OD WSPÓŁAUTORA
Tamtego dnia, a było to w połowie lipca 2014 roku, Joannie przyznano
wizę do Stanów Zjednoczonych. Minęło prawie jedenaście lat, od kiedy
zaczęła uprawiać sport. Zdobyła sześć tytułów mistrzyni świata w boksie
tajskim i kickboxingu, zwiedziła pół świata, ale w USA nigdy nie
walczyła. Usiedliśmy na jednej z ławek na rogu ulic Pięknej i Mokotowskiej, rzut beretem od ambasady. Jędrzejczyk opowiadała, że nie
boi się myśleć o tytule wielkiej federacji UFC, choć w mieszanych
sztukach walki miała za sobą zaledwie sześć pojedynków. Zwycięskich,
rewelacyjnych, jak choćby te w Moskwie i Londynie, ale jedynie sześć.
MMA wciąż było dla niej nowością i ryzykiem.
26 lipca 2014 roku w San Jose w Kalifornii rozbiła swoją pierwszą
rywalkę w ośmiokątnej klatce Ultimate Fighting Championship. Dwieście
dni później w teksańskim Dallas cieszyła się już z pasa mistrzyni
świata, który w doskonałym stylu obroniła potem cztery razy. Na świecie
nie ma dzisiaj drugiej niezwyciężonej kobiety, która walczyłaby w bardziej spektakularny sposób. Nikt nie robi tego lepiej od Joanny
Jędrzejczyk. Po Agnieszce Radwańskiej nie ma bardziej rozpoznawalnej w skali światowej sportsmenki z naszego kraju.
Zanim Asia opowie o fascynujących przygodach ze swojego życia, chciałbym
jej podziękować za poświęcone mi godziny i uwagę. Nigdy nie zawiodła,
zawsze pamiętała o spotkaniu, zadzwoniła bądź napisała. Przyjechała po
mnie na dworzec, odgrzała obiad, przygotowała coś na powrót. Zapytała,
czy dojechałem, jakby pasażerom pociągów na trasie Olsztyn - Warszawa
groziło szczególne niebezpieczeństwo. Jeśli robi to wybitny sportowiec,
a z takim ty jako dzieciak marzący o dziennikarstwie chciałeś obcować,
czujesz wdzięczność.
Nie zagłębiając się w kwestie promotorskie, MMA dzisiaj ma taką pozycję
w USA jak boks zawodowy. W czasach Muhammada Alego był to sport numer
jeden obok baseballa i wyścigów konnych. Na przestrzeni lat stracił
swoją pozycję na rzecz gier zespołowych. Mieszane sztuki walki dogoniły
boks, słupki oglądalności są równe, jeśli nie wyższe. Oczywiście jeszcze
długo żadne wydarzenie w sportach walki nie pobije najdroższego
pojedynku w dziejach pomiędzy pięściarzami Floydem Mayweatherem Juniorem
i Mannym Pacquiao. Do 2 maja 2015 roku cztery i pół miliona Amerykanów
zapłaciło dziewięćdziesiąt albo sto dolarów, aby obejrzeć trzydzieści
sześć minut walki. Bilet do MGM Grand w cenie kilkunastu tysięcy dolarów
wcale nie należał do najdroższych. Łączny dochód z potyczki Amerykanina
z Filipińczykiem wyniósł sześćset milionów. To się prędko nie powtórzy.
Dla UFC normą stała się sprzedaż na poziomie miliona, zapewniająca
kilkadziesiąt milionów dolarów dochodu z jednej gali z samego
pay-per-view. Latem 2016 roku bracia Lorenzo i Frank Fertitta sprzedali
udziały UFC inwestorom z firmy WME/IMG za - uwaga - cztery miliardy
dolarów. W dziejach całego sportu nie było droższej transakcji.
Mieszane sztuki walki zawierają nie tylko boks, ale i inne dyscypliny,
stąd bywają nazywane wszechstylową walką. W boksie promotorzy pracują z wieloma zawodnikami, szukając dla tych najlepszych okazji do rywalizacji
o pas jednej z czterech prestiżowych federacji. W MMA też jest wielu
promotorów, ale tylko jeden absolutnie największy, dla którego walczy
kilkuset zawodników i zawodniczek, który sam przyznaje tytuł mistrza
świata. Jeśli zdobyłeś pas UFC, wiadomo, że nie ma od ciebie lepszych.
Joanna Jędrzejczyk jest mistrzynią UFC. Żadna kobieta nie wygrała tu
więcej walk niż ona.
Bezsprzecznie najlepsze MMA pod względem sportowym to właśnie Ultimate
Fighting Championship. Nie Bellator, nie KSW i nie Fight Exclusive
Night. W boksie zawodowym istnieje siedemnaście kategorii wagowych, a mistrzami świata możemy obecnie nazwać ponad osiemdziesięciu pięściarzy,
co jest oczywiście powodem do żartów, zarazem klęską możnych tego
sportu. W UFC mężczyźni rywalizują o osiem pasów, kobiety o trzy. Joanna
Jędrzejczyk jest jedną z zaledwie trzech mistrzyń świata w organizacji
sportowej o wartości czterech miliardów dolarów.
Joanna wygrywa wszystkie pojedynki i nigdy nie zawodzi, czego nie można
powiedzieć o wielu innych gwiazdach uprawianej przez nią dyscypliny. Od
półtora roku jest najlepszą zawodniczką świata bez podziału na wagi. Na
liście najlepszych bez podziału na wagi i płeć zajmuje szóste miejsce. W dziesiątce najlepszych bokserów świata prestiżowego magazynu "The Ring"
nigdy nie było Polaka, choć miejsce dla Dariusza Michalczewskiego albo
Tomasza Adamka w szczytowych momentach ich karier nie byłoby
przesadzone. Joannę śmiało możemy nazwać najwybitniejszą polską
przedstawicielką sportów walki w XXI wieku obok Adamka, a także
najlepszą wojowniczką w historii naszego sportu. Żaden z naszych rodaków
nie ma obecnie szans, aby stać się główną atrakcją imprezy w MGM Grand w Las Vegas czy Madison Square Garden w Nowym Jorku. W sportach walki nie
ma bardziej prestiżowych aren, a Jędrzejczyk święciła tam triumfy w pojedynkach o tytuł. Biorąc pod uwagę media społecznościowe, w skali
światowej cieszy się większą popularnością niż Deontay Wilder,
amerykański mistrz świata wagi ciężkiej w boksie, przynajmniej z racji
narodowości następca "Największego" Muhammada Alego czy Mike'a Tysona.
Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której trzeba napisać. Kobiety, które
walczą. Po co? Czy nie mogą tego zostawić mężczyznom? Czy ring albo
oktagon to miejsce dla nich? Cóż, to nie są panie, którym coś
poprzestawiało się w głowie albo w gospodarce hormonalnej. Wiele
zawodniczek MMA to wspaniałe, silne kobiety, niekiedy bardzo atrakcyjne,
są w związkach, rodzą zdrowe dzieci. Oczywiście zdarza się, że w wyniku
walki na jakiś czas tracą na urodzie. Winę za to ponoszą szczególnie
takie zawodniczki jak Asia. W całym jej mistrzostwie największy problem
polega na tym, że jeszcze nie nauczyła się zadawać ciosów tak, aby na
twarzy przeciwniczki nie było po nich śladu. Takie czy inne obrażenia
rywalki nie dają jej satysfakcji. Zawsze powtarza, że najbardziej liczy
się rywalizacja sportowa, potwierdzenie supremacji, nagroda za wiele
tygodni kolosalnego wysiłku.
Joanna jest pełną energii, żywiołową osobą, z którą każdy chce spędzać
czas. Ma świetny gust, nosi dobre, stylowe ciuchy, a na stopy
obowiązkowo zakłada parę markowych butów sportowych. Uśmiecha się do
ludzi, jest życzliwa i ciekawa świata.
Po jej wizycie w redakcji "Przeglądu Sportowego", cztery dni po walce z Jessicą Penne w Berlinie, w której pierwszy raz zachowała mistrzostwo,
wszyscy byli oczarowani. Jest coś w tym, że zostawia ludziom cząstkę
swojej niespożytej energii.
Jej charakter objawia się w najprostszych sytuacjach. Kiedyś zastrzeliła
mnie słowami "ja nie obgaduję ludzi", albo gdy po przykrym,
wyczerpującym treningu, zgodziła się na parę godzin opowiadania mi
historii z życia. Ze łzami w oczach, choć ukryła je za ciemnymi
okularami, pobiegła jeszcze do sklepu, żeby kupić deskorolkę i piłkę do
siatkówki dla siostrzeńca. Po walce z Claudią Gadelhą w Las Vegas
popłakała się, gdy reporterka, zadając pytanie, nazwała ją
"niewiarygodnie utalentowaną". Odpowiedziała, że są lepsi ludzie od
niej. Jeśli zobaczycie ją pozującą do zdjęcia z rywalką, stojącą z nią
oko w oko, na przykład podczas ceremonii ważenia, to pewnie uznacie, że
coś w tym opisie się nie zgadza. Cóż, w takich momentach Jędrzejczyk po
prostu musi pokazać, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Od tego w jakimś
stopniu też zależy wynik walki. Jednak poza pojedynkami są to jedyne
chwile, w których widać w Joannie agresję.
Życiowa mądrość Jędrzejczyk nie wynika z dziesiątek przeczytanych lektur
z rozważaniami filozofów, ale z życiowych doświadczeń. Pokazuje, jak
ważne jest tradycyjne, rozsądne wychowanie dziecka, zatem w tym miejscu
należą się ukłony dla państwa Anny i Jana Jędrzejczyków. Nie każde
mądrze poprowadzone dziecko zostanie mistrzem świata w swojej
specjalności, ale zapewne stanie się wspaniałym człowiekiem, a to już
dużo.
Nie poznałem w Polsce sportowca, który może być lepszym od JJ wzorem dla
młodego człowieka, chcącego dokonać w życiu czegoś wartościowego.
29-latka z Olsztyna stała się kimś, kogo na Zachodzie określa się jako
role model. Inspiruje i udowadnia, że w drodze do mistrzostwa nie ma
miejsca na lenistwo, półśrodki, bylejakość. Jest za to cierpliwość,
pokora i ciężka praca, którą trzeba zaakceptować.
Po powrocie z Las Vegas w lipcu 2016 roku dużą radość sprawiła mi myśl,
że Jędrzejczyk spełniła moje małe marzenie. Przypomniałem sobie, jak w drugiej albo trzeciej klasie gimnazjum w Łukowie pisałem w wypracowaniu,
że ja, niby jako dziennikarz, zdaję relację z treningu Andrzeja Gołoty,
przygotowującego się do kolejnego pojedynku o mistrzostwo świata wagi
ciężkiej. Miałem czternaście lat, gdy zupełnie naiwnie zapytałem
rodziców, czy nie znalazłyby się jakieś pieniądze na to, żebym poleciał
do Nowego Jorku na walkę Gołoty z Johnem Ruizem. Jakoś nie. Pozostało mi
więc codzienne odbieranie "Przeglądu Sportowego" z kiosku i szukanie
informacji o boksie. Pojedynek Gołoty o pas federacji WBA odbył się 13
listopada 2004 roku. Minęło dwanaście lat, prasa jakoś się broni, a ja
jako korespondent "Przeglądu Sportowego" mogłem relacjonować dwie
zwycięskie walki polskiego sportowca o mistrzostwo świata ze Stanów
Zjednoczonych - tę drugą z Madison Square Garden, gdzie Gołota kładł na
deski Ruiza, lecz nie zdołał odebrać mu tytułu. Nigdy bym nie
przypuszczał, że tym sportowcem, którego pojedynki zabiorą mnie w podróż
na drugą stronę Atlantyku, okaże się kobieta.
Rozdział 1
JESTEM SAMA
Co to za problem wejść do oktagonu i się bić? Często słyszę takie
opinie. Oczywiście wygłaszają je ci, którzy nie mają pojęcia o sporcie i walce. Zanim zaczniesz komentować cokolwiek, spróbuj.
Ludzie potrzebują chleba i igrzysk. Zawsze był ktoś, kto chciał bić się
na arenie, zawsze byli inni, którzy chcieli mu kibicować w pojedynku. Z tego samego powodu powstały mieszane sztuki walki. Ktoś nazwie MMA
brutalnym sportem, ktoś inny celebracją kultury fizycznej i sprawności
człowieka. Kocham walkę, to moja praca i sens życia. Jestem wojowniczką.
Wielu ludzi uważa, że mój zawód jest łatwy. Wyprowadzasz cios, trafiasz
i już. A to cała strategia, technika, dynamika, spryt i siła. Nawozem
sukcesu jest chęć, poświęcenie, samozaparcie i determinacja. Czy wiesz,
ile samodyscypliny wymaga codzienny trening?
Bywa tak, że człowiek nie może zmusić się do wyjścia na spacer bądź
zrobienia półgodzinnej przebieżki, a cóż dopiero, gdy ma trenować dwa
razy dziennie do granic wytrzymałości. Sport to bardzo ciężki kawałek
chleba. A jeszcze niejeden powie, że wchodzimy do sali i tłuczemy się po
głowach bez szczególnego pomyślunku, że jesteśmy na bakier z inteligencją. Nie będę tego komentować, nie w tym rzecz. Mam wspaniałe
życie.
- Jak tam, ciężka walka była? - pytają dziennikarze, gdy już wyjdę z oktagonu. W ogóle nie patrzę na to w tych kategoriach. Walka jest
przyjemnością, harówką są przygotowania. Pokonywanie siebie to chyba
największe wyzwanie, z jakim musi się zmierzyć zawodnik. Najgorszy jest
okres zmęczenia fizycznego i psychicznego. On zawsze przychodzi. Mnie
dopada jakieś trzy lub cztery tygodnie przed walką. Muszę wtedy bardzo
uważać, żeby nie popadać w konflikty. Przetrenowanie powoduje
rozdrażnienie, które odbija się także na najbliższych.
Stało się tak przed rewanżem z Claudią Gadelhą. Zbliżał się koniec marca
2016 roku. Po nagraniach programu The Ultimate Fighter (TUF) w Las Vegas
wróciłam do Olsztyna. Odpoczywałam jakieś dwa dni albo i nie, po czym
rozpoczęłam najdłuższe w moim życiu przygotowania do walki. Miałam być
gotowa na 8 lipca, aby po powrocie do Vegas utrzeć nosa mojej
najtrudniejszej rywalce, którą pokonałam na punkty półtora roku
wcześniej w Phoenix. To była moja druga walka w UFC i najbardziej
wyrównana z dotychczasowych pięciu.
Nie chciałam żadnej draki, ale nie polubiłyśmy się z Gadelhą. Widać to
było podczas nagrań TUF, gdzie trenowałyśmy rywalizujące zespoły złożone
z zawodników i zawodniczek MMA. Przy każdej okazji skakałyśmy sobie do
oczu. Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że tylko bronię się przed
zaczepkami Claudii, wszystkimi uszczypliwościami i przykrościami. Ona
skarżyła się, że to ja zaczynam i mam nie po kolei w głowie. Jestem
tylko o rok starsza, ale odbierałam ją trochę jak gówniarę, której
trzeba dać lekcję. Drażniła mnie samą swoją obecnością.
Denerwowało mnie szczególnie gadanie o wyniku pierwszej walki. Gadelha
czuła się strasznie pokrzywdzona przez sędziów. Uważała, że była lepsza
i to ona zasługiwała na pojedynek o pas z Carlą Esparzą. Nie miała
racji, zwyciężyłam sprawiedliwie. Wkurzało mnie na maksa, gdy podważała
moje mistrzostwo. Stała na drodze do moich marzeń. I jeszcze TUF, który
mojej drużynie poszedł bardzo źle. W ćwierćfinałach przegraliśmy 1:7 -
jedno zwycięstwo, siedem porażek. Claudia to cholernie mocna fighterka.
Wiedziałam, że jeśli w Rio de Janeiro trenuje na sto procent, ja w Olsztynie muszę dać z siebie sto dziesięć. Wygram. Porażka? Wykluczone.
Pas wróci ze mną do Polski. Zrobię więcej niż ona. Nie ma mowy, żeby
jakakolwiek rywalka trenowała ciężej ode mnie. No way.
Powtarzamy, że walczymy dla siebie, dla bliskich. Tak naprawdę walczymy
również dla wszystkich, którzy są częścią naszej społeczności, ogromnej
społeczności kibiców MMA z całego świata. Mamy fanów, którzy czekają na
nasz sygnał w internecie. Piszą, że jesteśmy ich idolami. "Dzięki Tobie
też mogę pójść na trening", "Dajesz mi nadzieję", "Pomagasz mi wstać z łóżka", "Myśl o Tobie pozwala mi jakoś radzić sobie w tym moim powalonym
życiu". Takie wpisy czytam codziennie. Walczę dla wszystkich, którzy
mocno we mnie wierzą. Oni dają mi siłę, gdy trzeba zmobilizować się, by
po raz tysięczny zacząć morderczy trening. Fani i bliscy. Ludzie, którzy
są ze mną, po mojej stronie.
Treningi zaczęłam już podczas pobytu w Vegas. Najpierw moje ćwiczenia,
potem trening w TUF, znowu moje zajęcia i w końcu nagrania do TUF. Tak
wyglądał każdy dzień. Szlifowałam techniki parterowe w sali Roberta
Drysdale'a, mistrza brazylijskiego jiu-jitsu. Po przylocie do Polski
zostały mi trzy miesiące na treningi w Arrachionie Olsztyn.
Zaczęliśmy od siły. Nie lubię dźwigać żelastwa, wolę skupić się na tak
zwanej sile eksplozywnej. Są to ćwiczenia, w których wykorzystuje się
ciężar własnego ciała. Jest intensywnie. Pełna koncentracja, by działać
szybciej, wyżej, mocniej. Daje to błyskawiczny ruch, któremu towarzyszy
wygenerowanie ogromnej siły. Mojej siły.
Mój rekord to piętnaście pompek, nigdy się nie podciągałam. Moje atuty w walce opierają się na dynamice, nie na zwykłej, prymitywnej sile. Nie
wiem, czy na ławeczce w siłowni dałabym radę podnieść sztangę ważącą
sześćdziesiąt kilogramów.
Złapałam trochę masy, czułam się potężna, o ile może tak powiedzieć
kobieta o wzroście 168 cm. Po miesiącu zaczęliśmy pracę nad
wytrzymałością. Lubię zajęcia zwane stacyjkami. Trzydzieści sekund pracy
i trzydzieści sekund odpoczynku. Potem czas pracy się wydłuża, a odpoczynku skraca. To bardzo ważny moment przygotowań, bo jeśli wszystko
pójdzie zgodnie z planem, to efekty będzie widać w pojedynku. I nie
przeszkadza mi monotonia.
Wiedziałam, że rewanż z Gadelhą może się zacząć od klinczu, od walki w parterze. To bardzo męczące. Mięśnie będą musiały być gotowe na
natychmiastowy wysiłek. Dlatego muszę być wyjątkowo mocna. Czterdzieści
sekund pracy i dwadzieścia pięć sekund odpoczynku. Kolejna godzina
treningu. Nogi wzmocniłam bieganiem pod górkę w lesie. Tak się buduje
wytrzymałość tlenową. Szło mi świetnie, byłam w niesamowitym gazie, aż...
Na początku czerwca poczułam się fatalnie. Organizm dostał mocno w kość.
Zaczęłam tak zwane sparingi dochodzeniowe, czyli takie, w których ja
pracuję bez przerwy przez pięć lub nawet piętnaście minut, a chłopaki
wchodzą do klatki, zmieniając się co minutę lub nawet co pół minuty.
Musi pracować ciało i głowa, bo trzeba pamiętać o taktyce. Raz wymiana
ciosów w stójce, raz obrona przed sparingpartnerem wjeżdżającym w moje
nogi, raz praca parterowa, raz ucieczka z parteru, raz zapasy. Praca tak
zróżnicowana, jak zróżnicowanym sportem jest MMA.
Jeszcze kilka dni wcześniej byłam w siódmym niebie.
- Jestem bestią! - napisałam do mojego menedżera Tiago Okamury. Zrobiłam
takie treningi, że nawet trenerzy Paweł Derlacz i Szymon Bońkowski,
nieskorzy do pochwał, byli pod wrażeniem. Dali mi odczuć, że wykonałam
dobrą robotę, choć na ogół rzadko mówili mi takie rzeczy. Najsilniejsi
zawodnicy z Arrachionu, których najbardziej cenię, komentowali z podziwem:
- Aśka, ale z ciebie wariatka. Chyba nikt nie trenuje tak jak ty!
Cieszyłam się. Do Olsztyna przyjechała ekipa filmowa UFC.
- Kurde, co to był za trening! - powtarzał zachwycony Ben, a on to wie,
odwiedza wielu znakomitych zawodników. Nagrywaliśmy kawałki do kolejnego
programu o mnie.
To był czwartek. Nie zapomnę, jak wróciłam do mieszkania po mocnym
treningu. Chciałam spotkać się z Benem, jego operatorem oraz
dźwiękowcem, jakoś ugościć ich w moim mieście. Planowałam jeszcze
wieczorne bieganie. Usiadłam na kanapie i zawiesiłam się.
Znieruchomiałam. Siedziałam tak wieczność, może trzy godziny. Byłam poza
czasem, poza rzeczywistością. Nie czułam siebie, nie myślałam. Ze
zmęczenia nie mogłam się ruszyć. Dziwne, że ślina nie poleciała mi z kącików warg, mięśnie twarzy bowiem miałam bezwolne.
Na drugi dzień zupełnie wysiadłam psychicznie. Nawalało ciało i dołączyła się psychika. Totalny zjazd. Byłam bardzo słaba. A przecież w sobotę czekał mnie sparing. Nie mogłam po prostu nic zrobić. Nic mi nie
wychodziło. Nie miałam mocy, mięśnie nie istniały. Ani tu krzyczeć, ani
ryczeć, ani się bić. Psia mać.
Trenerzy zbyt późno zrozumieli, jak bardzo jest mi ciężko. A to przecież
oni są od tego, żeby utemperować zawodnika, powiedzieć mu, że przesadza,
że już dość. Wiedzieli, że nie gwiazdorzę w sali. Byłam pewna, że
wcześniej trzeba było zmniejszyć obciążenia. Doszło do spięcia,
nawrzucaliśmy sobie. Ktoś powinien był zauważyć, że przeginam z trenowaniem, że to za dużo. Że niesie mnie tylko ambicja, ale to trzeba
widzieć. Paweł i Szymon są bardzo dobrymi szkoleniowcami. Jednak wtedy
miałam ich serdecznie dosyć. Nic, tylko przyjdź na salę, zrób trening i na razie. Naprawdę myślałam, że to nasze ostatnie wspólne przygotowania.
- Fatalny sparing, nie trzymasz się planu - usłyszałam.
- Czuję się, jakbym przerzuciła tonę piachu. Odpuśćmy.
- Wyolbrzymiasz.
A ja byłam już tak zmęczona, że nie miałam siły trzymać rąk w górze.
Lubię ostro zasuwać, ale teraz to już przesada. Chciałam przełożyć
sparing, lecz nie było o tym mowy. Paweł i Szymon nie zapewniali mi
komfortu psychicznego. Może źle to zabrzmi, ale podczas przygotowań do
pojedynku zawodnik powinien być traktowany jak pępek świata. A żaden z trenerów nie zaczynał zajęć choćby od banalnego: "Jak się czujesz?". "Co
tam?" - od takiego tekstu nie zaczyna się poważnej rozmowy. "Czy
potrzebujesz pomocy, wsparcia?" - nic takiego nie usłyszałam. Byłam
mistrzynią świata, a przychodziłam na zajęcia grupowe. Jeśli trwały
godzinę, zdarzało się, że ćwiczyłam z trenerem tylko kilkanaście minut.
Ale nic to, musiałam udźwignąć ten ciężar sama. Sport kobiet jest inny
niż mężczyzn, przynajmniej trening powinien uwzględniać takie różnice.
Trzeba się nieźle znać na psychologii, by to rozumieć. Gdy trenuję, też
jestem kobietą.
Chodziłam bardzo rozdrażniona. Brakowało mi sił. Złapałam doła. Trzymała
mnie codzienna rutyna. Wstawałam, wsiadałam do auta i jechałam na
trening, ale zwyczajnie mi nie szło. Organizmu się nie oszuka. W samochodzie wymienisz jakąś część, dolejesz benzyny i jedziesz dalej. A my jesteśmy tylko ludźmi. Tu nie pomoże perfekcyjna dieta i najlepsze
suplementy. Ciało i głowa muszą funkcjonować w idealnym tandemie. Jedno
trzyma drugie. Bardzo pomogli mi olsztyńscy fizjoterapeuci. Kąpiele w lodowatej wannie, odnowa, te sprawy. Naprawdę zależało im, by postawić
mnie na nogi. Wiedziałam, że muszę wytrzymać. Nie mogę zwolnić, zmienić
rytmu.
Mówiłam sobie: tylko to przetrwaj. Pamiętałam o świętych słowach
Muhammada Alego, który nienawidził każdej sekundy treningu, a do końca
swoich dni żył jako mistrz i pozostanie nim w pamięci milionów ludzi:
"Walka jest wygrana lub przegrana z dala od wszystkich świadków. Za
kulisami, w sali treningowej i na całej ścieżce przygotowań, na długo
zanim stanę w blasku świateł i zacznę swój taniec".
Trzeba działać i działać. Działać. Działać, a forma wróci. Ciało odżyje,
głowa zafunkcjonuje. To odróżnia mistrzów od zwykłych zawodników.
Słabszy uzna, że ma dość i odpuszcza. Wmówi sobie, że zasługuje na
odpoczynek. W tych najcięższych momentach udowadniam, ile jestem warta.
A gdy jest już po wszystkim, dumna z samej siebie krzyczę: wróciłam!
Ben, to materiał dla filmowców. Jeśli ktoś chce udokumentować, przez co
przechodzi wojownik, niech zapyta, kiedy kończy się praca nad
wytrzymałością, a zaczynają sparingi.
Gdy przetrwam i wychodzę z tej beznadziei, doceniam siebie. Ale gdy trwa
ta niemoc, wypatruję końca i szukam w sobie punktu zaczepienia, który da
siłę. Pozwoli wrócić. Wysiłek, działanie, dieta, wysiłek i działanie. No
i regeneracja. Najgorzej nie trafić z formą na samą walkę. Nie wyobrażam
sobie, żeby w oktagonie ręce nie pracowały jak trzeba, by nogi były
słabe, bym była powolna i żebym nie miała siły nawet na sprawla, czyli
na wykonanie techniki obronnej przed sprowadzeniem do parteru. Przed
rewanżem z bardzo silną fizycznie, świetną w parterze Gadelhą,
potrzebowałam mocy, refleksu i sprawnej głowy.
Gdy jest źle, bliscy muszą być dla mnie wyrozumiali. Już się do tego
przyzwyczaili. Dziękuję im za to. Kiedy przychodzi kryzys, ich codzienne
zmartwienia wydają mi się nieistotne. Masz problem? Lepiej zobacz, z czym ja się mierzę każdego dnia! Muszę wstać i zasuwać na sto procent,
gdy boli każdy milimetr mięśnia. Znużenie zalewa oczy. Bywam oschła.
Staram się jednak udawać, że wszystko jest w porządku. To jest trudne,
bo totalnie nic wtedy nie cieszy. Kiedy organizm jest skrajnie
wyczerpany, nikt mi nie pomoże. Jestem sama. I sama muszę dać sobie z tym radę. Mówię do siebie, że mam się ogarnąć, że przed ostatnią walką
też było źle. I przed przedostatnią, i przedprzedostatnią. Tłumaczę
sobie: relaksuj się, odpoczywaj, wyciszaj. To przejdzie. Wszystko jest w sercu, głowie i w dobrych chęciach. Wszystko zależy od tego, ile jest w tobie samozaparcia i woli walki.
Tym razem wróciłam po niecałych dwóch tygodniach, które trwały
wieczność. To były absolutnie najdłuższe i najbardziej wymagające
przygotowania do walki, jakie dotychczas miałam. Jeśli nie chcesz
zawieść samej siebie, nie możesz się zatrzymać. Nie wolno ci stanąć, ani
obejrzeć się za siebie. Jest tylko to, co teraz i droga przed tobą. Za
każdym razem muszę być lepsza od tej JJ, która trenowała przed
poprzednim pojedynkiem. Robię to i być może dzięki takiemu podejściu
utrzymuję się na fali. Dlaczego mistrzowie UFC tak często tracą pasy?
Może dlatego, że się zatrzymują?
Nie zapominam, że MMA to piękny, ale i brutalny sport. Nokautujący cios,
poddanie - twoje marzenia mogą zostać przekreślone w okamgnieniu.
Przystępuję do walki z silną wiarą, że obronię tytuł, że będę go broniła
długo i że odejdę ze sportu jako mistrzyni, co w sportach walki nie
udaje się w zasadzie nikomu. Zamierzam być legendą UFC.
Rozdział 2
JAK POCHOWAŁAM CHOMIKA
Sześć lat po Ewie na świecie mieli się pojawić Paulina i Adaś. Przyszły
Kasia i Asia. Bliźnięta dwujajowe. Dzisiaj śmiejemy się, że już na samym
początku przegrałam walkę, bo Kasia wypchnęła mnie nóżkami. Sama jednak
nie mogła się wydostać. Aż przez dwadzieścia pięć minut. Istniało
ryzyko, że tylko ja będę żyła.
Rodzice poznali się w Olsztynie. Oboje pracowali przy produkcji opon w Stomilu. Mama Anna, rocznik 1961. Tata Jan, urodzony w 1959 roku. Wpadli
sobie w oko na stołówce. Mama mówi, że spotkała tatę już pierwszego dnia
w zakładzie. Chodzili ze sobą, po roku się pobrali. Moja starsza siostra
Ewa urodziła się w 1981 roku.
Sześć i pół roku później mama miała większy ciężar do dźwigania. Na
świat miały przyjść bliźnięta: dziewczynka i chłopczyk, Paulina i Adaś.
Przed 18 sierpnia 1987 roku było już jednak wiadomo, że urodzą się
bliźniaczki, Kasia i Asia. Najpierw wyszłam ja. Pamiętacie, jak mecze
reprezentacji komentował Dariusz Szpakowski? "Przy piłce Michał
Żewłakow, starszy o pięć minut brat Marcina Żewłakowa". Na Kasię trzeba
było czekać nie pięć, ale dwadzieścia pięć minut. Pępowina owinęła się
wokół jej rączki. Odwróciła się plecami. Nie miała tlenu, dusiła się.
Nie wyszła główką, lecz tyłem. W skali Apgar dostała jeden punkt na
dziesięć. To oznacza stan zamartwicy ciężkiej. Serduszko na szczęście
pracowało. Trafiła do inkubatora, poleżała w nim przez kilka dni.
Specjaliści czuwali, nie było powikłań.
Mimo wszystko to Kasia okazała się cięższa. Ważyła trzy kilogramy, ja o czterysta gramów mniej. Później obie stałyśmy się całkiem pyzatymi
dziewczynkami, a Kasia już nigdy nie miała żadnego problemu ze zdrowiem.
Od samego początku było wiadomo, która z nas będzie silniejsza, żywsza,
bardziej zakręcona, głośniejsza, śmielsza. Jednak zawsze trzymałyśmy się
razem, w zgodzie. W domu, na podwórku, na wakacjach, w szkole. Czułam
siostrzaną odpowiedzialność za Kasię. Broniłam jej, gdy zaczepiały nas
starsze dzieciaki. Pyskowałam, gdy wyzywały nas od gówniarzy.
Na podwórku Kasia spędzała więcej czasu z dziewczynkami. Ja lubiłam
bawić się także z chłopakami. Pukali do drzwi naszego mieszkania na
trzecim piętrze i próbowali namówić mamę, żeby Asia zeszła na plac pod
blokiem. Chcieli, żebym grała z nimi w piłkę, choć najpopularniejszy był
wtedy palant, polska odmiana baseballa. Odbijaliśmy piłkę kijkami
wystruganymi przez naszych ojców albo dziadków. Ganialiśmy od bazy do
bazy. Przypomniałam sobie o tym dwa tygodnie po rewanżu z Gadelhą, gdy
UFC zaprosiło mnie do Chicago, a jedną z atrakcji było rozpoczęcie meczu
tamtejszych White Sox z Detroit Tigers w Major League Baseball. Stanęłam
w kółeczku na płycie boiska stadionu Cellular Field. Rzuciłam piłeczkę
prosto do łapacza. Sprawdźcie w internecie, jak dawniej zrobił to raper
50 Cent, postawiony przed identycznym zadaniem. Może u niego na podwórku
nie grało się w palanta?
Przez całe życie mieszkałam w Olsztynie. Dopiero od lipca 2014 roku moje
wyprawy do USA stały się tak częste, że aż trudne do zliczenia. We
wrześniu 2016 roku, przed walką z Karoliną Kowalkiewicz, postawiłam na
regularne treningi w American Top Team na Florydzie.
Miałyśmy z Kasią trzy lata, gdy przeprowadziliśmy się z alei Sikorskiego
na ulicę Hallera. Rodzice zamienili dwupokojowe, 40-metrowe mieszkanie
na trzypokojowe, 70-metrowe. Dzieliłam pokój z Kasią, Ewa dostała
własny. Na początku mieszkałyśmy jednak we trzy. Rodzice urządzali
mieszkanie powoli, stopniowo dokupując wszystko, co było potrzebne.
Najlepiej pamiętam białe ściany, wszędzie białe. I boazerię. To typowy
element wystroju skromnych polskich mieszkań zaraz po przemianach
ustrojowych. Wybór w sklepach był nieporównywalnie mniejszy niż obecnie.
Dziś mam białe ściany w mieszkaniu, ale na własne życzenie, nie z braku
innych opcji.
Ganiałyśmy się po długim korytarzu w kształcie litery L. Zawsze byłam
zbyt szybka i musiałam przywalić palcami u stóp w wystający próg. Te
paluchy tak naprawdę bolą mnie przez całe życie. Wiele razy były
spuchnięte, powybijane albo złamane. To skutek uprawiania sportu, a konkretnie wyprowadzania kopnięć. Z tego powodu zawsze zakładam szpilki
o rozmiar większe.
Nie dostawałyśmy najlepszych, najbardziej oryginalnych zabawek, a jednak
miałyśmy wszystko, czego nam było trzeba. Nigdy nie chodziłyśmy głodne
albo zaniedbane. W domu nie było rarytasów, ale to dobrze. Rodzicom
zawsze w pierwszej kolejności chodziło o to, aby wpoić nam najważniejsze
zasady i wartości, a nie kult gadżetów. Miałyśmy sporo swobody, ale to
nie oznaczało, że mogłyśmy robić, co chcemy.
Zamieszkaliśmy na Osiedlu Generałów. Nazywa się tak, bo ulice noszą ich
nazwiska, choć niektórzy mówią na to blokowisko Hamburg. Jest to część
Jarot, największego osiedla w mieście, które zamieszkuje jakieś
dwadzieścia pięć tysięcy ludzi. To jedna siódma Olsztyna. Lubiłyśmy
spędzać czas na świeżym powietrzu. Za naszym blokiem był sad z jabłoniami, lecz starsi ostrzegali nas, by tam nie chodzić. Grozili, że
zostaniemy pogryzieni, a nawet zjedzeni przez wściekłe psy. Miałam
jednak własne wyobrażenie świata, a upomnienia niekoniecznie brałam pod
uwagę. Zawsze to ja zbierałam ochrzan od rodziców. Nawet jeśli
zaczepiała mnie Kasia, to ona pierwsza zaczynała piszczeć, a wina
spadała na mnie.
Uwielbiałam gry zespołowe. Skrzykiwało się całe osiedle, na placu
pojawiała się chmara dzieciaków. Trzydzieścioro, a może i pięćdziesięcioro. Plac był otoczony przez cztery bloki, w tym nasz.
Czasami przechodziliśmy na drugie podwórko, oddalone o kilkaset metrów.
Kiedyś rodzice wpadli w panikę, gdy zniknęłyśmy im z oczu na dłuższy
czas, bawiąc się gdzieś między blokami. Już wyobrażali sobie, że ktoś
nas porwał. Tata był bardzo zły.
Innym razem najadłam się piachu. Trwała budowa, usypano górkę.
Przekonałam Kasię, że koniecznie musimy z niej zjechać. Spróbowałam na
brzuchu. Myślę, że to nic takiego, ale mama twierdziła, że gdyby nie
jakiś pan, to mogłabym się tym połkniętym piaskiem nawet udławić. Dziś
takim urwisem jest Adaś, synek Ewy. Nawet ja nie mogę nad nim zapanować.
- Dziecko, przecież byłaś taka sama - mówi mama.
- Bardzo ci współczuję - odpowiadam.
Z dziewczynkami grałyśmy w gumę, skakałyśmy na skakance, mazałyśmy
kredą, bawiłyśmy się w piaskownicy. Chłopcom bardziej podobały się karty
i żetony. Dużą popularnością cieszyła się gra paluszek-nosek-kciuk. Czy
ktoś pamięta, na czym ona polega? Wycinało się w ziemi kawałek pola.
Mama zaczęła się zastanawiać, dlaczego z domu giną ostre noże.
Przynajmniej tych do smarowania masła miała pod dostatkiem.
Całe mieszkanie było na głowie mamy. Po urodzeniu Ewy poświęciła się
rodzinie. Pracowała jedynie dorywczo. Tata na długie tygodnie wyjeżdżał
do Niemiec, aby zarabiać i zapewnić nam byt. Pracował przy wykańczaniu
mieszkań i domów. Oko miała na nas także starsza siostra. Ewa z naszej
trójki była i jest najspokojniejsza, najpoważniejsza. Żadna z nas nie
uczyła się lepiej niż ona. Gdy przychodziły do niej starsze koleżanki,
podpatrywałyśmy je z Kasią przez dziurkę od klucza. Zazdrościłyśmy im,
chciałyśmy wejść do środka, być z nimi, poczuć się bardziej dorosłe.
Potrafiłyśmy siedzieć pod drzwiami pokoju Ewy dobrych kilka godzin.
Podkładałyśmy liściki, zalecałyśmy się. Czasami kończyło się to
przepychankami. Szczególnie charakterna była Karolina, jedna z przyjaciółek Ewy. Łapała nas za fraki i wyrzucała za próg.
Mama urodziła się w szpitalu w Grudziądzu, a wychowała się w Prabutach.
To miasteczko oddalone o jakieś sto kilometrów na zachód od Olsztyna.
Dziadkowie przeprowadzili się do małego Koniuszyna. Po śmierci męża
babcia dostała mieszkanie w położonej obok Napiwodzie. Mama zamieszkała
w Olsztynie jako osiemnastolatka, w 1979 roku. Tata przyjechał ze wsi
Wykrot, leżącej koło Myszyńca. Ta śliczna miejscowość z pięknym
kościołem bywa nazywana stolicą Kurpi. Z Olsztyna mamy tam niecałe sto
kilometrów. Kierunek - południowy wschód.
Jeździłyśmy z rodzicami nad Bałtyk i na inne wycieczki, lecz wakacje
najczęściej spędzałyśmy na wsi. Zostawałyśmy u dziadków albo u wujostwa.
Raz Wykrot, innym razem Koniuszyn albo Napiwoda. Świnki, krówki,
gospodarstwo hodowlane - takie klimaty.
Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmajstrowała. Kiedyś wpadłam na
pomysł, że pójdziemy z Kasią łowić ryby w rzeczce. Wyleciało mi tylko z głowy, że wypada poinformować o tym kogoś ze starszych. Zafundowałyśmy
rodzinie trochę gorączkowych poszukiwań, a scenariusza grozy dopełniał
fakt, że zbierało się na burzę. Nie wiem dlaczego, ale niektórym
wydawało się, że mogłyśmy się w tej rzeczce utopić.
Jakoś wyszłyśmy z tego cało, czego niestety nie można powiedzieć o naszym chomiku. Przywiozłyśmy go w klatce do Wykrotu z Olsztyna, żeby
zobaczył kawałek świata i raz w życiu spędził trochę czasu z innymi
zwierzętami. Średnio za nim przepadałam, chwytałam go tylko w zimowej
rękawiczce. Bałam się, że wbije we mnie pazury. Chomik był natomiast
ulubieńcem Kasi. Wypuściłyśmy go na trawę, żeby pobiegał wśród królików.
Niedługo potem zorientowałyśmy się, że stał się zaskakująco mało
dziarski. Poszłyśmy spać. Rano nie był nawet sztywny, ale wręcz
powykręcany. Musiałyśmy znaleźć jakąś przyczynę. Cóż, najwyraźniej
króliki okazały się dla malutkiego chomika dinozaurami. Dostał zawału,
wrażenia były zbyt duże i odjechał. Został pochowany w lasku za domem
cioci, gdzie było dużo piachu. Przyjechali rodzice. Nie od razu zaczęli
się uśmiechać, gdy przywitałyśmy ich wiadomością, że właśnie odbył się
pogrzeb.
Z tego chomika do dzisiaj często żartujemy, ale mogłam podzielić jego
los. Znowu jechałam do Wykrotu, tym razem tylko z tatą. Miałam siedem
albo osiem lat. Wtedy nie wstawiało się jeszcze do aut fotelików dla
dzieci. Siedziałam grzecznie przy prawym oknie volkswagena golfa dwójki.
Opuścić szybę, żeby wpadło trochę powietrza, to chyba nic złego, prawda?
Trzeba tylko złapać za korbkę i ją przekręcić. Lepiej jednak nie chwytać
klamki, szczególnie jeśli drzwi nie są zablokowane. Tak się wychyliłam
razem z drzwiami, że prawie wypadłam na pobocze. Tata zatrzymał samochód
i strasznie mnie zrugał. Na szczęście nie jechał szybko, bo świat mógłby
nie usłyszeć o mistrzyni świata z Polski. Dużo później rekordy prędkości
biłam sama, za pomocą innego środka lokomocji, bardzo daleko od domu.
Przeczytacie jeszcze o tym.
Mam wspaniałe wspomnienia z dzieciństwa. Wszystko mogło jednak wyglądać
zupełnie inaczej. Nie miałyśmy z Kasią więcej niż cztery lata, gdy tatę
dopadła wredna choroba. Chodziło o żołądek. Bardzo schudł. Mama nie
mówiła nam tego, ale było naprawdę źle. Tata miał niewiele ponad
trzydzieści lat. Nigdy nie dopytywałam rodziców, co się wtedy działo.
Nie ma takiej potrzeby. Wszystko skończyło się dobrze. Cieszymy się
dobrym życiem i niech tak pozostanie.