2
Żyjesz tak, jakby nie było Boga!
W upalne dni lipca głos niósł się przez otwarte okno, odbijał od ścian czworoboku kamienic, wpadał przez inne otwarte okna i ogłaszał wszystkim sąsiadom, bliższym i dalszym, że Kryśka Sobiesiak żyje, jakby nie było Boga.
Sąsiedzi wiedzieli i bez tego, jak żyje Kryśka. Upały trwały od kilku tygodni i przez cały ten czas, dopóki jej matka nie wróciła z podróży w interesach, z tego samego okna dobiegały po nocach wrzaski Kryśki, która w rozkoszy zapamiętywała się tak bardzo, że nic sobie nie robiła z tego, że słyszy ją pół ulicy. I Agnieszka za ścianą.
Pani Sobiesiak i jej córka wprowadziły się pod koniec poprzedniego lata. Zamieszkały w sąsiednim mieszkaniu; balkony od strony podwórza sąsiadowały z sobą. Była to stara kamienica w centrum Krakowa, z oficyną i sporym ogrodem, pośrodku którego rosła wiekowa lipa. Kamienicę nazywano "profesorską", bo wkrótce po wojnie zakwaterowano w niej pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dopiero od niedawna zaczęli się pojawiać nowi lokatorzy, o których profesorowa Żabicka, wdowa po matematyku Józefie, mawiała, że to "nie wiadomo kto". A historyk Jasiński prostował, że "wiadomo, hołota".
Przez otwarte drzwi balkonowe Agnieszka słyszała, jak rozmawiali na ławeczce pod lipą. Oboje mówili tak głośno, jakby chcieli wszystkich sąsiadów poinformować o swoim zdaniu na ten temat. Żabicka przekonywała, że prawdziwa hołota była w czterdziestym piątym. Ta, która już następnego dnia po ucieczce Niemców z Krakowa przed Armią Czerwoną wtargnęła jak szarańcza do miasta i rzuciła się zajmować mieszkania po Żydach. Jasiński protestował, że tamta hołota miała przynajmniej ambicje, aby z biegiem czasu dorównać wyższym warstwom społecznym. Ta dzisiejsza, nowobogacka, ma wszystko w pogardzie, wierząc wyłącznie w siłę swoich podejrzanych pieniędzy.
Jednakże jeśli chodziło o panią Sobiesiak, powstrzymywali się od nazywania jej "hołotą", mimo ekscesów, jakie urządzała jej córka. Pani Sobiesiak okazała się bowiem osobą religijną. Profesorowa Żabicka zrobiła rozpoznanie, po którym rozniosła po kamienicy wieść, że pani Sobiesiak przechowuje w mieszkaniu prawdziwą relikwię świętej Urszuli Ledóchowskiej, nitkę z jej habitu, którą trzyma w złoconym puzderku na etażerce. Nie mogła więc być złą kobietą, choć ta córeczka!... Mimo wszystko wydawało się, że nawet najbardziej konserwatywne skrzydło kamienicy skłaniało się bardziej ku współczuciu dla pani Sobiesiak niż ku jej potępianiu. Krzyki rozpaczy nieszczęsnej matki, której córka żyła, jakby nie było Boga, musiały poruszyć serca. Nawet wdowy po profesorze Żabickim, choć nie była to osoba wyrozumiała.
Rodzice Agnieszki, mimo że zasiedzieli w kamienicy profesorskiej od dawna, nie mogli liczyć na pobłażliwość profesorowej. Na ukłony ojca Agnieszki Żabicka ledwo odpowiadała, nawet kiedy Antoni Lasota legitymował się już tytułem profesora zwyczajnego. Jego żony starała się nie zauważać w ogóle, uważając ją najwyraźniej za "nie wiadomo kogo". Z dwóch co najmniej powodów.
Janina Lasotowa była wziętą adwokatką. Miała własną kancelarię, zatrudniała kilku prawników, prowadziła trudne sprawy cywilne. Słowem, widziało się gołym okiem, że powodzi się jej bardzo dobrze. To wystarczyło, aby profesorowa uznała, że matka Agnieszki "upasła się na ludzkiej krzywdzie". Na domiar wszystkiego kiedyś miała odwagę bronić pewnej artystki oskarżonej o obrazę uczuć religijnych. Była to jedna z niewielu spraw, które przegrała, a w dodatku zarobiła nią na jeszcze większą niechęć takich pań jak profesorowa Żabicka.
Matka Agnieszki miała też niewłaściwe pochodzenie. Jej dziadek, a pradziadek Agnieszki, filozof Roman Dobrowolski, należał przed laty do czołowych polskich marksistów. I choć później nawrócił się na katolicki personalizm, Żabicka nigdy nie przestała nim pogardzać. W dodatku jego córka Karolina dała się poznać połowie Krakowa jako ateistka, hipiska i bohaterka skandali, aż w pewnych kręgach przylgnęło do niej przezwisko "Karolcia Grzesznica". Matka Agnieszki była nieślubnym owocem jednego z jej licznych występków. Na kogo taka osoba mogła wychować córkę? A wnuczkę?
Leżąc nocą pod otwartym oknem swego pokoju, Agnieszka słuchała odgłosów awantury w sąsiednim mieszkaniu i zadawała sobie pytanie, że skoro pani Sobiesiak takie oskarżenia rzuca pod adresem Kryśki, to co dopiero musi myśleć o niej i jej rodzicach? Oni to dopiero żyli, jakby nie było Boga! Profesor Lasota ze swoją bezbożnością afiszował się nawet w wywiadach dla prasy i telewizji. Agnieszka w ogóle się nie przejmowała tym, co sobie o niej myśli Żabicka, oschła staruszka, kochająca tylko swoje koty, czy stary ględa Jasiński, dla którego czas zatrzymał się w mrokach dwudziestego wieku. Ani Sobiesiakowa ze swoją relikwią w złoconym puzderku. Nie rozumiała tylko, dlaczego Kryśka patrzy na nią spode łba, jakby też miała jej coś za złe.
Agnieszka nie wierzyła w Boga, bo jako mała dziewczynka uwierzyła ojcu. Komu innemu miałaby wierzyć? Ojciec był najmądrzejszym człowiekiem, jakiego wtedy znała. Wcale nie naśmiewał się z ludzi, którzy żyli tak, jakby Bóg był. Czasem nawet wzdychał, że gdyby Bóg istniał, wszystko byłoby łatwiejsze. Teraz już nie był to dla niej problem, kiedyś tak. W pierwszych latach podstawówki, gdy zaczęła zdawać sobie sprawę, że różni się od innych dzieci, a jej rodzice nie są podobni do innych rodziców. Czuła, że nie powinna o to pytać, ale któregoś dnia w końcu się odważyła.
- A dlaczego my właściwie nie chodzimy do kościoła?
Już w następnej chwili pożałowała swojego pytania, widząc panikę, w jaką wpadli rodzice. Zaczęli coś niezdarnie tłumaczyć, czego nawet nie słuchała. Teraz już wolałaby, żeby raczej nic nie mówili. Jedna babcia Karolka nie straciła głowy.
- No i co się tak jąkacie? Przecież Agnisia nie jest głupia. Powiedzcie jej otwarcie, że religia to opium dla ludu i już.
Ojciec skrzywił się z niesmakiem.
- Mogłaby mama nie powtarzać tych bzdur? Przynajmniej przy dziecku.
Agnieszka już wcześniej zauważyła, że kiedy ojciec zwraca się do babci Karolki w trzeciej osobie i nazywa ją "mamą", znaczy, że jest na nią zły. Zwykle mówił do niej po imieniu, bo tak sobie życzyła.
- Nie bądź takim hipokrytą, Antosiu. Masz rację, że nasz stary poczciwy Marks przeważnie opowiadał pierdoły, ale akurat w tej sprawie się nie mylił. Udajesz takiego postępowca, a w gruncie rzeczy trzęsiesz spodniami przed czarnymi. Jak wszyscy w tym nieszczęsnym kraju.
Agnieszka wtedy nie miała pojęcia, ani kim jest ten jakiś stary pan Marks, ani przed jakimi "czarnymi" miałby trząść spodniami jej tato. Jedynymi czarnymi, jacy jej się kojarzyli, byli obywatele Nigerii, zajmujący się nielegalnym handlem pod Stadionem Dziesięciolecia w Warszawie. Widziała niedawno w telewizji, jak się szarpali z policjantami. A jednak dziwnie dobrze zapamiętała słowa babci, które, nawiasem mówiąc, niezbyt rozumiała. Właściwie przez jakiś czas nie zdawała sobie nawet sprawy, że je pamięta. Aż w którąś niedzielę zaczepiły ją córki dozorczyni Klimkowej. Nie pierwszy raz. Trzy nieznośne dziewuchy nie dawały jej spokoju, od kiedy zaczęła wychodzić do ogrodu sama, bez żadnego z rodziców. Ale z takim atakiem jeszcze się nie spotkała.
- Ty, Lasota, co tak zadzierasz nosa, co? Wielkie państwo, a do kościoła nie chodzą! Kociara!
W pierwszej chwili zaniemówiła i chciała uciec bez słowa, ale nie była w stanie się poruszyć. Wreszcie coś się w niej odblokowało i krzyknęło samo:
- Idiotki! Religia to opium dla ludu!
Wciąż leżąc w ciemności. Agnieszka uśmiechnęła się na wspomnienie zamieszania, jakie nastąpiło później, w domu. Jedna babcia Karolka śmiała się i pocieszała ją, że nie trzeba się przejmować głupimi córkami stróżki ani spojrzeniami, jakimi obrzucają ich teraz niektórzy sąsiedzi. Agnieszce jednak było przykro patrzeć, jak martwi się tym ojciec. Dopiero budował fundamenty swojej kariery i bardzo zależało mu na wizerunku uczonego o zdecydowanym spojrzeniu na świat, jednak szanującego odmienne poglądy. Zwłaszcza jeśli chodziło o religię. To zrozumiała dopiero znacznie później; wtedy tylko widziała, jak on się tym gryzie. Ale to było kiedyś. Dawno już przestała żałować ojca. Nie było zresztą powodu. Ostatnio radził sobie doskonale.
Powoli zapadała w sen przy wtórze cichnącej za ścianą kłótni. Pomyślała, że widocznie Kryśka jest już zbyt zmęczona seksem i pijana, aby mieć siłę dłużej kłócić się z matką. Agnieszka miała ochotę wyskoczyć na balkon i krzyknąć na cały głos: "Kryśka, nie łam się! Religia to opium dla ludu!". Wiedziała, że nigdy by się na to nie zdobyła. Ale zabawnie było to sobie wyobrazić.
Obudził ją łoskot. Wyrwana ze snu, z trudem odzyskiwała świadomość, zanim przypomniała sobie, że jest w domu sama, rodzice wyjechali, a hałas musi pochodzić zza ściany. Chwilę trwała cisza, a potem znów rumor, tym razem jakby spadających na podłogę garnków i tłukących się talerzy. A po chwili głos Sobiesiakowej:
- Na miłość boską, co ty znów wyprawiasz?
I wściekła odpowiedź Kryśki:
- Gdzie to schowałaś, co?
- Nie wiem, o czym mówisz.
- Dobrze wiesz, stara wiedźmo! Powiesz gdzie czy mam dalej szukać? Gdzie to jest?
- Nie ma. Wylałam.
- Co zrobiłaś? Nie wierzę. Kłamiesz! Widzę, że kłamiesz! Gdzie to jest, słyszysz?
- Nie wolno ci...
- Nie ty mi będziesz mówiła, co mi wolno, a co mi nie wolno!
- Na razie mieszkasz w moim domu i żyjesz za moje pieniądze!
- Ja się na świat nie prosiłam! A, już wiem! Tam schowałaś.
Kłótnia oddaliła się w głąb mieszkania, a potem znów rozległa się bliżej.
- Nie rób tego, proszę cię!
Agnieszka zeskoczyła z tapczanu, boso wybiegła do przedpokoju.
W sąsiednim mieszkaniu coś przewalało się po podłodze. Potem rozległ się brzęk tłuczonego szkła.
- I co zrobiłaś? Co zrobiłaś, stara zdziro? Zabiję cię!
U Sobiesiakowej trzasnęły drzwi, a zaraz potem rozległo się łomotanie do mieszkania Lasotów. Tak gwałtowne, że Agnieszka aż się cofnęła.
- Na pomoc! Proszę mi pomóc!
Agnieszce trudno było potem zrozumieć własne zachowanie. Powinna być przecież ostrożniejsza. A jednak już po pierwszym wezwaniu przekręciła zamek, szarpnęła klamkę i bez wahania stanęła na progu, nie zważając na to, że ma na sobie tylko nocną koszulę, prześwitującą w świetle mocnej żarówki nad schodami.
To, co zobaczyła, mogłoby ją rozśmieszyć, gdyby była mniej zdenerwowana. Sobiesiakowa mocowała się z uchylonymi drzwiami od swojego mieszkania, trzymając stopę w szparze, podczas gdy z drugiej strony Kryśka próbowała je zatrzasnąć, uderzając w nie całym ciałem. Stopa Sobiesiakowej musiała na tym bardzo cierpieć, bo za każdym uderzeniem sąsiadka krzyczała z bólu. Jednak nogi nie zabierała.
- Proszę tak nie stać, tylko mi pomóc! Nie słyszy pani, że moja córka dostała szału? Zrobi sobie krzywdę, jeśli ktoś jej nie powstrzyma!
- Prędzej tobie zrobię krzywdę, zdziro! - rozległo się z tamtej strony drzwi.
Luka w nich powiększyła się; ukazała się w niej zakrwawiona dłoń trzymająca rozbitą butelkę i dźgająca nią na oślep przez szparę. Sobiesiakowa się uchyliła, ale jej noga uparcie tkwiła w drzwiach.
- Na co pani czeka? Niech pani wezwie policję!
Agnieszka była przerażona, ale zareagowała w sposób zaskakujący, nawet dla siebie samej. Zamiast schronić się w głębi mieszkania i zrobić to, czego domagała się sąsiadka, wyskoczyła na korytarz. We dwie naraz naparły na drzwi, które ustąpiły gwałtownie, uderzając z hukiem o ścianę w przedpokoju. Po tamtej stronie Kryśka straciła równowagę i runęła na podłogę. Zabłysło światło pod sufitem i Agnieszka zobaczyła ją siedzącą przy ścianie, w samych majtkach i poplamionym krwią podkoszulku. Kryśka daremnie usiłowała się podźwignąć, wciąż wyciągając przed siebie szczątek rozbitej butelki, jakby chciała się nim zasłonić. Sobiesiakowa krzyczała:
- No, na co pani jeszcze czeka? Niech pani dzwoni!
- Niechże się pani wreszcie uspokoi! - usłyszała Agnieszka własny zniecierpliwiony głos. - Tu nie jest potrzebna żadna policja!
Obie sąsiadki zareagowały zaskoczeniem. Starsza posłusznie zamilkła. Młodsza popatrzyła na Agnieszkę niezbyt przytomnie.
- A ty czego tu szukasz?
Agnieszka wyciągnęła rękę.
- Oddaj mi to. Przecież nie chcesz zrobić nikomu krzywdy.
- Ty co? Jeszcze jedna święta Urszula Ledóchowska?
- Ja? Święta?
Kryśka zdobyła się na krzywy uśmiech.
- Faktycznie. Co ja gadam! Córunia Antychrysta. W takim razie co cię to obchodzi?
- Jestem po twojej stronie.
- Chyba cię porąbało, wiesz?
Kryśka opadła na podłogę i przewróciła się na bok, jakby się układała do snu. Agnieszka skorzystała z okazji i ostrożnie wyjęła jej rozbitą butelkę z ręki.
- Trzeba ci opatrzyć skaleczenia - powiedziała.
- Spadaj już, kretynko! - wybełkotała Kryśka Sobiesiak i zachrapała.
Przez kilka dni sąsiadki nie pokazywały się; w ich mieszkaniu nie było już słychać kłótni. Tylko odgłosy spuszczania wody w ubikacji dowodziły, że nie wydarzyła się tam żadna tragedia. Wreszcie któregoś dnia Agnieszka wpadła na Kryśkę w sieni. Spróbowała się serdecznie przywitać, ale w oczach tamtej nie dojrzała zachęty.
- Chyba powinnam ci podziękować, tak? No więc dziękuję. W porządku? Ale na drugi raz się nie wtrącaj, bo oberwiesz.