Rozdział I
I
Nienawidziłem alkoholu.
Nie mogłem patrzeć na przyjaciół, będących przecież jeszcze młodzikami,
gdy potajemnie pili na umór i konwulsyjnie zwijali się w krzakach, zanim
każdy padł gdzieś na sianie w swojej stajni. Towarzyszyłem im, owszem,
ale co miał robić piętnastoletni chłopak z dobrego domu, który nie
musiał robić nic? Snuliśmy się ulicami Baton Rouge i Nowego Orleanu jak
złe duchy, uwodziliśmy Kreolki i trwoniliśmy majątki ojców, grając w karty i nie przejmując się nadchodzącą wojną. Wydawało nam się, że
jesteśmy panami świata!
Oczywiście nie wiedzieliśmy jeszcze, że wybuchnie wojna. Życie upływało
nam na zabawie, konnych przejażdżkach i marzeniach o Europie; wszyscy
byliśmy już jedną nogą gdzieś na starym kontynencie, gdzie mieliśmy
odebrać odpowiednie wykształcenie, mające kiedyś pomóc nam w zarządzaniu
plantacjami.
Nienawidziłem plantacji, smrodu chat niewolników i codziennych wyjazdów
z ojcem w pola, na których niepokorni robotnicy uprawiali trzcinę
cukrową i bawełnę. Gdy byłem dzieckiem, pola wydawały mi się
nieskończonym światem, a czarni niewolnicy - istotami z piekła rodem, do
których nie mogłem się przyzwyczaić. Moja piastunka była niemal biała,
kreolską krew zdradzały jedynie jej kręcone włosy, wymykające się spod
wykrochmalonego czepka i głęboki, gardłowy głos, którym wyśpiewywała
kołysanki w niezrozumiałym dla mnie języku.
Byłem dziwnym dzieckiem. Najwcześniejsze lata swojego życia spędziłem w większości pod fortepianem matki, jako wątły i chorowity chłopiec,
któremu klimat Południa wyraźnie nie służył. Gdy nieco podrosłem i nabrałem sił, matka chciała mnie zabrać do Francji, do majątku dziadka,
Louisa Marcata, producenta cenionych w całej Europie winiaków.
Marcat był potentatem, z którym moja babka nawiązała korespondencyjną
znajomość. Mieszkała wówczas w Londynie i chciała się wyrwać na południe
Europy, a później do Nowego Świata, uciekając przed jakąś rodzinną
tajemnicą, o której nigdy nikomu nie opowiedziała. Pewnego lata przybyła
do winnic Marcata, by skonsumować ich epistolarną znajomość. Siła
perswazji mojej babki była tak duża, że Marcat powierzył zarządzanie
uprawami i produkcją trunków zaufanym ludziom, po czym wyruszył wraz z nią do Ameryki. Babka była kobietą wyzwoloną, urodzoną u schyłku
poprzedniego stulecia, o niezwykle silnej osobowości i przemożnym
wpływie na mężczyzn.
Nazywała się Blanche Avoy.
Jej przeszłość i dzieciństwo tonęły w cieniu, nigdy nie wspominała o zamierzchłych czasach. Niejednokrotnie żałowałem, że odeszła, zanim
dorosłem na tyle, by porozmawiać z nią o czasach jej młodości. Mając
dwadzieścia trzy lata, zwiedziła już Austrię i Włochy, podążając za
premierami operowymi i ucztując na przyjęciach wydawanych na cześć
najsławniejszych śpiewaków, zawsze jednak wracała do rodzinnego Londynu.
To było wszystko, co pozwalała o sobie wiedzieć.
Trunki z plantacji mojego dziadka były wówczas bardzo popularne na
arystokratycznych salonach i Blanche postanowiła odwiedzić sławne
francuskie winnice. Do wyprawy przygotowywała się bardzo starannie,
uwodząc Marcata wyrafinowanymi listami. Gdy w końcu przybyła do Paradis
D'Marcat, zakochała się bez pamięci w człowieku, który o winogronach
mówił z równą pasją i miłością, z jaką ona opowiadała o operze.
Był rok 1817.
Wyprawa do Ameryki miała być tylko epizodem w życiu moich dziadków.
Wyjechali, by zainwestować rozrastający się majątek. Zanim jednak
interesy rozkręciły się na dobre, babka była już w ciąży. W 1820 roku na
świeżo założonej plantacji powiła moją matkę. Córka odziedziczyła po
niej wiotkość i bladość, która mogła pięknie się komponować z londyńską
mgłą, jednak wyglądała zupełnie nienaturalnie na tle czarnych twarzy
niewolników i dzikiego krajobrazu Południa.
Babka nie wróciła do formy po urodzeniu córki i nie było mowy o forsującej podróży do Europy. Nigdy już nie miała wrócić na stary
kontynent i moja rodzina zaczęła na dobre wrastać w bagna Luizjany.
Louis pompował fundusze napływające z Europy w powiększające się
amerykańskie plantacje i pogodził się z myślą, że najprawdopodobniej
nigdy nie powrócą do Francji.
Moja matka, Maria Louisa, dorastała i szybko stało się jasne, że będzie
jedynaczką. Nie doczekawszy się męskiego potomka, który mógłby przejąć
plantację, a nie chcąc stracić dorobku wielu lat, Louis postanowił wydać
swą jedynaczkę za Williama - syna lokalnego plantatora bawełny, Jima
Jardineux. Młodzieniec, który urodził się w roku 1816, nie miał przed
sobą innej przyszłości, niż zarządzanie ziemią i niewolnikami, podobnie
jak jego ojciec, dziadek i pradziadek, który w połowie poprzedniego
stulecia emigrował z Francji. Był to nieustraszony pionier, orzący
pierwsze pola własnymi rękoma. Taka przynajmniej była oficjalna wersja
jego życiorysu, gorliwie podtrzymywana przez rodzinę.
Jim Jardineux przyznał się kiedyś mojemu dziadkowi podczas gry w karty,
że jego przodek tak naprawdę uciekał przed wyrokiem, a nie poszukiwał
nowych terytoriów do zasiedlenia. Louis docenił szczerość Jima i obiecał
oddać swą nienarodzoną jeszcze córkę jego synowi, Williamowi, mającemu
wówczas cztery lata. Taka przynajmniej była oficjalna wersja, gorliwie
powtarzana przez dziadka. Ja do tej pory zastanawiam się, czy Jim
Jardineux nie wygrał swojej przyszłej synowej w karty.
Maria Louisa, tak jak jej matka, władała czterema językami, potrafiła
pisać i śpiewać po łacinie, włosku i hiszpańsku, uczyła się gry na
fortepianie i skrzypcach, budząc zdziwienie i fascynację okolicznych
kobiet, których głównymi życiowymi celami było najpierw wyszywanie,
potem flirtowanie i pikniki, a w końcu rodzenie synów, mających w przyszłości dziedziczyć majątki swych ojców. Damy przesiadywały w salonie moich dziadków, z zaciekawieniem przyglądając się Marii i jej
matce, jakby były jakimiś egzotycznymi zwierzętami.
Mimo że mężczyźni z Południa twierdzili, iż edukowanie kobiet to strata
czasu i pieniędzy, pozwalali swoim córkom odwiedzać Marię Louisę tak
długo, jak długo te nie chciały iść w jej ślady.
Wkrótce dom moich dziadków stał się centrum życia towarzyskiego na
poziomie europejskim, a moja przyszła matka - jedną z najlepszych partii
na całym Południu. Okolicznych kawalerów nie zrażała ani jej wątłość,
ani fakt, iż była obiecana Williamowi.
Aby nie rozbudzać zbytnio nadziei kawalerów i nie powodować
niepotrzebnych napięć w towarzystwie, ślub Marii Louisy i Williama odbył
się w dniu siedemnastych urodzin mojej matki, w roku 1837.
Na owoc konsumpcji małżeństwa trzeba było długo czekać. Dopiero pięć lat
później, podczas wilgotnej i chłodnej zimy roku 1842, urodziła się moja
starsza siostra Theresa. Po naszym ojcu odziedziczyła krzepkość i grube
rysy, jednak wyrosła na piękną, silną dziewczynę, pożądaną przez
wszystkich okolicznych chłopców. Miałem dziewięć lat, gdy wyszła za mąż
i wyjechała na Północ. Wówczas konflikt między Północą i Południem nie
był jeszcze tak wyraźny. Siostra jednak nigdy nie wróciła na plantację;
po kilku latach doszły nas słuchy, że oboje z mężem zostali działaczami
na rzecz wyzwolenia niewolników. Rodzice nigdy tego nie komentowali, a ja byłem zbyt młody, by mnie to obchodziło.
Przez dwa lata po przyjściu na świat Theresy rodzice starali się o syna.
William powoli tracił nadzieję, ale matka, wbrew wątłej posturze, była
silna i po dwóch nieudanych ciążach w końcu przyszedłem na świat. Był
rok 1845.
Babka nie była jeszcze wiekowa, nalegała jednak, aby tradycyjnie nas
wychować i wykształcić. Wymusiła na córce i zięciu obietnicę, że jeśli
umrze, nie dopilnowawszy tego, tradycyjnie nas wychowają i porządnie
wykształcą. Nawet jeśli miałem zostać plantatorem, to światowym i władającym kilkoma językami, abym mógł robić interesy za granicą. Babka
ubolewała nad tym, że nasz ojciec mówił jedynie po francusku, i to z wyraźnym akcentem kreolskim. Gdy nieco dorosłem, zastanawiałem się,
dlaczego Blanche, wyzwolona i liberalna za młodu, kładła tak duży nacisk
na tradycyjne, celebrowane na Południu wartości. Czas pokazał, iż były
one jedynie tarczą, za którą południowcy skrywali swoje prawdziwe,
często bestialskie instynkty. Widok ojca, który wycierał dłonie w haftowaną chustkę po ubiczowaniu niewolnicy, przez miesiące prześladował
mnie w snach. To po tym zajściu postanowiłem, że gdy już popłynę do
Europy, gdy raz wyrwę się z Ameryki, nigdy tam nie wrócę.
Mój dziadek wielokrotnie opowiadał mi o winnicach, które z wielką troską
i miłością pielęgnował za młodu. To właśnie z sentymentu i tęsknoty za
Gaskonią dał mi na imię Armagnac.
Zanim skończyłem pięć lat, Blanche już nie żyła. Odeszła po długiej i wycieńczającej chorobie. W ostatnich dniach jej życia nie pozwalano mi
podchodzić do jej łóżka, nawet zbliżać się do pokoju, w którym leżała.
Nie widziałem również jej ciała w trumnie i nie pamiętam, abym brał
udział w pogrzebie, choć potrafię przypomnieć sobie kamień nagrobny z jej imieniem wyrytym ozdobnym pismem. Gdy minęły lata, doceniłem fakt,
iż rodzice zaoszczędzili mi traumy oglądania babki w trumnie. Dzięki
temu mogłem zachować w pamięci jej obraz: uśmiechnięte, ogromne oczy
koloru jesiennego nieba i gładko zaczesane, kasztanowe włosy. W mojej
pamięci na zawsze pozostała piękna i tajemniczo uśmiechnięta.
Zrozpaczony Louis Marcat, nie mogąc egzystować w miejscu, w którym
wszystko przypominało mu ukochaną zmarłą żonę, przepadł we Francji,
zostawiając mnie z porywczym ojcem i dziwacznym imieniem, skulonego pod
fortepianem matki: zamyślonej, młodej jeszcze dziewczyny, zafascynowanej
siłą i krzepkością swego męża, amerykańskiego plantatora. Dopiero wiele
lat później miałem się przekonać, jak zręcznie Maria Louisa odgrywała
wielką miłość do swojego prostolinijnego, skupionego na pracy fizycznej
małżonka.
Był rok 1850.
Matka żyła we własnym świecie, próbując idealizować Williama i będąc mu
wdzięczną, że nie znalazł sobie jakiejś kolorowej kochanki, gdy raz po
raz podejmowała nieudane próby powicia syna. Wielu plantatorów
utrzymywało w miastach całe rodziny, Maria jednakże odpychała od siebie
myśl, że jej mąż mógłby być zdolny do prowadzenia podwójnego życia.
Jeśli William faktycznie miał gdzieś kochankę czy bękarty, nigdy się o tym nie dowiedzieliśmy. Swoje zniknięcia, nieraz kilkudniowe, tłumaczył
interesami, a matka chciała mu wierzyć.
Ideały, które wpoiła jej babka, gasły powoli w starciu z rzeczywistością
Południa i Maria szybko się przekonała, że nigdy nie wyjedzie do Europy,
o której tyle słyszała, nigdy nie zobaczy przepięknych winnic, za sprawą
których przyszła na świat. Cztery ciąże, prawie jedna po drugiej,
poważnie nadwątliły jej zdrowie i William nie chciał nawet słyszeć o jej
wyjeździe do francuskiego majątku ojca - ani teraz, gdy miała doglądać
naszego wychowania, ani wspólnie ze mną w przyszłości, gdy zgodnie z wolą babki miałem się udać w takową podróż. Im bardziej zbliżał się
moment mojego wyjazdu, tym więcej chłodu i zazdrości było w spojrzeniu
matki, w jej smutnych, zimnych oczach, które gasły z dnia na dzień.
Pożegnaliśmy się chłodno, a obraz jej szczupłej sylwetki na nabrzeżu,
chusteczki powiewającej w uniesionej dłoni, który wielokrotnie
przywoływałem w pamięci podczas długiego i niebezpiecznego rejsu, był
tylko wyobrażeniem.
W roku 1860, mając piętnaście lat, wiedziałem już, że wyjadę z zatęchłego Południa, zbliżającego się do nieuchronnego konfliktu
zbrojnego z Północą. Chociaż głowy młodzieńców wokół były gorące, ja nie
czułem się patriotą, chciałem uciec, zanim ktokolwiek pomyślałby o tym,
żeby wysłać mnie na wojnę.
Byłem podobny do Blanche Avoy - nie tylko fizycznie. Jej postać
fascynowała mnie, choćby dlatego że w opowieściach matki zawsze była
piękną, wykształconą kobietą, niezależną dziewczyną, podróżującą
samodzielnie po Europie i chłonącą rozkosze życia wśród artystów i sztuki. Jak bardzo była wyemancypowana, wiedziała tylko ona sama i tę
tajemnicę zabrała do grobu. Matka skrycie ją podziwiała, wiedziała
jednak, że nigdy jej nie dorówna i nie będzie prowadzić podobnego życia.
Chciała, żebym choć ja go zakosztował, zanim na dobre wrosnę w podmokłą
glebę plantacji, choć jednocześnie skrycie mi zazdrościła.
Na co dzień otaczało mnie niewiele kobiet takich jak Blanche. Mogłem
chodzić w konkury jedynie do utrefionych prostaczek, ostrzących sobie
ząbki na mój majątek. Nie bardzo miałem na to ochotę, szczególnie w obliczu rychłego wyjazdu. Upodobałem sobie za to inne rozrywki, mając w pamięci obietnicę złożoną przez rodziców Blanche: skupiłem się na
zgłębianiu tajników muzyki, która otaczała mnie od małego. Nieraz
zasypiałem na szezlongu, słuchając smutnych melodii wygrywanych przez
moją matkę na rzeźbionym, sprowadzonym z Północy fortepianie, które wraz
z upływem lat stawały się coraz bardziej smętne.
Od małego naśladowałem ją, stukając, początkowo bezładnie, w klawisze.
Szybko odkryto u mnie talent. Maria Louisa najpierw uczyła mnie sama, a później wynajmowała najlepszych nauczycieli. Miałem również smykałkę do
języków i gdy byłem jeszcze podrostkiem, rozmawiałem z matką po włosku i hiszpańsku, doprowadzając tym do szału ojca, który bezskutecznie
usiłował zainteresować mnie uprawami i niewolnikami. Czarnych bałem się
jak ognia i unikałem ich, jak tylko mogłem, a oni, wyczuwając mój lęk,
pozwalali sobie na zdecydowanie zbyt wiele - w końcu byłem synem ich
pana. Nigdy jednak nie miałem w sobie dość odwagi, by donieść na
któregoś z zuchwałych parobków.
William powoli tracił do mnie cierpliwość, lecz matka zawsze stawała po
mojej stronie, przypominając mu o woli Blanche. Miałem zostać światowym
dżentelmenem, a nie farmerem wymachującym batem nad głowami niewolników.
Dorastając, coraz częściej słyszałem, jak Maria w gniewie nazywa ojca
pod nosem "prostakiem z batem". Wiele lat później uświadomiłem sobie, że
lojalność wobec męża była jedynie pozą, tarczą, za którą matka skrywała
głęboką niechęć, rosnącą z każdą chwilą. W pewnym momencie nie mogła już
ignorować faktu, że tak bardzo się różnili. W owych czasach byłem
jednakże zajęty snuciem fantazji o podróży do Francji, które kompletnie
zawładnęły moją wyobraźnią. Nie zawracałem sobie głowy relacją łączącą
moich rodziców.
Marcat oczekiwał mnie w swoich winnicach. Ciągle jeszcze cieszył się
dość dobrym zdrowiem, więc miałem go odwiedzić i przekazać mu najnowsze
wieści o rodzinie. Następnie zaplanowano podróż do Londynu, gdzie,
zakwaterowany u dalekich krewnych czy znajomych, miałem odebrać
odpowiednie ekonomiczne wykształcenie, a potem udać się na powrót do
francuskiego majątku dziadka, aby sprawdzić wiedzę w praktyce i przez
dwa lata prowadzić rodzinne winnice. W końcu miałem wrócić do Ameryki i jako plantator ekonomista pomnażać majątek.
Wyjechałem więc, będąc jeszcze chłopcem, pod opieką wynajętych
nauczycieli.
Nigdy jednak nie wróciłem. Nie dlatego że taki był mój pierwotny tajny
plan, a dlatego że nie było do czego wracać.
W Ameryce wybuchła wojna, ja tymczasem dotarłem do Francji i czekałem na
wieści z domu, które docierały do nas z dużym opóźnieniem. Chciałem
przeczekać perturbacje w rodzinnym kraju. Wszyscy wierzyliśmy, że wojna
potrwa chwilkę i sytuacja wróci do normy, rozlokowałem się więc w posiadłości dziadka i - jako że nie miał fortepianu i okropnie się
nudziłem - rozpocząłem naukę praktyczną. Szybko opanowałem zarządzanie
winnicami, zacząłem też reprezentować Marcata podczas sprzedaży naszych
win.
Wojna się przeciągała, a my przez lata żyliśmy w ciągłym strachu.
Majątek topniał w zastraszającym tempie, gdyż dziadek wysyłał za ocean
bajońskie sumy, usiłując ratować to, co pozostało z plantacji Jardineux.
Moi nauczyciele znikali jeden po drugim. Działania zbrojne stopniowo
pustoszyły Południe, a dziadek stracił wszystko, próbując pomóc moim
rodzicom podźwignąć się po klęsce konfederatów. W krótkim czasie nie
było już francuskich winnic, którymi mógłbym zarządzać, ani
amerykańskich plantacji, które mógłbym odziedziczyć. Louis Marcat
natomiast, nie potrafiąc znieść życia bankruta, znikał razem z majątkiem. Odnaleziono go w stuporze, pochylonego nad księgami
rachunkowymi z czasów prosperity.
Nie mogłem patrzeć na jego zniszczone ciało, w którym tliła się zaledwie
iskierka życia. Byłem zbyt młody, by brać na barki nasz marny los.
Zgodnie z pierwotnym planem, choć z dużym opóźnieniem, wyjechałem do
Londynu, nie miałem jednak za co studiować. Zamieszkałem u jedynej
żyjącej krewnej, którą udało mi się odnaleźć, nie wiedziałem nawet,
czyją krewną była, a ona sama, zbyt stara i zdziwaczała, nie paliła się
do wyjaśnień. Wciąż brała mnie za od lat nieżyjącego męża, pijaka i hulakę, z którym tylko się kłóciła.
Rodzice nie potrafili się przystosować do odmienionej powojennej
rzeczywistości. Porzucili dom, w którym przez jakiś czas rezydowały
jankeskie wojska, i osiedlili się w odbudowywanej z gruzów Atlancie. Za
ostatnie pieniądze otrzymane od Marcata wynajęli mieszkanie i próbowali
rozkręcić jakiś interes, ale bez powodzenia. Miałem wrażenie, że wojna
sięgnęła swoimi mackami również za ocean i zdusiła całą naszą rodzinę.
Matka więdła w oczach. Zmarła w Atlancie w roku 1868, na krótko po tym,
gdy latem skończyłem dwadzieścia trzy lata. Po jej śmierci ojciec
zupełnie się załamał i rozchorował podczas podróży morskiej do Anglii.
Chciał osobiście przekazać mi tę smutną wieść, lecz nie zdążył zejść na
ląd. Jego ciało pochłonął ocean, gdyż rejs trwał zbyt długo, by zdołano
dotransportować je do portu. Na pamiątkę po mojej niegdyś prosperującej
amerykańskiej rodzinie zostało mi pudło papierów, przekazane przez
kapitana.
Późną jesienią roku 1868 byłem zubożałym sierotą o domniemanych
arystokratycznych korzeniach, młodym mężczyzną, który oprócz
umiejętności władania czterema językami, gry na fortepianie i zaawansowanej wiedzy ekonomicznej, której nie zdążył wykorzystać do
ratowania rodzinnej fortuny, nie miał nic.
Rozdział II
II
Gdybym wówczas nie spotkał pewnego młodego skrzypka, którego ojciec miał
więcej ambicji niż rozumu, moje życie z pewnością potoczyłoby się
zupełnie inaczej.
W dobie Liszta niewielu skrzypków miało szanse na międzynarodową
karierę, po prostu przestali być modni, mogli jednak zaistnieć jako
chałturnicy, grywający w domach londyńskich miłośników sztuki. Takim
właśnie chałturnikiem był Lothar Mintze, syn pruskiego muzykanta,
zafascynowanego Paganinim, pragnącego, by jego potomek, urodzony
dokładnie dziesięć lat po śmierci wirtuoza, zrobił równie szybką i błyskotliwą karierę. Zapędy ojca sprawiły, że dorastający chłopak uciekł
z domu, gdy tylko zorientował się, jakie życie czeka go pod okiem
apodyktycznego rodzica. Ojciec nie zamierzał odstąpić od realizacji
szalonego planu, choć jego potomek najpewniej nie był geniuszem ani tym
bardziej typem wirtuoza, a do tego szczerze nienawidził gry na
skrzypcach. Była to jednak jedyna rzecz, jaką Lothar umiał robić na tyle
dobrze, by się z niej utrzymać. Uciekał przed ojcem po całej Europie,
zarabiając grą na podróże, aż w końcu osiadł w Londynie. Dopiero tu mógł
odetchnąć i przestał oglądać się przez ramię.
W poszukiwaniu partnera do chałturniczych występów młodziutki skrzypek
wstąpił do baru, w którym brzdąkałem na pianinie smętne utwory, nie
mogąc się pogodzić z nagłym osieroceniem i pijąc za ostatnie grosze
znienawidzony winiak ocalały z piwnic mojego dziadka, jakbym chciał
podkreślić groteskowość i tragizm swej sytuacji.
- Czy mogę panu postawić coś do picia? - usłyszałem za plecami, gdy
odstawiałem pustą szklankę na pianino.
- Nie - odparłem bez zastanowienia, ocierając usta wierzchem dłoni. -
Nie cierpię alkoholu.
- Doprawdy? - Zabrzmiało to dość sarkastycznie, ponieważ szklanka, którą
odstawiłem, była czwartą pustą szklanką. Jakoś nie zdałem sobie
wcześniej sprawy z tego, że zdążyłem wypić aż tyle.
Odwróciłem się powoli, odczuwając skutki pochłoniętego trunku. Na
pierwszy rzut oka dość mało precyzyjny mężczyzna wydał mi się bardzo
stary, białe włosy opadały mu na ramiona, kontrastując z czarnymi jak
węgle oczami. Potrząsnąłem głową, ale tylko mi się w niej zakręciło,
jakość widzenia pozostała niezmieniona.
- Mam już dość na dzisiaj... - mruknąłem, wstając, zatoczyłem się jednak i straciłem równowagę. - I na jutro też... - bąknąłem, próbując uchwycić się
pianina. Wtedy poczułem ramię przytrzymujące mnie, abym nie upadł, i byłem na tyle przytomny, by uświadomić sobie, że tak silna ręka nie może
należeć do starca. - Kim pan jest, jeśli mogę zapytać? - wybełkotałem i nagle zrobiło mi się wstyd z powodu mego żałosnego stanu. W tamtej
chwili uosabiałem wszystko, czym jeszcze niedawno tak szczerze
gardziłem.
- Pytanie powinno raczej brzmieć: kim pan jest? - odrzekł nieznajomy,
pomagając mi usiąść przy stoliku. - Jestem pod wrażeniem pańskiej gry. I faktu, że w ogóle potrafi pan grać w takim stanie.
- Chce pan rozmawiać o moich umiejętnościach? Czy może raczej mnie
obrazić?
Nie widziałem wyraźnie, ale chyba wykonał gest w stronę baru. Po chwili,
która mogła trwać minutę albo i godzinę, młodziutka kelnerka, na którą
zwróciłem uwagę, zanim haniebnie się upiłem, postawiła przede mną
filiżankę czarnej kawy. Ciepły, intensywny aromat otrzeźwił mnie na
tyle, że mogłem się przyjrzeć rozmówcy. W istocie był młodziutkim
chłopakiem o nietypowej, delikatnej urodzie: bardzo jasnych włosach i czarnych oczach, wychwytujących w półmroku blask płomyków gazowych lamp,
oświetlających ponure wnętrze lokalu.
- Właśnie o tym chciałbym porozmawiać. - Gestem zachęcił mnie do wypicia
łyka kawy, która była wyjątkowo mocna i wysokiej jakości, jak na tak
podrzędny lokal. Nawet filiżanka była czysta. Zaczynałem zauważać takie
detale, co znaczyło, że trzeźwiałem szybciej, niżbym sobie tego życzył.
- O moim wykształceniu muzycznym? - zapytałem, jakbym go nie dosłyszał.
- Nie obchodzi mnie pańskie wykształcenie. Obchodzi mnie pańska
umiejętność nadzwyczajnej interpretacji utworów Liszta. Czy musi pan się
upić, aby tak grać, czy na trzeźwo idzie panu równie dobrze?
- Jest pan bezczelny i niegrzeczny! - zauważyłem mało błyskotliwie.
- Może i jestem, ale to ja płacę za kawę i chyba choćby z tego tytułu
mam prawo zadać panu jedno proste pytanie, jakże istotne dla sedna
naszej rozmowy.
- Sedna rozmowy? - dukałem jak wiejski głupek. Nie mogłem już siebie
słuchać. Upiłem kolejny łyk kawy, była jak płynny ogień.
Chłopak wyglądał na rozbawionego przebiegiem naszej konwersacji. Mimo
impertynencji miał w sobie coś intrygującego, chociażby odwagę do
konfrontacji z barowym pijakiem, jakim byłem w tamtej chwili. Mój strój
sugerował coś innego, ale on nie mógł wiedzieć, że to ostatnie
przyzwoite ubranie, jakie miałem.
- Szukam partnera do duetu instrumentalnego - wyjaśnił, opierając łokcie
na stoliku. - Pianiści są dziś w cenie, podczas gdy my, skrzypkowie,
odchodzimy w cień. Paganini jest już niemodny. Londyńczycy uważają, że
nie ma sensu słuchać skrzypków, którzy nigdy mu nie dorównają. Niektórzy
jeszcze go pamiętają i póki nie zapomną, niewiele jest dla nas miejsca
na rynku muzycznym, jeśli mogę tak się wyrazić.
- I pan jest właśnie skrzypkiem, który nigdy nie dorówna Paganiniemu? -
Poczułem, że na chwilę triumfuję, choć nie wiem, dlaczego ta rozmowa
wydawała mi się rywalizacją. - Niech więc pan zmieni, jak pan to
powiedział, rynek muzyczny, na inną branżę.
Chłopak się nie oburzył, tak jak ja bym zrobił, tylko uśmiechnął
nieznacznie.
- Tak właśnie jest - odparł, unosząc głowę. - I nie mogę zmienić rynku,
gdyż poza grą na skrzypcach nie potrafię nic innego, co mogłoby mi
zagwarantować utrzymanie. Pewne osoby mają o mnie wyższe mniemanie niż
ja sam - dokończył, patrząc mi prosto w oczy.
- Wyższe?
- Uważają, że mogę dorównać Paganiniemu, co oczywiście jest kompletnym
absurdem. Dlatego właśnie potrzebuję pana. - Wycelował w moją stronę
długi biały palec. - Chociaż nigdy nie dorówna pan Lisztowi, gra pan na
tyle ciekawie, aby wzbudzić zachwyt gawiedzi, gotowej słono płacić za
to, że posłucha choćby średnio udanej imitacji.
Przez moment miałem ochotę przechylić się przez stół i wymierzyć mu
policzek lub zrobić coś równie niedorzecznego, miał jednak absolutną
rację i musiałem gorzko się roześmiać. Prawda była taka, że -
jakkolwiek wydumane było wówczas moje mniemanie o własnym talencie -
musiałem znaleźć sobie jakieś intratne zajęcie, nawet jeśli miałoby to
oznaczać schowanie dumy do kieszeni i granie na herbatkach u bogatych
podstarzałych dam, marzących o ostatnich w życiu uniesieniach. Lepsze
to, niż pozostawanie na utrzymaniu ciotecznej babki, która poszła na dno
razem z resztą naszej rodziny.
- I wróży pan nam, dwóm pośledniej jakości muzykom, karierę na tutejszym
rynku muzycznym? - Na moich ustach igrał ironiczny uśmieszek.
- Zdziwiłby się pan, jak mało wymagająca jest tutejsza publiczność -
odrzekł, opierając się na krześle i krzyżując ręce na piersi.
- Sugeruje pan, że będziemy aż tak kiepscy?
- Wręcz przeciwnie, dlatego tym łatwiejsze będą to pieniądze! -
Zauważyłem iskierki w jego czarnych oczach, jakby już widział naszą
błyskotliwą karierę.
Wpatrywałem się w niego bez słowa. Był młody i pełen energii, zupełnie
jak ja do niedawna. Przez moment miałem wrażenie, że w ciągu ostatnich
kilku dni bardzo się postarzałem, straciwszy w jednej chwili wszystko,
co było dla mnie równie oczywiste jak codzienny wschód słońca. Brak
pomysłu na dalsze życie zaprowadził mnie na dno, a ja, zamiast się od
niego odbić, uparcie tarzałem się w mule. Jedynym, co przyszło mi do
głowy, był powrót do Francji, do posiadłości dziadka, która miała być
wkrótce zlicytowana. Podejrzewałem jednak, że życie u boku zdziwaczałego
starca bankruta byłoby równie beznadziejne jak egzystencja przy prawie
ślepej ciotce, której jedyną rozrywkę stanowiło pokrzykiwanie na mnie i wygrzewanie przy kominku powykręcanych artretyzmem stóp. Patrząc na nią,
cieszyłem się, że moja babka i matka nie dożyły tak podeszłego wieku.
Bankructwo i ubóstwo byłyby dla nich nie do zniesienia.
I oto perspektywa odbicia się od dna siedziała przede mną w osobie
eterycznego, bezczelnego chłopaka o białych włosach i czarnych oczach.
Oferował mi nowy początek - życie, które utraciłem, zanim zdążyło się na
dobre zacząć.
Rozdział III
III
Spotkaliśmy się następnego dnia w południe.
W powietrzu czuć już było pierwszy powiew zimy. Opatuliłem się płaszczem
i wcisnąłem kapelusz głębiej na czoło, opierając się podmuchom mroźnego
wiatru i kaskadom liści gnających mi prosto w twarz. Gryzący, wilgotny
dym z kominów zdawał się osiadać na ogołoconych gałęziach niby pokryte
sadzą pajęczyny, mokre od gnanej znad rzeki mgły. Ulica była prawie
pusta, nie minąłem żadnego kabrioletu, zresztą i tak nie miałbym czym
zapłacić za kurs.
Mieszkanie Lothara znajdowało się na drugim piętrze odnowionej
kamienicy, jego okna wychodziły na bulwar spacerowy nad rzeką. Klatka
schodowa z kutego żelaza i witraże w oknach zapowiadały przyjemne lokum
z wysokimi sufitami i ogniem tańczącym w kominku.
Gospodarz czekał już na mnie z imbrykiem gorącej herbaty. Dobrej,
angielskiej herbaty zaprawionej rumem, którą uwielbiałem i którą z żalem
musiałem niedawno pożegnać. Szczerze mówiąc, byłem mile zaskoczony
obszernością i wystrojem mieszkania. Wspomnienia dawnego przepychu
mojego domu wróciły w krótkim bolesnym przebłysku.
- Nigdy nie mówiłem, że mieszkam skromnie. - Lothar jakby odgadł moje
myśli. - Ani że bez pana nie zarobiłem żadnych pieniędzy - dodał,
nalewając herbatę do filiżanek z cienkiej porcelany.
W salonie było przyjemnie ciepło, ogień faktycznie trzaskał w kominku, a na środku pokoju pysznił się przepiękny, czarny fortepian, na widok
którego z moich ust wyrwało się ciche westchnienie. Był to wspaniały,
koncertowy Bösendorfer, niemal rozsadzający pokój swoimi rozmiarami.
Mimo całego bogactwa ziemi, nigdy nie mieliśmy równie imponującego
instrumentu. Rzeźbione nogi zdawały się zbyt filigranowe, by dźwigać
potężne, lśniące cielsko, które dyskretnie chłonąłem wzrokiem.
- Myślę, że to instrument godny pańskiego talentu - usłyszałem, gdy
zdejmowałem płaszcz. Odebrał go ode mnie lokaj, który wyrósł jak spod
ziemi. Nie spodobało mi się to.
- Wystarczy! - Nieproszony, usiadłem na krześle i założyłem nogę na
nogę. - Do czego tak naprawdę jestem panu potrzebny?
Lothar uśmiechnął się, wręczając mi filiżankę.
- Młody arystokrata, który niedawno stracił wszystko, jeszcze wczoraj
pełen ideałów i z wizją swej świetlanej przyszłości, nagle został z niczym... - rzekł cicho, patrząc na mnie.
Poczułem dreszcz przebiegający po plecach. Nie mówiłem mu o tym
poprzedniego wieczoru, a przynajmniej nie pamiętałem, abym mówił, ale
nie pamiętałem też, jak się znalazłem w domu. Dlatego w milczeniu
wziąłem od niego filiżankę i upiłem łyk.
- Jakże inaczej mogłem pana skusić, jeśli nie wizją nowej, lepszej
przyszłości? - kontynuował Lothar. W jego taksującym spojrzeniu było coś
niepokojąco drapieżnego. Powoli osunął się na obitą wzorzystym
adamaszkiem sofę; jego ruchy przywodziły mi na myśl gigantycznego kota,
może tygrysa?
Przez długą chwilę siedzieliśmy w ciszy, aż miałem już dość podejrzeń i niedomówień. Najwidoczniej coś w mojej osobie zaintrygowało Lothara do
tego stopnia, że odgrywał przede mną całe to przedstawienie, naigrawając
się z moich słabości i wykorzystując beznadziejną sytuację, w której się
znalazłem. Wiedziałem, że nie mam nic do stracenia, więc cierpliwie
czekałem na rozwój sytuacji.
- Więc? - odezwałem się w końcu. - Będziemy tak siedzieć i przyglądać
się sobie? Może wyjaśni mi pan wreszcie, o co tak naprawdę chodzi?
Lothar spuścił wzrok i uśmiechnął się nieznacznie.
- Chciałem pana przygotować na spotkanie z moim, a wkrótce również
pańskim, mecenasem - odrzekł, popijając herbatę. - Jest to... - zawiesił
głos, jakby się zastanawiał nad doborem odpowiednich słów - ...człowiek o specyficznym usposobieniu i spotkanie z nim mogłoby być dla pana pewnym
szokiem.
- Szokiem? - Uniosłem brwi. - Co pan ma na myśli? Czy ten mecenas jest
aż tak szokujący, że powinienem się obawiać?
Spodziewałem się zobaczyć uśmiech, Lothar jednak nagle spoważniał. Wstał
i powoli podszedł do okna; jego obcasy miarowo zastukały o nagi parkiet
z jasnych desek, gdy zszedł z perskiego dywanu. Miał na sobie buty do
konnej jazdy, choć w taką pogodę chyba nikomu rozsądnemu nie przyszłoby
do głowy dosiadać konia.
- Nie jest to łatwe do wytłumaczenia, proszę mi wierzyć. Mecenas ma w sobie coś, co może wzbudzać lęk, a już niewątpliwie wymusza szacunek.
Znając pański temperament, wolałem o tym uprzedzić, aby nie wywoływać
niepotrzebnych napięć podczas naszego spotkania.
- Sugeruje pan, że nie potrafię się zachować w obecności wpływowej
osoby? Że jestem niewychowanym gburem ze wsi i nie odnajdę się przy
jakimś napuszonym, starym idiocie, któremu się wydaje, że może
rozporządzać losami innych, tylko dlatego że ma pieniądze? - Starałem
się zachować spokój, ale w środku aż się gotowałem. Dopiero jednak gdy
wypowiedziałem te słowa, zdałem sobie sprawę z tego, że Lothar ma rację.
Ostatnie dni zmieniły mnie w nieokrzesanego prostaka, jakbym wraz z majątkiem stracił ogładę, wykształcenie i resztki dobrego wychowania. -
Przepraszam... - powiedziałem cicho. - Ma pan rację, nie jestem chyba
gotowy na spotkanie z kimkolwiek poza barmanem. Ostatnie dni były dla
mnie bardzo ciężkie i sprawiły, że zmieniłem się w kogoś, kogo sam nie
poznaję. Szanuję pańską dobrą wolę, a także wolę pańskiego mecenasa. -
Mówiłem to wszystko, ale miałem wrażenie, że ktoś inny wypowiada te
słowa, jakby jakiś niewidzialny sufler siedział mi na ramieniu i szeptał
wprost do mojego ucha.
- Chciałbym posłuchać, jak pan gra. - Lothar spojrzał na mnie cieplej. -
Czy zechce pan wypróbować mój nowy instrument? Dostałem go kilka dni
temu i nie miałem okazji dokładnie mu się przyjrzeć.
- Nikt jeszcze nie grał na tym fortepianie?
- Za wyjątkiem stroiciela - nikt. O ile brzdąkanie stroiciela można w ogóle nazwać muzyką!
Wstałem i podszedłem do instrumentu. Był imponujący, nie zdarzyło mi się
widzieć dotychczas równie wspaniałego. Na misternie rzeźbionej podpórce
nie stały jeszcze żadne arkusze nutowe, pokrywa klawiszy była zamknięta.
Zacząłem się zastanawiać, jak zdołano umieścić tego kolosa w pokoju, z pewnością użyto jakiegoś dźwigu. Podziwiałem instrument, zalękniony,
jakby miał za sekundę zbudzić się ze snu i mnie pożreć.
- Proszę usiąść. - Lothar wskazał szeroką, pokrytą polerowaną skórą
ławkę.
Usiadłem i zdałem sobie sprawę z tego, że jestem zdenerwowany jak przed
pierwszym występem dla rodziny, gdy miałem zaledwie kilka lat. Czułem,
że od tego, jak zagram, będzie zależało zbyt wiele. Wnętrze było
kameralne, a ja czułem się jak w potężnej sali koncertowej po brzegi
wypełnionej ludźmi.
Lothar wycofał się i usiadł w fotelu, w zasadzie zniknął w objęciach
ogromnego mebla, jakby nie chciał wchodzić pomiędzy mnie i moją muzykę.
Uniosłem klapę i dotknąłem lśniących klawiszy, nie prowokując jednak
żadnego dźwięku. Ich powierzchnia była chłodna i gładka, przywiodła mi
na myśl wszystkie te chwile, kiedy grałem i byłem zupełnie sam - tylko
ja i muzyka w powietrzu przesyconym przenikliwą pieśnią cykad, a za
oknami naszego domu zapadał lepki zmierzch Luizjany...
Zagrałem.
Gdybym miał teraz podać tytuł utworu, nie mógłbym go sobie przypomnieć.
Liszt, Chopin, jakieś urywki nokturnów czy preludiów, utwory pod moimi
palcami zaczęły się stapiać w leniwą improwizację, rozchodzić pod
wysokim sufitem jak śpiew niewolnic wśród pól bawełny - majestatyczny,
pełen nostalgii i tęsknoty za wolnością, która pozostawała jedynie
pojęciem. Dźwięki stawały się coraz bardziej przejmujące, aż w końcu
zacząłem tracić nad nimi kontrolę, przestałem je słyszeć, zatraciłem się
w kakofonii odgłosów dzieciństwa, które nagle eksplodowały w mojej
głowie, przeplatając się z obrazami dawno niewidzianych miejsc.
Poczułem, jakby ktoś powoli wysączał z mojego umysłu całe dotychczasowe
życie, oglądał je, kartkował i delektował się nim jak dobrym trunkiem.
Tym właśnie stała się ta muzyka - całym moim życiem, które zapowiadało
się tak cudownie i w jednej chwili zmieniło się w jakąś farsę,
obserwowaną przeze mnie z zewnątrz. Miałem wrażenie, że stoję obok i patrzę na siebie, jak pochylony smętnie kiwam się nad klawiaturą,
pozwalając, by muzyka, jakiej nigdy wcześniej nie grałem, zawładnęła mną
i sprawiła, że czas na chwilę stanął w miejscu, gdy za pomocą dźwięków
opowiedziałem całe swoje życie, nie wiedząc nawet, że jestem do tego
zdolny.
Mogło to trwać chwilę lub całą wieczność.
W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że już nie gram, a moje
dłonie spoczywają bez ruchu na klawiaturze. Słyszałem tylko własny
przyspieszony oddech, czułem wilgoć nad górną wargą i na czole, a pod
przymknięte powieki wdzierało się szare światło jesiennego popołudnia.
Otworzyłem oczy i wyprostowałem się; całe ciało bolało mnie, tak jakbym
nie grał, a dźwigał fortepian na plecach. Wstałem, ława skrzypnęła
cicho, a ja odwróciłem się w stronę fotela, na którym siedział Lothar.
Patrzył na mnie w milczeniu, pocierając palcem podbródek, jakby się
zastanawiał, w jakie słowa ubrać coś, czego nie chciał powiedzieć, a musiał. Po chwili podniósł się i podszedł do kominka. Gdy zaczynałem się
irytować jego milczeniem, zapatrzony w ogień, odezwał się cicho:
- Ktoś popełnił kiedyś wielki błąd, zakładając, że powinien pan zostać
plantatorem... - Uniósł dłonie, jakby chciał je ogrzać nad płomieniami,
choć w pokoju było ciepło. - Dlatego też pańskie nieszczęście jednak
wyjdzie panu na dobre - dokończył, odwracając się i przyglądając mi,
jakby widział mnie po raz pierwszy.
- Nie rozumiem.
- Zrozumie pan. Gdyby pański majątek nie przepadł, do końca życia
wpisywałby pan kolumny liczb w księgach i doglądał winorośli, bawełny,
indygo czy co tam uprawialiście. Być może kogoś innego takie życie
satysfakcjonowałoby, ale nie pana. W ciągu kilku lat zmieniłby się pan w zgorzkniałego kupca, opanowanego żądzą zysku, myślącego tylko o pieniądzach i niemogącego zmrużyć oka przy niesprzyjającej jego uprawom
pogodzie. Teraz, gdy nie ma już czego doglądać, gdy nie ma pan nic do
stracenia, może pan spojrzeć w głąb siebie i zagrać to, co dyktuje panu
serce. Ponieważ jest pan wolny.
Wolny.
To było właśnie to słowo, które w tamtej chwili stało się ciałem.
Nagle uświadomiłem sobie, że choć miałem tak niewiele, to odzyskałem
siebie. Już nigdy nikt nie będzie mi narzucał swojej woli, mówił, kim
mam być i jak mam żyć. Jeszcze niedawno całe moje życie było z góry
zaplanowane, tyle że nie przeze mnie, i nagle ten plan przestał istnieć,
zupełnie stracił znaczenie. Istniały tylko obecna chwila i moja wola.
Stałem się panem własnego, choć marnego, losu.
- W pańskiej muzyce drzemie prawda, zdolna poruszyć ludzkie serca. -
Lothar wciąż przyglądał mi się uważnie. - Jest w niej tęsknota za
życiem, którego pan pragnął, a jednocześnie nienawidził, zanim nawet pan
je poznał. Teraz nie ma pan nic, a jednak ma wszystko. Odzyskał pan
wolność, choć nie wiedział pan, że był niewolnikiem, niewiele różniącym
się od tych, którzy pracowali na waszych polach. Różniło was jedynie to,
że pan nie sprzeciwiał się tej niewoli i poddał jej, nie mogąc nic
zmienić. Ale to los zdecydował za pana. I teraz, dopiero teraz,
uwolniony od wszystkich dóbr materialnych, może pan zdobyć wszystko to,
co duchowe. Może pan zdobyć rząd dusz.
Nie w pełni pojmowałem sens jego słów. Czy w ogóle wspomniałem mu, skąd
pochodzę i jakie spotkały mnie nieszczęścia? Takie słowa wydawały mi się
nie na miejscu w ustach człowieka otoczonego całym tym przepychem,
ubranego w aksamit i pijącego wyborną herbatę z filiżanki z cienkiej
porcelany. I oto on mówił mi, że zdobędę rząd dusz, że bogactwa
materialne tak naprawdę są bez znaczenia i liczy się tylko...
- Władza, proszę pana. Władza jest jak narkotyk... - Lothar wrócił do
stołu i dolał sobie herbaty. - Jest jak absynt i morfina, ale nie
powoduje tylu nieprzyjemnych skutków ubocznych. Ma pan niewątpliwy
talent i prawdę, które pozwolą nam sięgnąć wyżej, niż początkowo
przypuszczałem. Pozwolą nam kontrolować dusze tych, którzy będą słuchać
pańskiej muzyki. A mając władzę nawet nad jednym człowiekiem, może pan
zdobyć cały świat.
Poczułem ukłucie niepokoju. Nie wiedziałem, jak rozumieć to, co
powiedział. Przez chwilę wydał mi się istotą nie z tego świata, diabłem,
podsuwającym mi do podpisania cyrograf. Czekałem, aż wyciągnie zza
pleców narzędzie, którym utoczy mi krwi do podpisu. Wizja wydała się tak
realna, że przez moment, gdy na mnie spojrzał, a jego czarne oczy odbiły
blask płomieni, poczułem prawdziwy strach.
Za oknem zapadał późnojesienny zmierzch. Miałem wrażenie, że czas
przecieka mi przez palce i płynie zbyt szybko.
- Proszę pana, wydaje mi się, że nie... - Właściwie nie wiedziałem, co
chcę powiedzieć.
Czy zostanie pan na obiedzie? - Lothar uśmiechnął się nieznacznie.
Demoniczność gdzieś zniknęła, a on znów był młodym mężczyzną, który
zaczepił mnie w tawernie.
Z chęcią - odparłem, bowiem od dwóch dni nie jadłem porządnego posiłku.
Rozdział IV
IV
- Lord wkrótce do nas dołączy.
Lothar powoli odkrajał kęsy, jadł niespiesznie i elegancko. Z trudem
powstrzymywałem wilczy apetyt, w duchu śmiejąc się z siebie. Byłem
przecież wykształconym człowiekiem, a dwa dni postu zrobiły ze mnie
prostaka.
Lord Edgar Francis Huntington.
Wyobraziłem sobie starego zarozumialca, któremu wydaje się, że może
dysponować ludźmi, że może ich kupować i sprzedawać jak przedmioty.
Lothar stał się w moich oczach jedną z zabawek, które umilały tamtemu
chwile starości, ja natomiast miałem zostać kolejną. Skąd we mnie tyle
cynizmu, podejrzliwości i nieufności? Nie zastanawiałem się nad tym zbyt
długo, gdyż przez cały czas myślałem głównie o nazwisku Huntington, o tym, że gdzieś już je słyszałem - nie, widziałem zapisane... Ale gdzie?
- Bardzo pan zamyślony. - Lothar uniósł do ust kolejny malutki kęs. -
Chyba nie denerwuje się pan aż tak?
Milczałem. Owszem, denerwowałem się, choć nie wiedziałem dlaczego.
Irracjonalny lęk przed spotkaniem z mecenasem sprawiał, że ciężkie,
srebrne sztućce ślizgały się w moich spotniałych dłoniach. Kamerdyner
Lothara obserwował nas z ukrycia, co raz pojawiając się jak widmo i ukradkiem dolewając wina do kieliszka gospodarza.
Rozglądałem się po jadalni, urządzonej wystawnie i dostatnio: otaczały
nas meble z egzotycznego drewna, zastawa o złoconych rantach, najlepsze
kryształy - dyskretne przejawy bogactwa, z którym nie chciano się
afiszować. Na ścianie wisiały oleje przedstawiające ruiny i krajobrazy
skąpane w świetle księżyca, każdy szczegół oddany wyraźnie jak na
dagerotypie. Była w nich jakaś melancholia, która nie sprzyjała
apetytowi; nie pasowały do jadalni, a jednak wyeksponowano je właśnie
tutaj, jakby specjalnie miały przypominać o tym, że życie nie polega
jedynie na doczesnych przyjemnościach.
- Przepiękne, prawda? - Lothar zawiesił wzrok na jednym z obrazów,
powoli sącząc czerwone wino. - To prezenty od przyjaciela lorda.
Przepięknie maluje, szczególnie portrety. Z pewnością będzie pan miał
szansę obejrzeć je w posiadłości lorda. Jego kolekcja obejmuje szereg
wizerunków protegowanych i znakomitości, które gościły w jego progach.
Były piękne i niepokojące zarazem, zdawało mi się, że emanuje z nich
smutek artysty, który je namalował, jak gdyby...
- Arapaggio ucieszyłby się z pańskiego podziwu.
Zza moich pleców dobiegł cichy głos, szept niemalże, pobrzmiewający
jakby ze studni. Wzdrygnąłem się i odruchowo wstałem, odsuwając krzesło
z nieeleganckim zgrzytem.
Lothar również się podniósł, po czym skłonił głęboko, spuszczając wzrok.
- Lordzie Huntington, to pan Armagnac Jardineux. - Wskazał na mnie,
obchodząc stół.
- Cudowne dziecko o imieniu wina... - Przybyły mężczyzna zlustrował mnie
przenikliwym wzrokiem zmrużonych oczu, jasnych i błyszczących. Nawet w półmroku mogłem dostrzec ich głęboki, szmaragdowy kolor. - Trunku
aromatycznego, słodkiego i uderzającego do głowy.
Nie wiedziałem, co bardziej mnie onieśmieliło - jego słowa czy zmysłowo
uśmiechnięte usta, które je wypowiedziały.
Lord Edgar Francis Huntington wyglądał na najmłodszego z nas trzech.
Niewysoki, smukły, odziany w czerń, o gładkiej twarzy okolonej jasnymi
włosami, zdającymi się żyć własnym życiem. Poruszały się przy każdym
jego niespiesznym kroku - jak włosy topielca na powierzchni wody. Uniósł
do nich dłoń, okrytą białą rękawiczką, jakby nieświadomie próbował je
ujarzmić, gdy lokaj odebrał od niego cylinder. Odprawił go niedbałym
gestem. Twarz lorda była blada, jakby pokryta warstwą matowego pudru, co
sprawiało wrażenie, że patrzy się na niego przez zaparowaną szybę. To
musiał być bardzo staranny makijaż, dlaczego jednak tak młody człowiek
się za nim ukrywał, nie byłem w stanie odgadnąć.
- Lothar bardzo pochlebnie wypowiada się o panu. - Lord wskazał gestem,
żebyśmy usiedli, i sam zajął wolne miejsce u szczytu stołu.
Służący dyskretnie postawił przed nim talerz i napełnił kieliszek, lecz
gość nie zwrócił na to uwagi. Ja też zapomniałem o jedzeniu, słuchając
głosu mecenasa, w którym czaił się pomruk, jakby siedziała w nim jakaś
bestia próbująca przemówić. Przeszedł mnie dreszcz - mówił do mnie
chłopiec, a ja drżałem jak uczeń przed groźnym profesorem, nie, raczej
jak bezbronny człowiek w obliczu drapieżnika.
- Jak zapewne pan wie, jestem mecenasem młodych artystów. Wielu muzyków
zrobiło spektakularne kariery, zaczynając pod moimi skrzydłami.
Kiedy ich wspierałeś?, pomyślałem. Z kołyski?
Lord uśmiechnął się ponownie, a moje serce zmiękło, jakby tym uśmiechem
rzucił na mnie urok. Patrzył mi prosto w oczy. W jego spojrzeniu była
jakaś lubieżność, rozchylił nawet usta, jakby przyglądał się nagiej
kochance, a ja poczułem, że pod wpływem tego wzroku rumienię się jak
dziewica. Zdawał się zaglądać wprost do mojego umysłu.
- Zbyt łatwo ulega pan pozorom, panie Jardineux! - Ten głos był jak
narkotyk, czułem zawroty głowy, jakbym wypił za dużo wina, a przecież
ledwie dotknąłem kieliszka! - Patrzy pan na moją twarz i widzi chłopca,
proszę jednak mi wierzyć, przeżyłem o wiele więcej, niż jest pan sobie w stanie wyobrazić. Spotkałem na swojej drodze wielu przyjaciół i wrogów,
zjeździłem Europę i Nowy Świat, wyrabiając sobie o nim obiektywne
pojęcie, które - z całym szacunkiem - panu jest obce. Moja intuicja
nigdy mnie nie zawiodła. Potrafię wyczuć talent i sprawia mi niesamowitą
radość patrzenie, jak się rozwija. Pan, mój drogi Armagnac - zdawało mi
się, że celowo zawiesił głos, przedłużając krótkim warknięciem moje imię
- jest samorodnym talentem, któremu nie pozwolę się zmarnować, który
musi zostać zapamiętany na wieki, który musi trwać...
- Nie słyszał pan jeszcze, jak gram - przerwałem mu, czując, że stracę
przytomność, jeśli natychmiast nie przestanie mówić.
- Proszę więc coś zagrać i udowodnić mi, że się nie pomyliłem! - Wskazał
sąsiedni pokój, w którym stał fortepian.
Wspomniał, że zwiedził Nowy Świat... Kiedy? W czasie wojny nikt tam nie
podróżował, a przed wojną on zapewne był jeszcze dzieckiem. Ile miał
lat?
Chwiejnym krokiem dobrnąłem do instrumentu i usiadłem, unosząc pokrywę
znad klawiatury. Świat wirował, a przez moją głowę przebiegały
niedorzeczne podejrzenia, że być może do wina dodano narkotyku.
Zacząłem grać. Melodia była chwiejna i niepokojąca, tak jak moje myśli.
Struny drgały w dysonansach, które odbijały się od sufitu i wracały do
mnie, sprawiając, że grałem jeszcze dziwaczniejsze i mniej skoordynowane
dźwięki, nie słysząc nawet, czy układają się w melodię. Miałem wrażenie,
że palce odmawiają mi posłuszeństwa, ale jednocześnie wygrywają właśnie
to, co w tamtej chwili czułem. Zamknąłem oczy i pozwoliłem się ponieść
tej niepokojącej muzyce, pozwoliłem jej prowadzić moje ręce, tak jakby
to ona sterowała mną, a nie odwrotnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki