Wstęp
Książka ta kontynuuje cykl zapoczątkowany przez dwie poprzednie,
zatytułowane Psychoterpia i egzystencjalizm oraz Bóg ukryty. W poszukiwaniu ostatecznego sensu.
Pierwotnie miał to być zbiór wybranych esejów, jednak w miarę jak go
redagowałem i dodawałem nowe treści, pojąłem, że chociaż każdy rozdział
stanowi odrębną całość, to łączy je myśl przewodnia. Ponadto, co
istotne, dwa pierwsze rozdziały zawierają omówienie trzech podstawowych
pojęć, na których opiera się system logoterapii: woli sensu, sensu życia
oraz wolnej woli.
Logoterapię zalicza się zwykle do kategorii psychiatrii egzystencjalnej
lub psychologii humanistycznej. Jednak, jak czytelnicy moich książek
zapewne zdążyli zauważyć, już wcześniej pozwalałem sobie na pewną
krytykę egzystencjalizmu, a przynajmniej tego, co bywa nazywane
egzystencjalizmem. Tutaj także kilkukrotnie atakuję tak zwany humanizm
lub, jak go określam, pseudohumanizm. Nie powinno to być dla nikogo
zaskoczeniem: pseudologoterapii również jestem przeciwny.
Prześledźmy pokrótce historię psychoterapii, aby ustalić, jakie miejsce
zajmują w psychiatrii i psychologii egzystencjalizm oraz humanizm.
Wszyscy czerpiemy od ojca psychoterapii, wielkiego Zygmunta Freuda -?ja
również! (Być może nie wszyscy wiedzą, ale już w 1924 roku jeden z moich
artykułów, na osobistą prośbę i zaproszenie Zygmunta Freuda, został
opublikowany w "International Journal of Psychoanalysis"). Nauczył on
nas "demaskować neurotyka", odkrywając ukryte, nieuświadomione motywacje
leżące u podstaw zachowań takich osób. Jednak, jak niestrudzenie
powtarzam, demaskowanie musi się kończyć z chwilą, gdy psychoanalityk
staje w obliczu tego, czego już nie da się zdemaskować, ponieważ jest
autentyczne. Ci spośród "psychologów demaskatorów" (jak niegdyś nazywali
siebie psychoanalitycy!), którzy nie zatrzymują się w konfrontacji z tym
czymś autentycznym, nadal demaskują, tyle że własne ukryte motywacje,
nieuświadomione pragnienie dewaluowania, poniżania i deprecjonowania
tego, co w człowieku autentyczne i prawdziwie ludzkie.
Tymczasem terapia behawioralna oparta na teorii uczenia się zaanektowała
znaczną część terytorium zajmowanego wcześniej przez psychoanalizę,
której pozycji nikt od tylu lat nie kwestionował. Terapeuci behawioralni
zdołali dowieść, że wiele teorii freudystów, które dotyczą etiologii
zaburzeń psychicznych, to nic więcej jak przekonania. Nie każdy
przypadek nerwicy ma związek z traumatycznymi doświadczeniami z wczesnego dzieciństwa albo z konfliktem między id, ego a superego, zaś
substytucja objawu po odbytej terapii nie musi wcale wynikać z psychoanalizy, lecz bywa skutkiem krótkoterminowej modyfikacji zachowań
(czy wręcz spontanicznej remisji). Można więc stwierdzić, że behawioryzm
przyczynił się do demitologizacji nerwicy1.
Pozostało jednak poczucie niedosytu. Nie sposób poradzić sobie z bolączkami i wyzwaniami epoki, w jakiej żyjemy -?epoki braku poczucia
sensu, depersonalizacji i dehumanizacji -?jeśli nie weźmie się pod uwagę
wymiaru humanistycznego, wymiaru ludzkich fenomenów i nie wprowadzi się
go do koncepcji człowieka stanowiącej stały punkt wyjścia, czy to na
poziomie świadomym, czy nieświadomym, dla każdego rodzaju psychoterapii.
Norweski psycholog Bjarne Kvilhaug zwraca uwagę na to, że logoterapia
doprowadziła do rehumanizacji teorii uczenia się. Z kolei według
nieżyjącego już Nikolausa Petrilowitscha z wydziału psychiatrii
uniwersytetu w Moguncji w Niemczech Zachodnich2 zasługą
logoterapii jest rehumanizacja psychoanalizy, gdyż w odróżnieniu od
pozostałych szkół psychoterapii nie ogranicza się do wymiaru nerwicy.
Jak należy to rozumieć? Psychoanaliza postrzega nerwicę jako skutek
pewnej psychodynamiki, której odpowiednio przeciwdziała, odwołując się
do innych pomocnych rodzajów psychodynamiki, takich jak zdrowa relacja
przeniesienia. Natomiast w ujęciu terapii behawioralnej nerwica wiąże
się z pewnymi procesami uczenia się lub warunkowania, którym
przeciwdziała poprzez procesy ponownego uczenia się i warunkowania.
Jednakże w obu przypadkach, jak trafnie zauważa Petrilowitsch, terapia
pozostaje na płaszczyźnie nerwicy, podczas gdy logoterapia wykracza poza
tę płaszczyznę, podążając za człowiekiem w wymiar czysto ludzki, dzięki
czemu może czerpać i korzystać z zasobów tego wymiaru dostępnych
wyłącznie tam, takich jak chociażby typowo ludzka zdolność do
samotranscendencji i samoodłączenia.
Ta ostatnia mobilizowana jest za każdym razem podczas stosowania
logoterapeutycznej techniki intencji paradoksalnej, pierwsza zaś odgrywa
równie ważną rolę w diagnozie i terapii. Bez uwzględnienia
samotranscendencji lub choćby jednego z jej aspektów, jakim jest wola
sensu, nie zdołamy nigdy zdiagnozować nerwicy noogennej, której źródłem
jest frustracja woli sensu; nie zdołamy też odwołać się do niej ani -
jeżeli została stłumiona -?wydobyć jej z nieświadomości pacjenta. Bywa,
że na tym właśnie polega nasze główne zadanie, co zostało ściśle
empirycznie udowodnione: badania statystyczne potwierdzają, że wola
sensu ma oczywistą "wartość dla przetrwania człowieka".
Coś podobnego, również na gruncie empirycznym, zostało dowiedzione w odniesieniu do samoodłączenia: a mianowicie, że jest to ważny "mechanizm
radzenia sobie", wbudowany niejako w ludzką psychikę. Jak później
wykażę, dotyczy to zwłaszcza pewnego ważnego aspektu samoodłączenia,
który odwołuje się do poczucia humoru.
Podsumowując, można powiedzieć, że psychoanaliza nauczyła nas demaskować
neurotyka, a behawioryzm -?demitologizować nerwicę. Logoterapia
natomiast, według Petrilowitscha i Kvilhauga, uczy nas obecnie
rehumanizować zarówno psychoanalizę, jak i behawioryzm. Stanowiłoby to
jednak zbytnie uproszczenie, jako że w grę wchodzi nie tylko
sekwencyjność, ale i konfluencja zdarzeń. Można się dziś spotkać z takimi stwierdzeniami jak to wygłoszone przez wybitnego
zachodnioniemieckiego freudystę Wolfganga Locha, według którego "dialog
psychoanalityczny jest w istocie próbą stworzenia nowego sensu
życia"3. Cytowana jest również wypowiedź dyrektora nowojorskiego
Centrum Terapii Behawioralnej, Leonarda Bachelisa, który zauważył, że
wiele osób odbywających tam terapię ma dobrą pracę i odnosi sukcesy, a mimo to chce się zabić, nie zdoławszy odkryć w swoim życiu żadnego
sensu4.
Istnieje zatem konwergencja w sekwencyjności. Osobiście zawsze
podkreślałem, że logoterapia nie stanowi panaceum i dlatego jest w równej mierze otwarta na inne podejścia psychoterapeutyczne oraz na
własną ewolucję. Nie ulega wątpliwości, że zarówno podejścia
zorientowane psychodynamicznie, jak i behawiorystycznie w dużej mierze
ignorują ludzki wymiar zjawisk dotyczących człowieka. Polegają na
redukcjonizmie, który wciąż dominuje w kształceniu psychoterapeutów,
redukcjonizm zaś jest dokładnym przeciwieństwem humanizmu. Powiedziałbym
nawet, że redukcjonizm to podhumanizm. Ograniczony do podludzkiego
wymiaru, skrzywiony przez swoją zawężoną koncepcję prawdy naukowej,
wtłacza wszelkie zjawiska w prokrustowe łoże, w z góry narzucone
schematy interpretacji, w zgodzie czy to z założeniami analizy
dynamicznej, czy teorii uczenia się.
Niemniej jednak każda ze wspomnianych szkół wniosła cenny wkład w rozwój
psychoterapii. Logoterapia nie próbuje w żaden sposób unieważnić
ugruntowanych i racjonalnych odkryć takich wielkich pionierów i myślicieli, jak Freud, Adler, Pawłow, Watson czy Skinner. Każdy z reprezentowanych przez nich nurtów ma w swojej dziedzinie coś ważnego do
powiedzenia. Jednak ich prawdziwa rola i wartość stają się widoczne,
dopiero gdy umieścimy je w wyższym, bardziej inkluzywnym wymiarze, w wymiarze ludzkim. Tam człowiek nie może być już postrzegany jako istota,
której podstawowym zmartwieniem jest zaspokajanie własnych popędów,
podążanie za instynktami albo -?skoro już o tym mowa -?godzenie potrzeb
id, ego i superego. Rzeczywistość człowieka również nie może być tam
rozumiana wyłącznie jako rezultat procesów warunkowania czy odruchów
warunkowych. W wymiarze tym człowiek objawia się jako istota poszukująca
sensu, a daremność owych poszukiwań zdaje się wyjaśniać liczne bolączki
naszych czasów. Jak zatem psychoterapeuta, który a priori odmawia
wysłuchania takiego "wołania o sens", może zaradzić współczesnej masowej
nerwicy?
W moich artykułach i książkach, nie wyłączając obecnej, jest zapewne
wiele treści, które mogą się wydać przestarzałe, przynajmniej na
pierwszy rzut oka. Nie mam jednak wątpliwości, że część z nich pozostaje
jak najbardziej aktualna. Wystarczy spojrzeć na globalną plagę
utrzymującego się, dojmującego poczucia bezsensu. Jeśli do tego właśnie
sprowadza się masowa nerwica lat siedemdziesiątych [dwudziestego
wieku], z całą pokorą pozwolę sobie zauważyć, że już w latach
pięćdziesiątych przewidziałem nasilenie się tego zjawiska i jego
wszechobecny charakter. A jeszcze wcześniej, bo w latach trzydziestych,
opracowałem odpowiednią terapię.
VIKTOR E. FRANKL
Wiedeń, pierwszego dnia wiosny 1977 roku
Niewysłuchane wołanie o sens5
"Logoterapia" dosłownie oznacza "terapię poprzez sens". Oczywiście można
to także przetłumaczyć jako "uzdrowienie poprzez sens", chociaż taka
interpretacja sugerowałaby podtekst religijny, który niekoniecznie jest
obecny w logoterapii. W każdym razie logoterapia to (psycho)terapia
skoncentrowana na sensie.
Idea terapii poprzez sens stanowi przeciwieństwo tradycyjnej koncepcji
psychoterapii, którą lepiej oddaje raczej sens poprzez terapię. W istocie tam, gdzie tradycyjna psychoterapia w ogóle mierzy się z kwestią
sensu i celu -?to znaczy uznaje sens i cel za autentyczne wartości,
zamiast redukować je do wartości fałszywych, wynikających z "mechanizmów
obronnych" albo "formacji reakcji"6 -?czyni to w zgodzie z przekonaniem, że aby być szczęśliwym, móc aktualizować siebie i realizować swój potencjał, być tym, kim powinno się być, wystarczy po
prostu uporać się ze swoim kompleksem Edypa i pozbyć lęków
kastracyjnych. Innymi słowy, sens życia sam nas odnajdzie. Czy nie brzmi
to trochę jak: "Szukajcie najpierw królestwa Freuda i Skinnera, a wszystko inne będzie wam dodane"7?
Niestety, takie podejście było nieskuteczne. Okazywało się, że w sytuacjach, w których można było uporać się z nerwicą, najczęściej
pozostawała po niej pustka, kiedy już sobie z nią poradziliśmy. Pacjent
był świetnie przystosowany i znakomicie funkcjonował, ale brakowało mu
sensu życia. A to dlatego, że nie potraktowano go jak istoty ludzkiej,
to znaczy stale poszukującej sensu, a samo poszukiwanie sensu, tak
bardzo typowe dla człowieka, zostało zlekceważone: postrzegano je jako
zwykłą racjonalizację psychodynamiki zanurzonej głęboko w nieświadomości. Zapominano lub nie doceniano tego, że gdy ktoś po
długich poszukiwaniach w końcu odnajduje sens, jest wówczas gotów na
cierpienie i poświęcenie -?a nawet, jeśli zajdzie taka potrzeba, gotów
jest oddać życie za ów sens. Z drugiej strony, jeśli go nie odnajdzie,
może posunąć się do samobójstwa i jest na nie gotowy, nawet jeśli z pozoru jego potrzeby wydają się zaspokojone.
Wszystko to uświadomił mi raport, który otrzymałem od mojego byłego
ucznia: otóż przebadano 60 studentów pewnego amerykańskiego
uniwersytetu, którzy podjęli nieudaną próbę targnięcia się na swoje
życie, i aż 85 procent z nich stwierdziło, że za tą decyzją stało
"poczucie braku sensu". Co ważniejsze, aż 93 procent tych, którzy
postrzegali swoje życie jako bezsensowne, "było aktywnych towarzysko,
osiągało dobre wyniki w nauce i utrzymywało dobre relacje ze swoimi
bliskimi". Powiedziałbym, że mamy tu do czynienia z niewysłuchanym
wołaniem o sens, a zjawisko to z całą pewnością nie ogranicza się tylko
do jednego uniwersytetu. Weźmy pod uwagę dramatycznie wysoki wskaźnik
samobójstw wśród amerykańskich studentów -?jest to druga po wypadkach
drogowych najczęstsza przyczyna ich śmierci. Szacuje się, że do prób
samobójczych może dochodzić nawet piętnastokrotnie częściej.
Dzieje się tak w zamożnych społeczeństwach i państwach opiekuńczych!
Zbyt długo śniliśmy sen, z którego teraz zostaliśmy brutalnie
przebudzeni: wydawało nam się, że jeśli tylko poprawimy sytuację
społeczno-ekonomiczną, wszystko będzie dobrze, a ludzie będą szczęśliwi.
Tymczasem prawda jest taka, że gdy walka o przetrwanie dobiega końca,
pojawia się pytanie: ale po co mielibyśmy przetrwać? Coraz więcej osób
dysponuje dziś wystarczającymi środkami do życia, ale nie ma po co
żyć8.
Z drugiej strony widuje się ludzi, którzy potrafią być szczęśliwi pomimo
niesprzyjających, wręcz tragicznych okoliczności. Pozwolę sobie
zacytować list, który otrzymałem od niejakiego Cleve'a W., więźnia numer
049246 w amerykańskim stanowym zakładzie karnym. "Tutaj, w więzieniu -
pisał -?mam coraz więcej wspaniałych okazji, aby się rozwijać i służyć
innym. Naprawdę jestem teraz szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej".
Podkreślmy: "szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej". W więzieniu!
Przytoczę też fragment listu, który niedawno otrzymałem od pewnego
duńskiego lekarza rodzinnego: "Przez pół roku mój kochany ojciec
poważnie chorował na raka. Ostatnie trzy miesiące życia spędził u mnie w domu -?opiekowaliśmy się nim wraz z moją najdroższą małżonką. Chcę
powiedzieć, że te trzy miesiące to był dla nas obojga prawdziwie
błogosławiony czas. Jako lekarz i pielęgniarka z wykształcenia
dysponowaliśmy rzecz jasna odpowiednimi środkami, aby ze wszystkim sobie
poradzić, ale nigdy nie zapomnę tych wieczorów, kiedy czytałem ojcu
fragmenty Pańskiej książki. Przez trzy miesiące ojciec miał świadomość
tego, że jego choroba jest śmiertelna (...), ale w ogóle się nie
skarżył. Aż do ostatniego wieczoru powtarzałem mu, jak bardzo jesteśmy
szczęśliwi, mogąc być z nim tak blisko przez kolejne tygodnie, i jak
wiele byśmy stracili, gdyby umarł nagle, w ciągu zaledwie kilku sekund,
na przykład na atak serca. Teraz, gdy nie tylko o tym czytałem, lecz sam
również tego doświadczyłem, mogę jedynie mieć nadzieję, że będę potrafił
stawić czoła losowi tak, jak uczynił to mój ojciec". Znowu ktoś jest
szczęśliwy w obliczu tragedii i pomimo cierpienia -?ponieważ odnalazł w nim sens! Sens naprawdę jest źródłem uzdrawiającej siły.
A wracając do kwestii terapii poprzez sens: czy należy zatem rozumieć,
że powodem nerwicy w każdym przypadku jest brak poczucia sensu? Skądże;
staram się jedynie wykazać, że kiedy go brakuje, wypełnienie pustki
przyniesie efekt terapeutyczny, nawet jeśli nerwica z tej pustki nie
wynika! Wielki lekarz Paracelsus miał rację, gdy stwierdził, że choroby
pochodzą ze sfery naturalnej, a uzdrowienie ze sfery duchowej. Używając
bardziej technicznej terminologii z dziedziny logoterapii, powiemy, że
nerwica niekoniecznie musi być noogenna, to znaczy nie zawsze wynika z poczucia bezsensu. Nadal jest miejsce dla psychodynamiki, a także
procesów warunkowania i uczenia się leżących u podstaw nerwicy
psychogennej, która jest nerwicą w tradycyjnym znaczeniu tego terminu.
Logoterapia dowodzi jednak, że poza tymi czynnikami patogenicznymi
istnieje również wymiar zjawisk swoiście ludzkich, takich jak
poszukiwanie przez człowieka sensu. Dopóki nie przyjmiemy, że fiasko
tych poszukiwań również może powodować nerwicę, nie zdołamy zrozumieć, a tym bardziej przezwyciężyć, bolączek naszego wieku.
W tym kontekście chciałbym podkreślić, że wymiar ludzki -?lub, jak go
również określamy w logoterapii, noologiczny -?wykracza poza wymiar
psychologiczny, a zatem jest wyższy. Jednak przymiotnik "wyższy" oznacza
w tym kontekście jedynie tyle, że jest on bardziej inkluzywny i obejmuje
niższe wymiary. Odkrycia dotyczące poszczególnych wymiarów nie mogą się
wzajemnie wykluczać. Wyjątkowość człowieka, jego człowieczeństwo, nie
stoi w sprzeczności z faktem, że w wymiarze psychologicznym i biologicznym nadal jest on zwierzęciem.
Dlatego jak najbardziej uzasadnione jest korzystanie ze zweryfikowanych
wyników badań zorientowanych zarówno psychodynamicznie, jak i behawiorystycznie, a także korzystanie z opartych na nich technik. Ich
skuteczność terapeutyczna może się jedynie zwiększyć dzięki włączeniu
ich do psychoterapii podążającej za człowiekiem w jego ludzki wymiar,
tak jak czyni to logoterapia.
Wspomniałem o wymiarze biologicznym; obok czynników noologicznych i psychologicznych w etiologię chorób psychicznych zaangażowane są w istocie również czynniki somatyczne. Biochemia i dziedziczność mają
pewne znaczenie przynajmniej w etiologii psychoz (ale już nie nerwic),
nawet jeśli większość objawów ma podłoże psychogenne.
Na koniec należy zauważyć, że istnieją również nerwice socjogenne.
Termin ten ma szczególne zastosowanie do dzisiejszej masowej nerwicy, a mianowicie do poczucia braku sensu. Pacjenci nie uskarżają się już na
poczucie niższości czy frustrację seksualną, jak to bywało w epoce
Adlera i Freuda; obecnie zgłaszają się do nas, psychiatrów, z powodu
pozornego bezsensu swego życia. Problemem, który sprowadza ich tak
licznie do naszych klinik i gabinetów, jest frustracja egzystencjalna,
"pustka egzystencjalna" -?określenie, które ukułem już w 1955 roku, a opisywany przez nie stan przedstawiłem szczegółowo w publikacjach z 1946
roku. My, logoterapeuci, możemy więc powiedzieć, że na długo, zanim
zjawisko to stało się powszechnym, ogólnoświatowym problemem,
potrafiliśmy przewidzieć, co nas czeka jako ludzkość.
Albert Camus stwierdził kiedyś: "Jest tylko jeden problem filozoficzny
prawdziwie poważny (...). Orzec, czy życie jest, czy nie jest warte
trudu, by je przeżyć"9. Przypomniało mi się to niedawno podczas
lektury raportu, który stanowił potwierdzenie tego, o czym już
wspominałem, a mianowicie, że egzystencjalne pytanie o sens życia i egzystencjalne poszukiwanie sensu życia są dla współczesnych ludzi
bardziej dotkliwe niż problemy natury seksualnej. Pewien nauczyciel w szkole średniej zachęcał uczniów do zadawania mu dowolnych pytań -?mogli
to robić anonimowo. Pytania dotyczyły najróżniejszych kwestii, od
uzależnienia od narkotyków i seksu po życie na innych planetach, jednak
najczęściej poruszanym tematem -?wyobraźcie to sobie! -?było
samobójstwo.
Dlaczego jednak mielibyśmy winić społeczeństwo za taki stan rzeczy? Czy
diagnoza nerwicy socjogennej jest faktycznie uzasadniona? Przyjrzyjmy
się współczesnemu społeczeństwu: zaspokaja ono praktycznie każdą
potrzebę człowieka z wyjątkiem jednej, a mianowicie potrzeby sensu!
Można powiedzieć, że niektóre potrzeby są dziś wręcz w społeczeństwie
sztucznie kreowane, a jednak potrzeba sensu -?wśród powszechnego
dobrobytu i pomimo niego -?pozostaje niespełniona.
Współczesny dostatek znajduje odzwierciedlenie nie tylko w dobrach
materialnych, lecz także w ilości wolnego czasu, którym dysponujemy. W związku z tym powinniśmy wysłuchać Jerry'ego Mandela, który pisze tak:
"Technologia pozbawiła nas potrzeby korzystania z wrodzonych
umiejętności przetrwania. W rezultacie stworzyliśmy system opieki
społecznej, który gwarantuje, że człowiek będzie w stanie przetrwać, sam
nie podejmując żadnego wysiłku. W sytuacji, gdy zaledwie 15 procent siły
roboczej kraju zdołałoby w istocie dzięki dostępnej technologii
zaspokoić potrzeby całej populacji, należy zadać sobie dwa zasadnicze
pytania: które 15 procent będzie pracowało i jak pozostali poradzą sobie
z myślą, że są zbędni, a co za tym idzie, z utratą sensu? Niewykluczone,
że w Ameryce dwudziestego pierwszego wieku logoterapia będzie bardziej
potrzebna niż w Ameryce dwudziestowiecznej"10.
Nie ulega wątpliwości, że obecnie musimy sobie również radzić z nieplanowanym nadmiarem czasu wolnego w postaci bezrobocia. Bezrobocie
może być powodem swoistej nerwicy -?"nerwicy bezrobocia", jak ją
nazwałem, kiedy po raz pierwszy opisałem ją w 1933 roku. Jednak po
dokładniejszym zbadaniu okazało się, że prawdziwą przyczyną jest mylenie
bycia bezrobotnym z byciem bezużytecznym, a tym samym z poczuciem
bezsensu własnego życia. Rekompensata finansowa ani tym bardziej
ubezpieczenie społeczne nie są wówczas wystarczające. Nie samym
dostatkiem żyje człowiek.
Weźmy na przykład typowe państwo opiekuńcze, jakim jest Austria, gdzie
króluje bezpieczeństwo socjalne, a ludność nie cierpi z powodu
bezrobocia. Mimo to w udzielonym niedawno wywiadzie nasz kanclerz Bruno
Kreisky wyraził zaniepokojenie stanem psychicznym obywateli, mówiąc, że
najważniejsze i najpilniejsze jest dziś przeciwdziałanie poczuciu braku
sensu życia.
Poczucie bezsensu, egzystencjalnej pustki nasiliło się i rozprzestrzeniło do tego stopnia, że zasługuje już na miano masowej
nerwicy. Istnieją liczne dowody w postaci publikacji naukowych, według
których nie ogranicza się ono wyłącznie do państw kapitalistycznych -
można je również zaobserwować w państwach komunistycznych, a nawet w krajach Trzeciego Świata11.
Rodzi to pytania o etiologię i objawy tego zjawiska. Jeśli chodzi o to
pierwsze, pozwolę sobie na kilka słów wyjaśnienia: w przeciwieństwie do
innych zwierząt człowiek nie zależy od swoich popędów ani instynktu w kwestii tego, jak ma postępować, a w przeciwieństwie do ludzi minionych
epok nie zdaje się już na tradycję i odwieczne wartości w kwestii tego,
jak postępować powinien. Pozbawiony tych kierunkowskazów często nie wie,
jak chciałby postąpić. W rezultacie albo postępuje tak jak inni -?co
nosi miano konformizmu -?albo tak, jak chcieliby tego inni -?co nazywamy
totalitaryzmem.
James C. Crumbaugh, Leonard T. Maholick, Elisabeth S. Lukas i Bernard
Dansart opracowali różne testy logoterapeutyczne (testy PIL, SONG i Logo), aby móc określić stopień frustracji egzystencjalnej w danej
populacji, dzięki czemu moją hipotezę o pochodzeniu pustki
egzystencjalnej można zweryfikować i potwierdzić również empirycznie. W odniesieniu do roli przypisywanej upadkowi tradycji pewne potwierdzenie
tej teorii znajduję w pracy doktorskiej Diany D. Young z Uniwersytetu
Kalifornijskiego. Na podstawie różnych testów i badań statystycznych
wykazała ona, że młodzi ludzie cierpią z powodu pustki egzystencjalnej
bardziej dotkliwie niż starsze pokolenia. Ponieważ to właśnie wśród
młodych zanik tradycji jest najbardziej widoczny, powyższe odkrycie
sugeruje, że upadek tradycji jest głównym czynnikiem odpowiedzialnym za
pustkę egzystencjalną. Jest to zgodne z twierdzeniem Karola Marshala z East Side Mental Health Center w Bellevue w stanie Waszyngton, który
"scharakteryzował poczucie dominujące wśród zgłaszających się do niego
po pomoc osób poniżej trzydziestego roku życia jako poczucie braku
sensu"12.
Skoro mowa o młodszym pokoleniu, przypomina mi się wykład, o którego
wygłoszenie zostałem poproszony przez władze jednego z ważniejszych
amerykańskich uniwersytetów, i nalegania przedstawicieli organizacji
finansujących tamtejszych studentów, abym zatytułował swoje wystąpienie:
"Czy młode pokolenie oszalało?". Pora zatem zadać sobie pytanie, czy
ludzie cierpiący na poczucie braku sensu są w istocie neurotykami, a jeśli tak, to w jakim znaczeniu? Krótko mówiąc: czy to, co nazywamy
obecnie masową nerwicą, faktycznie nią jest?
Pozwólcie, że nie odpowiem na nie od razu. Najpierw dokonam krótkiego
przeglądu objawów pustki egzystencjalnej, które nazywam triadą masowej
nerwicy, obejmującą depresję, agresję i uzależnienie.
Depresję i wynikające z niej samobójstwo już omówiliśmy. Jeśli chodzi o agresję, odsyłam czytelnika do rozdziałów poświęconych sportowi oraz
psychologii humanistycznej, sam zaś rozwinę w tym miejscu tylko trzeci
aspekt wspomnianej triady. Wykażę, że obok depresji i agresji również
uzależnienia można przynajmniej częściowo przypisać poczuciu bezsensu.
Wielu autorów poparło tę hipotezę od czasu, gdy ją wysunąłem. Betty Lou
Padelford poświęciła swój doktorat "wpływowi pochodzenia etnicznego,
płci i obrazu ojca na związek między uzależnieniem od narkotyków a sensem życia" (Międzynarodowy Uniwersytet Stanów Zjednoczonych w San
Diego, styczeń 1973 roku). Dane uzyskane na podstawie badania
przeprowadzonego na 416 studentach "nie doprowadziły do zidentyfikowania
istotnych różnic między stopniem uzależnienia od narkotyków zgłaszanym
przez studentów mających słaby obraz ojca w porównaniu ze studentami
mającymi silny obraz ojca". Ponad wszelką wątpliwość stwierdzono jednak
istotną korelację między uzależnieniem od narkotyków a poczuciem sensu
życia (r = -0,23; p < 0,001). Średni współczynnik uzależnienia od
narkotyków dla studentów o słabym poczuciu sensu życia (8,90) różnił się
znacząco od średniego współczynnika uzależnienia od narkotyków dla
studentów o mocnym poczuciu sensu życia (4,25).
Doktor Padelford dokonuje również przeglądu literatury w tej dziedzinie,
która, podobnie jak jej własne badania, wspiera moją hipotezę pustki
egzystencjalnej. Nowlis postawił sobie pytanie, dlaczego studentów w ogóle pociągają narkotyki; stwierdził, że jednym z często podawanych
powodów było "pragnienie odnalezienia sensu życia". Ankieta
przeprowadzona wśród 455 studentów w rejonie San Diego przez Judda i jego zespół na zlecenie Krajowej Komisji ds. Marihuany i Narkomanii
wykazała, że osoby sięgające zarówno po marihuanę, jak i środki
halucynogenne uważały, że bardziej niż niezażywający narkotyków cierpią
z powodu braku poczucia sensu życia. Stanowił on też dla nich znacznie
większy problem. Z innego badania przeprowadzonego przez Mirina i jego
zespół wynika, że częste zażywanie narkotyków jest skorelowane z poszukiwaniem doświadczeń zapewniających poczucie sensu oraz ze
zmniejszoną aktywnością ukierunkowaną na cel. W 1968 roku Linn przebadał
700 studentów Uniwersytetu Wisconsin w Milwaukee i stwierdził, że w porównaniu z niezażywającymi osoby palące marihuanę były bardziej
skoncentrowane na poszukiwaniu sensu życia. Krippner i jego zespół
teoretyzują, że zażywanie narkotyków może być formą autopsychoterapii
dla osób borykających się z problemami egzystencjalnymi. Przywołują oni
odpowiedź na pytanie: "Czy życie wydaje ci się pozbawione sensu?", która
była w 100 procentach twierdząca. Z kolei Shean i Fechtmann zauważają,
że studenci palący marihuanę regularnie przez pół roku uzyskali znacznie
niższe wyniki (p < 0,001) w Teście Sensu Życia (PIL, ang.
Purpose-in-Life) Crumbaugha niż osoby niezażywające narkotyków.
Podobne wyniki opublikowano w odniesieniu do uzależnienia od alkoholu. W swojej pracy doktorskiej Annemarie von Forstmeyer wykazała, że 18 na 20
alkoholików postrzegało swoją egzystencję jako pozbawioną sensu i celu
(Międzynarodowy Uniwersytet Stanów Zjednoczonych, 1970), w związku z czym techniki zorientowane logoterapeutycznie okazywały się
skuteczniejsze od innych form terapii. Kiedy James C. Crumbaugh zmierzył
poziom pustki egzystencjalnej, chcąc porównać efekty logoterapii
grupowej z efektami uzyskanymi w poradni leczenia alkoholizmu i w programie terapii maratonowej, "jedynie logoterapia wykazała
statystycznie istotną poprawę"13.
To, że logoterapia jest również skuteczna w leczeniu uzależnienia od
narkotyków, zostało udowodnione przez Alvina R. Fraisera z Ośrodka
Leczenia Narkomanii w Norco w Kalifornii. Od 1966 roku stosuje on tam
logoterapię w pracy z osobami uzależnionymi od narkotyków, wskutek
czego, jak sam mówi, "stał się jedynym terapeutą w historii tej
instytucji, który przez trzy lata z rzędu uzyskiwał najwyższe wskaźniki
powodzenia (powodzenie oznacza w tym kontekście, że osoba uzależniona
nie wróciła do ośrodka w ciągu roku od wyjścia). [Jego] podejście do
terapii uzależnień zaowocowało trzyletnim, 40-procentowym wskaźnikiem
powodzenia w leczeniu w porównaniu ze średnią całego ośrodka, wynoszącą
około 11 procent (przy zastosowaniu tradycyjnego podejścia
terapeutycznego)".
Rozumie się samo przez się, że oprócz trzech utajonych objawów pustki
egzystencjalnej ujętych w triadzie masowej nerwicy mamy do czynienia
również z innymi symptomami, czy to na poziomie utajonym, czy jawnym. A wracając do pytania, czy poczucie braku sensu samo przez się jest
chorobą psychiczną: Zygmunt Freud napisał kiedyś co prawda w liście do
księżnej Bonaparte: "Gdy ktoś pyta o sens lub wartość życia, jest
chory", myślę jednak, że nie jest to wcale przejaw choroby psychicznej.
Człowiek troszczący się o sens życia dowodzi swojego człowieczeństwa.
Nie trzeba być neurotykiem, aby poszukiwać sensu życia, za to na pewno
trzeba być prawdziwie i do głębi człowiekiem. Ostatecznie, jak już
wykazałem, poszukiwanie sensu jest cechą charakterystyczną naszego
człowieczeństwa. Żadne inne zwierzę, nawet gęś gęgawa Konrada
Lorenza14, nigdy nie dbało o to, czy jego życie ma sens. A człowiek owszem.
WOLA SENSU
Człowiek nieustannie dąży do sensu, stale poszukuje go w swoim życiu.
Innymi słowy, to, co ja nazywam "wolą sensu"15, można wręcz uznać
za "podstawową troskę człowieka", aby przytoczyć komentarz Abrahama
Maslowa do mojego artykułu16.
Właśnie ta wola sensu pozostaje niewypełniona przez współczesne
społeczeństwo oraz lekceważona przez współczesną psychologię. Obecne
teorie motywacji postrzegają człowieka jako istotę, która albo reaguje
na bodźce, albo odreagowuje swoje popędy. Teorie te nie biorą pod uwagę
faktu, że zamiast reagować lub odreagowywać, człowiek w istocie
odpowiada. Odpowiada na pytania, które stawia przed nim życie, i tym
samym wypełnia sens, który to życie mu podsuwa.
Można argumentować, że jest to wiara, a nie fakt. Rzeczywiście, odkąd w 1938 roku sformułowałem pojęcie "psychologii wysokości", stanowiące w zamyśle uzupełnienie (lecz nie zastąpienie) tego, co bywa nazywane
"psychologią głębi" (to znaczy psychologii zorientowanej
psychodynamicznie), wielokrotnie oskarżano mnie o przecenianie roli
człowieka i stawianie go na zbyt wysokim piedestale. Pozwolę sobie tutaj
przytoczyć przykład, który często okazywał się dla mnie bardzo pomocny
dydaktycznie. Otóż w lotnictwie istnieje technika podchodzenia do
lądowania przy silnym bocznym wietrze, tak zwany crabbing. Załóżmy, że
wieje boczny wiatr z północy, a lotnisko, na którym chcę wylądować, leży
na wschodzie. Jeśli polecę na wschód, nie dotrę do celu podróży,
ponieważ wiatr zniesie samolot na południowy wschód. Aby temu zapobiec,
muszę zastosować rekompensujący to znoszenie crabbing, czyli w tym
przypadku skierować samolot na północ od miejsca przeznaczenia. Podobnie
jest z człowiekiem: on również kończy poniżej oczekiwań, o ile nie
postrzega się go z perspektywy wyższego poziomu, uwzględniającego jego
wyższe aspiracje.
Chcąc wydobyć z człowieka to, co w nim najlepsze, musimy najpierw
uwierzyć w istnienie i obecność tego potencjału. W przeciwnym razie
człowiek będzie "znoszony" -?będzie się degenerował, istnieje bowiem
również coś takiego jak ludzki potencjał w swoim najgorszym wydaniu. Nie
można co prawda dopuścić, aby wiara w potencjalne człowieczeństwo
człowieka nas zaślepiła, nie pozwalając dostrzec tego, że ludzcy ludzie
są i prawdopodobnie zawsze pozostaną mniejszością. Jednak to właśnie ten
fakt powinien być dla każdego z nas wyzwaniem, zachętą, aby wstąpić w szeregi mniejszości: sprawy mają się źle, lecz jeśli nie zrobimy
wszystkiego, co w naszej mocy, aby poprawić bieżącą sytuację, będzie
tylko gorzej.
Dlatego zamiast odrzucać koncepcję woli sensu jako myślenie życzeniowe,
rozsądniej jest postrzegać ją jako samospełniającą się przepowiednię.
Jest coś niezwykle trafnego w słowach Anatole'a Broyarda: "Skoro
angielskie słowo shrink to potoczne określenie freudowskiego
analityka, w odniesieniu do logoterapeuty należałoby zastosować miano
stretch"17. Logoterapia istotnie poszerza nie tylko samą
koncepcję człowieka, uwzględniając jego wyższe aspiracje, lecz także
pole widzenia pacjenta, jeśli chodzi o możliwości wzmacniania i pielęgnowania woli sensu. Z tego samego powodu logoterapia uodparnia
pacjenta na dehumanizującą, mechanistyczną koncepcję człowieka, na
której promuje się wielu psychiatrów -?jednym słowem, czyni pacjenta
"odpornym na kurczenie się".
Twierdzenie, jakoby nie należało mieć o człowieku zbyt wysokiego
mniemania, zakłada, że niebezpiecznie byłoby go przeceniać. Jednak o wiele bardziej niebezpieczne będzie niedocenianie go, co słusznie
zauważył już sam Goethe. Ludzi, a zwłaszcza przedstawicieli młodszego
pokolenia, łatwo jest zdegenerować, nie doceniając ich wartości. I odwrotnie, będąc świadomym wyższych aspiracji człowieka -?takich jak
wola sensu -?można je również pobudzać i mobilizować.
Wola sensu to nie tylko kwestia wiary, lecz także twardy fakt. Odkąd
wprowadziłem tę koncepcję w 1949 roku, została ona empirycznie
potwierdzona i zweryfikowana przez kilku autorów za pomocą różnych
testów i badań statystycznych. Tysiące osób poddało się Testowi Sensu
Życia (PIL)18 opracowanemu przez Jamesa C. Crumbaugha i Leonarda T.
Maholika oraz testowi Logo Elisabeth S. Lukas, a skomputeryzowane dane
nie pozostawiają wątpliwości, że wola sensu naprawdę istnieje.
Podobne badania przeprowadzili S. Kratochvil i I. Planova z wydziału
psychologii uniwersytetu w Brnie. Dowiodły one, że "wola sensu
rzeczywiście jest konkretną potrzebą nieredukowalną do innych potrzeb i w mniejszym lub większym stopniu występuje u wszystkich ludzi". Autorzy
kontynuują: "Znaczenie niezaspokojenia tej potrzeby zostało również
udokumentowane w opisach przypadków dotyczących pacjentów neurotycznych
i depresyjnych. U niektórych frustracja woli sensu odgrywała istotną
rolę jako czynnik etiologiczny, będący u podłoża nerwicy lub prób
samobójczych".
Na uwagę zasługują również wyniki ankiety opublikowanej przez American
Council on Education: na 171 509 studentów biorących udział w badaniu
68,1 procent stwierdziło, że ich najważniejszym celem jest "sensowna
filozofia życiowa"19. Inne badanie, obejmujące 7948 studentów z 48 uczelni, zostało przeprowadzone przez Uniwersytet Johnsa Hopkinsa pod
patronatem Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego. W tym przypadku
zaledwie 16 procent ankietowanych stwierdziło, że ich głównym celem jest
"zarabianie dużych pieniędzy", podczas gdy aż 78 procent zaznaczyło
odpowiedź "odnaleźć cel i sens życia"20. Podobne wyniki uzyskano
na Uniwersytecie Michigan: gdy 1533 osoby pracujące zawodowo zostały
poproszone o uszeregowanie różnych aspektów pracy według ich znaczenia,
"dobra płaca" zajęła dalekie piąte miejsce. Nic dziwnego, że Joseph Katz
z Uniwersytetu Stanu Nowy Jork, dokonując przeglądu aktualnych badań
opinii publicznej, stwierdził, iż "kolejna fala pracowników wchodzących
do przemysłu będzie bardziej zainteresowana karierą, która ma sens, niż
pieniędzmi"21.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki