Wojownicy: Ostatnia Prośba - Sara Szafranek

Reflow text when sidebars are open.
Na początku czasów był Bóg. On, w swoje sile stworzył światłość i oddzielił ją od ciemności. Wyłonił niebo, morza i ziemię. Tchnął życie w byty cielesne. Stworzył człowieka. Nie możemy jednak zapomnieć o często pomijanym wątku. Bóg stworzył też byty duchowe, anioły. Obdarzył je nieskończoną miłością, dając im wolność w odwzajemnieniu jej. Anioły kochały Boga. Widziały w nim Ojca. Czuły się wyróżnione.
W akcie stworzenia Bóg zapragnął powołać do życia człowieka. Zapragnął go stworzyć na swój obraz i podobieństwo. I stworzył. Nazwał go swoim dzieckiem. Anioły widząc to, zrozumiały że miłość Ojca nie jest tylko dla nich. Zrozumiały to i zaakceptowały. Niestety nie wszystkie. Część z nich nie zdołała pogodzić się z tym, że Bóg aż tak wywyższył człowieka. W ich sercach obudziła się zazdrość, która stopniowo przesłaniała im miłość do Ojca. Zazdrość rozbijała szczególnie jednego z nich, Samaela.
Bóg zwrócił się do aniołów, aby Ci oddali pokłon człowiekowi. Słysząc to wezwanie Samael zbuntował się.
Jak możesz kazać nam, którzy jesteśmy stworzeni z ducha, oddać pokłon tym, których ulepiłeś z prochu ziemi?
Ciemność ogarnęła Samaela. Nie chciał zrezygnować, z jak uważał, należnej mu chwały. Zażądał aby to człowiek oddał mu pokłon, jako istota niższego rzędu. Bóg skarcił Samaela za jego pychę, mówiąc że ów proch ziemi jest mądrzejszy od aniołów. Na te słowa anioł wypowiedział swoją służbę Bogu. Wraz ze swoimi sojusznikami został strącony z nieba. Od tej pory na ziemi spiskuje przeciw człowiekowi. Celem jego istnienia stała się zemsta. Pokazanie Bogu, słabości jego stworzenia, słabości człowieka.
Zły, w swej przebiegłości, uwiódł ludzi. Skłonił ich do sprzeciwienia się Bogu. Od tamtej pory robi wszystko aby poniżyć człowieka. Chce pokazać Bogu że Jego stworzenie jest niegodne miłości, jaką je obdarzył. Bóg nie mogąc patrzeć na upadek człowieka, postanawia mu pomóc. Spośród ludzi powołuje strażników, którzy mają być Jego widzialnym znakiem na ziemi. Daje im potrzebne siły i moce do walki z upadłym. Walka trwa do dzisiaj. Zbliża się jednak do ostatecznej próby. Próby, w której strażnicy staną oko w oko z największym złem. Złem, które jest o krok od zawładnięcia ludzkością. Wiemy jednak że póki choćby jeden strażnik walczy, nic nie jest jeszcze stracone.
A to historia jednego z nich.
Jutro zaczyna się astronomiczna wiosna. Minęła kolejna zima. Nic szczególnego nie wydarzyło się przez te kilka miesięcy. Mało śniegu w tym roku. Dzieciaki, które uwielbiają zjazdy z górki na sankach raczej nie są zadowolone. Zresztą nie tylko one. Co prawda sanki nie zaprzątają już mojej głowy ale nuży i nudzi mnie obraz codziennej rzeczywistości. Mam 24 lata, studiuję dziennikarstwo i mam masę znajomych, z którymi potrafimy bawić się, jak mało kto w tym mieście. Przychodzi jednak taki dzień jak dziś i mam dół.
Siedzę na ławce przed blokiem, patrzę na kręcących się tam i z powrotem ludzi. Za czym oni tak biegną? Jakaś kobieta w wieku ok. 40 lat, z kwiatami jednej ręce i zakupami w drugiej biegnie na przystanek. Właśnie podjeżdża 15. Pewnie dlatego tak się śpieszy. Kierowca jednak olał ją i odjechał. Kierowcy tej linii potrafią zwiać w najmniej oczekiwanym momencie. Nikt nie wmówi mi że robią to nieświadomie. Mają lusterka wielkie jak w domu. Widzą dokładnie czy ktoś biegnie czy nie. Nie mogą chwilę zaczekać? Barany!!
Wyładowują swoją frustrację na niewinnych ludziach. Jakby to powiedział wujek Andrzej - lać i patrzeć czy równo puchnie.
Tablica nad przystankiem pokazuje że następna 15 będzie za 20 minut. Kobieta nie wygląda jednak na specjalnie załamaną. Odłożyła zakupy na ławkę i wyciągnęła telefon. Pewnie dzwoni powiedzieć że się spóźni, no bo przecież jakiś głupek kierujący 15 specjalnie zamknął jej drzwi przed nosem. Hmm.. Ona się śmieje. Dlaczego? Jak może się teraz śmiać, jeśli przed chwilą jakiś baran zrobił ją w balona? Dziwna jest.
Olsztyn pełen jest dziwnych ludzi. Najgorsze są te stare lemingi, co tylko czekają na okazję żeby wytknąć jakiemuś małolatowi brak wychowania. Gdyby tak realnie spojrzały na swoją przydatność w społeczeństwie, to zauważyłyby że są jedynie obciążeniem dla reszty społeczeństwa. To ja będę musiał zasuwać w jakiejś mało ambitnej pracy żeby one dostawały co miesiąc emeryturę.
Pamiętam jak może rok temu, wracałem z sobotniej balangi na starówce. Była może 6.00 albo 7.00 rano. Naładowany jak samolot, spłukany i kiwający się z jednej krawędzi chodnika do drugiej, mijałem mohery idące do kościoła. Zazwyczaj niewiele pamiętam z takich powrotów ale jedno zapamiętuje doskonale. Ten wzrok. Patrzą na mnie, jak na trędowatego. Widzę w ich oczach obrzydzenie mną. Pewnie mają się za lepszych. Prawdziwi i porządni obywatele. Przychodzi niedziela, to do kościółka złożyć ładnie rączki przed czarnymi nierobami w sukienkach, a od poniedziałku dalej kłamstwa i kombinowanie. Czemu sie jednak dziwię. W końcu jest to kraj samych dwulicowych katolików. W czym są ode mnie lepsi? Co pozwala im patrzeć na mnie z wyższością? Barany!
Całe to kościelne towarzystwo zawsze śmierdzi jakimś przekrętem. Był u nas w kościele ksiądz, który lubił pokazywać palcem na innych. Paplał o czystości przed ślubem, a sam miał na boku bachory. Kucharka na parafii dobrze gotowała, była młoda, to ją owinął wokół palca i zmajstrował dzieciaki. Myślał że nikt się nie domyśli o co chodzi, kiedy zniknęła z dnia na dzień. Wygodnie tak. Ludzie dadzą kasę, raz dziennie postoję i pozgrywam jaki to święty nie jestem i starczy. Dlatego do kościoła już dawno nie chodzę. Śmieszył mnie. Jak można brać na poważnie sytuacje w której facet ubrany w sukienkę stoi przed stołem, trzyma wzniesionego górę wafla i mówi "to jest ciało moje..."? Przecież to są jakieś kosmiczne jaja.
Dobra, trzeba przestać o tym myśleć, bo tylko się przez to wkurzam. Dzwoni komórka.
O, to Marek. Co on może chcieć? Nie odzywał się od ponad roku.
Cześć Maro. Co tam? Długo się nie odzywałeś.
Cześć Dawid. Wiem, wiem, trochę byłem w rozjazdach za robotą.
O!! A gdzie byłeś? - spytałem.
W Anglii - odpowiedział z nutą oczywistości w głosie. Poczułem się trochę jakbym spytał czy cukier jest słodki.
Kiedy wróciłeś?
Wczoraj. Właściwie to wróciliśmy.
A to że co? Z kim wróciłeś?
Z Agatą.
No to ładnie. Przygruchałeś sobie jakąś Agatkę.
Będziemy brać ślub. Zakochałem się. - nie musiałem go teraz widzieć żeby wiedzieć jak szeroko się teraz uśmiecha.
O!!! Nie spodziewałem się że ty kiedyś, z jakąś dziewczyną, tak do końca.
Ja też się tego nie spodziewałem ale stary, to jest ta. Ta jedyna.
Tego nie wiesz. - trochę zaczęła drażnić mnie ta jego pewność siebie. Skąd Może wiedzieć że to ta? Za 12 mc tą może być zupełnie inna.
Wiem że to ta jedyna - Marek wyrwał mnie z moich myśli tymi słowami.
Ok. Nie wnikam. Twoje życie. A po co dzwonisz?
Przyjdź do mnie jutro. Zatrzymaliśmy się u moich rodziców. Musimy pozałatwiać wszystkie formalności związane ze ślubem i mieszkaniem...
Dobra, dobra bo wszystko powiesz przez telefon i nie będzie o czym gadać. - chciałem zakończyć rozmowę.
Ok. To do jutra. Będziemy od 15.00 w domu więc wpadaj.
Dobra. Na razie.
Na razie.
Nareszcie skończył. Następny znalazł wybrankę życia. Kompletnie nieracjonalne jest mówienie, że będzie się z kimś do końca życia. To tak, jakbym powiedział że zawsze będzie mi smakować ryba po grecku. Nie wiem tego. Jak będę ją żarł codziennie, to po miesiącu pewnie nie mógłbym na nią patrzeć. Czy tak nie jest z ludźmi? Jesteśmy jednym z gatunków na ziemi, którego celem jest przetrwanie. O ile bardziej korzystne jest zmienianie partnerów. Starość trąci dawno zapomnianym światem. Jeśli jest nam ze sobą dobrze, to bądźmy ze sobą ale to wcale nie znaczy, że zaraz musimy być ze sobą do końca życia. Z czasem możemy się wypalić. I co wtedy? Męczyć się? O nie. Świat jest pełen pięknych kobiet. Obie strony na tym skorzystają. Jedna przygoda się kończy ale zaczyna się druga. Nawet kot zdechnie jak będzie pilnował tylko jednej dziury.
Zastanawia mnie tylko czemu Marek zadzwonił do mnie? Nie byliśmy jakimiś bliskimi przyjaciółmi. Razem graliśmy w piłę ale żebyśmy jakoś specjalnie ze sobą gadali, to już niekoniecznie. No ale jak zaprosił to pójdę. Pogadamy, popijemy, będzie fajnie.
Trzeba by ruszyć się z tej ławki i zrobić coś konstruktywnego.
Hej kolego! Czy możesz mi pomóc - zawołał głos zza moich pleców.
Odwróciłem się, rozejrzałem ale nikogo nie widzę. Znowu słyszę:
Hej kolego. Pomożesz mi?
Znowu rozglądam się i nic nie widzę. Po krótkiej chwili dostrzegłem cos w luce między żywopłotami. Jakiś starszy facet zbiera zakupy z chodnika. Pewnie mu wypadły.
Już idę - podbiegłem do niego skacząc przez lukę w żywopłotach. Nie jeden nie dałby rady tego przeskoczyć. Ja, mimo tego że już nie trenuję w klubie, sprawny jestem nieprzeciętnie.
Trochę za dużo tych zakupów jak na jeden kurs dziadku. - powiedziałem zbierając owoce z chodnika.
Dziadek, chyba trochę zdziwiony moją bezpośredniością, speszył się.
Myślałem że dam radę młody człowieku. Jednak nie jestem już tak sprawny jak kiedyś.
Co zrobić. Człowiek jest młody a potem jest stary. Taka kolej rzeczy. - odparłem nie wiedząc za bardzo co powiedzieć.
Tak masz rację - odparł patrząc mi prosto w oczy. Zobaczyłem w nich coś intrygującego. Miały w sobie jakąś głębię, która mnie zatrzymała na chwilę.
Gdzie dziadek idzie z tymi zakupami? - Spytałem.
Tu niedaleko. Do ósemki - odparł.
Pomogę zanieść i tak nie mam nic lepszego do roboty.- złapałem za torby
Dziękuję ci. Trochę się zastanawiałem czy poprosić cię o pomoc Dawidzie.
Utkwiłem wzrok w starszym człowieku.
Skąd znasz moje imię? - nie pamiętam kiedy ktoś mnie tak zaskoczył jak on w tej chwili. Nie znam go.
Zna mnie pan? - spytałem powtórnie.
Znam doskonale - odpowiedział kiedy już wstaliśmy z kolan z zebranymi zakupami.
Ale skąd? Ja pana pierwszy raz na oczy widzę.
Widziałeś mnie już - powiedział to tak spokojnie jakby to była oczywista oczywistość. Jakbyśmy widywali się codziennie.
Nie mogłem pana widzieć. Mam doskonałą pamięć wzrokową. Zapamiętałbym.
I pamiętasz. Tylko sięgasz pamięcią nie tam gdzie trzeba - uśmiechnął się starzec delikatnie dotykając mnie palcem w czoło. - Wszystko powiem ci w swoim czasie - dodał.
A teraz chodźmy z tymi zakupami, bo jestem już trochę zmęczony.
Pójdziemy, pójdziemy ale w drodze wszystko mi wyjaśnisz - odparłem.
Dawidzie nie przypominam sobie żebyś pytał się mnie o to, czy możesz zwracać się do mnie po imieniu.
Ty po imieniu, to i ja po imieniu... a właściwie to jak masz na imię? - spytałem, kiedy przechodziliśmy miedzy blokami zbliżając się do klatki schodowej w bloku nr 8.
Powiedzmy że mam na imię dziadek - odparł otwierając drzwi na klatkę.
Mieszkam na parterze pod jedynką. Jakbyś pomógł mi wnieść zakupy pod drzwi, byłbym wdzięczny.
Nie ma sprawy ale odpowiedz mi na pytanie, bo nie daje mi to spokoju - powiedziałem to tak jakbym miał zaraz usłyszeć jakąś niesamowitą historię.
Ehh... Dawidzie. Ty cały czas taki niecierpliwy.
A czemu się dziwisz? Facet, którego pierwszy raz na oczy widzę, zwraca się do mnie po imieniu i jeszcze ściemnia, że wszystko powie w swoim czasie - odpowiadając na jednym wydechu, dałem mu do zrozumienia żeby lepiej już powiedział skąd mnie zna.
Zaczekaj tu chwilę.
Dziadek wszedł do mieszkania. Przez uchylone drzwi dało się zauważyć jedynie kawałek ściany. Wisiał na niej obraz. Przedstawiał jakiś szczyt górski w który uderza piorun. Na szczycie stoi człowiek. Ma rozłożone ręce i wyraźnie widać że wykrzykuje coś w stronę nieba.
Nagle drzwi otwierają się szerzej. Wychodzi dziadek.
Dawidzie, proszę trzymaj to - dał mi kopertę.
Nie chcę żadnych pieniędzy. - odparłem, odsuwając ją od siebie
To nie są pieniądze. Otwórz kopertę jak wrócisz do domu. Pamiętaj tylko żeby nie robić tego wcześniej.
Aleś ty tajemniczy. A imię zdradzisz? - spytałem.
Możesz mi mówić dziadek - odpowiedział z uśmiechem.
Ok. Nie ci będzie. I tak nic z ciebie nie wycisnę.
Do widzenia Dawidzie.
Do widzenia. - odpowiedziałem, chowając kopertę do kieszeni.
Dziadek zamknął drzwi.
Mam przeczytać to dopiero w domu? Niedoczekanie. Kiedy wyszedłem z klatki schodowej i wracałem w kierunku domu otworzyłem kopertę. Nie pamiętam kiedy dostałem jakiś list. Nie liczę oczywiście pocztówek z Kołobrzegu od znajomych. Dlatego bardzo ciekawiło mnie co jest w środku. Co dał mi dziadek? Jednym ruchem rozdarłem kopertę na górze i szybko wyciągnąłem kartkę. Jest pusta. To wcale nie jest śmieszne. Co ten staruch sobie myśli? Że co? Że może sobie robić ze mnie jaja? Wracam tam. NAWRZUCAM MU.
Kiedy jeszcze raz zerknąłem na kartkę i prześledziłem ja do końca, to zauważyłem na samym dole drugiej strony:
Z A C Z E K A J
O w mordę. Przecież nic tu nie było jeszcze przed chwilą. Kartka była kompletnie pusta. Chyba że umknęło mi to. Mam zwidy? Od kilku dobrych tygodni nic nie brałem. Spojrzałem na kartkę jeszcze raz. Napis znikł. Kartka jest czysta. Dziwne to wszystko. Zapakowałem kartkę w kopertę i włożyłem do tylnej kieszeni spodni po czym ruszyłem do domu.
Mieszkamy w typowym olsztyńskim blokowisku. Czteropiętrowe bloki oddzielone od siebie wąskimi chodnikami. Nie brakuje zieleni. Żywopłoty, szczególnie latem, dodają odrobinę wiejskiego klimatu temu wyblakłemu już obrazowi zamkniętego osiedla. Na środku placu stoją dwie drewniane huśtawki i domek, do którego można wejść po położonych blisko siebie szczebelkach. Coś jak domek na drzewie, który zawsze chciałem mieć. Tylko własna wyobraźnia ograniczała możliwości wykorzystania domku do zabaw. Lubię czasami popatrzeć jak dzieciaki robią z niego dziuplę na pirackim statku. Kiedyś syn sąsiadów udawał kapitana pirackiego okrętu i kazał innym dzieciakom skakać z domku na piasek, udając że wyrzuca ich za burtę. Po kliku minutach zabawy został sam na okręcie. Reszta zobaczyła że z tego juz dobrej zabawy nie będzie i pożegnała się z kapitanem, ruszając w stronę huśtawek. Biedak został sam i nie miał już takiej szczęśliwej miny, jak wtedy kiedy wyrzucał rówieśników z okrętu.
Obserwowałem te sceny z okna swojego pokoju, które wychodziło na środek osiedla. Lubiłem to. Nie przeszkadzał mi przynajmniej hałas przejeżdżających samochodów i smród spalin. Zamiast tego miałem widok na życie toczące się w naszym zamkniętym osiedlu. Oprócz dzieci kręcących się po placu, raczej niewiele się działo. Ludzie siedzą przeważnie w mieszkaniach i tylko od czasu do czasu słychać dobiegający z okien głos jakiegoś rodzica, wołającego swoja pociechę. Jest to bezpieczna okolica. Policja bywa tu sporadycznie. Odgłosy balang też nie zakłócają ciszy nocnej. Nawet nie wiem czy wśród mieszkańców więcej jest młodych ludzi, czy emerytalnego próchna pozbawionego poczucia humoru, tak jak dziadek. A właśnie... dziadek. Dobrze że nie wyrzuciłem kartki. Zaraz wezmę ja pod lupę przy dobrym świetle i zobaczę czy rzeczywiście mam jakieś omamy, czy też wszystko ze mną ok. Ściemnia się wiec to dobra pora.
Przysiadłem przy swoim niewielkim biurku, zapaliłem lampkę i sięgnąłem po lupę do szuflady.. Dostałem ją na któreś urodziny od wujka, razem z zestawem innych mało potrzebnych rzeczy, takich jak cyrkiel, ekierka itd. W końcu coś się przyda.
Otworzyłem kopertę. Co jest??? Kartka jest cała zapisana. Czy ja już kompletnie zgłupiałem? Odłożyłem lupę do szuflady i zacząłem czytać.
Drogi Dawidzie,
Pewnie jesteś zdziwiony, tym że coś na tej kartce jest. Stało się tak dlatego że mnie nie posłuchałeś. Gdybyś otworzył ją dopiero teraz, a nie w drodze do domu, to miałbyś mniej niepotrzebnych nerwów. Stało się jednak tak, jak się stało.
Chciałem Ci jeszcze raz podziękować za pomoc. Nie zdradziłem Ci mojego imienia. Nie zrobiłem tego bynajmniej z powodu jakiejś niechęci do Ciebie. Wprost przeciwnie, bardzo Cię lubię. Mógłbym nawet powiedzieć że Cię kocham. Kocham jak syna. Znam Cię lepiej niż myślisz. Wiem gdzie i kiedy się urodziłeś. Znam też twoich rodziców. Wiem do jakiej szkoły chodziłeś, wiem też jak wielki drzemie w Tobie potencjał. Zostałeś stworzony do wielkich rzeczy. Przed tobą wspaniały czas. Wspaniałe lata, pełne jak to mówisz "jazdy na maksa". Nie wiem dlaczego tak określasz chwile pełne radości i emocji? Jest tyle słów, które można by wykorzystać, a sprowadza się to do trzech trywialnych określeń. No ale nie będę się tym zajmował. Jestem przecież starszy od dinozaurów.
Dawidzie mam dla Ciebie propozycję. Mam nadzieję że ją przyjmiesz, a przynajmniej przemyślisz. Nie odrzucaj jej od razu. Możesz nie dostrzec w niej sensu ani korzyści ale czasami trzeba coś zrobić wbrew logice. Wbrew porządkowi, który staje sie schematem. Czasami trzeba wyjść naprzeciw toczącemu się życiu i przyjąć wyzwanie, które wydaje się kompletnie absurdalne. Idąc w kierunku konkretów, proszę Cię abyś jutro po godzinie 22.00 poszedł do Katedry na Starym Mieście. Podejdź do bocznego wejścia na lewej ścianie budynku. Będzie otwarte. W przedsionku, po prawej stronie zobaczysz stół. Będą na nim położone cztery klucze. Weź tylko jeden z nich. Będziesz wiedział który. Następnie przejdź za ołtarz w lewej, bocznej nawie Katedry. Znajdziesz tam drzwi. Otworzysz je i wejdziesz do środka.
Więcej szczegółów nie mogę napisać. Daję Ci jednak moje słowo, że może to być początek twojej największej i najpiękniejszej przygody w życiu. Decyzja należy do Ciebie.
Dziadek
Mnie zapraszać dwa razy nie trzeba. Jutro odwiedzam Marka i idę do Katedry. Czuje dreszczyk emocji na plecach, a to znaczy że będzie ciekawie. Nie myśl sobie jednak dziadku, że nie wypomnę Ci tego małego zamieszania z kartką. Ze wszystkiego będziesz się musiał wytłumaczyć.