Wokół Księżyca - Juliusz Verne

Kup ebooka

15.60 zł
12.95 zł (13,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

 

Kolejny tom "Biblioteki Andrzeja" (już 30.!) przynosi opowieść o dalszych losach trzech niesamowitych śmiałków: prezesa Klubu Artylerzystów Impeya Barbicane'a, jego oponenta kapitana Nicholla i nieco zwariowanego Francuza Michela Ardana.

Poprzednia część zakończyła się na wystrzeleniu pocisku z ogromnej kolumbiady i straszliwym zamieszaniu w warstwach ziemskiej atmosfery. Z tej powieści dowiemy się o zachowaniu się trzech śmiałków przed samym startem, o locie pocisku w kierunku Księżyca i związanych z tym rozterkach głównych bohaterów, okrążaniu naszego satelity, prowadzonych obserwacjach jego widocznej i niewidocznej strony, a w końcu o powrocie na Ziemię.

Stanowiąca siódmy tom "Nadzwyczajnych Podróży" powieść po raz pierwszy ukazała się w odcinkach na łamach prestiżowego paryskiego dziennika "Le Journal des Débats Politiques et Littéraires". Drukowana była od 4 listopada do 8 grudnia 1869 roku. W formie książkowej - w małym formacie, bez ilustracji - ukazała się 13 stycznia 1870 roku pod tytułem Druga część Z Ziemi na Księżyc. W okazałej edycji, z 45 rycinami Emile'a Bayarda i Alphonse'a de Neuville'a, dostępna była od 16 września 1872 roku. Tego samego dnia została wydana razem z powieścią Z Ziemi na Księżyc.

Pierwsze polskie tłumaczenie powieści Wokół Księżyca ukazało się zaraz po gazetowym wydaniu francuskim i również publikowane było w odcinkach na łamach prasy (w 1869 roku w "Gazecie Polskiej"). W formie książki wyszło już w roku 1870 nakładem wydawnictwa Gebethnera i Wolffa. W 1895 roku, w przekładzie innej osoby, powieść ta wydana została nakładem Księgarni Juliana Guranowskiego, a później, w roku 1909 i 1917, ponownie nakładem wydawnictwa Gebethnera i Wolffa. Zawierała wówczas po cztery ilustracje z XIX-wiecznych wydań francuskich na osobnych tablicach. Kolejne wydanie ujrzało światło dzienne już po II wojnie światowej, w klasycznym przekładzie Ludmiły Duninowskiej, z ilustracjami Daniela Mroza (Nasza Księgarnia, 1958, 1970, 1975), jako część druga dylogii pod wspólnym tytułem Wokół Księżyca.

Wszystkie powyższe wydania obarczone były mankamentami. Przede wszystkim żaden przekład nie był pełny. Tłumacze opuszczali niektóre fragmenty, głównie te z wywodami naukowymi, uznając je za zbędny balast dla powieści. Wykorzystano tylko niewielką część oryginalnych ilustracji. Dopiero niniejszy tom "Biblioteki Andrzeja" zawiera pełen tekst i kompletny zestaw rycin. Wypełnia więc założenie tej serii, szczególnie w jej odnowionym, książkowym formacie.

Mam nadzieję, że ta opowieść, mimo że w wielu miejscach zawiera mnóstwo opisów technicznych i historycznych, tak charakterystycznych dla twórczości Juliusza Verne'a, wzbudzi zainteresowanie Czytelników i pozwoli im lepiej poznać twórczość autora nie tylko Tajemniczej wyspy czy Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi.

Pragnę również gorąco podziękować tym wszystkim, którzy przyczynili się do tego, by ta książka była pozbawiona błędów i mankamentów.

 

Andrzej Zydorczak

 

 

Wstęp

W którym podsumowuje się pierwszą część dzieła, by mogła służyć jako przedmowa do części drugiej

 

W roku 186... cały świat podniecał się niezwykle pewnym naukowym eksperymentem, niemającym żadnego przykładu w kronikach naukowych. Członkowie "Gun Club", czyli Klubu Artylerzystów1, który powstał w Baltimore po wojnie secesyjnej2, powzięli zamiar nawiązania komunikacji z Księżycem - tak, z Księżycem! - przez wysłanie w jego kierunku kuli armatniej. Ich prezes, Barbicane, inicjator przedsięwzięcia, zasięgnąwszy wcześniej w tej sprawie rady astronomów z obserwatorium w Cambridge, podjął wszelkie niezbędne czynności, by zapewnić sukces tego nadzwyczajnego przedsięwzięcia, uznanego przez ludzi kompetentnych za wykonalne. Po ogłoszeniu publicznej subskrypcji3, która przyniosła blisko trzydzieści milionów franków, rozpoczął swoje gigantyczne dzieło.

Według noty zredagowanej przez członków obserwatorium, armata przeznaczona do wyrzucenia pocisku musiała być ustawiona w regionie położonym pomiędzy 0? i 28° szerokości geograficznej północnej lub południowej, tak aby mogła być wycelowana w Księżyc, kiedy ten znajdzie się w zenicie4. Kuli miała zostać nadana prędkość początkowa dwunastu tysięcy jardów5 na sekundę. Wyrzucona w dniu 1 grudnia, czterdzieści sześć minut i czterdzieści sekund po godzinie dziesiątej wieczorem, miała dolecieć do Księżyca cztery dni po opuszczeniu lufy, to jest 5 grudnia, o samej północy, w chwili gdy ten będzie w swoim perygeum6, to znaczy znajdzie się w najbliższej odległości od Ziemi, czyli będzie oddalony od niej tylko o osiemdziesiąt sześć tysięcy czterysta dziesięć mil francuskich7.

Najwybitniejsi przedstawiciele Klubu Artylerzystów: prezes Barbicane, major Elphiston, sekretarz J.-T. Maston i inni uczeni odbyli kilka posiedzeń, na których dyskutowano o kształcie i składzie kuli armatniej, rodzaju armaty i jej ustawieniu oraz o jakości i ilości prochu, którego należało użyć.

W wyniku tych spotkań postanowiono: po pierwsze, że pocisk będzie wykonanym z aluminium granatem o średnicy stu ośmiu cali8, którego grubość ścianek będzie wynosić dwanaście cali, a waga dziewiętnaście tysięcy dwieście pięćdziesiąt funtów; po drugie, że armata będzie kolumbiadą9 wykonaną z żelaza, długą na dziewięćset stóp10, odlaną bezpośrednio w ziemi; po trzecie, że ładunek wybuchowy będzie stanowić czterysta tysięcy funtów bawełny strzelniczej11, która wytwarzając pod pociskiem sześć miliardów litrów gazu, z łatwością wyśle pocisk ku nocnemu ciału niebieskiemu.

Po rozstrzygnięciu tych ważnych kwestii prezes Barbicane, wspomagany przez inżyniera Murchisona, wybrał miejsce znajdujące się na Florydzie, położone na 27° 7' szerokości geograficznej północnej i 5° 7' długości zachodniej12. Właśnie w tym miejscu, po zdumiewających pracach, z pełnym powodzeniem udało się odlać kolumbiadę.

Taki był stan rzeczy, kiedy zdarzył się niespodziewany incydent, który stokrotnie zwiększył zainteresowanie tym wielkim przedsięwzięciem.

Pewien Francuz, paryżanin, wielki oryginał, artysta tyleż dowcipny, co śmiały, zażądał, żeby zamknięto go w pocisku, by mógł się dostać na Księżyc i dokonać badań ziemskiego satelity. Ten nieustraszony awanturnik nazywał się Michel Ardan. Kiedy przybył do Ameryki, został przyjęty z wielkim entuzjazmem, organizowano dla niego wiece i tryumfalnie go obnoszono. On to pojednał prezesa Barbicane'a z jego śmiertelnym wrogiem, kapitanem Nichollem, a na znak pogodzenia namówił ich, aby razem z nim odbyli podróż w pocisku.

Propozycja została zaakceptowana. Wówczas zmodyfikowano kształt pocisku, który przybrał formę cylindryczno-stożkowatą. Ten swego rodzaju wagon powietrzny wyposażono w potężne sprężyny i łamliwe przegrody, który miały osłabić wstrząs podczas wystrzału13. Pojazd zaopatrzono w żywność mającą starczyć na jeden rok, wodę na kilka miesięcy i gaz na kilka dni. Automatyczny aparat miał wytwarzać i dostarczać powietrze niezbędne do oddychania dla trzech podróżnych. W tym samym czasie na jednym z najwyższych szczytów Gór Skalistych14 Klub Artylerzystów postanowił wybudować gigantyczny teleskop, który pozwalałby na śledzenie pocisku podczas jego lotu poprzez przestrzeń kosmiczną. Wszystko było gotowe.

Dnia 1 grudnia15 o ustalonej godzinie, przy udziale niesamowitej liczby widzów, wystrzelono pocisk i po raz pierwszy trzy ludzkie istoty, opuszczając kulę ziemską, wyruszyły w przestrzeń międzyplanetarną, będąc prawie pewne, że zdołają dotrzeć do celu. Owi nieustraszeni podróżnicy: Michel Ardan, prezes Barbicane i kapitan Nicholl mieli przebyć drogę w dziewięćdziesiąt siedem godzin, trzynaście minut i dwadzieścia sekund. Tak więc przybycie na powierzchnię księżycowego globu miało się dokonać dopiero 5 grudnia o północy, dokładnie w chwili gdy Księżyc powinien być w pełni, a nie 4 grudnia, jak to ogłosiło kilka źle poinformowanych czasopism.

Tymczasem zaistniała nieoczekiwana sytuacja, nikt bowiem nie przewidział, że detonacja wywołana przez oddanie strzału z kolumbiady natychmiast zmąci ziemską atmosferę, wytwarzając ogromną ilość oparów. Było to zjawisko, które wywołało powszechne oburzenie, ponieważ Księżyc na kilka nocy skrył się przed wzrokiem obserwatorów.

Zacny J.-T. Maston, najwierniejszy przyjaciel trzech podróżników, pojechał w Góry Skaliste w towarzystwie czcigodnego J. Belfasta, dyrektora obserwatorium w Cambridge, i dostał się do stacji na Long's Peak, gdzie znajdował się teleskop przybliżający Księżyc na odległość dwóch mil francuskich. Zacny sekretarz Klubu Artylerzystów chciał osobiście obserwować pojazd swych odważnych przyjaciół.

Na skutek niesamowitego nagromadzenia się chmur w atmosferze, 5, 6, 7, 8, 9 i 10 grudnia nie można było prowadzić żadnych obserwacji. Sądzono nawet, że trzeba je będzie odłożyć do 3 stycznia następnego roku, ponieważ Księżyc, wstępując 11 grudnia w ostatnią kwadrę16, pokazywałby jedynie ciągle zmniejszającą się cząstkę swej tarczy, co zupełnie nie pozwalało na śledzenie trasy pocisku na jego tle.

W końcu jednak, ku powszechnemu zadowoleniu, w nocy z 11 na 12 grudnia silna burza oczyściła atmosferę, i Księżyc - z połowicznie oświetloną tarczą - odcinał się wyraźnie na tle ciemnego nieba.

Tej samej nocy J.-T. Maston i J. Belfast wysłali ze stacji na Long's Peak telegram do członków obserwatorium w Cambridge.

Cóż zawierał ów telegram?

Otóż zawiadamiano w nim, że 11 grudnia wieczorem, o godzinie ósmej minut czterdzieści siedem, pocisk wyrzucony przez kolumbiadę ze wzgórza Stone's Hill został dostrzeżony przez panów Belfasta i J.-T. Mastona i że z jakiegoś nieznanego powodu, zboczywszy ze swej drogi, nie osiągnął celu, ale przeleciał na tyle blisko od niego, że znalazł się w strefie przyciągania księżycowego. W wyniku tego jego ruch prostoliniowy zamienił się na ruch kołowy, a wciągnięty na eliptyczną orbitę około nocnego ciała niebieskiego, pocisk stał się jego satelitą.

W depeszy donoszono także, że nie zdołano jeszcze obliczyć parametrów ruchu tego nowego satelity. Rzeczywiście, potrzeba trzech obserwacji ciała niebieskiego w trzech różnych pozycjach, aby można było określić składowe ruchu. Dalej wskazywano, że odległość dzieląca pocisk od powierzchni Księżyca "można by" oszacować na jakieś dwa tysiące osiemset trzydzieści trzy mile17, czyli mniej więcej cztery tysiące pięćset mil francuskich18.

Telegram kończył się podwójną hipotezą: albo zwycięży siła przyciągania Księżyca i podróżnicy dotrą do wyznaczonego celu, albo pocisk, utrzymując się na stałej orbicie, będzie grawitował wokół tarczy księżycowej do końca świata.

Jaki będzie los podróżników w tak diametralnie różnych warunkach? Co prawda mieli żywność wystarczającą na jakiś czas, ale przypuściwszy, że uda się im to śmiałe przedsięwzięcie, jak zdołają powrócić, i czy możliwe, że będą w stanie tego dokonać? Czy można byłoby uzyskać o nich jakieś wiadomości? Wszystkie te kwestie, rozpisywane piórami najbardziej uczonych ludzi naszych czasów, silnie roznamiętniały ogół społeczności.

W tym miejscu warto zrobić uwagę, nad którą powinni zastanowić się głęboko zbyt niecierpliwi obserwatorzy. Kiedy jakiś uczony przedstawia do ogólnej wiadomości odkrycie oparte jedynie na teorii, to musi to czynić z wielką rozwagą. Nikt nie jest zmuszany do tego, aby odkrywać planety, komety czy satelity, więc kiedy w takich przypadkach popełni błąd, natychmiast narazi się na rubaszne docinki tłumu. Zatem dużo lepiej jest poczekać - a tak właśnie powinien był postąpić zbyt niecierpliwy J.-T. Maston, zanim skierował do całego świata ów telegram, który - według niego - definitywnie określał wynik całej wyprawy.

W istocie telegram zawierał dwie pomyłki różnego rodzaju, co później zostało udowodnione. Pierwsza to błąd obserwacyjny dotyczący odległości pocisku od powierzchni Księżyca, ponieważ w dniu 11 grudnia niemożliwe było dostrzeżenie pocisku, a to, co J.-T. Maston zobaczył, albo wydawało mu się, że widział, nie mogło być wehikułem wystrzelonym z kolumbiady. Drugi błąd był natury teoretycznej, a dotyczył przyszłego losu wspomnianego pocisku, bo uczynienie z niego satelity Księżyca stało w absolutnej sprzeczności z prawami mechaniki teoretycznej.

Tylko jedna hipoteza postawiona przez obserwatorów z Long's Peak mogła się okazać słuszna, ta mianowicie, że podróżnicy (jeśli jeszcze będą żyli), łącząc swoje wysiłki z przyciąganiem księżycowym, zdołają dotrzeć do powierzchni naszego satelity.

Otóż ci ludzie, równie inteligentni, co odważni, wytrzymali straszliwe następstwa wstrząsu przy wystrzale, i to właśnie ich podróż w pocisku-wagonie zostanie opowiedziana ze wszystkimi szczegółami, nawet tymi najbardziej dramatycznymi. To opowiadanie zburzy wiele złudzeń i przewidywań, ale da prawdziwe pojęcie o perypetiach, jakie mogą się zdarzyć podczas podobnej wyprawy. Uwydatni ono także naukowe instynkty Barbicane'a, wybiegi przemyślnego Nicholla i nieco humorystyczną odwagę Michela Ardana.

Poza tym w tej powieści zostanie udowodnione, że J.-T. Maston, ich czcigodny przyjaciel, tracił czas, kiedy pochylony nad gigantycznym teleskopem obserwował Księżyc podążający swoją drogą poprzez rozgwieżdżoną przestrzeń.

 

 

1 Klub Artylerzystów - w dalszej części będzie używana wyłącznie nazwa polska.

2 Wojna secesyjna - wojna domowa w USA w latach 1861-1865, między Konfederacją Południa i stanami Północy (Unią); rezultat narastającego w XIX w. sporu o likwidację niewolnictwa oraz secesji 11 stanów Południa (w roku 1861 utworzono Skonfederowane Stany Ameryki); do drugiej połowy 1862 roku sukcesy Południa, potem przewaga Unii; w roku 1863 prezydent A. Lincoln wydał proklamację emancypacji niewolników; wojna zakończyła się klęską Konfederacji i jej powrotem do Unii w okresie tzw. rekonstrukcji.

3 Subskrypcja - pisemne zobowiązanie się do wykupienia książki albo do nabycia akcji, obligacji lub innych papierów wartościowych, połączone często z przedpłatą.

4 Zenit - w astronomii punkt na niebie usytuowany dokładnie ponad pozycją obserwatora; jest jednym z dwóch miejsc przecięcia lokalnej osi pionu ze sferą niebieską; drugim punktem przecięcia, przeciwległym do zenitu, czyli znajdującym się pod obserwatorem, jest nadir.

5 Jard (ang. yard) - miara długości używana w krajach anglosaskich, równa 0,9144 m; prędkość początkową dwunastu tysięcy jardów na sekundę - tj. około 10,92 km/s; jest to tak zwana druga prędkość kosmiczna, która powinna wynosić 11,19 km/s.

6 Perygeum - punkt na orbicie ciała niebieskiego obiegającego Ziemię, znajdujący się w miejscu największego zbliżenia obu ciał; przeciwieństwem perygeum jest apogeum.

7 Mila francuska (mila kilometrowa) - jednostka miary odległości (fr. lieue) używana we Francji, licząca 4 km; osiemdziesiąt sześć tysięcy czterysta dziesięć mil francuskich - czyli 345 640 km; w dalszej części powieści Verne podaje odległość 356 720 km; są to niezbyt ścisłe dane, gdyż odległość ta wynosi 363 104 km.

8 Cal - jednostka długości stosowana w krajach anglosaskich, wynosząca 2,54 cm.

9 Kolumbiada - w Stanach Zjednoczonych kolumbiadą nazywano działa burzące ogromnych rozmiarów.

10 Stopa - jednostka długości stosowana w krajach anglosaskich, równa 30,48 cm; stopa francuska wynosiła 32,48 cm.

11 Bawełna strzelnicza (nitroceluloza, piroksylina) - związek organiczny, azotan celulozy o zawartości azotu wyrażonej w procentach wagowych: 11,0-12,3 oraz 13-13,45; materiał wybuchowy kruszący, dawniej stosowany do napełniania min, obecnie do wyrobu prochów bezdymnych.

12 Podana tu długość geograficzna liczona jest od południka Waszyngtonu (ponieważ ten południk znajduje się 77° 3' 2,3'' od południka Greenwich, więc długość geograficzna wynosiła 82° 10' 2''); w XIX w. długość geograficzna mogła być podawana od południka przechodzącego przez Greenwich (dzielnica Londynu), Paryż lub Waszyngton.

13 Między materiałem wybuchowym a pociskiem usytuowano zbiornik wodny, co pewien odcinek przedzielony drewnianymi kręgami, które przejmując na siebie część siły odrzutu, miały osłabić wstrząs.

14 Góry Skaliste stanowią zewnętrzną (wschodnią) część Kordylierów, leżących w Ameryce Północnej. Należy rozróżnić Kordylierę (łańcuch w Ameryce Południowej) od Kordylierów, gór leżących w Ameryce Północnej; tym szczytem był Long's Peak, leżący w stanie Kolorado i posiadający wysokość 14 255 stóp angielskich, czyli 4 345 m.

15 1 grudnia - u Verne'a: 30 listopada.

16 Kwadra - faza Księżyca (lub planety), w której oświetlona jest połowa jego tarczy [uwaga konsultanta].

17 Mila - tu: mila angielska równa 1609 m, stosowana do wyrażania odległości na lądzie.

18 ...cztery tysiące pięćset mil francuskich - najwyraźniej błąd Verne'a; powinno być: cztery tysiące pięćset kilometrów.

Rozdział I

Od godziny dziesiątej dwadzieścia do godziny dziesiątej czterdzieści siedem wieczorem

 

Kiedy wybiła dziesiąta, Michel Ardan, Barbicane i Nicholl pożegnali się z liczną grupą przyjaciół, którzy pozostawali na Ziemi. W pocisku znajdowały się już dwa psy, mające zapoczątkować psią rasę na księżycowych lądach. Trzej podróżnicy podeszli do otworu olbrzymiej żeliwnej rury i za pomocą ruchomego dźwigu opuścili się aż do stożkowatego szczytu armatniego pocisku.

Wówczas weszli do aluminiowego wagonu przez specjalnie w tym celu wykonany otwór. Po wydobyciu na powierzchnię wyciągników dźwigu natychmiast oczyszczono paszczę kolumbiady z wszelkich, zbędnych już rusztowań.

Kiedy Nicholl znalazł się wraz ze swymi towarzyszami w pocisku, zajął się zamknięciem otworu mocną płytą, przytrzymywaną od wewnątrz potężnymi śrubami. Inne dokładnie dopasowane płyty zasłoniły soczewkowate szkła okienek. Podróżnicy, szczelnie zamknięci w swoim metalowym więzieniu, pogrążyli się w głębokich ciemnościach.

- A teraz, moi kochani towarzysze - odezwał się Michel Ardan - czujmy się jak u siebie w domu. Jestem domatorem i znam się wybornie na gospodarstwie. Należy wszystko wykorzystać, by jak najlepiej urządzić nasze nowe mieszkanie, tak abyśmy czuli się w nim wygodnie. Przede wszystkim postarajmy się o to, żeby zrobiło się tu nieco widniej. Do diabła, przecież gazu nie wynaleziono dla kretów!

To powiedziawszy, beztroski chłopak zapalił zapałkę, pocierając ją o podeszwę buta, po czym przytknął płomyk do wylotu palnika umocowanego w zbiorniku, w którym znajdował się gaz ziemny zmagazynowany pod wysokim ciśnieniem w takiej ilości, że mógł wystarczyć na oświetlenie i ogrzanie pocisku przez sto czterdzieści cztery godziny, to jest sześć dni i sześć nocy.

 

Gdy gaz zapłonął, oświetlając wnętrze, oczom podróżnych ukazał się wygodny pokój o zaokrąglonym sklepieniu w kształcie kopuły i wyściełanych ścianach, przy których rozmieszczono kanapy.

Wszystkie znajdujące się tu przedmioty, takie jak broń, instrumenty, narzędzia i wszelkiego rodzaju sprzęty, były solidnie przymocowane do ścian między wypukłościami wyściółki, żeby bez żadnych uszkodzeń zniosły gwałtowny wstrząs przy wystrzale. Zachowano wszystkie środki ostrożności leżące w granicach ludzkich możliwości, by ów śmiały eksperyment doprowadzić do szczęśliwego końca.

Michel Ardan wszystko dokładnie obejrzał i oświadczył, że jest bardzo zadowolony z urządzenia pomieszczenia.

- Wprawdzie jest to więzienie - rzekł - ale podróżujące więzienie, a gdybym miał jeszcze prawo wystawiania nosa przez okno, to podpisałbym umowę dzierżawy przynajmniej na sto lat! Uśmiechasz się, Barbicane? Ukrywasz coś w myślach? Czy sądzisz, że to więzienie może stać się naszym grobowcem? Niech sobie będzie i grobowcem, ale nie zamieniłbym go na grób Mahometa19, który unosi się w przestworzach, lecz nie posuwa się do przodu!

Podczas gdy Michel Ardan tak perorował, Barbicane i Nicholl kończyli ostatnie przygotowania.

Gdy trzej podróżni zamknęli się już na dobre w swym mieszkaniu-pocisku, chronometr20 Nicholla wskazywał dwadzieścia minut po dziesiątej wieczorem. Chronometr ów był zsynchronizowany z dokładnością do dziesiątej części sekundy z chronometrem inżyniera Murchisona. Barbicane rzucił na niego okiem.

- Moi przyjaciele - powiedział - jest w tej chwili dwadzieścia minut po dziesiątej. O dziesiątej czterdzieści siedem Murchison puści elektryczną iskrę po drucie połączonym z ładunkiem kolumbiady. Dokładnie w tym momencie opuścimy naszą sferoidę21. Zatem jeszcze przez dwadzieścia siedem minut pozostaniemy na Ziemi.

- Dwadzieścia sześć minut i trzynaście sekund - poprawił go pedantyczny Nicholl.

- No cóż, w ciągu dwudziestu sześciu minut można zrobić dużo rzeczy! - zawołał wesołym głosem Michel Ardan. - Można przedyskutować najważniejsze zagadnienia dotyczące moralności albo polityki, a nawet dojść do jakichś konkretnych rozstrzygnięć! Dwadzieścia sześć dobrze wykorzystanych minut znaczy więcej niż dwadzieścia sześć lat bezczynności! Kilka sekund życia Pascala czy Newtona22 było o wiele cenniejsze niż całe istnienie niestrawnego tłumu głupców...

- Jaki z tego wyciągasz wniosek, niezmordowany gaduło? - zapytał prezes Barbicane.

- Że pozostało nam jeszcze dwadzieścia sześć minut - odparł Ardan.

- Tylko dwadzieścia cztery - sprostował Nicholl.

- Niech będzie dwadzieścia cztery, skoro ci na tym zależy, zacny kapitanie - odpowiedział Ardan. - Dwadzieścia cztery minuty, w czasie których można by zgłębić...

- Michel - przerwał mu Barbicane - podczas naszej podróży będziemy mieli dość wolnego czasu na zgłębianie nawet najbardziej zawiłych zagadnień. Teraz jednak zajmijmy się naszym odlotem.

- Czyżbyśmy nie byli gotowi?

- Bez wątpienia jesteśmy, lecz trzeba podjąć jeszcze pewne środki ostrożności, aby złagodzić, jak to tylko możliwe, skutki pierwszego wstrząsu!

- Czy pomiędzy łamliwymi przegrodami nie mamy warstw wody, której elastyczność dostatecznie będzie nas chronić?

- Mam taką nadzieję, Michelu - odpowiedział łagodnie Barbicane - ale nie jestem tego całkiem pewny!

- Ach, ty figlarzu! - zawołał Ardan. - On ma nadzieję...! Nie jest tego pewny...! Z tym pożałowania godnym wyznaniem czekał aż do chwili, gdy zostaliśmy upakowani jak śledzie w beczce! Chcę zaraz stąd wyjść!

- W jaki sposób? - zapytał Barbicane.

- Prawda, to nie takie łatwe... - stwierdził Ardan. - Jesteśmy w pociągu, a za dwadzieścia cztery minuty rozlegnie się gwizdek konduktora...

- Za dwadzieścia - wtrącił Nicholl.

Przez chwilę trzej podróżni patrzyli na siebie wzajemnie, a następnie zaczęli oglądać uwięzione razem z nimi przedmioty.

- Wszystko jest na swoim miejscu - stwierdził Barbicane. - Teraz musimy postanowić, jak najlepiej się ulokować, by przetrzymać wstrząs przy wystrzale. Nie jest rzeczą obojętną, jakie przyjmiemy pozycje. Nie możemy dopuścić do tego, żeby krew zbyt gwałtownie uderzyła nam do głów.

- Trafna uwaga - potwierdził Nicholl.

- W takim razie stańmy na głowach, a stopy trzymajmy w górze jak klowni z Wielkiego Cyrku - powiedział Michel Ardan, zawsze gotowy dopasować swe działania do wypowiedzianych słów.

- Nie, połóżmy się raczej na boku i w ten sposób lepiej zniesiemy skutki wstrząsu - powiedział Barbicane. - Zauważcie, że w chwili, gdy pocisk wystartuje, to prawie wszystko jedno, czy będziemy na przedzie, czy w środku pocisku.

- To "prawie wszystko jedno" bardzo mnie uspokaja - odrzekł Ardan.

- Podziela pan moje zdanie, Nicholl? - spytał Barbicane.

- Całkowicie - odpowiedział kapitan. - Mamy jeszcze trzynaście i pół minuty.

- Ten Nicholl nie jest człowiekiem! - zawołał Michel. - To chronometr z sekundnikiem, wychwytem23, i ośmioma rubinowymi łożyskami...

Lecz towarzysze już go dłużej nie słuchali, zajęli się bowiem z niewyobrażalnie zimną krwią ostatnimi przygotowaniami. Przypominali dwóch pedantycznych podróżnych zajmujących miejsca w wagonie i starających się urządzić najwygodniej jak tylko było to możliwe. Doprawdy, można by sobie zadać pytanie, z jakiej materii są wykonane serca Amerykanów, które nie pulsują szybciej nawet w chwili zbliżania się największego niebezpieczeństwa!

W pocisku zostały umieszczone trzy grube i bardzo solidnie wykonane koje. Nicholl i Barbicane ustawili je w samym środku tarczy tworzącej ruchomą podłogę. Na nich mieli się położyć trzej podróżni na kilka chwil przed samym wystrzałem.

W tym czasie Ardan, nieumiejący pozostawać w bezruchu, krążył po swoim ciasnym więzieniu niczym drapieżne zwierzę w klatce, czy to gawędząc z przyjaciółmi, czy przemawiając do swych psów, Diany i Satelity, którym, jak widzimy, nadał niedawno te wiele mówiące imiona.

 

- Hej, Diana! Hej, Satelita! - wołał, drażniąc je. - Pokażcie selenickim braciom piękne maniery ziemskich psów! Niech to przyniesie zaszczyt całej psiej rasie! Do licha! Jeśli kiedykolwiek powrócimy na ten ziemski padół, to chcę przywieźć z sobą mieszańca, jakiegoś moon-doga24, który zrobi tu prawdziwą furorę!

- Jeśli na Księżycu są psy... - zauważył Barbicane.

- Co do tego nie ma żadnych wątpliwości - stwierdził z przekonaniem Michel Ardan. - Podobnie jak konie, krowy, osły i kury. Zakładam się, że znajdziemy tam także kury!

- Daję sto dolarów, że ich nie znajdziemy - odezwał się Nicholl.

- Trzymam zakład, panie kapitanie - odpowiedział Ardan, ściskając dłoń Nicholla. - A propos: przegrał pan już trzy zakłady z naszym prezesem, ponieważ zostały zebrane fundusze niezbędne do zrealizowania naszego przedsięwzięcia, ponieważ powiodła się operacja odlewania i wreszcie udało się bez żadnego wypadku nabić ładunkiem kolumbiadę... Już przegrałeś, kapitanie, sześć tysięcy dolarów.

- Zgadza się - potwierdził Nicholl i dodał - godzina dziesiąta trzydzieści siedem minut i sześć sekund.

- Rozumiem, kapitanie. Zanim jednak minie kwadrans, będziesz musiał przekazać prezesowi kolejne dziewięć tysięcy dolarów: cztery tysiące dlatego, że kolumbiada się nie rozpadnie, a pięć tysięcy, gdyż pocisk wzniesie się w przestworza wyżej niż na sześć mil.

- Mam potrzebne pieniądze przy sobie - odpowiedział Nicholl, uderzając ręką po kieszeni ubrania - i niczego bardziej nie pragnę jak bezzwłocznie uiścić dług.

- Widzę, Nicholl, że jesteś uporządkowanym człowiekiem, do czego ja nigdy nie doszedłem; pozwól sobie jednak powiedzieć, że zawarłeś serię niekorzystnych dla siebie zakładów...

- A to dlaczego? - spytał Nicholl.

- Bo jeśli wygrasz pierwszy, to znaczy kolumbiada rozpadnie się razem z pociskiem, nie będzie już Barbicane'a, który miałby wypłacić tobie wygrane dolary.

- Moja stawka została zdeponowana w banku w Baltimore - odparł po prostu Barbicane - i w razie śmierci Nicholla zostanie przekazana jego spadkobiercom!

- Ach, co za praktyczni ludzie! Jakie konkretne umysły! - zawołał Michel Ardan. - Tym bardziej was podziwiam, że zupełnie was nie rozumiem!

- Dziesiąta minut czterdzieści jeden - oznajmił Nicholl.

- Zatem zostało przeszło pięć minut! - stwierdził Barbicane.

- Tak, pięć krótkich minut! - rzekł Michel Ardan. - Tymczasem my jesteśmy zamknięci w pocisku spoczywającym na dnie armaty długości dziewięciuset stóp! Pod tym pociskiem ułożono w stos czterysta tysięcy funtów bawełny strzelniczej, która równa się milionowi sześciuset tysiącom funtów zwykłego prochu! Nasz przyjaciel Murchison ze swoim chronometrem w ręku, ze spojrzeniem utkwionym we wskazówce, z palcem spoczywającym na elektrycznym aparacie, liczy sekundy, zamierzając nas wyrzucić w międzyplanetarne przestworza...

- Dosyć, Michel, dosyć! - powiedział poważnym tonem Barbicane. - Czas się przygotować. Już tylko kilka chwil dzieli nas od tego ważnego momentu. Moi przyjaciele, uściśnijmy sobie dłonie.

- Tak! - zawołał Michel Ardan, bardziej wzruszony, niż to pragnął pokazać.

Trzej dzielni towarzysze złączyli się w ostatnim uścisku.

- Niech Bóg ma nas w swojej opiece - rzekł pobożny Barbicane.

Michel Ardan i Nicholl wyciągnęli się na kojach ustawionych na środku tarczy.

- Dziesiąta czterdzieści siedem - szepnął kapitan.

"Jeszcze czterdzieści sekund!" - pomyślał Barbicane, szybko zgasił gaz i położył się obok towarzyszy.

Panującą głęboką ciszę przerywało tylko tykanie chronometru wybijającego sekundy.

Nagle nastąpił straszliwy wstrząs i pocisk, pod naciskiem sześciu miliardów litrów gazu wytworzonego przy wybuchu piroksyliny, wyleciał w przestworza.

 

 

19 Według legendy złożona w Medynie trumna ze zwłokami Mahometa unosiła się w powietrzu, nie będąc podtrzymywana przez żadną podporę.

20 Chronometr - przenośny zegar o dużej dokładności pomiaru, stosowany do pomiarów w astronomii, geodezji, nawigacji; niepodlegający wpływowi magnetyzmu ani zmian temperatury; tu: bardzo dokładny zegarek.

21 Sferoida - bryła powstała przez obrót elipsy, w przybliżeniu odpowiadająca kształtem kuli ziemskiej.

22 Blaise Pascal (1623-1662) - francuski matematyk, fizyk, pisarz i filozof; jeden z najwybitniejszych myślicieli europejskich; głosił zasadę rozdziału między poznaniem racjonalnym (porządek rozumu) i intuicyjnym (porządek serca); opisał wielkość i nędzę człowieka; był współtwórcą podstaw teorii prawdopodobieństwa, sformułował zasadę indukcji matematycznej, badał zjawiska dotyczące ciśnienia atmosferycznego i hydrostatyki (prawo Pascala); skonstruował jedną z pierwszych maszyn liczących; Isaac Newton, sir (1643-1727) - angielski fizyk, matematyk, filozof i astronom, profesor fizyki i matematyki uniwersytetu w Cambridge, członek Royal Socjety oraz paryskiej AN; w roku 1687 opublikował pracę Philosophiae naturalis principia mathematica, w której sformułował podstawy fizyki klasycznej i przedstawił ich zastosowanie w zagadnieniach mechaniki, astronomii i fizyki; sformułował prawo powszechnego ciążenia, wyjaśnił precesję osi Ziemi i pływy morza, uzasadnił prawa Keplera; w optyce opracował korpuskularną teorię budowy światła, określił zasady optyki geometrycznej.

23 Wychwyt - element mechanizmu zegarowego.

24 Moon-dog (ang.) - pies księżycowy.

Rozdział II

Pierwsze pół godziny

 

Co się wydarzyło? Jakie skutki wywołało owo straszliwe uderzenie? Czy pomysłowość konstruktorów przyniosła pozytywny wynik? Czy dzięki sprężynom, czterem korkom wodnym i łamliwym przegrodom zdołano zamortyzować siłę wstrząsu? Czy udało się poskromić szalony pęd wywołany prędkością początkową jedenastu tysięcy metrów, która wystarczyłaby na to, by przelecieć przez Paryż czy Nowy Jork w przeciągu jednej sekundy? Bez wątpienia takie pytania stawiały sobie tysiące świadków tego niesamowitego wydarzenia, którzy zapomnieli o celu wyprawy i myśleli tylko o podróżnikach! A gdyby któryś z nich - na przykład J.-T. Maston - mógł zapuścić wzrok do wnętrza pocisku, cóż by tam zobaczył...?

W tej chwili jeszcze nic, gdyż w pocisku panowała głęboka ciemność. Można było jednak stwierdzić, że cylindryczno-stożkowe ściany znakomicie oparły się wstrząsowi. Nie było żadnych rozdarć, zagięć ani deformacji. Cudowny pojazd nie popsuł się pod gwałtownym działaniem środka wybuchowego, ani nie został stopiony i nie spadł na ziemię w postaci aluminiowego deszczu, jak się tego obawiano.

We wnętrzu w sumie panował jedynie lekki nieporządek. Wprawdzie kilka przedmiotów wyleciało gwałtownie w górę, ale najważniejsze z nich, jak się wydawało, nie ucierpiały od uderzenia. Przychwyty były nienaruszone.

Na ruchomej tarczy, która po roztrzaskaniu się przegród i wypłynięciu wody obsunęła się aż na samo dno, leżały bez ruchu trzy ciała. Czy Barbicane, Nicholl i Ardan jeszcze oddychali? Czy ten pocisk nie był już tylko metalową trumną unoszącą w przestworza trzy trupy...?

Kilka minut po wylocie pocisku z kolumbiady jedno z ciał się poruszyło: wyciągnęło ręce, podniosło głowę i w końcu uklękło. Był to Michel Ardan. Obmacał się, wydał dźwięczne "hmm", po czym powiedział:

- Michel Ardan w komplecie. Zobaczmy, jak się mają inni!

 

Dzielny Francuz chciał się podnieść, lecz nie potrafił stanąć na nogach. Głowa mu się kiwała, oślepiał go nagły napływ krwi. Zachowywał się jak pijany.

- Brrr! Wstrząs spowodował taki sam efekt jak dwie butelki cortonu25. Tylko że to mniej przyjemne do przełknięcia - stwierdził. Po czym kilka razy potarłszy sobie ręką czoło i skronie, zawołał głośno: - Nicholl! Barbicane!

Czekał z niepokojem. Żadnej odpowiedzi. Nie było słychać nawet westchnienia, które by wskazywało, że serca jego towarzyszy jeszcze biły. Zawołał ponownie. Nadal panowało to samo milczenie.

- Do diabła! - zawołał. - Wyglądają, jakby spadli na głowy z piątego piętra! Ba! - dodał z ową niewzruszoną wiarą, której nic nie mogło zachwiać. - Jeżeli jeden Francuz zdołał się podnieść na kolana, to dwóch Amerykanów bez wysiłku powinno stanąć na równych nogach. Przede wszystkim jednak rozświetlmy sobie nasze położenie.

Ardan poczuł, jak na nowo wstępuje w niego życie. Krew powoli przestawała się w nim burzyć i zaczęła normalnie krążyć po ciele. Po krótkim wysiłku zdołał powrócić do równowagi. Podniósł się, wyciągnął z kieszeni zapałkę, zapalił ją, pocierając nafosforyzowany łebek. Następnie przysunął zapałkę do palnika i zapalił gaz. Na szczęście zbiornik zupełnie nie ucierpiał, gdyż gaz się nie ulatniał. Zresztą zapach zdradziłby jego obecność w powietrzu, a Michel Ardan nie mógłby poruszać się bezkarnie z płonącą zapałką w przestrzeni wypełnionej wodorem, bo ów gaz w połączeniu z powietrzem tworzy mieszaninę wybuchową i eksplozja zakończyłaby to, co być może zapoczątkował wstrząs.

Kiedy lampa zapłonęła, Ardan pochylił się nad ciałami swoich towarzyszy, którzy leżeli bezwładnie jeden na drugim: Nicholl na wierzchu, a Barbicane pod spodem. Ardan podniósł kapitana, oparł go plecami o kanapę i z całych sił zaczął go rozcierać. Umiejętnie zastosowany masaż przywrócił przytomność Nichollowi, który otworzył oczy, błyskawicznie odzyskał zimną krew i chwycił Ardana za rękę. Następnie rozejrzał się wokół siebie i zapytał:

 

- A Barbicane?

- Na każdego przyjdzie kolej - opowiedział spokojnie Michel Ardan. - Zacząłem od ciebie, Nicholl, bo byłeś na wierzchu. Zajmijmy się teraz Barbicane'em.

To powiedziawszy, razem z Nichollem podnieśli prezesa Klubu Artylerzystów i ułożyli go na kanapie. Wydawało się, że Barbicane ucierpiał bardziej niż jego towarzysze. Dość mocno krwawił, lecz Nicholl uspokoił się, stwierdziwszy, że krwotok pochodzi z lekkiej rany na ramieniu. Było to zwykłe skaleczenie, które zaraz starannie opatrzył.

Minęło jednak sporo czasu, zanim Barbicane przyszedł do siebie. Przyjaciele byli tym trochę przerażeni i cały czas mocno go masowali.

- Przynajmniej oddycha - stwierdził Nicholl, przykładając ucho do piersi rannego.

- Tak, oddycha jak człowiek, który jest przyzwyczajony do tej codziennej operacji - odparł Ardan. - Nacierajmy go dalej, Nicholl, nacierajmy silniej!

Obaj lekarze z przypadku pracowali tak ciężko i robili to tak dobrze, że w końcu Barbicane odzyskał przytomność. Otworzył oczy, podniósł się, chwycił za ręce swoich dwóch przyjaciół, a jego pierwsze słowa brzmiały:

- Nicholl, posuwamy się?

Nicholl i Ardan popatrzyli na siebie zaskoczeni. Do tej pory nie pomyśleli wcale o pocisku. Przede wszystkim zajęli się podróżnymi, a nie pojazdem.

- Istotnie, czy się posuwamy? - powtórzył Michel Ardan.

- A może spoczywamy spokojnie na florydzkiej ziemi? - zapytał Nicholl.

- Albo na dnie Zatoki Meksykańskiej? - dorzucił Ardan.

- Co za pomysł! - zawołał Barbicane.

Podwójna hipoteza zasugerowana przez jego towarzyszy miała swój natychmiastowy skutek: prezes całkowicie odzyskał przytomność.

Tak czy owak, w tej chwili jeszcze nie można było zająć stanowiska w sprawie położenia, w jakim znajdował się pocisk. Jego widoczna nieruchomość i brak komunikacji z zewnętrznym światem nie pozwalały jednoznacznie rozstrzygnąć tej kwestii. Może pocisk posuwał się w przestrzeni po swojej trajektorii26; może po chwilowym wzniesieniu się ponownie upadł na stały ląd lub nawet do Zatoki Meksykańskiej, co wobec niewielkiej szerokości półwyspu Floryda nie było niemożliwe.

Sprawa była bardzo poważna, a problem niezwykle interesujący; dlatego należało go jak najprędzej rozstrzygnąć. Nadmiernie pobudzony Barbicane, przezwyciężając energią moralną swoją fizyczną słabość, stanął na równe nogi i przez chwilę nasłuchiwał. Na zewnątrz panowała głęboka cisza, ale gruba warstwa wykładziny nie dopuszczała żadnych odgłosów dochodzących z Ziemi. Jednakże Barbicane'a uderzyło pewne zjawisko: temperatura wewnątrz pocisku znacząco się podniosła. Prezes wyjął termometr z futerału, który chronił go przed uszkodzeniami, i spojrzał na skalę. Instrument pokazywał czterdzieści pięć stopni w skali stustopniowej.

- Tak jest! - wykrzyknął. - Tak, poruszamy się! Duszące ciepło przedziera się przez ściany pocisku! Powstaje ono w wyniku tarcia pocisku o warstwy atmosfery. Wkrótce jednak zacznie się zmniejszać, bo już posuwamy się w próżni i po tym, kiedy o mało się nie udusiliśmy, będziemy musieli znieść przejmujące zimno.

- Jak to?! - zapytał ze zdziwieniem Michel Ardan. - Według ciebie znaleźliśmy się już poza granicami ziemskiej atmosfery?

- Oczywiście, Michelu. Posłuchaj mnie przez chwilę. Obecnie jest dziesiąta pięćdziesiąt pięć. Wyruszyliśmy mniej więcej osiem minut temu, a jeżeli nasza prędkość początkowa nie zmniejszyła się z powodu tarcia, to wystarczyło nam sześć sekund na pokonanie szesnastu mil francuskich atmosfery, która otacza naszą sferoidę.

- Znakomicie - odparł Nicholl. - Ale według ciebie w jakim stosunku na skutek tarcia zmniejszyła się nasza prędkość?

- W stosunku jeden do trzech, Nicholl - odpowiedział Barbicane. - Jest to znaczne zmniejszenie, ale według moich obliczeń takie właśnie jest. Jeżeli więc mieliśmy prędkość początkową wynoszącą jedenaście tysięcy metrów na sekundę, to po wyjściu z atmosfery zostanie ona zredukowana do siedmiu tysięcy trzystu trzydziestu dwóch metrów na sekundę. W każdym razie już pokonaliśmy tę odległość i...

- Zatem - przerwał mu Ardan - przyjaciel Nicholl przegrał swoje dwa zakłady: cztery tysiące dolarów, gdyż kolumbiada się nie rozleciała, oraz pięć tysięcy, ponieważ pocisk wzniósł się na wysokość większą niż sześć mil. A więc, Nicholl, wyzbywaj się dolarów...

- Najpierw musimy potwierdzić fakty, a dopiero później zapłacę - odpowiedział kapitan. - Bardzo możliwe, że dowodzenie Barbicane'a jest dokładne i że przegrałem dziewięć tysięcy dolarów, ale w tej chwili przyszła mi do głowy jeszcze pewna hipoteza, która anulowałaby zakład.

- Jaka? - zapytał żywo Barbicane.

- Oto taka, że z tej lub innej przyczyny iskra nie dotarła do materiału wybuchowego i wcale nie ruszyliśmy się z miejsca...

- Do licha, kapitanie! - zawołał Michel Ardan. - Taka hipoteza jest raczej godna mego mózgu! Ona jest niepoważna! Czy nie jest faktem, że mało nie zginęliśmy na skutek wstrząsu? Czy nie przywróciłem cię do życia? Czy nie krwawi jeszcze skaleczone przy uderzeniu ramię prezesa?

- Zgoda, Michelu - odparł Nicholl - lecz pozostaje jeszcze jedna kwestia.

- Słucham, panie kapitanie.

- Czy słyszałeś huk wybuchu, który z pewnością musiał być straszliwy?

- Nie - odpowiedział Ardan, wyraźnie zbity z tropu. - Rzeczywiście nie słyszałem huku.

- A ty, Barbicane?

- Ja również nie słyszałem.

- No i co wy na to? - rzucił Nicholl.

- Właśnie! Dlaczego nie usłyszeliśmy detonacji? - wymruczał prezes.

Trzej przyjaciele, wielce zaskoczeni, spojrzeli na siebie. Było to całkowicie niewytłumaczalne zjawisko, jeśli bowiem pocisk wyleciał, to przedtem musiał nastąpić wybuch.

- Przede wszystkim musimy wiedzieć, jaka jest nasza sytuacja - stwierdził Barbicane. - W tym celu opuśćmy pokrywy.

Ta bardzo prosta operacja została wkrótce zakończona pełnym sukcesem. Nakrętki przytrzymujące śruby na zewnętrznych pokrywach okienka z prawej strony ustąpiły przy użyciu klucza angielskiego. Śruby zostały wypchnięte na zewnątrz, a na ich miejsce, w powstałe otwory wciśnięto błyskawicznie pokryte kauczukiem zatyczki. Zewnętrzna płyta natychmiast opadła na zawiasach jak klapa wentylacyjnego luku i ukazało się soczewkowe szkło zamykające boczne okienko. Identyczne okienko znajdowało się na przeciwległej ścianie pocisku, następne u góry, w zwieńczającej go kopule, a czwarte w jego dennej części. Dzięki temu można było obserwować otoczenie w czterech przeciwnych kierunkach: bezpośrednio firmament przez boczne szyby, a Ziemię lub Księżyc przez dolny i górny iluminator.

Barbicane i jego dwaj towarzysze natychmiast rzucili się ku odsłoniętej szybie, której nie rozjaśniał ani jeden promień światła. Pocisk otaczała głęboka ciemność, co jednak nie przeszkodziło prezesowi Barbicane'owi wykrzyknąć:

- Nie, moi przyjaciele, nie spadliśmy na Ziemię! Nie, nie zanurzyliśmy się w głębinach Zatoki Meksykańskiej! Wznosimy się w przestworza! Popatrzcie na te błyszczące w mroku gwiazdy i na te nieprzeniknione ciemności, które zalegają pomiędzy nami a Ziemią!

- Hurra! Hurra! - krzyknęli jednym głosem Michel Ardan i Nicholl.

Istotnie, te zwarte, nieprzeniknione ciemności dowodziły, że pocisk opuścił Ziemię, ponieważ w przeciwnym wypadku oświetlona żywym księżycowym blaskiem byłaby widoczna dla podróżnych, gdyby znajdowali się na jej powierzchni. Te ciemności wskazywały też na to, że pocisk przeleciał już przez warstwy atmosfery, bo rozproszone w powietrzu światło rzucałoby na metalowe ściany odblaski, których także nie było widać. Światło to oświetlałoby także szyby okienek, które jednak pozostawały ciemne. Nie można było mieć żadnych wątpliwości. Podróżni opuścili Ziemię.

- Przegrałem - rzekł Nicholl.

- Gratuluję ci! - zawołał Ardan.

- Oto dziewięć tysięcy dolarów - powiedział kapitan, wyciągając z kieszeni plik banknotów.

- Może życzysz sobie pokwitowanie? - spytał Barbicane, biorąc wręczoną mu kwotę.

- Jeśli nie sprawi ci to różnicy... - odpowiedział Nicholl. - Wymaga tego porządek.

Prezes Barbicane z pełną powagą, wręcz flegmatycznie, jak gdyby stał przy swojej kasie, wyciągnął notes, wydarł jedną pustą kartkę, napisał na niej ołówkiem zredagowany formalnie kwit, opatrzył go datą oraz podpisem i przekazał kapitanowi, który starannie go złożył i schował do portfela.

Michel Ardan zdjął czapkę i cały czas milcząc, skłonił się obu swoim towarzyszom. Na widok takiego formalizmu w tak niezwykłych okolicznościach po prostu odjęło mu mowę. Nigdy w swoim życiu nie widział czegoś podobnie "amerykańskiego".

Po załatwieniu wszelkich spraw rachunkowych Barbicane i Nicholl powrócili na poprzednie miejsce przy szybie i obserwowali konstelacje. Na czarnym tle nieba gwiazdy odcinały się wyraźnie jasnymi punkcikami. Z tej strony jednak nie można było dostrzec nocnego ciała niebieskiego, które posuwając się ze wschodu na zachód, wznosiło się powoli ku zenitowi. Jego nieobecność spowodowała następującą refleksję Ardana:

- A Księżyc? - zapytał. - Czy przypadkiem nie zabraknie go na naszej schadzce?

- Bądź spokojny - odparł Barbicane. - Nasza przyszła sferoida jest na swoim stanowisku, lecz z tej strony nie jesteśmy w stanie jej zobaczyć. Odkryjmy drugie boczne okienko.

W momencie gdy Barbicane zamierzał odejść od szyby, by przystąpić do odsłonięcia przeciwległego okienka, jego uwagę przyciągnął jakiś zbliżający się, świecący i błyszczący przedmiot. Była to ogromna tarcza o kolosalnych rozmiarach, której wielkości nie dało się ocenić. Jej strona zwrócona ku Ziemi jaśniała żywym blaskiem. Można by powiedzieć, że to jakiś mały księżyc, odbijający światło wielkiego. Pędził z niesamowitą prędkością i wydawało się, iż opisuje wokół Ziemi orbitę przecinającą trajektorię pocisku. Jego ruch postępowy uzupełniony był ruchem obrotowym dookoła własnej osi. Zachowywał się więc podobnie jak wszystkie ciała niebieskie rzucone w przestrzeń.

 

- Ejże, co to jest?! - zawołał Michel Ardan. - Jakiś drugi pocisk?!

Barbicane nie odpowiedział. Zaskoczyło go i jednocześnie zaniepokoiło pojawienie się tego ogromnego ciała. Mogło dojść do kolizji, której skutki byłyby opłakane, pocisk bowiem albo mógł zboczyć ze swej drogi, albo zderzenie wyhamowałoby jego pęd i w rezultacie spadłby na Ziemię, albo w końcu mógłby ulec sile przyciągającej tej asteroidy i razem z nią zostałby uniesiony w przestworza.

Prezes Barbicane szybko pojął konsekwencje tych trzech hipotez, które w ten lub inny sposób doprowadziłyby do fatalnego zakończenia ich eksperymentu. Jego oniemiali towarzysze wpatrywali się niespokojnie w przestrzeń. W miarę zbliżania się obserwowany obiekt powiększał się niemal w cudowny sposób, a na skutek pewnego złudzenia optycznego wydawało się, że pocisk pędzi wprost na niego.

- Na tysiąc bogów! - zawołał Michel Ardan. - Te dwa pociągi wpadną na siebie!

Podróżnicy instynktownie odskoczyli do tyłu. Ogarnęło ich najwyższe przerażenie, które jednak nie trwało długo - zaledwie kilka sekund. Asteroida przemknęła około kilkuset metrów od pocisku i nagle zniknęła nie tyle z powodu szybkości swego biegu, ile dlatego, że jej bok, nieoświetlony światłem Księżyca, zmieszał się z absolutną ciemnością przestrzeni.

- Szczęśliwej podróży! - zawołał z westchnieniem ulgi Michel Ardan. - Jak to? Czyżby nieskończoność nie była taka wielka, by biedny, mały pocisk mógł przechadzać się po niej bez żadnej bojaźni?! Coś takiego! Co to za zarozumiała bryła zbłądziła w ten rejon, chcąc nas potrącić?

- Wiem, co to było - odparł Barbicane.

- Tam do licha! Ty wiesz wszystko!

- To był zwykły meteor - ciągnął Barbicane - ale o niezwykłych rozmiarach, który zatrzymany siłą przyciągania Ziemi, stał się jej satelitą.

- To jest możliwe! - wykrzyknął Ardan. - Zatem Ziemia ma dwa księżyce, tak jak Neptun27?

- Tak, mój przyjacielu, dwa księżyce, chociaż na ogół sądzi się, że posiada tylko jeden. Jednakże ten drugi księżyc jest tak mały, a jego szybkość tak wielka, że mieszkańcy Ziemi nie są w stanie go dostrzec. Na podstawie pewnych perturbacji28 w biegu Księżyca francuski astronom, pan Petit, zdołał określić istnienie tego drugiego satelity i obliczył jego elementy. Według jego obserwacji ów bolid dokonuje obiegu dookoła Ziemi w trzy godziny i dwadzieścia minut, co sugeruje wprost niewiarygodną prędkość29.

- Czy wszyscy astronomowie przyjmują istnienie tego satelity? - zapytał Nicholl.

- Nie - odparł Barbicane - ale gdyby tak jak my się z nim spotkali, nie mieliby już podstaw, by wątpić. Tak sobie myślę, że gdyby ten satelita potrącił pocisk i tym samym sprawił nam dużo kłopotu, pozwoliłoby to na ustalenie naszego położenia w przestrzeni.

- Jak? - zapytał Ardan.

- Ponieważ znana jest jego odległość od Ziemi; zatem w miejscu, w którym go napotkaliśmy, byliśmy oddaleni o osiem tysięcy sto czterdzieści kilometrów od powierzchni kuli ziemskiej.

- Przeszło dwa tysiące mil francuskich! - zawołał Michel Ardan. - Zupełnie pogrążyliśmy pociągi pośpieszne tego marnego globu zwanego Ziemią!

- Zgadzam się z tym - odpowiedział Nicholl, spoglądając na chronometr. - Teraz jest jedenasta, więc trzynaście minut temu opuściliśmy amerykański kontynent.

- Zaledwie trzynaście minut temu? - zdziwił się Barbicane.

- Tak - odparł Nicholl. - A jeżeli nasza prędkość początkowa, wynosząca jedenaście kilometrów na sekundę, byłaby stała, powinniśmy w godzinę pokonać prawie dziesięć tysięcy mil francuskich!

- Wszystko to bardzo pięknie, moi przyjaciele - powiedział prezes - ale ciągle pozostaje jedna, nierozwiązana do tej pory kwestia. Dlaczego nie usłyszeliśmy huku kolumbiady?

Wobec braku odpowiedzi rozmowa się urwała, a Barbicane, ciągle głęboko rozmyślając, zajął się odsłanianiem pokrywy drugiego bocznego okienka. Operacja się powiodła i poprzez szybę wnętrze pocisku napełniło się błyszczącym księżycowym światłem. Nicholl, będąc człowiekiem oszczędnym, zgasił niepotrzebne już oświetlenie gazowe, którego blask przeszkadzał w obserwacji międzyplanetarnej przestrzeni.

Teraz księżycowa tarcza lśniła niezrównanie jasnym, czystym blaskiem. Wysyłane przez nią promienie, już nietłumione przez mglistą atmosferę kuli ziemskiej, przenikały przez szyby okienek i napełniały wnętrze pocisku srebrzystymi refleksami. Czarna zasłona firmamentu jeszcze bardziej potęgowała blask Księżyca, który w tej próżni, pozbawionej niepotrzebnego, rozpraszającego światło eteru30, nie przyćmiewał sąsiednich gwiazd. Tak widziane niebo przedstawiało sobą całkiem nowy aspekt, którego zupełnie nie mogło się spodziewać ludzkie oko.

Bez wysiłku można zrozumieć zainteresowanie, z jakim ci śmiali ludzie wpatrywali się w nocne ciało niebieskie, ostateczny cel ich wyprawy. W swoim ruchu postępowym ziemski satelita niedostrzegalnie zbliżał się do zenitu, matematycznego punktu, który miał osiągnąć jakieś dziewięćdziesiąt sześć godzin później. Jego góry, równiny, cała rzeźba terenu, nie pokazywały się wyraźniej oczom podróżników, niż gdyby je oglądali z jakiegokolwiek punktu na Ziemi, ale jego światło, przebiegając próżnię, błyszczało niezwykłą intensywnością. Tarcza jaśniała niczym platynowe zwierciadło. W tej chwili podróżnicy zupełnie zapomnieli o Ziemi uciekającej pod ich stopami.

Kapitan Nicholl pierwszy zwrócił uwagę na to, że zniknął ziemski glob.

- Tak, ale nie bądźmy wobec niego niewdzięczni! - odparł Michel Ardan. - Skoro opuszczamy naszą krainę, to należą się jej nasze ostatnie spojrzenia. Chcę jeszcze zobaczyć Ziemię, zanim ostatecznie zniknie mi z oczu.

By zadośćuczynić życzeniu towarzysza, Barbicane zajął się odsłonięciem okienka na dole pocisku, z którego można było bezpośrednio obserwować Ziemię. Nie bez trudności udało się zdemontować zakrywającą okienko tarczę, którą siła odrzutu wcisnęła głęboko w dno. Poszczególne jej części starannie ustawiono przy ścianach, gdyż w razie potrzeby mogły się jeszcze przydać. Po tej operacji ukazał się okrągły otwór o średnicy pięćdziesięciu centymetrów, wydrążony w dolnej części pocisku. Zamykała go szyba, gruba na piętnaście centymetrów, dodatkowo wzmocniona miedzianą obudową. Poza nią znajdowała się jeszcze aluminiowa płyta przytrzymywana śrubami. Po odkręceniu nakrętek śruby puściły i płyta się usunęła, pozwalając na śledzenie wzrokiem z wnętrza pocisku tego, co znajdowało się poza nim.

Michel Ardan uklęknął przy otworze. Szyba była ciemna, jakby nieprzezroczysta.

- No dobrze, a Ziemia?! - zawołał.

- Ziemia jest tam - wskazał Barbicane.

- Co? - zdziwił się Ardan. - Ta wąska smużka, ten posrebrzony rogalik?

- Oczywiście, Michelu. Za cztery dni, gdy Księżyc będzie w pełni, to znaczy w chwili gdy do niego dotrzemy, Ziemia będzie w nowiu. Teraz jawi się nam jedynie w kształcie wysmukłego półksiężyca, który niebawem całkowicie zniknie i na kilka dni pogrąży się w zupełnych ciemnościach.

- To ma być Ziemia! - powtarzał Michel Ardan, wpatrując się uważnym wzrokiem w skrawek macierzystej planety.

Wyjaśnienia dane przez prezesa Barbicane'a były poprawne. Ziemia, w stosunku do pocisku, wchodziła w ostatnią kwadrę. Była właśnie w oktancie31 i ukazywała się na tle czarnego nieba jako delikatnie nakreślony półksiężyc. Jego blask, niebieskawy z powodu gęstej warstwy atmosfery, był mniej intensywny niż blask księżycowego rogalika, ale sam ziemski sierp miał dość znaczne rozmiary. Można by powiedzieć, że wyglądał jak olbrzymi łuk rozpięty na firmamencie. Kilka silnie oświetlonych fragmentów - zwłaszcza w jego wklęsłej części - wskazywało na obecność wysokich gór, czasami znikających pod obszernymi, gęstymi plamami, czego nigdy nie obserwuje się na powierzchni tarczy Księżyca. Były to pierścienie chmur rozmieszczone koncentrycznie wokół ziemskiej sferoidy.

Jednakże wskutek całkiem naturalnego zjawiska, identycznego z tym, jakie powstaje na Księżycu, gdy jest on w oktancie, można było ujrzeć cały kontur ziemskiego globu. Jego tarcza ukazywała się dość wyraźnie na skutek tak zwanego światła popielatego, nie tak jednak silnego jak światło odbite Księżyca. Powód tej zmniejszonej intensywności jest łatwy do zrozumienia. Taki refleks na Księżycu jest wynikiem odbicia promieni słonecznych od Ziemi i skierowania tychże ku jej satelicie. Teraz zachodziło zjawisko odwrotne, to znaczy poświata pochodziła od promieni słonecznych odbitych od Księżyca ku Ziemi. Otóż światło ziemskie jest około trzynastu razy intensywniejsze niż światło księżycowe; dzieje się tak z powodu różnicy objętości obu ciał niebieskich. W konsekwencji tego, w odniesieniu do światła popielatego, nieoświetlona część ziemskiej tarczy zarysowuje się mniej wyraźnie niż część nieoświetlona tarczy Księżyca, ponieważ natężenie tego zjawiska jest proporcjonalne do mocy świetlnej obu ciał niebieskich. Należy także dodać, że ziemski rogalik tworzył bardziej wydłużoną formę niż sierp Księżyca. Był to oczywisty skutek irradiacji32.

Podczas gdy podróżnicy usiłowali przebić wzrokiem głębokie ciemności przestworzy, przed ich oczami rozwinął się iskrzący bukiet spadających gwiazd. Setki meteorów, zapalonych przy kontakcie z atmosferą, rozświetlało jasnymi smugami panujące ciemności i kreśliło na nieoświetlonej części ziemskiej tarczy ogniste linie. W tym okresie Ziemia była w peryhelium33, a miesiąc grudzień bardzo sprzyja pojawianiu się spadających gwiazd, których, jak obliczyli astronomowie, pojawia się do dwudziestu czterech tysięcy na godzinę. Jednakże Michel Ardan, mając w pogardzie naukowe dowody, wolał wierzyć, że Ziemia pozdrawia odlot swoich trzech synów najbardziej fantastycznymi fajerwerkami sztucznych ogni.

Prawdę mówiąc, to było wszystko, co widzieli z zagubionej w mrokach sferoidy, owego podrzędnego ciała niebieskiego słonecznego świata, które dla większych planet wschodzi jako zwykła gwiazda poranna lub wieczorna!34 Ów glob, na którym pozostawili wszystkie drogie im uczucia, nie był niczym innym jak znikającym małym rogalikiem, ledwie widocznym punktem olbrzymich przestworzy!

Długo jeszcze trzej przyjaciele w milczeniu, ale ze złączonymi sercami patrzyli na ten spektakl, podczas gdy pocisk oddalał się od Ziemi z jednostajnie malejącą prędkością. Po pewnym czasie ich mózgami zawładnęła nieodparta senność. Byłoby to zmęczenie ciał i umysłów? Niewątpliwie jedno i drugie, ponieważ po silnym podnieceniu w czasie ostatnich godzin spędzonych na Ziemi musiała nieuchronnie nastąpić taka reakcja.

- No cóż, skoro trzeba spać, to śpijmy - rzekł Michel.

Wszyscy trzej rozciągnęli się na posłaniach i wkrótce zapadli w głęboki sen.

Nie pospali jednak nawet kwadrans, gdy nagle Barbicane poderwał się i zbudziwszy towarzyszy, wykrzyknął:

- Znalazłem! Znalazłem!

- Co znalazłeś? - spytał Michel Ardan, wyskakując z łóżka.

- Przyczynę tego, że nie usłyszeliśmy huku przy wystrzale kolumbiady!

- To znaczy...? - Nicholl zawiesił głos.

- Nasz pocisk poruszał się szybciej od dźwięku!

 

 

25 Corton - francuskie wino produkowane w gminie Aloxe-Corton, położonej w Burgundii.

26 Trajektoria - linia zakreślona przez poruszający się pocisk; tor pocisku.

27 ...dwa księżyce, tak jak Neptun - obecnie znamy 13 księżyców Neptuna; dziwna jest informacja Verne'a o tym, że Neptun posiada dwa księżyce, gdyż Trytona odkryto w 1846 roku, a następny, Nereidę, dopiero w roku 1949.

28 Perturbacja - zakłócenie zgodnego z prawami Keplera ruchu ciał niebieskich, spowodowane głównie obecnością innych ciał, ale także oporem ośrodka oraz spłaszczeniem ciała centralnego.

29 W XIX w. rozpowszechniły się hipotezy o istnieniu drobnych satelitów Ziemi; w latach 1846-1847 prace na ten temat opublikował Frédéric Petit (1810-1865), dyrektor obserwatorium astronomicznego w Tuluzie, a spopularyzowali ten pomysł François Arago w Astronomie populaire (1854-1860) i Amédée Guillemin w La lune (1866), choć spotkał się on też z silną krytyką [uwaga konsultanta].

30 Eter - tu: hipotetyczny ośrodek wypełniający Wszechświat, w którym według poglądów przyjętych w XIX w. rozchodziły się wszelkiego rodzaju fale elektromagnetyczne.

31 Oktant - tu: w trójwymiarowej przestrzeni jej fragment ograniczony trzema wzajemnie prostopadłymi płaszczyznami; prostokątny układ współrzędnych dzieli przestrzeń na osiem oktantów.

32 Irradiacja - jedno ze złudzeń optycznych, sprawiające, że jasne lub błyszczące przedmioty oglądane na ciemnym tle wydają się większe.

33 Peryhelium - punkt na orbicie ciała niebieskiego obiegającego Słońce, znajdujący się w miejscu największego zbliżenia obu ciał; przeciwieństwem peryhelium jest aphelium; w odniesieniu do orbity okołoziemskiej stosuje się odpowiednio terminy perygeum i apogeum, natomiast w ogólnym przypadku, np. orbit wokół gwiazd - perycentrum i apocentrum.

34 Podobnie jak Wenus na ziemskim niebie, Ziemia oglądana z orbity Marsa i dalszych planet wschodziłaby przed wschodem Słońca na porannym nieboskłonie i zachodziła jakiś czas po zachodzie Słońca na wieczornym niebie [uwaga konsultanta].

Rozdział III

Jak się urządzono

 

Po tym ciekawym, lecz bez wątpienia poprawnym wyjaśnieniu trzej przyjaciele ponownie pogrążyli się w głębokim śnie. Gdzie mogli znaleźć lepsze i spokojniejsze miejsce do spania? Na Ziemi każdy dom w mieście, każda chata na wsi odczuwa wstrząsy ziemskiej skorupy. Na morzu kołysany falami statek ciągle jest poruszany i przemieszczany. W powietrzu balon nieustannie kołysze się w płynnych warstwach o różnej gęstości. Jedynie ten pocisk, zanurzony w absolutnej próżni, wśród absolutnej ciszy, ofiarował swoim gospodarzom absolutny odpoczynek. Dlatego też sen trzech awanturniczych podróżników mógłby się przedłużyć prawie w nieskończoność, gdyby 2 grudnia o siódmej rano, to jest osiem godzin po wylocie, nie obudził ich niespodziewany hałas.

Było to bardzo charakterystyczne szczekanie.

- Psy! To psy! - zawołał Ardan, natychmiast zrywając się na równe nogi.

- Zapewne są głodne - stwierdził Nicholl.

- Do licha! Zupełnie o nich zapomnieliśmy! - zawołał Michel Ardan.

- Gdzie one są? - zaciekawił się Barbicane.

Po dłuższym poszukiwaniu znaleziono jedno ze zwierząt skulone pod kanapą. Przerażone, ogłuszone pierwszym wstrząsem, pozostawało w tym zakątku do czasu, aż wraz uczuciem głodu powrócił mu głos.

Była to jeszcze dość oszołomiona miła Diana, którą w końcu udało się wyciągnąć z obranej kryjówki po usilnych namowach. Michel Ardan zachęcał ją najbardziej uprzejmymi słowami:

- Chodź, Diano, chodź tu, moja panno! - mówił do niej. - Ty, której losy zostaną opisane w annałach psiej rasy! Ty, którą poganie daliby za towarzyszkę bogu Anubisowi, a chrześcijanie za przyjaciółkę świętemu Rochowi35! Ty, godna tego, by być wykutą ze spiżu przez króla piekieł, podobnie jak owa dobra psina, którą Jupiter podarował pięknej Europie za cenę pocałunku! Ty, której sława zetrze chwałę bohatera spod Montargis i psów z Góry Świętego Bernarda36. Ty, która wyruszając w międzyplanetarne przestrzenie, być może staniesz się Ewą selenickich psów! Ty, dla której tam, na górze, sprawdzi się wypowiedź Toussenela37: "Na początku Bóg stworzył człowieka, a widząc, jak jest słaby, dodał mu psa". Chodź, Diano, chodź tutaj!

Diana - czy to pod wpływem tych pochlebnych słów, czy też z innego powodu - zbliżyła się powoli, skomląc żałośnie.

- No dobrze, widzę tu Ewę, ale gdzie jest Adam? - powiedział Barbicane.

- Adam? - odparł Michel. - Adam nie może być daleko! Gdzieś tu jest! Trzeba go zawołać. Satelita! Chodź tu, Satelita!

Satelita jednak się nie pokazał, a Diana ciągle skomlała. Przekonawszy się, że wcale nie jest ranna, podano jej apetyczne jadło, które położyło kres jej skargom.

Jeśli chodzi o Satelitę, to wydawało się, że nigdzie go nie ma. Dopiero po długich poszukiwaniach udało się go znaleźć w jednej z przegródek w górnej części pocisku, gdzie w dość niewytłumaczalny sposób rzucił go wstrząs. Biedne zwierzę, mocno pokaleczone, było w kiepskim stanie.

- Do diabła! - zaklął Michel. - Chyba koniec z aklimatyzacją psiej rasy na Księżycu!

Ostrożnie ściągnięto nieszczęsnego psa. Roztrzaskał sobie łeb o sklepienie i trudno było zakładać, że wyjdzie cało po takim uderzeniu. Jednakże ułożono go wygodnie na poduszce i dopiero wówczas dał pewne oznaki życia.

- Będziemy cię pielęgnować - rzekł Michel. - Jesteśmy odpowiedzialni za twoje życie. Raczej wolałbym stracić rękę, niż mój biedny Satelita miałby stracić łapę!

Mówiąc to, podał rannemu zwierzęciu trochę wody, którą pies łapczywie chłeptał.

Po udzieleniu pomocy psom podróżni ponownie z uwagą obserwowali Ziemię i Księżyc. Ziemia ukazywała się w tej chwili w postaci popielatej tarczy kończącej się sierpem jeszcze bardziej zwężonym niż poprzedniego dnia, ale jego rozmiary wciąż pozostawały ogromne w porównaniu z Księżycem, którego kształt stawał się coraz bliższy idealnego koła.

- Do licha! - powiedział wówczas Michel Ardan. - Jestem doprawdy mocno zirytowany, że nie wyruszyliśmy w chwili, kiedy Ziemia była w pełni, to znaczy gdy nasz glob znajdował się w opozycji do Słońca.

- Dlaczego? - spytał Nicholl.

- Ponieważ zobaczylibyśmy w nowym świetle nasze kontynenty i morza, jedne jaśniejące w blasku promieni słonecznych, drugie ciemniejsze, takie, jakie przedstawia się czasami na niektórych mapach! Chciałbym koniecznie zobaczyć ziemskie bieguny, których oko ludzie jeszcze nigdy nie widziało!

- Byłoby to ciekawe - odrzekł Barbicane - ale gdyby Ziemia znajdowała się w pełni, to Księżyc byłby w nowiu, to znaczy pozostawałby niewidoczny pośród słonecznych promieni. Tymczasem dla nas lepiej jest widzieć cel podróży niż miejsce startu.

- Masz rację, Barbicane - stwierdził Nicholl - a zresztą, kiedy dotrzemy do Księżyca, będziemy mieli dość czasu podczas długich księżycowych nocy na przyglądanie się do woli globowi, na którym żyje tylu naszych bliźnich!

- Nasi bliźni! - zawołał Michel Ardan. - Ależ teraz są dla nas takimi samymi bliźnimi jak Selenici! Obecnie zamieszkujemy w nowym świecie, zaludnionym przez nas samych, czyli w pocisku! Jestem bliźnim Barbicane'a, a Barbicane jest bliźnim Nicholla. Na nas kończy się ludzkość i do czasu, aż staniemy się zwykłymi Selenitami, jesteśmy jedyną ludnością tego mikrokosmosu.

- Co nastąpi za mniej więcej osiemdziesiąt osiem godzin - zauważył kapitan.

- Co chcesz przez to powiedzieć...? - spytał Michel Ardan.

- Że teraz jest wpół do dziewiątej - odparł Nicholl.

- W takim razie nie potrafię znaleźć jakiegokolwiek powodu, dla którego nie moglibyśmy zjeść śniadania - stwierdził Ardan.

Istotnie, mieszkańcy nowego ciała niebieskiego nie mogli egzystować na nim bez jedzenia, a ich żołądki były poddawane nakazującemu prawu głodu. Michel Ardan, jako Francuz, zadeklarował się przyjąć rolę głównego kucharza, bardzo ważną funkcję, do której nikt inny nie miał zamiaru z nim konkurować. Gaz dostarczył wystarczającej ilości ciepła do przyrządzenia potraw, a skrzynia z produktami odpowiednich produktów do tej pierwszej uczty.

 

Śniadanie rozpoczęło się trzema filiżankami doskonałego bulionu, uzyskanego przez rozpuszczenie w gorącej wodzie cennych tabletek Liebiga38, przygotowanych z najlepszych kawałków przeżuwaczy hodowanych na pampasach39. Po rosole pojawiły się befsztyki sprasowane w prasie hydraulicznej, tak miękkie, tak soczyste, jakby przybyły prosto z kuchni angielskiej restauracji. Michel, obdarzony bujną wyobraźnią, utrzymywał nawet, że są "krwiste".

Po daniu mięsnym zjawiły się konserwowane jarzyny, "świeższe od naturalnych", jak stwierdził uroczy Michel, a następnie kanapki z masłem na sposób amerykański oraz kilka filiżanek herbaty. Napój ten, naprawdę wyborny, uzyskano dzięki zaparzeniu herbacianych liści pierwszego gatunku, których kilka skrzyń przysłał do dyspozycji podróżników rosyjski car.

Wreszcie, by ukoronować ów posiłek czymś znakomitym, Ardan wydobył wysmukłą butelkę Nuits40, która "przypadkiem" znalazła się w przegródce z zapasami. Trzej przyjaciele wypili ją na cześć unii pomiędzy Ziemią a jej satelitą.

I jakby nie było dość tego szlachetnego wina, które destylowano na wzgórzach Burgundii, słońce także chciało wziąć udział we wspaniałym posiłku. W tym momencie pocisk wynurzył się właśnie ze stożkowatego cienia rzucanego przez ziemski glob i promienie naszej gwiazdy - z powodu kąta, jaki tworzyła orbita Księżyca z orbitą Ziemi - uderzyły bezpośrednio w dolną część armatniego pocisku.

- Słońce! - krzyknął Michel Ardan.

- To oczywiste - odparł Barbicane. - Tego się spodziewałem.

- Czyżby stożkowaty cień, jaki pozostawia w przestrzeni Ziemia, rozciągał się poza Księżyc? - zapytał Francuz.

- Daleko poza niego, jeśli nie brać pod uwagę refrakcji atmosferycznej - odpowiedział Barbicane. - Księżyc jednak ukrywa się w tym cieniu dopiero wówczas, gdy centra wszystkich trzech ciał niebieskich, mianowicie Słońca, Ziemi i Księżyca, tworzą linię prostą. Wówczas węzły41 zbiegają się z pełnią Księżyca i następuje zaćmienie. Gdybyśmy wylecieli w czasie zaćmienia Księżyca, całą naszą podróż odbylibyśmy w mroku, co byłoby dla nas bardzo przykre.

- Dlaczego?

- W tego powodu, że chociaż unosimy się w próżni, nasz pocisk, skąpany w słonecznych promieniach, czerpie z nich światło i ciepło, co pozwala nam oszczędzać gaz, a to jest dla nas korzystne pod każdym względem.

Rzeczywiście, pod działaniem promieni, których ciepła i blasku nie łagodziła żadna atmosfera, pocisk ogrzewał się i rozjaśniał, jak gdyby gwałtownie przemknął z zimy do lata. Od góry Księżyc, a od dołu Słońce zalewały go swymi ogniami.

- Tu jest bardzo przyjemnie - stwierdził Nicholl.

- Potwierdzam to! - zawołał Michel Ardan. - Gdyby na naszej aluminiowej planecie była warstwa żyznej ziemi ogrodowej, w ciągu dwudziestu czterech godzin wyrósłby tu zielony groszek! Obawiam się tylko tego, żeby nie zaczęły się topić ściany pocisku!

- Uspokój się, mój zacny przyjacielu - odpowiedział Barbicane. - Pocisk wytrzymał znacznie wyższą temperaturę, gdy przemykał przez warstwy atmosferyczne. Nie byłbym nawet zdziwiony, gdyby oczom obserwatorów na Florydzie ukazał się w postaci ognistego bolidu.

- W takim razie J.-T. Maston musiałby pomyśleć, że się upiekliśmy.

- Bardzo mnie dziwi, że tak się nie stało - powiedział Barbicane. - To było niebezpieczeństwo, którego nie przewidzieliśmy.

- Ja się tego obawiałem - wtrącił skromnie Nicholl.

- I nic nam o tym nie wspomniałeś, zacny kapitanie! - zawołał Michel Ardan, ściskając dłoń swego towarzysza.

Tymczasem Barbicane przystąpił do urządzania się w pocisku, tak jakby miał go nigdy nie opuścić. Jak sobie przypominamy, ów powietrzny wagon był wysoki na dwanaście stóp, a powierzchnia jego podstawy wynosiła pięćdziesiąt cztery stopy kwadratowe. Wewnątrz był bardzo sprytnie urządzony, stosunkowo mało zatłoczony podróżnymi przyborami, instrumentami i narzędziami, z których każde znajdowało się na specjalnym, wyznaczonym dla niego miejscu, co pozwalało gospodarzom tego pomieszczenia na pewną swobodę ruchów. Gruba szyba, umocowana w okienku usytuowanym w dolnej części pocisku, mogła bez żadnych problemów wytrzymać znaczny ciężar, dlatego też Barbicane i jego towarzysze chodzili po niej jak po mocnej podłodze. Słońce, uderzając w nią bezpośrednio swymi promieniami, oświetlało od spodu wnętrze pocisku i powodowało dziwną grę świateł.

Rozpoczęto od sprawdzenia stanu pojemnika z wodą i skrzyni z żywnością, które w najmniejszym stopniu nie ucierpiały, a to dzięki podjętym wcześniej środkom mającym osłabić skutki uderzenia. Zapasy żywności były dość znaczne i trzej podróżnicy mogli się nimi żywić przez przeszło rok. W ten sposób Barbicane zabezpieczył się na wypadek, gdyby pocisk spadł na jałową część Księżyca. Jeśli chodzi o wodę i rezerwę wódki, których było pięćdziesiąt galonów42, ta ilość mogła wystarczyć zaledwie na dwa miesiące. Jednakże opierając się na ostatnich obserwacjach astronomów, można było przypuszczać, że Księżyc posiada blisko swej powierzchni grubą i gęstą warstwę atmosfery, przynajmniej w głębokich dolinach, nie powinno tam zatem brakować ani źródeł, ani strumieni43. Dlatego też w czasie pokonywania przestrzeni kosmicznej i w ciągu pierwszego roku przebywania na księżycowym kontynencie śmiałym badaczom nie groziły ani męki głodu, ani pragnienia.

Pozostawała jeszcze kwestia powietrza wewnątrz pocisku. Pod tym względem również mieli zapewnione pełne bezpieczeństwo. Aparat Reiseta i Regnaulta44, przeznaczony do wytwarzania tlenu, zaopatrzony był w zapas chloranu potasu45 wystarczający na okres dwóch miesięcy. Oczywiście zużywał przy tym pewną ilość gazu, ponieważ materiał wytwarzający tlen musiał być utrzymany w temperaturze ponad czterystu stopni Celsjusza, lecz i to zostało przewidziane. Aparat zresztą wymagał zaledwie niewielkiego nadzoru, funkcjonował bowiem automatycznie. Przy takiej podwyższonej temperaturze chloran potasu przechodził w chlorek potasu, uwalniając jednocześnie cały zawarty w nim tlen. Osiemnaście funtów tego związku dawało siedem funtów tlenu, czyli ilość, jakiej mieszkańcy pocisku potrzebowali do całodziennego oddychania.

Nie wystarczało jednak odnowić zapas zużytego tlenu, lecz należało jeszcze usunąć dwutlenek węgla wytworzony przy oddychaniu. Otóż w ciągu minionych dwunastu godzin powietrze w armatnim pocisku zostało nasycone tym zdecydowanie zabójczym gazem, końcowym produktem łączenia się składników krwi z wdychanym tlenem. Nicholl zdał sobie sprawę ze stanu powietrza, obserwując ciężko oddychającą Dianę. Rzeczywiście dwutlenek węgla - podobne zjawisko zachodzi w sławnej Psiej Grocie46 - ze względu na swój ciężar gromadził się przy dnie pocisku. Z tego powodu biedna Diana wcześniej niż jej panowie odczuwała skutki przebywania w atmosferze nasyconej tym gazem. Kapitan Nicholl pospiesznie starał się naprawić taki stan rzeczy, rozstawiając na dnie pocisku kilka naczyń zawierających wodorotlenek potasu47 i przez chwilę nimi potrząsając. Substancja ta, ogromnie łakoma na dwutlenek węgla, całkowicie wchłonęła ów gaz, oczyszczając w ten sposób powietrze.

Następnie zabrano się do przeglądu instrumentów. Termometry i barometry nie uległy uszkodzeniu, z wyjątkiem termometru minimalnego48, który miał stłuczone szkło. Z pudełka wyłożonego watą wyciągnięto umieszczony w nim doskonały barometr aneroidowy49 i zawieszono go na jednej ze ścian. Naturalnie wskazywał nie tylko ciśnienie powietrza wewnątrz pocisku, ale jednocześnie określał ilość znajdującej się w nim pary. W tym momencie wskazówka wahała się między 735 a 760 milimetrami. Znajdowała się na "pięknej pogodzie".

Barbicane zabrał także z sobą kilka busoli, które zastał w doskonałym stanie. Zrozumiałe, że w tych warunkach ich igły zachowywały się jak dzikie, to znaczy nie wskazywały żadnego stałego kierunku. Bo też w odległości, w jakiej pocisk znajdował się od Ziemi, biegun magnetyczny nie mógł wywierać na instrument żadnego poważniejszego wpływu, ale busole przetransportowane na księżycową tarczę mogłyby pokazywać bardzo ciekawe zjawiska. W każdym razie wydawało się interesującym sprawdzenie, czy satelita Ziemi podlegał, tak jak ona, wpływom magnetycznym.

Hipsometr służący do mierzenia wysokości księżycowych gór; sekstans przeznaczony do oznaczania wysokości Słońca nad horyzontem; teodolit - instrument geodezyjny do zdejmowania planów terenu i mierzenia kątów w przestrzeni; lunety, których użycie mogło być bardzo użyteczne przy zbliżaniu się do Księżyca - wszystkie te instrumenty zostały starannie obejrzane i uznane za dobre i sprawne, mimo że zostały poddane gwałtownemu wstrząsowi przy starcie pocisku.

Jeżeli chodzi o narzędzia takie jak oskardy i motyki, o różne przybory, których specjalnego wyboru dokonał sam Nicholl, podobnie jak i worki z rozmaitymi nasionami oraz drzewka, które Michel Ardan miał zamiar zasadzić w selenickiej ziemi - znajdowały się na swoich miejscach w górnych częściach pocisku. Był tam rodzaj magazynu zatłoczonego przedmiotami, które nagromadził ekstrawagancki Francuz. Nikt nie wiedział, co to były za rzeczy, a radosny towarzysz podróży nie udzielał żadnych wyjaśnień. Od czasu do czasu po klamrach przynitowanych do ścian pocisku wspinał się do tego składu rupieci, który tylko on nadzorował. Coś tam porządkował, układał, szybko zanurzał rękę w jakimś tajemniczym pudełku, śpiewając na głos, okropnie fałszywie, zwrotkę starej francuskiej piosenki, wywołując tym samym jeszcze bardziej radosny nastrój.

 

Barbicane stwierdził z niejakim zadowoleniem, że jego race i inne środki pirotechniczne nie zostały uszkodzone. Były to bardzo ważne środki, mające służyć do spowolnienia upadku pocisku, gdy ten - minąwszy punkt neutralny, gdzie równoważy się przyciąganie ziemskie z księżycowym - pod działaniem masy Księżyca spadnie na jego powierzchnię. Ten upadek powinien być zresztą sześć razy wolniejszy niż upadek na Ziemię dzięki różnicy mas obu ciał niebieskich.

Przegląd zakończył się pomyślnie ku ogólnemu zadowoleniu. Następnie każdy z mieszkańców pocisku powrócił do obserwowania przestworzy czy to przez okna boczne, czy przez szybę dolnego okna.

Widok wcale się nie zmienił. Cały obszar sfery niebieskiej roił się od gwiazd i konstelacji o cudownie czystym blasku, mogącym doprowadzić do szaleństwa każdego astronoma. Z jednej strony Słońce niby otwór ziejącego ogniem pieca, olśniewająca tarcza bez aureoli, odcinająca się na tle czarnego nieba. Z drugiej strony Księżyc odbijający słoneczne światło i jakby znieruchomiały pośród gwiezdnego świata. Dalej widoczna była dość intensywna plama, wydająca się dziurawić firmament, otoczona z jednego boku srebrzystą oblamówką - to była Ziemia. Tu i ówdzie pokazywały się mgławice, zbite w jedną masę niby wielkie płatki gwiezdnego śniegu, a od zenitu do nadiru olbrzymi pierścień złożony z nieuchwytnego pyłu ciał niebieskich, owa Droga Mleczna, pośród której Słońce zalicza się zaledwie do gwiazd czwartej wielkości!

Obserwatorzy nie mogli wprost oczu oderwać od tego całkiem nowego dla nich spektaklu, o którym żaden opis nie mógłby dać odpowiedniego pojęcia. Cóż za refleksje rodziły się w ich myślach! Jakie nieznane uczucia obudził w ich duszach! Pod wpływem pierwszych wrażeń Barbicane postanowił pisać sprawozdanie z podróży i notował godzina po godzinie wszystkie fakty, jakie zaszły od początku podjętego przez nich przedsięwzięcia. Pisał spokojnie swoim wielkim kanciastym pismem, stylem przypominającym nieco korespondencję handlową.

W tym samym czasie Nicholl, zawzięty rachmistrz, ponownie przejrzał formuły opisujące trajektorię lotu, z niezrównaną zręcznością operując cyframi i liczbami. Michel Ardan początkowo starał się rozmawiać z Barbicane'em, który mu prawie wcale nie odpowiadał, potem z Nichollem, który go nie słyszał, następnie z Dianą, która zupełnie nie rozumiała jego teorii, i w końcu z samym sobą, zadając sobie pytania i sam na nie odpowiadając, kręcąc się przy tym tam i z powrotem; zajmował się tysiącem drobiazgów. Czasami pochylał się nad dolnym okienkiem, to znów wdrapywał się pod szczyt pocisku, cały czas nucąc wesołe piosenki. W tym mikrokosmosie to on uosabiał francuską ruchliwość i gadatliwość i prosimy, aby nam uwierzyć, że ze wszech miar godnie je reprezentował.

Dzień ten, a raczej - ponieważ to słowo w tym wypadku nie jest właściwe - okres liczący dwanaście godzin, określający dzień na Ziemi, zakończył się obfitą kolacją, przygotowaną z subtelną wykwintnością. Do tej pory nie wydarzył się jeszcze żaden wypadek jakiejkolwiek natury, który mógłby podważyć zaufanie podróżnych co do pomyślnego zakończenia wyprawy. Dlatego też pełni nadziei, już pewni sukcesu, zasnęli spokojnie, podczas gdy pocisk, pędząc z jednostajnie zmniejszającą się prędkością, pokonywał przestrzeń pociętą szlakami niebieskimi.

 

 

35 Anubis - w mitologii egipskiej bóg o ciele człowieka i głowie szakala, kojarzony z mumifikacją i życiem pozagrobowym; święty Roch (1295-1327) - franciszkański tercjarz, święty Kościoła katolickiego, patron aptekarzy, lekarzy, zwierząt domowych; według podania, kiedy zaraził się dżumą w Piacenzie, by nie zarażać innych, ukrywał się w pobliskim lesie; tam wytropił go pies, który przynosił mu pożywienie.

36 Król piekieł - tu: Hades; Europa - w mitologii greckiej niezwykle piękna córka fenickiego króla Agenora i Telefassy; Zeus zakochał się w niej, przybrał postać byka i przeniósł ją na Kretę; w zamian za urodzenie trzech synów podarował jej trzy dary: mechanicznego potwora Talosa, niechybiający oszczep oraz Laelapsa, psa, który nigdy nie wypuszczał zdobyczy; bohater spod Montargis - według legendy pies należący do faworyta króla Francji Karola V, rycerza Aubry'ego de Montargis, którego zamordował zazdrosny dworzanin Macaire w lesie Bondy niedaleko Clichy i zakopał jego ciało w ziemi; pies odnalazł ślady zabitego pana, zatrzymał się w miejscu ukrycia zwłok, gdy przechodziła tamtędy drużyna szlachecka, rzucił się wprost na Macaire'a; Karol V zarządził sąd boży; w 1371 roku na sekwańskiej wyspie Notre Dame stanęli naprzeciw siebie Macaire i pies; rozszalałe zwierzę powaliło zabójcę na ziemię, a ten przyznał się do zbrodni; jeszcze tego samego dnia oddał głowę pod topór kata; psy z Góry Świętego Bernarda - bernardyny, słynne psy ratujące zabłąkanych podróżnych.

37 Alphonse Toussenel (1803-1885) - francuski publicysta, który zajmował się także zoologią i historią łowiectwa; cytat pochodzi z dzieła L'esprit des b?tes (Rozum zwierząt).

38 Justus von Liebig (1803-1873) - niemiecki chemik, wynalazł kostkę bulionową; nazywany ojcem nawozów, sformułował "prawo minimum".

39 Pampasy - równinne stepy porośnięte wysoką trawą, występujące w umiarkowanej strefie Ameryki Południowej.

40 Nuits (właściwie Nuits-Saint-Georges) - czerwone wino produkowane w gminie o tej samej nazwie, w regionie Burgundia.

41 Węzły orbity Księżyca to punkty jej przecięcia z płaszczyzną okołosłonecznej orbity Ziemi [uwaga konsultanta].

42 Galon - jednostka objętości cieczy i ciał sypkich używana w krajach anglosaskich, równa 4,546 litra.

43 W czasie powstawania tej powieści przeważająca część astronomów zdawała już sobie sprawę z tego, że Księżyc jest zupełnie pozbawiony atmosfery, a tym samym nie może na nim występować woda w stanie płynnym. Niemniej jeszcze na początku XX w. pojawiali się zwolennicy poglądu o obecności wody i lodu na Srebrnym Globie [uwaga konsultanta].

44 Jules Reiset (1818-1896) - francuski chemik i agronom, zajmował się fizjologią oddychania, członek Akademii Nauk; Henri-Victor Regnault (1810-1878) - francuski chemik i fizyk; od 1840 roku profesor chemii w Szkole Politechnicznej w Paryżu, od roku 1854 dyrektor fabryki porcelany w S?vres; przeprowadził wiele pomiarów ciepła właściwego gazów, ciepła parowania cieczy, gęstości pary i gazów, prędkości rozchodzenia się dźwięku w gazach; prowadził też badania dotyczące m.in. alkaloidów, węglowodorów nienasyconych.

45 Chloran potasu (sól Bertholleta, kalichlorek, KClO3) - nieorganiczny związek chemiczny posiadający silne właściwości utleniające, stosowany do wyrobu zapałek oraz niektórych materiałów wybuchowych i pirotechnicznych, a także do bielenia papieru i w lecznictwie.

46 Psia Grota - grota nad jeziorem Agnano, w pobliżu Neapolu, na której dnie zbiera się około sześćdziesięciocentymetrowa warstwa dwutlenku węgla, co jest wynikiem wydzielania się mofetów - wyziewów wulkanicznych o temperaturze poniżej 100°C, zawierających dwutlenek węgla i parę wodną, istniejących długo po ustaniu działalności wulkanu.

47 Wodorotlenek potasu (potaż żrący, potaż kaustyczny, KOH) - nieorganiczny związek chemiczny z grupy wodorotlenków, jedna z najsilniejszych zasad.

48 Termometr minimalny - termometr zachowujący wskazanie najniższej temperatury.

49 Barometr aneroidowy - przyrząd do pomiaru ciśnienia atmosferycznego; ciśnienie atmosferyczne działa na jedną (lub więcej) puszkę opróżnioną z powietrza i odpowiednio pofałdowaną (w celu uzyskania elastyczności), lub na cienkościenną, łukowo wygiętą rurkę metalową; odkształcenia puszek lub rurki są wzmacniane i przekazywane na wskazówkę pokazującą na skali wielkość ciśnienia atmosferycznego.