Edyta Żemła: Jak nigdy od 1939 roku wisi nad nami groźba wojny.
Jakie mamy realne siły? Ile wojska będzie bronić naszych granic?
Oficer wojsk lądowych w stopniu generała: Dzisiaj? Mamy cztery
dywizje. Jedna dywizja nie funkcjonuje, bo jest związana na granicy.
Dlatego jak najszybciej trzeba ją zluzować, a do ochrony granicy wysłać
żandarmerię, WOT i wzmocnić Straż Graniczną. Nie możemy odpuścić
granicy, bo nam się zrobi bajzel i wtedy bezpieczeństwo wewnętrzne
będzie zagrożone. Zostają nam trzy dywizje, z czego nazbiera się jakieś
trzydzieści tysięcy żołnierzy zdolnych do walki.
Edyta Żemła: Zaledwie trzydzieści tysięcy?! Nie myli się pan?
Oficer wojsk lądowych w stopniu generała: Nie, to nie pomyłka, to
realna liczba.
Edyta Żemła: Ale minister obrony zapewnia, że liczebność wojska
przekroczyła już dwieście tysięcy żołnierzy. Gdzie w takim razie są ci
ludzie?
Oficer wojsk lądowych w stopniu generała: W sztabach, w dowództwach,
w centrach rekrutacji, w składach, w logistyce. Taką sobie armię
zbudowaliśmy. Armię sztabowców. Niech pani zobaczy, ile jest instytucji
wojskowych. Departamenty, zarządy, inspektoraty, centra, sztaby,
szkolnictwo, szpitalnictwo, jakieś jednostki kartografii, geografii,
orkiestry pieśni i tańca. To są świetne fuchy i jeżeli ktoś nie ma
ambicji, żeby być prawdziwym żołnierzem, nie chce mu się przenosić z garnizonu do garnizonu, to może się tam schować i całkiem wygodnie
ustawić. Rajmund Andrzejczak, jak został szefem Sztabu Generalnego,
zrobił bardzo dobrą analizę, w której wyliczył, że w samym garnizonie
warszawskim w tych wszystkich instytucjach, o jakich mówiłem, służyło
siedmiuset pułkowników i dziewięćdziesiąt procent z nich nigdy nie
ruszało się ze stolicy. Jako porucznik taki gość trafia do biura w resorcie obrony, potem już na etat kapitański idzie dwie ulice dalej do
jakiegoś dowództwa. Tam trochę się pokręci i zostaje majorem. W innym
dowództwie dają mu pułkownika. Sam znam oficerów w tym stopniu, którzy
poza Warszawą żołnierza nie widzieli. Tak jest w każdym dużym
garnizonie. Jeżeli więc sobie uświadomimy, że w tej masie wojskowych
urzędników jest tylko trzydzieści tysięcy żołnierzy zdolnych do walki,
to strach się bać.
Oficer wojsk lądowych, dowódca jednostki: Mam kolegów ze szkoły
oficerskiej, którzy w jednostce wojskowej byli tylko na praktyce na
ostatnim roku, jako podchorążowie. Wojska się brzydzili, widoku krwi się
bali, wybuchy ich stresowały, serce skakało. A mnie armia nie brzydziła.
Przez to żona nienawidzi teraz wojska, bo przenosiłem się z garnizonu do
garnizonu. Nigdzie nie zagrzaliśmy miejsca. Misje, ćwiczenia, wyjazdy. W domu nigdy mnie nie było. Zostałem pułkownikiem. Ale tamci też zostali
pułkownikami...
Oficer wojsk lądowych w stopniu generała: Pani wciąż nie dowierza,
że tylko trzydzieści tysięcy żołnierzy w polskiej armii jest zdolnych do
walki w polu. No to zobaczmy, jak to wyglądałoby w praktyce. Ojczyzny
będzie bronił szeregowiec, sierżant, porucznik, kapitan do szczebla
dowódcy kompanii. Oni będą w okopach, bo już dowódca batalionu będzie na
stanowisku dowodzenia. Będzie dowodził ośmiuset ludźmi. Tylko żołnierz
do stopnia kapitana, czyli dowódcy kompanii, będzie rzeczywiście
walczył. Reszta to wsparcie. A ilu mamy szeregowców, sierżantów,
kapitanów w linii? Wyjdzie liczba, jak z naszych rachunków, czyli około
trzydziestu tysięcy żołnierzy.
Mamy nadmiar dowództw, obsadzonych w całości żołnierzami. Wojsko do
sztabów poszło, bo przecież porucznik musi mieć kaprala do pisania
dokumentów. Absurd. Na dole nie ma żołnierzy, w czołgach nie ma załóg, w kokpitach nie ma pilotów, nie ma nawet kogo wysłać na granicę. Powinni
tam jeździć doświadczeni żołnierze, a jeżdżą dobrowolsi z sześciomiesięcznym stażem czy nawet krótszym. Problem w tym, że
doświadczonych żołnierzy nie ma w jednostkach. Dlatego granicę zapycha
się młodzieżą. Później wychodzą takie skandale, że jeden strzela do
cywilnego auta, drugi do kolegi, a trzeci popełnia samobójstwo. Minister
mówi, że mamy ponad dwieście tysięcy żołnierzy, ale wśród nich nie można
uzbierać kilku tysięcy takich, którzy mogliby wykonywać zadania bojowe
na granicy? W sztabach na różnych poziomach mamy pełne obsady, tak samo
w logistyce, a jednostek bojowych nie mamy. Tu tkwi nasza słabość. Nie
ma wojska w wojsku. Są sztaby, dowództwa i cyferki w Excelu.
Oficer wojsk lądowych: Podam pani przykład. Dzwoni do mnie dowódca
jednego z batalionów i mówi, że nie ma ani jednego oficera
przeciwlotnika. Ani jednego! To pokazuje, że na dole nie ma ludzi, nie
ma oficerów wykształconych, którzy mogliby zajmować odpowiedzialne
stanowiska.
Oficer sił powietrznych: Od starszych kolegów słyszę, że owszem,
super się służy w dowództwie sił powietrznych, byłoby nawet idealnie,
gdyby nie te cholerne jednostki podległe, czyli żołnierze, bo one tylko
problemy generują. W sztabie, mówią starsi koledzy, i tak mielibyśmy
dość pracy. Zarząd pisałby do zarządu i cały tydzień byłoby co robić.
Tak wojsko naprawdę wygląda.
Oficer w stopniu pułkownika: Doświadczenia z Ukrainy są dla naszych
wojskowych niewygodne. Komórki organizacyjne, które od dwudziestu lat
szkolą w ten sam sposób żołnierzy, dajmy na to, z zakładania opatrunków,
musiałyby to przeorganizować, zmieniać zaopatrzenie materiałowe. A co z zaprzyjaźnionymi dostawcami? Dlatego niczego nie można tknąć w tym
skostniałym, skorumpowanym systemie. Jak wyciągniesz jeden klocuszek, to
wszystko się zawali. Teraz awansują, puszą się, panoszą. Fajnie im się
to wszystko kręci. Przychodzą do pracy na siódmą. Wychodzą o czwartej.
Ich zdaniem nic nie trzeba zmieniać. Znajomi dostawcy są zadowoleni.
Dziecko można wkręcić na ciepłą posadkę.
Oficer sił powietrznych: Podobnie jest w lotnictwie. Zamiast zadbać
o sprawność F-16, to my budujemy komórkę do modyfikacji procedur
natowskich. Nagle okazuje się, że musi być oddzielna komórka, choć przez
całe lata nie była potrzebna. Wcześniej do komendanta przychodził
meldunek i wszyscy wiedzieli, co mają robić, a teraz co? Nie wiedzą.
Znowu jakieś stanowiska trzeba komuś obstawić.
Oficer ze sztabu: Gdziekolwiek jakąś niepotrzebną jednostkę czy
instytucję chcieliśmy zlikwidować, zawsze był opór. Ile było takich
decyzji, które trzeba było wycofać, bo grupa lokalnych posłów od prawa
do lewa to oprotestowała. Pojechali do ministra, na sejmową komisję i nie pozwolili zlikwidować jednostki, która dla wojska była już tylko
kulą u nogi. Nie można było tego ruszyć, bo dowódca zatrudniał ludzi z rodziny posła czy senatora. Siostrzenic etacik dostał. Bratanek awansik.
Dla polityków dowódca robił festyny, zapraszał ich na przysięgi, wojsko
biło brawo w kampanii wyborczej. Tak było za PiS-u i tak jest nadal.
Gdyby ktoś chciał to ruszyć, to ta cała wielotysięczna armia urzędasów
będzie krzyczeć, że im się krzywda dzieje.
Oficer w stopniu pułkownika: Biurokracja lubi się rozrastać przez
pączkowanie. Teraz w wojsku ma idealne warunki. Sztab Generalny wystąpił
na przykład z wnioskiem do ministra Kosiniaka, żeby WOT dostał kilkaset
dodatkowych etatów pułkownikowskich w swoich brygadach. Uzasadniali to
tym, że oficerowie w tym stopniu mieli być skierowani do tworzenia
zespołów w zakresie zarządzania i współpracy z układem pozamilitarnym, z administracją publiczną. Oni chcieli do tego stworzyć tłuste etaty.
Kolejne setki urzędników w mundurach. Na szczęście temat został ucięty,
ale on wcale nie umarł.
Oficer wojsk lądowych: Nie będzie łatwo rozmontować układ, w którym
pasą się setki tysięcy urzędników, którzy awansują na wysokie
stanowiska, wysokie stopnie. Potrzeba do tego sporej siły. Jeśli ktoś to
ruszy, zacznie się straszny lament. Ale ktoś musi to zrobić. Albo
obudzimy się w takiej rzeczywistości, że już nie będzie nic do roboty.
Garstka patriotów, żołnierzy z krwi i kości zginie w pierwszych dniach
wojny.
Podoficer do spraw łączności: Dam pani przykład z mojej działki.
Dodatek cyber miał być przyznawany informatykom, żeby zostawali w służbie i nie szli do instytucji cywilnych, a nie dla kierowników
jednostek organizacyjnych. A jak jest? Komendant jednego z regionalnych
centrów Informatyki dostał dziesięć tysięcy złotych dodatku miesięcznie,
jego zastępca osiem tysięcy. Obaj z działaniami cyber mają do czynienia
tyle, że siedzą przy swoim komputerze. Natomiast informatycy, którzy
naprawdę tyrają świątek, piątek, mają wiedzę, pokończone kursy, dostali
po dwa tysiące złotych. Halo! Budzimy się? Instytucji, gdzie pieniądze
idą na boki, a nie do ludzi, którzy powinni trafiać do wojska, są
tysiące. Potem się dziwimy, że kadry mamy słabe.
Podoficer wojsk lądowych: W armii nie ma dziś szacunku dla stopnia
wojskowego, bo podoficerowie i szeregowi wiedzą, jak ten stopień
niektórym łatwo przyszedł i jacy ludzie go mają, choć nie powinni.
Dochodziło do sytuacji, że podoficerowie nie oddają oficerom honorów.
Dla cywila może to bagatelna sprawa, ale dla wojska zasadnicza. Wojsko
to hierarchia. Jest rozkaz, jest wykon. Bez hierarchii wszystko się
rozpada.
Podoficer wojsk powietrznodesantowych: W wojsku są dwa rodzaje
oficerów młodszych. Tacy po szkołach oficerskich i tacy po
trzymiesięcznych kursach. Pierwsi przez pięć lat żyją w rygorze
koszarowym. Muszą wykonywać każdy, nawet najgłupszy rozkaz. Dlatego jak
pójdą do jednostek i przyjdzie rozkaz, by wykonać zadanie z narażeniem
życia, to ci żołnierze go wykonają, bo tak są nauczeni. Natomiast ten po
kursie będzie dyskutował i opowiadał, że rozkazu nie wykona, bo ma za
ciasne buty. Oczywiście, świat nie jest czarno-biały. Z cywila też
przychodzą ludzie, którzy po przeszkoleniu łapią wojskowego bakcyla i są
dobrymi żołnierzami. Może też być i tak, że podporucznik po akademii
okaże się kompletną fujarą. Żołnierze jednak szybko orientują się, z kim
mają do czynienia. Jak wyhaczą, że na dowódcę przyszedł pan historyk
albo pedagog, który nawet nie wie, jak dzień koszarowy wygląda, co to
jest regulamin, to taki gość będzie miał problemy z utrzymaniem
dyscypliny w swoim plutonie czy kompanii.
Podoficer z doświadczeniem po misjach: Oficerowie, którzy wychodzą
dzisiaj ze szkół i kursów oficerskich, są tak przygotowani, że jednostki
wojskowe się o nich biją. Jedna chce się ich pozbyć, druga nie chce ich
przyjąć. Taki nasz środowiskowy żart, ale on pokazuje smutną prawdę.
Nieraz musiałem zajęcia prowadzić, bo świeżo upieczony podporucznik
słabo się orientował w taktyce działania pododdziału. Przejmowaliśmy
więc szkolenie na siebie, żeby oficer do reszty się nie skompromitował w oczach żołnierzy.
Oficer sił powietrznych w stopniu generała: Pyta pani: czy mamy siłę
do walki z Rosją? Wiem jedno, poziom wykształcenia i wiedzy oficerów
Wojska Polskiego jest żenująco niski. Gdyby dzisiaj oficerowie w stopniu
pułkowników i bardzo poważnych generałów dostali narzędzia komputerowe,
mapy i mieli zaplanować operację, to by pani umarła ze śmiechu, jak by
pani zobaczyła, co tam się dzieje. Nie znają podstawowych znaków
taktycznych, nie znają podstawowych kryteriów taktycznych, nie wiedzą,
jak umiejscowić batalion czołgów czy lotnictwo w ugrupowaniu. Nic nie
wiedzą, bo nigdy w tym nie uczestniczyli. Nigdy. A pani mnie pyta,
czy są w stanie od nowa zaprogramować wojsko. Odpowiedź będzie krótka:
nie. Oni nie będą w stanie tego zrobić.
Oficer wojsk lądowych w stopniu generała: Mamy think tanki, mamy
emerytowanych generałów. Natomiast w samym wojsku obecnie nie widzę
ludzi, którzy byliby zdolni stworzyć nową strategię i zreformować wojsko
w taki sposób, by stało się prawdziwą machiną wojenną. Przede wszystkim
trzeba zrobić rzetelną analizę sytuacji i odpowiedzieć na pytanie: jakie
mamy siły i środki zdolne do użycia w razie wojny, gdzie jest odcinek
zagrożenia?
Polityk zajmujący się bezpieczeństwem: Doszedłem do wniosku, że musi
zginąć pierwsze dziesięć tysięcy ludzi, żeby wojsko zaczęło się zmieniać
i dostosowywać do realnego pola walki. Mimo realnej groźby wojny poziom
rutyny czasu pokoju jest tak duży, że naprawdę muszą zginąć tysiące
ludzi, żeby armia zaczęła działać elastycznie. Żeby dojść do tej
elastyczności i sprawności działania, jaką mają dziś Ukraińcy, to
potrzebna jest dopiero wojna i trupy. Gorzka diagnoza, owszem, ale
obawiam się, że prawdziwa.
Oficer sił powietrznych: Ukraińcom zazdroszczę jednego - że mają
naprawdę doświadczoną i bitną armię. Górują nad nami nieprawdopodobnie.
Oczywiście, zbudowali takie wojsko kosztem potwornych strat, ale walczą
dzielnie i bohatersko. Powiem coś, czego może nie powinienem mówić, ale
już czas o pewnych sprawach przestać szeptać, tylko trzeba głośno o nich
krzyczeć - gdybyśmy to my byli na miejscu Ukrainy, to nas już by nie
było.
Oficer wojsk lądowych w stopniu generała: Panią tak wstrząsnęła
informacja, że w rzeczywistości mamy zaledwie trzydzieści tysięcy
żołnierzy zdolnych wyjść na pole walki. No to co pani powie na to, że i tak tymi marnymi trzydziestoma tysiącami nikt nie będzie umiał dowodzić?
Mamy mnóstwo generałów, ale kiedy ostatnio były ćwiczenia dywizyjne albo
brygadowe? Nie ma czegoś takiego. Żaden obecny dowódca, może poza
Stasiem Czosnkiem, nie widział więcej niż batalion czołgów na poligonie.
Śmiem twierdzić, że oni nawet kompanii czołgów nie widzieli, a dzisiaj
mają trzy gwiazdki na pagonach.
Oficer wojsk pancernych: Sto pięćdziesiąt czołgów na poligonie to
jest brygada. Pięćdziesiąt parę czołgów to batalion. Już od dawna tyle
wozów nie wyjechało w jednym ugrupowaniu bojowym, by wykonać to samo
zadanie. Nauczyliśmy się obsługiwać Leopardy czy Abramsy. Kierowca umie
jechać czołgiem, celowniczy strzelać, ale to nie ma nic wspólnego z walką. Ona nie polega na tym, że tak jak Rudy 102, jednym czołgiem
wygrywamy wojnę. Walka polega na tym, że plutony się zgrywają w kompanie, kompanie w bataliony itd. Dopiero wtedy te wszystkie elementy
układają się jak klocki w puzzlach. Tylko że od lat nie widzieliśmy
rozwiniętego batalionu. Gdyby dzisiaj taki batalion ruszył, a ktoś
zobaczyłby cel i zaczął do niego strzelać, to naraz dziesięć pozostałych
czołgów zrobi to samo. Tak się dzieje, jeżeli pododdziały nie są ze sobą
zgrane.
Podoficer do spraw łączności: Przez osiem lat rządzenia PiS-u nikt
nie dotykał szkolenia, bo oficerowie zajmowali się tylko lansem i niczym
więcej. Teraz tam na górze zajmują się już chyba tylko rozdawaniem sobie
i kolegom kasy oraz awansów. Szkolenie jak leżało, tak leży.
Podoficer wojsk lądowych: Jak już jest jakieś szkolenie, to często
wychodzi z tego tragedia z elementami komedii. Kupiliśmy na przykład w Izraelu przeciwpancerne pociski kierowane Spike. Jeden pocisk to dwa
miliony baksów. Dużo. Dlatego przełożeni stwierdzili, że szkolimy się na
trenażerach, bo szkoda taką kasę puszczać z dymem. Przez kilka lat ze
szkoleniem jechaliśmy więc na sucho. W tym czasie Szwedzi już setki
pocisków wystrzelali. U nas też w końcu nadszedł dzień zero. Przyszła
zgoda na strzał ze Spike'a. Do jego oddania wystawili gościa, który był
najlepszy na trenażerach. To musiał być sukces. Dzień przed wielkim
wystrzałem na poligonie w Nowej Dębie w krzakach, na kilometrze od
rubieży ustawili stary czołg. Do środka wstawili kozę, taką do
ogrzewania pomieszczeń. Dwóch żołnierzy całą noc w tej kozie hajcowało,
żeby pocisk kierowany na termikę na pewno trafił w cel. Nie było opcji,
żeby nie trafił, ale wiadomo, szczęściu trzeba pomóc. Następnego dnia
przyjechały komisje ze sztabów. Żołnierze się ustawili. Napięcie
sięgnęło zenitu. W końcu padł strzał za dwie bańki. Trafił. Zwycięstwo.
Wielkie urrra! Po wszystkim pułkownicy rozjechali się do domów i znowu
mieliśmy dwa lata przerwy w strzelaniach. Tak u nas szkolenia wyglądają.
Wszystko jest robione pod publiczkę. Na końcu ma być sukces, żeby
generał czy pułkownik mógł o tym zameldować na górze i pierś do orderu
wystawić.
Oficer wojsk powietrznodesantowych: Z tymi Spike'ami to w ogóle był
cyrk. One trafiły do naszej kompanii wsparcia. Desant charakteryzuje się
jednak tym, że wojsko jest przerzucane na duże odległości drogą
powietrzną na spadochronach. Natomiast cięższy sprzęt jest zrzucany na
zasobnikach towarowych. Okazało się jednak, że pociski do Spike'a, które
dostaliśmy, nie mogą być zrzucane z samolotów. W Izraelu co prawda robią
również wersję do desantowania, ale myśmy jej nie kupili, bo była
droższa. Dali nam więc pociski takie, jak dla wojsk lądowych. Mogliśmy
sobie na nie popatrzeć albo przywieźć na kołach, jak desant gdzieś
wylądował. Ale jakby wybuchła wojna, to przecież będzie nierealne.
Kompletna abstrakcja.
Podoficer z jednostki lotniczej: Jakby ktoś z zewnątrz zobaczył, co
wojsko czasem robi, to by ze śmiechu umarł. Podam przykład. To było w zeszłym roku. Dowódcy kazali żołnierzom łazić po łące i udawać, że
samolot nisko leci, a oni mieli do niego strzelać ze swoich karabinków,
żeby go zestrzelić lub uszkodzić. To wyglądało tak, że kapral udawał, że
samolot leci, a żołnierze udawali, że do niego strzelają. Chodzili po
tej łące i krzyczeli pif-paf. Naprawdę!
Owszem, takie rzeczy wojsko robiło w czasach zasadniczej służby
wojskowej. Rzeczywiście wtedy oficer ustawiał ich i krzyczał: "Do nisko
przelatującego samolotu ustawić się" i żołnierze oddawali salwę. Było to
jednak w czasach, gdy samoloty niżej i wolniej latały, a po ulicach
jeździły jeszcze Syrenki. Dzisiaj samolot nawet nie przelatuje nad
jednostką, tylko strzela do niej z odległości trzystu kilometrów. Może
się zdarzyć, że nad żołnierzami przeleci śmigłowiec, ale strzelając do
niego z karabinka, prawdopodobieństwo, że go trafią, jest niewielkie.
Natomiast do samolotu w życiu nie trafią. Po co w tych czasach takie
szopki urządzać? To wszystko trzeba urealnić, dodać wnioski z wojny w Ukrainie, patrzeć, co Izrael robi, a nie jechać ze szkoleniem rodem z PRL-u.
Oficer wojsk lądowych w stopniu generała: Wprowadzamy nowy czołg
Abrams czy K2, ale on dalej jeździ tym samym śladem na poligonie w Żaganiu czy w Nowej Dębie jak T-34 z filmu "Czterej pancerni i pies", bo
tam od lat są wytyczone te same trasy i cele. Dlatego, gdyby dzisiaj
pani wzięła emerytowanych generałów, którzy mają już swoje lata, i wsadziła ich do czołgu, to bezbłędnie trafią w cel, bo ten cel od
sześćdziesięciu lat się nie zmienił. To jest problem. Na ćwiczeniach
skupiamy się na tym, żeby żołnierz wystrzelił z czołgu i trafił w cel. W dodatku żołnierz z góry wie, do czego strzela, dokładnie wie, skąd
tarcza wyjedzie, jedzie po tej samej drodze po raz enty. Tak u nas
wyglądają zajęcia poligonowe. Nie chodzi tylko o wojska lądowe. W lotnictwie i Marynarce Wojennej jest to samo. W Nadarzycach mamy poligon
sił powietrznych. Tam cele też się nie zmieniły. Są dokładnie takie same
jak kilkadziesiąt lat temu. Manewry też są zawsze takie same.
Oficer sił powietrznych: Jest tak, dlatego że mamy zupełnie skopaną
metodologię szkolenia. Wyszkoliliśmy kierowców, wyszkoliliśmy
działonowych, wyszkoliliśmy pilota. OK, fajnie. Ale czy wyszkoliliśmy
dowódcę kompanii, który umie dowodzić tymi kilkudziesięcioma pojazdami?
Czy wyszkoliliśmy dowódcę ugrupowania, który umie dowodzić dwudziestoma
samolotami, dowódcę zgrupowania czołgów? Przypomnę, że proces szkolenia
takiego człowieka to jest dziesięć lat ciągłego treningu. Ilu takich
ludzi mamy w Polsce? Niewielu. Przecież na współczesnej wojnie nie
będzie tak, że pilot jak w westernie wyląduje na środku drogi, ręce
położy na rewolwerze i stoczy pojedynek solo. Jak dojdzie już do walki,
to będzie raczej film pod tytułem "Siedmiu wspaniałych". Będziemy
musieli współdziałać, tylko że nie mamy gości, którzy są do tego
przygotowani.
Oficer w stopniu pułkownika: Jak nie ma szkolenia, to nie ma wojska.
A dlaczego nie ma ćwiczeń? Bo nie ma ich ani kim, ani czym robić.
Krytykujemy okres komuny, ale w komunie jednostki na poligonie siedziały
sześć miesięcy w roku kalendarzowym. Świątek, piątek były ćwiczenia,
szkolenia, treningi. Wojsko mieszkało w namiotach, nie tak jak teraz: w ogrzewanych i klimatyzowanych kontenerach. Nie mówię, że trzeba do tego
wrócić. To byłaby głupota. Ale dzisiaj wszystko jest postawione na
głowie. Mamy wojsko socjalne. Dowódcom bardziej zależy na wygodzie
żołnierza niż na porządnym treningu. W trakcie szkolenia, oprócz tych
umiejętności typowo specjalistycznych, bojowych, między żołnierzami
zawiązywało się coś, o czym się nie mówi, ale co jest tak samo ważne -
takie nieformalne zgranie załóg, drużyn, plutonów. Ci ludzie żyli ze
sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę przez kilka miesięcy. Dzielili
się problemami, zawiązywały się przyjaźnie, znali swoje rodziny. To
procentuje później w działaniu, w boju. Teraz tego nie ma.
Generał w rezerwie: Dowódcy, którzy dziś są na szczytach armii, nie
dowodzili wojskiem w polu. Ja nie mogłem awansować wyżej niż dowódca
pułku, dopóki ćwiczenia pułkowego nie przeszedłem. Ale to nie były takie
ćwiczenia kilkudniowe, jak dziś. Dostawałem tak w dupę, że aż gwizdało.
Pamiętam, że zapytałem wtedy mojego kapitana, kiedy ostatni raz jadł.
Odparł: "Nie pamiętam, dowódco". A dzisiaj jak nie ma dwóch ciepłych
posiłków na poligonie, to jest lament i afera w mediach.
Oficer wojsk lądowych: Pyta pani o ćwiczenia zgrywające brygady, ale
żeby dojść do poziomu brygady czy dywizji, to trzeba najpierw mieć
porządek na poziomie kompania-batalion. W swoich dokumentach
zapisaliśmy, że okres szkolenia kompanii wynosi trzy lata, pod warunkiem
że ludzie przychodzą już wyszkoleni na swoje stanowiska. Pierwszy rok to
są plutony i drużyny. Potem zgrywa się kompania. Na koniec robi się
ćwiczenie. Tylko ilu żołnierzy w Wojsku Polskim, a szczególnie młodych
oficerów, przetrwało cztery i pół roku na jednym stanowisku, żeby mogli
oni przejść cały cykl szkoleniowy? Odpowiem: może to jest pięć procent.
Nie więcej. Rotacja jest ogromna. Ludzie skaczą po stanowiskach jak
pijane zające po polach, a żaden nie przeszedł na każdym poziomie
pełnego cyklu szkoleniowego.
Oficer wojsk lądowych: W tej gonitwie za własnym ogonem myśmy się
tak zapędzili, że żołnierze są potwornie zmęczeni. Wojsko jest teraz
wszędzie - i na powodzi, i na festynie, i w kościele, i na granicy. Na
twarzach swoich majorów widzę, jak ciężko zapierdzielają. Przygotowania
do wyjazdu na granicę. Potem służba na granicy. Szkolenie dobrowolców,
szkolenie Legii Akademickiej, szkolenie Ukraińców. Jeśli chodzi o samo
szkolenie, to problemem jest to, że ludzie są naprawdę przeciążeni
pracą. Pani myśli, że ja nie chciałbym z żołnierzami jechać na poligon?
Nie chciałbym mieć pełnych obsad czołgów? Nie chciałbym szkolić
batalionów? Chciałbym, tylko że ja nie wiem, w co mam ręce włożyć, mimo
że z pracy nie wychodzę. Proszę mi wierzyć, każdy dowódca brygady
chciałby zapakować brygadę i jechać na poligon, sprawdzić jeden, drugi,
trzeci batalion. Tylko kiedy oni mają to robić?
Dowódca jednostki: Kiedyś dostawałem poligon, obiekty i się
szkoliliśmy. A teraz walczymy o życie. Ministerstwo Obrony kilka lat
temu zlikwidowało warty cywilne i pół tysiąca żołnierzy musi zostawać na
warcie, żeby garnizonów pilnować. O jakim szkoleniu mówimy? Nie chce mi
się już na ten temat gadać. W dodatku bazujemy na starej dokumentacji
szkoleniowej. Realizujemy stare zapisy doktrynalne, które zostały
przyjęte, kiedy nie było wojny w Ukrainie, nie było nowego sprzętu, nie
było presji migracyjnej i szeregu innych rzeczy. Obecną rzeczywistość
wciskamy w te stare omszałe doktryny i powoli się wykańczamy. Wszyscy,
od góry do dołu, zatraciliśmy się w jakiejś pustej gonitwie. Wojsko od
dawna już nie jest tym, czym powinno być. Robi wszystko, tylko nie to,
do czego zostało powołane.
Generał w rezerwie: Jest takie powiedzenie, że "żołnierz przede
wszystkim ma prawo być dobrze dowodzonym". Dlatego wyszkolenie mechanika
czy działonowego czołgu to dopiero początek drogi. Trzeba wyszkolić
ludzi, którzy umieją to koordynować, którzy poprowadzą batalion czołgów.
Później trzeba wyższego oficera, który te bataliony zepnie w ugrupowanie, wezwie samoloty czy drony jako wsparcie. Żeby dowodzić
wojskiem, to naprawdę doświadczenia się nie przeskoczy. Tego nie można
się nauczyć w ciągu sześciu tygodni kursu. Sprzęt można kupić, ale
człowieka kształtuje się latami. Generał co najmniej dwadzieścia lat
musi przesłużyć, pełniąc dyżury bojowe, ćwicząc na poligonach, a najlepiej na misjach, żeby mógł powiedzieć o sobie, że jest dowódcą.
Oficer sił powietrznych: Zwłaszcza dzisiaj kształcenie dowódców i specjalistów wojskowych jest bardzo istotne. Tym bardziej że jest to
długi i kosztowny proces. Powiem, jak to w lotnictwie wygląda.
Kupiliśmy najnowocześniejszy samolot na świecie, czyli F-35. Samo
latanie na nim nie jest proste, ale clou tego samolotu nie jest latanie.
Wysłaliśmy do Stanów Zjednoczonych naszych doświadczonych pilotów,
którzy dość szybko skończyli Basic Training. Osiągnęliśmy sukces, bo w ciągu kilkunastu tygodni wyszkolił się polski pilot. Teraz czas na
kolejny krok, kiedy ten pilot będzie się uczył, jak wykorzystać samolot
taki jak F-35. A to jest już znacznie dłuższy i bardziej skomplikowany
proces.
Dodatkowo potrzebni są ludzie, którzy zajmują się planowaniem misji. Oni
też muszą przejść bardzo gruntowne szkolenie, żeby nie używać samolotu
F-35 tak jak F-16. W nowej maszynie dochodzi wiele elementów, jak
sieciocentryczność, sensory, wymiana informacji z innymi systemami
walki. To jest coś, z czym wcześniej na tak dużą skalę nie mieliśmy do
czynienia.
Baza lotnicza, w której stacjonują samoloty typu F-16, a za chwilę będą
stacjonowały F-35, liczy ponad tysiąc ludzi. Wszyscy muszą przejść
przeszkolenie. Trzeba pamiętać, że do tego są jeszcze dedykowane składy
paliw, składy amunicji, całe centrum operacji powietrznych i dowództwo
operacyjne, które planuje misje. Jak się to wszystko policzy, to na
pilota, który siedzi w kabinie, pracują tysiące ludzi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki