Wołanie z oddali. Komisarz Erik Winter. Tom II - Ake Edwardson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 7

7

DYŻURNY WACHLO­WAŁ SIĘ podwój­nie zło­żo­nym for­mu­la­rzem, praw­do­po­dob­nie dru­kiem "Poszlaki w śledz­twie w spra­wach kar­nych dot. cięż­kich prze­stępstw". Papiery walały się wszę­dzie dookoła. W naj­bliż­szych dniach na biurko Win­tera miały tra­fić stosy takich dru­ków, wypeł­nio­nych zezna­niami tych, któ­rzy nie wie­dzieli albo "być może" wie­dzieli.

W nagrza­nym słoń­cem kory­ta­rzu czuć było zapach potu, w znaj­du­ją­cej się po lewej pocze­kalni śmier­działo kacem. Jakiś żar­tow­niś tuż obok ogło­sze­nia zachę­ca­ją­cego do wstę­po­wa­nia w sze­regi poli­cji kry­mi­nal­nej powie­sił obra­zek przed­sta­wia­jący plażę z palmą. Tuż pod nim nie­znany mu męż­czy­zna spał z otwar­tymi ustami. Z kącika spły­wała mu strużka śliny, cią­gnęła się aż do opar­cia obi­tej mate­ria­łem sofy. Wyglą­dało to jak jakaś sztuczka. Mógłby zro­bić z tego przed­sta­wie­nie, pomy­ślał Win­ter, wcho­dząc do windy. Wje­chał na trze­cie pię­tro, do swo­jego biura.

Wszedł i szybko prze­tarł twarz, prze­cią­ga­jąc rękami po zaro­ście na bro­dzie i policz­kach. Zmę­cze­nie minęło, kiedy wra­cał ze szpi­tala Östra. Adre­na­lina uszła z niego wraz ze stru­gami potu spły­wa­ją­cymi po ple­cach. To nie było zwy­kłe mor­der­stwo. Wie­dział to pod­świa­do­mie. Czuł to napię­cie, które być może będzie mu towa­rzy­szyć mie­sią­cami.

Prze­szedł znowu kory­ta­rzem, idąc do wspól­nej kuchni, w któ­rej pach­niało świeżo zapa­rzoną kawą. Napeł­nił kubek i stał przez chwilę bez ruchu, wpa­tru­jąc się w pora­nek za oknem. Druga fala dojeż­dża­ją­cych do pracy wypły­wała wła­śnie z Ulle­vi­mo­tet. Stru­mień samo­cho­dów roz­dzie­lał się, wpa­da­jąc w Ulle­vi­ga­tan i Sk?negatan. Win­ter sły­szał uliczny szum. Ter­mo­metr za oknem poka­zy­wał dwa­dzie­ścia sie­dem stopni, a zegar wska­zy­wał dopiero dwa­dzie­ścia po ósmej. Win­ter wie­dział jed­nak, że dla niego sezon pla­żowy się skoń­czył.

W sali kon­fe­ren­cyj­nej było pełno ludzi. Nie­któ­rzy - ci sie­dzący tam od początku - wyglą­dali na zmę­czo­nych. Pozo­stali cze­kali nie­cier­pli­wie, roz­parci na krze­słach. W innych oko­licz­no­ściach nastrój panu­jący w pokoju można by okre­ślić jako wycze­ki­wa­nie, ale w tej sytu­acji nie było to odpo­wied­nie słowo. Ring­mar napi­sał na bia­łej tablicy: WIZU­ALI­ZA­CJA MOR­DER­STWA. Win­ter stał z dłu­go­pi­sem w ręku, pró­bu­jąc w myślach zna­leźć słowo pasu­jące do atmos­fery spo­tka­nia. Atmos­fera była... pusta, jak nie­za­pi­sana kartka. Miał nadzieję, że uda im się zacho­wać na tyle pro­fe­sjo­nal­nie, żeby nie popeł­nić zbyt wielu błę­dów na początku. Za każ­dym razem czuł to samo.

Zatem widzimy się ponow­nie po let­nim wypo­czynku, pomy­ślał.

Napi­sał na tablicy: X.

- Mamy nie­zi­den­ty­fi­ko­waną kobietę. Około trzy­dzie­stu lat, praw­do­po­dob­nie udu­szona, zna­le­ziona mię­dzy trze­cią trzy­dzie­ści a trze­cią czter­dzie­ści pięć dziś rano przez męż­czy­znę, któ­rego będziemy jesz­cze prze­słu­chi­wać przed połu­dniem. W obec­nej chwili nie mamy wobec niego żad­nych podej­rzeń, ale, jak wie­cie, ni­gdy nie wia­domo.

- Jak zło­żył zawia­do­mie­nie? - zapy­tała Sara Helan­der. - Tra­fiło do nas od razu. Musiał mieć przy sobie komórkę.

- Tak, miał - odpo­wie­dział Ring­mar.

- Jak wszy­scy teraz - dorzu­cił Hal­ders.

- Czy możemy kon­ty­nu­ować? - spy­tał Win­ter i zamilkł, wpa­trzony w X na tablicy. Zaczął ryso­wać i jed­no­cze­śnie mówił: - Zna­le­ziono ją tutaj. - Zakre­ślił kół­kiem miej­sce, w któ­rym leżały zwłoki. - Póź­niej dokład­niej przyj­rzymy się mapie, na razie naszki­cuję wam tę oko­licę. Jeśli poje­dzie się dalej starą drogą na Bor?s, minie się prze­jazd pod auto­stradą i doje­dzie do skrzy­żo­wa­nia, z któ­rego odcho­dzi droga na Hele­ne­vik i Gun­nebo, ale o tym za chwilę. Tak więc kobietę zna­le­ziono tutaj - powtó­rzył, wska­zu­jąc nary­so­wane kółko. - W rowie, za któ­rym cią­gną się gęste zaro­śla docho­dzące do ulicy Kalvmos­sen, która łączy się z Gamla Bor?svägen. - Nary­so­wał boczną ulicę odbie­ga­jącą od J.A. Fager­bergs Väg.

- Tam prze­cież jest nasz dom let­ni­skowy - stwier­dził Hal­ders.

- Tak - powie­dział Win­ter. - Jak pew­nie więk­szość z was wie, kawa­łek dalej, przy tej dro­dze, znaj­duje się poli­cyjny ośro­dek sportu i rekre­acji.

- Tam wypra­wia­łem czter­dzie­ste uro­dziny - dodał Hal­ders. - Nie mieli tam wczo­raj jakiejś imprezy?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

DŁUGO SIE­DZIAŁA Z MAMĄ. Przy­snęła na moment na tyl­nym sie­dze­niu, ale potem znów usia­dła. W samo­cho­dzie było zimno. Mama uru­cho­miła sil­nik, a po chwili go zga­siła. Nie odpo­wie­działa na jej pyta­nie. Powtó­rzyła je, ale jej głos brzmiał szorstko, więc zamil­kła.

- Czemu jesz­cze go nie ma? - powie­działa mama, ale nie do niej, tylko gdzieś przed sie­bie. - Gdzież on się, na Boga, podziewa?!

Ktoś miał przyjść, żeby ją stąd zabrać i zawieźć do domu, ale się nie poja­wił. Chciała zostać z mamą, ale chciała też poło­żyć się do łóżka. Ściem­niało się i padał deszcz. Nie mogła wyj­rzeć na zewnątrz, bo szyby były zapa­ro­wane. Przy­su­nęła się do drzwi i wytarła szybę ręka­wem swe­tra. Obok prze­jeż­dżały samo­chody, a ich świa­tła wpa­dały do środka.

- Czemu nie możemy już jechać? - zapy­tała.

Mama nie odpo­wie­działa, zapy­tała więc jesz­cze raz.

- Cicho - odparła mama.

Nie odzy­wała się wię­cej. Bała się, bo głos dobie­ga­jący z przed­niego sie­dze­nia był bar­dzo szorstki. Mama powie­działa kilka brzyd­kich słów. Sły­szała je już wiele razy, nie zro­biły więc na niej wra­że­nia. Sama już uży­wała takich słów i ni­gdy nie spo­tkało ją za to nic strasz­nego. Wie­działa jed­nak, że z jakie­goś powodu nie powinno się tak mówić.

Deszcz bęb­nił o dach. Pam-para­ram-pam-pam. Dość długo odtwa­rzała ten dźwięk w myślach, zaczęła go wybi­jać pal­cami na sie­dze­niu obok sie­bie: pam-para­ram-pam-pam.

- Na Boga - powie­działa mama i powtó­rzyła to jesz­cze wiele razy. - Zostań tu - dodała i otwo­rzyła przed­nie drzwi. - Musisz tu zostać, a ja pójdę zadzwo­nić - rzu­ciła, a ona tylko poki­wała głową z ciem­nego kąta na tyl­nym sie­dze­niu. - Ledwo cię widzę - powie­działa mama. - Musisz mi odpo­wie­dzieć.

- Dokąd idziesz?

- Pójdę tylko zadzwo­nić z budki tele­fo­nicz­nej za rogiem. To potrwa chwilę.

- Gdzie to jest? Nie mogę iść z tobą?

- Masz tu zostać! - odparła mama tym nie­mi­łym gło­sem, więc odpo­wie­działa, że dobrze, a mama zatrza­snęła drzwi, tak że kro­ple desz­czu ochla­pały ją na tyl­nym sie­dze­niu.

Sie­działa nie­ru­chomo i nasłu­chi­wała odgłosu kro­ków. Wyda­wało jej się, że sły­szy, jak buty mamy ude­rzają o nawierzch­nię: klike-tik-klike-tik-klike-tik-klak. To mógł być ktoś inny, ale nic nie widziała. Była mgła.

Aż pod­sko­czyła, kiedy mama wró­ciła.

- Nikt nie odbiera! - powie­działa, czy raczej krzyk­nęła. - Dobry Boże, już wyje­chali. - Włą­czyła sil­nik i ruszyły.

- Jedziemy już do domu?

- Już nie­długo - odparła mama. - Ale naj­pierw musimy zro­bić jesz­cze jedną rzecz.

- Ja chcę do domu.

- Poje­dziemy do domu, tylko naj­pierw musimy coś zro­bić - odpo­wie­działa mama i zatrzy­mała samo­chód. Prze­sia­dła się na tylne sie­dze­nie, usia­dła obok niej. Miała mokrą twarz.

- Mamo, jesteś smutna?

- Nie, to kro­ple desz­czu. Posłu­chaj. Musimy naj­pierw poje­chać do jed­nego domu i zabrać stam­tąd kilku wuj­ków. Sły­szysz, co mówię?

- Mamy zabrać kilku wuj­ków.

- Tak. Kiedy przy­je­dziemy, wuj­ko­wie zaczną biec i to będzie gra, w którą musimy z nimi zagrać. Nie zatrzy­mamy samo­chodu tak do końca i kiedy dobie­gną, będą musieli wsko­czyć do środka. Rozu­miesz?

- Będą musieli wsko­czyć do środka?

- Będziemy jechać powoli, oni wsko­czą, a potem odje­dziemy.

- Czy potem już poje­dziemy do domu?

- Chwilę potem.

- Ja już chcę do domu.

- Poje­dziemy do domu, ale naj­pierw musimy zagrać w tę grę.

- Nie możemy zagrać w nią jutro, kiedy będzie jaśniej? Jestem zmę­czona. To głu­pia gra.

- Musimy to zro­bić teraz. A naj­waż­niej­sze jest to, że musisz się wtedy poło­żyć na pod­ło­dze. Masz się poło­żyć na pod­ło­dze, kiedy ci powiem. Rozu­miesz?

- Dla­czego?

Mama patrzyła na nią, co chwila zer­kała na zega­rek. Było ciemno, ale i tak go widziała.

- Dla­tego że wuj­ko­wie będą bie­gli tak szybko, że inni, któ­rzy się z nami nie bawią, może też będą chcieli wsko­czyć do samo­chodu. Mogą ci zro­bić krzywdę. Dla­tego masz się poło­żyć na pod­ło­dze za moim sie­dze­niem.

Poki­wała głową.

- Chcę, żebyś teraz spró­bo­wała.

- Ale mówi­łaś, że...

- Kładź się!

Mama objęła ją bar­dzo, bar­dzo mocno, aż zabo­lała ją szyja. Poło­żyła się na pod­ło­dze. Śmier­działo, było zimno i mokro. Trudno jej było oddy­chać. Leżała przy­tu­lona do zim­nej pod­łogi i kasz­lała. Bolało ją ramię.

Mama wró­ciła na swoje miej­sce i uru­cho­miła sil­nik, a ona z powro­tem usia­dła. Jechały przez jakiś czas, a potem mama znów kazała jej poło­żyć się na pod­ło­dze.

- Zaczyna się gra?

- Tak. Jesteś już na dole?

- Tak. Już się scho­wa­łam.

- Nie wolno ci się pod­no­sić. To może być bar­dzo nie­bez­pieczne - powie­działa mama, a póź­niej jesz­cze przez chwilę mówiła o tym, co nie­bez­piecznego może się stać. - Musisz też być cicho.

To głu­pio, że gra jest nie­bez­pieczna, pomy­ślała, ale nie miała odwagi tego powie­dzieć.

- Cicho! - powie­działa mama nie­mi­łym gło­sem, cho­ciaż ona nic nie mówiła.

Leżała bez ruchu i wsłu­chi­wała się w dźwięk dobie­ga­jący z dołu. Miała wra­że­nie, jakby leżała na dro­dze: ska­keti-ska­keti-skak, bul­teli-bul­teli-bul. Kiedy samo­chód zwol­nił, znów zaczęła powta­rzać w myślach ten ryt­miczny wier­szyk. Ska­keti-ska­keti-skak... i nagle usły­szała krzyk, potem następny. Mama gło­śno do kogoś wołała. Ktoś otwo­rzył drzwi nad jej głową. Poczuła, że przy­gniata ją coś cięż­kiego, chciała krzy­czeć, ale nie mogła. Sły­szała, jak drzwi się otwie­rają i zamy­kają, a potem znowu otwie­rają i znowu zamy­kają. Kiedy drzwi z przodu trza­snęły po raz kolejny, roz­legł się huk. Brzmiało to jak fajer­werki, jakby nagle deszcz zaczął ude­rzać w samo­chód o wiele, wiele moc­niej. Zoba­czyła, że szyba w drzwiach tuż nad nią popę­kała, ale się nie roz­pa­dła. Szkło nie posy­pało się ani na nią, ani na tylne sie­dze­nie.

Wszy­scy krzy­czeli, nie mogła jed­nak zro­zu­mieć, co mówią. Na próżno nasłu­chi­wała głosu mamy. Chciała wstać, ale nie mogła. Samo­chód się zako­ły­sał i skrę­cił gwał­tow­nie, a potem ruszyli. Spod spodu dobie­gał dziwny odgłos, jakby krzyk. Leżała nisko, więc go sły­szała. Sły­szała też wujka, który sie­dział na tyl­nym sie­dze­niu. Miała wra­że­nie, że pła­cze. Dziw­nie było sły­szeć pła­czą­cego wujka. Pomy­ślała, że ta gra w ogóle jej się nie podoba. Bała się, ale nie chciała się ruszać. Pró­bo­wała się sku­pić na swoim wier­szyku: ska­keti-ska­keti-skak...

Rozdział 1

1

ERIK WIN­TER OBU­DZIŁ SIĘ PÓŹNO. Był owi­nięty prze­ście­ra­dłem, więc zaczął się wier­cić. W końcu udało mu się wyplą­tać z pościeli. Przez drzwi bal­ko­nowe widać było wiszące na nie­bie słońce. Miesz­ka­nie już się ogrzało.

Usiadł na rogu łóżka i prze­je­chał dło­nią po zaro­śnię­tej twa­rzy. Głowę miał ciężką od nie­spo­koj­nego, prze­ry­wa­nego snu. Sie­dział z zamknię­tymi oczami i nie myślał o niczym. W nocy budził się co godzinę, ocie­rał pot z czoła, popra­wiał poduszkę i prze­ście­ra­dło. Dwa razy wsta­wał, żeby wypić dużą szklankę wody. Wsłu­chi­wał się w dźwięki nocy. Tego lata sły­chać je było bez prze­rwy.

Pod­niósł się wresz­cie i prze­szedł po drew­nia­nej pod­ło­dze do łazienki. Sta­nął pod prysz­ni­cem i cze­kał, aż woda zrobi się tro­chę cie­plej­sza. Tchórz ze mnie, pomy­ślał. Kiedy byłem młod­szy, wcho­dzi­łem pod pierw­sze lodo­wate stru­mie­nie, jak na faceta przy­stało.

Namy­dlił ciało. Lewą ręką chwy­cił się za kro­cze i poczuł, jak jądra i penis tward­nieją mu w dłoni.

Przed­wczo­raj Angela wró­ciła do domu po podwój­nym dyżu­rze w szpi­talu. Nad ranem się kochali. Znów poczuł się młody i silny, a pło­mienny orgazm prze­szy­wał całe jego ciało tak długo, że aż krzy­czał. Sły­szał, jak krzyk odbija się mię­dzy nimi echem. Na twa­rzy czuł jej pot, a jego smak przy­po­mi­nał mu sól, którą czuł na języku, gdy latem ska­kał z klifu i nur­ko­wał w morzu.

Póź­niej leżeli obok sie­bie bez ruchu. Kiedy się pod­niósł, miał wra­że­nie, że rusza się nie­mrawo jak sta­rzec. Angela leżała na boku i patrzyła na niego, a on po raz kolejny podzi­wiał miękki zarys jej bio­der, przy­po­mi­na­jący górę wzno­szącą się nad kra­jo­bra­zem. Twarz czę­ściowo prze­sła­niały jej włosy, mokre, a przez to deli­kat­nie ciem­niej­sze u nasady.

- Wydaje ci się, że to ty mnie wyko­rzy­stu­jesz, ale jest na odwrót - powie­działa i zaczęła powoli krę­cić pal­cem w gęstych wło­sach na jego tor­sie.

- Prze­cież tu nikt nikogo nie wyko­rzy­stuje - odpo­wie­dział.

- W naszych krót­kich, peł­nych pasji spo­tka­niach cho­dzi przede wszyst­kim o zaspo­ka­ja­nie moich potrzeb.

- Dobrze, że mi to pani wyja­śniła, pani dok­tor.

- Doszłam jed­nak do wnio­sku, że potrze­bu­jemy cze­goś wię­cej niż seksu.

- Co to za bzdura?

- To, że potrze­bu­jemy cze­goś wię­cej niż seksu?

- Nie, to, że potrze­bu­jemy tylko seksu, że nie robimy nic poza tym.

- A co takiego robimy? - zapy­tała i zdjęła rękę z jego torsu.

- Cóż to za pyta­nie? Prze­cież robimy wiele róż­nych rze­czy.

- Takich jak...

- Na przy­kład teraz roz­ma­wiamy. Roz­ma­wiamy o naszym związku.

- To chyba pierw­szy raz - powie­działa i usia­dła. - Jedna roz­mowa na dzie­sięć sto­sun­ków.

- Teraz chyba żar­tu­jesz.

- Może, ale jeśli nawet, to tylko tro­chę. Ja chcę cze­goś wię­cej.

- Czego?

- Wiesz, o czym mówię, Eriku. Roz­ma­wia­li­śmy już o tym.

- O mojej doj­rza­ło­ści.

- Wła­śnie.

- O tym, że wresz­cie powi­nie­nem doj­rzeć jako męż­czy­zna i wziąć odpo­wie­dzial­ność za rodzinę, któ­rej jesz­cze nie mam.

- Masz prze­cież mnie - powie­działa, znów na niego spo­glą­da­jąc.

- Prze­pra­szam, wiesz, o co...

- Nie, wła­ści­wie to nie do końca wiem, o co ci cho­dzi. Taki układ już mi nie wystar­cza.

- Nawet jeśli możesz mnie wyko­rzy­sty­wać?

- Nawet.

- Nawet jeśli to przede wszyst­kim twoje potrzeby będą zaspo­ka­jane?

- Wygłu­pia­łam się tylko, mówiąc to. Nie­po­trzeb­nie. Teraz będziesz miał kolejny temat do żar­tów.

- Angela, daj spo­kój. Dobrze, już jestem poważny.

- Nie zawsze będziesz młody, Eriku, już zaczą­łeś się sta­rzeć. Pomyśl o tym.

- Już o tym myśla­łem.

- Pomyśl o tym. I o nas.

Miał trzy­dzie­ści sie­dem lat i był komi­sa­rzem jed­nostki śled­czej komendy rejo­no­wej. Został nim w wieku trzy­dzie­stu pię­ciu lat, co było rekor­dem w Göteborgu i w Szwe­cji, ale dla niego awans ozna­czał jedy­nie to, że nie musiał już wyko­ny­wać czy­ichś roz­ka­zów tak czę­sto jak kie­dyś.

Wcze­śniej w pracy czuł się młody i silny, teraz zaczęły go dopa­dać wąt­pli­wo­ści. Wyda­wało mu się, że w krót­kim cza­sie posta­rzał się o pięć, dzie­sięć lat. Sprawa, nad którą pra­co­wał ostat­niej wio­sny, wyczer­pała go tak bar­dzo, że kiedy ją roz­wią­zał, latem, zasta­na­wiał się, czy da radę na­dal być poli­cjan­tem i swego rodzaju aktywną prze­ciw­wagą dla pano­szą­cego się zła.

Na początku lata wziął tydzień urlopu i spę­dził go, wędru­jąc w pro­mie­niach pół­noc­nego słońca po bez­kre­sach Lapo­nii. Wró­cił do pracy, ale chyba nie był już taki jak kie­dyś. Pró­bo­wał się zanu­rzyć w atmos­fe­rze lata i wol­nego czasu. Nie golił się. Włosy zakry­wały mu już uszy i rosły dalej, zbli­ża­jąc się do ramion. Jego wygląd wciąż się zmie­niał. Może teraz bar­dziej pasuje do mojego skom­pli­ko­wa­nego wnę­trza, pomy­ślał pew­nego dnia, sto­jąc przed lustrem, i zaci­ska­jąc wargi, wykrzy­wił twarz. Może dzięki temu będę wyglą­dał jak porządny glina.

Sie­dział sam przy kuchen­nym stole nad dwoma tostami i fili­żanką her­baty. Angela się poże­gnała i wró­ciła do sie­bie. Pot znów wystą­pił mu na czoło, kiedy panu­jący na zewnątrz upał zaczął się sączyć do środka przez żalu­zje. Była jede­na­sta. Kiedy przed chwilą spoj­rzał na umiesz­czony w zacie­nio­nym kącie bal­konu ter­mo­metr, wska­zy­wał dwa­dzie­ścia dzie­więć stopni. Z dru­giej puli urlopu zostały mu jesz­cze cztery dni. Posta­no­wił dalej korzy­stać z wypo­czynku.

W przed­po­koju zadzwo­nił tele­fon. Wstał, wyszedł z kuchni i pod­niósł słu­chawkę.

- Tu Steve, jeśli mnie jesz­cze pamię­tasz - powie­dział ktoś ze szkoc­kim akcen­tem.

- Jak mógł­bym zapo­mnieć ryce­rza z Croy­don?

Steve Mac­do­nald był komi­sa­rzem poli­cji, pra­co­wał w połu­dnio­wym Lon­dy­nie. Wio­sną pro­wa­dzili wspól­nie tę ostat­nią trudną sprawę. Zaprzy­jaź­nili się, tak przy­naj­mniej wyda­wało się Win­te­rowi. Pra­co­wali razem w Lon­dy­nie i w Göteborgu. Ostat­nio roz­ma­wiali w wio­senny wie­czór w miesz­ka­niu Win­tera, kiedy po zakoń­cze­niu sprawy wszy­scy pró­bo­wali się nawza­jem pocie­szać.

- To raczej ty jesteś ryce­rzem - powie­dział Mac­do­nald. - Masz błysz­czącą zbroję i całą resztę.

- To już chyba prze­szłość - odparł Win­ter.

- Co?

- Jestem nie­ogo­lony, a wło­sów nie obci­na­łem od mie­sięcy.

- Czy mia­łem na cie­bie aż taki wpływ? Ja byłem na Jer­myn Street i szu­ka­łem gar­ni­tu­rów Bal­des­sa­ri­niego. Pomy­śla­łem, że powi­nie­nem dodać sobie powagi. Gdy­byś został u nas w komen­dzie dłu­żej, zaczę­liby słu­chać two­ich roz­ka­zów.

- I jak poszło?

- Z czym?

- Zna­la­złeś gar­ni­tur?

- Nie. Zwy­kłych ludzi nie stać na ciu­chy, które ty nosisz. A pro­pos, muszę cię o to spy­tać jesz­cze raz: czy to prawda, że nie musisz cze­kać z zaku­pami do pierw­szego?

- Skąd ci to przy­szło do głowy?

- Sam tak mówi­łeś wio­sną.

- Naprawdę? Musia­łem być tak sku­piony na tym, co robi­li­śmy, że sam sie­bie nie słu­cha­łem wystar­cza­jąco uważ­nie.

- Czyli potrze­bu­jesz pen­sji?

- A jak myślisz? Mam tro­chę odło­żone w banku, ale nie aż tyle.

- Dobrze to sły­szeć.

- To ma jakieś zna­cze­nie?

- Nie wiem. Może. Po pro­stu chcia­łem wie­dzieć.

- To dla­tego zadzwo­ni­łeś?

- Wła­ści­wie to chcia­łem się dowie­dzieć, jak się masz. Wtedy, wio­sną, nie było łatwo.

- Nie było.

- Więc?

- Co?

- Jak leci?

- Jest gorąco. Mamy rekor­dowe tem­pe­ra­tury, cho­ciaż lato powinno się już skoń­czyć. A ja na­dal jestem na urlo­pie.

- Dzięki za pocz­tówkę z Alp.

- To z Gór Skan­dy­naw­skich w Lapo­nii, w Szwe­cji.

- Bez róż­nicy. I tak dzięki.

Zapa­dła cisza. Win­ter sły­szał rów­no­mierny szum uno­szący się nad roz­grzaną wodą. Mac­do­nald odchrząk­nął gło­śno.

- Ode­zwij się kie­dyś.

- Może wpadnę na Boże Naro­dze­nie zro­bić zakupy - odparł Win­ter.

- Co będziesz kupo­wał? Cygara? Koszule?

- Myśla­łem o dżin­sach.

- Uwa­żaj, bo sta­niesz się taki jak ja.

- Mógł­bym powie­dzieć to samo.

Poże­gnali się i Win­ter odło­żył słu­chawkę. Nagle zakrę­ciło mu się w gło­wie, chwy­cił się mocno kra­wę­dzi blatu. Po chwili zawroty ustały. Wró­cił do kuchni i wypił łyk zim­nej już her­baty. Zasta­no­wił się, czy zapa­rzyć nową, ale zre­zy­gno­wał i wstał, żeby odsta­wić naczy­nia do zlewu.

Ubrał się w szorty i baweł­niany T-shirt, na nogi wło­żył san­dały. Do kie­szeni T-shirta wci­snął port­fel i spraw­dził, czy w dru­giej kie­szeni ma pęk klu­czy, który wło­żył do niej wczo­raj. Komórkę celowo zosta­wił na noc­nej szafce.

Kiedy chwy­tał klamkę, usły­szał listo­no­sza. Wsu­nięte przez otwór w drzwiach listy spa­dły mu na stopy. Schy­lił się i przej­rzał pocztę: "Gazeta Poli­cyjna", dwa listy z banku, maga­zyn zapa­ko­wany w szarą kopertę oraz zawia­do­mie­nie o nadej­ściu prze­syłki o wadze prze­kra­cza­ją­cej kilo­gram, do odbioru w urzę­dzie pocz­to­wym przy Ave­nyn. Z całej tej sterty bia­łego papieru wyróż­niała się kolo­rowa pocz­tówka. Pod­niósł ją i obró­cił. To Mac­do­nald prze­sy­łał mu pozdro­wie­nia z wizyty w swo­ich rodzin­nych stro­nach, na pół­nocy Szko­cji. "My też mamy Alpy", pisał. Win­ter znów obró­cił kartkę i przyj­rzał się ośnie­żo­nemu szczy­towi wzno­szą­cemu się nad dom­kami. Wyglą­dały sta­ro­świecko, jakby z innej epoki.

Na twa­rzy czuł gorące powie­trze. Vasa­plat­sen poły­ski­wał, jakby ktoś roz­cią­gnął na nim szklane nici. Kilka osób stało w cie­niu na przy­stanku tram­wa­jo­wym po dru­giej stro­nie parku. Widać było tylko ich czarne syl­wetki.

Wycią­gnął rower z piw­nicy i poje­chał wzdłuż Vasa­ga­tan, a potem w prawo. Minął Skan­stor­get. Zanim doje­chał do Linnéplatsen, koszulkę miał mokrą od potu, ale było to miłe uczu­cie. Ple­cak obi­jał mu się o łopatki. Zamiast w kie­runku L?ngedrag posta­no­wił poje­chać na połu­dnie. Jechał w peł­nym słońcu w stronę plaży w Askim. Na plaży zro­bił sobie prze­rwę, napił się cze­goś zim­nego i ruszył dalej. Minął pole gol­fowe w Hov?s i doje­chał do Järkholmen. Zosta­wił rower wśród innych, sto­ją­cych wzdłuż ścieżki. Zszedł na dół, na nie­wielką plażę, i tak szybko, jak tylko się dało, zanu­rzył się w wodzie.

Leżał w słońcu i czy­tał, a kiedy było mu za gorąco, wcho­dził do wody. Miał urlop i wła­śnie tak chciał spę­dzać wolny czas tego lata. Lubił to uczu­cie sucho­ści na sto­pach, kiedy otrze­py­wał je z pia­chu i wkła­dał san­dały, gdy po połu­dniu zbie­rał się do domu, a słońce świe­ciło nisko, z lewej strony. Spra­wiało mu to przy­jem­ność i chciał, żeby to trwało jesz­cze tro­chę, bo było dla niego sym­bo­lem wszyst­kiego, co na świe­cie dobre.

Rozdział 2

2

ANE­CIE DJA­NALI ZŁA­MANO KOŚĆ ŻUCHWY chwilę po pół­nocy. Spa­ce­ro­wała wzdłuż Östra Hamn­ga­tan, wokół było pełno ludzi. Nie była na służ­bie, ale nawet gdyby była, nie mia­łoby to więk­szego zna­cze­nia, ponie­waż Aneta, jako inspek­torka wydziału śled­czego, w godzi­nach pracy nie nosiła mun­duru.

Była z przy­ja­ciółką. We dwie zauwa­żyły bija­tykę w ciem­nej, odcho­dzą­cej w bok Kyr­ko­ga­tan. Zoba­czyły, że trzech męż­czyzn bije i kopie kogoś leżą­cego na ziemi. Aneta krzyk­nęła i zro­biła kilka kro­ków w ich kie­runku. Męż­czyźni pod­nie­śli wzrok, po czym pode­szli do Anety i jej przy­ja­ciółki. Dzie­sięć sekund póź­niej jeden z nich, mija­jąc Anetę, ude­rzył ją w twarz. Ude­rzył tylko raz i naj­pierw Aneta nic nie czuła, ale po chwili ból prze­szył całą głowę i klatkę pier­siową. Ten, który wymie­rzył jej cios, krzyk­nął coś o jej kolo­rze skóry, a kiedy upa­dła na zie­mię, poszli dalej. Aneta Dja­nali była czarna, ale po raz pierw­szy z tego powodu padła ofiarą prze­mocy.

Cały czas była przy­tomna. Pró­bo­wała coś powie­dzieć przy­ja­ciółce, ale nie mogła. Lis jest biała jak mało kto, pomy­ślała. Może dla niej to jesz­cze więk­szy szok niż dla mnie.

Wokół nie­prze­rwa­nie trwały festi­wa­lowe imprezy. Tłumy krę­ciły się mię­dzy sce­nami i namio­tami z piwem. Noc była cie­pła. Nad mia­stem uno­sił się zapach grilla i ludzi - na uli­cach czuć było alko­hol i pot. Pod­nie­sione głosy mie­szały się ze sobą i gdzieś w tej kako­fo­nii zgi­nął krzyk przy­ja­ciółki Anety. Spa­ce­ru­jąc po opa­no­wa­nym przez festi­wal mie­ście, mijały to miej­sce już trzeci raz tego wie­czoru. Do trzech razy sztuka, pomy­ślała Aneta Dja­nali, czu­jąc pod policz­kiem nie­równą powierzch­nię asfaltu. Ból w gło­wie nie był już tak silny. Widziała tylko nogi, mnó­stwo nóg w san­da­łach i w moka­sy­nach, a potem ktoś ją pod­niósł i zaniósł do samo­chodu. Domy­śliła się, że to karetka. Czuła, jak ktoś jej deli­kat­nie dotyka, a potem stra­ciła przy­tom­ność.

Fre­drik Hal­ders dowie­dział się o tym następ­nego dnia rano, kiedy o wpół do dzie­wią­tej przy­szedł do komendy. Był ostrzy­żo­nym na jeża gliną, który, ile­kroć nada­rzyła się ku temu oka­zja, dogry­zał innym, a naj­chęt­niej Ane­cie Dja­nali, i to z powodu jej koloru skóry i pocho­dze­nia. Cza­sami wycho­dził na rasi­stę i sek­si­stę, ale nie­wiele go to obcho­dziło. Był sam, odkąd roz­wiódł się trzy lata wcze­śniej. Bez prze­rwy wku­rzony i agre­sywny czter­dzie­stocz­te­ro­letni facet o cho­ler­nie pogma­twa­nym wnę­trzu, który powi­nien wresz­cie zro­zu­mieć, że musi z kimś poroz­ma­wiać. Ale: Fre­drik Hal­ders u psy­cho­te­ra­peuty? Wolałby już publicz­nie zwa­lić sobie konia. Wie­dział jed­nak, że ta nega­tywna ener­gia, która się w nim nagro­ma­dziła, może go zapro­wa­dzić na skraj prze­pa­ści. Poczuł to też teraz, kiedy usły­szał, co się przy­da­rzyło Ane­cie Dja­nali. Chciał... chciał... chciał, do kurwy nędzy, roze­rwać na strzępy tych pie­przo­nych skur­wy­sy­nów. Cho­dził wokół sali kon­fe­ren­cyj­nej, a Lars Ber­gen­hem, kiedy już wszystko mu opo­wie­dział, zamilkł.

- Są jacyś świad­ko­wie?! - krzyk­nął Hal­ders.

- Tak... - zaczął Ber­gen­hem.

- Gdzie?

- Przy­ja­ciół...

- Dawaj ją tu! - wrza­snął Hal­ders. - Zresztą pie­przyć to - rzu­cił i pod­szedł do drzwi.

- Dokąd idziesz?

- A jak, kurwa, myślisz?

- Jest pod nar­kozą, albo przy­naj­mniej była przez jakiś czas, kiedy nasta­wiali jej szczękę.

- Skąd wiesz?

- Przed chwilą gada­łem ze szpi­ta­lem.

- Czemu nie zadzwo­nili do mnie? - zapy­tał Hal­ders. - Takie coś może być nie­bez­pieczne. Może dojść do zaka­że­nia albo innego syfu. Powinni ją dać na inten­sywną opiekę.

Taa, ty oczy­wi­ście znasz się na tym lepiej niż leka­rze, pomy­ślał Ber­gen­hem.

- Prze­cież to ja naj­czę­ściej z nią współ­pra­cuję - powie­dział Hal­ders. - Ty pra­wie ni­gdy nie pra­co­wa­łeś z Anetą w tere­nie!

- Skąd mogli o tym wie­dzieć - odparł cicho Ber­gen­hem.

- Co?

- Nic.

- To co ze świad­kami? - zapy­tał Hal­ders.

- Pró­buję ci wła­śnie powie­dzieć, że przy­ja­ciółka Anety będzie tu za... - Ber­gen­hem spoj­rzał na zega­rek - za kwa­drans.

- Była tam?

- Tak.

- Ktoś jesz­cze?

- Wiesz, że trwa festi­wal. Były tam tłumy, a w takich sytu­acjach nikt ni­gdy nic nie widzi.

- Cho­lera - powie­dział Hal­ders. - Chyba się wypro­wa­dzę z tego pie­przo­nego mia­sta.

Ber­gen­hem nie odpo­wie­dział.

- Lubisz to mia­sto? - spy­tał Hal­ders. Na chwilę usiadł, potem wstał i znów usiadł.

Ber­gen­hem zasta­na­wiał się, co odpo­wie­dzieć. Fre­drik był zde­ner­wo­wany i nie było to nic nowego, ale tym razem było ina­czej, jakby jego gniew miał w sobie coś ze świę­to­ści. To było coś wię­cej niż współ­czu­cie dla kole­żanki z pracy. Za chwilę pew­nie poje­dzie do szpi­tala i niech Bóg ma w swo­jej opiece wszyst­kich kie­row­ców, któ­rzy będą go spo­wal­niać na świa­tłach.

- Nastały nowe czasy - powie­dział Ber­gen­hem. - To nowo­cze­sne, wie­lo­aspek­towe mia­sto.

- Wielo co? Co to, kurwa, zna­czy?

- Że znaj­dziesz tu i dobro, i zło - odparł Ber­gen­hem, uświa­da­mia­jąc sobie, jak banalne zda­nie wła­śnie wypo­wiada. - Nie można po pro­stu posłać całego mia­sta do dia­bła.

- Nie­długo trzeba będzie to zro­bić - powie­dział Hal­ders. - Czło­wiek spa­ce­ruje sobie po ulicy, a jakiś drań pod­cho­dzi i roz­wala mu głowę. Jakie tu masz aspekty? I gdzie niby to twoje wie­lo­aspek­towe mia­sto?

Ber­gen­hem nie odpo­wie­dział.

- Nie no, wiem, że są porządni i szczę­śliwi ludzie, i nie­które miej­sca są w porządku, i w ogóle, ale cho­dzi o to, że... cho­dzi o to... - dodał Hal­ders dziw­nie niskim gło­sem i odwró­cił się od Ber­gen­hema, wci­ska­jąc głowę w ramiona.

Ber­gen­hem zoba­czył, jak Hal­ders pod­nosi prawą rękę i prze­ciera twarz. Pła­cze, pomy­ślał. Albo zaraz zacznie. Czyli jest jesz­cze nadzieja dla Fre­drika. Ale wła­ści­wie to on ma rację, a już na pewno jeśli cho­dzi o to lato. Ile pro­wo­ka­cji mie­li­śmy w ostat­nim mie­siącu? Pięt­na­ście? To nie­mal jak przy­go­to­wa­nia do wojny, par­ty­zanc­kiej wojny mię­dzy ple­mio­nami Göteborga. Wczo­raj ucier­piała...

- Kto będzie gadał z tą babką? - Głos Hal­dersa dobiegł jakby z oddali. - Z jej przy­ja­ciółką?

- Ja i ty, jeśli chcesz - odpo­wie­dział Ber­gen­hem.

- Ty się tym zaj­mij - odparł Hal­ders. - Ja spa­dam do szpi­tala. A co z tym dru­gim bie­da­kiem? Tym, któ­rego też pobili?

- Żyje - powie­dział Ber­gen­hem.

Był znie­cier­pli­wiony i nie zauwa­żył nawet, że powie­trze wpa­da­jące przez nawiew jest cie­plej­sze od tego w samo­cho­dzie. Pot spły­wał mu po karku, ale nie zwra­cał na to uwagi.

Kiedy wszedł do sali, Aneta sie­działa na łóżku, czy raczej leżała, opie­ra­jąc się na podusz­kach. Oczy miała czer­wone, popę­kały jej naczynka. Chyba lepiej iść się uchlać, pomy­ślał Hal­ders. Twarz ma owi­niętą ban­da­żami. Dopiero co się obu­dziła, nie powinno mnie tu być.

Obok niej stał pla­sti­kowy kubek ze zgiętą wpół słomką. Przed jed­no­oso­bową salą, w któ­rej leżała, na szpi­tal­nym sto­liku stało dzie­sięć róż. Pie­lę­gniarka powie­działa, że nie chcieli ich wno­sić do środka ze względu na zagro­że­nie infek­cją. Główki kwia­tów pochy­lały się w kie­runku blatu. Nie nalali wody do wazonu czy co, pomy­ślał Hal­ders. To mogły być kwiaty ode mnie.

Wziął sto­łek i usiadł przy łóżku.

- Dorwiemy ich - powie­dział.

Leżała nie­ru­chomo. Potem zamknęła oczy i Hal­ders nie był pewien, czy nie zasnęła.

- Zanim wyzdro­wie­jesz, te dra­nie będą sie­dzieć. Prze­cież czarni oby­wa­tele też mają prawo cho­dzić po uli­cach po zapad­nię­ciu zmroku.

Nie zare­ago­wała. Hal­ders wpa­try­wał się w stertę podu­szek za jej ple­cami. Chyba nie było jej wygod­nie.

- W takiej chwili można pomy­śleć, że lepiej by było, gdy­byś została w domu, w Waga­dugu - powie­dział Hal­ders, powta­rza­jąc stary, dobrze znany im obojgu żart. Aneta Dja­nali uro­dziła się prze­cież w Göteborgu. - W Waga­dugu - powie­dział jesz­cze raz, jakby to słowo miało ukoić jego nerwy albo spra­wić, że Aneta poczuje się lepiej.

- Wła­ści­wie taka chwila już się nie powtó­rzy - ode­zwał się po kilku minu­tach mil­cze­nia. - Mogę powie­dzieć coś waż­nego, a ty mi nie prze­rwiesz i nie będziesz się wymą­drzać. Mam pole do popisu, mogę powie­dzieć, co myślę. Mogę ci wyja­śnić, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

Aneta otwo­rzyła oczy i rzu­ciła mu spoj­rze­nie, które dobrze znał. Obe­rwała, ale uszko­dzili jej tylko dolną część czaszki, pomy­ślał. To jest ta jedyna chwila, kiedy mogę dojść do słowa.

- Cho­dzi o utrzy­ma­nie kon­troli - powie­dział. - Kiedy zła­piemy tych skur­wy­sy­nów, będziemy się kon­tro­lo­wać tak długo, jak się da, a potem popeł­nimy jeden czy dwa błędy, poka­zu­jąc, że my też jeste­śmy ludźmi. Że gliny są ludźmi.

Jak, do licha, udaje jej się pić z tego kubka, pomy­ślał. Prze­cież w ban­dażu nie ma żad­nego otworu na słomkę. Czy te przed­mioty stoją tu tylko po to, żeby dobrze wyglą­dać? Czy nie dostaje wszyst­kiego, czego potrze­buje, w kro­plówce? I jak długo będzie tu leżeć?

- Mówią, że Win­te­rowi odbiło po tej ostat­niej spra­wie - powie­dział. - Cały urlop prze­cho­dził w obcię­tych dżin­sach i w T-shir­cie z napi­sem "Lon­don Cal­ling". Podobno był w komen­dzie, żeby zabrać papiery. Miał zarost i zapu­ścił włosy.

Aneta znów zamknęła oczy.

- Nie mogę się docze­kać ponie­działku - dodał. - Zbie­rzemy się wtedy wszy­scy, to zna­czy wszy­scy z wyjąt­kiem cie­bie, ale mogę poło­żyć coś na twoim krze­śle, jak­byś z nami była. - Pochy­lił się do przodu. - Na razie się kuruj. - Wcią­gnął powie­trze, wdy­cha­jąc ciężki zapach uno­szący się w sali. - Bra­kuje mi cie­bie - powie­dział.

Wstał i nie­po­rad­nie zabrał ze sobą sto­łek. Minął łóżko i wyszedł z pokoju. Na kory­ta­rzu zaj­rzał do wazonu z różami - był napeł­niony wodą. Dla­czego w takim razie kwiaty więdną?, pomy­ślał.

Win­ter nie cze­kał do ponie­działku. Kiedy zadzwo­nił do niego Ring­mar i od razu powie­dział, o co cho­dzi, natych­miast posta­no­wił zakoń­czyć urlop. Wcale nie z poczu­cia obo­wiązku. Prze­ciw­nie, było to ego­istyczne posu­nię­cie, może nawet ele­ment swego rodzaju tera­pii.

- Nie jesteś tu jesz­cze potrzebny - powie­dział Ring­mar.

- Mam dość leże­nia na plaży i otrze­py­wa­nia nóg z pia­chu - odparł Win­ter.

Po połu­dniu wszedł do swo­jego biura i pod­cią­gnął żalu­zje. W pokoju uno­sił się zapach pracy i kurzu. Blat biurka był pusty. Stan ide­alny, pomy­ślał. Może mogę być jak szef i na bla­cie nie trzy­mać nic, a raporty upy­chać do szu­flad.

Sture Bir­gers­son, szef wydziału śled­czego, był na tyle mądry, by całą odpo­wie­dzial­ność zrzu­cić na swo­jego zastępcę. Ozna­czało to, że to Win­ter dowo­dził trzy­dziestką poli­cjan­tów wal­czą­cych z prze­stęp­czo­ścią. Ofi­cjal­nie dawny Wydział Śled­czy został zastą­piony Jed­nostką Śled­czą Komendy Rejo­no­wej, ale w prak­tyce nic się nie zmie­niło. I tak na­dal zaj­mo­wali się tym samym: prze­mocą i kra­dzie­żami. Ci, któ­rzy wcze­śniej byli sier­żan­tami, zostali mia­no­wani aspi­ran­tami. Wresz­cie czło­wiek do cze­goś doszedł, stwier­dził Hal­ders, kiedy w 1995 roku wszy­scy zostali awan­so­wani. Cho­ciaż wyż­szy sto­pień nie ozna­czał wyż­szej pen­sji. A jed­nak teraz wycho­dzi się na nędzne ulice Göteborga z więk­szymi ambi­cjami, uwa­żał.

- Zamknij drzwi - powie­dział Win­ter, kiedy Ring­mar sta­nął w progu. - I jak? - zapy­tał, zanim Ring­mar zdą­żył usiąść na krze­śle po dru­giej stro­nie biurka.

- Spraw­dzamy już naj­gor­sze szu­mo­winy, ale mogli być spoza mia­sta - odpo­wie­dział Ring­mar.

- Tak sądzisz?

- Tak mówią. Poza tym panuje jakiś bała­gan. Nie wiem, ile wiesz, ale prze­cież oglą­dasz tele­wi­zję albo przy­naj­mniej słu­chasz wia­do­mo­ści. Mówią, że może to wszystko przez upały, a może przez coś innego.

- Te demon­stra­cje?

- Tak, ale nie tylko. W mie­ście aż kipi, w pew­nym sen­sie. W ostat­nim tygo­dniu mie­li­śmy ze dwa­na­ście przy­pad­ków gang­ster­skich pora­chun­ków. To wojna gan­gów albo jej począ­tek. No i bójki. Nie wiem, ile naro­do­wo­ści, włą­cza­jąc Szwe­dów, brało w nich udział. Paskud­nie to wygląda. Coś jest na rze­czy... nie wiem co... jakaś zawiść, agre­sja... coś, co spra­wia, że ludzie ata­kują innych albo nie­na­wi­dzą ich bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Mimo to pró­bu­jemy robić, co w naszej mocy. Może stoją za tym jakieś skur­wy­syny, które dole­wają oliwy do ognia, kie­rują tym, przy­naj­mniej po czę­ści.

Ber­til Ring­mar dowo­dził grupą zwia­dow­czą, którą two­rzyło dzie­się­cioro poli­cjan­tów mają­cych wtyczki w świe­cie prze­stęp­czym i któ­rej celem było kon­tro­lo­wa­nie zarówno zwy­kłych szu­mo­win, jak i prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej. Mieli "stać w pierw­szym sze­regu, pro­wa­dząc innych w stronę postępu", jak to okre­ślił Sture Bir­gers­son, kiedy prze­or­ga­ni­zo­wy­wano ich jed­nostkę.

- Prze­cież Anetę znają tro­chę w mie­ście - powie­dział Ring­mar. - Myślę, że gdyby nie cho­dziło o samo­obronę, nie posu­nę­liby się do zaata­ko­wa­nia kogoś z naszych.

- Może wła­śnie w tym rzecz - stwier­dził Win­ter.

- W czym?

- Wydaje nam się, że oni wie­dzą, że my wiemy, że oni wie­dzą, że myślimy, że ni­gdy by cze­goś takiego nie zro­bili, i może wła­śnie dla­tego to zro­bili.

Ring­mar nie odpo­wie­dział.

- Nie sądzisz?

- Tak, to kla­syczny pro­blem - odparł Ring­mar. - O ile dobrze cię zro­zu­mia­łem.

- Tak czy ina­czej, wra­ca­cie do punktu wyj­ścia?

- Na to wygląda.

Win­ter wpa­try­wał się w blat biurka. Było wypo­le­ro­wane na wysoki połysk, jakby sprzą­taczka gorącz­kowo je czy­ściła, kiedy tylko się oka­zało, że komi­sarz wraca wcze­śniej. Widział odbi­cie swo­jej twa­rzy. Włosy wyglą­dały jak kol­cza­sta otoczka przy­cze­piona do głowy. Z paczki scho­wa­nej w kie­szeni koszuli wycią­gnął krót­kie cygaro i zapa­lił je. Upu­ścił zapałkę. Opa­rzyła go w udo, poczuł szyb­kie ukłu­cie. Ring­mar zauwa­żył, że Win­ter ma na sobie szorty, ale nie sko­men­to­wał tego. Sam był ubrany w dłu­gie spodnie khaki. Wyglą­dają, jakby je kupił w skle­pie z wypo­sa­że­niem bry­tyj­skiej armii kolo­nial­nej, pomy­ślał Win­ter.

- Jeśli są stąd, znaj­dziemy ich - cią­gnął Ring­mar.

- Wie­rzysz w siły dobra? W naszych infor­ma­to­rów?

- Wie­rzę, że siły dobra ukryte w sze­re­gach sił zła zapro­wa­dzą nas wła­śnie do tych złych - odparł Ring­mar.

- Tych gor­szych - dodał Win­ter. - Tych najgor­szych.

- Przy­ja­ciółce Anety wydaje się, że może roz­po­znać któ­re­goś z nich - powie­dział Ring­mar.

- Mieli na sobie jakieś sym­bole nazi­stow­skie albo faszy­stow­skie?

- Nie. Z wyglądu zupełne nie­wi­niątka.

Win­ter strzep­nął popiół na dłoń. Ktoś pew­nie zwi­nął mu z biura popiel­niczkę, kiedy go nie było.

- Inni świad­ko­wie?

- Z tysiąc, ale tylko kilka osób ode­zwało się do nas po komu­ni­ka­cie. I nie są pewni, jak ci kole­sie wyglą­dali.

- Nie­wi­niątka, mówisz?

- Tak.

- Nie upły­nęła jesz­cze doba.

- Nie.

Roz­legł się dzwo­nek sto­ją­cego z pra­wej strony biurka tele­fonu.

- I jesz­cze ktoś dzwoni - powie­dział Win­ter i pod­niósł słu­chawkę. Wymam­ro­tał swoje nazwi­sko.

Ring­mar patrzył, jak Win­ter, zgar­biony i ze zmarsz­czo­nym czo­łem, wsłu­chuje się w głos dyżur­nego poli­cjanta. Rzu­cił kilka słów i się roz­łą­czył.

- Idzie tu jakiś koleś. Śle­dził ich - powie­dział.

- O kurwa. Czemu wcze­śniej się nie ode­zwał? - spy­tał Ring­mar.

- Chyba dziecko mu ciężko zacho­ro­wało w nocy.

- Gdzie jest?

- Zaraz tu będzie - powie­dział Win­ter. - A pro­pos, byłem w szpi­talu zoba­czyć Anetę. Spo­tka­łem Fre­drika. Wycho­dził aku­rat z jej sali i miał zaczer­wie­nione oczy.

- Aha - odparł Ring­mar.

Rozdział 3

3

WIN­TER WSTAŁ I POD­SZEDŁ DO OKNA. Na ple­cach miał mokry ślad od opar­cia krze­sła. Zatrząsł się, sta­jąc pod nawie­wem kli­ma­ty­za­cji. Ten dreszcz zimna, który prze­szedł go od środka, spra­wił, że lato tam, na zewnątrz, też wyglą­dało na chłodne. Przez okno, któ­rego nie można było otwo­rzyć, wyda­wało się szare. Niebo było nie­wy­raźne, a upalne powie­trze bez­gło­śnie wisiało nad mia­stem. Było przed­po­łu­dnie, a mało kto cho­dził po uli­cach. Na mura­wie sta­rego sta­dionu Ullevi usta­wiono zra­sza­cze.

Pomy­ślał o Ane­cie Dja­nali i zaci­snął prawą dłoń. Kiedy uświa­do­mił sobie, co jej się przy­da­rzyło, poczuł... agre­sję. To nagłe uczu­cie stało się jego czę­ścią. Może to pry­mi­tywna chęć zemsty, a może coś wię­cej. Powró­cił do swo­jego peł­nego agre­sji świata.

Odwró­cił się. Ring­mar wciąż sie­dział w biu­rze i patrzył na niego bez słowa. Jest ode mnie star­szy o pięt­na­ście lat i już zaczął wycze­ki­wać lep­szych cza­sów, pomy­ślał Win­ter. Może kiedy już prze­pra­cuje ostatni dzień, popły­nie łodzią do swo­jego domku let­ni­sko­wego na Vr?ngö i ni­gdy tu nie wróci.

- Co ozna­cza ten napis na koszulce? "Lon­don Cal­ling"? - spy­tał Ring­mar.

- To tytuł roc­ko­wej płyty. Mac­do­nald mi ją przy­słał.

- Roc­ko­wej? Prze­cież ty nie masz poję­cia o rocku.

- Sły­sza­łem jeden zespół. The Clash. Przy­słał mi ich płytę razem z T-shir­tem.

- The Clash?

- Po angiel­sku zna­czy star­cie.

- Cho­dziło mi o zespół. Co to za jedni? Potra­fisz odróż­nić hard rock od popu?

- Nie. Ale ich muzyka mi się podoba.

- Nie wie­rzę. Prze­cież ty lubisz Col­trane'a.

- Podoba mi się - powtó­rzył Win­ter. - Grali, kiedy mia­łem z dzie­więt­na­ście lat, ale i tak są bar­dzo współ­cze­śni.

- Czyli hard rock - stwier­dził Ring­mar.

Do pokoju wszedł świa­dek, na któ­rego cze­kali.

Zaczął opo­wia­dać. Na jego twa­rzy widać było napię­cie i zmę­cze­nie po nie­prze­spa­nej nocy. Prze­ży­cia ostat­nich godzin zosta­wiły w jego oczach wyraźny ślad nie­po­koju. W nocy jego dziecko doznało wstrząsu aler­gicz­nego. Ledwo unik­nęli tra­ge­dii. Win­ter coś do niego powie­dział.

- Prze­pra­szam, nie usły­sza­łem. Zakrę­ciło mi się w gło­wie.

- Powie­dział pan, że pan za nimi poszedł.

- Tak.

- Ilu ich było?

- Z tego, co widzia­łem, trzech.

- Jest pan pewien, że byli razem?

- Dwóch z nich cze­kało, pod­czas gdy ten trzeci... ten, który ją ude­rzył... cze­kali na niego. - Świa­dek prze­tarł oczy. - Przy­po­mi­nam sobie, że ten, który ude­rzył, był mniej­szy od pozo­sta­łych.

- Był niż­szy?

- Tak to wyglą­dało.

- I poszedł pan za nimi?

- Sze­dłem tak długo, jak się dało. Wszystko poto­czyło się bar­dzo szybko. Czło­wieka para­li­żuje, nie wia­domo, co zro­bić. Potem pomy­śla­łem, że to straszne, co zro­bili, i posze­dłem za nimi, żeby zoba­czyć, dokąd idą, ale na Kung­stor­get były tłumy ludzi, a póź­niej zadzwo­niła żona. Krzy­czała, że Astrid się dusi. Astrid to nasza córka.

- Tak - powie­dział Win­ter i spoj­rzał na Ring­mara. Ber­til miał dziecko. Win­ter nie, ale miał dziew­czynę, która stwier­dziła, że nie ma zamiaru dłu­żej cze­kać, aż on doj­rzeje do tego, żeby wziąć odpo­wie­dzial­ność za dziecko. Oświad­czyła mu to wczo­raj, zanim wyje­chała do mamy, żeby tam wyre­gu­lo­wać swój zegar bio­lo­giczny. Kiedy wróci, będę mógł usły­szeć, jak się prze­su­wają wska­zówki, pomy­ślał.

- Ale już w porządku - powie­dział męż­czy­zna, chyba sam do sie­bie. - Już w porządku z Astrid.

Win­ter i Ring­mar cze­kali. Powie­trze w pokoju krą­żyło powoli. Męż­czy­zna był ubrany w te same spodenki i koszulkę polo, które miał na sobie poprzed­niego wie­czoru. Na bro­dzie wid­niał cień zaro­stu, a jego oczy jakby zapa­dły się w głąb czaszki.

- Jeste­śmy wdzięczni, że przy­szedł pan do nas od razu po tym... przy­krym incy­den­cie... - powie­dział Win­ter. - Że przy­szedł pan pro­sto ze szpi­tala.

Sie­dzący naprze­ciwko niego świa­dek wzru­szył ramio­nami.

- Wiele osób w ogóle nie reaguje - odparł. - Ktoś łazi po uli­cach i bije innych. No prze­cież, do cho­lery, krew może czło­wieka zalać, jak się na to patrzy.

Win­ter cze­kał na dal­szy ciąg.

- To jak z tą durną gadką o imi­gran­tach, którą się sły­szy w pracy. Jakby popraw­ność poli­tyczna pozwa­lała mówić, że w kraju jest za dużo imi­gran­tów, uchodź­ców i czar­nych.

- Gdzie dokład­nie zgu­bił pan tę bandę? - zapy­tał Ring­mar.

- Przy Salu­hal­len, nie­da­leko Kung­sport­splat­sen. To zna­czy tuż przed wej­ściem na plac.

- Sły­szał pan, czy coś mówili?

- Ani słowa.

- Domy­śla się pan, skąd mogli być?

- Jak dla mnie mogli być i z pie­kła rodem.

- Czyli nie wie pan.

- Nie, ale to byli Szwe­dzi, praw­dziwi Szwe­dzi, jak to się mówi.

Zapy­tali go, jak wyglą­dali, więc ich opi­sał. Kiedy wyszedł, Win­ter zapa­lił kolejne cygaro i znów upu­ścił zapałkę na gołe udo.

- Zauwa­ży­łeś, że uważa Anetę za uchodźcę? - rzu­cił.

- Co masz na myśli? - zapy­tał Ring­mar.

- Zawsze będziemy dzie­lić ludzi na kate­go­rie, poko­le­nie za poko­le­niem. Bez względu na to, gdzie się uro­dzili.

- Tak.

- Wieczni tuła­cze.

- Co?

- Jest takie okre­śle­nie. Tak nazy­wają tych, któ­rzy w poszu­ki­wa­niu raju krążą od jed­nego pań­stwa do dru­giego, ale ni­gdzie ich nie wpusz­czają.

- Ładne okre­śle­nie - stwier­dził Ring­mar. - Takie roman­tyczne. Ale nie doty­czy naszej Anety.

- Nie, ale kiedy wresz­cie wpusz­czą ich do jakie­goś raju, co się dzieje? - powie­dział Win­ter i doga­sił cygaro w popiel­niczce, którą zna­lazł za zasłoną.

Na zewnątrz, na placu Ern­sta Fon­tella, powie­trze było cięż­kie od gorąca. Słońce stało w zeni­cie. Pot zaschnięty na ciele Win­tera znów zaczął spły­wać po ple­cach. Czuł, jak swę­dzą go pachwiny. Zało­żył oku­lary prze­ciw­sło­neczne, pod­szedł do samo­chodu i otwo­rzył drzwi. Źle wyli­czył kąt pada­nia cie­nia od drzew. Przed­nie sie­dze­nie było nagrzane nie do wytrzy­ma­nia. Oddy­cha­jąc powoli, usa­do­wił się i uru­cho­mił sil­nik. Włą­czył kli­ma­ty­za­cję.

Ruszył na wschód. Minął nowy sta­dion Ullevi i skrę­cił na podwó­rze dużej willi w Lund. Pies z sąsied­niej pose­sji uja­dał jak wście­kły. Win­ter sły­szał szczęk jego kol­czatki.

Wej­ście do domu było ocie­nione. Naci­snął dzwo­nek i cze­kał. Naci­snął jesz­cze raz, ale nikt nie otwie­rał. Zszedł ze scho­dów i skrę­cił w lewo, w asfal­tową ścieżkę. Czuł zapach rosną­cych obok krze­wów czar­nych porze­czek, ale też jakiś inny, któ­rego nie mógł roz­po­znać.

Za domem słońce odbi­jało się w tafli basenu. W powie­trzu czuć było chlor i ole­jek do opa­la­nia. Przy pół­noc­nej kra­wę­dzi basenu stał leżak, na któ­rym leżał nagi męż­czy­zna. Cięż­kie ciało całe miał opa­lone na inten­sywny kolor, odci­na­jący się na tle ręcz­nika, który miał chro­nić mate­riał leżaka przed potem i olej­kiem. Ręcz­nik był biało-nie­bie­ski i pod sto­pami męż­czy­zny wid­niał na nim napis "Swed­com". Win­ter zakasz­lał cicho i męż­czy­zna otwo­rzył oczy.

- Wyda­wało mi się wła­śnie, że coś sły­sza­łem.

- To dla­czego nie otwo­rzy­łeś?

- I tak wsze­dłeś.

- To mógł być ktoś inny.

- Ale nie­stety to ty - powie­dział męż­czy­zna, na­dal leżąc w tej samej pozy­cji. Jego obwi­sły penis spo­czy­wał na umię­śnio­nym udzie.

- Ubierz się i zapro­po­nuj mi coś do picia, Benny.

- Muszę to zro­bić w takiej kolej­no­ści? Naba­wi­łeś się homo­fo­bii?

- To kwe­stia este­tyki. - Win­ter rozej­rzał się za krze­słem.

Benny Ven­ner­hag, bo tak nazy­wał się męż­czy­zna, wstał i chwy­cił leżący na niskim stołku biały ręcz­nik, po czym wska­zał na basen.

- Tym­cza­sem możesz się wyką­pać.

Poszedł w kie­runku domu, a kiedy był na weran­dzie, odwró­cił się i powie­dział:

- Przy­niosę parę piw. Kąpie­lówki znaj­dziesz w schowku pod stoł­kiem. Fajny T-shirt, ale komu by się chciało jechać do Lon­dynu?

Win­ter ścią­gnął spodenki i T-shirt i zanu­rzył się w wodzie. Poczuł na skó­rze orzeź­wia­jący chłód. Zanur­ko­wał i prze­pły­nął na drugi koniec basenu. Z impe­tem prze­bił powierzch­nię wody i poło­żył się na ple­cach. Przez chwilę miał wra­że­nie, że słońce nie jest już tak bli­sko. Znów zanur­ko­wał i obró­cił się. Patrzył na niebo przez taflę wody. Wyglą­dała jak szklany dach. Sły­szał trzask wydo­by­wa­jący się z wyka­fel­ko­wa­nych ścian basenu, a może trzesz­czało mu w uszach? Długo nie wypły­wał, a kiedy wresz­cie to zro­bił, zoba­czył nad sobą twarz.

- Pró­bo­wa­łeś pobić rekord? - spy­tał Ven­ner­hag i schy­lił się nad kra­wę­dzią basenu, żeby mu podać piwo.

Win­ter odgar­nął włosy z czoła. Wziął od Ven­ner­haga butelkę i poczuł jej chłód w dłoni.

- Dobrze ci się wie­dzie - powie­dział, popi­ja­jąc piwo.

- Zasłu­guję na to.

- O tak, jak nikt inny.

- Po co ta iro­nia, komi­sa­rzu.

Win­ter pod­cią­gnął się i usiadł na kra­wę­dzi basenu.

- Kąpa­łeś się w majt­kach? Gdzie się podziały twoje klasa i styl?

Win­ter nie odpo­wie­dział. Wychy­lił piwo do dna i odsta­wił butelkę na jedną z płyt, któ­rymi obło­żono brzeg basenu. Potem zdjął mokre bok­serki i wło­żył szorty.

- Dosta­niesz ode mnie foliową torebkę na te mokre gatki - powie­dział Ven­ner­hag z uśmie­chem. Znów roz­wa­lił się na leżaku. Miał na sobie krót­kie spodnie khaki, opi­nały mu się na bio­drach.

- Kto tak urzą­dził moją Anetę? - zapy­tał Win­ter, odwra­ca­jąc się do Ven­ner­haga.

- O czym ty mówisz? - odparł Ven­ner­hag i się wypro­sto­wał.

- Dziew­czynę z mojego team... z mojego wydziału pobito wczo­raj w nocy i jeśli wiesz, kto to zro­bił, też chcę się dowie­dzieć - powie­dział Win­ter. - Teraz albo w naj­bliż­szym cza­sie.

- Takie zacho­wa­nie rów­nież nie jest w twoim stylu.

- Zmie­ni­łem się.

- Aha, to może...

- To poważna sprawa, Benny. - Win­ter się pod­niósł. Pod­szedł do leżaka i przy­kuc­nął. Jego twarz zna­la­zła się tuż przy twa­rzy Benny'ego. Czuł zapach alko­holu i olejku koko­so­wego. - Będę cię tole­ro­wał dopóty, dopóki będziesz wobec mnie uczciwy. Jeśli prze­sta­niesz być wobec mnie uczciwy, prze­stanę cię tole­ro­wać.

- O rany, a cóż by to miało ozna­czać?

- Koniec z tym wszyst­kim - powie­dział Win­ter z kamienną twa­rzą.

Ven­ner­hag rozej­rzał się po swo­jej posia­dło­ści.

- Co to za pogróżki? I skąd mam niby wie­dzieć, co się przy­tra­fiło two­jej współ­pra­cow­nicy?

- Znasz oso­bi­ście wię­cej szu­mo­win ode mnie - odparł Win­ter. - To nie pierw­szy atak na czar­no­skórą osobę, choć tym razem cho­dzi o czar­no­skórą poli­cjantkę.

- Zro­zu­mia­łem.

- Jesteś prze­stępcą i rasi­stą. Jeśli o czymś usły­szysz, chcę, żeby to tra­fiło do mnie. Powi­nie­neś się orien­to­wać.

- Jestem też twoim byłym szwa­grem - powie­dział Ven­ner­hag z uśmie­chem. - I nie chcę, żebyś tu przy­ła­ził i koza­czył.

Win­ter zła­pał go nagle za szczękę i ści­snął mocno.

- Zła­mali jej tę część twa­rzy - powie­dział, pochy­la­jąc się bli­żej i ści­ska­jąc jesz­cze moc­niej. - Czu­jesz, Benny? Czu­jesz ten ucisk?

Ven­ner­hag gwał­tow­nie odchy­lił głowę na bok i Win­ter go puścił.

- Odpier­do­liło ci, kurwa - stwier­dził Ven­ner­hag, roz­ma­so­wu­jąc sobie brodę i policzki. - Czemu to zro­bi­łeś? Powi­nie­neś się leczyć, naprawdę.

Win­te­rowi zakrę­ciło się w gło­wie. Przy­mknął oczy i w gło­wie usły­szał zgrzyt, pod­czas gdy Ven­ner­hag znów zła­pał się za brodę.

- Cho­lera - powie­dział Ven­ner­hag. - Nie powinni cię wypusz­czać na ulicę, ty pie­przony out­si­de­rze.

Win­ter otwo­rzył oczy i spoj­rzał na swoje dło­nie. Czy są jego? Przy­jem­nie było zaci­snąć palce na szczęce Ven­ner­haga.

- Chyba trzeba poga­dać z Lottą - stwier­dził Ven­ner­hag.

- Nie zbli­żaj się do niej - odpo­wie­dział Win­ter.

- Ona zresztą jest nie mniej wal­nięta od bra­ciszka.

Win­ter się pod­niósł.

- Zadzwo­nię do cie­bie za parę dni - powie­dział. - A ty tym­cza­sem zbie­raj infor­ma­cje.

- Miło cię było gościć, kurwa - odparł Ven­ner­hag.

Win­ter wci­snął mokre bok­serki do kie­szeni i wło­żył koszulkę. Wró­cił tą samą ścieżką, wsiadł do samo­chodu i poje­chał z powro­tem do mia­sta. Minął komendę i poje­chał do szpi­tala. Z samo­chodu mia­sto wyglą­dało tak, jakby pano­wał w nim chłód.

Zarząd zie­leni miej­skiej obsa­dził wej­ście do szpi­tala trzema pal­mami, ale przez przy­ciem­nione szyby mer­ce­desa Win­tera drzewa zda­wały się zama­rzać w doni­cach.

Wszedł do sali i zoba­czył Anetę. Zasty­gła, pró­bu­jąc się­gnąć po coś leżą­cego na sto­liku. W jej oczach dostrzegł zdzi­wie­nie. Szybko pod­szedł do łóżka i z uśmie­chem podał jej gazetę.

- Posie­dzę tylko chwilę - powie­dział. - Zacze­kam, aż naj­gor­szy upał zelżeje.

Rozdział 4

4

MAMY JUŻ TAM NIE BYŁO. Wołała ją, ale wujek powie­dział, że mama nie­długo przyj­dzie, więc cze­kała, nic nie mówiąc. Było ciemno, a nikt nie zapa­lił lampy. Czemu jej nie zapalą, skoro jest ciemno?, pomy­ślała. Sie­działa na krze­śle przy oknie i chciało jej się siku, ale wsty­dziła się do tego przy­znać, więc musiała wstrzy­my­wać. Przez to było jej jesz­cze zim­niej.

Przez szparę w zasło­nie widziała, że tuż za oknem rośnie las. Wiatr poru­szał gałę­ziami. W środku nie­ład­nie pach­niało. Swę­działa ją skóra pod bluzką. Mama powinna szybko przyjść.

Jeden wujek powie­dział coś do dru­giego, tego, który wła­śnie wszedł do domu. Przy­su­nęła się do ściany. Była głodna, ale bar­dziej doku­czał jej strach. Czemu, kiedy już stam­tąd odje­chali i kiedy te wszyst­kie straszne rze­czy wresz­cie się skoń­czyły, nie wró­cili do domu? To jeden z wuj­ków pro­wa­dził. Jeź­dził tam i z powro­tem pomię­dzy domami, a potem inny wujek wysko­czył z samo­chodu i wyniósł ją. Wsie­dli do dru­giego samo­chodu i szybko odje­chali. Kiedy odwa­żyła się pod­nieść wzrok, rozej­rzała się, ale mamy już nie było.

Mamo!, zawo­łała, ale wujek powie­dział, że mama zaraz przyj­dzie. Zawo­łała jesz­cze raz, ale wujek bar­dzo się zde­ner­wo­wał i ści­snął ją mocno za ramię. Był dla niej nie­miły.

Pła­kała i trzy­mała się za ramię, sie­dząc z wuj­kiem na tyl­nym sie­dze­niu. Potem zasnęła i pra­wie się obu­dziła, gdy się zatrzy­mali, a wujek wniósł ją do tego domu albo tego cze­goś, co wyglą­dało jak dom.

To nie są praw­dziwi wuj­ko­wie, pomy­ślała teraz. To pano­wie, któ­rzy krzy­czą i brzydko pachną. Sły­szała ich i rozu­miała, co mówią, kiedy nie mówili zbyt gło­śno.

- Co robimy z małą? - powie­dział jeden z nich, ale nie sły­szała, co odpowie­dział ten drugi. Mówił nie­wy­raź­nie, jakby nie chciał, żeby go usły­szała.

- Musimy zde­cy­do­wać jesz­cze dzi­siaj w nocy - stwier­dził ten, który mówił gło­śniej.

- Nie krzycz, kurwa, tak gło­śno - odparł drugi.

Pomy­ślała, że to dziwne, że tak powie­dział. Albo się krzy­czy i wtedy zawsze jest się gło­śno, albo się mówi nor­mal­nie.

- Idziemy do kuchni.

- A mała?

- Co?

- Co z małą?

- O co ci cho­dzi? Dokąd niby mia­łaby uciec?

Na­dal sie­działa przy oknie. Poszli sobie. Usły­szała pohu­ku­jącą w lesie sowę. Pod­cią­gnęła tro­chę zasłonę, żeby lepiej widzieć, i pod oknem zoba­czyła krzak. Zoba­czyła też samo­chód. Niebo nad drze­wami było już jaśniej­sze. Spoj­rzała w stronę pokoju, nie wypusz­cza­jąc zasłony z ręki. Wyglą­dało to tak, jakby przez okno wpadł do pokoju pro­mień świa­tła. Jakby ktoś trzy­mał latarkę, która tro­chę słabo świeci, pomy­ślała.

Stru­mień świa­tła padł na pod­łogę - coś leżało na środku pokoju. Kiedy puściła zasłonę, świa­tło znik­nęło i nie widziała już tego cze­goś. Znów chwy­ciła zasłonę i stru­mień znów padł na pod­łogę. Zoba­czyła coś, co wyglą­dało jak kawa­łek papieru.

Puściła zasłonę i wstała z krze­sła. Powoli ruszyła w tamtą stronę. Teraz widziała wię­cej niż przed­tem.

Pano­wie roz­ma­wiali gdzieś za ścianą. Miała wra­że­nie, że są daleko. Uklę­kła i zaczęła po omacku szu­kać tego cze­goś. Zna­la­zła i wzięła do ręki - kawa­łek papieru. Scho­wała go w sekret­nej kie­szonce spodni. Tego dnia chciała wło­żyć wła­śnie te spodnie: pod zwy­kłą kie­sze­nią miały wszytą drugą, tajną.

Pode­szła z powro­tem do krze­sła przy ścia­nie i znów się na nie wdra­pała.

W kie­szeni mam sekret. Sekrety są zabawne i cie­kawe, ale nie teraz. I tak się boję. A jeśli pan, który upu­ścił ten kawa­łek papieru, zacznie go szu­kać i zorien­tuje się, że to ja go zabra­łam? Powin­nam go odło­żyć, pomy­ślała, ale w tym momen­cie pano­wie wró­cili do pokoju i zaczęli się jej przy­glą­dać. Wie­działa to, bo pode­szli bli­żej i jeden z nich ją pod­niósł, a drugi wyj­rzał przez okno.

Poje­chali. Sta­rała się nie zasnąć, ale powieki same jej się kle­iły. Kiedy się obu­dziła, było już jasno. Zasta­no­wiło ją to i spy­tała, gdzie jest mama.

- Znaj­dziemy twoją mamę - powie­dział pan, który sie­dział z przodu i pro­wa­dził samo­chód.

Zaczęła pła­kać, ale pan sie­dzący obok niej nie zwra­cał na nią uwagi. Nie miała żad­nej przy­tu­lanki, bo swoją lalkę zgu­biła, kiedy się prze­sia­dali do innego samo­chodu. Gdzie jest moja lalka?, pomy­ślała.

Rozdział 5

5

JÖRAN QVIST, ŚWIA­DEK, oraz towa­rzy­szący mu Hal­ders i Ber­gen­hem cho­dzili powoli wokół placu Kung­stor­get. Była jede­na­sta wie­czo­rem i trudno było się prze­ci­skać wśród setek ludzi. Na sce­nie wystę­po­wała jakaś kapela. Hal­ders pomy­ślał, że ich muzyka jest do dupy. Powie­dział to Ber­gen­hemowi, ale jego młod­szy kolega udał, że nie sły­szy. Pró­bo­wał wychwy­cić z falu­ją­cego wokół nich tłumu twa­rze poszcze­gól­nych osób.

Poli­cjanci wraz ze świad­kiem powoli zbli­żali się do kanału, któ­rym prze­pły­wał wła­śnie sta­tek wyciecz­kowy. Z jed­nego z ogród­ków restau­ra­cyj­nych sły­chać było dud­niącą roc­kową muzykę. Gwar gło­sów roz­brzmie­wał dono­śniej niż w wyżej poło­żo­nej czę­ści placu. W usta­wio­nych wzdłuż murku set­kach grilli gło­śno skwier­czało. Ludzie tło­czyli się, jedni trzy­mali pla­sti­kowe kubki z piwem, inni pró­bo­wali nie upu­ścić papie­ro­wych tale­rzy­ków, z któ­rych jedli węgier­skie lan­go­sze z czar­nym kawio­rem i kwa­śną śmie­taną. Więk­szość zda­wała się dobrze bawić.

- Co za kre­tyń­ska impreza - powie­dział Hal­ders. - Fast foody i drogi jak cho­lera pil­zner w pla­sti­ko­wych kub­kach. A do tego ścisk.

- Ludziom się podoba - odpo­wie­dział Ber­gen­hem. - Nie ma w tym nic złego.

- Jest do dupy - stwier­dził Hal­ders.

- Nie każdy musi mieć tak wyszu­kany gust jak ty - odparł Ber­gen­hem.

- Co mówisz?

- Że nie każdy...

- Tam sie­dzą - powie­dział Jöran Qvist.

Ber­gen­hem zamilkł. Spoj­rzał na Qvi­sta, a on dys­kret­nym ruchem głowy wska­zał sto­lik sto­jący nad brze­giem kanału. Jeden z reflek­to­rów umiesz­czo­nych nad barem był skie­ro­wany na trzech męż­czyzn. Sie­dzieli na ławach pod para­so­lem, przed nimi stały szklanki z piwem. Jaskrawe świa­tło oświe­tlało ich jak na sce­nie. Co za aro­ganc­kie bydlaki, pomy­ślał Ber­gen­hem. Jak oni śmią?

Hal­ders, o dziwo, się nie odzy­wał. Odwró­cił się tylko do Qvi­sta.

- Jest pan pewien?

- Na sto pro­cent.

- To tych trzech? Roz­po­znał pan wszyst­kich?

- Tak, są ubrani tak samo. A ten mały ma tę samą cza­peczkę base­bal­lową.

- Dzwo­nimy po posiłki - powie­dział Ber­gen­hem.

- Jebać to.

- Fre­drik...

Ale Fre­drik Hal­ders nie słu­chał. Ruszył już w tłum, powoli, jak na zwy­kłym spa­ce­rze.

Poru­sza się jak płatny zabójca chwilę przed ata­kiem, pomy­ślał Ber­gen­hem.

- Co teraz? - zapy­tał Qvist.

Ber­gen­hem wymam­ro­tał coś w odpo­wie­dzi.

- Co?

- Nie mam poję­cia - odparł Ber­gen­hem i zadzwo­nił do cen­trali. Opi­sał sytu­ację, po czym wetknął tele­fon do kie­szeni koszuli. - Pro­szę zacze­kać tutaj - powie­dział i skie­ro­wał się do sto­lika, przy któ­rym sie­dzieli męż­czyźni. Dzie­liło go od nich może z dzie­sięć metrów, Hal­ders był już w poło­wie drogi. Jeden z podej­rza­nych wstał, żeby pójść po kolejne piwa, ale zako­ły­sał się i usiadł z powro­tem, a pozo­stali zaczęli się śmiać.

Ber­gen­hem cały się spo­cił. Już wcze­śniej było mu gorąco, ale teraz pot zale­wał mu czoło, piekł w oczy. Czuł, że ma mokro pod pachami i w butach. Prze­tarł oczy i kiedy obraz znów się wyostrzył, zoba­czył, jak Hal­ders siada na ławie obok jed­nego z nich.

Sie­dział bez ruchu. Wyglą­dał, jakby był pochło­nięty wła­snymi myślami. Ber­gen­hem był ze trzy metry od sto­lika. Wresz­cie dotarł i przy­siadł obok Hal­dersa, zaj­mu­jąc ostat­nie już miej­sce na ławie. Qvist ruszył za nimi. Ber­gen­hem widział, że sie­dzi dwa sto­liki dalej, zwarty i gotowy, jakby się szy­ko­wał do bitwy.

Hal­ders był spięty. Ber­gen­hem poczuł to, kiedy dotknął jego lewego ramie­nia. Hal­ders spoj­rzał na niego męt­nym wzro­kiem.

Nie ruszali się. Ber­gen­hem nie wie­dział, czy Hal­ders przy­słu­chuje się roz­mo­wie, ale sam sły­szał, co mówią do sie­bie męż­czyźni.

- Czy w upał czło­wiek upija się szyb­ciej?

- Niee.

- A wła­śnie że tak. W upał szyb­ciej się upi­jasz.

- Piwo się skoń­czyło.

- A gdzie wódka?

- Też się skoń­czyła.

- Napił­bym się jesz­cze piwa - powie­dział ten, który mówił o upale. Pod­niósł się. W tej samej chwili wstał rów­nież Hal­ders, wycią­ga­jąc z kie­szeni port­fel i poka­zu­jąc legi­ty­ma­cję.

- Poli­cja - powie­dział.

- Co?

Ber­gen­hem także się pod­niósł.

- Poli­cja - powtó­rzył Hal­ders. - Chcie­li­by­śmy, żeby­ście poszli z nami i opo­wie­dzieli nam o wczo­raj­szym wie­czo­rze. Cała trójka.

- Co?

- Chcemy się dowie... - zaczął Hal­ders, ale w tym momen­cie sto­jący przed nim męż­czy­zna kop­nął go w nogę i rzu­cił się w lewo. Hal­ders krzyk­nął, zwi­ja­jąc się z bólu. Dwaj pozo­stali pod­nie­śli się od stołu i też pró­bo­wali się ulot­nić, ale ludzie sie­dzący wokół odcięli im drogę. Jeden z męż­czyzn odwró­cił się do Ber­gen­hema i zamach­nął się na niego, ale Ber­gen­hem uchy­lił się i na­dal twardo stał na nogach. Męż­czy­zna sto­jący przed nim zda­wał się wypa­try­wać kolegi, który ude­rzył Hal­dersa i uciekł. Ber­gen­hem spoj­rzał kątem oka w bok i zoba­czył Qvi­sta pochy­la­ją­cego się nad czymś, co leżało na ziemi. Kurwa, pomy­ślał. Qvist to typ twar­dziela, ale będzie miał przez to kło­poty.

Męż­czy­zna sto­jący przed Ber­gen­he­mem nie ruszał się, jakby go spa­ra­li­żo­wało. Wyglą­dało to tak, jakby poli­cjant zahip­no­ty­zo­wał go wzro­kiem. Nie mogę mru­gnąć, pomy­ślał Ber­gen­hem.

Ich nagłe, szyb­kie ruchy przy­cią­gnęły uwagę więk­szo­ści sie­dzą­cych wokół ludzi. Wokół poli­cjan­tów i dwóch podej­rza­nych utwo­rzył się krąg. Roc­kowa muzyka uci­chła. Kapela prze­rwała w poło­wie akordu barré. Cały festi­wal wstrzy­mał oddech.

Jeden z podej­rza­nych prze­rwał ten bez­ruch i rzu­cił się do tyłu, prze­ci­na­jąc poje­dyn­czy rząd gapiów. Wsko­czył do kanału i po chwili dało się sły­szeć, jak pły­nie, roz­chla­pu­jąc wodę.

Ten, który stał przed Ber­gen­he­mem, usiadł z powro­tem na ławie i zwie­siw­szy głowę mię­dzy nogami, zaczął wymio­to­wać. Hal­ders pod­szedł szybko do kra­wę­dzi kanału i zoba­czył, jak męż­czy­zna nie­zdar­nie pły­nie w kie­runku roz­świe­tlo­nego Teatru Wiel­kiego po dru­giej stro­nie. Na ucie­ki­niera padł snop świa­tła z reflek­tora nad barem. Męż­czy­zna zatrzy­mał się i zaczął bez­ład­nie wyma­chi­wać rękoma. Ude­rzał o powierzch­nię wody, a potem zaczął tonąć.

- Topi się! - krzyk­nął Ber­gen­hem, ale Hal­ders już zanur­ko­wał.

Skur­czy­by­ków w końcu aresz­to­wano, a Hal­ders prze­brał się w suchą bie­li­znę. Stwier­dził, że olewa, nie włoży koszulki. Sie­dzieli na ławce przed komendą. Ber­gen­hem już nie pamię­tał, kiedy był tak zmę­czony.

Na placu Ern­sta Fon­tella pano­wał spo­kój. Wszyst­kie fur­gony i wozy patro­lowe były w tere­nie. Docho­dziło wpół do czwar­tej rano, dwa­dzie­ścia trzy stop­nie cie­pła. Zaczęła się już druga połowa sierp­nia, było więc ciemno, ale gorę­cej niż zazwy­czaj o tej porze.

- Kiedy śred­nia dobowa tem­pe­ra­tura prze­kra­cza dwa­dzie­ścia jeden stopni, kli­mat zali­cza się do tro­pi­kal­nych - rzu­cił Hal­ders, prze­ry­wa­jąc dłu­gie mil­cze­nie.

- Skąd wiesz?

- Aneta tak mówiła, a ona prze­cież wie takie rze­czy - powie­dział Hal­ders.

Ber­gen­hem odwró­cił się w jego stronę, ale nie widział, czy Hal­ders się uśmie­cha. Spoj­rzał w niebo. Prze­ja­śniało się już i słońce powoli zaczy­nało oświe­tlać fasadę budynku kasy ubez­pie­czeń sto­ją­cego po dru­giej stro­nie Sm?landsgatan. Minęła ich tak­sówka. Przed komendę zaje­chał wóz patro­lowy. Stał z wyłą­czo­nym sil­ni­kiem i włą­czo­nymi świa­tłami skie­ro­wa­nymi na drzwi.

- Czemu, kurwa, nie wyłą­czają świa­teł - powie­dział Hal­ders, wcią­ga­jąc powie­trze.

Kie­rowca ponow­nie odpa­lił sil­nik i stał na­dal. Po dwóch minu­tach Hal­ders pod­niósł się i pod­szedł do auta sto­ją­cego przed ciem­nym budyn­kiem komendy. Ber­gen­hem usły­szał roz­brzmie­wa­jący gło­śno i wyraź­nie w noc­nej ciszy głos Hal­dersa.

- Co wy, do kurwy nędzy, wypra­wia­cie, pojeby?

Ber­gen­hem usły­szał mru­kliwą odpo­wiedź, a potem znów Hal­dersa.

- Co powie­dzia­łeś? Tylko powtórz!

I kolejne mruk­nię­cie.

- Wyłaź z tego samo­chodu, gnoju!

Ber­gen­hem pod­niósł się szybko, pod­biegł do auta i zła­pał Hal­dersa. Wła­śnie miał przy­wa­lić pię­ścią w głowę poli­cjan­towi sie­dzą­cemu w samo­cho­dzie.

- Zwa­rio­wał - stwier­dził tam­ten.

Hal­ders pró­bo­wał się wyrwać z uści­sku, ale Ber­gen­hem był sil­niej­szy.

- Do cho­lery, Fre­drik!

- Mamy go zabrać? - zapy­tał poli­cjant z samo­chodu. - Jest pijany?

Hal­ders się uspo­koił.

- Jest po pro­stu zmę­czony - wyja­śnił Ber­gen­hem. - To była ciężka noc.

- Znam go. Zawsze stwa­rza pro­blemy.

- Stoję tu, możesz mówić do mnie.

Poli­cjant nie odpo­wie­dział. Był w mun­du­rze, miał około pięć­dzie­siątki i wyglą­dał na poukła­da­nego faceta. Zasa­lu­to­wał nie­dbale, po czym wsiadł z powro­tem do samo­chodu. Jego kolega sie­dział cicho na przed­nim sie­dze­niu, jakby spał.

- W Göteborgu tylko minutę możesz stać z włą­czo­nym sil­ni­kiem! - krzyk­nął Hal­ders, kiedy samo­chód wykrę­cił i ruszył w kie­runku Södra Vägen. Kie­rowca jedy­nie mu poma­chał.

- Nie wyży­waj się na kole­gach z pracy.

- Trzeba było coś zro­bić - odparł Hal­ders.

- Wcze­śniej jakoś udało ci się zacho­wać spo­kój.

- Aneta jest tego warta - stwier­dził Hal­ders.

Ber­gen­hem nic nie odpo­wie­dział. Nic nie trwa wiecz­nie, pomy­ślał.

Trzy minuty póź­niej na ogólny numer alar­mowy przy­szło zgło­sze­nie. Po chwili tra­fiło do poli­cjanta dyżu­ru­ją­cego w komen­dzie, dokład­nie dwa­dzie­ścia pięć metrów od miej­sca, w któ­rym na­dal stali Hal­ders i Ber­gen­hem.

W pobliżu jeziora Delsjö zna­le­ziono ciało zamor­do­wa­nej kobiety. Lato się skoń­czyło. Zaczy­nał się sezon. Tele­fon Win­tera roz­dzwo­nił się na noc­nej szafce. Był czwar­tek, osiem­na­sty sierp­nia, czwarta rano. Win­ter pod­niósł słu­chawkę.

Rozdział 6

6

WIN­TER ZOBA­CZYŁ NIE­BIE­SKIE ŚWIA­TŁA, kiedy już dojeż­dżał do wzgó­rza przy zjeź­dzie na Delsjömotet. Kręcą się po zachod­nim brzegu. Bra­kuje tu tylko heli­kop­tera, pomy­ślał.

Prze­je­chał pod wia­duk­tem, minął par­king i restau­ra­cje, w któ­rych miesz­kańcy Kallebäck spę­dzali wolny czas. Skrę­cił w prawo i doje­chał do tunelu pod trasą na Bor?s. Zatrzy­mał się przy wyas­fal­to­wa­nym wjeź­dzie na par­king, tak daleko od miej­sca zna­le­zie­nia zwłok, jak tylko mógł. Widział pra­cu­ją­cych kawa­łek dalej kole­gów. Już było ich tam zbyt wielu. Dwóch tech­ni­ków i peł­niący obo­wiązki szefa wydziału tech­nicz­nego. To aku­rat było w porządku. Lekarz sądowy - też w porządku, ale ekipa śled­czych była zbyt liczna, a już na pewno krę­ciło się tam za dużo cie­kaw­skich ze służb porząd­ko­wych. Ilu z nich przed jego przy­jaz­dem wydep­tało ślady wokół ofiary?

Umun­du­ro­wany poli­cjant cze­kał przy taśmie oddzie­la­ją­cej teren. Był młody i blady. Win­ter poka­zał mu legi­ty­ma­cję. Wycią­ga­jąc port­fel z kie­szeni, poczuł cie­pły powiew połu­dnio­wego wia­tru. Dzień już się zaczął.

- Czy to ty byłeś tu pierw­szy?

- Tak. Dosta­li­śmy zgło­sze­nie i natych­miast przy­je­cha­li­śmy.

- A ten facet, który dzwo­nił? Jest tutaj?

- Tak, sie­dzi tam dalej - powie­dział poli­cjant, ruchem głowy wska­zu­jąc jakiś punkt w mroku.

W nikłym świe­tle brza­sku Win­ter dostrzegł zarys głowy odci­na­jący się na tle jaśnie­ją­cego poran­nego nieba. Przy wjeź­dzie na par­king stał znak dro­gowy zaka­zu­jący roz­sta­wia­nia przy­czep kem­pin­go­wych.

- Czy wszystko zostało oto­czone taśmą? - zapy­tał Win­ter.

- Tak.

- W porządku. A co z samo­cho­dami?

Na par­kingu stało pięć samo­cho­dów pry­wat­nych, dwa radio­wozy i dwa nie­ozna­ko­wane auta poli­cyjne, któ­rymi przy­je­chali tech­nicy i ich szef.

- Co?

- Zają­łeś się samo­cho­dami?

- Zają­łem?

- Czy spi­sa­łeś ich numery, oddzie­li­łeś teren wokół nich i zaczą­łeś spraw­dzać wła­ści­cieli? - powie­dział Win­ter tak łagod­nie, jak tylko potra­fił.

- Jesz­cze nie.

- To zacznij. Pozo­stali chyba też potrze­bują cze­goś do roboty - stwier­dził Win­ter i spoj­rzał na świadka. - Był tu ktoś jesz­cze, kiedy przy­je­cha­li­ście?

- Tylko ten tam.

- Nie widzie­li­ście nikogo, kto by stąd odjeż­dżał?

- Nie.

Nagle Win­ter poczuł, że robi mu się zimno, jak gdyby dopiero teraz do niego dotarło, po co tu przy­je­chał i co za chwilę zoba­czy. Pomy­ślał, że może zapali cygaro, ale zre­zy­gno­wał. Potrze­bo­wał kawy. Znów zawiał wiatr i Win­ter poczuł gęsią skórkę na udach. Miał na sobie szorty i pusz­czoną luźno koszulę.

- Gdzie jest ścieżka?

Młody poli­cjant nie zro­zu­miał. Win­ter się rozej­rzał. Wszystko działo się jakieś pięć­dzie­siąt, może sie­dem­dzie­siąt metrów dalej. Trudno było zoba­czyć, co tam się roz­gry­wało. Pod­niósł rękę. Ktoś z ekipy go zauwa­żył i pod­szedł.

- Dopiero co przy­je­cha­łem - powie­dział komi­sarz Göran Beier. - Leży tam dalej.

Win­ter poszedł za nim. Prze­cięli par­king, prze­szli mię­dzy dwoma samo­cho­dami, skrę­cili w lewo i idąc ostroż­nie sze­roką ścieżką, dotarli do rowu, czę­ściowo prze­sło­nię­tego sosną i kil­koma brzo­zami. Na ścieżce prze­ci­na­ją­cej zagaj­nik tech­nicy wydzie­lili swoją ścieżkę - wąską i już zabez­pie­czoną, po któ­rej wszy­scy mieli cho­dzić.

Win­ter usły­szał odgłos sil­nika samo­chodu i rozej­rzał się. Zoba­czył snop świa­teł, wła­ści­wie już nie­po­trzeb­nych, bo niebo było jasne. Z samo­chodu wysiadł Ring­mar - musiał prze­słu­chać świadka.

Win­ter odwró­cił się w stronę rowu. Na jego dnie, za sosną, leżała kobieta zwró­cona twa­rzą do góry. Pod­szedł, by przyj­rzeć się jej z bli­ska. Mogła mieć ze dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści, może trzy­dzie­ści pięć lat. Wyglą­dała na blon­dynkę, ale trudno było to stwier­dzić, ponie­waż włosy miała mokre od poran­nej rosy. Miała na sobie krótką spód­nicę, bluzkę i kar­di­gan czy inny swe­ter. Ubra­nia nie były w nie­ła­dzie. Wpa­try­wała się w blade niebo. Win­ter pochy­lił się jesz­cze niżej i zauwa­żył małe czer­wone plamki na uszach ofiary i popę­kane naczynka w jej otwar­tych oczach. Domy­ślał się, że została udu­szona, ale nie był eks­per­tem. Było już dość jasno i dostrzegł, że twarz ma siną i mocno spuch­niętą. Zęby były odsło­nięte, jakby chciała coś powie­dzieć.

Tech­nicy od razu zadzwo­nili po lekarkę sądową. Według Win­tera był to dobry pomysł, ale wie­dział, że Ring­mar tego nie lubi. Uwa­żał, że na miej­scu zna­le­zie­nia zwłok, a zatem na poten­cjal­nym miej­scu prze­stęp­stwa, lekarka może się nie­po­trzeb­nie czymś zasu­ge­ro­wać. Ring­mar sądził, że po raz pierw­szy powinna widzieć ciało na stole, w pro­sek­to­rium.

Win­ter ski­nął w kie­runku sto­ją­cej na dnie rowu Pii E:son Fröberg. Wpa­try­wała się wła­śnie w ter­mo­metr. Wyglą­dało to tak, jakby mar­twa kobieta cze­kała na poradę lekar­ską. Oczy ofiary przy­cią­gnęły wzrok Win­tera. Wyda­wało mu się, że prze­stała patrzeć w niebo i zaczęła się przy­glą­dać ruty­no­wym ruchom Pii. Jest w dobrych rękach, pomy­ślał. Jej ciało jest w dobrych rękach.

Rozej­rzał się dookoła. To naj­waż­niej­szy moment docho­dze­nia. Ciało leżało w pobliżu znaku KABEL WYSO­KIEGO NAPIĘ­CIA. ZAGRO­ŻE­NIE ŻYCIA. Za rowem rosnący na mchu niski zagaj­nik robił się coraz gęst­szy, wła­ści­wie nie do przej­ścia. Drzewa i krzewy, jesz­cze bez­barwne, koły­sały się w poran­nej mgle. Rów biegł z lewej strony, tuż obok dłu­giej na sie­dem i pół kilo­me­tra ścieżki oka­la­ją­cej całe jezioro i będą­cej czę­ścią szlaku tury­stycz­nego Bohu­sle­den. Na prawo od ścieżki cią­gnął się brzeg. Woda poły­ski­wała deli­kat­nie mię­dzy brzo­zo­wymi gałę­ziami. Win­ter widział też prze­ciw­le­gły brzeg. Jezioro przy­po­mi­nało język wci­śnięty w teren. Nad wodą uno­siły się smugi mgły. Sły­chać było skrze­kliwy głos nurów i innych wod­nych pta­ków, któ­rych Win­ter nie umiał roz­po­znać.

Nagle zapa­dła cisza. Wszystko umil­kło, sły­szał jedy­nie stłu­miony szum nie­licz­nych samo­cho­dów jadą­cych w stronę Bor?s. Poranny ruch jesz­cze się nie zaczął.

Ktoś coś do niego powie­dział.

- Co?

- Osiem do dzie­się­ciu godzin - powie­działa Pia E:son Fröberg. - Czy to nie było pierw­sze pyta­nie?

- Jesz­cze go nie zada­łem.

- Tak czy ina­czej, masz już odpo­wiedź. To nie do końca pewne, bo wsku­tek upału stę­że­nie postę­puje szyb­ciej.

- Aha.

- Wła­śnie pró­buję jakoś to usta­lić.

Win­ter ponow­nie spoj­rzał w twarz mar­twej kobiety. Była okrą­gła, zaokrą­glona. Oczy sze­roko osa­dzone, usta duże. Włosy dłu­gie, jakby od dawna nie­ob­ci­nane, ale Win­ter nie był pewien. To chyba zależy od wieku, może też od mody.

- Nic przy sobie nie ma - powie­dział sto­jący obok Win­tera Beier. - Zupeł­nie nic. Żad­nego dowodu ani legi­ty­ma­cji, nic.

Win­ter zamru­gał, pora­żony świa­tłem fle­sza z apa­ratu tech­ni­ków. Skoń­czyli robić zdję­cia terenu i mieli się zabrać do foto­gra­fo­wa­nia ciała pod­czas obduk­cji. Kolejną sesję miał wyko­nać zawo­dowy foto­graf w labo­ra­to­rium, uwiecz­nia­jąc każdą sztukę odzieży, każdy palec, wszystko.

Znów bły­snęło na dnie rowu. Win­ter był zasko­czony, że świa­tło lampy jest takie mocne, cho­ciaż dookoła jest już jasno.

- Myślę, że ktoś ją tutaj prze­niósł - powie­działa Pia E:son Fröberg. - Ciało nie leżało tu tak długo.

Win­ter ski­nął głową. Na razie nie było sensu pytać o nic wię­cej. Póź­niej, w pro­sek­to­rium, Pia zbada plamy opa­dowe. Naj­waż­niej­sze to zabez­pie­czyć wszyst­kie ślady tu, na miej­scu. Zało­żyli, że kobietę zamor­do­wano gdzie indziej, a potem prze­nie­siono do rowu. Ktoś musiał się zatem tutaj poru­szać.

Nie wia­domo, kim była. To nie przy­pa­dek, że nie miała przy sobie żad­nych doku­men­tów. Win­ter wie­dział, czuł to. Jej ano­ni­mo­wość miała jakieś zna­cze­nie, sama w sobie była swego rodzaju prze­ra­ża­jącą wia­domością. Ziden­ty­fi­ko­wa­nie jej zaj­mie im dużo czasu. Win­terowi znowu zro­biło się zimno, poczuł, jak chłód prze­szywa mu głowę.

- Co to za znak, tam, na sośnie? - zapy­tał Beiera.

- Nie wiem.

- To leśnicy go zro­bili?

- Mówi­łem, że nie wiem. Ktoś coś nama­lo­wał na korze.

- To czer­wona farba?

- Tak wygląda, ale przy tym świe­tle...

- Tam jest coś napi­sane. Co? - zapy­tał Win­ter, ale pyta­nie skie­ro­wał do sie­bie. Pró­bo­wał odcy­fro­wać znak, jakieś słowo lub cho­ciaż litery, ale mu się nie udało.

- Weź­miemy próbkę - powie­dział Beier.

- Ja zapy­tam nad­le­śnic­two albo gminę, albo jesz­cze kogoś innego, kto może nisz­czyć tutej­sze lasy - odparł Win­ter. - Mogę pójść dalej tą ścieżką?

Beier spoj­rzał na jed­nego ze swo­ich tech­ni­ków.

- Można iść środ­kiem - odpo­wie­dział tam­ten.

Win­ter ruszył w kie­runku brzegu jeziora. Cią­gnący się z lewej strony rów koń­czył się parę metrów dalej. Minął kilka innych sosen, ale z tego, co widział, na żad­nej z nich nic nie było nama­lo­wane. To musi coś ozna­czać, pomy­ślał. Mor­derca, który maluje po ścia­nach czy innych drze­wach. To mi się nie podoba.

Dotarł do nie­wiel­kiej polany. Rosła na niej oso­bli­wie wygięta sosna. Pogięta i poła­mana. Uszko­dzona jesz­cze jako młode drzewko, wyro­sła nazna­czona nie­od­wra­cal­nym kalec­twem.

Win­ter spoj­rzał na wodę. Wokół nic się nie ruszało, nie było też już sły­chać pta­sich śpie­wów. Czy przez całą dobę nie poja­wił się tu żaden węd­karz? Czy nikt tędy nie prze­pły­wał? Czy mor­derca dotarł tutaj łódką, zosta­wił ofiarę i znik­nął?

- Sprawdź­cie cały brzeg - powie­dział, kiedy wró­cił. - Może przy­wie­ziono ją tu łodzią.

- Może masz rację - przy­tak­nął Beier.

Win­ter skie­ro­wał się na par­king. W oddali, na ogro­dze­niu, widać było szyld okrę­go­wego klubu węd­kar­skiego, infor­mu­jący o tym, że na tere­nie Delsjö łowić mogą tylko osoby posia­da­jące kartę węd­kar­ską. Trzeba będzie spraw­dzić wszyst­kich, któ­rzy mają karty.

Na lewo stała tablica i mapa rezer­watu przy­rody i terenu chro­nio­nego. Win­ter widział z dołu samo­chody na tra­sie, sły­szał, że ruch się nasila. Jesz­cze raz powoli pod­szedł do brzegu i zoba­czył znak prze­strze­ga­jący przed kru­chym lodem na jezio­rze.

Po dwóch godzi­nach ekipa bada­jąca miej­sce zbrodni zakoń­czyła dzia­ła­nia wstępne. Było jesz­cze wcze­śnie. Tech­nicy zakle­ili prze­zro­czy­stą taśmą wszyst­kie otwory w ciele ofiary i cze­kali na ludzi z zakładu pogrze­bo­wego. Kiedy w końcu przy­je­chali, zapa­ko­wali ciało do pla­sti­ko­wego worka, uło­żyli na noszach i odwieźli na oddział histo­pa­to­lo­gii do szpi­tala Östra. Wkrótce miał zostać otwarty nowy oddział medy­cyny sądo­wej w szpi­talu aka­de­mic­kim Sahl­gren­ska, ale na razie to szpi­tal Östra zaj­mo­wał się ofia­rami zbrodni.

Ciało kobiety leżało teraz na nie­rdzew­nym stole. Lampy zastą­piły jej świa­tło dnia, które Win­ter widział, jadąc za kara­wa­nem.

To w ten spo­sób śmierć się dopeł­nia - w świe­tle reflek­to­rów kobieta umarła po raz drugi. Kiedy leżała w tym pie­przo­nym dole, była jesz­cze na tym świe­cie, pomy­ślał Win­ter, ale teraz już jest po wszyst­kim. Na jej twarz pada teraz to obsce­niczne świa­tło, a skóra jest napięta i prze­zro­czy­sta.

Pia E:son Fröberg i dwaj tech­nicy, Jonas Wall i Bengt Sundlöf, zaczęli roz­bie­rać ciało. Nie zdjęli tylko taśmy zabez­pie­cza­ją­cej ewen­tu­alne ślady, które mor­derca mógł zosta­wić przy bli­skim kon­tak­cie z ofiarą: włosy, włókna ubrań, skórę, kurz, kamień.

Göran Beier mówił cicho do dyk­ta­fonu, pod­czas gdy oni ją roz­bie­rali. Na taśmę nagry­wały się jego uwagi doty­czące ubrań, ich wyglądu, stanu, uszko­dzeń. Tech­nicy ostroż­nie odkła­dali każdą sztukę do papie­ro­wej torebki.

Kiedy ciało było nagie, Pia E:son roz­po­częła oglę­dziny. Tech­nicy robili zdję­cia. Pia E:son nagry­wała na dyk­ta­fon spo­strze­że­nia doty­czące wszyst­kich widocz­nych uszko­dzeń. Win­ter sły­szał, jak opi­suje ślady na rękach ofiary, które powstały, kiedy kobieta bro­niła się przed napast­ni­kiem, i które on sam zauwa­żył. Widział też punk­towe krwiaki, które poja­wiły się, kiedy była duszona - ciśnie­nie krwi musiało się pod­nieść, naczy­nia krwio­no­śne w gło­wie zostały odłą­czone, kość gny­kowa zła­mana, aż w końcu ofiara zmarła. Jeśli to rze­czy­wi­ście była przy­czyna zgonu. Pia opi­sy­wała teraz uszko­dze­nia gar­dła. Kobieta miała na sobie golf. Pod nim, na szyi, widać było wyraźne siniaki.

Na brzu­chu, pier­siach i na przed­niej stro­nie ud miała białe plamy. Kiedy ją zna­le­ziono, leżała na ple­cach. Ozna­czało to, że prze­nie­siono ją tam po zabój­stwie. Win­ter nie wie­rzył, że to samo­bój­stwo, że ktoś tylko prze­niósł zwłoki. Cho­ciaż, dla­czego nie? Mogło być i tak.

Pewne było tylko, że kobieta umarła, a potem leżała przez co naj­mniej godzinę na brzu­chu. Krą­że­nie w jej ciele ustało, krew opa­dła do naj­ni­żej poło­żo­nych czę­ści ciała, a ści­śnięte naczy­nia pozo­sta­wiły plamy, które na­dal bie­liły się w świe­tle lamp pro­sek­to­rium.

Tech­nicy pobrali odci­ski pal­ców.

Pia E:son przy­stą­piła do dal­szych oglę­dzin, o które popro­sił Göran Beier, a za które trzeba było dodat­kowo pła­cić. Win­ter sły­szał gra­jące gdzieś w oddali radio, muzyki nie dało się roz­po­znać. Dźwięki wpa­dały do sali przez drzwi, ale Win­ter nie spusz­czał wzroku z leżą­cego na stole ciała. Miał nadzieję na jakiś szcze­gólny znak, który uła­twiłby im iden­ty­fi­ka­cję: tatuaż, bli­znę po opa­rze­niu lub po ope­ra­cji, kol­czyki. Ale widział tylko gładką, sinawą skórę nazna­czoną bia­łymi pla­mami. Na razie nie czuł jesz­cze żad­nego zapa­chu.

- Ni­gdy nie far­bo­wała wło­sów - powie­działa Pia E:son.

Win­ter nie odpo­wie­dział. Patrzył na twarz mar­twej kobiety. Pró­bo­wał wyobra­zić ją sobie w ruchu, kiedy funk­cjo­no­wały jesz­cze wszyst­kie umiesz­czone pod skórą nerwy. Kiedy dzia­łało to, czego trzeba, by się uśmiech­nąć, zro­bić gry­mas.

- Ile miała lat? - zapy­tał.

- W tej chwili myślę, że około trzy­dzie­stu, ale musisz pocze­kać. Może była o parę lat młod­sza lub star­sza. Cerę ma bar­dzo dobrą, żad­nych zmarsz­czek wokół ust i oczu.

- Żad­nych zmarsz­czek od śmie­chu?

- Może nie miała się z czego śmiać - powie­działa Pia E:son Fröberg, a Win­ter przez chwilę się zasta­na­wiał, czemu rzu­ciła taki komen­tarz. - Ale jej smutki już się skoń­czyły. Chcesz zostać przy sek­cji?

- Tak, zostanę jesz­cze chwilę - odparł Win­ter.

- Ja już idę - powie­dział Beier, spo­glą­da­jąc na Win­tera. - Zadzwo­nię do cie­bie.

Win­ter przy­tak­nął. Jego wzrok znów powę­dro­wał w kie­runku twa­rzy ofiary. Teraz, kiedy zamknięto jej oczy, wyglą­dała na star­szą. Lampy rzu­cały na jej ciało pio­nowe cie­nie, świa­tło prze­szy­wało ją na wskroś.

*

Pia E:son obej­rzała organy wewnętrzne, odło­żyła zawar­tość żołądka, pobrała próbkę moczu oraz próbkę krwi z tęt­nicy udo­wej. Win­ter wyszedł na chwilę z pro­sek­to­rium, żeby zadzwo­nić do Ring­mara.

- Czemu jesz­cze tam jesteś? - zapy­tał Ring­mar.

- Myśla­łem, że może sek­cja pomoże nam w iden­ty­fi­ka­cji.

- Tak, moż­liwe. Ludzie się tatu­ują i zakła­dają sobie kol­czyki w naj­dziw­niej­szych miej­scach. Zna­la­złeś coś?

- Nic, tylko nie­uma­lo­waną twarz.

- Co?

- Nie miała maki­jażu.

- Czy to coś wyjąt­ko­wego w dzi­siej­szych cza­sach?

- To zależy, w jakich krę­gach się obra­casz. W lep­szym towa­rzy­stwie to moż­liwe, ale nie wydaje mi się, żeby do takiego nale­żała.

- Co masz na myśli?

- Wygląda na biedną. Ubra­nia tanich marek i takie tam. Cho­ciaż to może nie do końca tak.

- Co mówi Beier?

- Jesz­cze nic.

- Ja mam kogoś, kto mówi tro­chę wię­cej.

Win­ter przy­po­mniał sobie syl­wetkę, którą widział na par­kingu. Roz­ma­wiał chwilę ze świad­kiem, ale potem prze­ka­zał prze­słu­cha­nie Ring­ma­rowi, a sam dołą­czył do kon­duktu prze­wo­żą­cego zwłoki do szpi­tala.

- Co powie­dział?

- Jest wła­ści­cie­lem jed­nego z samo­cho­dów z par­kingu.

- Co tam robił o czwar­tej rano? Umiał to wyja­śnić?

- Mówi, że był na impre­zie w Hele­ne­vik i wypił o jedno piwo za dużo. Bał się wjeż­dżać do mia­sta, więc zde­cy­do­wał się zatrzy­mać na par­kingu przy jezio­rze i prze­spać w samo­cho­dzie.

- Kre­tyń­ska histo­ryjka zło­dzieja. Mnie też zdą­żył ją sprze­dać, przy­naj­mniej część.

- Twier­dzi, że to prawda.

- Robi­li­ście mu test alko­ma­tem?

- Tak szybko, jak się dało, ale nie miał wię­cej niż dwie dzie­siąte pro­mila. Pił, ale nie aż tyle.

- Dobra. Co jesz­cze mówił? Co widział?

- Sie­dział chwilę w samo­cho­dzie i zachciało mu się sikać. Odszedł kawa­łek i wtedy ją zoba­czył.

- Jak?

- Mówi, że zanim się wysi­kał, zauwa­żył coś dalej w rowie. Pod­szedł i zoba­czył ciało. Miał przy sobie tele­fon i natych­miast do nas zadzwo­nił.

- Musimy spraw­dzić jego zgło­sze­nie.

- Jasne.

- O któ­rej to było?

- Kiedy dzwo­nił? Mniej wię­cej za kwa­drans czwarta. W cen­trali mają dokładną godzinę.

- Widział coś jesz­cze?

- Mówi, że nic. I nikogo.

- A co z innymi samo­cho­dami?

- Spraw­dzamy to jesz­cze.

- Prze­su­wamy poranne spo­tka­nie o pół godziny.

- Chcesz, żeby wszy­scy przy­szli?

- Tak. Wszy­scy.

Win­ter wró­cił do pro­sek­to­rium. Kobieta leżąca na stole na­dal była bez­i­mien­nym cia­łem. Zazwy­czaj ofiary mor­derstw mają jakieś imię, które, kiedy jest już po wszyst­kim, może spo­czy­wać w pokoju i które zostaje ich bli­skim. Teraz prze­strzeń mię­dzy lam­pami a nie­mym cia­łem wypeł­niał nie­po­kój.

- Zęby wyrów­nane - powie­działa Pia E:son. - Tro­chę prze­bar­wione, ale w dobrym sta­nie.

- Mamy szanse, tylko jeśli ktoś zgło­sił jej zagi­nię­cie - stwier­dził Win­ter. - Chciał­bym dostać pro­to­kół z sek­cji tak szybko, jak się da. Dzięki.

- Jak zwy­kle.

- Odwa­lasz kawał dobrej roboty, Pia.

- Jak sły­szę taką gadkę, nabie­ram podej­rzeń.

Win­ter nic już nie powie­dział. Pod­szedł do drzwi. Suche powie­trze wypeł­nia­jące salę spra­wiło, że zachciało mu się pić i poczuł się zmę­czony.

- Erik, co robisz dziś wie­czo­rem? - zapy­tała Pia, kiedy był już na progu.

Przy­sta­nął i spoj­rzał na nią. Sprzą­tała stół.

- Myśla­łem, że znów wyszłaś za mąż.

- Nie udało się. Znowu.

- Nie wydaje mi się, żeby...

- Nie - stwier­dziła, zanim skoń­czył. - Masz zupełną rację. Pyta­łam głów­nie po to, żeby ci powie­dzieć, że nie powi­nie­neś za bar­dzo balo­wać teraz, na początku śledz­twa. Wszy­scy musimy oszczę­dzać siły.

- Wie­czo­rem pójdę spać i może poroz­ma­wiam z Angelą o przy­szło­ści - odpo­wie­dział na nie­ak­tu­alne już pyta­nie. - I będę o niej myślał. Jest u mamy.

- Jesz­cze jedno - powie­działa Pia E:son. - Kolejna rzecz do prze­my­śle­nia. Uro­dziła dziecko.

- Ma dziecko? - powtó­rzył Win­ter.

- Nie wiem, jak to wygląda teraz, ale uro­dziła. Jedno, może wię­cej.

- Kiedy?

- Nie mogę ci powie­dzieć, jesz­cze nie teraz. Ale widać po jej...

- Nie musisz mnie wpro­wa­dzać w szcze­góły, przy­naj­mniej nie teraz - prze­rwał Win­ter.

W gło­wie poczuł pul­so­wa­nie. Moż­liwe, że gdzieś tam są jej dzieci. To mogło pomóc w śledz­twie albo skoń­czyć się fru­stra­cją. Może nawet czymś gor­szym.