2 Inny Ypi
- Mais te voila enfin! On t'attend depuis deux heures! Nous nous sommes inquiétés! Ta m?re est déja de retour! Papa est allé te chercher a l'école! Ton fr?re pleure![3] - grzmiała ubrana na czarno wysoka, szczupła postać. Nini czekała na wzgórzu od ponad godziny. Pytała przechodniów, czy mnie widzieli. Wycierała nerwowo ręce o fartuch i mrużyła oczy, żeby wypatrzyć mój czerwony tornister. Wiedziałam, że babcia jest rozgniewana. Miała specyficzny sposób besztania ludzi - robiła to tak, by czuli się odpowiedzialni, przypominała im, że ich postępowanie wpływa na los bliźnich, a ich egoistyczne priorytety uniemożliwiają innym realizację własnych celów życiowych. Gdy kontynuowała swój francuskojęzyczny monolog, u stóp wzgórza pojawił się tata. Biegł zdyszany pod górę, trzymając swój inhalator dla astmatyków jak miniaturowy koktajl Mołotowa. Oglądał się za siebie, jakby się obawiał, że ktoś za nim idzie. Schowałam się za babcią.
- Skończyła sprzątać i wyszła ze szkoły - powiedział, podbiegając do Nini. - Próbowałem ją znaleźć, ale nigdzie jej nie widziałem. - Był zdenerwowany. Zatrzymał się, żeby skorzystać z inhalatora. - Zdaje się, że jest jakiś protest - wyszeptał i wykonał gest oznaczający, że resztę opowie dopiero w domu.
- Ona jest tutaj - powiedziała babcia.
Tata odetchnął z ulgą, ale gdy mnie zobaczył, spoważniał.
- Idź do swojego pokoju - rozkazał.
- To nie był protest. To byli uligani - wymamrotałam, idąc przez podwórko.
Zastanawiałam się, dlaczego tata użył tego innego słowa: "protest".
W domu zastałam mamę zajętą gruntownym sprzątaniem. Znosiła ze strychu przedmioty, których nie widzieliśmy od lat: worek z wełną, zardzewiałą drabinę i książki dziadka z czasów jego studiów. Widziałam, że ona też jest zdenerwowana. Miała taki zwyczaj, że koiła swoje niepokoje, znajdując sobie nowe domowe obowiązki. Im bardziej się denerwowała, tym ambitniejsza stawała się skala tych projektów. Gdy była na kogoś zła, nie odzywała się, tylko zaczynała łomotać garnkami, przeklinać sztućce spadające na podłogę, wyrzucać tacki z kuchennych szafek. Gdy była zła na samą siebie, przestawiała meble, przeciągała stół na drugą stronę pokoju, składała krzesła na kupę i zwijała dywan, żeby wyszorować podłogę.
- Widziałam uliganów - oznajmiłam, by podzielić się z nią moimi przeżyciami.
- Podłoga jest mokra - powiedziała groźnym głosem i trąciła moją kostkę końcem szczotki, dając mi do zrozumienia, że powinnam zostawić buty na zewnątrz.
- A może to nie byli chuligani - mówiłam dalej, rozwiązując sznurówki. - Może to byli protestujący.
Zatrzymała się i rzuciła mi puste spojrzenie.
- Jedyną chuliganką jesteś ty - odpowiedziała, unosząc szczotkę znad podłogi i machając nią dwa razy w kierunku mojego pokoju. - W naszym kraju nie ma protestów.
Mama zawsze była obojętna na sprawy związane z polityką. Dawniej interesowali się nimi tylko tata i babcia (jego mama). Często rozmawiali o rewolucji w Nikaragui i wojnie o Falklandy. Z entuzjazmem powitali wiadomości o rozpoczęciu negocjacji w sprawie zniesienia apartheidu w RPA. Tata mówił, że gdyby był Amerykaninem i został powołany do wojska, żeby walczyć w Wietnamie, odmówiłby służby. Często podkreślał, że mamy szczęście, ponieważ nasz kraj popierał Wietkong. Lubił sobie żartować z najbardziej tragicznych spraw, a moje koleżanki uwielbiały jego dowcipy na temat antyimperialistycznej polityki. Gdy zapraszałam je do siebie na noc i kładłyśmy się wieczorem na materacach rozłożonych na podłodze sypialni, tata wsuwał głowę przez uchylone drzwi i rzucał: "Pogodnych snów, obozie palestyńskich uchodźców!".
Jednak ostatnie wydarzenia w Europie Wschodniej, czyli, jak się u nas mówiło, w "bloku rewizjonistycznym", sprawiły, że poczuliśmy się jakoś inaczej. Trudno powiedzieć, na czym to polegało. Pamiętam mgliście, że we włoskiej telewizji usłyszałam coś o Solidarności. Wyglądało na to, że chodzi o protest robotników, a ponieważ żyliśmy w państwie robotniczym, pomyślałam, że byłoby interesujące, gdybym napisała o tym w biuletynie "informacji politycznych", który przygotowywaliśmy w szkole. Kiedy jednak spytałam o to ojca, powiedział:
- Nie sądzę, żeby to było ciekawe. Ale mam coś innego, o czym należałoby napisać w biuletynie. We wsi, w której pracuję, spółdzielnia przekroczyła wielkość produkcji zaplanowaną na bieżącą pięciolatkę. Z kukurydzą się nie udało, z pszenicą już tak. Wczoraj wieczorem mówili o tej spółdzielni w wiadomościach.
Gdy pojawiał się temat protestów, rodzice niechętnie odpowiadali na pytania. Okazywało się, że są albo zmęczeni, albo zirytowani, wyłączali telewizor bądź ściszali go tak, że nic nie można było usłyszeć. Wyglądało na to, że nikt nie podziela mojego zaciekawienia tą sprawą. Było oczywiste, że nie mogę oczekiwać od nich żadnych wyjaśnień i że rozsądniej poczekać na lekcję etyki w szkole, żeby zapytać panią Norę. Ona zawsze dawała jasne, jednoznaczne odpowiedzi. Mówiła o polityce z entuzjazmem, jaki moi rodzice okazywali tylko wtedy, gdy w jugosłowiańskiej telewizji pojawiały się reklamy mydeł i kremów. Kiedy tata widział w TV Skopje jakieś produkty do higieny osobistej, wołał natychmiast: "Reklama! Reklama!". Mama i babcia porzucały wtedy swoje kuchenne prace i biegły do pokoju, żeby w ostatnim momencie spojrzeć na piękną kobietę, która z rozkosznym uśmiechem na twarzy pokazywała, jak należy myć ręce. Jeśli pozwoliły sobie na chwilę zwłoki i pojawiły się już po zakończeniu reklamy, tata tłumaczył się, mówiąc: "To nie moja wina, wołałem was, ale przyszłyście za późno!". Wtedy zwykle zaczynała się kłótnia o to, że one nie zdążyły, ponieważ on nigdy nie pomaga im w domu. Kłótnia szybko przechodziła w obrzucanie się wyzwiskami, a wyzwiska mogły doprowadzić do walki, często z meczem jugosłowiańskich koszykarzy w tle, która trwała do chwili, gdy w telewizorze pojawiał się kolejny blok reklamowy. W mojej rodzinie kłócono się o wszystko. Z wyjątkiem polityki.
W sypialni znalazłam zapłakanego Laniego, mojego brata. Gdy mnie zobaczył, otarł łzy i zapytał, czy przyniosłam ciasteczka.
- Dzisiaj nie, poszłam inną drogą - odpowiedziałam. Wyglądał tak, jakby miał się znowu rozpłakać. - Muszę tu zostać. Żeby się zastanowić nad sobą. Chcesz posłuchać historii? O człowieku na koniu, który przypominał duszę świata, ale potem odrąbano mu głowę.
- Nie chcę jej słuchać - odpowiedział. Łzy znowu płynęły mu po twarzy. - Boję się. Boję się ludzi bez głowy. Chcę ciasteczka.
- Chcesz pobawić się w szkołę? - zaproponowałam, bo poczułam się nieco winna.
Lani skinął głową. Lubiliśmy bawić się w szkołę. Lani siadał przy moim stole i udawał nauczyciela. Notował coś, podczas gdy ja przygotowywałam pracę domową. Najbardziej podobały mu się lekcje historii. Najpierw uczyłam się na pamięć wydarzeń, a potem powtarzałam głośno tekst, dodając mu dramatyzmu dialogami prowadzonymi przez historyczne postaci, w które często wcielały się moje lalki.
Tamtego dnia postaci i wydarzenia były nam dobrze znane. Uczyliśmy się o okupacji Albanii przez włoskich faszystów podczas II wojny światowej, skupiając się na dziesiątym premierze kraju. Człowiek ten, przez panią Norę nazywany albańskim Quislingiem, był odpowiedzialny za rezygnację z niepodległości po ucieczce króla Zogu i poddanie Albanii Włochom. Panowanie Zogu i wszystko, co z niego wynikło, położyło kres albańskim aspiracjom, by stać się prawdziwie wolnym społeczeństwem. Po stuleciach niewoli w Imperium Osmańskim i dziesiątkach lat walki przeciwko wielkim mocarstwom, które zamierzały podzielić kraj, w 1912 roku patrioci ze wszystkich regionów zjednoczyli się, zapominając o religijnych i etnicznych podziałach, by walczyć o niepodległość. Niedługo później, opowiadała pani Nora, Zogu wyeliminował swoich przeciwników, zagarnął władzę i ogłosił się królem wszystkich Albańczyków. Był nim do czasu, gdy kraj dostał się, przy pomocy albańskich kolaborantów, pod okupację faszystów. 7 kwietnia 1939 roku, gdy zaczęła się włoska inwazja, wielu żołnierzy i zwykłych obywateli dzielnie walczyło z włoskimi okrętami wojennymi, broniąc się swoim ubogim uzbrojeniem przed pociskami artylerii do ostatniej kropli krwi. Ale inni Albańczycy - bejowie, obszarnicy i elity biznesu, czyli ci, którzy wcześniej służyli okrutnemu, eksploatującemu poddanych królowi - rzucili się, żeby witać siły okupacyjne i zająć stanowiska w nowej kolonialnej administracji. Niektórzy, w tym były premier, dziękowali nawet Włochom za uwolnienie kraju spod jarzma króla Zogu. Kilka miesięcy później premier zginął w wybuchu bomby lotniczej. Tego dnia tematem mojej lekcji historii było życie tego zdrajcy, który kolaborował z królem i poniósł śmierć jako faszystowski drań.
Kiedy mówiliśmy w szkole o faszyzmie, wszyscy byli podekscytowani. Prowadziliśmy ożywione dyskusje i pęcznieliśmy z dumy. Nauczyciele pytali, czy mamy jakichś krewnych, którzy walczyli w czasie wojny albo wspierali ruch oporu. Na przykład dziadek Elony w wieku lat piętnastu poszedł w góry i dołączył do partyzantów, by walczyć z włoskimi najeźdźcami. Po wyzwoleniu Albanii, w 1944 roku, przedostał się do Jugosławii, by wspomóc tamtejszy ruch oporu. Często przychodził do nas i opowiadał o swojej partyzanckiej przeszłości, a także o tym, że Albania i Jugosławia były jedynymi krajami, które zwyciężyły w wojnie bez pomocy aliantów. Inne dzieci wspominały dziadków oraz ich braci i siostry, którzy pomagali antyfaszystom, dając im żywność i schronienie. Czasem przynosiły do szkoły ubrania i przedmioty należące do krewnych, którzy w młodości oddali życie w walce: koszulę, ręcznie haftowaną chusteczkę, list wysłany do rodziny na kilka godzin przed egzekucją.
- Czy mamy jakichś krewnych, którzy uczestniczyli w walce z faszyzmem? - pytałam moją rodzinę.
Długo się zastanawiali, grzebali w rodzinnych fotografiach, konsultowali się z dalszymi krewnymi i wreszcie znajdowali - Baba Mustafa, czyli dziadek dalekiego kuzyna żony mojego stryja. Baba Mustafa miał klucze do meczetu. Pewnego dnia ukrył w nim grupę partyzantów, którzy zaatakowali nazistowski garnizon, gdy po wycofaniu się z Albanii Włochów zastąpili ich Niemcy. Pełna entuzjazmu opowiedziałam tę historię podczas lekcji.
- Wytłumacz jeszcze raz, jakie pokrewieństwo was łączy - powiedziała Elona.
- Ale co on robił w meczecie? Dlaczego miał klucze? - dowcipkowała Marsida.
- A co się stało potem z partyzantami? - chciała wiedzieć trzecia koleżanka, Besa.
Próbowałam odpowiedzieć na te pytania najlepiej, jak mogłam, ale prawda była taka, że nie znałam dość szczegółów, by zaspokoić ich ciekawość. Dalsza rozmowa stawała się zagmatwana, a potem krępująca. Po kilku takich wymianach zdań zarówno moje pokrewieństwo z Babą Mustafą, jak i jego wkład w walkę z faszyzmem okazywały się problematyczne albo mocno przesadzone. Na koniec trudno mi się było oprzeć wrażeniu, że nawet pani Nora uważa, iż jest on wytworem mojej wyobraźni.
Każdego 5 maja, czyli w dniu pamięci o bohaterach tamtej wojny, w naszej dzielnicy pojawiali się delegaci Partii, aby po raz kolejny złożyć kondolencje rodzinom męczenników i zapewnić, że dar krwi złożony przez ich bliskich nie poszedł na marne. Wyglądałam przez kuchenne okno i obserwowałam z pełną goryczy zazdrością moich znajomych, ubranych odświętnie, niosących wielkie bukiety świeżo ściętych czerwonych róż, wymachujących flagami i śpiewających partyzanckie pieśni, gdy prowadzili gości w stronę swoich domów. Ich rodzice wychodzili na ulicę, żeby uścisnąć dłonie przedstawicieli Partii, i wtedy wykonywano oficjalne fotografie. Kilka dni później do szkoły docierały albumy z tymi zdjęciami. Ja nie miałam nic do zaoferowania.
Nie dość, że w mojej rodzinie nie było żadnego męczennika sprawy socjalizmu, którego można by upamiętnić, to jeszcze albański Quisling, dziesiąty premier i zdrajca narodu, wróg klasowy, obiekt nienawiści i pogardy w naszych szkolnych dyskusjach, nazywał się tak samo jak ja i mój ojciec: Xhaferr Ypi. Co roku, gdy jego nazwisko pojawiało się w podręcznikach, musiałam cierpliwie wyjaśniać, że chociaż nazywamy się tak samo, nie jesteśmy spokrewnieni. Tłumaczyłam, że mój tata został nazwany po swoim dziadku, który - tak się złożyło - miał takie same imię i nazwisko jak nasz dziesiąty premier. Te rozmowy powtarzały się co roku. Nienawidziłam ich.
Czytając swoje zadanie z historii, wstrzymałam oddech, zastanowiłam się przez chwilę, zdenerwowałam, po czym wstałam z książką w ręku.
- Chodź ze mną - rozkazałam Laniemu. - To znowu o tym innym Ypi.
Poszedł za mną posłusznie, wciąż trzymając w ustach długopis, którym wcześniej rysował. Trzasnęłam drzwiami i pomaszerowałam do kuchni.
- Nie idę jutro do szkoły! - oznajmiłam.
Początkowo nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Mama, tata i babcia siedzieli tyłem do wejścia po jednej stronie dębowego stolika, na ustawionych obok siebie składanych krzesłach. Łokciami opierali się o blat, a dłońmi trzymali za skronie. Ich twarze były pochylone tak nisko, jakby mieli zaraz umrzeć. Wszyscy troje wyglądali na pochłoniętych dziwnym zbiorowym rytuałem, polegającym na oddawaniu czci tajemniczemu przedmiotowi zasłoniętemu przez ich głowy.
Oczekiwałam jakiejś reakcji na moje oświadczenie. Usłyszałam jedynie uciszające syknięcia. Stanęłam na palcach i wychyliłam się do przodu. Na środku stołu zobaczyłam radio.
- Nie idę jutro do szkoły!
Podniosłam głos i zrobiłam kilka kroków w głąb kuchni, trzymając książkę otwartą na stronie ze zdjęciem premiera. Lani tupnął nogą w podłogę i spojrzał na mnie porozumiewawczo. Tata odwrócił się gwałtownie z miną człowieka, który czuje się winny, bo przyłapano go na działalności wywrotowej. Mama wyłączyła radio. Zdążyłam jednak usłyszeć dwa ostatnie słowa: "polityczny pluralizm".
- Kto pozwolił wam wyjść z sypialni? - Pytanie taty zabrzmiało jak groźba.
- Znowu o nim piszą - powiedziałam, ignorując je. Wciąż mówiłam głośno, ale mój głos zaczął drżeć. - O tym Ypi, zdrajcy. Nie pójdę jutro do szkoły. Nie zamierzam tracić czasu na wyjaśnianie, że nie mamy nic wspólnego z tym człowiekiem. Mówiłam to już wszystkim i wciąż powtarzam. Ale oni nadal będą pytać i pytać, tak jakby mnie nie słyszeli, a mi kończą się już wyjaśnienia.
Wygłaszałam ten monolog już wcześniej, za każdym razem, gdy na lekcjach historii, literatury czy etyki pojawiał się temat faszyzmu. Rodzice zawsze zabraniali mi opuszczać szkołę. Wiedziałam, że tym razem też mi na to nie pozwolą. Nigdy nie potrafiłam im wyjaśnić, jak to jest, gdy czuję w klasie presję koleżanek i kolegów. I nigdy nie potrafiłam wyjaśnić koleżankom i kolegom, jak to jest żyć w rodzinie, w której przeszłość wydaje się nie mieć znaczenia, a liczą się jedynie rozmowy o teraźniejszości i plany na przyszłość. Nie potrafiłam też wyjaśnić samej sobie dręczącego mnie w tamtym czasie poczucia - umiem je wyartykułować dopiero teraz - że moje życie, w domu i poza nim, nie było tak naprawdę jednym życiem, lecz dwoma. Te życia czasem się uzupełniały i wzajemnie wspierały, częściej jednak zderzały z niezrozumiałą dla mnie rzeczywistością.
Rodzice patrzyli na siebie. Nini spojrzała na nich, a potem odwróciła się w moją stronę i powiedziała tonem, który miał być zarazem twardy i uspokajający:
- Oczywiście, że pójdziesz do szkoły. Nie zrobiłaś nic złego.
- My nie zrobiliśmy nic złego - poprawiła ją mama, po czym wskazała dłonią na radio, by dać mi do zrozumienia, że chce słuchać dalej i że moja obecność w kuchni nie jest już pożądana.
- Tu nie chodzi o mnie - nalegałam. - Tu nie chodzi o nas. Chodzi o zdrajcę. Gdybyśmy mieli bohatera, którego moglibyśmy czcić, opowiedziałabym o nim w klasie i wszyscy przestaliby mnie obsesyjnie pytać o moje związki z tym innym Ypi. Ale nie mamy w naszej rodzinie nikogo takiego. Nikogo, nawet wśród dalszych krewnych. Nikogo, kto kiedykolwiek próbowałby bronić naszej wolności. Nawet w tym domu nikt nigdy nie zadbał o wolność.
- To nieprawda - powiedział tata. - Ktoś o nią dba. Mamy ciebie. Ty to robisz. Ty jesteś bojowniczką, która o nią walczy.
Rozmowa toczyła się tak samo jak mnóstwo razy wcześniej. Babcia tłumaczyła, że opuszczanie lekcji z powodu nazwiska jest irracjonalne, tata próbował żartować, żeby zmienić temat, a mama myślała tylko o tym, by powrócić do zajęcia, które jej nietaktownie przerwałam.
Tym razem jednak wydarzyło się coś niespodziewanego. Mama odsunęła się od radia, wstała, spojrzała na mnie i rzuciła:
- Powiedz im, że Ypi nie zrobił nic złego.
Nini zmarszczyła brwi i popatrzyła na tatę, który próbując uniknąć jej wzroku, sięgnął po swój inhalator i zerknął zatroskany na mamę. Ale mama odpowiedziała mu ostrym spojrzeniem. Jej oczy pałały gniewem. Wyglądała na kogoś, kto świadomie postanowił zmącić wszystkim spokój. Nie zwracając uwagi na niemy wyrzut w oczach ojca, ciągnęła dalej:
- On nie zrobił nic złego. Czy był faszystą? Nie wiem. Może był. Czy bronił wolności? To zależy. Żeby być wolnym, trzeba być żywym. Może próbował ratować życie. Jakie szanse miała Albania w walce z Włochami? Faszyści już przejęli kraj. Kontrolowali rynek. To Zogu dał im udziały w największych państwowych firmach. Włoskie towary pojawiły się na długo przed włoską artylerią. Nasze drogi zostały zbudowane przez faszystów. Architekci Mussoliniego zaprojektowali rządowe budynki na długo przed tym, zanim zajęli je jego urzędnicy. To, co oni nazywają faszystowską inwazją...
Wykrzywiła twarz w sarkastycznym uśmiechu, wymawiając słowo "inwazja", i przerwała.
- To nie jest właściwy moment - wtrąciła się Nini i zwróciła do mnie: - Liczy się to, że ty nie zrobiłaś nic złego. Ty nie masz się czego obawiać.
- Kim są oni? - spytałam zbita z tropu i zaciekawiona słowami mamy.
Nie rozumiałam wszystkiego, co powiedziała, ale byłam zaskoczona długością jej wypowiedzi. Takie wykłady nie były w jej stylu. Pierwszy raz słyszałam mamę wygłaszającą opinie o polityce i historii. Nie wiedziałam, że ma jakiekolwiek.
- Mówią, że Zogu był tyranem i faszystą - kontynuowała, nie reagując na moje pytanie ani na ostrzeżenie babci. - Jeśli rządzi tobą jeden tyran, jaki sens ma przeciwstawianie się innemu? Jaki sens ma poświęcanie życia w obronie niepodległości kraju, który już jest okupowany, a niepodległy tylko z nazwy? Prawdziwymi wrogami ludu... Nie ciągnij mnie za rękaw - przerwała, zwracając się do taty, który podszedł do niej, ciężko oddychając. - Oni mówią, że był zdrajcą, no cóż...
- Kim są oni? - spytałam raz jeszcze, coraz bardziej zaintrygowana.
- Oni to... to... Mama ma na myśli rewizjonistów - wyjaśnił w jej imieniu tata, a potem zawahał się, nie wiedząc, co ma powiedzieć dalej, więc zmienił temat: - Prosiłem cię, żebyś poszła zastanowić się nad sobą do sypialni. Dlaczego z niej wyszłaś?
- Bo się zastanowiłam. Nie chcę iść do szkoły.
Mama prychnęła drwiąco. Odeszła od stolika i zaczęła tłuc garnkami oraz trzaskać wrzucanymi do zlewu sztućcami.
Następnego dnia rano Nini nie przyszła jak zwykle, by mnie obudzić i wysłać do szkoły. Nie powiedziała dlaczego. Wiedziałam, że coś jest inaczej, że wczoraj stało się coś, co musi zmienić mój sposób postrzegania własnej rodziny i rodziców. Trudno powiedzieć, czy to coś wiązało się jakoś z moim spotkaniem ze Stalinem, z audycją radiową albo z tym premierem, którego działalność, śmierć i obecność w moim życiu próbowałam bezskutecznie ignorować. Zastanawiałam się, dlaczego tata szeptał, rozmawiając z mamą o proteście. Dlaczego nie nazwał jego uczestników chuliganami? Zastanawiałam się również nad tym, dlaczego mama usprawiedliwia postępowanie faszystowskiego polityka. Jak mogła sympatyzować z ciemiężycielem ludu?
W kolejnych dniach protestów było coraz więcej. Teraz nawet państwowa telewizja tak je nazywała. Zapoczątkowane w stolicy przez studentów, rozprzestrzeniały się na resztę kraju. Krążyły pogłoski, że robotnicy szykują się do wyjścia z fabryk i dołączenia do młodych ludzi na ulicach. Coś, co zaczęło się od fali zamieszek wywołanych sytuacją gospodarczą, gdy studenci zbuntowali się z powodu braku żywności, niedogrzanych akademików i przerw w dostawie prądu do sal wykładowych, zamieniło się w coś innego - w żądanie zmiany, której istota była niejasna nawet dla tych, którzy się jej domagali. Prominentni akademicy, w tym byli członkowie Partii, udzielali niebywałych wywiadów rozgłośni Głos Ameryki, tłumacząc, że niezadowolenia studentów nie można sprowadzać do kwestii gospodarczych. W ich ruchu, wyjaśniali, chodziło o zerwanie z systemem jednopartyjnym i uznanie politycznego pluralizmu. Chcieli prawdziwej demokracji i prawdziwej wolności.
Dorastałam w przekonaniu, że rodzina podziela moją miłość do Partii, pragnienie służenia krajowi, pogardę dla wrogów oraz żal, że nie mamy żadnych wojennych bohaterów, których pamięć moglibyśmy czcić. Tym razem poczułam, że jest inaczej. Na moje pytania o politykę, kraj, protesty oraz prośby o wyjaśnienie, co się dzieje, rodzice odpowiadali krótko i wymijająco. Chciałam wiedzieć, dlaczego wszyscy domagają się wolności, skoro - jak mówiła pani Nora - byliśmy już jednym z najbardziej wolnych narodów świata. Kiedy wymawiałam w domu jej imię, rodzice przewracali oczami. Zaczęłam podejrzewać, że nie są osobami, po których można się spodziewać wyjaśnień, i że nie powinnam już im ufać. Nie chodziło tylko o to, że nie odpowiadali na pytania. Zastanawiałam się, w jakiej właściwie rodzinie się urodziłam. Zwątpiłam w nich, a zwątpienie to sprawiało, że słabło moje poczucie pewności tego, kim jestem.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.