8.
- Przynajmniej wiem, że wschód niekoniecznie jest po prawej stronie -
pocieszyłam siebie i rozejrzałam się dookoła. Gdyby tu były drzewa, to
znalazłabym mech.
...No tak, ale co z tego - odpowiedziałam sobie po chwili - skoro nie ma
pewności, że wschód jest po prawej stronie.
Właściwie, zaraz, w sumie to jest chyba bez znaczenia? Ja i tak nie wiem
dokąd mam iść, więc czy pójdę na wschód, który rzeczywiście jest
wschodem, czy na wschód, który będzie zachodem, to niczego nie zmienia.
Skręciłam w prawo i prawie natychmiast poczułam szarpnięcie.
- Dokąd to? - zapytał znajomy głos przytrzymując mnie szponem.
- Na wschód! - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Pokręcił przecząco głową.
- To nie jest wschód?
Kręcił głową.
Zapadła cisza.
- Dlaczego na wschód? - zapytał w końcu.
- Bo tam wschodzi słońce - powiedziałam nieśmiało. - I zawsze jest
ciepły blask.
- Tam jest wiosna. Tam wszystko się zaczyna - przyznał Ptak.
- No właśnie! - ucieszyłam się. - Dlatego...
- To nie jest miejsce dla ciebie - przerwał mi.
- Och! - sapnęłam z rozczarowaniem. Uwielbiam wschody słońca, wiosnę i nowy początek. - W takim razie na zachód! - postanowiłam.
- Dlaczego na zachód? - zapytał Ptak.
- Bo tam na niebie pojawiają się cudowne kolory, a światło słońca jest
najcieplejsze, najbardziej łagodne, spokojne i czułe.
- To prawda - Ptak skinął głową. - Tam jest jesień. Tam wszystko gaśnie
i chyli się ku spoczynkowi. To nie jest miejsce dla ciebie.
- Nie jest??!! - zdumiałam się. - Jak to?
Ptak patrzył na mnie okrągłymi oczami. Teraz rozumiałam dlaczego on jest
Strażnikiem Kierunków i czeka na skrzyżowaniu na wszystkich wędrowców.
- A dokąd fruną ptaki? - przypomniałam sobie.
- Dokąd fruną ptaki? - powtórzył po mnie Ptak.
- Na południe?
- Tak. Na południe. Tam, gdzie jest lato, gdzie wszystko trwa, żyje i kąpie się w beztrosce.
Spojrzałam na niego z nadzieją.
Pokręcił przecząco dziobem.
- Ale dlaczego? - zapytałam. - Dlaczego nie mogę iść na wschód, na
zachód ani nawet na południe? Dlaczego?...
- Dlatego - powiedział Ptak i znowu znikł.
9.
To było ostatnie miejsce, do którego chciałabym się wybrać. Więcej niż
"ostatnie". To był dla mnie kierunek na nigdy. I zresztą, kto mnie
zmusi?...
Rozejrzałam się ostrożnie. Zrobiłam krok naprzód. I jeszcze jeden.
Skręciłam w prawo. I ruszyłam przed siebie.
Odetchnęłam z ulgą.
Nikt nie łapał mnie za ubranie, nie oblewał łzami i nie próbował
zatrzymać. Nagle nabrałam pewności, że zmierzam we właściwą stronę.
Najprawdopodobniej na wschód. To się okaże dopiero wtedy kiedy pojawi
się nowe słońce. Jeśli się pojawi. Na pewno się pojawi. Dlaczego nie
miałoby wstać jak co dzień?
Szłam i szłam i szłam, tak długo, aż wreszcie poczułam się zmęczona.
Położyłam się na miękkiej trawie, zamknęłam oczy i usłyszałam samolot.
Leciał gdzieś w oddali, unosząc na swoim pokładzie przypiętych do foteli
pasażerów. Każdy miał za sobą inną historię, a przed sobą inny cel, ale
przez chwilę dzielili przestrzeń w żelaznej maszynie cudem unoszącej się
w powietrzu. Zawsze mnie to fascynowało.
Samolot wydawał się zbliżać, a potem znów oddalać, tak jakby krążył w powietrzu. Być może był to pierwszy samolot w historii świata, który
leciał poszukując swoich przyszłych pasażerów. Tak jakby nie wystarczali
mu ci, których zabrał z wcześniejszego lotniska.
- Ale tu przecież nie ma żadnego pasa startowego - pomyślałam sennie. -
Więc to pewnie tylko złudzenie.
Złudzenie rosło. Warkotało coraz głośniej, było coraz bliżej, ale nie
zbliżało się w linii prostej, tylko szalonym zygzakiem. Zapadałam już w przyjazną otchłań snu, gdy samolot przeleciał tuż nad moją głową, a potem nagle zgasł.
Otworzyłam oczy.
Prosto w okrągłe, zmrużone ślepia. Pochylały się nade mną z naprężonym
wysiłkiem, za którym - jak się domyśliłam - stało intensywne myślenie.
Widziałam przed sobą wielką głowę obrośniętą sterczącymi włosami,
spomiędzy których wychylił się elastyczny, ciekawski czułek i pomacał
mnie w biodro.
Żuk? - przekręciłam głowę, żeby lepiej go widzieć. - Chrabąszcz? Ale
dlaczego taki wielki?
Owad oddychał przez chwilę w niezdecydowanym milczeniu. Zdaje się, że on
też - podobnie jak ja - nie widział wcześniej czegoś takiego.
Patrzyliśmy na siebie z wzajemnym powątpiewaniem i zastanowieniem.
W końcu owad zapytał:
- Ty nie jesteś robakiem?
- O nie! - odrzekłam natychmiast. - Z całą pewnością ja nie jestem
robakiem!
- No właśnie - przytaknął swoim własnym myślom. - Ty nie jesteś
robakiem.
Pokiwałam głową.
- Widziałaś jakiegoś robaka? - zainteresował się. - Tu niedaleko?
- Niestety - pokręciłam głową. - Niestety, nie widziałam żadnych
robaków.
- Hm - mruknął owad, rozłożył skrzydła i odleciał.
Ha! - pomyślałam zarówno do siebie, jak i do niego. - A ty nie jesteś
samolotem!
10.
Warkotanie skrzydeł chrabąszcza oddaliło się zygzakiem. Teraz
przynajmniej wiem czego szukał. Pasażerów, owszem, ale jego własnego
żołądka. Przekręciłam się na drugi bok i już odpływałam po ciemnym
oceanie zapomnienia, gdy usłyszałam dziwny głos. Brzmiał jak zduszone
łkanie.
- Zdawało mi się - pomyślałam i wróciłam w myślach na brzeg oceanu.
Szloch rozległ się ponownie. Był bardziej rozpaczliwy, tak jakby
usiłował wyważyć wieko zatrzaśniętej skrzyni. Zawisał w błękitnym
powietrzu wczesnego wieczoru, kołysał się bezsilnie, jakby brakowało mu
mocy, a potem spadał na ziemię. Następny. I jeszcze jeden.
Oparłam się na łokciu.
Zapadła cisza.
- Zdawało mi się! - pomyślałam z ulgą i położyłam głowę na trawie.
- Iiiiiiii - usłyszałam ciche westchnienie. A potem jęk.
- Nie zdawało mi się! - otworzyłam oczy.
Szloch.
Cisza.
Czekałam cierpliwie.
Westchnienie. Cisza. Jęk. Łkanie.
Cisza. Westchnienie. Cisza. Jęk. Cichy, urywany, skryty płacz.
A potem znów od nowa.
Wyraźnie z gęstwiny nieopodal mnie.
Podniosłam się bezszelestnie i usiłując patrzeć między smugami
zapadającej ciemności, ruszyłam naprzód. Jęk. Bezradne, żałosne, smutne
szlochanie.
Jeszcze kilka kroków. Jeszcze zielona, szeroka choinka, która zasłania
mi widok i prześwit porośnięty zaroślami o liściach podobnych do dłoni.
Cisza. Wiedziałam, że ten kto się tu ukrywa, już wie o tym, że tam
jestem.
Wstrzymałam oddech. On też wstrzymał oddech.
Zatrzymałam się w bezruchu. On też zdrętwiał.
Macałam oczami ciemność i czułam, że on też dotyka wzrokiem powietrza.
W końcu poczułam, że dłużej wstrzymywać oddechu już nie mogę, więc
zaczęłam ostrożnie wypuszczać go ustami. I usłyszałam z drugiej strony
ledwie słyszalny świst. Oddychaliśmy w tym samym rytmie. Nagle
zrozumiałam, że myśleliśmy o tym samym. Baliśmy się tego samego. I tego
samego pragnęliśmy.
- Halo - powiedziałam w ciemność.
- Halo - odpowiedział mi głos.
- Idę do ciebie.
Zatrzymałam się przy drzewie obsypanym jasnymi kwiatami w kształcie
dzwonów. Były tak świetliście białe, że zdawały się płonąć magicznym
wewnętrznym ogniem.
Pod drzewem stał fotel, a na fotelu siedział człowiek. Mimo woli
rozejrzałam się w poszukiwaniu innych, bardziej rozpaczliwie
wyglądających istot, bo mężczyzna w fotelu nie wydawał się potrzebować
pomocy.
Już miałam się cofnąć przepraszając za nieporozumienie, gdy nagle
westchnął i to było dokładnie takie samo smutne, bezradne westchnienie,
które słyszałam wcześniej. Zawahałam się.
- Śmiało - odezwał się mężczyzna. - Masz ochotę się przysiąść?
Zmarszczyłam czoło. Teraz brzmiał zupełnie inaczej. Był pewny siebie,
spokojny, zrównoważony. Ktoś taki przecież nie mógł przed chwilą
szlochać w rozpaczy.
- Może mam wystosować specjalne zaproszenie? - zażartował. - Wejdź,
rozgość się.
Zrobiłam dwa kroki naprzód. Podsunął mi fotel, poprawił włosy, założył
nogę na nogę i zagadnął jak gdyby nigdy nic:
- Miło że wpadłaś.
- Dzięki - odrzekłam odruchowo, słysząc jak w mojej głowie galopują
setki zdezorientowanych myśli.
Kim on jest? Dlaczego zachowuje się tak, jakby nic się nie stało, skoro
przed chwilą płakał? A może to jednak nie on? Ale jeśli nie on, to kto?
I czy ja mam szukać tego kogoś, czy w ogóle to było złudzenie albo sen,
a ja niepotrzebnie się tym zajmuję?
- Napijesz się czegoś? - zaproponował z miłym uśmiechem mężczyzna.
- Och! Z przyjemnością! - przyznałam. W sumie mogę się na chwilę
zatrzymać, napić się wody i upewnić się, że wszystko jest w porządku.
- Mam na imię Leo - dodał mężczyzna. - Po łacinie to znaczy...
- ...Lew - uzupełniłam wpadając w mu słowo. - Miło mi.
Miał przyjemny, silny uścisk dłoni. W ogóle zaczęło mi być całkiem
przyjemnie. Siedziałam w wygodnym fotelu naprzeciwko przystojnego,
pewnego siebie, opanowanego mężczyzny, który podawał mi właśnie kielich
zerwany z drzewa.
- Deszczówka? - domyśliłam się. - Dziękuję! Naprawdę tego potrzebowałam.
- Wiem - przytaknął z uśmiechem. - Do dna!
Roześmiałam się, rozluźniłam, przytknęłam kielich do ust. I zgasłam.
11.
Obudziłam się następnego dnia lub wiele dni później. W cykającej
świerszczami ciszy, które brzmiały jak bicie mojego serca. Powoli
powracałam do przytomności. W końcu otworzyłam oczy. Leo siedział
przytulony do fotela z wyrazem błogości na twarzy.
W mojej pamięci odtwarzały się strzępki zdarzeń. Płacz, noc, fotel,
kielich, nicość.
- Już nie śpisz - zagadnął wesoło Leo.
Spojrzałam na niego i znów ogarnęło mnie to dziwne pomieszanie wrażeń.
On był jednocześnie silny i słaby. Jednocześnie zwyciężał i ponosił
klęskę. Błagał o pomoc i pokazywał, że sam sobie świetnie daje radę. Był
wygrany i przegrany w tym samym czasie, i ponieważ było to praktycznie
niemożliwe, nie mogłam obok tego przejść obojętnie.
- Śniło ci się coś? - zapytał z taką uprzejmością, sympatią i przyjaźnią, że nie sposób było go nie lubić.
- Nie pamiętam - odrzekłam zgodnie z prawdą.
- Ja miałem piękny sen! Nieosiągalnie niebotycznie cudowny. Tak piękny,
że... - wzruszył się, zadrżały mu usta.
Nagle z emanującego pewnością siebie mężczyzny zamienił się w bezradnego
chłopca. To znaczy był wciąż wysokim, silnym mężczyzną, ale w jednej
sekundzie przestałam go podziwiać, a zapragnęłam się nim zaopiekować,
dać mu poczucie bezpieczeństwa i dobre słowo.
- Życie jest pełne niespodzianek, czyż nie? - uśmiechnął się smutno. -
Nigdy nie wiesz co się zaskoczy i kiedy, i w jaki sposób życie odbierze
ci to, co było najcenniejsze. Trzeba zawsze być gotowym na najgorsze,
ale powiem ci, że nawet jeśli będziesz przygotowana, to bywa, że cios
nadchodzi z najmniej spodziewanej strony. I nie ma wtedy...
- Hm, hm - chrząknęłam.
- Mówiłaś coś?
- Wydaje mi się - powiedziałam jak najdelikatniej - że nie straciłeś
tego, co jest najcenniejsze, bo przecież...
- A co ty możesz wiedzieć! - rzucił niecierpliwie. - Patrzysz na świat
ze swojej luksusowej perspektywy i nie masz pojęcia o tym jak wygląda
życie prawdziwego, prostego, szarego człowieka!
- Takiego jak ty? - domyśliłam się.
- Takiego jak ja!
- Muszę już iść - położyłam dłonie na kolanach. - Miło mi było, ale...
- Opuszczasz mnie? - przerwał z żalem w głosie. Brzmiał teraz jak
samotny biały żagiel skazany na wieczną pustkę pośrodku oceanu.
- Nie opuszczam cię - odrzekłam z zakłopotaniem, bo znów opadły mnie
wątpliwości.
Kim on jest? Czy on potrzebuje pomocy? Dlaczego w takim razie reaguje
gniewem za każdym razem kiedy chcę powiedzieć coś, co mogłoby pomóc mu
spojrzeć na życie z innej perspektywy? Dlaczego zachowuje się tak, jakby
chciał mnie odtrącić, a potem prosi, żebym została? Dlaczego?...
Dlaczego?....
- Wszyscy odchodzą - powiedział Leo melancholijnie. - Na nikogo nie
można liczyć.
- Można! - zapewniłam go. - Możesz liczyć na mnie! Ja jestem uczciwą
osobą.
- Nie - pokręcił głową. - Nie mogę cię wykorzystywać. Nie mogę wciągać
cię do bagna mojego życia, nie mam prawa niczego od ciebie oczekiwać.
Najlepiej odejdź już, bo na pewno masz ważne sprawy, którymi musisz się
zająć. Na pewno jest ktoś, kto na ciebie czeka, kto jest ci wierny, kto
cię kocha i kto ciebie potrzebuje. Idź już.
- Nie mogę teraz odejść - powiedziałam i sama nie wiedziałam czy to jest
prawda, czy nie.
Kiedy chciałam odejść, on mnie zatrzymywał, a kiedy chciałam zostać,
wyganiał mnie. Był co chwilę kimś innym. Raz pewnym siebie dojrzałym
mężczyzną, a po chwili bezradnym dzieckiem poszukującym matki. Nie byłam
w stanie za tym nadążyć. Dlatego nie mogłam odejść, ale jednocześnie nie
chciałam też zostać.
- Widzisz? - powiedział z goryczą. - Nikt nie jest w stanie ze mną
wytrzymać. Jestem najgorszym człowiekiem na ziemi. Każdego doprowadzam
do rozpaczy.
- Nie każdego - pocieszyłam go. - Ja czuję się całkiem dobrze.
- Co ty możesz wiedzieć! - machnął ramieniem, zbywając mnie jak nieważne
brzęczenie muchy. - Co ty możesz wiedzieć o prawdziwym życiu!
- Wiem co to jest prawdziwe życie - zaprotestowałam. - Ja też mam
problemy i czasem błądzę, i...
- Ale po co my mamy rozmawiać o takich trudnych sprawach - przerwał mi
Leo stając się znów czarującym dorosłym. - Szkoda marnować czasu na
zmartwienia. Korzystajmy raczej z tego, że siedzimy przy tym pięknym
drzewie, na którym rosną pełne tajemnej magii kielichy!
Odejść? Zostać? Dlaczego nagle czuję w głowie taki mętlik?
- Ale ze mnie gbur! - żachnął się Leo. - Przerwałem ci, przepraszam!
Mówiłaś, zdaje się, że...
- Nie pamiętam już co mówiłam.
- Mówiłaś, że nie straciłem tego, co najcenniejsze, bo...
- Właśnie! - ożywiłam się. - Nie straciłeś tego, co naprawdę jest
najcenniejsze, bo przecież wciąż żyjesz! A kiedy żyjesz... - urwałam, bo
wydawało mi się, że widzę na jego twarzy szyderczy uśmieszek.
- Słucham cię! - zapewnił z powagą.
- Tak długo jak żyjesz, możesz coś zmienić - dokończyłam.
- To bardzo mądre - oświadczył i wyciągnął w moją stronę kielich. -
Uczcijmy to.
- Nie, dziękuję - odrzekłam od razu. - Niezbyt dobrze się po tym czułam.
- To jest coś innego! - zapewnił mnie. - Spróbuj. Jak nie będzie ci
smakowało, możesz wypluć.
Spróbowałam. Wypiłam. I zgasłam.
2.
Byłam po drugiej stronie. Przed brzozą, która patrzyła na mnie
wszystkimi swoimi dziesięcioma oczami umieszczonymi na pniu. Zamrugałam
i ona zamrugała w odpowiedzi.
- Pani Brzozo - powiedziałam czym prędzej, starając się brzmieć bardzo
uprzejmie i bardzo rzeczowo.
Chciałam pokazać, że się nie boję, że jestem gotowa dotrzeć do mojego
przeznaczenia, potrzebuję jednak solidnych wskazówek. Wiedzy. Mądrości.
Otworzyła szerzej wszystkie oczy.
- Czy... - zaczęłam i zawahałam się.
O co ja mam właściwie zapytać? Gdzie jestem? Po co tu jestem? Co zdarzy
się za chwilę? Czy mam przyznać, że trafiłam tu przez przypadek, bo tak
naprawdę wcale nie chciałam tu być? Czy to mi pomoże odnaleźć drogę do
domu, czy może wprost przeciwnie, tylko ją skomplikuje?...
Zresztą skąd ta wielooka Brzoza miałaby to wiedzieć?... Czy mam zaufać
każdej istocie spotkanej po drodze? Czy mam się zdać na jej wiedzę, czy
może raczej być nieufna i dowiedzieć się najpierw kim jest, na jakim
poziomie, i co właściwie ona wie o świecie?...
Nabrałam powietrza i patrzyłam jej prosto w oczy zastanawiając się jaką
przyjąć taktykę aż zaczęła się śmiać.
- Prze... - sapnęła. - Prze... - i chichotała dalej.
- Prze... - podchwyciłam. - Prze... chodzień? Prze... prowadzka?...
Przejście?!...
Jeśli przeszłam przez drzwi w jedną stronę, z całą pewnością istnieje
sposób, żeby tą samą drogą wrócić!!
Tylko gdzie? Jak? Im dłużej tu byłam, tym większą miałam pewność, że to
był błąd. Naczytałam się opowieści o tym jak to miło jest odważyć się na
coś nowego, ale teraz wiem, że to nie dla mnie. Ja chcę wracać.
Odważyłam się, zrobiłam krok w nieznane, dziękuję bardzo, gdzie jest
wyjście?
- Gdzie jest wyjście? - zapytałam.
Brzoza śmiała się mrużąc wielkie oczy i trzęsąc listkami.
Widzę, że się nie dogadamy. Westchnęłam. Wiesz jak to jest ze zmianami.
Niektórzy ludzie to lubią. Burzą swój stary dom i budują nowy. Wieszają
w oknach żółte firanki i wszystkim zaczynają opowiadać o tym jaki świat
jest piękny. Robią się dziwni. Ciągle coś im nie pasuje. Przestają jeść
mięso i pić wino. Maszerują w obronie norek. Są dziwni. Inni. Mówią, że
się przebudzili.
Ale ja nie chcę się budzić. Myślałam, że chcę, ale nie chcę. Bo po co?
Przecież ja wcale nie śpię. Wstaję co rano, pracuję, mam swoje życie i powiem ci, że to jest całkiem dobre życie. Całkiem dobre! Nie chcę go
zmieniać. Są rzeczy, które są dla mnie ważne. Nie chcę ich stracić.
Powiem ci nawet, że teraz nie chcę ich stracić bardziej niż
kiedykolwiek.
Chcę wracać! Chcę mieć z powrotem moje życie! Nie chcę niczego zmieniać!
4.
- To jest właśnie przeznaczenie - powiedziała Brzoza.
Przeznaczenie?! Udusić kogoś i zatopić we łzach niestabilnej
emocjonalnie Brzozy, która najpierw śmieje się jak szalona, a potem
zanosi się płaczem?! To jest przeznaczenie?! To ja dziękuję! Mam dosyć!
Gdzie jest wyjście?!...
- Przeznaczenie to jest to, czego nie znasz, a jednak jesteś gotów się
temu poddać. Ono cię poprowadzi - odezwał się znów drugi głos z boku.
Podniosłam oczy. Obok mnie stał Czas.
W samą porę. Otworzyłam usta, nabrałam oddechu, który był tak świeży,
mocny i odżywczy, że na moment straciłam ochotę na to, żeby cokolwiek
mówić. Zamknęłam usta, a Brzoza zauważyła:
- Oddycha jak ryba, ale niezbyt lubi wodę.
- Podobają mi się twoje zmarszczki! - zauważył Czas i pochylił się nade
mną. - Mogłabyś mieć więcej!
Sapnęłam z grozą, a Czas wybuchnął śmiechem.
- Żartowałem!
- Aha - mruknęłam przez zaciśnięte zęby.
Byłam mokra, podduszona, i z coraz większą jasnością docierała do mnie
potworna świadomość tego, że popełniłam błąd. Tragiczny, koszmarny, być
może nieodwracalny błąd, a teraz właśnie muszę ponosić jego konsekwencje
i nienawidzę tego całym sercem. Po co w ogóle chciałam coś zmieniać?! Po
co?!!!...
Tyle razy wcześniej próbowałam coś zmienić i to się zawsze kończyło
katastrofą. Zawsze. Tyle razy próbowałam zacząć od nowa, ale kiedy tylko
znalazłam się w pewnej odległości, ogarniał mnie taki ból i rozpacz, że
wracałam biegiem błagając o wybaczenie. Nie ma dla mnie innej drogi. Nie
ma dla mnie żadnej drogi. Teraz to już wiem na pewno. Jest tylko to co
jest i nawet jeśli to nie jest doskonałe, to jest doskonałe dla mnie. To
mi służy. Utrzymuje mnie przy życiu. To lepsze niż tonąć we łzach
Szalonej Brzozy, prawda?
Nigdy więcej nie będę już marzyć o zmianie. Nigdy więcej już nie będę
jej planować. To był ostatni raz i pewnie musiał się wydarzyć po to,
żeby ostatecznie przekonać mnie o tym, że JA NIE CHCĘ NICZEGO ZMIENIAĆ.
Jest dobrze tak jak jest. W końcu to jest moje życie i moje życie jest w miarę dobre.
Nie chcę już nigdy szukać drogi w nieznane. Nie chcę już uciekać,
zaczynać od nowa ani być jedną z tych dziwnych nawróconych, którzy
komplikują innym życie. Chcę być zwykła, prawdziwa, chcę być taka jak
byłam dotąd.
Nigdy więcej nie chcę się już czuć tak okropnie jak teraz. Ponoszę
konsekwencje głupiej, nieodpowiedzialnej decyzji. Muszę tylko znaleźć
wyjście i drogę powrotną do domu. Na wschód.
7.
- Skąd ja mam to wiedzieć?... - powiedziałam bezradnie do samej siebie.
I westchnęłam. Odpowiedziało mi westchnienie.
Na krzaku siedział Niebieski Ptak. Podrapał się łapką za uchem,
potrząsnął głową i westchnął.
- No to jest nas dwoje! - pomyślałam. - On też wygląda tak, jakby
zabłądził.
Wzięłam głęboki oddech i już miałam skręcić w stronę, gdzie jak mi się
wydawało, znajdował się wschód, gdy poczułam szarpnięcie.
- Dokąd to? - zapytał Niebieski Ptak trzymając mnie pazurem za ubranie.
- Dzień dobry! - powiedziałam pośpiesznie. Pewnie powinnam była
powiedzieć to wcześniej zamiast mijać go bez słowa.
- Dokąd? - powtórzył.
- Na wschód! - oświadczyłam pewnym głosem. - Czy pan jest stąd? Czy może
mi pan udzielić kilku wskazówek dotyczących stron świata?
- Po co jeśli idziesz na wschód? - zapytał kpiącym głosem.
- Prawdę mówiąc to wszystko jest dość skomplikowane - przyznałam. -
Zawsze uczono mnie, że wschód leży po mojej prawej stronie, więc
postanowiłam skręcić w prawo, ale...
- Wschód jest zawsze po prawej stronie? - przerwał mi Niebieski Ptak i uniósł brwi tak wysoko, że prawie spadły mu z czoła. - To bardzo ciekawe
założenie!
- Zobacz - rozłożyłam ręce. - W ten sposób można właśnie łatwo rozpoznać
kierunki świata. Wschód jest zawsze gdzie? Tam gdzie twoja prawa ręka,
prawda? Więc jeśli skręcę w prawo, to...
- Nie skręcisz w prawo - oświadczył Ptak.
- Aha.
- Dlaczego chcesz iść na wschód?
- Właśnie! To jest dobre pytanie! Właśnie usiłowałam sama sobie na nie
odpowiedzieć! Czy pan zna tu mniej więcej okolicę? Widziałam grupę
przelatujących ptaków, machałam do nich, ale nie chciały się zatrzymać.
- Nie mogły się zatrzymać - poprawił mnie Niebieski Ptak. - Dostały
polecenie, żeby lecieć dalej.
- Polecenie? Od kogo?
- Ode mnie.
- Aha. A więc... Pan kieruje...
- Kierunkami - uzupełnił.
- Pan kieruje kierunkami. Dla wszystkich?
- Tak.
- Dla wszystkich, którzy latają?
- Dla wszystkich - powiedział z naciskiem.
- Dla tygrysów?
Ptak z zainteresowaniem oglądał swoje pazurki. Mruknął od niechcenia.
- Dla Czasu?
- Po to nie odleciałem razem z wszystkimi, bo ktoś musi kierować ruchem.
- Dla wszystkich? - upewniłam się. - Dla mnie też?
Ptak wygiął dziób z pobłażliwym wyrazem twarzy, a jego zmrużone oczy
zdawały się mówić:
- To chyba oczywiste!
- W takim razie czy mógłby mi pan uprzejmie powiedzieć gdzie znajduje
się wschód?
I zanim zdążył otworzyć dziób, pośpiesznie dodałam:
- Generalnie oczywiście ja wiem, że wschód jest po prawej stronie,
chciałabym się jednak upewnić, że tutaj - rozłożyłam ręce, no bo
przecież ja niezupełnie wiedziałam gdzie jestem ani tym bardziej po co -
że tutaj kierunki kierują się takimi samymi zasadami.
- Nie kierują się - odparł krótko Ptak.
- Tak myślałam - westchnęłam. - Czy w takim razie mógłby mnie pan
łaskawie skierować na wschód?
- Nie - oświadczył i odleciał.