Wołyńskie pytanie
- Co to za podziemna armia, która chce walczyć z Niemcami, a nie jest w stanie ochronić kobiet i dzieci przed bandami uzbrojonymi w widły?
To dramatyczne pytanie pada z ust Zosi, głównej bohaterki filmu Wołyń
Wojciecha Smarzowskiego. Adresatem tego pytania jest ukochany
dziewczyny, Antek. Żołnierz Armii Krajowej.
Antek na pytanie nie odpowiada. Zamiast tego, wykonując rozkaz
podziemnej organizacji, opuszcza wieś. Odchodzi. Zosia, jej dzieci,
sąsiedzi i pozostali polscy mieszkańcy wioski zostają sami. Porzuceni na
pastwę morderców. W nocy na miejscowość napadają bowiem ukraińscy
nacjonaliści.
Na oczach oszołomionych widzów dzieją się sceny przekraczające wszelkie
wyobrażenie. Oszalali z przerażenia Polacy próbują się wymknąć, ale nie
ma dokąd. Nie ma drogi ucieczki. Oprawcy są wszędzie. Dopadają Polaków i rozrąbują ich siekierami. Dźgają nożami i widłami. Jednej z kobiet
wyłupują oczy. Innej wycinają z brzucha płód.
Na ekranie widzimy odrąbane ręce i nogi. Fragmenty mózgu wypadające z pogruchotanych czaszek. Parujące wnętrzności wypływające z rozpłatanych
brzuchów. Banderowcy obwiązują polskie dzieci snopkami słomy i palą je
żywcem. Swoje ofiary ćwiartują i przerzynają na pół piłami. Topią w studniach i rozrywają na strzępy końmi.
Wszystko to odbywa się w upiornym blasku bijącym od pochodni i płonących
strzech. Przy akompaniamencie ryku bydła, jęków ofiar i dzikich wrzasków
morderców. Istne pandemonium. Siódmy krąg piekieł.
Ogarnięci grozą widzowie filmu Wołyń patrzą na ekran w bezbrzeżnym
przerażeniu. Wiedzą bowiem, że to, co się na nim dzieje, nie jest
fikcją. To nie horror klasy B, wytwór chorej wyobraźni scenarzystów. To
wierna historyczna rekonstrukcja. Przedstawione w filmie sceny rozegrały
się naprawdę w lipcu 1943 roku na Wołyniu. Zaledwie siedemdziesiąt pięć
lat temu, w Europie. Ludzie naprawdę tak ginęli. I tak zabijali.
Kiedy oglądałem te naturalistyczne, pełne okrucieństwa obrazy,
podświadomie liczyłem, że w ostatniej chwili - niczym w hollywoodzkiej
superprodukcji - zaatakowanym Polakom ktoś przybędzie na ratunek. Że
zaraz zagrają trąbki i na plan jak burza wpadną na koniach "nasi
chłopcy". Zobaczę przekrzywione zawadiacko rogatywki, zielone
partyzanckie mundury, orzełki na czapkach. Błysk wzniesionej do cięcia
szabli, huk rewolwerowego wystrzału. I plecy uciekających w popłochu
banderowców.
Ale "nasi chłopcy" nie przybyli...
Historycy oceniają, że nacjonaliści z Ukraińskiej Powstańczej Armii na
Wołyniu i w Galicji Wschodniej mogli zgładzić nawet około 100 tysięcy
Polaków. Ta szokująca swoim okrucieństwem i skalą operacja
eksterminacyjna trwała wiele miesięcy. Od lutego 1943 roku aż do
całkowitego opanowania tych terenów przez Armię Czerwoną w roku 1945.
Ludobójstwa na Polakach dopuściły się kiepsko wyszkolone, kiepsko
dowodzone i kiepsko uzbrojone leśne grupy, a niekiedy naprędce
skrzyknięte watahy chłopów. Pospolite ruszenie. Narzędziami zbrodni były
prymitywne narzędzia rolnicze: widły, siekiery, cepy, kosy, noże, łomy,
kije i maczugi. To, co się wtedy działo na Wołyniu, bardziej
przypominało obrazy z Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza niż
nowoczesną wojnę dwudziestego wieku.
Wszystko to zupełnie nie pasuje do narracji, którą karmi się każde
polskie dziecko od najwcześniejszych lat szkolnych. Wychowuje się nas
bowiem w całkowicie bezkrytycznym kulcie Armii Krajowej i Polskiego
Państwa Podziemnego. Najliczniejszej, najpotężniejszej i najlepiej
zorganizowanej organizacji konspiracyjnej w całej okupowanej przez
Niemców Europie.
Opowiada się nam o wszechmocy Armii Krajowej i jej żołnierzy, którzy
przez pięć lat grali na nosie wrednym szkopom i nie ugięli się przed
potęgą III Rzeszy. Dokonywali brawurowych akcji partyzanckich, wysadzali
w powietrze pociągi i koszary, wykradali najściślej chronione tajemnice
imperium Adolfa Hitlera. Zlikwidowali generała Franza Kutscherę i wielu
innych niemieckich oprawców. Dla Armii Krajowej nie było zadań
niewykonalnych! To nasza największa duma.
Ta historyczna propaganda sukcesu jest tak sprawna i wszechobecna, że
nikt nie kwapi się do zadania podstawowych pytań, które wręcz cisną się
na usta. A są to pytania nadzwyczaj niepoprawne politycznie i niewygodne. Od rozpoczęcia ludobójstwa na Wołyniu minęło już jednak
siedemdziesiąt sześć lat i należy je w końcu zadać. Jesteśmy to winni
ofiarom i ich zawiedzionym nadziejom.
Gdzie było Polskie Państwo Podziemne w lipcu 1943 roku, gdy na Wołyniu
ukraińscy nacjonaliści wyrzynali naszych rodaków?
Skoro Armia Krajowa była tak potężna, to jak mogła dopuścić do tego
ludobójstwa?
Dlaczego pozwolono na to, aby luźne watahy uzbrojonych w cepy i siekiery oprawców przez wiele miesięcy całkowicie bezkarnie wycinały w pień polskie wioski?
Dlaczego nikt nie przybył na odsiecz Wołyniowi? Gdzie byli ci wszyscy
malowani chłopcy z AK o dziarskich, groźnie brzmiących pseudonimach?
Gdzie były te wszystkie "Wilki", "Błyskawice" i "Gromy"?
Dlaczego wielka wojskowa organizacja dowodzona przez zawodowych
oficerów, generałów, pułkowników i majorów, pompowana przez brytyjskiego
sojusznika dolarami, sprzętem i bronią, w lipcu 1943 roku nie podjęła
żadnych poważniejszych działań wymierzonych w morderców z UPA?
Dlaczego Wołyniacy umierali w osamotnieniu?
Współczesnym Polakom wydaje się, że Wołyń leży bardzo daleko. Traktują
tę część przedwojennej Polski jak na poły realną, na poły mityczną
krainę leżącą gdzieś, hen, na krańcach świata. Ale to nieprawda! W linii
prostej z Lublina do Włodzimierza Wołyńskiego jest tylko 130 kilometrów.
Straszliwa gehenna naszych rodaków rozgrywała się więc pod samym nosem
Armii Krajowej, niemal na jej oczach. Tuż za miedzą. Tuż obok
terytoriów, na których operowały silne oddziały partyzanckie Okręgu
Lublin Armii Krajowej.
Zachowane dokumenty archiwalne nie pozostawiają żadnych wątpliwości -
Komenda Główna AK i kierownictwo Polskiego Państwa Podziemnego były na
bieżąco informowane, co się dzieje na Wołyniu. Od 1942 roku do Warszawy
napływały liczne ostrzeżenia i alarmujące raporty na temat rosnącego
banderowskiego zagrożenia. A później - gdy zaczęły się mordy -
dramatyczne błagania o ratunek.
Dowództwo Armii Krajowej pozostało jednak bierne. W obronie ginących
rodaków nie kiwnęło palcem.
Polacy są narodem, który woli nie słuchać o przykrych sprawach. A jeżeli
już nie mają wyboru - oczekują, że te przykre sprawy zostaną im podane w kojącym opakowaniu patriotycznych frazesów. W lekkostrawnym sosie
rozmaitych okoliczności łagodzących i tłumaczeń mających wykazać, że w gruncie rzeczy wcale nie było tak źle, jak mogłoby się wydawać.
Ja nie podzielam tego zamiłowania moich rodaków. Uważam, że prawdę -
nawet najtrudniejszą i najbardziej bolesną - należy walić prosto w oczy.
Książka, którą trzymacie państwo w rękach, została napisana zgodnie z tą
zasadą. Dlatego jej lektura może być szokująca.
Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że bezczynność Komendy Głównej
AK wobec ludobójstwa polskich cywilów na Wołyniu można skwitować tylko
jednym słowem. Hańba.
Dlaczego napisałem tę książkę
Przez świeżo zżęte pola szybkim, gorączkowym krokiem ciągnie kolumna
ludzi. Kobiet, dzieci i starców. W sumie około 250 osób. Płaczą,
krzyczą, błagają o zmiłowanie. Ubrania w nieładzie, pokrwawione głowy,
poszarpana skóra na dłoniach. Oczy obłąkane ze strachu. Tempo jest
szalone. Ludzie się potykają, przewracają na ostre ściernisko.
Na nogi podrywają ich ciosy karabinowych kolb i kopniaki podkutych
butów. Przerażonych cywilów otacza gęsty kordon partyzantów. Mają na
sobie elementy umundurowania rozmaitych armii, a na furażerkach znaczki
z tryzubem. Są głusi na błagania cywilów. Zaciśnięte zęby, palce
kurczowo obejmujące kolby karabinów i rękojeści pistoletów. Część
odwraca wzrok, inni przeciwnie - z furią w oczach wrzeszczą, biją i kopią ofiary.
Nagle, na skraju pola otoczonego z trzech stron rzadkim zagajnikiem,
konwój staje. Z gardeł cywilów dobywa się rozpaczliwy jęk.
- Wtedy zrozumieliśmy. Nie mieliśmy już najmniejszych wątpliwości.
Zrozumieliśmy, że oprawcy sprowadzili nas tutaj, aby nas wszystkich
zamordować - opowiadał mi Aleksander Pradun, wówczas chłopiec. - Reakcje
ludzi, którzy stanęli w obliczu śmierci, były różne. Jedni płakali, inni
się modlili, inni błagali o litość, a jeszcze inni z rezygnacją siadali
na trawie. Ukraińcy zbili nas w gromadę i zabrali się do krwawego
dzieła.
Banderowcy postanowili dokonać tego krwawego dzieła stopniowo, etapami.
Wyciągnęli z tłumu dziesięć osób. Kazali im się położyć twarzą do ziemi,
a następnie nad ofiarami stanęli wybrani spośród nich egzekutorzy.
Przystawili im karabinowe lufy do głów... i po chwili rozległa się
ogłuszająca salwa. W górę wyprysnęły obłoczki krwi.
Pierwsza dziesiątka zginęła na oczach reszty przeznaczonych na śmierć.
Trudno sobie wyobrazić, co musieli czuć ci ludzie! Zobaczyli właśnie
makabryczną śmierć swoich bliskich, sąsiadów, znajomych - i wiedzieli,
że zaraz przyjdzie kolej na nich. Mordercy bowiem zaczęli wyciągać z tłumu kolejne ofiary... W końcu rzucili się na zbitą w gromadkę,
struchlałą z przerażenia rodzinę Pradunów.
- Ułożyli nas rzędem. Twarzami do ziemi - wspominał pan Aleksander. -
Mama, ciocia, babcia i inni krewni. Ja leżałem obok mamy. Przytuliła
mnie mocno. Potem usłyszałem wystrzały. Pierwszy, drugi, trzeci. Każdy
kolejny coraz bliżej... Nagle huk rozległ się tuż obok mnie. Mama drgnęła
konwulsyjnie, poczułem krótki, mocny uścisk jej dłoni, a potem nagle jej
ciało zwiotczało. Poczułem, że coś lepkiego spływa mi po twarzy.
Mama pana Praduna zginęła na miejscu trafiona banderowską kulą, ale
pocisk przeznaczony dla chłopca ominął jego głowę. Obryzgała go tylko
krew, kawałki kości i mózgu innych ofiar. Dzięki temu ukraińscy
nacjonaliści uznali, że nie żyje. Pradun leżał bez ruchu, a wokół trwała
rzeź. Słyszał kolejne strzały, krzyki konających ofiar, przekleństwa
oprawców.
Czerwone, kąsające mrówki oblazły mu całą twarz. Leżał w niewygodnej
pozycji, w brzuch wbijał mu się pniak po ściętym drzewie. Wiedział
jednak, że jeśli poruszy choćby jednym mięśniem, to natychmiast zginie.
Banderowcy bezwzględnie bowiem dobijali bagnetami i kolbami karabinów
wszystkie ofiary, które dawały najmniejsze oznaki życia.
Wreszcie kanonada i krzyki ucichły. Rzeź dobiegła końca. Mordercy
pozostawili na polu skrwawione ciała i odeszli w stronę lasu.
- Słyszałem jeszcze, jak na odchodnym szydzą ze swoich ofiar -
relacjonował Pradun. - Krzyczeli: "Tu leżą zabite polskie mordy!". Po
pewnym czasie ostrożnie, z trudem podniosłem się z ziemi. Wkoło
zobaczyłem kilkaset zakrwawionych trupów. Byłem w szoku. Zawołałem: "Kto
żyw, niech ucieka!". Wstało jeszcze kilka osób i poszliśmy w stronę
płonącej wsi. Chociaż minęło siedemdziesiąt lat, wciąż trudno mi o tym
mówić. To, co wtedy widziałem, prześladuje mnie do dziś...
Gdy rozgrywały się te wydarzenia, Aleksander Pradun miał trzynaście lat.
Mieszkał w Ostrówkach na Wołyniu. 30 sierpnia 1943 roku na tę polską
miejscowość napadł kureń Ukraińskiej Powstańczej Armii dowodzony przez
Iwana Kłymczaka "Łysego".
Przeprowadziłem akcje we wsiach Wola Ostrowiecka i Ostrówki - meldował
przełożonym "Łysy". - Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do
starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i chudobę zabrałem dla
potrzeb kurenia.
Wielu ludzi wyobraża sobie, że ludobójstwo na Wołyniu było jakimś
wielkim, chaotycznym pogromem. Czy też serią pogromów dokonanych przez
pijaną tłuszczę. W Ostrówkach doszło tymczasem do zaplanowanej i zorganizowanej na zimno precyzyjnej egzekucji, której nie powstydziłyby
się najbardziej zwyrodniałe oddziały NKWD lub SS.
Ukraińscy nacjonaliści, wkroczywszy do wsi, zwołali mieszkańców na wiec.
Podczas niego przeprowadzili selekcję. Mężczyzn i starszych chłopców
zamknęli w szkole, a kobiety, starców i dzieci - w kościele. Oba budynki
otoczył gęsty kordon "strilciw". W tym czasie towarzyszący upowcom
ukraińscy cywile wykopali wielki dół...
Pierwsi mieli zginąć mężczyźni. Banderowcy wyprowadzali ich za szkołę w małych grupach. Prowadzono ich nad dół śmierci, gdzie roztrzaskiwano im
czaszki siekierami, pałkami, maczugami i młotami do uboju bydła. Zabici
padali wprost na górę miotanych przedśmiertnymi drgawkami ciał... Chodziło
o to, by strzałami z broni palnej nie wywołać paniki wśród oczekujących
na swój los kobiet i dzieci.
Kobiety i dzieci planowano spalić żywcem w kościele, ale nieoczekiwanie
na miejsce przybył oddział niemieckiej żandarmerii i zaczął strzelać do
upowców. Napastnicy wycofali się więc na pobliskie pole, pędząc przed
sobą przerażonych Polaków. Zatrzymali się dopiero pod wsią Sokół. To
właśnie tam doszło do krwawej masakry, w której zginęła mama i inni
bliscy Aleksandra Praduna.
Ukrainiec strzelił do dziecka - wspominał jeden z ocalałych. - Lat może
trzy-cztery. Pocisk zerwał mu czaszkę i to dziecko wstało, a następnie,
płacząc, biegało to w jedną, to w drugą stronę z otwartym, pulsującym
mózgiem.
Egzekucja była tak drastyczna i szokująca, że część żołnierzy UPA
odmówiła w niej udziału. W szeregach oprawców doszło do buntu! Wówczas
kierujący akcją oficer wyjął z kieszeni kartę z rozkazem i jeszcze raz
musiał odczytać go na głos. Potem zagroził buntownikom, że jeżeli nie
będą strzelać, zostaną straceni na miejscu wraz z Polakami. Dopiero ta
groźba odniosła skutek.
Chłopcy nie chcieli się położyć, strasznie płacząc - relacjonowała
Janina Martosińska. - Obie ciocie prosiły: "Połóżcie się", ale oni
niemiłosiernie krzyczeli. Ten przerażający głos pamiętać będę do końca
życia. Wtem rozległ się strzał i ucichło jedno dziecko. Drugi strzał -
ucichło drugie. Modliłam się w duchu: "Boże, żeby zabił, a nie ranił".
Kiedy strzelił do brata, poczułam lekki smród prochu. Po chwili strzelił
do mnie. Upadłam. Nie wiedziałam, że jestem ranna.
Ciała 250 polskich kobiet i dzieci leżały na polu przez kilka dni.
Nocami żerowały na nich dzikie zwierzęta. Wreszcie, gdy szczątki zaczęły
się rozkładać, UPA spędziła na miejsce Ukraińców z jednej z sąsiednich
wsi i kazała im je pogrzebać. Ofiary spoczęły w wielkiej masowej mogile.
Miejsce to mieszkańcy nazwali później Trupim Polem, bo jeszcze przez
wiele lat deszcze wymywały tam z ziemi fragmenty pogruchotanych ludzkich
czaszek.
Tego dnia zgładzone zostały dwie polskie miejscowości. Jednocześnie
banderowcy wkroczyli bowiem do drugiej polskiej wsi - sąsiedniej Woli
Ostrowieckiej. Początkowo zachowywali się przyjaźnie, rozdawali nawet
dzieciom cukierki. Zapewniali, że nikomu nie zrobią krzywdy. Potem
jednak wydarzenia potoczyły się zgodnie z przygotowanym planem. Czyli
tak samo jak w Ostrówkach.
Partyzanci zwołali wiec, na którym ogłosili, że chcą razem z Polakami
walczyć przeciwko Niemcom. Następnie przeprowadzili selekcję - polscy
mężczyźni byli grupkami wyprowadzani do stodoły na rzekome badanie
lekarskie. Tam uśmiercano ich za pomocą narzędzi rolniczych, a ciała
wrzucano do wykopanego rowu.
Ukraińcy kazali mi rozebrać się - wspominał Władysław Soroka. - Zostałem
tylko w kalesonach i koszuli. Jeden z Ukraińców pchnął mnie lekko do
przodu. Uderzali siekierą i wrzucali ciało do dołu. Skoczyłem między
oprawców i wybiegłem przez otwarte drzwi na pole. Usłyszałem krzyk:
"Strilaj!".
Padł pojedynczy strzał, ale mnie nie trafił. Posypały się kule z karabinu maszynowego. Dostałem serię w pośladek i nogi z odległości
kilkunastu metrów. Z bólu aż przysiadłem. Poderwałem się i zacząłem
uciekać w kierunku krzaków. Dostałem postrzał w pierś. W olszynie
przewróciłem się. Przez przestrzelone płuco uciekało mi powietrze.
Podobnie jak w Ostrówkach zabójcy nie zdążyli rozprawić się z kobietami
i dziećmi zamkniętymi w budynku szkoły, na odsiecz Polakom przybyli
bowiem Niemcy. Banderowcy postanowili wówczas szybko "załatwić sprawę".
Do wnętrza izb lekcyjnych - wspominał Henryk Kloc - Ukraińcy zaczęli
wrzucać granaty i strzelać z broni maszynowej. Rozległy się jęki
rannych, płacz dzieci i krzyk matek. Znaleźliśmy się jakby w kręgu
piekielnych czeluści. Na domiar złego bulbowcy podpalili budynek, który
płonął jak pochodnia.
Leżałem na podłodze obok sąsiadki. Nagle rozległ się huk granatu. Krew
i poszarpane ciało chlusnęły na mnie. Byłem w szoku. Podczołgałem się
do mojej młodszej siostry Anny. Dotknąłem jej, już nie żyła. Została
trafiona w głowę. Kula wyrwała duży otwór w czaszce. Otępiałem z wrażenia. Podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiącą matkę.
Jeszcze żyła. Podczołgałem się do niej i przytuliłem się po raz
ostatni. Granat rozszarpał jej stopy. Po podpaleniu szkoły przez
Ukraińców spłonęła żywcem.
Wnętrze budynku stopniowo wypełniało się duszącym, gryzącym dymem. Na
ścianach, meblach, podłodze szalały płomienie. Szkoła mogła w każdej
chwili się zawalić i pogrzebać Henryka Kloca pod stosem płonących
rozżarzonych belek. Przerażony chłopiec postanowił wyskoczyć przez okno.
Nasi strażnicy śmierci czuwali - relacjonował. - Rozległ się strzał,
poczułem silny ból i upadłem. Zostałem trafiony w czoło. Ukraińcy
trzykrotnie przewracali mnie i kopali, lecz nie zorientowali się, że
żyję.
Obok mnie leżała Maria Jesionek. Była matką trojga dzieci - Janka (8
lat), Andrzeja (5 lat) i ośmiomiesięcznego niemowlęcia. Ona także
wyskoczyła z płonącego budynku. Trafiona kulą leżała martwa. Padając,
przygniotła niemowlę i udusiła je swoim ciężarem. Jej syn Janek
również został zastrzelony. Leżał obok niej z przestrzeloną głową.
Zaś Andrzejek siedział przy martwej matce, szarpał ją i wołał: "Mamo,
wstań! Chce mi się jeść. Nie udawaj. Chodźmy do domu, bo się boję".
Coraz głośniej skarżył się i płakał. I wtedy podbiegł do niego
Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i oddał strzał. Chłopiec
głośno krzyknął: "Mamo, ratuj!" - i już nie żył.
Henryk Kloc miał dużo szczęścia. Mimo dwóch ran postrzałowych - w lędźwie i głowę - oraz straszliwych poparzeń przeżył.
Podczas gdy żołnierze UPA metodycznie mordowali mieszkańców, przybyli na
miejsce ukraińscy chłopi z pobliskich wiosek przetrząsali polskie domy w poszukiwaniu cennych przedmiotów. Ze stodół i chlewów wyciągali
zwierzęta gospodarskie. Znalezionych w rozmaitych skrytkach Polaków
sadystycznie uśmiercali na miejscu. Księdzu Stanisławowi Dobrzańskiemu
podobno odrąbali głowę.
Wieczorem po masakrze mordercy urządzili w lesie huczną ucztę, podczas
której samogonem opijali "zwycięstwo" i dzielili się łupami. Do uszu
leżących na polu konających Polaków dochodziły śmiechy i pieśni
ukraińskich sąsiadów.
Zbrodnią w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej od lat zajmuje się potomek
ofiar, znakomity badacz doktor Leon Popek z IPN. To z jego wstrząsającej
książki Ostrówki. Wołyńskie ludobójstwo pochodzą relacje wykorzystane
w tym rozdziale. Według doktora Popka w obu masakrach dokonanych 30
sierpnia 1943 roku zginęło około 1050 polskich cywilów. Była to jedna z największych zbrodni, do których doszło podczas rzezi Polaków na
Wołyniu.
Z ocalałym Aleksandrem Pradunem rozmawiałem w lipcu 2011 roku. Od tego
dnia minęło więc osiem lat, ale pamiętam tę rozmowę, jakby odbyła się
wczoraj. Pamiętam nie tylko to, co pan Pradun mówił, ale również to, jak
mówił. Kiedy opowiadał o tym, jak ułożono go na ziemi, jak usłyszał
strzały i poczuł na ramieniu uścisk dłoni konającej matki, z jego gardła
wydobył się rozdzierający szloch. Jęk rozpaczy...
A przecież miałem przed sobą dorosłego mężczyznę. Wydarzenia, które
wspominał, rozegrały się wiele lat temu. Wydawałoby się więc, że czas
powinien zrobić swoje. Tragedia, która dotknęła go, gdy był dzieckiem,
stanowiła jednak dla niego tak wielki psychiczny wstrząs, że powracanie
do niej - nawet po niemal siedmiu dekadach - było dlań ponad siły.
Podczas mojej blisko dwudziestoletniej pracy dziennikarskiej rozmawiałem
z setkami świadków historii. W tym z wieloma ocalałymi z przeróżnych
masowych zbrodni i ludobójstw dwudziestego wieku. Ale to właśnie rozmowa
z Pradunem była spośród nich wszystkich najbardziej dramatyczna i wstrząsająca.
Pamiętam, jak po tym wywiadzie wróciłem do domu. Długo nie potrafiłem
znaleźć sobie miejsca i przestać myśleć o tragedii mieszkańców Ostrówek
oraz Woli Ostrowieckiej. Sięgnąłem po mapę Wołynia, aby sprawdzić, gdzie
konkretnie znajdowały się te miejscowości. Gdy wreszcie udało mi się je
odnaleźć, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Sprawdzałem kilkukrotnie.
Nie mogło być mowy o pomyłce.
Otóż Ostrówki znajdowały się w powiecie lubomelskim na samym zachodnim
krańcu Wołynia. Zaledwie kilka kilometrów od Bugu i Lubelszczyzny.
Zaledwie kilka kilometrów od terenów opanowanych przez polską
partyzantkę z Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Gdyby Ostrówki
istniały do dziś, byłyby miejscowością graniczną, znajdowałyby się
niemal dokładnie na granicy Polski i Ukrainy.
Ostrówki i Wolę Ostrowiecką zgładzono 30 sierpnia 1943 roku, a więc
pięćdziesiąt dni od wołyńskiej krwawej niedzieli. Siedem tygodni po
apogeum ludobójstwa na Wołyniu. Obie wsie były jednym z największych
skupisk Polaków w tej części byłego województwa. To, że wkrótce padną
ofiarą grasujących w okolicy oddziałów UPA, było pewnikiem. Mieszkańcy
zresztą z wyprzedzeniem zostali powiadomieni o grożącym im
niebezpieczeństwie.
I co? I nic. Żadna z polskich organizacji, żaden z polskich oddziałów
nie stanął w ich obronie. Dlaczego tak się stało? Jak można było do tego
dopuścić? Jak wytłumaczyć tę zdumiewającą inercję, bierność, wręcz
bezradność Armii Krajowej wobec rozgrywającej się na Wołyniu polskiej
tragedii?
Gdy zadałem sobie te pytania, zrozumiałem, że nie zaznam spokoju, dopóki
nie znajdę na nie odpowiedzi. Że muszę poznać prawdę niezależnie od
tego, jak gorzka się okaże. Jeszcze tego samego dnia - w lipcu 2011 roku
- wiedziałem, że kiedyś napiszę tę książkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki