Wołyń. Prześladowania Polaków na sowieckiej Ukrainie. Część 1 - Marek A. Koprowski


Reflow text when sidebars are open.
Do Dowbysza1 na Ukrainie rzadko zaglądają goście z Polski - i trudno się temu dziwić. Choć miejscowość ta leży tylko 80 kilometrów od Żytomierza, by do niej dotrzeć, trzeba mieć dobre auto na wysokim zawieszeniu i najlepiej dwa koła zapasowe. Ten ostatni warunek jest niezbędny zwłaszcza dla tych wszystkich, którzy chcą pokręcić się po okolicach. Stan dróg jest tu fatalny. Niektóre z nich pamiętają nie tylko czasy carów, ale i I Rzeczypospolitej. Wszystkie miejscowości toną pośród lasów tworzących tu zwarte kompleksy. Trzeba nadłożyć sporo drogi, by z Baranówki, będącej siedzibą rejonu, dotrzeć do Dowbysza. Jednak kto decyduje się, by przyjechać do tej miejscowości, leżącej - zdawałoby się - na końcu świata, w której nie kupi się nowej opony, ten nie będzie żałował.
Na pierwszy rzut oka Dowbysz nie prezentuje się co prawda okazale i trudno w nim wypatrywać okazałych obiektów związanych z polską kulturą, za to polska nacja jest tu dość bogato reprezentowana. Na ponad pięć tysięcy mieszkańców stanowią, lekko licząc, czterotysięczną społeczność; jednak nie wszyscy jej członkowie wrócili do korzeni i przyznają się do swojej narodowości, choć przecież wszelkie możliwości ku temu mają stworzone. Do działającej tu parafii rzymskokatolickiej, przynależność do której jest tu wyznacznikiem polskości, formalnie zapisanych jest dwa tysiące osób. W trakcie rozmowy, nawet z mieszkańcami, którzy nie znają języka polskiego, szybko dochodzi się do konkluzji, że mają nie tylko dziadków, ale i rodziców Polaków, a często i krewnych w Polsce. Praca odrodzeniowa, mimo iż trwa w Dowbyszu już od wielu lat, wciąż przynosi ograniczone efekty, co - jak się wydaje - wynika z wielu przyczyn, głównie ekonomicznych. Tutejsi mieszkańcy w pierwszej kolejności muszą walczyć o chleb, a dopiero potem myśleć o np. uczeniu się języka polskiego bądź działać na rzecz zwiększania w miejscowej szkole godzin nauczania tego języka.
Niewątpliwie jednak społeczność polska w Dowbyszu jest swoistym fenomenem na wiejskich terenach Żytomierszczyzny: tak dużej wspólnoty nie ma już nigdzie na obszarze obwodu żytomierskiego. W promieniu kilkunastu kilometrów od Dowbysza znajdują się też inne polskie osady, także oplecione wianuszkami chutorów2 zamieszkanych prawie wyłącznie przez Polaków. Wystarczy wspomnieć tylko Kamienny Bród, Bykówkę, Marianówkę czy Nowy Zawod. Fenomen trwania polskiej diaspory w regionie jest tym większy, że Sowieci po opanowaniu Ukrainy niczego jej nie oszczędzili. Tutejsza polskość z siłą pokrzywy wyrastała jednak zawsze spod kolejnych rumowisk.
Nawet i bolszewicy, w myśl leninowskich koncepcji narodowościowych, pierwotnie postanowili uszanować zastane statusquo i utworzyć w okolicach Dowbysza polski rejon narodowościowy, potwierdzając, że Polacy mogą w nim normalnie żyć i pielęgnować swoją tożsamość. Stworzyli im wszystkie mające to umożliwić instytucje. Tolerowali nawet działalność Kościoła katolickiego. Liczyli, że w miarę postępów ateizacji tutejsi Polacy odejdą od wiary, uświadamiając sobie, że stanowi ona sprzeczny z nauką pogląd na rzeczywistość.
By poznać historię Polaków mieszkających w tym regionie, trzeba złożyć wizytę w Dowbyszu przy ul. Komarowa 4. Mieszka tu Stefan Kuriata, założyciel i - niezmiennie od 1996 r. - prezes Towarzystwa Polaków im. Jana Pawła II, członek Rady Koordynatorów Prezesów Organizacji Polskich Żytomierszczyzny, fundator i kierownik społecznego dowbyskiego Muzeum Etnogra?czno Krajoznawczego i zapalony krajoznawca. Zgromadził on w swojej placówce wiele dokumentów i materiałów dotyczących polskiej diaspory w okolicach Dowbysza. Dziennikarze nie omijają więc jego muzeum, mieszczącego się w domu prywatnym. Zresztą nie mają wyboru. Wszyscy są na każdym kroku pytani: A u Kuriaty wy byli? Nie wypada więc Stefana Stanisławowicza nie odwiedzić, tym bardziej, że wraz z Oleksandrem Kondratiukiem wydał on książkę Dowbysz. Historia, fakty, przeszłość i realność. Zbytnio się nie chwali, ale podkreśla, że jego rodzina sroce spod ogona nie wypadła. Dzieliła los wszystkich polskich rodzin, zamieszkujących rozsiane po okolicznych lasach szlacheckich zaścianki, przemianowane w XIX w. przez władze carskie na chłopskie chutory, co wiązało się z pozbawieniem ich mieszkańców herbu i tytułu szlachectwa. Nie doczekali się oni swojej Orzeszkowej, która ich współbraci uwieczniłaby w polskiej literaturze, jak Bohatyrowiczów. Władze carskie dokonały holocaustu; nie wyniszczyły ich co prawda ?zycznie, ale zamieniły w chłopów, pozbawiając narodowej godności. Stefan Kuriata doskonale zna historię swojej rodziny.
- Z ustnych przekazów krążących po naszej rodzinie wiem, że moi przodkowie osiedlili się w chutorze Siemaczko w 1650 r. podczas powstania Chmielnickiego - mówi Stefan Kuriata. - Pierwsze pisane ślady, zanotowane w dokumentach, pochodzą z 1820 r. Kontaktując się z krewnymi w Polsce i na Ukrainie, udało mi się sporządzić drzewo genealogiczne mojej rodziny i zanotować wszystkie podstawowe dla niej fakty. Mam taką teczkę, w której są one spisane, aż do czasów mego pradziadka Stanisława, następnie mojego dziadka Antoniego i ojca Stanisława.
Razem z naszą rodziną w chutorze Siemaczko aż do bolszewickiej rewolucji mieszkało siedem rodzin. Przy pomocy starszych ludzi i badań, na miejscu udało mi się sporządzić mapę topogra?czną chutoru, ustalić nazwiska rodzin w nim mieszkających itp. Takich chutorów na terytorium rejonu dowbyskiego, utworzonego później przez Sowietów, było tysiąc pięćset, rozrzuconych wśród tutejszych lasów. Dzięki temu, że znajdowały się one właśnie głęboko w lasach, szczęśliwie przetrwały rewolucję bolszewicką i całą późniejszą zawieruchę wojny domowej. Jeden chutor o drugim mało co wiedział i ich mieszkańcy się nie znali. Bolszewicy też dali im spokój, aż do 1929 r., kiedy to na Ukrainie zaczęła się kolektywizacja. Wcześniej jednak, bo w 1925 r., we wsi Bykówka odbyło się zebranie polskiej gromady, które ustaliło, żeby utworzyć Polski Rejon Narodowy im. Juliana Marchlewskiego, z siedzibą w Dowbyszu. W spotkaniu tym wzięli udział przedstawiciele większości okolicznych miejscowości, wybrani wcześniej przez gromady w innych wsiach. Nie była to oczywiście inicjatywa wyłącznie oddolna, ale raczej konsekwencja odgórnej decyzji władz komunistycznej Ukrainy, które chciały stworzyć w rejonie Dowbysza ośrodek sowietyzacji Polaków. Miał on służyć wielorakim celom, przede wszystkim zaś propagować wśród Polaków idee budownictwa socjalistycznego i przekonywać o jego wyższości nad innymi sposobami gospodarowania, a także oddziaływać propagandowo na "burżuazyjną Polskę". Polski rejon stanowił też uzupełnienie stworzonego na Ukrainie systemu działających tu polskich rad, których było w sumie 170, głównie na wsiach, i całego systemu polskich instytucji, mających oddziaływać wychowawczo na polską społeczność w duchu określonej ideologii.
W sumie - jak ustalił Stefan Kuriata - Polski Rejon Narodowościowy im. Juliana Marchlewskiego zamieszkiwało 42 tysiące osób, z których 90 procent stanowili Polacy. W niektórych miejscowościach ich odsetek był jeszcze wyższy, ludność polska stanowiła tam niemal 100 procent! Do rejonu weszły trzydzieści trzy rady wiejskie, które zostały wydzielone z rejonów: baranowskiego, nowogrodzkiego, miropolskiego, pulińskiego i trojanowskiego. Trzydzieści rad w rejonie miało charakter polski, dwie były ukraińskie, a jedna niemiecka. Powierzchnia całego rejonu wynosiła zaś 650 km2, z tego w rolniczym użytkowaniu znajdowało się 292 002 dziesięciny ziemi (dziesięcina: 1,25 ha); bagna zajmowały 7832 dziesięciny, a lasy 27 131 dziesięcin. Na terenie rejonu funkcjonowało 7620 rolniczych gospodarstw, z których 1200 nie miało żadnego żywego inwentarza. Podstawowe źródło utrzymania większości mieszkańców stanowiła praca na roli i w lesie. Ponadto w Kamiennym Brodzie i w Dowbyszu istniały zakłady wytwarzające porcelanę, zatrudniające kilkaset osób. W Bykówce i Marianówce działały również niewielkie huty szkła.
W samym centrum Dowbysza znajduje się park, a raczej jego resztki, przeznaczony, jak głosi tablica, do sprzedania. Zwiedzający osadę zatrzymują się z reguły przy dwóch cmentarzykach, na których spoczywają mieszkańcy Dowbysza: w większości Polacy, którzy w szeregach Armii Czerwonej zginęli w obronie ZSRR. Miało kto idzie nieco dalej, w stronę niewielkiego postumentu znajdującego się jakieś sto metrów od drogi za pierwszym cmentarzykiem. Szkoda, bo ten postument jest chyba ostatnim śladem polskiej autonomii. Widnieje na nim polski napis "Lenin". Sam pomnik wodza rewolucji, którego idee tak negatywnie zaciążyły nad okoliczną społecznością Polaków, został już usunięty, ale pozostał napis, unaoczniający, że język polski był urzędowym w czasach autonomii w Dowbyszu. Przeglądając albumy z historycznymi zdjęciami w muzeum Stefana Kuriaty, można się przekonać, że bolszewicy chcieli z tego pomnika, tak jak wszędzie, uczynić symbol przemian zachodzących w Dowbyszu. Odbywały się przy nim manifestacje, mityngi i spotkania młodzieży szkolnej. Pomnik sąsiadował z fabryką porcelany i wszystkim pracownikom wmawiano zapewne, że swoją pracę zawdzięczają Leninowi.
- Po stworzeniu rejonu marchlewskiego władze sowieckie rozpoczęły aktywną ideologiczną "obrabotkę" polskiej społeczności - mówi Stefan Kuriata. - Od początku szła ona w dwóch kierunkach: likwidacji analfabetyzmu i walki z Kościołem. Ten drugi kierunek nie sprowadzał się jeszcze do ?zycznej rozprawy z poszczególnymi para?ami, ale do nasilenia antyreligijnej propagandy. W praktycznie każdym zasiedlonym przez ludzi punkcie utworzono szkoły, biblioteki, czytelnie. W 1925 r. w rejonie znajdowały się: jedna szkoła siedmioklasowa w Nowym Zawodzie, pięć czteroklasowych i 25 dwu- i trzyklasowych. Stały one, oczywiście, na niskim poziomie. Brakowało nauczycieli i wyposażenia. Z roku na rok sytuacja w nich się jednak poprawiała. Bolszewicy liczyli, że w miarę upowszechniania wiedzy i naukowego ateizmu, ciemnota z polskiej wsi, na której żyło 92 procent mieszkańców rejonu, będzie ustępować i wszyscy chłopi staną się entuzjastami nowego porządku. Władze kładły też duży nacisk na wprowadzenie w rejonie nowej agrotechniki i sposobów gospodarowania. Przystąpiły m.in. do melioracji ziemi, powołując do tego cztery wiejskie towarzystwa. Do 1927 r. udało im się zmeliorować 1401 dziesięcin ziemi. Do rejonu zaczęto też ściągać maszyny rolnicze. W 1928 r. utworzono pierwszą stację motorowo-traktorową, obsługującą Marchlewsk (jak został przechrzczony Dowbysz), Adamówkę i Natalię. We wsi Nowy Zawod zorganizowane zostało też technikum rolnicze, mające przygotowywać dla rejonu agronomów, weterynarzy i mierniczych do planowanej komasacji gruntów. Władze przystąpiły także do modernizacji zakładów przemysłowych istniejących w rejonie. Fabryka porcelany została podporządkowana "Ukrfarfortrestowi", czyli Ukraińskiemu Porcelanowemu Trustowi. Ten zrekonstruował wytwórnię i zelektry?kował produkcję, co pozwoliło na zwiększenie jakości i wachlarza jej asortymentu. W 1927 r. praktycznie podwoiła ona produkcję, w porównaniu z okresem sprzed pierwszej wojny światowej. Pracowało tam 216 robotników; wśród nich było 151 Polaków, 47 Ukraińców i 18 Żydów. W 1926 r. dwie huty szkła, w Marianówce i Bykówce, połączono w jeden zakład, specjalizujący się w produkcji szkła aptecznego. Zatrudniono w nim 816 pracowników, w tym 612 Polaków, 126 Ukraińców, 64 Żydów i 14 przedstawicieli innych narodowości. Władze rozwijały też handel uspołeczniony. Kooperatywy sklepowe powstały m.in. w Marchlewsku, Marianówce, Nowym Zawodzie. Przy ich pomocy władze chciały wyprzeć z rynku prywatny handel, działający praktycznie w każdej wsi. Pod względem systemu zarządzania Marchlewszczyzna nie różniła się zbytnio od innych rejonów Ukrainy. Formalnie władza należała do "rajwykonkomu", czyli rejonowego komitetu wykonawczego, który składał się z 25-35 ludzi. Stałym organem tego komitetu było prezydium. Wśród pracowników rejonowego komitetu dominowali Polacy. W 1931 r. było ich w jego składzie dwudziestu ośmiu. Trzeba jednak podkreślić, że nie pochodzili oni z rejonu, lecz zostali do niego oddelegowani z Kijowa i Żytomierza. Pierwszym, który pełnił funkcję "głowy" rejonu był W. Ołdakowski, po nim funkcję tę pełnili M. Worżełło, Sztejnbergski, A. Siekanowicz, M. Adamczyk i M. Czerniakowski. Faktyczna władza w rejonie należała jednak do Rejonowego Komitetu Komunistycznej Partii Ukrainy, Komitet Wykonawczy realizował tylko jego decyzje. W rejonie kompartia była słabo osadzona. W 1927 r. należało do niej dwudziestu czterech członków, z których zaledwie trzech było Polakami...
Tak mały entuzjazm Polaków mieszkających na Marchlewszczyźnie wobec idei Lenina musiał martwić polskich komunistów, dzięki którym polski rejon narodowościowy w ogóle powstał. Odgrywali oni w swoim czasie na sowieckiej Ukrainie dużą rolę. Niektórzy badacze sugerują nawet, że tworzyli w ukraińskiej kompartii silne polskie lobby. Sekretarzem generalnym KC KP(b)U3 był np. pochodzący z Podlasia Polak Stanisław Kosior. Figury w ukraińskiej kompartii stanowili też Feliks Kon i Bronisław Skarbek. To oni mieli doprowadzić do powstania polskiego rejonu narodowościowego siedem lat wcześniej niż na Białorusi, gdzie wpływy polskich komunistów były niepomiernie mniejsze. Jak ustalił to znany historyk, Mikołaj Iwanow, polscy komuniści mieli poparcie Moskwy. Uważała ona bowiem, że komuniści ukraińscy skłaniają ku ukraińskiemu nacjonalizmowi, doprowadzając do skażenia marksistowskoleninowskich zasad narodowościowej polityki partii. Władza zarzucała ukraińskim komunistom, że próbują kontynuować starą carską rusy?kacyjną politykę, wyrażającą się w bezpodstawnym i niedorzecznym stosowaniu pojęcia Ukraińcakatolika wobec miejscowych Polaków nieposługujących się językiem polskim. Ci bowiem, co wynika z o?cjalnych statystyk, aż 45 procent katolików zapisali jako Ukraińców! Polscy komuniści, broniąc tożsamości narodowej rodaków przed ukrainizacją, czynili to oczywiście w swoim interesie. Nie chcieli bowiem dopuścić do zawężenia przez ukraińskich komunistów polskiej bazy społecznej. Chcieli stworzyć na Kresach Polską Autonomiczną Republikę Rad, w której żyliby skomunizowani Polacy. Marchlewszczyzna miała stanowić w ich zamyśle forpocztę tej koncepcji. Polscy komuniści często odwiedzali Marchlewszczyznę, chcąc zagrzać swoich rodaków do większego zaangażowania. Robili to to m.in. wspomniany Feliks Kon, żona Feliksa Dzierżyńskiego Zo?a, Bronisław Skarbek i inni. Formalnie rzecz biorąc, w sferze infrastruktury apogeum swojego rozwoju rejon osiągnął po pięciu latach swego funkcjonowania. W 1930 r. działały w nim 42 szkoły, szpital na 40 łóżek i trzy ambulatoria. W Marchlewsku wybudowano elektrownię, rozwinięto łączność telefoniczną. Oddano do użytku budynek nowego urzędu pocztowo-telekomunikacyjnego, siedziby Rejonowego Komitetu Wykonawczego i Rejonowego Komitetu Partyjnego. Rozpoczęto też wznoszenie apteki, kinoteatru, przychodni weterynaryjnej, a także kilku wielopiętrowych budynków mieszkalnych dla pracowników administracji i partii. Uruchomiono również regularną komunikację autobusową z Żytomierzem.
Polscy komuniści, kując żelazo póki gorące, wystąpili z inicjatywą powołania kolejnych polskich rejonów narodowościowych, ale ukraińscy komuniści podeszli do sprawy bez entuzjazmu. Ze zrozumiałych względów nie byli tym zupełnie zainteresowani, przybliżyłyby one bowiem materializację idei "polskiej republiki" w składzie ZSRR.
Choć, formalnie rzecz biorąc, Marchlewszczyzna w ciągu kilku lat zrobiła ogromny postęp, to jednak przeglądając roczniki "Marchlewszczyzny Radzieckiej", której wydawanie rozpoczęto w maju 1930 r., można wnosić, że awans cywilizacyjny odbywał się tylko w wybranych punktach rejonu. Tak np. z lektury jednego z numerów z 1930 r. można się dowiedzieć, że w wiosce Nywra z trzydziestu uczniów miejscowej szkoły tylko dziewięciu miało buty, zaś w wiosce Gołubyn sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Tam na stu uczniów tylko czterech miało buty. Przeglądając stare roczniki gazety rejonowej, można też skonstatować, że internat technikum rolniczego w Nowym Zawodzie bardziej przypominał chlew niż obiekt nadający się do zamieszkania.
Mający wpływy we władzach Ukrainy polscy komuniści liczyli, że dostarczy im ona kadr do pracy w określonym duchu z polską społecznością. W 1930 r. założyli w Dowbyszu Marchlewsku Robotniczy Fakultet Kijowskiego Polskiego Instytutu Wychowania Społecznego. Rok później w wieczorowej formie kształcił on 150 słuchaczy, wywodzących się z miejscowych aktywistów. W całym rejonie nasilono już pracę ideologiczną. Zainstalowano w nim 60 stacji radiowoodbiorczych, utworzono cztery stałe kinoteatry i jeden wędrowny. W 1930 r. na Marchlewszczyźnie zaczęto też wydawać "Marchlewszczyznę Radziecką", w nakładzie 2,5 tysiąca egzemplarzy. Gazeta ta była rozdawana za darmo we wszystkich wsiach rejonu.
Działania w rejonie w dalszym ciągu były nagłaśniane w prasie bolszewickiej i przeciwstawiane porządkom panującym w "pańskiej Polsce". W artykule z czasopisma "Wiadomości WUCIK" (nr 212 z 13 września 1930 r.) nt. budownictwa socjalistycznego na Marchlewszczyźnie czytamy:
Jakim rażącym kontrastem jest wzrost twórczego życia rejonu, wzrost budownictwa polskiej kultury proletariackiej w polskim rejonie USRR w stosunku do coraz większego rozpadu życia gospodarczego w faszystowskiej Polsce, a szczególnie na Zachodniej Ukrainie, gdzie wzrasta bezrobocie chłopów i zubożenie milionowych mas pracujących, gdzie panuje narodowe prześladowanie Ukraińców i innych mniejszości narodowych!
Gnębieni i prześladowani robotnicy i chłopi Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi przekonują się na przykładzie osiągnięć polskiego rejonu narodowościowego marchlewskiego o słuszności jedynej drogi prowadzącej do rozwiązania kwestii narodowościowych, drogi niemożliwej w krajach kapitalistycznych. Przykład rejonu marchlewskiego pokazuje, że jedynie dyktatura proletariatu, tylko wprowadzenie w życie polityki Lenina gwarantuje prawdziwe rozwiązanie kwestii narodowej, na podstawie braterskiego współżycia wszystkich pracujących narodowości.
Marchlewszczyzna znajdowała się pod specjalnym nadzorem Konsulatu Generalnego RP w Charkowie. Jego meldunki dotyczące sytuacji w niej, przesyłane także do Oddziału Sztabu Głównego Wojska Polskiego, bardzo precyzyjnie oddawały panującą tam sytuację. Wynika z nich, że mimo nacisków na "odcinku" ideologicznym, władze w rejonie nie mają się czym pochwalić. Poza nauczycielstwem, które - jak pisze konsul H. Jankowski w kolejnym sprawozdaniu - zostało "bez wyjątku skomunizowane", zdecydowana większość mieszkańców była odporna na idee Lenina. Jankowski donosił m.in., że: "rejon ten nadal pozostaje "twierdzą przesądów religijnych", czego dowodzi też nikła ilość kółek wojujących bezbożników w roku 1930-7, z 560 członkami. Podobnie ma się sprawa z kolektywizacją rolną, której brak zupełnie rozumu".
Kolektywizacja na Marchlewszczyźnie istotnie postępowała bardzo opornie. Warunki do zakładania kołchozów były tu wyjątkowo niesprzyjające. Rejon składał się niemal w całości z chutorów nienadających się do kolektywizacji, zwłaszcza za pomocą środków przymusu. Historyk Mikołaj Iwanow przypuszcza, że w latach 1929-1930 Marchlewszczyzna była prawdopodobnie jedynym wiejskim rejonem Ukrainy, którego ludność nie zareagowała na nawoływania partii do wstępowania do kołchozów. Pomimo że nakłady na ich tworzenie przewyższały nawet pięciokrotnie te ponoszone w innych rejonach, nie przynosiły żadnych efektów. Do kołchozów wstępowali głównie bezrolni, bezrobotni pijacy i inni przedstawiciele "elementu aspołecznego", pragnący żyć na cudzy rachunek.
Pierwszy kołchoz (im. 1 Maja) powstał na Marchlewszczyźnie w 1929 r. W 1932 r. liczył 86 członków, posiadających łącznie 10 koni i 352 ha ziemi. Działał w samym MarchlewskuDowbyszu. Zakładanie kołchozów w Natalii, Adamówce i Iwanówce szło jak po grudzie. Polscy chłopi do kolektywnych gospodarstw wstępować nie chcieli. Partyjny aktyw znalazł w tych miejscowościach zaledwie po kilku ochotników, niespełniających elementarnych kryteriów. By zmusić polskich chłopów do większej uległości, miejscowa instancja partyjna rozpoczęła kampanię, która jej "negatywnym bohaterom" nie wróżyła niczego dobrego. W "Marchlewszczyźnie Radzieckiej" zaczęły się ukazywać teksty brzmiące jak donosy. Informowały, że taki a taki gospodarz jest wrogiem kołchozów, agentem faszyzmu itp. Oskarżały nie tylko prostych chłopów, ale także aktywistów oraz działaczy rad wiejskich o "szkodnictwo", sabotaż... W ślad za artykułami następowały aresztowania wytypowanych "wrogów ludu". To jednak nie zdynamizowało wstępowania do kołchozów. W 1932 r. przyłączyło się do nich zaledwie 16,2 procent gospodarzy. Chłopi odmawiali udziału w zebraniach na temat uspołecznienia ich gospodarstw. Nie zgadzali się "rozkułaczać swoich bogatszych sąsiadów". Ze sprawozdania przewodniczącego Marchlewskiego Komitetu Wykonawczego M. Adamczyka wynika, że w obronie swojej własności sięgali także po broń. Pisał on m.in.: "Marchlewszczyzna w 1930 r. prawie w całości została opanowana przez zbrojny bandytyzm, dla rozpowszechnienia którego bagnista i zalesiona część południowowschodniego Polesia tworzyła wręcz idealne warunki. Zbrojne bandy działały we wsiach Henrykówka, Siaberka, Olszanka, Jawrze, Wasilewska, Buda Szyjecka, Zdań, Bolarka i innych".
Polski aktyw z rad wiejskich w wielu wsiach otwarcie sabotował kolektywizację. Polacy często tworzyli ?kcyjne kołchozy. Nawet sekretarz rejonowego komitetu partii A. Juszkiewicz próbował lawirować i zwalniał tempo kolektywizacji. Interesująca w tym względzie jest Nota informacyjna do Wydziału Organizacyjno Instruktorskiego przy KC WKP(b)U4 o wynikach rejonu marchlewskiego, podpisana przez instruktora Rudenkę. Czytamy w nim:
W Marchlewsku nie uczyniono absolutnie nic, aby oczyścić kołchozy z klasowo wrogich elementów, przeciwnie, wypaczano politykę partii dotyczącą kampanii politycznej, co doprowadziło do zahamowania wzrostu kołchozów w okresie ostatnich ośmiu miesięcy.
W niektórych wsiach, szczególnie w rejonie marchlewskim, kołchozy składają się z klasy średniej, zamożnych oraz kułaków, którzy nie znacjonalizowali swojego mienia, zatrzymując je do użytku własnego i swoich rodzin. Wstępowali oni do kołchozu bez uwzględnienia sytuacji socjalnej, przez co uważani byli za "najmitów". Takich "najmitów" jest w kołchozach do 40%. Wszyscy oni czekają jedynie na okazję, aby przywłaszczyć sobie mienie kołchozu i wzbogacić się. O zaśmiecaniu kołchozów wiedzą wszystkie organizacje rejonowe. Konkretne nazwiska wskazuje GPU5. Biedota na zebraniach żądała wykluczenia ze spółdzielni obcych elementów, wskazała też na konkretne nazwiska i zobowiązała się sama przystąpić do kołchozów, jednak wbrew obietnicom nic nie zrobiono. Nie wzmocniono też kołchozów. Wiele z nich składa się z 8-10 zagród.
Wyniki działalności większości kołchozów w zeszłym roku (dotyczy to w szczególności kołchozów rejonu marchlewskiego), są niejasne. Jesienią i zimą 70-80% kołchoźników żywiono w stołówkach, zdolnych do pracy było w tym czasie 10-15%. Wspomniani "najmici" też korzystali ze stołówek. W niektórych wsiach specjalnie dla nich zorganizowano bezpłatne dożywianie.
Kierownictwo rejonu marchlewskiego nie zrozumiało dyrektyw partii dotyczących dalszego rozwoju kołchozów, ulepszania organizacji pracy i dalszego pozyskania do kołchozów biedoty i klasy średniej. Np. przewodniczący RKW na plenum oświadczył: "na danym etapie zadaniem jest wzmacnianie kołchozów, a nie ich rozwój ilościowy", gdy tymczasem tam skolektywizowano tylko 14,9% gospodarstw. Biuro RKP zaaprobowało to stwierdzenie. Brygady kołchoźnicze istnieją tam tylko formalnie, szczególnie w rejonach olewskim i marchlewskim. Według wytycznych ludzie przydzielani są do brygad nie w zależności od umiejętności zawodowych, ale po prostu kierowano kołchoźników, rozdzielając ich proporcjonalnie i w rezultacie w czasie akcji siewnej brakowało ludzi umiejących to robić, i w rezultacie samowolnie opuszczali oni pola, podejmując różne prace zarobkowe.
Kierownictwo rejonu marchlewskiego zostało w tym dokumencie odsądzone od czci i wiary. Rudenko stwierdza:
Kierownictwo rejonu marchlewskiego systematycznie oddawało się libacjom alkoholowym, zarzucało samokrytykę, praktykowało kumoterstwo, odpowiedzialność zbiorową i oderwanie od mas; tracąc czujność klasową i ogląd sytuacji. W naszej obecności oraz w obecności innych członków partii, zakomunikowało sekretarzowi RPK o braku inicjatywy we wsiach, o dwudniowym braku chleba dla robotników pracujących w fabryce oraz o tym, iż w jednej ze wsi biedacy puchną z głodu. On zaś wszystkie te pytania skwitował jednym stwierdzeniem: "nie wiem, co dalej robić, jutro nastąpi brak inicjatyw w całym rejonie, nie wierzę we własne siły". W rezultacie panuje pełna bezradność, brak jakichkolwiek perspektyw. Rozpoczęty w rejonie siew trwał 4 dni, w 2 wsiach nie robi się nic, w 2 kołchozach rozkradziono materiał siewny i nikt z kierownictwa nie próbuje temu przeciwdziałać.
Na posiedzeniu Prezydium KK pracownik milicji, członek partii tow. Gec oświadczył, że kierownictwo upadło, straciło autorytet, a w rezultacie rozpada się cała organizacja. Prezydium, zamiast natychmiastowej reakcji, zaproponowało kierownictwu napisanie oświadczenia, po czym ani Biuro, ani KK nie rozpatrywało tej sprawy. Socjalistyczny aparat kierowniczy jest zaśmiecony, na wielu odpowiedzialnych stanowiskach zasiadają byli petlurowcy. Przykładem jest tutaj sekretarz zakładowej komórki partyjnej - petlurowiec i uczestnik pogromów Żydów.
Główną przyczyną powodującą negatywne odnoszenie się Polaków do idei kolektywizacji był - znaczny na Marchlewszczyźnie - wpływ Kościoła rzymskokatolickiego. Działało tu kilka para?i, które były ostoją tradycyjnych polskich wartości. Pełniły funkcję swoistych odtrutek na próby skomunizowania polskiej mniejszości, mimo że nie miały stałych proboszczów, a tylko dojeżdżających kapłanów, z których każdy obsługiwał po kilka wspólnot.
- W Dowbyszu para?a powstała w 1905 r., po carskim ukazie tolerancyjnym - mówi Stefan Kuriata. - Nie miała wielkiego, okazałego kościoła, tylko dużą kaplicę znajdującą się na skraju wsi, gdzie później władze zbudowały szpitalik rejonowy. Posługiwało w niej kilku dojeżdżających księży, a ostatnim z nich był ksiądz Paweł Welik. Administrował kilkoma para?ami, w tym w Nowogrodzie Wołyńskim, dawnym Zwiahlu. Został on aresztowany w 1935 r. i oskarżony, że przez cały czas, jak wynika z dokumentów, które są w moim posiadaniu, "był aktywnym wrogiem proletariackiej dyktatury [...], tworzył w przygranicznych rejonach kontrrewolucyjne i faszystowskie grupy, z którymi prowadził kontrrewolucyjną robotę, mającą na celu osłabienie władzy sowieckiej na wsi". Księdza Welika oskarżono ponadto, że "przechowywał w kościele narodowe chorągwie". Zarzucono mu też, że "szerzył pogłoski o oderwaniu Ukrainy od ZSRR i przez ukrywanie części dochodów kościelnych przygotowywał fundusz pomocy osobom represjonowanym przez władze sowieckie, pragnącym przekroczyć granicę".
Księdza Welika skazano na pięć lat łagrów w Kazachstanie. Zwolniony w 1940 r., nielegalnie wrócił na Ukrainę i zamieszkał w Żytomierzu, w domu przy ul. Kijowskiej, należącym do ukrywającego się Zgromadzenia Sióstr Sług Jezusa. Aresztowany w 1940 r., został skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Zamieniono mu wyrok na dziesięć lat łagrów. Miał wtedy 68 lat. Wywieziono go do Kazachstanu, gdzie zmarł w 1942 r. Pochowano go na jednym z łagrowych cmentarzy. Kościółkaplica został przekazany szpitalowi. Do 1953 r. jego zewnętrzne kształty nie zostały zmienione. Później całkowicie go przebudowano i, w rezultacie, zniszczono...
Władze sowieckie, nie mogąc skłonić Polaków z Marchlewszczyzny do dobrowolnego wstąpienia do kołchozów, postanowiły ich zmusić do tego głodem, który w rejonie przybrał katastrofalne rozmiary.