Rozdział 7
7
DYŻURNY WACHLOWAŁ SIĘ podwójnie złożonym formularzem, prawdopodobnie
drukiem "Poszlaki w śledztwie w sprawach karnych dot. ciężkich
przestępstw". Papiery walały się wszędzie dookoła. W najbliższych dniach
na biurko Wintera miały trafić stosy takich druków, wypełnionych
zeznaniami tych, którzy nie wiedzieli albo "być może" wiedzieli.
W nagrzanym słońcem korytarzu czuć było zapach potu, w znajdującej się
po lewej poczekalni śmierdziało kacem. Jakiś żartowniś tuż obok
ogłoszenia zachęcającego do wstępowania w szeregi policji kryminalnej
powiesił obrazek przedstawiający plażę z palmą. Tuż pod nim nieznany mu
mężczyzna spał z otwartymi ustami. Z kącika spływała mu strużka śliny,
ciągnęła się aż do oparcia obitej materiałem sofy. Wyglądało to jak
jakaś sztuczka. Mógłby zrobić z tego przedstawienie, pomyślał Winter,
wchodząc do windy. Wjechał na trzecie piętro, do swojego biura.
Wszedł i szybko przetarł twarz, przeciągając rękami po zaroście na
brodzie i policzkach. Zmęczenie minęło, kiedy wracał ze szpitala Östra.
Adrenalina uszła z niego wraz ze strugami potu spływającymi po plecach.
To nie było zwykłe morderstwo. Wiedział to podświadomie. Czuł to
napięcie, które być może będzie mu towarzyszyć miesiącami.
Przeszedł znowu korytarzem, idąc do wspólnej kuchni, w której pachniało
świeżo zaparzoną kawą. Napełnił kubek i stał przez chwilę bez ruchu,
wpatrując się w poranek za oknem. Druga fala dojeżdżających do pracy
wypływała właśnie z Ullevimotet. Strumień samochodów rozdzielał się,
wpadając w Ullevigatan i Sk?negatan. Winter słyszał uliczny szum.
Termometr za oknem pokazywał dwadzieścia siedem stopni, a zegar
wskazywał dopiero dwadzieścia po ósmej. Winter wiedział jednak, że dla
niego sezon plażowy się skończył.
W sali konferencyjnej było pełno ludzi. Niektórzy - ci siedzący tam od
początku - wyglądali na zmęczonych. Pozostali czekali niecierpliwie,
rozparci na krzesłach. W innych okolicznościach nastrój panujący w pokoju można by określić jako wyczekiwanie, ale w tej sytuacji nie było
to odpowiednie słowo. Ringmar napisał na białej tablicy: WIZUALIZACJA
MORDERSTWA. Winter stał z długopisem w ręku, próbując w myślach znaleźć
słowo pasujące do atmosfery spotkania. Atmosfera była... pusta, jak
niezapisana kartka. Miał nadzieję, że uda im się zachować na tyle
profesjonalnie, żeby nie popełnić zbyt wielu błędów na początku. Za
każdym razem czuł to samo.
Zatem widzimy się ponownie po letnim wypoczynku, pomyślał.
Napisał na tablicy: X.
- Mamy niezidentyfikowaną kobietę. Około trzydziestu lat, prawdopodobnie
uduszona, znaleziona między trzecią trzydzieści a trzecią czterdzieści
pięć dziś rano przez mężczyznę, którego będziemy jeszcze przesłuchiwać
przed południem. W obecnej chwili nie mamy wobec niego żadnych
podejrzeń, ale, jak wiecie, nigdy nie wiadomo.
- Jak złożył zawiadomienie? - zapytała Sara Helander. - Trafiło do nas
od razu. Musiał mieć przy sobie komórkę.
- Tak, miał - odpowiedział Ringmar.
- Jak wszyscy teraz - dorzucił Halders.
- Czy możemy kontynuować? - spytał Winter i zamilkł, wpatrzony w X na
tablicy. Zaczął rysować i jednocześnie mówił: - Znaleziono ją tutaj. -
Zakreślił kółkiem miejsce, w którym leżały zwłoki. - Później dokładniej
przyjrzymy się mapie, na razie naszkicuję wam tę okolicę. Jeśli pojedzie
się dalej starą drogą na Bor?s, minie się przejazd pod autostradą i dojedzie do skrzyżowania, z którego odchodzi droga na Helenevik i Gunnebo, ale o tym za chwilę. Tak więc kobietę znaleziono tutaj -
powtórzył, wskazując narysowane kółko. - W rowie, za którym ciągną się
gęste zarośla dochodzące do ulicy Kalvmossen, która łączy się z Gamla
Bor?svägen. - Narysował boczną ulicę odbiegającą od J.A. Fagerbergs Väg.
- Tam przecież jest nasz dom letniskowy - stwierdził Halders.
- Tak - powiedział Winter. - Jak pewnie większość z was wie, kawałek
dalej, przy tej drodze, znajduje się policyjny ośrodek sportu i rekreacji.
- Tam wyprawiałem czterdzieste urodziny - dodał Halders. - Nie mieli tam
wczoraj jakiejś imprezy?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
DŁUGO SIEDZIAŁA Z MAMĄ. Przysnęła na moment na tylnym siedzeniu, ale
potem znów usiadła. W samochodzie było zimno. Mama uruchomiła silnik, a po chwili go zgasiła. Nie odpowiedziała na jej pytanie. Powtórzyła je,
ale jej głos brzmiał szorstko, więc zamilkła.
- Czemu jeszcze go nie ma? - powiedziała mama, ale nie do niej, tylko
gdzieś przed siebie. - Gdzież on się, na Boga, podziewa?!
Ktoś miał przyjść, żeby ją stąd zabrać i zawieźć do domu, ale się nie
pojawił. Chciała zostać z mamą, ale chciała też położyć się do łóżka.
Ściemniało się i padał deszcz. Nie mogła wyjrzeć na zewnątrz, bo szyby
były zaparowane. Przysunęła się do drzwi i wytarła szybę rękawem swetra.
Obok przejeżdżały samochody, a ich światła wpadały do środka.
- Czemu nie możemy już jechać? - zapytała.
Mama nie odpowiedziała, zapytała więc jeszcze raz.
- Cicho - odparła mama.
Nie odzywała się więcej. Bała się, bo głos dobiegający z przedniego
siedzenia był bardzo szorstki. Mama powiedziała kilka brzydkich słów.
Słyszała je już wiele razy, nie zrobiły więc na niej wrażenia. Sama już
używała takich słów i nigdy nie spotkało ją za to nic strasznego.
Wiedziała jednak, że z jakiegoś powodu nie powinno się tak mówić.
Deszcz bębnił o dach. Pam-pararam-pam-pam. Dość długo odtwarzała ten
dźwięk w myślach, zaczęła go wybijać palcami na siedzeniu obok siebie:
pam-pararam-pam-pam.
- Na Boga - powiedziała mama i powtórzyła to jeszcze wiele razy. -
Zostań tu - dodała i otworzyła przednie drzwi. - Musisz tu zostać, a ja
pójdę zadzwonić - rzuciła, a ona tylko pokiwała głową z ciemnego kąta na
tylnym siedzeniu. - Ledwo cię widzę - powiedziała mama. - Musisz mi
odpowiedzieć.
- Dokąd idziesz?
- Pójdę tylko zadzwonić z budki telefonicznej za rogiem. To potrwa
chwilę.
- Gdzie to jest? Nie mogę iść z tobą?
- Masz tu zostać! - odparła mama tym niemiłym głosem, więc
odpowiedziała, że dobrze, a mama zatrzasnęła drzwi, tak że krople
deszczu ochlapały ją na tylnym siedzeniu.
Siedziała nieruchomo i nasłuchiwała odgłosu kroków. Wydawało jej się, że
słyszy, jak buty mamy uderzają o nawierzchnię:
klike-tik-klike-tik-klike-tik-klak. To mógł być ktoś inny, ale nic nie
widziała. Była mgła.
Aż podskoczyła, kiedy mama wróciła.
- Nikt nie odbiera! - powiedziała, czy raczej krzyknęła. - Dobry Boże,
już wyjechali. - Włączyła silnik i ruszyły.
- Jedziemy już do domu?
- Już niedługo - odparła mama. - Ale najpierw musimy zrobić jeszcze
jedną rzecz.
- Ja chcę do domu.
- Pojedziemy do domu, tylko najpierw musimy coś zrobić - odpowiedziała
mama i zatrzymała samochód. Przesiadła się na tylne siedzenie, usiadła
obok niej. Miała mokrą twarz.
- Mamo, jesteś smutna?
- Nie, to krople deszczu. Posłuchaj. Musimy najpierw pojechać do jednego
domu i zabrać stamtąd kilku wujków. Słyszysz, co mówię?
- Mamy zabrać kilku wujków.
- Tak. Kiedy przyjedziemy, wujkowie zaczną biec i to będzie gra, w którą
musimy z nimi zagrać. Nie zatrzymamy samochodu tak do końca i kiedy
dobiegną, będą musieli wskoczyć do środka. Rozumiesz?
- Będą musieli wskoczyć do środka?
- Będziemy jechać powoli, oni wskoczą, a potem odjedziemy.
- Czy potem już pojedziemy do domu?
- Chwilę potem.
- Ja już chcę do domu.
- Pojedziemy do domu, ale najpierw musimy zagrać w tę grę.
- Nie możemy zagrać w nią jutro, kiedy będzie jaśniej? Jestem zmęczona.
To głupia gra.
- Musimy to zrobić teraz. A najważniejsze jest to, że musisz się wtedy
położyć na podłodze. Masz się położyć na podłodze, kiedy ci powiem.
Rozumiesz?
- Dlaczego?
Mama patrzyła na nią, co chwila zerkała na zegarek. Było ciemno, ale i tak go widziała.
- Dlatego że wujkowie będą biegli tak szybko, że inni, którzy się z nami
nie bawią, może też będą chcieli wskoczyć do samochodu. Mogą ci zrobić
krzywdę. Dlatego masz się położyć na podłodze za moim siedzeniem.
Pokiwała głową.
- Chcę, żebyś teraz spróbowała.
- Ale mówiłaś, że...
- Kładź się!
Mama objęła ją bardzo, bardzo mocno, aż zabolała ją szyja. Położyła się
na podłodze. Śmierdziało, było zimno i mokro. Trudno jej było oddychać.
Leżała przytulona do zimnej podłogi i kaszlała. Bolało ją ramię.
Mama wróciła na swoje miejsce i uruchomiła silnik, a ona z powrotem
usiadła. Jechały przez jakiś czas, a potem mama znów kazała jej położyć
się na podłodze.
- Zaczyna się gra?
- Tak. Jesteś już na dole?
- Tak. Już się schowałam.
- Nie wolno ci się podnosić. To może być bardzo niebezpieczne -
powiedziała mama, a później jeszcze przez chwilę mówiła o tym, co
niebezpiecznego może się stać. - Musisz też być cicho.
To głupio, że gra jest niebezpieczna, pomyślała, ale nie miała odwagi
tego powiedzieć.
- Cicho! - powiedziała mama niemiłym głosem, chociaż ona nic nie mówiła.
Leżała bez ruchu i wsłuchiwała się w dźwięk dobiegający z dołu. Miała
wrażenie, jakby leżała na drodze: skaketi-skaketi-skak,
bulteli-bulteli-bul. Kiedy samochód zwolnił, znów zaczęła powtarzać w myślach ten rytmiczny wierszyk. Skaketi-skaketi-skak... i nagle usłyszała
krzyk, potem następny. Mama głośno do kogoś wołała. Ktoś otworzył drzwi
nad jej głową. Poczuła, że przygniata ją coś ciężkiego, chciała
krzyczeć, ale nie mogła. Słyszała, jak drzwi się otwierają i zamykają, a potem znowu otwierają i znowu zamykają. Kiedy drzwi z przodu trzasnęły
po raz kolejny, rozległ się huk. Brzmiało to jak fajerwerki, jakby nagle
deszcz zaczął uderzać w samochód o wiele, wiele mocniej. Zobaczyła, że
szyba w drzwiach tuż nad nią popękała, ale się nie rozpadła. Szkło nie
posypało się ani na nią, ani na tylne siedzenie.
Wszyscy krzyczeli, nie mogła jednak zrozumieć, co mówią. Na próżno
nasłuchiwała głosu mamy. Chciała wstać, ale nie mogła. Samochód się
zakołysał i skręcił gwałtownie, a potem ruszyli. Spod spodu dobiegał
dziwny odgłos, jakby krzyk. Leżała nisko, więc go słyszała. Słyszała też
wujka, który siedział na tylnym siedzeniu. Miała wrażenie, że płacze.
Dziwnie było słyszeć płaczącego wujka. Pomyślała, że ta gra w ogóle jej
się nie podoba. Bała się, ale nie chciała się ruszać. Próbowała się
skupić na swoim wierszyku: skaketi-skaketi-skak...
Rozdział 1
1
ERIK WINTER OBUDZIŁ SIĘ PÓŹNO. Był owinięty prześcieradłem, więc zaczął
się wiercić. W końcu udało mu się wyplątać z pościeli. Przez drzwi
balkonowe widać było wiszące na niebie słońce. Mieszkanie już się
ogrzało.
Usiadł na rogu łóżka i przejechał dłonią po zarośniętej twarzy. Głowę
miał ciężką od niespokojnego, przerywanego snu. Siedział z zamkniętymi
oczami i nie myślał o niczym. W nocy budził się co godzinę, ocierał pot
z czoła, poprawiał poduszkę i prześcieradło. Dwa razy wstawał, żeby
wypić dużą szklankę wody. Wsłuchiwał się w dźwięki nocy. Tego lata
słychać je było bez przerwy.
Podniósł się wreszcie i przeszedł po drewnianej podłodze do łazienki.
Stanął pod prysznicem i czekał, aż woda zrobi się trochę cieplejsza.
Tchórz ze mnie, pomyślał. Kiedy byłem młodszy, wchodziłem pod pierwsze
lodowate strumienie, jak na faceta przystało.
Namydlił ciało. Lewą ręką chwycił się za krocze i poczuł, jak jądra i penis twardnieją mu w dłoni.
Przedwczoraj Angela wróciła do domu po podwójnym dyżurze w szpitalu. Nad
ranem się kochali. Znów poczuł się młody i silny, a płomienny orgazm
przeszywał całe jego ciało tak długo, że aż krzyczał. Słyszał, jak krzyk
odbija się między nimi echem. Na twarzy czuł jej pot, a jego smak
przypominał mu sól, którą czuł na języku, gdy latem skakał z klifu i nurkował w morzu.
Później leżeli obok siebie bez ruchu. Kiedy się podniósł, miał wrażenie,
że rusza się niemrawo jak starzec. Angela leżała na boku i patrzyła na
niego, a on po raz kolejny podziwiał miękki zarys jej bioder,
przypominający górę wznoszącą się nad krajobrazem. Twarz częściowo
przesłaniały jej włosy, mokre, a przez to delikatnie ciemniejsze u nasady.
- Wydaje ci się, że to ty mnie wykorzystujesz, ale jest na odwrót -
powiedziała i zaczęła powoli kręcić palcem w gęstych włosach na jego
torsie.
- Przecież tu nikt nikogo nie wykorzystuje - odpowiedział.
- W naszych krótkich, pełnych pasji spotkaniach chodzi przede wszystkim
o zaspokajanie moich potrzeb.
- Dobrze, że mi to pani wyjaśniła, pani doktor.
- Doszłam jednak do wniosku, że potrzebujemy czegoś więcej niż seksu.
- Co to za bzdura?
- To, że potrzebujemy czegoś więcej niż seksu?
- Nie, to, że potrzebujemy tylko seksu, że nie robimy nic poza tym.
- A co takiego robimy? - zapytała i zdjęła rękę z jego torsu.
- Cóż to za pytanie? Przecież robimy wiele różnych rzeczy.
- Takich jak...
- Na przykład teraz rozmawiamy. Rozmawiamy o naszym związku.
- To chyba pierwszy raz - powiedziała i usiadła. - Jedna rozmowa na
dziesięć stosunków.
- Teraz chyba żartujesz.
- Może, ale jeśli nawet, to tylko trochę. Ja chcę czegoś więcej.
- Czego?
- Wiesz, o czym mówię, Eriku. Rozmawialiśmy już o tym.
- O mojej dojrzałości.
- Właśnie.
- O tym, że wreszcie powinienem dojrzeć jako mężczyzna i wziąć
odpowiedzialność za rodzinę, której jeszcze nie mam.
- Masz przecież mnie - powiedziała, znów na niego spoglądając.
- Przepraszam, wiesz, o co...
- Nie, właściwie to nie do końca wiem, o co ci chodzi. Taki układ już mi
nie wystarcza.
- Nawet jeśli możesz mnie wykorzystywać?
- Nawet.
- Nawet jeśli to przede wszystkim twoje potrzeby będą zaspokajane?
- Wygłupiałam się tylko, mówiąc to. Niepotrzebnie. Teraz będziesz miał
kolejny temat do żartów.
- Angela, daj spokój. Dobrze, już jestem poważny.
- Nie zawsze będziesz młody, Eriku, już zacząłeś się starzeć. Pomyśl o tym.
- Już o tym myślałem.
- Pomyśl o tym. I o nas.
Miał trzydzieści siedem lat i był komisarzem jednostki śledczej komendy
rejonowej. Został nim w wieku trzydziestu pięciu lat, co było rekordem w Göteborgu i w Szwecji, ale dla niego awans oznaczał jedynie to, że nie
musiał już wykonywać czyichś rozkazów tak często jak kiedyś.
Wcześniej w pracy czuł się młody i silny, teraz zaczęły go dopadać
wątpliwości. Wydawało mu się, że w krótkim czasie postarzał się o pięć,
dziesięć lat. Sprawa, nad którą pracował ostatniej wiosny, wyczerpała go
tak bardzo, że kiedy ją rozwiązał, latem, zastanawiał się, czy da radę
nadal być policjantem i swego rodzaju aktywną przeciwwagą dla
panoszącego się zła.
Na początku lata wziął tydzień urlopu i spędził go, wędrując w promieniach północnego słońca po bezkresach Laponii. Wrócił do pracy,
ale chyba nie był już taki jak kiedyś. Próbował się zanurzyć w atmosferze lata i wolnego czasu. Nie golił się. Włosy zakrywały mu już
uszy i rosły dalej, zbliżając się do ramion. Jego wygląd wciąż się
zmieniał. Może teraz bardziej pasuje do mojego skomplikowanego wnętrza,
pomyślał pewnego dnia, stojąc przed lustrem, i zaciskając wargi,
wykrzywił twarz. Może dzięki temu będę wyglądał jak porządny glina.
Siedział sam przy kuchennym stole nad dwoma tostami i filiżanką herbaty.
Angela się pożegnała i wróciła do siebie. Pot znów wystąpił mu na czoło,
kiedy panujący na zewnątrz upał zaczął się sączyć do środka przez
żaluzje. Była jedenasta. Kiedy przed chwilą spojrzał na umieszczony w zacienionym kącie balkonu termometr, wskazywał dwadzieścia dziewięć
stopni. Z drugiej puli urlopu zostały mu jeszcze cztery dni. Postanowił
dalej korzystać z wypoczynku.
W przedpokoju zadzwonił telefon. Wstał, wyszedł z kuchni i podniósł
słuchawkę.
- Tu Steve, jeśli mnie jeszcze pamiętasz - powiedział ktoś ze szkockim
akcentem.
- Jak mógłbym zapomnieć rycerza z Croydon?
Steve Macdonald był komisarzem policji, pracował w południowym Londynie.
Wiosną prowadzili wspólnie tę ostatnią trudną sprawę. Zaprzyjaźnili się,
tak przynajmniej wydawało się Winterowi. Pracowali razem w Londynie i w Göteborgu. Ostatnio rozmawiali w wiosenny wieczór w mieszkaniu Wintera,
kiedy po zakończeniu sprawy wszyscy próbowali się nawzajem pocieszać.
- To raczej ty jesteś rycerzem - powiedział Macdonald. - Masz błyszczącą
zbroję i całą resztę.
- To już chyba przeszłość - odparł Winter.
- Co?
- Jestem nieogolony, a włosów nie obcinałem od miesięcy.
- Czy miałem na ciebie aż taki wpływ? Ja byłem na Jermyn Street i szukałem garniturów Baldessariniego. Pomyślałem, że powinienem dodać
sobie powagi. Gdybyś został u nas w komendzie dłużej, zaczęliby słuchać
twoich rozkazów.
- I jak poszło?
- Z czym?
- Znalazłeś garnitur?
- Nie. Zwykłych ludzi nie stać na ciuchy, które ty nosisz. A propos,
muszę cię o to spytać jeszcze raz: czy to prawda, że nie musisz czekać z zakupami do pierwszego?
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Sam tak mówiłeś wiosną.
- Naprawdę? Musiałem być tak skupiony na tym, co robiliśmy, że sam
siebie nie słuchałem wystarczająco uważnie.
- Czyli potrzebujesz pensji?
- A jak myślisz? Mam trochę odłożone w banku, ale nie aż tyle.
- Dobrze to słyszeć.
- To ma jakieś znaczenie?
- Nie wiem. Może. Po prostu chciałem wiedzieć.
- To dlatego zadzwoniłeś?
- Właściwie to chciałem się dowiedzieć, jak się masz. Wtedy, wiosną, nie
było łatwo.
- Nie było.
- Więc?
- Co?
- Jak leci?
- Jest gorąco. Mamy rekordowe temperatury, chociaż lato powinno się już
skończyć. A ja nadal jestem na urlopie.
- Dzięki za pocztówkę z Alp.
- To z Gór Skandynawskich w Laponii, w Szwecji.
- Bez różnicy. I tak dzięki.
Zapadła cisza. Winter słyszał równomierny szum unoszący się nad
rozgrzaną wodą. Macdonald odchrząknął głośno.
- Odezwij się kiedyś.
- Może wpadnę na Boże Narodzenie zrobić zakupy - odparł Winter.
- Co będziesz kupował? Cygara? Koszule?
- Myślałem o dżinsach.
- Uważaj, bo staniesz się taki jak ja.
- Mógłbym powiedzieć to samo.
Pożegnali się i Winter odłożył słuchawkę. Nagle zakręciło mu się w głowie, chwycił się mocno krawędzi blatu. Po chwili zawroty ustały.
Wrócił do kuchni i wypił łyk zimnej już herbaty. Zastanowił się, czy
zaparzyć nową, ale zrezygnował i wstał, żeby odstawić naczynia do zlewu.
Ubrał się w szorty i bawełniany T-shirt, na nogi włożył sandały. Do
kieszeni T-shirta wcisnął portfel i sprawdził, czy w drugiej kieszeni ma
pęk kluczy, który włożył do niej wczoraj. Komórkę celowo zostawił na
nocnej szafce.
Kiedy chwytał klamkę, usłyszał listonosza. Wsunięte przez otwór w drzwiach listy spadły mu na stopy. Schylił się i przejrzał pocztę:
"Gazeta Policyjna", dwa listy z banku, magazyn zapakowany w szarą
kopertę oraz zawiadomienie o nadejściu przesyłki o wadze przekraczającej
kilogram, do odbioru w urzędzie pocztowym przy Avenyn. Z całej tej
sterty białego papieru wyróżniała się kolorowa pocztówka. Podniósł ją i obrócił. To Macdonald przesyłał mu pozdrowienia z wizyty w swoich
rodzinnych stronach, na północy Szkocji. "My też mamy Alpy", pisał.
Winter znów obrócił kartkę i przyjrzał się ośnieżonemu szczytowi
wznoszącemu się nad domkami. Wyglądały staroświecko, jakby z innej
epoki.
Na twarzy czuł gorące powietrze. Vasaplatsen połyskiwał, jakby ktoś
rozciągnął na nim szklane nici. Kilka osób stało w cieniu na przystanku
tramwajowym po drugiej stronie parku. Widać było tylko ich czarne
sylwetki.
Wyciągnął rower z piwnicy i pojechał wzdłuż Vasagatan, a potem w prawo.
Minął Skanstorget. Zanim dojechał do Linnéplatsen, koszulkę miał mokrą
od potu, ale było to miłe uczucie. Plecak obijał mu się o łopatki.
Zamiast w kierunku L?ngedrag postanowił pojechać na południe. Jechał w pełnym słońcu w stronę plaży w Askim. Na plaży zrobił sobie przerwę,
napił się czegoś zimnego i ruszył dalej. Minął pole golfowe w Hov?s i dojechał do Järkholmen. Zostawił rower wśród innych, stojących wzdłuż
ścieżki. Zszedł na dół, na niewielką plażę, i tak szybko, jak tylko się
dało, zanurzył się w wodzie.
Leżał w słońcu i czytał, a kiedy było mu za gorąco, wchodził do wody.
Miał urlop i właśnie tak chciał spędzać wolny czas tego lata. Lubił to
uczucie suchości na stopach, kiedy otrzepywał je z piachu i wkładał
sandały, gdy po południu zbierał się do domu, a słońce świeciło nisko, z lewej strony. Sprawiało mu to przyjemność i chciał, żeby to trwało
jeszcze trochę, bo było dla niego symbolem wszystkiego, co na świecie
dobre.
Rozdział 2
2
ANECIE DJANALI ZŁAMANO KOŚĆ ŻUCHWY chwilę po północy. Spacerowała wzdłuż
Östra Hamngatan, wokół było pełno ludzi. Nie była na służbie, ale nawet
gdyby była, nie miałoby to większego znaczenia, ponieważ Aneta, jako
inspektorka wydziału śledczego, w godzinach pracy nie nosiła munduru.
Była z przyjaciółką. We dwie zauważyły bijatykę w ciemnej, odchodzącej w bok Kyrkogatan. Zobaczyły, że trzech mężczyzn bije i kopie kogoś
leżącego na ziemi. Aneta krzyknęła i zrobiła kilka kroków w ich
kierunku. Mężczyźni podnieśli wzrok, po czym podeszli do Anety i jej
przyjaciółki. Dziesięć sekund później jeden z nich, mijając Anetę,
uderzył ją w twarz. Uderzył tylko raz i najpierw Aneta nic nie czuła,
ale po chwili ból przeszył całą głowę i klatkę piersiową. Ten, który
wymierzył jej cios, krzyknął coś o jej kolorze skóry, a kiedy upadła na
ziemię, poszli dalej. Aneta Djanali była czarna, ale po raz pierwszy z tego powodu padła ofiarą przemocy.
Cały czas była przytomna. Próbowała coś powiedzieć przyjaciółce, ale nie
mogła. Lis jest biała jak mało kto, pomyślała. Może dla niej to jeszcze
większy szok niż dla mnie.
Wokół nieprzerwanie trwały festiwalowe imprezy. Tłumy kręciły się między
scenami i namiotami z piwem. Noc była ciepła. Nad miastem unosił się
zapach grilla i ludzi - na ulicach czuć było alkohol i pot. Podniesione
głosy mieszały się ze sobą i gdzieś w tej kakofonii zginął krzyk
przyjaciółki Anety. Spacerując po opanowanym przez festiwal mieście,
mijały to miejsce już trzeci raz tego wieczoru. Do trzech razy sztuka,
pomyślała Aneta Djanali, czując pod policzkiem nierówną powierzchnię
asfaltu. Ból w głowie nie był już tak silny. Widziała tylko nogi,
mnóstwo nóg w sandałach i w mokasynach, a potem ktoś ją podniósł i zaniósł do samochodu. Domyśliła się, że to karetka. Czuła, jak ktoś jej
delikatnie dotyka, a potem straciła przytomność.
Fredrik Halders dowiedział się o tym następnego dnia rano, kiedy o wpół
do dziewiątej przyszedł do komendy. Był ostrzyżonym na jeża gliną,
który, ilekroć nadarzyła się ku temu okazja, dogryzał innym, a najchętniej Anecie Djanali, i to z powodu jej koloru skóry i pochodzenia. Czasami wychodził na rasistę i seksistę, ale niewiele go to
obchodziło. Był sam, odkąd rozwiódł się trzy lata wcześniej. Bez przerwy
wkurzony i agresywny czterdziestoczteroletni facet o cholernie
pogmatwanym wnętrzu, który powinien wreszcie zrozumieć, że musi z kimś
porozmawiać. Ale: Fredrik Halders u psychoterapeuty? Wolałby już
publicznie zwalić sobie konia. Wiedział jednak, że ta negatywna energia,
która się w nim nagromadziła, może go zaprowadzić na skraj przepaści.
Poczuł to też teraz, kiedy usłyszał, co się przydarzyło Anecie Djanali.
Chciał... chciał... chciał, do kurwy nędzy, rozerwać na strzępy tych
pieprzonych skurwysynów. Chodził wokół sali konferencyjnej, a Lars
Bergenhem, kiedy już wszystko mu opowiedział, zamilkł.
- Są jacyś świadkowie?! - krzyknął Halders.
- Tak... - zaczął Bergenhem.
- Gdzie?
- Przyjaciół...
- Dawaj ją tu! - wrzasnął Halders. - Zresztą pieprzyć to - rzucił i podszedł do drzwi.
- Dokąd idziesz?
- A jak, kurwa, myślisz?
- Jest pod narkozą, albo przynajmniej była przez jakiś czas, kiedy
nastawiali jej szczękę.
- Skąd wiesz?
- Przed chwilą gadałem ze szpitalem.
- Czemu nie zadzwonili do mnie? - zapytał Halders. - Takie coś może być
niebezpieczne. Może dojść do zakażenia albo innego syfu. Powinni ją dać
na intensywną opiekę.
Taa, ty oczywiście znasz się na tym lepiej niż lekarze, pomyślał
Bergenhem.
- Przecież to ja najczęściej z nią współpracuję - powiedział Halders. -
Ty prawie nigdy nie pracowałeś z Anetą w terenie!
- Skąd mogli o tym wiedzieć - odparł cicho Bergenhem.
- Co?
- Nic.
- To co ze świadkami? - zapytał Halders.
- Próbuję ci właśnie powiedzieć, że przyjaciółka Anety będzie tu za... -
Bergenhem spojrzał na zegarek - za kwadrans.
- Była tam?
- Tak.
- Ktoś jeszcze?
- Wiesz, że trwa festiwal. Były tam tłumy, a w takich sytuacjach nikt
nigdy nic nie widzi.
- Cholera - powiedział Halders. - Chyba się wyprowadzę z tego
pieprzonego miasta.
Bergenhem nie odpowiedział.
- Lubisz to miasto? - spytał Halders. Na chwilę usiadł, potem wstał i znów usiadł.
Bergenhem zastanawiał się, co odpowiedzieć. Fredrik był zdenerwowany i nie było to nic nowego, ale tym razem było inaczej, jakby jego gniew
miał w sobie coś ze świętości. To było coś więcej niż współczucie dla
koleżanki z pracy. Za chwilę pewnie pojedzie do szpitala i niech Bóg ma
w swojej opiece wszystkich kierowców, którzy będą go spowalniać na
światłach.
- Nastały nowe czasy - powiedział Bergenhem. - To nowoczesne,
wieloaspektowe miasto.
- Wielo co? Co to, kurwa, znaczy?
- Że znajdziesz tu i dobro, i zło - odparł Bergenhem, uświadamiając
sobie, jak banalne zdanie właśnie wypowiada. - Nie można po prostu
posłać całego miasta do diabła.
- Niedługo trzeba będzie to zrobić - powiedział Halders. - Człowiek
spaceruje sobie po ulicy, a jakiś drań podchodzi i rozwala mu głowę.
Jakie tu masz aspekty? I gdzie niby to twoje wieloaspektowe miasto?
Bergenhem nie odpowiedział.
- Nie no, wiem, że są porządni i szczęśliwi ludzie, i niektóre miejsca
są w porządku, i w ogóle, ale chodzi o to, że... chodzi o to... - dodał
Halders dziwnie niskim głosem i odwrócił się od Bergenhema, wciskając
głowę w ramiona.
Bergenhem zobaczył, jak Halders podnosi prawą rękę i przeciera twarz.
Płacze, pomyślał. Albo zaraz zacznie. Czyli jest jeszcze nadzieja dla
Fredrika. Ale właściwie to on ma rację, a już na pewno jeśli chodzi o to
lato. Ile prowokacji mieliśmy w ostatnim miesiącu? Piętnaście? To niemal
jak przygotowania do wojny, partyzanckiej wojny między plemionami
Göteborga. Wczoraj ucierpiała...
- Kto będzie gadał z tą babką? - Głos Haldersa dobiegł jakby z oddali. -
Z jej przyjaciółką?
- Ja i ty, jeśli chcesz - odpowiedział Bergenhem.
- Ty się tym zajmij - odparł Halders. - Ja spadam do szpitala. A co z tym drugim biedakiem? Tym, którego też pobili?
- Żyje - powiedział Bergenhem.
Był zniecierpliwiony i nie zauważył nawet, że powietrze wpadające przez
nawiew jest cieplejsze od tego w samochodzie. Pot spływał mu po karku,
ale nie zwracał na to uwagi.
Kiedy wszedł do sali, Aneta siedziała na łóżku, czy raczej leżała,
opierając się na poduszkach. Oczy miała czerwone, popękały jej naczynka.
Chyba lepiej iść się uchlać, pomyślał Halders. Twarz ma owiniętą
bandażami. Dopiero co się obudziła, nie powinno mnie tu być.
Obok niej stał plastikowy kubek ze zgiętą wpół słomką. Przed
jednoosobową salą, w której leżała, na szpitalnym stoliku stało dziesięć
róż. Pielęgniarka powiedziała, że nie chcieli ich wnosić do środka ze
względu na zagrożenie infekcją. Główki kwiatów pochylały się w kierunku
blatu. Nie nalali wody do wazonu czy co, pomyślał Halders. To mogły być
kwiaty ode mnie.
Wziął stołek i usiadł przy łóżku.
- Dorwiemy ich - powiedział.
Leżała nieruchomo. Potem zamknęła oczy i Halders nie był pewien, czy nie
zasnęła.
- Zanim wyzdrowiejesz, te dranie będą siedzieć. Przecież czarni
obywatele też mają prawo chodzić po ulicach po zapadnięciu zmroku.
Nie zareagowała. Halders wpatrywał się w stertę poduszek za jej plecami.
Chyba nie było jej wygodnie.
- W takiej chwili można pomyśleć, że lepiej by było, gdybyś została w domu, w Wagadugu - powiedział Halders, powtarzając stary, dobrze znany
im obojgu żart. Aneta Djanali urodziła się przecież w Göteborgu. - W Wagadugu - powiedział jeszcze raz, jakby to słowo miało ukoić jego nerwy
albo sprawić, że Aneta poczuje się lepiej.
- Właściwie taka chwila już się nie powtórzy - odezwał się po kilku
minutach milczenia. - Mogę powiedzieć coś ważnego, a ty mi nie
przerwiesz i nie będziesz się wymądrzać. Mam pole do popisu, mogę
powiedzieć, co myślę. Mogę ci wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi.
Aneta otworzyła oczy i rzuciła mu spojrzenie, które dobrze znał.
Oberwała, ale uszkodzili jej tylko dolną część czaszki, pomyślał. To
jest ta jedyna chwila, kiedy mogę dojść do słowa.
- Chodzi o utrzymanie kontroli - powiedział. - Kiedy złapiemy tych
skurwysynów, będziemy się kontrolować tak długo, jak się da, a potem
popełnimy jeden czy dwa błędy, pokazując, że my też jesteśmy ludźmi. Że
gliny są ludźmi.
Jak, do licha, udaje jej się pić z tego kubka, pomyślał. Przecież w bandażu nie ma żadnego otworu na słomkę. Czy te przedmioty stoją tu
tylko po to, żeby dobrze wyglądać? Czy nie dostaje wszystkiego, czego
potrzebuje, w kroplówce? I jak długo będzie tu leżeć?
- Mówią, że Winterowi odbiło po tej ostatniej sprawie - powiedział. -
Cały urlop przechodził w obciętych dżinsach i w T-shircie z napisem
"London Calling". Podobno był w komendzie, żeby zabrać papiery. Miał
zarost i zapuścił włosy.
Aneta znów zamknęła oczy.
- Nie mogę się doczekać poniedziałku - dodał. - Zbierzemy się wtedy
wszyscy, to znaczy wszyscy z wyjątkiem ciebie, ale mogę położyć coś na
twoim krześle, jakbyś z nami była. - Pochylił się do przodu. - Na razie
się kuruj. - Wciągnął powietrze, wdychając ciężki zapach unoszący się w sali. - Brakuje mi ciebie - powiedział.
Wstał i nieporadnie zabrał ze sobą stołek. Minął łóżko i wyszedł z pokoju. Na korytarzu zajrzał do wazonu z różami - był napełniony wodą.
Dlaczego w takim razie kwiaty więdną?, pomyślał.
Winter nie czekał do poniedziałku. Kiedy zadzwonił do niego Ringmar i od
razu powiedział, o co chodzi, natychmiast postanowił zakończyć urlop.
Wcale nie z poczucia obowiązku. Przeciwnie, było to egoistyczne
posunięcie, może nawet element swego rodzaju terapii.
- Nie jesteś tu jeszcze potrzebny - powiedział Ringmar.
- Mam dość leżenia na plaży i otrzepywania nóg z piachu - odparł Winter.
Po południu wszedł do swojego biura i podciągnął żaluzje. W pokoju
unosił się zapach pracy i kurzu. Blat biurka był pusty. Stan idealny,
pomyślał. Może mogę być jak szef i na blacie nie trzymać nic, a raporty
upychać do szuflad.
Sture Birgersson, szef wydziału śledczego, był na tyle mądry, by całą
odpowiedzialność zrzucić na swojego zastępcę. Oznaczało to, że to Winter
dowodził trzydziestką policjantów walczących z przestępczością.
Oficjalnie dawny Wydział Śledczy został zastąpiony Jednostką Śledczą
Komendy Rejonowej, ale w praktyce nic się nie zmieniło. I tak nadal
zajmowali się tym samym: przemocą i kradzieżami. Ci, którzy wcześniej
byli sierżantami, zostali mianowani aspirantami. Wreszcie człowiek do
czegoś doszedł, stwierdził Halders, kiedy w 1995 roku wszyscy zostali
awansowani. Chociaż wyższy stopień nie oznaczał wyższej pensji. A jednak
teraz wychodzi się na nędzne ulice Göteborga z większymi ambicjami,
uważał.
- Zamknij drzwi - powiedział Winter, kiedy Ringmar stanął w progu. - I jak? - zapytał, zanim Ringmar zdążył usiąść na krześle po drugiej
stronie biurka.
- Sprawdzamy już najgorsze szumowiny, ale mogli być spoza miasta -
odpowiedział Ringmar.
- Tak sądzisz?
- Tak mówią. Poza tym panuje jakiś bałagan. Nie wiem, ile wiesz, ale
przecież oglądasz telewizję albo przynajmniej słuchasz wiadomości.
Mówią, że może to wszystko przez upały, a może przez coś innego.
- Te demonstracje?
- Tak, ale nie tylko. W mieście aż kipi, w pewnym sensie. W ostatnim
tygodniu mieliśmy ze dwanaście przypadków gangsterskich porachunków. To
wojna gangów albo jej początek. No i bójki. Nie wiem, ile narodowości,
włączając Szwedów, brało w nich udział. Paskudnie to wygląda. Coś jest
na rzeczy... nie wiem co... jakaś zawiść, agresja... coś, co sprawia, że
ludzie atakują innych albo nienawidzą ich bardziej niż kiedykolwiek.
Mimo to próbujemy robić, co w naszej mocy. Może stoją za tym jakieś
skurwysyny, które dolewają oliwy do ognia, kierują tym, przynajmniej po
części.
Bertil Ringmar dowodził grupą zwiadowczą, którą tworzyło dziesięcioro
policjantów mających wtyczki w świecie przestępczym i której celem było
kontrolowanie zarówno zwykłych szumowin, jak i przestępczości
zorganizowanej. Mieli "stać w pierwszym szeregu, prowadząc innych w stronę postępu", jak to określił Sture Birgersson, kiedy
przeorganizowywano ich jednostkę.
- Przecież Anetę znają trochę w mieście - powiedział Ringmar. - Myślę,
że gdyby nie chodziło o samoobronę, nie posunęliby się do zaatakowania
kogoś z naszych.
- Może właśnie w tym rzecz - stwierdził Winter.
- W czym?
- Wydaje nam się, że oni wiedzą, że my wiemy, że oni wiedzą, że myślimy,
że nigdy by czegoś takiego nie zrobili, i może właśnie dlatego to
zrobili.
Ringmar nie odpowiedział.
- Nie sądzisz?
- Tak, to klasyczny problem - odparł Ringmar. - O ile dobrze cię
zrozumiałem.
- Tak czy inaczej, wracacie do punktu wyjścia?
- Na to wygląda.
Winter wpatrywał się w blat biurka. Było wypolerowane na wysoki połysk,
jakby sprzątaczka gorączkowo je czyściła, kiedy tylko się okazało, że
komisarz wraca wcześniej. Widział odbicie swojej twarzy. Włosy wyglądały
jak kolczasta otoczka przyczepiona do głowy. Z paczki schowanej w kieszeni koszuli wyciągnął krótkie cygaro i zapalił je. Upuścił zapałkę.
Oparzyła go w udo, poczuł szybkie ukłucie. Ringmar zauważył, że Winter
ma na sobie szorty, ale nie skomentował tego. Sam był ubrany w długie
spodnie khaki. Wyglądają, jakby je kupił w sklepie z wyposażeniem
brytyjskiej armii kolonialnej, pomyślał Winter.
- Jeśli są stąd, znajdziemy ich - ciągnął Ringmar.
- Wierzysz w siły dobra? W naszych informatorów?
- Wierzę, że siły dobra ukryte w szeregach sił zła zaprowadzą nas
właśnie do tych złych - odparł Ringmar.
- Tych gorszych - dodał Winter. - Tych najgorszych.
- Przyjaciółce Anety wydaje się, że może rozpoznać któregoś z nich -
powiedział Ringmar.
- Mieli na sobie jakieś symbole nazistowskie albo faszystowskie?
- Nie. Z wyglądu zupełne niewiniątka.
Winter strzepnął popiół na dłoń. Ktoś pewnie zwinął mu z biura
popielniczkę, kiedy go nie było.
- Inni świadkowie?
- Z tysiąc, ale tylko kilka osób odezwało się do nas po komunikacie. I nie są pewni, jak ci kolesie wyglądali.
- Niewiniątka, mówisz?
- Tak.
- Nie upłynęła jeszcze doba.
- Nie.
Rozległ się dzwonek stojącego z prawej strony biurka telefonu.
- I jeszcze ktoś dzwoni - powiedział Winter i podniósł słuchawkę.
Wymamrotał swoje nazwisko.
Ringmar patrzył, jak Winter, zgarbiony i ze zmarszczonym czołem,
wsłuchuje się w głos dyżurnego policjanta. Rzucił kilka słów i się
rozłączył.
- Idzie tu jakiś koleś. Śledził ich - powiedział.
- O kurwa. Czemu wcześniej się nie odezwał? - spytał Ringmar.
- Chyba dziecko mu ciężko zachorowało w nocy.
- Gdzie jest?
- Zaraz tu będzie - powiedział Winter. - A propos, byłem w szpitalu
zobaczyć Anetę. Spotkałem Fredrika. Wychodził akurat z jej sali i miał
zaczerwienione oczy.
- Aha - odparł Ringmar.
Rozdział 3
3
WINTER WSTAŁ I PODSZEDŁ DO OKNA. Na plecach miał mokry ślad od oparcia
krzesła. Zatrząsł się, stając pod nawiewem klimatyzacji. Ten dreszcz
zimna, który przeszedł go od środka, sprawił, że lato tam, na zewnątrz,
też wyglądało na chłodne. Przez okno, którego nie można było otworzyć,
wydawało się szare. Niebo było niewyraźne, a upalne powietrze bezgłośnie
wisiało nad miastem. Było przedpołudnie, a mało kto chodził po ulicach.
Na murawie starego stadionu Ullevi ustawiono zraszacze.
Pomyślał o Anecie Djanali i zacisnął prawą dłoń. Kiedy uświadomił sobie,
co jej się przydarzyło, poczuł... agresję. To nagłe uczucie stało się jego
częścią. Może to prymitywna chęć zemsty, a może coś więcej. Powrócił do
swojego pełnego agresji świata.
Odwrócił się. Ringmar wciąż siedział w biurze i patrzył na niego bez
słowa. Jest ode mnie starszy o piętnaście lat i już zaczął wyczekiwać
lepszych czasów, pomyślał Winter. Może kiedy już przepracuje ostatni
dzień, popłynie łodzią do swojego domku letniskowego na Vr?ngö i nigdy
tu nie wróci.
- Co oznacza ten napis na koszulce? "London Calling"? - spytał Ringmar.
- To tytuł rockowej płyty. Macdonald mi ją przysłał.
- Rockowej? Przecież ty nie masz pojęcia o rocku.
- Słyszałem jeden zespół. The Clash. Przysłał mi ich płytę razem z T-shirtem.
- The Clash?
- Po angielsku znaczy starcie.
- Chodziło mi o zespół. Co to za jedni? Potrafisz odróżnić hard rock od
popu?
- Nie. Ale ich muzyka mi się podoba.
- Nie wierzę. Przecież ty lubisz Coltrane'a.
- Podoba mi się - powtórzył Winter. - Grali, kiedy miałem z dziewiętnaście lat, ale i tak są bardzo współcześni.
- Czyli hard rock - stwierdził Ringmar.
Do pokoju wszedł świadek, na którego czekali.
Zaczął opowiadać. Na jego twarzy widać było napięcie i zmęczenie po
nieprzespanej nocy. Przeżycia ostatnich godzin zostawiły w jego oczach
wyraźny ślad niepokoju. W nocy jego dziecko doznało wstrząsu
alergicznego. Ledwo uniknęli tragedii. Winter coś do niego powiedział.
- Przepraszam, nie usłyszałem. Zakręciło mi się w głowie.
- Powiedział pan, że pan za nimi poszedł.
- Tak.
- Ilu ich było?
- Z tego, co widziałem, trzech.
- Jest pan pewien, że byli razem?
- Dwóch z nich czekało, podczas gdy ten trzeci... ten, który ją uderzył...
czekali na niego. - Świadek przetarł oczy. - Przypominam sobie, że ten,
który uderzył, był mniejszy od pozostałych.
- Był niższy?
- Tak to wyglądało.
- I poszedł pan za nimi?
- Szedłem tak długo, jak się dało. Wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Człowieka paraliżuje, nie wiadomo, co zrobić. Potem pomyślałem, że to
straszne, co zrobili, i poszedłem za nimi, żeby zobaczyć, dokąd idą, ale
na Kungstorget były tłumy ludzi, a później zadzwoniła żona. Krzyczała,
że Astrid się dusi. Astrid to nasza córka.
- Tak - powiedział Winter i spojrzał na Ringmara. Bertil miał dziecko.
Winter nie, ale miał dziewczynę, która stwierdziła, że nie ma zamiaru
dłużej czekać, aż on dojrzeje do tego, żeby wziąć odpowiedzialność za
dziecko. Oświadczyła mu to wczoraj, zanim wyjechała do mamy, żeby tam
wyregulować swój zegar biologiczny. Kiedy wróci, będę mógł usłyszeć, jak
się przesuwają wskazówki, pomyślał.
- Ale już w porządku - powiedział mężczyzna, chyba sam do siebie. - Już
w porządku z Astrid.
Winter i Ringmar czekali. Powietrze w pokoju krążyło powoli. Mężczyzna
był ubrany w te same spodenki i koszulkę polo, które miał na sobie
poprzedniego wieczoru. Na brodzie widniał cień zarostu, a jego oczy
jakby zapadły się w głąb czaszki.
- Jesteśmy wdzięczni, że przyszedł pan do nas od razu po tym... przykrym
incydencie... - powiedział Winter. - Że przyszedł pan prosto ze szpitala.
Siedzący naprzeciwko niego świadek wzruszył ramionami.
- Wiele osób w ogóle nie reaguje - odparł. - Ktoś łazi po ulicach i bije
innych. No przecież, do cholery, krew może człowieka zalać, jak się na
to patrzy.
Winter czekał na dalszy ciąg.
- To jak z tą durną gadką o imigrantach, którą się słyszy w pracy. Jakby
poprawność polityczna pozwalała mówić, że w kraju jest za dużo
imigrantów, uchodźców i czarnych.
- Gdzie dokładnie zgubił pan tę bandę? - zapytał Ringmar.
- Przy Saluhallen, niedaleko Kungsportsplatsen. To znaczy tuż przed
wejściem na plac.
- Słyszał pan, czy coś mówili?
- Ani słowa.
- Domyśla się pan, skąd mogli być?
- Jak dla mnie mogli być i z piekła rodem.
- Czyli nie wie pan.
- Nie, ale to byli Szwedzi, prawdziwi Szwedzi, jak to się mówi.
Zapytali go, jak wyglądali, więc ich opisał. Kiedy wyszedł, Winter
zapalił kolejne cygaro i znów upuścił zapałkę na gołe udo.
- Zauważyłeś, że uważa Anetę za uchodźcę? - rzucił.
- Co masz na myśli? - zapytał Ringmar.
- Zawsze będziemy dzielić ludzi na kategorie, pokolenie za pokoleniem.
Bez względu na to, gdzie się urodzili.
- Tak.
- Wieczni tułacze.
- Co?
- Jest takie określenie. Tak nazywają tych, którzy w poszukiwaniu raju
krążą od jednego państwa do drugiego, ale nigdzie ich nie wpuszczają.
- Ładne określenie - stwierdził Ringmar. - Takie romantyczne. Ale nie
dotyczy naszej Anety.
- Nie, ale kiedy wreszcie wpuszczą ich do jakiegoś raju, co się dzieje?
- powiedział Winter i dogasił cygaro w popielniczce, którą znalazł za
zasłoną.
Na zewnątrz, na placu Ernsta Fontella, powietrze było ciężkie od gorąca.
Słońce stało w zenicie. Pot zaschnięty na ciele Wintera znów zaczął
spływać po plecach. Czuł, jak swędzą go pachwiny. Założył okulary
przeciwsłoneczne, podszedł do samochodu i otworzył drzwi. Źle wyliczył
kąt padania cienia od drzew. Przednie siedzenie było nagrzane nie do
wytrzymania. Oddychając powoli, usadowił się i uruchomił silnik. Włączył
klimatyzację.
Ruszył na wschód. Minął nowy stadion Ullevi i skręcił na podwórze dużej
willi w Lund. Pies z sąsiedniej posesji ujadał jak wściekły. Winter
słyszał szczęk jego kolczatki.
Wejście do domu było ocienione. Nacisnął dzwonek i czekał. Nacisnął
jeszcze raz, ale nikt nie otwierał. Zszedł ze schodów i skręcił w lewo,
w asfaltową ścieżkę. Czuł zapach rosnących obok krzewów czarnych
porzeczek, ale też jakiś inny, którego nie mógł rozpoznać.
Za domem słońce odbijało się w tafli basenu. W powietrzu czuć było chlor
i olejek do opalania. Przy północnej krawędzi basenu stał leżak, na
którym leżał nagi mężczyzna. Ciężkie ciało całe miał opalone na
intensywny kolor, odcinający się na tle ręcznika, który miał chronić
materiał leżaka przed potem i olejkiem. Ręcznik był biało-niebieski i pod stopami mężczyzny widniał na nim napis "Swedcom". Winter zakaszlał
cicho i mężczyzna otworzył oczy.
- Wydawało mi się właśnie, że coś słyszałem.
- To dlaczego nie otworzyłeś?
- I tak wszedłeś.
- To mógł być ktoś inny.
- Ale niestety to ty - powiedział mężczyzna, nadal leżąc w tej samej
pozycji. Jego obwisły penis spoczywał na umięśnionym udzie.
- Ubierz się i zaproponuj mi coś do picia, Benny.
- Muszę to zrobić w takiej kolejności? Nabawiłeś się homofobii?
- To kwestia estetyki. - Winter rozejrzał się za krzesłem.
Benny Vennerhag, bo tak nazywał się mężczyzna, wstał i chwycił leżący na
niskim stołku biały ręcznik, po czym wskazał na basen.
- Tymczasem możesz się wykąpać.
Poszedł w kierunku domu, a kiedy był na werandzie, odwrócił się i powiedział:
- Przyniosę parę piw. Kąpielówki znajdziesz w schowku pod stołkiem.
Fajny T-shirt, ale komu by się chciało jechać do Londynu?
Winter ściągnął spodenki i T-shirt i zanurzył się w wodzie. Poczuł na
skórze orzeźwiający chłód. Zanurkował i przepłynął na drugi koniec
basenu. Z impetem przebił powierzchnię wody i położył się na plecach.
Przez chwilę miał wrażenie, że słońce nie jest już tak blisko. Znów
zanurkował i obrócił się. Patrzył na niebo przez taflę wody. Wyglądała
jak szklany dach. Słyszał trzask wydobywający się z wykafelkowanych
ścian basenu, a może trzeszczało mu w uszach? Długo nie wypływał, a kiedy wreszcie to zrobił, zobaczył nad sobą twarz.
- Próbowałeś pobić rekord? - spytał Vennerhag i schylił się nad
krawędzią basenu, żeby mu podać piwo.
Winter odgarnął włosy z czoła. Wziął od Vennerhaga butelkę i poczuł jej
chłód w dłoni.
- Dobrze ci się wiedzie - powiedział, popijając piwo.
- Zasługuję na to.
- O tak, jak nikt inny.
- Po co ta ironia, komisarzu.
Winter podciągnął się i usiadł na krawędzi basenu.
- Kąpałeś się w majtkach? Gdzie się podziały twoje klasa i styl?
Winter nie odpowiedział. Wychylił piwo do dna i odstawił butelkę na
jedną z płyt, którymi obłożono brzeg basenu. Potem zdjął mokre bokserki
i włożył szorty.
- Dostaniesz ode mnie foliową torebkę na te mokre gatki - powiedział
Vennerhag z uśmiechem. Znów rozwalił się na leżaku. Miał na sobie
krótkie spodnie khaki, opinały mu się na biodrach.
- Kto tak urządził moją Anetę? - zapytał Winter, odwracając się do
Vennerhaga.
- O czym ty mówisz? - odparł Vennerhag i się wyprostował.
- Dziewczynę z mojego team... z mojego wydziału pobito wczoraj w nocy i jeśli wiesz, kto to zrobił, też chcę się dowiedzieć - powiedział Winter.
- Teraz albo w najbliższym czasie.
- Takie zachowanie również nie jest w twoim stylu.
- Zmieniłem się.
- Aha, to może...
- To poważna sprawa, Benny. - Winter się podniósł. Podszedł do leżaka i przykucnął. Jego twarz znalazła się tuż przy twarzy Benny'ego. Czuł
zapach alkoholu i olejku kokosowego. - Będę cię tolerował dopóty, dopóki
będziesz wobec mnie uczciwy. Jeśli przestaniesz być wobec mnie uczciwy,
przestanę cię tolerować.
- O rany, a cóż by to miało oznaczać?
- Koniec z tym wszystkim - powiedział Winter z kamienną twarzą.
Vennerhag rozejrzał się po swojej posiadłości.
- Co to za pogróżki? I skąd mam niby wiedzieć, co się przytrafiło twojej
współpracownicy?
- Znasz osobiście więcej szumowin ode mnie - odparł Winter. - To nie
pierwszy atak na czarnoskórą osobę, choć tym razem chodzi o czarnoskórą
policjantkę.
- Zrozumiałem.
- Jesteś przestępcą i rasistą. Jeśli o czymś usłyszysz, chcę, żeby to
trafiło do mnie. Powinieneś się orientować.
- Jestem też twoim byłym szwagrem - powiedział Vennerhag z uśmiechem. -
I nie chcę, żebyś tu przyłaził i kozaczył.
Winter złapał go nagle za szczękę i ścisnął mocno.
- Złamali jej tę część twarzy - powiedział, pochylając się bliżej i ściskając jeszcze mocniej. - Czujesz, Benny? Czujesz ten ucisk?
Vennerhag gwałtownie odchylił głowę na bok i Winter go puścił.
- Odpierdoliło ci, kurwa - stwierdził Vennerhag, rozmasowując sobie
brodę i policzki. - Czemu to zrobiłeś? Powinieneś się leczyć, naprawdę.
Winterowi zakręciło się w głowie. Przymknął oczy i w głowie usłyszał
zgrzyt, podczas gdy Vennerhag znów złapał się za brodę.
- Cholera - powiedział Vennerhag. - Nie powinni cię wypuszczać na ulicę,
ty pieprzony outsiderze.
Winter otworzył oczy i spojrzał na swoje dłonie. Czy są jego? Przyjemnie
było zacisnąć palce na szczęce Vennerhaga.
- Chyba trzeba pogadać z Lottą - stwierdził Vennerhag.
- Nie zbliżaj się do niej - odpowiedział Winter.
- Ona zresztą jest nie mniej walnięta od braciszka.
Winter się podniósł.
- Zadzwonię do ciebie za parę dni - powiedział. - A ty tymczasem zbieraj
informacje.
- Miło cię było gościć, kurwa - odparł Vennerhag.
Winter wcisnął mokre bokserki do kieszeni i włożył koszulkę. Wrócił tą
samą ścieżką, wsiadł do samochodu i pojechał z powrotem do miasta. Minął
komendę i pojechał do szpitala. Z samochodu miasto wyglądało tak, jakby
panował w nim chłód.
Zarząd zieleni miejskiej obsadził wejście do szpitala trzema palmami,
ale przez przyciemnione szyby mercedesa Wintera drzewa zdawały się
zamarzać w donicach.
Wszedł do sali i zobaczył Anetę. Zastygła, próbując sięgnąć po coś
leżącego na stoliku. W jej oczach dostrzegł zdziwienie. Szybko podszedł
do łóżka i z uśmiechem podał jej gazetę.
- Posiedzę tylko chwilę - powiedział. - Zaczekam, aż najgorszy upał
zelżeje.
Rozdział 4
4
MAMY JUŻ TAM NIE BYŁO. Wołała ją, ale wujek powiedział, że mama niedługo
przyjdzie, więc czekała, nic nie mówiąc. Było ciemno, a nikt nie zapalił
lampy. Czemu jej nie zapalą, skoro jest ciemno?, pomyślała. Siedziała na
krześle przy oknie i chciało jej się siku, ale wstydziła się do tego
przyznać, więc musiała wstrzymywać. Przez to było jej jeszcze zimniej.
Przez szparę w zasłonie widziała, że tuż za oknem rośnie las. Wiatr
poruszał gałęziami. W środku nieładnie pachniało. Swędziała ją skóra pod
bluzką. Mama powinna szybko przyjść.
Jeden wujek powiedział coś do drugiego, tego, który właśnie wszedł do
domu. Przysunęła się do ściany. Była głodna, ale bardziej dokuczał jej
strach. Czemu, kiedy już stamtąd odjechali i kiedy te wszystkie straszne
rzeczy wreszcie się skończyły, nie wrócili do domu? To jeden z wujków
prowadził. Jeździł tam i z powrotem pomiędzy domami, a potem inny wujek
wyskoczył z samochodu i wyniósł ją. Wsiedli do drugiego samochodu i szybko odjechali. Kiedy odważyła się podnieść wzrok, rozejrzała się, ale
mamy już nie było.
Mamo!, zawołała, ale wujek powiedział, że mama zaraz przyjdzie. Zawołała
jeszcze raz, ale wujek bardzo się zdenerwował i ścisnął ją mocno za
ramię. Był dla niej niemiły.
Płakała i trzymała się za ramię, siedząc z wujkiem na tylnym siedzeniu.
Potem zasnęła i prawie się obudziła, gdy się zatrzymali, a wujek wniósł
ją do tego domu albo tego czegoś, co wyglądało jak dom.
To nie są prawdziwi wujkowie, pomyślała teraz. To panowie, którzy
krzyczą i brzydko pachną. Słyszała ich i rozumiała, co mówią, kiedy nie
mówili zbyt głośno.
- Co robimy z małą? - powiedział jeden z nich, ale nie słyszała, co
odpowiedział ten drugi. Mówił niewyraźnie, jakby nie chciał, żeby go
usłyszała.
- Musimy zdecydować jeszcze dzisiaj w nocy - stwierdził ten, który mówił
głośniej.
- Nie krzycz, kurwa, tak głośno - odparł drugi.
Pomyślała, że to dziwne, że tak powiedział. Albo się krzyczy i wtedy
zawsze jest się głośno, albo się mówi normalnie.
- Idziemy do kuchni.
- A mała?
- Co?
- Co z małą?
- O co ci chodzi? Dokąd niby miałaby uciec?
Nadal siedziała przy oknie. Poszli sobie. Usłyszała pohukującą w lesie
sowę. Podciągnęła trochę zasłonę, żeby lepiej widzieć, i pod oknem
zobaczyła krzak. Zobaczyła też samochód. Niebo nad drzewami było już
jaśniejsze. Spojrzała w stronę pokoju, nie wypuszczając zasłony z ręki.
Wyglądało to tak, jakby przez okno wpadł do pokoju promień światła.
Jakby ktoś trzymał latarkę, która trochę słabo świeci, pomyślała.
Strumień światła padł na podłogę - coś leżało na środku pokoju. Kiedy
puściła zasłonę, światło zniknęło i nie widziała już tego czegoś. Znów
chwyciła zasłonę i strumień znów padł na podłogę. Zobaczyła coś, co
wyglądało jak kawałek papieru.
Puściła zasłonę i wstała z krzesła. Powoli ruszyła w tamtą stronę. Teraz
widziała więcej niż przedtem.
Panowie rozmawiali gdzieś za ścianą. Miała wrażenie, że są daleko.
Uklękła i zaczęła po omacku szukać tego czegoś. Znalazła i wzięła do
ręki - kawałek papieru. Schowała go w sekretnej kieszonce spodni. Tego
dnia chciała włożyć właśnie te spodnie: pod zwykłą kieszenią miały
wszytą drugą, tajną.
Podeszła z powrotem do krzesła przy ścianie i znów się na nie wdrapała.
W kieszeni mam sekret. Sekrety są zabawne i ciekawe, ale nie teraz. I tak się boję. A jeśli pan, który upuścił ten kawałek papieru, zacznie go
szukać i zorientuje się, że to ja go zabrałam? Powinnam go odłożyć,
pomyślała, ale w tym momencie panowie wrócili do pokoju i zaczęli się
jej przyglądać. Wiedziała to, bo podeszli bliżej i jeden z nich ją
podniósł, a drugi wyjrzał przez okno.
Pojechali. Starała się nie zasnąć, ale powieki same jej się kleiły.
Kiedy się obudziła, było już jasno. Zastanowiło ją to i spytała, gdzie
jest mama.
- Znajdziemy twoją mamę - powiedział pan, który siedział z przodu i prowadził samochód.
Zaczęła płakać, ale pan siedzący obok niej nie zwracał na nią uwagi. Nie
miała żadnej przytulanki, bo swoją lalkę zgubiła, kiedy się przesiadali
do innego samochodu. Gdzie jest moja lalka?, pomyślała.
Rozdział 5
5
JÖRAN QVIST, ŚWIADEK, oraz towarzyszący mu Halders i Bergenhem chodzili
powoli wokół placu Kungstorget. Była jedenasta wieczorem i trudno było
się przeciskać wśród setek ludzi. Na scenie występowała jakaś kapela.
Halders pomyślał, że ich muzyka jest do dupy. Powiedział to
Bergenhemowi, ale jego młodszy kolega udał, że nie słyszy. Próbował
wychwycić z falującego wokół nich tłumu twarze poszczególnych osób.
Policjanci wraz ze świadkiem powoli zbliżali się do kanału, którym
przepływał właśnie statek wycieczkowy. Z jednego z ogródków
restauracyjnych słychać było dudniącą rockową muzykę. Gwar głosów
rozbrzmiewał donośniej niż w wyżej położonej części placu. W ustawionych
wzdłuż murku setkach grilli głośno skwierczało. Ludzie tłoczyli się,
jedni trzymali plastikowe kubki z piwem, inni próbowali nie upuścić
papierowych talerzyków, z których jedli węgierskie langosze z czarnym
kawiorem i kwaśną śmietaną. Większość zdawała się dobrze bawić.
- Co za kretyńska impreza - powiedział Halders. - Fast foody i drogi jak
cholera pilzner w plastikowych kubkach. A do tego ścisk.
- Ludziom się podoba - odpowiedział Bergenhem. - Nie ma w tym nic złego.
- Jest do dupy - stwierdził Halders.
- Nie każdy musi mieć tak wyszukany gust jak ty - odparł Bergenhem.
- Co mówisz?
- Że nie każdy...
- Tam siedzą - powiedział Jöran Qvist.
Bergenhem zamilkł. Spojrzał na Qvista, a on dyskretnym ruchem głowy
wskazał stolik stojący nad brzegiem kanału. Jeden z reflektorów
umieszczonych nad barem był skierowany na trzech mężczyzn. Siedzieli na
ławach pod parasolem, przed nimi stały szklanki z piwem. Jaskrawe
światło oświetlało ich jak na scenie. Co za aroganckie bydlaki, pomyślał
Bergenhem. Jak oni śmią?
Halders, o dziwo, się nie odzywał. Odwrócił się tylko do Qvista.
- Jest pan pewien?
- Na sto procent.
- To tych trzech? Rozpoznał pan wszystkich?
- Tak, są ubrani tak samo. A ten mały ma tę samą czapeczkę baseballową.
- Dzwonimy po posiłki - powiedział Bergenhem.
- Jebać to.
- Fredrik...
Ale Fredrik Halders nie słuchał. Ruszył już w tłum, powoli, jak na
zwykłym spacerze.
Porusza się jak płatny zabójca chwilę przed atakiem, pomyślał Bergenhem.
- Co teraz? - zapytał Qvist.
Bergenhem wymamrotał coś w odpowiedzi.
- Co?
- Nie mam pojęcia - odparł Bergenhem i zadzwonił do centrali. Opisał
sytuację, po czym wetknął telefon do kieszeni koszuli. - Proszę zaczekać
tutaj - powiedział i skierował się do stolika, przy którym siedzieli
mężczyźni. Dzieliło go od nich może z dziesięć metrów, Halders był już w połowie drogi. Jeden z podejrzanych wstał, żeby pójść po kolejne piwa,
ale zakołysał się i usiadł z powrotem, a pozostali zaczęli się śmiać.
Bergenhem cały się spocił. Już wcześniej było mu gorąco, ale teraz pot
zalewał mu czoło, piekł w oczy. Czuł, że ma mokro pod pachami i w butach. Przetarł oczy i kiedy obraz znów się wyostrzył, zobaczył, jak
Halders siada na ławie obok jednego z nich.
Siedział bez ruchu. Wyglądał, jakby był pochłonięty własnymi myślami.
Bergenhem był ze trzy metry od stolika. Wreszcie dotarł i przysiadł obok
Haldersa, zajmując ostatnie już miejsce na ławie. Qvist ruszył za nimi.
Bergenhem widział, że siedzi dwa stoliki dalej, zwarty i gotowy, jakby
się szykował do bitwy.
Halders był spięty. Bergenhem poczuł to, kiedy dotknął jego lewego
ramienia. Halders spojrzał na niego mętnym wzrokiem.
Nie ruszali się. Bergenhem nie wiedział, czy Halders przysłuchuje się
rozmowie, ale sam słyszał, co mówią do siebie mężczyźni.
- Czy w upał człowiek upija się szybciej?
- Niee.
- A właśnie że tak. W upał szybciej się upijasz.
- Piwo się skończyło.
- A gdzie wódka?
- Też się skończyła.
- Napiłbym się jeszcze piwa - powiedział ten, który mówił o upale.
Podniósł się. W tej samej chwili wstał również Halders, wyciągając z kieszeni portfel i pokazując legitymację.
- Policja - powiedział.
- Co?
Bergenhem także się podniósł.
- Policja - powtórzył Halders. - Chcielibyśmy, żebyście poszli z nami i opowiedzieli nam o wczorajszym wieczorze. Cała trójka.
- Co?
- Chcemy się dowie... - zaczął Halders, ale w tym momencie stojący przed
nim mężczyzna kopnął go w nogę i rzucił się w lewo. Halders krzyknął,
zwijając się z bólu. Dwaj pozostali podnieśli się od stołu i też
próbowali się ulotnić, ale ludzie siedzący wokół odcięli im drogę. Jeden
z mężczyzn odwrócił się do Bergenhema i zamachnął się na niego, ale
Bergenhem uchylił się i nadal twardo stał na nogach. Mężczyzna stojący
przed nim zdawał się wypatrywać kolegi, który uderzył Haldersa i uciekł.
Bergenhem spojrzał kątem oka w bok i zobaczył Qvista pochylającego się
nad czymś, co leżało na ziemi. Kurwa, pomyślał. Qvist to typ twardziela,
ale będzie miał przez to kłopoty.
Mężczyzna stojący przed Bergenhemem nie ruszał się, jakby go
sparaliżowało. Wyglądało to tak, jakby policjant zahipnotyzował go
wzrokiem. Nie mogę mrugnąć, pomyślał Bergenhem.
Ich nagłe, szybkie ruchy przyciągnęły uwagę większości siedzących wokół
ludzi. Wokół policjantów i dwóch podejrzanych utworzył się krąg. Rockowa
muzyka ucichła. Kapela przerwała w połowie akordu barré. Cały festiwal
wstrzymał oddech.
Jeden z podejrzanych przerwał ten bezruch i rzucił się do tyłu,
przecinając pojedynczy rząd gapiów. Wskoczył do kanału i po chwili dało
się słyszeć, jak płynie, rozchlapując wodę.
Ten, który stał przed Bergenhemem, usiadł z powrotem na ławie i zwiesiwszy głowę między nogami, zaczął wymiotować. Halders podszedł
szybko do krawędzi kanału i zobaczył, jak mężczyzna niezdarnie płynie w kierunku rozświetlonego Teatru Wielkiego po drugiej stronie. Na
uciekiniera padł snop światła z reflektora nad barem. Mężczyzna
zatrzymał się i zaczął bezładnie wymachiwać rękoma. Uderzał o powierzchnię wody, a potem zaczął tonąć.
- Topi się! - krzyknął Bergenhem, ale Halders już zanurkował.
Skurczybyków w końcu aresztowano, a Halders przebrał się w suchą
bieliznę. Stwierdził, że olewa, nie włoży koszulki. Siedzieli na ławce
przed komendą. Bergenhem już nie pamiętał, kiedy był tak zmęczony.
Na placu Ernsta Fontella panował spokój. Wszystkie furgony i wozy
patrolowe były w terenie. Dochodziło wpół do czwartej rano, dwadzieścia
trzy stopnie ciepła. Zaczęła się już druga połowa sierpnia, było więc
ciemno, ale goręcej niż zazwyczaj o tej porze.
- Kiedy średnia dobowa temperatura przekracza dwadzieścia jeden stopni,
klimat zalicza się do tropikalnych - rzucił Halders, przerywając długie
milczenie.
- Skąd wiesz?
- Aneta tak mówiła, a ona przecież wie takie rzeczy - powiedział
Halders.
Bergenhem odwrócił się w jego stronę, ale nie widział, czy Halders się
uśmiecha. Spojrzał w niebo. Przejaśniało się już i słońce powoli
zaczynało oświetlać fasadę budynku kasy ubezpieczeń stojącego po drugiej
stronie Sm?landsgatan. Minęła ich taksówka. Przed komendę zajechał wóz
patrolowy. Stał z wyłączonym silnikiem i włączonymi światłami
skierowanymi na drzwi.
- Czemu, kurwa, nie wyłączają świateł - powiedział Halders, wciągając
powietrze.
Kierowca ponownie odpalił silnik i stał nadal. Po dwóch minutach Halders
podniósł się i podszedł do auta stojącego przed ciemnym budynkiem
komendy. Bergenhem usłyszał rozbrzmiewający głośno i wyraźnie w nocnej
ciszy głos Haldersa.
- Co wy, do kurwy nędzy, wyprawiacie, pojeby?
Bergenhem usłyszał mrukliwą odpowiedź, a potem znów Haldersa.
- Co powiedziałeś? Tylko powtórz!
I kolejne mruknięcie.
- Wyłaź z tego samochodu, gnoju!
Bergenhem podniósł się szybko, podbiegł do auta i złapał Haldersa.
Właśnie miał przywalić pięścią w głowę policjantowi siedzącemu w samochodzie.
- Zwariował - stwierdził tamten.
Halders próbował się wyrwać z uścisku, ale Bergenhem był silniejszy.
- Do cholery, Fredrik!
- Mamy go zabrać? - zapytał policjant z samochodu. - Jest pijany?
Halders się uspokoił.
- Jest po prostu zmęczony - wyjaśnił Bergenhem. - To była ciężka noc.
- Znam go. Zawsze stwarza problemy.
- Stoję tu, możesz mówić do mnie.
Policjant nie odpowiedział. Był w mundurze, miał około pięćdziesiątki i wyglądał na poukładanego faceta. Zasalutował niedbale, po czym wsiadł z powrotem do samochodu. Jego kolega siedział cicho na przednim siedzeniu,
jakby spał.
- W Göteborgu tylko minutę możesz stać z włączonym silnikiem! - krzyknął
Halders, kiedy samochód wykręcił i ruszył w kierunku Södra Vägen.
Kierowca jedynie mu pomachał.
- Nie wyżywaj się na kolegach z pracy.
- Trzeba było coś zrobić - odparł Halders.
- Wcześniej jakoś udało ci się zachować spokój.
- Aneta jest tego warta - stwierdził Halders.
Bergenhem nic nie odpowiedział. Nic nie trwa wiecznie, pomyślał.
Trzy minuty później na ogólny numer alarmowy przyszło zgłoszenie. Po
chwili trafiło do policjanta dyżurującego w komendzie, dokładnie
dwadzieścia pięć metrów od miejsca, w którym nadal stali Halders i Bergenhem.
W pobliżu jeziora Delsjö znaleziono ciało zamordowanej kobiety. Lato się
skończyło. Zaczynał się sezon. Telefon Wintera rozdzwonił się na nocnej
szafce. Był czwartek, osiemnasty sierpnia, czwarta rano. Winter podniósł
słuchawkę.
Rozdział 6
6
WINTER ZOBACZYŁ NIEBIESKIE ŚWIATŁA, kiedy już dojeżdżał do wzgórza przy
zjeździe na Delsjömotet. Kręcą się po zachodnim brzegu. Brakuje tu tylko
helikoptera, pomyślał.
Przejechał pod wiaduktem, minął parking i restauracje, w których
mieszkańcy Kallebäck spędzali wolny czas. Skręcił w prawo i dojechał do
tunelu pod trasą na Bor?s. Zatrzymał się przy wyasfaltowanym wjeździe na
parking, tak daleko od miejsca znalezienia zwłok, jak tylko mógł.
Widział pracujących kawałek dalej kolegów. Już było ich tam zbyt wielu.
Dwóch techników i pełniący obowiązki szefa wydziału technicznego. To
akurat było w porządku. Lekarz sądowy - też w porządku, ale ekipa
śledczych była zbyt liczna, a już na pewno kręciło się tam za dużo
ciekawskich ze służb porządkowych. Ilu z nich przed jego przyjazdem
wydeptało ślady wokół ofiary?
Umundurowany policjant czekał przy taśmie oddzielającej teren. Był młody
i blady. Winter pokazał mu legitymację. Wyciągając portfel z kieszeni,
poczuł ciepły powiew południowego wiatru. Dzień już się zaczął.
- Czy to ty byłeś tu pierwszy?
- Tak. Dostaliśmy zgłoszenie i natychmiast przyjechaliśmy.
- A ten facet, który dzwonił? Jest tutaj?
- Tak, siedzi tam dalej - powiedział policjant, ruchem głowy wskazując
jakiś punkt w mroku.
W nikłym świetle brzasku Winter dostrzegł zarys głowy odcinający się na
tle jaśniejącego porannego nieba. Przy wjeździe na parking stał znak
drogowy zakazujący rozstawiania przyczep kempingowych.
- Czy wszystko zostało otoczone taśmą? - zapytał Winter.
- Tak.
- W porządku. A co z samochodami?
Na parkingu stało pięć samochodów prywatnych, dwa radiowozy i dwa
nieoznakowane auta policyjne, którymi przyjechali technicy i ich szef.
- Co?
- Zająłeś się samochodami?
- Zająłem?
- Czy spisałeś ich numery, oddzieliłeś teren wokół nich i zacząłeś
sprawdzać właścicieli? - powiedział Winter tak łagodnie, jak tylko
potrafił.
- Jeszcze nie.
- To zacznij. Pozostali chyba też potrzebują czegoś do roboty -
stwierdził Winter i spojrzał na świadka. - Był tu ktoś jeszcze, kiedy
przyjechaliście?
- Tylko ten tam.
- Nie widzieliście nikogo, kto by stąd odjeżdżał?
- Nie.
Nagle Winter poczuł, że robi mu się zimno, jak gdyby dopiero teraz do
niego dotarło, po co tu przyjechał i co za chwilę zobaczy. Pomyślał, że
może zapali cygaro, ale zrezygnował. Potrzebował kawy. Znów zawiał wiatr
i Winter poczuł gęsią skórkę na udach. Miał na sobie szorty i puszczoną
luźno koszulę.
- Gdzie jest ścieżka?
Młody policjant nie zrozumiał. Winter się rozejrzał. Wszystko działo się
jakieś pięćdziesiąt, może siedemdziesiąt metrów dalej. Trudno było
zobaczyć, co tam się rozgrywało. Podniósł rękę. Ktoś z ekipy go zauważył
i podszedł.
- Dopiero co przyjechałem - powiedział komisarz Göran Beier. - Leży tam
dalej.
Winter poszedł za nim. Przecięli parking, przeszli między dwoma
samochodami, skręcili w lewo i idąc ostrożnie szeroką ścieżką, dotarli
do rowu, częściowo przesłoniętego sosną i kilkoma brzozami. Na ścieżce
przecinającej zagajnik technicy wydzielili swoją ścieżkę - wąską i już
zabezpieczoną, po której wszyscy mieli chodzić.
Winter usłyszał odgłos silnika samochodu i rozejrzał się. Zobaczył snop
świateł, właściwie już niepotrzebnych, bo niebo było jasne. Z samochodu
wysiadł Ringmar - musiał przesłuchać świadka.
Winter odwrócił się w stronę rowu. Na jego dnie, za sosną, leżała
kobieta zwrócona twarzą do góry. Podszedł, by przyjrzeć się jej z bliska. Mogła mieć ze dwadzieścia, trzydzieści, może trzydzieści pięć
lat. Wyglądała na blondynkę, ale trudno było to stwierdzić, ponieważ
włosy miała mokre od porannej rosy. Miała na sobie krótką spódnicę,
bluzkę i kardigan czy inny sweter. Ubrania nie były w nieładzie.
Wpatrywała się w blade niebo. Winter pochylił się jeszcze niżej i zauważył małe czerwone plamki na uszach ofiary i popękane naczynka w jej
otwartych oczach. Domyślał się, że została uduszona, ale nie był
ekspertem. Było już dość jasno i dostrzegł, że twarz ma siną i mocno
spuchniętą. Zęby były odsłonięte, jakby chciała coś powiedzieć.
Technicy od razu zadzwonili po lekarkę sądową. Według Wintera był to
dobry pomysł, ale wiedział, że Ringmar tego nie lubi. Uważał, że na
miejscu znalezienia zwłok, a zatem na potencjalnym miejscu przestępstwa,
lekarka może się niepotrzebnie czymś zasugerować. Ringmar sądził, że po
raz pierwszy powinna widzieć ciało na stole, w prosektorium.
Winter skinął w kierunku stojącej na dnie rowu Pii E:son Fröberg.
Wpatrywała się właśnie w termometr. Wyglądało to tak, jakby martwa
kobieta czekała na poradę lekarską. Oczy ofiary przyciągnęły wzrok
Wintera. Wydawało mu się, że przestała patrzeć w niebo i zaczęła się
przyglądać rutynowym ruchom Pii. Jest w dobrych rękach, pomyślał. Jej
ciało jest w dobrych rękach.
Rozejrzał się dookoła. To najważniejszy moment dochodzenia. Ciało leżało
w pobliżu znaku KABEL WYSOKIEGO NAPIĘCIA. ZAGROŻENIE ŻYCIA. Za rowem
rosnący na mchu niski zagajnik robił się coraz gęstszy, właściwie nie do
przejścia. Drzewa i krzewy, jeszcze bezbarwne, kołysały się w porannej
mgle. Rów biegł z lewej strony, tuż obok długiej na siedem i pół
kilometra ścieżki okalającej całe jezioro i będącej częścią szlaku
turystycznego Bohusleden. Na prawo od ścieżki ciągnął się brzeg. Woda
połyskiwała delikatnie między brzozowymi gałęziami. Winter widział też
przeciwległy brzeg. Jezioro przypominało język wciśnięty w teren. Nad
wodą unosiły się smugi mgły. Słychać było skrzekliwy głos nurów i innych
wodnych ptaków, których Winter nie umiał rozpoznać.
Nagle zapadła cisza. Wszystko umilkło, słyszał jedynie stłumiony szum
nielicznych samochodów jadących w stronę Bor?s. Poranny ruch jeszcze się
nie zaczął.
Ktoś coś do niego powiedział.
- Co?
- Osiem do dziesięciu godzin - powiedziała Pia E:son Fröberg. - Czy to
nie było pierwsze pytanie?
- Jeszcze go nie zadałem.
- Tak czy inaczej, masz już odpowiedź. To nie do końca pewne, bo wskutek
upału stężenie postępuje szybciej.
- Aha.
- Właśnie próbuję jakoś to ustalić.
Winter ponownie spojrzał w twarz martwej kobiety. Była okrągła,
zaokrąglona. Oczy szeroko osadzone, usta duże. Włosy długie, jakby od
dawna nieobcinane, ale Winter nie był pewien. To chyba zależy od wieku,
może też od mody.
- Nic przy sobie nie ma - powiedział stojący obok Wintera Beier. -
Zupełnie nic. Żadnego dowodu ani legitymacji, nic.
Winter zamrugał, porażony światłem flesza z aparatu techników. Skończyli
robić zdjęcia terenu i mieli się zabrać do fotografowania ciała podczas
obdukcji. Kolejną sesję miał wykonać zawodowy fotograf w laboratorium,
uwieczniając każdą sztukę odzieży, każdy palec, wszystko.
Znów błysnęło na dnie rowu. Winter był zaskoczony, że światło lampy jest
takie mocne, chociaż dookoła jest już jasno.
- Myślę, że ktoś ją tutaj przeniósł - powiedziała Pia E:son Fröberg. -
Ciało nie leżało tu tak długo.
Winter skinął głową. Na razie nie było sensu pytać o nic więcej.
Później, w prosektorium, Pia zbada plamy opadowe. Najważniejsze to
zabezpieczyć wszystkie ślady tu, na miejscu. Założyli, że kobietę
zamordowano gdzie indziej, a potem przeniesiono do rowu. Ktoś musiał się
zatem tutaj poruszać.
Nie wiadomo, kim była. To nie przypadek, że nie miała przy sobie żadnych
dokumentów. Winter wiedział, czuł to. Jej anonimowość miała jakieś
znaczenie, sama w sobie była swego rodzaju przerażającą wiadomością.
Zidentyfikowanie jej zajmie im dużo czasu. Winterowi znowu zrobiło się
zimno, poczuł, jak chłód przeszywa mu głowę.
- Co to za znak, tam, na sośnie? - zapytał Beiera.
- Nie wiem.
- To leśnicy go zrobili?
- Mówiłem, że nie wiem. Ktoś coś namalował na korze.
- To czerwona farba?
- Tak wygląda, ale przy tym świetle...
- Tam jest coś napisane. Co? - zapytał Winter, ale pytanie skierował do
siebie. Próbował odcyfrować znak, jakieś słowo lub chociaż litery, ale
mu się nie udało.
- Weźmiemy próbkę - powiedział Beier.
- Ja zapytam nadleśnictwo albo gminę, albo jeszcze kogoś innego, kto
może niszczyć tutejsze lasy - odparł Winter. - Mogę pójść dalej tą
ścieżką?
Beier spojrzał na jednego ze swoich techników.
- Można iść środkiem - odpowiedział tamten.
Winter ruszył w kierunku brzegu jeziora. Ciągnący się z lewej strony rów
kończył się parę metrów dalej. Minął kilka innych sosen, ale z tego, co
widział, na żadnej z nich nic nie było namalowane. To musi coś oznaczać,
pomyślał. Morderca, który maluje po ścianach czy innych drzewach. To mi
się nie podoba.
Dotarł do niewielkiej polany. Rosła na niej osobliwie wygięta sosna.
Pogięta i połamana. Uszkodzona jeszcze jako młode drzewko, wyrosła
naznaczona nieodwracalnym kalectwem.
Winter spojrzał na wodę. Wokół nic się nie ruszało, nie było też już
słychać ptasich śpiewów. Czy przez całą dobę nie pojawił się tu żaden
wędkarz? Czy nikt tędy nie przepływał? Czy morderca dotarł tutaj łódką,
zostawił ofiarę i zniknął?
- Sprawdźcie cały brzeg - powiedział, kiedy wrócił. - Może przywieziono
ją tu łodzią.
- Może masz rację - przytaknął Beier.
Winter skierował się na parking. W oddali, na ogrodzeniu, widać było
szyld okręgowego klubu wędkarskiego, informujący o tym, że na terenie
Delsjö łowić mogą tylko osoby posiadające kartę wędkarską. Trzeba będzie
sprawdzić wszystkich, którzy mają karty.
Na lewo stała tablica i mapa rezerwatu przyrody i terenu chronionego.
Winter widział z dołu samochody na trasie, słyszał, że ruch się nasila.
Jeszcze raz powoli podszedł do brzegu i zobaczył znak przestrzegający
przed kruchym lodem na jeziorze.
Po dwóch godzinach ekipa badająca miejsce zbrodni zakończyła działania
wstępne. Było jeszcze wcześnie. Technicy zakleili przezroczystą taśmą
wszystkie otwory w ciele ofiary i czekali na ludzi z zakładu
pogrzebowego. Kiedy w końcu przyjechali, zapakowali ciało do
plastikowego worka, ułożyli na noszach i odwieźli na oddział
histopatologii do szpitala Östra. Wkrótce miał zostać otwarty nowy
oddział medycyny sądowej w szpitalu akademickim Sahlgrenska, ale na
razie to szpital Östra zajmował się ofiarami zbrodni.
Ciało kobiety leżało teraz na nierdzewnym stole. Lampy zastąpiły jej
światło dnia, które Winter widział, jadąc za karawanem.
To w ten sposób śmierć się dopełnia - w świetle reflektorów kobieta
umarła po raz drugi. Kiedy leżała w tym pieprzonym dole, była jeszcze na
tym świecie, pomyślał Winter, ale teraz już jest po wszystkim. Na jej
twarz pada teraz to obsceniczne światło, a skóra jest napięta i przezroczysta.
Pia E:son Fröberg i dwaj technicy, Jonas Wall i Bengt Sundlöf, zaczęli
rozbierać ciało. Nie zdjęli tylko taśmy zabezpieczającej ewentualne
ślady, które morderca mógł zostawić przy bliskim kontakcie z ofiarą:
włosy, włókna ubrań, skórę, kurz, kamień.
Göran Beier mówił cicho do dyktafonu, podczas gdy oni ją rozbierali. Na
taśmę nagrywały się jego uwagi dotyczące ubrań, ich wyglądu, stanu,
uszkodzeń. Technicy ostrożnie odkładali każdą sztukę do papierowej
torebki.
Kiedy ciało było nagie, Pia E:son rozpoczęła oględziny. Technicy robili
zdjęcia. Pia E:son nagrywała na dyktafon spostrzeżenia dotyczące
wszystkich widocznych uszkodzeń. Winter słyszał, jak opisuje ślady na
rękach ofiary, które powstały, kiedy kobieta broniła się przed
napastnikiem, i które on sam zauważył. Widział też punktowe krwiaki,
które pojawiły się, kiedy była duszona - ciśnienie krwi musiało się
podnieść, naczynia krwionośne w głowie zostały odłączone, kość gnykowa
złamana, aż w końcu ofiara zmarła. Jeśli to rzeczywiście była przyczyna
zgonu. Pia opisywała teraz uszkodzenia gardła. Kobieta miała na sobie
golf. Pod nim, na szyi, widać było wyraźne siniaki.
Na brzuchu, piersiach i na przedniej stronie ud miała białe plamy. Kiedy
ją znaleziono, leżała na plecach. Oznaczało to, że przeniesiono ją tam
po zabójstwie. Winter nie wierzył, że to samobójstwo, że ktoś tylko
przeniósł zwłoki. Chociaż, dlaczego nie? Mogło być i tak.
Pewne było tylko, że kobieta umarła, a potem leżała przez co najmniej
godzinę na brzuchu. Krążenie w jej ciele ustało, krew opadła do najniżej
położonych części ciała, a ściśnięte naczynia pozostawiły plamy, które
nadal bieliły się w świetle lamp prosektorium.
Technicy pobrali odciski palców.
Pia E:son przystąpiła do dalszych oględzin, o które poprosił Göran
Beier, a za które trzeba było dodatkowo płacić. Winter słyszał grające
gdzieś w oddali radio, muzyki nie dało się rozpoznać. Dźwięki wpadały do
sali przez drzwi, ale Winter nie spuszczał wzroku z leżącego na stole
ciała. Miał nadzieję na jakiś szczególny znak, który ułatwiłby im
identyfikację: tatuaż, bliznę po oparzeniu lub po operacji, kolczyki.
Ale widział tylko gładką, sinawą skórę naznaczoną białymi plamami. Na
razie nie czuł jeszcze żadnego zapachu.
- Nigdy nie farbowała włosów - powiedziała Pia E:son.
Winter nie odpowiedział. Patrzył na twarz martwej kobiety. Próbował
wyobrazić ją sobie w ruchu, kiedy funkcjonowały jeszcze wszystkie
umieszczone pod skórą nerwy. Kiedy działało to, czego trzeba, by się
uśmiechnąć, zrobić grymas.
- Ile miała lat? - zapytał.
- W tej chwili myślę, że około trzydziestu, ale musisz poczekać. Może
była o parę lat młodsza lub starsza. Cerę ma bardzo dobrą, żadnych
zmarszczek wokół ust i oczu.
- Żadnych zmarszczek od śmiechu?
- Może nie miała się z czego śmiać - powiedziała Pia E:son Fröberg, a Winter przez chwilę się zastanawiał, czemu rzuciła taki komentarz. - Ale
jej smutki już się skończyły. Chcesz zostać przy sekcji?
- Tak, zostanę jeszcze chwilę - odparł Winter.
- Ja już idę - powiedział Beier, spoglądając na Wintera. - Zadzwonię do
ciebie.
Winter przytaknął. Jego wzrok znów powędrował w kierunku twarzy ofiary.
Teraz, kiedy zamknięto jej oczy, wyglądała na starszą. Lampy rzucały na
jej ciało pionowe cienie, światło przeszywało ją na wskroś.
*
Pia E:son obejrzała organy wewnętrzne, odłożyła zawartość żołądka,
pobrała próbkę moczu oraz próbkę krwi z tętnicy udowej. Winter wyszedł
na chwilę z prosektorium, żeby zadzwonić do Ringmara.
- Czemu jeszcze tam jesteś? - zapytał Ringmar.
- Myślałem, że może sekcja pomoże nam w identyfikacji.
- Tak, możliwe. Ludzie się tatuują i zakładają sobie kolczyki w najdziwniejszych miejscach. Znalazłeś coś?
- Nic, tylko nieumalowaną twarz.
- Co?
- Nie miała makijażu.
- Czy to coś wyjątkowego w dzisiejszych czasach?
- To zależy, w jakich kręgach się obracasz. W lepszym towarzystwie to
możliwe, ale nie wydaje mi się, żeby do takiego należała.
- Co masz na myśli?
- Wygląda na biedną. Ubrania tanich marek i takie tam. Chociaż to może
nie do końca tak.
- Co mówi Beier?
- Jeszcze nic.
- Ja mam kogoś, kto mówi trochę więcej.
Winter przypomniał sobie sylwetkę, którą widział na parkingu. Rozmawiał
chwilę ze świadkiem, ale potem przekazał przesłuchanie Ringmarowi, a sam
dołączył do konduktu przewożącego zwłoki do szpitala.
- Co powiedział?
- Jest właścicielem jednego z samochodów z parkingu.
- Co tam robił o czwartej rano? Umiał to wyjaśnić?
- Mówi, że był na imprezie w Helenevik i wypił o jedno piwo za dużo. Bał
się wjeżdżać do miasta, więc zdecydował się zatrzymać na parkingu przy
jeziorze i przespać w samochodzie.
- Kretyńska historyjka złodzieja. Mnie też zdążył ją sprzedać,
przynajmniej część.
- Twierdzi, że to prawda.
- Robiliście mu test alkomatem?
- Tak szybko, jak się dało, ale nie miał więcej niż dwie dziesiąte
promila. Pił, ale nie aż tyle.
- Dobra. Co jeszcze mówił? Co widział?
- Siedział chwilę w samochodzie i zachciało mu się sikać. Odszedł
kawałek i wtedy ją zobaczył.
- Jak?
- Mówi, że zanim się wysikał, zauważył coś dalej w rowie. Podszedł i zobaczył ciało. Miał przy sobie telefon i natychmiast do nas zadzwonił.
- Musimy sprawdzić jego zgłoszenie.
- Jasne.
- O której to było?
- Kiedy dzwonił? Mniej więcej za kwadrans czwarta. W centrali mają
dokładną godzinę.
- Widział coś jeszcze?
- Mówi, że nic. I nikogo.
- A co z innymi samochodami?
- Sprawdzamy to jeszcze.
- Przesuwamy poranne spotkanie o pół godziny.
- Chcesz, żeby wszyscy przyszli?
- Tak. Wszyscy.
Winter wrócił do prosektorium. Kobieta leżąca na stole nadal była
bezimiennym ciałem. Zazwyczaj ofiary morderstw mają jakieś imię, które,
kiedy jest już po wszystkim, może spoczywać w pokoju i które zostaje ich
bliskim. Teraz przestrzeń między lampami a niemym ciałem wypełniał
niepokój.
- Zęby wyrównane - powiedziała Pia E:son. - Trochę przebarwione, ale w dobrym stanie.
- Mamy szanse, tylko jeśli ktoś zgłosił jej zaginięcie - stwierdził
Winter. - Chciałbym dostać protokół z sekcji tak szybko, jak się da.
Dzięki.
- Jak zwykle.
- Odwalasz kawał dobrej roboty, Pia.
- Jak słyszę taką gadkę, nabieram podejrzeń.
Winter nic już nie powiedział. Podszedł do drzwi. Suche powietrze
wypełniające salę sprawiło, że zachciało mu się pić i poczuł się
zmęczony.
- Erik, co robisz dziś wieczorem? - zapytała Pia, kiedy był już na
progu.
Przystanął i spojrzał na nią. Sprzątała stół.
- Myślałem, że znów wyszłaś za mąż.
- Nie udało się. Znowu.
- Nie wydaje mi się, żeby...
- Nie - stwierdziła, zanim skończył. - Masz zupełną rację. Pytałam
głównie po to, żeby ci powiedzieć, że nie powinieneś za bardzo balować
teraz, na początku śledztwa. Wszyscy musimy oszczędzać siły.
- Wieczorem pójdę spać i może porozmawiam z Angelą o przyszłości -
odpowiedział na nieaktualne już pytanie. - I będę o niej myślał. Jest u mamy.
- Jeszcze jedno - powiedziała Pia E:son. - Kolejna rzecz do
przemyślenia. Urodziła dziecko.
- Ma dziecko? - powtórzył Winter.
- Nie wiem, jak to wygląda teraz, ale urodziła. Jedno, może więcej.
- Kiedy?
- Nie mogę ci powiedzieć, jeszcze nie teraz. Ale widać po jej...
- Nie musisz mnie wprowadzać w szczegóły, przynajmniej nie teraz -
przerwał Winter.
W głowie poczuł pulsowanie. Możliwe, że gdzieś tam są jej dzieci. To
mogło pomóc w śledztwie albo skończyć się frustracją. Może nawet czymś
gorszym.