Nie dało się jej dłużej trzymać - mówi na przyjęciu weselnym Miriam Drobnoska, z zawodu korporacjonistka, która ma kłopot z określeniem, na czym konkretnie polega jej praca, ale pracuje bardzo dużo przy komputerze, haruje, nie dojada, nie dosypia, nadużywa makijażu i czerwonego wina.
Weź, nawet mi nie mów - włącza się Krzyś Drobnoski, mąż, handlujący globalnie m.in. kiełkami mung, zatrudniony w firmie ogrodniczej swojego wuja. Niedawno wrócił z wujem z pekińskich targów i zanim zeszło na dzieci, rozwlekle opowiadał o Chińczykach i sprycie, z jakim wykupują Europę Zachodnią na czymś w rodzaju dekadenckiej wyprzedaży garażowej wszystko po 5 euro. Ściągnięta pod brodę maska covidowa poruszała się wraz z grdyką Krzyśka.
Ale to przecież ty handlujesz mungiem - wtrącił ktoś przytomnie, a Krzyś ostentacyjnie nie dosłyszał, ponieważ nie znosi ataków sofizmatami, po prostu jest ponad to; złapał za gitarę pudłową i zagrał Mury. Z wyglądu i wymowności on alfa, ona beta, a dziecko ma półtora roku, zostało z nową nianią, żeby oni mogli na to wesele do przyjaciółki z pracy Miriam, pod Jabłonnę.
Miriam zęby ma czerwonawe, winem lub szminką, ale raczej winem, Krzyś pije mrożoną wódkę z chuchnięciem i trzaśnięciem, jak przedwojenny ułan w Ziemiańskiej; z iskrą w okularze zerka na mikrofon wodzireja, chciałby mu wyrwać i sam poprowadzić event.
Wyglądają na nawzajem adekwatnych względem swych aur i inteligencji, jakby nic między nimi nie zalegało myślowo.
Mówią: niania była z kastingu.
Przesłuchali i obejrzeli 11 pań, były wśród nich takie
z wadą wymowy,
z niedobrym błyskiem w oczach,
z niestarannym akcentem,
z pozostałością chyba egzemy na łokciach,
w złym i w dobrym obuwiu (zawsze patrzymy na buty),
jedna z trwałą pasemkowaną, co z góry ją przekreślało u Miriam,
jedna z przedmiejskim frenczem na paznokciach (śmiech Miriamki),
kilka Aborygentek (celowy nowosłów, przewrotny, nieurażający rdzennej ludności świata, a jednocześnie zachowujący całą pogardę dla czarnych, niskich i głupich dzikusów - Krzyś mruga okiem, bo chce być dobrze zrozumiany i dopowiedziany w punkt),
a dwie sprawiały obiektywne wrażenie niedomytych - sorry za dosadność, ale jak dokładnie tak było, to jak właściwie mają mówić?
Jedna baba była prawdziwym cyceronem - mówi Krzyś, zakreślając przy klatce piersiowej kopuły G, a piwna część mężczyzn się śmieje z maskami pod brodami, na czołach, na rękawach, jako poszetki.
Drobnoscy mówią szczerze, jak było:
pani Swieta ma skończone studia chemiczne, w swoich stronach pracowała jako technolog na fermie, w zjednoczeniu drobiarskim, ale tam, wiecie, bieda i wojna. Krzysiek Drobnoski straszy wszystkich Wołodią Putinem, jednocześnie nie mogąc ukryć podziwu dla Wołodii.
Miriam zaś mówi, że panią Swietę wiek dopadł, zbabciniała za szybko, straciła na kobiecości, interesowało ją już jedynie życie rodzinne i żeby innym czynić dobrze, bo sobie już nie, z siebie Swieta zrezygnowała, odchowując samotnie własne dzieci, ponieważ mąż zmarł na popromienną, prawdopodobnie po Czarnobylu, chociaż w akcie zgonu wpisali mu gruźlica, a w Swiecie się najwidoczniej zebrało tyle złogów uczucia, że przyjechała do Polski opiekować się cudzymi dzieciakami (tu wywiązuje się w westybulu domu weselnego rozmowa o Czarnobylu, bo Krzysztof dużo o tym czytał, a i sam oczywiście przeżył antypromienne picie płynu Lugola w podstawówce - jest starszy od Miriam o dekadę).
Przez rok pani Swieta wywiązywała się wzorowo z płatnej babciności u Drobnoskich, w apartamencie w Miasteczku Wilanów. Rodzice Oskarka w tym czasie, wiadomo, pracowali od rana do nocy, a czasem dłużej, bo czego się nie robi dla dziecka. (Krzyś długo mówi, jak się zmienił na lepsze przy dziecku, jak dojrzał i przejrzał na oczy, co dla niego teraz ważne, a co nieważne, i jak bardzo przed dzieckiem błądził wśród złudnych priorytetów życiowych, takich jak, weźmy, zakup subaru imprezy).
Raz Miriam przychodzi z pracy późno wieczorem zmachana i rozdrażniona, bo jej się coś nie zsumowało w komputerze do zera, a w domu ciepło, domowo, obiad gotowy, niania uśmiechnięta, a Oskarek szczęśliwy i do pani Swiety mówi mama, a do Miriam ciocia.
Miriam w płacz, Oskarek w płacz, Swieta poszła prać ręcznie, kompulsywnie, odkupiająco. Ale to jeszcze nic - nie omieszkuje Krzyś, już po wyłożeniu swoich aktualnych teorii na temat wychowywania dzieci przez wynajęte nianie w sposób etyczny i lojalny względem rodziców tych dzieci - najgorsze było, gdy raz Krzyś wraca do domu po długiej i wyczerpującej podróży zagranicznej w sprawie m.in. roślin spożywczych, a w domu cisza, ciepło, Swieta narobiła pierogów (bardzo dobre robiła, chociaż w opinii Krzysia ciasto wychodziło ciut twarde, a farsz w ruskich się tak jakby scementowywał) i okazuje się, że Oskarek już chodzi przy tej takiej specjalnej zabawce na kółkach, która się nazywa chodzik-pchacz.
No powiedzcie sami, ale tak z ręką na sercu,
czy ojciec już nie ma prawa
być przy pierwszych krokach dziecka
w dzisiejszych czasach?
Krzyś i Miriam (naprawdę Mirosława) nie przekreślają byłej chemiczki z byłego zjednoczenia drobiarskiego na Ukrainie - do dziecka nie polecają, ale Swieta chętnie podejmie się również sprzątania, ma wymagane szczepienia i homologacje, numer telefonu 691388xxx.
Powołujcie się na Drobnoskich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki