Przedmowa
Książka ta jest owocem serii wykładów, które wygłosiłem latem 1966 roku
na zaproszenie Perkins School of Theology Południowego Uniwersytetu
Metodystycznego w Dallas w Teksasie. Otrzymałem wówczas zadanie
wyjaśnienia słuchaczom podstawowych założeń i zasad logoterapii. W tamtym czasie wielu autorów podkreślało, iż w przeciwieństwie do innych
szkół psychoterapii egzystencjalnej, logoterapia wypracowała własną
technikę terapeutyczną, rzadko jednak dostrzegano fakt, że jest to
również ostatnia ze szkół psychoterapii, która doczekała się
systematycznej konceptualizacji1.
Odnosząc się do fundamentów tego systemu, w rozdziałach niniejszej
książki zawarłem główne założenia i zasady leżące u podstaw logoterapii,
które są jak połączone ze sobą ogniwa. Logoterapia opiera się na
następujących trzech koncepcjach: (1) wolnej woli; (2) woli sensu oraz
(3) sensu życia. (1) Koncepcja wolnej woli wiąże się z kwestią
determinizmu, stojącego w opozycji do pandeterminizmu. (2) Wola sensu
została z kolei omówiona w opozycji do woli mocy i woli przyjemności,
opisanych odpowiednio w psychologii adlerowskiej i freudowskiej
psychoanalizie. Należy co prawda podkreślić, że pojęcie woli mocy
zostało sformułowane przez Nietzschego, a nie przez Adlera, zaś
określenie "wola przyjemności" - odnoszące się do zasady przyjemności
Freuda - wyszło ode mnie, nie od Freuda. Co więcej, zasada przyjemności
powinna być rozpatrywana w szerszej perspektywie zasady
homeostazy2. Krytyka obu powyższych koncepcji będzie
wymagała głębszej analizy logoterapeutycznej teorii motywacji. (3) Sens
życia łączy się natomiast z problemem relatywizmu pojmowanego w opozycji
do subiektywizmu.
Przedstawione w niniejszej książce zastosowania logoterapii są również
trojakie. Po pierwsze, logoterapię stosuje się w leczeniu nerwic
noogennych; po drugie, sprawdza się w leczeniu nerwic psychogennych,
tzn. nerwic w potocznym znaczeniu tego słowa; po trzecie wreszcie, jest
ona pomocna w leczeniu nerwic somatogennych czy wręcz schorzeń
somatogennych w ogóle. Jak się przekonamy, przedstawiona powyżej
kolejność odzwierciedla wszystkie wymiary ludzkiej egzystencji.
Pierwszy rozdział przedstawia logoterapię na tle innych szkół
psychoterapii, ze szczególnym uwzględnieniem egzystencjalizmu. Rozdział
ostatni natomiast dotyczy dialogu pomiędzy logoterapią a teologią.
Pisząc tę książkę, starałem się uwzględnić najnowsze osiągnięcia
logoterapii, zarówno odnośnie do formułowania indywidualnych zasad, jak
i materiału ilustrującego konkretne przypadki. Niemniej jednak chęć
przedstawienia jak najpełniejszego obrazu systemu logoterapeutycznego
zmusza mnie do posłużenia się częścią materiałów wykorzystanych już w moich wcześniejszych publikacjach3.
To, co nazywam egzystencjalną pustką, stanowi prawdziwe wyzwanie dla
współczesnej psychiatrii. Coraz więcej pacjentów skarży się bowiem na
poczucie bezsensu i życiowej pustki, co zdaje się wynikać z dwóch
powodów. Po pierwsze, w przeciwieństwie do zwierzęcia, człowiek nie
ulega instynktom w kwestii tego, jak musi postępować. A w odróżnieniu
od poprzednich pokoleń, nie kieruje się już tradycją w kwestii tego, jak
powinien postępować. Często nie wie nawet, jak właściwie chciałby żyć.
Pragnie za to robić to, co robią inni (konformizm), albo postępuje
zgodnie z tym, czego się od niego żąda (totalitaryzm).
Mam nadzieję, że zdołam przekazać Czytelnikowi swoją głęboką wiarę w to,
iż wbrew upadkowi tradycyjnych wartości każdy człowiek może odnaleźć w swoim życiu sens, więcej - może przy nim trwać dosłownie do swojej
ostatniej godziny. Psychiatra natomiast może uświadomić pacjentowi, że
życie nigdy nie traci sensu. Nie może on rzecz jasna wskazać nikomu
sensu jego życia, może jednak ukazać mu obecność tego sensu w życiu i przekonać, że bez względu na okoliczności życie zawsze ma sens.
Logoterapia uczy, że nawet tragiczne i negatywne aspekty życia, jak na
przykład nieuniknione cierpienie, mogą zamienić się w triumf ludzkiego
ducha - pod warunkiem że przyjmiemy odpowiednią postawę względem swojego
położenia. W przeciwieństwie do większości szkół filozofii
egzystencjalnej logoterapia nigdy nie bywa pesymistyczna, a jedynie
realistyczna w swoim podejściu do tragicznej trójcy ludzkiej
egzystencji: bólu, śmierci oraz winy. Z powodzeniem można ją wręcz
nazwać optymistyczną, ponieważ ukazuje pacjentowi sposoby przekuwania
rozpaczy w triumf.
W epoce, w jakiej przyszło nam żyć - epoce zaniku tradycji - podstawowym
zadaniem psychiatrii musi być wyposażenie człowieka w umiejętność
odnajdywania w życiu sensu. W czasach, gdy przykazania dekalogu utraciły
w oczach wielu swoją niepodważalną wartość, każdego dnia musimy
przestrzegać dziesięciu tysięcy przykazań wynikających z dziesiątków
tysięcy niepowtarzalnych życiowych sytuacji. W tym sensie można więc
śmiało powiedzieć, że logoterapia to odpowiedź na duchowe potrzeby
współczesnego człowieka.
Dr Viktor E. Frankl
Wiedeń, Austria
Wstęp
Sytuacja psychoterapii i stanowisko logoterapii
Obecną sytuację psychoterapii najlepiej charakteryzuje szybki rozwój
psychiatrii egzystencjalnej. Można już wręcz mówić o wiodącym trendzie,
jakim jest zaszczepianie zasad egzystencjalizmu w dziedzinie
współczesnej psychiatrii. Jednak mówiąc o egzystencjalizmie, nie należy
zapominać, że egzystencjalizmów jest dokładnie tyle, co
egzystencjalistów. Co więcej, każdy z nich nie tylko tworzy własną
wersję tej filozofii, ale i w indywidualny sposób interpretuje
powszechnie przyjęte nazewnictwo. Na przykład znaczenie takich pojęć jak
egzystencja oraz Dasein różni się w zależności od tego, czy mamy do
czynienia z pismami Jaspersa czy Heideggera.
Mimo to nie ulega wątpliwości, że indywidualnych autorów zajmujących się
psychiatrią egzystencjalną coś jednak łączy. Tym wspólnym mianownikiem
jest pojęcie tak często przez nich wszystkich używane - i zbyt często
nadużywane - a mianowicie "bycie w świecie". Można wręcz odnieść
wrażenie, że zdaniem wielu autorów nieustanne powtarzanie sformułowania
"bycie w świecie" jest wystarczającym potwierdzeniem ich pozycji
prawdziwych egzystencjalistów. Śmiem wątpić, aby był to rzeczywiście
wystarczający powód, ażeby móc się uważać za egzystencjalistę,
szczególnie że - jak łatwo można udowodnić - w większości przypadków
heideggerowska koncepcja bycia w świecie bywa mylnie interpretowana jako
zwykły subiektywizm, tak jakby "świat", w którym ma miejsce "bycie"
istoty ludzkiej, był niczym więcej, jak tylko projekcją tejże istoty.
Tylko dlatego ośmielam się krytykować to jakże rozpowszechnione błędne
przekonanie, ponieważ miałem kiedyś okazję omawiać tę kwestię w prywatnej rozmowie z samym Martinem Heideggerem, który przyznał mi
rację.
Mylne interpretacje, z jakimi możemy się spotkać w dziedzinie
egzystencjalizmu, są łatwe do wytłumaczenia. Terminologia egzystencjalna
jest, delikatnie mówiąc, co najmniej ezoteryczna. Przed około
trzydziestu laty musiałem wygłosić w Wiedniu otwarty wykład na temat
psychiatrii i egzystencjalizmu. Przytoczyłem wówczas dwa cytaty,
informując słuchaczy, że jeden z nich został zaczerpnięty z pism
Heideggera, drugi zaś pochodzi z rozmowy, jaką odbyłem z pacjentem
chorym na schizofrenię, przebywającym w wiedeńskim szpitalu państwowym,
w którym wówczas pracowałem. Następnie poprosiłem moich słuchaczy, aby w drodze głosowania zdecydowali, który cytat jest który. Może trudno w to
uwierzyć, ale przeważająca większość była przekonana, że cytat
zaczerpnięty z Heideggera to słowa schizofrenika i vice versa. Nie
należy oczywiście wyciągać pochopnych wniosków z tego małego
eksperymentu. W żadnym wypadku nie umniejsza on wielkości Heideggera i możemy śmiało założyć, iż jest on rzeczywiście tak wielkim myślicielem,
za jakiego uważa go wielu znawców tematu. Przeprowadzony przeze mnie
eksperyment przemawia raczej za tym, że język potoczny często nie jest w stanie wyrazić nieznanych dotąd myśli i uczuć, bez względu na to, czy
byłyby to rewolucyjne idee wielkiego filozofa, czy niecodzienne
odczucia, jakich doświadcza osobnik cierpiący na schizofrenię. Tym, co
ich łączy, jest coś na kształt kryzysu ekspresji; nawiasem mówiąc, w przeszłości wykazałem, że podobne zjawisko dotyczy również współczesnych
artystów (więcej na ten temat Czytelnik znajdzie w mojej książce
Psychotherapy and Existentialism: Selected Papers on Logotherapy
wydanej przez Washington Square Press w Nowym Jorku w 1967 roku, w rozdziale zatytułowanym "Psychotherapy, Art and Religion").
Jeśli chodzi o metodę będącą przedmiotem niniejszej książki, a którą
nazwałem logoterapią, większość autorów jest zgodna, iż mieści się ona w kategorii psychiatrii egzystencjalnej4. W rzeczy samej
już w latach trzydziestych ukułem określenie Existenzanalyse jako
alternatywę dla terminu "logoterapia", który narodził się w latach
dwudziestych. Później, gdy Amerykanie zaczęli publikować prace z zakresu
logoterapii, pojawiło się dodatkowo pojęcie "analizy egzystencjalnej",
jako bezpośrednie tłumaczenie Existenzanalyse. Niestety, inni autorzy
postąpili w ten sam sposób z określeniem Daseinsanalyse - terminem
ukutym w latach czterdziestych przez nieżyjącego już Ludwiga
Binswangera, wielkiego szwajcarskiego psychiatrę, dla opisania jego
własnych teorii. Od tamtej pory analiza egzystencjalna stała się
pojęciem co najmniej dwuznacznym. W związku z zamieszaniem wynikającym z tego stanu rzeczy i nie chcąc stwarzać dodatkowych niejasności,
stopniowo odchodziłem w swoich anglojęzycznych publikacjach od
stosowania pojęcia analizy egzystencjalnej. Używałem za to terminu
logoterapia, często również wtedy, gdy nie było mowy o terapii w ścisłym
tego słowa znaczeniu. Na przykład to, co nazywam tutaj posługą lekarską
i co stanowi istotny aspekt praktyki logoterapeutycznej, jest zalecane
dokładnie w tych przypadkach, w których prawdziwa terapia nie jest
możliwa, gdyż pacjent cierpi na nieuleczalną chorobę. Mimo to nawet
wówczas logoterapia - w jak najszerszym rozumieniu tego terminu - nadal
pozostaje terapią - terapią postawy pacjenta wobec nieuchronności jego
losu.
Logoterapia została zatem nie tylko niejako włączona w psychiatrię
egzystencjalną, lecz również okrzyknięta jedyną szkołą, której udało się
wypracować w tej dziedzinie coś, co można z pełnym przekonaniem nazwać
techniką terapeutyczną5. Nie znaczy to jednak, że my,
logoterapeuci, przeceniamy znaczenie technik terapeutycznych; dawno już
bowiem stwierdzono, że tym, co najbardziej liczy się w terapii, nie są
konkretne techniki, ale osobiste relacje lekarza i pacjenta lub ich
indywidualne bądź egzystencjalne doświadczenia.
Czysto techniczne podejście do psychoterapii może zablokować jej efekt
terapeutyczny. Jakiś czas temu poproszono mnie o wygłoszenie wykładu na
jednym z amerykańskich uniwersytetów przed publicznością złożoną z psychiatrów przydzielonych do opieki nad ocalałymi po przejściu
huraganu. Nie tylko przyjąłem owo zaproszenie, ale wybrałem nawet tytuł
swojego wystąpienia - "Techniki i dynamika przetrwania" - który
najwyraźniej bardzo spodobał się sponsorom. Rozpoczynając jednak swój
wykład, otwarcie stwierdziłem, że rozpatrując swoje zadanie wyłącznie w kategoriach techniki oraz dynamiki, całkowicie mijamy się z celem, nie
docieramy bowiem do serc tych, którym pragnęlibyśmy nieść
psychoterapeutyczną pierwszą pomoc. Ograniczanie podejścia do pacjenta
do stosowania odpowiednich technik terapeutycznych nieodłącznie wiąże
się z ryzykiem manipulacji, natomiast sprowadzanie go do czystej
dynamiki grozi uprzedmiotowieniem pacjenta, traktowaniem istoty ludzkiej
jak martwego przedmiotu. Istota ta jednak natychmiast wyczuwa i zauważa
każdą próbę manipulacji i uprzedmiotowiania jej przez lekarza. Rzekłbym
nawet, że uprzedmiotowienie stało się grzechem pierworodnym
psychoterapii. Tymczasem człowiek nie jest rzeczą. Właśnie owa
"podmiotowość", jako przeciwieństwo "przedmiotowości", jest lekcją,
jaką powinniśmy wyciągnąć z egzystencjalizmu.
Kiedy przy okazji innej serii wykładów zaproszono mnie na spotkanie z więźniami zakładu karnego w San Quentin, nie mogłem oprzeć się wrażeniu,
że dzięki mojemu wystąpieniu ludzie ci w pewnym sensie po raz pierwszy w życiu poczuli się zrozumiani. Nie zrobiłem przy tym nic szczególnego; po
prostu potraktowałem ich jak istoty ludzkie, a nie jak wymagające
naprawy maszyny. Odebrałem ich tak, jak od zawsze odbierali samych
siebie, to znaczy jako ludzi wolnych i odpowiedzialnych. Nie
proponowałem im łatwej ucieczki od poczucia winy, kreując ich na ofiary
biologicznych, psychologicznych czy społecznych uwarunkowań. Nie
dostrzegłem też w nich bezradnych pionków na szachownicy ścierających
się ze sobą sił id, ego oraz superego. Nie zapewniłem im alibi, nie
odsunąłem od nich poczucia winy ani nie próbowałem go racjonalizować.
Uznałem ich za równych sobie. Dowiedzieli się, że poczucie winy jest
prerogatywą każdego człowieka, który sam jest odpowiedzialny za jego
pokonanie.
Czyż to, co zastosowałem, zwracając się do więźniów w San Quentin, nie
było fenomenologią w najczystszej formie? Tak się bowiem składa, że
fenomenologia jest próbą opisania sposobu widzenia siebie przez
człowieka, tego, jak interpretuje on własną egzystencję, daleką od
przyjętych z góry wzorców interpretacyjnych oraz wyjaśnień oferowanych
chociażby w hipotezach psychodynamicznych lub socjoekonomicznych.
Przyjmując metodologię fenomenologiczną, logoterapia - jak ujął to
niegdyś Paul Polak6 - stara się w naukowy sposób przekazać
obiektywny obraz własny człowieka.
Pozwolę sobie jeszcze raz powrócić do kwestii techniki terapeutycznej
będącej w opozycji do doświadczenia. Psychoterapia stanowi coś więcej
niż tylko zwykłą technikę w tym sensie, że jest sztuką, a jako mądrość
wykracza też poza czystą naukę. Ale nawet mądrość nie ma ostatniego
słowa. Będąc w obozie koncentracyjnym, widziałem kiedyś ciało kobiety,
która popełniła samobójstwo. Wśród jej rzeczy osobistych znalazłem
skrawek papieru, na którym zapisała następujące motto: "Potężniejsza od
losu jest odwaga, która pozwala go znosić". A jednak, wbrew temu, co
sama zanotowała, kobieta ta odebrała sobie życie; jak widać, mądrość
jest niczym bez odrobiny człowieczeństwa.
Niedawno o trzeciej nad ranem odebrałem telefon od pewnej kobiety, która
oświadczyła, iż jest gotowa popełnić samobójstwo, była jednak ciekawa
mojego zdania na ten temat. Przytoczyłem więc wszystkie możliwe
argumenty przeciw takiemu rozwiązaniu oraz przemawiające za tym, aby
jednak dalej żyła. Przemawiałem do niej przez trzydzieści minut, aż w końcu dała mi słowo, że zamiast targnąć się na swoje życie, spotka się
ze mną w szpitalu. Gdy to jednak nastąpiło, okazało się, że żaden z przytoczonych przeze mnie argumentów nie zrobił na niej większego
wrażenia. Jedynym powodem, dla którego zdecydowała nie odbierać sobie
życia, był fakt, że zamiast wpaść w złość po tym, jak zostałem przez nią
wyrwany z głębokiego snu, cierpliwie jej wysłuchałem, a następnie
rozmawiałem z nią jeszcze przez pół godziny. Uznała, że świat, w którym
może się zdarzyć coś podobnego, musi być wart tego, aby dalej żyć.
Skoro już mowa o psychoterapii, trzeba koniecznie podkreślić, że właśnie
nieżyjącemu Ludwikowi Binswangerowi w dużej mierze zawdzięczamy
przywrócenie istocie ludzkiej jej pozycji i człowieczeństwa. Coraz
częściej za istotę pełni ludzkiej egzystencji uważana jest symetryczna
relacja Ja - Ty. Poza nią istnieje jednak jeszcze jeden, nie odkryty
dotąd wymiar. Zbliżenie Ja i Ty nie może być jedyną i skończoną prawdą.
Z gruntu samotranscendentna natura ludzkiej egzystencji czyni z człowieka istotę wykraczającą poza siebie. Jeśli zatem Martin Buber
oraz Ferdinand Ebner rozpatrują ludzką egzystencję zasadniczo w kategoriach dialogu pomiędzy Ja i Ty, należałoby przyjąć, że dialog ów
będzie jałowy, dopóki Ja i Ty nie wykroczą poza siebie, odnosząc się do
istniejącego poza sobą sensu.
Skoro więc psychoterapia - będąc czymś więcej niż zwykłą inżynierią
psychologiczną sprowadzającą się do technologii - opiera się na
zbliżeniu, to tym, co ulega zbliżeniu, nie są dwie monady, ale dwie
ludzkie istoty, z których każda reprezentuje własny logos, to jest
sens istnienia.
Kładąc nacisk na owo zbliżenie Ja i Ty, Daseinsanalyse każe jego
uczestnikom prawdziwie słuchać siebie nawzajem, a co za tym idzie,
uwalnia ich - można powiedzieć - od ontologicznej głuchoty. Wciąż jednak
pozostaje problem ontologicznej ślepoty, z której muszą zostać uleczeni,
aby mógł się objawić pełen sens istnienia. Ten krok dokonuje się właśnie
za sprawą logoterapii. Logoterapia wykracza poza Daseinsanalyse lub -
jeśli przyjąć interpretację Jordana M. Schera - ontoanalizę w tym
sensie, że nie skupia się wyłącznie na tym, co nazywamy ontos, to
znaczy bycie, ale także na logos, a więc sensie. Fakt ten może
tłumaczyć, dlaczego logoterapia jest czymś więcej niż zwykłą analizą,
będąc przede wszystkim - jak sama nazwa wskazuje - terapią. Podczas
jednej z rozmów, jakie odbyłem z Ludwigiem Binswangerem, stwierdził on,
iż w porównaniu z ontoanalizą logoterapia jest jego zdaniem bardziej
aktywistyczna, co więcej, mogłaby się stać terapeutycznym dopełnieniem
ontoanalizy.
Świadomie upraszczając, można by zdefiniować logoterapię, posługując się
dosłownym tłumaczeniem znaczenia tego terminu, jako uzdrawianie poprzez
sens (Joseph B. Fabry7). Oczywiście nie możemy zapominać, że
logoterapia, nie będąc żadnym panaceum, w pewnych przypadkach bywa
wskazana, a w innych wręcz przeciwnie. Jak to zostanie wykazane w dalszej części książki, gdzie jest mowa o zastosowaniach logoterapii,
stosuje się ją przede wszystkim w leczeniu ner-wic. W tym miejscu
ujawnia się kolejna różnica pomiędzy logoterapią a ontoanalizą.
Psychiatria zawdzięcza Binswangerowi lepsze rozumienie zjawiska
psychozy, a w szczególności konkretnego i specyficznego modelu
psychotycznego "bycia w świecie". W przeciwieństwie do ontoanalizy,
celem logoterapii nie jest lepsze zrozumienie psychozy, lecz raczej
krótsze leczenie nerwicy. Jest to, rzecz jasna, kolejne uproszczenie.
W tym kontekście warto wspomnieć o tych, którzy utrzymują, iż teoria
Binswangera sprowadza się do zastosowania w psychiatrii koncepcji
Heideggera, podczas gdy logoterapia jest owocem zastosowania w psychoterapii koncepcji Maksa Schelera.
Skoro już mowa o Schelerze, Heideggerze oraz wpływie ich filozofii na
logoterapię, należałoby również zapytać, jaka jest w tym wszystkim rola
Freuda i Adlera? Czyżby logoterapia mniej im zawdzięczała? W żadnym
wypadku. Już w pierwszym akapicie mojej pierwszej książki Czytelnik
znajdzie ślad tego zaciągniętego długu w przytoczonym przeze mnie
nawiązaniu do karła, który stojąc na ramionach olbrzyma, sięga wzrokiem
dalej niż sam olbrzym. Psychoanaliza jest bowiem - i już na zawsze
pozostanie - nieodzownym fundamentem każdej szkoły psychoterapii, w tym
również przyszłych. Zarazem jednak skazana jest na los wszystkich
fundamentów, które nikną z oczu z chwilą, gdy wyrasta na nich nowy
budynek.
Freud był zbyt wielkim geniuszem, aby nie być świadomym tego, iż
ogranicza swoje dociekania do fundamentów, najgłębszych warstw, wymiarów
leżących u podstaw ludzkiej egzystencji. W liście do Ludwiga Binswangera
napisał przecież: "Zawsze ograniczałem się do badania parteru i piwnicy
gmachu" zwanego człowiekiem8.
W napisanej przez siebie recenzji książki9 Freud wyraził
niegdyś przekonanie, że dobrze jest odczuwać szacunek przed mistrzem,
lecz jeszcze większy i głębszy szacunek winniśmy faktom. Spróbujmy teraz
pokusić się o reinterpretację i ponowną ocenę psychoanalizy Freuda w świetle faktów, które stały się znane dopiero po jego śmierci.
Taka reinterpretacja psychoanalizy odbiega od samointerpretacji Freuda.
Kolumb był przekonany, że odnalazł drogę do Indii, podczas gdy w rzeczywistości odkrył całkiem nowy kontynent; podobnie istnieje różnica
pomiędzy przekonaniami Freuda a tym, co udało mu się osiągnąć. Freud
uważał, że zachowanie człowieka można wytłumaczyć za pomocą
mechanistycznej teorii, a jego psychikę uleczyć, stosując określone
techniki. Osiągnął wszakże coś zupełnie innego, coś, co wciąż jest się w stanie obronić, pod warunkiem że zostanie poddane ponownej ocenie w świetle egzystencjalnych faktów.
Według jednej z wypowiedzi Zygmunta Freuda psychoanaliza opiera się na
dwóch podstawowych koncepcjach: represji jako źródła nerwic oraz
zjawiska przeniesienia jako sposobu ich leczenia. Każdy, kto uznaje
zasadność owych koncepcji, śmiało może się uważać za psychoanalityka i takim się mienić.
Represja jest równoważona przez rosnącą świadomość, a zatem
represjonowana materia powinna zostać uświadomiona albo - jak ujął to
sam Freud - gdzie było id, tam powinno stać się ego. Jeśli uwolnić
psychoanalizę od mechanistycznej dziewiętnastowiecznej ideologii i spojrzeć na nią przez pryzmat filozofii egzystencjalnej dwudziestego
wieku, można śmiało powiedzieć, że dopinguje ona człowieka do
samozrozumienia.
W podobny sposób można by udoskonalić i oczyścić koncepcję zjawiska
przeniesienia. Psycholog szkoły adleriańskiej Rudolf Dreikurs zwrócił
uwagę na manipulację właściwą freudowskiej koncepcji
przeniesienia10. Uwolnione od manipulacji przeniesienie
może być rozumiane jako narzędzie humanistycznego, osobistego zbliżenia
w oparciu o relację Ja - Ty. W rzeczy samej, aby mogło mieć miejsce
samozrozumienie, musi do niego dojść dzięki zbliżeniu. Innymi słowy,
freudowskie twierdzenie, że tam, gdzie jest id, powinno być ego,
należałoby rozszerzyć o następujące zastrzeżenie: gdzie było id, tam
powinno stać się ego, ale ego może stać się ego jedynie poprzez Ty.
Materią, która miałaby podlegać represji, był według Freuda seks. Faktem
jest, że w jego czasach seks był represjonowany na masową skalę. Był to
skutek powszechnego w krajach anglosaskich purytanizmu. Nic dziwnego, że
właśnie te kraje okazały się najbardziej podatne na psychoanalizę, a zarazem najbardziej odporne na teorie tych szkół psychoterapii, które
wykraczały poza naukę Freuda.
Utożsamianie psychoanalizy z psychologią albo psychiatrią byłoby jednak
równie wielkim błędem, jak utożsamianie materializmu dialektycznego z socjologią. Zarówno marksizm, jak i freudyzm są niezależnymi podejściami
do nauki, a nie nauką samą w sobie. Indoktrynacja - zarówno w stylu
zachodnim, jak i wschodnim - niewątpliwie jest w stanie zatrzeć różnice
między tym, co sekciarskie, a tym, co naukowe.
A jednak w pewnym sensie psychoanaliza pozostaje niezastąpiona, zaś
miejsce wciąż zarezerwowane dla Freuda w historii psychoterapii
przywodzi mi na myśl opowieść powtarzaną w najstarszej synagodze świata
- średniowiecznej Synagodze Staronowej w Pradze. Oprowadzający po
wnętrzu świątyni przewodnik pokazuje turystom miejsce zajmowane niegdyś
przez słynnego rabina Loewa. Po jego śmierci nie zasiadł na nim żaden z jego następców. Ustawiono dla nich inne siedzisko, jako że rabin Loew
był niezastąpiony i nikt nie mógł się z nim równać. Przez stulecia
nikomu nie wolno było usiąść na jego miejscu - podobnie miejsce Freuda
również powinno pozostać puste.
Metakliniczne konsekwencje psychoterapii
Metakliniczne konsekwencje psychoterapii dotyczą głównie jej koncepcji
człowieka oraz filozofii życia. Nie istnieje psychoterapia bez teorii
człowieka i leżącej u jej podstaw filozofii życia. Chcąc nie chcąc, to
na nich opiera się cała psychoterapia. W tym sensie psychoanaliza nie
stanowi wyjątku. Paul Schilder nazywał psychoanalizę
Weltanschauung11 i dopiero niedawno F. Gordon Pleune
stwierdził, że "praktykujący psychoanalizę jest przede wszystkim
moralistą", który "wpływa na moralne i etyczne postępowanie
innych"12.
A zatem problem nie polega na tym, czy psychoterapia opiera się na
Weltanschauung, czy nie, ale raczej czy leżący u jej podstaw
Weltanschauung jest słuszny, czy nie. "Słuszny czy nie" oznacza jednak
w tym kontekście to, czy dana filozofia i teoria uwzględniają ludzkie
człowieczeństwo. Aspekt człowieczeństwa istoty ludzkiej jest na przykład
lekceważony i pomijany przez psychologów wiernych "modelowi maszyny"
bądź "modelowi szczura", jak określił ich Gordon W. Allport13.
Jeśli chodzi o pierwszy z nich, jest czymś absolutnie wyjątkowym, że
uważając się za boskie stworzenie, człowiek przez długi czas rozpatrywał
kwestię własnej egzystencji w kontekście wizerunku Boga, swojego
Stwórcy; jednak w momencie, gdy sam uznał się za stwórcę, zaczął
rozpatrywać swoją egzystencję w kontekście tego, co sam stworzył, a mianowicie maszyny.
Logoterapeutyczna koncepcja człowieka opiera się na trzech filarach,
którymi są: wolna wola, wola sensu oraz sens życia. Pierwszy z nich -
wolna wola - przeciwstawia się zasadzie charakteryzującej większość
współczesnych koncepcji człowieka, a mianowicie determinizmowi. Naprawdę
jednak przeciwstawia się temu, co zwykłem nazywać pan-determinizmem,
ponieważ mówienie o wolnej woli nie oznacza absolutnie żadnego
indeterminizmu a priori. Wolna wola to przecież wolna wola człowieka,
zaś wola człowieka jest wolą skończonej istoty. Wolność człowieka nie
jest zatem wolnością od ogólnych uwarunkowań, lecz wolnością zajęcia
odpowiedniej postawy względem tych uwarunkowań, z jakimi przyjdzie mu
się zmierzyć.
Kiedyś w trakcie przeprowadzanego ze mną wywiadu Huston C. Smith z Harvardu (wówczas jeszcze MIT) zapytał, czy jako profesor neurologii
oraz psychiatrii nie byłbym skłonny przyznać, że człowiek jest istotą
zdeterminowaną i podlegającą rozmaitym uwarunkowaniom. Odparłem, że jako
neurolog i psychiatra jestem rzecz jasna w pełni świadom, w jak wielkim
stopniu człowiek podlega różnym uwarunkowaniom - biologicznym,
psychologicznym, socjologicznym. Dodałem jednak, że oprócz tego, iż
jestem profesorem dwóch specjalizacji (neurologii i psychiatrii), jestem
też byłym więźniem czterech obozów (obozów koncentracyjnych!). A co za
tym idzie, naocznym świadkiem tego, w jakim stopniu człowiek był, jest i zawsze będzie w stanie znosić nawet najgorsze warunki, dzielnie
stawiając im czoło. Jedynie człowiek posiadł umiejętność trwania w oderwaniu od najbardziej skrajnych warunków. Jednakże ta wyjątkowa
ludzka umiejętność oderwania się od każdej sytuacji, w jakiej możemy się
znaleźć, wyraża się nie tylko poprzez heroizm, jak to miało miejsce w obozach zagłady, ale także poprzez poczucie humoru. Jest ono bowiem inną
cechą zastrzeżoną wyłącznie dla gatunku ludzkiego. Nie powinniśmy się
tego wstydzić; mówi się nawet, że poczucie humoru jest boskim przymiotem
- w trzech psalmach jest przecież mowa o śmiechu Boga.
Poczucie humoru oraz heroizm wiążą się w sposób niepowtarzalny z typowo
ludzką zdolnością samoodłączenia. Dzięki niej człowiek jest w stanie
oderwać się nie tylko od danej sytuacji, ale również od samego siebie.
Może wybrać postawę, jaką zajmie względem samego siebie. Tym samym
zajmuje stanowisko wobec własnych somatycznych i psychicznych
uwarunkowań oraz determinant. Ze zrozumiałych względów jest to kluczowa
kwestia z punktu widzenia psychoterapii i psychiatrii, edukacji oraz
religii. Człowiek widziany z tej perspektywy dysponuje bowiem wolnością
kształtowania własnego charakteru, jest też odpowiedzialny za to, kim
się staje. Przestają być zatem ważne cechy charakteru, popędy czy
instynkty per se, liczy się za to postawa, jaką względem nich
przyjmujemy, a umiejętność zajęcia takiej postawy jest tym, co czyni nas
ludźmi.
Przyjęcie postawy wobec fenomenów somatycznych i psychicznych oznacza
konieczność wzniesienia się ponad nie i otwarcia na całkiem nowy wymiar
- wymiar fenomenów noetycznych albo, mówiąc inaczej, wymiar noologiczny,
w odróżnieniu od wymiaru biologicznego i psychologicznego. Jest to
wymiar dotyczący sfery, w której ulokowane są specyficznie ludzkie
fenomeny.
Wymiar ten można byłoby zdefiniować również jako wymiar duchowy. Jednak
jako że w języku angielskim przymiotnik "duchowy" kojarzy się z religią,
należałoby go za wszelką cenę unikać. Wymiar noologiczny powinien być
raczej rozumiany jako wymiar antropologiczny, a nie teologiczny. To samo
dotyczy cząstki "logos" w kontekście terminu "logoterapia"; poza
"sensem" "logos" oznacza tutaj jeszcze "ducha", lecz również bez
konotacji głównie religijnych. W tym przypadku "logos" odnosi się do
człowieczeństwa istoty ludzkiej - a zarazem do sensu tejże ludzkiej
istoty!
Człowiek wchodzi w wymiar noologiczny, ilekroć oddaje się refleksji na
swój temat lub, jeśli zachodzi taka potrzeba, kiedy odrzuca samego
siebie, czyni z siebie obiekt lub kwestionuje sam siebie, okazuje, że
posiada świadomość samego siebie albo że ma sumienie. Zwłaszcza ta
ostatnia sytuacja zakłada, że człowiek jako jedyne żywe stworzenie jest
w stanie wznieść się ponad siebie, aby osądzić i ocenić własne uczynki z moralnej i etycznej perspektywy.
Można oczywiście pozbawić ów specyficznie ludzki fenomen, jakim jest
sumienie, jego człowieczeństwa. Można je uznać za zwykły skutek procesów
uwarunkowywania. Jednak tego rodzaju interpretacja może być prawdziwa i adekwatna wyłącznie w przypadku psa, który załatwił się na dywan, po
czym podwinąwszy ogon pod siebie, ukrył się pod kanapą. Czy ów pies
rzeczywiście okazuje wyrzuty sumienia? Sądziłbym raczej, że przejawia w ten sposób swój lęk przed spodziewaną karą, który jak najbardziej może
być skutkiem procesów uwarunkowywania.
Sprowadzanie sumienia do zwykłego rezultatu procesów uwarunkowywania to
tylko jeden przykład redukcjonizmu. Według mojej definicji, redukcjonizm
to pseudonaukowe podejście, które lekceważy i ignoruje specyficznie
ludzkie fenomeny, sprowadzając je do roli zwykłych epifenomenów, a konkretnie redukując je do zjawisk podludzkich. Innymi słowy,
redukcjonizm można by zdefiniować jako subhumanizm.
Weźmy za przykład dwa fenomeny, które chyba najpełniej oddają nasze
człowieczeństwo, a mianowicie miłość oraz sumienie. Stanowią one
najwyższe przejawy innej wyłącznie ludzkiej zdolności, jaką jest
zdolność do samotranscendencji. Człowiek wykracza poza siebie w swoim
dążeniu do innej ludzkiej istoty albo w dążeniu do sensu. Rzekłbym
wręcz, że miłość jest tym, co pozwala nam pojąć drugiego człowieka w całej jego wyjątkowości, sumienie zaś umożliwia nam ogarnięcie sensu
danej sytuacji w całej jej wyjątkowości. W ostatecznym rozrachunku sens
jest czymś absolutnie niepowtarzalnym, podobnie jak każda ludzka istota.
Każdy z nas jest niezastąpiony - jeśli nie dla wszystkich, to
przynajmniej dla tych, którzy nas kochają.
Ze względu na niepowtarzalny charakter intencjonalnych referentów
miłości i sumienia należy je uznać za zdolności intuicyjne. Jednak
pomimo owego wspólnego mianownika, jakim jest niepowtarzalny charakter
intencjonalnych referentów, różnią się one od siebie. W przypadku
miłości tym, co jest niepowtarzalne, są jedyne w swoim rodzaju
możliwości kochanej osoby. Z drugiej strony, w przypadku sumienia owa
wyjątkowość odnosi się do jedynej konieczności, jedynej potrzeby, jaką
możemy być zmuszeni zaspokoić.
Redukcjonizm chętnie interpretuje miłość jako zwykłą sublimację popędu
seksualnego, a sumienie rozpatruje w kategoriach superego. W moim jednak
przekonaniu miłość nie może być tylko rezultatem sublimacji popędu
seksualnego, ponieważ podczas gdy do sublimacji dochodzi, miłość jest
zawsze warunkiem koniecznym. Powiedziałbym nawet, że tylko w takim
stopniu, w jakim Ja skłania się z miłością ku Ty, ego może się połączyć
z id, włączając seksualność w osobowość człowieka.
Sumienie natomiast nie może być utożsamiane wyłącznie z superego z tego
prostego powodu, iż zadaniem sumienia jest - jeśli zachodzi taka
konieczność - przeciwstawianie się tym konkretnie konwencjom i standardom, tradycjom oraz wartościom, które są nam narzucane przez
superego. A zatem skoro sumienie może w określonych przypadkach
sprzeciwiać się superego, z oczywistych względów nie może być z nim
identyczne. Próby sprowadzania sumienia do superego i wyprowadzania
miłości od id są z góry skazane na porażkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki