Wprowadzenie
Za nieoczekiwane powodzenie naszej beznadziejnej sprawy!
(Stefan Kisielewski)
Jeszcze będzie przepięknie,
jeszcze będzie normalnie.
(Tilt, Jeszcze będzie przepięknie)
Edukacja epoki industrialnej, której symbolem jest masowa szkoła, wbiła nam do głowy trzy przekonania.
Po pierwsze, że uczenie musi być oparte na przymusie, na urabianiu za pomocą jednokierunkowego przekazu, a jego celem jest przemienienie uczniów w istoty inne niż w momencie startu (czytaj: bardziej posłuszne), czyli de facto przełamanie ich osobowości.
Po drugie, że edukacja musi opierać się na uniformizacji, na obrabianiu uczniów w wyizolowanym budynku - według jednolitej matrycy; jednolitych standardów jakości; jednolitych, przysłanych z góry, instrukcji - a wszystkie odchylenia powinny być eliminowane.
Po trzecie, że edukacja musi opierać się na narzuconej rywalizacji, na walce o cyferki, na wyścigach chomików w klatkach, gdzie świadectwem podporządkowania zewnętrznie ustanowionym celom miała być wysoka pozycja w rankingu oraz nagroda w postaci kolorowego papierka.
Wciąż funkcjonujemy w gorsecie szkoły z XIX wieku. Próbujemy ją udoskonalać, reformować, usprawniać. Wprowadzamy modyfikacje, dorabiamy sztukaterię, zamiast po prostu zlikwidować przestarzałą instytucję i zaproponować coś innego. Polski nauczyciel potrafi polecieć nawet na drzwiach od stodoły, ale drzwi nie zostały zaprojektowane do latania. I trudno je przerobić na rakietę. Dlatego wszyscy się tak męczymy.
Wymagamy od młodych ludzi uczestnictwa w edukacyjnym wyścigu. Żyjemy w świecie wskaźników, raportów i sprawozdań. Eksponujemy zdjęcia dyplomów z paskami, które są efektem działań wymuszonych kijem i marchewką. Warto zastanowić się nad sensownością takich czynów. Komu one służą? Czy istotnie naszym dzieciom? Jak wyglądałby świat, gdyby zamiast przerabiać młodych ludzi na taśmie - pozwolilibyśmy im wzrastać w atmosferze autentyczności i odpowiedzialności za siebie?
Edukacja epoki smartfona - której symbolem jest otwarta sieć, przestrzeń wypełniona informacjami i interpretacjami, gdzie każdy może dodać coś od siebie - powinna być zaprzeczeniem wymogów poprzedniej epoki. Triadzie epoki industrialnej (przymus-uniformizacja-rywalizacja) przeciwstawiam więc inną: wolność-wielość-wymiana.
Nie potrzebujemy edukacji przeznaczonej dla robotów, którym złamano charakter. Potrzebujemy edukacji, która pomoże ludziom stać się podmiotami:
a) autonomicznymi (dokonującymi suwerennych wyborów, potrafiącymi realizować siebie bez nakazów, tworzącymi własne przestrzenie do wyrażania się);
b) dostrzegającymi wielość dróg do rozwoju (potrafiącymi odkryć i docenić niepowtarzalność swoją i innych ludzi);
c) otwartymi na współpracę (potrafiącymi otwarcie się komunikować, współdziałać w zespołach, rozwiązywać konflikty, włączać się w działanie wspólnoty, której są częścią).
Potrzebujemy edukacji autonomicznej, różnorodnej, opartej na swobodnej wymianie, otwartej na eksperymenty. Jej celem jest wspieranie niedorosłych w rozwoju, aby pomóc im stać się spełnionymi dorosłymi: znającymi swoje mocne strony i potrafiącymi je wykorzystać, realizującymi się poprzez dobrowolne działania z innymi.
W sieci - tej offline i online. O to toczy się gra.
Jak stworzyć armię klonów
Wielbłąd to koń zaprojektowany przez komisję.
(Stefan Kisielewski)
Oto ona - szkoła - wasz drugi dom
Oto jestem ja - wasza druga matka
Kocham was, szkolną brać
I wasze uśmiechy, choć są wymuszone (...)
Nienawidzę tych pojedynczych
Którym nie podoba się porządek
Ja ich potrafię przystosować
Ja kocham zamykać im gęby
(Zielone Żabki, Szkoła)
Wyobraźmy sobie, że chcemy stworzyć uległą, posłuszną armię obywateli. Co powinniśmy zrobić? Jest oczywiście kilka dróg do tego, w różnych obszarach.
Gdyby mi zależało (tak czysto hipotetycznie) na produkcji posłusznego obywatela, to na przykład w gospodarce wprowadziłbym szereg skomplikowanych przepisów. Zapowiedziałbym przedsiębiorcom, że nie będą mogli prowadzić działalności bez dopasowania się do nich. Zatrudniłbym dziesiątki tysięcy urzędników, aby skrupulatnie kontrolowali, czy przepisy są przestrzegane. Dałbym im etat i skromne, acz stabilne wynagrodzenie, by pilnowali, żeby nikt się nie przemknął bez spełnienia absurdalnych wymogów, oderwanych od codziennego życia. Dałbym im też jakąś formę kodeksu urzędniczego. Wmówiłbym urzędnikom, że bez nich przedsiębiorcy by sobie nie poradzili z przepisami: "To Wy, urzędnicy, pozwalacie przedsiębiorcom istnieć!". Przekonałbym ich, że są solą tej ziemi (a nie będą domagać się zbyt wysokich płac). I miałbym pod kontrolą i urzędników, i małych przedsiębiorców.
Ale takie działanie ma ograniczony zakres. Dlatego wymyśliłbym coś lepszego. Państwową edukację. Wprowadziłbym szereg regulacji, ograniczających człowiekowi możliwość zajmowania się tym, co lubi, oraz uczenia się tego, czego chce. Zadbałbym, aby nie mógł studiować wybranej dziedziny bez spełnienia szeregów przepisów. By nie mógł podjąć pracy bez uzyskania papierka. By nie uzyskał papierka bez wielu lat spędzonych w posłuchu.
Zatrudniłbym dziesiątki tysięcy ludzi do nadzorowania tego procesu. Dałbym im etat i skromne, acz stabilne wynagrodzenie, by pilnowali, żeby nikt się nie przemknął bez spełnienia wymyślonych wymogów, oderwanych od codziennego życia. Edukatorom dałbym jakąś formę kodeksu urzędniczego, na przykład Kartę Edukatora. Wmówiłbym im, że bez nich ludzie chcący się zajmować tym, co lubią, by sobie nie poradzili z regulacjami: "To Wy pozwalacie uczniom zdać maturę! Co oznacza, że bez Was ich rozwój by nie nastąpił. Bez Was nie mogliby studiować - to Wy jesteście prawdziwymi autorami ich zawodowych sukcesów". Przekonałbym ich, że są solą tej ziemi (wtedy nie będą się sprzeciwiać i domagać zbyt wysokich płac). Wmówiłbym im też, że to oni są jedynymi prawdziwymi edukatorami, bo są urzędnikami zatrudnionymi przez władzę. Są elitą, która ma na to specjalny papierek (albo nawet kilka papierków). Dzięki temu miałbym na usługach rzeszę wykonawców moich instrukcji.
Idźmy dalej. Gdyby mi zależało na wyprodukowaniu posłusznego obywatela, to przede wszystkim starałbym się ingerować w jego życie, krytykując aktywności oparte na jego swobodnym wyborze i wmawiał mu, że prawdziwe spełnienie osiągnie dopiero wtedy, kiedy jego czas będzie skrupulatnie zaplanowany przez osoby z zewnątrz - oczywiście dla jego dobra. Potem zamykałbym go na kilka godzin w odizolowanym budynku, skłaniając go do wykonywania moich poleceń. Bardzo drobiazgowo zaplanowałbym każdą chwilę, wliczając w to przerwy.
Dawałbym mu dużo schematycznych, powtarzalnych zadań, polegających na wpisywaniu słów, wstawianiu cyfr w luki i łączeniu ich ze sobą i nazwałbym to uczeniem matematyki, polskiego czy historii. I twierdził, że od tego wypełniania zależy przyszłość narodu. Starałbym się także, aby wykonywał moje polecenia także po okresie formalnej pracy - by również w domu myślał głównie o konieczności spełniania moich wymagań. By czuł się źle, kiedy ich nie spełni.
Co bardzo ważne - ograniczałbym mu możliwość rozmowy z innymi, aby nie planowali razem jakichś wspólnych, kontestujących akcji. Aby nie mógł się z nimi dogadywać. Przekonywałbym go, że konsultowanie się z innymi w czasie wykonywania zadań, współdziałanie w zmaganiu się z poleceniami to oszustwo, za które grożą surowe konsekwencje. Nawet podczas przerw zakazałbym używania narzędzi do komunikacji z tymi, z którymi użytkownik chce się komunikować.
Stale bym mu wmawiał, że jeśli nie ma ochoty wykonywać moich poleceń, to znaczy, że jest leniem, nie ma charakteru, nie rozumie, co ważne, co sprawi niechybnie, że skończy na budowie albo w zakładzie fryzjerskim, albo jako konserwator powierzchni płaskich, a jego rodzicom będzie wstyd.
W razie oporu groziłbym, że postawię mu złe cyferki, za które rodzice go ukarzą (zakazem robienia tego, co lubi). Podkreślałbym także na każdym kroku, że nadmierna ilość złych cyferek może spowodować, że będzie musiał rok dłużej wykonywać moje polecenia.
Dzięki temu nie miałby czasu myśleć o tym, czego chce od życia, co mu daje frajdę, co jest jego mocną stroną, jakie są jego plany i aspiracje. Sam bym mu zresztą wkładał różne przekonania do głowy - co warto robić, co jest ważne w życiu - i oczywiście wskazywał, że do tego potrzebne jest pilne wykonywanie moich poleceń.
Oczywiście głośno bym także krzyczał, że wszyscy, którzy domagają się zmniejszenia liczby przymusowych dyspozycji i ograniczania władzy nadzorców, to jacyś utopiści, ludzie-szkodniki, którzy chcą zamienić uczniów w niewolników posłusznych władzy. Bo złym ludziom zależy na ciemnym narodzie, a najlepszym lekarstwem przed ciemnotą jest... rozwiązywanie zlecanych przeze mnie zadań.
Starałbym się wreszcie wzbudzić w ludziach trzy stany:
a) poczucia wstydu - jest coś z tobą nie tak; nie jesteś taki, jak być powinieneś; musisz się zmienić i stać się inny (grzeczny); niedobrze być takim, jakim ty jesteś; powinieneś się wstydzić!
b) poczucia winy - to, co robisz, jest złe; nie wolno ściągać ani pytać kolegów; nie możesz się tak zachowywać; złamałeś zasadę, którą ci narzuciłem; zasłużyłeś na karę - sam dobrze wiesz, że na nią zasłużyłeś, prawda?
c) poczucia wykluczenia - jesteś inny; zobacz, twoi koledzy pilnie się uczą tego, co trzeba, a ty?; musisz się do nich upodobnić i robić to, co oni, bo nie dostaniesz ode mnie ładnej cyferki, jaką dostali tamci; będziesz uchodzić w ich oczach za tępaka; odrzucą cię.
To wszystko oczywiście teoretycznie, bo żyjemy w demokratycznym kraju, któremu zależy na aktywnych, świadomych, autonomicznie działających i samodzielnie myślących obywatelach. Dlatego żadne demokratyczno-liberalne państwo nigdy na moje pomysły by się nie zgodziło. Gdybym chciał moje wizje realizować, musiałbym się przenieść do jakiegoś ZSRR, wilhelmińskiej Rzeszy lub czasów hitlerowskiej okupacji, gdzie takie modele rzeczywiście wdrażano. Ale kiedy to było...
Komu służy przymusowa szkoła
Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się trudności nieznane w żadnym innym ustroju!
(Stefan Kisielewski)
Wydaje mi się, że jesteś gdzieś daleko
Tak się tylko wydaje, bo właściwie ciebie nie ma
Tak bardzo chciałbym, abyśmy zwariowali
Tak bardzo chciałbym, lecz tak nas wychowali
Ojczyznę kochać trzeba i szanować
Nie deptać flagi i nie pluć na godło
Należy też w coś wierzyć i ufać
Ojczyznę kochać i nie pluć na godło
(T. Love, Wychowanie)
Twierdzenie, że szkoła epoki industrialnej powstała i jest utrzymywana tylko w interesie władzy, byłoby kolosalnym uproszczeniem. W sprawie szkół powstał (i trwa do dzisiaj) konsensus wielu różnych środowisk. W gruncie rzeczy szkoła fabryczna jest ugruntowaną i zaakceptowaną społecznie instytucją, służącą zagospodarowaniu wolności młodych ludzi. I większości to odpowiada. Dlatego tak trudno jest się przebić z inną opowieścią.
Masowa szkoła jest pochodną interesów trzech grup:
a) rodziców, którzy nie mają co zrobić z dziećmi podczas pracy;
b) hobbystów, którzy interesują się jakimś zagadnieniem (np. książki Sienkiewicza, motyle, skały lessowe);
c) rządu, który potrzebuje, by ludzie potrafili czytać instrukcje i rozporządzenia oraz tego, by się po prostu nie buntowali.
Swego czasu trzy grupy się dogadały i doszło do porozumienia. Rząd powiedział rodzicom: "Opłacimy przechowalnię dla Waszych dzieci (za Wasze pieniądze zresztą, ale to szczegół, o którym nie musicie wiedzieć). Zatrudnimy tam hobbystów, którzy w zamian za możliwość opowiadania o swoim hobby przypilnują, aby Wasze dzieci były grzeczne i nie włóczyły się po ulicach. Dopilnujemy, by hobbyści nauczyli je czytać, pisać i rachować, ale w zamian chcemy wsadzić do programu trochę rzeczy typu: cesarz/prezydent/rząd jest super, a władzy trzeba słuchać, szczególnie kiedy mówi, że trzeba poświęcić życie za cesarza/prezydenta/rząd".
Rodzice powiedzieli: "Pasuje nam. W sumie nie mamy co zrobić z dziećmi, kiedy zasuwamy w fabrykach i urzędach. Dzieci pozostawione same sobie mogą zacząć robić jakieś głupie rzeczy. Warto, żeby je ktoś przypilnował. A jak się w szkole nauczą trochę dyscypliny i patriotyzmu, to też im na dobre wyjdzie. Będą bardziej posłuszni - a posłuszeństwo to cnota warta poświęceń. Niewątpliwie przyda się w życiu, kiedy trzeba będzie z zaciśniętymi zębami wykonywać polecenia szefa".
Hobbyści powiedzieli: "Niech będzie, przypilnujemy dzieci, by były grzeczne, dzięki temu będą nas słuchać, jak opowiadamy o naszym hobby. Zrobimy raz w semestrze jakąś akademię ku czci, odśpiewamy hymn i każemy dzieciom wyrecytować jakieś patriotyczne wiersze o powstaniu". W duchu hobbyści powiedzieli sobie: "To całkiem dobry układ, dzięki temu mamy stały etat, regularną pensję, pracę, która daje nam poczucie sensu, pozwala się doskonalić w tym, co lubimy robić, co daje nam sporą autonomię. W ostateczności zawsze będzie czas dorobić poza szkołą. Jakoś dogadamy się z młodymi przecież. Jak będą uważnie słuchać o Sienkiewiczu i z zapałem wykonywać polecenia, to dostaną piątkę; jak będą pozorować słuchanie, to czwórkę; jak po prostu nie będą przeszkadzać, to trójkę. I wszystkim nam się będzie dobrze żyło".
Co ciekawe, szkoła oparta na takim porozumieniu (gdyby istotnie było przestrzegane) mogłaby całkiem dobrze funkcjonować. Hobbyści i uczniowie mogliby sobie spędzać czas na rozmowach i wycieczkach, na grach i oglądaniu filmów, na robieniu teledysków i czytaniu książek, na tworzeniu makiet i przygotowywaniu przedstawień. Nauczyciele mogliby uczniom pokazać to, co ich samych kręci. Uczniowie mogliby w zamian zaprezentować własne pasje. I szkoła byłaby tętniącym życiem miejscem, gdzie powstawałyby inspirujące rzeczy, będące pochodną zainteresowań ludzi, którzy tam funkcjonują.
To by sprawnie działało, gdyby strony dotrzymywały ustaleń. Ale rychło się okazało, że władzy nie wystarczy wspominanie od czasu do czasu o tym, że władza jest fajna. I zaczęła narzucać na hobbystów coraz więcej wymogów. Uznała w końcu, że warto ich zmienić w funkcjonariuszy do realizacji jej wizji. I powiedziała: "Hobby, hobby, ale jakieś wymierne efekty muszą być. Musimy się pochwalić wynikami w rankingach światowych, by pokazać, że nasza władza dba o wyniki bardziej niż inne władze. Co znaczy, że jesteśmy lepszą władzą. Zatem - więcej wymagajcie, mocniej kontrolujcie, róbcie więcej testów".
Także rodzicom przestała wystarczać szkoła jako darmowa przechowalnia (niektórym nawet zaczęło świtać, że nie jest darmowa). Zaczęło ich wnerwiać, że innym dorosłym płaci się za rozmowy i zabawę z dziećmi w czasie, kiedy oni muszą robić nudne rzeczy w fabrykach czy urzędach. Postawili postulat, by nauczyciele zapierniczali. Z sensem czy bez sensu - byle było widać, że zapierniczają. A miernikiem zapierniczania jest stopień przemęczenia dziecka. Cierpi? To dobrze, jak cierpi to żyje. A jak się zmęczy w szkole, to w domu nie będzie rozrabiać.
Potem rodzice poszli dalej. Zaczęli żądać, aby hobbyści zrobili z ich dzieci liderów wyścigu o punkty - w ramach kompensacji własnych niepowodzeń. I powiedzieli: "Hobby, hobby, ale jakieś wymierne wyniki muszą być. Musimy się pochwalić wynikami w rankingach międzyrodzicowych, by pokazać, że dbamy o wyniki bardziej niż inni rodzice. Co znaczy, że jesteśmy lepszymi rodzicami. Zatem - więcej wymagajcie, mocniej kontrolujcie, róbcie więcej testów".
Co najbardziej zaskakujące, również hobbystom przestało wystarczać po prostu fajne spędzanie czasu z niedorosłymi i realizowanie swojego hobby. Zaczęli odpływać. Niektórym zaczęło się wydawać, że są misjonarzami Prawdy i że od tego co robią, zależy los ludzkości, a nawet kosmosu. Byli też tacy, którzy uznali, że produkują realne dobra, a na ich barkach spoczywa przyszłość światowej gospodarki. Część zaczęła się bawić w przodowników pracy i przystąpiła do licytowania, kto zrobi więcej sprawdzianów i wystawi więcej ocen.
Ponieważ uczniom nie chciało się wchodzić w takie role, bo chcieli sobie po prostu fajnie spędzić czas w towarzystwie rówieśników, hobbyści musieli wprowadzić więcej przymusu. Zaczęli cisnąć uczniów, grożąc wstawieniem złych cyferek.
W każdym razie hobbyści powiedzieli uczniom: "Hobby, hobby, ale jakieś wymierne wyniki muszą być. Musimy się pochwalić wynikami w rankingach międzynauczycielskich, by pokazać, że dbamy o wyniki bardziej niż inni nauczyciele. Co znaczy, że jesteśmy lepszymi nauczycielami. Zatem - będziemy więcej wymagać, mocniej kontrolować, robić więcej testów".
W pewnym momencie nauczyciele zdecydowali się nawet na próbę sił. Uwierzyli, że mają atuty w ręku, że są jak górnicy i zaczęli żądać wyższych wynagrodzeń. Zapowiedzieli, że jak ich nie dostaną, to... nie będą sprawdzać testów. I co? Władza wysłała leśników i emerytów do wykonania tej mało skomplikowanej roboty. I skończyło się strajkowanie.
Nauczyciele zamiast wyciągnąć wnioski z tej próby sił, zamiast zacząć w szkole fajnie spędzać czas, zamiast po prostu zajmować się swoim hobby, zamiast dogadać się z uczniami, zamiast przestać przejmować się żądaniami pozostałych grup... zaczęli robić więcej testów (które muszą sprawdzać po nocach). Czyli de facto zaczęli jeszcze gorliwiej wypełniać wymagania władzy i rodziców. Po co? By pokazać, że nikt inny nie zrobi takich fajnych testów jak oni? Że nikt bardziej rygorystycznie nie oceni? By zasugerować, aby ich na przyszłość jednak nie zastępować leśnikami? Trudno powiedzieć. W każdym razie zaakceptowali nowe reguły gry narzucone przez najemców.
Podsumowując - system w obecnym kształcie będzie trwał, ponieważ odpowiada na potrzeby trzech silnych grup:
Władzy - dzieci musiały być zgromadzone i zamknięte w jednym budynku, aby ich rodzice mogli pracować, płacić podatki i utrzymywać elity. A skoro już je tam zamknięto, rządzący uznali, że szkoda zmarnować taką okazję i można poddać je indoktrynacji. Dlatego młodzi ludzie są obrabiani różnymi ideami, których wspólnymi mianownikiem jest wdrażanie do posłuszeństwa. "Państwo kochać trzeba i szanować, podatki płacić i robić, co władza każe. Zobaczcie - Mieszko przez centralizację wzmocnił państwo, Piłsudski słusznie zaprowadził rządy twardej ręki, a te anarchistyczne pomysły w stylu liberum veto spowodowały rozbiory".
Rodziców - podczas gdy idą do pracy, szkoła zagospodarowuje czas ich dzieciom, a przez to nie przeznaczają go na głupoty, typu granie w gry, oglądanie filmów czy rozwój swoich zainteresowań. Zamykane na 6-7 godzin w wyizolowanym budynku, z którego przynoszą pakiet zadań domowych, nie buntują się i nie nudzą, bo nie mają kiedy. Rodzice się cieszą, że ktoś ich pilnuje. Poza tym wierzą, że jak ich dzieci zdobędą papierek, to odniosą sukces w życiu (i będą mogły wziąć większy kredyt), dlatego są gotowi na wielkie poświęcenia, by współpracować z systemem.
Nauczycieli - skoro już zamknięto dzieci w wyizolowanym budynku, to ktoś musi ich pilnować. A kto się nada do tego lepiej jak ludzie, którzy mają trudno sprzedawalne na rynku hobby, a których zwiedziono obietnicami, że jak zdobędą papierek to odniosą sukces w życiu? Skoro już zdobyli papierki (niektórzy nawet kilkanaście) to nie po to, by pracować na kasie. W szkole mają małą, lecz stabilną pensję i faktyczną gwarancję zatrudnienia. I czerpią z tego dodatkową korzyść, bo mają dzięki temu możliwość opowiadania dzieciom o swoim hobby oraz prawo karania tych, które nie chcą słuchać tych opowieści i wykonywać ich poleceń.
I mamy zgodę społeczną. Dlatego system trwa. A wszystkie reformy służą tylko udoskonalaniu tego modelu (zwiększeniu efektywności dozorowania), a nie jego zmianie.