ROZDZIAŁ TRZECI
Mój wydawca nie wiedział, moja redaktorka Debra Weinstock nic nie wiedziała, mój agent Harold Oblowski nic nie wiedział. Frank Arlen też nic nie wiedział, chociaż nie raz, nie dwa kusiło mnie, żeby mu powiedzieć. "Pozwól mi być swoim bratem. Jeśli nie dla samego siebie, to dla Jo", rzekł do mnie, zbierając się do powrotu do swej drukarenki i najsamotniejszego życia w mieście Stanford w południowym Maine. Nie spodziewałem się, żebym kiedykolwiek miał go złapać za słowo, nie w ten najprostszy sposób - wołając o pomoc - a pewnie to miał na myśli, ale dzwoniłem do niego mniej więcej co kilka tygodni. Żeby pogadać jak facet z facetem, rozumiecie, "Jak leci? Nieźle, ale pogoda zimna jak cycki wiedźmy, jasne, tu też, przyjedziesz do Bostonu, jeśli dostanę bilety na Bruinsów, może w przyszłym roku, teraz jestem cholernie zajęty, no tak, wiem, jak to jest, trzymaj się Mikey, jasne, Frank, pilnuj, żeby twój wojownik siedział w wigwamie". Facet z facetem.
Jestem całkiem pewien, że raz i drugi spytał mnie, czy pracuję nad nową książką i chyba odpowiedziałem, że...
Och, kurwa... łżę, okay? To łgarstwo tak we mnie wrosło, że sam zacząłem w nie wierzyć. Pytał, oczywiście, a ja odpowiadałem niezmiennie, że jasne, oczywiście, pracuję, piszę, idzie mi świetnie, naprawdę świetnie. Więcej niż raz kusiło mnie, żeby mu powiedzieć: Nim napiszę dwa akapity, czuję, jakby na ciało i umysł założono mi podwójnego nelsona, serce bije dwa razy szybciej, potem nawet trzy, zaczynam się dusić, potem zieję, mam wrażenie, że oczy lada chwila wyskoczą mi z orbit i zawisną na policzkach. Jestem jak chory na klaustrofobię zamknięty w tonącej łodzi podwodnej. Tak mi leci, a przy okazji dzięki, że spytałeś, ale nie powiedziałem. Nie wołam "pomocy!". Nie potrafię. Zdaje się, że już ci o tym mówiłem.
***
Z mojego, przyznaję, stronniczego punktu widzenia pisarze, którzy odnieśli sukces, nawet jeśli to sukces skromny, dorwali najlepszą fuchę w artystycznym świecie. To prawda, ludzie kupują więcej płyt kompaktowych niż książek, chętniej chodzą do kina, niż czytają, że już nie wspomnę o tym, ile czasu spędzają przed telewizorem. Ale jednocześnie okres produktywności powieściopisarza jest znacznie dłuższy, zapewne dlatego, że czytelnicy są odrobinę inteligentniejsi niż miłośnicy sztuk niewerbalnych, a więc mają także odrobinę lepszą pamięć. Jeden Bóg wie, co dzieje się z Davidem Soulem ze Starskiego i Hutcha, tak samo jest z tym przedziwnym białym raperem Vanilla Ice, ale w 1994 roku Herman Wouk, James Michener i Norman Mailer żyli i dobrze się mieli; i co tu mówić o dinozaurach depczących naszą wspaniałą ziemię?
Arthur Hailey pisał nową książkę (tak głosiła plotka, jak się okazało, prawdziwa). Thomas Harris może sobie pozwolić na siedem lat przerwy między Lecterami i w dalszym ciągu produkować bestsellery. Chociaż nie słyszano o nim nic nowego od czterdziestu lat, J.D. Salinger jest wciąż modnym tematem wykładów z literatury współczesnej i rozmów literackich kręgów w modnych kawiarniach. Czytelnicy są lojalni w stopniu, o którym przedstawiciele innych zawodów twórczych mogą tylko marzyć, co przy okazji tłumaczy, dlaczego tylu pisarzy, którym skończyło się paliwo, dojeżdża rozpędem na listy bestsellerów, z pozycją gwarantowaną magicznym AUTOR tego czy tamtego na okładce.
W zamian wydawcy wymagają, przynajmniej od tych z nas, którzy potrafią sprzedać się w pół milionie hardcoverów i jeszcze milionie w wydaniu kieszonkowym, jednej prostej rzeczy: książki rocznie. Nowojorscy guru wymyślili, że to optimum. Co dwanaście miesięcy trzysta osiemdziesiąt stron zszytych lub klejonych, początek, środek i koniec, powtarzalny główny bohater: Kinsey Millhone na przykład lub Kay Scarpetta; nieobowiązkowy, ale bardzo mile widziany. Ludzie uwielbiają powtarzalnych bohaterów, lektura to dla nich jak rodzinne spotkanie.
Mniej niż książka rocznie, a pieprzysz forsę, którą zainwestował w ciebie wydawca, doradca finansowy zaczyna mieć problem ze zbalansowaniem mnóstwa twoich kart kredytowych, a agent problem z terminowym opłaceniem rachunków psychoterapeuty. No i zmniejszają się szeregi wiernych czytelników. Tego nie da się uniknąć. I odwrotnie, jeśli piszesz za wiele, część z nich skrzywi się i powie: "Pfuj, na jakiś czas mam dość tego faceta, zajeżdża mi kapustą".
Mówię ci to, żebyś zrozumiał, jak mogłem przeżyć cztery lata, używając komputera jako najdroższej na świecie planszy do scrabble, nie budząc niczyich podejrzeń. Niemoc twórcza? Jaka tam niemoc twórcza? nic z tych rzeczy. Jak możecie puszczać takie wstrętne plotki, kiedy nowy thriller Michaela Noonana pojawia się każdej jesieni jak w zegarku, doskonała lektura na ostatnie chwile wakacji, a przy okazji pamiętajcie, ludzie, święta za pasem, a wasi bliscy też chcieliby nacieszyć się Noonanem, dostaniecie go w Borders ze zniżką trzydziestu procent, aj waj, złoty interes.
Tajemnica da się wyjaśnić najprościej w świecie. Nie jestem jedynym popularnym pisarzem amerykańskim, dla którego nie jest to tajemnicą. Danielle Steel (by wymienić tylko to nazwisko) podobno używa Formuły Noonana od dziesięcioleci. Bo widzicie, chociaż od We dwoje z 1984 roku wydaję jedną książkę rocznie, w ciągu czterech z dziesięciu kolejnych lat napisałem dwie. Jedną do druku, drugą na zapas.
Nie pamiętam, bym kiedykolwiek poruszył ten temat w rozmowie z Jo, a ponieważ nie pytała, założyłem, że mnie rozumie. Zbieram orzeszki na zimę. Ale wówczas nie myślałem o żadnej pisarskiej blokadzie, miałem z tego kupę frajdy.
W lutym 1995 roku, kiedy udało mi się skraksować i spalić nie jeden, lecz dwa świetne pomysły (szczególnie kreatywna funkcja mózgu odpowiadająca za eureka! działa bez zakłóceń, kolejna specjalna atrakcja twojego prywatnego piekła), nie mogłem już zaprzeczać oczywistości: miałem najgorszy dla pisarza problem, z możliwym wyjątkiem alzheimera lub rozległego zawału. Ale... w mojej wielkiej skrytce depozytowej Fidelity Union leżały cztery kartonowe teczki na rękopisy, podpisane: Obietnica, Groźne, Darcy i Góra. Tak gdzieś koło walentynek zadzwonił mój agent, lekko podenerwowany, bo zazwyczaj dostarczałem mu kolejne arcydzieło już w styczniu, a tymczasem minęła połowa lutego. Pojawiła się realna groźba przestawienia produkcji Noonana na tryb awaryjny, byle tylko towar zdążył na orgazm przedświątecznych zakupów. Czy wszystko z nim w porządku?
To była moja pierwsza szansa. Mogłem powiedzieć, że nic nie jest w porządku, ale pan Harold Oblowski z Park Avenue 225 nie należał do ludzi, którym zdradza się tego rodzaju sekrety. Był dobrym agentem, w biznesie wydawniczym kochanym i nienawidzonym na ogół jednocześnie przez tych samych ludzi w tej samej chwili. Niestety, niezbyt dobrze przyjmował złe wieści z tajemniczych, mrocznych i zaolejonych głębi, w których szła produkcja. Od razu by spanikował, przyleciał pierwszym lądującym w Derry samolotem i spróbował dać mi intelektualne usta-usta, gotowy siedzieć tu, póki dzięki niemu nie wrócę do rzeczywistości. Żadnych takich, lubię Harolda, ale tam, gdzie jego miejsce, na trzydziestym ósmym piętrze w biurze z pięknym jak cholera widokiem na East Side.
Powiedziałem mu, ale przypadek, Haroldzie, dzwonisz dokładnie tego dnia, kiedy skończyłem książkę, rany Julek, co ty na to? Wyślę ją FedExem, dostaniesz jutro do rąk własnych. Harold upewnił mnie uroczyście, że to nie przypadek, bynajmniej, że jeśli chodzi o jego pisarzy, to jest telepatą. Potem jeszcze pogratulował mi i odłożył słuchawkę. Dwie godziny później odebrałem przysłany mi przez niego bukiet, jedwabisty i nachalny jak jego apaszki rodem wprost z Jimmy Hollywood.
Ustawiłem kwiaty w jadalni, do której po śmierci Jo rzadko wchodziłem, pojechałem do Fidelity Union, użyłem swojego klucza, kierownik użył swojego i już wkrótce byłem w drodze do FedExu, w towarzystwie rękopisu Z samej góry. Wybrałem najnowszą książkę, bo leżała najbliżej, to wszystko. Ukazała się w listopadzie, w sam czas na świąteczną gorączkę. Dedykowałem ją pamięci ukochanej zmarłej żony Johanny. Dotarła do jedenastego miejsca na liście bestsellerów "Timesa" i wszyscy byli zadowoleni. Nawet ja. Bo przecież będzie lepiej, nie? Nie zanotowano do tej pory przypadku nieodwracalnej pisarskiej blokady (no, może u Harper Lee, ale to przecież wyjątek). Wystarczy, że się odprężysz, powiedziała chórzystka do arcybiskupa. Dzięki Bogu byłem dobrą wiewiórką, zadbałem o orzeszki na zimę.
Następnego roku Groźne zachowanie odwiozłem do biura Federal Express w nastroju równie optymistycznym. Napisałem je jesienią 1991 roku, Jo szczególnie się podobało. W 1997 przedzierałem się przez mokry śnieg z Wielbicielką Darcy'ego w nastroju znacznie mniej optymistycznym, choć kiedy ludzie pytali mnie, jak leci (najczęściej słowami: "Piszesz jakąś nową świetną książkę?"), w dalszym ciągu odpowiadałem, że wspaniale, doskonale, jasne, piszę mnóstwo nowych świetnych książek, po prostu wyrzucam je z siebie jak krowa gówno zadem.
Harold przeczytał Darcy'ego, nazwał go arcydziełem, bestsellerem, do tego "poważnym", więc nabrałem śmiałości i niepewnie, z wahaniem, wspomniałem, że chętnie wziąłbym sobie rok wolnego. Odpowiedział natychmiast pytaniem, którego nie znoszę najbardziej ze wszystkich na całym wielkim świecie: czy ze mną wszystko w porządku? Jasne, powiedziałem, w najlepszym porządku, tylko chciałbym trochę sobie odpuścić.
Odpowiedziało mi patentowane milczenie Oblowskiego, mające przekazać mi dobitnie, że jestem strasznym dupkiem, ale ponieważ tak bardzo mnie lubi, chce mi to powiedzieć jak najłagodniej i właśnie szuka właściwych słów. Cudowna sztuczka, lecz przejrzałem ją jakieś sześć lat wcześniej. A właściwie Jo ją przejrzała.
- On tylko udaje współczucie - powiedziała.
- A w rzeczywistości jest jak gliniarz z jednego z tych starych czarnych kryminałów, trzymający gębę na kłódkę, podczas gdy ty gadasz, gadasz, gadasz, aż wreszcie do wszystkiego się przyznajesz.
Tym razem trzymałem gębę na kłódkę, przełożyłem telefon z prawego ucha do lewego i zacząłem się bujać w fotelu w gabinecie, a moje oko przypadkiem padło na fotografię nad komputerem. Śmiech Sary, nasz dom nad Dark Score Lake. Nie byłem tam od stuleci, przez chwilę zastanawiałem się nawet, świadomie, dlaczego?
Nagle w uchu zabrzmiał mi głos Harolda, łagodny, ostrożny; głos normalnego faceta próbującego pomóc szaleńcowi cierpiącemu na urojenia, miejmy nadzieję chwilowe.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł, Mike... nie w tym stadium twojej kariery.
- Nie ma żadnego stadium - powiedziałem. - Szczyt sprzedaży miałem w dziewięćdziesiątym pierwszym, a potem było równo, ani lepiej, ani gorzej. Równina, Haroldzie, równina.
- Tak. A pisarze z tej równiny mają, jeśli chodzi o sprzedaż, alternatywę: albo się utrzymają, albo idą w dół.
Już miałem powiedzieć: To pójdę... ale się powstrzymałem. Nie chciałem, żeby Harold dowiedział się, jak głęboko utknąłem, w jakie wpadłem lotne piaski. Nie chciałem, żeby wiedział, iż dostaję palpitacji serca - i mówię to najzupełniej dosłownie - za każdym razem, kiedy uruchamiam na komputerze Word Sześć, patrzę na pusty ekran i migający kursor.
- Jasne - rzuciłem. - W porządku. Zrozumiałem wiadomość.
- Jesteś pewien, że wszystko w porządku?
- A czy ostatnia książka mówi ci, że nie?
- Racja, cholera! Wielka rzecz! Twoja najlepsza, sam ci to powiedziałem. Świetnie się czyta, a jednocześnie jest taka cholernie poważna. Gdyby Saul Bellow pisał romantyczne thrillery, on by ją napisał, ale... nie masz kłopotu z następną? Wiem, że ciągle tęsknisz za Jo... cholera, wszyscy za nią tęsknimy...
- Nie. Nie mam żadnych problemów.
Znów zapadła ta cisza. Zniosłem ją. Harold nie.
- Grisham... - powiedział - Grisham może sobie pozwolić na rok przerwy. Clancy też. Thomas Harris; długie milczenie tylko dodaje mu tajemniczości. Ale tu, gdzie jesteś ty, życie jest znacznie cięższe niż na samej górze. O każde miejsce tam, z dołu listy, walczy co najmniej pięciu pisarzy. Wiesz, o kim mówię, cholera, przez trzy miesiące w roku są twoimi sąsiadami. Niektórzy idą w górę, jak Patricia Cornwell ze swymi dwiema ostatnimi książkami, niektórzy idą w dół, a niektórzy stoją w miejscu tak jak ty. Gdyby Tom Clancy na pięć lat zapadł się pod ziemię, a potem przywrócił do życia Jacka Ryana, ulokowałby się w czołówce, bez dwóch zdań. Gdybyś ty zapadł się pod ziemię na pięć lat, to pewnie w ogóle byś nie wrócił. Moja rada brzmi...
- ...kuj żelazo, póki gorące.
- Z ust mi to wyjąłeś.
Pogadaliśmy jeszcze trochę, a potem powiedzieliśmy sobie "do widzenia". Bujnąłem się mocniej, omal nie przewróciłem do tyłu, i znów spojrzałem na zdjęcie naszego prywatnego ustronia w zachodnim Maine. Śmiech Sary, coś jak tytuł prastarej ballady Halla i Oatesa. Jo bardziej ją kochała, to prawda, ale tylko trochę bardziej, więc czemu jeszcze tam nie pojechałem? Bill Dean, miejscowy wynajęty do opieki nad domem, zdejmował okiennice burzowe każdej wiosny i zakładał je każdej jesieni, jesienią spuszczał wodę z instalacji, wiosną sprawdzał, czy pompa w porządku, czy generator pracuje właściwie, czy instalacje przeszły inspekcję, a po Dniu Pamięci kotwiczył tratwę jakieś pięćdziesiąt metrów od należącego do nas skrawka plaży.
Wczesnym latem 1996 roku Bill oczyścił komin, choć przez z górą dwa lata nie było komu rozpalić ognia w kominku. Płaciłem mu co kwartał, jak to jest przyjęte wśród dozorców w tamtej części świata, a Bill Dean, stary jankes z długiej linii starych jankesów, realizował moje czeki i ani mu w głowie postało pytać, dlaczego przestałem przyjeżdżać. Od śmierci Jo wpadłem nad jezioro ze dwa, trzy razy, nie pozostając na noc. Dobrze, że nie pytał, bo nie wiem, jak bym mu odpowiedział. Do chwili rozmowy z Haroldem tak naprawdę nawet nie pomyślałem o naszym domu nad jeziorem.
Myślałem o Haroldzie. Przeniosłem wzrok z fotografii na telefon. Wyobraziłem sobie, że mówię do niego: No więc idę w dół. I co? Świat się kończy? Daj spokój. Przecież to nie tak, żebym miał żonę albo rodzinę na utrzymaniu. Żona zmarła na parkingu apteki, wyobraź sobie (zresztą możesz sobie nie wyobrażać), a dziecko, którego tak bardzo pragnęliśmy, o które staraliśmy się tak długo, zmarło razem z nią. Na sławie też mi nie zależy, jeśli pisarzy z dolnych regionów listy bestsellerów "Timesa" w ogóle można nazwać słynnymi, i nie zasypiam, marząc o klubie książki. Więc co? Co mnie to wszystko obchodzi?
Na to ostatnie pytanie znałem odpowiedź. Bo czułbym się tak, jakbym się poddał. Bo bez żony i bez pracy byłem tylko nikomu niepotrzebnym facetem, samotnym w wielkim, spłaconym domu, nierobiącym nic oprócz rozwiązywania krzyżówek przy lunchu.
***
No więc pchałem wózek nazywany życiem. Zapomniałem o Śmiechu Sary (albo ta część mnie, która nie chciała tam jechać, pogrzebała w ten sposób sam pomysł), spędziłem w Derry kolejne żałosne, upalne lato. Zainstalowałem na PowerBooku program "Szaradzista". Zacząłem tworzyć krzyżówki. Przyjąłem tymczasowe stanowisko w zarządzie miejscowej YMCA. Oceniałem Letnie Zawody Artystyczne w Waterville. Nagrałem serię reklam dla lokalnego schroniska dla bezdomnych, z wolna, lecz wytrwale zmierzającego do bankructwa, i zająłem miejsce w jego zarządzie (na jednym z publicznych zebrań jakaś kobieta nazwała mnie "przyjacielem degeneratów", na co odpowiedziałem: "Dzięki! Tego mi było potrzeba", wywołując huczny aplauz, którego do tej pory nie rozumiem). Spróbowałem indywidualnych sesji terapeutycznych, ale dałem sobie spokój po pięciu przekonany, że terapeuta ma większe problemy ode mnie. Zasponsorowałem małego Azjatę. Zagrałem w lidze kręglarskiej.
Od czasu do czasu próbowałem pisać. Blokowało mnie za każdym razem. Kiedyś spróbowałem zapisać zdanie, może nawet dwa (jakiekolwiek zdanie, byle wymyślone przeze mnie), i ledwie zdążyłem złapać kosz na śmieci. Zwymiotowałem. Wymiotowałem, aż prawie mnie to zabiło, a potem dosłownie odczołgałem się od biurka, pełzając po sztucznym futrzaku na rękach i kolanach. Gdy dotarłem do przeciwległej ściany, zrobiło mi się lepiej, mogłem nawet obejrzeć się na monitor. byle tylko nie próbować się do niego zbliżyć. Tego samego dnia, trochę później, zamknąłem oczy, podszedłem i wyłączyłem go.
Zbliżał się koniec lata. W miarę jak upływały dni, coraz częściej i częściej myślałem o Dennisonie Carville'u, nauczycielu pisarstwa, który pomógł mi nawiązać kontakt z Haroldem; to on pognębił We dwoje mdłą pochwałą. Powiedział kiedyś coś, czego nie potrafiłbym zapomnieć, choćbym chciał. Przypisał to powiedzenie Thomasowi Hardy'emu, wiktoriańskiemu pisarzowi i poecie. Być może Hardy rzeczywiście powiedział coś takiego, ale nigdy nie znalazłem właściwego cytatu ani w Bartletcie, ani w biografii Hardy'ego, którą przeczytałem między Z samej góry a Groźnym zachowaniem. Nie wykluczam, że Carville sam to wymyślił, a potem przypisał znanemu pisarzowi, by dodać swym słowom ciężaru właściwego; ze wstydem przyznaję, że praktyka ta nie jest mi obca.
Według ponurego, starego Dennisona Carville'a początkujący pisarz powinien dobrze zrozumieć jedną podstawową prawdę: główny cel fikcji pozostanie na zawsze poza jego zasięgiem, a pisarska twórczość to próba osiągnięcia nieosiągalnego. "W porównaniu z najbanalniejszą istotą ludzką depczącą ziemię i rzucającą na nią cień - miał powiedzieć Hardy - najwspanialej opisany bohater powieści jest tylko workiem kości". Doskonale rozumiałem te słowa, sam właśnie tak się czułem podczas tych ciągnących się w nieskończoność pustych dni. Worek kości.
***
"Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley".
Jeśli w literaturze angielskiej istnieje piękniejsze i głębiej zapadające w pamięć zdanie, to ja nigdy go nie przeczytałem. Miałem powód wiele o nim myśleć jesienią 1997 roku i zimą 1998. Nie Manderley mi się śniło oczywiście, lecz Śmiech Sary, dom, który Jo nazywała czasami naszą kryjówką. Celne określenie czegoś pogrążonego tak głęboko w lasach zachodniego Maine, że nie jest nawet miejscowością z własnymi władzami, tylko miejscem oznaczonym na mapach stanowych symbolem TR-90.
Ostatni sen był prawdziwym koszmarem, ale poprzednie cechowała surrealistyczna prostota. Budziłem się z nich, pragnąc przede wszystkim zapalić światło, potwierdzić zajmowane miejsce w rzeczywistości, nim znowu zasnę. Wiecie, jakie wydaje się powietrze przed burzą, kiedy świat zamiera, a barwy stają się nagle tak jaskrawe jak wtedy, gdy ogląda się go, mając wysoką gorączkę? Moje zimowe sny o Śmiechu Sary były właśnie takie, pozostawiały mnie z uczuciem, że jeszcze nie zachorowałem, ale prawie. "Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley", tak sobie czasami myślałem, a czasami tylko leżałem w łóżku przy zapalonym świetle, słuchając wiatru, penetrując wzrokiem ciemne zakątki sypialni, myśląc o tym, że Rebeka de Winter nie utopiła się w zatoce, ale w jeziorze Dark Score. Że utonęła, walcząc, usiłując zaczerpnąć powietrza, że woda zalała jej dziwne czarne oczy, a obojętne nury krzykiem oznajmiały nadejście zmierzchu. Czasami wstawałem, wypijałem szklankę wody. Czasami, upewniwszy się, gdzie jestem, po prostu gasiłem światło, przetaczałem się na swoją stronę łóżka i zasypiałem.
W świetle dnia rzadko myślałem o Śmiechu Sary. Dopiero o wiele, wiele później zorientowałem się, że kiedy życie na jawie i życie we śnie są tak różne, z człowiekiem coś jest jednak nie tak.
Sądzę, że sny sprowokował telefon Harolda Oblowskiego z października 1997 roku. Oficjalnym powodem było złożenie mi gratulacji z okazji rychłej publikacji Wielbicielki Darcy'ego, pozycji rozrywkowej jak rzadko, a jednocześnie zawierającej "mnóstwo skłaniającego do myślenia gówna". Podejrzewałem, że jest też drugi powód, ukryty, z Haroldem tak na ogół bywa, no i okazało się, że mam rację. Dzień wcześniej jadł obiad z Debrą Weinstock, moją redaktorką. Przy okazji pogadali sobie od serca o jesieni 1998 roku.
- Robi się tłok - powiedział, mając na myśli jesienną listę, a dokładniej literacką część jesiennej listy. - I mamy niespodzianki. Dean Koontz...
- Miałem wrażenie, że zazwyczaj publikuje w styczniu - przerwałem mu.
- Owszem, ale Debra słyszała, że może się opóźnić. Chce dodać kawałek czy coś. Plus The Predators Harolda Robbinsa...
- Też mi problem.
- Robbins wciąż ma wiernych czytelników, Mike, ma wiernych czytelników. Sam twierdziłeś przy więcej niż jednej okazji, że pisarze mają długie kariery.
- Aha. - Przyłożyłem telefon do drugiego ucha. Zacząłem się bujać w fotelu. Mój wzrok padł na zdjęcie Śmiechu Sary nad biurkiem. Miałem odwiedzić ten dom bliżej i na dłużej tej nocy we śnie, choć wtedy o tym oczywiście nie wiedziałem. Wiedziałem tylko, że jak w dupę marzyłem, by pan Harold Oblowski pośpieszył się i łaskawie przeszedł do tematu.
- Wyczuwam niecierpliwość, Michaelu, mój chłopcze. Czyżbym złapał cię przy biurku? Przeszkodził w pracy? Piszesz?
- Skończyłem na dziś. Ale zdarza mi się mieć ochotę na lunch.
- Już prawie skończyłem na dziś - pocieszył mnie Harold - ale posłuchaj jeszcze przez chwilę, Mike, bo to jest ważna sprawa. Jesienią może się opublikować aż pięcioro pisarzy, których do tej pory nie braliśmy pod uwagę: Ken Follett... to może być jego najlepsza rzecz od czasów Igły... Belva Plain... John Jakes.
- Nikt z nich nie gra w tenisa na moim korcie - przerwałem mu, choć wiedziałem, że Haroldowi nie całkiem o to chodziło. Haroldowi chodziło o to, że na liście "Timesa" jest tylko piętnaście miejsc.
- A co z Jean Auel, gotową wreszcie puścić kolejny tom z serii Seks wśród jaskiniowców?
To mnie ruszyło.
- Jean Auel? Poważnie?
- Nooo... nie na sto procent, ale szansa jest duża. No i zostaje jeszcze nie najmniej ważna Mary Higgins Clark. Wiem, na czyim korcie grywa, i ty też to wiesz.
Gdybym dostał taką wiadomość sześć czy siedem lat wcześniej, kiedy miałem o kogo się troszczyć, to pewnie toczyłbym już pianę z pyska. Oboje z Mary Higgins Clark graliśmy na tym samym korcie, pisaliśmy dla tego samego czytelnika, ale do tej pory daty wydawania ustalano tak, żebyśmy nie wchodzili sobie w drogę... na czym, zapewniam was, korzystałem raczej ja niż ona. Gdyby zapewniono nam równy start, toby mnie rozjechała. Jak słusznie zauważył świętej pamięci Jim Croce, nie ciągnie się Supermana za pelerynkę, nie pluje pod wiatr, nie ściąga maski staremu dobremu Samotnemu Jeźdźcowi i nie podskakuje Mary Higgins Clark... Nie, jeśli jesteś Michaelem Noonanem.
- Jak to się stało? - spytałem.
Nie sądzę, by mój głos brzmiał szczególnie groźnie, ale Harold odpowiedział mi nerwowo, szybko, potykając się o słowa, jakby się bał, że go wyleję, a może nawet obetnę głowę posłańcowi przynoszącemu złe wieści.
- Nie wiem. Podobno wpadła na ekstrapomysł, wiesz... mówiono mi, że takie rzeczy się zdarzają...
Jako ktoś, komu nie są obce ekstrapomysły, wiedziałem, że owszem, więc tylko spytałem Harolda, czego właściwie ode mnie chce; był to najlepszy, najprostszy sposób odczepienia go od telefonu. Odpowiedź mnie nie zaskoczyła, oboje z Debrą, nie wspominając już o reszcie moich dobrych przyjaciół z Putnama, chcieli książki do publikacji późnym latem 1998 roku. Dzięki niej o parę miesięcy wyprzedziłbym panią Clark wraz z resztą konkurencji, a w listopadzie, przed świętami, specjaliści od sprzedaży daliby jej dodatkowego zdrowego kopa.
- A przynajmniej tak twierdzą - powiedziałem.
Jak większość pisarzy (tych popularnych i tych mniej popularnych, co pozwala sądzić, że jest w tym oprócz zwykłej ulotnej paranoi także jakieś podobieństwo do prawdy) nie nauczyłem się ufać wydawcom.
- Moim zdaniem możesz im wierzyć, przynajmniej w tym wypadku, Mike. Wielbicielka Darcy'ego była ostatnią książką ze starego kontraktu, pamiętasz? - Głos Harolda zabrzmiał tym razem niezwykle dziarsko, jakby nie mógł się doczekać, kiedy on oraz Debra Weinstock i Phyllis Grann z Putnama zasiądą do rozmów o nowej umowie. - Dobrą nowiną jest to, że oni wciąż cię lubią, a jeszcze bardziej polubiliby cię, gdyby przed Świętem Dziękczynienia zobaczyli stos kartek z twoim nazwiskiem na pierwszej stronie.
- Chcą, żebym dał im kolejną książkę w listopadzie? W przyszłym miesiącu? - spytałem z, miałem nadzieję, właściwą dozą niedowierzania, zupełnie jakby Obietnica Helen nie leżała w depozycie przez niemal jedenaście lat. Była pierwszym moim orzeszkiem na zimę... i ostatnim, który mi pozostał.
- Nie, nie, masz czas co najmniej do połowy stycznia.
- Harold postarał się, by zabrzmiało to bardzo wielkodusznie. A ja tymczasem zastanowiłem się przelotnie, gdzie on i Debra zjedli lunch. Niewątpliwie gdzieś, gdzie jest drogo i modnie. Może Four Seasons? Johanna nazywała je zawsze Frankie Valli and the Four Seasons. - Co oznacza, że będą musieli śpieszyć się z produkcją, naprawdę bardzo się śpieszyć, ale są na to gotowi. Najważniejsze pytanie brzmi: Czy ty jesteś gotów przyśpieszyć produkcję?
- Chyba tak, ale to ich będzie kosztować. Powiedz im, żeby myśleli w kategoriach prania na sucho. Tego samego dnia.
- Och, jak strasznie mi ich żal. - Brzmiało to tak, jakby bił konia i dotarł do miejsca, w którym wierny stary strzela ładunkiem, a widzowie strzelają zdjęcia.
- Jak myślisz, ile...
- Najlepszym sposobem będzie, jak sądzę, dopłata do zaliczki - oznajmił Harold. - Zaczną się dąsać, rzecz jasna, twierdzić, że to wszystko w twoim interesie... przede wszystkim w twoim interesie, ale argument o ekstrapracy... siedzeniu do późnej nocy...
- Cierpieniach twórczych... bólów przedwczesnych narodzin...
- Właśnie, właśnie... sądzę, że dziesięć procent to rzecz najzupełniej właściwa. - Przemawiał rozsądnie, jak ktoś starający się postąpić tak sprawiedliwie, jak to tylko możliwe. A ja zastanawiałem się, ile kobiet spowodowałoby u siebie przedwczesny poród o miesiąc czy coś koło tego. Gdyby im za to zapłacono dwieście, trzysta tysięcy dolców.
Są rzeczy, których nie chce się wiedzieć. Zresztą czy to robi mi jakąś różnicę? Przecież już napisałem cholerę.
- Więc sprawdź, co się da zrobić - powiedziałem.
- Jasne, ale wydaje mi się, że nie powinniśmy mówić tylko o jednej książce, rozumiesz? Moim zdaniem...
- Haroldzie, w tej chwili jedyne, czego chcę, to zjeść lunch.
- Wydajesz się zdenerwowany, Mike. Czy wszystko...
- Wszystko jest w najlepszym porządku. Rozmawiaj z nimi o jednej książce i umowie, która osłodzi mój ciężki trud przyspieszenia produkcji. Dobrze?
- Dobrze - usłyszałem po jednej z tych jego patentowanych przerw, tym razem szczególnie ważnej. - Mam nadzieję, że zechcesz pogadać później o umowie na dwa, trzy tytuły. Kuj żelazo, póki gorące, to hasło zwycięzców.
- Hasło zwycięzców brzmi: mów hop, kiedy trzeba skakać - rzuciłem i tej nocy znów śniłem o powrocie do Śmiechu Sary.
***
We śnie, jak we wszystkich snach z tej jesieni i zimy, idę drogą do domu. Ta droga to taka pętla w lesie, odchodząca od drogi 68 i do niej wracająca. Po obu stronach stoi znak z numerem (droga 42, jeśli to kogoś obchodzi), na wypadek gdyby trzeba było zgłosić pożar, ale bez nazwy. Nie ma nazwy. My, to znaczy ja i Jo, też jej nie nazwaliśmy, nawet tak na prywatny użytek. Jest wąska, w istocie to zaledwie koleiny, a między nimi dzikie proso i tymotka. Kiedy jedziesz samochodem, słyszysz, jak ocierają się z szelestem o podwozie.
We śnie nie jadę jednak samochodem. Nigdy. We śnie zawsze idę na piechotę.
Po jednej i drugiej stronie tuż przy drodze rośnie las. Widoczny z niej skrawek nieba ciemnieje, wkrótce będę już mógł zobaczyć pierwsze gwiazdy. Słońce zaszło. Słychać cykanie świerszczy, na jeziorze krzyczą nury, w lesie coś szeleści, pewnie wiewiórki, tych naziemnych jest dużo, ale zwykłe też się spotyka.
Jestem przy gruntowej drodze prowadzącej w dół po zboczu wzgórza po mej prawej ręce. To nasz podjazd oznaczony małym drewnianym znakiem z napisem ŚMIECH SARY. Zatrzymuję się. Patrzę w dół, na dom. Zbudowany z bali, ma dodane skrzydła i, z tyłu, taras. Jest w nim czternaście pokoi, liczba wręcz śmiesznie duża. Powinien wyglądać niedbale, po prostu brzydko, ale z jakiegoś powodu nie wygląda. Nasza Sara przypomina dzielną matronę, jest jak dama prąca ku setnym urodzinom uparcie, całkiem dziarskim krokiem, choć reumatyzm odzywa się jej w biodrach i starych, sztywnych kolanach.
Środkowa część jest najstarsza, pochodzi z roku 1900 czy jakoś tak. Kolejne części dodawano w latach trzydziestych, czterdziestych i sześćdziesiątych. Kiedyś była to chata myśliwska, we wczesnych latach siedemdziesiątych na krótko osiedliła się tu mała komuna transcendentalnych hippisów. Wszyscy użytkownicy wynajmowali albo dzierżawili dom. Od późnych lat czterdziestych do 1984 roku był własnością Hingermanów, Darrena i Marie, a potem, od śmierci Darrena w 1971, tylko Marie. Naszym dodatkiem jest wyłącznie mała antena satelitarna na kalenicy, pomysł Johanny. Nie miała okazji się nim nacieszyć.
Za domem rozciąga się jezioro błyszczące w poświacie zachodu. Widzę, że podjazd jest zaśmiecony zaschłymi sosnowymi igłami i gałęziami. Porastające go po obu stronach krzaki zdziczały, zrosły się ze sobą ponad wąską przestrzenią jak przytuleni kochankowie. Gdyby wjechać tam samochodem, trzeszczałyby i drapały karoserię z nieprzyjemnym piskiem. Nawet stąd, gdzie stoję, widać mech na balach najstarszej części, a przez deski małej bocznej werandy od strony podjazdu przerosły trzy słoneczniki jak reflektory szperacze. Nie sprawia to jednak wrażenia zaniedbania, ale tylko zapomnienia.
Wieje lekki wiatr, ziębi skórę, co uświadamia mi, że się spociłem. Czuję zapach sosen, jednocześnie kwaśny i świeży, oraz słabą, ale w jakiś sposób potężną woń jeziora. Dark Score jest jednym z najczystszych i najgłębszych w Maine, a było jeszcze większe aż do początku lat trzydziestych. Marie Hingerman opowiadała nam, jak Western Main Electric, pracujące ręka w rękę z tartakami i papierniami w Rumford, dostało zgodę stanu na przegrodzenie tamą rzeki Gessa. Marie pokazała nam także kilka uroczych, starych fotografii dam w białych sukniach i dżentelmenów w kamizelkach pływających kanadyjkami. Wyjaśniła, że pochodzą z czasów pierwszej wojny światowej. Wskazała młodą kobietę, na zawsze zamarłą u progu epoki jazzu, ze wzniesionym, ociekającym wodą wiosłem.
- To moja mama - powiedziała - a ten mężczyzna, na którego się zamierza, to tata.
Nury krzyczą głosem nabrzmiałym wiecznym poczuciem straty. Na ciemnym niebie widzę Wenus. Gwiazdko, gwiazdko, powiedz mi, kiedy wrócą dobre dni.
A ja życzyłem sobie tylko, żeby wróciła Jo.
Wypowiedziałem życzenie, chcę zejść do domu. Oczywiście, że chcę. To mój dom, prawda? Gdzie miałbym pójść, jeśli nie tam? Teraz, kiedy zapadł zmrok, kiedy tajemnicze leśne szelesty wydają się jednocześnie bliższe i jakby... celowe?... gdzie indziej mogę pójść? Jest ciemno, to trochę przerażające tak wchodzić samotnie tam, gdzie jest ciemno (a jeśli Sara nie lubi, kiedy zostawia się ją samą na tak długo? A jeśli się gniewa?), ale muszę. Jeśli nie ma elektryczności, zapalę jedną z lamp burzowych. Są w szafce w kuchni.
Tylko że nie mogę zejść do domu. Nie mogę poruszyć nogami. Zupełnie jakby ciało wiedziało o stojącym w dole domu coś, czego nie wie mózg. Kolejny podmuch wiatru chłodzi gęsią skórkę na mych ramionach. Zastanawiam się, co takiego zrobiłem, żeby się tak strasznie pocić. Biegłem? Jeśli tak, to co chciałem doścignąć? Przed czym uciekałem?
Włosy też mam wilgotne od potu. Opadają mi na czoło nieprzyjemnie ciężkimi kosmykami. Podnoszę rękę, żeby je odgarnąć, widzę płytkie, świeże rozcięcie na jej grzbiecie, tuż nad kostkami palców. Czasami mam je na prawej dłoni, czasami na lewej. Myślę: Jeśli to sen, jest dobry w szczegółach. Zawsze ta sama myśl: Jeśli to sen, jest dobry w szczegółach. Bo to prawda. Takie pisarskie szczegóły. Ale może we śnie wszyscy jesteśmy pisarzami? Skąd można wiedzieć?
Śmiech Sary jest już tylko ciemną bryłą, tam niżej, a ja orientuję się, że wcale nie chcę zejść. Jestem człowiekiem, który nauczył umysł źle się zachowywać, potrafię wyobrazić sobie aż za wiele różnych czekających tam na mnie rzeczy. Czającego się w kącie kuchni wściekłego szopa pracza. Nietoperze w łazience; jeśli je obudzę, zaczną krążyć wokół mej ściągniętej strachem twarzy, piszczeć, muskać policzki suchymi skrzydłami.
Nawet któregoś ze słynnych potworów Spoza Świata Williama Denbrough, ukrytego pod gankiem, obserwującego, jak się do niego zbliżam, lśniącymi, zaropiałymi ślepiami.
- Ale przecież nie mogę tu zostać - mówię, tyle że nogi ani drgną. Wygląda na to, że jednak zostanę tu, gdzie z dróżki odchodzi mój podjazd; zostanę tu, czy mi się to podoba, czy nie.
Szelest w rosnącym za moimi plecami lesie już nie wygląda na dzieło jakichś małych zwierzątek, zresztą większość z nich dawno śpi w swych gniazdach lub norach. Zaczyna przypominać kroki. Chcę się odwrócić, zobaczyć, kto to, lecz nawet tego nie jestem w stanie zrobić...
...i najczęściej budzę się w tej właśnie chwili. Przede wszystkim obracam się z boku na bok, udowadniam sobie, że powróciłem do rzeczywistości, demonstracją prostego faktu, iż ciało znowu słucha umysłu, jak powinno. Czasami, a właściwie najczęściej, myślę: Manderley, śniło mi się Manderley. Jest w tym coś niesamowitego (uważam, że jest coś niesamowitego w każdym powtarzającym się śnie, w wiedzy, że podświadomość uparcie próbuje wygrzebać na światło dzienne coś, co trzyma się jej zębami i pazurami), ale kłamałbym, nie dodając, że coś we mnie cieszy się tym zapierającym dech w piersiach letnim upalnym spokojem, którym otulają mnie te sny, i że to coś raduje się także łagodnym smutkiem wraz z przeczuciem nieszczęścia nawiedzającym mnie zaraz po przebudzeniu. Jest w snach egzotyka, jest w nich obcość, nieobecne w mym życiu na jawie teraz, gdy droga wybiegająca z wyobraźni została tak skutecznie zablokowana.
O ile pamiętam, tylko raz byłem naprawdę przerażony (i muszę wam wyznać, że nie mogę całkowicie zaufać żadnemu z tych wspomnień, skoro tak długo zwyczajnie nie istniały). Pewnej nocy obudziłem się w mroku sypialni, mówiąc całkiem zrozumiale: "Za mną coś jest, niech mnie nie dostanie, coś jest w lesie, błagam, niech mnie nie dostanie". Nie słowa mnie wystraszyły, lecz raczej głos, którym je wypowiadałem. Był to głos człowieka przekraczającego właśnie granice paniki. Głos całkowicie mi obcy.
***
Dwa dni przed Bożym Narodzeniem 1997 roku znowu pojechałem do Fidelity Union, a tam kierownik ponownie odprowadził mnie do skrytki depozytowej, pogrzebanej głęboko w oświetlonych jarzeniówkami katakumbach. Kiedy szliśmy po schodach, po raz nie wiadomo który zapewnił mnie, że jego żona jest moją wielbicielką, że przeczytała wszystko, co napisałem, i ciągle jej mało. Po raz nie wiadomo który powiedziałem mu, że teraz to jego muszę dostać w swe ręce. Po raz nie wiadomo który zachichotał. Tę niezmienną wymianę zdań przywykłem nazywać bankierską komunią.
Pan Quinlan włożył klucz w zamek "A", obrócił go, a potem wycofał się z dyskrecją alfonsa, który spełnił swój obowiązek, doprowadzając klienta do łóżka kurwy. Włożyłem własny klucz do zamku "B", obróciłem go, otworzyłem skrytkę. Wydawała mi się teraz bardzo wielka i bardzo pusta. Jeden jedyny rękopis zdawał się drżeć wtulony w kąt, niczym porzucony przez właścicieli szczeniak wiedzący skądś, że wszystkich jego braci i wszystkie siostry zabrano i uśpiono. Na teczce wypisane było grubym czarnym flamastrem słowo Obietnica. Z trudem przypomniałem sobie, o czym jest ta cholerna książka.
Wsadziłem pod pachę podróżnika w czasie z lat osiemdziesiątych. Zamknąłem skrytkę. Nie było w niej już nic oprócz kurzu. Daj mi ją, usłyszałem syk Jo z koszmaru; pomyślałem o nim wówczas po raz pierwszy od przeszło roku. Daj mi to. To, co tak łapie kurz.
- Panie Quinlan, skończyłem! - zawołałem, a mój głos mnie samemu wydał się schrypnięty i drżący. Nie wyglądało jednak na to, by pan Quinlan zauważył, że dzieje się coś niepokojącego. A może po prostu był dyskretny? Z całą pewnością nie ja jeden reagowałem emocjonalnie na wizytę w tym finansowym odpowiedniku cmentarza.
- Naprawdę zamierzam przeczytać jedną z pańskich książek - powiedział, mimowolnie obrzucając wzrokiem trzymane przeze mnie pudło (mogłem przecież przychodzić po rękopisy z teczką, ale jakoś ani razu nie miałem jej ze sobą). - Szczerze mówiąc, zamierzam umieścić to na liście postanowień na Nowy Rok.
- Niech pan to zrobi - powiedziałem. - Niech pan to koniecznie zrobi.
- Mark. Proszę. - Te słowa też zdarzyło mi się już słyszeć.
Nim pojechałem do Federal Express, przygotowałem dwa listy i wsunąłem je do pudła z rękopisem. Oba napisane były na komputerze. Ciało pozwalało mi go używać dopóty, dopóki ograniczałem się do funkcji Notatnika, dopiero Word Sześć wzniecał burzę. Nie próbowałem nawet pisać powieści w Notatniku, zakładałem, że mogę w ten sposób obrzydzić sobie także jego... by już nie wspomnieć o utracie możliwości grania w scrabble czy rozwiązywania komputerowych krzyżówek. Mój problem w niczym nie przypominał tego, o którym kiedyś słyszałem, tak znanego strachu przed monitorem. Tyle udowodniłem sam sobie.
Jeden z listów przeznaczony był dla Harolda, drugi dla Debry Weinstock, ale w gruncie rzeczy niewiele się od siebie różniły: Oto moja nowa powieść Obietnica Helen. Mam nadzieję, że podoba się Wam tak jak mnie, a jeśli wydaje się trochę niedorobiona, to dlatego, że pośpiech w pracy kosztował mnie sporo czasu i wysiłku, wesołych świąt, szczęśliwej Chanuki, Eringo Bragh, cukierek albo psikus, mam nadzieję, że ktoś da Wam pieprzonego konika.
Niemal godzinę stałem w kolejce zgorzkniałych, przestępujących z nogi na nogę spóźnialskich (Boże Narodzenie to taki beztroski, taki swobodny czas, nikt się nigdzie nie śpieszy... dlatego je kocham), z Obietnicą Helen pod lewą pachą, a Szkołą wdzięku Nelsona DeMille'a w prawym ręku. Przeczytałem niemal pięćdziesiąt stron, nim mogłem wręczyć mą ostatnią nieopublikowaną książkę zmordowanej urzędniczce. Na pożegnanie powiedziałem do niej: "Wesołych świąt". Nie odpowiedziała mi, tylko zadrżała. Wyraźnie.
ROZDZIAŁ DRUGI
Przez dziesięć lat małżeństwa ani razu nie dopadła mnie niemoc twórcza i nie przytrafiła mi się też zaraz po śmierci Johanny. Prawdę mówiąc, żebym zauważył, iż dzieje się coś niezwykłego, ta szczególna choroba musiała ogarnąć mnie na dobre. Pewnie z powodu piastowanej w głębi serca wiary, że dotyka ona tylko "literackie" typy z rodzaju tych, których "The New York Review of Books" omawia, analizuje i tak chętnie skreśla.
Obie moje kariery, pisarska i małżeńska, niemal pokrywały się w czasie. Pierwszy szkic pierwszej powieści We dwoje skończyłem niedługo po oficjalnych zaręczynach (na środkowy palec lewej ręki włożyłem jej pierścionek z opalem, sto dziesięć dolców w Day's Jewellers, o wiele więcej niż było mnie stać... ale Jo po prostu zachwycił). Ostatnią, Z samej góry, tę o psychopatycznym mordercy lubiącym duże wysokości, skończyłem jakiś miesiąc po tym, gdy moją żonę uznano za martwą. Ukazała się drukiem na jesieni 1995 roku. Opublikowałem później i inne powieści - paradoks, który zaraz wyjaśnię - ale nie sądzę, by w najbliższej przyszłości nazwisko Michael Noonan ukazało się na jakiejkolwiek liście. Teraz wiem, co to znaczy niemoc twórcza. Wiem o niej więcej, niż chciałbym kiedykolwiek się dowiedzieć.
***
Kiedy, choć z wahaniem, pokazałem Jo pierwszy szkic We dwoje, przeczytała go w jeden wieczór, skulona w ulubionym fotelu, ubrana tylko w majteczki i podkoszulek z czarnym niedźwiedziem Maine na piersiach, pijąc szklankę po szklance mrożoną herbatę. Poszedłem do garażu (wynajmowaliśmy dom w Bangor na spółkę z pewnym małżeństwem w równie nędznej jak nasza sytuacji finansowej i nie, nie byliśmy jeszcze małżeństwem, chociaż, o ile wiem, pierścionek z opalem nie opuszczał jej palca). Zająłem się tym i owym, mając wrażenie, że jestem jak bohater komiksu w "New Yorkerze", jednego z wielu tych, w których facet łazi jak głupi po poczekalni porodówki. O ile pamiętam, udało mi się spieprzyć domek dla ptaków składany z elementów, coś tak prostego, że dziecko by sobie poradziło. Przy okazji omal nie obciąłem sobie palca wskazującego lewej ręki. Mniej więcej co dwadzieścia minut wchodziłem na górę podejrzeć Jo. Jeśli mnie zauważyła, to w każdym razie nie dała tego po sobie poznać.
Wyszła do mnie, kiedy siedziałem na ganku od tyłu, wpatrując się w gwiazdy, z papierosem w ustach. Położyła mi dłoń na karku.
- I jak? - spytałem - Jest dobra - usłyszałem w odpowiedzi. - A teraz... może wszedłbyś do środka i mnie przeleciał?
Nim zdążyłem odpowiedzieć, nylonowe majteczki wylądowały mi na kolanach z cichym szelestem.
***
Po wszystkim, leżąc w łóżku i jedząc pomarańcze (zwyczaj, z którego z czasem wyrośliśmy), spytałem:
- Dobra, czyli taka do publikacji?
- No cóż, nic nie wiem o wytwornym biznesie wydawniczym, ale przez całe życie czytam dla przyjemności... jeśli chcesz wiedzieć, to moją pierwszą wielką miłością był Ciekawski George...4.
- Wcale nie chcę wiedzieć.
Jo pochyliła się, wrzuciła mi kawałek pomarańczy w usta.
Poczułem na ramieniu dotyk jej ciepłej piersi, bardzo podniecający.
- ... a teraz czytałam z prawdziwą przyjemnością. Pozwolę sobie na proroctwo: twoja kariera dziennikarza w "Derry News" skończy się, nim się naprawdę zaczęła.
Te słowa mnie zachwyciły, aż dostałem gęsiej skórki na ramionach. Nie, moja żona nie wiedziała nic o wytwornym biznesie wydawniczym, ale jeśli ona wierzyła, to ja też wierzyłem i nasza wiara okazała się oczywiście usprawiedliwiona. Agenta załatwiłem sobie przez mojego wykładowcę kursów pisarskich (przeczytał powieść i przeklął ją nieprzekonywającą pochwałą, za herezję mając chyba komercyjne walory), agent zaś sprzedał We dwoje Random House, pierwszemu wydawcy, któremu ją pokazał.
Jo miała też rację w kwestii mojej kariery dziennikarskiej. Przez cztery miesiące pisałem o wystawach kwiatów, wyścigach równoległych, sobotnich kościelnych spotkaniach przy pieczonej fasoli, dostając za to jakąś stówę tygodniowo, a potem przyszedł pierwszy czek z Random House... dwadzieścia siedem tysięcy po odliczeniu procentów dla agenta. Nie przesiedziałem w pokoju dziennikarzy wystarczająco długo, by dostać pierwszą minimalną podwyżkę, ale mimo to koledzy urządzili mi przyjęcie pożegnalne. W Jack's Pub, teraz mi się przypomniało. W drugiej sali nad stolami wisiał transparent: POWODZENIA MIKE - PISZ DALEJ! Kiedy już wróciliśmy do domu, Johanna powiedziała, że gdyby zazdrość była kwasem, zostałaby po mnie tylko mosiężna sprzączka paska i trzy zęby.
Później, w łóżku, przy zgaszonym świetle, kiedy już zjedliśmy pomarańczę i wypaliliśmy ostatniego, wspólnego papierosa, powiedziałem:
- Nikt nigdy nie pomyli jej ze Spójrz ku domowi, aniele, prawda?
Chodziło mi o powieść. Sama się tego domyśliła, wiedziała, że reakcja wykładowcy pisania nieźle dała mi w kość.
- Nie zamierzasz wylać na mnie morza żalów sfrustrowanego artysty, mam nadzieję? - Jo podniosła się i oparła na łokciu.
- Bo jeśli masz, chciałabym, żebyś powiedział mi to teraz, a ja z samego rana kupię sobie taki zestaw do samodzielnego rozwodu. Rozbawiła mnie, ale także trochę zraniła.
- Widziałaś te pierwsze informacje dla prasy rozesłane przez Random House? - spytałem, choć wiedziałem, że widziała.
- Na litość boską, prawie że nazwali mnie tam V.C. Andrews z fiutem!
- No cóż. - Jo delikatnie ujęła wspomniany obiekt.
- Przecież masz fiuta. A jeśli chodzi o to, jak cię nazywają... Mike, w trzeciej klasie Patty Banning wołała na mnie: "dziwka z gilem w nosie", a nie byłam ani dziwką, ani nie miałam gila w nosie.
- Najważniejsze, jak cię postrzegają.
- Bzdura. - Wciąż trzymała w ręku mojego fiuta. Ścisnęła go mocno, co sprawiło mi odrobinę bólu i mnóstwo niewiarygodnej frajdy. W owych czasach mojej starej zwariowanej myszce obojętne było, do jakiej wchodzi dziurki... byle wchodzić najczęściej jak się da. - Najważniejsze, czy jesteś szczęśliwy. Jesteś szczęśliwy, pisząc, Mike?
- Jasne. - O tym też doskonale wiedziała.
- Odczuwasz wyrzuty sumienia?
- Kiedy piszę, nie pragnę niczego innego... oprócz tego - odparłem, przyciskając ją swym ciałem.
- O Boże - powiedziała Jo tym swoim bogobojnym cienkim głosikiem, który zawsze niesamowicie mnie bawił - między nas wszedł fiut!
Kochaliśmy się, a ja uświadomiłem sobie dwie rzeczy wręcz cudowne: twierdząc, że podoba się jej moja książka, mówiła prawdę (do diabła, przecież wiedziałem, że się jej podoba, wystarczyło spojrzeć, jak czyta w fotelu z wysokim oparciem, z kosmykiem włosów opadającym na czoło i podkulonymi nagimi nogami) i nie muszę się wstydzić tego, co napisałem... w każdym razie nie przed nią. A tę drugą cudowną rzecz stanowiło to, że jej postrzeganie w połączeniu z moim tworzyło coś w rodzaju dwuocznego widzenia, możliwego tylko w małżeństwie, i że jest to jedyne widzenie, które się liczy. Dzięki Bogu, że lubiła Maughama.
***
Byłem V.C. Andrews z fiutem przez dziesięć lat... czternaście, jeśli liczyć lata po śmierci Johanny. Pierwsze pięć w Random, a potem agent dostał hojną ofertę z Putnama, więc się przeniosłem.
Widzieliście moje nazwisko na niejednej liście bestsellerów. oczywiście pod warunkiem, że wasza niedzielna gazeta publikuje pierwszą piętnastkę, nie dziesiątkę. Nigdy nie zostałem Clancym, Ludlumem czy Grishamem, ale nieźle sprzedawałem się w twardych okładkach (V.C. Andrews nigdy tak nie wydano, dowiedziałem się od Harolda Oblowskiego, mojego agenta, była fenomenem wyłącznie paperbacków) i raz dotarłem nawet do numeru pięć "Timesa"... z drugą książką: Mężczyzna w czerwonej koszuli. Ironia losu objawiła się tym, że pójść wyżej nie pozwoliła mi Stalowa maszyna Thada Beaumonta, napisana pod pseudonimem George Stark. Beaumontowie mieli wówczas letni dom w Castle Rock, niespełna osiemdziesiąt kilometrów od naszego nad Dark Score Lake. Thad nie żyje. Popełnił samobójstwo. Nie wiem, czy miało to coś wspólnego z niemocą twórczą, czy nie.
Stałem tuż za granicą magicznego kręgu megabestsellerów, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Kiedy skończyłem trzydzieści jeden lat, mieliśmy już dwa domy: jeden piękny, stary, edwardiański w Derry, drugi z bali w zachodnim Maine, o wiele za duży, żeby mówić o nim "chata". Śmiech Sary, tak niemal od stu lat nazywali go miejscowi. I oba domy były w stu procentach nasze, nie banku, i to wtedy, kiedy mnóstwo małżeństw ma się za szczęśliwe, bo wreszcie pokonały analityków i dostały kredyt hipoteczny na pierwsze własne gniazdo. Poza tym byliśmy zdrowi, wierni i nie straciliśmy jeszcze młodzieńczego poczucia humoru. Nie byłem Thomasem Wolfe'em (ani Tomem Wolfe'em, ani nawet Tobiasem Wolffem), ale płacili mi za robienie czegoś, co kochałem robić; na tej naszej ziemi nie ma nic lepszego, to jak licencja na kradzież.
Zajmowałem miejsce w latach czterdziestych przeznaczone dla "pisarzy środka": ignorowanych przez krytyków, zakwalifikowanych gatunkowo (w moim wypadku gatunek ten można nazwać: PIĘKNA MŁODA KOBIETA SPOTYKA FASCYNUJĄCEGO OBCEGO), ale dobrze płatnych i cieszących się niechętną akceptacją ogółu, jak licencjonowane przez państwo domy publiczne w Nevadzie. Uznano po prostu, że trzeba zapewnić ludziom miejsce, w którym mogliby zadowolić swe niskie instynkty, no i przecież Ktoś Musi To Robić. No więc Robiłem To z entuzjazmem (oraz z entuzjastycznym przyzwoleniem Jo, a nawet pomocą, gdy znalazłem się na wyjątkowo trudnym skrzyżowaniu fabuły) i w pewnym momencie, gdzieś tak blisko zwycięstwa wyborczego George'a Busha, bankowe zawiadomienie o stanie konta poinformowało nas, że zostaliśmy milionerami.
Nie stać nas było na prywatny odrzutowiec (Grisham) ani na własną zawodową drużynę futbolową (Clancy), ale jak na standardy Derry w Maine tarzaliśmy się w forsie. Kochaliśmy się tysiące razy, widzieliśmy tysiące filmów, przeczytaliśmy tysiące książek (Jo najczęściej odkładała je wieczorem na podłogę, po swojej stronie łóżka) i, co było może największym błogosławieństwem, nie wiedzieliśmy, jak niewiele czasu nam zostało.
***
Niejeden raz zastanawiałem się, czy pisarskiej blokady nie ściągnęło na mnie nieprzestrzeganie rytuału. W świetle dnia potrafiłem zlekceważyć takie przesądne bzdury, w nocy było z tym gorzej. Nocą myśli mają tę nieprzyjemną cechę, że rozluźniają obrożę i uciekają na wolność. A jeśli większość dorosłego życia spędziłeś, tworząc fikcje, to jestem pewien, że twoje luźne obroże są luźniejsze od innych, a psy tym bardziej niechętnie je noszą. Czy to Shaw, czy Oscar Wilde powiedział, że pisarz to człowiek, który nauczył umysł źle się prowadzić?
Czy naprawdę jest przesadnie naciągane przekonanie, że nieprzestrzeganie rytuału mogło odegrać swą rolę w mym nagłym, niespodziewanym (niespodziewanym przynajmniej dla mnie) milczeniu? Jeśli zarabiasz na chleb powszedni w świecie wyobrażonym, granica między tym, co rzeczywiście, i tym, co się wydaje, jest bardzo cienka. Są malarze, którzy malują tylko, włożywszy tę, a nie inną czapkę, a baseballiści mający serię dobrych wybić nie zmieniają skarpetek.
Rytuał ustalił się przy drugiej książce, jednej jedynej, o ile dobrze pamiętam, o którą się obawiałem - mam wrażenie, że przyswoiłem jednak bajeczkę o drugim nieszczęśliwym razie, przeświadczenie, że pierwszy raz to może jedynie uśmiech losu, nic więcej. Nigdy nie zapomnę zdania wykładowcy literatury amerykańskiej o tym, że ze wszystkich współczesnych pisarzy amerykańskich tylko Harper Lee znalazła pewny sposób na chandrę związaną z drugą książką.
Przy samym końcu Mężczyzny w czerwonej koszuli przerwałem pracę. Edwardiański dom na Benton Street w Derry miał czekać na nas jeszcze dwa lata, ale kupiliśmy już Śmiech Sary, chatę nad Dark Score (nie tak wykończoną, bez pracowni Jo, ale i tak wspaniałą) i tam właśnie byliśmy.
Odsunąłem się od maszyny do pisania, wówczas ciągle jeszcze trzymałem się starej IBM Selectric. Poszedłem do kuchni. Była połowa września, wakacyjny tłum odpłynął, krzyk nurów na jeziorze brzmiał pięknie, nie do opisania. Słońce zachodziło, powierzchnia jeziora było nieruchomą, zimną płaszczyzną ognia. To jedno z moich najżywszych wspomnień, tak doskonale zachowanych, że czasami wydaje mi się możliwe wejście w nie, przeżycie tych chwil jeszcze raz. Co, jeśli w ogóle coś, zrobiłbym inaczej? Zdarza mi się nad tym zastanawiać.
Wczesnym popołudniem włożyłem do lodówki butelkę taittingera i dwa wysokie kieliszki. Teraz je wyjąłem, postawiłem na cynowej tacy, zazwyczaj służącej do przenoszenia dzbanków lemoniady albo mrożonej herbaty z kuchni na taras, zaniosłem ostrożnie do pokoju dziennego.
Johanna siedziała w swym starym, rozklekotanym, głębokim fotelu, pogrążona w lekturze (tym razem nie Maughama, lecz Williama Denbrougha, jednego z jej współczesnych faworytów).
- Oooo...! - westchnęła. Zaznaczyła stronę, zamknęła książkę. - Szampan. Z jakiej okazji?
Pytała, jakby, rozumiecie, sama nie wiedziała.
- Skończone - powiedziałem. - Mon livre est tout fini.
Pochyliłem się ku niej w eleganckim ukłonie. Wzięła jeden z kieliszków, mówiąc:
- Aha. W takim razie to w porządku, prawda?
Teraz już zdaję sobie sprawę z tego, że istotą rytuału, jego częścią żywą, dysponującą mocą, jak magiczne słowo w potoku nonsensów, było to jedno jedyne zdanie. Niemal zawsze piliśmy szampana i niemal zawsze przychodziła potem do mojego gabinetu zrobić tę drugą rzecz. Niemal, ale nie zawsze.
Pewnego razu, jakieś pięć lat przed śmiercią, kiedy ja kończyłem książkę, ona pojechała z przyjaciółką do Irlandii na wakacje. Wypiłem szampana sam i sam wpisałem ostatnią linijkę tekstu (używałem już komputera Macintosh zdolnego zrobić miliard różnych rzeczy. Dla mnie robił jedną). Spałem potem jak dziecko. Ale zadzwoniłem do gospody, w której się z Bryn zatrzymały, powiedziałem Jo, że książka skończona, wysłuchałem jej słów; o nie przecież chodziło. O słowa, które przepłynęły irlandzkimi liniami telefonicznymi, powędrowały do przekaźnika mikrofalowego, wzniosły się niczym modlitwa do jakiegoś satelity, a potem wpadły mi w ucho. "Aha. W takim razie to w porządku, prawda?".
Zwyczaj ten narodził się, jak powiedziałem, przy drugiej książce. Kiedy już wypiliśmy po kieliszku szampana i powtórnie je napełniliśmy, poszliśmy do gabinetu. Na wałku mojego zielonego selectrica czekała kartka papieru. Od strony jeziora nur wezwał noc ostatnim krzykiem, w moich uszach brzmiącym zawsze tak, jakby coś bardzo zardzewiałego obracało się na wietrze.
- Czy nie mówiłeś mi, że już po wszystkim? - spytała Jo.
- Zostało ostanie zdanie - powiedziałem. - Książkę i tak zadedykowałem tobie, więc chcę, żebyś dopisała ostatni kawałek.
Nie roześmiała się, nie protestowała, nie popadła w entuzjastyczny nastrój, po prostu spojrzała na mnie, jakby chciała zapytać wzrokiem, czy mówię poważnie. Skinąłem głową, więc usiadła w moim fotelu. Wcześniej pływała, włosy miała ściągnięte, przewiązane białym elastycznym czymś, wilgotne i o dwa odcienie ciemniejsze. Dotknąłem ich. Poczułem się tak, jakbym dotykał wilgotnego jedwabiu.
- Wcięcie? - spytała poważnie jak szeregowa stenotypistka, której za chwilę dyktować zacznie sam Wielki Szef.
- Nie - powiedziałem. - Kontynuacja. - I wygłosiłem zdanie, które obracałem w głowie od chwili, gdy wstałem nalać szampana. "Nałożył jej łańcuszek na szyję, a potem oboje zeszli po schodach do czekającego na nich samochodu".
Jo zapisała. Spojrzała na mnie pytająco.
- To wszystko - poinformowałem ją. - Możesz chyba dopisać "Koniec".
Jo dwukrotnie uderzyła RETURN, wyśrodkowała głowicę i pod ostatnią linijką książki napisała posłusznie KONIEC IBM-owskim Courierem, moją ulubioną czcionką. Litery wyskakiwały z wirującej głowicy posłusznie jak tancerze.
- Co to za łańcuszek nakłada jej na szyję? - spytała.
- Musisz przeczytać całość, żeby się dowiedzieć.
Siedziała w fotelu, ja stałem za nią, więc znalazła się w idealnej pozycji do przyłożenia twarzy tam, gdzie ją przyłożyła, a kiedy zaczęła mówić, jej wargi muskały najwrażliwszą część mnie. Dzieliły nas bawełniane szorty, nic więcej.
- Mamy sposoby na zmuszenie cię do mówienia.
- Nie wątpię - powiedziałem.
***
Przynajmniej próbowałem trzymać się rytuału tego dnia, kiedy skończyłem Z samej góry. Wydał mi się po prostu płytki, całkowicie pobawiony magii, ale niczego innego się nie spodziewałem. Zrobiłem to nie z przesądu, lecz z szacunku i miłości. Upamiętniłem Jo, jeśli wolicie to określenie. Albo, jeśli wolicie to określenie, prawdziwe nabożeństwo żałobne odbyło się teraz, gdy od miesiąca leżała w ziemi.
Nadeszła trzecia dekada września, ale wciąż panował upał, nie pamiętam gorętszego końca lata. Aż do samego żałosnego, ostatniego wysiłku dopychającego książkę do końca myślałem tylko o tym, jak bardzo tęsknię... ale nie miało to żadnego wpływu na tempo pracy. Jest coś jeszcze: choć w Derry było tak strasznie gorąco, że przeważnie pracowałem wyłącznie w gatkach, ani razu nie pomyślałem, żeby wyjechać nad jezioro.
Zupełnie jakby ktoś wymazał mi z głowy samo wspomnienie Śmiechu Sary. Być może dlatego, że wraz z końcem Góry przestałem też uciekać przed prawdą. Tym razem Jo udała się dalej niż do Irlandii.
Mój gabinet nad jeziorem jest mały, ale ten widok...! Gabinet w Derry jest długi, zastawiony książkami i w ogóle nie ma okna. Tego szczególnego wieczoru wiszące pod sufitem trzy wiatraki były włączone. Mieszały gęste powietrze. Wszedłem tam w szortach, podkoszulku i gumowych japonkach, z cynową tacką od coli zastawioną butelką szampana wraz z dwoma schłodzonymi kieliszkami. W najdalszym krańcu tego pokoju jak hotelowy wagon, pod okapem tak stromym, że musiałem niemal kucać, żeby nie walnąć się w głowę przy wstawaniu (przez całe lata musiałem także znosić wymysły Jo, że miejsce do pracy wybrałem sobie najgorsze w całym domu), świecił wypełniony literami ekran macintosha.
Pomyślałem sobie, że aż proszę się o kolejny atak żalu, może najgorszy, ale nie rezygnowałem i... nasze uczucia zawsze nas zaskakują, prawda? Tej nocy nie zanosiłem się płaczem. Przypuszczam, że wypłakałem się już do zera. Zastąpiło go wszechobecne, straszne poczucie żalu: pusty fotel, w którym lubiła czytać, pusty stół, na którym szklankę stawiała zawsze zbyt blisko krawędzi.
Nalałem szampana do kieliszka, poczekałem, aż osiądzie piana, podniosłem go jak w toaście.
- Skończyłem, Jo - powiedziałem, siadając pod obracającymi się wiatrakami. - Więc to w porządku, prawda?
Nie doczekałem się odpowiedzi. W świetle tego, co miało się zdarzyć później, sądzę, że warto powtórzyć jeszcze raz: nie doczekałem się odpowiedzi. Nie czułem, co zdarzało mi się później, że nie jestem sam w pokoju, który wydaje się pusty.
Wypiłem szampana, odstawiłem kieliszek na cynową tackę, napełniłem ten drugi. Podszedłem z nim do maca. Usiadłem tam, gdzie powinna siedzieć Johanna, gdyby nie miłosierdzie uwielbianego przez świat kochającego Boga. Nie zanosiłem się płaczem, ale oczy miałem wilgotne. Na ekranie świeciły następujące słowa:
dziś nie było tak źle, pomyślała. Przeszła po trawniku do samochodu, roześmiała się na widok białej kartki za wycieraczką. Cam Delancey nie dawał się spławić, nie przyjmował do wiadomości odmownej odpowiedzi, a teraz zapraszał ją na jedną z tych swoich czwartkowych winnych party. Wyjęła kartkę, naddarła ją nawet, ale rozmyśliła się i schowała do tylnej kieszeni dżinsów.
- Bez wcięcia - powiedziałem. - Kontynuacja.
A potem wpisałem zdanie, które obracałem w głowie od chwili, gdy wstałem i poszedłem po szampana.
Czekał na nią szeroki świat, a winne party Cama Delanceya było równie dobrym miejscem, by weń wkroczyć, jak każde inne.
Przerwałem. Przyglądałem się małemu migającemu kursorowi. Łzy w dalszym ciągu kłuły mnie w kąciki oczu, ale powtarzam: kostek nie owiał mi podmuch zimnego powietrza, żadne upiorne palce nie musnęły mi karku. Dwa razy wcisnąłem RETURN, a później CENTER. Napisałem KONIEC.
- Twoje zdrowie, mała - powiedziałem głośno. - Szkoda, że cię tu nie ma. Tęsknię za tobą jak szalony.
Głos może lekko mi drżał, ale nie załamał się ani razu. Dopiłem taittingera, zapisałem to ostatnie zdanie, przeniosłem całą książkę na dyskietki, a potem je jeszcze skopiowałem. Poza notatkami, listą zakupów i wypełnianiem czeków przez następne cztery lata nie napisałem nic.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Pewnego bardzo gorącego dnia w sierpniu 1994 roku żona powiedziała mi, że jedzie do Derry Rite Aid wykupić przedłużoną receptę na inhalator do oczyszczania zatok - takie rzeczy dziś chyba po prostu się kupuje. Napisałem już to, co zamierzałem napisać tamtego dnia, więc powiedziałem, że go dla niej odbiorę. Podziękowała, bo i tak chciała jeszcze kupić rybę w sąsiednim supermarkecie; dwie muchy jednym pacnięciem, takie tam. Zdmuchnęła z dłoni całusa, wyszła, a następnym razem zobaczyłem ją w telewizji. Tu, w Derry, tak się identyfikuje zwłoki. Nie musisz wędrować podziemnym korytarzem wyłożonym zielonymi płytkami, z długimi świetlówkami na suficie, nie patrzysz na nagie ciało wysuwane z chłodni, leżące na noszach z kółkami, tylko wchodzisz do biura z napisem: PRYWATNE na drzwiach, patrzysz na ekran telewizyjny i mówisz: "tak" lub "nie".
Z naszego domu do Rite Aid i Shopwell jest mniej niż półtora kilometra, są częścią takiego małego, lokalnego centrum handlowego, w którym mieści się jeszcze wypożyczalnia wideo, antykwariat o nazwie Ponieś Słowo (robi dobry biznes na moich starych paperbackach), Radio Shack i Fast Foto. Centrum zbudowano na Milowym Wzgórzu, na skrzyżowaniu Witcham i Jackson.
Zaparkowała przed Blockbuster Video, weszła do apteki, załatwiła sprawy z panem Joem Wyzerem, który w owych czasach był naszym farmaceutą, a potem przeniósł się do Rite Aid w Bangor. Przy kasie wzięła sobie jedną małą czekoladkę piankową - wybrała taką w kształcie myszki. Znalazłem tę myszkę później, w kosmetyczce, odwinąłem z papierka i zjadłem. Siedziałem przy kuchennym stole, na blat wysypałem rzeczy z jej czerwonej torebki i było to jak komunia. Kiedy został mi już tylko smak czekolady na języku i w gardle, rozpłakałem się. Siedziałem wśród śmieci - chusteczki higieniczne, puderniczka, klucze, miętowe cukierki - i płakałem, zasłaniając dłońmi oczy. Jak dziecko.
W torebce z Rite Aid był inhalator. Kosztował dwanaście dolarów i osiemnaście centów. I jeszcze coś za dwadzieścia dwa pięćdziesiąt. Patrzyłem na to drugie coś, widziałem, ale nie rozumiałem. Byłem zdziwiony, owszem, może lepszym słowem byłoby "zdumiony", ale myśl, że Johanna Arlen Noonan prowadziła drugie życia, o którym nie miałem zielonego pojęcia, nie postała mi w głowie. Nie wtedy.
***
Jo odeszła od kasy. Wyszła na palące, upalne słońce, zmieniła normalne okulary na przeciwsłoneczne, zrobiła krok, wyszła spod małej markizy apteki (to chyba podpowiada mi moja wyobraźnia, wkraczam w krainę pisarstwa, ale tylko trochę, odrobinę, kilka centymetrów, możecie mi ufać na słowo) i wtedy rozległ się ten charakterystyczny pisk opon zblokowanych kół zwiastujący albo wypadek, albo coś, co tylko cudem się nim nie stało.
Tym razem to jednak był wypadek, jeden z tych, które na głupich skrzyżowaniach równorzędnych zdarzają się chyba raz w tygodniu albo częściej. Toyota z 1989 roku wyjeżdżała z parkingu galerii. Skręcała w lewo w Jackson Street. Za kierownicą siedziała pani Esther Easterling z Barrett's Orchards, miejsce pasażera zajmowała jej przyjaciółka, pani Irene Deorsey, także z Barrett's Orchards. Obie szukały przedtem czegoś w wypożyczalni wideo, ale nic nie znalazły. "Za wiele przemocy", powiedziała Irene.
Obie panie były papierosowymi wdowami.
Esther nie mogła nie zauważyć pomarańczowej wywrotki Robót Publicznych zjeżdżającej właśnie ze wzgórza. Chociaż zaprzeczyła na policji, zaprzeczyła gazetom, zaprzeczyła nawet mnie, kiedy rozmawiałem z nią jakieś dwa miesiące później, sądzę, że po prostu się nie obejrzała. Jak mawiała moja mama (kolejna papierosowa wdowa): "Dwie najczęściej spotykane starcze dolegliwości to reumatyzm i skleroza. Ich nie da się pociągnąć do odpowiedzialności".
Za kierownicą wywrotki siedział William Fraker z Old Cape. W dniu śmierci mojej żony pan Fraker miał trzydzieści osiem lat, prowadził bez koszuli i myślał tylko o tym, jak bardzo potrzebuje chłodnego prysznica i zimnego piwa, niekoniecznie w tej kolejności. On i jeszcze trzech ludzi przez osiem godzin łatało asfalt na przedłużeniu Harris Avenue, niedaleko lotniska, gorąca robota w gorący dzień i Bill Fraker przyznał, że jasne, mógł lecieć za szybko, sześćdziesiąt parę przy ograniczeniu do pięćdziesiątki. Bardzo chciał zjechać już na bazę, zdać wywrotkę, przesiąść się do swojego F-150, pick-upa z klimatyzacją. Poza tym hamulce wywrotki, chociaż przeszły przegląd, nie były bynajmniej idealne. Gdy tylko zobaczył wjeżdżającą mu przed nos toyotę, Fraker wcisnął je, ile się dało (wcisnął także klakson), ale było już za późno. Usłyszał pisk opon, tych swoich i tych Esther, która za późno zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, przez chwilę widział jej twarz.
- Z jakiegoś powodu to właśnie było najgorsze - powiedział, kiedy siedzieliśmy na ganku, pijąc piwo, a był już październik i choć słońce świeciło nam w twarze, obaj mieliśmy na sobie swetry. - Wie pan, jak wysoko siedzi się w tych wywrotkach?
Skinąłem głową.
- No więc chciała mnie zobaczyć, patrzyła w górę, można powiedzieć: zadzierała głowę, słońce świeciło jej w twarz i widziałem, jaka jest stara. Pamiętam, że pomyślałem: O do diabła, jeśli nie zahamuję, to rozpryśnie się jak szkło. Ale starzy ludzie są twardzi, przynajmniej większość. Aż się dziwisz. Bo proszę zobaczyć, jak to się skończyło, obie stare damy żyją, a ona...
Umilkł i strasznie się zarumienił, wyglądał jak chłopiec, którego na przerwie wyśmiały dziewczyny, bo zobaczyły, że ma rozpięty rozporek. Komiczne to było, ale gdybym się roześmiał, tylko wprawiłbym go w jeszcze większe zakłopotanie.
- Strasznie mi przykro, panie Noonan. Czasami mówię szybciej, niż myślę, i...
- W porządku - uspokoiłem go. - Najgorsze już za mną.
Kłamałem, ale mogliśmy przynajmniej wrócić do sprawy.
- W każdym razie się zderzyliśmy. Najpierw był huk, potem trzask, to toyota gięła się do środka od strony kierowcy. No i posypało się szkło. Poleciałem na kierownicę, walnąłem w nią tak mocno, że potem przez dobry tydzień nie mogłem oddychać bez bólu. Siniak mi wyskoczył na piersi, o tu. - Narysował palcem łuk pod obojczykami. - Walnąłem głową w szybę tak mocno, że aż pękła, ale z tego był tylko drugi, mały, fioletowy siniec... ani odrobiny krwi, nawet głowa mnie nie bolała. Żona mówi, że to przez ten zakuty łeb. Widziałem, jak prowadzącą toyotę staruszkę, panią Easterling, spycha po desce między siedzenia. Zatrzymaliśmy się wreszcie, sczepieni ze sobą na środku ulicy. Zaraz wyskoczyłem sprawdzić, co z nimi. Proszę mi wierzyć, że spodziewałem się zobaczyć dwa trupy.
Panie z toyoty pozostały przy życiu, nawet nie straciły przytomności, chociaż pani Easterling miała trzy złamane żebra i zwichnięte biodro. Pani Deorsey, siedząca na miejscu pasażera, doznała wstrząśnienia mózgu od uderzenia głową w szybę drzwi, i to wszystko. Jak zwykle piszą w takich przypadkach w "Derry News": "...została opatrzona w Home Hospital i zwolniona do domu".
Moja żona, świętej pamięci Johanna Arlen z Malden w Massachusetts, widziała to wszystko z chodnika przed apteką, na którym stanęła na chwilę z torbą przewieszoną przez ramię i torebką z zakupami w ręku. Pewnie jak Bill Fraker musiała pomyśleć sobie, że pasażerowie toyoty albo nie żyją, albo są poważnie ranni. Kraksie towarzyszył donośny, choć głuchy huk, przetoczył się przez upalne popołudnie jak kula bilardowa toczy się po torze, a trzask szkła ozdobił je niczym porwaną koronką. Dosłownie splątane ze sobą dwa wozy utkwiły na środku Jackson, a brudnopomarańczowa ciężarówka górowała nad importowaną zabawką jak wkurzeni rodzice nad przerażonym dzieckiem.
Johanna pobiegła przez parking w stronę ulicy. Nie sama, wokół niej było wielu biegnących, wśród nich także panna Jill Dunbarry, która w chwili wypadku oglądała wystawę Radio Shack. Powiedziała, że chyba wyprzedziła Johannę, w każdym razie była całkiem pewna, że wyprzedzała kobietę w żółtych spodniach, ale na sto procent to nie pamięta. Pani Easterling wrzeszczała już, że jest ranna, obie są ranne i niech ktoś wreszcie pomoże jej i biednej Irene.
W połowie parkingu, przy rzędzie automatów z gazetami, moja żona upadła. Torebka nie zsunęła się jej z ramienia, ale puściła torbę z zakupami i inhalator do połowy się z niej wysunął. Ta druga rzecz została w środku.
Nikt nie zauważył Johanny leżącej przy automatach z gazetami, uwagę wszystkich przykuwały samochody, krzyczące kobiety i rozszerzająca się kałuża wody zmieszanej z płynem przeciwzamarzającym, wyciekających z pękniętej chłodnicy wywrotki ("To benzyna! - krzyczał facet z Fast Foto do każdego, obojętnie, czy go słuchał czy nie. - To benzyna, uważajcie ludzie, żeby nie wybuchła!"). Podejrzewam, że jeden i drugi chętny ratownik mógł nawet nad nią przeskoczyć, zapewne w przekonaniu, że straciła przytomność. Założenie, że tak to wyglądało w dniu, w którym temperatura dobijała trzydziestkipiątki na termometrze, nie wydawało się tak całkiem nierozsądne.
W sumie na miejsce wypadku dobiegły ze dwa tuziny ludzi z centrum handlowego plus jeszcze ze cztery tuziny ze Strawford Park, gdzie toczył się właśnie mecz baseballu. Podejrzewam, że wszystko, co zazwyczaj można usłyszeć w takiej sytuacji, już się słyszało, a niektóre rzeczy nawet więcej niż raz. Kłębiący się tłum. Ktoś sięga przez zdeformowaną dziurę, jeszcze przed chwilą okno od strony kierowcy, poklepuje Esther po drżącej starczej dłoni. Ludzie rozstępują się chętnie, torując drogę Joemu Wyzerowi; w takich okolicznościach ktokolwiek ma na sobie biały fartuch, automatycznie staje się pięknością balu. Z dala słychać sygnał zbliżającej się karetki pogotowia, drżący jak powietrze nad spalarnią.
A przez cały ten czas moja żona leżała na parkingu niezauważona, z torebką ciągle przewieszoną przez ramię (w torebce czeka niezjedzona czekoladka piankowa w kształcie myszki) i torbą z apteki wysuniętą nieco poza zasięg wyciągniętej ręki. To Joe Wyzer, chociaż śpieszył się do apteki po kompres na głowę dla Irene Deorsey, dostrzegł ją pierwszy. I rozpoznał, mimo że leżała twarzą w dół. Rozpoznał ją po rudych włosach, białej bluzce i żółtych spodniach. Rozpoznał ją, bo przecież przed niespełna kwadransem była jego klientką.
- Pani Noonan? - Zapomniał o kompresie dla oszołomionej, ale najwyraźniej niezbyt mocno poszkodowanej Irene Deorsey.
- Pani Noonan? Pani Noonan, nic pani nie jest?
Już wtedy wiedział, a przynajmniej podejrzewam, że wiedział, choć mogę się oczywiście mylić, że na pewno coś jej jest.
Obrócił moją żonę. Musiał użyć do tego obu rąk, a i tak nie przyszło mu to łatwo, klęknął i popychał ciało pod przypiekającym z nieba słońcem, w dodatku nagrzewającym asfalt. Osobiście jestem przekonany, że zmarli nabierają wagi. Oni sami i nasza pamięć o nich... i pod jednym, i pod drugim względem nabierają wagi.
Na twarzy mojej żony były czerwone ślady. Kiedy identyfikowałem ciało, widziałem je wyraźnie, nawet na monitorze. Na końcu języka miałem pytanie do asystenta patologa, skąd się wzięły, ale sam się domyśliłem. Koniec lipca, rozgrzany asfalt... elementarne, drogi Watsonie. Moja żona zmarła, doznając porażenia słonecznego.
Wyzer wstał. Zobaczył podjeżdżającą właśnie karetkę. Pobiegł do niej, przepchnął się przez tłum, złapał za rękaw sanitariusza wysiadającego zza kierownicy.
- Tam jest kobieta - powiedział, wskazując palcem parking.
- Człowieku, my tu mamy dwie kobiety i jeszcze faceta na dodatek. - Sanitariusz próbował mu się wyrwać, ale Wyzer trzymał go mocno.
- To akurat nie jest takie ważne. Nic im się nie stało. A tej kobiecie tam, wręcz przeciwnie.
Ta kobieta tam nie żyła, jestem całkiem pewien, że Joe Wyzer dobrze o tym wiedział, ale wiedział też, co jest ważne, a co mniej. To mu trzeba przyznać. Okazał się tak przekonywający, że dwaj sanitariusze oddalili się od karetki i miejsca wypadku, chociaż Esther Easterling krzyczała z bólu, a grecki chór zagrzmiał protestem.
Podeszli do mojej leżącej żony. Pierwszy sanitariusz potwierdził podejrzenia Joego, a drugi powiedział:
- O do diabła! Co się jej stało?
- Najprawdopodobniej serce - powiedział pierwszy.
- Przejęła się i serduszko nie wytrzymało.
Ale to nie było serce. Sekcja wykazała tętniak mózgu, z którym żyła, nic o nim nie wiedząc, może nawet aż pięć lat? A kiedy biegła przez parking na miejsce wypadku, osłabione naczynie w korze mózgowej strzeliło jak dętka, zatapiając ośrodki we krwi i w ten sposób ją zabijając. Śmierć nie była zapewne natychmiastowa, powiedział mi asystent patologa, ale nastąpiła szybko... i bez cierpień. Niczym eksplozja wielkiej czarnej nowej, pochłaniająca wrażenia i myśli, nim ciało uderzyło o asfalt.
- Może mógłbym w czymś pomóc, panie Noonan? - spytał doktor. Odwrócił mnie delikatnie od obrazu nieruchomej twarzy i zamkniętych oczu, wyłączył monitor. - Ma pan może jakieś pytania? Odpowiem, jeśli potrafię.
- Tylko jedno.
Powiedziałem mu, co moja żona kupiła w aptece tuż przed śmiercią. A potem zadałem pytanie.
***
Dni poprzedzające pogrzeb i sama uroczystość pogrzebowa pozostały w mej pamięci niczym sen. Najlepiej pamiętam tę chwilę, kiedy zjadłem czekoladkę i płakałem... przede wszystkim płakałem, bo wiedziałem, że jej smak wkrótce zniknie. Ataku płaczu dostałem znowu kilka dni po pogrzebie. Opowiem wam o tym wkrótce.
Ucieszył mnie przyjazd rodziny Jo, a zwłaszcza jej starszego brata Franka. To on, Frank Arlen - rumiany, zażywny, z bujnymi ciemnymi włosami - załatwił wszystkie formalności... nawet targował się z właścicielem domu pogrzebowego!
- Byłem przy tym, ale ciągle nie potrafię uwierzyć świadectwu własnych oczu - powiedziałem mu później, kiedy siedzieliśmy w loży Jack's Pub, popijając piwo.
- Wciskał ci kit, Mikey. Nienawidzę takich ludzi. - Frank sięgnął do tylnej kieszeni spodni po chusteczkę i otarł nią czerwone policzki. Nie załamał się, żaden z Arlenów się nie załamał, a przynajmniej nie przy mnie, ale ciekło mu z oczu przez cały dzień. Wyglądał jak facet z ostrym zapaleniem spojówek.
Było sześcioro rodzeństwa Arlenów, z Jo jako najmłodszą i jedyną dziewczynką. Bracia traktowali ją jak maskotkę. Gdybym miał coś wspólnego z jej śmiercią, rozerwaliby mnie w pięciu gołymi rękami. Nie miałem, więc otoczyli mnie niewzruszoną opieką; było to doprawdy wspaniałe. Przypuszczam, że poradziłbym sobie jakoś i bez nich, ale nie mam pojęcia jak. Pamiętajcie, miałem trzydzieści sześć lat. Trzydziestosześciolatek nie spodziewa się chować żony, dwa lata od niego młodszej. Myśl o śmierci nawet nie postała nam w głowie.
- Jeżeli facet wyciąga ci radio z samochodu, nazywają to kradzieżą i faceta zamykają - powiedział Frank. Arlenowie pochodzili z Massachusetts i mówili z akcentem ich rodzinnego Malden. W głosie Franka "faceta" brzmiało jak "faauceta", "samochodu" jak "samochoda", "kradzieżą" jak "kłaaadzieżą".
- A jeśli pogrążonemu w żalu mężowi próbuje sprzedać trumnę wartą trzy stówy za czterysta pięćdziesiąt, nazywają to biznesem i zapraszają gościa do Rotary Club, żeby wygłosił mowę przed obiadem. Zachłanny dupek. Zaserwowałem mu niezły obiadek, nie?
- Owszem, niezły.
- Wszystko w porządku, Mikey?
- Jasne.
- Naprawdę?
- A skąd mam, kurwa, wiedzieć? - spytałem go tak głośno, że w sąsiednich lożach odwróciły się głowy. A potem dodałem:
- Była w ciąży.
Twarz Franka skamieniała.
- Co?
Zmusiłem się do ściszenia głosu.
- Była w ciąży. Sześć, może siedem tygodni, jak wykazała... no wiesz, autopsja. Wiedziałeś? Powiedziała ci?
- Nie! Chryste, skąd, nic a nic! - Ale przez moment wyglądał dziwnie. Coś musiała mu powiedzieć. - Wiem, że próbowaliście, oczywiście... mówiła, że masz małą ilość plemników, że to może kosztować was trochę czasu, ale zdaniem doktorów prędzej czy później... prawdopodobnie... - przerwał. Wpatrzył się w swe dłonie. - Oni potrafią to powiedzieć? Sprawdzają?
- Potrafią to powiedzieć. Czy sprawdzają automatycznie, tego nie wiem. Poprosiłem o sprawdzenie.
- Dlaczego?
- Kupiła nie tylko inhalator. Także jeden z domowych testów ciążowych.
- Po prostu chciała być pewna. To wszystko. Wiesz o tym, prawda?
"Wykupić przedłużoną receptę na inhalator do zatok", powiedziała mi, a potem wspomniała o kawałku ryby. Wyglądała jak zawsze. Kobieta mająca do załatwienia parę drobnych spraw. Próbowaliśmy z dzieckiem od ośmiu lat, a ona wyglądała jak zawsze.
- Jasne - powiedziałem. Poklepałem Franka po dłoni.
- Jasne, stary. Wiem.
***
To Arlenowie dowodzeni przez Franka zorganizowali pożegnanie Johanny. Moim zadaniem, jako jedynego pisarza w rodzinie, było przygotowanie nekrologu. Brat przyjechał z Wirginii, przywożąc naszą matkę i ciotkę. Oddano mu pod opiekę księgę kondolencyjną przy wystawieniu zwłok. Mama, w wieku sześćdziesięciu sześciu lat prawie całkiem zdziecinniała, chociaż lekarze nie nazwali tego alzheimerem, mieszkała w Memphis ze swą o dwa lata młodszą siostrą, zaledwie odrobinę mniej zwariowaną. Ich zadaniem było krojenie tortu i ciast na stypie.
Wszystkim innym zajęli się Arlenowie, od wyznaczenia godzin pożegnania po szczegóły ceremonii. Frank i Victor, najmłodszy z braci, wygłosili krótkie mowy pogrzebowe. Ojciec pomodlił się za jej duszę. Na końcu Pete Breedlove, chłopiec, który w lecie kosił nam trawę, a jesienią zmiatał liście, doprowadził wszystkich do łez, śpiewając Jak błogo wiedzieć, zdaniem Franka ulubiony hymn Jo, kiedy była małą dziewczynką. Jak Frank znalazł Pete'a i jak skłonił go do zaśpiewania na pogrzebie, nigdy się nie dowiedziałem.
Jakoś przez to przeszliśmy, wtorkowe popołudnie i wieczór na wystawieniu, środowe poranne nabożeństwo pogrzebowe, krótka modlitwa na cmentarzu Fairlawn. Najlepiej pamiętam, że myślałem o tym, jak strasznie jest gorąco, jaki jestem zagubiony, bo nie mogę nawet porozmawiać z Jo, i że powinienem jednak kupić nowe buty. Gdyby tu była, moja żona zagadałaby mnie na śmierć za te stare.
Potem rozmawiałem z bratem Sidem o tym, że musimy coś zrobić z naszą matką i ciotką Francine, nim obie znikną na zawsze w Strefie Mroku. Są za młode na dom opieki, więc co proponuje?
Zaproponował coś, ale niech mnie diabli, jeśli wiem co. Pamiętam, że zgodziłem się z jego opinią, ale nie mam pojęcia, jaka to była opinia. Potem, jeszcze tego samego dnia, Siddy, mama i ciocia Francine wsiedli do wynajętego samochodu. Mieli pojechać do Bostonu, przenocować tam, a rano złapać Southern Crescent. Mój brat nie ma nic przeciw opiece nad ludźmi starszymi, ale nie chce słyszeć o samolocie, nawet kiedy ja płacę za bilety. Twierdzi, że na niebie nie ma pasów awaryjnych, na które może zjechać, kiedy zgaśnie silnik.
Prawie wszyscy Arlenowie wyjechali następnego dnia. Znów był upał, słońce gapiło się na ziemię z rozpalonego do białości nieba, pokrywając wszystko poświatą roztopionego mosiądzu. Ustawili się przed naszym domem, który stał się moim domem, na tle potulnie czekających trzech taksówek, banda wielkich niezdar ściskających jeden drugiego wśród mnóstwa toreb, żegnających się wśród uprzejmości wygłaszanych z tym ich akcentem z Massachusetts, przez który każde słowo wydawało się przedzierać jak przez mgłę.
Frank został jeszcze jeden dzień. Za domem zebraliśmy wielki bukiet kwiatów, nie tych upiornie pachnących, szklarniowych, kojarzących mi się nieodparcie z dźwiękiem organów, ale takich prawdziwych, które Jo zawsze lubiła najbardziej. Włożyliśmy je do puszek po kawie, które znalazłem w spiżarni, pojechaliśmy na Fairlawn i postawiliśmy na świeżym grobie. A potem tylko siedzieliśmy w palącym słońcu.
- W życiu nie spotkałem nikogo słodszego od niej - przerwał milczenie Frank. Mówił dziwnym, stłumionym głosem. - Opiekowaliśmy się nią, kiedy byliśmy dziećmi. My, chłopaki. Nikt nie miał prawa podskoczyć Jo. Możesz mi wierzyć. A jak ktoś próbował, obrywał, bo zasłużył.
- Opowiadała mi różne historie.
- Te dobre?
- Tak. Te naprawdę dobre.
- Będzie mi jej strasznie brakowało.
- Mnie też - powiedziałem. - Frank... posłuchaj... wiem, że byłeś jej ulubionym braciszkiem. Nie odzywała się do ciebie? Może po to tylko, żeby powiedzieć, że okres się jej spóźnia albo rano czuje się niewyraźnie? Nie wkurzę się.
- Nic z tych rzeczy. Słowo honoru. A czy rano czuła się niewyraźnie?
- Nie zauważyłem.
O to właśnie chodziło. Niczego nie zauważyłem. Pisałem, oczywiście, a kiedy piszę, to odlatuję, ale ona potrafiła rozpoznać trans. Dotarłaby do mnie, doprowadziła do rzeczywistości. Więc czemu tego nie zrobiła? Dlaczego ukrywała przede mną dobrą wiadomość? Nie chciała powiedzieć, póki nie była pewna? Całkiem prawdopodobne... ale jakoś to do niej nie pasowało.
- Chłopiec czy dziewczynka? - spytał Frank.
- Dziewczynka.
Zaraz po ślubie wybraliśmy imiona. Już czekały. Chłopiec miał mieć na imię Andrew, dziewczynka Kia. Kia Jane Noonan.
***
Frank, rozwiedziony przed sześciu laty i samotny, zatrzymał się u mnie. Po drodze z cmentarza powiedział:
- Martwię się o ciebie, Mikey. Nie masz rodziny, która by ci pomogła w trudnych chwilach, a ta, którą masz, i tak jest daleko.
- Nic mi nie będzie - zaprotestowałem.
Skinął głową.
- Zawsze tak mówimy, prawda?
- My?
- Faceci. "Nic mi nie będzie". A jeśli jednak coś nam jest, robimy wszystko, żeby ludzie się o tym nie dowiedzieli.
- Spojrzał na mnie. Oczy ciągle miał wilgotne, w wielkiej opalonej ręce trzymał chusteczkę. - Jeśli coś ci jest, Mikey, a nie chcesz dzwonić do brata... widziałem, jak na niego patrzysz... pozwól mi być swoim bratem. Jeśli nie dla samego siebie, to dla Jo.
- Jasne.
Doceniłem ofertę i szanowałem go za te słowa, ale wiedziałem też, że nie skorzystam. Nie dzwonię po ludziach z prośbą o pomoc. Nie dlatego, że tak zostałem wychowany, przynajmniej tak mi się wydaje, raczej dlatego, że taki już jestem. Johanna powiedziała raz, że gdybym się topił w Dark Score Lake, gdzie mamy letni dom, to prędzej cicho bym umarł piętnaście metrów od pełnej plaży, niż zadzwonił po pomoc. To nie sprawa miłości czy w ogóle uczuć. Potrafię je dawać i potrafię brać. Czuję ból, jak każdy. Chcę dotykać kogoś, chcę, żeby i mnie ten ktoś dotykał. Ale na pytanie: "Nic ci nie jest?", nie umiem odpowiedzieć, że przeciwnie, jest. Nie potrafię prosić o pomoc.
Dwie godziny później Frank wyruszył na południe stanu. Zaskoczył mnie, bo kiedy otworzył samochód, zobaczyłem, że w odtwarzaczu ma kasetę z jedną z moich książek. Najpierw mnie objął, a potem zdumiał pocałunkiem w usta, przyzwoitym, mocnym cmoknięciem.
- A jeśli poczujesz, że musisz mieć towarzystwo, po prostu przyjedź.
Skinąłem głową.
- I uważaj.
Znowu mnie zaskoczył. Połączenie upału i żalu sprawiło, że przez ostatnie kilka dni żyłem jak we śnie, ale te słowa się do mnie przebiły.
- Na co mam uważać?
- Nie wiem. Nie wiem, Mikey.
Frank, wielki facet, wsiadł do małego wozu; wyglądało to tak, jakby go na siebie wkładał. Odjechał. Słońce już zachodziło. Wiecie, jak wygląda słońce pod koniec upalnego sierpniowego dnia... pomarańczowe i jakieś takie zgniecione, jakby niewidzialna dłoń przyciskała je z góry, jakby lada chwila miało strzelić niczym nażarty komar, zapaskudzić cały horyzont. No więc było całkiem tak. Na wschodzie, gdzie już panowała ciemność, zagrzmiało. Ale tej nocy nie padał deszcz, tylko mrok przyszedł szybko, ciężki i duszący niczym koc. Mimo to usiadłem do procesora tekstu. Pisałem jakąś godzinę. Poszło mi nadspodziewanie łatwo, o ile dobrze pamiętam. Ale nawet jeśli nie, to, rozumiecie, przez jakiś czas miałem przynajmniej co robić.
***
Drugiego ataku płaczu dostałem trzy czy cztery dni po pogrzebie. Wrażenie, że to wszystko sen, nie chciało ustąpić. Chodziłem, rozmawiałem, odbierałem telefony, pracowałem nad książką, w dniu śmierci Jo w jakichś osiemdziesięciu procentach skończoną, ale przez cały czas wydawało mi się, że to, co się dzieje, dzieje się daleko od mojego prawdziwego ja, że mniej lub bardziej wszystko to sobie tylko wmawiam.
Mama Pete'a, Denise Breedlove, zadzwoniła i spytała, czy miałbym coś przeciwko temu, gdyby kiedyś w przyszłym tygodniu przyszła z dwiema przyjaciółkami i porządnie, od dziobu do rufy, wysprzątała tę wielką edwardiańską kupę kamienia, w której siedziałem teraz sam, jak ziarnko grochu telepiące się w puszce wielkości tych dowożonych do restauracji. Zrobią to, oznajmiła mi, za sto dolarów na trzy, głównie dlatego, że kiedy ktoś odejdzie, trzeba posprzątać, że po śmierci robi się porządki w domu, nawet jeśli to nie w nim ktoś umarł.
Odparłem, że to świetny pomysł, ale zapłacę i jej, i osobom, które przyprowadzi po sto dolców na łebka za sześć godzin pracy i że muszą się zmieścić w tych sześciu godzinach. Jeśli się nie zmieszczą, więcej i tak im nie dam.
- Panie Noonan, to o wiele za dużo - zaprotestowała.
- Może tak, może nie, w każdym razie tyle płacę. Zgoda?
Ucieszyła się. Tak, oczywiście, że tak.
Pewnie można było to łatwo przewidzieć, ale wieczorem w przeddzień spotkania odkryłem raptem, że chodzę po domu, dokonując czegoś w rodzaju inspekcji. Chyba nie chciałem, żeby te kobiety (a dwóch z nich w ogóle nie znałem) znalazły coś, co mogłoby zawstydzić którąś z nich lub mnie. Jak jedwabne majteczki Jo między poduszkami kanapy ("Na ogół lepiej nam wychodzi na kanapie, Michael - zwróciła mi kiedyś uwagę.
- Zauważyłeś"?). Jak puszki po piwie pod kanapą na dwie osoby stojącą na ganku. Albo niespłukana toaleta. Nie potrafię wam powiedzieć, czego właściwie szukałem, zachowywałem się jak we śnie mającym pełną władzę nad mym umysłem. Jeśli o czymś myślałem wówczas jasno, to albo o zakończeniu powieści, nad którą pracowałem (psychopatyczny morderca zwabia moją bohaterkę do wieżowca, żeby ją zepchnąć z dachu), albo o teście ciążowym Norco, który Jo kupiła w dzień śmierci. Powiedziała mi, że ma już przedłużoną receptę na inhalator. Powiedziała mi, że kupi rybę na kolację. A w jej oczach nie było nic, co zwróciłoby moją uwagę.
***
Pod koniec inspekcji porządkowej zajrzałem pod nasze łóżko. Po stronie Jo leżała otwarta książka w tanim wydaniu. Od jej śmierci nie minęło wiele czasu, ale też niewiele domowych księstewek zakurzonych jest tak jak Królestwo Podłóżka. Jasnoszara warstewka, którą zobaczyłem na okładkach, kiedy wyjąłem książkę spod łóżka, kazała mi pomyśleć o twarzy i rękach leżącej w trumnie żony; Jo w Królestwie Podziemi. Czy w trumnie się kurzy? Z pewnością nie, ale...
Odegnałem od siebie tę myśl. Udawała, że już jej nie ma, ale przez cały dzień szukała sobie drogi powrotu jak prześladujący Tołstoja biały niedźwiedź.
Oboje z Johanną ukończyliśmy anglistykę na Uniwersytecie Stanu Maine, więc jak wielu innych (tak przynajmniej sądzę) zakochaliśmy się przy Szekspirze i cynizmie Edwina Arlingtona Robinsona, rodem wprost z jego Tilbury Town. Natomiast pisarzem, który nas najbardziej do siebie zbliżył, nie był jakiś poeta i eseista typu uniwersytecki pieszczoszek, ale W. Somerset Maugham, starszy, wędrujący po świecie powieściopisarz i dramatopisarz o gadziej twarzy (chyba na każdej fotografii przysłoniętej chmurą papierosowego dymu) i sercu romantyka. Nie zdziwiło mnie więc, że książką spod łóżka okazał się Księżyc i miedziak. Przeczytałem ją jako późny nastolatek, nie raz, lecz dwa razy, żarliwie identyfikując się z postacią Charlesa Stricklanda, tyle że ja nie chciałem malować, ale pisać gdzieś tam na wyspach mórz południowych.
Za zakładkę posłużyła Jo karta z jakiejś zdekompletowanej talii. Otwierając książkę, pomyślałem o czymś, co powiedziała, kiedy dopiero się poznawaliśmy. Na zajęciach z dwudziestowiecznej literatury angielskiej, pewnie w 1980 roku. Johanna Arlen, drobna i wybuchowa, była wówczas na drugim roku, ja na ostatnim i chodziłem na dwudziestowiecznych Angoli tylko dlatego, że w końcowym semestrze miałem mnóstwo wolnego czasu.
- Minie sto lat i za słabość krytyki połowy dwudziestego wieku uzna się to, że uwielbiała Lawrence'a, a zignorowała Maughama.
Jej twierdzenie wzbudziło zdrowy, choć podszyty pogardą śmiech (oni wszyscy dobrze wiedzieli, że Zakochane kobiety to jedna z najwspanialszych napisanych kiedykolwiek cholernych książek), ale mnie to nie rozbawiło. Ja się zakochałem.
Karta włożona była między sto drugą i sto trzecią stronę. Dirk Stroeve właśnie się zorientował, że żona rzuciła go dla Stricklanda, Maughamowskiej wersji Paula Gaugina. Narrator próbuje uspokoić Stroeve'a. "Mój drogi przyjacielu, nie martw się. Ona wróci...".
- Łatwo ci mówić - burknąłem pod nosem. Byłem w pokoju, który należał już tylko do mnie.
Przewróciłem stronę.
"Obelżywy spokój Stricklanda pozbawił Stroeve'a resztek cierpliwości. Ogarnęła go ślepa furia i nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, rzucił się na Stricklanda. Ten, zdziwiony, zatoczył się, lecz był bardzo silny - nawet po chorobie - i w jednej chwili Stroeve, sam nie wiedząc jak, znalazł się na podłodze. "Ty zabawny karzełku" - powiedział Strickland"3.
Uświadomiłem sobie, że Jo już nigdy nie odwróci strony, nie usłyszy Stricklanda nazywającego żałosnego Stroeve'a "zabawnym karzełkiem". Moje myśli rozbłysły nagle tak jasno, że aż oślepiająco; była to chwila objawienia, bo wtedy właśnie pojąłem, że to nie błąd, który można jakoś naprawić, nie sen, z którego się obudzę, że Johanna naprawdę nie żyje.
Żal odebrał mi wszystkie siły. Gdyby nie to, że łóżko było tak blisko, upadłbym na podłogę. Płaczemy oczami, tylko tak potrafimy płakać, ale tego wieczoru płakałem każdym porem ciała, każdym jego zakamarkiem. Siedziałem na brzegu łóżka, z zakurzonym tanim wydaniem Księżyca i miedziaka w rękach, i zanosiłem się płaczem. Zaskoczenie, jak sądzę, było równe żalowi, bo mimo że widziałem ciało na monitorze wysokiej rozdzielczości i zidentyfikowałem je, mimo pogrzebu, mimo odśpiewanego przez Pete'a Breedlove'a słodkim tenorem hymnu Jak błogo wiedzieć, mimo pogrzebu z jego "z prochu powstałeś i w proch się obrócisz" do tej pory tak naprawdę nie wierzyłem. Paperback Penguina dokonał tego, czego nie mogła dokonać wielka szara trumna: wparł we mnie, że moja żona nie żyje.
""Ty zabawny karzełku" - powiedział Strickland".
Położyłem się, Ukryłem twarz pod skrzyżowanymi przedramionami, ukołysałem się do snu własnym płaczem, jak to robią małe, nieszczęśliwe dzieci. I miałem straszny sen. W tym śnie obudziłem się, zobaczyłem książkę Księżyc i miedziak leżącą przy mnie na narzucie i postanowiłem włożyć ją tam, gdzie znalazłem, pod łóżko. Wiecie, jakie pomieszane potrafią być sny, z ich logiką jak zegary Dalego, tak miękkie, że wiszą na gałęziach drzew niczym zarzucone na nie do trzepania dywaniki.
Włożyłem kartę zakładkę między strony sto dwa i sto trzy,zaledwie mały ruch palcem wskazującym od ""Ty zabawny karzełku" - powiedział Strickland", teraz i na zawsze, przeturlałem się na swoją stronę, zwiesiłem głowę, żeby odłożyć książkę dokładnie tam, skąd ją wziąłem.
Pod łóżkiem, wśród kłębków kurzu, leżała Jo. Zwisająca ze sprężyny pajęczyna pieściła jej policzek jak piórkiem. Rude włosy straciły swój połysk, ale w bladej twarzy błyszczały ciemne, przytomne, złe oczy. A kiedy przemówiła, wiedziałem, że śmierć przyprawiła ją o szaleństwo.
Daj mi to - syknęła. Daj mi to, co tak łapie kurz.
Wyrwała mi książkę z ręki, nim zdążyłem spełnić jej polecenie. Przez chwilę nasze palce stykały się, a jej były zimne jak gałązki po nocnym przymrozku. Otworzyła Księżyc i miedziak, karta sfrunęła na podłogę. Położyła sobie otwartą powieść Somerseta Maughama na twarzy, welon słów, a potem skrzyżowała dłonie na piersiach i znieruchomiała. Uświadomiłem sobie, że ubrana jest w niebieską sukienkę, w której ją pochowałem. Wyszła z grobu, by ukryć się pod naszym łóżkiem.
Obudziłem się ze stłumionym okrzykiem i sprawiającym ból drżeniem, które omal nie zrzuciło mnie z łóżka. Nie spałem długo, policzki miałem wilgotne, powieki naciągnięte - takie uczucie ma się po długotrwałym płaczu. Sen wydawał mi się tak prawdziwy, że po prostu musiałem zwiesić głowę z łóżka, zajrzeć pod nie i nie wątpiłem, że zobaczę ją tam leżącą z książką na twarzy, że wyciągnie rękę, zechce dotknąć mnie zimnymi palcami.
Oczywiście niczego nie zobaczyłem, sny to w końcu tylko sny. Ale resztę nocy przespałem na kanapie w gabinecie. Chyba był to dobry wybór, ponieważ tej nocy już nie śniłem. Tylko nicość jest dobrem we śnie.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Zaraz po wejściu do domu usłyszałem dzwonek telefonu. Frank zapraszał mnie na święta. W imieniu rodziny, bo Arlenowie wszyscy się do niego wybierali.
Otworzyłem usta, żeby powiedzieć "nie"; ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałem, było szalone irlandzkie Boże Narodzenie, na którym wszyscy chleją whisky, znęcają się sentymentalnie nad pamięcią o Jo, a ze dwa tuziny zasmarkanych gówniarzy pałętają się pod nogami, i usłyszałem, że mówię "chętnie przyjadę".
Frank wydawał się równie zdumiony jak ja, ale także uczciwie zadowolony.
- Fantazja! - krzyknął. - Kiedy przyjeżdżasz?
Stałem w przedpokoju, woda z kaloszy spływała na terakotę, a przed sobą, przez otwarty łuk, widziałem pokój dzienny. Nie było w nim choinki; od śmierci Jo nie przejmowałem się jakimiś tam choinkami. Sprawiał wrażenie jednocześnie upiornego i dla mnie o wiele za dużego, jak tor do jazdy na wrotkach urządzony we wczesnoamerykańskim stylu.
- Właśnie wracam z miasta - powiedziałem. - Może wrzucę parę gaci do torby, wrócę do wozu i pojadę na południe, póki nawiew grzeje?
Frank nie zawahał się ani na chwilę.
- Świetny pomysł. Urządzimy sobie normalny kawalerski wieczór, nim napadną nas Synowie i Córy East Malden. No dobra, kończymy i idę nalać ci drinka.
- No to ruszam w drogę - powiedziałem.
***
Były to bez najmniejszej wątpliwości najlepsze, najmilsze jakiekolwiek święta od dnia śmierci Johanny. Chyba jedyne w ogóle miłe. Na cztery dni stałem się honorowym Arlenem. Piłem za wiele, zbyt często wznosiłem toasty za pamięć o Jo...
i skądś wiedziałem, że to by się jej podobało. Opluło mnie dwoje dzieci, jeden pies wlazł mi w nocy do łóżka, a szwagierka Nicky'ego Arlena próbowała mnie po pijaku poderwać. Wieczorem po Bożym Narodzeniu dopadła mnie w kuchni, kiedy robiłem sobie kanapkę z indykiem. Pocałowałem ją, ponieważ bez wątpienia bardzo pragnęła pocałunku, a wtedy śmiała (chociaż bardziej przyda mi się chyba słowo "figlarna") ręka dotknęła mnie tam, gdzie od niemal trzech i pół roku dotykałem się tylko i wyłącznie ja. Wstrząsające wrażenie, ale nie powiem, nie całkiem nieprzyjemne.
Dalej się nie posunęliśmy; w domu pełnym Arlenów, z Susy Donahue nie całkiem jeszcze oficjalnie rozwiedzioną (podobnie jak ja była tego roku honorowym członkiem rodziny) nie bardzo się dało, ale uznałem, że najwyższy czas uciekać... chyba że chcę pojechać bardzo szybko bardzo wąską uliczką, kończącą się najpewniej ceglanym murem. Wyjechałem dwudziestego siódmego bardzo zadowolony z tego, że w ogóle przyjechałem, a na pożegnanie, już na dworze, przy samochodzie, mocno uścisnąłem Franka. Przez cztery dni ani razu nie pomyślałem o tym, że w skrzynce depozytowej Fidelity Union mam już tylko kurz, cztery noce przespałem zdrowo, budząc się o ósmej rano, czasami z kacem i problemami żołądkowymi, ale nigdy o północy, myśląc: Manderley, śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley. Do Derry wróciłem odświeżony. Jak nowy.
Pierwszy dzień 1998 roku zaświtał czysty, jasny, bezwietrzny i przepiękny. Wstałem, wziąłem prysznic, patrząc przez okno, piłem kawę. Nagle przeleciało mi przez głowę, tak po prostu, z siłą oczywistości, z jaką narzucają się choćby twierdzenia, że górę masz nad głową, a dół pod stopami, i że przecież mogę już pisać. Mamy nowy rok, coś się zmieniło, jeśli chcę, będę pisał, bo stoczył się przygniatający mnie głaz.
Poszedłem do gabinetu, usiadłem przy komputerze i włączyłem go. Serce biło mi normalnie, pot nie wystąpił mi ani na czoło, ani na kark, dłonie miałem ciepłe. Rozwinąłem główne menu, które pokazuje się, kiedy klikniesz na jabłuszko. Był w nim mój stary kumpel Word Sześć. Kliknąłem. Pojawiło się logo: zwój i pióro... a ja nagle przestałem móc oddychać. Jakby ktoś zacisnął mi na piersi żelazną obręcz.
Odepchnąłem fotel od biurka, dławiłem się, szarpałem bluzę przy szyi. Kółka zaczepiły się o dywanik, Jo znalazła go dla mnie w ostatnim roku życia, no i wywaliłem się do tyłu. Uderzyłem głową w podłogę, przed oczami rozbłysła mi z wizgiem fontanna jasnych iskier. Chyba miałem szczęście, że nie straciłem przytomności, ale tak naprawdę sądzę, że moje szczęście w tym pięknym noworocznym dniu 1998 roku polegało na tym, że przewróciłem się tak, jak się przewróciłem. Gdybym tylko odepchnął się na tyle, że miałbym w polu widzenia logo Worda, a potem ten obrzydliwy pusty ekran, to chyba udusiłbym się na śmierć.
Pozbierałem się jakoś z podłogi. Przynajmniej mogłem oddychać. Wydawało mi się, że gardło mam szerokości słomki, każdemu wdechowi towarzyszył dziwny, piskliwy dźwięk, ale przynajmniej mogłem oddychać. Zawlokłem się jakoś do łazienki, zwymiotowałem w umywalkę z taką siłą, że wymiociny ochlapały lustro. Osłabłem. Kolana się pode mną ugięły. Tym razem stłukłem sobie czoło, uderzyłem w krawędź umywalki. Tył głowy nie krwawił (choć do południa wyhodowałem tam sobie godnego szacunku guza), czoło, owszem, troszeczkę. Na nim też wyrósł fioletowy guz, o którym oczywiście łgałem jak z nut, opowiadając zainteresowanym, że w środku nocy wpadłem na drzwi od łazienki, głupota, ale dostałem nauczkę, teraz, jeśli już będę musiał wstać o drugiej nad ranem, to z pewnością zapalę światło.
Odzyskałem pełnię przytomności (jeśli taki stan w ogóle istnieje), leżąc skulony na podłodze. Wstałem, zdezynfekowałem rozcięcie, usiadłem na krawędzi wanny i siedziałem tak z głową na kolanach, aż nabrałem pewności na tyle, żeby wstać. Zajęło mi to jakieś piętnaście minut, więc miałem dość czasu na dojście do wniosku, że jeśli nie zdarzy się cud, moja pisarska kariera skończyła się definitywnie. Harold będzie wrzeszczał z bólu, Debra będzie jęczeć z niedowierzaniem, ale co mogą zrobić? Naślą na mnie gliniarzy wydziału wydawniczego? Zagrożą mi bojówką Klubu Książki Miesiąca? Nawet gdyby mogli, ile by na tym zyskali? Nie wyciśniesz żywicy z cegły ani krwi z kamienia. Przestałem być pisarzem. Chyba że zdarzy się cud.
A jeśli się nie zdarzy? - spytałem sam siebie. Co z gorszą czterdziestką, Mike? Przez czterdzieści lat człowiek zdąży się nagrać w scrabble, znudzić rejsami wycieczkowymi z konkursami rozwiązywania krzyżówek, wypić więcej whisky, niżby chciał. Czy to ci wystarczy? Czym jeszcze masz zamiar zająć swoją gorszą czterdziestkę?
Nie chciałem o tym myśleć. Nie wtedy. Kolejne czterdzieści lat niech się zajmą same sobą, mnie uszczęśliwi przetrwanie jakoś jednego noworocznego dnia 1998 roku.
Uznałem, że panuję nad sobą, więc wróciłem do gabinetu, podszedłem do komputera, rozsądnie wpatrując się we własne stopy, po omacku znalazłem właściwy przycisk i wyłączyłem go. Wyłączając komputer bez zamknięcia programu, można uszkodzić ten program, ale biorąc pod uwagę okoliczności, nie miało to szczególnego znaczenia.
Tej nocy znów śniłem, że o zmierzchu idę prowadzącą do Śmiechu Sary drogą 42, a kiedy ponownie zobaczyłem Gwiazdę Wieczorną, znów wypowiedziałem życzenie. Na jeziorze krzyczały nury, a ja kolejny raz wyczułem, że w lesie za moimi plecami coś kryje się i jest bliżej. Najwyraźniej bożonarodzeniowa przerwa skończyła się, przynajmniej dla mnie.
***
To była trudna, mroźna zima z mnóstwem śniegu i lutową epidemią grypy, zbierającą ponure żniwo wśród starszych mieszkańców Derry. Kładła ich, jak silny wiatr kładzie stare drzewa po ataku mrozów. Mnie ominęła, ani razu nawet nie pociągnąłem nosem.
W marcu poleciałem do Providence, wziąć udział w Will Weng's New England Crossword Challenge. Zająłem czwarte miejsce, zarabiając pięćdziesiąt dolców. Oprawiłem niezrealizowany czek i powiesiłem go w pokoju dziennym. Dawno, dawno temu większość moich oprawnych certyfikatów zwycięstwa (dobrze powiedziane, jeśli chodzi o dobre powiedzenia, to moim zdaniem Jo ma na nie monopol) lądowała na ścianach gabinetu, ale w marcu 1998 nieczęsto tam zachodziłem. Jeśli chciałem pograć w scrabble z komputerem albo rozwiązać krzyżówkę na poziomie turniejowym, robiłem to przy kuchennym stole.
Pamiętam, jak pewnego dnia usiadłem, otworzyłem PowerBook, klikałem i rozwijając główne menu, szukałem w nim krzyżówek... ale zjeżdżałem kursorem trochę niżej, aż podświetlał się mój stary kumpel Word Sześć...
Poczułem wówczas nie złość, nie upartą, choć bezsilną furię (po ukończeniu Z samej góry jednego i drugiego doświadczyłem w nadmiarze), lecz smutek i prostą tęsknotę. Uświadomiłem sobie nagle, że na ikonę Worda Sześć spoglądam jak na zdjęcie Jo z portfela. Patrzyłem na nie, myśląc sobie czasami, że za jej powrót oddałbym moją nieśmiertelną duszę... i tego marcowego dnia pomyślałem też, że oddałbym duszę za możliwość zapisania fabuły.
Na co czekasz, spróbuj - do ucha napłynął głos. Może coś się zmieniło?
Tylko że nic się nie zmieniło, doskonale o tym wiedziałem, więc nie otworzyłem Worda Sześć, lecz przesunąłem ikonę do kosza w dolnym prawym rogu ekranu. Żegnaj, stary przyjacielu.
Tej zimy często dzwoniła do mnie Debra Weinstock prawie wyłącznie z dobrymi wieściami. W pierwszych dniach marca dowiedziałem się od niej, że Literary Guild wybrała Obietnicę Heleny jako jedną z dwóch Książek Sierpnia (drugą był thriller prawniczy Steve'a Martiniego, podobnie jak ja weterana miejsc od ósmego do piętnastego listy bestsellerów "Timesa"). Mój brytyjski wydawca zdaniem Debry pokochał Helen i był pewien, że będzie "przełomową pozycją". (Do tej pory w Anglii sprzedawałem się średnio).
- Można chyba powiedzieć, że wyznacza nowy kierunek, nie uważasz? - spytała.
- Chodziło mi to po głowie - odparłem i zastanowiłem się, jak by zareagowała, gdybym wyznał jej, że "nowy kierunek" wyznacza książka napisana przeszło tuzin lat temu.
- Jest... nie wiem, jak to nazwać... jest dojrzała.
- Dzięki.
- Mike? Chyba coś się dzieje z połączeniem, bo masz taki dziwny, stłumiony głos.
A pewnie, że mówiłem dziwnym, stłumionym głosem. Gryzłem palce, żeby się głośno nie roześmiać. Ostrożnie wyjąłem je z ust, przyjrzałem się śladom pozostawionym przez zęby.
- Teraz lepiej? - spytałem.
- O wiele. No powiedz, o czym będzie nowa książka. Chociaż trochę.
- Znasz odpowiedź na to pytanie, mała.
Debra się roześmiała.
- Poznasz odpowiedź, kiedy jąprzeczytasz, Josephine? Tak?
- Właśnie tak, szanowna pani.
- No to pisz, pisz. Twoim przyjaciołom z wydawnictwa strasznie się podoba, że wchodzisz na nowy poziom.
Pożegnałem się z nią, odłożyłem słuchawkę i dopiero wtedy wybuchłem śmiechem. Śmiałem się dziko przez dobre dziesięć minut, śmiałem się, póki nie zacząłem płakać. Cały ja. Zawsze wchodzę na nowy poziom.
***
W tym czasie zgodziłem się także na telefoniczny wywiad z dziennikarzem "Newsweeka", przygotowującym materiał o Nowoamerykańskiej Powieści Gotyckiej (cokolwiek to znaczy poza tym, że dobrze brzmi i może sprzedać parę egzemplarzy), i osobisty z kimś z "Publishers Weekly"; miał się ukazać tuż przed publikacją Helen. Nie protestowałem, bo oba nie wyglądały groźnie, takie rzeczy można robić przez telefon, przeglądając przy tym pocztę. Debra zachwyciła się, bo na propozycje udziału w tego rodzaju hecach reagowałem do tej pory stanowczym "nie". Nienawidzę tej części mojej roboty, zawsze nienawidziłem, a już najbardziej telewizyjnych talk-show, w których nikt prócz ciebie nie przeczytał żadnej twojej cholernej książki, a pierwsze pytanie brzmi zawsze jednakowo: "Skąd bierzesz te swoje zwariowane pomysły?". Uczestnictwo w reklamie to jak wizyta w restauracji sushi, w której sam jesteś sushi, i wspaniale przechodziło mi się przez ten okres teraz, ze świadomością, że byłem w stanie zrobić dla Debry coś dobrego, z czym mogła pójść do szefów i powiedzieć im: "Oczywiście, w dalszym ciągu nie znosi reklamy, ale jednak skłoniłam go, żeby zrobił to i to, i to".
A poza tym cały czas śniłem o Śmiechu Sary, może nie noc w noc, ale, powiedzmy, co drugą czy co trzecią, a przy tym za dnia w ogóle o snach nie myślałem. Rozwiązywałem krzyżówki. Kupiłem sobie akustyczną gitarę hawajską i zacząłem się uczyć na niej grać (niestety, Patty Loveless albo Alan Jackson nie zaproszą mnie raczej na wspólne koncerty). Codziennie przeglądałem puchnącą rubrykę nekrologów "Derry News" w poszukiwaniu znajomych nazwisk. Innymi słowy, przysypiałem na stojąco.
Zakończył to wszystko telefon Harolda Oblowskiego. Zadzwonił jakieś trzy dni po tym, kiedy Debra poinformowała mnie o klubie książki. Pogoda była fatalna, wiało, padał śnieg przechodzący w śnieg z deszczem; okazało się to ostatnim i najgorszym paroksyzmem tegorocznej zimy. Wczesnym wieczorem całe Derry miało zostać pozbawione elektryczności, ale teraz, o piątej po południu, przedstawienie nie ruszyło jeszcze na dobre.
- Rozmawiałem właśnie z twoją redaktorką - oznajmił Harold. - Odbyliśmy bardzo szczerą, bardzo mobilizującą rozmowę. Skończyliśmy ją dosłownie przed chwilą.
- Och!
- Rzeczywiście, "och!". W Putnamie są przekonani, że najnowsza powieść może mieć pozytywny wpływ na sprzedaż twoich książek, Michaelu. Jest to bardzo głębokie przekonanie.
- No tak. Wszedłem na nowy poziom.
- Co?
- Nie, nic, takie gadanie. Mów dalej.
- No... Helen Nearing jest wspaniałą bohaterką pierwszoplanową, a Skate to twój najlepszy czarny charakter.
Nie miałem nic do powiedzenia.
- Debra zasugerowała, że Obietnica Helen może być dobrym punktem startowym do zawarcia nowej umowy na trzy książki. Bardzo lukratywnej umowy. Sama poruszyła ten temat, nic jej nie sugerowałem. Trzy to jedna więcej niż do tej pory proponowali nam wydawcy, wszyscy wydawcy. Wspomniałem o dziewięciu milionach, po trzy od tytułu, spodziewając się, że wybuchnie śmiechem... no, ale agent musi od czegoś zacząć, a ja zawsze zaczynam od najwyższego możliwego poziomu. Chyba miałem wśród przodków rzymskich dowódców czy coś.
Raczej etiopskich handlarzy dywanów, pomyślałem, ale język trzymałem w gębie. Czułem się trochę jak u dentysty, który przesadził nieco z nowokainą, znieczulił nie tylko ząb i dziąsło wokół niego, lecz także język i nawet wargi. Gdybym próbował coś powiedzieć, to pewnie tylko bym cmokał i pluł. A Harold tymczasem mruczał prawie jak kot. Umowa na trzy książki z nowym, dojrzałym Michaelem Noonanem. Droga wprost do raju, chłopcy i dziewczęta.
Tym razem jakoś nie chciało mi się śmiać, tym razem chciało mi się krzyczeć. Harold nadawał dalej, szczęśliwy i niczego nie świadom, gdyż nie wiedział, że drzewko powieściowe uschło. Harold nie wiedział, że nowy, poprawiony Michael Noonan przestaje oddychać, a zaczyna rzygać dalej, niż widzi za każdym razem, gdy próbuje napisać cokolwiek.
- Chcesz się dowiedzieć, jak zareagowała?
- Wyjaśnij to prostymi słowami.
- Powiedziała: "Dziewięć? Trochę dużo, ale to równie dobry początek jak każdy inny. Jesteśmy przekonani, że jego najnowsza książka to dla niego wielki krok naprzód". To niezwykła reakcja, Mike. Niezwykła. A teraz... do niczego się nie zobowiązywałem, oczywiście, że chciałem najpierw porozmawiać z tobą, ale moim zdaniem minimum to siedem i pół. Prawdę mówiąc...
- Nie.
Harold umilkł. Milczał wystarczająco długo, bym zdał sobie sprawę z tego, jak mocno ściskam słuchawkę. Aż mnie ręka rozbolała. Zmusiłem się, żeby ją trochę rozluźnić.
- Mike, gdybyś tylko zechciał mnie posłuchać...
- Nie muszę cię słuchać. I nie chcę rozmawiać o nowej umowie.
- Wybacz, że się z tobą nie zgodzę, ale nie będziesz miał lepszej okazji. Myśl, na litość boską! Mówimy o wielkich pieniądzach. Jeśli chcesz czekać do publikacji Obietnicy Helen, nie mogę zagwarantować ci podobnych warunków.
- Wiem o tym. Nie chcę żadnych gwarancji. Nie chcę nawet żadnych ofert. Nie chcę rozmawiać o umowie!
- Nie musisz krzyczeć, Mike. I bez tego dobrze cię słyszę.
Czyżbym krzyczał? Chyba tak. Rzeczywiście.
- Nie jesteś zadowolony z Putnama. Myślę, że Debrze może być bardzo przykro to słyszeć. I myślę, że Phyllis Grann zrobi wszystko, co możliwe, by zadowolić cię pod każdym względem.
Sypiasz z Debrą, Haroldzie? - pomyślałem i nagle, w jednej chwili, wydało mi się najlogiczniejszą rzeczą pod słońcem to, że mały, tęgawy, łysiejący facet pod pięćdziesiątkę, agent literacki Harold Oblowski pieprzy się z moją arystokratyczną blond redaktorką, absolwentką Smith. Śpisz z nią, omawiacie moją przyszłość, leżąc w łóżku, w Plaza? Czy zastanawiacie się wspólnie, ile złotych jaj zniesie wamjeszcze ta stara, zmęczona gęś, nim ukręcicie jej łeb i przerobicie ją na pasztet? O to ci chodzi?
- Haroldzie, teraz nie mogę o tym rozmawiać. Teraz nie będę o tym rozmawiał!
- Co się stało? Dlaczego jesteś taki zdenerwowany? Myślałem, że sprawię ci przyjemność. Do diabła, byłem pewien, że zaczniesz skakać z radości!
- Nic się nie stało. Dla mnie to nie jest właściwy czas na omawianie długoterminowych umów. Musisz mi wybaczyć. Coś się kluje, wiesz?
- Nie moglibyśmy choćby o tym porozmawiać w przyszłym...
- Nie! - przerwałem mu i odwiesiłem słuchawkę. Chyba pierwszy raz w całym moim dorosłym życiu przerwałem rozmowę, odwieszając słuchawkę, jeśli nie liczyć rozmów ze sprzedawcami próbującymi coś wcisnąć przez telefon.
Nic się oczywiście nie kluło, a w dodatku byłem zbyt wyprowadzony z równowagi, żeby nawet myśleć o czymś, co mogłoby się kiedyś wykluć. Poszedłem do pokoju dziennego, nalałem sobie whisky, usiadłem przed telewizorem. Siedziałem tak cztery godziny, oglądając wszystko, jak leci, ale niczego nie widząc. Burza jeszcze się podkręcała. Jutro w całym Derry miały leżeć powalone przez nią drzewa, a świat miał wyglądać jak rzeźba z lodu.
Piętnaście po dziewiątej wyłączono prąd, włączono na jakieś pół minuty, a potem wyłączono i cześć. Uznałem to za sygnał, że pora przestać myśleć o bezużytecznym kontrakcie Harolda i o tym, jak Jo zachichotałaby, usłyszawszy o dziewięciu milionach. Wstałem, wyciągnąłem wtyczkę telewizora z gniazda, żeby mi nie ryknął o drugiej w nocy (niepotrzebnie się martwiłem, w Derry nie było prądu przez prawie całe dwa dni), poszedłem na górę, rzuciłem ubranie u stóp łóżka i wpełzłem do niego, nawet nie myjąc zębów. Zasnąłem w niespełna pięć minut. Nie wiem, ile minęło czasu, nim pojawił się koszmar.
***
Był to ostatni koszmar z tych, które w myślach nazywam "serią Manderley". Punkt kulminacyjny. Tym gorszy, że obudziłem się z niego w beznadziejnym mroku.
Zaczął się jak wszystkie inne. Idę drogą, słuchając świerszczy i nurów, z głową wzniesioną ku wąskiemu paskowi nieba. Dochodzę do podjazdu i tu coś się zmienia. Ktoś przylepił mały znaczek do znaku z napisem Śmiech Sary. Pochylam się bliżej. To nalepka stacji radiowej. "WBLM. 102.9. Portlandzki balon rock and rolla".
Przenoszę wzrok z nalepki na niebo. Widzę Wenus, jak zawsze. Wypowiadam życzenie, prośbę o powrót Johanny. Czuję wilgotną, w jakiś sposób potężną woń jeziora.
Coś prze przez las, gniecie opadłe liście, łamie gałązkę. To musi być coś wielkiego.
Lepiej zejdź, na dół, słyszę głos w mojej głowie. Ktoś zawarł za ciebie umowę, Michaelu. Umowę na trzy książki, a takie są najgorsze.
Nie mogę się poruszyć, nigdy nie mogę się tu poruszyć, potrafię tylko stać. Mam blokadę chodzenia.
Ale to tylko takie gadanie. Mogę chodzić. Tym razem mogę chodzić. Jestem zachwycony. Nastąpił wielki przełom. We śnie myślę: To wszystko zmienia! To wszystko zmienia!
Schodzę podjazdem. Zagłębiam się w zapach sosen, depczę po leżących na ziemi gałązkach, inne kopię na bok. Podnoszę rękę, sczesuję przepocone włosy, widzę skaleczenie na grzbiecie dłoni. Zatrzymuję się. Patrzę na nie zdziwiony.
Nie ma na to czasu, brzmi głos ze snu. Zejdź na dół. Musisz napisać książkę.
Nie mogę pisać, odpowiadam. Tę sprawę mam już za sobą. Wkroczyłem w gorszą czterdziestkę.
Nie. Jest w tym głosie coś nieustępliwego, co mnie przeraża. Miałeś blokadę chodzenia, nie blokadę pisania, a widzisz przecież, że ustąpiła. Pośpiesz się. Schodź.
Boję się, tłumaczę.
Czego się boisz?
A co, jeśli tam jest pani Danvers?
Cisza. To coś ze snu wie, że nie boję się gospodyni Rebeki de Winters, jest ona przecież tylko postacią ze starej książki, workiem kości, niczym więcej. Więc ruszam przed siebie. Wygląda na to, że nie mam wyboru, ale z każdym krokiem jestem coraz bardziej przerażony, w połowie drogi do wielkiego domu z bali ból przenika mnie do szpiku kości, jak gorączka. Coś tu jest nie tak, coś tu jest strasznie pokręcone!
Mogę uciec, myślę. Ucieknę drogą, którą przyszedłem, ucieknę jak pierniczkowy ludzik, jeśli trzeba, będę tak uciekał do samego Derry i nigdy, nigdy już tu nie wrócę.
Tylko że za sobą słyszę mlaskanie, słyszę oddech i ciężkie kroki. Coś z lasu jest teraz czymś z podjazdu. Jest tuż za mną. Jeśli odwrócę się teraz, zobaczę je, to coś wprawi mnie w szaleństwo jednym sierpem. Ma czerwone ślepia, czai się, jest głodne.
Tylko dom może mi zapewnić bezpieczeństwo.
Idę przed siebie. Gałęzie gęstych krzaków chwytają mnie jak dłonie. W świetle wschodzącego księżyca (nigdy przedtem w mym śnie nie wschodził księżyc, ale też nigdy nie pozostawałem w nim wystarczająco długo) szeleszczące liście wyglądają jak szyderczo uśmiechnięte twarze. Widzę mrugające oczy, wykrzywione w uśmiechu wargi. Przed sobą mam już czarne okna domu, wiem, że nie ma w nim elektryczności, burza przerwała linie energetyczne. Będę pstrykał wyłącznikiem w górę i w dół, w górę i w dół, aż jakaś ręka wyciągnie się, złapie mnie za nadgarstek i jak kochanka wciągnie w ciemność...
Przeszedłem już trzy czwarte drogi do domu. Widzę stopnie z podkładów kolejowych prowadzące nad brzeg jeziora i tratwę na jego powierzchni, czarny kwadrat w promieniach księżyca. Bill Dean ją zakotwiczył. Widzę też podłużne coś leżące w miejscu, gdzie podjazd kończy się przy werandzie. Nigdy nie było tu niczego podobnego. Co to może być?
Jeszcze kilka kroków i już wiem. To trumna; ta, o którą targował się Frank Arlen... Powiedział, że przedsiębiorca pogrzebowy chciał mnie okantować.
Trumna Jo leżała na boku, wieko było częściowo odsunięte. Wystarczająco, bym widział, że jest pusta.
Chyba mam ochotę krzyczeć. Chyba zamierzam odwrócić się na pięcie, uciec podjazdem, drogą, którą tu przyszedłem, a jeśli wpadnę na coś skradającego się za mną, to cóż... muszę zaryzykować. Ale nim zdążyłem się odwrócić, drzwi Śmiechu Sary się otwierają i w gęstniejącą ciemność wybiega straszna postać, ludzka, a jednak nieludzka. Blada, skręcona, z podniesionymi rękami. Nie ma twarzy tam, gdzie powinna być twarz, a jednak krzyczy gardłowym głosem szaleńca. To musi być Johanna. Udało jej się wydostać z trumny, jednakże nie pozbyła się rozwianego całunu. Oplątywał ją od stóp do głów.
Jak obrzydliwie szybki jest ten stwór! Nie snuje się tak, jak snują się senne mary, ale biegnie przez werandę, skacze na podjazd. Czekał przez wszystkie te sny - gdy stałem u góry niezdolny zrobić kroku - a teraz, gdy wreszcie zszedłem, ma mnie! Będę krzyczał otulony jego jedwabistymi ramionami, będę krzyczał, czując smród gnijącego, objadanego przez robaki ciała, patrząc w szeroko rozwarte, nieruchome czarne oczy przepalające spojrzeniem cienkie płótno. Będę krzyczał, wiedząc, że szaleństwo wypala mi mózg na zawsze. Będę krzyczał... a tu przecież nikt nie zdoła mnie usłyszeć. Usłyszą mnie nury. Wróciłem do Manderley i tym razem zostanę tu na zawsze.
***
Skrzeczący biały stwór wyciągnął po mnie ręce. Obudziłem się na podłodze sypialni, krzycząc łamiącym się, przerażonym głosem, waląc w coś głową. Ile czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że już nie śpię i że nie jestem w Śmiechu Sary? Ile czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że w którymś momencie spadłem z łóżka, we śnie przepełzłem przez pokój, że klęczę w kącie, podpierając się rękami, raz za razem, jak wariat w szpitalu wariatów, walę głową w miejsce, w którym schodzą się ściany.
Nie wiem. Nie miałem skąd się dowiedzieć, bez prądu zegar przy łóżku nie chodził. Pamiętam, że nie mogłem się ruszyć z tego kąta, wydawał mi się znacznie bezpieczniejszy od pokoju, i że przez długi, długi czas koszmar trzymał mnie w swej mocy, choć się obudziłem (tłumaczę sobie, że wszystko przez brak prądu, światło rozproszyłoby jego moc). Byłem pewien, że jeśli wypełznę z kąta, białe coś wyskoczy zza drzwi łazienki, wrzeszcząc tym swoim trupim głosem, gotowe skończyć, co zaczęło. Pamiętam, że trząsłem się jak galareta, że byłem mokry od pasa w dół. Zsikałem się w majtki.
Tkwiłem tam, w kącie, mokry, zadyszany, zagapiony w ciemność, zastanawiając się, czy koszmar może być tak potężny w swej obrazowości, by doprowadzić człowieka do szaleństwa. Wtedy, w marcu, myślałem (i teraz też tak myślę), że na to pytanie prawie udzieliłem sobie odpowiedzi.
Wreszcie udało mi się wyleźć z kąta. Gdzieś tak w połowie drogi zdjąłem mokre spodnie od piżamy. I natychmiast straciłem orientację. A potem nastąpiło pięć najżałośniejszych i najbardziej surrealistycznych minut w całym moim życiu. Pełzałem na czworakach po podłodze własnej sypialni, wpadając na meble, jęcząc za każdym razem, kiedy uderzałem w coś, bezradnie wymachując rękami. Wszystko, czego zdarzyło mi się dotknąć, było dla mnie bladym czymś, nic z tego, co zdarzyło mi się dotknąć, nie wydawało się znajome. Nie widząc uspokajających zielonych cyfr na tarczy zegara, pozbawiony, przynajmniej czasowo, zmysłu orientacji, równie dobrze mógłbym pełzać po meczecie w Addis Abebie.
Wreszcie trafiłem barkiem w krawędź łóżka. Wstałem. Zdarłem powłoczkę z drugiej poduszki, wytarłem nią podbrzusze i uda, a potem wpełzłem pod kołdrę. Leżałem, drżąc, wsłuchany w szelest niesionego wiatrem mokrego śniegu za oknem.
Tej nocy nie zaznałem już snu, a sen nie zbladł z czasem, jak zwykle bledną sny po przebudzeniu. Leżałem na boku, owszem, stopniowo przestałem się nawet trząść, myślałem o leżącej na podjeździe trumnie, myślałem, że w tym szaleństwie jest przecież jakiś sens, Jo kochała Śmiech Sary i jeśli miała nawiedzać jakiś dom, to tylko ten. Ale dlaczego chciała mnie skrzywdzić? Dlaczego moja Jo chciała skrzywdzić właśnie mnie? Nie byłem w stanie wyobrazić sobie żadnego powodu.
Czas jednak jakoś mijał, aż przyszła chwila, kiedy uświadomiłem sobie, że w sypialni robi się szaro, że widzę meble stojące nieruchomo jak strażnicy mgły. Poczułem się nieco lepiej. To już było coś. Postanowiłem, że napalę w kuchennej kozie, zaparzę sobie mocną kawę i w ten sposób zrobię pierwszy krok w procesie zapominania o dzisiejszej nocy.
Usiadłem, spuszczając nogi z łóżka. Podniosłem rękę, żeby odgarnąć z czoła wilgotne od potu włosy. I zamarłem z ręką na wysokości oczu.
Musiałem się skaleczyć, kiedy pełzałem po sypialni zdezorientowany, rozpaczliwie szukając powrotnej drogi do łóżka. Rozcięcie na grzbiecie dłoni tuż nad kostkami palców pokrywała skrzepła krew.