Woland - Katarzyna Koziorowska

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (6,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Chodzenie po wodzie

Do parku wróciłam równo po trzech dniach, chociaż miałam wrażenie, że w tym czasie zegar nie posuwał się naprzód, lecz jakby krążył wokół mnie, wystawiając moją cierpliwość na próbę. Każdy poranek zaczynał się pytaniem, czy tamto spotkanie było realne, a każdy wieczór kończył cichą pewnością, że nawet jeśli było tylko złudzeniem, to i tak odcisnęło we mnie zbyt wyraźny ślad, by je zlekceważyć. Myśli stały się bardziej uważne, jakby nauczyły się chodzić ciszej. Przestałam szarpać przyszłość za rękaw, domagając się odpowiedzi natychmiast.

Tego dnia park wyglądał inaczej niż zwykle - nie dlatego, że się zmienił, lecz dlatego, że ja patrzyłam uważniej. Słońce wisiało nisko, ciepłe i złote, a jego światło przesączało się przez liście, tworząc na ścieżkach plamy przypominające fragmenty snu. Ludzie mijali mnie w oddali, ale ich głosy brzmiały jak zza szyby. Miałam wrażenie, że wchodzę w przestrzeń zawieszoną między tym, co zwyczajne, a tym, co jeszcze nienazwane.

- Trzy dni to wystarczająco długo, by zwątpić - odezwał się znajomy głos.

Odwróciłam się powoli. Woland stał oparty o drzewo, jakby czekał tam od zawsze. Jego obecność nie wywołała we mnie strachu - raczej dziwny spokój, który pojawia się wtedy, gdy coś nieuniknionego wreszcie się wydarza.

- I wystarczająco krótko, by jeszcze chcieć wierzyć - odpowiedziałam.

Uśmiechnął się, jakby ta odpowiedź go rozbawiła.

- Wiara nie jest cnotą - wyjaśnił. - Jest narzędziem. Można nią budować albo niszczyć.

Ruszyliśmy razem w głąb parku. Ścieżka, którą znaliśmy, zaczęła się niepostrzeżenie zmieniać. Drzewa rosły rzadziej, przestrzeń stawała się szersza, a powietrze gęstniało od ciepła i zapachu wody. W końcu zobaczyłam jezioro - rozległe, ciche, niemal nieruchome. Jego powierzchnia była tak gładka, że odbijała niebo bez zniekształceń, jakby nie chciała dodawać od siebie żadnej interpretacji.

- Tu świat mówi ciszej - zauważyłam.

- Bo nie musicie go przekrzykiwać - odparł Woland. - W miastach krzyczycie, by zagłuszyć własne myśli.

Usiedliśmy na brzegu. Trawa była ciepła, nagrzana słońcem. Przez chwilę milczeliśmy, słuchając tej szczególnej ciszy, która nie była pustką, lecz obecnością.

- Powiedz mi - zaczęłam - dlaczego człowiek ma tylko jedno życie? Dlaczego wszystko musi się zmieścić w tak krótkim czasie?

Woland spojrzał na linię horyzontu, gdzie słońce zaczynało swój powolny, nieśpieszny taniec ku zachodowi.

- Jedno życie to koncentrat - powiedział. - Gdybyście mieli ich wiele, rozcieńczylibyście każde z nich odkładaniem spraw na później. "Następnym razem" to największy złodziej sensu.

- Ale uczymy się tak wolno - zaprotestowałam. - Często rozumiemy coś dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

- "Za późno" to ludzkie złudzenie - odparł spokojnie. - Zrozumienie nigdy nie przychodzi w złym momencie. Tylko wasze oczekiwania są źle ustawione.

Popatrzyłam na swoje dłonie, jakby mogły mi podpowiedzieć odpowiedź.

- Czyli błędy są konieczne?

- Są nieuniknione - sprostował. - A skoro nieuniknione, przestają być wyłącznie błędami. Stają się językiem, którym życie do was mówi.

Wstał i podszedł bliżej wody. Słońce odbiło się w jeziorze tak jasno, że musiałam zmrużyć oczy.

- Boję się - przyznałam. - Że jedno życie to za mało, by stać się tym, kim mogłabym być.

- A ja powiem ci coś, co może ci się nie spodobać. Nigdy nie staniesz się "wszystkimi wersjami siebie". I to jest wasza wolność. Wybór zawsze oznacza rezygnację.

Zrobił krok na wodę.

Serce podeszło mi do gardła. Jego stopa dotknęła tafli jeziora, ale nie zatonęła. Woda nawet nie drgnęła, jakby uznała ten gest za oczywisty.

- To sprzeczne z każdym prawem - wyszeptałam.

- Prawa są umowami - powiedział. - A umowy można renegocjować.

Wyciągnął do mnie rękę.

- Chodzenie po wodzie nie jest cudem - dodał. - Jest decyzją. Wyborem innej interpretacji rzeczywistości.

Zawahałam się. W głowie krzyczał rozsądek, pamięć o ciężarze ciała, o grawitacji, o zimnie i głębokości. A jednak zrobiłam krok. Potem drugi. Woda była chłodna, ale stabilna, jakby przyjęła mnie warunkowo - na kredyt zaufania.

- Dlaczego to działa? - zapytałam, idąc coraz dalej.

- Bo przestałaś pytać: "czy wolno" - odpowiedział. - Zaczęłaś pytać: "czy chcę".

Szliśmy powoli, a jezioro zdawało się nie mieć końca. Słońce zsuwało się coraz niżej, a wraz z nim świat przybierał cieplejsze, pełniejsze barwy - jakby dzień celowo zwalniał, chcąc zachwycić na pożegnanie.

- Czy jedno życie wystarcza, by kochać? - zapytałam nagle, bo to pytanie zawsze było najtrudniejsze.

Woland spojrzał na mnie uważnie.

- Miłość nie mierzy się czasem - spostrzegł. - Mierzy się intensywnością obecności. Czasem jedno spotkanie waży więcej niż całe lata.

- A jeśli miłość się kończy?

- Wszystko się kończy. Ale to nie unieważnia tego, co było. Koniec nie jest zaprzeczeniem sensu, tylko jego domknięciem.

Dotarliśmy na środek jeziora. Wokół nas rozciągała się cisza, jakiej nigdy wcześniej nie znałam. Nie była pusta - była pełna światła, wody i oddechu. Poczułam, że stoję w miejscu, które istnieje tylko dlatego, że ktoś je właśnie przeżywa.

- Czego ode mnie chcesz? - zapytałam wprost.

Woland uśmiechnął się lekko.

- Niczego. Najtrudniejsza prawda brzmi: nikt nie przychodzi, by was zbawić. Przychodzimy tylko przypomnieć, że możecie iść sami.

Był bardzo blisko. Zobaczyłam w jego oczach coś, co nie było ani drwiną, ani chłodem - raczej skupieniem. Jego dłoń dotknęła mojego policzka, delikatnie, jakby sprawdzał, czy naprawdę istnieję.

Pocałunek był spokojny, niemal cichy. Nie było w nim pośpiechu ani obietnic. Był jak znak interpunkcyjny w zdaniu, które dopiero zaczynałam rozumieć. Woda pod nami nie poruszyła się ani na moment, jakby i ona uznała tę chwilę za oczywistą.

- To nie zmienia świata - powiedział cicho, odsuwając się odrobinę.

- Ale zmienia mnie - odparowałam, zaskoczona własną pewnością.

Słońce dotknęło horyzontu. Cienie wydłużyły się, a jezioro zaczęło przyjmować barwy wieczoru.

- Jedno życie - zaznaczył Woland - nie jest karą. Jest zaproszeniem. Nie musicie go rozumieć w całości. Wystarczy, że będziecie w nim obecni.

Wracaliśmy ku brzegowi w milczeniu. Kiedy zeszliśmy z wody, trawa była chłodna, a świat znów wyglądał zwyczajnie - aż podejrzanie zwyczajnie.

- Czy jeszcze się spotkamy? - zapytałam.

- To zależy od tego, czy będziesz mnie potrzebować - odpowiedział. - A najlepiej, żebyś kiedyś przestała.

Skinęłam głową. Tym razem nie czułam straty.

Kiedy odszedł, jezioro pozostało spokojne, słońce zniknęło, a ja stałam tam jeszcze chwilę, wiedząc, że jedno życie naprawdę może wystarczyć - jeśli odważę się nie prosić o drugie.

Demony przeszłości

Zaprosiłam go do siebie niemal odruchowo, jakby ta decyzja zapadła we mnie dużo wcześniej, zanim jeszcze zdążyłam ją nazwać. Trzecie spotkanie nie miało w sobie napięcia pierwszego ani cudu drugiego. Było ciche, zwyczajne, a przez to najbardziej niepokojące. Bo cud w parku czy na jeziorze można wytłumaczyć snem, metaforą, chwilowym pęknięciem rzeczywistości. Ale zaprosić Wolanda do swojej kawalerki - to znaczyło wpuścić go do przestrzeni, w której nie było dokąd uciec.

Mieszkałam na czwartym piętrze starej kamienicy. Schody skrzypiały pod stopami, a zapach czyjejś kolacji unosił się w powietrzu. Pomyślałam z lekkim rozbawieniem, że to chyba najbardziej ludzka sceneria, jaką mogłam mu zaproponować.

- Herbata? - zapytałam, gdy zamknęłam za nami drzwi.

- Herbata to doskonały wynalazek - odparł Woland, rozglądając się po mieszkaniu z niekłamaną ciekawością. - Uczy cierpliwości. Trzeba poczekać, aż woda przestanie wrzeć, a liście oddadzą to, co mają w sobie najważniejsze.

Moja kawalerka była niewielka: jeden pokój, aneks kuchenny, łazienka z oknem wychodzącym na podwórze-studnię. Nic wyjątkowego. Kanapa w kolorze wyblakłej zieleni, regał z książkami, których nie czytałam od lat, stół pamiętający lepsze czasy. A jednak poczułam nagle wstyd - nie z powodu bałaganu, lecz przez świadomość, że to właśnie tutaj przeżyłam najwięcej samotności.

Postawiłam czajnik na gazie. Cisza między nami nie była niezręczna. Przeciwnie - miała w sobie coś gęstego, jakby każde z nas słuchało nie tylko drugiego, ale i samego miejsca.

- Dlaczego ludzie tak rzadko doceniają to, co mają? - zapytałam nagle, nie odwracając się od blatu kuchennego. - Dlaczego zauważamy wartość rzeczy dopiero wtedy, gdy je tracimy?

Woland zdjął płaszcz i położył go starannie na oparciu krzesła.

- Ponieważ posiadanie usypia czujność - odpowiedział. - To, co jest stałe, staje się przezroczyste. Patrzycie przez to, zamiast na to.

Zalałam herbatę wrzątkiem. Para uniosła się w górę, na chwilę zasłaniając świat.

- Czyli jesteśmy skazani na niewdzięczność? - zapytałam.

- Nie. Jesteście skazani na przyzwyczajenie - poprawił. - A przyzwyczajenie to najcichszy złodziej sensu. Nie zabiera nagle. Zabiera po trochu, aż przestajecie pamiętać, co było cenne.

Usiedliśmy przy stole. Podsunęłam mu kubek. Przez chwilę trzymał go w dłoniach, jakby sprawdzał jego ciężar, temperaturę, istnienie.

- Ludzie myślą, że szczęście powinno być intensywne - ciągnął. - A ono często jest dyskretne. Tak dyskretne, że trzeba się nauczyć je zauważać. Ale wy wolicie dramaty. Łatwiej je nazwać.

- Bo dramat boli - powiedziałam. - A ból jest... wyraźny.

- Właśnie. - Skinął głową. - Ból krzyczy. Spokój szepcze. A wy rzadko pochylacie się, by usłyszeć szept.

Przenieśliśmy się na kanapę. Usiadłam pierwsza, podwijając nogi pod siebie. Woland usiadł obok, blisko, lecz nie naruszając granicy. Przez chwilę patrzyliśmy przed siebie, na okno, za którym powoli zapadał wieczór.

- Wiesz - odezwałam się - często myślę, że gdybym potrafiła docenić to, co mam, moje życie wyglądałoby inaczej.

- Docenianie nie zmienia faktów - odparł spokojnie. - Zmienia relację z nimi. To ogromna różnica.

Czułam jego obecność wyraźniej niż wcześniej. Nie jak ciężar, lecz jak pole magnetyczne, które delikatnie, lecz konsekwentnie przesuwa wszystko wokół.

- A ty? - zapytałam. - Czy ty coś doceniasz?

Uśmiechnął się lekko.

- Doceniam chwile, w których ludzie przestają mnie się bać i zaczynają słuchać.

Odwróciłam głowę w jego stronę. Był tak blisko, że dostrzegłam drobne linie wokół jego oczu - nie zmęczenia, lecz skupienia. Przez moment żadne z nas się nie poruszyło. Cisza zgęstniała, ale tym razem była inna niż wcześniej - cieplejsza, pulsująca.

Jego dłoń dotknęła mojej, zupełnie przypadkiem, jakby świat sam źle obliczył odległość. Nie cofnęłam jej. Przeciwnie - pozwoliłam, by to przypadkowe zetknięcie trwało o ułamek sekundy dłużej niż wypadało.

- Katarzyno - powiedział cicho - to, co rzadkie, bywa mylone z tym, co zakazane.

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego przysunęłam się odrobinę bliżej. Nasze ramiona zetknęły się lekko. To wystarczyło, by coś w powietrzu drgnęło, jak struna dotknięta zbyt delikatnie, by zabrzmieć głośno, a jednak wyraźnie.

To, co wydarzyło się potem, nie miało w sobie gwałtowności. Było raczej jak powolne zbliżanie się dwóch myśli, które przez długi czas krążyły wokół siebie, aż w końcu uznały, że nie ma sensu dalej udawać obojętności. Jego obecność stała się ciepłem, a ciepło - obietnicą bez słów. Świat zwęził się do oddechów, do drobnych gestów, do ciszy, która nie potrzebowała komentarza.

Czułam się tak, jakbym na moment wyszła poza czas - nie w cudowny sposób znany z jeziora, lecz w bardziej ludzki, kruchy. Jakby ktoś na chwilę wyłączył przyszłość i przeszłość, zostawiając tylko teraźniejszość, gęstą i prawdziwą.

Kiedy wszystko ucichło, a wieczór na dobre zajął miejsce dnia, oparłam głowę o oparcie kanapy. Nagle poczułam zmęczenie - nie fizyczne, lecz takie, które przychodzi po zbyt długim noszeniu rzeczy niewypowiedzianych.

- Jest coś, o czym ci nie mówiłam - odezwałam się w końcu.

Woland nie poruszył się, ale wiedziałam, że słucha.

- Moja przeszłość... - zawahałam się. - Była pełna ciszy, która bolała. Samotności, która nie miała nic wspólnego z wyborem. Byłam otoczona ludźmi, a jednak czułam się niewidzialna. Każda próba bliskości kończyła się odejściem. Albo moim, albo cudzym.

Słowa zaczęły płynąć same, jakby czekały na odpowiedni moment.

- Były dni, kiedy wstawałam tylko dlatego, że bałam się nie wstać. Noce, kiedy rozmawiałam z sufitem, bo nikt inny nie odpowiadał. Czułam rozpacz tak gęstą, że wydawała się mieć ciężar. I myślałam wtedy, że to już zawsze. Że nic więcej mnie nie spotka.

Głos mi zadrżał, ale mówiłam dalej.

- Najgorsze było to, że zaczęłam wierzyć, że na to zasługuję.

Woland odwrócił się do mnie wreszcie. Jego spojrzenie było spokojne, pozbawione litości, ale pełne czegoś znacznie cenniejszego - zrozumienia.

- Cierpienie lubi udawać prawdę - powiedział cicho. - Mówi: "tak już jest", "tak będzie zawsze", "to twoja wina". A wy mu wierzycie, bo brzmi przekonująco.

- A jeśli miało rację? - zapytałam szeptem.

- Nie miało - odparł bez wahania. - Ból nie jest prorokiem. Jest tylko świadkiem chwili.

Poczułam, jak coś we mnie pęka - nie gwałtownie, lecz jak stara skorupa, która wreszcie przestaje być potrzebna. Łzy pojawiły się same, ciche, bez dramatyzmu.

- Czy to wszystko... - zaczęłam - zostanie kiedyś wynagrodzone?

Woland położył dłoń na mojej, pewnie, uspokajająco.

- Tak. Ale nie w sposób, jakiego oczekujesz. Nie jako nagroda za cierpienie, lecz jako zdolność, której inni nie będą mieli. Ból, który przeżyłaś, nie był daremny. Nauczył cię widzieć więcej, czuć głębiej, nie brać rzeczy za oczywiste.

- Nie chciałam tej lekcji - wyszeptałam.

- Nikt jej nie chce - odparł. - Ale kiedy już ją masz, staje się twoją siłą.

Oparłam głowę na jego ramieniu. Po raz pierwszy od dawna nie czułam się sama ze swoją przeszłością. Nie zniknęła. Ale przestała mnie przygniatać.

- Twój ból - dodał - zostanie pewnego dnia wynagrodzony nie przez świat, lecz przez ciebie samą. Przestaniesz się za niego wstydzić. Przestaniesz się nim definiować.

Za oknem zapaliły się pierwsze światła. Miasto żyło dalej, nieświadome, że w małej kawalerce na czwartym piętrze ktoś właśnie nauczył się oddychać odrobinę swobodniej.

Siedzieliśmy tak długo, bez pośpiechu. I pomyślałam, że może właśnie tego człowiek nie docenia najbardziej: chwil, w których nie musi niczego udowadniać. Wystarczy, że jest.

Powrót do parku

Jesień przyszła tego roku łagodnie, jakby chciała oszczędzić ludziom gwałtownych pożegnań z latem. Powietrze było przejrzyste, ciepłe w słońcu i chłodne w cieniu, nasycone zapachem liści, które dopiero zaczynały rozumieć, że ich czas zieleni dobiega końca. Szłam obok Wolanda parkową alejką, a pod stopami cicho trzaskały pierwsze suche liście - jeszcze nie złote, raczej nieśmiałe, jakby kolor dopiero ćwiczył nową rolę.

- Jutro kończę trzydzieści pięć lat - powiedziałam nagle, bardziej do siebie niż do niego. - Dziwne uczucie.

- Dziwne, bo liczby udają znaczenie - odpowiedział spokojnie. - A wy pozwalacie im decydować o nastroju.

Uśmiechnęłam się. Miał rację, a jednocześnie wiedziałam, że to nie tylko liczba. To suma doświadczeń, strat, chwil zawieszonych w pamięci jak obrazy, których nie da się zdjąć ze ściany.

Zatrzymaliśmy się na moment przy starym kasztanowcu. Woland sięgnął do wnętrza płaszcza i wyjął bukiet. Białe róże, długie łodygi, ostre kolce. Ich jasność kontrastowała z jesienną paletą parku.

- To dla ciebie - wyznał.

Wzięłam kwiaty w dłonie. Pachniały czysto, intensywnie, jakby nie należały do żadnej konkretnej pory roku.

- Białe róże... i kolce - zauważyłam.

- Niewinność jest mitem - odparł. - Ale czystość doświadczenia już nie. Kolce przypominają, że piękno bez ceny bywa kłamstwem.

- To chyba najbardziej... prawdziwy bukiet, jaki kiedykolwiek dostałam - powiedziałam cicho.

Ruszyliśmy dalej. Park był pełen ludzi, a jednocześnie czułam się, jakbyśmy szli przez przestrzeń wydzieloną tylko dla nas. Rozmowy innych brzmiały jak szum, dzieci biegały w oddali, ktoś śmiał się zbyt głośno - wszystko to istniało, ale nie domagało się mojej uwagi.

- Trzydzieści pięć lat - powtórzyłam. - A mam wrażenie, jakby dopiero co zaczynałam szkołę podstawową. Jakby czas zrobił mi jakiś okrutny żart.

Woland spojrzał na mnie uważnie.

- Czas nie żartuje - powiedział. - On tylko nie tłumaczy się ze swoich metod.

Usiedliśmy na ławce, tej samej, na której spotkaliśmy się po raz pierwszy. Drewno było chłodne, ale słońce ogrzewało plecy.

- Dlaczego - zapytałam - niektóre wspomnienia są tak żywe? Tak bolesne, jakby wydarzyły się wczoraj, a nie lata temu? Przecież minęło tyle czasu. Powinno być łatwiej.

- "Powinno" to jedno z waszych ulubionych słów - odpowiedział Woland. - Używacie go, by zmusić rzeczywistość do posłuszeństwa. Ale pamięć nie zna obowiązków.

- To znaczy?

- Wspomnienia nie starzeją się razem z wami. One istnieją poza czasem, bo zostały zapisane emocją. A emocja nie liczy lat.

Zamyśliłam się.

- Czyli jeśli coś bolało bardzo mocno... - zaczęłam.

- ...to będzie bolało długo - dokończył. - Nie dlatego, że jesteś słaba. Dlatego, że byłaś obecna.

- To niesprawiedliwe - powiedziałam. - Czuję się czasem tak, jakby moje życie było poszatkowane. Jedną nogą stoję tu, drugą tam, w przeszłości.

- Przeszłość nie jest miejscem - odparł Woland. - Jest relacją. A relacje rzadko kończą się definitywnie.

- Ale ja nie chcę tam wracać - zbuntowałam się. - Chcę iść dalej.

- I idziesz - odparł spokojnie. - Ale nie myl "iść dalej" z "zapomnieć". Zapomnienie nie jest warunkiem ruchu.

Spojrzałam na bukiet róż spoczywający na moich kolanach.

- Wszyscy mówią, że czas leczy rany - powiedziałam. - A ja mam wrażenie, że on je tylko konserwuje.

Woland uśmiechnął się smutno.

- Czas niczego nie leczy - oznajmił. - On tylko zmienia formę bólu. To wy go leczcie - albo nie.

- A jeśli nie potrafię?

- Wtedy uczysz się z nim żyć. To też jest forma odwagi.

Podniosłam wzrok. Drzewa nad nami tworzyły sklepienie z liści, przez które słońce przesączało się drobnymi plamami światła. Pomyślałam, że dokładnie tak działa pamięć: zostawia jasne punkty i cienie, a całość nigdy nie jest jednolita.

- Boję się jutra - przyznałam. - Urodziny zawsze mnie rozstrajają. To jak podsumowanie, którego nikt mnie nie uczył pisać.

- Nie jesteś zobowiązana do bilansu - powiedział Woland. - Życie nie jest raportem.

- A jednak wszyscy pytają: co osiągnęłaś? gdzie jesteś? dokąd zmierzasz?

- Pytają, bo sami nie znają odpowiedzi - odparł. - Wasze pytania często mówią więcej o pytającym niż o adresacie.

Wstaliśmy jednocześnie z ławki, Woland stanął przede mną. Delikatnie objął mnie ramieniem. Jego gest był pewny, ale nie zawłaszczający. Czułam ciepło, spokój, i coś jeszcze - rodzaj zgody na to, że nie wszystko musi być rozwiązane.

- Przepraszam - powiedział nagle.

Spojrzałam na niego zaskoczona.

- Za co?

- Za to - wyszeptał - że nawet ja nie mam mocy, by cofać czas. Ani go przyspieszać. Nie mogę sprawić, byś nagle poczuła się starsza albo młodsza w sposób, który by cię zadowolił.

- Wiem - odpowiedziałam. - Ale i tak... dziękuję.

- Czas jest jedyną siłą, z którą nawet ja nie negocjuję - dodał. - On nie podlega pokusom.

Szliśmy dalej, wolno, bez celu. Park zmieniał się z każdą minutą - światło stawało się bardziej miękkie, cienie dłuższe. Jesień pokazywała swoją łagodniejszą twarz.

- Wiesz - powiedziałam po chwili - czasem czuję się, jakbym dopiero zaczynała. Jakbym była dzieckiem w zbyt dużym ciele.

- To bardzo dobry znak - odparł Woland. - Najgorsze, co może się wam przydarzyć, to poczucie, że już wszystko wiecie.

- Ale świat oczekuje, że będę "ustawiona".

- Świat lubi ludzi przewidywalnych - odparł. - Są wygodni. Ale ty nie masz obowiązku być wygodna.

Zatrzymaliśmy się przy stawie. Woda była spokojna, odbijała niebo jak lustro.

- Czy to źle - zapytałam - że wciąż się uczę?

- To jedyny sensowny sposób istnienia - odpowiedział. - Uczyć się, oduczać, uczyć na nowo.

Przyciągnął mnie bliżej. Jego ramię było pewnym punktem, jakby świat na chwilę zgodził się nie chwiać.

- Obiecuję ci coś - powiedział, patrząc na wodę. - Skoro nie mogę zmienić czasu, mogę zmienić twoją uważność. Zostanę przy tobie. I sprawię, że nauczysz się delektować każdą chwilą.

- A jeśli znowu będę cierpieć?

- Będziesz - odparł bez wahania. - Ale nie będziesz sama. A to zmienia wszystko.

Zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki oddech. Zapach jesieni, róż, chłodnej wody i ciepłego powietrza zmieszał się w jedno.

- Trzydzieści pięć lat - powiedziałam jeszcze raz. - To nie brzmi już tak strasznie.

- Bo liczby tracą moc, kiedy przestajecie im się kłaniać - odpowiedział.

Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Park powoli pustoszał. A ja pomyślałam, że może jutro, w dniu moich urodzin, nie będę świętować lat, które minęły. Może będę świętować to, że wciąż potrafię się dziwić. I że ktoś - nawet taki jak Woland - obiecał iść obok mnie, krok po kroku, przez czas, którego nie da się oswoić, ale można nauczyć się w nim oddychać.