kie­go zro­bi­łem, żeby się tak strasz­nie po­cić. Bie­głem? Je­śli tak, to co chcia­łem do­ści­gnąć? Przed czym ucie­ka­łem?

Wło­sy też mam wil­got­ne od potu. Opa­da­ją mi na czo­ło nie­przy­jem­nie cięż­ki­mi ko­smy­ka­mi. Pod­no­szę rękę, żeby je od­gar­nąć, wi­dzę płyt­kie, świe­że roz­cię­cie na jej grzbie­cie, tuż nad kost­ka­mi pal­ców. Cza­sa­mi mam je na pra­wej dło­ni, cza­sa­mi na le­wej. My­ślę: Je­śli to sen, jest do­bry w szcze­gó­łach. Za­wsze ta sama myśl: Je­śli to sen, jest do­bry w szcze­gó­łach. Bo to praw­da. Ta­kie pi­sar­skie szcze­gó­ły. Ale może we śnie wszy­scy je­ste­śmy pi­sa­rza­mi? Skąd moż­na wie­dzieć?

Śmiech Sary jest już tyl­ko ciem­ną bry­łą, tam ni­żej, a ja orien­tu­ję się, że wca­le nie chcę zejść. Je­stem czło­wie­kiem, któ­ry na­uczył umysł źle się za­cho­wy­wać, po­tra­fię wy­obra­zić so­bie aż za wie­le róż­nych cze­ka­ją­cych tam na mnie rze­czy. Cza­ją­ce­go się w ką­cie kuch­ni wście­kłe­go szo­pa pra­cza. Nie­to­pe­rze w ła­zien­ce; je­śli je obu­dzę, za­czną krą­żyć wo­kół mej ścią­gnię­tej stra­chem twa­rzy, pisz­czeć, mu­skać po­licz­ki su­chy­mi skrzy­dła­mi.

Na­wet któ­re­goś ze słyn­nych po­two­rów Spo­za Świa­ta Wil­lia­ma Den­bro­ugh, ukry­te­go pod gan­kiem, ob­ser­wu­ją­ce­go, jak się do nie­go zbli­żam, lśnią­cy­mi, za­ro­pia­ły­mi śle­pia­mi.

- Ale prze­cież nie mogę tu zo­stać - mó­wię, tyle że nogi ani drgną. Wy­glą­da na to, że jed­nak zo­sta­nę tu, gdzie z dróż­ki od­cho­dzi mój pod­jazd; zo­sta­nę tu, czy mi się to po­do­ba, czy nie.

Sze­lest w ro­sną­cym za mo­imi ple­ca­mi le­sie już nie wy­glą­da na dzie­ło ja­kichś ma­łych zwie­rzą­tek, zresz­tą więk­szość z nich daw­no śpi w swych gniaz­dach lub no­rach. Za­czy­na przy­po­mi­nać kro­ki. Chcę się od­wró­cić, zo­ba­czyć, kto to, lecz na­wet tego nie je­stem w sta­nie zro­bić...

...i naj­czę­ściej bu­dzę się w tej wła­śnie chwi­li. Przede wszyst­kim ob­ra­cam się z boku na bok, udo­wad­niam so­bie, że po­wró­ci­łem do rze­czy­wi­sto­ści, de­mon­stra­cją pro­ste­go fak­tu, iż cia­ło zno­wu słu­cha umy­słu, jak po­win­no. Cza­sa­mi, a wła­ści­wie naj­czę­ściej, my­ślę: Man­der­ley, śni­ło mi się Man­der­ley. Jest w tym coś nie­sa­mo­wi­te­go (uwa­żam, że jest coś nie­sa­mo­wi­te­go w każ­dym po­wta­rza­ją­cym się śnie, w wie­dzy, że pod­świa­do­mość upar­cie pró­bu­je wy­grze­bać na świa­tło dzien­ne coś, co trzy­ma się jej zę­ba­mi i pa­zu­ra­mi), ale kła­mał­bym, nie do­da­jąc, że coś we mnie cie­szy się tym za­pie­ra­ją­cym dech w pier­siach let­nim upal­nym spo­ko­jem, któ­rym otu­la­ją mnie te sny, i że to coś ra­du­je się tak­że ła­god­nym smut­kiem wraz z prze­czu­ciem nie­szczę­ścia na­wie­dza­ją­cym mnie za­raz po prze­bu­dze­niu. Jest w snach eg­zo­ty­ka, jest w nich ob­cość, nie­obec­ne w mym ży­ciu na ja­wie te­raz, gdy dro­ga wy­bie­ga­ją­ca z wy­obraź­ni zo­sta­ła tak sku­tecz­nie za­blo­ko­wa­na.

O ile pa­mię­tam, tyl­ko raz by­łem na­praw­dę prze­ra­żo­ny (i mu­szę wam wy­znać, że nie mogę cał­ko­wi­cie za­ufać żad­ne­mu z tych wspo­mnień, sko­ro tak dłu­go zwy­czaj­nie nie ist­nia­ły). Pew­nej nocy obu­dzi­łem się w mro­ku sy­pial­ni, mó­wiąc cał­kiem zro­zu­mia­le: "Za mną coś jest, niech mnie nie do­sta­nie, coś jest w le­sie, bła­gam, niech mnie nie do­sta­nie". Nie sło­wa mnie wy­stra­szy­ły, lecz ra­czej głos, któ­rym je wy­po­wia­da­łem. Był to głos czło­wie­ka prze­kra­cza­ją­ce­go wła­śnie gra­ni­ce pa­ni­ki. Głos cał­ko­wi­cie mi obcy.

***

Dwa dni przed Bo­żym Na­ro­dze­niem 1997 roku zno­wu po­je­cha­łem do Fi­de­li­ty Union, a tam kie­row­nik po­now­nie od­pro­wa­dził mnie do skryt­ki de­po­zy­to­wej, po­grze­ba­nej głę­bo­ko w oświe­tlo­nych ja­rze­niów­ka­mi ka­ta­kum­bach. Kie­dy szli­śmy po scho­dach, po raz nie wia­do­mo któ­ry za­pew­nił mnie, że jego żona jest moją wiel­bi­ciel­ką, że prze­czy­ta­ła wszyst­ko, co na­pi­sa­łem, i cią­gle jej mało. Po raz nie wia­do­mo któ­ry po­wie­dzia­łem mu, że te­raz to jego mu­szę do­stać w swe ręce. Po raz nie wia­do­mo któ­ry za­chi­cho­tał. Tę nie­zmien­ną wy­mia­nę zdań przy­wy­kłem na­zy­wać ban­kier­ską ko­mu­nią.

Pan Qu­in­lan wło­żył klucz w za­mek "A", ob­ró­cił go, a po­tem wy­co­fał się z dys­kre­cją al­fon­sa, któ­ry speł­nił swój obo­wią­zek, do­pro­wa­dza­jąc klien­ta do łóż­ka kur­wy. Wło­ży­łem wła­sny klucz do zam­ku "B", ob­ró­ci­łem go, otwo­rzy­łem skryt­kę. Wy­da­wa­ła mi się te­raz bar­dzo wiel­ka i bar­dzo pu­sta. Je­den je­dy­ny rę­ko­pis zda­wał się drżeć wtu­lo­ny w kąt, ni­czym po­rzu­co­ny przez wła­ści­cie­li szcze­niak wie­dzą­cy skądś, że wszyst­kich jego bra­ci i wszyst­kie sio­stry za­bra­no i uśpio­no. Na tecz­ce wy­pi­sa­ne było gru­bym czar­nym fla­ma­strem sło­wo Obiet­ni­ca. Z tru­dem przy­po­mnia­łem so­bie, o czym jest ta cho­ler­na książ­ka.

Wsa­dzi­łem pod pa­chę po­dróż­ni­ka w cza­sie z lat osiem­dzie­sią­tych. Za­mkną­łem skryt­kę. Nie było w niej już nic oprócz ku­rzu. Daj mi ją, usły­sza­łem syk Jo z kosz­ma­ru; po­my­śla­łem o nim wów­czas po raz pierw­szy od prze­szło roku. Daj mi to. To, co tak ła­pie kurz.

- Pa­nie Qu­in­lan, skoń­czy­łem! - za­wo­ła­łem, a mój głos mnie sa­me­mu wy­dał się schryp­nię­ty i drżą­cy. Nie wy­glą­da­ło jed­nak na to, by pan Qu­in­lan za­uwa­żył, że dzie­je się coś nie­po­ko­ją­ce­go. A może po pro­stu był dys­kret­ny? Z całą pew­no­ścią nie ja je­den re­ago­wa­łem emo­cjo­nal­nie na wi­zy­tę w tym fi­nan­so­wym od­po­wied­ni­ku cmen­ta­rza.

- Na­praw­dę za­mie­rzam prze­czy­tać jed­ną z pań­skich ksią­żek - po­wie­dział, mi­mo­wol­nie ob­rzu­ca­jąc wzro­kiem trzy­ma­ne prze­ze mnie pu­dło (mo­głem prze­cież przy­cho­dzić po rę­ko­pi­sy z tecz­ką, ale ja­koś ani razu nie mia­łem jej ze sobą). - Szcze­rze mó­wiąc, za­mie­rzam umie­ścić to na li­ście po­sta­no­wień na Nowy Rok.

- Niech pan to zro­bi - po­wie­dzia­łem. - Niech pan to ko­niecz­nie zro­bi.

- Mark. Pro­szę. - Te sło­wa też zda­rzy­ło mi się już sły­szeć.

Nim po­je­cha­łem do Fe­de­ral Express, przy­go­to­wa­łem dwa li­sty i wsu­ną­łem je do pu­dła z rę­ko­pi­sem. Oba na­pi­sa­ne były na kom­pu­te­rze. Cia­ło po­zwa­la­ło mi go uży­wać do­pó­ty, do­pó­ki ogra­ni­cza­łem się do funk­cji No­tat­ni­ka, do­pie­ro Word Sześć wznie­cał bu­rzę. Nie pró­bo­wa­łem na­wet pi­sać po­wie­ści w No­tat­ni­ku, za­kła­da­łem, że mogę w ten spo­sób obrzy­dzić so­bie tak­że jego... by już nie wspo­mnieć o utra­cie moż­li­wo­ści gra­nia w scrab­ble czy roz­wią­zy­wa­nia kom­pu­te­ro­wych krzy­żó­wek. Mój pro­blem w ni­czym nie przy­po­mi­nał tego, o któ­rym kie­dyś sły­sza­łem, tak zna­ne­go stra­chu przed mo­ni­to­rem. Tyle udo­wod­ni­łem sam so­bie.

Je­den z li­stów prze­zna­czo­ny był dla Ha­rol­da, dru­gi dla De­bry We­in­stock, ale w grun­cie rze­czy nie­wie­le się od sie­bie róż­ni­ły: Oto moja nowa po­wieść Obiet­ni­ca He­len. Mam na­dzie­ję, że po­do­ba się Wam tak jak mnie, a je­śli wy­da­je się tro­chę nie­do­ro­bio­na, to dla­te­go, że po­śpiech w pra­cy kosz­to­wał mnie spo­ro cza­su i wy­sił­ku, we­so­łych świąt, szczę­śli­wej Cha­nu­ki, Erin­go Bragh, cu­kie­rek albo psi­kus, mam na­dzie­ję, że ktoś da Wam pie­przo­ne­go ko­ni­ka.

Nie­mal go­dzi­nę sta­łem w ko­lej­ce zgorzk­nia­łych, prze­stę­pu­ją­cych z nogi na nogę spóź­nial­skich (Boże Na­ro­dze­nie to taki bez­tro­ski, taki swo­bod­ny czas, nikt się nig­dzie nie śpie­szy... dla­te­go je ko­cham), z Obiet­ni­cą He­len pod lewą pa­chą, a Szko­łą wdzię­ku Nel­so­na De­Mil­le'a w pra­wym ręku. Prze­czy­ta­łem nie­mal pięć­dzie­siąt stron, nim mo­głem wrę­czyć mą ostat­nią nie­opu­bli­ko­wa­ną książ­kę zmor­do­wa­nej urzęd­nicz­ce. Na po­że­gna­nie po­wie­dzia­łem do niej: "We­so­łych świąt". Nie od­po­wie­dzia­ła mi, tyl­ko za­drża­ła. Wy­raź­nie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Przez dzie­sięć lat mał­żeń­stwa ani razu nie do­pa­dła mnie nie­moc twór­cza i nie przy­tra­fi­ła mi się też za­raz po śmier­ci Jo­han­ny. Praw­dę mó­wiąc, że­bym za­uwa­żył, iż dzie­je się coś nie­zwy­kłe­go, ta szcze­gól­na cho­ro­ba mu­sia­ła ogar­nąć mnie na do­bre. Pew­nie z po­wo­du pia­sto­wa­nej w głę­bi ser­ca wia­ry, że do­ty­ka ona tyl­ko "li­te­rac­kie" typy z ro­dza­ju tych, któ­rych "The New York Re­view of Bo­oks" oma­wia, ana­li­zu­je i tak chęt­nie skre­śla.

Obie moje ka­rie­ry, pi­sar­ska i mał­żeń­ska, nie­mal po­kry­wa­ły się w cza­sie. Pierw­szy szkic pierw­szej po­wie­ści We dwo­je skoń­czy­łem nie­dłu­go po ofi­cjal­nych za­rę­czy­nach (na środ­ko­wy pa­lec le­wej ręki wło­ży­łem jej pier­ścio­nek z opa­lem, sto dzie­sięć do­lców w Day's Je­wel­lers, o wie­le wię­cej niż było mnie stać... ale Jo po pro­stu za­chwy­cił). Ostat­nią, Z sa­mej góry, tę o psy­cho­pa­tycz­nym mor­der­cy lu­bią­cym duże wy­so­ko­ści, skoń­czy­łem ja­kiś mie­siąc po tym, gdy moją żonę uzna­no za mar­twą. Uka­za­ła się dru­kiem na je­sie­ni 1995 roku. Opu­bli­ko­wa­łem póź­niej i inne po­wie­ści - pa­ra­doks, któ­ry za­raz wy­ja­śnię - ale nie są­dzę, by w naj­bliż­szej przy­szło­ści na­zwi­sko Mi­cha­el No­onan uka­za­ło się na ja­kiej­kol­wiek li­ście. Te­raz wiem, co to zna­czy nie­moc twór­cza. Wiem o niej wię­cej, niż chciał­bym kie­dy­kol­wiek się do­wie­dzieć.

***

Kie­dy, choć z wa­ha­niem, po­ka­za­łem Jo pierw­szy szkic We dwo­je, prze­czy­ta­ła go w je­den wie­czór, sku­lo­na w ulu­bio­nym fo­te­lu, ubra­na tyl­ko w maj­tecz­ki i pod­ko­szu­lek z czar­nym niedź­wie­dziem Ma­ine na pier­siach, pi­jąc szklan­kę po szklan­ce mro­żo­ną her­ba­tę. Po­sze­dłem do ga­ra­żu (wy­naj­mo­wa­li­śmy dom w Ban­gor na spół­kę z pew­nym mał­żeń­stwem w rów­nie nędz­nej jak na­sza sy­tu­acji fi­nan­so­wej i nie, nie by­li­śmy jesz­cze mał­żeń­stwem, cho­ciaż, o ile wiem, pier­ścio­nek z opa­lem nie opusz­czał jej pal­ca). Za­ją­łem się tym i owym, ma­jąc wra­że­nie, że je­stem jak bo­ha­ter ko­mik­su w "New Yor­ke­rze", jed­ne­go z wie­lu tych, w któ­rych fa­cet łazi jak głu­pi po po­cze­kal­ni po­ro­dów­ki. O ile pa­mię­tam, uda­ło mi się spie­przyć do­mek dla pta­ków skła­da­ny z ele­men­tów, coś tak pro­ste­go, że dziec­ko by so­bie po­ra­dzi­ło. Przy oka­zji omal nie ob­cią­łem so­bie pal­ca wska­zu­ją­ce­go le­wej ręki. Mniej wię­cej co dwa­dzie­ścia mi­nut wcho­dzi­łem na górę po­dej­rzeć Jo. Je­śli mnie za­uwa­ży­ła, to w każ­dym ra­zie nie dała tego po so­bie po­znać.

Wy­szła do mnie, kie­dy sie­dzia­łem na gan­ku od tyłu, wpa­tru­jąc się w gwiaz­dy, z pa­pie­ro­sem w ustach. Po­ło­ży­ła mi dłoń na kar­ku.

- I jak? - spy­ta­łem - Jest do­bra - usły­sza­łem w od­po­wie­dzi. - A te­raz... może wszedł­byś do środ­ka i mnie prze­le­ciał?

Nim zdą­ży­łem od­po­wie­dzieć, ny­lo­no­we maj­tecz­ki wy­lą­do­wa­ły mi na ko­la­nach z ci­chym sze­le­stem.

***

Po wszyst­kim, le­żąc w łóż­ku i je­dząc po­ma­rań­cze (zwy­czaj, z któ­re­go z cza­sem wy­ro­śli­śmy), spy­ta­łem:

- Do­bra, czy­li taka do pu­bli­ka­cji?

- No cóż, nic nie wiem o wy­twor­nym biz­ne­sie wy­daw­ni­czym, ale przez całe ży­cie czy­tam dla przy­jem­no­ści... je­śli chcesz wie­dzieć, to moją pierw­szą wiel­ką mi­ło­ścią był Cie­kaw­ski Geo­r­ge...4.

- Wca­le nie chcę wie­dzieć.

Jo po­chy­li­ła się, wrzu­ci­ła mi ka­wa­łek po­ma­rań­czy w usta.

Po­czu­łem na ra­mie­niu do­tyk jej cie­płej pier­si, bar­dzo pod­nie­ca­ją­cy.

- ... a te­raz czy­ta­łam z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią. Po­zwo­lę so­bie na pro­roc­two: two­ja ka­rie­ra dzien­ni­ka­rza w "Der­ry News" skoń­czy się, nim się na­praw­dę za­czę­ła.

Te sło­wa mnie za­chwy­ci­ły, aż do­sta­łem gę­siej skór­ki na ra­mio­nach. Nie, moja żona nie wie­dzia­ła nic o wy­twor­nym biz­ne­sie wy­daw­ni­czym, ale je­śli ona wie­rzy­ła, to ja też wie­rzy­łem i na­sza wia­ra oka­za­ła się oczy­wi­ście uspra­wie­dli­wio­na. Agen­ta za­ła­twi­łem so­bie przez mo­je­go wy­kła­dow­cę kur­sów pi­sar­skich (prze­czy­tał po­wieść i prze­klął ją nie­prze­ko­ny­wa­ją­cą po­chwa­łą, za he­re­zję ma­jąc chy­ba ko­mer­cyj­ne wa­lo­ry), agent zaś sprze­dał We dwo­je Ran­dom Ho­use, pierw­sze­mu wy­daw­cy, któ­re­mu ją po­ka­zał.

Jo mia­ła też ra­cję w kwe­stii mo­jej ka­rie­ry dzien­ni­kar­skiej. Przez czte­ry mie­sią­ce pi­sa­łem o wy­sta­wach kwia­tów, wy­ści­gach rów­no­le­głych, so­bot­nich ko­ściel­nych spo­tka­niach przy pie­czo­nej fa­so­li, do­sta­jąc za to ja­kąś stó­wę ty­go­dnio­wo, a po­tem przy­szedł pierw­szy czek z Ran­dom Ho­use... dwa­dzie­ścia sie­dem ty­się­cy po od­li­cze­niu pro­cen­tów dla agen­ta. Nie prze­sie­dzia­łem w po­ko­ju dzien­ni­ka­rzy wy­star­cza­ją­co dłu­go, by do­stać pierw­szą mi­ni­mal­ną pod­wyż­kę, ale mimo to ko­le­dzy urzą­dzi­li mi przy­ję­cie po­że­gnal­ne. W Jack's Pub, te­raz mi się przy­po­mnia­ło. W dru­giej sali nad sto­la­mi wi­siał trans­pa­rent: PO­WO­DZE­NIA MIKE - PISZ DA­LEJ! Kie­dy już wró­ci­li­śmy do domu, Jo­han­na po­wie­dzia­ła, że gdy­by za­zdrość była kwa­sem, zo­sta­ła­by po mnie tyl­ko mo­sięż­na sprzącz­ka pa­ska i trzy zęby.

Póź­niej, w łóż­ku, przy zga­szo­nym świe­tle, kie­dy już zje­dli­śmy po­ma­rań­czę i wy­pa­li­li­śmy ostat­nie­go, wspól­ne­go pa­pie­ro­sa, po­wie­dzia­łem:

- Nikt nig­dy nie po­my­li jej ze Spójrz ku do­mo­wi, anie­le, praw­da?

Cho­dzi­ło mi o po­wieść. Sama się tego do­my­śli­ła, wie­dzia­ła, że re­ak­cja wy­kła­dow­cy pi­sa­nia nie­źle dała mi w kość.

- Nie za­mie­rzasz wy­lać na mnie mo­rza ża­lów sfru­stro­wa­ne­go ar­ty­sty, mam na­dzie­ję? - Jo pod­nio­sła się i opar­ła na łok­ciu.

- Bo je­śli masz, chcia­ła­bym, że­byś po­wie­dział mi to te­raz, a ja z sa­me­go rana ku­pię so­bie taki ze­staw do sa­mo­dziel­ne­go roz­wo­du. Roz­ba­wi­ła mnie, ale tak­że tro­chę zra­ni­ła.

- Wi­dzia­łaś te pierw­sze in­for­ma­cje dla pra­sy ro­ze­sła­ne przez Ran­dom Ho­use? - spy­ta­łem, choć wie­dzia­łem, że wi­dzia­ła.

- Na li­tość bo­ską, pra­wie że na­zwa­li mnie tam V.C. An­drews z fiu­tem!

- No cóż. - Jo de­li­kat­nie uję­ła wspo­mnia­ny obiekt.

- Prze­cież masz fiu­ta. A je­śli cho­dzi o to, jak cię na­zy­wa­ją... Mike, w trze­ciej kla­sie Pat­ty Ban­ning wo­ła­ła na mnie: "dziw­ka z gi­lem w no­sie", a nie by­łam ani dziw­ką, ani nie mia­łam gila w no­sie.

- Naj­waż­niej­sze, jak cię po­strze­ga­ją.

- Bzdu­ra. - Wciąż trzy­ma­ła w ręku mo­je­go fiu­ta. Ści­snę­ła go moc­no, co spra­wi­ło mi odro­bi­nę bólu i mnó­stwo nie­wia­ry­god­nej fraj­dy. W owych cza­sach mo­jej sta­rej zwa­rio­wa­nej mysz­ce obo­jęt­ne było, do ja­kiej wcho­dzi dziur­ki... byle wcho­dzić naj­czę­ściej jak się da. - Naj­waż­niej­sze, czy je­steś szczę­śli­wy. Je­steś szczę­śli­wy, pi­sząc, Mike?

- Ja­sne. - O tym też do­sko­na­le wie­dzia­ła.

- Od­czu­wasz wy­rzu­ty su­mie­nia?

- Kie­dy pi­szę, nie pra­gnę ni­cze­go in­ne­go... oprócz tego - od­par­łem, przy­ci­ska­jąc ją swym cia­łem.

- O Boże - po­wie­dzia­ła Jo tym swo­im bo­go­boj­nym cien­kim gło­si­kiem, któ­ry za­wsze nie­sa­mo­wi­cie mnie ba­wił - mię­dzy nas wszedł fiut!

Ko­cha­li­śmy się, a ja uświa­do­mi­łem so­bie dwie rze­czy wręcz cu­dow­ne: twier­dząc, że po­do­ba się jej moja książ­ka, mó­wi­ła praw­dę (do dia­bła, prze­cież wie­dzia­łem, że się jej po­do­ba, wy­star­czy­ło spoj­rzeć, jak czy­ta w fo­te­lu z wy­so­kim opar­ciem, z ko­smy­kiem wło­sów opa­da­ją­cym na czo­ło i pod­ku­lo­ny­mi na­gi­mi no­ga­mi) i nie mu­szę się wsty­dzić tego, co na­pi­sa­łem... w każ­dym ra­zie nie przed nią. A tę dru­gą cu­dow­ną rzecz sta­no­wi­ło to, że jej po­strze­ga­nie w po­łą­cze­niu z moim two­rzy­ło coś w ro­dza­ju dwu­ocz­ne­go wi­dze­nia, moż­li­we­go tyl­ko w mał­żeń­stwie, i że jest to je­dy­ne wi­dze­nie, któ­re się li­czy. Dzię­ki Bogu, że lu­bi­ła Mau­gha­ma.

***

By­łem V.C. An­drews z fiu­tem przez dzie­sięć lat... czter­na­ście, je­śli li­czyć lata po śmier­ci Jo­han­ny. Pierw­sze pięć w Ran­dom, a po­tem agent do­stał hoj­ną ofer­tę z Put­na­ma, więc się prze­nio­słem.

Wi­dzie­li­ście moje na­zwi­sko na nie­jed­nej li­ście be­st­sel­le­rów. oczy­wi­ście pod wa­run­kiem, że wa­sza nie­dziel­na ga­ze­ta pu­bli­ku­je pierw­szą pięt­nast­kę, nie dzie­siąt­kę. Nig­dy nie zo­sta­łem Clan­cym, Lu­dlu­mem czy Gri­sha­mem, ale nie­źle sprze­da­wa­łem się w twar­dych okład­kach (V.C. An­drews nig­dy tak nie wy­da­no, do­wie­dzia­łem się od Ha­rol­da Ob­low­skie­go, mo­je­go agen­ta, była fe­no­me­nem wy­łącz­nie pa­per­bac­ków) i raz do­tar­łem na­wet do nu­me­ru pięć "Ti­me­sa"... z dru­gą książ­ką: Męż­czy­zna w czer­wo­nej ko­szu­li. Iro­nia losu ob­ja­wi­ła się tym, że pójść wy­żej nie po­zwo­li­ła mi Sta­lo­wa ma­szy­na Tha­da Be­au­mon­ta, na­pi­sa­na pod pseu­do­ni­mem Geo­r­ge Stark. Be­au­mon­to­wie mie­li wów­czas let­ni dom w Ca­stle Rock, nie­speł­na osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów od na­sze­go nad Dark Sco­re Lake. Thad nie żyje. Po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Nie wiem, czy mia­ło to coś wspól­ne­go z nie­mo­cą twór­czą, czy nie.

Sta­łem tuż za gra­ni­cą ma­gicz­ne­go krę­gu me­ga­be­st­sel­le­rów, ale wca­le mi to nie prze­szka­dza­ło. Kie­dy skoń­czy­łem trzy­dzie­ści je­den lat, mie­li­śmy już dwa domy: je­den pięk­ny, sta­ry, edwar­diań­ski w Der­ry, dru­gi z bali w za­chod­nim Ma­ine, o wie­le za duży, żeby mó­wić o nim "cha­ta". Śmiech Sary, tak nie­mal od stu lat na­zy­wa­li go miej­sco­wi. I oba domy były w stu pro­cen­tach na­sze, nie ban­ku, i to wte­dy, kie­dy mnó­stwo mał­żeństw ma się za szczę­śli­we, bo wresz­cie po­ko­na­ły ana­li­ty­ków i do­sta­ły kre­dyt hi­po­tecz­ny na pierw­sze wła­sne gniaz­do. Poza tym by­li­śmy zdro­wi, wier­ni i nie stra­ci­li­śmy jesz­cze mło­dzień­cze­go po­czu­cia hu­mo­ru. Nie by­łem Tho­ma­sem Wol­fe'em (ani To­mem Wol­fe'em, ani na­wet To­bia­sem Wolf­fem), ale pła­ci­li mi za ro­bie­nie cze­goś, co ko­cha­łem ro­bić; na tej na­szej zie­mi nie ma nic lep­sze­go, to jak li­cen­cja na kra­dzież.

Zaj­mo­wa­łem miej­sce w la­tach czter­dzie­stych prze­zna­czo­ne dla "pi­sa­rzy środ­ka": igno­ro­wa­nych przez kry­ty­ków, za­kwa­li­fi­ko­wa­nych ga­tun­ko­wo (w moim wy­pad­ku ga­tu­nek ten moż­na na­zwać: PIĘK­NA MŁO­DA KO­BIE­TA SPO­TY­KA FA­SCY­NU­JĄ­CE­GO OB­CE­GO), ale do­brze płat­nych i cie­szą­cych się nie­chęt­ną ak­cep­ta­cją ogó­łu, jak li­cen­cjo­no­wa­ne przez pań­stwo domy pu­blicz­ne w Ne­va­dzie. Uzna­no po pro­stu, że trze­ba za­pew­nić lu­dziom miej­sce, w któ­rym mo­gli­by za­do­wo­lić swe ni­skie in­stynk­ty, no i prze­cież Ktoś Musi To Ro­bić. No więc Ro­bi­łem To z en­tu­zja­zmem (oraz z en­tu­zja­stycz­nym przy­zwo­le­niem Jo, a na­wet po­mo­cą, gdy zna­la­złem się na wy­jąt­ko­wo trud­nym skrzy­żo­wa­niu fa­bu­ły) i w pew­nym mo­men­cie, gdzieś tak bli­sko zwy­cię­stwa wy­bor­cze­go Geo­r­ge'a Bu­sha, ban­ko­we za­wia­do­mie­nie o sta­nie kon­ta po­in­for­mo­wa­ło nas, że zo­sta­li­śmy mi­lio­ne­ra­mi.

Nie stać nas było na pry­wat­ny od­rzu­to­wiec (Gri­sham) ani na wła­sną za­wo­do­wą dru­ży­nę fut­bo­lo­wą (Clan­cy), ale jak na stan­dar­dy Der­ry w Ma­ine ta­rza­li­śmy się w for­sie. Ko­cha­li­śmy się ty­sią­ce razy, wi­dzie­li­śmy ty­sią­ce fil­mów, prze­czy­ta­li­śmy ty­sią­ce ksią­żek (Jo naj­czę­ściej od­kła­da­ła je wie­czo­rem na pod­ło­gę, po swo­jej stro­nie łóż­ka) i, co było może naj­więk­szym bło­go­sła­wień­stwem, nie wie­dzie­li­śmy, jak nie­wie­le cza­su nam zo­sta­ło.

***

Nie­je­den raz za­sta­na­wia­łem się, czy pi­sar­skiej blo­ka­dy nie ścią­gnę­ło na mnie nie­prze­strze­ga­nie ry­tu­ału. W świe­tle dnia po­tra­fi­łem zlek­ce­wa­żyć ta­kie prze­sąd­ne bzdu­ry, w nocy było z tym go­rzej. Nocą my­śli mają tę nie­przy­jem­ną ce­chę, że roz­luź­nia­ją ob­ro­żę i ucie­ka­ją na wol­ność. A je­śli więk­szość do­ro­słe­go ży­cia spę­dzi­łeś, two­rząc fik­cje, to je­stem pe­wien, że two­je luź­ne ob­ro­że są luź­niej­sze od in­nych, a psy tym bar­dziej nie­chęt­nie je no­szą. Czy to Shaw, czy Oscar Wil­de po­wie­dział, że pi­sarz to czło­wiek, któ­ry na­uczył umysł źle się pro­wa­dzić?

Czy na­praw­dę jest prze­sad­nie na­cią­ga­ne prze­ko­na­nie, że nie­prze­strze­ga­nie ry­tu­ału mo­gło ode­grać swą rolę w mym na­głym, nie­spo­dzie­wa­nym (nie­spo­dzie­wa­nym przy­najm­niej dla mnie) mil­cze­niu? Je­śli za­ra­biasz na chleb po­wsze­dni w świe­cie wy­obra­żo­nym, gra­ni­ca mię­dzy tym, co rze­czy­wi­ście, i tym, co się wy­da­je, jest bar­dzo cien­ka. Są ma­la­rze, któ­rzy ma­lu­ją tyl­ko, wło­żyw­szy tę, a nie inną czap­kę, a ba­se­bal­li­ści ma­ją­cy se­rię do­brych wy­bić nie zmie­nia­ją skar­pe­tek.

Ry­tu­ał usta­lił się przy dru­giej książ­ce, jed­nej je­dy­nej, o ile do­brze pa­mię­tam, o któ­rą się oba­wia­łem - mam wra­że­nie, że przy­swo­iłem jed­nak ba­jecz­kę o dru­gim nie­szczę­śli­wym ra­zie, prze­świad­cze­nie, że pierw­szy raz to może je­dy­nie uśmiech losu, nic wię­cej. Nig­dy nie za­po­mnę zda­nia wy­kła­dow­cy li­te­ra­tu­ry ame­ry­kań­skiej o tym, że ze wszyst­kich współ­cze­snych pi­sa­rzy ame­ry­kań­skich tyl­ko Har­per Lee zna­la­zła pew­ny spo­sób na chan­drę zwią­za­ną z dru­gą książ­ką.

Przy sa­mym koń­cu Męż­czy­zny w czer­wo­nej ko­szu­li prze­rwa­łem pra­cę. Edwar­diań­ski dom na Ben­ton Stre­et w Der­ry miał cze­kać na nas jesz­cze dwa lata, ale ku­pi­li­śmy już Śmiech Sary, cha­tę nad Dark Sco­re (nie tak wy­koń­czo­ną, bez pra­cow­ni Jo, ale i tak wspa­nia­łą) i tam wła­śnie by­li­śmy.

Od­su­ną­łem się od ma­szy­ny do pi­sa­nia, wów­czas cią­gle jesz­cze trzy­ma­łem się sta­rej IBM Se­lec­tric. Po­sze­dłem do kuch­ni. Była po­ło­wa wrze­śnia, wa­ka­cyj­ny tłum od­pły­nął, krzyk nu­rów na je­zio­rze brzmiał pięk­nie, nie do opi­sa­nia. Słoń­ce za­cho­dzi­ło, po­wierzch­nia je­zio­ra było nie­ru­cho­mą, zim­ną płasz­czy­zną ognia. To jed­no z mo­ich naj­żyw­szych wspo­mnień, tak do­sko­na­le za­cho­wa­nych, że cza­sa­mi wy­da­je mi się moż­li­we wej­ście w nie, prze­ży­cie tych chwil jesz­cze raz. Co, je­śli w ogó­le coś, zro­bił­bym in­a­czej? Zda­rza mi się nad tym za­sta­na­wiać.

Wcze­snym po­po­łu­dniem wło­ży­łem do lo­dów­ki bu­tel­kę ta­it­tin­ge­ra i dwa wy­so­kie kie­lisz­ki. Te­raz je wy­ją­łem, po­sta­wi­łem na cy­no­wej tacy, za­zwy­czaj słu­żą­cej do prze­no­sze­nia dzban­ków le­mo­nia­dy albo mro­żo­nej her­ba­ty z kuch­ni na ta­ras, za­nio­słem ostroż­nie do po­ko­ju dzien­ne­go.

Jo­han­na sie­dzia­ła w swym sta­rym, roz­kle­ko­ta­nym, głę­bo­kim fo­te­lu, po­grą­żo­na w lek­tu­rze (tym ra­zem nie Mau­gha­ma, lecz Wil­lia­ma Den­bro­ugha, jed­ne­go z jej współ­cze­snych fa­wo­ry­tów).

- Oooo...! - wes­tchnę­ła. Za­zna­czy­ła stro­nę, za­mknę­ła książ­kę. - Szam­pan. Z ja­kiej oka­zji?

Py­ta­ła, jak­by, ro­zu­mie­cie, sama nie wie­dzia­ła.

- Skoń­czo­ne - po­wie­dzia­łem. - Mon li­vre est tout fini.

Po­chy­li­łem się ku niej w ele­ganc­kim ukło­nie. Wzię­ła je­den z kie­lisz­ków, mó­wiąc:

- Aha. W ta­kim ra­zie to w po­rząd­ku, praw­da?

Te­raz już zda­ję so­bie spra­wę z tego, że isto­tą ry­tu­ału, jego czę­ścią żywą, dys­po­nu­ją­cą mocą, jak ma­gicz­ne sło­wo w po­to­ku non­sen­sów, było to jed­no je­dy­ne zda­nie. Nie­mal za­wsze pi­li­śmy szam­pa­na i nie­mal za­wsze przy­cho­dzi­ła po­tem do mo­je­go ga­bi­ne­tu zro­bić tę dru­gą rzecz. Nie­mal, ale nie za­wsze.

Pew­ne­go razu, ja­kieś pięć lat przed śmier­cią, kie­dy ja koń­czy­łem książ­kę, ona po­je­cha­ła z przy­ja­ciół­ką do Ir­lan­dii na wa­ka­cje. Wy­pi­łem szam­pa­na sam i sam wpi­sa­łem ostat­nią li­nij­kę tek­stu (uży­wa­łem już kom­pu­te­ra Ma­cin­tosh zdol­ne­go zro­bić mi­liard róż­nych rze­czy. Dla mnie ro­bił jed­ną). Spa­łem po­tem jak dziec­ko. Ale za­dzwo­ni­łem do go­spo­dy, w któ­rej się z Bryn za­trzy­ma­ły, po­wie­dzia­łem Jo, że książ­ka skoń­czo­na, wy­słu­cha­łem jej słów; o nie prze­cież cho­dzi­ło. O sło­wa, któ­re prze­pły­nę­ły ir­landz­ki­mi li­nia­mi te­le­fo­nicz­ny­mi, po­wę­dro­wa­ły do prze­kaź­ni­ka mi­kro­fa­lo­we­go, wznio­sły się ni­czym mo­dli­twa do ja­kie­goś sa­te­li­ty, a po­tem wpa­dły mi w ucho. "Aha. W ta­kim ra­zie to w po­rząd­ku, praw­da?".

Zwy­czaj ten na­ro­dził się, jak po­wie­dzia­łem, przy dru­giej książ­ce. Kie­dy już wy­pi­li­śmy po kie­lisz­ku szam­pa­na i po­wtór­nie je na­peł­ni­li­śmy, po­szli­śmy do ga­bi­ne­tu. Na wał­ku mo­je­go zie­lo­ne­go se­lec­tri­ca cze­ka­ła kart­ka pa­pie­ru. Od stro­ny je­zio­ra nur we­zwał noc ostat­nim krzy­kiem, w mo­ich uszach brzmią­cym za­wsze tak, jak­by coś bar­dzo za­rdze­wia­łe­go ob­ra­ca­ło się na wie­trze.

- Czy nie mó­wi­łeś mi, że już po wszyst­kim? - spy­ta­ła Jo.

- Zo­sta­ło osta­nie zda­nie - po­wie­dzia­łem. - Książ­kę i tak za­de­dy­ko­wa­łem to­bie, więc chcę, że­byś do­pi­sa­ła ostat­ni ka­wa­łek.

Nie ro­ze­śmia­ła się, nie pro­te­sto­wa­ła, nie po­pa­dła w en­tu­zja­stycz­ny na­strój, po pro­stu spoj­rza­ła na mnie, jak­by chcia­ła za­py­tać wzro­kiem, czy mó­wię po­waż­nie. Ski­ną­łem gło­wą, więc usia­dła w moim fo­te­lu. Wcze­śniej pły­wa­ła, wło­sy mia­ła ścią­gnię­te, prze­wią­za­ne bia­łym ela­stycz­nym czymś, wil­got­ne i o dwa od­cie­nie ciem­niej­sze. Do­tkną­łem ich. Po­czu­łem się tak, jak­bym do­ty­kał wil­got­ne­go je­dwa­biu.

- Wcię­cie? - spy­ta­ła po­waż­nie jak sze­re­go­wa ste­no­ty­pist­ka, któ­rej za chwi­lę dyk­to­wać za­cznie sam Wiel­ki Szef.

- Nie - po­wie­dzia­łem. - Kon­ty­nu­acja. - I wy­gło­si­łem zda­nie, któ­re ob­ra­ca­łem w gło­wie od chwi­li, gdy wsta­łem na­lać szam­pa­na. "Na­ło­żył jej łań­cu­szek na szy­ję, a po­tem obo­je ze­szli po scho­dach do cze­ka­ją­ce­go na nich sa­mo­cho­du".

Jo za­pi­sa­ła. Spoj­rza­ła na mnie py­ta­ją­co.

- To wszyst­ko - po­in­for­mo­wa­łem ją. - Mo­żesz chy­ba do­pi­sać "Ko­niec".

Jo dwu­krot­nie ude­rzy­ła RE­TURN, wy­środ­ko­wa­ła gło­wi­cę i pod ostat­nią li­nij­ką książ­ki na­pi­sa­ła po­słusz­nie KO­NIEC IBM-owskim Co­urie­rem, moją ulu­bio­ną czcion­ką. Li­te­ry wy­ska­ki­wa­ły z wi­ru­ją­cej gło­wi­cy po­słusz­nie jak tan­ce­rze.

- Co to za łań­cu­szek na­kła­da jej na szy­ję? - spy­ta­ła.

- Mu­sisz prze­czy­tać ca­łość, żeby się do­wie­dzieć.

Sie­dzia­ła w fo­te­lu, ja sta­łem za nią, więc zna­la­zła się w ide­al­nej po­zy­cji do przy­ło­że­nia twa­rzy tam, gdzie ją przy­ło­ży­ła, a kie­dy za­czę­ła mó­wić, jej war­gi mu­ska­ły naj­wraż­liw­szą część mnie. Dzie­li­ły nas ba­weł­nia­ne szor­ty, nic wię­cej.

- Mamy spo­so­by na zmu­sze­nie cię do mó­wie­nia.

- Nie wąt­pię - po­wie­dzia­łem.

***

Przy­najm­niej pró­bo­wa­łem trzy­mać się ry­tu­ału tego dnia, kie­dy skoń­czy­łem Z sa­mej góry. Wy­dał mi się po pro­stu płyt­ki, cał­ko­wi­cie po­ba­wio­ny ma­gii, ale ni­cze­go in­ne­go się nie spo­dzie­wa­łem. Zro­bi­łem to nie z prze­są­du, lecz z sza­cun­ku i mi­ło­ści. Upa­mięt­ni­łem Jo, je­śli wo­li­cie to okre­śle­nie. Albo, je­śli wo­li­cie to okre­śle­nie, praw­dzi­we na­bo­żeń­stwo ża­łob­ne od­by­ło się te­raz, gdy od mie­sią­ca le­ża­ła w zie­mi.

Na­de­szła trze­cia de­ka­da wrze­śnia, ale wciąż pa­no­wał upał, nie pa­mię­tam go­ręt­sze­go koń­ca lata. Aż do sa­me­go ża­ło­sne­go, ostat­nie­go wy­sił­ku do­py­cha­ją­ce­go książ­kę do koń­ca my­śla­łem tyl­ko o tym, jak bar­dzo tę­sk­nię... ale nie mia­ło to żad­ne­go wpły­wu na tem­po pra­cy. Jest coś jesz­cze: choć w Der­ry było tak strasz­nie go­rą­co, że prze­waż­nie pra­co­wa­łem wy­łącz­nie w gat­kach, ani razu nie po­my­śla­łem, żeby wy­je­chać nad je­zio­ro.

Zu­peł­nie jak­by ktoś wy­ma­zał mi z gło­wy samo wspo­mnie­nie Śmie­chu Sary. Być może dla­te­go, że wraz z koń­cem Góry prze­sta­łem też ucie­kać przed praw­dą. Tym ra­zem Jo uda­ła się da­lej niż do Ir­lan­dii.

Mój ga­bi­net nad je­zio­rem jest mały, ale ten wi­dok...! Ga­bi­net w Der­ry jest dłu­gi, za­sta­wio­ny książ­ka­mi i w ogó­le nie ma okna. Tego szcze­gól­ne­go wie­czo­ru wi­szą­ce pod su­fi­tem trzy wia­tra­ki były włą­czo­ne. Mie­sza­ły gę­ste po­wie­trze. Wsze­dłem tam w szor­tach, pod­ko­szul­ku i gu­mo­wych ja­pon­kach, z cy­no­wą tac­ką od coli za­sta­wio­ną bu­tel­ką szam­pa­na wraz z dwo­ma schło­dzo­ny­mi kie­lisz­ka­mi. W naj­dal­szym krań­cu tego po­ko­ju jak ho­te­lo­wy wa­gon, pod oka­pem tak stro­mym, że mu­sia­łem nie­mal ku­cać, żeby nie wal­nąć się w gło­wę przy wsta­wa­niu (przez całe lata mu­sia­łem tak­że zno­sić wy­my­sły Jo, że miej­sce do pra­cy wy­bra­łem so­bie naj­gor­sze w ca­łym domu), świe­cił wy­peł­nio­ny li­te­ra­mi ekran ma­cin­to­sha.

Po­my­śla­łem so­bie, że aż pro­szę się o ko­lej­ny atak żalu, może naj­gor­szy, ale nie re­zy­gno­wa­łem i... na­sze uczu­cia za­wsze nas za­ska­ku­ją, praw­da? Tej nocy nie za­no­si­łem się pła­czem. Przy­pusz­czam, że wy­pła­ka­łem się już do zera. Za­stą­pi­ło go wszech­obec­ne, strasz­ne po­czu­cie żalu: pu­sty fo­tel, w któ­rym lu­bi­ła czy­tać, pu­sty stół, na któ­rym szklan­kę sta­wia­ła za­wsze zbyt bli­sko kra­wę­dzi.

Na­la­łem szam­pa­na do kie­lisz­ka, po­cze­ka­łem, aż osią­dzie pia­na, pod­nio­słem go jak w to­a­ście.

- Skoń­czy­łem, Jo - po­wie­dzia­łem, sia­da­jąc pod ob­ra­ca­ją­cy­mi się wia­tra­ka­mi. - Więc to w po­rząd­ku, praw­da?

Nie do­cze­ka­łem się od­po­wie­dzi. W świe­tle tego, co mia­ło się zda­rzyć póź­niej, są­dzę, że war­to po­wtó­rzyć jesz­cze raz: nie do­cze­ka­łem się od­po­wie­dzi. Nie czu­łem, co zda­rza­ło mi się póź­niej, że nie je­stem sam w po­ko­ju, któ­ry wy­da­je się pu­sty.

Wy­pi­łem szam­pa­na, od­sta­wi­łem kie­li­szek na cy­no­wą tac­kę, na­peł­ni­łem ten dru­gi. Pod­sze­dłem z nim do maca. Usia­dłem tam, gdzie po­win­na sie­dzieć Jo­han­na, gdy­by nie mi­ło­sier­dzie uwiel­bia­ne­go przez świat ko­cha­ją­ce­go Boga. Nie za­no­si­łem się pła­czem, ale oczy mia­łem wil­got­ne. Na ekra­nie świe­ci­ły na­stę­pu­ją­ce sło­wa:

dziś nie było tak źle, po­my­śla­ła. Prze­szła po traw­ni­ku do sa­mo­cho­du, ro­ze­śmia­ła się na wi­dok bia­łej kart­ki za wy­cie­racz­ką. Cam De­lan­cey nie da­wał się spła­wić, nie przyj­mo­wał do wia­do­mo­ści od­mow­nej od­po­wie­dzi, a te­raz za­pra­szał ją na jed­ną z tych swo­ich czwart­ko­wych win­nych par­ty. Wy­ję­ła kart­kę, nad­dar­ła ją na­wet, ale roz­my­śli­ła się i scho­wa­ła do tyl­nej kie­sze­ni dżin­sów.

- Bez wcię­cia - po­wie­dzia­łem. - Kon­ty­nu­acja.

A po­tem wpi­sa­łem zda­nie, któ­re ob­ra­ca­łem w gło­wie od chwi­li, gdy wsta­łem i po­sze­dłem po szam­pa­na.

Cze­kał na nią sze­ro­ki świat, a win­ne par­ty Cama De­lan­ceya było rów­nie do­brym miej­scem, by weń wkro­czyć, jak każ­de inne.

Prze­rwa­łem. Przy­glą­da­łem się ma­łe­mu mi­ga­ją­ce­mu kur­so­ro­wi. Łzy w dal­szym cią­gu kłu­ły mnie w ką­ci­ki oczu, ale po­wta­rzam: ko­stek nie owiał mi po­dmuch zim­ne­go po­wie­trza, żad­ne upior­ne pal­ce nie mu­snę­ły mi kar­ku. Dwa razy wci­sną­łem RE­TURN, a póź­niej CEN­TER. Na­pi­sa­łem KO­NIEC.

- Two­je zdro­wie, mała - po­wie­dzia­łem gło­śno. - Szko­da, że cię tu nie ma. Tę­sk­nię za tobą jak sza­lo­ny.

Głos może lek­ko mi drżał, ale nie za­ła­mał się ani razu. Do­pi­łem ta­it­tin­ge­ra, za­pi­sa­łem to ostat­nie zda­nie, prze­nio­słem całą książ­kę na dys­kiet­ki, a po­tem je jesz­cze sko­pio­wa­łem. Poza no­tat­ka­mi, li­stą za­ku­pów i wy­peł­nia­niem cze­ków przez na­stęp­ne czte­ry lata nie na­pi­sa­łem nic.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pew­ne­go bar­dzo go­rą­ce­go dnia w sierp­niu 1994 roku żona po­wie­dzia­ła mi, że je­dzie do Der­ry Rite Aid wy­ku­pić prze­dłu­żo­ną re­cep­tę na in­ha­la­tor do oczysz­cza­nia za­tok - ta­kie rze­czy dziś chy­ba po pro­stu się ku­pu­je. Na­pi­sa­łem już to, co za­mie­rza­łem na­pi­sać tam­te­go dnia, więc po­wie­dzia­łem, że go dla niej od­bio­rę. Po­dzię­ko­wa­ła, bo i tak chcia­ła jesz­cze ku­pić rybę w są­sied­nim su­per­mar­ke­cie; dwie mu­chy jed­nym pac­nię­ciem, ta­kie tam. Zdmuch­nę­ła z dło­ni ca­łu­sa, wy­szła, a na­stęp­nym ra­zem zo­ba­czy­łem ją w te­le­wi­zji. Tu, w Der­ry, tak się iden­ty­fi­ku­je zwło­ki. Nie mu­sisz wę­dro­wać pod­ziem­nym ko­ry­ta­rzem wy­ło­żo­nym zie­lo­ny­mi płyt­ka­mi, z dłu­gi­mi świe­tlów­ka­mi na su­fi­cie, nie pa­trzysz na na­gie cia­ło wy­su­wa­ne z chłod­ni, le­żą­ce na no­szach z kół­ka­mi, tyl­ko wcho­dzisz do biu­ra z na­pi­sem: PRY­WAT­NE na drzwiach, pa­trzysz na ekran te­le­wi­zyj­ny i mó­wisz: "tak" lub "nie".

Z na­sze­go domu do Rite Aid i Sho­pwell jest mniej niż pół­to­ra ki­lo­me­tra, są czę­ścią ta­kie­go ma­łe­go, lo­kal­ne­go cen­trum han­dlo­we­go, w któ­rym mie­ści się jesz­cze wy­po­ży­czal­nia wi­deo, an­ty­kwa­riat o na­zwie Po­nieś Sło­wo (robi do­bry biz­nes na mo­ich sta­rych pa­per­bac­kach), Ra­dio Shack i Fast Foto. Cen­trum zbu­do­wa­no na Mi­lo­wym Wzgó­rzu, na skrzy­żo­wa­niu Wit­cham i Jack­son.

Za­par­ko­wa­ła przed Block­bu­ster Vi­deo, we­szła do ap­te­ki, za­ła­twi­ła spra­wy z pa­nem Joem Wy­ze­rem, któ­ry w owych cza­sach był na­szym far­ma­ceu­tą, a po­tem prze­niósł się do Rite Aid w Ban­gor. Przy ka­sie wzię­ła so­bie jed­ną małą cze­ko­lad­kę pian­ko­wą - wy­bra­ła taką w kształ­cie mysz­ki. Zna­la­złem tę mysz­kę póź­niej, w ko­sme­tycz­ce, od­wi­ną­łem z pa­pier­ka i zja­dłem. Sie­dzia­łem przy ku­chen­nym sto­le, na blat wy­sy­pa­łem rze­czy z jej czer­wo­nej to­reb­ki i było to jak ko­mu­nia. Kie­dy zo­stał mi już tyl­ko smak cze­ko­la­dy na ję­zy­ku i w gar­dle, roz­pła­ka­łem się. Sie­dzia­łem wśród śmie­ci - chu­s­tecz­ki hi­gie­nicz­ne, pu­der­nicz­ka, klu­cze, mię­to­we cu­kier­ki - i pła­ka­łem, za­sła­nia­jąc dłoń­mi oczy. Jak dziec­ko.

W to­reb­ce z Rite Aid był in­ha­la­tor. Kosz­to­wał dwa­na­ście do­la­rów i osiem­na­ście cen­tów. I jesz­cze coś za dwa­dzie­ścia dwa pięć­dzie­siąt. Pa­trzy­łem na to dru­gie coś, wi­dzia­łem, ale nie ro­zu­mia­łem. By­łem zdzi­wio­ny, owszem, może lep­szym sło­wem by­ło­by "zdu­mio­ny", ale myśl, że Jo­han­na Ar­len No­onan pro­wa­dzi­ła dru­gie ży­cia, o któ­rym nie mia­łem zie­lo­ne­go po­ję­cia, nie po­sta­ła mi w gło­wie. Nie wte­dy.

***

Jo ode­szła od kasy. Wy­szła na pa­lą­ce, upal­ne słoń­ce, zmie­ni­ła nor­mal­ne oku­la­ry na prze­ciw­sło­necz­ne, zro­bi­ła krok, wy­szła spod ma­łej mar­ki­zy ap­te­ki (to chy­ba pod­po­wia­da mi moja wy­obraź­nia, wkra­czam w kra­inę pi­sar­stwa, ale tyl­ko tro­chę, odro­bi­nę, kil­ka cen­ty­me­trów, mo­że­cie mi ufać na sło­wo) i wte­dy roz­legł się ten cha­rak­te­ry­stycz­ny pisk opon zblo­ko­wa­nych kół zwia­stu­ją­cy albo wy­pa­dek, albo coś, co tyl­ko cu­dem się nim nie sta­ło.

Tym ra­zem to jed­nak był wy­pa­dek, je­den z tych, któ­re na głu­pich skrzy­żo­wa­niach rów­no­rzęd­nych zda­rza­ją się chy­ba raz w ty­go­dniu albo czę­ściej. To­yo­ta z 1989 roku wy­jeż­dża­ła z par­kin­gu ga­le­rii. Skrę­ca­ła w lewo w Jack­son Stre­et. Za kie­row­ni­cą sie­dzia­ła pani Es­ther Easter­ling z Bar­rett's Or­chards, miej­sce pa­sa­że­ra zaj­mo­wa­ła jej przy­ja­ciół­ka, pani Ire­ne De­or­sey, tak­że z Bar­rett's Or­chards. Obie szu­ka­ły przed­tem cze­goś w wy­po­ży­czal­ni wi­deo, ale nic nie zna­la­zły. "Za wie­le prze­mo­cy", po­wie­dzia­ła Ire­ne.

Obie pa­nie były pa­pie­ro­so­wy­mi wdo­wa­mi.

Es­ther nie mo­gła nie za­uwa­żyć po­ma­rań­czo­wej wy­wrot­ki Ro­bót Pu­blicz­nych zjeż­dża­ją­cej wła­śnie ze wzgó­rza. Cho­ciaż za­prze­czy­ła na po­li­cji, za­prze­czy­ła ga­ze­tom, za­prze­czy­ła na­wet mnie, kie­dy roz­ma­wia­łem z nią ja­kieś dwa mie­sią­ce póź­niej, są­dzę, że po pro­stu się nie obej­rza­ła. Jak ma­wia­ła moja mama (ko­lej­na pa­pie­ro­so­wa wdo­wa): "Dwie naj­czę­ściej spo­ty­ka­ne star­cze do­le­gli­wo­ści to reu­ma­tyzm i skle­ro­za. Ich nie da się po­cią­gnąć do od­po­wie­dzial­no­ści".

Za kie­row­ni­cą wy­wrot­ki sie­dział Wil­liam Fra­ker z Old Cape. W dniu śmier­ci mo­jej żony pan Fra­ker miał trzy­dzie­ści osiem lat, pro­wa­dził bez ko­szu­li i my­ślał tyl­ko o tym, jak bar­dzo po­trze­bu­je chłod­ne­go prysz­ni­ca i zim­ne­go piwa, nie­ko­niecz­nie w tej ko­lej­no­ści. On i jesz­cze trzech lu­dzi przez osiem go­dzin ła­ta­ło as­falt na prze­dłu­że­niu Har­ris Ave­nue, nie­da­le­ko lot­ni­ska, go­rą­ca ro­bo­ta w go­rą­cy dzień i Bill Fra­ker przy­znał, że ja­sne, mógł le­cieć za szyb­ko, sześć­dzie­siąt parę przy ogra­ni­cze­niu do pięć­dzie­siąt­ki. Bar­dzo chciał zje­chać już na bazę, zdać wy­wrot­kę, prze­siąść się do swo­je­go F-150, pick-upa z kli­ma­ty­za­cją. Poza tym ha­mul­ce wy­wrot­ki, cho­ciaż prze­szły prze­gląd, nie były by­najm­niej ide­al­ne. Gdy tyl­ko zo­ba­czył wjeż­dża­ją­cą mu przed nos to­yo­tę, Fra­ker wci­snął je, ile się dało (wci­snął tak­że klak­son), ale było już za póź­no. Usły­szał pisk opon, tych swo­ich i tych Es­ther, któ­ra za póź­no zda­ła so­bie spra­wę z nie­bez­pie­czeń­stwa, przez chwi­lę wi­dział jej twarz.

- Z ja­kie­goś po­wo­du to wła­śnie było naj­gor­sze - po­wie­dział, kie­dy sie­dzie­li­śmy na gan­ku, pi­jąc piwo, a był już paź­dzier­nik i choć słoń­ce świe­ci­ło nam w twa­rze, obaj mie­li­śmy na so­bie swe­try. - Wie pan, jak wy­so­ko sie­dzi się w tych wy­wrot­kach?

Ski­ną­łem gło­wą.

- No więc chcia­ła mnie zo­ba­czyć, pa­trzy­ła w górę, moż­na po­wie­dzieć: za­dzie­ra­ła gło­wę, słoń­ce świe­ci­ło jej w twarz i wi­dzia­łem, jaka jest sta­ra. Pa­mię­tam, że po­my­śla­łem: O do dia­bła, je­śli nie za­ha­mu­ję, to roz­pry­śnie się jak szkło. Ale sta­rzy lu­dzie są twar­dzi, przy­najm­niej więk­szość. Aż się dzi­wisz. Bo pro­szę zo­ba­czyć, jak to się skoń­czy­ło, obie sta­re damy żyją, a ona...

Umilkł i strasz­nie się za­ru­mie­nił, wy­glą­dał jak chło­piec, któ­re­go na prze­rwie wy­śmia­ły dziew­czy­ny, bo zo­ba­czy­ły, że ma roz­pię­ty roz­po­rek. Ko­micz­ne to było, ale gdy­bym się ro­ze­śmiał, tyl­ko wpra­wił­bym go w jesz­cze więk­sze za­kło­po­ta­nie.

- Strasz­nie mi przy­kro, pa­nie No­onan. Cza­sa­mi mó­wię szyb­ciej, niż my­ślę, i...

- W po­rząd­ku - uspo­ko­iłem go. - Naj­gor­sze już za mną.

Kła­ma­łem, ale mo­gli­śmy przy­najm­niej wró­cić do spra­wy.

- W każ­dym ra­zie się zde­rzy­li­śmy. Naj­pierw był huk, po­tem trzask, to to­yo­ta gię­ła się do środ­ka od stro­ny kie­row­cy. No i po­sy­pa­ło się szkło. Po­le­cia­łem na kie­row­ni­cę, wal­ną­łem w nią tak moc­no, że po­tem przez do­bry ty­dzień nie mo­głem od­dy­chać bez bólu. Si­niak mi wy­sko­czył na pier­si, o tu. - Na­ry­so­wał pal­cem łuk pod oboj­czy­ka­mi. - Wal­ną­łem gło­wą w szy­bę tak moc­no, że aż pę­kła, ale z tego był tyl­ko dru­gi, mały, fio­le­to­wy si­niec... ani odro­bi­ny krwi, na­wet gło­wa mnie nie bo­la­ła. Żona mówi, że to przez ten za­ku­ty łeb. Wi­dzia­łem, jak pro­wa­dzą­cą to­yo­tę sta­rusz­kę, pa­nią Easter­ling, spy­cha po de­sce mię­dzy sie­dze­nia. Za­trzy­ma­li­śmy się wresz­cie, scze­pie­ni ze sobą na środ­ku uli­cy. Za­raz wy­sko­czy­łem spraw­dzić, co z nimi. Pro­szę mi wie­rzyć, że spo­dzie­wa­łem się zo­ba­czyć dwa tru­py.

Pa­nie z to­yo­ty po­zo­sta­ły przy ży­ciu, na­wet nie stra­ci­ły przy­tom­no­ści, cho­ciaż pani Easter­ling mia­ła trzy zła­ma­ne że­bra i zwich­nię­te bio­dro. Pani De­or­sey, sie­dzą­ca na miej­scu pa­sa­że­ra, do­zna­ła wstrzą­śnie­nia mó­zgu od ude­rze­nia gło­wą w szy­bę drzwi, i to wszyst­ko. Jak zwy­kle pi­szą w ta­kich przy­pad­kach w "Der­ry News": "...zo­sta­ła opa­trzo­na w Home Ho­spi­tal i zwol­nio­na do domu".

Moja żona, świę­tej pa­mię­ci Jo­han­na Ar­len z Mal­den w Mas­sa­chu­setts, wi­dzia­ła to wszyst­ko z chod­ni­ka przed ap­te­ką, na któ­rym sta­nę­ła na chwi­lę z tor­bą prze­wie­szo­ną przez ra­mię i to­reb­ką z za­ku­pa­mi w ręku. Pew­nie jak Bill Fra­ker mu­sia­ła po­my­śleć so­bie, że pa­sa­że­ro­wie to­yo­ty albo nie żyją, albo są po­waż­nie ran­ni. Krak­sie to­wa­rzy­szył do­no­śny, choć głu­chy huk, prze­to­czył się przez upal­ne po­po­łu­dnie jak kula bi­lar­do­wa to­czy się po to­rze, a trzask szkła ozdo­bił je ni­czym po­rwa­ną ko­ron­ką. Do­słow­nie splą­ta­ne ze sobą dwa wozy utkwi­ły na środ­ku Jack­son, a brud­no­po­ma­rań­czo­wa cię­ża­rów­ka gó­ro­wa­ła nad im­portowa­ną za­baw­ką jak wku­rze­ni ro­dzi­ce nad prze­ra­żo­nym dziec­kiem.

Jo­han­na po­bie­gła przez par­king w stro­nę uli­cy. Nie sama, wo­kół niej było wie­lu bie­gną­cych, wśród nich tak­że pan­na Jill Dun­bar­ry, któ­ra w chwi­li wy­pad­ku oglą­da­ła wy­sta­wę Ra­dio Shack. Po­wie­dzia­ła, że chy­ba wy­prze­dzi­ła Jo­han­nę, w każ­dym ra­zie była cał­kiem pew­na, że wy­prze­dza­ła ko­bie­tę w żół­tych spodniach, ale na sto pro­cent to nie pa­mię­ta. Pani Easter­ling wrzesz­cza­ła już, że jest ran­na, obie są ran­ne i niech ktoś wresz­cie po­mo­że jej i bied­nej Ire­ne.

W po­ło­wie par­kin­gu, przy rzę­dzie au­to­ma­tów z ga­ze­ta­mi, moja żona upa­dła. To­reb­ka nie zsu­nę­ła się jej z ra­mie­nia, ale pu­ści­ła tor­bę z za­ku­pa­mi i in­ha­la­tor do po­ło­wy się z niej wy­su­nął. Ta dru­ga rzecz zo­sta­ła w środ­ku.

Nikt nie za­uwa­żył Jo­han­ny le­żą­cej przy au­to­ma­tach z ga­ze­ta­mi, uwa­gę wszyst­kich przy­ku­wa­ły sa­mo­cho­dy, krzy­czą­ce ko­bie­ty i roz­sze­rza­ją­ca się ka­łu­ża wody zmie­sza­nej z pły­nem prze­ciw­za­ma­rza­ją­cym, wy­cie­ka­ją­cych z pęk­nię­tej chłod­ni­cy wy­wrot­ki ("To ben­zy­na! - krzy­czał fa­cet z Fast Foto do każ­de­go, obo­jęt­nie, czy go słu­chał czy nie. - To ben­zy­na, uwa­żaj­cie lu­dzie, żeby nie wy­bu­chła!"). Po­dej­rze­wam, że je­den i dru­gi chęt­ny ra­tow­nik mógł na­wet nad nią prze­sko­czyć, za­pew­ne w prze­ko­na­niu, że stra­ci­ła przy­tom­ność. Za­ło­że­nie, że tak to wy­glą­da­ło w dniu, w któ­rym tem­pe­ra­tu­ra do­bi­ja­ła trzy­dziest­ki­piąt­ki na ter­mo­me­trze, nie wy­da­wa­ło się tak cał­kiem nie­roz­sąd­ne.

W su­mie na miej­sce wy­pad­ku do­bie­gły ze dwa tu­zi­ny lu­dzi z cen­trum han­dlo­we­go plus jesz­cze ze czte­ry tu­zi­ny ze Straw­ford Park, gdzie to­czył się wła­śnie mecz ba­se­bal­lu. Po­dej­rze­wam, że wszyst­ko, co za­zwy­czaj moż­na usły­szeć w ta­kiej sy­tu­acji, już się sły­sza­ło, a nie­któ­re rze­czy na­wet wię­cej niż raz. Kłę­bią­cy się tłum. Ktoś się­ga przez zde­for­mo­wa­ną dziu­rę, jesz­cze przed chwi­lą okno od stro­ny kie­row­cy, po­kle­pu­je Es­ther po drżą­cej star­czej dło­ni. Lu­dzie roz­stę­pu­ją się chęt­nie, to­ru­jąc dro­gę Jo­emu Wy­ze­ro­wi; w ta­kich oko­licz­no­ściach kto­kol­wiek ma na so­bie bia­ły far­tuch, au­to­ma­tycz­nie sta­je się pięk­no­ścią balu. Z dala sły­chać sy­gnał zbli­ża­ją­cej się ka­ret­ki po­go­to­wia, drżą­cy jak po­wie­trze nad spa­lar­nią.

A przez cały ten czas moja żona le­ża­ła na par­kin­gu nie­zau­wa­żo­na, z to­reb­ką cią­gle prze­wie­szo­ną przez ra­mię (w to­reb­ce cze­ka nie­zje­dzo­na cze­ko­lad­ka pian­ko­wa w kształ­cie mysz­ki) i tor­bą z ap­te­ki wy­su­nię­tą nie­co poza za­sięg wy­cią­gnię­tej ręki. To Joe Wy­zer, cho­ciaż śpie­szył się do ap­te­ki po kom­pres na gło­wę dla Ire­ne De­or­sey, do­strzegł ją pierw­szy. I roz­po­znał, mimo że le­ża­ła twa­rzą w dół. Roz­po­znał ją po ru­dych wło­sach, bia­łej bluz­ce i żół­tych spodniach. Roz­po­znał ją, bo prze­cież przed nie­speł­na kwa­dran­sem była jego klient­ką.

- Pani No­onan? - Za­po­mniał o kom­pre­sie dla oszo­ło­mio­nej, ale naj­wy­raź­niej nie­zbyt moc­no po­szko­do­wa­nej Ire­ne De­or­sey.

- Pani No­onan? Pani No­onan, nic pani nie jest?

Już wte­dy wie­dział, a przy­najm­niej po­dej­rze­wam, że wie­dział, choć mogę się oczy­wi­ście my­lić, że na pew­no coś jej jest.

Ob­ró­cił moją żonę. Mu­siał użyć do tego obu rąk, a i tak nie przy­szło mu to ła­two, klęk­nął i po­py­chał cia­ło pod przy­pie­ka­ją­cym z nie­ba słoń­cem, w do­dat­ku na­grze­wa­ją­cym as­falt. Oso­bi­ście je­stem prze­ko­na­ny, że zmar­li na­bie­ra­ją wagi. Oni sami i na­sza pa­mięć o nich... i pod jed­nym, i pod dru­gim wzglę­dem na­bie­ra­ją wagi.

Na twa­rzy mo­jej żony były czer­wo­ne śla­dy. Kie­dy iden­ty­fi­ko­wa­łem cia­ło, wi­dzia­łem je wy­raź­nie, na­wet na mo­ni­to­rze. Na koń­cu ję­zy­ka mia­łem py­ta­nie do asy­sten­ta pa­to­lo­ga, skąd się wzię­ły, ale sam się do­my­śli­łem. Ko­niec lip­ca, roz­grza­ny as­falt... ele­men­tar­ne, dro­gi Wat­so­nie. Moja żona zmar­ła, do­zna­jąc po­ra­że­nia sło­necz­ne­go.

Wy­zer wstał. Zo­ba­czył pod­jeż­dża­ją­cą wła­śnie ka­ret­kę. Po­biegł do niej, prze­pchnął się przez tłum, zła­pał za rę­kaw sa­ni­ta­riu­sza wy­sia­da­ją­ce­go zza kie­row­ni­cy.

- Tam jest ko­bie­ta - po­wie­dział, wska­zu­jąc pal­cem par­king.

- Czło­wie­ku, my tu mamy dwie ko­bie­ty i jesz­cze fa­ce­ta na do­da­tek. - Sa­ni­ta­riusz pró­bo­wał mu się wy­rwać, ale Wy­zer trzy­mał go moc­no.

- To aku­rat nie jest ta­kie waż­ne. Nic im się nie sta­ło. A tej ko­bie­cie tam, wręcz prze­ciw­nie.

Ta ko­bie­ta tam nie żyła, je­stem cał­kiem pe­wien, że Joe Wy­zer do­brze o tym wie­dział, ale wie­dział też, co jest waż­ne, a co mniej. To mu trze­ba przy­znać. Oka­zał się tak prze­ko­ny­wa­ją­cy, że dwaj sa­ni­ta­riu­sze od­da­li­li się od ka­ret­ki i miej­sca wy­pad­ku, cho­ciaż Es­ther Easter­ling krzy­cza­ła z bólu, a grec­ki chór za­grzmiał pro­te­stem.

Po­de­szli do mo­jej le­żą­cej żony. Pierw­szy sa­ni­ta­riusz po­twier­dził po­dej­rze­nia Jo­ego, a dru­gi po­wie­dział:

- O do dia­bła! Co się jej sta­ło?

- Naj­praw­do­po­dob­niej ser­ce - po­wie­dział pierw­szy.

- Prze­ję­ła się i ser­dusz­ko nie wy­trzy­ma­ło.

Ale to nie było ser­ce. Sek­cja wy­ka­za­ła tęt­niak mó­zgu, z któ­rym żyła, nic o nim nie wie­dząc, może na­wet aż pięć lat? A kie­dy bie­gła przez par­king na miej­sce wy­pad­ku, osła­bio­ne na­czy­nie w ko­rze mó­zgo­wej strze­li­ło jak dęt­ka, za­ta­pia­jąc ośrod­ki we krwi i w ten spo­sób ją za­bi­ja­jąc. Śmierć nie była za­pew­ne na­tych­mia­sto­wa, po­wie­dział mi asy­stent pa­to­lo­ga, ale na­stą­pi­ła szyb­ko... i bez cier­pień. Ni­czym eks­plo­zja wiel­kiej czar­nej no­wej, po­chła­nia­ją­ca wra­że­nia i my­śli, nim cia­ło ude­rzy­ło o as­falt.

- Może mógł­bym w czymś po­móc, pa­nie No­onan? - spy­tał dok­tor. Od­wró­cił mnie de­li­kat­nie od ob­ra­zu nie­ru­cho­mej twa­rzy i za­mknię­tych oczu, wy­łą­czył mo­ni­tor. - Ma pan może ja­kieś py­ta­nia? Od­po­wiem, je­śli po­tra­fię.

- Tyl­ko jed­no.

Po­wie­dzia­łem mu, co moja żona ku­pi­ła w ap­te­ce tuż przed śmier­cią. A po­tem za­da­łem py­ta­nie.

***

Dni po­prze­dza­ją­ce po­grzeb i sama uro­czy­stość po­grze­bo­wa po­zo­sta­ły w mej pa­mię­ci ni­czym sen. Naj­le­piej pa­mię­tam tę chwi­lę, kie­dy zja­dłem cze­ko­lad­kę i pła­ka­łem... przede wszyst­kim pła­ka­łem, bo wie­dzia­łem, że jej smak wkrót­ce znik­nie. Ata­ku pła­czu do­sta­łem zno­wu kil­ka dni po po­grze­bie. Opo­wiem wam o tym wkrót­ce.

Ucie­szył mnie przy­jazd ro­dzi­ny Jo, a zwłasz­cza jej star­sze­go bra­ta Fran­ka. To on, Frank Ar­len - ru­mia­ny, za­żyw­ny, z buj­ny­mi ciem­ny­mi wło­sa­mi - za­ła­twił wszyst­kie for­mal­no­ści... na­wet tar­go­wał się z wła­ści­cie­lem domu po­grze­bo­we­go!

- By­łem przy tym, ale cią­gle nie po­tra­fię uwie­rzyć świa­dec­twu wła­snych oczu - po­wie­dzia­łem mu póź­niej, kie­dy sie­dzie­li­śmy w loży Jack's Pub, po­pi­ja­jąc piwo.

- Wci­skał ci kit, Mi­key. Nie­na­wi­dzę ta­kich lu­dzi. - Frank się­gnął do tyl­nej kie­sze­ni spodni po chu­s­tecz­kę i otarł nią czer­wo­ne po­licz­ki. Nie za­ła­mał się, ża­den z Ar­le­nów się nie za­ła­mał, a przy­najm­niej nie przy mnie, ale cie­kło mu z oczu przez cały dzień. Wy­glą­dał jak fa­cet z ostrym za­pa­le­niem spo­jó­wek.

Było sze­ścio­ro ro­dzeń­stwa Ar­le­nów, z Jo jako naj­młod­szą i je­dy­ną dziew­czyn­ką. Bra­cia trak­to­wa­li ją jak ma­skot­kę. Gdy­bym miał coś wspól­ne­go z jej śmier­cią, ro­ze­rwa­li­by mnie w pię­ciu go­ły­mi rę­ka­mi. Nie mia­łem, więc oto­czy­li mnie nie­wzru­szo­ną opie­ką; było to do­praw­dy wspa­nia­łe. Przy­pusz­czam, że po­ra­dził­bym so­bie ja­koś i bez nich, ale nie mam po­ję­cia jak. Pa­mię­taj­cie, mia­łem trzy­dzie­ści sześć lat. Trzy­dzie­sto­sze­ścio­la­tek nie spo­dzie­wa się cho­wać żony, dwa lata od nie­go młod­szej. Myśl o śmier­ci na­wet nie po­sta­ła nam w gło­wie.

- Je­że­li fa­cet wy­cią­ga ci ra­dio z sa­mo­cho­du, na­zy­wa­ją to kra­dzie­żą i fa­ce­ta za­my­ka­ją - po­wie­dział Frank. Ar­le­no­wie po­cho­dzi­li z Mas­sa­chu­setts i mó­wi­li z ak­cen­tem ich ro­dzin­ne­go Mal­den. W gło­sie Fran­ka "fa­ce­ta" brzmia­ło jak "fa­au­ce­ta", "sa­mo­cho­du" jak "sa­mo­cho­da", "kra­dzie­żą" jak "kła­aadzie­żą".

- A je­śli po­grą­żo­ne­mu w żalu mę­żo­wi pró­bu­je sprze­dać trum­nę war­tą trzy stó­wy za czte­ry­sta pięć­dzie­siąt, na­zy­wa­ją to biz­ne­sem i za­pra­sza­ją go­ścia do Ro­ta­ry Club, żeby wy­gło­sił mowę przed obia­dem. Za­chłan­ny du­pek. Za­ser­wo­wa­łem mu nie­zły obia­dek, nie?

- Owszem, nie­zły.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku, Mi­key?

- Ja­sne.

- Na­praw­dę?

- A skąd mam, kur­wa, wie­dzieć? - spy­ta­łem go tak gło­śno, że w są­sied­nich lo­żach od­wró­ci­ły się gło­wy. A po­tem do­da­łem:

- Była w cią­ży.

Twarz Fran­ka ska­mie­nia­ła.

- Co?

Zmu­si­łem się do ści­sze­nia gło­su.

- Była w cią­ży. Sześć, może sie­dem ty­go­dni, jak wy­ka­za­ła... no wiesz, au­top­sja. Wie­dzia­łeś? Po­wie­dzia­ła ci?

- Nie! Chry­ste, skąd, nic a nic! - Ale przez mo­ment wy­glą­dał dziw­nie. Coś mu­sia­ła mu po­wie­dzieć. - Wiem, że pró­bo­wa­li­ście, oczy­wi­ście... mó­wi­ła, że masz małą ilość plem­ni­ków, że to może kosz­to­wać was tro­chę cza­su, ale zda­niem dok­to­rów prę­dzej czy póź­niej... praw­do­po­dob­nie... - prze­rwał. Wpa­trzył się w swe dło­nie. - Oni po­tra­fią to po­wie­dzieć? Spraw­dza­ją?

- Po­tra­fią to po­wie­dzieć. Czy spraw­dza­ją au­to­ma­tycz­nie, tego nie wiem. Po­pro­si­łem o spraw­dze­nie.

- Dla­cze­go?

- Ku­pi­ła nie tyl­ko in­ha­la­tor. Tak­że je­den z do­mo­wych te­stów cią­żo­wych.

- Po pro­stu chcia­ła być pew­na. To wszyst­ko. Wiesz o tym, praw­da?

"Wy­ku­pić prze­dłu­żo­ną re­cep­tę na in­ha­la­tor do za­tok", po­wie­dzia­ła mi, a po­tem wspo­mnia­ła o ka­wał­ku ryby. Wy­glą­da­ła jak za­wsze. Ko­bie­ta ma­ją­ca do za­ła­twie­nia parę drob­nych spraw. Pró­bo­wa­li­śmy z dziec­kiem od ośmiu lat, a ona wy­glą­da­ła jak za­wsze.

- Ja­sne - po­wie­dzia­łem. Po­kle­pa­łem Fran­ka po dło­ni.

- Ja­sne, sta­ry. Wiem.

***

To Ar­le­no­wie do­wo­dze­ni przez Fran­ka zor­ga­ni­zo­wa­li po­że­gna­nie Jo­han­ny. Moim za­da­niem, jako je­dy­ne­go pi­sa­rza w ro­dzi­nie, było przy­go­to­wa­nie ne­kro­lo­gu. Brat przy­je­chał z Wir­gi­nii, przy­wo­żąc na­szą mat­kę i ciot­kę. Od­da­no mu pod opie­kę księ­gę kon­do­len­cyj­ną przy wy­sta­wie­niu zwłok. Mama, w wie­ku sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat pra­wie cał­kiem zdzie­cin­nia­ła, cho­ciaż le­ka­rze nie na­zwa­li tego al­zhe­ime­rem, miesz­ka­ła w Mem­phis ze swą o dwa lata młod­szą sio­strą, za­le­d­wie odro­bi­nę mniej zwa­rio­wa­ną. Ich za­da­niem było kro­je­nie tor­tu i ciast na sty­pie.

Wszyst­kim in­nym za­ję­li się Ar­le­no­wie, od wy­zna­cze­nia go­dzin po­że­gna­nia po szcze­gó­ły ce­re­mo­nii. Frank i Vic­tor, naj­młod­szy z bra­ci, wy­gło­si­li krót­kie mowy po­grze­bo­we. Oj­ciec po­mo­dlił się za jej du­szę. Na koń­cu Pete Bre­edlo­ve, chło­piec, któ­ry w le­cie ko­sił nam tra­wę, a je­sie­nią zmia­tał li­ście, do­pro­wa­dził wszyst­kich do łez, śpie­wa­jąc Jak bło­go wie­dzieć, zda­niem Fran­ka ulu­bio­ny hymn Jo, kie­dy była małą dziew­czyn­ką. Jak Frank zna­lazł Pete'a i jak skło­nił go do za­śpie­wa­nia na po­grze­bie, nig­dy się nie do­wie­dzia­łem.

Ja­koś przez to prze­szli­śmy, wtor­ko­we po­po­łu­dnie i wie­czór na wy­sta­wie­niu, śro­do­we po­ran­ne na­bo­żeń­stwo po­grze­bo­we, krót­ka mo­dli­twa na cmen­ta­rzu Fa­ir­lawn. Naj­le­piej pa­mię­tam, że my­śla­łem o tym, jak strasz­nie jest go­rą­co, jaki je­stem za­gu­bio­ny, bo nie mogę na­wet po­roz­ma­wiać z Jo, i że po­wi­nie­nem jed­nak ku­pić nowe buty. Gdy­by tu była, moja żona za­ga­da­ła­by mnie na śmierć za te sta­re.

Po­tem roz­ma­wia­łem z bra­tem Si­dem o tym, że mu­si­my coś zro­bić z na­szą mat­ką i ciot­ką Fran­ci­ne, nim obie znik­ną na za­wsze w Stre­fie Mro­ku. Są za mło­de na dom opie­ki, więc co pro­po­nu­je?

Za­pro­po­no­wał coś, ale niech mnie dia­bli, je­śli wiem co. Pa­mię­tam, że zgo­dzi­łem się z jego opi­nią, ale nie mam po­ję­cia, jaka to była opi­nia. Po­tem, jesz­cze tego sa­me­go dnia, Sid­dy, mama i cio­cia Fran­ci­ne wsie­dli do wy­na­ję­te­go sa­mo­cho­du. Mie­li po­je­chać do Bo­sto­nu, prze­no­co­wać tam, a rano zła­pać So­uthern Cre­scent. Mój brat nie ma nic prze­ciw opie­ce nad ludź­mi star­szy­mi, ale nie chce sły­szeć o sa­mo­lo­cie, na­wet kie­dy ja pła­cę za bi­le­ty. Twier­dzi, że na nie­bie nie ma pa­sów awa­ryj­nych, na któ­re może zje­chać, kie­dy zga­śnie sil­nik.

Pra­wie wszy­scy Ar­le­no­wie wy­je­cha­li na­stęp­ne­go dnia. Znów był upał, słoń­ce ga­pi­ło się na zie­mię z roz­pa­lo­ne­go do bia­ło­ści nie­ba, po­kry­wa­jąc wszyst­ko po­świa­tą roz­to­pio­ne­go mo­sią­dzu. Usta­wi­li się przed na­szym do­mem, któ­ry stał się moim do­mem, na tle po­tul­nie cze­ka­ją­cych trzech tak­só­wek, ban­da wiel­kich nie­zdar ści­ska­ją­cych je­den dru­gie­go wśród mnó­stwa to­reb, że­gna­ją­cych się wśród uprzej­mo­ści wy­gła­sza­nych z tym ich ak­cen­tem z Mas­sa­chu­setts, przez któ­ry każ­de sło­wo wy­da­wa­ło się prze­dzie­rać jak przez mgłę.

Frank zo­stał jesz­cze je­den dzień. Za do­mem ze­bra­li­śmy wiel­ki bu­kiet kwia­tów, nie tych upior­nie pach­ną­cych, szklar­nio­wych, ko­ja­rzą­cych mi się nie­od­par­cie z dźwię­kiem or­ga­nów, ale ta­kich praw­dzi­wych, któ­re Jo za­wsze lu­bi­ła naj­bar­dziej. Wło­ży­li­śmy je do pu­szek po ka­wie, któ­re zna­la­złem w spi­żar­ni, po­je­cha­li­śmy na Fa­ir­lawn i po­sta­wi­li­śmy na świe­żym gro­bie. A po­tem tyl­ko sie­dzie­li­śmy w pa­lą­cym słoń­cu.

- W ży­ciu nie spo­tka­łem ni­ko­go słod­sze­go od niej - prze­rwał mil­cze­nie Frank. Mó­wił dziw­nym, stłu­mio­nym gło­sem. - Opie­ko­wa­li­śmy się nią, kie­dy by­li­śmy dzieć­mi. My, chło­pa­ki. Nikt nie miał pra­wa pod­sko­czyć Jo. Mo­żesz mi wie­rzyć. A jak ktoś pró­bo­wał, ob­ry­wał, bo za­słu­żył.

- Opo­wia­da­ła mi róż­ne hi­sto­rie.

- Te do­bre?

- Tak. Te na­praw­dę do­bre.

- Bę­dzie mi jej strasz­nie bra­ko­wa­ło.

- Mnie też - po­wie­dzia­łem. - Frank... po­słu­chaj... wiem, że by­łeś jej ulu­bio­nym bra­cisz­kiem. Nie od­zy­wa­ła się do cie­bie? Może po to tyl­ko, żeby po­wie­dzieć, że okres się jej spóź­nia albo rano czu­je się nie­wy­raź­nie? Nie wku­rzę się.

- Nic z tych rze­czy. Sło­wo ho­no­ru. A czy rano czu­ła się nie­wy­raź­nie?

- Nie za­uwa­ży­łem.

O to wła­śnie cho­dzi­ło. Ni­cze­go nie za­uwa­ży­łem. Pi­sa­łem, oczy­wi­ście, a kie­dy pi­szę, to od­la­tu­ję, ale ona po­tra­fi­ła roz­po­znać trans. Do­tar­ła­by do mnie, do­pro­wa­dzi­ła do rze­czy­wi­sto­ści. Więc cze­mu tego nie zro­bi­ła? Dla­cze­go ukry­wa­ła przede mną do­brą wia­do­mość? Nie chcia­ła po­wie­dzieć, póki nie była pew­na? Cał­kiem praw­do­po­dob­ne... ale ja­koś to do niej nie pa­so­wa­ło.

- Chło­piec czy dziew­czyn­ka? - spy­tał Frank.

- Dziew­czyn­ka.

Za­raz po ślu­bie wy­bra­li­śmy imio­na. Już cze­ka­ły. Chło­piec miał mieć na imię An­drew, dziew­czyn­ka Kia. Kia Jane No­onan.

***

Frank, roz­wie­dzio­ny przed sze­ściu laty i sa­mot­ny, za­trzy­mał się u mnie. Po dro­dze z cmen­ta­rza po­wie­dział:

- Mar­twię się o cie­bie, Mi­key. Nie masz ro­dzi­ny, któ­ra by ci po­mo­gła w trud­nych chwi­lach, a ta, któ­rą masz, i tak jest da­le­ko.

- Nic mi nie bę­dzie - za­pro­te­sto­wa­łem.

Ski­nął gło­wą.

- Za­wsze tak mó­wi­my, praw­da?

- My?

- Fa­ce­ci. "Nic mi nie bę­dzie". A je­śli jed­nak coś nam jest, ro­bi­my wszyst­ko, żeby lu­dzie się o tym nie do­wie­dzie­li.

- Spoj­rzał na mnie. Oczy cią­gle miał wil­got­ne, w wiel­kiej opa­lo­nej ręce trzy­mał chu­s­tecz­kę. - Je­śli coś ci jest, Mi­key, a nie chcesz dzwo­nić do bra­ta... wi­dzia­łem, jak na nie­go pa­trzysz... po­zwól mi być swo­im bra­tem. Je­śli nie dla sa­me­go sie­bie, to dla Jo.

- Ja­sne.

Do­ce­ni­łem ofer­tę i sza­no­wa­łem go za te sło­wa, ale wie­dzia­łem też, że nie sko­rzy­stam. Nie dzwo­nię po lu­dziach z proś­bą o po­moc. Nie dla­te­go, że tak zo­sta­łem wy­cho­wa­ny, przy­najm­niej tak mi się wy­da­je, ra­czej dla­te­go, że taki już je­stem. Jo­han­na po­wie­dzia­ła raz, że gdy­bym się to­pił w Dark Sco­re Lake, gdzie mamy let­ni dom, to prę­dzej ci­cho bym umarł pięt­na­ście me­trów od peł­nej pla­ży, niż za­dzwo­nił po po­moc. To nie spra­wa mi­ło­ści czy w ogó­le uczuć. Po­tra­fię je da­wać i po­tra­fię brać. Czu­ję ból, jak każ­dy. Chcę do­ty­kać ko­goś, chcę, żeby i mnie ten ktoś do­ty­kał. Ale na py­ta­nie: "Nic ci nie jest?", nie umiem od­po­wie­dzieć, że prze­ciw­nie, jest. Nie po­tra­fię pro­sić o po­moc.

Dwie go­dzi­ny póź­niej Frank wy­ru­szył na po­łu­dnie sta­nu. Za­sko­czył mnie, bo kie­dy otwo­rzył sa­mo­chód, zo­ba­czy­łem, że w od­twa­rza­czu ma ka­se­tę z jed­ną z mo­ich ksią­żek. Naj­pierw mnie ob­jął, a po­tem zdu­miał po­ca­łun­kiem w usta, przy­zwo­itym, moc­nym cmok­nię­ciem.

- A je­śli po­czu­jesz, że mu­sisz mieć to­wa­rzy­stwo, po pro­stu przy­jedź.

Ski­ną­łem gło­wą.

- I uwa­żaj.

Zno­wu mnie za­sko­czył. Po­łą­cze­nie upa­łu i żalu spra­wi­ło, że przez ostat­nie kil­ka dni ży­łem jak we śnie, ale te sło­wa się do mnie prze­bi­ły.

- Na co mam uwa­żać?

- Nie wiem. Nie wiem, Mi­key.

Frank, wiel­ki fa­cet, wsiadł do ma­łe­go wozu; wy­glą­da­ło to tak, jak­by go na sie­bie wkła­dał. Od­je­chał. Słoń­ce już za­cho­dzi­ło. Wie­cie, jak wy­glą­da słoń­ce pod ko­niec upal­ne­go sierp­nio­we­go dnia... po­ma­rań­czo­we i ja­kieś ta­kie zgnie­cio­ne, jak­by nie­wi­dzial­na dłoń przy­ci­ska­ła je z góry, jak­by lada chwi­la mia­ło strze­lić ni­czym na­żar­ty ko­mar, za­pa­sku­dzić cały ho­ry­zont. No więc było cał­kiem tak. Na wscho­dzie, gdzie już pa­no­wa­ła ciem­ność, za­grzmia­ło. Ale tej nocy nie pa­dał deszcz, tyl­ko mrok przy­szedł szyb­ko, cięż­ki i du­szą­cy ni­czym koc. Mimo to usia­dłem do pro­ce­so­ra tek­stu. Pi­sa­łem ja­kąś go­dzi­nę. Po­szło mi nad­spo­dzie­wa­nie ła­two, o ile do­brze pa­mię­tam. Ale na­wet je­śli nie, to, ro­zu­mie­cie, przez ja­kiś czas mia­łem przy­najm­niej co ro­bić.

***

Dru­gie­go ata­ku pła­czu do­sta­łem trzy czy czte­ry dni po po­grze­bie. Wra­że­nie, że to wszyst­ko sen, nie chcia­ło ustą­pić. Cho­dzi­łem, roz­ma­wia­łem, od­bie­ra­łem te­le­fo­ny, pra­co­wa­łem nad książ­ką, w dniu śmier­ci Jo w ja­kichś osiem­dzie­się­ciu pro­cen­tach skoń­czo­ną, ale przez cały czas wy­da­wa­ło mi się, że to, co się dzie­je, dzie­je się da­le­ko od mo­je­go praw­dzi­we­go ja, że mniej lub bar­dziej wszyst­ko to so­bie tyl­ko wma­wiam.

Mama Pete'a, De­ni­se Bre­edlo­ve, za­dzwo­ni­ła i spy­ta­ła, czy miał­bym coś prze­ciw­ko temu, gdy­by kie­dyś w przy­szłym ty­go­dniu przy­szła z dwie­ma przy­ja­ciół­ka­mi i po­rząd­nie, od dzio­bu do rufy, wy­sprzą­ta­ła tę wiel­ką edwar­diań­ską kupę ka­mie­nia, w któ­rej sie­dzia­łem te­raz sam, jak ziarn­ko gro­chu te­le­pią­ce się w pusz­ce wiel­ko­ści tych do­wo­żo­nych do re­stau­ra­cji. Zro­bią to, oznaj­mi­ła mi, za sto do­la­rów na trzy, głów­nie dla­te­go, że kie­dy ktoś odej­dzie, trze­ba po­sprzą­tać, że po śmier­ci robi się po­rząd­ki w domu, na­wet je­śli to nie w nim ktoś umarł.

Od­par­łem, że to świet­ny po­mysł, ale za­pła­cę i jej, i oso­bom, któ­re przy­pro­wa­dzi po sto do­lców na łeb­ka za sześć go­dzin pra­cy i że mu­szą się zmie­ścić w tych sze­ściu go­dzi­nach. Je­śli się nie zmiesz­czą, wię­cej i tak im nie dam.

- Pa­nie No­onan, to o wie­le za dużo - za­pro­te­sto­wa­ła.

- Może tak, może nie, w każ­dym ra­zie tyle pła­cę. Zgo­da?

Ucie­szy­ła się. Tak, oczy­wi­ście, że tak.

Pew­nie moż­na było to ła­two prze­wi­dzieć, ale wie­czo­rem w przed­dzień spo­tka­nia od­kry­łem rap­tem, że cho­dzę po domu, do­ko­nu­jąc cze­goś w ro­dza­ju in­spek­cji. Chy­ba nie chcia­łem, żeby te ko­bie­ty (a dwóch z nich w ogó­le nie zna­łem) zna­la­zły coś, co mo­gło­by za­wsty­dzić któ­rąś z nich lub mnie. Jak je­dwab­ne maj­tecz­ki Jo mię­dzy po­dusz­ka­mi ka­na­py ("Na ogół le­piej nam wy­cho­dzi na ka­na­pie, Mi­cha­el - zwró­ci­ła mi kie­dyś uwa­gę.

- Za­uwa­ży­łeś"?). Jak pusz­ki po pi­wie pod ka­na­pą na dwie oso­by sto­ją­cą na gan­ku. Albo nie­spłu­ka­na to­a­le­ta. Nie po­tra­fię wam po­wie­dzieć, cze­go wła­ści­wie szu­ka­łem, za­cho­wy­wa­łem się jak we śnie ma­ją­cym peł­ną wła­dzę nad mym umy­słem. Je­śli o czymś my­śla­łem wów­czas ja­sno, to albo o za­koń­cze­niu po­wie­ści, nad któ­rą pra­co­wa­łem (psy­cho­pa­tycz­ny mor­der­ca zwa­bia moją bo­ha­ter­kę do wie­żow­ca, żeby ją ze­pchnąć z da­chu), albo o te­ście cią­żo­wym Nor­co, któ­ry Jo ku­pi­ła w dzień śmier­ci. Po­wie­dzia­ła mi, że ma już prze­dłu­żo­ną re­cep­tę na in­ha­la­tor. Po­wie­dzia­ła mi, że kupi rybę na ko­la­cję. A w jej oczach nie było nic, co zwró­ci­ło­by moją uwa­gę.

***

Pod ko­niec in­spek­cji po­rząd­ko­wej zaj­rza­łem pod na­sze łóż­ko. Po stro­nie Jo le­ża­ła otwar­ta książ­ka w ta­nim wy­da­niu. Od jej śmier­ci nie mi­nę­ło wie­le cza­su, ale też nie­wie­le do­mo­wych księ­ste­wek za­ku­rzo­nych jest tak jak Kró­le­stwo Pod­łóż­ka. Ja­sno­sza­ra war­stew­ka, któ­rą zo­ba­czy­łem na okład­kach, kie­dy wy­ją­łem książ­kę spod łóż­ka, ka­za­ła mi po­my­śleć o twa­rzy i rę­kach le­żą­cej w trum­nie żony; Jo w Kró­le­stwie Pod­zie­mi. Czy w trum­nie się ku­rzy? Z pew­no­ścią nie, ale...

Ode­gna­łem od sie­bie tę myśl. Uda­wa­ła, że już jej nie ma, ale przez cały dzień szu­ka­ła so­bie dro­gi po­wro­tu jak prze­śla­du­ją­cy Toł­sto­ja bia­ły niedź­wiedź.

Obo­je z Jo­han­ną ukoń­czy­li­śmy an­gli­sty­kę na Uni­wer­sy­te­cie Sta­nu Ma­ine, więc jak wie­lu in­nych (tak przy­najm­niej są­dzę) za­ko­cha­li­śmy się przy Szek­spi­rze i cy­ni­zmie Edwi­na Ar­ling­to­na Ro­bin­so­na, ro­dem wprost z jego Til­bu­ry Town. Na­to­miast pi­sa­rzem, któ­ry nas naj­bar­dziej do sie­bie zbli­żył, nie był ja­kiś po­eta i ese­ista typu uni­wer­sy­tec­ki piesz­czo­szek, ale W. So­mer­set Mau­gham, star­szy, wę­dru­ją­cy po świe­cie po­wie­ścio­pi­sarz i dra­ma­to­pi­sarz o ga­dziej twa­rzy (chy­ba na każ­dej fo­to­gra­fii przy­sło­nię­tej chmu­rą pa­pie­ro­so­we­go dymu) i ser­cu ro­man­ty­ka. Nie zdzi­wi­ło mnie więc, że książ­ką spod łóż­ka oka­zał się Księ­życ i mie­dziak. Prze­czy­ta­łem ją jako póź­ny na­sto­la­tek, nie raz, lecz dwa razy, żar­li­wie iden­ty­fi­ku­jąc się z po­sta­cią Char­le­sa Stric­klan­da, tyle że ja nie chcia­łem ma­lo­wać, ale pi­sać gdzieś tam na wy­spach mórz po­łu­dnio­wych.

Za za­kład­kę po­słu­ży­ła Jo kar­ta z ja­kiejś zde­kom­ple­to­wa­nej ta­lii. Otwie­ra­jąc książ­kę, po­my­śla­łem o czymś, co po­wie­dzia­ła, kie­dy do­pie­ro się po­zna­wa­li­śmy. Na za­ję­ciach z dwu­dzie­sto­wiecz­nej li­te­ra­tu­ry an­giel­skiej, pew­nie w 1980 roku. Jo­han­na Ar­len, drob­na i wy­bu­cho­wa, była wów­czas na dru­gim roku, ja na ostat­nim i cho­dzi­łem na dwu­dzie­sto­wiecz­nych An­go­li tyl­ko dla­te­go, że w koń­co­wym se­me­strze mia­łem mnó­stwo wol­ne­go cza­su.

- Mi­nie sto lat i za sła­bość kry­ty­ki po­ło­wy dwu­dzie­ste­go wie­ku uzna się to, że uwiel­bia­ła Law­ren­ce'a, a zi­gno­ro­wa­ła Mau­gha­ma.

Jej twier­dze­nie wzbu­dzi­ło zdro­wy, choć pod­szy­ty po­gar­dą śmiech (oni wszy­scy do­brze wie­dzie­li, że Za­ko­cha­ne ko­bie­ty to jed­na z naj­wspa­nial­szych na­pi­sa­nych kie­dy­kol­wiek cho­ler­nych ksią­żek), ale mnie to nie roz­ba­wi­ło. Ja się za­ko­cha­łem.

Kar­ta wło­żo­na była mię­dzy sto dru­gą i sto trze­cią stro­nę. Dirk Stro­eve wła­śnie się zo­rien­to­wał, że żona rzu­ci­ła go dla Stric­klan­da, Mau­gha­mow­skiej wer­sji Pau­la Gau­gi­na. Nar­ra­tor pró­bu­je uspo­ko­ić Stro­eve'a. "Mój dro­gi przy­ja­cie­lu, nie martw się. Ona wró­ci...".

- Ła­two ci mó­wić - burk­ną­łem pod no­sem. By­łem w po­ko­ju, któ­ry na­le­żał już tyl­ko do mnie.

Prze­wró­ci­łem stro­nę.

"Obe­lży­wy spo­kój Stric­klan­da po­zba­wił Stro­eve'a resz­tek cier­pli­wo­ści. Ogar­nę­ła go śle­pa fu­ria i nie zda­jąc so­bie spra­wy z tego, co robi, rzu­cił się na Stric­klan­da. Ten, zdzi­wio­ny, za­to­czył się, lecz był bar­dzo sil­ny - na­wet po cho­ro­bie - i w jed­nej chwi­li Stro­eve, sam nie wie­dząc jak, zna­lazł się na pod­ło­dze. "Ty za­baw­ny ka­rzeł­ku" - po­wie­dział Stric­kland"3.

Uświa­do­mi­łem so­bie, że Jo już nig­dy nie od­wró­ci stro­ny, nie usły­szy Stric­klan­da na­zy­wa­ją­ce­go ża­ło­sne­go Stro­eve'a "za­baw­nym ka­rzeł­kiem". Moje my­śli roz­bły­sły na­gle tak ja­sno, że aż ośle­pia­ją­co; była to chwi­la ob­ja­wie­nia, bo wte­dy wła­śnie po­ją­łem, że to nie błąd, któ­ry moż­na ja­koś na­pra­wić, nie sen, z któ­re­go się obu­dzę, że Jo­han­na na­praw­dę nie żyje.

Żal ode­brał mi wszyst­kie siły. Gdy­by nie to, że łóż­ko było tak bli­sko, upadł­bym na pod­ło­gę. Pła­cze­my ocza­mi, tyl­ko tak po­tra­fi­my pła­kać, ale tego wie­czo­ru pła­ka­łem każ­dym po­rem cia­ła, każ­dym jego za­ka­mar­kiem. Sie­dzia­łem na brze­gu łóż­ka, z za­ku­rzo­nym ta­nim wy­da­niem Księ­ży­ca i mie­dzia­ka w rę­kach, i za­no­si­łem się pła­czem. Za­sko­cze­nie, jak są­dzę, było rów­ne ża­lo­wi, bo mimo że wi­dzia­łem cia­ło na mo­ni­to­rze wy­so­kiej roz­dziel­czo­ści i zi­den­ty­fi­ko­wa­łem je, mimo po­grze­bu, mimo od­śpie­wa­ne­go przez Pete'a Bre­edlo­ve'a słod­kim te­no­rem hym­nu Jak bło­go wie­dzieć, mimo po­grze­bu z jego "z pro­chu po­wsta­łeś i w proch się ob­ró­cisz" do tej pory tak na­praw­dę nie wie­rzy­łem. Pa­per­back Pen­gu­ina do­ko­nał tego, cze­go nie mo­gła do­ko­nać wiel­ka sza­ra trum­na: wparł we mnie, że moja żona nie żyje.

""Ty za­baw­ny ka­rzeł­ku" - po­wie­dział Stric­kland".

Po­ło­ży­łem się, Ukry­łem twarz pod skrzy­żo­wa­ny­mi przed­ra­mio­na­mi, uko­ły­sa­łem się do snu wła­snym pła­czem, jak to ro­bią małe, nie­szczę­śli­we dzie­ci. I mia­łem strasz­ny sen. W tym śnie obu­dzi­łem się, zo­ba­czy­łem książ­kę Księ­życ i mie­dziak le­żą­cą przy mnie na na­rzu­cie i po­sta­no­wi­łem wło­żyć ją tam, gdzie zna­la­złem, pod łóż­ko. Wie­cie, ja­kie po­mie­sza­ne po­tra­fią być sny, z ich lo­gi­ką jak ze­ga­ry Da­le­go, tak mięk­kie, że wi­szą na ga­łę­ziach drzew ni­czym za­rzu­co­ne na nie do trze­pa­nia dy­wa­ni­ki.

Wło­ży­łem kar­tę za­kład­kę mię­dzy stro­ny sto dwa i sto trzy,za­le­d­wie mały ruch pal­cem wska­zu­ją­cym od ""Ty za­baw­ny ka­rzeł­ku" - po­wie­dział Stric­kland", te­raz i na za­wsze, prze­tur­la­łem się na swo­ją stro­nę, zwie­si­łem gło­wę, żeby odło­żyć książ­kę do­kład­nie tam, skąd ją wzią­łem.

Pod łóż­kiem, wśród kłęb­ków ku­rzu, le­ża­ła Jo. Zwi­sa­ją­ca ze sprę­ży­ny pa­ję­czy­na pie­ści­ła jej po­li­czek jak piór­kiem. Rude wło­sy stra­ci­ły swój po­łysk, ale w bla­dej twa­rzy błysz­cza­ły ciem­ne, przy­tom­ne, złe oczy. A kie­dy prze­mó­wi­ła, wie­dzia­łem, że śmierć przy­pra­wi­ła ją o sza­leń­stwo.

Daj mi to - syk­nę­ła. Daj mi to, co tak ła­pie kurz.

Wy­rwa­ła mi książ­kę z ręki, nim zdą­ży­łem speł­nić jej po­le­ce­nie. Przez chwi­lę na­sze pal­ce sty­ka­ły się, a jej były zim­ne jak ga­łąz­ki po noc­nym przy­mroz­ku. Otwo­rzy­ła Księ­życ i mie­dziak, kar­ta sfru­nę­ła na pod­ło­gę. Po­ło­ży­ła so­bie otwar­tą po­wieść So­mer­se­ta Mau­gha­ma na twa­rzy, we­lon słów, a po­tem skrzy­żo­wa­ła dło­nie na pier­siach i znie­ru­cho­mia­ła. Uświa­do­mi­łem so­bie, że ubra­na jest w nie­bie­ską su­kien­kę, w któ­rej ją po­cho­wa­łem. Wy­szła z gro­bu, by ukryć się pod na­szym łóż­kiem.

Obu­dzi­łem się ze stłu­mio­nym okrzy­kiem i spra­wia­ją­cym ból drże­niem, któ­re omal nie zrzu­ci­ło mnie z łóż­ka. Nie spa­łem dłu­go, po­licz­ki mia­łem wil­got­ne, po­wie­ki na­cią­gnię­te - ta­kie uczu­cie ma się po dłu­go­trwa­łym pła­czu. Sen wy­da­wał mi się tak praw­dzi­wy, że po pro­stu mu­sia­łem zwie­sić gło­wę z łóż­ka, zaj­rzeć pod nie i nie wąt­pi­łem, że zo­ba­czę ją tam le­żą­cą z książ­ką na twa­rzy, że wy­cią­gnie rękę, ze­chce do­tknąć mnie zim­ny­mi pal­ca­mi.

Oczy­wi­ście ni­cze­go nie zo­ba­czy­łem, sny to w koń­cu tyl­ko sny. Ale resz­tę nocy prze­spa­łem na ka­na­pie w ga­bi­ne­cie. Chy­ba był to do­bry wy­bór, po­nie­waż tej nocy już nie śni­łem. Tyl­ko ni­cość jest do­brem we śnie.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Za­raz po wej­ściu do domu usły­sza­łem dzwo­nek te­le­fo­nu. Frank za­pra­szał mnie na świę­ta. W imie­niu ro­dzi­ny, bo Ar­le­no­wie wszy­scy się do nie­go wy­bie­ra­li.

Otwo­rzy­łem usta, żeby po­wie­dzieć "nie"; ostat­nią rze­czą, ja­kiej po­trze­bo­wa­łem, było sza­lo­ne ir­landz­kie Boże Na­ro­dze­nie, na któ­rym wszy­scy chle­ją whi­sky, znę­ca­ją się sen­ty­men­tal­nie nad pa­mię­cią o Jo, a ze dwa tu­zi­ny za­smar­ka­nych gów­nia­rzy pa­łę­ta­ją się pod no­ga­mi, i usły­sza­łem, że mó­wię "chęt­nie przy­ja­dę".

Frank wy­da­wał się rów­nie zdu­mio­ny jak ja, ale tak­że uczci­wie za­do­wo­lo­ny.

- Fan­ta­zja! - krzyk­nął. - Kie­dy przy­jeż­dżasz?

Sta­łem w przed­po­ko­ju, woda z ka­lo­szy spły­wa­ła na te­ra­ko­tę, a przed sobą, przez otwar­ty łuk, wi­dzia­łem po­kój dzien­ny. Nie było w nim cho­in­ki; od śmier­ci Jo nie przej­mo­wa­łem się ja­ki­miś tam cho­in­ka­mi. Spra­wiał wra­że­nie jed­no­cze­śnie upior­ne­go i dla mnie o wie­le za du­że­go, jak tor do jaz­dy na wrot­kach urzą­dzo­ny we wcze­sno­ame­ry­kań­skim sty­lu.

- Wła­śnie wra­cam z mia­sta - po­wie­dzia­łem. - Może wrzu­cę parę gaci do tor­by, wró­cę do wozu i po­ja­dę na po­łu­dnie, póki na­wiew grze­je?

Frank nie za­wa­hał się ani na chwi­lę.

- Świet­ny po­mysł. Urzą­dzi­my so­bie nor­mal­ny ka­wa­ler­ski wie­czór, nim na­pad­ną nas Sy­no­wie i Córy East Mal­den. No do­bra, koń­czy­my i idę na­lać ci drin­ka.

- No to ru­szam w dro­gę - po­wie­dzia­łem.

***

Były to bez naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści naj­lep­sze, naj­mil­sze ja­kie­kol­wiek świę­ta od dnia śmier­ci Jo­han­ny. Chy­ba je­dy­ne w ogó­le miłe. Na czte­ry dni sta­łem się ho­no­ro­wym Ar­le­nem. Pi­łem za wie­le, zbyt czę­sto wzno­si­łem to­a­sty za pa­mięć o Jo...

i skądś wie­dzia­łem, że to by się jej po­do­ba­ło. Oplu­ło mnie dwo­je dzie­ci, je­den pies wlazł mi w nocy do łóż­ka, a szwa­gier­ka Nic­ky'ego Ar­le­na pró­bo­wa­ła mnie po pi­ja­ku po­de­rwać. Wie­czo­rem po Bo­żym Na­ro­dze­niu do­pa­dła mnie w kuch­ni, kie­dy ro­bi­łem so­bie ka­nap­kę z in­dy­kiem. Po­ca­ło­wa­łem ją, po­nie­waż bez wąt­pie­nia bar­dzo pra­gnę­ła po­ca­łun­ku, a wte­dy śmia­ła (cho­ciaż bar­dziej przy­da mi się chy­ba sło­wo "fi­glar­na") ręka do­tknę­ła mnie tam, gdzie od nie­mal trzech i pół roku do­ty­ka­łem się tyl­ko i wy­łącz­nie ja. Wstrzą­sa­ją­ce wra­że­nie, ale nie po­wiem, nie cał­kiem nie­przy­jem­ne.

Da­lej się nie po­su­nę­li­śmy; w domu peł­nym Ar­le­nów, z Susy Do­na­hue nie cał­kiem jesz­cze ofi­cjal­nie roz­wie­dzio­ną (po­dob­nie jak ja była tego roku ho­no­ro­wym człon­kiem ro­dzi­ny) nie bar­dzo się dało, ale uzna­łem, że naj­wyż­szy czas ucie­kać... chy­ba że chcę po­je­chać bar­dzo szyb­ko bar­dzo wą­ską ulicz­ką, koń­czą­cą się naj­pew­niej ce­gla­nym mu­rem. Wy­je­cha­łem dwu­dzie­ste­go siód­me­go bar­dzo za­do­wo­lo­ny z tego, że w ogó­le przy­je­cha­łem, a na po­że­gna­nie, już na dwo­rze, przy sa­mo­cho­dzie, moc­no uści­sną­łem Fran­ka. Przez czte­ry dni ani razu nie po­my­śla­łem o tym, że w skrzyn­ce de­po­zy­to­wej Fi­de­li­ty Union mam już tyl­ko kurz, czte­ry noce prze­spa­łem zdro­wo, bu­dząc się o ósmej rano, cza­sa­mi z ka­cem i pro­ble­ma­mi żo­łąd­ko­wy­mi, ale nig­dy o pół­no­cy, my­śląc: Man­der­ley, śni­ło mi się tej nocy, że zno­wu by­łam w Man­der­ley. Do Der­ry wró­ci­łem od­świe­żo­ny. Jak nowy.

Pierw­szy dzień 1998 roku za­świ­tał czy­sty, ja­sny, bez­wietrz­ny i prze­pięk­ny. Wsta­łem, wzią­łem prysz­nic, pa­trząc przez okno, pi­łem kawę. Na­gle prze­le­cia­ło mi przez gło­wę, tak po pro­stu, z siłą oczy­wi­sto­ści, z jaką na­rzu­ca­ją się choć­by twier­dze­nia, że górę masz nad gło­wą, a dół pod sto­pa­mi, i że prze­cież mogę już pi­sać. Mamy nowy rok, coś się zmie­ni­ło, je­śli chcę, będę pi­sał, bo sto­czył się przy­gnia­ta­ją­cy mnie głaz.

Po­sze­dłem do ga­bi­ne­tu, usia­dłem przy kom­pu­te­rze i włą­czy­łem go. Ser­ce biło mi nor­mal­nie, pot nie wy­stą­pił mi ani na czo­ło, ani na kark, dło­nie mia­łem cie­płe. Roz­wi­ną­łem głów­ne menu, któ­re po­ka­zu­je się, kie­dy klik­niesz na ja­błusz­ko. Był w nim mój sta­ry kum­pel Word Sześć. Klik­ną­łem. Po­ja­wi­ło się logo: zwój i pió­ro... a ja na­gle prze­sta­łem móc od­dy­chać. Jak­by ktoś za­ci­snął mi na pier­si że­la­zną ob­ręcz.

Ode­pchną­łem fo­tel od biur­ka, dła­wi­łem się, szar­pa­łem blu­zę przy szyi. Kół­ka za­cze­pi­ły się o dy­wa­nik, Jo zna­la­zła go dla mnie w ostat­nim roku ży­cia, no i wy­wa­li­łem się do tyłu. Ude­rzy­łem gło­wą w pod­ło­gę, przed ocza­mi roz­bły­sła mi z wi­zgiem fon­tan­na ja­snych iskier. Chy­ba mia­łem szczę­ście, że nie stra­ci­łem przy­tom­no­ści, ale tak na­praw­dę są­dzę, że moje szczę­ście w tym pięk­nym no­wo­rocz­nym dniu 1998 roku po­le­ga­ło na tym, że prze­wró­ci­łem się tak, jak się prze­wró­ci­łem. Gdy­bym tyl­ko ode­pchnął się na tyle, że miał­bym w polu wi­dze­nia logo Wor­da, a po­tem ten obrzy­dli­wy pu­sty ekran, to chy­ba udu­sił­bym się na śmierć.

Po­zbie­ra­łem się ja­koś z pod­ło­gi. Przy­najm­niej mo­głem od­dy­chać. Wy­da­wa­ło mi się, że gar­dło mam sze­ro­ko­ści słom­ki, każ­de­mu wde­cho­wi to­wa­rzy­szył dziw­ny, pi­skli­wy dźwięk, ale przy­najm­niej mo­głem od­dy­chać. Za­wlo­kłem się ja­koś do ła­zien­ki, zwy­mio­to­wa­łem w umy­wal­kę z taką siłą, że wy­mio­ci­ny ochla­pa­ły lu­stro. Osła­błem. Ko­la­na się pode mną ugię­ły. Tym ra­zem stłu­kłem so­bie czo­ło, ude­rzy­łem w kra­wędź umy­wal­ki. Tył gło­wy nie krwa­wił (choć do po­łu­dnia wy­ho­do­wa­łem tam so­bie god­ne­go sza­cun­ku guza), czo­ło, owszem, tro­szecz­kę. Na nim też wy­rósł fio­le­to­wy guz, o któ­rym oczy­wi­ście łga­łem jak z nut, opo­wia­da­jąc za­in­te­re­so­wa­nym, że w środ­ku nocy wpa­dłem na drzwi od ła­zien­ki, głu­po­ta, ale do­sta­łem na­ucz­kę, te­raz, je­śli już będę mu­siał wstać o dru­giej nad ra­nem, to z pew­no­ścią za­pa­lę świa­tło.

Od­zy­ska­łem peł­nię przy­tom­no­ści (je­śli taki stan w ogó­le ist­nie­je), le­żąc sku­lo­ny na pod­ło­dze. Wsta­łem, zde­zyn­fe­ko­wa­łem roz­cię­cie, usia­dłem na kra­wę­dzi wan­ny i sie­dzia­łem tak z gło­wą na ko­la­nach, aż na­bra­łem pew­no­ści na tyle, żeby wstać. Za­ję­ło mi to ja­kieś pięt­na­ście mi­nut, więc mia­łem dość cza­su na doj­ście do wnio­sku, że je­śli nie zda­rzy się cud, moja pi­sar­ska ka­rie­ra skoń­czy­ła się de­fi­ni­tyw­nie. Ha­rold bę­dzie wrzesz­czał z bólu, De­bra bę­dzie ję­czeć z nie­do­wie­rza­niem, ale co mogą zro­bić? Na­ślą na mnie gli­nia­rzy wy­dzia­łu wy­daw­ni­cze­go? Za­gro­żą mi bo­jów­ką Klu­bu Książ­ki Mie­sią­ca? Na­wet gdy­by mo­gli, ile by na tym zy­ska­li? Nie wy­ci­śniesz ży­wi­cy z ce­gły ani krwi z ka­mie­nia. Prze­sta­łem być pi­sa­rzem. Chy­ba że zda­rzy się cud.

A je­śli się nie zda­rzy? - spy­ta­łem sam sie­bie. Co z gor­szą czter­dziest­ką, Mike? Przez czter­dzie­ści lat czło­wiek zdą­ży się na­grać w scrab­ble, znu­dzić rej­sa­mi wy­ciecz­ko­wy­mi z kon­kur­sa­mi roz­wią­zy­wa­nia krzy­żó­wek, wy­pić wię­cej whi­sky, niż­by chciał. Czy to ci wy­star­czy? Czym jesz­cze masz za­miar za­jąć swo­ją gor­szą czter­dziest­kę?

Nie chcia­łem o tym my­śleć. Nie wte­dy. Ko­lej­ne czter­dzie­ści lat niech się zaj­mą same sobą, mnie uszczę­śli­wi prze­trwa­nie ja­koś jed­ne­go no­wo­rocz­ne­go dnia 1998 roku.

Uzna­łem, że pa­nu­ję nad sobą, więc wró­ci­łem do ga­bi­ne­tu, pod­sze­dłem do kom­pu­te­ra, roz­sąd­nie wpa­tru­jąc się we wła­sne sto­py, po omac­ku zna­la­złem wła­ści­wy przy­cisk i wy­łą­czy­łem go. Wy­łą­cza­jąc kom­pu­ter bez za­mknię­cia pro­gra­mu, moż­na uszko­dzić ten pro­gram, ale bio­rąc pod uwa­gę oko­licz­no­ści, nie mia­ło to szcze­gól­ne­go zna­cze­nia.

Tej nocy znów śni­łem, że o zmierz­chu idę pro­wa­dzą­cą do Śmie­chu Sary dro­gą 42, a kie­dy po­now­nie zo­ba­czy­łem Gwiaz­dę Wie­czor­ną, znów wy­po­wie­dzia­łem ży­cze­nie. Na je­zio­rze krzy­cza­ły nury, a ja ko­lej­ny raz wy­czu­łem, że w le­sie za mo­imi ple­ca­mi coś kry­je się i jest bli­żej. Naj­wy­raź­niej bo­żo­na­ro­dze­nio­wa prze­rwa skoń­czy­ła się, przy­najm­niej dla mnie.

***

To była trud­na, mroź­na zima z mnó­stwem śnie­gu i lu­to­wą epi­de­mią gry­py, zbie­ra­ją­cą po­nu­re żni­wo wśród star­szych miesz­kań­ców Der­ry. Kła­dła ich, jak sil­ny wiatr kła­dzie sta­re drze­wa po ata­ku mro­zów. Mnie omi­nę­ła, ani razu na­wet nie po­cią­gną­łem no­sem.

W mar­cu po­le­cia­łem do Pro­vi­den­ce, wziąć udział w Will Weng's New En­gland Cros­sword Chal­len­ge. Za­ją­łem czwar­te miej­sce, za­ra­bia­jąc pięć­dzie­siąt do­lców. Opra­wi­łem nie­zre­ali­zo­wa­ny czek i po­wie­si­łem go w po­ko­ju dzien­nym. Daw­no, daw­no temu więk­szość mo­ich opraw­nych cer­ty­fi­ka­tów zwy­cię­stwa (do­brze po­wie­dzia­ne, je­śli cho­dzi o do­bre po­wie­dze­nia, to moim zda­niem Jo ma na nie mo­no­pol) lą­do­wa­ła na ścia­nach ga­bi­ne­tu, ale w mar­cu 1998 nie­czę­sto tam za­cho­dzi­łem. Je­śli chcia­łem po­grać w scrab­ble z kom­pu­te­rem albo roz­wią­zać krzy­żów­kę na po­zio­mie tur­nie­jo­wym, ro­bi­łem to przy ku­chen­nym sto­le.

Pa­mię­tam, jak pew­ne­go dnia usia­dłem, otwo­rzy­łem Po­wer­Bo­ok, kli­ka­łem i roz­wi­ja­jąc głów­ne menu, szu­ka­łem w nim krzy­żó­wek... ale zjeż­dża­łem kur­so­rem tro­chę ni­żej, aż pod­świe­tlał się mój sta­ry kum­pel Word Sześć...

Po­czu­łem wów­czas nie złość, nie upar­tą, choć bez­sil­ną fu­rię (po ukoń­cze­niu Z sa­mej góry jed­ne­go i dru­gie­go do­świad­czy­łem w nad­mia­rze), lecz smu­tek i pro­stą tę­sk­no­tę. Uświa­do­mi­łem so­bie na­gle, że na iko­nę Wor­da Sześć spo­glą­dam jak na zdję­cie Jo z port­fe­la. Pa­trzy­łem na nie, my­śląc so­bie cza­sa­mi, że za jej po­wrót od­dał­bym moją nie­śmier­tel­ną du­szę... i tego mar­co­we­go dnia po­my­śla­łem też, że od­dał­bym du­szę za moż­li­wość za­pi­sa­nia fa­bu­ły.

Na co cze­kasz, spró­buj - do ucha na­pły­nął głos. Może coś się zmie­ni­ło?

Tyl­ko że nic się nie zmie­ni­ło, do­sko­na­le o tym wie­dzia­łem, więc nie otwo­rzy­łem Wor­da Sześć, lecz prze­su­ną­łem iko­nę do ko­sza w dol­nym pra­wym rogu ekra­nu. Że­gnaj, sta­ry przy­ja­cie­lu.

Tej zimy czę­sto dzwo­ni­ła do mnie De­bra We­in­stock pra­wie wy­łącz­nie z do­bry­mi wie­ścia­mi. W pierw­szych dniach mar­ca do­wie­dzia­łem się od niej, że Li­te­ra­ry Gu­ild wy­bra­ła Obiet­ni­cę He­le­ny jako jed­ną z dwóch Ksią­żek Sierp­nia (dru­gą był thril­ler praw­ni­czy Ste­ve'a Mar­ti­nie­go, po­dob­nie jak ja we­te­ra­na miejsc od ósme­go do pięt­na­ste­go li­sty be­st­sel­le­rów "Ti­me­sa"). Mój bry­tyj­ski wy­daw­ca zda­niem De­bry po­ko­chał He­len i był pe­wien, że bę­dzie "prze­ło­mo­wą po­zy­cją". (Do tej pory w An­glii sprze­da­wa­łem się śred­nio).

- Moż­na chy­ba po­wie­dzieć, że wy­zna­cza nowy kie­ru­nek, nie uwa­żasz? - spy­ta­ła.

- Cho­dzi­ło mi to po gło­wie - od­par­łem i za­sta­no­wi­łem się, jak by za­re­ago­wa­ła, gdy­bym wy­znał jej, że "nowy kie­ru­nek" wy­zna­cza książ­ka na­pi­sa­na prze­szło tu­zin lat temu.

- Jest... nie wiem, jak to na­zwać... jest doj­rza­ła.

- Dzię­ki.

- Mike? Chy­ba coś się dzie­je z po­łą­cze­niem, bo masz taki dziw­ny, stłu­mio­ny głos.

A pew­nie, że mó­wi­łem dziw­nym, stłu­mio­nym gło­sem. Gry­złem pal­ce, żeby się gło­śno nie ro­ze­śmiać. Ostroż­nie wy­ją­łem je z ust, przyj­rza­łem się śla­dom po­zo­sta­wio­nym przez zęby.

- Te­raz le­piej? - spy­ta­łem.

- O wie­le. No po­wiedz, o czym bę­dzie nowa książ­ka. Cho­ciaż tro­chę.

- Znasz od­po­wiedź na to py­ta­nie, mała.

De­bra się ro­ze­śmia­ła.

- Po­znasz od­po­wiedź, kie­dy ją­prze­czy­tasz, Jo­se­phi­ne? Tak?

- Wła­śnie tak, sza­now­na pani.

- No to pisz, pisz. Two­im przy­ja­cio­łom z wy­daw­nic­twa strasz­nie się po­do­ba, że wcho­dzisz na nowy po­ziom.

Po­że­gna­łem się z nią, odło­ży­łem słu­chaw­kę i do­pie­ro wte­dy wy­bu­chłem śmie­chem. Śmia­łem się dzi­ko przez do­bre dzie­sięć mi­nut, śmia­łem się, póki nie za­czą­łem pła­kać. Cały ja. Za­wsze wcho­dzę na nowy po­ziom.

***

W tym cza­sie zgo­dzi­łem się tak­że na te­le­fo­nicz­ny wy­wiad z dzien­ni­ka­rzem "New­swe­eka", przy­go­to­wu­ją­cym ma­te­riał o No­wo­ame­ry­kań­skiej Po­wie­ści Go­tyc­kiej (co­kol­wiek to zna­czy poza tym, że do­brze brzmi i może sprze­dać parę eg­zem­pla­rzy), i oso­bi­sty z kimś z "Pu­bli­shers We­ekly"; miał się uka­zać tuż przed pu­bli­ka­cją He­len. Nie pro­te­sto­wa­łem, bo oba nie wy­glą­da­ły groź­nie, ta­kie rze­czy moż­na ro­bić przez te­le­fon, prze­glą­da­jąc przy tym pocz­tę. De­bra za­chwy­ci­ła się, bo na pro­po­zy­cje udzia­łu w tego ro­dza­ju he­cach re­ago­wa­łem do tej pory sta­now­czym "nie". Nie­na­wi­dzę tej czę­ści mo­jej ro­bo­ty, za­wsze nie­na­wi­dzi­łem, a już naj­bar­dziej te­le­wi­zyj­nych talk-show, w któ­rych nikt prócz cie­bie nie prze­czy­tał żad­nej two­jej cho­ler­nej książ­ki, a pierw­sze py­ta­nie brzmi za­wsze jed­na­ko­wo: "Skąd bie­rzesz te swo­je zwa­rio­wa­ne po­my­sły?". Uczest­nic­two w re­kla­mie to jak wi­zy­ta w re­stau­ra­cji su­shi, w któ­rej sam je­steś su­shi, i wspa­nia­le prze­cho­dzi­ło mi się przez ten okres te­raz, ze świa­do­mo­ścią, że by­łem w sta­nie zro­bić dla De­bry coś do­bre­go, z czym mo­gła pójść do sze­fów i po­wie­dzieć im: "Oczy­wi­ście, w dal­szym cią­gu nie zno­si re­kla­my, ale jed­nak skło­ni­łam go, żeby zro­bił to i to, i to".

A poza tym cały czas śni­łem o Śmie­chu Sary, może nie noc w noc, ale, po­wiedz­my, co dru­gą czy co trze­cią, a przy tym za dnia w ogó­le o snach nie my­śla­łem. Roz­wią­zy­wa­łem krzy­żów­ki. Ku­pi­łem so­bie aku­stycz­ną gi­ta­rę ha­waj­ską i za­czą­łem się uczyć na niej grać (nie­ste­ty, Pat­ty Lo­ve­less albo Alan Jack­son nie za­pro­szą mnie ra­czej na wspól­ne kon­cer­ty). Co­dzien­nie prze­glą­da­łem puch­ną­cą ru­bry­kę ne­kro­lo­gów "Der­ry News" w po­szu­ki­wa­niu zna­jo­mych na­zwisk. In­ny­mi sło­wy, przy­sy­pia­łem na sto­ją­co.

Za­koń­czył to wszyst­ko te­le­fon Ha­rol­da Ob­low­skie­go. Za­dzwo­nił ja­kieś trzy dni po tym, kie­dy De­bra po­in­for­mo­wa­ła mnie o klu­bie książ­ki. Po­go­da była fa­tal­na, wia­ło, pa­dał śnieg prze­cho­dzą­cy w śnieg z desz­czem; oka­za­ło się to ostat­nim i naj­gor­szym pa­rok­sy­zmem te­go­rocz­nej zimy. Wcze­snym wie­czo­rem całe Der­ry mia­ło zo­stać po­zba­wio­ne elek­trycz­no­ści, ale te­raz, o pią­tej po po­łu­dniu, przed­sta­wie­nie nie ru­szy­ło jesz­cze na do­bre.

- Roz­ma­wia­łem wła­śnie z two­ją re­dak­tor­ką - oznaj­mił Ha­rold. - Od­by­li­śmy bar­dzo szcze­rą, bar­dzo mo­bi­li­zu­ją­cą roz­mo­wę. Skoń­czy­li­śmy ją do­słow­nie przed chwi­lą.

- Och!

- Rze­czy­wi­ście, "och!". W Put­na­mie są prze­ko­na­ni, że naj­now­sza po­wieść może mieć po­zy­tyw­ny wpływ na sprze­daż two­ich ksią­żek, Mi­cha­elu. Jest to bar­dzo głę­bo­kie prze­ko­na­nie.

- No tak. Wsze­dłem na nowy po­ziom.

- Co?

- Nie, nic, ta­kie ga­da­nie. Mów da­lej.

- No... He­len Ne­aring jest wspa­nia­łą bo­ha­ter­ką pierw­szo­pla­no­wą, a Ska­te to twój naj­lep­szy czar­ny cha­rak­ter.

Nie mia­łem nic do po­wie­dze­nia.

- De­bra za­su­ge­ro­wa­ła, że Obiet­ni­ca He­len może być do­brym punk­tem star­to­wym do za­war­cia no­wej umo­wy na trzy książ­ki. Bar­dzo lu­kra­tyw­nej umo­wy. Sama po­ru­szy­ła ten te­mat, nic jej nie su­ge­ro­wa­łem. Trzy to jed­na wię­cej niż do tej pory pro­po­no­wa­li nam wy­daw­cy, wszy­scy wy­daw­cy. Wspo­mnia­łem o dzie­wię­ciu mi­lio­nach, po trzy od ty­tu­łu, spo­dzie­wa­jąc się, że wy­buch­nie śmie­chem... no, ale agent musi od cze­goś za­cząć, a ja za­wsze za­czy­nam od naj­wyż­sze­go moż­li­we­go po­zio­mu. Chy­ba mia­łem wśród przod­ków rzym­skich do­wód­ców czy coś.

Ra­czej etiop­skich han­dla­rzy dy­wa­nów, po­my­śla­łem, ale ję­zyk trzy­ma­łem w gę­bie. Czu­łem się tro­chę jak u den­ty­sty, któ­ry prze­sa­dził nie­co z no­wo­ka­iną, znie­czu­lił nie tyl­ko ząb i dzią­sło wo­kół nie­go, lecz tak­że ję­zyk i na­wet war­gi. Gdy­bym pró­bo­wał coś po­wie­dzieć, to pew­nie tyl­ko bym cmo­kał i pluł. A Ha­rold tym­cza­sem mru­czał pra­wie jak kot. Umo­wa na trzy książ­ki z no­wym, doj­rza­łym Mi­cha­elem No­ona­nem. Dro­ga wprost do raju, chłop­cy i dziew­czę­ta.

Tym ra­zem ja­koś nie chcia­ło mi się śmiać, tym ra­zem chcia­ło mi się krzy­czeć. Ha­rold nada­wał da­lej, szczę­śli­wy i ni­cze­go nie świa­dom, gdyż nie wie­dział, że drzew­ko po­wie­ścio­we uschło. Ha­rold nie wie­dział, że nowy, po­pra­wio­ny Mi­cha­el No­onan prze­sta­je od­dy­chać, a za­czy­na rzy­gać da­lej, niż wi­dzi za każ­dym ra­zem, gdy pró­bu­je na­pi­sać co­kol­wiek.

- Chcesz się do­wie­dzieć, jak za­re­ago­wa­ła?

- Wy­ja­śnij to pro­sty­mi sło­wa­mi.

- Po­wie­dzia­ła: "Dzie­więć? Tro­chę dużo, ale to rów­nie do­bry po­czą­tek jak każ­dy inny. Je­ste­śmy prze­ko­na­ni, że jego naj­now­sza książ­ka to dla nie­go wiel­ki krok na­przód". To nie­zwy­kła re­ak­cja, Mike. Nie­zwy­kła. A te­raz... do ni­cze­go się nie zo­bo­wią­zy­wa­łem, oczy­wi­ście, że chcia­łem naj­pierw po­roz­ma­wiać z tobą, ale moim zda­niem mi­ni­mum to sie­dem i pół. Praw­dę mó­wiąc...

- Nie.

Ha­rold umilkł. Mil­czał wy­star­cza­ją­co dłu­go, bym zdał so­bie spra­wę z tego, jak moc­no ści­skam słu­chaw­kę. Aż mnie ręka roz­bo­la­ła. Zmu­si­łem się, żeby ją tro­chę roz­luź­nić.

- Mike, gdy­byś tyl­ko ze­chciał mnie po­słu­chać...

- Nie mu­szę cię słu­chać. I nie chcę roz­ma­wiać o no­wej umo­wie.

- Wy­bacz, że się z tobą nie zgo­dzę, ale nie bę­dziesz miał lep­szej oka­zji. Myśl, na li­tość bo­ską! Mó­wi­my o wiel­kich pie­nią­dzach. Je­śli chcesz cze­kać do pu­bli­ka­cji Obiet­ni­cy He­len, nie mogę za­gwa­ran­to­wać ci po­dob­nych wa­run­ków.

- Wiem o tym. Nie chcę żad­nych gwa­ran­cji. Nie chcę na­wet żad­nych ofert. Nie chcę roz­ma­wiać o umo­wie!

- Nie mu­sisz krzy­czeć, Mike. I bez tego do­brze cię sły­szę.

Czyż­bym krzy­czał? Chy­ba tak. Rze­czy­wi­ście.

- Nie je­steś za­do­wo­lo­ny z Put­na­ma. My­ślę, że De­brze może być bar­dzo przy­kro to sły­szeć. I my­ślę, że Phyl­lis Grann zro­bi wszyst­ko, co moż­li­we, by za­do­wo­lić cię pod każ­dym wzglę­dem.

Sy­piasz z De­brą, Ha­rol­dzie? - po­my­śla­łem i na­gle, w jed­nej chwi­li, wy­da­ło mi się naj­lo­gicz­niej­szą rze­czą pod słoń­cem to, że mały, tę­ga­wy, ły­sie­ją­cy fa­cet pod pięć­dzie­siąt­kę, agent li­te­rac­ki Ha­rold Ob­low­ski pie­przy się z moją ary­sto­kra­tycz­ną blond re­dak­tor­ką, ab­sol­went­ką Smith. Śpisz z nią, oma­wia­cie moją przy­szłość, le­żąc w łóż­ku, w Pla­za? Czy za­sta­na­wia­cie się wspól­nie, ile zło­tych jaj znie­sie wam­jesz­cze ta sta­ra, zmę­czo­na gęś, nim ukrę­ci­cie jej łeb i prze­ro­bi­cie ją na pasz­tet? O to ci cho­dzi?

- Ha­rol­dzie, te­raz nie mogę o tym roz­ma­wiać. Te­raz nie będę o tym roz­ma­wiał!

- Co się sta­ło? Dla­cze­go je­steś taki zde­ner­wo­wa­ny? My­śla­łem, że spra­wię ci przy­jem­ność. Do dia­bła, by­łem pe­wien, że za­czniesz ska­kać z ra­do­ści!

- Nic się nie sta­ło. Dla mnie to nie jest wła­ści­wy czas na oma­wia­nie dłu­go­ter­mi­no­wych umów. Mu­sisz mi wy­ba­czyć. Coś się klu­je, wiesz?

- Nie mo­gli­by­śmy choć­by o tym po­roz­ma­wiać w przy­szłym...

- Nie! - prze­rwa­łem mu i od­wie­si­łem słu­chaw­kę. Chy­ba pierw­szy raz w ca­łym moim do­ro­słym ży­ciu prze­rwa­łem roz­mo­wę, od­wie­sza­jąc słu­chaw­kę, je­śli nie li­czyć roz­mów ze sprze­daw­ca­mi pró­bu­ją­cy­mi coś wci­snąć przez te­le­fon.

Nic się oczy­wi­ście nie klu­ło, a w do­dat­ku by­łem zbyt wy­pro­wa­dzo­ny z rów­no­wa­gi, żeby na­wet my­śleć o czymś, co mo­gło­by się kie­dyś wy­kluć. Po­sze­dłem do po­ko­ju dzien­ne­go, na­la­łem so­bie whi­sky, usia­dłem przed te­le­wi­zo­rem. Sie­dzia­łem tak czte­ry go­dzi­ny, oglą­da­jąc wszyst­ko, jak leci, ale ni­cze­go nie wi­dząc. Bu­rza jesz­cze się pod­krę­ca­ła. Ju­tro w ca­łym Der­ry mia­ły le­żeć po­wa­lo­ne przez nią drze­wa, a świat miał wy­glą­dać jak rzeź­ba z lodu.

Pięt­na­ście po dzie­wią­tej wy­łą­czo­no prąd, włą­czo­no na ja­kieś pół mi­nu­ty, a po­tem wy­łą­czo­no i cześć. Uzna­łem to za sy­gnał, że pora prze­stać my­śleć o bez­u­ży­tecz­nym kontr­ak­cie Ha­rol­da i o tym, jak Jo za­chi­cho­ta­ła­by, usły­szaw­szy o dzie­wię­ciu mi­lio­nach. Wsta­łem, wy­cią­gną­łem wtycz­kę te­le­wi­zo­ra z gniaz­da, żeby mi nie ryk­nął o dru­giej w nocy (nie­po­trzeb­nie się mar­twi­łem, w Der­ry nie było prą­du przez pra­wie całe dwa dni), po­sze­dłem na górę, rzu­ci­łem ubra­nie u stóp łóż­ka i wpeł­złem do nie­go, na­wet nie my­jąc zę­bów. Za­sną­łem w nie­speł­na pięć mi­nut. Nie wiem, ile mi­nę­ło cza­su, nim po­ja­wił się kosz­mar.

***

Był to ostat­ni kosz­mar z tych, któ­re w my­ślach na­zy­wam "se­rią Man­der­ley". Punkt kul­mi­na­cyj­ny. Tym gor­szy, że obu­dzi­łem się z nie­go w bez­na­dziej­nym mro­ku.

Za­czął się jak wszyst­kie inne. Idę dro­gą, słu­cha­jąc świersz­czy i nu­rów, z gło­wą wznie­sio­ną ku wą­skie­mu pa­sko­wi nie­ba. Do­cho­dzę do pod­jaz­du i tu coś się zmie­nia. Ktoś przy­le­pił mały zna­czek do zna­ku z na­pi­sem Śmiech Sary. Po­chy­lam się bli­żej. To na­lep­ka sta­cji ra­dio­wej. "WBLM. 102.9. Por­t­landz­ki ba­lon rock and rol­la".

Prze­no­szę wzrok z na­lep­ki na nie­bo. Wi­dzę We­nus, jak za­wsze. Wy­po­wia­dam ży­cze­nie, proś­bę o po­wrót Jo­han­ny. Czu­ję wil­got­ną, w ja­kiś spo­sób po­tęż­ną woń je­zio­ra.

Coś prze przez las, gnie­cie opa­dłe li­ście, ła­mie ga­łąz­kę. To musi być coś wiel­kie­go.

Le­piej zejdź, na dół, sły­szę głos w mo­jej gło­wie. Ktoś za­warł za cie­bie umo­wę, Mi­cha­elu. Umo­wę na trzy książ­ki, a ta­kie są naj­gor­sze.

Nie mogę się po­ru­szyć, nig­dy nie mogę się tu po­ru­szyć, po­tra­fię tyl­ko stać. Mam blo­ka­dę cho­dze­nia.

Ale to tyl­ko ta­kie ga­da­nie. Mogę cho­dzić. Tym ra­zem mogę cho­dzić. Je­stem za­chwy­co­ny. Na­stą­pił wiel­ki prze­łom. We śnie my­ślę: To wszyst­ko zmie­nia! To wszyst­ko zmie­nia!

Scho­dzę pod­jaz­dem. Za­głę­biam się w za­pach so­sen, dep­czę po le­żą­cych na zie­mi ga­łąz­kach, inne ko­pię na bok. Pod­no­szę rękę, scze­su­ję prze­po­co­ne wło­sy, wi­dzę ska­le­cze­nie na grzbie­cie dło­ni. Za­trzy­mu­ję się. Pa­trzę na nie zdzi­wio­ny.

Nie ma na to cza­su, brzmi głos ze snu. Zejdź na dół. Mu­sisz na­pi­sać książ­kę.

Nie mogę pi­sać, od­po­wia­dam. Tę spra­wę mam już za sobą. Wkro­czy­łem w gor­szą czter­dziest­kę.

Nie. Jest w tym gło­sie coś nie­ustę­pli­we­go, co mnie prze­ra­ża. Mia­łeś blo­ka­dę cho­dze­nia, nie blo­ka­dę pi­sa­nia, a wi­dzisz prze­cież, że ustą­pi­ła. Po­śpiesz się. Schodź.

Boję się, tłu­ma­czę.

Cze­go się bo­isz?

A co, je­śli tam jest pani Da­nvers?

Ci­sza. To coś ze snu wie, że nie boję się go­spo­dy­ni Re­be­ki de Win­ters, jest ona prze­cież tyl­ko po­sta­cią ze sta­rej książ­ki, wor­kiem ko­ści, ni­czym wię­cej. Więc ru­szam przed sie­bie. Wy­glą­da na to, że nie mam wy­bo­ru, ale z każ­dym kro­kiem je­stem co­raz bar­dziej prze­ra­żo­ny, w po­ło­wie dro­gi do wiel­kie­go domu z bali ból prze­ni­ka mnie do szpi­ku ko­ści, jak go­rącz­ka. Coś tu jest nie tak, coś tu jest strasz­nie po­krę­co­ne!

Mogę uciec, my­ślę. Uciek­nę dro­gą, któ­rą przy­sze­dłem, uciek­nę jak pier­nicz­ko­wy lu­dzik, je­śli trze­ba, będę tak ucie­kał do sa­me­go Der­ry i nig­dy, nig­dy już tu nie wró­cę.

Tyl­ko że za sobą sły­szę mla­ska­nie, sły­szę od­dech i cięż­kie kro­ki. Coś z lasu jest te­raz czymś z pod­jaz­du. Jest tuż za mną. Je­śli od­wró­cę się te­raz, zo­ba­czę je, to coś wpra­wi mnie w sza­leń­stwo jed­nym sier­pem. Ma czer­wo­ne śle­pia, czai się, jest głod­ne.

Tyl­ko dom może mi za­pew­nić bez­pie­czeń­stwo.

Idę przed sie­bie. Ga­łę­zie gę­stych krza­ków chwy­ta­ją mnie jak dło­nie. W świe­tle wscho­dzą­ce­go księ­ży­ca (nig­dy przed­tem w mym śnie nie wscho­dził księ­życ, ale też nig­dy nie po­zo­sta­wa­łem w nim wy­star­cza­ją­co dłu­go) sze­lesz­czą­ce li­ście wy­glą­da­ją jak szy­der­czo uśmiech­nię­te twa­rze. Wi­dzę mru­ga­ją­ce oczy, wy­krzy­wio­ne w uśmie­chu war­gi. Przed sobą mam już czar­ne okna domu, wiem, że nie ma w nim elek­trycz­no­ści, bu­rza prze­rwa­ła li­nie ener­ge­tycz­ne. Będę pstry­kał wy­łącz­ni­kiem w górę i w dół, w górę i w dół, aż ja­kaś ręka wy­cią­gnie się, zła­pie mnie za nad­gar­stek i jak ko­chan­ka wcią­gnie w ciem­ność...

Prze­sze­dłem już trzy czwar­te dro­gi do domu. Wi­dzę stop­nie z pod­kła­dów ko­le­jo­wych pro­wa­dzą­ce nad brzeg je­zio­ra i tra­twę na jego po­wierzch­ni, czar­ny kwa­drat w pro­mie­niach księ­ży­ca. Bill Dean ją za­ko­twi­czył. Wi­dzę też po­dłuż­ne coś le­żą­ce w miej­scu, gdzie pod­jazd koń­czy się przy we­ran­dzie. Nig­dy nie było tu ni­cze­go po­dob­ne­go. Co to może być?

Jesz­cze kil­ka kro­ków i już wiem. To trum­na; ta, o któ­rą tar­go­wał się Frank Ar­len... Po­wie­dział, że przed­się­bior­ca po­grze­bo­wy chciał mnie okan­to­wać.

Trum­na Jo le­ża­ła na boku, wie­ko było czę­ścio­wo od­su­nię­te. Wy­star­cza­ją­co, bym wi­dział, że jest pu­sta.

Chy­ba mam ocho­tę krzy­czeć. Chy­ba za­mie­rzam od­wró­cić się na pię­cie, uciec pod­jaz­dem, dro­gą, któ­rą tu przy­sze­dłem, a je­śli wpad­nę na coś skra­da­ją­ce­go się za mną, to cóż... mu­szę za­ry­zy­ko­wać. Ale nim zdą­ży­łem się od­wró­cić, drzwi Śmie­chu Sary się otwie­ra­ją i w gęst­nie­ją­cą ciem­ność wy­bie­ga strasz­na po­stać, ludz­ka, a jed­nak nie­ludz­ka. Bla­da, skrę­co­na, z pod­nie­sio­ny­mi rę­ka­mi. Nie ma twa­rzy tam, gdzie po­win­na być twarz, a jed­nak krzy­czy gar­dło­wym gło­sem sza­leń­ca. To musi być Jo­han­na. Uda­ło jej się wy­do­stać z trum­ny, jed­nak­że nie po­zby­ła się roz­wia­ne­go ca­łu­nu. Oplą­ty­wał ją od stóp do głów.

Jak obrzy­dli­wie szyb­ki jest ten stwór! Nie snu­je się tak, jak snu­ją się sen­ne mary, ale bie­gnie przez we­ran­dę, ska­cze na pod­jazd. Cze­kał przez wszyst­kie te sny - gdy sta­łem u góry nie­zdol­ny zro­bić kro­ku - a te­raz, gdy wresz­cie zsze­dłem, ma mnie! Będę krzy­czał otu­lo­ny jego je­dwa­bi­sty­mi ra­mio­na­mi, będę krzy­czał, czu­jąc smród gni­ją­ce­go, ob­ja­da­ne­go przez ro­ba­ki cia­ła, pa­trząc w sze­ro­ko roz­war­te, nie­ru­cho­me czar­ne oczy prze­pa­la­ją­ce spoj­rze­niem cien­kie płót­no. Będę krzy­czał, wie­dząc, że sza­leń­stwo wy­pa­la mi mózg na za­wsze. Będę krzy­czał... a tu prze­cież nikt nie zdo­ła mnie usły­szeć. Usły­szą mnie nury. Wró­ci­łem do Man­der­ley i tym ra­zem zo­sta­nę tu na za­wsze.

***

Skrze­czą­cy bia­ły stwór wy­cią­gnął po mnie ręce. Obu­dzi­łem się na pod­ło­dze sy­pial­ni, krzy­cząc ła­mią­cym się, prze­ra­żo­nym gło­sem, wa­ląc w coś gło­wą. Ile cza­su za­ję­ło mi uświa­do­mie­nie so­bie, że już nie śpię i że nie je­stem w Śmie­chu Sary? Ile cza­su za­ję­ło mi uświa­do­mie­nie so­bie, że w któ­rymś mo­men­cie spa­dłem z łóż­ka, we śnie prze­peł­złem przez po­kój, że klę­czę w ką­cie, pod­pie­ra­jąc się rę­ka­mi, raz za ra­zem, jak wa­riat w szpi­ta­lu wa­ria­tów, walę gło­wą w miej­sce, w któ­rym scho­dzą się ścia­ny.

Nie wiem. Nie mia­łem skąd się do­wie­dzieć, bez prą­du ze­gar przy łóż­ku nie cho­dził. Pa­mię­tam, że nie mo­głem się ru­szyć z tego kąta, wy­da­wał mi się znacz­nie bez­piecz­niej­szy od po­ko­ju, i że przez dłu­gi, dłu­gi czas kosz­mar trzy­mał mnie w swej mocy, choć się obu­dzi­łem (tłu­ma­czę so­bie, że wszyst­ko przez brak prą­du, świa­tło roz­pro­szy­ło­by jego moc). By­łem pe­wien, że je­śli wy­peł­znę z kąta, bia­łe coś wy­sko­czy zza drzwi ła­zien­ki, wrzesz­cząc tym swo­im tru­pim gło­sem, go­to­we skoń­czyć, co za­czę­ło. Pa­mię­tam, że trzą­słem się jak ga­la­re­ta, że by­łem mo­kry od pasa w dół. Zsi­ka­łem się w majt­ki.

Tkwi­łem tam, w ką­cie, mo­kry, za­dy­sza­ny, za­ga­pio­ny w ciem­ność, za­sta­na­wia­jąc się, czy kosz­mar może być tak po­tęż­ny w swej ob­ra­zo­wo­ści, by do­pro­wa­dzić czło­wie­ka do sza­leń­stwa. Wte­dy, w mar­cu, my­śla­łem (i te­raz też tak my­ślę), że na to py­ta­nie pra­wie udzie­li­łem so­bie od­po­wie­dzi.

Wresz­cie uda­ło mi się wy­leźć z kąta. Gdzieś tak w po­ło­wie dro­gi zdją­łem mo­kre spodnie od pi­ża­my. I na­tych­miast stra­ci­łem orien­ta­cję. A po­tem na­stą­pi­ło pięć naj­ża­ło­śniej­szych i naj­bar­dziej sur­re­ali­stycz­nych mi­nut w ca­łym moim ży­ciu. Peł­za­łem na czwo­ra­kach po pod­ło­dze wła­snej sy­pial­ni, wpa­da­jąc na me­ble, ję­cząc za każ­dym ra­zem, kie­dy ude­rza­łem w coś, bez­rad­nie wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi. Wszyst­ko, cze­go zda­rzy­ło mi się do­tknąć, było dla mnie bla­dym czymś, nic z tego, co zda­rzy­ło mi się do­tknąć, nie wy­da­wa­ło się zna­jo­me. Nie wi­dząc uspo­ka­ja­ją­cych zie­lo­nych cyfr na tar­czy ze­ga­ra, po­zba­wio­ny, przy­najm­niej cza­so­wo, zmy­słu orien­ta­cji, rów­nie do­brze mógł­bym peł­zać po me­cze­cie w Ad­dis Abe­bie.

Wresz­cie tra­fi­łem bar­kiem w kra­wędź łóż­ka. Wsta­łem. Zdar­łem po­włocz­kę z dru­giej po­dusz­ki, wy­tar­łem nią pod­brzu­sze i uda, a po­tem wpeł­złem pod koł­drę. Le­ża­łem, drżąc, wsłu­cha­ny w sze­lest nie­sio­ne­go wia­trem mo­kre­go śnie­gu za oknem.

Tej nocy nie za­zna­łem już snu, a sen nie zbladł z cza­sem, jak zwy­kle bled­ną sny po prze­bu­dze­niu. Le­ża­łem na boku, owszem, stop­nio­wo prze­sta­łem się na­wet trząść, my­śla­łem o le­żą­cej na pod­jeź­dzie trum­nie, my­śla­łem, że w tym sza­leń­stwie jest prze­cież ja­kiś sens, Jo ko­cha­ła Śmiech Sary i je­śli mia­ła na­wie­dzać ja­kiś dom, to tyl­ko ten. Ale dla­cze­go chcia­ła mnie skrzyw­dzić? Dla­cze­go moja Jo chcia­ła skrzyw­dzić wła­śnie mnie? Nie by­łem w sta­nie wy­obra­zić so­bie żad­ne­go po­wo­du.

Czas jed­nak ja­koś mi­jał, aż przy­szła chwi­la, kie­dy uświa­do­mi­łem so­bie, że w sy­pial­ni robi się sza­ro, że wi­dzę me­ble sto­ją­ce nie­ru­cho­mo jak straż­ni­cy mgły. Po­czu­łem się nie­co le­piej. To już było coś. Po­sta­no­wi­łem, że na­pa­lę w ku­chen­nej ko­zie, za­pa­rzę so­bie moc­ną kawę i w ten spo­sób zro­bię pierw­szy krok w pro­ce­sie za­po­mi­na­nia o dzi­siej­szej nocy.

Usia­dłem, spusz­cza­jąc nogi z łóż­ka. Pod­nio­słem rękę, żeby od­gar­nąć z czo­ła wil­got­ne od potu wło­sy. I za­mar­łem z ręką na wy­so­ko­ści oczu.

Mu­sia­łem się ska­le­czyć, kie­dy peł­za­łem po sy­pial­ni zdez­o­rien­to­wa­ny, roz­pacz­li­wie szu­ka­jąc po­wrot­nej dro­gi do łóż­ka. Roz­cię­cie na grzbie­cie dło­ni tuż nad kost­ka­mi pal­ców po­kry­wa­ła skrze­pła krew.