Wokół terroru białego i czerwonego 1917-1923 - Andrzej Witkowicz

Kup ebooka

28.00 zł
22.40 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział II/ Prawidłowości rozwoju rewolucji i wojny domowej

(...) w czasie rewolucji buntownikiem staje się nie lud, ale król. To właśnie rewolucja jest przeciwieństwem buntu. Każda rewolucja, będąc naturalnym spełnieniem, zawiera w samej siebie swoją legalność, którą czasem bezczeszczą pozorni rewolucjoniści; lecz nawet skalana przez nich, trzyma się niezachwianie, i nawet zbroczona krwią, pozostaje żywa. Rewolucja - to nie przypadek, a konieczność. Rewolucja - to powrót od tego, co sztuczne, do tego co naturalne. Dokonuje się dlatego, że powinna się dokonać.

W. Hugo [194]

ZRÓŻNICOWANIE NARODOWOŚCIOWE I GOSPODARCZE IMPERIUM. KWESTIA CHŁOPSKA I ROBOTNICZA

Do r. 1917 cesarstwo rosyjskie pozostawało zlepkiem ziem różniących się stopniem rozwoju gospodarczego, kulturą, religią i językiem. Kolos imperium miał więc istotnie gliniane nogi, a udowodnił to już kryzys rewolucyjny r. 1905.

Ludność państwa Mikołaja II stanowili w 43-47% Rosjanie, w 17-19% Ukraińcy, w ponad 10% ludy tureckie i tatarskie, w 6% Polacy, w 5% Białorusini, w 3-4% Żydzi, a w pozostałych kilkunastu procentach populacji mieściła się cała masa innych narodowości [52.3, 207.6, 497]. Liczne - choć daleko nie wszystkie - narodowości Rosji od początku XX w. przygotowywały się do otwartej walki o oderwanie od słabnącego imperium.

Mniejsza od narodowościowej była mozaika religijna: prawosławni stanowić mieli 70,8% mieszkańców imperium, katolicy 8,9%, muzułmanie 8,7% [497]. Nic więc dziwnego, że car strzegł swego sojuszu z Cerkwią. Jak jednak wiadomo, nawet na terenie Rosji właściwej religia nie okazała się czynnikiem cementującym władanie Mikołaja II.

Carat próbował wprawdzie wykorzystać podziały narodowościowe i religijne (pogromy z czasów pierwszej rewolucji), jednak na polu polityki "dziel i rządź" nie odniósł szczególnie wielkich sukcesów. Zabrakło bowiem koncepcji przekształcania państwa w sposób uwzględniający choćby niektóre z interesów poszczególnych narodów.

Podziały narodowościowe pokrywały się w dużym stopniu z podziałami w zróżnicowaniu gospodarczo-społecznym Rosji. Odzwierciedla to np. średnia rocznych dochodów ludności w poszczególnych rejonach państwa (dane dotyczą r. 1925/26, odpowiadają jednak w przybliżeniu okresowi przedrewolucyjnemu). W rejonie leningradzko-karelskim było to 236 rubli, w rejonie centralno-przemysłowym 231, na Ukrainie 164, na Zakaukaziu 157, w Uzbekistanie 151, na Białorusi 134, w Kazachstanie 87, a w Kirgizji tylko 58 [190]. Nie uwzględnione w powyższej statystyce ziemie Polski i krajów bałtyckich, znajdowały się na najwyższym stopniu rozwoju gospodarczego. Owa nierównomierność rozwoju gospodarczego była kolejnym czynnikiem sprzyjającym rozpadowi imperium.

Rosyjska wieś z czasów Mikołaja II była prawdziwą beczką prochu. Statystyka z r. 1905 podawała, że w europejskiej Rosji na przeszło 395 mln dziesięcin ziemi - czyli ponad 430 mln ha - blisko 155 mln stanowiły dobra rządowe (w tym 50 mln w osobistym władaniu cara), apanażowe i cerkiewne. Pozostałą część ziem stanowiły grunty prywatne (głównie szlacheckie) obejmujące blisko 102 mln dziesięcin i grunty uwłaszczeniowe. Zgodnie z niepełnymi danymi dotyczącymi struktury gruntów prywatnych (85,8 mln dziesięcin), ogromna ich część należała do wielkich obszarników. 28 tys. największych obszarniczych majątków dysponowało aż 62 mln dziesięcin ziemi, a pomniejsi właściciele ziemscy (106 tys.) mieli przeszło 17 mln dziesięcin.

W tym samym czasie w posiadaniu 10 mln gospodarstw chłopskich było 73 mln dziesięcin gruntów uwłaszczeniowych. Wielki majątek posiadał więc średnio 300 razy więcej gruntu od przeciętnej rodziny chłopskiej [188]. Stosunki te, poza umocnieniem się stanu posiadania bogatych chłopów, nie zmieniły się istotnie do wojny światowej (z tym jednak, że znacznie wzrosła liczba gospodarstw chłopskich). Około r. 1914 w liczbie 15 mln zagród chłopskich było 1,5-2 mln gospodarstw kułackich (9-13%), 3 mln średniackich i 10 mln biedniackich [261, 736].

Ukryte bezrobocie na wsi sięgało 10 mln [52]. Zdarzały się regiony, gdzie wsie prawie całkowicie zdominowane były przez biedotę. Np. w guberni riazańskiej jeszcze w r. 1906 na każde 100 wsi przypadały 73 takie, w których żadne gospodarstwo nie miało pługa [261.7].

Obraz życia wsi rosyjskiej oddają nie tylko statystyki, ale i relacje obserwatorów. Pisząc o wydarzeniach z r. 1891 Lew Tołstoj zanotował:

Przed wyjazdem ze wsi zatrzymałem się obok chłopa, który właśnie przywiózł z pola nać kartoflaną... "Skąd to?" - "U dziedzica kupujemy". - "Jak to? Dlaczego?" - "Za dziesięcinę łodyg - dziesięcinę latem sprzątnąć". A więc za prawo zebrania naci z dziesięciny wykopanych kartofli chłop zobowiązuje się zaorać, zasiać, skosić, zebrać, zwieść dziesięcinę zboża [66].

Na tym tle narastała nienawiść wsi do ziemiaństwa, w chwili rewolucji 1917 r. owocując pogromami dworów, w których brali też udział żołnierze-chłopi z karabinami.

W szczególnej sytuacji znajdowali się bogaci chłopi. Dysponowali nie tylko większymi gospodarstwami, ale także narzędziami i zwierzętami. Nie ma więc nic dziwnego w zwiększającej się wrogości małorolnych chłopów do kułaków. Działo się tak szczególnie od czasu reform stołypinowskich.

Zachłanność kułaków w przejmowaniu gminnej ziemi i wykorzystywanie przez nich biedoty nie było wymysłem komunistycznej propagandy, lecz faktem. Współczesny tym wydarzeniom obserwator, profesor E.J. Dillon, napisał nawet, że:

Ze wszystkich ludzkich potworów, które zdarzało mi się kiedykolwiek napotykać, nie mogę przypomnieć sobie bardziej złowrogich i odpychających od kułaków [608].

Reformy stołypinowskie przyniosły nie tylko zbiednienie głównej masy chłopów i umocnienie się stanu posiadania kułaków, lecz doprowadziły także do spadku produkcji rolnej w Rosji. W latach 1905-10 liczba koni na 100 mieszkańców europejskiej części Rosji spadła z 23 do 18, a krów odpowiednio z 36 do 26. Zmniejszyły się także zbiory zbóż: o ile w latach 1901-05 produkcja wynosiła średnio 25 pudów na 1 mieszkańca, to w latach 1906-10 ilość ta spadła do 22 pudów [189, 256].

Oznaczało to spadek poziomu życia uderzający szczególnie silnie w najbiedniejsze warstwy ludności, groźny zwłaszcza w okresie często nawiedzających Rosję nieurodzajów. Przypomnijmy, że jeszcze w r. 1911 głód pochłonął życie kilkuset tysięcy ludzi.

W podobnej do kułaków sytuacji znaleźli się kozacy. Na terenach kozaczyzny intensywnie rozwijało się bowiem osadnictwo chłopskie. I tu w grę wchodził też głód ziemi. Kozackie gospodarstwo, zgodnie z ukazem z r. 1869, miało liczyć nie mniej niż 30 dziesięcin [5], a więc kilka razy więcej niż posiadał przeciętny mużyk. Kozacy dońscy, kubańscy i terscy (3 mln ludności) mieli w swym posiadaniu 23 mln dziesięcin ziemi, podczas gdy 4,3 mln mieszkających na tych terenach chłopów (inogorodnych) dysponowało 6 mln dziesięcin ziemi [62.15]. Z tych właśnie dysproporcji narodzić miała się później wojna blaszanych [kozackich] dachów przeciwko słomianym [276].

Drugą wielką grupą społeczną, w masie swojej gotową do rewolucyjnej walki o przekształcenia polityczne i własnościowe, byli robotnicy. Wyzysk robotników w Rosji przybrał szczególnie skrajne formy. Od schyłku XIX w. robotnicy pracowali średnio 11,5 godziny na dobę przy płacy 20 razy niższej niż w USA, choć wydajność ich była tylko 5-10 razy niższa od amerykańskiej [94].

Dodajmy, że robotnicy stanowili grupę stosunkowo jednolitą pod względem pozycji ekonomicznej. Fakt, że w Rosji nie było silnej grupy arystokracji robotniczej, miał istotne konsekwencje nie tylko dla przyszłości ruchu robotniczego, lecz i dla przeszłości całego państwa. Trocki pisał na ten temat:

Najświeższe doświadczenie historyczne, podobnie jak analiza teoretyczna, dowodzi, że poziom rozwoju i stabilność demokracji są odwrotnie proporcjonalne do poziomu napięć spowodowanych przez sprzeczności klasowe. W najmniej uprzywilejowanych krajach kapitalistycznych (z jednej strony w Rosji, a z drugiej w Niemczech, Włoszech itd.), które były niezdolne do stworzenia arystokracji robotniczej, demokracja nigdy nie rozwinęła się na szeroką skalę i stosunkowo łatwo załamała się ustępując miejsca dyktaturom [252].

Robotnicy wydawali się być naturalnymi sprzymierzeńcami chłopstwa, lecz między obu wielkimi grupami społecznymi istniały też poważne różnice, bynajmniej nie sprowadzające się tylko do odmiennej pozycji społecznej (robotników najemnych wobec drobnych posiadaczy). Do wielkiej rangi narastać miały z czasem różnice interesów ekonomicznych (np. sprawa cen żywności w wojennych latach 1914-21). Jednak i to nie wszystko.

Chłopi rosyjscy żyli w setkach tysięcy małych, izolowanych wiosek, często bardzo oddalonych od miast czy choćby kolejowej stacji. Tylko w europejskiej części Rosji (bez Kaukazu) znajdowało się blisko 432 tys. wsi, z tego 45% liczących mniej niż 50 mieszkańców, a 33% mających od 50 do 200 mieszkańców [62.1, 264]. Analfabetyzm na wsi wynosił 70-80%.

Z kolei robotnicy skupieni byli głównie w wielkich miastach i wielkich zakładach. Koncentracja proletariatu w gigantach przemysłowych - przedsiębiorstwach zatrudniających ponad 1000 pracowników - przewyższała w Rosji nawet analogiczne zjawisko w USA (41,4% w Rosji wobec 17,8% w USA) [258]. Czytać i pisać umiało 64% robotników [199.14].

Różnice te wyznaczały również możliwość aktywnego działania na polu politycznym. Już pierwsza rewolucja rosyjska dowiodła, że zdecydowanie łatwiej było organizować wielkie wystąpienia robotników, paraliżujące życie głównych ośrodków imperium. Z kolei ruch chłopski był stosunkowo rozproszony, źle skoordynowany i często zdezorientowany. Podobnie miało być także w r. 1917.

(...) bez względu na to, jak wielka byłaby rola rewolucyjna chłopów, nigdy nie może być ona samodzielna ani tym bardziej kierownicza. Chłop idzie za robotnikiem lub za burżujem. Znaczy to, że "demokratyczną dyktaturę proletariatu i chłopstwa" można wyobrazić sobie tylko jako dyktaturę proletariatu prowadzącego za sobą masy chłopskie. (...)

Chłopstwo jest rozproszone na obszarze rozległego kraju, w którym węzłowe punkty stanowią miasta. Samo nie jest w stanie wyartykułować swoich interesów, ponieważ w każdej okolicy wyobraża je sobie inaczej. Więź gospodarczą między prowincjami tworzą rynek i koleje żelazne, zaś rynek i koleje żelazne są w rękach miasta. Chłopstwo, próbując wyrwać się z wąskich ram wioski i wyartykułować swoje wspólne interesy, popada nieuchronnie w zależność polityczną od miasta. Wreszcie z punktu widzenia swoich stosunków społecznych chłopstwo nie stanowi jednolitej klasy - warstwa bogatych chłopów usiłuje naturalnie skłonić je do przymierza z burżuazją w miastach; warstwy niższe na wsi ciążą natomiast ku robotnikom miejskim. W tych warunkach chłopstwo jako takie jest absolutnie niezdolne do zdobycia władzy [253].

Tak widział rolę chłopstwa w rewolucji Trocki. Gdyby jednak rewolucja rozwijać się miała wyłącznie w oparciu o przemysłowe miasta, bez przychylnej postawy wsi, to groziłaby jej bardzo szybka klęska. Groźba braku dostaw żywności do ośrodków robotniczych, podobnie jak groźba mobilizacji chłopów przez żywioły kontrrewolucyjne (jak to działo się we Francji XIX w.), oznaczała konieczność połączenia ruchu rewolucyjnego w mieście i na wsi.

Jeżeli jednak pamiętać o różnicach między obu tymi grupami społecznymi, a także o fakcie, że pracę polityczną na wsi prowadzili głównie socjaliści- rewolucjoniści, a wśród robotników bolszewicy, to nietrudno przyjdzie zrozumieć, jakie problemy wyłaniały się przed działaczami rewolucyjnymi myślącymi o zjednoczeniu proletariatu i chłopstwa we wspólnej walce.

Wyzysk i bieda, represje carskie, a wreszcie ciężar wojny światowej, wytworzyły w rosyjskich robotnikach i chłopach coś, co umownie można określić jako potencjał nienawiści. W temacie terroru rewolucyjnego czynnik "gniewu ludu" będzie miał rzecz jasna niebagatelne znaczenie. Różnice między chłopstwem a proletariatem ujawnią się jednak i w tej kwestii.

OD WOJNY ŚWIATOWEJ DO REWOLUCJI

Jeżeli nawet nie zgadzać się z tezą, że Rosja "dryfowała" w XIX w. ku rewolucji [191], to niewątpliwie stało się tak z początkiem XX w. Wydarzenia z r. 1905 ujawniły to z całą jaskrawością.

"Rewolucja lutowa" była oczywiście bezpośrednim następstwem wojny, choć bynajmniej nie zakładanym przez carat. Przeciwnie, ogłaszając mobilizację w r. 1914 władze miały nadzieję na powstrzymanie narastającej fali niezadowolenia. W pierwszej połowie r. 1914 liczba robotników biorących udział w strajkach politycznych w Rosji wynosiła blisko 1,1 mln, co skalą przypominało rewolucyjny r. 1905. W warunkach wojny początkowo rzeczywiście udało się ograniczyć zasięg protestu społecznego.

O ile jednak w r. 1915 strajkowało tylko 156 tys. robotników - to i wtedy trzeba było krwawo tłumić wystąpienia w Kostromie i Iwanowo-Wozniesieńsku. Tymczasem już w następnym r. strajkowało 310 tys., a tylko w styczniu i lutym r. 1917 aż 575 tys. robotników [62.2]. W r. 1916 zaczęły się niepokoje w Azji Środkowej. Klęski wojenne podważały prestiż władzy, a kryzys gospodarczy dotykał coraz większą część społeczeństwa.

Niepowodzenia Rosji w wojnie światowej nie były oczywiście przypadkowe. Nie dysponując dostatecznie silną gospodarką, imperium nie było w stanie wykorzystać nawet swego ogromnego potencjału demograficznego - w r. 1917 armia rosyjska liczyła 7 mln ludzi [192], podczas gdy prawie trzy razy mniej ludne Niemcy w r. 1918 dysponowały 8 mln [595]. Mimo stosunkowo ograniczonej mobilizacji żołnierze cara byli gorzej zaopatrzeni i uzbrojeni od wojsk kajzera. Podczas wojny przemysł niemiecki wyprodukował blisko 3 razy więcej karabinów, 6 razy więcej dział i 10 razy więcej karabinów maszynowych niż przemysł rosyjski [216].

Chociaż więc główne siły Rzeszy stale zaangażowane były na Zachodzie, to już od r. 1915 państwa centralne okupowały ważne gospodarczo zachodnie ziemie imperium. Straty armii rosyjskiej w wojnie przekraczały liczbę 7 mln ludzi w zabitych, zmarłych, rannych i wziętych do niewoli [216]. Rok 1916 przedstawiany jest czasem jako przykład na rzekomą siłę Rosji, lecz tylko po walkach nad jez. Narocz ubyło z szeregów ponad 200 tys. ludzi, a straty w ofensywie Brusiłowa wyniosły 0,6-1 mln! [154, 354] Dodatkowo w r. 1916 zdezerterowało 1,2 mln żołnierzy [193].

Klęska dostarcza bojowników do walki z systemem. 15 milionów ludzi zmobilizowanych w Rosji w latach 1914-1917, a raczej ci z nich, którzy przeżyli, z obrońców systemu stało się jego kontestatorami (...) [101.3].

To właśnie z szeregów armii wyjść mieli najbardziej zajadli przeciwnicy caratu, lecz oczywiście nie tylko żołnierze odczuwali ciężary wojny.

Klęski Rosji wynikały nie tylko z braków w uzbrojeniu, następowały też w dużym stopniu z powodu rażących błędów w dowodzeniu wojskami. Te z kolei brały się z faktycznego uzależnienia Rosji od jej zachodnich sprzymierzeńców. Anglia i Francja realizowały podczas wojny światowej własną politykę, niewiele dbając o interesy swego wschodniego alianta. Podczas wojny ujawniło się to jaskrawo w realizowanych na żądanie Francji ofensywach z lat 1914-16: w Prusach Wschodnich, pod Dyneburgiem i w ofensywie Brusiłowa.

Zamęt w państwie i armii powiększały nieoczekiwane decyzje carskie ("korwety" podejmowane często pod wpływem carycy i Rasputina) i chaotyczna działalność Rady Ministrów, nazywanej celnie "fik-kolegium".

Wstęp/

Jeśli przypadkiem jest się republikaninem-socjalistą, no to pije się ludzką krew, zabija małe dzieci, bija się żonę, jest się bankrutem, pijakiem, złodziejem...

George Sand [1]

DOMINUJĄCE PRZEKONANIA

Lenin i Stalin - rządzili stosując bezprzykładny terror... Tak oto krótko przedstawia politykę przywódców czerwonej Rosji W. Roszkowski. I wypada przyznać, że ta charakterystyka - chociaż wybrana dość przypadkowo [2] - dominuje obecnie w obrazie historii ZSRR. A przecież sąd tego rodzaju stanowi nadzwyczajne uproszczenie, redukujące cały mechanizm funkcjonowania reżimu bolszewickiego w latach 1917-1953 do jednego prostego czynnika: terroru stosowanego przez dwóch ludzi. Dodatkowo rozciągnięta zostaje linia ciągła między wojną domową, czasami NEP-u, okresem Wielkiej Czystki itd.

Czy uproszczenie tego rodzaju nazwać należy genialną syntezą czy też raczej wulgaryzowaniem istoty procesów historycznych? Jeżeli tym pierwszym, to być może należałoby na nowo pisać nie tylko wszelkiego rodzaju opracowania dziejów ZSRR, ale chyba także i świata, gdyż sąd o dominującym znaczeniu terroru państwowego powinien znaleźć uzasadnienie i w historii innych krajów. Naszym zdaniem niebezpieczeństwo takie rzeczywiście istnieje - mimo że sąd W. Roszkowskiego jest bardzo daleki od "genialnej syntezy". Skoro bowiem w naszym kraju triumfować może historyczna szkoła spiskowa, to czemu historycy nie mieliby zacząć lansować teorii terrorystycznej?

Jeśli chodzi o terror bolszewicki w Rosji (w tym realizowany podczas wojny domowej), to był on od dawna przedmiotem zainteresowania wielu autorów. Niestety, zainteresowania te nie zawsze owocowały rzetelnymi opracowaniami historycznymi. O ile do lat 80. rozliczne braki mogły być jednak tłumaczone ograniczonym dostępem do radzieckich źródeł, to w chwili obecnej kwestia ta znikła.

Mimo to, w historiografii panuje prawdziwy chaos, wywołany zarówno brakiem ścisłego definiowania "czerwonego terroru", jak i często bezkrytycznym korzystaniem z przestarzałych źródeł (np. emigracyjnych czy cerkiewnych), a wreszcie, co zresztą jest chyba najistotniejsze, pomijaniem całego społecznego, gospodarczego, politycznego i militarnego kontekstu zjawiska rewolucyjnej przemocy. Istnieje wielka ilość pozycji, których autorzy ograniczają się do epatowania liczbą ofiar bolszewickich represji, przemilczając lub marginalizując kwestie związane ze skutkami wojny światowej, wojny domowej, interwencji, a wreszcie z faktem istnienia terroru kontrrewolucyjnego (w tym białego).

Jeszcze gorzej, co chyba nie powinno nikogo dziwić, rzecz ma się ze społecznym odbiorem interesującego nas tematu - tu jednak upatrywać należy wielkiej, choć nie wyłącznej, winy historyków, którzy nie próbują prostować obiegowych "prawd" na temat rewolucyjnej przemocy.

Najbardziej istotną kwestią, związaną z interesującymi nas zagadnieniami, a podnoszoną dość zgodnie w dużej części historiografii, jest rzekomo decydująca rola, jaką czerwony terror odegrać miał w zwycięstwie bolszewików. Ta część historiografii, której sztandarową pozycją jest z pewnością Czarna księga komunizmu [9], charakteryzuje przemoc jako główny czynnik utrzymania się rewolucyjnej władzy w Rosji. Podobne skrajnie uproszczone opinie trafiają do wydawanych w największych nakładach pozycji [3].

Wprawdzie taka charakterystyka systemu bolszewickiego do złudzenia przypomina dawne, na szczęście już (chyba?) zapominane, interpretacje dyktatury jakobinów, jednak znaczna część historyków jak gdyby nie zdaje sobie z tego sprawy.

Jeżeli nawet niektórzy autorzy nie formułują wprost tezy o rozwiązującym wszystkie problemy terrorze, to dopuszczając jedynie najwyższe szacunki jego wielkości ("setki tysięcy zamordowanych") i nie wspominając o terrorze białych, czynią to niejako pośrednio [4].

Dość powiedzieć, że np. całkowicie fantastyczne liczby i opisy wzięte żywcem z białej propagandy okresu lat wojny domowej podawane są jako "wiarygodne" z opracowania w opracowanie. Równocześnie wielu historyków nie zna żadnej masowej zbrodni białego terroru i określa go jako "jednostkowy" lub ograniczający się tylko do "represji policyjnych" [8, 9]. Są wreszcie autorzy, starający się uchodzić za znawców interesującego nas tematu, którzy (jak R. Conquest czy S. Courtois) dla podkreślenia grozy rządów Lenina wprost negują represyjność reżimu carskiego. Ci sami historycy dopuszczają się także skrajnie swobodnego doboru i interpretacji wypowiedzi Lenina czy Trockiego.

W obecnym czasie Czarna księga komunizmu czy publikacje Pipesa stały się bibliami wielu (nie tylko polskich) autorów prac historycznych. Rzadkością są głębsze krytyki rewolucji bolszewickiej, takie np. jak praca S.W. Ustinkina [5], przy czym - ze względu na niewielki nakład - pozostają one praktycznie nieznane nawet specjalistom. Przeciętnemu czytelnikowi zgoła nieznany jest także fakt, że rozmaici wybitni historycy dziejów Rosji i świata (E.H. Carr, R. Miedwiediew, E. Hobsbawm) prezentowali zgoła inne, niż R. Pipes czy D. Wołkogonow, podejście do tematu Października, czerwonego terroru, działań Lenina itd. Nic w tym dziwnego, gdyż i szkoła dorzuca swoje pięć groszy do tworzenia tendencyjnego obrazu rewolucji: nauczyciele otrzymują dymisję za komunizm, lecz nigdy za konserwatyzm - zapisał osiemdziesiąt lat temu B. Russell [312.7]. Od tego czasu wiele się zmieniło - aby wszystko pozostało bez zmian!

Nie ma też przesady w stwierdzeniu, że ta część historiografii, która usiłuje podjąć dyskusję ze stereotypami dotyczącymi systemu bolszewickiego, jest w Polsce na różne sposoby ograniczana. Przypomnijmy tu zachowanie się nawet renomowanych wydawnictw. Oto np. biografia Chrystiana Rakowskiego, napisana przez utożsamiającego się z wartościami lewicowymi Pierre'a Broué [6] zaopatrzona została w tendencyjne przypisy i posłowie. W posłowiu pod adresem autora sformułowano opinię, że nie dotknął on kwestii "upiornego" systemu i "złej sprawy", że "zabrakło chyba odpowiedzi na te pytania. Co więcej, takie pytania nie padły w ogóle".

Gdy jednak spojrzymy do prawicowej, zawierającej nie tylko tendencyjne, lecz czasem wręcz naiwne argumenty i informacje, publikacji B. Wiliams na temat Lenina [7], stwierdzimy, że to samo wydawnictwo nie uznało za stosowne umieścić żadnych krytycznych uwag. Podejrzewamy też, że z podobną pobłażliwością recenzuje się np. biografie władców czy przywódców imperiów kolonialnych, niezależnie od tego jak bardzo "upiorne" systemy tworzyły ich działania...

Wolność jest zawsze wolnością dla inaczej myślącego - stwierdziła kiedyś Róża Luksemburg [24.1]. W naszej rzeczywistości oznacza to jednak tylko tyle, że ludzie o lewicowych poglądach rzeczywiście mogą myśleć inaczej, jednak niekoniecznie znajdą sposoby dla popularyzacji owego "innego myślenia". I jeśli już nawet książka lewicującego historyka pojawi się na rynku, to albo zginie w masie wielkonakładowej prawicowo-poprawnej literatury, albo zaopatrzona zostanie w jedynie słuszny komentarz.

Liberalna hegemonia opiera się bowiem na tym, co sama potępia - na wykluczeniu - wykluczeniu tych głosów, które kwestionują ów liberalny konsens wychwalający wolność słowa i pluralizm - jak ujął to Sławomir Sierakowski [707.1].

A przecież nie sposób twierdzić, że lewicujący czy lewicowi historycy popełniają znacznie więcej błędów i nadużyć niż ich prawicowi koledzy po piórze. Pierre Broué tak pisze na ten temat:

Nie można mnie oskarżać, że nadmiernie korzystam ze zbiorów "głupot", tak przecież łatwych do przygotowania w zachodniej twórczości historycznej. Nie możemy tu jednak darować kłamstw historyka uważanego za "wielkiego" specjalistę (...) który oskarżył już Trockiego o to, że "wymyślił obozy koncentracyjne" (...). Tak, p. Michel Heller (...) jest gwiazdą, a jego pochlebcy błaznami. Nie wymieniam ich, sami się rozpoznają [6].

Jak na razie, w opisie właściwie wszystkich aspektów rewolucji październikowej dominuje postawa hiperkrytyczna. Stąd też właściwiej byłoby określać tę część literatury historycznej po prostu jako "antykomunistyczną", nacechowaną skrajnie jednostronnym stosunkiem do reżimu bolszewickiego, a przez to bliską zwykłej politycznej propagandzie.

Efektem tendencyjnego ujmowania interesującego nas tematu przemocy (rewolucyjnej i kontrrewolucyjnej - w Rosji i na świecie lat 1917-23) jest brak głębszej wiedzy w kwestii jego genezy, zasięgu i roli w kształtowaniu oblicza reżimów państwowych. Można powiedzieć nawet więcej: znaczna część poglądów funkcjonujących na temat terroru, i to nawet w środowisku zawodowych historyków, jest tak skrajnie zdeformowana, że nie zasługuje wcale na miano "wiedzy".

HISTORYCY I HISTORIA: "DUCH CZASÓW"

Błędy towarzyszyły i towarzyszą pisaniu historii od zawsze. Skąd się biorą? Czynników jest oczywiście bardzo wiele. Jerzy Topolski tłumaczy nawet za pomocą schematu, w jaki sposób sytuacja społeczna poznającego, wyznawany przezeń system wartości, dyrektywy ogólne kierujące procesem poznawczym oraz cechy psychiczne tworzą skomplikowany splot (...), rzutujący na "efekty poznania - narrację historyczną" [17].

Dość prostym wyjaśnieniem błędów jest oczywiście brak wystarczającej wiedzy w opisywaniu danego problemu. Do tego niedostatku jednak ma odwagę przyznać się niewielu autorów. Znacznie częściej niż ze skromnością, spotykamy się z groteskową pewnością siebie, nawet przy wypisywaniu zupełnych niedorzeczności - doskonałym przykładem będzie dla nas S. Courtois piszący o carskim terrorze lat 1825-1905 [9]. W tym jednak przypadku brak wiedzy wystąpił paralelnie z wyraźnie tendencyjnym ujęciem tematu.

Inny charakterystyczny powód wypaczonego przedstawiania wydarzeń historycznych tłumaczy John H. Arnold:

Powiedzmy tylko, że "profesjonalny" nie znaczy "bezstronny", lecz przede wszystkim "opłacalny". Historycy utrzymują się obecnie ze swego zawodu, a to oznacza dostosowanie się do oczekiwań promotorów, fundacji naukowych i recenzowanych wydawnictw. Jak większość ludzi badacze poruszają się w sieci zabezpieczonych interesów [12].

Jeszcze inaczej - choć może nieco przesadnie - ujął tę kwestię Artur Schopenhauer:

(...) kto z pewnej rzeczy robi profesję, ten kocha nie tę rzecz, lecz swój zarobek (...) kto pewną rzecz wykłada, przeważnie słabo ją zna, albowiem jeśli ją studiuje gruntownie, nie pozostaje mu zazwyczaj czasu na nauczanie [13].

Nie sposób jednak nie zgodzić się z Schopenhauerem, jeśli przyjrzymy się twórczości niektórych popularnych historyków, którzy nie rzadziej niż co rok wypuszczają na rynek kolejne opasłe tomy, każąc nam wierzyć, że są to jakieś dogłębnie przygotowane opracowania, jakieś rewolucyjne "rozprawy z historią".

Jeżeli zaś idzie o pieniądze, to ta kwestia jest zwykle wstydliwie ukrywana przez autorów prac historycznych, którzy każą nam wierzyć (a może i sami wierzą), że są niczym motyle swobodnie bujające ponad przyziemną teraźniejszością.

A przecież sponsorzy i sponsorowani są ludźmi z krwi i kości. Niezależnie od tego, jak bardzo wydawnictwa nazwą się "demokratycznymi", "otwartymi", "obywatelskimi" czy "niezależnymi". Np. Instytut na rzecz Demokracji w Europie Wschodniej publikujący w Nowym Jorku w r. 1988 pozycję pt. Sowietskij Sojuz (nazwaną "wydawnictwem niezależnym"), zamieścił w niej wyłącznie artykuły o charakterze antykomunistycznym. Nie przypadkiem wymieniamy właśnie to wydawnictwo. Może być ono uważane za jeden z pierwszych szkiców dla Czarnej księgi komunizmu. Była to także międzynarodowa praca zbiorowa (A. Besancon, P. Johnson, M. Heller itd.).

Zasady oddziaływania na czytelnika frazeologią nasuwającą pozytywne skojarzenia nie zmieniły się do dziś. Np. wydana w Moskwie w r. 2002 zbiorowa praca Drama rossijskoj istorii: bolszewiki i riewolucija, opublikowana została przy wsparciu Instytutu "Otwarte Społeczeństwo" (Funduszu Sorosa). Na okładce tej pozycji umieszczono podniosły napis Międzynarodowy fundusz "Demokracja".

Fundusz Sorosa rzeczywiście zasłużył się w budowaniu nowego systemu władzy w Europie Wschodniej, lecz można powątpiewać, czy istotnie chodziło o budowę "demokracji" [153].

Historię posiadają na własność wyedukowane klasy. Są one kustoszami historii. To ci, którzy są na uczelniach i w obrębie całego systemu konstruowania, kształtowania i prezentowania nam przeszłości takiej, jaką chcą, abyśmy ją widzieli. To grupy ściśle związane z władzą. Posiadają wiele przywilejów i mają dostęp do rządzących. Dzielą interesy klasowe z tymi, którzy kontrolują i faktycznie posiadają na własność gospodarkę. Są kulturalnymi komisarzami bardzo szerokiego systemu dominacji i kontroli [609].

Tak N. Chomsky pisał dwadzieścia lat temu. I rzeczywiście, bardzo wiele mówi o sposobie pisania historii także fakt, że znaczna część prominentnych historyków pozostaje w ścisłym związku z rządzącymi politykami. To właśnie ci "nadworni historycy" otrzymują od prezydentów odznaczenia, honorowe tytuły, a nawet wprost zajmują się polityką, pełniąc role doradców, startując z list wielkich partii i zasiadając w ławach parlamentarnych.

Inni, nie dopuszczeni do pierwszego szeregu służby, czuwają w drugiej linii, zadawalając się choćby pisaniem poprawnych politycznie komentarzy. Nie jest ich mało, lecz zacytujemy tu ponownie P. Broué: Nie wymieniam ich, sami się rozpoznają.

Ci, dla których cały projekt rewolucyjnego wyzwolenia ludzkości od wyzysku i alienacji jest tylko absurdalną fantazją, nie mają kwalifikacji do pisania o komunizmie, podobnie jak ci, dla których pojęcie nadprzyrodzonego zbawienia ludzkości od grzechu jest tylko przestarzałym poglądem, nie mają kwalifikacji do pisania historii Kościoła [707.2].

Z sądem Alasdaira MacIntyre'a korespondują wnioski Edwarda H. Carra:

Większość tego, co napisano w ciągu ostatnich dziesięciu lat w anglojęzycznych krajach na temat Związku Radzieckiego i w Związku Radzieckim na temat krajów anglojęzycznych, skorodowana jest niezdolnością do osiągnięcia nawet najbardziej elementarnego poziomu obrazowego rozumienia tego, co zachodzi w umysłach drugiej strony, przez co słowa i czyny tych drugich zawsze zdają się złośliwe, bezsensowne lub wręcz nasycone hipokryzją. Historii nie można pisać, jeśli badacz nie osiągnie pewnego rodzaju kontaktu z umysłami tych, o których pisać zamierza [15.1].

Cóż można dodać? Zimna wojna dawno się zakończyła, nie ma już nawet Związku Radzieckiego, a wielka część historiografii "wolnego świata" nacechowana jest ciągle "niezdolnością" do zrozumienia genezy i charakteru bolszewizmu. O ZSRR piszą ludzie z trudem ukrywający nawet nie niechęć, a wprost nienawiść do Października i wszystkich jego konsekwencji.

Zniekształcenia i błędy historiografii są ściśle związane z intelektualną atmosferą każdej epoki. Istnieje oczywiście także sprzężenie zwrotne: historyk zanurzony w charakterystycznym dla swej epoki "duchu czasów", równocześnie "twórczo" wzbogaca owego ducha. Jednak tak naprawdę to wcale nie historycy decydują o sposobie pisania historii.

Od zarania dziejów wszystkie nowe spojrzenia na historię następowały po wielkich zwrotach politycznych. Każdy oczywiście zgodzi się, że to nie historycy nakazali wymazać imię królowej Hatszepsut i wychwalać Totmesa III - i że to nie oni decydowali o kształcie historiografii w III Rzeszy. Lecz nie chodzi tu tylko o rozkaz faraona czy dyktatora, decyzję parlamentu czy jakiegoś Instytutu Potęgi Narodowej.

To całokształt przemian polityczno-społecznych zmieniał zarówno sposób pisania, jak i atmosferę intelektualną wokół historiografii, wyznaczając historii nowe zadania i określając jej miejsce w nowym świecie. Pojedyncze wyjątki, historycy piszący wbrew owemu "duchowi czasów", potwierdzają tylko tę regułę.

Tak jak historia jest nieodłączną częścią kultury, tak kultura nigdy nie jest oderwana od społecznej rzeczywistości. Jeśli więc boski plan zbawienia świata wytyczał drogi dla historiografii w średniowieczu, to projekt neoliberalnej cywilizacji Zachodu wytyczać ma jedyną słuszną drogę dla historiografii współczesnej. Żeby więc zrozumieć historiografię przełomu XX i XXI w. trzeba najpierw zrozumieć współczesną atmosferę intelektualną.

Ma ona swoje źródła w przemianach społecznych, gospodarczych i politycznych zachodzących od lat 70. Były to złożone przemiany, jednak i na Zachodzie i na Wschodzie można znaleźć w nich wspólny element: wyraźne spowolnienie wzrostu gospodarczego, zwiastujące upadek keynesizmu i gospodarki "centralnie sterowanej". Tym samym potężny cios otrzymała także idea sprawiedliwości społecznej, utożsamiana - niekoniecznie właściwie - z "państwem opiekuńczym" na Zachodzie i systemem "realnego socjalizmu" na Wschodzie.

Carr słusznie dostrzegał, że pesymizm w zachodniej historiografii (widoczny po r. 1917, a szczególnie po 1945) miał swoje korzenie w zburzeniu zasad starych imperiów - w rozwoju praw socjalnych, odrzuceniu dawnej hierarchii społecznej, a w sferze międzynarodowej m.in. w dekolonizacji i ekspansji "komunizmu" [15.2].

Z kolei nowy optymizm narodził się nagle w latach 1989-91, po ogromnym wzmocnieniu pozycji nawróconego na neoliberalizm Zachodu; wzmocnieniu, które dokonało się zarówno w sferze idei, jak gospodarki i polityki.

Tym samym do dawnej "niezdolności" zrozumienia dziejów ZSRR doszedł w latach 90. swoisty triumfalizm, wynikający z odczytywania historii XX w. jako zwycięskiego konfliktu "demokracji" z "totalitaryzmem" (utożsamianym także z "komunizmem"), w którym to konflikcie większa część historyków skłonna jest do identyfikowania się z wartościami "demokracji". Potężna część historiografii końca XX w. nacechowana została naiwnym optymizmem "końca historii" - który to koniec, nawiasem mówiąc, ogłoszono zresztą już nie pierwszy raz.

Jak się wydaje, gwałtowny upadek "imperium zła" nadał owemu nowemu optymizmowi cechę bardzo szczególną. Zmiany były tak szybkie, że nie można ich było analizować z zachowaniem odpowiedniego dystansu. To otwarło z kolei pole dla ekspansji zarówno starych idei, często niemal wyciągniętych z lamusa, jak i idei nowych - choć będących często tylko zmodernizowanymi wersjami starych (tak politycznych i ekonomicznych, jak i historycznych). Uwierzono więc w neoliberalną globalizację, mającą przyspieszać rozwój gospodarczy świata i likwidować dysproporcje; uwierzono w koniec "walki klas", a nawet w koniec istnienia samych klas społecznych; uwierzono w początek "zgody narodów", którą naruszają tylko ostatni dyktatorzy "osi zła" (dość zresztą miniaturowej w swej skali). Ba, uwierzono nawet, że nie istnieje społeczeństwo! Nie ma społeczeństwa, są tylko jednostki stwierdziła przecież Margaret Thatcher [601.10].

Gwałtowność przemian politycznych odpowiadała gwałtowności ocen tych przemian. Upadek "imperium zła" nasuwał nawet koncept o jakimś "sądzie bożym", dokonanym nad "komunizmem", choć tak naprawdę nic takiego nie dokonało się w r. 1989 czy 1991, tak jak nie dokonało się tysiące lat temu nad Starym Państwem egipskim czy państwami Majów.

To właśnie o tzw. "końcu ery" i "końcu socjalizmu" Sheila Fitzparick napisała: Różne apokalipsy zlewają się w jedną, w szczególności w świadomości ludzi, którzy je właśnie przeżyli, a apokaliptyczny nastrój łatwo prowadzi do nadmiernych uogólnień [21].

Z "apokaliptycznym nastrojem" szły w parze poglądy niemal manichejskie: oto socjalizm miał stworzyć świat absolutnego zła, a kapitalizm świat absolutnego dobra. Przesada? Oto np. Reinhard Mussik - w swojej aspirującej do naukowości książce - z całą powagą obliczył, że między 23 stycznia 1918 r. (dekret o oddzieleniu Cerkwi od państwa) a 23 sierpnia 1991 r. (likwidacja KPZR) minęło zapowiedziane przez Nostradamusa 73 lata i 7 miesięcy panowania nędznej córy Nowego Babilonu [618].

Cóż więc dziwnego, że w takiej właśnie atmosferze popularność zdobyli historycy wypowiadający skrajnie uproszczone sądy? Niewielu ludzi, nawet z szeregów intelektualistów, odważyło się wtedy głośno zaprzeczać "końcowi historii".

(...) chociaż niektórzy historycy pragnęliby naśladować metafizycznych spekulantów wieszczących "Koniec Historii" - to przyszłość jednak istnieje. (...) Dziennikarze i eseiści, którzy doszukiwali się "Końca Historii" w upadku imperium sowieckiego, byli w błędzie [601].

Tak pisał już u progu lat 90. Eric Hobsbawm. Lecz w r. 1991 tego rodzaju głosy były głosami wołających na puszczy.

Wprawdzie wydarzenia przełomu XX i XXI w. wylały na zwolenników "końca historii" wiele kubłów zimnej wody, ale do dziś nie zdołały ich otrzeźwić. Wielu jest takich, co "mają oczy, a nie widzą" ciągle rosnących dysproporcji, sprzeczności i konfliktów we współczesnym świecie. Ekspansja niosącej te zjawiska cywilizacji atlantyckiej, rzekomo uniwersalnej, ciągle uchodzić ma za szczyt rozwoju ludzkości. Gwałtowną reakcję wywołuje też każda jej krytyka. Postrzegana jest bowiem jako zamach na "demokrację", "wolność", "dobrobyt" - lecz tak naprawdę na dobre samopoczucie tych, którzy w r. 1989 stanęli po stronie "prawdy". Zdumiewająco liczni ludzie ciągle chcą np. wierzyć, że dzisiejsze wyprawy Zachodu do Afganistanu i Iraku różnią się w jakiś zasadniczy sposób od kolonialnych wypraw przeciwko mahdystowskiemu Sudanowi czy republice Rif.

Wszystko to odnosi się także do licznych historyków przełomu XX i XXI w. Nie potrafią oni stanąć ponad społeczeństwem, którego są częścią. W pewnym sensie są to oczywiście postawy zrozumiałe. R. Collingwood pisał:

Święty Augustyn spoglądał na historię okiem wczesnego chrześcijanina, Tilla­mont XVII-wiecznego Francuza, Gibbon XVIII-wiecznego Anglika, Mommsen XIX-wiecznego Niemca. Nie ma sensu pytać, które spojrzenie jest właściwe. Każde stanowi jedyne możliwe dla człowieka, który je przyjął [15.4].

Zrozumienie tej postawy nie oznacza jednak, że musimy się z nią zgadzać, gdyż taki właśnie sposób pisania historii nie daje najmniejszej gwarancji, że obraz wydarzeń z r. 1917 czy 1923 będzie przedstawiony w sposób obiektywny.

Lecz na tym także nie można zamknąć listy przyczyn zniekształcania historii. Jak się wydaje, swój wkład w kryzys historii miał także i postmodernizm (ale nie chodzi tu nawet o charakterystyczną dla postmodernizmu zasadę "wielu prawd").

Ponowoczesna teoria socjologiczna odrzuca teorię racjonalności; wiąże się raczej z koncepcją nieracjonalności, a nawet irracjonalności. Oznacza to, że ponowocześni socjologowie odrzucają wyważony, racjonalny styl akademickich dyskusji. Celem autora często bywa raczej zaszokowanie i zaskoczenie czytelnika niż przekonanie go za pomocą logicznych przemyślanych argumentów [19].

Zamieszczenie tego cytatu wydaje się nam uzasadnione nie tylko z powodu, że np. terror jest również zjawiskiem społecznym, a sam historyk powinien być choć trochę socjologiem; lecz także dlatego, że wiele historycznych publikacji urasta do rangi wielkich, rozreklamowanych, przedsięwzięć rynkowych (np. publikacja Czarnej księgi komunizmu). Autorzy tego rodzaju pozycji starają się przyciągnąć czytelnika zaszokowaniem i zaskoczeniem - najlepiej zaś setkami tysięcy trupów, pomijając mało atrakcyjne, akademickie, metody dyskusji.

Metoda ta stosowana jest do dzisiaj. Cóż bowiem innego robi np. jeden z współautorów Czarnej księgi..., gdy publikuje historię stanu wojennego pod prowokacyjnym - i groteskowym - tytułem Wojny polsko-jaruzelskiej? Czyżby wierzył, że tytuł ten oddaje treść wydarzeń z lat 1981-83? Czy też raczej chce nas "zaszokować i zaskoczyć"?

Wreszcie ostatnia już istotna dla nas kwestia, ściśle związana z praktycznie absolutną intelektualną hegemonią neoliberalizmu. Susan George zwraca uwagę na to, że tworzeniu się owej hegemonii pomagał planowy i systematyczny proces fabrykowania ideologii przez konserwatywną prawicę: Obecnie nam panująca doktryna ekonomiczna (...) nie spadła z nieba. Była ona raczej starannie hodowana przez całe dekady w ramach refleksji, działań i propagandy; "kupiona i zapłacona" przez ściśle ze sobą powiązane towarzystwo [603].

Wpływowe intelektualne instytucje i "think tanki" rozrastały się przy otwartym poparciu konserwatywnych polityków. Prezydent Reagan osobiście prowadził akcję zbierania takich funduszy, stwierdzając, że idee posiadają swoje następstwa: retoryka to polityka, a słowa to działanie. Nic więc dziwnego, że Między 1990 a 1993 r. cztery magazyny należące do czołówki pism neoliberalnych (...) z różnych źródeł otrzymały 27 mln dolarów. Dla porównania: jedyne cztery istniejące postępowe amerykańskie pisma ogólnokrajowe (...), razem wzięte, otrzymały w tym samym czasie zaledwie 269 tys. dolarów z tytułu "dobroczynnych" wpłat [603].

Wydarzenia nie tylko dawnych, ale i ostatnich czasów dowiodły znakomicie, że można po prostu kupić intelektualną atmosferę popierającą najbardziej reakcyjną politykę. W owej intelektualnej atmosferze znalazło się również miejsce dla historii. Nie pomylimy się zapewne stwierdzając, że podane przez Susan George proporcje datacji dla opiniotwórczych pism prawicy i lewicy w USA (100 : 1), w naszym kraju odpowiadają stosunkowi wielkości nakładów finansowych na publikację książek pipesów i wołkogonowów do wielkości kosztów nakładu osamotnionej - i nieomal ocenzurowanej - książki P. Broué.

O tych wszystkich kwestiach należy pamiętać, jeśli chce się pojąć fenomen popularności książek R. Pipesa czy Czarnej księgi komunizmu, najbardziej charakterystycznych pozycji owej konserwatywnej krucjaty - podjętej u schyłku XX w. przeciw wszystkiemu, co kojarzone było z rewolucją - jak nazywają ów trend w historiografii M. Haynes i R. Husan [11].

Bądźmy jednak optymistami i miejmy nadzieję, że prędzej czy później konserwatywna krucjata utraci monopol na opisywanie historii rewolucji rosyjskiej. Walki o prawdę, czyli zgodną z rzeczywistością rekonstrukcję przeszłości historyk wyrzec się nie może [17].

MARKSIZM W HISTORII. JAK PISAĆ O "CZERWONYM TERRORZE"?

Od końca lat 80. pojawiła się szczególna niechęć wobec Marksa i "determinizmu" w historii. Niechęć ta zresztą wcale nie miała swych źródeł w ujawnieniu jakichś szczególnych błędów w marksistowskiej metodzie badania praw rozwoju społeczeństw. Upaść mógł bowiem ZSRR, lecz nic podobnego nie spotkało Kapitału czy 18 brumaire'a...

Co więcej, to właśnie marksistowski model historii jako "walki klas" pozwalałby np. doskonale tłumaczyć załamanie się "komunizmu" w Europie wschodniej, gdzie robotnicy wystąpili przeciw biurokracji partyjno-państwowej, pełniącej w "socjalistycznym" społeczeństwie funkcję burżuazji (tak jak stało się w Polsce w r. 1956, 1970, 1976 i 1980).

Źródłem niechęci do marksizmu stała się przede wszystkim postawa tzw. poprawności politycznej, zakładająca unikanie wszystkiego, co mogłoby być kojarzone z "wyrzuconym na śmietnik historii" ustrojem "komunistycznym". Marks, historyk, którego metod bronił nie tylko E.H. Carr [15.14], ma więc teraz bardzo złą opinię u bardzo wielu autorów. Ilu z historyków obecnie, jak kiedyś F. Braudel, ośmieli się napisać:

Geniusz Marksa, tajemnica jego ciągłej siły tkwi w tym, że on pierwszy skonstruował prawdziwe modele społeczne, i to na podstawie długiego trwania historycznego (...) Jakąż bowiem dziecinadą jest wzgarda okazywana Karolowi Marksowi w tym idealistycznym rozpasaniu, które niemal z reguły przynoszą ze sobą badania nad cywilizacjami [28].

Obecnie jest wręcz przeciwnie. Szczególnie zaś w Europie Wschodniej, w tym w Rosji, gdzie jeszcze kilkanaście lat temu Karol Marks był prawie bóstwem. Według G. Wodołazowa: Dzisiaj marksizm wyparty został na margines narodowej kultury. Mówić o nim w dyskusjach naukowych, włączać do systemu obiegu naukowego jest przyjmowane jako coś niewspółczesnego, a nawet odrobinę nieprzyzwoitego. Dzieje się to tym łatwiej, iż ton dyskusji zdominowała ideologiczna grupa na czele z A.N. Jakowlewem, która marksizm traktuje jako przestępstwo, społeczny rasizm wraz ze wszy­st­ki­mi wynikającymi zeń skutkami [54]. Sam Jakowlew dokonał szczególnie głębokiej analizy Marksa, nazywając go po prostu obrońcą leniuchów [323]. Nie koniec na tym. Posłużmy się tutaj konkretnym przykładem, ściśle zresztą związanym z tematem naszej pracy.

Dogmatyczne wnioski, głębokie wewnętrzne sprzeczności, pseudonaukowe koncepcje - oto opinie z krótkiej notki poświęconej Marksowi w przypisach do jednego z wydawnictw dotyczących czerwonego terroru [18]. Pozycję tę przygotowali doktorzy J. G. Felsztyński i G.I. Czerniawski.

Ci "nowi" rosyjscy historycy przywykli przemawiać ze zdumiewającą pewnością siebie. Spójrzmy np. w jaki sposób Felsztyński podejmuje "naukową" dyskusję ze "starym" historykiem A.I. Ziewieliewem. Felsztyński nazywa Ziewieliwa wrogiem ideologicznym i odmawia mu moralnego prawa do krytyki - gdyż, jak twierdzi, w całej historiografii pisanej w ZSRR nie było ani słowa prawdy, lecz wyłącznie kłamstwo. Następnie oświadcza: Nigdy nie dopuścimy do powrotu do władzy komunistów i do pod­po­rząd­kowania historiografii partyjnym interesom wąskiego kręgu osób. (...) W tym świecie panujemy my [683]. To ostatnie zdanie wystarczy chyba za cały komentarz.

W zajadłości i bezkompromisowości ocen, jakie dają "starej" historii nowi władcy świata, ujawnia się jednak potężna różnica między nimi a Marksem.

Marks, choć nie krył swej nienawiści do burżuazji, skłonny był uznać nie tylko jej ogromną rolę w modernizacji świata (cuda większe niż piramidy egipskie), ale nawet dostrzec heroiczne okresy jej walki. Lecz czy owi, groteskowo pozujący na "obiektywnych" i neutralnych, rzekomo nie służący "interesom wąskiego kręgu osób", pogromcy Marksa i marksizmu dostrzegają "heroizm" rewolucji rosyjskiej lub modernizacyjną próbę podjętą przez partyjno-państwową biurokrację ZSRR? O nie - tak jak Marks jest dla nich zaledwie "pseudonaukowcem", tak i historia ZSRR ma bardzo prostą ocenę - to najwyżej "stracone dekady".

Czy taka właśnie postawa jest postawą właściwą dla historyka? I czemu właściwie ma służyć? Pytanie o tę właśnie kwestię stawia N. A. Simonija:

(...) Nie dziwi mnie, że na Zachodzie liczni (chociaż przecież wcale nie wszyscy) uparcie nie chcą dostrzec tej przepaści, jaka oddziela główne idee i dotyczące rozwoju społecznego prace Marksa, Engelsa i nawet Lenina od tego, co Stalin i jego pomocnicy podawali za marksizm. Ale jest dla mnie niezrozumiałe, po co nam, poważnym uczonym, jest to potrzebne? Dlaczego my, naśladując polityków, powinniśmy wkraczać na wątpliwą drogę radykalnego nihilizmu? [16]

Formułując swoje pytanie N. A. Simonija zdradza jednak albo pewną naiwność w postrzeganiu miejsca historyka we współczesności, albo też (co zresztą uważamy za bardziej prawdopodobne) zadaje je w sposób prowokacyjny. Dlaczego bowiem marksizm stał się - i to szczególnie we wschodniej Europie - przedmiotem prymitywnych i wulgarnych ataków, a historia ZSRR przedmiotem skrajnych uproszczeń?

Najlepszą odpowiedź stanowi tu obserwacja Erica Hobsbawna:

(...) teraźniejszość i - przypuszczalnie przyszłość - krajów postkomunistycznych naznaczona jest i będzie specyficznymi cechami kontrrewolucji, która zastąpiła rewolucję [601.7].

To, co Jarosław Kilias pisze o "polityce historycznej" współczesnych władz Polski, jest bowiem oczywiście typowe dla bardzo wielu państw świata, a zwłaszcza dla tzw. krajów postkomunistycznych:

"Polityka historyczna" jest (...) na wskroś polityczna, przy czym chodzi tu o politykę w Schmittowskim sensie tego słowa, jako walkę absolutnych przeciwieństw, stanowiących strony opozycji: przyjaciel - wróg. Mówiąc metaforycznie, stanowi więc polityczną broń masowego rażenia [613].

I nic w tym dziwnego, bowiem Kto opanuje przeszłość, opanuje przyszłość. Kto opanuje teraźniejszość, opanuje przeszłość. Wielu ludzi zwykło przytakiwać słuszności tego sądu Orwella w odniesieniu do niedawnej historii Europy Wschodniej. A przecież i teraz trwa walka o opanowanie przyszłości poprzez opanowanie przeszłości.

(...) choć proceder fałszowania dokumentów był swoisty dla komunizmu, nie ma nic osobliwego w rekonstruowaniu historii jako takim i nawet pod rządami najbardziej liberalnych reżimów [613].

Retoryka nowej władzy uzbrajana bywa zatem zarówno w ekonomiczne, jak i historyczne "prawdy". Szczególnie zaś cenne są te wy­mierzone w zaprzysięgłych wrogów kapitalizmu. Z nazwisk są to niejacy Marks, Engels, Lenin, Trocki...

W badaniu historii nie można działać bez jakiejkolwiek wizji dziejów. Jeżeli odrzuca się Marksa, jego miejsce musi zająć inny filozof - najlepiej zaś wrogi marksizmowi. Stąd np. zafascynowanie Popperem i jego walką z "historycyzmem"... Na szczęście nikt nie nakazuje nam niewolniczo podążać za modą pisania jakichś chaotycznych wizji historii, w której los ślepo rzuca kośćmi... Zgadzamy się bowiem w całej rozciągłości z sądem E.H. Carra, że Twierdzenie profesora Poppera, że "w sprawach ludzkich wszystko jest możliwe", jest albo bez znaczenia, albo po prostu fałszywe. Nikt na co dzień w coś takiego nie wierzy albo nie jest w stanie wierzyć. Aksjomat, że wszystko ma swoją przyczynę, stanowi warunek naszej zdolności do rozumienia, co się wokół nas dzieje [15.14].

Czy wracając do Marksa, jako przewodnika w pisaniu historii, staniemy się ostatnimi mamutami na świecie? Tak pisze na ten temat John Arnold:

Praktycznie biorąc, wszyscy piszący dziś historycy są marksistami (...) Nie znaczy to, że wszyscy mają poglądy lewicowe (skądże znowu) albo że poczuwają się do tego dziedzictwa czy choćby je u siebie rozpoznają. Jeden kluczowy element myśli Marksa został jednak tak silnie przyswojony przez poglądy badaczy, że w zasadzie nikt go już nie kwestionuje (...) Jak to napisał Marks: "Ludzie sami tworzą swoją historię, ale nie tworzą jej dowolnie, nie w wybranych przez siebie okolicznościach, lecz w takich jakie już zastali, w okolicznościach danych i przekazanych" [12].

O tym samym "kluczowym elemencie" pisał zresztą już czterdzieści lat temu A. Schaff: ta podstawowa teza materialistycznego pojmowania dziejów (...) dziś na tyle weszła w krew współczesnej nauki o społeczeństwie, że przestaje być czymś specyficznym dla teorii marksistowskiej. Jest to chyba największa "kariera" teorii naukowej [14].

Jakie stąd wnioski? Pisząc o bolszewizmie i o czerwonym terrorze, przyjdzie nam odnieść się do owych "okoliczności danych", do genezy rewolucji i bolszewickiej dyktatury, w dużym stopniu determinujących cały kształt interesujących nas zjawisk. Przedstawienie dowolnego zjawiska historycznego, przy pominięciu jego kontekstu, prowadzi do zniekształcania i wypaczania rozumienia owego zjawiska. Także rewolucyjny terror nie był tworzony w sposób dowolny czy autonomiczny, oderwany od innych obszarów rzeczywistości historycznej.

Czerwony terror jest składnikiem szerszego zjawiska, uzależnionym i pokrewnym wielu innym nurtom tego historycznego fenomenu, jakim była rewolucja i wojna domowa w Rosji. Co więcej, stosowana przez bolszewików przemoc w jakimś stopniu jest także lustrem rewolucji - odzwierciedlając kryzysowe zjawiska z ogromnej ilości zagadnień politycznych, gospodarczych czy wojskowych. Mówiąc więc o terrorze rewolucyjnym, nie sposób nie omawiać - choćby krótko - wszystkich tych kwestii.

Jedną z istotnych spraw jest oczywiście paralelny do terroru rewolucyjnego (i jak najbardziej realny - wbrew sądom niektórych autorów) terror kontrrewolucyjny. Jednak ograniczenie się do równoległego przedstawienia zagadnień białego terroru po prostu nie wystarczy. Oba te zjawiska, a więc biały i czerwony terror, nie będą zrozumiałe, jeśli nie zaznajomimy się, choćby w stopniu elementarnym, z innymi problemami: z kwestią poparcia społecznego, przebiegu działań wojennych, sytuacją międzynarodową czy gospodarczą.

Terror może być bowiem metodą kompensowania słabości strategicznej (wynikającej z pozycji na froncie i z sytuacji międzynarodowej) czy próbą odsuwania na drugi plan problemów społeczno-gospodarczych. Zatem i czynników bolszewickiego zwycięstwa (a równocześnie i przyczyn klęski białych) w wojnie domowej szukać trzeba także poza terrorem: w poparciu mas, w organizacji aparatu władzy, w zwycięstwach na froncie, w ofensywie propagandowej, w polityce społeczno-gospodarczej i narodowościowej, a także w zagadnieniach związanych ze "światową rewolucją". I wszystkie te czynniki poddać należy choćby krótkiej analizie, aby uzyskać właściwy obraz interesujących nas zagadnień. Brak uwzględnienia owego szerokiego kontekstu politycznego, gospodarczego i społecznego może dać naprawdę groteskowe efekty.

Terror był realną częścią rzeczywistości rewolucyjnej Rosji (i wielu innych krajów), ale równie realne i złowrogie były inne zjawiska - wojna, głód, epidemie, wyniszczająca praca... Przemoc nie była więc osadzona w próżni, a jej groza często nie dorównywała innym strachom.

Uwzględnienie przyczyn i kontekstu czerwonego terroru jest tym istotniejsze, że spór o jego zasięg i znaczenie jest w dużym stopniu sporem o samą rewolucję. Trudno bowiem nie dostrzec, że dość powszechne nadawanie "rewolucji październikowej" wymiaru zaledwie przewrotu wojskowego, łatwo prowadzić może do wniosków o szczególnej roli przemocy w polityce czerwonych władz. Dlatego też w naszej pracy poświęcimy sporo miejsca kwestiom Października i realnemu zasięgowi społecznego poparcia dla bolszewików.

Z kolei w rozważaniach nad rewolucyjnym i kontrrewolucyjnym terrorem lat 1917-21 (rozdziały V i VI), odpowiedzieć trzeba będzie na kilka pytań, a mianowicie: z jakich przyczyn stosowano przemoc, jakie były jej rozmiary i czy była ona główną przyczyną sukcesów walczących stron?

W naszej pracy znaczny nacisk położymy na liczby, choć oczywiście zdajemy sobie sprawę z faktu, że statystyki nie zawsze oddają właściwy wymiar opisywanych zjawisk. Jednak z drugiej strony to właśnie prawicowa historiografia uprawia ze szczególnym upodobaniem żonglerkę fantastycznymi wielkościami ofiar czerwonego terroru. Poza tym liczby, chyba co najmniej równie dobrze jak komentarze, opisują konkretne fakty.

Historia nie robi nic, "nie posiada żadnego olbrzymiego bogactwa", "nie stacza żadnych walk"! To nie "historia", lecz właśnie człowiek, rzeczywisty, żywy człowiek - on robi to wszystko, on wszystko posiada, on stacza wszystkie walki (...) [14, 15.3].

Ten cytat z Marksa wiążemy z kwestią wolności wyboru i co za tym idzie także odpowiedzialności moralnej za podjęte działania. Jest to naszym zdaniem sprawa bardzo istotna, jeżeli z jednej strony proces historyczny ma charakter obiektywny, lecz z drugiej strony to właśnie jednostka tworzy historię. Bez wolności wyboru bowiem, jak zauważył to A. Schaff, leży w gruzach nie tylko teoria odpowiedzialności moralnej, lecz widmo bankructwa zagraża i zdrowemu rozsądkowi [14]. Uznając wolność wyboru, a nie jakieś skrajne zdeterminowanie działań walczących stron przez "proces historyczny", będziemy musieli odpowiedzieć na pytanie o moralną ocenę represyjnej polityki czerwonej i białej władzy.

Jak zauważył E.H. Carr, historyk nie powinien być sędzią skazującym na wieszanie [15.13]. Jednakże - jak z kolei pisze Eric Hobsbawm - Nikt, kto żył w tym wyjątkowym stuleciu nie może powstrzymać się od sądów [601]. I my też nie wstrzymamy się przed nimi.

W naszej pracy - dla uniknięcia efektu samospełniającej się przepowiedni - wskazane będzie przedstawienie argumentów obu stron konfliktu (a więc inaczej niż czynią to np. autorzy Czarnej księgi komunizmu). Tym samym dążyć chcemy do wyjaśnienia problemów spornych i "niewygodnych", a więc zarówno tych pomijanych przez apologetów Października, jak i przez jego krytyków. Pozwalamy sobie żywić nadzieję, że wykorzystana przez nas literatura okaże się na tyle różnorodna, że pozwoli na zobiektywizowanie przynajmniej części ocen.

Opierać będziemy się zarówno na starszych, jak i nowych opracowaniach dotyczących interesujących nas problemów. W ich liczbie znajdą się także liczne pozycje wydane pod "komunistyczną" cenzurą. Naszym zdaniem, nie sposób pominąć tej części historiografii, niezależnie od tego, jak bardzo lekceważą ją rozmaici felsztyńscy. W świetle licznych fałszerstw (mających głównie charakter braków i przemilczeń) dokonywanych przez historiografię ZSRR, przekonanie o jej niskiej wartości wydaje się nawet zrozumiałe. Lecz owe zafałszowania nie oznaczają, że należy a priori odrzucać wszystkie ustalenia radzieckich autorów. Taka postawa świadczy o lenistwie umysłowym tych z historyków, którzy wolą nie podejmować dyskusji o niewygodnych problemach. Przekonanie o totalnym zakłamaniu "komunistycznej propagandy" (np. opisującej zbrodnie kontrrewolucyjnego terroru), wydaje się być po prostu często lustrzanym odbiciem dawnego przekonania o zakłamaniu "kapitalistycznej propagandy". Korzystanie z tych prac - oczywiście z właściwą ostrożnością - nabiera zresztą sensu wobec jednoznacznego potwierdzenia się wielkiej części "komunistycznej propagandy" (spiski rządów Ententy wobec czerwonej Rosji, zbrodnie kontrrewolucji w Finlandii czy na ukraińskich Żydach). Także obecne ustalenia historyków rosyjskich (np. O. Mozochin), wskazują na dużą wiarygodność bardzo wielu danych publikowanych w ZSRR.

Z całą odpowiedzialnością stwierdzamy też, że duża część "niekomunistycznej" literatury dotyczącej zagadnień rewolucyjnego terroru jest w równym stopniu zafałszowana i pełna przemilczeń, jak pozycje wydawane w najczarniejszych czasach stalinizmu. Lecz w przeciwieństwie do zapomnianych już kłamstw historyków radzieckich, kłamstwa (lub "tylko" zniekształcenia) historyków "wolnego świata" ciągle funkcjonują w literaturze historycznej i powszechnej świadomości. Dlatego też wskazanie błędów w tych właśnie pozycjach będzie istotnym celem naszej pracy. Natomiast "bezkompromisowe" demaskowanie kłamstw dawno pogrzebanego ustroju nie stanowi dla nas szczególnego wyzwania. To nie Krótki kurs historii WKP(b) czytają obecnie studenci...

W naszej pracy będziemy starać się unikać formułowania wniosków i ocen dotyczących Rosji lat 1917-23 na zasadzie prawd oczywistych:

Powszechność jakiegoś poglądu nie jest, poważnie mówiąc, żadnym dowodem, nie daje nawet prawdopodobieństwa słuszności (...) Jakiś fakt, który można znaleźć u stu pisarzy historycznych, zanim się nie dowiedzie, że wszyscy odpisywali jeden od drugiego, tak że w końcu wszystko sprowadza się do jednej jedynej wypowiedzi [13].

Zbyt często także spotykamy się z pojęciami-kluczami, mającymi mieć uniwersalny charakter, a stosowanymi nie tylko przez masmedia, lecz także przez zawodowych historyków ("czerwony terror", "przewrót październikowy" czy wreszcie "komunizm"). W naszej pracy podejmiemy więc szersze rozważania nad owymi terminami.

Unikać będziemy przesady językowej. Dla zbyt wielu autorów prac historycznych przymiotniki zastępują bowiem fakty. Np. funkcjonujące powszechnie wyrażenia w rodzaju bezprzykładnego terroru, sugerowałyby, że rewolucyjna Rosja była szczególnym wyjątkiem w jakimś fantastycznym świecie miłych i przyjemnych demokracji, których represyjność ograniczała się do grożenia palcem niegrzecznym dzieciaczkom. Jednak przynajmniej historycy powinni zdawać sobie sprawę z tego, że na świecie, czy to latach 1917-23, czy nawet i dzisiaj, grozi się nie tylko palcami.

Celem naszej pracy jest także podjęcie polemiki z współczesną atmosferą intelektualną. Stąd też wiele razy przytaczać będziemy absurdalne sądy tych historyków, którzy najwyraźniej nie czują się odpowiedzialni za to, co piszą, ani przed czytelnikami, ani przed wymogiem pisania zgodnej z rzeczywistością rekonstrukcji przeszłości.

W gruncie rzeczy historyk zawsze uzyska fakt, którego potrzebuje, pisał z sarkazmem Carr [15.7]. Wiele razy przyjdzie nam więc wskazywać, że "fakty" Courtois'a czy Pipesa bynajmniej nie są jedynymi faktami, które można czytelnikowi przedstawić.

Owa polemika z "faktami" i "prawdami oczywistymi" głoszonymi przez rozmaite "święte krowy" historiografii wywarła duży wpływ na kształt tej książki. Np. wprowadzenie do niej rozdziałów dotyczących terroru carskiego i stalinowskiego zostało w dużym stopniu sprowokowane zabiegami dokonywanymi w Czarnej księdze... (i podobnych pozycjach), a mianowicie "porównywaniem" tych zjawisk do rewolucyjnego terroru lat 1917-23.

Na zakończenie czas na kilka słów o słabościach naszej pracy. Zdajemy sobie sprawę z faktu, że nasza praca ma raczej charakter popularnonaukowy i daje nie tyle ostateczne wyjaśnienia, ile wskazuje na problemy zasługujące na naprawdę szczegółowe badania. Autor nie dotarł przecież do wielu istotnych pozycji i - przede wszystkim - nie spenetrował archiwum Łubianki.

Czytelnik dostrzeże też, że autor korzystał czasem z opracowań o stosunkowo niskiej wartości naukowej. Wobec faktu, że liczni historycy o pewnych kwestiach po prostu nie piszą, wypadało nam szukać wiadomości w pozycjach o bardzo nierównym poziomie. Czytelnik zauważy jednak również, że zdobyte w ten sposób informacje nigdy nie posłużyły do budowy pierwszorzędnych tez, a wykorzystywane zostały dla uzupełniania drugorzędnych wątków. Autor starał się nie podchodzić bezkrytycznie do informacji ze źródeł przestarzałych i tendencyjnych. Znający literaturę przedmiotu - i bezkrytyczny stosunek wielu historyków do białej propagandy - powinni to docenić.

Wypada nam przyznać się do braku dostatecznej wiedzy w wielu ważnych kwestiach. Tym samym często nie możemy wypowiadać się w sposób autorytatywny i ostateczny. Czytelnik zresztą łatwo sam rozpozna słabości pracy. Wypada nam tutaj zdecydowanie podpisać się pod myślą Goethego:

Jeżeli w tych przedmiotach wdałem się w ogólnikowe rozważania, to dowód, że nie bardzo jeszcze nauczyłem się je rozumieć.

Autor nie ma zamiaru pozować na "neutralnego" i ukrywać swoich sympatii dla radykalnej lewicy. Dokładnie zdaje sobie jednak sprawę z tego, że właśnie postawa światopoglądowa mogła mu utrudnić obiektywną ocenę wielu kwestii historycznych. Dlatego też, w trakcie pisania pracy, wielokrotnie przyszło mu zakwestionować wiele z własnych przekonań, aby osiągnąć najbardziej elementarny poziomu obrazowego rozumienia tego, co zachodzi w umysłach drugiej strony. Nie zawsze się to udawało.

Jednakże już sam fakt, że autor zna swoje ograniczenia, daje pewną szansę na zbliżenie się do prawdy historycznej: (...) historyk, który jest świadom swojej własnej sytuacji, jest także bardziej zdolny do właściwych ocen zasadniczej natury wszelkich różnic pomiędzy swoim własnym społeczeństwem i własną perspektywą a społeczeństwami innych okresów i z innych krajów aniżeli historyk, który głośno wykrzykuje, że jest przecież jednostką, a nie zjawiskiem społecznym [15.5].

Poza tym nadzieję, że już przez podjęcie "niewygodnego" dla lewicy tematu, a szczególnie przez przedstawienie niewątpliwych zbrodni czerwonego reżimu, przynajmniej częściowo dowiedliśmy rzetelności historycznej. Mamy więc nadzieję, że dzięki temu nawet część krytyków książki odnajdzie w niej jakieś pozytywne strony.

Nie sądzimy przy tym, że po przeczytaniu niniejszej pracy np. którykolwiek z autorów Czarnej księgi... uderzy się w piersi i wyzna, że zbyt bezkrytycznie zawierzył kontrrewolucyjnej propagandzie sprzed ponad 80 lat. Przyznawanie się do błędów nie jest cechą mile widzianą ani w świecie naukowym ani na rynku wydawniczym. Wydaje się, że pewnego rodzaju ludziom łatwiej będzie po prostu uznać naszą pracę za "neokomunistyczną propagandę" czy "brednię" i nie podejmować z nią dyskusji.

Žižek zauważył, że o ile krytykę ukochanych mitów "wolnego świata" podejmują intelektualiści należący do obozu "demokracji", to chwali się ich za głębię spostrzeżenia, jednak jeśli taką samą krytykę ośmieli się podjąć ktoś z radykalnej lewicy, to od razu oskarżony zostaje o "totalitaryzm" [707.14]. Być może będzie tak i tym razem.

Wyrażamy jednak nadzieję, że nasza praca okaże się może pomocna dla tych, którzy nie chcą żyć w uproszczonym świecie jednostronnych wizji historycznych. W swoim czasie Marks napisał: Nie żądacie, by róża miała zapach fiołka, czemu więc to, co najbogatsze, duch ludzki, ma istnieć tylko w jednej postaci? [14]

TEZA O WŁADZY OPARTEJ NA PRZYZWOLENIU SPOŁECZNYM

Jako "terror", słowo wywodzące się z łaciny ("strach") i sanskrytu (tras - drżeć), zdaniem F. Ryszki rozumieć należy zespół działań bezwzględnych a okrutnych oraz wywołaną skutkiem tego psychozę [22].

Za J. Tomasiewiczem uzupełnijmy zaś, że Początkowo określenie to było zarezerwowane dla pewnej formy rządów, polegającej na praktyce stosowania krwawych represji. Wyrażenie "rządy terroru" oznaczało wówczas, że istotą sprawowania władzy miały być owe krwawe represje [136].

Obecnie - najczęściej, choć bynajmniej nie zawsze - "terror" definiuje się jako przemoc legalnie stosowaną w służbie państwa. Ma to odróżnić "terror" od "terroryzmu", a więc przemocy skierowanej przeciw instytucjom państwowym. Terminologia sprawia jednak kłopoty: np. wyrażenia "akt terrorystyczny" i "akt terroru" używane są często zamiennie. Poza tym, nawet przyjmując te uproszczone definicje, stwierdzić trzeba, że także państwowy aparat represji dokonywać może typowych aktów terrorystycznych, jeżeli np. określone służby specjalne przeprowadzają nielegalne operacje.

Także opisując wydarzenia wojny domowej w Rosji, trudno czasem operować osobnymi pojęciami terroru i terroryzmu. Np. walczący z "państwem" Kołczaka na Syberii partyzanci działali w imieniu (często zresztą tylko formalnie) rządu bolszewickiego. Analogicznie zachowywali się mniejsi i więksi kontrrewolucyjni generałowie czy atamani walczący z czerwoną republiką, stosując represje w imieniu kolejnych białych quasi-rządów. Trudno więc określić, czy przemoc, jaką stosowali, należałoby nazwać właściwiej "terrorem" czy "terroryzmem".

Rodzi się też pytanie, jakie rodzaje przemocy stosowanej w służbie państwa nazywać można "terrorem", a jakie tylko "represjami"? Nie podejmiemy się tu jednak roztrząsania tych obszernych kwestii. Oczywiście sam źródłosłów "represji" sugeruje inne, niż w przypadku "terroru", znaczenie: formalnie o "represji" mówić powinno się wyłącznie w sytuacji, gdy mamy do czynienia z surowym odwetem na przestępcze działania drugiej strony. Jednak w chaosie rosyjskiej wojny domowej trudno znaleźć winnych i niewinnych.

Sam wydźwięk słowa "represje" powoduje inne emocje niż wydźwięk słowa "terror". I często - zwłaszcza w propagandzie - stosunkowo niewinne słowo "represje" ukrywać ma brutalne i okrutne działania reżimu państwowego. Z drugiej strony zbyt często słowo "terror" służy za uniwersalne dla objaśniania całej polityki represyjnej. Także w rozumieniu przeciwników, ścierających się podczas wojny domowej w Rosji, represyjne działania drugiej strony zawsze były "terrorem". Dlatego też terminy "terror", "represje" i "przemoc" występować będą w naszej pracy wymiennie.

Jakie jest miejsce terroru - czy też różnego rodzaju "represji" - dla funkcjonowania władzy państwowej? Niewątpliwie potencjalna represyjność wpisana jest w każdy system polityczno-państwowy, lecz w niektórych z typów państw znaczenie przemocy było większe niż w innych. Np. według F. Ryszki w przypadku systemu faszystowskiego strach był siłą motoryczną całej organizacji państwowej, nie wykluczając [osób] najwierniejszych i najbardziej godnych zaufania [22].

Jeżeli jednak istotnie tak było, to nawet faszystowskiego terroru nie można sprowadzać wyłącznie do kary śmierci czy więzienia. Dostrzega to J. Borejsza, pisząc o pozornie "umiarkowanej" przemocy we Włoszech lat 1926-43: zapomniano o czynnikach mniej widocznych niż krwawy terror, obozy i egzekucje - o codziennym terrorze ekonomicznym, policyjnym, partyjnym, psychicznym, o stałej ingerencji w dzień powszedni przeciętnego człowieka [127].

Czy jednak terror, nawet w państwie typu faszystowskiego, stanowił jedyną podstawę funkcjonowania systemu?

Siła jest zawsze po stronie rządzonych, rządzący nie mają na swoje wsparcie nic, prócz opinii publicznej. Jedynie na opinii publicznej przeto opiera się rząd, a maksyma ta rozciąga się tak na najbardziej despotyczne i na wojsku opierające się rządy, jak i na najbardziej wolne.

Pracę naszą rozpoczęliśmy powyższym cytatem z pism Davida Hume'a. Jednak na długo przed tym, zanim Hume sformułował swą tezę o władzy opierającej się na przyzwoleniu poddanych, do analogicznych wniosków doszedł Etienne'a de la Boétie:

Wszakże ten, kto was tyranizuje, (...) nie ma w rzeczywistości żadnej władzy nad wami poza tą, którą sami mu nadaliście, aby mógł was zniszczyć. Skąd wziąłby tyle oczu, by was szpiegować, gdybyście sami nie złożyli ich w jego ręce? Skąd czerpałby broń, którą bijąc zmusza was do poddaństwa, gdybyście sami mu jej nie użyczali? Skąd brałyby się stopy tratujące wasze miasta, jeśli nie byłyby waszymi własnymi stopami? Jakże mógłby posiąść władzę nad wami inaczej niż za waszym własnym pośrednictwem? Jak śmiałby was atakować, gdyby nie mógł przy tym liczyć na współpracę z waszej strony? Cóż mógłby wam zrobić, gdybyście sami nie byli w zmowie z rabującym was złodziejem, gdybyście nie byli wspólnikami czyhającego na waszą śmierć mordercy, gdybyście sami nie byli własnymi zdrajcami? Obsiewacie wasze pola po to, by on mógł je spustoszyć, budujecie i meblujecie swe domy, by dostarczyć mu dóbr pod łupiestwo; wychowujecie wasze córki po to, by on mógł dać upust swej chuci; chowacie wasze dzieci po to, by on mógł uhonorować je swym najwyższym zaszczytem - by powiódł je do boju w swych bitwach, by poprowadził je na rzeź, by stały się sługami jego chciwości i narzędziami jego zemsty; oddajecie swe ciała pod ciężką pracę, by on mógł dogadzać swym pragnieniom i pławić się w ohydnej rozpuście; uginacie własne karki, by uczynić go jeszcze silniejszym i potężniejszym, by mógł trzymać was w szachu [23].

Tę samą myśl rozwinął już w wieku XX, w sposób znacznie bardziej pełny, węgierski filozof i rewolucjonista György Lukács:

Jakkolwiek bowiem twarde i brutalne w sensie materialnym zwykły być środki przymusu stosowane przez społeczeństwo w pojedynczych przypadkach, to jednak władza każdego społeczeństwa jest przecież władzą duchową, od której wyzwolić nas może tylko poznanie.

(...) wywód Engelsa, zgodnie z którym przemoc (prawo i państwo) "opiera się pierwotnie na funkcji ekonomicznej, społecznej", wymaga dopełnienia o to, iż ów związek znajduje też odpowiednie odbicie ideologiczne w myślach i uczuciach ludzi włączonych w sferę panowania tej przemocy. Znaczy to, że zorganizowane struktury przemocy tak bardzo harmonizują z warunkami (gospodarczymi) życia ludzi lub też wykazują nad nimi wyższość, która wydaje się tak bardzo nieprzezwyciężalna, że ludzie ci odczuwają je jako potęgi przyrodnicze, jako konieczne środowisko swej egzystencji, i że w skutek tego podporządkowują się im dobrowolnie. (Co oczywiście nie znaczy aż tyle, że się z nimi zgadzają.) Jakkolwiek bowiem zorganizowana struktura przemocy może trwale istnieć jedynie wtedy, gdy potrafi, skoro tylko zajdzie taka potrzeba, siłą przeforsować swą wolę wbrew woli przeciwstawiających się temu jednostek lub grup, to jednak wcale nie mogłaby się ostać, gdyby w każdym pojedynczym przypadku była zmuszona używać siły. Jeśli taka konieczność zachodzi, to już nastąpił fakt rewolucji; zorganizowana struktura przemocy pozostaje już w sprzeczności z gospodarczymi podstawami społeczeństwa, a ta sprzeczność odzwierciedla się w głowach ludzi w ten sposób, iż istniejącego porządku rzeczy nie uważają już oni za przyrodniczą konieczność, że sile przeciwstawiają siłę. Nie negując gospodarczych podstaw tego stanu rzeczy trzeba dodać, że zmiana jakiejś zorganizowanej struktury przemocy możliwa jest tylko wtedy, gdy zarówno w klasie panującej, jak i w klasach uciskanych została już zachwiana wiara w to, że istniejący porządek jest jedynym możliwym. Rewolucja w systemie produkcji jest po temu niezbędną przesłanką. Jednakże sam przewrót może dokonać się jedynie dzięki ludziom; dzięki ludziom, którzy wyzwolili się - duchowo i uczuciowo - spod władzy istniejącego porządku [24.2].

Naszym zdaniem wnioski E. de la Boétie, D. Hume'a i G. Lukácsa, choć rozdzielone setkami lat, mają charakter uniwersalny. Istotą panowania każdej "struktury przemocy" - a państwo nią jest - pozostaje właśnie owa "władza duchowa", a więc utrwalone w umysłach ludzkich przekonanie o oczywistym (naturalnym, "przyrodniczym") prawie rządu do sprawowania władzy. Przekonanie to kształtowane jest przez szereg czynników, wśród których sama "naga" przemoc wcale nie stanowi głównej roli.

Co więcej, jak zauważa Lukács, stosowanie terroru świadczy raczej o słabości panującej władzy, która ucieka się do przemocy, gdyż utraciła już pełnię swej "władzy duchowej". Słuszność tezy o władzy opartej na przyzwoleniu społecznym potwierdzają bardzo liczne przykłady z historii.

TERROR PAŃSTWOWY W PRAKTYCE: FRANCJA LAT 1789-1814

Od starożytności do chwili obecnej znaleźć można nieskończenie wiele przykładów na stosowanie represji jako narzędzia sprawowania władzy politycznej. Bez wątpienia stosujące przemoc rządy (grupy, organizacje itd.) nie tylko przekonane były o jego konieczności, ale i efektywności. Wiemy jednak również, że państwowe represje nie zawsze prowadziły do oczekiwanych następstw. Gdzie więc należy szukać granic skuteczności terroru?

Skoncentrujmy się na charakterystycznych przykładach organizacji państwowej przemocy w nowożytnej Europie. Najbardziej oczywisty, ze względu na temat naszej pracy, wydaje się przykład rewolucyjnej Francji, gdyż istnieją rzeczywiście liczne podobieństwa między terrorem jakobińskim a bolszewickim. Wprawdzie R. Pipes podobieństwom tym zaprzecza [10], lecz krytyką jego argumentów zajmiemy się rozdziale V.

Zarówno rewolucyjna przemoc we Francji, jak i w czerwonej Rosji, miały swe źródła w oddolnym, chaotycznym terrorze ludowym. W przypadku obu dyktatur dopiero kilka miesięcy później nastąpił czas uporządkowanych represji państwowych na dużą skalę: egzekucji dokonywanych z wyroku takich czy innych trybunałów. W obu przypadkach terror wprowadzano w kraju ogarniętym wojną domową i narażonym na obcą interwencję. Wprowadzano go w prostym celu - dla umocnienia zagrożonej władzy centralnej.

Rewolucyjna przemoc we Francji w pierwszej swej fazie miała charakter zdecydowanie oddolny - jeżeli nawet pominąć okres tzw. Wielkiej Trwogi, to z pewnością należy uwzględnić tu septembryzację: (...) terror ludowy stanowił zjawisko żywiołowe. Ale dobrze pamiętać, że z reguły nie ma żywiołowości czystej. W ruchu spontanicznym działają niemal zawsze siły organizatorskie... [1] We wrześniu 1792 r. gromady masakrujących postrzegały się jako części suwerena, to jest suwerennego ludu Francji. Dopiero później zorganizowana została przemoc rządowa. Znawca tematu, Jan Baszkiewicz, pisze w tej kwestii następująco:

Coraz częściej francuscy historycy zgadzają się z tezą, że terror państwowy uruchomiono w imię zapobieżenia okropnościom terroryzmu żywiołowego [1].

Silna władza centralna była więc Francji niezbędna w kryzysowym okresie "strasznego roku" 1793 nie tylko po to, aby obronić się przed zewnętrzną interwencją i wewnętrznymi wandeami. Chodziło także o uniknięcie niebezpieczeństwa anarchizacji samej rewolucji, grozy masowych samosądów i chaosu. Nietrudno zresztą zauważyć, że w analogicznej sytuacji znaleźć mieli się bolszewicy.

W obu przypadkach - francuskiego "terroryzmu żywiołowego" i terroru państwowego - zaobserwować można dla niego znaczne przyzwolenie społeczne. W pierwszym przypadku jest aktywny udział Francuzów w samosądach, w drugim masowa obecność i wyrażanie entuzjazmu w miejscach publicznych egzekucji, a nawet i pieszczotliwa nazwa nadana samej gilotynie - "Louisette".

Fakt, że społeczeństwo Paryża, a potem także ogromnej większości departamentów Francji, zaakceptowało (chociażby w sposób bierny) dyktaturę jakobinów i kordelierów, nie miał oczywiście wyłącznego związku z samosądami czasu septembryzacji. Oparciem dla radykalnych rewolucjonistów były rozbudzone w dużej części społeczeństwa nadzieje na pokonanie obcej interwencji, rozwój swobód politycznych i stabilizację gospodarczą. Na pierwszym miejscu zresztą znajdowała się kwestia zewnętrznej obrony nie tyle nawet rewolucji, co samej Francji [101.8] - i także tu odnajdziemy pewne podobieństwa z Rosją.

Jednak w połowie r. 1794, kiedy oddalono od Francji niebezpieczeństwo interwencji, a równocześnie nie udało się przezwyciężyć trudności gospodarczych i nie wprowadzono w życie demokratycznej konstytucji, dyktatura jakobinów straciła rację bytu. Od jakobinów odwróciła się nie tylko burżuazja, ale i uboższe warstwy społeczne. Słabość dyktatury była tym większa, że ofiarą terroru padła nawet część rewolucyjnych kadr. Te same sekcje gwardii narodowej, które wyniosły jakobinów i kordelierów do władzy w r. 1792, dwa lata później nie uczyniły prawie nic, aby ratować Robespierre'a. Ludność Paryża odwróciła się od "Nieprzekupnego" i właśnie to było dla niego prawdziwym wyrokiem śmierci.

Podkreślmy jeszcze, że do upadku dyktatury jakobinów doszło właśnie w chwili szczególnie nasilonego terroru. O ile bowiem (...) trybunał rewolucyjny, który od 1 kwietnia 1793 do 10 czerwca 1794 roku, a więc w ciągu przeszło czternastu miesięcy wydał 1251 wyroków śmierci, teraz wydał ich 1376 w ciągu 9 [właściwie tylko 7] tygodni (od 10 VI do 27 VII) [43].

Gwałtowne przyspieszenie działania gilotyny w czasach Wielkiego Terroru nie pomogło więc Robespierre'owi utrzymać się przy władzy. Jest to dość wyraźny dowód na to, że nawet najbardziej nasilony terror nie może uratować sprawy, która nie posiada społecznego poparcia.

Podkreślmy, że dyktatura jakobinów nie opierała się wyłącznie na terrorze. Większa część departamentów Francji zaznała go w minimalnym stopniu. Aż 87% wszystkich zarejestrowanych egzekucji przypadało bowiem na zaledwie kilka miejsc: Wandeę, Paryż i południowo-wschodnie okręgi Francji [387]. Przy okazji badania owej statystyki można zresztą stwierdzić, że o ile terror odegrał znaczącą rolę w zdławieniu Wandei - gdzie wykonano jednak aż połowę wszystkich wyroków śmierci - to z całą pewnością nie zdołał przysłużyć się utrzymaniu dyktatury jakobinów w Paryżu.

(...) redukowanie dyktatury narodowej we Francji roku II do terroru rządowego byłoby dalekie od rzeczywistości. Mieści się w pojęciu owej dyktatury centralizacja administracyjna, nacjonalizacja produkcji wojennej, pospolite ruszenie (...), rekwizycje, obowiązkowe taryfy cen i płac itd. Wszystko to składa się na ów system Ocalenia publicznego, który miał mobilizować w skali masowej narodową energię. (...) demonizowana centralizacja roku II stanowiła pośpieszną łataninę (...) [lecz] osiągnęła jednak swój cel zdefiniowany w haśle Ocalenia Publicznego [1].

Trzeba przyznać, że zdumiewająco podobnie wyglądać miała sytuacja Rosji w latach 1917-21: z "łataniną" centralizacji w okresie wojny domowej - zresztą na skalę znaczniejszą jeszcze niż we Francji, gdyż kontrrewolucja rosyjska była w stanie przejściowo kontrolować nawet większą część państwa.

Czy jednak można przyznać (...) rację Beniaminowi Constant, wedle którego "Republika została ocalona pomimo terroru?" [1] Chyba nie. Bardziej rozsądny wydaje się tutaj wniosek R. Miedwiediewa, podkreślający zmienną wartość przemocy na różnych etapach rozwoju rewolucji:

Dyktatura jakobińska i jej terror pomogły Republice Francuskiej zadać kilka decydujących ciosów wrogom zewnętrznym i wewnętrznym, dokonać szeregu istotnych przeobrażeń społeczno-ekonomicznych. W późniejszym okresie jednak terror ten podkopał siły rewolucji, doprowadził do klęski jakobinów i kompromitacji rewolucjonistów [27].

Podsumowując, naszym zdaniem przykład rewolucyjnej Francji lat 1792-94 znakomicie przeczy tezie o możliwości utrzymania się przy władzy dzięki przemocy, a bez poparcia społecznego. Bo chociaż terror do pewnego czasu pełnił istotną rolę w mobilizowaniu społeczeństwa francuskiego, to jednak nigdy nie był on jedynym czynnikiem dającym władzę dyktaturze. Zaś fakt, że represje nasilone do maksymalnych granic nie uchroniły jakobinów przed upadkiem, mówi sam za siebie.

O ile terror prowadzony przez jakobinów jest stosunkowo znany, to niewiele mówi się o państwowej represyjności za czasów rządów Napoleona Bonapartego. Dla nas jednak przykład ten może okazać się ważny ze względu na kwestię miejsca przemocy w funkcjonowaniu ZSRR, gdyż Stalin, jak i Bonaparte, okazał się grabarzem rewolucji.

Sam Bonaparte miał zauważyć, że Na świecie są tylko dwie potężne siły: szabla i duch. W ostatecznym rozrachunku duch zwycięża szablę [32]. Ten sąd wskazuje, iż cesarz zupełnie właściwie odczytywał istotę władzy państwowej, rozumiejąc ją jako "władzę duchową" nad społeczeństwem.

Zdobyciu społecznego przyzwolenia dla dyktatury napoleońskiej służyły przede wszystkim sukcesy czasów konsulatu i cesarstwa: zwycięskie wojny prowadzone z odpowiednią propagandą i ogromny rozwój gospodarczy. Gdy czynników tych zabrakło w r. 1814, społeczeństwo Francji - bez okazania większego żalu - odwróciło się od "ukochanego" cesarza.

Jakie jednak było miejsce terroru państwowego w systemie napoleońskim? Albert Manfred zwrócił uwagę, że wojny prowadzone przez Napoleona były specyficzną formą kontynuacji polityki terroryzmu rewolucyjnego, były przeniesieniem go poza granice Francji. Historyk ten - odwołując się do Marksa i Engelsa - pisze też, że Bonaparte: Stosował terror w ten sposób, że na miejsce permanentnej rewolucji wprowadził permanentną wojnę [32]. Zatem rola rewolucyjnego terroru "strasznego roku" 1793 i rola wielkich wojen napoleońskich były podobne - służyły mobilizowaniu społeczeństwa.

Odwołując się do porównania z Rosją nietrudno zauważyć, że Stalin, nie prowadząc wojen zewnętrznych aż do schyłku lat 30. - i nie mając także prestiżu zwycięskiego wodza - mobilizował społeczeństwo ZSRR w inny sposób niż czynił to władca Francji (m.in. stosując terror na wielką skalę).

Zresztą byłoby nieporozumieniem sądzić, że Bonaparte zrezygnował z państwowych represji. I to mimo, że zaistniała już (cytując Zweiga) wyrafinowana, skombinowana na podstawie przemocy duchowej, maszyna policyjna Józefa Fouche [32].

Nadzorujcie wszystkich, wyjąwszy tylko mnie nakazywał cesarz, ale działania aparatu represji nie sprowadzały się przecież tylko do nadzoru. W czasach napoleońskich:

Rozmnożyły się (...) sądy wyjątkowe z udziałem - jako sędziów - wyższych wojskowych. Sądziły w doraźnym trybie i hojnie szafowały karą śmierci. (...) Opinia publiczna - z wyjątkiem opozycji liberalnej - strawiła to gładko, bo obiecano, że dzięki represji doraźnej władze uporają się z dolegliwą plagą bandytyzmu, odziedziczoną zresztą po czasach Dyrektoriatu (...) Dodajmy wreszcie, że nowy kodeks karny z 1810 roku zaostrzył wydatnie kary i przywrócił niektóre niechlubne praktyki penitencjarne ancien regime'u (pręgierz, piętnowanie). (...) Represję sądową zaostrzono wydatnie, ale to nie wystarczało; konkurowała z nią represja policyjna: arbitralne aresztowania, trzymanie ludzi w więzieniach bez sądu, zamykanie opozycjonistów w zakładach psychiatrycznych. Za Cesarstwa zalegalizowano administracyjne internowania bez procesu sądowego w tak zwanych więzieniach stanu [1].

O ile w kodeksie z r. 1791 karę śmierci przewidywano za 32 kategorie "zbrodniczych" czynów, to w kodeksie z r. 1810 już za 37. W czasach konsulatu i cesarstwa we Francji wydano kilka tysięcy wyroków śmierci. Statystyka wykazuje, że w 1803 r. we Francji skazano na śmierć 605 osób, a w 1813 r. 325 [37.4]. Oczywiście poza tymi wielkościami były niezliczone egzekucje dokonywane przez armię na frontach nie tylko całej Europy (jak osławione rozstrzelanie setek więźniów w Madrycie w maju 1808 r.), ale też w Egipcie i na Haiti. Najbardziej odrażający przykład dał osobiście Bonaparte, gdy w r. 1799 pod Akką kazał wymordować 4 tys. tureckich jeńców [32].

Krótkie przypomnienie francuskiego terroru państwowego z lat 1792-1814 pozwala nam stwierdzić, że to nie represje (jakkolwiek znaczne byłyby ich rozmiary), decydowały o pozostawaniu u władzy Robespierre'a czy Bonapartego. Państwowa przemoc była jedynie elementem polityki państwa służącym mobilizacji społeczeństwa; elementem, na który - podkreślmy to wyraźnie - istniało zresztą przyzwolenie społeczne. Zaznaczmy też, że struktury państwowej represji traciły istotne znaczenie w chwili załamania prestiżu władzy.

Przy okazji omawiania kwestii terroru warto też zwrócić uwagę na swoisty fenomen społecznego odbioru tego tematu. Oto represje organizowane przez Robespierre'a - "Nieprzekupnego", ideowego rewolucjonisty - powszechnie budzą zgrozę. Tymczasem wojny wzniecone przez Napoleona - grabarza rewolucji, "Cesarza Republiki" z wielomilionową pensją, zdobywającego trony dla swej rodziny - często jeszcze budzą entuzjazm. Trochę to dziwne w świetle faktu, że prawdopodobnie samo oblężenie Saragossy pochłonęło tyleż cywilnych ofiar co cały terror jakobiński... Przykłady zbrodni napoleońskich można mnożyć, lecz cóż z tego? Kto wie, jak długo jeszcze Napoleon wysyłający armię na San Domingo ma być sympatyczniejszy od rewolucjonistów witających w Konwencie czarnych deputowanych?

Patrząc szerzej na dzieje Francji można by także zapytać, dlaczego to przemoc jakobinów - a nie np. terror wersalczyków z r. 1871 stał się synonimem okrucieństwa? Przecież to wojskom Thiersa - skromnego dyktatora w czarnym fraku [1], lecz z pensją wielokrotnie wyższą niż mieli ją wszyscy razem deputowani rozstrzelanej Komuny - udało się w ciągu zaledwie tygodnia wymordować w Paryżu tylu ludzi, ilu położyło głowy pod ostrze "Louisette" w latach 1793-94 w całej Francji...

Podobnych analogii szukać można i w ocenie rewolucji rosyjskiej. Oto np. światowa "Wielka Wojna" - chwalebnie toczona o nowy podział kolonii - nie jest zbyt częstym przedmiotem moralnego potępienia, podczas gdy nad rewolucją bolszewików grzmi aż nadto wielu kaznodziei. A przecież tylko 1 lipca 1916 r. nad Sommą - na dowód ducha walki brytyjskiej rasy - po prostu wysłano na śmierć 21 392 młodych ludzi [154].

Tego rodzaju antykomunistyczne kaznodziejstwo jest tym bardziej groteskowe, że to właśnie wojna lat 1914-18 postawiła świat na krawędzi rewolucji. To w kwestii rewolucyjnych "gwałtów" dokonujących się w Rosji R. Rolland pisał do przyjaciela: są one fatalną konsekwencją wojny. Jeśli Pan chce uniknąć rewolucji, niech pan zwalcza wojnę [30].

TERROR I HISTORIA XX W.

(...) w ciągu kilku miesięcy wojna dopełniła pracy całego wieku. Do tego czasu jeszcze wielu ludziom wydawało się, że życiem ludzkim kierują wyższe nakazy dobra i że w końcu dobro musi zwyciężyć zło (...) Teraz nawet najbardziej zagorzali idealiści zrozumieli, że dobro i zło są to pojęcia czysto filozoficzne, a geniusz ludzki służy złemu gospodarzowi...

Były to czasy, kiedy nawet małe dzieci pouczano, że zabójstwo, niszczenie, tępienie całych narodów - to czyny mężne i święte. Powtarzały to, krzyczały, głosiły codziennie miliony arkuszy gazet. (...)

W krajach zaczynał się głód. Życie wszędzie ulegało zahamowaniu. Wojna zaczęła się wydawać tylko pierwszym aktem tragedii.

Wobec tego widowiska każdy człowiek, jeszcze niedawno "mikrokosmos", wyolbrzymiona indywidualność - malał, zamieniał się w bezsilny pyłek. Na jego miejsce ku światłom tragicznej rampy, wychodziły masy ludzi pierwotnych.

Te wymowne cytaty pochodzą z Drogi przez mękę, powieści pisanej w r. 1921. Uzupełnijmy je krótkim fragmentem wojennego pamiętnika R. Rollanda:

Do plagi, która niszczy ciało i ducha Europy, myśliciele i artyści dorzucili jeszcze nieobliczalną sumę nienawiści; w arsenale swej wiedzy, pamięci, wyobraźni szukali dawnych i nowych, naukowych, historycznych, logicznych, poetyckich racji nienawiści; pracowali nad zniszczeniem porozumienia między ludźmi. I w ten sposób oszpecili, upodlili, poniżyli, zdegradowali Myśl, której byli przedstawicielami [30.11].

Obserwacje Tołstoja i Rollanda zdumiewająco pokrywają się z analizą, jaką przeprowadzili badający związki między "komunizmem a przemocą" w XX w. Michel Dreyfus i Roland Lew:

Kładąc kres pewnemu światu, pierwsza wojna światowa inauguruje nowoczesną przemoc masową - całkowicie odmienną pod względem środków, zasięgu ogólnoświatowego i długofalowych konsekwencji. (...) Począwszy od 1914 r. przemoc masowa rozprzestrzeniła się na prawie cały stary kontynent. "Wojna totalna" nie oszczędzała już nikogo, a w szczególności ludności cywilnej. Eksperymentowano z nowymi środkami zniszczenia - gazami, czołgami, bombardowaniami; wojna uprzemysławiała się przy wykorzystaniu coraz to doskonalszych technologii. Za pośrednictwem kultury nienawiści, której skutki odczuwało się długo po 1918 r., niesłychanej dotąd "brutalizacji" uległy stosunki społeczne. Wojna wywołała nienawiść ludu do masakr, odrzucenie świata mieszczańskiego i wartości liberalnych, które wychwalały te masakry. Eksplozja rewolucyjna z lat 1918-23 daje się wyjaśnić przede wszystkim jako reakcja na tę sytuację (...) Pojawienie się tej powszechnej przemocy zbiega się z początkiem "ery mas" [29].

W r. 1914 istotnie rozpoczęto ową nowoczesną przemoc masową, która swą skalą przewyższała wszystko, co dotąd widziano. Wojna i terror - których do tej pory doświadczały kolonie Zachodu, będące swoistymi poligonami czasów "zbrojnego pokoju" - teraz pojawiły się w samej Europie. Rzeźnia pod Verdun, zagłada Ormian, sądy polowe i obozy koncentracyjne w Serbii, nędza i głód na całym kontynencie, utorowały drogę dla potężnych przemian w świadomości milionów ludzi.

Nie tyle jednak środki samego zniszczenia, co przede wszystkim owa kultura nienawiści, nakładająca się na kryzys systemu starych wartości i materialną ruinę milionów ludzi, spowodowała nieodwracalne zmiany w społecznym postrzeganiu rzeczywistości, w tym także w przyzwoleniu dla przemocy.

W okresie ery mas - tworzonej przez milionowe armie walczące na frontach, przez powszechne prawo wyborcze, przez przyspieszony przepływ informacji, radio i film - również system państwowego terroru musiał ulegać przemianom.

Zmiany te początkowo ograniczały się do prostego zwielokrotniania represji, rozumianego jednak jako krok doraźny, nie zaś jako stała tendencja w polityce państwa. Ani w ZSRR czasów NEP-u, ani w faszystowskich Włoszech po r. 1922, ani w republice weimarskiej po r. 1923, nie dostrzegamy przecież terroru na skalę lat wcześniejszych. Zresztą po r. 1922-23 w większości państw świata nastąpiła pewna stabilizacja polityczna i gospodarcza, co niejako automatycznie ograniczało konieczność odwoływania się do bezpośredniej przemocy.

Dopiero później, od r. 1929 aż do r. 1945, w miarę narastania ogromnego kryzysu społeczno-gospodarczo-politycznego, wyraźnie zaznaczył się wzrost znaczenia państwowego terroru w skali całego świata. Natomiast w drugiej połowie XX w., masowe represje - przynajmniej w obrębie Europy - zastąpione zostały przez bardziej wyrafinowane środki kontroli społecznej.

Należy podkreślić, że nawet w okresie apogeum państwowego terroru, a więc w okresie II wojny światowej, mamy wiele przykładów na brak jego skuteczności w utrzymywaniu władzy. Reżim Hitlera stosował przemoc na wielką skalę wobec podbitych narodów Europy. Nie powstrzymało to jednak ruchu oporu, szczególnie silnego właśnie w krajach najbardziej doświadczonych represjami (Jugosławia, Polska, Grecja, Białoruś). Podobnie zresztą terrorystyczne ataki lotnictwa alianckiego na Hamburg czy Drezno nie złamały ducha oporu społeczeństwa III Rzeszy. Analogiczne przykłady znaleźć można na Dalekim Wschodzie.

Przy okazji warto zasygnalizować i inną prawidłowość. Przyczyny klęski reżimu Hitlera leżały oczywiście przede wszystkim w militarnej przewadze Wielkiej Koalicji. Naszym zdaniem i ten czynnik należy wziąć pod uwagę przy rozważaniu przyczyn zwycięstwa bolszewików w rosyjskiej wojnie domowej.

Druga połowa XX w. daje również cały szereg dowodów na stosunkowo niską efektywność systemów usiłujących - w chwili kryzysu - opierać się na przemocy. Np. Žižek podaje

Dwa niedawne przykłady: na co było stać represyjny aparat Szacha w 1979 roku, kiedy przyszło mu stawić czoła masowemu ruchowi Chomeiniego? Po prostu się zawalił. A jaki pożytek miała z rozdętej siatki agentów i informatorów Stasi, (...) kiedy musiała zmierzyć się z rosnącym masowym protestem? [707.7]

Z bardzo wielkiej liczby innych przykładów używania terroru jako instrumentu sprawowania władzy, wybierzmy najbardziej drastyczny i charakterystyczny. Rozpatrzmy mianowicie rolę przemocy w polityce Czerwonych Khmerów.

Władza owych pseudo-komunistów opierała się początkowo na poparciu, jakie uzyskali wśród ludności chłopskiej. Reżim faworyzował wieś jako czystą rasowo ostoję "starych Khmerów", prześladując i wysiedlając ludność miast. Jednak khmerscy "rewolucjoniści" stosunkowo szybko utracili poparcie chłopstwa, gdyż z jednej strony prowadzili niepopularną politykę totalnej kolektywizacji, a z drugiej strony nie byli w stanie dostarczyć wsi jakichkolwiek produktów przemysłowych czy dóbr kultury. W takiej sytuacji terror istotnie stał się główną metodą utrzymywania ich władzy.

Terror - w tym mord indywidualny lub zbiorowy, a nawet masowy, który symbolizowało uderzenie motyką w potylicę - był tu (...), w bez porównania większym stopniu niż w jakimkolwiek innym ustroju politycznym czy społecznym, czynnikiem reprodukcji reżimu [607].

Mimo ogromnego zasięgu represji (terror pochłonął życie blisko 1/4 populacji Kambodży - około 1,7 mln ludzi w ciągu czterech lat), władza Czerwonych Khmerów rozsypała się jak domek z kart pod pierwszym uderzeniem armii Wietnamu. Ta sama armia, której waleczność kilka lat wcześniej, podczas oblężenia Phnom Penh, zapierała amerykańskim korespondentom wojennym dech w piersiach, teraz unurzana w potwornych zbrodniach, oddała stolicę bez walki [607].

Oto skrajnie jaskrawy dowód na to, że rządy sprawowane wyłącznie za pomocą terroru - nawet najokrutniejszego - nie są w stanie przetrwać zbyt długo. Khmerscy "rewolucjoniści" istotnie rządzili stosując bezprzykładny terror, lecz taka właśnie polityka doprowadziła nie do zmobilizowania, a zdemoralizowania społeczeństwa i armii, co oznaczało ostateczny wyrok dla reżimu.

Ogólną tezą naszej pracy jest stwierdzenie, że proste sprowadzanie zachowań społecznych do strachu przed terrorem jest błędem. Mamy nadzieję, że przekonywującym przykładem będzie także analiza "czerwonego terroru" czasów rosyjskiej wojny domowej.

Zaznaczmy jeszcze, że nasze przekonanie o braku decydującej roli organizowanych przez państwo represji w utrzymywaniu władzy i kontrolowaniu społeczeństwa nie oznacza wcale, iż należy lekceważyć i pomijać w rozważaniach historycznych sferę przymusu. Oczywiście nie. Byłby to bowiem taki sam błąd, jak przecenianie tejże sfery. Co więcej, byłby to błąd niosący za sobą groźbę dla samego społeczeństwa:

(...) okrywanie sfery przymusu zasłoną wstydliwego milczenia jest po prostu groźne i niebezpieczne. Jedynie w utopiach beztroskich marzycieli istnieją wizje społeczeństw, w których dyscyplina istnieje bez przymusu, bo na przymusie opierać się nie musi. W realnej, a nie baśniowej rzeczywistości społecznej i politycznej przymus istnieje i nie należy go traktować jako tematu tabu. Jeśli się o czymś nie mówi głośno, to nie znaczy, że to coś nie istnieje. Akcentowanie w rozważaniach o demokracji zakresu swobody i wolności przy skrzętnym okrywaniu milczeniem zakresu przymusu w gruncie rzeczy sprzyjać może "wyzwalaniu się" tej sfery spod społecznej kontroli, spod krytycznej opinii publicznej. Doprowadzić to może w konsekwencji, że zarówno zakres swobody i wolności, jak i zakres przymusu staną się społecznie płynne, nieostre i dowolne, a w dalszej konsekwencji po prostu arbitralnie określane albo przez ośrodki władzy, albo przez wąskie grupy społeczeństwa [20].

Zatem pisać o terrorze trzeba. Lecz - podkreślmy - zawsze przy tym należy umieszczać go we właściwym kontekście społecznym. Nie świadczy bowiem zbyt dobrze o samej historii, gdy historykowi przychodzi tłumaczyć prosty fakt, że zwycięstwa w wojnie domowej nie można osiągnąć bez poparcia społecznego - zwłaszcza, jeśli (jak w Rosji) jednej z walczących stron udzielała pomocy koalicja największych mocarstw świata.

To nie wynik walki decyduje o przyszłych stosunkach społecznych (...). Jest całkiem odwrotnie: aktualne usytuowanie władzy w społeczności tak wpływa na psychikę walczących, że rezultat walki odzwierciedla tylko istniejącą sytuację społeczną i praktycznie jest już z góry przesądzony [31].

Zawstydzające jest, że prawdę o społecznym charakterze pochodzenia władzy lepiej rozumieją biolodzy niż niektórzy z historyków. Powyższy cytat dotyczy bowiem nie społeczności ludzi, lecz szympansów.

Rozdział I/ Terror carski w latach 1825-1917

Lepsze jest sto lat tyranii i ucisku królów niż dwa dni zamieszek i buntu ludności.

Nizam ad-Din asz-Szami, tchórzliwy chwalca i historyk Timura [456]

Przypomnienie charakteru i rozmiarów zasięgu carskiego terroru wydaje się o tyle istotne, że niektórzy z historyków usiłują przedstawiać przedrewolucyjny reżim jako stosunkowo łagodny, często przy tym zresztą przeciwstawiając go władzy bolszewików.

Oczywiście, prawdą jest, że carat nie urządził swoim poddanym tak "krwawego tygodnia", jak uczynił to Thiers w Paryżu wiosną r. 1871, ani też nie dopuścił się zbrodni porównywalnych (w całkowitej liczbie ofiar) z kolonialnymi zbrodniami Anglii. Jednak opinia o jego łagodności jest mocno przesadzona. Dotyczy to nie tylko różnych wersji dziejów przedrewolucyjnej Rosji [33], ale i opracowań dotyczących terroru bolszewickiego [9] czy wreszcie popularnych opracowań historii świata [34].

Najbardziej chyba skrajnym przykładem przekłamywania rozmiarów carskiego terroru są opinie S. Courtois'a, który twierdzi, że w latach 1825-1905 w całej Rosji stracono zaledwie 191 osób [9]. Liczba ta (powtórzona zresztą dwukrotnie) wyczerpuje, jak się wydaje, wiedzę S. Courtois'a na temat systemu państwowych represji sprzed pierwszej rewolucji rosyjskiej. Brak więc nie tylko jakichkolwiek wątpliwości, czy tak niska wielkość jest prawdopodobna, ale i jakichkolwiek informacji na temat innych - niż egzekucje - form terroru carskiego. Tego rodzaju rewelacje zamieszczone zostały w Czarnej księdze komunizmu dla wykazania kontrastu między polityką carów i Lenina - Courtois podkreśla to wyraźnie.

Symptomatyczne jest, że równie mało wiedzą o państwowych represjach caratu także inni autorzy podejmujący temat terroru w rewolucyjnej Rosji. R. Conquest, kolejny "autorytet" w sprawach Października, twierdzi np., że w latach 1860-1902 w Rosji miało miejsce "kilkadziesiąt" egzekucji [35]. A. Arutjunow pisze, jakoby w latach 1826-1906 w Rosji stracono 612 osób [36]. Wreszcie P. Johnson twierdzi np. że za panowania "ostatnich carów" wykonywano średnio 17 egzekucji rocznie [34]. Jeśli za "ostatnich carów" uznać Aleksandra III i Mikołaja II, to otrzymalibyśmy zaledwie 600 straconych w latach 1881-1917.

Zupełnie inne wnioski nasuwają się jednak po przeczytaniu kompetentnego opracowania Elżbiety Kaczyńskiej Ludzie ukarani [37]. Zamieszczona tam oficjalna statystyka represji carskich z lat 1826-1904, pozornie wydawałaby się potwierdzać rewelacje wymienionych wyżej autorów - informuje bowiem o zaledwie 314 zarejestrowanych wyrokach z tego okresu [37.11]. E. Kaczyńska podaje także liczbę 600-700 ofiar oficjalnych egzekucji, wykonanych z przyczyn politycznych, na 80 lat przed rewolucją 1905 r. Jednak, zdaniem Kaczyńskiej, obie te wielkości nie mają nic wspólnego z faktycznymi rozmiarami terroru carskiego. Brak w nich bowiem bardzo licznych egzekucji dokonywanych na Syberii, podczas tłumienia powstań czy rozruchów i wreszcie osób zmarłych w wyniku chłosty. Oczywiście liczba ta nie obejmuje też osób zamordowanych i zmarłych w więzieniach.

"MOCARZ, JAK BÓG SILNY, JAK SZATAN ZŁOŚLIWY"

Rewolucja u progu Rosji, ale klnę się, że nie przedostanie się do niej, dopóki we mnie trwać będzie choćby tchnienie życia [39].

Te słowa wypowiedział Mikołaj I w dniu 14 grudnia 1825 r. Znienawidzoną rewolucję car zwalczał na różne sposoby: zaostrzając cenzurę, nadzorując oświatę, a nawet unikając budowy kolei. Na rewolucjonistów czekały też oczywiście więzienia i szafot.

Posłuszeństwo wymuszone strachem, okrutne kary za najmniejsze przewinienie miały stworzyć atmosferę bezwarunkowego podporządkowania się istniejącemu systemowi nieograniczonej władzy szlachty nad chłopami, oficerów nad żołnierzami, administracji nad obywatelami i wreszcie stojącego na szczycie drabiny społecznej samodzierżawnego cara-batiuszki nad wszystkimi mieszkańcami rozległego imperium [39].

Na rządy Mikołaja I, rozpoczęte powstaniem dekabrystów, zgodnie z oficjalnymi statystykami przypadać miało zaledwie 78 wyroków śmierci [37]. Z tej liczby aż 46 przypada na czas rozprawy z dekabrystami, a 21 na proces pietraszewców. W statystyce nie uwzględniono natomiast np. kilkuset wyroków śmierci wydanych po powstaniu listopadowym i w r. 1833. O ile zresztą liczba wyroków nie musiała wcale przekładać się na liczbę egzekucji (stracono 5 dekabrystów, z pietraszowców nikt nie został stracony, wyroki na powstańcach polskich dotyczyły w większości emigrantów), to istnieją inne dane wskazujące na znacznie szerszy niż wynikałoby to z oficjalnych statystyk zasięg terroru carskiego.

Niewielka liczba straconych po powstaniu dekabrystów nie obejmuje bowiem nie tylko np. 6 osób skazanych na śmierć na zesłaniu (po spisku Suchinowa), ale również licznych cywilów (w tym kobiet), którzy zginęli od ognia kartaczy na placu Senackim, a także rannych, których policja wrzucała do przerębli na Newie, w celu oczyszczenia placu [97]. Również w przypadku dokonywania bilansu terroru z czasów powstania listopadowego należałoby pamiętać m.in. o ofiarach rzezi w Oszmianie.

Z całą pewnością masowych egzekucji dokonywano w XIX w. na Syberii: tylko w latach 1825-36 stracono tam 524 zesłańców [37.7]. A więc zamiast 191 straconych w ciągu 81 lat w całej Rosji, mamy prawie trzy razy więcej egzekucji wykonanych w ciągu 12 lat na samej tylko Syberii! Tak się jednak składa, że nawet i ta liczba nie jest pełna. W tych samych latach padały też inne śmiertelne ofiary.

Kara śmierci nie istnieje w tym kraju wyjąwszy zbrodnię stanu, ale są tacy przestępcy, których się chce zabić. Oto jak się tu zabierają do pogodzenia łagodności kodeksu z tradycyjnym okrucieństwem obyczajów: kiedy zbrodniarz jest skazany na ponad sto uderzeń knutem, oprawca, który wie, co oznacza ten wyrok, przez litość zabija skazańca za trzecim ciosem, uderzając go w śmiertelne miejsce. Ale kara śmierci została zniesiona! [161]

Przyznać wypada, że markiz de Custine znacznie lepiej od S. Courtois'a zrozumiał na czym polegał system władzy Mikołaja I. Rzeczywiście, w pierwszej połowie XIX w. kara śmierci wiele razy ukrywana była za słowem "chłosta". Przydomek "Pałkin", jaki przylgnąć miał do Mikołaja I, nie był przypadkowy.

Kiedy w r. 1836 w Symbirsku, bez sądu, poddano chłoście 14 ludzi, wszyscy ukarani zmarli w wyniku bicia [37.13]. Znane są wypadki wymierzania, nawet po 1834 r., 12 tys. razów, oczywiście na raty. Także kilku polskich zesłańców nie przeżyło chłosty 7 tys. kijów "bez litości" wymierzonej im w Omsku w 1837 r. [37.19, 42] Śmiertelna chłosta nie była oczywiście zastrzeżona dla odległej prowincji. W r. 1830-31 podczas zamieszek cholerycznych w Petersburgu w wyniku wymierzania kary chłosty zmarło 200 osób [37.13].

Warto przyjrzeć się także charakterowi represji rządowych po powstaniu w Sewastopolu (także w r. 1830). Z 6 tys. sądzonych skazano wtedy na śmierć 722 osoby. Wykonano jednak tylko 7 egzekucji, natomiast w drodze łaski na karę 3 tys. uderzeń szpicrutą skazano ok. 70 osób, przy czym nieznana jest liczba zmarłych w wyniku tej chłosty. Ogromną liczbę 4,2 tys. osób, w tym kobiety i dzieci, zesłano na Syberię i w okolice Archangielska - oznaczało to zimowy marsz na trasie ponad 3 tys. wiorst. Tu również liczba ofiar jest nieznana [41].

W r. 1823 na Syberii znajdowało się 46,7 tys. zesłańców i katorżników, a w r. 1836 już 114,2 tys. W sumie zaś w latach 1807-70 na Syberię zesłano prawie 460 tys. ludzi [37, 42]. Toteż liczbę samych więźniów zmarłych na zsyłce w czasach Mikołaja II należałoby obliczać na wiele tysięcy.

Murzyni na plantacjach szczęśliwsi są od wielu chłopów pańszczyźnianych twierdził - choć z przesadą - Aleksander Bestużew [39]. Za najmniejsze przewinienie dziedzic mógł skazać poddanego na najbardziej wyrafinowane tortury, ten zaś nie mógł wnosić skargi na właściciela (...). [Chłop] Był więc - używając trafnego określenia Radiszczewa - "martwy wobec prawa" [97].

Aczkolwiek za panowania Mikołaja I nie doszło do buntów na miarę powstania Pugaczowa, to wiele mówią statystyki wystąpień chłopskich. O ile w latach 1826-34 zarejestrowano 148 tego rodzaju rozruchów, to w latach 1835-44 już 216, a w latach 1845-54 przynajmniej 348 (inne dane dla lat 1851-55 podają aż 476). Bardzo znaczne rozmiary miały mieć zwłaszcza bunty chłopskie w Kraju Uralskim w latach 1834-35, gdzie tysiące powstańców stoczyło prawdziwe bitwy z wojskiem. Brak jednak danych o liczbie ofiar tych walk [43, 44].

Szczególnie wielka - choć chyba niemożliwa do uchwycenia - była oczywiście liczba kaukaskich górali zamordowanych w trakcie 30-letnich walk z Szamilem. Ofiar wojny wśród samych Czeczeńców miało być blisko 100 tys. [45] Inne dane wskazują, że w czasach Mikołaja I i Aleksandra II liczba rdzennej ludności północnego Kaukazu mogła zmniejszyć się nawet czterokrotnie: część górali zginęła lub zmarła, część została wysiedlona, inni wybrali ucieczkę do Turcji [46]. Jeżeli nawet podawane wielkości są w jakimś stopniu przesadzone, to nie ulega wątpliwości, że rosyjski podbój pochłonął tam życie setek tysięcy ludzi.

Paradoksem jest, że instrumentem carskiego terroru byli żołnierze, poddawani często represjom nie mniejszym niż podbijane przez nich ludy. 15-letnia służba wojskowa, nawet jeśli nie pełniło się jej w osławionych "rotach aresztanckich", dla ogromnej części "sołdatów" oznaczała w praktyce wyrok śmierci lub kalectwo.

Reasumując: przy owych zaledwie kilkudziesięciu oficjalnych wyrokach śmierci w czasach Mikołaja I otrzymujemy wiele tysięcy powieszonych, rozstrzelanych, zakatowanych na śmierć i zmarłych na wygnaniu. Dokładnej liczby nie poznamy jednak nigdy.

Zakłamanie represyjnego systemu Mikołaja I nie było w Rosji niczym nowym. Podobnie było przecież za Katarzyny II:

(...) w ciągu siedemdziesięciu pięciu lat przed powstaniem 14 grudnia sąd skazał na karę śmierci tylko Mironowicza i pugaczowców, jednakże tysiące ludzi zamordowano za pomocą knuta, szpicruty, powieszono i rozstrzelano b e z s ą d u [48].

"CYWILIZOWANE" CZASY DWÓCH ALEKSANDRÓW (1855-1894)

Jak już wspomnieliśmy, Conquest i Courtois przekonani są, że w czasach Aleksandra II i Aleksandra III egzekucje liczyły się zaledwie w dziesiątki. W istocie jednak w czasach "cara Oswobodziciela" i jego syna terror wcale nie zmniejszył swojego zasięgu. Państwowe statystyki wykazują dla czasów panowania Aleksandra II liczbę 125 wyroków śmierci [37]. Jest to jednak tylko wierzchołek góry lodowej, gdyż ofiary carskich represji znów należy liczyć w tysiącach.

Rozruchy na wsi kulminowały w Rosji w r. 1861. W latach 1856-57 odnotowano ich ponad 270 wystąpień chłopskich, w latach 1858-1859 ponad 1,4 tys., a w r. 1861 blisko 1,2 tys. [51] 12 kwietnia 1861 r. w niewielkiej miejscowości Biezdna (gubernia kazańska) wojsko otworzyło ogień do tłumu nieuzbrojonych chłopów. Według oświadczenia gen. Apraksina zabito 51, a raniono 77 chłopów, jednak wg oceny opatrującego rannych lekarza ofiar było ponad 350 [44]. We wsi Kandiewka z kolei cały dzień chłostano knutami 410 chłopów, na oczach klęczącej ludności spędzonej tam z okolicznych wsi [50]. Czy jednak ktokolwiek policzył wszystkich umierających od kul czy chłosty wieśniaków?

Sporej grupie historyków (w tym i polskich), współtworzących Czarną księgę komunizmu, przypomnijmy jeszcze okres poprzedzający powstanie styczniowe. Ewidentnymi ofiarami terroru było 100 do 200 osób zabitych podczas demonstracji 8 kwietnia 1861 r. w Warszawie. Warto przy tym zauważyć, że oficjalne raporty namiestnika M. Gorczakowa mówiły o zaledwie 10 zabitych [49]. Potem zaś przyszło powstanie:

Z pojedynczych notowań można obliczyć, że liczba zabitych bez sądu Polaków, nie licząc poległych w bitwach i potyczkach, musiała osiągnąć kilka tysięcy [37.2].

W innym miejscu Ludzi ukaranych znajdujemy informację o 1,5 tys. Polaków straconych w okresie powstania [37.8]. Taką samą wielkość (oczywiście bez mordowanych rannych itd.) znajdujemy również w innych pozycjach [52]. Mordowanie i torturowanie rannych, jeńców i ludności cywilnej znajduje potwierdzenie w literaturze historycznej. J. Kieniewicz [49] podaje, że Rosjanie spalili podczas powstania 16 miasteczek i 85 wsi.

Kaczyńska wspomina o wojskowym raporcie z lutego 1863 r., mówiącym, że tylko w spalonych przez Rosjan Siemiatyczach zginąć miało 2,5 tys. osób [37.2]. Wielkość ta może być jednak mocno przesadzona. Poza tym trudno stwierdzić, jak dużą część tej liczby stanowiła ludność cywilna, gdyż o Siemiatycze stoczono jedną z największych bitw w całym powstaniu. Duża liczba ofiar może się też brać z wliczenia do niej zabitych z pobliskich wsi.

O brutalności w tłumieniu ruchu lat 1863-64 na Litwie wiele mówią oficjalne szacunki władz: o ile wojska rosyjskie stracić miały tylko 300 ludzi, to straty powstańców sięgały 6 tys. [53]

Równocześnie władze rosyjskie utrzymywały, że ofiarą terroryzmu powstańczego padło 951 osób. Nawet gdyby liczba ta była prawdziwa, to i tak pozostaje wielokrotnie niższa od wielkości terroru carskiego. Wydaje się jednak, że ofiar powstańczych represji było mniej. Już J. Grabiec, choć przyznawał, że wisielców chłopskich za zdradę ojczyzny liczono na setki, polemizował z liczbą 951 ofiar, wskazując, że zapomogi za owych zamordowanych przyznano po powstaniu 634 rodzinom [50].

Przy omawianiu wydarzeń z lat 1861-64, dla uniknięcia nieporozumienia, zaznaczyć trzeba, że zarówno po spacyfikowaniu ruchu chłopskiego, jak i po stłumieniu powstania styczniowego władze carskie znacznie ograniczyły bezpośrednią przemoc w centralnej Rosji i Polsce. Lecz w imperium były i inne płonące obszary.

Chociaż w pierwszych latach rządów Aleksandra II stłumiono powstanie Szamila, to do zbrodni na ludności cywilnej dochodziło na Kaukazie dalej (powstanie chłopskie w r. 1866 i kolejne w latach 1875-82). Wielkim aktem represji było także wspomniane już wyżej wysiedlenie (lub zmuszenie do ucieczki do Turcji) setek tysięcy kaukaskich górali w latach 1858-64 [44, 46].

Trzeba tutaj zaznaczyć, że wspomniane zbrodnie wobec narodów Kaukazu nie wyczerpują wcale tematu. Są historycy twierdzący, iż w ciągu stu lat poprzedzających I wojnę światową w Rosji i na Bałkanach na skutek wojen i czystek etnicznych zginęło co najmniej 2,5 miliona muzułmanów [47]. Znaczna część tej wielkości przypada na zbrodnie caratu. Przemoc wobec wyznawców islamu miała miejsce nie tylko na Kaukazie, lecz także w Azji Środkowej (np. w Baszkirii, Kokandzie i Ferganie).

Odrębną kwestią jest cicha tragedia ludów Syberii, którym nie tylko w majestacie prawa odbierano najlepsze ziemie, ale które dziesiątkowane były też przez towarzyszące rosyjskiej ekspansji choroby, alkoholizm i wyczerpującą pracę, do której zmuszali tubylców koloniści. Trzeba tu jednak uczynić uwagę, że sytuacja autochtonów Syberii i tak okazała się lepsza od losu północnoamerykańskich Indian, gdyż - chociaż Keci, Samojedzi sajańscy i Kottowie wyginęli całkowicie - to ogólna liczebność tubylców mimo wszystko rosła [42].

Warto także zwrócić uwagę na znaczny zasięg politycznych represji w latach 70. N. Troickij podaje, że tylko w r. 1874 aresztowano do 8 tys. ludzi za antypaństwową agitację, a w r. 1879 wydano 16 wyroków śmierci za (nieudowodnioną zresztą) przynależność do przestępczego stowarzyszenia i posiadanie rewolucyjnej literatury [733].

System represji w imperium carskim pozostawał przeraźliwie zakłamany i reformy Aleksandra II tego nie zmieniły. Organizowane w trybie administracyjnym (a więc bez sądu) pięcioletnie zesłania do prowincji irkuckiej uważane były nie za "karę", lecz za środek ostrożności zabezpieczający przed popełnieniem przestępstwa. W efekcie aż 51% zesłanych na Syberię nie miało wyroków sądowych, a przy tym znaczna część w ogóle nie wiedziała, za co ich ukarano [37.1, 37.3].

Co zaś się tyczy chłosty, to: Każdy podręcznik prawa z okresu po 1863 r. zawierał informację, że w Rosji nie ma kar cielesnych. Nic więc dziwnego, że w r. 1875 inspektor szkoły, który zachłostał na śmierć 10-letniego chłopca, został przez sąd uniewinniony [37.14]. Warto też odwołać się do wspomnień wiernego caratowi generała Bronisława Grąbczewskiego. Wspomina on m.in., że w r. 1874 pewnego "buntowniczego" żołnierza skazano na 3 tys. kijów (mimo że śledztwo w pełni wykazało zasadność jego skargi!) [55]. "Nieistniejąca" kara chłosty miała być zresztą w imperium masowo stosowana do samego końca - przekonali się o tym chłopi w latach 1905-06 i pod rządami białych w czasie wojny domowej.

Dodajmy jeszcze, że w ramach represyjnego systemu "liberalnych" czasów Aleksandra II wymienić można stosowane na naprawdę ogromną skalę grzywny i konfiskaty [37].

W czasach "kontrreform" Aleksandra III (1881-94) oficjalnie zapadły co najmniej 74 wyroki śmierci. Są to dane niepełne. Faktycznie musiało dojść do znacznie większej ilości egzekucji - stracono zapewne kilkaset osób. Nawet oficjalne statystyki pozwalają na wyliczenie dla lat 1881-95 liczby 215 egzekucji (z 420 w okresie lat 1876-1900). Przypomnijmy tu, że kary śmierci wciąż nie było w wykazach orzeczonych kar publikowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości [37.8]. Przeważały jednak innego rodzaju represje - lecz stosowane w dużej skali. W latach 1880-84 za działalność w Narodnej Woli represjonowano podobno nie mniej niż 10 tys. ludzi [733].

Należy też pamiętać o znacznie większej, niż liczba straconych, liczbie osób zmarłych w więzieniach. Np. proces proletariatczyków doprowadził do stracenia 4 z sądzonych, lecz 9 dalszych zmarło w więzieniach [56]. W r. 1889 doszło do mających szczególnie ponurą sławę wydarzeń w Jakucku i Karze, w których zginęło kilkunastu więźniów [42]. Zaznaczyć jednak trzeba, że tak okrutne rozprawy nie były regułą w rosyjskim więziennictwie.

Za rządów Aleksandra III rozpoczęły się prześladowania Żydów. Już w latach 1881-82 doszło w Rosji do kilkuset pogromów ludności żydowskiej, z nieustaloną liczbą ofiar. Natomiast masowe przesiedlenia do Strefy Osiedlenia w latach 1882-91 objęły podobno aż 700 tys. Żydów [58] i prawdopodobnie także pociągnęły za sobą liczne ofiary.

W Rosji dochodziło też do krwawych rozpraw wojska z ludnością cywilną: np. w maju 1892 r. w Łodzi zginęło lub zostało rannych 217 robotników [59], a w listopadzie r. 1893 w Krożach na Żmudzi wojsko zabiło prawdopodobnie 30 osób broniących zamykanego kościoła katolickiego [37]. Także na drugim końcu imperium, w Baszkirii, specjalne ekspedycje karne krwawo tłumiły trwające ciągle zamieszki.

Oczywiście wszystkie te tragedie nikną wobec wielkiego głodu - jaki w latach 1891-92 szczególnie dotknął Powołże - i postępującej za nim epidemii cholery. Wielkość ofiar szacowana jest na przynajmniej 400 tys. [99], najwyższe szacunki mówią nawet o 2 mln [311]. Tragedia swymi rozmiarami przerosła chyba wcześniejsze katastrofy: z r. 1872 na Ukrainie i z r. 1882 w południowej Rosji [405]. Kwestia odpowiedzialności władz carskich za zasięg klęsk głodowych stanowi jednak odrębny problem. Czynnik głodu może oczywiście stanowić rodzaj terroru. Nie ma jednak podstaw do twierdzenia, by głód uznać za świadomie rozszerzany przez carskie władze. Carowi zarzucić można co najwyżej zbyt niedbałe organizowanie pomocy. Nie wszyscy zresztą historycy dostrzegają ów "grzech zaniedbania": np. S. Skott w rozdziale poświęconym dobremu i troskliwemu ojcu rodziny Aleksandrowi III ani słowem nie wspomina o tragedii wsi rosyjskiej z lat 1891-92 [33].

TERROR PAŃSTWOWY W DOBIE KRYZYSU SAMODZIERŻAWIA. DEMONSTRACJE I POGROMY

Rozpoczynając rządy Mikołaj II dopuścił się innego niż jego ojciec "grzechu zaniedbania". Wobec braku zabezpieczenia ogromnego tłumu asystującego uroczystościom koronacyjnym na polu Chodyńskim 18 maja 1896 r. zginęło 1389 osób - stratowanych i zgniecionych. Takie przynajmniej były liczby oficjalne - nieoficjalnie mówiło się o 4-5 tys. ofiar śmiertelnych. Czy śmierć tych ludzi powinna być zaliczana do liczby ofiar caratu? Naszym zdaniem bezwzględnie tak, tak samo jak np. bilans ofiar stalinizmu obejmować musi śmierć ludzi stratowanych podczas pogrzebu Józefa Wissarionowicza. Tego samego dnia, już po tragedii chodyńskiej, car wziął udział w przyjęciu u ambasadora francuskiego [11.2, 60, 664, 666]. Nieszczęście nie powinno zaćmiewać uroczystości koronacyjnej. Z tego też punktu widzenia chodyńską katastrofę należy ignorować - scharakteryzował pogląd cara na owe wydarzenia Sergiusz Witte [61].

Tak było na początku panowania Mikołaja II, ale i późniejsze wypowiedzi monarchy dowodzą, że imperator nigdy nie rozumiał sytuacji w swym kraju. Świadczą o tym nie tylko carskie pamiętniki pełne wzmianek o spacerach, strzelaniu do wron i piciu herbaty. Jeszcze 27 lutego 1917 r. car nazwał przysłany mu list Rodzianki bzdurą, na którą nawet nie będzie odpowiadał. Tymczasem bzdurę tę kończyły prorocze słowa: Nadszedł ostatni czas, kiedy decyduje się los ojczyzny i dynastii [62].

Panowanie Mikołaja "Krwawego" stanowiło kulminację terroru państwowego w Rosji. Represje związane były przede wszystkim z tłumieniem rewolucji 1905 r., choć i wcześniej dochodziło do brutalnych rozpraw z ludnością.

Np. w r. 1903 doszło do masakry robotników podczas strajku w Złatoust (69 zabitych) [104], pacyfikacji chłopskich powstań na Ukrainie i pogromu Żydów w Kiszyniowie. Pogrom w Kiszyniowie, z 45 trupami i 586 rannymi, z wydłubywaniem oczu, obcinaniem piersi, wbijaniem gwoździ w głowy, gwałtami, zniszczeniami i rabunkami, zapowiadał jeszcze bardziej przerażające wydarzenia [101.5].

Według danych IV Dumy w latach 1901-1914 wojsko 6 tys. razy otwarło ogień, w tym artyleryjski, do różnego rodzaju demonstracji. Efektem miało być co najmniej 9 tys. śmiertelnych ofiar [63]. Największa ilość demonstracji przypada oczywiście na rewolucyjny r. 1905.

9 stycznia 1905 r. cesarz pozwolił siłą rozgromić pokojową demonstrację ludności Petersburga. Dokładna liczba ofiar nie jest znana, gdyż władze nie były zainteresowane ujawnieniem prawdy. Po "krwawej niedzieli" podpułkownik Kremienieckij podał w raporcie dla dyrektora departamentu policji liczbę 75 zabitych i 200 rannych. Jednak zestawiona przez prasę liczba ofiar sięgała 4,6 tys. zabitych i rannych [64], a dane specjalnej komisji powołanej do zbadania tych wydarzeń wskazywały na ogromną liczbę 1216 zabitych i 5 tys. rannych [666]. Zrozumiałe jest więc częste ocenianie liczby ofiar śmiertelnych nawet na tysiąc [65, 146]. Wydaje się jednak, że szacunki te mogą być mocno przesadzone, a prawdopodobna liczba zabitych wynosiła 150-200 osób [67, 68]. Nie zmienia to faktu, że władze starały się ukryć prawdziwe rozmiary swojego terroru. O ile jednak możliwe jest uchwycenie prawdopodobnej liczby ofiar w wielkich ośrodkach miejskich, to nie da się tego uczynić dla prowincji imperium.

Po "krwawej niedzieli" w Petersburgu nastąpiły jeszcze bardziej krwawe wydarzenia w miastach polskich. W Warszawie w czasie rewolucji na ulicach zginęły setki osób: w dniach 27-30 stycznia 1905 r. zabito prawdopodobnie około 200 osób, 1 maja padło 37 zabitych, a 1 listopada 40. Oficjalne liczby podawane przez policję były kilkakrotnie niższe [69].

Jeszcze większa była liczba ofiar w Łodzi: w lutym 1905 r. padło tam 144 zabitych, w czerwcu ponad 200. Dodajmy też inne ofiary - w latach 1906-07 współpracujące z caratem bojówki endeckie zamordowały w Łodzi 300 robotników (w grudniu 1906 r. zginęło ich 54, a 36 dalszych w dniach 7-9 kwietnia 1907 r.) [68, 70].

W Warszawskim Okręgu Wojskowym tylko w 1905 r. 2923 razy użyto wojska do przywracania porządku, a w kwietniu 1906 r. zanotowano z kolei aż 11 834 zrealizowane wezwania wojska do zwalczania rewolucji [70].

Liczby dotyczące Warszawy i Łodzi, wskazują, że tylko na ulicach tych dwóch miast zginęło zapewne do 1 tys. osób (nie licząc straconych w egzekucjach). Były to jednak główne ośrodki rewolucyjne i nie można zakładać, że w całym Kraju Nadwiślańskim terror zaborcy był równie znaczny. Tym niemniej ofiary padały też w innych miejscach: w lutym 1905 r. w Radomiu zabito 33 osoby, w Ostrowcu 29, w Sosnowcu 38, w Skarżysku 24, w Łaniętach 11. Z kolei we wrześniu 1906 r. w pogromie urządzonym w Siedlcach zginęło kilkudziesięciu Żydów [40, 68]. Są to oczywiście dane wyrywkowe, nie uwzględniające wcale wsi, mniejszych miejscowości czy osób zamordowanych w więzieniach.

Dla zilustrowania stosunku władz do rewolucji warto także przytoczyć wypowiedź warszawskiego generał-gubernatora Georgija Skałona:

Polacy to bandyci gotowi na wszystko. Nie mają ani sumienia, ani uczucia, mogą działać tylko pod presją bata (...) Polaków należy unicestwić [71].

Sam cesarz, na raporcie informującym o zastrzeleniu 4 maja 1907 r. 21 robotników w Łodzi, napisał po prostu: Tylko tak można oduczyć tę publikę [60].

Lecz równocześnie w 1906 r. wydano przedstawicielom polskich klas posiadających ponad 35 tys. zezwoleń na posiadanie broni palnej [70]. Zatem nie wszyscy "Polacy" byli w oczach urzędników carskich "bandytami". Bezwzględne represje nie dotykały przecież burżuazji czy ziemiaństwa, wrogiem był ktoś inny.

Tysiące ofiar padło w czasie demonstracji w innych częściach imperium Mikołaja II. 13 stycznia 1905 r. w Rydze zginęło 70 osób (nie licząc utopionych w Dźwinie), natomiast 200 odniosło ciężkie rany [72, 73]. W stosunkowo niewielkim Mińsku podczas największej demonstracji antyrządowej (październik 1905 r.) było 80-100 zabitych i 300 rannych, a w Witebsku zginęło 18 osób [74, 621]. W mniejszym od Mińska Rewalu, również w październiku 1905 r., zastrzelono 94 demonstrantów [75]. Podczas jednego z mityngów w Iwanowo-Wozniesieńsku kozacy zabili 28 ludzi [146].

Ponad 1,1 tys. ofiar - powstańców i ludności cywilnej (w tym około 230 kobiet i dzieci) - padło w grudniowym powstaniu w Moskwie, przy czym straty wojska i policji wynieść miały zaledwie 35 ludzi [76, 764], co wskazuje na zdecydowanie nierówny charakter walki.

Z kolei podczas grudniowych demonstracji i walk robotników z wojskiem w Gorłowce, Aleksandrowsku i Charkowie padło prawie 400 zabitych. Podczas powstania w Sewastopolu zginąć miało ponad 200 ludzi, a 4 tys. aresztowano [77]. To właśnie w Sewastopolu ostrzeliwano kartaczami kuter z rannymi ze zbuntowanego "Oczakowa", a do płynących w wodzie marynarzy otwarto ogień z karabinów maszynowych [78]. W październiku 1905 r. w Tomsku zginęło lub zostało ciężko okaleczonych 200 osób [42]. W Kijowie, podczas powstania saperów, zginęło 30 ludzi [350].

Do ludu zawsze trzeba strzelać, generale - powiedział Mikołaj II, gdy generał Kazbek informował go, że powstanie we Władywostoku w październiku 1905 r. udało się stłumić bez wielkiego przelewu krwi (182 zabitych i rannych z obu stron) [187]. W styczniu 1906 r. zginęło więc we Władywostoku kolejnych 80 demonstrantów [77].

Do ofiar kontrrewolucji zaliczyć też trzeba mordowanych tysiącami Żydów. Policja i żandarmeria często inspirowała pogromy, bojówkarze z czarnej sotni zabijali, Cerkiew szczuła przeciw Żydom, a cesarz milcząco akceptował rzezie. Mikołaj II był zresztą przekonany, że za rewolucyjny kryzys w państwie odpowiadają Żydzi. Zdaniem cara: Rok 1905 przebiegł, jakby był wyreżyserowany przez mędrców [Syjonu] [79].

Tylko w dniach 18 października - 1 listopada 1905 r. według danych oficjalnych miało być 1622 śmiertelnych ofiar pogromów w południowej Rosji (głównie w Odessie). W ciągu całej jesieni zabito przynajmniej 4 tys. ludzi, a 10 tys. odniosło rany. W sumie zaś w latach 1905-06 zginąć miało w organizowanych w Rosji pogromach 10 tys. ludzi [11, 57].

Do liczb tych jednak należy uczynić pewną uwagę. W. Kożinow podaje, że na 1622 ofiary owych październikowych pogromów przypadało 711 Żydów, a resztę zabitych stanowili rewolucjoniści rosyjscy, ukraińscy itd. [81] Rzeczywiście, pogromy te były odpowiedzią na ogólnorosyjski strajk polityczny, nic więc dziwnego, że ginęli w nich nie tylko Żydzi.

Władze podsycały też inne konflikty narodowościowe: w wyniku walk Azerów z Ormianami w Baku zginąć miało 1,5 tys. ludzi [11]. Według B. Grąbczewskiego rzezie te spowodowane były polityką ks. Golicyna, popychającego Tatarów (Azerów) i Gruzinów przeciw Ormianom [55].

Rewolucja, reformy stołypinowskie i klęski głodu poruszyły też wieś. Na początku XX w. trzeba było angażować do "uspokojenia" sytuacji na wsi więcej żołnierzy niż użyto do walki z Napoleonem w r. 1812. Oficjalna liczba bezpośrednich interwencji wojskowych błyskawicznie rosła. W r. 1898 odnotowano ich 36, w r. 1903 już 322, a w r. 1909 aż 114 108 [83].

W latach rewolucji chłopi dokonali pogromów 3-4 tys. szlacheckich majątków (a więc 7-10% wszystkich), unikając jednak przelewania krwi [654]. Władza nie była jednak podobnie wstrzemięźliwa. Buntujących się chłopów karano setkami egzekucji i masową chłostą. W samej Estonii, od grudnia 1905 r. do lutego 1906 r., po zorganizowanych przez chłopów pogromach dworów szlacheckich - choć nie pochłonęły one żadnych ofiar w ludziach - oddziały karne rozstrzelały bez sądu 300 chłopów, a 600 poddały publicznej chłoście [75].

W gurijskiej wsi Machuri zastosowano inne jeszcze represje: wojsko zgwałciło wszystkie kobiety, nie wyłączając mniszek z miejscowego klasztoru [66.23]. Oddziały karne stosowały także metody ostrzału artyleryjskiego opornych wsi i miasteczek [84]. Z. Szybieka pisze z kolei o paleniu wiosek na Białorusi przy okazji rozpraw ze zrewolucjonizowanymi chłopami [74].

Brutalne metody walki z robotnikami i chłopami miały pozostać rosyjską rzeczywistością i w dalszych latach. Masakra nad Leną z r. 1912 jest tego wymownym przykładem.

"KRAWATY STOŁYPINA" I ROZSTRZELANIA. WIĘZIENNICTWO. BILANS KONTRREWOLUCJI

Witte po wydarzeniach moskiewskich zmienił się całkowicie; teraz to on chce wszystkich wieszać i rozstrzeliwać - napisał pod koniec r. 1905 Mikołaj II [85]. Klęska rewolucji zachęciła carat do nasilenia represji.

Rząd carski oczywiście tłumaczył swój terror jako odpowiedź na terroryzm rewolucjonistów, szczególnie eserowców. Według danych oficjalnych ofiarami owego terroryzmu w latach 1905-09 padło 5745 osób (w tym 614 w Królestwie Polskim). Zaznaczyć trzeba, że nasilenie zamachów przypada na r. 1907, co wskazywałoby, że były one raczej odpowiedzią na rosnący terror państwa [37.9, 70].

Ofiarami zamachowców padali carscy dygnitarze, generałowie, agenci ochrany, żandarmi, ale także szeregowi żołnierze i zupełnie przypadkowe osoby cywilne. Wśród rewolucyjnych akcji odwetowych zdarzały się rzeczywiście akty szczególnie okrutne, z których nie sposób rozgrzeszać terrorystów. Do takich należy niewątpliwie eserowski zamach na Stołypina na Wyspie Aptekarskiej, przeprowadzony 12 sierpnia 1906 r. Premier nie ucierpiał, zginęło natomiast 30 osób, w większości przypadkowych [22].

Całkowite oficjalne dane rządowe dotyczące terroryzmu rewolucyjnego mogą jednak budzić wątpliwości, a to ze względu na manipulacje policyjne, a więc wykazywanie w podawanych liczbach ofiar własnych prowokacji czy pogromów. Jeżeli jednak ktoś wierzy, iż od sprawy Azefa carska policja nie stosowała nielegalnych metod działania, to zalecamy wczytanie się w rozporządzenie nr 2176 dyrektora Departamentu Policji, Trusiewicza, z 17 lipca 1906 r.:

Wobec poważnego znaczenia podziemnych organizacji, nazywanych Radą Delegatów Robotniczych, należy za pomocą wszystkich środków przeszkadzać tworzeniu takowych w drodze usuwania przywódców i wyróżniających się członków [398.19].

E. Kaczyńska ocenia, że w latach 1905-12 władze ogłosiły ogromną liczbę 9,8 tys. wyroków śmierci [37.10]. Nie są to bynajmniej najwyższe szacunki: np. O. Arin twierdzi, że tylko w latach 1907-08 wydano ich 5 tys. [779] Na marginesie zaznaczmy, że ma się to dość dziwnie do informacji Czarnej księgi komunizmu podającej jakoby wszystkie carskie sądy (w tym wojenne), w całym okresie lat 1825-1917, wydały nieco ponad 6 tys. wyroków śmierci [9].

Liczba wykonanych egzekucji wynosić miała od 48 do 68% ogólnej liczby wyroków ogłoszonych, np. w porewolucyjnym r. 1908 oficjalnie odnotowano 1340 egzekucji, co stanowiło 68% wyroków. Kaczyńska ocenia też, że właśnie w 1908 r. na imperium rosyjskie przypadało ponad 64% wszystkich oficjalnie wykonanych egzekucji na świecie. Faktycznie liczba ta była znacznie mniejsza, gdyż statystyka nie jest kompletna - brak w niej kolonii (poza brytyjskimi), krajów Azji i Ameryki Łacińskiej [37.6]. Nie ulega jednak wątpliwości, że wśród tzw. "cywilizowanych" krajów Rosja Mikołaja II wyróżniała się represyjnością.

W samym Królestwie Polskim (Kraju Nadwiślańskim) stracono w okresie rewolucji kilkaset osób. Najwyższe szacunki dla samej Warszawy sięgają przeszło tysiąca wyroków śmierci i aż 659 egzekucji [69]. Z danych zamieszczonych przez E. Kaczyńską dla lat 1906-09 doliczyć się można co najmniej 962 wyroków śmierci i 366 egzekucji. Np. na przełomie stycznia i lutego 1906 r. z osobistego rozkazu Skałona - lecz bez sądu - rozstrzelano 17 ludzi, spośród których jeden miał 15 lat, a trzech po 17 [37.5, 37.12].

W Ludziach ukaranych znajdujemy bardzo wiele (czasem zresztą sprzecznych) liczb dotyczących liczby egzekucji z okresu pierwszej rewolucji rosyjskiej. Kaczyńska m.in. podaje, że wg oficjalnych danych Departamentu Policji w latach 1905-09 z wyroków sądowych stracono 3323 osoby. Zaznacza jednak, że można wątpić, czy są to dane odpowiadające prawdzie: np. dla r. 1906 Departament Policji podał liczbę 249 straconych, a z niepełnych danych indywidualnych wynikało, że wykonano 549 egzekucji. Trzeba też pamiętać, że w liczbie 3323 straconych nie ma egzekucji przeprowadzonych w 1906 r. z wyroków sądów wojskowo-polowych (1102 wyroków śmierci).

E. Kaczyńska uznaje za niezbyt wiarygodne najwyższe szacunki egzekucji - dochodzące do liczby średnio 2825 straconych każdego roku [37.10] - nie podaje jednak własnej oceny wielkości terroru carskiego. Jednak z zamieszczonych przez nią liczb można domniemywać, że liczba egzekucji - tylko z wyroków sądowych - w latach 1905-09 sięgała 5 tys., a więc więcej niż wynikałoby to z danych oficjalnych.

W. Loginow [86] twierdzi, że w latach 1906-09 stracono 3,8 tys. ludzi z wyroków różnego rodzaju sądów, a "kilka" tysięcy rozstrzelano bez sądu. A. Dalskij podaje liczbę ponad 8,4 tys. osób straconych w latach 1906-09 [666]. Kara-Murza i Chłobustow piszą o prawie 5 tys. ofiar [66.24, 270].

Najdokładniejsze - choć niepełne - dane dotyczące liczby egzekucji w latach 1905-09 podaje W.G. Timofiejew [87]. Według tego autora w grudniu 1905 r. stracono 376 osób, a w latach 1906-09 miało być odpowiednio 574, 1139, 1340 i 717 egzekucji. Z danych Timofiejewa wynika więc, że od grudnia 1905 r. do końca r. 1909 w Rosji zarejestrowano 4146 egzekucji [87]. W statystyce tej największe zastrzeżenia budzi r. 1906. Liczba 574 straconych jest z pewnością zaniżona -Sziszow tylko dla okresu styczeń-marzec 1906 r. wymienia wielkość 679 egzekucji [678].

Oficjalna liczba egzekucji z wyroków sądowych nie wyczerpuje oczywiście całkowitej liczby ofiar carskiego terroru. Krwawych rozpraw dokonywano także bez wyroków sądowych, przede wszystkim tam, gdzie działały oddziały karne (linie kolejowe, zachodnia Syberia, kraje nadbałtyckie), którym oficjalnie nakazano nie żałować pocisków [11]. Jednoznaczny był także rozkaz cara: Nie brać jeńców, wszystkich podejrzanych na miejscu bezzwłocznie pozbawiać życia. I tak też działał np. osławiony generał Rennenkampf [646]. Ekspedycje karne w latach 1906-09 bez sądu rozstrzelały 1172 osoby [66.24, 270]. Według Trockiego, tylko pułk siemionowski, któremu rozkazano nie brać jeńców, rozstrzelał na linii kolejowej Moskwa - Gołutwino 150 ludzi [62.21].

Zaznaczmy jeszcze, że egzekucje wykonywano często za naprawdę drugorzędne "przestępstwa" - bynajmniej nie za "terroryzm". Iwan Komljew podaje dwa przykłady z Irkucka: żołnierzy i oficerów rozstrzelanych za żądania pensji dla inwalidów i poprawy stanu warunków sanitarnych w wojsku (listopad 1905 r.), a także studentów straconych w r. 1906 za nielegalną lekturę "Kapitału" [796].

Należy sądzić, że nawet minimalna wielkość wszystkich wykonanych egzekucji w latach 1905-09 musiała znacznie przekraczać 5 tys. (uwzględniamy tu osoby stracone bez wyroku sądowego). Jeśli chodzi o maksymalną liczbę powieszonych i rozstrzelanych to z pewnością nie sięgała ona 10 tys., gdyż wspomniany wyżej szacunek 2,8 tys. egzekucji rocznie uznać trzeba za zdecydowanie zawyżony. Osobiście przychylalibyśmy się do liczby ponad 6 tys. (jednak nie więcej niż 8 tys.) straconych w latach 1905-9. W każdym razie liczba egzekucji okazuje się o co najmniej połowę wyższa niż podawane zwykle 3-4 tys.

Kwestię rozstrzelanych i powieszonych niech zakończą ironiczne słowa admirała Adlerberga, "żegnającego" kopiących sobie groby marynarzy Kronsztadu:

Kopcie, chłopcy, kopcie! Chcieliście ziemi, macie ziemię, a wolność znajdziecie w niebie [66.17].

Liczba więźniów w Rosji za rządów Mikołaja II szybko rosła. W r. 1905 w imperium miało być 122,6 tys. uwięzionych i aresztowanych (rozbieżne szacunki podają liczby od 90 do 175 tys.), przy czym w wielkości tej nie uwzględniono kilku kategorii więźniów. Dla 1909 r. podawana jest wielkość ponad 180 tys. więźniów, dla 1912 r. 184 tys., a dla 1913 r. aż 220 tys. [37.16, 87]

Z członkami rodzin w r. 1900 na Syberii przebywało 287,2 tys. zesłańców (bez katorżników) [89]. W latach 1907-08 przebywać tam miało 74,3 tys. zesłańców, a w tej wielkości 15,9 tys. więźniów politycznych [42]. W latach 1906-16 liczba osób skazanych na katorgę wzrosła z 6 do 29 tys. [90]

Niestety, brak jest danych dotyczących śmiertelności wśród skazanych, choć wobec zaostrzenia represji mogła być ona stosunkowo wysoka. Zdarzało się, że wobec więźniów, szczególnie podczas rewolucji, stosowano tortury (nawet wykłuwano oczy) [37.15]. Wśród skazanych, zwłaszcza politycznych, prześladowanych zarówno przez straż, jak i "iwanów" (bandytów recydywistów), częste były choroby psychiczne [37.18]. Setki więźniów usiłowało odebrać sobie życie - tylko w r. 1910 odnotowano w więzieniach 142 samobójstwa lub próby samobójcze [37.17]. Dochodziło także do buntów w więzieniach, przy czym oficjalna liczba ofiar nie zawsze podawana była do wiadomości (jak w Lublinie w 1909 r.).

Charakterystyczny jest skład narodowościowy więźniów. W r. 1908 wśród politycznych zesłańców na Syberii było 60% Rosjan i Ukraińców, 22% Żydów, 12% Polaków i 4% mieszkańców Kaukazu [42]. Jak więc widać, zwłaszcza Żydzi i Polacy traktowani byli jako szczególnie niebezpieczni dla caratu, gdyż udział tych mniejszości narodowych w populacji Rosji był znacznie niższy (odpowiednio około 3,5% i 6%).

Dokonując próby oszacowania wielkości terroru kontrrewolucyjnego z lat 1905-09, uwzględniając egzekucje, zmarłych i zamordowanych w więzieniach, zabitych podczas pogromów czy demonstracji itd., dochodzimy do prawdopodobnej liczby ponad 20 tys. ofiar (z tego około 2 tys. w Królestwie Polskim). Ogromna ich większość przypada na r. 1905 i 1906, gdy kilkanaście tysięcy ludzi zginęło w pogromach i krwawo tłumionych demonstracjach. Z kolei na lata porewolucyjne przypada największa liczba oficjalnie odnotowanych egzekucji z wyroku sądowego.

Nie wydaje się by liczba 20 tys. ofiar kontrrewolucji była zbyt wygórowana. Niektóre opracowania podają, że od stycznia 1905 r. do kwietnia 1906 r. represje carskie pochłonęły 14 tys. ofiar śmiertelnych [51, 91, 187]. V. Serge szacował, że okres lat 1905-06 kosztował Rosję 15 tys. zabitych [52.1], a R. Miedwiediew pisał o "dziesiątkach tysięcy" ofiar kontrrewolucji [27.10]. Nawet Conquest stwierdził, iż w latach 1866-1917 ofiarami terroru carskiego padło 25 tys. ludzi, a przecież ten sam autor utrzymywał, że do r. 1902 represje były niewielkie [35].

W Europie początków XX w. terror carski wydaje się być fenomenem. Jednak omawiając go pamiętać należy o 5 tys. zabitych podczas powstania w Macedonii w r. 1903 [132], o 11 tys. ofiar buntu chłopskiego w Rumunii z r. 1907 [135] czy o wydarzeniach z czasów wojen bałkańskich... Jeszcze więcej drastycznych przykładów państwowego terroru - w tym prowadzonego przez reżimy demokratyczne - można zaś znaleźć w skali świata (wojna burska, powstanie bokserów, walki na Filipinach, polityka Niemców i Belgów w Afryce itd.).

Szczególne demonizowanie represyjnej polityki carów byłoby więc przesadą. Przesadą jest jednak także lekceważenie i bagatelizowanie skali terroru Mikołaja II.

GŁÓD I CHOROBY. WOJNA ŚWIATOWA

Liczby dotyczące carskiego terroru czasów Mikołaja II nie obejmują, rzecz jasna, ofiar głodu czy epidemii. Ze statystyki zakaźnych chorób wynika, że w latach 1893-1912 rozmaitego rodzaju epidemie pochłonęły w Rosji życie 2 mln ludzi [11.4]. Jeden lekarz przypadał wówczas statystycznie na ponad 6 tys. mieszkańców Rosji, jednak na wsi sytuacja była znacznie gorsza - jeden lekarz przypadał na 26 tys. chłopów [63].

W latach 1901-02 głodowało 49 guberni [666]. Także w r. 1906 i 1911 na Rosję spadły ogromne klęski głodu o zasięgu większym niż głód w r. 1891. Pierwsza z nich zagroziła życiu 21 mln, a druga 25 mln mieszkańców imperium [11]. M. Haynes i R. Husan nie podają jednak liczby ofiar śmiertelnych. Natomiast I. Kozljenko, powołując się na oficjalne dane cesarskiej Lejb-Kancelarii, podaje, że w latach 1900-01 zmarło ponad 2,8 mln "prawosławnych dusz" z 42 mln mieszkańców rejonów dotkniętych klęską głodu, a w r. 1911 kolejne przeszło 1,6 mln z 32 mln głodujących [95]. Podobne wielkości - 3 mln zmarłych w latach 1901-03 i 2 mln w r. 1911 - podaje Pribytkowa [311].

Jak się jednak wydaje, tak wielka liczba zmarłych w okresie tych dwóch wielkich głodów, sięgająca 4-5% populacji rocznie, obejmuje wszystkie zgony - w tym naturalne (także ze starości). Jeżeli odliczyć naturalną śmiertelność (dla ówczesnej Rosji rocznie średnio około 3% populacji, lecz dla wolnych od głodu guberni mniej), to pozostaje do 1,5 mln "nadzwyczajnych" zgonów. Zaznaczmy jednak, że i w tej liczbie znajdowały się także osoby zmarłe w wyniku chorób epidemicznych - nadzwyczaj zabójczych dla osłabionych głodem organizmów.

Nietrudno zauważyć, że chociaż głód w wielkich rozmiarach powtarzał się w carskiej Rosji cyklicznie, co około 10 lat (1872, 1882, 1892, 1901, 1911), władze nigdy nie były przygotowane do walki z tą katastrofą.

Ogromne straty ponosiła także ludność przemieszczająca się na Syberię. Oto relacje z lat 90. XIX w. (M. Jadrincew) i początku XX w. (książę Lwow):

W Tiumeniu śmiertelność wśród osadników jest ogromna... od 25 kwietnia do 8 czerwca zachorowało 1223 ludzi, wśród dzieci panowała ospa i dyfteria, które zabrały do 500 dzieci w ciągu sześciu tygodni [42].

W wielu wioskach z r. 1907 panuje wprost nieprawdopodobna śmiertelność, dochodząca od 25 do 30% [450].

W świetle tych relacji nie budzi zdziwienia fakt, że tylko przy okazji podjętej przez Stołypina próby kolonizacji Syberii w latach 1906-10, w wyniku w głodu i chorób zmarło ponad 100 tys. chłopów [93, 94].

Śmierć miała wyraźny charakter "klasowy" również w miastach. Około r. 1910 w Petersburgu śmiertelność dzieci w grupie ludności o najniższym dochodzie (miesięcznie mniej niż 20 rubli na osobę) była dwu i półkrotnie wyższa niż w grupie ludności dysponującej dochodem najwyższym (więcej niż 50 rubli miesięcznie) [11.3].

W przypadku idących w miliony ofiar głodu i chorób epidemicznych znów pojawia się kwestia carskiego "grzechu zaniedbania". W jakim stopniu carat uwzględniał potrzeby swoich poddanych w polityce budżetowej imperium? W czasach Mikołaja II przeznaczano z budżetu na armię 5-10 więcej środków niż na opiekę zdrowotną i oświatę razem wzięte (podawane liczby różnią się między sobą) [83, 674, 779]. Stosunek ten wiele mówi o priorytetach imperium. W latach 1908-14 rosyjskie wydatki zbrojeniowe były najwyższe na świecie [674, 779], a przecież globalna wielkość majątku narodowego lokowała imperium Romanowów dopiero na piątym miejscu - za USA, W. Brytanią, Niemcami i Francją (liczonymi bez kolonii) [527].

W latach 1888-1913 Rosja odnotowała największy wzrost wydatków wojskowych wśród mocarstw europejskich: powiększyły się one o 208,8% wobec 145,7% w Niemczech [96]. Dodajmy, że potencjał gospodarczy imperium w tym okresie rósł znacznie wolniej od potencjału Niemiec. Według P. Kennedy'ego w latach 1880-1913 udział Rosji w produkcji przemysłowej świata zwiększył się z 7,6 do 8,2%, podczas gdy udział Niemiec wzrósł w tym czasie z 8,5 do 14,8% [83]. Wydatki zbrojeniowe imperium Mikołaja II rosły nieproporcjonalnie szybko - zaniedbanie opieki zdrowotnej przez carat było oczywiste.

Jeżeli jednak ktoś jeszcze o tym powątpiewa, to warto zaznajomić się z zapisami, jakie uczynił Mikołaj II na raporcie z r. 1912, informującym, że średnia długość życia w Rosji wynosi 30,8 lat i że 10% chłopskich dzieci przejawia oznaki niedorozwoju umysłowego.

Nieważne - napisał po prostu car [95].

Panowanie Mikołaja II, rozpoczęte pod złą wróżbą tragedii na Chodynce, zamyka I wojna światowa. Wojny tej rząd rosyjski chciał już wcześniej i w spodziewał się w niej łatwego zwycięstwa - tak samo zresztą, jak spodziewano się łatwego zwycięstwa w wojnie z r. 1904. Wojna z Japonią kosztowała imperium ponad 50 tys. zabitych, ale wojna z państwami centralnymi miała przynieść straty bez porównania większe.

W latach 1914-17 na froncie poległo około 700 tys. ludzi, lecz wszystkie straty wojska oblicza się na 1,3-2,3 mln zabitych i zmarłych. Do tego doliczyć należy 800-900 tys. strat wśród ludności cywilnej [11]. Szczególnie wielkie straty ponosiła ludność zmuszana przez władze do udawania się w głąb Rosji:

Śmiertelność chorych dzieci z transportu na dworcu warszawskim w Moskwie [w r. 1915] dochodziła do 48%. W schronisku w Nieświeżu marło początkowo 10% uchodźców tygodniowo, przede wszystkim dzieci [566].

W liczbach tych nie ma kilkuset tysięcy bezpośrednich i pośrednich ofiar terroru carskiego organizowanego podczas powstania w Azji Środkowej w r. 1916 [11]. Nie uwzględniono w nich także jeńców wojennych z państw centralnych, których w ciągu 3 lat zmarło w rosyjskich obozach być może aż 471,9 tys. [117.1].

REŻIM CARSKI

Według wspomnianego wyżej I. Kozljenki, w latach 1880-1916, w wyniku głodów, epidemii, wznieconych przez carat wojen i terroru zginąć miało do 20 mln ludzi [95]. O. Arin proponuje nawet liczby wielokrotnie wyższe [779]. Są to jednak wielkości bardzo mocno przesadzone. Carat nie ponosił przecież wyłącznej odpowiedzialności za wojnę 1904 i 1914 r.; poza tym znacznie zawyżona jest także np. podana przez Kozljenkę liczba ofiar głodu. Nie ulega jednak wątpliwości, że sumując wszelkie nadzwyczajne zgony - w tym znaczną część ofiar I wojny światowej - należy mówić o wielu milionach ofiar reżimu Aleksandra III i Mikołaja II. Z owych milionów na państwowy terror przypada tylko niewielka część. Lecz nie oznacza to wcale, że carat charakteryzował się łagodnością.

Reżim carski nigdy nie był liberalny, a terror państwowy, zwłaszcza w czasach Mikołaja II przybrał szczególnie wielkie rozmiary. Gdyby chcieć określić liczbę samych tylko egzekucji z lat 1825-1904, ograniczając się do powieszonych i rozstrzelanych, zakatowanych knutem i szpicrutą (w Rosji, na Syberii, w Polsce, na Kaukazie, w Azji Środkowej itd.), to i tak spodziewać się trzeba wielkości rzędu przynajmniej kilkunastu tysięcy. Nietrudno dostrzec, że liczba rozstrzelanych i powieszonych wzrosła szczególnie od czasów pierwszej rewolucji (6-8 tys. w latach 1905-09). Czym należy tłumaczyć ewidentne narastanie terroru carskiego za rządów Mikołaja II?

Kazimierz Kelles-Krauz w r. 1895 pisał o caracie jako o (...) jarzmie rządu nazwanego przez Hercena tatarsko-niemieckim, rządu brutalnie azjatyckiego przez bierność ludów nad którymi panuje, wyrafinowanie europejskiego przez środki represji, jakich się obere zehntausend nauczyło [98].

W opinii tej warto zwrócić uwagę na kwestię bierności ludów, związaną z feudalnym charakterem państwa carskiego. Lermontowska niemytaja Rossija rzeczywiście pozostawała w ogromnej części uśpionym, biernym, chłopskim krajem niewolników i panów. Np. jeszcze w r. 1857 nad porządkiem w liczącej milion mieszkańców prowincji jarosławskiej czuwało zaledwie 244 policjantów, znajdujących się zresztą tylko w głównych miastach [99]. Straż nad milionami rosyjskich chłopów sprawowało nie tyle państwo, co prowincjonalna szlachta.

Jednak przemiany zachodzące w drugiej połowie XIX w. zdynamizowały rosyjskie społeczeństwo. Przed r. 1861 przemysł, budownictwo, górnictwo i transport zatrudniały mniej niż 2,5 mln robotników, w r. 1913 już ponad 9 mln [209.1]. Przemiany miały zaś charakter nie tylko ilościowy, ale i jakościowy.

Szlachta przestała być strażnikiem ludu, a wzrost świadomości chłopów i robotników rosyjskich, chociaż początkowo powolny, coraz bardziej przyspieszał. Równie szybko musiał więc zmieniać się państwowy aparat represji. Setki osób oficjalnie straconych w czasach Aleksandra II i Aleksandra III szybko zamieniły się w tysiące za panowania Mikołaja II. Przy okazji odstawiono do kąta knut, jako zbyt barbarzyńskie (a może tylko zbyt czasochłonne) narzędzie mordu, a miejsce jego zajęła "europejska" szubienica i pluton egzekucyjny.

O przemianach w systemie represji wiele mówi statystyka pochodzenia społecznego osób pociągniętych do odpowiedzialności karnej za przestępstwa polityczne (zbrodnie stanu). W latach 1827-46 na 100 takich osób aż 76 rekrutowało się spośród szlachty, podczas gdy pozostali spośród mieszczan i chłopów. W latach 1884-90 odsetek szlachty spadł do 30,6, a w latach 1905-08 wynosił tylko 9,1.

Warto spojrzeć także na tę statystykę w innym ujęciu. W latach 1884-90 aż 73,2% "zbrodniarzy stanu" stanowiły osoby należące do inteligencji, 15,1% robotnicy, a 7,1% chłopi. Natomiast w latach 1905-08 odsetek inteligentów wynosił już tylko 28,4, robotników 47,4, a chłopów 24,2 [611]. W tym samym okresie wśród zesłańców politycznych na Syberii 41% stanowili robotnicy, 25% chłopi, a 34% inteligencja [42].

Rosja Mikołaja II przestała być krajem biernych, pozbawionych świadomości, chłopów i robotników. Przeciwnie, to właśnie te grupy społeczne wyrastały na głównych aktorów nadchodzącego dramatu.

To nie terror, jakkolwiek znaczne byłyby jego rozmiary, utrzymywał w całości wielkie imperium Romanowów. System carski o ogromnym stopniu wspierał się na swoim prestiżu wśród poddanych. Prestiż ten budowało przekonanie o wszechmocy władzy, podtrzymywane przez tradycję, religię i sukcesy zewnętrzne.

Do obecnych dni w Rosji cesarstwo i kapłaństwo zjednoczone były w carskiej władzy. Dla sprawowania władzy w imperium istotna była sytuacja religijna, swoiste carosławie, jak zresztą określił to Wszechrosyjski Synod Lokalny z lat 1917-18.

Kto nie wie, jak my, Rosjanie, patrzymy na naszych carów i ich dzieci, któż z nas nie czuł porywu, jaki owłada Rosjaninem, gdy patrzy na cara lub syna carskiego! Tylko Rosjanie nazywają swego cara - ziemskim Bogiem [100].

Tak mówiono w Rosji jeszcze w czasach rewolucji 1905 r. Nawet w r. 1917 w kościelnych aktach prawnych pisano o rewolucjonistach i Mikołaju II: fałszywi ludzie (...) nie wahają się podnosić ręki na Chrystusa Pańskiego [100]. Była to oficjalna linia Cerkwi, jednak w społeczeństwie rosyjskim dokonywała się zmiana, związana z ogólnym wzrostem świadomości społecznej. Dla robotników i żołnierzy w r. 1917 car nie był już Chrystusem Pańskim.

Utrzymaniu systemu politycznego służyło także cywilizacyjne zacofanie Rosji, silnie ograniczające mobilność społeczną i przepływ informacji. Sprzyjał temu zarówno brak linii kolejowych, stacji pocztowych itp., jak i szczególnie słabo rozwinięte szkolnictwo. U progu I wojny światowej niespełna 30% mieszkańców Rosji umiało pisać i czytać [63, 656]. W r. 1894 w rosyjskich szkołach wyższych uczyło się zaledwie 25 tys. studentów (w tym mniej niż tysiąc kobiet) przy liczbie ponad 120 mln mieszkanców imperium [779].

Stare struktury zachwiane zostały przez wzrost gospodarczy, związany z rozwijającą się w Rosji rewolucją przemysłową. Wzrost ten prowadził do skrajnego powiększania się dysproporcji społecznych, a więc do groźby wewnętrznego konfliktu.

Proces ten pogłębiły jeszcze reformy Stołypina, których celem było ustabilizowanie monarchii przez budowę swoistej klasy średniej złożonej z bogatych chłopów. W praktyce reformy te - spotykające się z oporem zarówno szlacheckich elit, jak i biedoty wiejskiej - doprowadziły tylko do znacznego wzrostu różnic w dochodach na rosyjskiej wsi, co miało zaowocować konfliktem między ubogim chłopstwem a kułakami.

Szybki wzrost przemysłowy skończył się jeszcze przed wybuchem wojny z Japonią. Zwłaszcza w latach 1901-11 gospodarka rosyjska wyraźnie zwolniła. Np. pod względem tempa wzrostu produkcji stali wyprzedziły ją wtedy gospodarki Niemiec, Francji i Austro-Węgier [103]. Oznaczało to narastanie problemów w przemysłowych miastach imperium - od niezadowolenia burżuazji po gniew robotników. Tradycyjny mit "batiuszki cara" zaczął rozpadać się w czasie krwawo tłumionych niepokojów społecznych.

Nietrudno dostrzec zależność między kryzysami wojennymi i gospodarczymi (nakładającymi się zresztą na siebie w r. 1905 i 1917) a kryzysem politycznym. Gdy podczas wojny światowej zawalił się prestiż monarchii, runęło całe imperium.

Rosja kocha knut (...) zmiażdż ich wszystkich radziła jeszcze na początku r. 1917 cesarzowi ukochana żona, Aleksandra. To jest ruch chuliganów, chłopcy i dziewczyny biegają i krzyczą, że nie mają chleba - po to tylko, aby wywołać zamieszanie - i robotnicy, którzy innym nie dają pracować (...) bądź twardy, pokaż rękę władczą [61].

Cesarzowa nie rozumiała, że czas Mikołaja II przeminął. Sytuację rozumiał natomiast generał-gubernator Kronsztadu, admirał Robert Wiren, zapisując pod koniec r. 1916: Sądzimy, skazanych zsyłamy, rozstrzeliwujemy, ale to mija się z celem. 80 tysięcy nie postawi się przed sądem [101.2].

Przemoc przestała skutkować. System wyczerpał swoje siły. W marcu r. 1917 monarchia w Rosji upadła, a w półtora roku później sam Mikołaj II padł ofiarą terroru rewolucyjnego.