Wokół Księżyca - Juliusz Verne

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Od godziny 10-tej minut 20 minut do godz. 10-ej 47 wieczorem

Z wybiciem godziny 10, panowie Ardan, Barbicane i Nicholl pożegnali licznych przyjaciół, pozostałych na ziemi. Do pocisku puszczono parę psów, przeznaczonych dla rozpowszechnienia ich rasy na lądach księżycowych. Trzej podróżnicy weszli do otworu olbrzymiej tuby żelaznej, a winda podniosła ich i umieściła przy stożkowem przykryciu kuli.

Przez otwór, wyłącznie w tym celu zrobiony, weszli do wagonu aluminiowego, a skoro windę uprzątnięto, rozebrano też niebawem rusztowanie, osłaniające paszczę kolumbiady. Nicholl, wszedłszy ze swymi towarzyszami do pocisku, zajął się bezzwłocznie zamknięciem jego otworu za pomocą silnej blachy, przytwierdzonej z wewnątrz ogromnemi śrubami. Blacha dobrze przymocowana pokrywała również soczewkowe szkła okienek. Podróżnych szczelnie zamkniętych w metalowem więzieniu, pogrążyła zupełna ciemność. - A teraz, kochani moi przyjaciele, mówił Michał Ardan, bądźmy jak u siebie. Ja jestem domatorem, i znam się wybornie na gospodarstwie. Należy jak najlepiej i najwygodniej urządzić nasze nowe mieszkanie. Przedewszystkiem postarajmy się, aby nam było widniej trochę. Do licha! przecież gaz nie dla kretów został wynalezionym! To mówiąc, potarł zapałkę o podeszwę swego buta, i zapaloną przytknął do dziobka umieszczonego w zbiorniku, który zawierał gaz wodorodny w takiej ilości, że mógł wystarczyć do ogrzewania, i oświetlania kuli na sześć dni i sześć nocy. Gaz się zapalił. Pocisk oświetlony ukazał się jako pokój wygodny, umeblowany okrągłemi kanapami, i którego sklepienie miało kształt kopuły. Wszystkie przedmioty, a także broń, narzędzia i instrumenty mocno były przytwierdzone do ścian, aby nie uległy uszkodzeniu skutkiem wstrząśnienia. Wszelkie środki ostrożności, na jakie przezorność ludzka zdobyć się potrafi, były zastosowane, byle tylko próba się udała. Michał Ardan szczegółowo obejrzał wszystko i wyraził zupełne zadowolenie z nowego pomieszczenia. - Jest to wprawdzie więzienie, - rzekł - ale więzienie podróżujące, a gdybym jeszcze mógł wyglądać oknem, spisałbym kontrakt najmu na 10 lat. Uśmiechasz się Barbicane? czy powtarzasz sobie w duchu, iż więzienie to stać się może naszym grobem? Niech sobie będzie i grobem! nie zamieniłbym go wszakże na grób Mahometa, który buja w powietrzu, ale się naprzód nie posuwa. Gdy tak gawędził Ardan, Barbicane i Nicholl kończyli tymczasem ostatnie przygotowania. Chronometr Nicholla wskazywał godzinę 10 i minut 20 wieczorem, w chwili, gdy trzej podróżnicy zamknęli się już ostatecznie w swej kuli. Chronometr ten zregulowany był z chronometrem inżyniera Murchisona, tak, że nie różniły się ze sobą ani o 1/ 10 sekundy nawet. Barbicane spojrzawszy nań, rzekł: - Moi przyjaciele, jest w tej chwili godzina 10 i minut 20. O 10 minut 47, Murchison puści iskrę elektryczną na drut, połączony z nabojem kolumbiady, w tej chwili opuścimy kulę ziemską. Pozostaje więc nam tylko jeszcze 27 minut czasu. - Minut 26 i 13 sekund - odparł systematyczny Nicholl. - A zatem - zawołał Michał Ardan z wesołością - w ciągu 26 minut można wiele zrobić! Można, naprzykład, omówić, a nawet i rozstrzygnąć najważniejsze sprawy moralne, lub polityczne. Dobrze użyte 26 minut, więcej mogą przynieść pożytku, niż 26 lat bezczynności. Kilka sekund Paskala, albo Newtona były cenniejszemi niż całe życie bezmyślnej zgrai głupców... - Cóż ty z tego wnosisz, nie strudzony gaduło?... - zapytał Barhicane. - Wnoszę, że mamy jeszcze 26 minut - odparł Ardan. - Dwadzieścia cztery już tylko - wtrącił Nicholl. - Niech będzie 24, kiedy Ci tak na tem zależy, mój kapitanie; - odrzekł Ardan - 24 minuty, w ciągu których możnaby zbadać... - Michale, - powiedział Barbicane - podczas naszej podróży będziemy mieli dość czasu do zbadania kwestyi najzawilszych, a teraz zajmijmy się naszym odjazdem. - Czyż nie jesteśmy gotowi? - Zapewne, ale należałoby jeszcze obmyśleć coś dla lepszego wytrzymania skutków odbicia. - Czyż nie posiadamy wody, wypełniającej ruchome przegrody, której elastyczność winna nas dostatecznie zabezpieczyć? - Przypuszczam, Michale - odpowiedział Barbicane - ale nie jestem zupełnie pewnym. - Ah! figlarz! - zawołał Ardan. - On przypuszcza... On nie jest pewnym! i to wyznaje dopiero w chwili, gdy jesteśmy tu zapakowani! Chętniebym się teraz wycofał! - A to jakim sposobem? - zapytał Barbicane. - Prawda, - mówił dalej Ardan - rzecz to niełatwa: jesteśmy w pociągu, a świstawka konduktora rozlegnie się za 24 minut... - Za 20! - wtrącił Nicholl. Podróżni spoglądali po sobie przez chwil kilka, potem obejrzeli przedmioty wraz z nimi zamknięte. - Wszystko w porządku; - rzekł Barbicane - chodzi teraz tylko o to, jak mamy się ulokować, aby wytrzymać wstrząśnienie odbicia przy wystrzale. Położenie, jakie zajmować będziemy w tej chwili, jest rzeczą nader ważną; należy zapobiedz, aby krew zbyt gwałtownie do głowy nam nie napływała. - Trafna uwaga - powiedział Nicholl. - A więc - mówił Ardan - stańmy na głowach, do góry nogami, jak klowni cyrkowi. - Nie, - odrzekł Barbicane - lepiej będzie położyć się na bok; łatwiej wtedy wytrzymamy wstrząśnienie. W chwili wystrzału, czy będziemy w środku, czy na przodzie, prawie wszystko jedno. - Jeśli to tylko prawie wszystko jedno, jestem zupełnie spokojny - odrzekł Ardan. - Czy podzielasz moje zdanie, Nicholl? - spytal Barbicane. - Zupełnie - rzekł kapitan. - Mamy jeszcze 13 i pół minuty czasu. - Ten Nicholl, to nie człowiek, - zawołał Ardan - ale chronometr sekundowy. Towarzysze już go nie słuchali, robiąc ostatnie przygotowania z niezrównanym spokojem. Mieli oni wygląd dwóch systematycznych podróżnych, którzy wszedłszy do wagonu, szukają najwygodniejszego pomieszczenia. W istocie, możnaby się zapytać, z czego właściwie utworzone są serca amerykanów, które nie uderzają silniej nawet podczas największego niebezpieczeństwa. Trzy obszerne łóżka umieszczono w pocisku. Nicholl i Barbicane ustawili je w środku tarczy, tworzącej podłogę ruchomą; na nich mieli spocząć nasi podróżnicy w chwili wystrzału. Ardan tymczasem, nie mogący ani chwili pozostać bezczynnym, kręcił się po swem ciasnem więzieniu jak zwierz dziki w klatce zamknięty, rozmawiał z przyjaciołmi, z psami Dianą i Satelitem, którym nadał te wiele znaczące imiona. - Diana tu! Satelit tu! do nogi! - kochane pieski, pokażecie psom księżycowym jak jesteście dobrze wychowane i nauczycie ich obyczajności! Zaszczyt to dla psiej rasy! Na honor! jeśli kiedy powrócimy, przywiozę okaz mięszańca dwóch ras; jakiegoś "moon-dog", który zrobi ogromną furorę! - Jeśli tylko są psy na księżycu - dodał Barbicane. - O! są na pewno - odparł Ardan - tak jak są konie, krowy, osły i kury. Gotów jestem założyć się; iż znajdziemy tam kury! - Trzymam zakład o sto dolarów, że ich tam nie znajdziemy - rzekł Nicholl. - Zgoda, mój kapitanie - odpowiedział Ardan, ściskając rękę Nicholla. Ale, prawda, przegrałeś już trzy zakłady z naszym prezesem, ponieważ fundusz potrzebny na wykonanie przedsięwzięcia został zebrany; armatę udało się ulać i wreszcie kolumbiadę nabito bez wypadku; to razem wynosi 6.000 dolarów. - Tak jest - odpowiedział Nicholl. Godzina 10, minut 37 i 6 sekund. - Rozumiem, kapitanie, ale przed upływem kwadransa będziesz musiał jeszcze zapłacić prezesowi 9.000 dolarów, 4.000, że kolumbiada nie ulegnie pęknięciu, a 5.000 za to, że kula wzniesie się wyżej w powietrzu niż na 6 mil. - Mam przy sobie dolary - odpowiedział Nicholl, uderzając ręką po kieszeni, i gotów jestem dług bezzwłocznie uiścić. - Widzę, kochany Nichollu, iż jesteś człowiekiem porządnym, do czego ja nigdy dojść nie mogłem. - Tym razem jednak, pozwól, sobie powiedzieć, iż porobiłeś zakłady nie zbyt korzystne. - Dlaczego? - spytał Nichell. - Bo w razie gdybyś wygrał, to jest, gdyby kolumbiada pękła, a z nią i pocisk rozsypał się w kawałki, to Barbicane zginąłby także, i nie miałby kto wypłacić dolarów. - Stawka moja złożona jest w Banku Baltimorskim - sucho odpowiedział Barbicane, i w razie śmierci Nicholla odbiorą ją jego spadkobiercy. - O, ludzie praktyczni! - zawołał Ardan. - Podziwiam was tem więcej, iż was nie rozumiem. - Godzina 10, minut 42! - rzekł Nicholl. - A zatem tylko 5 minut! - odrzekł Barbicane. - Tak, tylko 5 minut! - powtórzył Ardan. - A my jesteśmy umieszczeni wewnątrz kuli, znajdującej się w głębi armaty, mającej 900 stóp długości. Pod tą kulą ułożono 400.000 funtów bawełny piorunującej, co wyrównywa 1, 600.000 funtów prochu zwyczajnego! Tam zaś na górze, przyjaciel Murchison z okiem we wskazówki chronometru utkwionem, z ręką spoczywającą na aparacie elektrycznym, liczy sekundy, aby nas wyrzucić w przestworza międzyplanetarne. - Dosyć, Michale, dosyć! - rzekł Barbicane poważnie. - Przygotujmy się. Już tylko krótki czas dzieli nas od tej ważnej chwili. Podajmy sobie ręce, drodzy przyjaciele. - Tak jest, podajmy sobie ręce - zawołał Ardan, więcej wzruszony, niżby to rad po sobie okazać. Trzej odważni towarzysze złączyli się w ostatnim serdecznym uścisku. - Niech nas Bóg strzeże! - rzekł Barbicane. Ardan i Nicholl położyli się na łóżkach, ustawionych w środku tarczy. - Godzina 10, minut 47 - wyszeptał kapitan. - Jeszcze 20 sekund! - Barbicane zagasił gaz i położył się przy swych towarzyszach. Nastało głębokie milczenie, przerywane tylko wybijaniem przez chronometr sekund. Nagle nastąpiło ogromne wstrząśnienie, a pocisk pod parciem 6 miliardów litrów gazu, wytworzonego spaleniem się pyroksilu, wyleciał w powietrze.

WSTĘP

W roku 186... świat naukowy został zaciekawiony pewnym projektem, jakiego przykładu nie znajdziesz w rocznikach naukowych. Członkowie klubu puszkarskiego, który powstał w Baltimore po ukończeniu wojny amerykańskiej, powzięli zamiar urządzenia komunikacyi z księżycem - tak, z księżycem - za pomocą wyrzuconej nań kuli. Prezes Barbicane, inicyator przedsięwzięcia, zasiągnąwszy w tej sprawie rady astronomów obserwatoryum w Cambridge, którzy uznali projekt za wykonalny, zajął się niebawem przygotowaniami do tego nadzwyczajnego przedsięwzięcia. Ogłosił subskrypcyę publiczną, która w tym kraju, przepadającym za nadzwyczajnościami, dała około 30.000.000 franków.

Według memoryału, zredagowanego przez członków obserwatoryum, armata przeznaczona do wyrzucenia kuli, miała być ustawioną w kraju, położonym pomiędzy O i 28° szerokości północnej lub południowej tak, aby celowała do księżyca w zenicie. Kula miała posiadać szybkość początkową 12.000 yardów na sekundę. Wyrzucona w dniu 1 grudnia wieczorem, o godzinie 11 bez 13 minut i 20 sekund, miała dojść do księżyca 5 grudnia, o samej północy, w chwili, gdy ten byłby w swem perigeum, to jest, w najbliższej odległości od ziemi, bo oddalony od niej tylko na 86.410 mil. Wybitniejsi członkowie Klubu puszkarskiego: prezes Barbicane, major Elphiston, sekretarz J. T. Maston i inni uczeni odbyli sporo posiedzeń, na których rozpatrywano kształt i skład kuli, ustawienie i rodzaj działa, oraz jakość i ilość prochu, którego użyć należy. Postanowiono: 1° że pocisk będzie aluminiowy, w kształcie granata, mającego 108 cali średnicy, a 12 cali grubości w ścianach, ważyć ma 19.250 funtów; 2° że armatą będzie kolumbiada z lanego żelaza, długa na 900 stóp, która ma być ulana wprost w ziemi; 3° że nabój stanowić będzie 400.000 funtów bawełny piorunującej, która, wywiązując 6 miliardów litrów gazu pod pociskiem, zaniesie go z łatwością na księżyc. Po rozstrzygnięciu tych kwestyi, prezes Barbicane przy pomocy inżyniera Murchisona wybrał miejsce na Florydzie pod 27° 7' szerokości północnej, a 5° 7' długości zachodniej, - i w tem to miejscu po licznych, nadzwyczajnych przygotowaniach, udało się odlać kolumbiadę z zupełnem powodzeniem. Tak stały rzeczy, gdy wydarzył się wypadek, który jeszcze zwiększył zainteresowanie się tem przedsięwzięciem, i tak już bardzo głośnem. Jakiś francuz, paryżanin, fantastyk, artysta, zażądał, aby go zamknięto w kuli, gdyż pragnął dostać się na księżyc i zbadać tego satelitę ziemi. Odważny ten awanturnik nazywał się Michał Ardan. Przybył on do Ameryki, gdzie go przyjęto z zapałem; urządzano dlań meetingi, obnoszono w tryumfie. Udało mu się pogodzić prezesa Barbicana ze śmiertelnym jego wrogiem kapitanem Nicholl, a dla utrwalenia tej zgody namówił ich, aby z nim wsiedli do kuli. Propozycyę jego przyjęto. Zmieniono wtedy kształt kuli na cylindrowo-stożkowy. Zaopatrzono ten wagon powietrzny dużemi sprężynami i przegrodami, które miały zniweczyć siłę odbicia się w chwili wystrzału, oraz żywnością na rok, wodą na parę miesięcy i gazem na kilka dni. Aparat automatyczny miał wytwarzać i dostarczać powietrze potrzebne do oddychania dla trzech podróżnych. Jednocześnie Klub polecił na jednym z najwyższych wierzchołków Gór Skalistych zbudować olbrzymi teleskop dla śledzenia biegu pocisku na całej przestrzeni powietrznej. Wszystko było przygotowane. Dnia 30 listopada, o naznaczonej godzinie, wobec olbrzymiego napływu ciekawych, puszczono pocisk i po raz pierwszy trzech ludzi, opuszczając kulę ziemską, puściło się w przestrzenie międzyplanetarne, z przeświadczeniem, iż przybędą do zamierzonego celu. Ci odważni podróżnicy: Michał Ardan, prezes Barbicane i kapitan Nicholl mieli przebyć swą drogę w 97 godzinach, 13 minutach i 20 sekundach. Przybycie ich na powierzchnię tarczy księżycowej musiało nastąpić 5 grudnia o północy, gdy księżyc był w pełni, a nie 4, jak to zapowiedziały niektóre gazety, źle poinformowane. Nikt wszakże nie przewidział, że wystrzał kolumbiady sprawi takie wstrząśnienie atmosfery ziemskiej i nagromadzi tak ogromna ilość dymu, że ten na kilka nocy zakryje księżyc przed oczami ciekawych - co wywołało nadzwyczajne oburzenie. Pan J. T. Maston, przyjaciel trzech podróżników, pojechał do Gór Skalistych w towarzystwie pana J. Belfasta, dyrektora obserwatoryum w Cambridge, i przybył do stacyi Long's Peak, gdzie znajdował się teleskop, zbliżający księżyc na odległość dwóch mil. Sekretarz Klubu puszkarskiego pragnął własnemi oczami śledzić swych odważnych przyjaciół. Skutkiem nagromadzenia chmur w atmosferze, nie można było robić żadnych spostrzeżeń w ciągu dni od 5 do 10 grudnia. Przypuszczano nawet, że wypadnie zaniechać obserwacyj aż do 3 stycznia roku przyszłego, bo ll-go księżyc wstępował w ostatnią kwadrę; przedstawiał więc ziemi tak małą tylko część swej tarczy, iż niepodobna było na niej śledzić pocisku. Nareszcie ku zadowoleniu ogólnemu, silna burza oczyściła atmosferę w nocy z 11 na 12 grudnia, a księżyc napół oświecony zajaśniał na czarnem tle nieba. Tejże nocy J. T. Maston i Belfast wysłali z Long's Peak telegram do członków obserwatoryum w Cambridge. Donosili oni, iż 11 grudnia, o godzinie 8 minut 47 wieczorem, pocisk wyrzucony przez kolumbiadę w Stone's Hill, zauważony został przez pp. Belfasta i J. T. Mastona; - iż pocisk sprowadzony z drogi, nie dosięgnął celu, lecz przeszedł dość blizko niego, aby być zatrzymany siłą przyciągającą księżyca; iż bieg pocisku prosty, zamienił się na krążący, i że wtedy wciągnięty w bieg eliptyczny naokoło księżyca, stał się jego satelitą. Telegram doniósł nadto, iż pochodu tej nowej gwiazdy nie można jeszcze obrachować, bo dla oznaczenia go należy gwiazdę trzykrotnie i z trzech różnych obserwować pozycyi. Dalej stwierdzał, że odległość pomiędzy pociskiem a powierzchnią księżyca mogła wynosić około 2.833 mil. Wreszcie telegram zawierał następujące dwa przypuszczenia: albo siła przyciągająca księżyca pochwyci go nakoniec i podróżnicy dojdą do zamierzonego celu; albo ten pocisk, utrzymywany w kręgu niezmiennym, krążyć będzie naokoło tarczy słonecznej do nieskończoności. Wobec takich ostateczności, jakiż los oczekiwał podróżników? Mieli oni żywność na czas pewien, to prawda; ale, przypuściwszy nawet, iż im się uda śmiałe ich przedsięwzięcie, jakim sposobem powrócą? Czy kiedykolwiek powrócą? Czy będą o nich jakieś wiadomości. Takie pytania roztrząsane przez najwybitniejszych uczonych, rozbudziły ciekawość ogółu do najwyższego stopnia. Uważamy tu za właściwe zrobić uwagę, nad którą panowie obserwatorowie zbyt niecierpliwi powinni się byli zastanowić. Uczony, zapowiadając publiczne odkrycie, oparte jedynie na teoryi, winien postępować bardzo ostrożnie. Nikogo nie zmusza się do odkrywania planet, komet i satelitów; kto się więc myli w takich razach, słusznie bywa przez tłum wyśmianym. Lepiej było poczekać rezultatu - i tak właśnie uczynić należało panu J. T. Maston, zanim ogłosił ów telegram, wedle którego osiągnięto mniemane rozwiązanie przedsięwzięcia. I w rzeczy samej, telegram ten zawierał dwa błędy, jak to później sprawdzono: 1° obserwacyjny, co do odległości pocisku od powierzchni księżyca, bo tego nie można było dostrzedz w dniu 11 grudnia; i 2° teoretyczny w przypuszczeniach nad przyszłym losem pocisku, bo czyniąc go satelitą księżyca, stawał w sprzeczności z prawami mechaniki racyonalnej. Jedno tylko przypuszczenie obserwatorów z Long's-Peak było możliwe, mianowicie, że podróżnicy, jeśli istnieli jeszcze, wspierani siłą przyciągającą księżyca, dostać się mogą na powierzchnię jego tarczy. Otóż ci ludzie, zarówno inteligentni, jak odważni, wytrzymali straszne wstrząśnienie odbicia się przy wystrzale, i właśnie podróż ich ze wszystkimi najdramatyczniejszymi i najbardziej zadziwiającymi szczegółami, ma być treścią niniejszego opowiadania.