Woła mnie ciemność. Daję ci wieczność akt 1 - Agata Suchocka

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

I

Nie­na­wi­dzi­łem alko­holu.

Nie mogłem patrzeć na przy­ja­ciół, będą­cych prze­cież jesz­cze mło­dzi­kami, gdy pota­jem­nie pili na umór i kon­wul­syj­nie zwi­jali się w krza­kach, zanim każdy padł gdzieś na sia­nie w swo­jej stajni. Towa­rzy­szy­łem im, ow­szem, ale co miał robić pięt­na­sto­letni chło­pak z dobrego domu, który nie musiał robić nic? Snu­li­śmy się uli­cami Baton Rouge i Nowego Orle­anu jak złe duchy, uwo­dzi­li­śmy Kre­olki i trwo­ni­li­śmy majątki ojców, gra­jąc w karty i nie przej­mu­jąc się nad­cho­dzącą wojną. Wyda­wało nam się, że jeste­śmy panami świata!

Oczy­wi­ście nie wie­dzie­li­śmy jesz­cze, że wybuch­nie wojna. Życie upły­wało nam na zaba­wie, kon­nych prze­jażdż­kach i marze­niach o Euro­pie; wszy­scy byli­śmy już jedną nogą gdzieś na sta­rym kon­ty­nen­cie, gdzie mie­li­śmy ode­brać odpo­wied­nie wykształ­ce­nie, mające kie­dyś pomóc nam w zarzą­dza­niu plan­ta­cjami.

Nie­na­wi­dzi­łem plan­ta­cji, smrodu chat nie­wol­ni­ków i codzien­nych wyjaz­dów z ojcem w pola, na któ­rych nie­po­korni robot­nicy upra­wiali trzcinę cukrową i bawełnę. Gdy byłem dziec­kiem, pola wyda­wały mi się nie­skoń­czo­nym świa­tem, a czarni nie­wol­nicy - isto­tami z pie­kła rodem, do któ­rych nie mogłem się przy­zwy­czaić. Moja pia­stunka była nie­mal biała, kre­ol­ską krew zdra­dzały jedy­nie jej krę­cone włosy, wymy­ka­jące się spod wykroch­ma­lo­nego czepka i głę­boki, gar­dłowy głos, któ­rym wyśpie­wy­wała koły­sanki w nie­zro­zu­mia­łym dla mnie języku.

Byłem dziw­nym dziec­kiem. Naj­wcze­śniej­sze lata swo­jego życia spę­dzi­łem w więk­szo­ści pod for­te­pia­nem matki, jako wątły i cho­ro­wity chło­piec, któ­remu kli­mat Połu­dnia wyraź­nie nie słu­żył. Gdy nieco pod­ro­słem i nabra­łem sił, matka chciała mnie zabrać do Fran­cji, do majątku dziadka, Louisa Mar­cata, pro­du­centa cenio­nych w całej Euro­pie winia­ków.

Mar­cat był poten­ta­tem, z któ­rym moja babka nawią­zała kore­spon­den­cyjną zna­jo­mość. Miesz­kała wów­czas w Lon­dy­nie i chciała się wyrwać na połu­dnie Europy, a póź­niej do Nowego Świata, ucie­ka­jąc przed jakąś rodzinną tajem­nicą, o któ­rej ni­gdy nikomu nie opo­wie­działa. Pew­nego lata przy­była do win­nic Mar­cata, by skon­su­mo­wać ich epi­sto­larną zna­jo­mość. Siła per­swa­zji mojej babki była tak duża, że Mar­cat powie­rzył zarzą­dza­nie upra­wami i pro­duk­cją trun­ków zaufa­nym ludziom, po czym wyru­szył wraz z nią do Ame­ryki. Babka była kobietą wyzwo­loną, uro­dzoną u schyłku poprzed­niego stu­le­cia, o nie­zwy­kle sil­nej oso­bo­wo­ści i prze­moż­nym wpły­wie na męż­czyzn.

Nazy­wała się Blan­che Avoy.

Jej prze­szłość i dzie­ciń­stwo tonęły w cie­niu, ni­gdy nie wspo­mi­nała o zamierz­chłych cza­sach. Nie­jed­no­krot­nie żało­wa­łem, że ode­szła, zanim doro­słem na tyle, by poroz­ma­wiać z nią o cza­sach jej mło­do­ści. Mając dwa­dzie­ścia trzy lata, zwie­dziła już Austrię i Wło­chy, podą­ża­jąc za pre­mie­rami ope­ro­wymi i ucztu­jąc na przy­ję­ciach wyda­wa­nych na cześć naj­sław­niej­szych śpie­wa­ków, zawsze jed­nak wra­cała do rodzin­nego Lon­dynu. To było wszystko, co pozwa­lała o sobie wie­dzieć.

Trunki z plan­ta­cji mojego dziadka były wów­czas bar­dzo popu­larne na ary­sto­kra­tycz­nych salo­nach i Blan­che posta­no­wiła odwie­dzić sławne fran­cu­skie win­nice. Do wyprawy przy­go­to­wy­wała się bar­dzo sta­ran­nie, uwo­dząc Mar­cata wyra­fi­no­wa­nymi listami. Gdy w końcu przy­była do Para­dis D'Mar­cat, zako­chała się bez pamięci w czło­wieku, który o wino­gro­nach mówił z równą pasją i miło­ścią, z jaką ona opo­wia­dała o ope­rze.

Był rok 1817.

Wyprawa do Ame­ryki miała być tylko epi­zo­dem w życiu moich dziad­ków. Wyje­chali, by zain­we­sto­wać roz­ra­sta­jący się mają­tek. Zanim jed­nak inte­resy roz­krę­ciły się na dobre, babka była już w ciąży. W 1820 roku na świeżo zało­żo­nej plan­ta­cji powiła moją matkę. Córka odzie­dzi­czyła po niej wiot­kość i bla­dość, która mogła pięk­nie się kom­po­no­wać z lon­dyń­ską mgłą, jed­nak wyglą­dała zupeł­nie nie­na­tu­ral­nie na tle czar­nych twa­rzy nie­wol­ni­ków i dzi­kiego kra­jo­brazu Połu­dnia.

Babka nie wró­ciła do formy po uro­dze­niu córki i nie było mowy o for­su­ją­cej podróży do Europy. Ni­gdy już nie miała wró­cić na stary kon­ty­nent i moja rodzina zaczęła na dobre wra­stać w bagna Luizjany. Louis pom­po­wał fun­du­sze napły­wa­jące z Europy w powięk­sza­jące się ame­ry­kań­skie plan­ta­cje i pogo­dził się z myślą, że naj­praw­do­po­dob­niej ni­gdy nie powrócą do Fran­cji.

Moja matka, Maria Louisa, dora­stała i szybko stało się jasne, że będzie jedy­naczką. Nie docze­kaw­szy się męskiego potomka, który mógłby prze­jąć plan­ta­cję, a nie chcąc stra­cić dorobku wielu lat, Louis posta­no­wił wydać swą jedy­naczkę za Wil­liama - syna lokal­nego plan­ta­tora bawełny, Jima Jar­di­neux. Mło­dzie­niec, który uro­dził się w roku 1816, nie miał przed sobą innej przy­szło­ści, niż zarzą­dza­nie zie­mią i nie­wol­ni­kami, podob­nie jak jego ojciec, dzia­dek i pradzia­dek, który w poło­wie poprzed­niego stu­le­cia emi­gro­wał z Fran­cji. Był to nie­ustra­szony pio­nier, orzący pierw­sze pola wła­snymi rękoma. Taka przy­naj­mniej była ofi­cjalna wer­sja jego życio­rysu, gor­li­wie pod­trzy­my­wana przez rodzinę.

Jim Jar­di­neux przy­znał się kie­dyś mojemu dziad­kowi pod­czas gry w karty, że jego przo­dek tak naprawdę ucie­kał przed wyro­kiem, a nie poszu­ki­wał nowych tery­to­riów do zasie­dle­nia. Louis doce­nił szcze­rość Jima i obie­cał oddać swą nie­na­ro­dzoną jesz­cze córkę jego synowi, Wil­lia­mowi, mają­cemu wów­czas cztery lata. Taka przy­naj­mniej była ofi­cjalna wer­sja, gor­li­wie powta­rzana przez dziadka. Ja do tej pory zasta­na­wiam się, czy Jim Jar­di­neux nie wygrał swo­jej przy­szłej syno­wej w karty.

Maria Louisa, tak jak jej matka, wła­dała czte­rema języ­kami, potra­fiła pisać i śpie­wać po łaci­nie, wło­sku i hisz­pań­sku, uczyła się gry na for­te­pia­nie i skrzyp­cach, budząc zdzi­wie­nie i fascy­na­cję oko­licz­nych kobiet, któ­rych głów­nymi życio­wymi celami było naj­pierw wyszy­wa­nie, potem flir­to­wa­nie i pik­niki, a w końcu rodze­nie synów, mają­cych w przy­szło­ści dzie­dzi­czyć majątki swych ojców. Damy prze­sia­dy­wały w salo­nie moich dziad­ków, z zacie­ka­wie­niem przy­glą­da­jąc się Marii i jej matce, jakby były jaki­miś egzo­tycz­nymi zwie­rzę­tami.

Mimo że męż­czyźni z Połu­dnia twier­dzili, iż edu­ko­wa­nie kobiet to strata czasu i pie­nię­dzy, pozwa­lali swoim cór­kom odwie­dzać Marię Louisę tak długo, jak długo te nie chciały iść w jej ślady.

Wkrótce dom moich dziad­ków stał się cen­trum życia towa­rzy­skiego na pozio­mie euro­pej­skim, a moja przy­szła matka - jedną z naj­lep­szych par­tii na całym Połu­dniu. Oko­licz­nych kawa­le­rów nie zra­żała ani jej wątłość, ani fakt, iż była obie­cana Wil­lia­mowi.

Aby nie roz­bu­dzać zbyt­nio nadziei kawa­le­rów i nie powo­do­wać nie­po­trzeb­nych napięć w towa­rzy­stwie, ślub Marii Louisy i Wil­liama odbył się w dniu sie­dem­na­stych uro­dzin mojej matki, w roku 1837.

Na owoc kon­sump­cji mał­żeń­stwa trzeba było długo cze­kać. Dopiero pięć lat póź­niej, pod­czas wil­got­nej i chłod­nej zimy roku 1842, uro­dziła się moja star­sza sio­stra The­resa. Po naszym ojcu odzie­dzi­czyła krzep­kość i grube rysy, jed­nak wyro­sła na piękną, silną dziew­czynę, pożą­daną przez wszyst­kich oko­licz­nych chłop­ców. Mia­łem dzie­więć lat, gdy wyszła za mąż i wyje­chała na Pół­noc. Wów­czas kon­flikt mię­dzy Pół­nocą i Połu­dniem nie był jesz­cze tak wyraźny. Sio­stra jed­nak ni­gdy nie wró­ciła na plan­ta­cję; po kilku latach doszły nas słu­chy, że oboje z mężem zostali dzia­ła­czami na rzecz wyzwo­le­nia nie­wol­ni­ków. Rodzice ni­gdy tego nie komen­to­wali, a ja byłem zbyt młody, by mnie to obcho­dziło.

Przez dwa lata po przyj­ściu na świat The­resy rodzice sta­rali się o syna. Wil­liam powoli tra­cił nadzieję, ale matka, wbrew wątłej postu­rze, była silna i po dwóch nie­uda­nych cią­żach w końcu przy­sze­dłem na świat. Był rok 1845.

Babka nie była jesz­cze wie­kowa, nale­gała jed­nak, aby tra­dy­cyj­nie nas wycho­wać i wykształ­cić. Wymu­siła na córce i zię­ciu obiet­nicę, że jeśli umrze, nie dopil­no­waw­szy tego, tra­dy­cyj­nie nas wycho­wają i porząd­nie wykształcą. Nawet jeśli mia­łem zostać plan­ta­to­rem, to świa­to­wym i wła­da­ją­cym kil­koma języ­kami, abym mógł robić inte­resy za gra­nicą. Babka ubo­le­wała nad tym, że nasz ojciec mówił jedy­nie po fran­cu­sku, i to z wyraź­nym akcen­tem kre­ol­skim. Gdy nieco doro­słem, zasta­na­wia­łem się, dla­czego Blan­che, wyzwo­lona i libe­ralna za młodu, kła­dła tak duży nacisk na tra­dy­cyjne, cele­bro­wane na Połu­dniu war­to­ści. Czas poka­zał, iż były one jedy­nie tar­czą, za którą połu­dniowcy skry­wali swoje praw­dziwe, czę­sto bestial­skie instynkty. Widok ojca, który wycie­rał dło­nie w hafto­waną chustkę po ubi­czo­wa­niu nie­wol­nicy, przez mie­siące prze­śla­do­wał mnie w snach. To po tym zaj­ściu posta­no­wi­łem, że gdy już popłynę do Europy, gdy raz wyrwę się z Ame­ryki, ni­gdy tam nie wrócę.

Mój dzia­dek wie­lo­krot­nie opo­wia­dał mi o win­ni­cach, które z wielką tro­ską i miło­ścią pie­lę­gno­wał za młodu. To wła­śnie z sen­ty­mentu i tęsk­noty za Gasko­nią dał mi na imię Arma­gnac.

Zanim skoń­czy­łem pięć lat, Blan­che już nie żyła. Ode­szła po dłu­giej i wycień­cza­ją­cej cho­ro­bie. W ostat­nich dniach jej życia nie pozwa­lano mi pod­cho­dzić do jej łóżka, nawet zbli­żać się do pokoju, w któ­rym leżała. Nie widzia­łem rów­nież jej ciała w trum­nie i nie pamię­tam, abym brał udział w pogrze­bie, choć potra­fię przy­po­mnieć sobie kamień nagrobny z jej imie­niem wyry­tym ozdob­nym pismem. Gdy minęły lata, doce­ni­łem fakt, iż rodzice zaosz­czę­dzili mi traumy oglą­da­nia babki w trum­nie. Dzięki temu mogłem zacho­wać w pamięci jej obraz: uśmiech­nięte, ogromne oczy koloru jesien­nego nieba i gładko zacze­sane, kasz­ta­nowe włosy. W mojej pamięci na zawsze pozo­stała piękna i tajem­ni­czo uśmiech­nięta.

Zroz­pa­czony Louis Mar­cat, nie mogąc egzy­sto­wać w miej­scu, w któ­rym wszystko przy­po­mi­nało mu uko­chaną zmarłą żonę, prze­padł we Fran­cji, zosta­wia­jąc mnie z poryw­czym ojcem i dzi­wacz­nym imie­niem, sku­lo­nego pod for­te­pia­nem matki: zamy­ślo­nej, mło­dej jesz­cze dziew­czyny, zafa­scy­no­wa­nej siłą i krzep­ko­ścią swego męża, ame­ry­kań­skiego plan­ta­tora. Dopiero wiele lat póź­niej mia­łem się prze­ko­nać, jak zręcz­nie Maria Louisa odgry­wała wielką miłość do swo­jego pro­sto­li­nij­nego, sku­pio­nego na pracy fizycz­nej mał­żonka.

Był rok 1850.

Matka żyła we wła­snym świe­cie, pró­bu­jąc ide­ali­zo­wać Wil­liama i będąc mu wdzięczną, że nie zna­lazł sobie jakiejś kolo­ro­wej kochanki, gdy raz po raz podej­mo­wała nie­udane próby powi­cia syna. Wielu plan­ta­to­rów utrzy­my­wało w mia­stach całe rodziny, Maria jed­nakże odpy­chała od sie­bie myśl, że jej mąż mógłby być zdolny do pro­wa­dze­nia podwój­nego życia. Jeśli Wil­liam fak­tycz­nie miał gdzieś kochankę czy bękarty, ni­gdy się o tym nie dowie­dzie­li­śmy. Swoje znik­nię­cia, nie­raz kil­ku­dniowe, tłu­ma­czył inte­re­sami, a matka chciała mu wie­rzyć.

Ide­ały, które wpo­iła jej babka, gasły powoli w star­ciu z rze­czy­wi­sto­ścią Połu­dnia i Maria szybko się prze­ko­nała, że ni­gdy nie wyje­dzie do Europy, o któ­rej tyle sły­szała, ni­gdy nie zoba­czy prze­pięk­nych win­nic, za sprawą któ­rych przy­szła na świat. Cztery ciąże, pra­wie jedna po dru­giej, poważ­nie nad­wą­tliły jej zdro­wie i Wil­liam nie chciał nawet sły­szeć o jej wyjeź­dzie do fran­cu­skiego majątku ojca - ani teraz, gdy miała doglą­dać naszego wycho­wa­nia, ani wspól­nie ze mną w przy­szło­ści, gdy zgod­nie z wolą babki mia­łem się udać w takową podróż. Im bar­dziej zbli­żał się moment mojego wyjazdu, tym wię­cej chłodu i zazdro­ści było w spoj­rze­niu matki, w jej smut­nych, zim­nych oczach, które gasły z dnia na dzień. Poże­gna­li­śmy się chłodno, a obraz jej szczu­płej syl­wetki na nabrzeżu, chu­s­teczki powie­wa­ją­cej w unie­sio­nej dłoni, który wie­lo­krot­nie przy­wo­ły­wa­łem w pamięci pod­czas dłu­giego i nie­bez­piecz­nego rejsu, był tylko wyobra­że­niem.

W roku 1860, mając pięt­na­ście lat, wie­dzia­łem już, że wyjadę z zatę­chłego Połu­dnia, zbli­ża­ją­cego się do nie­uchron­nego kon­fliktu zbroj­nego z Pół­nocą. Cho­ciaż głowy mło­dzień­ców wokół były gorące, ja nie czu­łem się patriotą, chcia­łem uciec, zanim kto­kol­wiek pomy­ślałby o tym, żeby wysłać mnie na wojnę.

Byłem podobny do Blan­che Avoy - nie tylko fizycz­nie. Jej postać fascy­no­wała mnie, choćby dla­tego że w opo­wie­ściach matki zawsze była piękną, wykształ­coną kobietą, nie­za­leżną dziew­czyną, podró­żu­jącą samo­dziel­nie po Euro­pie i chło­nącą roz­ko­sze życia wśród arty­stów i sztuki. Jak bar­dzo była wyeman­cy­po­wana, wie­działa tylko ona sama i tę tajem­nicę zabrała do grobu. Matka skry­cie ją podzi­wiała, wie­działa jed­nak, że ni­gdy jej nie dorówna i nie będzie pro­wa­dzić podob­nego życia. Chciała, żebym choć ja go zakosz­to­wał, zanim na dobre wro­snę w pod­mo­kłą glebę plan­ta­cji, choć jed­no­cze­śnie skry­cie mi zazdro­ściła.

Na co dzień ota­czało mnie nie­wiele kobiet takich jak Blan­che. Mogłem cho­dzić w kon­kury jedy­nie do utre­fio­nych pro­sta­czek, ostrzą­cych sobie ząbki na mój mają­tek. Nie bar­dzo mia­łem na to ochotę, szcze­gól­nie w obli­czu rychłego wyjazdu. Upodo­ba­łem sobie za to inne roz­rywki, mając w pamięci obiet­nicę zło­żoną przez rodzi­ców Blan­che: sku­pi­łem się na zgłę­bia­niu taj­ni­ków muzyki, która ota­czała mnie od małego. Nie­raz zasy­pia­łem na szez­longu, słu­cha­jąc smut­nych melo­dii wygry­wa­nych przez moją matkę na rzeź­bio­nym, spro­wa­dzo­nym z Pół­nocy for­te­pia­nie, które wraz z upły­wem lat sta­wały się coraz bar­dziej smętne.

Od małego naśla­do­wa­łem ją, stu­ka­jąc, począt­kowo bez­ład­nie, w kla­wi­sze. Szybko odkryto u mnie talent. Maria Louisa naj­pierw uczyła mnie sama, a póź­niej wynaj­mo­wała naj­lep­szych nauczy­cieli. Mia­łem rów­nież smy­kałkę do języ­ków i gdy byłem jesz­cze pod­rost­kiem, roz­ma­wia­łem z matką po wło­sku i hisz­pań­sku, dopro­wa­dza­jąc tym do szału ojca, który bez­sku­tecz­nie usi­ło­wał zain­te­re­so­wać mnie upra­wami i nie­wol­ni­kami. Czar­nych bałem się jak ognia i uni­ka­łem ich, jak tylko mogłem, a oni, wyczu­wa­jąc mój lęk, pozwa­lali sobie na zde­cy­do­wa­nie zbyt wiele - w końcu byłem synem ich pana. Ni­gdy jed­nak nie mia­łem w sobie dość odwagi, by donieść na któ­re­goś z zuchwa­łych parob­ków.

Wil­liam powoli tra­cił do mnie cier­pli­wość, lecz matka zawsze sta­wała po mojej stro­nie, przy­po­mi­na­jąc mu o woli Blan­che. Mia­łem zostać świa­to­wym dżen­tel­me­nem, a nie far­me­rem wyma­chu­ją­cym batem nad gło­wami nie­wol­ni­ków. Dora­sta­jąc, coraz czę­ściej sły­sza­łem, jak Maria w gnie­wie nazywa ojca pod nosem "pro­sta­kiem z batem". Wiele lat póź­niej uświa­do­mi­łem sobie, że lojal­ność wobec męża była jedy­nie pozą, tar­czą, za którą matka skry­wała głę­boką nie­chęć, rosnącą z każdą chwilą. W pew­nym momen­cie nie mogła już igno­ro­wać faktu, że tak bar­dzo się róż­nili. W owych cza­sach byłem jed­nakże zajęty snu­ciem fan­ta­zji o podróży do Fran­cji, które kom­plet­nie zawład­nęły moją wyobraź­nią. Nie zawra­ca­łem sobie głowy rela­cją łączącą moich rodzi­ców.

Mar­cat ocze­ki­wał mnie w swo­ich win­ni­cach. Cią­gle jesz­cze cie­szył się dość dobrym zdro­wiem, więc mia­łem go odwie­dzić i prze­ka­zać mu naj­now­sze wie­ści o rodzi­nie. Następ­nie zapla­no­wano podróż do Lon­dynu, gdzie, zakwa­te­ro­wany u dale­kich krew­nych czy zna­jo­mych, mia­łem ode­brać odpo­wied­nie eko­no­miczne wykształ­ce­nie, a potem udać się na powrót do fran­cu­skiego majątku dziadka, aby spraw­dzić wie­dzę w prak­tyce i przez dwa lata pro­wa­dzić rodzinne win­nice. W końcu mia­łem wró­cić do Ame­ryki i jako plan­ta­tor eko­no­mi­sta pomna­żać mają­tek.

Wyje­cha­łem więc, będąc jesz­cze chłop­cem, pod opieką wyna­ję­tych nauczy­cieli.

Ni­gdy jed­nak nie wró­ci­łem. Nie dla­tego że taki był mój pier­wotny tajny plan, a dla­tego że nie było do czego wra­cać.

W Ame­ryce wybu­chła wojna, ja tym­cza­sem dotar­łem do Fran­cji i cze­ka­łem na wie­ści z domu, które docie­rały do nas z dużym opóź­nie­niem. Chcia­łem prze­cze­kać per­tur­ba­cje w rodzin­nym kraju. Wszy­scy wie­rzy­li­śmy, że wojna potrwa chwilkę i sytu­acja wróci do normy, roz­lo­ko­wa­łem się więc w posia­dło­ści dziadka i - jako że nie miał for­te­pianu i okrop­nie się nudzi­łem - roz­po­czą­łem naukę prak­tyczną. Szybko opa­no­wa­łem zarzą­dza­nie win­ni­cami, zaczą­łem też repre­zen­to­wać Mar­cata pod­czas sprze­daży naszych win.

Wojna się prze­cią­gała, a my przez lata żyli­śmy w cią­głym stra­chu. Mają­tek top­niał w zastra­sza­ją­cym tem­pie, gdyż dzia­dek wysy­łał za ocean bajoń­skie sumy, usi­łu­jąc rato­wać to, co pozo­stało z plan­ta­cji Jar­di­neux. Moi nauczy­ciele zni­kali jeden po dru­gim. Dzia­ła­nia zbrojne stop­niowo pusto­szyły Połu­dnie, a dzia­dek stra­cił wszystko, pró­bu­jąc pomóc moim rodzi­com podźwi­gnąć się po klę­sce kon­fe­de­ra­tów. W krót­kim cza­sie nie było już fran­cu­skich win­nic, któ­rymi mógł­bym zarzą­dzać, ani ame­ry­kań­skich plan­ta­cji, które mógł­bym odzie­dzi­czyć. Louis Mar­cat nato­miast, nie potra­fiąc znieść życia ban­kruta, zni­kał razem z mająt­kiem. Odna­le­ziono go w stu­po­rze, pochy­lo­nego nad księ­gami rachun­ko­wymi z cza­sów pro­spe­rity.

Nie mogłem patrzeć na jego znisz­czone ciało, w któ­rym tliła się zale­d­wie iskierka życia. Byłem zbyt młody, by brać na barki nasz marny los. Zgod­nie z pier­wot­nym pla­nem, choć z dużym opóź­nie­niem, wyje­cha­łem do Lon­dynu, nie mia­łem jed­nak za co stu­dio­wać. Zamiesz­ka­łem u jedy­nej żyją­cej krew­nej, którą udało mi się odna­leźć, nie wie­dzia­łem nawet, czyją krewną była, a ona sama, zbyt stara i zdzi­wa­czała, nie paliła się do wyja­śnień. Wciąż brała mnie za od lat nie­ży­ją­cego męża, pijaka i hulakę, z któ­rym tylko się kłó­ciła.

Rodzice nie potra­fili się przy­sto­so­wać do odmie­nio­nej powo­jen­nej rze­czy­wi­sto­ści. Porzu­cili dom, w któ­rym przez jakiś czas rezy­do­wały jan­ke­skie woj­ska, i osie­dlili się w odbu­do­wy­wa­nej z gru­zów Atlan­cie. Za ostat­nie pie­nią­dze otrzy­mane od Mar­cata wyna­jęli miesz­ka­nie i pró­bo­wali roz­krę­cić jakiś inte­res, ale bez powo­dze­nia. Mia­łem wra­że­nie, że wojna się­gnęła swo­imi mac­kami rów­nież za ocean i zdu­siła całą naszą rodzinę.

Matka wię­dła w oczach. Zmarła w Atlan­cie w roku 1868, na krótko po tym, gdy latem skoń­czy­łem dwa­dzie­ścia trzy lata. Po jej śmierci ojciec zupeł­nie się zała­mał i roz­cho­ro­wał pod­czas podróży mor­skiej do Anglii. Chciał oso­bi­ście prze­ka­zać mi tę smutną wieść, lecz nie zdą­żył zejść na ląd. Jego ciało pochło­nął ocean, gdyż rejs trwał zbyt długo, by zdo­łano dotran­spor­to­wać je do portu. Na pamiątkę po mojej nie­gdyś pro­spe­ru­ją­cej ame­ry­kań­skiej rodzi­nie zostało mi pudło papie­rów, prze­ka­zane przez kapi­tana.

Późną jesie­nią roku 1868 byłem zubo­ża­łym sie­rotą o domnie­ma­nych ary­sto­kra­tycz­nych korze­niach, mło­dym męż­czy­zną, który oprócz umie­jęt­no­ści wła­da­nia czte­rema języ­kami, gry na for­te­pia­nie i zaawan­so­wa­nej wie­dzy eko­no­micz­nej, któ­rej nie zdą­żył wyko­rzy­stać do rato­wa­nia rodzin­nej for­tuny, nie miał nic.

Rozdział II

II

Gdy­bym wów­czas nie spo­tkał pew­nego mło­dego skrzypka, któ­rego ojciec miał wię­cej ambi­cji niż rozumu, moje życie z pew­no­ścią poto­czy­łoby się zupeł­nie ina­czej.

W dobie Liszta nie­wielu skrzyp­ków miało szanse na mię­dzy­na­ro­dową karierę, po pro­stu prze­stali być modni, mogli jed­nak zaist­nieć jako chał­tur­nicy, gry­wa­jący w domach lon­dyń­skich miło­śni­ków sztuki. Takim wła­śnie chał­tur­ni­kiem był Lothar Mintze, syn pru­skiego muzy­kanta, zafa­scy­no­wa­nego Paga­ni­nim, pra­gną­cego, by jego poto­mek, uro­dzony dokład­nie dzie­sięć lat po śmierci wir­tu­oza, zro­bił rów­nie szybką i bły­sko­tliwą karierę. Zapędy ojca spra­wiły, że dora­sta­jący chło­pak uciekł z domu, gdy tylko zorien­to­wał się, jakie życie czeka go pod okiem apo­dyk­tycz­nego rodzica. Ojciec nie zamie­rzał odstą­pić od reali­za­cji sza­lo­nego planu, choć jego poto­mek naj­pew­niej nie był geniu­szem ani tym bar­dziej typem wir­tu­oza, a do tego szcze­rze nie­na­wi­dził gry na skrzyp­cach. Była to jed­nak jedyna rzecz, jaką Lothar umiał robić na tyle dobrze, by się z niej utrzy­mać. Ucie­kał przed ojcem po całej Euro­pie, zara­bia­jąc grą na podróże, aż w końcu osiadł w Lon­dy­nie. Dopiero tu mógł ode­tchnąć i prze­stał oglą­dać się przez ramię.

W poszu­ki­wa­niu part­nera do chał­tur­ni­czych wystę­pów mło­dziutki skrzy­pek wstą­pił do baru, w któ­rym brzdą­ka­łem na pia­ni­nie smętne utwory, nie mogąc się pogo­dzić z nagłym osie­ro­ce­niem i pijąc za ostat­nie gro­sze znie­na­wi­dzony winiak oca­lały z piw­nic mojego dziadka, jak­bym chciał pod­kre­ślić gro­te­sko­wość i tra­gizm swej sytu­acji.

- Czy mogę panu posta­wić coś do picia? - usły­sza­łem za ple­cami, gdy odsta­wia­łem pustą szklankę na pia­nino.

- Nie - odpar­łem bez zasta­no­wie­nia, ocie­ra­jąc usta wierz­chem dłoni. - Nie cier­pię alko­holu.

- Doprawdy? - Zabrzmiało to dość sar­ka­stycz­nie, ponie­waż szklanka, którą odsta­wi­łem, była czwartą pustą szklanką. Jakoś nie zda­łem sobie wcze­śniej sprawy z tego, że zdą­ży­łem wypić aż tyle.

Odwró­ci­łem się powoli, odczu­wa­jąc skutki pochło­nię­tego trunku. Na pierw­szy rzut oka dość mało pre­cy­zyjny męż­czy­zna wydał mi się bar­dzo stary, białe włosy opa­dały mu na ramiona, kon­tra­stu­jąc z czar­nymi jak węgle oczami. Potrzą­sną­łem głową, ale tylko mi się w niej zakrę­ciło, jakość widze­nia pozo­stała nie­zmie­niona.

- Mam już dość na dzi­siaj... - mruk­ną­łem, wsta­jąc, zato­czy­łem się jed­nak i stra­ci­łem rów­no­wagę. - I na jutro też... - bąk­ną­łem, pró­bu­jąc uchwy­cić się pia­nina. Wtedy poczu­łem ramię przy­trzy­mu­jące mnie, abym nie upadł, i byłem na tyle przy­tomny, by uświa­do­mić sobie, że tak silna ręka nie może nale­żeć do starca. - Kim pan jest, jeśli mogę zapy­tać? - wybeł­ko­ta­łem i nagle zro­biło mi się wstyd z powodu mego żało­snego stanu. W tam­tej chwili uosa­bia­łem wszystko, czym jesz­cze nie­dawno tak szcze­rze gar­dzi­łem.

- Pyta­nie powinno raczej brzmieć: kim pan jest? - odrzekł nie­zna­jomy, poma­ga­jąc mi usiąść przy sto­liku. - Jestem pod wra­że­niem pań­skiej gry. I faktu, że w ogóle potrafi pan grać w takim sta­nie.

- Chce pan roz­ma­wiać o moich umie­jęt­no­ściach? Czy może raczej mnie obra­zić?

Nie widzia­łem wyraź­nie, ale chyba wyko­nał gest w stronę baru. Po chwili, która mogła trwać minutę albo i godzinę, mło­dziutka kel­nerka, na którą zwró­ci­łem uwagę, zanim hanieb­nie się upi­łem, posta­wiła przede mną fili­żankę czar­nej kawy. Cie­pły, inten­sywny aro­mat otrzeź­wił mnie na tyle, że mogłem się przyj­rzeć roz­mówcy. W isto­cie był mło­dziut­kim chło­pa­kiem o nie­ty­po­wej, deli­kat­nej uro­dzie: bar­dzo jasnych wło­sach i czar­nych oczach, wychwy­tu­ją­cych w pół­mroku blask pło­my­ków gazo­wych lamp, oświe­tla­ją­cych ponure wnę­trze lokalu.

- Wła­śnie o tym chciał­bym poroz­ma­wiać. - Gestem zachę­cił mnie do wypi­cia łyka kawy, która była wyjąt­kowo mocna i wyso­kiej jako­ści, jak na tak pod­rzędny lokal. Nawet fili­żanka była czy­sta. Zaczy­na­łem zauwa­żać takie detale, co zna­czyło, że trzeź­wia­łem szyb­ciej, niż­bym sobie tego życzył.

- O moim wykształ­ce­niu muzycz­nym? - zapy­ta­łem, jak­bym go nie dosły­szał.

- Nie obcho­dzi mnie pań­skie wykształ­ce­nie. Obcho­dzi mnie pań­ska umie­jęt­ność nad­zwy­czaj­nej inter­pre­ta­cji utwo­rów Liszta. Czy musi pan się upić, aby tak grać, czy na trzeźwo idzie panu rów­nie dobrze?

- Jest pan bez­czelny i nie­grzeczny! - zauwa­ży­łem mało bły­sko­tli­wie.

- Może i jestem, ale to ja płacę za kawę i chyba choćby z tego tytułu mam prawo zadać panu jedno pro­ste pyta­nie, jakże istotne dla sedna naszej roz­mowy.

- Sedna roz­mowy? - duka­łem jak wiej­ski głu­pek. Nie mogłem już sie­bie słu­chać. Upi­łem kolejny łyk kawy, była jak płynny ogień.

Chło­pak wyglą­dał na roz­ba­wio­nego prze­bie­giem naszej kon­wer­sa­cji. Mimo imper­ty­nen­cji miał w sobie coś intry­gu­ją­cego, cho­ciażby odwagę do kon­fron­ta­cji z baro­wym pija­kiem, jakim byłem w tam­tej chwili. Mój strój suge­ro­wał coś innego, ale on nie mógł wie­dzieć, że to ostat­nie przy­zwo­ite ubra­nie, jakie mia­łem.

- Szu­kam part­nera do duetu instru­men­tal­nego - wyja­śnił, opie­ra­jąc łok­cie na sto­liku. - Pia­ni­ści są dziś w cenie, pod­czas gdy my, skrzyp­ko­wie, odcho­dzimy w cień. Paga­nini jest już nie­modny. Lon­dyń­czycy uwa­żają, że nie ma sensu słu­chać skrzyp­ków, któ­rzy ni­gdy mu nie dorów­nają. Niektó­rzy jesz­cze go pamię­tają i póki nie zapo­mną, nie­wiele jest dla nas miej­sca na rynku muzycz­nym, jeśli mogę tak się wyra­zić.

- I pan jest wła­śnie skrzyp­kiem, który ni­gdy nie dorówna Paga­ni­niemu? - Poczu­łem, że na chwilę trium­fuję, choć nie wiem, dla­czego ta roz­mowa wyda­wała mi się rywa­li­za­cją. - Niech więc pan zmieni, jak pan to powie­dział, rynek muzyczny, na inną branżę.

Chło­pak się nie obu­rzył, tak jak ja bym zro­bił, tylko uśmiech­nął nie­znacz­nie.

- Tak wła­śnie jest - odparł, uno­sząc głowę. - I nie mogę zmie­nić rynku, gdyż poza grą na skrzyp­cach nie potra­fię nic innego, co mogłoby mi zagwa­ran­to­wać utrzy­ma­nie. Pewne osoby mają o mnie wyż­sze mnie­ma­nie niż ja sam - dokoń­czył, patrząc mi pro­sto w oczy.

- Wyż­sze?

- Uwa­żają, że mogę dorów­nać Paga­ni­niemu, co oczy­wi­ście jest kom­plet­nym absur­dem. Dla­tego wła­śnie potrze­buję pana. - Wyce­lo­wał w moją stronę długi biały palec. - Cho­ciaż ni­gdy nie dorówna pan Lisz­towi, gra pan na tyle cie­ka­wie, aby wzbu­dzić zachwyt gawie­dzi, goto­wej słono pła­cić za to, że posłu­cha choćby śred­nio uda­nej imi­ta­cji.

Przez moment mia­łem ochotę prze­chy­lić się przez stół i wymie­rzyć mu poli­czek lub zro­bić coś rów­nie nie­do­rzecz­nego, miał jed­nak abso­lutną rację i musia­łem gorzko się roze­śmiać. Prawda była taka, że - jak­kol­wiek wydu­mane było wów­czas moje mnie­ma­nie o wła­snym talen­cie - musia­łem zna­leźć sobie jakieś intratne zaję­cie, nawet jeśli mia­łoby to ozna­czać scho­wa­nie dumy do kie­szeni i gra­nie na her­bat­kach u boga­tych pod­sta­rza­łych dam, marzą­cych o ostat­nich w życiu unie­sie­niach. Lep­sze to, niż pozo­sta­wa­nie na utrzy­ma­niu cio­tecz­nej babki, która poszła na dno razem z resztą naszej rodziny.

- I wróży pan nam, dwóm pośled­niej jako­ści muzy­kom, karierę na tutej­szym rynku muzycz­nym? - Na moich ustach igrał iro­niczny uśmie­szek.

- Zdzi­wiłby się pan, jak mało wyma­ga­jąca jest tutej­sza publicz­ność - odrzekł, opie­ra­jąc się na krze­śle i krzy­żu­jąc ręce na piersi.

- Suge­ruje pan, że będziemy aż tak kiep­scy?

- Wręcz prze­ciw­nie, dla­tego tym łatwiej­sze będą to pie­nią­dze! - Zauwa­ży­łem iskierki w jego czar­nych oczach, jakby już widział naszą bły­sko­tliwą karierę.

Wpa­try­wa­łem się w niego bez słowa. Był młody i pełen ener­gii, zupeł­nie jak ja do nie­dawna. Przez moment mia­łem wra­że­nie, że w ciągu ostat­nich kilku dni bar­dzo się posta­rza­łem, stra­ciw­szy w jed­nej chwili wszystko, co było dla mnie rów­nie oczy­wi­ste jak codzienny wschód słońca. Brak pomy­słu na dal­sze życie zapro­wa­dził mnie na dno, a ja, zamiast się od niego odbić, upar­cie tarza­łem się w mule. Jedy­nym, co przy­szło mi do głowy, był powrót do Fran­cji, do posia­dło­ści dziadka, która miała być wkrótce zli­cy­to­wana. Podej­rze­wa­łem jed­nak, że życie u boku zdzi­wa­cza­łego starca ban­kruta byłoby rów­nie bez­na­dziejne jak egzy­sten­cja przy pra­wie śle­pej ciotce, któ­rej jedyną roz­rywkę sta­no­wiło pokrzy­ki­wa­nie na mnie i wygrze­wa­nie przy kominku powy­krę­ca­nych artre­ty­zmem stóp. Patrząc na nią, cie­szy­łem się, że moja babka i matka nie dożyły tak pode­szłego wieku. Ban­kruc­two i ubó­stwo byłyby dla nich nie do znie­sie­nia.

I oto per­spek­tywa odbi­cia się od dna sie­działa przede mną w oso­bie ete­rycz­nego, bez­czel­nego chło­paka o bia­łych wło­sach i czar­nych oczach.

Ofe­ro­wał mi nowy począ­tek - życie, które utra­ci­łem, zanim zdą­żyło się na dobre zacząć.

Rozdział III

III

Spo­tka­li­śmy się następ­nego dnia w połu­dnie.

W powie­trzu czuć już było pierw­szy powiew zimy. Opa­tu­li­łem się płasz­czem i wci­sną­łem kape­lusz głę­biej na czoło, opie­ra­jąc się podmu­chom mroź­nego wia­tru i kaska­dom liści gna­ją­cych mi pro­sto w twarz. Gry­zący, wil­gotny dym z komi­nów zda­wał się osia­dać na ogo­ło­co­nych gałę­ziach niby pokryte sadzą paję­czyny, mokre od gna­nej znad rzeki mgły. Ulica była pra­wie pusta, nie miną­łem żad­nego kabrio­letu, zresztą i tak nie miał­bym czym zapła­cić za kurs.

Miesz­ka­nie Lothara znaj­do­wało się na dru­gim pię­trze odno­wio­nej kamie­nicy, jego okna wycho­dziły na bul­war spa­ce­rowy nad rzeką. Klatka scho­dowa z kutego żelaza i witraże w oknach zapo­wia­dały przy­jemne lokum z wyso­kimi sufi­tami i ogniem tań­czą­cym w kominku.

Gospo­darz cze­kał już na mnie z imbry­kiem gorą­cej her­baty. Dobrej, angiel­skiej her­baty zapra­wio­nej rumem, którą uwiel­bia­łem i którą z żalem musia­łem nie­dawno poże­gnać. Szcze­rze mówiąc, byłem mile zasko­czony obszer­no­ścią i wystro­jem miesz­ka­nia. Wspo­mnie­nia daw­nego prze­py­chu mojego domu wró­ciły w krót­kim bole­snym prze­bły­sku.

- Ni­gdy nie mówi­łem, że miesz­kam skrom­nie. - Lothar jakby odgadł moje myśli. - Ani że bez pana nie zaro­bi­łem żad­nych pie­nię­dzy - dodał, nale­wa­jąc her­batę do fili­ża­nek z cien­kiej por­ce­lany.

W salo­nie było przy­jem­nie cie­pło, ogień fak­tycz­nie trza­skał w kominku, a na środku pokoju pysz­nił się prze­piękny, czarny for­te­pian, na widok któ­rego z moich ust wyrwało się ciche wes­tchnie­nie. Był to wspa­niały, kon­cer­towy Bösendorfer, nie­mal roz­sa­dza­jący pokój swo­imi roz­mia­rami. Mimo całego bogac­twa ziemi, ni­gdy nie mie­li­śmy rów­nie impo­nu­ją­cego instru­mentu. Rzeź­bione nogi zda­wały się zbyt fili­gra­nowe, by dźwi­gać potężne, lśniące ciel­sko, które dys­kret­nie chło­ną­łem wzro­kiem.

- Myślę, że to instru­ment godny pań­skiego talentu - usły­sza­łem, gdy zdej­mo­wa­łem płaszcz. Ode­brał go ode mnie lokaj, który wyrósł jak spod ziemi. Nie spodo­bało mi się to.

- Wystar­czy! - Nie­pro­szony, usia­dłem na krze­śle i zało­ży­łem nogę na nogę. - Do czego tak naprawdę jestem panu potrzebny?

Lothar uśmiech­nął się, wrę­cza­jąc mi fili­żankę.

- Młody ary­sto­krata, który nie­dawno stra­cił wszystko, jesz­cze wczo­raj pełen ide­ałów i z wizją swej świe­tla­nej przy­szło­ści, nagle został z niczym... - rzekł cicho, patrząc na mnie.

Poczu­łem dreszcz prze­bie­ga­jący po ple­cach. Nie mówi­łem mu o tym poprzed­niego wie­czoru, a przy­naj­mniej nie pamię­ta­łem, abym mówił, ale nie pamię­ta­łem też, jak się zna­la­złem w domu. Dla­tego w mil­cze­niu wzią­łem od niego fili­żankę i upi­łem łyk.

- Jakże ina­czej mogłem pana sku­sić, jeśli nie wizją nowej, lep­szej przy­szło­ści? - kon­ty­nu­ował Lothar. W jego tak­su­ją­cym spoj­rze­niu było coś nie­po­ko­jąco dra­pież­nego. Powoli osu­nął się na obitą wzo­rzy­stym ada­masz­kiem sofę; jego ruchy przy­wo­dziły mi na myśl gigan­tycz­nego kota, może tygrysa?

Przez długą chwilę sie­dzie­li­śmy w ciszy, aż mia­łem już dość podej­rzeń i nie­do­mó­wień. Naj­wi­docz­niej coś w mojej oso­bie zain­try­go­wało Lothara do tego stop­nia, że odgry­wał przede mną całe to przed­sta­wie­nie, naigra­wa­jąc się z moich sła­bo­ści i wyko­rzy­stu­jąc bez­na­dziejną sytu­ację, w któ­rej się zna­la­złem. Wie­dzia­łem, że nie mam nic do stra­ce­nia, więc cier­pli­wie cze­ka­łem na roz­wój sytu­acji.

- Więc? - ode­zwa­łem się w końcu. - Będziemy tak sie­dzieć i przy­glą­dać się sobie? Może wyja­śni mi pan wresz­cie, o co tak naprawdę cho­dzi?

Lothar spu­ścił wzrok i uśmiech­nął się nie­znacz­nie.

- Chcia­łem pana przy­go­to­wać na spo­tka­nie z moim, a wkrótce rów­nież pań­skim, mece­na­sem - odrzekł, popi­ja­jąc her­batę. - Jest to... - zawie­sił głos, jakby się zasta­na­wiał nad dobo­rem odpo­wied­nich słów - ...czło­wiek o spe­cy­ficz­nym uspo­so­bie­niu i spo­tka­nie z nim mogłoby być dla pana pew­nym szo­kiem.

- Szo­kiem? - Unio­słem brwi. - Co pan ma na myśli? Czy ten mece­nas jest aż tak szo­ku­jący, że powi­nie­nem się oba­wiać?

Spo­dzie­wa­łem się zoba­czyć uśmiech, Lothar jed­nak nagle spo­waż­niał. Wstał i powoli pod­szedł do okna; jego obcasy mia­rowo zastu­kały o nagi par­kiet z jasnych desek, gdy zszedł z per­skiego dywanu. Miał na sobie buty do kon­nej jazdy, choć w taką pogodę chyba nikomu roz­sąd­nemu nie przy­szłoby do głowy dosia­dać konia.

- Nie jest to łatwe do wytłu­ma­cze­nia, pro­szę mi wie­rzyć. Mece­nas ma w sobie coś, co może wzbu­dzać lęk, a już nie­wąt­pli­wie wymu­sza sza­cu­nek. Zna­jąc pań­ski tem­pe­ra­ment, wola­łem o tym uprze­dzić, aby nie wywo­ły­wać nie­po­trzeb­nych napięć pod­czas naszego spo­tka­nia.

- Suge­ruje pan, że nie potra­fię się zacho­wać w obec­no­ści wpły­wo­wej osoby? Że jestem nie­wy­cho­wa­nym gbu­rem ze wsi i nie odnajdę się przy jakimś napu­szo­nym, sta­rym idio­cie, któ­remu się wydaje, że może roz­po­rzą­dzać losami innych, tylko dla­tego że ma pie­nią­dze? - Sta­ra­łem się zacho­wać spo­kój, ale w środku aż się goto­wa­łem. Dopiero jed­nak gdy wypo­wie­dzia­łem te słowa, zda­łem sobie sprawę z tego, że Lothar ma rację. Ostat­nie dni zmie­niły mnie w nie­okrze­sa­nego pro­staka, jak­bym wraz z mająt­kiem stra­cił ogładę, wykształ­ce­nie i resztki dobrego wycho­wa­nia. - Prze­pra­szam... - powie­dzia­łem cicho. - Ma pan rację, nie jestem chyba gotowy na spo­tka­nie z kim­kol­wiek poza bar­ma­nem. Ostat­nie dni były dla mnie bar­dzo cięż­kie i spra­wiły, że zmie­ni­łem się w kogoś, kogo sam nie poznaję. Sza­nuję pań­ską dobrą wolę, a także wolę pań­skiego mece­nasa. - Mówi­łem to wszystko, ale mia­łem wra­że­nie, że ktoś inny wypo­wiada te słowa, jakby jakiś nie­wi­dzialny sufler sie­dział mi na ramie­niu i szep­tał wprost do mojego ucha.

- Chciał­bym posłu­chać, jak pan gra. - Lothar spoj­rzał na mnie cie­plej. - Czy zechce pan wypró­bo­wać mój nowy instru­ment? Dosta­łem go kilka dni temu i nie mia­łem oka­zji dokład­nie mu się przyj­rzeć.

- Nikt jesz­cze nie grał na tym for­te­pia­nie?

- Za wyjąt­kiem stro­iciela - nikt. O ile brzdą­ka­nie stro­iciela można w ogóle nazwać muzyką!

Wsta­łem i pod­sze­dłem do instru­mentu. Był impo­nu­jący, nie zda­rzyło mi się widzieć dotych­czas rów­nie wspa­nia­łego. Na mister­nie rzeź­bio­nej pod­pórce nie stały jesz­cze żadne arku­sze nutowe, pokrywa kla­wi­szy była zamknięta. Zaczą­łem się zasta­na­wiać, jak zdo­łano umie­ścić tego kolosa w pokoju, z pew­no­ścią użyto jakie­goś dźwigu. Podzi­wia­łem instru­ment, zalęk­niony, jakby miał za sekundę zbu­dzić się ze snu i mnie pożreć.

- Pro­szę usiąść. - Lothar wska­zał sze­roką, pokrytą pole­ro­waną skórą ławkę.

Usia­dłem i zda­łem sobie sprawę z tego, że jestem zde­ner­wo­wany jak przed pierw­szym wystę­pem dla rodziny, gdy mia­łem zale­d­wie kilka lat. Czu­łem, że od tego, jak zagram, będzie zale­żało zbyt wiele. Wnę­trze było kame­ralne, a ja czu­łem się jak w potęż­nej sali kon­cer­to­wej po brzegi wypeł­nio­nej ludźmi.

Lothar wyco­fał się i usiadł w fotelu, w zasa­dzie znik­nął w obję­ciach ogrom­nego mebla, jakby nie chciał wcho­dzić pomię­dzy mnie i moją muzykę.

Unio­słem klapę i dotkną­łem lśnią­cych kla­wi­szy, nie pro­wo­ku­jąc jed­nak żad­nego dźwięku. Ich powierzch­nia była chłodna i gładka, przy­wio­dła mi na myśl wszyst­kie te chwile, kiedy gra­łem i byłem zupeł­nie sam - tylko ja i muzyka w powie­trzu prze­sy­co­nym prze­ni­kliwą pie­śnią cykad, a za oknami naszego domu zapa­dał lepki zmierzch Luizjany...

Zagra­łem.

Gdy­bym miał teraz podać tytuł utworu, nie mógł­bym go sobie przy­po­mnieć. Liszt, Cho­pin, jakieś urywki nok­tur­nów czy pre­lu­diów, utwory pod moimi pal­cami zaczęły się sta­piać w leniwą impro­wi­za­cję, roz­cho­dzić pod wyso­kim sufi­tem jak śpiew nie­wol­nic wśród pól bawełny - maje­sta­tyczny, pełen nostal­gii i tęsk­noty za wol­no­ścią, która pozo­sta­wała jedy­nie poję­ciem. Dźwięki sta­wały się coraz bar­dziej przej­mu­jące, aż w końcu zaczą­łem tra­cić nad nimi kon­trolę, prze­sta­łem je sły­szeć, zatra­ci­łem się w kako­fo­nii odgło­sów dzie­ciń­stwa, które nagle eks­plo­do­wały w mojej gło­wie, prze­pla­ta­jąc się z obra­zami dawno nie­wi­dzia­nych miejsc. Poczu­łem, jakby ktoś powoli wysą­czał z mojego umy­słu całe dotych­cza­sowe życie, oglą­dał je, kart­ko­wał i delek­to­wał się nim jak dobrym trun­kiem. Tym wła­śnie stała się ta muzyka - całym moim życiem, które zapo­wia­dało się tak cudow­nie i w jed­nej chwili zmie­niło się w jakąś farsę, obser­wo­waną przeze mnie z zewnątrz. Mia­łem wra­że­nie, że stoję obok i patrzę na sie­bie, jak pochy­lony smęt­nie kiwam się nad kla­wia­turą, pozwa­la­jąc, by muzyka, jakiej ni­gdy wcze­śniej nie gra­łem, zawład­nęła mną i spra­wiła, że czas na chwilę sta­nął w miej­scu, gdy za pomocą dźwię­ków opo­wie­dzia­łem całe swoje życie, nie wie­dząc nawet, że jestem do tego zdolny.

Mogło to trwać chwilę lub całą wiecz­ność.

W pew­nym momen­cie zda­łem sobie sprawę z tego, że już nie gram, a moje dło­nie spo­czy­wają bez ruchu na kla­wia­tu­rze. Sły­sza­łem tylko wła­sny przy­spie­szony oddech, czu­łem wil­goć nad górną wargą i na czole, a pod przy­mknięte powieki wdzie­rało się szare świa­tło jesien­nego popo­łu­dnia.

Otwo­rzy­łem oczy i wypro­sto­wa­łem się; całe ciało bolało mnie, tak jak­bym nie grał, a dźwi­gał for­te­pian na ple­cach. Wsta­łem, ława skrzyp­nęła cicho, a ja odwró­ci­łem się w stronę fotela, na któ­rym sie­dział Lothar. Patrzył na mnie w mil­cze­niu, pocie­ra­jąc pal­cem pod­bró­dek, jakby się zasta­na­wiał, w jakie słowa ubrać coś, czego nie chciał powie­dzieć, a musiał. Po chwili pod­niósł się i pod­szedł do kominka. Gdy zaczy­na­łem się iry­to­wać jego mil­cze­niem, zapa­trzony w ogień, ode­zwał się cicho:

- Ktoś popeł­nił kie­dyś wielki błąd, zakła­da­jąc, że powi­nien pan zostać plan­ta­to­rem... - Uniósł dło­nie, jakby chciał je ogrzać nad pło­mie­niami, choć w pokoju było cie­pło. - Dla­tego też pań­skie nie­szczę­ście jed­nak wyj­dzie panu na dobre - dokoń­czył, odwra­ca­jąc się i przy­glą­da­jąc mi, jakby widział mnie po raz pierw­szy.

- Nie rozu­miem.

- Zro­zu­mie pan. Gdyby pań­ski mają­tek nie prze­padł, do końca życia wpi­sy­wałby pan kolumny liczb w księ­gach i doglą­dał wino­ro­śli, bawełny, indygo czy co tam upra­wia­li­ście. Być może kogoś innego takie życie satys­fak­cjo­no­wa­łoby, ale nie pana. W ciągu kilku lat zmie­niłby się pan w zgorzk­nia­łego kupca, opa­no­wa­nego żądzą zysku, myślą­cego tylko o pie­nią­dzach i nie­mo­gą­cego zmru­żyć oka przy nie­sprzy­ja­ją­cej jego upra­wom pogo­dzie. Teraz, gdy nie ma już czego doglą­dać, gdy nie ma pan nic do stra­ce­nia, może pan spoj­rzeć w głąb sie­bie i zagrać to, co dyk­tuje panu serce. Ponie­waż jest pan wolny.

Wolny.

To było wła­śnie to słowo, które w tam­tej chwili stało się cia­łem.

Nagle uświa­do­mi­łem sobie, że choć mia­łem tak nie­wiele, to odzy­ska­łem sie­bie. Już ni­gdy nikt nie będzie mi narzu­cał swo­jej woli, mówił, kim mam być i jak mam żyć. Jesz­cze nie­dawno całe moje życie było z góry zapla­no­wane, tyle że nie przeze mnie, i nagle ten plan prze­stał ist­nieć, zupeł­nie stra­cił zna­cze­nie. Ist­niały tylko obecna chwila i moja wola. Sta­łem się panem wła­snego, choć mar­nego, losu.

- W pań­skiej muzyce drze­mie prawda, zdolna poru­szyć ludz­kie serca. - Lothar wciąż przy­glą­dał mi się uważ­nie. - Jest w niej tęsk­nota za życiem, któ­rego pan pra­gnął, a jed­no­cze­śnie nie­na­wi­dził, zanim nawet pan je poznał. Teraz nie ma pan nic, a jed­nak ma wszystko. Odzy­skał pan wol­ność, choć nie wie­dział pan, że był nie­wol­ni­kiem, nie­wiele róż­nią­cym się od tych, któ­rzy pra­co­wali na waszych polach. Róż­niło was jedy­nie to, że pan nie sprze­ci­wiał się tej nie­woli i pod­dał jej, nie mogąc nic zmie­nić. Ale to los zde­cy­do­wał za pana. I teraz, dopiero teraz, uwol­niony od wszyst­kich dóbr mate­rial­nych, może pan zdo­być wszystko to, co duchowe. Może pan zdo­być rząd dusz.

Nie w pełni poj­mo­wa­łem sens jego słów. Czy w ogóle wspo­mnia­łem mu, skąd pocho­dzę i jakie spo­tkały mnie nie­szczę­ścia? Takie słowa wyda­wały mi się nie na miej­scu w ustach czło­wieka oto­czo­nego całym tym prze­py­chem, ubra­nego w aksa­mit i piją­cego wyborną her­batę z fili­żanki z cien­kiej por­ce­lany. I oto on mówił mi, że zdo­będę rząd dusz, że bogac­twa mate­rialne tak naprawdę są bez zna­cze­nia i liczy się tylko...

- Wła­dza, pro­szę pana. Wła­dza jest jak nar­ko­tyk... - Lothar wró­cił do stołu i dolał sobie her­baty. - Jest jak absynt i mor­fina, ale nie powo­duje tylu nie­przy­jem­nych skut­ków ubocz­nych. Ma pan nie­wąt­pliwy talent i prawdę, które pozwolą nam się­gnąć wyżej, niż począt­kowo przy­pusz­cza­łem. Pozwolą nam kon­tro­lo­wać dusze tych, któ­rzy będą słu­chać pań­skiej muzyki. A mając wła­dzę nawet nad jed­nym czło­wie­kiem, może pan zdo­być cały świat.

Poczu­łem ukłu­cie nie­po­koju. Nie wie­dzia­łem, jak rozu­mieć to, co powie­dział. Przez chwilę wydał mi się istotą nie z tego świata, dia­błem, pod­su­wa­ją­cym mi do pod­pi­sa­nia cyro­graf. Cze­ka­łem, aż wycią­gnie zza ple­ców narzę­dzie, któ­rym uto­czy mi krwi do pod­pisu. Wizja wydała się tak realna, że przez moment, gdy na mnie spoj­rzał, a jego czarne oczy odbiły blask pło­mieni, poczu­łem praw­dziwy strach.

Za oknem zapa­dał póź­no­je­sienny zmierzch. Mia­łem wra­że­nie, że czas prze­cieka mi przez palce i pły­nie zbyt szybko.

- Pro­szę pana, wydaje mi się, że nie... - Wła­ści­wie nie wie­dzia­łem, co chcę powie­dzieć.

Czy zosta­nie pan na obie­dzie? - Lothar uśmiech­nął się nie­znacz­nie. Demo­nicz­ność gdzieś znik­nęła, a on znów był mło­dym męż­czy­zną, który zacze­pił mnie w tawer­nie.

Z chę­cią - odpar­łem, bowiem od dwóch dni nie jadłem porząd­nego posiłku.

Rozdział IV

IV

- Lord wkrótce do nas dołą­czy.

Lothar powoli odkra­jał kęsy, jadł nie­spiesz­nie i ele­gancko. Z tru­dem powstrzy­my­wa­łem wil­czy ape­tyt, w duchu śmie­jąc się z sie­bie. Byłem prze­cież wykształ­co­nym czło­wie­kiem, a dwa dni postu zro­biły ze mnie pro­staka.

Lord Edgar Fran­cis Hun­ting­ton.

Wyobra­zi­łem sobie sta­rego zaro­zu­mialca, któ­remu wydaje się, że może dys­po­no­wać ludźmi, że może ich kupo­wać i sprze­da­wać jak przed­mioty. Lothar stał się w moich oczach jedną z zaba­wek, które umi­lały tam­temu chwile sta­ro­ści, ja nato­miast mia­łem zostać kolejną. Skąd we mnie tyle cyni­zmu, podejrz­li­wo­ści i nie­uf­no­ści? Nie zasta­na­wia­łem się nad tym zbyt długo, gdyż przez cały czas myśla­łem głów­nie o nazwi­sku Hun­ting­ton, o tym, że gdzieś już je sły­sza­łem - nie, widzia­łem zapi­sane... Ale gdzie?

- Bar­dzo pan zamy­ślony. - Lothar uniósł do ust kolejny malutki kęs. - Chyba nie dener­wuje się pan aż tak?

Mil­cza­łem. Ow­szem, dener­wo­wa­łem się, choć nie wie­dzia­łem dla­czego. Irra­cjo­nalny lęk przed spo­tka­niem z mece­na­sem spra­wiał, że cięż­kie, srebrne sztućce śli­zgały się w moich spo­tnia­łych dło­niach. Kamer­dy­ner Lothara obser­wo­wał nas z ukry­cia, co raz poja­wia­jąc się jak widmo i ukrad­kiem dole­wa­jąc wina do kie­liszka gospo­da­rza.

Roz­glą­da­łem się po jadalni, urzą­dzo­nej wystaw­nie i dostat­nio: ota­czały nas meble z egzo­tycz­nego drewna, zastawa o zło­co­nych ran­tach, naj­lep­sze krysz­tały - dys­kretne prze­jawy bogac­twa, z któ­rym nie chciano się afi­szo­wać. Na ścia­nie wisiały oleje przed­sta­wia­jące ruiny i kra­jo­brazy ską­pane w świe­tle księ­życa, każdy szcze­gół oddany wyraź­nie jak na dage­ro­ty­pie. Była w nich jakaś melan­cho­lia, która nie sprzy­jała ape­ty­towi; nie paso­wały do jadalni, a jed­nak wyeks­po­no­wano je wła­śnie tutaj, jakby spe­cjal­nie miały przy­po­mi­nać o tym, że życie nie polega jedy­nie na docze­snych przy­jem­no­ściach.

- Prze­piękne, prawda? - Lothar zawie­sił wzrok na jed­nym z obra­zów, powoli sącząc czer­wone wino. - To pre­zenty od przy­ja­ciela lorda. Prze­pięk­nie maluje, szcze­gól­nie por­trety. Z pew­no­ścią będzie pan miał szansę obej­rzeć je w posia­dło­ści lorda. Jego kolek­cja obej­muje sze­reg wize­run­ków pro­te­go­wa­nych i zna­ko­mi­to­ści, które gościły w jego pro­gach.

Były piękne i nie­po­ko­jące zara­zem, zda­wało mi się, że ema­nuje z nich smu­tek arty­sty, który je nama­lo­wał, jak gdyby...

- Ara­pag­gio ucie­szyłby się z pań­skiego podziwu.

Zza moich ple­ców dobiegł cichy głos, szept nie­malże, pobrzmie­wa­jący jakby ze studni. Wzdry­gną­łem się i odru­chowo wsta­łem, odsu­wa­jąc krze­sło z nie­ele­ganc­kim zgrzy­tem.

Lothar rów­nież się pod­niósł, po czym skło­nił głę­boko, spusz­cza­jąc wzrok.

- Lor­dzie Hun­ting­ton, to pan Arma­gnac Jar­di­neux. - Wska­zał na mnie, obcho­dząc stół.

- Cudowne dziecko o imie­niu wina... - Przy­były męż­czy­zna zlu­stro­wał mnie prze­ni­kli­wym wzro­kiem zmru­żo­nych oczu, jasnych i błysz­czą­cych. Nawet w pół­mroku mogłem dostrzec ich głę­boki, szma­rag­dowy kolor. - Trunku aro­ma­tycz­nego, słod­kiego i ude­rza­ją­cego do głowy.

Nie wie­dzia­łem, co bar­dziej mnie onie­śmie­liło - jego słowa czy zmy­słowo uśmiech­nięte usta, które je wypo­wie­działy.

Lord Edgar Fran­cis Hun­ting­ton wyglą­dał na naj­młod­szego z nas trzech. Nie­wy­soki, smu­kły, odziany w czerń, o gład­kiej twa­rzy oko­lo­nej jasnymi wło­sami, zda­ją­cymi się żyć wła­snym życiem. Poru­szały się przy każ­dym jego nie­spiesz­nym kroku - jak włosy topielca na powierzchni wody. Uniósł do nich dłoń, okrytą białą ręka­wiczką, jakby nie­świa­do­mie pró­bo­wał je ujarz­mić, gdy lokaj ode­brał od niego cylin­der. Odpra­wił go nie­dba­łym gestem. Twarz lorda była blada, jakby pokryta war­stwą mato­wego pudru, co spra­wiało wra­że­nie, że patrzy się na niego przez zapa­ro­waną szybę. To musiał być bar­dzo sta­ranny maki­jaż, dla­czego jed­nak tak młody czło­wiek się za nim ukry­wał, nie byłem w sta­nie odgad­nąć.

- Lothar bar­dzo pochleb­nie wypo­wiada się o panu. - Lord wska­zał gestem, żeby­śmy usie­dli, i sam zajął wolne miej­sce u szczytu stołu.

Słu­żący dys­kret­nie posta­wił przed nim talerz i napeł­nił kie­li­szek, lecz gość nie zwró­cił na to uwagi. Ja też zapo­mnia­łem o jedze­niu, słu­cha­jąc głosu mece­nasa, w któ­rym czaił się pomruk, jakby sie­działa w nim jakaś bestia pró­bu­jąca prze­mó­wić. Prze­szedł mnie dreszcz - mówił do mnie chło­piec, a ja drża­łem jak uczeń przed groź­nym pro­fe­so­rem, nie, raczej jak bez­bronny czło­wiek w obli­czu dra­pież­nika.

- Jak zapewne pan wie, jestem mece­na­sem mło­dych arty­stów. Wielu muzy­ków zro­biło spek­ta­ku­larne kariery, zaczy­na­jąc pod moimi skrzy­dłami.

Kiedy ich wspie­ra­łeś?, pomy­śla­łem. Z koły­ski?

Lord uśmiech­nął się ponow­nie, a moje serce zmię­kło, jakby tym uśmie­chem rzu­cił na mnie urok. Patrzył mi pro­sto w oczy. W jego spoj­rze­niu była jakaś lubież­ność, roz­chy­lił nawet usta, jakby przy­glą­dał się nagiej kochance, a ja poczu­łem, że pod wpły­wem tego wzroku rumie­nię się jak dzie­wica. Zda­wał się zaglą­dać wprost do mojego umy­słu.

- Zbyt łatwo ulega pan pozo­rom, panie Jar­di­neux! - Ten głos był jak nar­ko­tyk, czu­łem zawroty głowy, jak­bym wypił za dużo wina, a prze­cież led­wie dotkną­łem kie­liszka! - Patrzy pan na moją twarz i widzi chłopca, pro­szę jed­nak mi wie­rzyć, prze­ży­łem o wiele wię­cej, niż jest pan sobie w sta­nie wyobra­zić. Spo­tka­łem na swo­jej dro­dze wielu przy­ja­ciół i wro­gów, zjeź­dzi­łem Europę i Nowy Świat, wyra­bia­jąc sobie o nim obiek­tywne poję­cie, które - z całym sza­cun­kiem - panu jest obce. Moja intu­icja ni­gdy mnie nie zawio­dła. Potra­fię wyczuć talent i spra­wia mi nie­sa­mo­witą radość patrze­nie, jak się roz­wija. Pan, mój drogi Arma­gnac - zda­wało mi się, że celowo zawie­sił głos, prze­dłu­ża­jąc krót­kim wark­nię­ciem moje imię - jest samo­rod­nym talen­tem, któ­remu nie pozwolę się zmar­no­wać, który musi zostać zapa­mię­tany na wieki, który musi trwać...

- Nie sły­szał pan jesz­cze, jak gram - prze­rwa­łem mu, czu­jąc, że stracę przy­tom­ność, jeśli natych­miast nie prze­sta­nie mówić.

- Pro­szę więc coś zagrać i udo­wod­nić mi, że się nie pomy­li­łem! - Wska­zał sąsiedni pokój, w któ­rym stał for­te­pian.

Wspo­mniał, że zwie­dził Nowy Świat... Kiedy? W cza­sie wojny nikt tam nie podró­żo­wał, a przed wojną on zapewne był jesz­cze dziec­kiem. Ile miał lat?

Chwiej­nym kro­kiem dobrną­łem do instru­mentu i usia­dłem, uno­sząc pokrywę znad kla­wia­tury. Świat wiro­wał, a przez moją głowę prze­bie­gały nie­do­rzeczne podej­rze­nia, że być może do wina dodano nar­ko­tyku.

Zaczą­łem grać. Melo­dia była chwiejna i nie­po­ko­jąca, tak jak moje myśli. Struny drgały w dyso­nan­sach, które odbi­jały się od sufitu i wra­cały do mnie, spra­wia­jąc, że gra­łem jesz­cze dzi­wacz­niej­sze i mniej sko­or­dy­no­wane dźwięki, nie sły­sząc nawet, czy ukła­dają się w melo­dię. Mia­łem wra­że­nie, że palce odma­wiają mi posłu­szeń­stwa, ale jed­no­cze­śnie wygry­wają wła­śnie to, co w tam­tej chwili czu­łem. Zamkną­łem oczy i pozwo­li­łem się ponieść tej nie­po­ko­ją­cej muzyce, pozwo­li­łem jej pro­wa­dzić moje ręce, tak jakby to ona ste­ro­wała mną, a nie odwrot­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki