WOMiL - Walery Mietliński

Reflow text when sidebars are open.
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2014
? Copyright by Walery Mietliński, 2014
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska
Redakcja i korekta: Klaudia Dróżdż, Joanna Łagoda, Monika Wójtowicz
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad
Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet?
www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-63506-62-9
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
Zapytaj mnie: "Czy istnieje prawda na Ziemi?".
Odpowiem Ci: "Oczywiście! Jest jej wersji tyle, co żywych istot na planecie".
Zapytaj mnie: "To która jest tą właściwą?".
Odpowiem Ci: "Wszystkie bądź żadna".
Zapytaj mnie: "Dlaczego?".
Odpowiem Ci: "Bo zazwyczaj, nawet wbrew rzeczywistości, każda istota wybiera tę prawdę, która odpowiada jej najbardziej".
Układ planetarny gwiazdy Słońce. Ziemia. Trzecia planeta w układzie, należąca do regionu Orderu Panteonu (OrdPan) 312, od kilku tysięcy lat opanowana przez ludzi.
Wkrótce gatunek odmieńców będzie mógł ponownie spróbować odebrać człowieczeństwu przywilej panowania na Ziemi i sam zająć jego miejsce, co najmniej na trzysta trzydzieści trzy lata. Aby tego dokonać, odmieńcy powinni doprowadzić do wojny gatunków i zwyciężyć, lecz na początku musieli wygrać batalię o wybrańców, mianowaną w WOMiL rozgrywką. Do jej rozpoczęcia na Ziemi pozostało jeszcze dziewięć lat. Przez ten czas każdy z obozów miał możliwość odnalezienia najbardziej zasłużonych dusz, godnych reprezentować ich w zbliżających się zmaganiach.
Oba gatunki do rozgrywki na Ziemi przygotowywali trzej senatorzy OrdPan 312. Jeden z nich, Xing Fang[1], był przewodniczącym i wywodził się z gatunku mutantów. Mutanty nie uczestniczyły w konfrontacji o panowanie na Ziemi, dlatego Xing Fang miał neutralne podejście do walki ludzi i odmieńców. Z kolei Badb, przypominająca z wyglądu kogoś, kto łączył w sobie kruka i człowieka, została wybrana na senatorkę niedawno. Pochodziła z odmieńców i przygotowywała do rozgrywki swój gatunek. Trzeci senator, Ares, był człowiekiem, dlatego odpowiadał za obóz ludzi. Sam nie pochodził z Ziemi, ale kilku z jego sześciu pomocników owszem. Wszyscy senatorowie byli niegdyś szeregowymi mieszkańcami planet w regionie OrdPan 312, ale w zamian za zasługi zostali powołani w szeregi struktur zarządzania WOMiL i stali się bogami.
Naznaczając sześciu wybrańców, Ares musiał skompletować drużyny różnych odcieni, które składałyby się z Ziemian i wojowników OrdPan, nazywanych opiekunami ludzi. Wyznaczenie wojowników z trzystadwunastki było bardzo łatwe do przeprowadzenia, ponieważ odbyło się według wcześniej ustalonego schematu. Wszyscy byli wybierani wspólnie przez senatorów kontrolujących walki obu gatunków na Ziemi w ostatniej chwili, tuż przed rozgrywką. Z kolei wyselekcjonowanie odpowiednich osób na planecie wymagało znacznie więcej starań. Potrzebowano odnaleźć takie postaci, u których dusze wykazywały się największym poświęceniem wobec człowieczeństwa w każdym swoim nowym wcieleniu. Wybrańców wyłaniano zazwyczaj spośród osób narodzonych w szczególne dni, nieprzekraczających jednego roku życia i posiadających charakterystyczne znamię. Natomiast przewodników i strażników, którzy mieli chronić wybrańców, wybierano z osób w wieku pozwalającym określić ich zdolności. Mieli się oni wyróżniać umiejętnościami, siłą i odpornością, jak również powinni dobrze nawiązywać kontakt z przyszłymi, młodszymi wybrańcami i jednocześnie z opiekunami przedzielonymi przez OrdPan. Właśnie dlatego szukano ich wśród istot mających od dziewięciu do kilkunastu lat, tak aby podczas rozgrywki posiadały najbardziej wydajny, podrostowy wiek około dwudziestu paru wiosen.
Miejsca pobytu wszystkich wytypowanych na Ziemi osób były objęte tajemnicą. Ukryte w różnych częściach świata przygotowywały się do zbliżającej się rozgrywki. Szczególną ochroną otaczano wybrańców, gdyż mieli oni stanowić główny cel dla chcących opanować Ziemię odmieńców.
1683 rok według nowego kalendarza. Tereny położone na styku Wyżyny Bawarskiej i Alp Wschodnich, przez których górskie łańcuchy przedzierała się rzeka Ren.
Senator Ares wspólnie z kilkoma swymi pomocnikami, kompletując ostatnią drużynę oznaczoną czerwonym odcieniem, natknął się na bezwzględne działania szpiegów sekty trzech szóstek. Żołnierze sekty, nazywani wygnańcami, za wszelką cenę chcieli zdobyć informacje o ochronnym otoczeniu wybranki. Aresa dziwiło i niepokoiło, że wygnańcy interesowali się wyłącznie jedną konkretną drużyną i próbowali do niej dotrzeć, nie zważając na przeszkody. Po przeniesieniu się z piątką swoich pomagierów z OrdPan 312 w Miejsce Przeniesienia na Ziemi, które znajdowało się najbliżej wybrańca czerwonego odcienia, odkrył, że wygnańcy już od jakiegoś czasu szarżowali na tych terenach.
– Dotrą do wioski szybciej od nas – wykrzyknął jeden z pomocników Aresa, nazywany Brązowym, co wyraźnie podkreślał jego ubiór mający jedynie brązowe barwy.
– Musimy spróbować wyprzedzić ich lasem, inaczej nie zdążymy – stwierdził pomocnik senatora w czerwonym mundurze, który był tytułowany Czerwonym i najlepiej znał te tereny.
– Rozdzielamy się. Czerwony i Żółty za mną, reszta – postarajcie się nie zgubić ściganych wygnańców – zdecydował senator OrdPan Ares, który wyróżniał się wśród swoich pomocników większą posturą i bardziej efektownym mundurem o niejednolitym kolorze. Duże ciemnobrązowe oczy i czarne kręcące się włosy tylko nieznacznie łagodziły jego bardzo poważne rysy twarzy. Natomiast widoczne umięśnienie, spotęgowane brązowawą cerą, budziły respekt. Czuło się, że jeżeliby chciał, mógł nieźle przywalić i jednocześnie był wystarczająco gibki, aby szybko uniknąć ciosu.
Wskazawszy dwóch swoich pomocników, senator skierował się z nimi do gęstego, ponuro wyglądającego lasu. Reszta jego asystentów – Czarny, Brązowy i Zielony – pozostała na wcześniejszym tropie, goniąc wygnańców podążających wzdłuż piaszczystego brzegu rzeki. Na szczęście senatorska ekipa miała wsparcie w słońcu, które na razie jeszcze nie zamierzało zanurkować za horyzont. Jego intensywne promienie gwarantowały w miarę dobrą widoczność jeszcze przynajmniej przez kilka godzin.
– Skąd oni się tu wzięli, do jasnej ciasnej? – wykrzyknął Czerwony, biegnący na równi z Aresem. – Dlaczego myśmy nie spostrzegli ich wcześniej?
– To proste. Bardzo dobrze się zaczaili i nie wyściubiali swego nosa, aż do teraz – odpowiedział Ares, nie zmniejszając tempa.
– Ale naszego przyjaciela Niebieskiego zdołali zlikwidować – skwitował wojownik noszący żółty mundur, przypominając o tym, że wygnańcom grasującym na Ziemi udało się pokonać jednego z pomocników Aresa.
– Mieli po prostu fart – stwierdził Czerwony, który nie mógł pogodzić się ze stratą jednego ze swoich najbliższych kolegów.
– Było ich chyba zbyt wielu – zauważył Ares. Wiedział, że wrogowie musieli użyć podstępu, aby zaskoczyć Niebieskiego dopracowującego ostatnie elementy służące zapewnieniu bezpieczeństwa wybrańcowi niebieskiego odcienia. Inaczej nie mieliby szans, żeby go podejść. Ares podejrzewał, że musiał zdradzić ktoś z personelu OrdPan, ale, niestety, pomimo starań nie zdołał ustalić, co tak naprawdę się wydarzyło i kto zawinił, dopuszczając do śmierci jego asystenta.
Na niepokojące dywagacje swoich pomagierów więcej nic konkretnego nie odpowiedział, gdyż w tej chwili nie było czasu na snucie domysłów. Poza tym zaprzątały mu głowę całkiem inne myśli. Próbował rozgryźć: "Po co wygnańcom wybraniec, tym bardziej teraz, kiedy do rozgrywki pozostawało jeszcze prawie dziewięć lat? I co jeszcze mogli uknuć, szperając na tych terenach już od jakiegoś czasu?".
Wykazując aktywność, pachoły Sekty 666 zdradziły swoje istnienie na Ziemi, więc bez wątpienia musiały mieć naprawdę ważne powody. Zbliżając się do wybrańców, ryzykowały, że Panteon wypuści za nimi pościg, ale pomimo tego nawet nie próbowały kamuflować swoich działań.
Pod patronatem Sekty 666 wygnańcy przeciągali ludzi na swoją stronę, kusząc ich niemoralnymi propozycjami i obiecankami cacankami o lepszym życiu. Dlatego Ares obawiał się, że mogli omotać kogoś z otoczenia wybrańców i w ten sposób zniszczyć cały jego wysiłek przygotowań drużyn do rozgrywki. Mógł oczywiście wywołać z OrdPan 312 posiłki, ale powstrzymywał się, gdyż miał pewne podejrzenia. Obawiał się, że jeżeli wykona ten ruch teraz, wystraszy w trzystadwunastce prawdopodobnego szpiega sekty, który bez wątpienia pomógł wygnańcom dotrzeć do obozu wybranki czerwonego odcienia. Chciał z tego zdarzenia wycisnąć coś więcej, niżeli tylko zapobiec atakowi wygnańców lub ich wypłoszyć. Zamierzał złapać kogoś, kto pomoże mu wykryć zdrajcę w OrdPan 312.
Po kilkuminutowym biegu Ares z pomocnikami wbili się w głąb gęstego lasu prawie na trzy kilometry, aż niespodziewanie natknęli się na niewielką polanę, wyglądającą raczej na karczowisko. Lekko spowolniając krok, za pomocą medalionów upewnili się, dokąd dokładnie muszą podążać, kiedy niespodziewanie usłyszeli głośny trzask, który wyraźnie dobiegł zza krzaków znajdujących się na niedużym piaszczystym wale, ponad setkę kroków przed nimi. Przygotowawszy broń do walki, wszyscy trzej błyskawicznie się zatrzymali, ale kiedy zobaczyli, kto był winowajcą całego zamieszania, opuścili broń. Z krzaków jeden po drugim wywaliło się troje małych niedźwiadków, które nie wiedząc czemu, bez opamiętania rozpędziły się prosto na wysłanników OrdPan.
– Trzeba uważać na ich matkę! Pewnie gdzieś tu się kręci – mruknął uśmiechający się Żółty.
– Nie na nią powinniśmy uważać – stwierdził Ares, który rozluźnił się tylko na chwilę.
Po zachowaniu małych zwierzaków pojął, iż lada chwila atak na nich może przypuścić ktoś inny niż niedźwiedzia samica. Ktoś, kogo nie było możliwości wystraszyć lub najzwyczajniej ominąć.
Kilkanaście sekund później po spotkaniu z głośno ryczącymi z rozpaczy niedźwiadkami na pagórku, tuż za krzakiem, pojawiło się dziesięcioro odmieńców. Nie mieli odpowiednich mundurów, więc bez wątpienia można ich było zaliczyć do wygnańców. Wśród nich przeważały istoty należące do odmieńców ze szczepu łaków, posiadające głowy rysia i borsuka, ale było również dwóch wilkołaków. Przedstawiciele tego szczepu wyróżniali się tym, że przypominali ssaki żyjące między innymi na Ziemi, z pominięciem kopytnych.
Zanim Ares omiótł wzrokiem pokazujące się stwory, usłyszał wyraźne poruszenie na drzewach, których większość razem z pomocnikami zdążył wcześniej ominąć. Lecz w odróżnieniu od Żółtego i Czerwonego nawet nie popatrzył w górę, gdyż i bez tego rozpoznał charakterystyczne chrapanie i sapanie. Po tych nieprzyjemnych dźwiękach bezbłędnie mógł stwierdzić, że gobliny, posiadające długie wścibskie nosy, przynależące do odmieńców ze szczepu karłów, właśnie się zbliżają.
– Tylko tych nosatych popaprańców jeszcze tu brakowało – wymamrotał Czerwony, okładając cierpkim słowem przedstawicieli szczepu, którzy wzrostem rzadko kiedy przekraczali dwadzieścia cali. – Czuję, jakbym się znalazł w dziupli krwiożerców.
– Bywało gorzej. – Żółty próbował zachować zimną krew.
– Wiedziałem, że będą chciały zablokować nam drogę – stwierdził Czerwony. – Jest tu tych półmetrowych kurdupli chyba z kilkadziesiąt, a może nawet setka. Na szczęście, większość szybko do nas nie dotrze.
Ares, nie czekając na atak będących w pobliżu goblinów, które do góry nogami spełzały z drzew, przeskoczył przez kompletnie wystraszone niedźwiadki, po czym ruszył w całkowitym milczeniu w stronę łaków. Chciał jak najszybciej opuścić strefę osaczaną przez małych brzydali. Żółty i Czerwony jeszcze przez chwilę się porozglądali i podążyli w jego ślady.
Jeden z oddziałów goblinów, znajdujący się na drzewach bardzo blisko trójki wysłanników OrdPan, postanowił załatwić sprawę jednym ruchem. Darując sobie złażenie z drzew, zdecydował się zeskoczyć z nich prosto na Aresa z pomocnikami. Ale większość prób nosatych odmieńców ze szczepu karłów kończyła się niepowodzeniem. Prawie wszystkie atakujące przeliczyły się ze swoimi możliwościami, dlatego jeden po drugim zaliczały twarde przywitanie się z ziemią lub innym drzewem. Natomiast te, które po wyskoku jakimś cudem zdołały zbliżyć się do ekipy senatora, natykały się na ich miecze. Wkrótce piętnastoosobowy oddział goblinów próbujący dosięgnąć Aresa został unieszkodliwiony, reszta zaś hurmy półmetrowych odmieńców znalazła się ponad sto metrów z tyłu.
Tymczasem wygnańcy ze szczepu łaków, przygotowując się do walki na pagórku, wiedzieli, że przy ataku muszą stworzyć jak największy tłum, aby coś osiągnąć. W przeciwnym razie powinni byli darować sobie walkę z o wiele mocniejszymi wojownikami. Doskonale również rozumieli, że Ares w każdej chwili mógł wykorzystać swoją bardziej zaawansowaną broń – bucid. Dlatego zachowywali ostrożność, która z pewnością zmniejszała ich efektywność w starciu z niepełnym oddziałem senatora.
W momencie rozpoczęcia walki większa część łaków zaatakowała właśnie Aresa, ale dla niego okazało się to tylko chwilowym, szybko usuwalnym problemem. Senator poruszał się znacznie szybciej i pewniej od ostrożnych wygnańców, dlatego niemal natychmiast zdołał pomniejszyć liczebną przewagę przeciwników. Zanim rysiołaki, wilkołaki i borsukołaki cokolwiek wskórały, miały w swoich szeregach jednego mniej, a wszystkie ich próby chociażby lekkiego draśnięcia Aresa spełzły na niczym.
Otoczony, senator wcale nie czuł się na straconej pozycji, a wręcz przeciwnie. Takie ustawienie pozwalało mu wykańczać kolejnych przeciwników bez najmniejszego wysiłku. Zlikwidowawszy dwóch najbardziej aktywnych wilkołaków, których pozbył się za pomocą ich własnej broni i ciosów, spróbował rozprawić się z dwoma łakami z mordami borsuków. Jednak nie dając rady ich sięgnąć, bardzo intensywnymi ruchami miecza odepchnął obu kilkanaście metrów do tyłu, zmuszając ostatecznie do ucieczki. Kiedy pozbył się większości rywali, skupił się na ostatnim walczącym z nim rysiołakiem, który zachowawczo, skradając się z tyłu, próbował cały czas dziabnąć go swymi toporkami. W tym momencie Ares zauważył, że jeden z odmieńców, który wcześniej go atakował, wyraźnie zmienił kierunek i podstępnie zamierzał podejść Czerwonego walczącego z wilkołakami. Senator zrozumiał, że nie zdąży udzielić pomocnikowi wsparcia na czas, ani nawet ostrzec krzykiem, gdyż przytłumiłby go hałas stworzony przez nadciągające z lasu karły gobliny. Dlatego podjął decyzję skorzystania wreszcie z broni, której moc wolałby zachować na później. W dwóch ruchach przebił mieczem na wylot bojaźliwego rysiołaka i wyciągnąwszy w jego kierunku rękę, włączył znajdujący się na niej falownik. Z urządzenia wydobyły się potężne fale, które odrzucając załatwianego pokrakę na kilkanaście metrów do tyłu, wpakowały go prosto w odmieńca próbującego podejść Czerwonego.
Falownik, należący do środków bojowych nazywanych bucidem, miał mniejszą siłę rażenia niż sieczna broń z tegoż asortymentu, ale za to działał w miarę rozległy sposób. Jego siłą napędową był żywioł powietrza. Potrafił również zniszczyć ciało i duszę wojowników należących do struktur OrdPan i Panteonu, lecz dopiero po długotrwałym oddziaływaniu. Miał jednak jedną bardzo przydatną cechę. Precyzyjne użycie fal tego urządzenia z powodzeniem wystarczało do uzyskania błyskawicznej przewagi nawet nad o wiele liczniejszym przeciwnikiem.
Pomocnicy Aresa walczący nieopodal siebie, usłyszawszy znajomy dźwięk z tyłu, natychmiast rozciągnęli się na glebie i mocno do niej przylgnęli. Ale nawet to nie do końca uchroniło ich od siły uderzenia fal zmiatających ze swojej drogi wszystko, co nie było solidnie zakotwiczone w ziemi. Ich moc można było porównać z nagle rozpętanym huraganem o potędze wiatru przekraczającego prędkość trzystu kilometrów na godzinę.
Tuż po ataku Aresa obeznani z możliwościami falownika Czerwony i Żółty, nieznacznie poturbowani i bez wielkich uszczerbków, szybko odzyskali orientację i równowagę. Znacznie bardziej porozrzucane na różne strony łaki, zamroczone i zagubione w sytuacji, nie miały szans z pomocnikami senatora.
Podczas krótkiej potyczki między wysłannikami OrdPan i łakami pierwsze gobliny zdołały się bardzo zbliżyć do Aresa. Prawie setka długonosych stworów wyraźnie nie zamierzała rezygnować z walki. Jednak ich bezmyślna taktyka raczej nie wróżyła zwycięstwa, ponieważ pruły do przodu tłumnie i bez zastanowienia.
W momencie kiedy goblinom pozostało do strefy walki zaledwie kilka metrów, Ares rzucił Czerwonemu trzydziestocentymetrowy kij, z wyglądu nic nadzwyczajnego, a w rzeczywistości bardzo groźną broń.
– Najbliższe drzewo po lewej – krzyknął senator, pokazując, o które mu chodzi.
Czerwony, wiedząc, co się święci, bez słowa odpowiedzi ruszył ku wskazanemu drzewu i włączywszy przekazaną mu broń, wykonał polecenie senatora. Aby drzewo zostało ścięte, Czerwonemu wystarczyło zaledwie delikatne machnięcie.
Użył do tego bucida, który wyglądał niczym ogniowy miecz. Wykuwany z żywiołu ognia za pomocą Mocy, miał znacznie większą siłę rażenia niż zwyczajna biała broń. Jego aktywnej części mógł przeciwstawić się jedynie inny bucid, wyrobiony z jednego z czterech żywiołów lub ich pochodnych. Dlatego takie przeszkody, jak żelazo, kamień czy drewno, dla niego nie stanowiły żadnego problemu.
Ares tymczasem zaczął rzucać w pędzących nosatych brzydali sztyletami, szablami i inną bronią zabitych wcześniej łaków. Jednocześnie uważnie kontrolował położenie drzewa. Trwało to do momentu, aż gęsto ugałęziony drewniany kolos zaczął tracić swoją pionową pozycję, wtedy senator odwrócił się i zaczął wycofywać w kierunku Żółtego.
Horda karłów goblinów, podbudowana tym, że zmusiła do ucieczki takiego wojownika, jakim był senator OrdPan, nabrała pewności siebie i ruszyła naprzód z większą śmiałością. Jedynie dwa łaki, przypominające wyglądem borsuki, które wcześniej wywinęły się od walki z Aresem, wyczuły podstęp. Podniosły krzyk i zablokowały drogę, tak aby przytrzymać swoich karłowatych kolesiów, ale te, oślepione euforią, całkowicie utraciły instynkt samozachowawczy. Gobliny nie widziały w spadającym drzewie dużej przeszkody, wydawało im się, że to mały problem, łatwy do ominięcia lub przeskoczenia. Nie miały pojęcia, że zaledwie po kilku sekundach cała sytuacja diametralnie się zmieni. Nie rozeznały się w podstępnych zamiarach Aresa nawet wtedy, kiedy ten, mijając pas obszaru, na który spadało drzewo, zachował się bardzo podejrzanie. Widok nagle zatrzymującego się senatora oraz uśmiech przyklejony do jego twarzy jedynie wywołały u nich małe zdziwienie i nic więcej. Lecz już po chwili, kiedy drzewo prawie spadło na ziemię, oddzielając ich od wysłanników OrdPan, wśród goblinów wybuchła się panika. Wówczas spostrzegły, jak senator wykonał ruch, którego się nie spodziewały.
Wyciągając rękę, Ares ponownie uruchomił falownik ustawiony na całą możliwą moc. Wydobywająca się z urządzenia fala uderzyła w drzewo, dodając mu silnego przyspieszenia, i skierowała je w stronę spanikowanych nosatych pokraków.
Rozrzucając i wgniatając w ziemię gobliny, osobliwy atak zmniejszył ich liczebność niemal o połowę. Jednocześnie pozwolił senatorowi i jego pomocnikom, kroczącym po polu bitwy od razu po masakrze, zająć się niedobitkami. Tylko nielicznym półmetrowym odmieńcom i dwóm borsukołakom, które zachowały ostrożność, udało się uciec przed zniszczeniem. Ares zrezygnował ze ścigania ocalałych przeciwników i zasygnalizował swoim podwładnym odwrót, gdyż w tej chwili najważniejsze było dotarcie do celu, jakim był domek z wybranką w górskiej wiosce.
Dotarła tam cała trójka wysłanników OrdPan w mniej niż dziesięć minut, zaś wygnańcy, którzy przeżyli bitwę, cały czas podążali ich tropem, nie odstając od nich więcej niż na sto kroków. Dopiero przy wejściu do wioski niespodziewanie nie podążyli za nimi, lecz obrali kierunek prowadzący gdzieś w stronę rzeki, co bardzo zdziwiło Aresa. Pewność, że coś mu umknęło, potwierdzała się z każdym metrem przemierzanym po wiejskiej uliczce, mocno udeptanej i powykrzywianej na wszelkie możliwe sposoby. Na większości podwórek, ogrodzonych żywopłotami lub najzwyczajniej długimi, krzywymi drągami, znajdował się ktoś, kto mierzył ich trójkę wzrokiem, wykazując przy tym duże zainteresowanie. Wszędzie panował spokój i powolne, monotonne życie nakierowane na codzienne zajęcia. Taka atmosfera zarówno napawała optymizmem, jak i wprowadzała jeszcze większy bałagan w myślach senatora, gdyż gubił racjonalny punkt zaczepienia. "Czemu wygnańcy przybyli właśnie tu? Czemu podążyli nad rzekę? I czemu w wiosce panował taki spokój, jakby nic się nie działo?"
Po kilku minutach wysłannicy OrdPan 312 weszli na podwórko, na którym nagle z drugiej strony pojawiło się około dwudziestu chłopów. W następnej sekundzie Ares, obracając się, również spostrzegł nie mniej osób zachodzących ich z tyłu. Ten widok nawet go nieco pocieszył, ponieważ mógł stwierdzić, iż ochrona wybranki działa bez zarzutu. Senator od razu chciał zawrócić i jak najszybciej udać się tam, gdzie polazły siedzące im na ogonie od lasu gobliny i borsukołaki, ale postanowił wyjaśnić jeszcze kilka szczegółów. Poza tym musiał wytłumaczyć nadciągającym chłopom, kim jest, gdyż inaczej mogłoby dojść do niepotrzebnej walki. Znał osobiście jedynie wybrankę i jej bezpośredniego opiekuna, gdyż sam ich typował, ale oboje z pewnością ukrywali się w bezpieczniejszym miejscu. Na szczęście w następnej sekundzie zrozumiał, że nie potrzeba było się martwić, ponieważ ostatecznie większość chłopów rozpoznała Czerwonego. Właśnie ten jego pomocnik organizował ochronę wybranki czerwonego odcienia i sporadycznie odwiedzał wioskę, chociaż przeważnie bez swego kolorowego munduru.
– Przyszedłem chronić moc wybranki – ogłosił senator w języku germańskim, nie odsłaniając twarzy ukrywanej pod kapturem. – Jam jest stronnik ludzi i nadający jej to przeznaczenie. – Po tych słowach Ares ujął w ręce wiszący na łańcuszku medalion i wywołał z niego hologram pieczęci, który stanowił o jego władzy.
Wówczas mnóstwo cieniutkich promieni wydobywających się z medalionu utworzyło w powietrzu symbol, powodując, że chłopi momentalnie pochylili głowy.
– Wybacz nam, panie, ale doszły nas słuchy, że pojawiły się w naszych stronach Berserkarkorny i gobliny, więc byliśmy czujni – wypowiedział z pokorą najstarszy z ludzi.
– Czy wybranka jest bezpieczna? – zapytał Ares. Z mową, a także rozumieniem wieśniaków nie miał żadnych problemów. Jako senator OrdPan posiadał wszczepiony w medalion implant językowy, za pomocą którego miał możliwość porozumienia się z każdym, i to nie tylko na Ziemi. Każdy implant działał na poziomie fal mózgowych, ale jedynie tej osoby, do której genów był dostrojony. Takie zabezpieczenie ograniczało ingerencję niepożądanych osób w życie na planetach. Jednocześnie implant regulował podstawową i bardzo istotną rolę w porozumiewaniu się w całym wszechświecie. Otóż ustawiał umysły posiadaczy medalionów na posługiwanie się jednym, uniwersalnym językiem obowiązującym w WOMiL.
– Tak, jest bezpieczna. Została ukryta w górach. Jedyna dostępna droga w to miejsce przebiega przez wioskę. Natomiast Wilhelm właśnie dokonuje manewru odciągającego potwory jak najdalej stąd – udzielił dość wyczerpującej odpowiedzi starzec.
– Wilhelm nie jest przy wybrance? Dlaczego się od niej odłączył? Gdzie się udał? – Prosząc o konkrety, Ares właściwie domyślał się, dokąd chłopak chciał wyprowadzić wygnańców.
– Wilhelm z kilkoma ludźmi udał się nad rzekę. Chce, żeby pokraki myślały, że tamtędy wywozimy wybrańca. Mówiłem mu, że to nie zadziała, ale to on jest bezpośrednim opiekunem i ostatnie słowo należało do niego. Myśmy pozostali w wiosce, czekając na nadejście bestii, lecz te chyba wcale nie zamierzały się tu pokazywać – wyjaśnił starzec.
– Niedobrze – wyszeptał Ares. – Bardzo niedobrze. – Senator zaczynał rozumieć postępowanie karłów, goblinów i łaków, siedzących im na ogonie od momentu walki w lesie. Uświadomił sobie, że podążyły one w stronę rzeki, gdzie miały uderzyć na grupę pod kierownictwem Wilhelma. Tam też chyba powinni byli również znajdować się trzej jego pomocnicy: Czarny, Zielony i Brązowy, którzy pozostali na tropie wygnańców podążających wzdłuż rzeki. Wilhelma dobrze pamiętał, albowiem osobiście ustanowił go osobistym ochroniarzem wybrańca czerwonego odcienia. Zapamiętał go jako osiemnastoletniego wojownika, który uczestniczył w regionalnej wojnie z najeźdźcami z północy. Wybrał chłopaka, ponieważ wyróżniał się fizycznymi możliwościami znacznie przewyższającymi te zwykłego człowieka. Przewodził wielu bitwom, zazwyczaj przez siebie wygrywanym, aż spowodował, że hordy tyranów ostatecznie zostały wygnane z jego ojczystej ziemi.
– Jak to możliwe, że takie bestie plączą się po ziemi? – zapytał dziewięcioletni chłopak stojący tuż obok starca, który swoim przenikliwym spojrzeniem wręcz domagał się dodatkowych informacji o przeraźliwych stworach pojawiających się w okolicy.
– To Maksimek! Jest synem kupca z centralnej Europy – przedstawił chłopaka starzec. – Przybył tu z całą rodziną przedwczoraj. Wygnańcy zabili mu matkę, a on z ojcem i dwoma braćmi cudem się uratował. Przygarnęliśmy ich czwórkę na czas tych niespokojnych dni. Wilhelm spostrzegł w dzieciaku jakąś iskrę, dlatego zamierzał wziąć go do siebie i wam przedstawić.
– Możliwe. Jeszcze jak możliwe. Gorzej, jeśli wymkną się spod kontroli – odpowiedział Czerwony na wcześniejsze pytanie Maksimka. Spostrzegł skupienie na twarzy senatora, który zajął się rozważaniem nietypowej sytuacji. – Nikt się nie spodziewał, że nagle się ujawnią, lecz najbardziej dezorientuje nas ich niebywała i niezrozumiała aktywność właśnie na tych terenach.
– Zaopiekujcie się wybranką – przerwał nagle Ares swemu pomocnikowi, po czym szybko opuszczając podwórko, dodał: – Jeszcze tu wrócimy. Chyba trzeba będzie całkowicie zmienić kryjówkę dla wybranki. Na razie nic bardziej konkretnego nie możemy powiedzieć. Przeczuwam, że cała sprawa wydaje się bardziej skomplikowana, niż zakładaliśmy od początku. Cały czas mi umyka główny sens zawieruchy wywołanej przez Sektę 666.
– Odprowadzę was do Wilhelma. Jest chyba nieopodal miejsca, gdzie musieliśmy porzucić swój cały dobytek na łodzi – zaproponował Maksimek niespodziewanie, potwierdzając nietypową jak na swoje lata odwagę. – I proszę! Nie jestem tam żaden Maksimek. Takie zdrobnienia są tylko dla dzieciaków. A mi przewaliło już z dziewiątkę wiosen, więc proszę nie traktować mnie jak jakiegoś smarkacza, tylko na poziomie. Wołajcie mnie Maks, i już.
– Rzeczywiście, ma w sobie coś – powiedział Ares, który wcześniej pomimo zamyślenia przyswoił krótki wykład starca o Maksie. – Nie tym razem, młodzieńcze. Sami znajdziemy Wilhelma, a ty lepiej pozostań w wiosce. Będziesz tu znacznie bezpieczniejszy.
Po tych słowach Ares z Czerwonym i Żółtym ruszył w kierunku wcześniej wskazanym przez starca. Wiedział, że zdecydowanie powinien zmienić położenie wybranki, umieszczając ją w innym miejscu na planecie. Jednocześnie musiał zastąpić czuwających przy niej ludzi. Z pewnością nie odbędzie się bez komplikacji, ale na szczęście do rozgrywki pozostawał jeszcze kawał czasu. Teraz musiał się spieszyć z pomocą dla reszty swoich pomagierów i Wilhelma, znajdujących się nad rzeką.
Pokonanie odległości od wioski do rzeki było dość łatwe, gdyż znaczne nachylenie przy zejściu z góry dodatkowo przyspieszało szybki bieg wysłanników OrdPan. Po dziesięciu minutach przebieżki, docierając do krawędzi skarpy, która łączyła się z brzegiem rzeki ostrą stromizną w dół, cała trójka już wiedziała, dokąd dokładnie musi zmierzać. Zauważyła toczoną walkę na tysiącach pniach ściętych drzew zanurzonych w wodzie. Z daleka było widać, że Wilhelm przetrwał jako jedyny ze swojej grupy i na razie jeszcze radził sobie z nacierającymi wygnańcami z gatunku odmieńców, ale z każdą chwilą miał coraz mniej miejsca do manewru. Trójka pomocników: Czarny, Brązowy i Zielony, których Ares wysłał wzdłuż rzeki, starali się do niego przebić. Niestety, natrafili na liczne szeregi łaków i odmieńców należących do szczepu latów, którzy przypominali wyglądem najróżniejsze ptaki, lecz o wielkości człowieka, posiadające przy tym kilka jego części ciała. Były tam również dwaj borsukołaki i około dwudziestki goblinów ze szczepu karłów, z którymi ekipa senatora zetknęła się w lesie.
Wilhelm klepał potwory dość długim, masywnym kijem, starając się odeprzeć atak i próbując przebić się bliżej brzegu, gdzie walkę rozpoczęli Brązowy, Zielony i Czarny. Wilhelm rozpoznał w kolorowych wojownikach osoby, które zaledwie kilka miesięcy temu organizowały ochronę wybrance, i wiedział, że są oni dla niego jedyną szansą ratunku. Niestety, wygnańcy utworzyli ciasne szeregi i spychali go coraz dalej od brzegu. Kilku łakom i odmieńcom ze szczepu pływów, którzy wyróżniali się wyglądem przywodzącym na myśl najróżniejsze ryby z domieszką ludzkich rozmiarów i kilku kształtów, udało się do niego zbliżyć szczególnie blisko. Stwory mogły z powodzeniem dosięgnąć Wilhelma bronią sieczną, ale żaden z nich nie miał zamiaru go zranić. Rozpoznawszy podejście przeciwnika, mocarny chłop nie zawahał się zmienić swojej obronnej taktyki na bardziej agresywną. Zrozumiał, że dziesiątkując szeregi wroga, może bez większych obaw zaryzykować własnym życiem. Pierwsza okazja nadarzyła się już niebawem. Spychany jak najdalej od brzegu, znalazł się w miejscu, gdzie kłody miały więcej wolnej przestrzeni w wodzie i swobodnie poruszały się w różne strony na kilka metrów. Zamierzając wykorzystać do wykonania podstępu swoje siły i rozciągliwość, przeniósł się na dwie luźno złączone ze sobą kłody, pozwolił znaleźć się na nich również trzem najbardziej sprytnym przeciwnikom, z których dwaj byli łakami, o łbach leniwca i wilka, trzeci zaś wywodził się ze szczepu pływów i dysponował głową ryby skorpeny. Kiedy już wygnańcy znaleźli się razem z Wilhelmem na tych samych kłodach, ruszyli bez zastanowienia, nastawieni na szybkie zakończenie starcia. Ale zaraz nieco przyhamowali, gdyż wyczuli podstęp. Zdradzała to wyraźnie zadowolona fizjonomia krzepkiego chłopaka, lecz dopiero chwilę później zrozumieli, co oznaczał ten dziwny uśmieszek. Niestety, już nie mieli czasu ani możliwości ratunku.
Podpuszczając trójkę wygnańców, Wilhelm ściągnął ich bardzo blisko siebie i wykonał nagle szpagat. W ten sposób maksymalnie rozsunął kłody w przeciwne strony i sprawił, że dwóch najbliższych wygnańców zakończyło potyczkę upadkiem do wody.
Na pniach utrzymał się tylko najbardziej oddalony od niego wilkołak, który jedynie głową wpadł pod wodę. Wykorzystując swą ogromną siłę, Wilhelm wstał ze szpagatu i ściągnął nogami kłody w taki sposób, że poturbował nimi pływa i łaków. Szczególnie dostało się wilkołakowi, któremu kłody roztrzaskały czerep. Dla pewności chłopak powtórzył manewr ze szpagatem, ale zaledwie zyskał chwilę rozluźnienia, został zaatakowany od tyłu przez stwora wywodzącego się ze szczepu latów o skrzydłach i łbie czapli. Napastnik, przyciskając Wilhelmowi ręce do tułowia, próbował go całkowicie unieruchomić, ale wyraźnie przeliczył się ze swoimi możliwościami i nie potrafił utrzymać równowagi. Próba sił nie trwała długo i obaj wpadli do rzeki. Wilhelm wykorzystał ten moment i szybko wyswobodził się z uścisków lata. Zdołał również szybko odzyskać swój na chwilę utracony kij, którym przygwoździł natrętnego wroga do znajdującej się najbliżej kłody, a kiedy ten stracił przytomność, wpakował pod wodę uderzeniem z góry.
Ares, Czerwony i Żółty, ześlizgnąwszy się ze skarpy ku brzegowi rzeki, połączyli się z resztą swego oddziału i przemieszczali w kierunku chłopaka, szybko usuwając ze swej drogi napastników. Błyskawicznie znaleźli się na wodowanych kłodach. Nagle całej szóstce wysłanników OrdPan ukazał się przytłaczający widok, który świadczył, że znaleźli się nad rzeką za późno. Kilku wygnańców, wykorzystując mniejszą zwrotność Wilhelma w wodzie, narzuciło na niego sieć, dając przy tym sygnał rogiem. Bardzo piskliwy dźwięk uruchomił na drugim brzegu rzeki osiem zaprzężonych koni, które pociągnęły linę przecinającą rzekę w poprzek, przymocowaną drugim końcem do sieci narzuconej na Wilhelma. Chłopak próbował jakoś wybrnąć z pułapki, jednak instalacja z sieci sprawiła, że w kilkanaście sekund został przeciągnięty przez dwustumetrową szerokość rzeki, która rozdzielała wodowane drzewo i jej drugi brzeg.
Ares był ogromnie zawiedziony takim obrotem spraw. Wiedziony silnymi emocjami, rozładował swój gniew na ostatnich kilku wygnańcach stojących na jego drodze. Włączył falownik na całą moc i skierował jego wyładowanie na najbliższe końce kłód, na których po przeciwnej stronie znajdowali się wygnańcy.
Swoim atakiem porozrzucał ich na różne strony i zanim zdążyli odzyskać orientację, bez cienia litości poczęstował każdego powoli słabnącymi wyładowaniami falownika. Resztę dokończyli jego kolorowi pomocnicy. Jedynie odmieńcy ze szczepu latów zdołali umknąć zagładzie. Po wzbiciu się w powietrze skierowali się w stronę drugiego brzegu. Tam, gdzie w sieci został przeciągnięty Wilhelm. Ares zaś, podążając wzrokiem w tym samym kierunku, żałował, że nie może równie szybko znaleźć się po drugiej stronie rzeki i wezwać dodatkową pomoc z OrdPan. Mobilizacja wsparcia z trzystadwunastki, przede wszystkim sporej liczby wojowników zdolnych w naturalny sposób przemieszczać się drogą powietrzną, pochłonęłaby zbyt wiele czasu. Przez te kilka minut Wilhelm z pewnością zostałby gdzieś ukryty lub wywieziony. Pozostała mu jedynie obserwacja tego, co działo się na przeciwnym brzegu.
W momencie kiedy sieć została wywłóczona na piaszczysty brzeg, linę przecięła postać, której twarz zasłaniał duży kaptur z wyhaftowaną na nim czerwoną pajęczyną. Po mozolnym wyplątaniu się z sieci Wilhelm z trudem podniósł się za pomocą kija, który pozostał w jego rękach jeszcze z walki po drugiej stronie rzeki. Choć chwiał się z wycieńczenia, miał zamiar dalej prowadzić bój, ale jedynym przeciwnikiem będącym na brzegu był dziwny gość w kapturze.
– Chodź, wojowniku, transport już na ciebie czeka – zakomunikowała tajemnicza postać, wskazując jednocześnie na podstawioną karetę, która była otoczona jeźdźcami na koniach.
– Chyba za ostro wczoraj popiłeś gorzały i mózg ci powyginało, jeżeli myślisz, że będę się uśmiechał na taką propozycję – odgryzł się wściekły Wilhelm, rozpoznając w jeźdźcach wrogów z północy, od setek lat terroryzujących jego naród.
– Tak czy siak, już widzę cię w tym powozie. Pójdziesz do niego o własnych siłach czy cię tam zaciągną za uszy, to jest tylko kwestia twego wyboru – powiadomił zagadkowy gość cierpliwym głosem.
– To ja cię zawlokę na drugą stronę rzeki. Albo lepiej tak kopnę, że dostaniesz się tam w błyskawicznym tempie – warknął Wilhelm, starając się wyprowadzić z równowagi swego rozmówcę.
– Jak sobie chcesz... – Nie zdążywszy dokończyć zdania, nieznajomy z pajęczyną na kapturze musiał już bronić się przed kijem chłopaka.
Ale starcie skończyło się, zanim na dobre się rozwinęło. Obcy z pajęczyną na kapturze za pomocą swego bucida, wyglądającego na miecz wykuty z lodu, pociął kij na kawałeczki. Następnie szybkimi pociągnięciami zadał chłopakowi kilka niewielkich ran ciętych i tym samym odebrał mu władzę nad własnym ciałem. Opadając na piach, Wilhelm na koniec dostał pozbawiający go przytomności cios nogą. Resztą zajęli się ludzie dosiadający koni, którzy wciągnęli nieprzytomnego chłopaka do karety; do niej wśliznął się również nieznajomy w kapturze. Zamykając drzwi karety, tajemniczy gość jeszcze przez chwilę popatrzył w stronę senatora.
Ares nawet nie miał nadziei, że chłopak podoła tej ukrywającej się w kapturze postaci, w której widział bez wątpienia agenta sekty szóstek. Zrozumiał jedno: na Ziemi kryła się spora liczba wygnańców wywodzących się tak z odmieńców, jak i z ludzi. Poza tym bardzo go niepokoiło posiadanie przez nierozpoznanego gościa bucida, broni, do której dostęp na Ziemi mogli mieć jedynie upoważnieni przez najwyższe władze OrdPan lub Panteonu. To kolejny raz wzbudzało podejrzenia, że ktoś w OrdPan 312 wyraźnie pomagał sekcie. Niestety, podążając tropem unicestwiającej broni, nie można było wykryć zdrajcy, gdyż minęło zbyt wiele czasu. Żałował również, że nie było szansy, aby w tej chwili zmienić na planecie kody Miejsc Przeniesień, co zapobiegłoby ucieczce szpiega sekty szóstek. Niestety, nadal nie mógł się w tym wszystkim połapać. "Po jaki kisiel szóstkom był potrzebny Wilhelm? Co chcieli od niego uzyskać i dokąd zabrać?" Zmagając się z niepewnością i niepokojącymi pytaniami bez odpowiedzi, Ares wrócił na brzeg. Jedynym elementem powiązanym z tym porwaniem, który ciągle powracał do głowy senatora, była niezwykła siła, jaką posiadał w sobie osiemnastolatek oraz umiejętności znacznie przewyższające zwyczajnego człowieka.
Pomocnicy Aresa szybko unieruchomili ocalałych wygnańców z gatunku odmieńców, natomiast sam senator dopiero teraz mógł, a nawet musiał wywołać z OrdPan innych dwóch senatorów odpowiedzialnych za rozgrywkę na Ziemi. Oczywiście miał zamiar obstawić każdy znajdujący się w pobliżu empek i zrobić wszystko, aby złapać wszechświatowych przestępców, ale wiedział, że szanse powodzenia tej akcji są nikłe, gdyż sekta z pewnością bardziej postarała się o zatarcie śladów. Oprócz tego nie miał wątpliwości, że ktoś bardzo wysoko postawiony w trzystadwunastce zorganizował dla szpiega szóstek bezpieczny odwrót.
Kiedy Ares znalazł się na brzegu, dokładnie obejrzał otoczenie. Sprawdził, czy gdzieniegdzie nie zapodział się jakiś wygnaniec. W końcu spostrzegł poruszenie w obszarze, skąd przybył razem z Czerwonym i Żółtym. Zobaczył staczającego się ze skarpy wilkołaka, który zatrzymał się dopiero po uderzeniu w jeden z wielu głazów rozsypanych na brzegu rzeki. Zanim wygnaniec doszedł do siebie i zdążył się podnieść, otrzymał druzgocący cios kamieniem, nie mniejszym od jego głowy. Kamień ten nadleciał z góry zbocza, miejsca, skąd wilkołaka wcześniej zepchnięto, i został rzucony przez niewielką istotę, w której Ares rozpoznał Maksa. Senator zawiesił na chłopaku wzrok na kilka sekund, po czym sprawdził resztę otoczenia. Teraz musiał znaleźć dla wybranki inne, bezpieczniejsze miejsce i skompletować zupełnie nową drużynę. Niestety, zgodnie ze swoimi regułami nie mógł zaangażować w to ani nikogo z wioski, ani Maksa, który z pewnością byłby dobrym wojownikiem, ale z trudnym do okiełznania temperamentem. Chroniłby wybrankę do upadłego, jednak swoim zachowaniem mógłby ściągnąć na nią sporo kłopotów, czego senatorowi teraz było najmniej potrzeba.
Nie licząc znajdujących się na przeciwnym brzegu ludzi, którzy nie uczestniczyli w bezpośredniej walce, sekta 666 zaangażowała w całą akcję wyłącznie odmieńców. Chciała w ten sposób zamaskować swoje działania. W tym przypadku próbowała przerzucić podejrzenia na gatunek odmieńców, którzy walczyli o panowanie na Ziemi. Robiła to oczywiście kompletnie nieudolnie, ale praktycznie nie pozostawiała dowodów, które wskazywałyby na jej bezpośrednią winę. Tak działała w całym wszechświecie. Dlatego ani Ares, ani nikt z OrdPan 312 lub samego Panteonu nie mógł jednoznacznie obarczyć sekty winą i doprowadzić do stanowczego ścigania ją pachołów w całym WOMiL. Ten stan powodował, że cała walka władz WOMiL z niebezpiecznym i bezwzględnym wrogiem, jakim była sekta 666, toczyła się w dużej mierze potajemnie. Odbywało się to na poziome spisków z wykorzystanie szpiegów wywiadu i kontrwywiadu. Organizacja trzech szóstek rzadko wystawiała się na otwartą konfrontację. Natomiast nawet jeżeli już to się zdarzało, to w razie przegranej nie pozostawiała żadnych świadków. Winę za każdą swą akcje ciągle próbowała zrzucać na różne gatunki. Wszystko zależało od tego, na jakiej planecie działali. Niekiedy wykorzystywali do osiągnięcia swoich celów będących w ich szeregach ludzi. Innym razem mutantów. Na Ziemi zaś, akurat z akcji, gdzie próbował przeciwstawić się im Ares, sekta zdecydowała kozłami ofiarnymi zrobić odmieńców. Kompletnie nie zależało jej na tym, kto wygra rozgrywkę lub wojnę gatunków. Dla niej nie miało znaczenia, kto będzie panował na planetach, czy odmieńcy, czy matuńci, czy ludzie. Miała zupełnie inny cel do osiągnięcia. A ponieważ w WOMiL ciągle toczyła się walka pomiędzy różnymi gatunkami, sekta nie napotykała problemów z prowadzeniem walki w sposób dywersyjny.
[1] Zob. dodatek na końcu pt. Bohaterowie. Nazwy niektórych bohaterów książki, które mogą się kojarzyć z postaciami należącymi do panteonów najróżniejszych mitologii świata.