Wojny szpiegów - Adam Brookes

-
Proszę czekać

Prolog

PEKIN, ZIMA 1967

Skrępowali mu za plecami ręce skórzanym pasem i kazali uklęknąć.

W powietrzu unosił się smród odpadów i brudnych, zatęchłych ubrań. Tłum co chwila wydawał z siebie groźne pomruki. O dach bębnił lodowaty deszcz.

Na szyi powiesili mu tabliczkę z wypisanym kredą jego nazwiskiem - Fan. Potem przekreślili je, żeby symbolicznie pozbawić go tożsamości i zanegować to, kim wcześniej był. Zaczęli skandować hasła i slogany. Z ich ust wydobywały się obłoczki pary.

Podaj nam nazwiska współpracowników.

Kim są spiskowcy?

Knułeś przeciwko nam. Mów, z kim.

Podniósł głowę i spojrzał ze sceny na widownię. Ilu ich było? Stu? Dwustu? Niektórzy krzyczeli, bez skrępowania dając wyraz swojej nienawiści, inni próbowali ukryć oszołomienie. Rozglądali się nerwowo, ale razem z tłumem powtarzali propagandowe hasła. Usiłował przyciągnąć uwagę tych, których znał, ale uciekali przed nim wzrokiem.

Zawiązałeś spisek w celu obalenia rządów rewolucji. Walczyłeś w armii narodowej i służyłeś temu zdrajcy Czang Kaj-szekowi. Jesteś zwolennikiem kapitalizmu. Podaj nam nazwiska pozostałych konspiratorów.

Gwałtownym szarpnięciem postawili go na nogi. Ktoś przyniósł wiadro i wysypał na scenę jego zawartość: potłuczone słoiki i butelki po piwie. Tłum na chwilę zamilkł. Słychać było tylko brzęk szkła, gdy jeden z oprawców zagarniał stopą odłamki na kupę. Kazali mu na tym uklęknąć.

Kogo mam im wydać? - pomyślał.

Czy spiskowcem jest Chen, który również walczył w szeregach narodowców? Potwierdzasz to?

Mam zdradzić Chena? Tego delikatnego chłopca z ciężkim plecakiem pełnym książek, który ciągle gadał o Lu Xunie i Wolterze? Mówiliśmy na niego Chen Wen - Chen Literat.

Trzydzieści lat temu ukrywali się razem na górskim zboczu. Było przeraźliwie zimno, z doliny dobiegało dudnienie japońskich czołgów, a oni spuszczali benzynę do butelek. Pamiętał, jak Chen chuchał w zgrabiałe ręce i dzielił na kawałki bułeczkę mantou. Była zimna i kleista.

W tej chwili czuł tylko ból. Krew przesiąkła przez spodnie. Chwycili go za związane nadgarstki i podnieśli do góry. Zmusili, żeby się pochylił i całym ciężarem ciała padł na potłuczone szkło.

Wydał Chena Literata.

Wyraźnie ich to rozochociło. Zastanawiał się, co zrobią z jego starym kumplem. Czy Chen się domyśli, kto go sypnął, a jeśli tak, to czy kiedykolwiek mu wybaczy?

Jak długo jeszcze potrwa ten koszmar? Czy przyszłe pokolenia nadal będą się tym zajmować i wyrywać sobie resztki jak psy starą wysuszoną kość?

Ktoś zawiązał mu oczy, kiedy go wyprowadzali; nic już nie widział.

Rozdział 1

HONGKONG, W NIEDALEKIEJ PRZESZŁOŚCI

Dobrze się rusza, pomyślał obserwujący ją mężczyzna.

Robi wszystko, żeby sprawiać wrażenie drobniejszej i słabszej. Stara się ukryć swoją siłę. Przemyka obok murów i sklepowych witryn, nie rzucając się w oczy.

Nie widać, jak bardzo jest niebezpieczna.

Wiatr się wzmógł, a niebo przybrało ciemnoszary kolor.

Szła spory kawałek przed nim, kierując się w stronę ponurej bramy wejściowej do parku. Przyspieszył kroku, żeby skrócić dystans.

Na głowie miała beżową lnianą chustkę; jej twarz pozostawała w cieniu. Była ubrana w luźną koszulę, spodnie w mdłym kolorze oraz wygodne buty na płaskich obcasach. Z daleka przypominała kobietę z Półwyspu Malajskiego lub Indonezji, jedną z wielu anonimowych emigrantek, które przybyły do Hongkongu w poszukiwaniu pracy. Wyglądała jak służąca lub gosposia, która miała wychodne i postanowiła odwiedzić Ocean Park. Chciała zobaczyć oceanarium, zjeść watę cukrową i przejechać się kolejką górską. Miała zamiar sprawić sobie przyjemność i nie odstraszyła jej nawet pogoda - dzień był przecież ponury, a znad Morza Południowochińskiego nadciągał tajfun. Ukryła oczy za okularami przeciwsłonecznymi. Miała bardzo ciemną skórę.

Podeszła do kasy biletowej. Obserwator zatrzymał się i zaczął lustrować wzrokiem przechodniów, szukając jakiejś nieprawidłowości, czegoś, co mogłoby wskazywać na wrogą inwigilację.

Nic.

Włożył rękę do kieszeni i nacisnął "Wyślij".

- Jantar, jantar - powiedział. - Kontynuuj. Nic ci nie grozi.

* * *

Odebrała sygnał. W słuchawce rozległ się ostry, nieprzyjemny dźwięk. Odpowiedziała podwójnym kliknięciem. Zrozumiano.

Poprawiła chustkę, zsuwając ją jeszcze bardziej na czoło. Podeszła do okienka i schyliła głowę.

- Poproszę jeden bilet - rzuciła.

Dziewczyna w kasie spojrzała na nią zdezorientowana.

- Nadchodzi tajfun - ostrzegła, wskazując przyklejoną do szyby kartkę z napisem: "Tajfun. III stopień zagrożenia".

- Tak, wiem - odpowiedziała.

Kasjerka zmarszczyła brwi, spojrzała na ekran i zaczęła stukać w klawiaturę. Patterson zapłaciła gotówką, wzięła bilet i przeszła przez bramkę.

Wsiadła do słynnej kolejki linowej jadącej na szczyt górzystego cypla, z którego widać skalisty brzeg i rozbijające się o niego grzywiaste fale. Siedziała sama w wagoniku, w który z impetem uderzały kolejne podmuchy wiatru. Gwałtowne kołysanie zaczęło działać jej na nerwy. Chwyciła poręcz i wyjrzała przez okno. Morze przybrało zielonkawy odcień, a stojące na redzie frachtowce powoli znikały w gęstniejącym mroku.

Jeszcze minimum dwie godziny, pomyślała. Może więcej. Szefowie wywiadu mają w zwyczaju patrzeć swoim agentom na ręce i kontrolować, czy nie są inwigilowani. Od rana chodzi za nią krok w krok niski, muskularny facet z rzadką kozią bródką. Na głowie ma czapeczkę bejsbolową i mówi z charakterystycznym zaśpiewem z delty Rzeki Perłowej. Jest obserwatorem, ulicznym artystą, który ani na moment nie spuszcza jej z oka. Razem przeszli na piechotę Koulun, a potem wsiedli na prom, który przewiózł ich przez rozbujane wody Zatoki Wiktorii. Ona spacerowała po pokładzie, a on obserwował pasażerów. Kolejny odcinek drogi pokonali znowu na własnych nogach. Na koniec złapali autobus. Jej anioł stróż usiadł przy drzwiach, żeby sprawdzać, kto wsiada i wysiada.

- Jantar, jantar. - Jego cichy głos w słuchawce. Odległy, ale jednocześnie intymny. - Kontynuuj.

Kolejka się zatrzymała i Patterson wysiadła z wagonika. Facet w bejsbolówce już na nią czekał. Jak mu się to udało? Siedział na ławce, palił papierosa i studiował mapkę przedstawiającą atrakcje parku. Ruszyła przed siebie. Minęła akwarium z meduzami oraz wejście na teren lasu tropikalnego. Mężczyzna cały czas trzymał się blisko niej. Porywisty wiatr gwizdał w gałęziach palm. Kiedy będzie już po wszystkim, wsiądą do autobusu, który przewiezie ich przez tunel Aberdeen, a potem złapią taksówkę. Na koniec czeka ich żmudny, wielogodzinny marsz w deszczu. Będą szli tak długo, aż jej ochroniarz nie pozbędzie się wszelkich wątpliwości, że jest całkowicie i niezaprzeczalnie bezpieczna.

Byli w końcu w Chinach, kraju z niezwykle rozbudowanymi systemami monitoringu. Agent i oficer prowadzący musieli poruszać się po mieście tak ostrożnie jak nurkowie płynący w głębinach ciemnego oceanu.

* * *

Sygnał alarmowy został odebrany w Londynie we wtorek o godzinie 2:47 nad ranem. Był to e-mail w sprawie sprzedaży antykwarycznej książki, wysłany z bezpiecznego adresu. Oznaczało to, że życie agenta jest zagrożone i prosi o pilne spotkanie. Niestety, opiekująca się nim hongkońska placówka brytyjskiego wywiadu SIS odpowiedziała dość chłodno i odmówiła pomocy. Uznali, że to dla nich zbyt trudne. Ich biuro mieściło się na Supreme Court Road w budynku brytyjskiego konsulatu, który znajdował się pod stałym nadzorem chińskich służb. Powiedzieli, że mają braki kadrowe i nie są w stanie nic zrobić. Jest im z tego powodu bardzo przykro i życzą miłego popołudnia.

Tak więc sprawę zrzucono na barki Patterson. W środku nocy wyrwało ją ze snu wibrowanie służbowej komórki. Zwlekła się z łóżka w swoim północnolondyńskim mieszkaniu, ubrała po ciemku, otworzyła zamontowany w szafie niewielki sejf i sprawdziła wcześniej przygotowaną listę niezbędnego ekwipunku. Zeszła chyłkiem po schodach i wyszła z budynku tylnymi drzwiami. Był maj. W chłodnym i wilgotnym powietrzu unosił się zapach kwiatów rosnących w ogrodach i stojących na oknach skrzynkach. Dwie przecznice dalej czekał na nią samochód.

W siedzibie SIS przy Vauxhall Cross, lub VX, jak mawiali wtajemniczeni, Patterson pobrała zestaw dokumentów, które miały potwierdzić fikcyjną, lecz dobrze jej znaną tożsamość: paszport, wizytówki, portfel i różne papierki, które zwykle trzyma się w kieszeniach. Wszystko znajdowało się w żółtej kopercie, którą wręczył jej pracujący na drugim piętrze zmęczony i podenerwowany chłopak. Była teraz księgową, która regularnie robiła różne interesy w Hongkongu. Jej przykrywką była miejscowa firma od dawna zaprzyjaźniona z SIS. Maria Todd. Witaj, Maria. Samochód pomknął ulicami Londynu w kierunku Heathrow. W damskiej toalecie na lotnisku jeszcze dwa razy sprawdziła kieszenie. W dość wstrętnym pseudopubie w hali odlotów zjadła kanapkę z bekonem i wypiła kawę, a potem wsiadła na pokład samolotu do Hongkongu.

* * *

- Jantar, jantar - powiedział mężczyzna.

Przeszła przez ulicę. Ze względu na nadchodzący tajfun ruch był niewielki. Rozpadało się. Zeszła schodami prowadzącymi na stację metra MTR i znalazła się w zawilgoconej podziemnej galerii handlowej. Zaczęła spacerować jaskrawo oświetlonymi korytarzami, mijając buty, okulary przeciwsłoneczne, kolorowe czasopisma i ponure sprzedawczynie gapiące się w ekrany swoich telefonów. Doszła do wind i stanęła przed rzędem brudnych, odrapanych stalowych drzwi. Wjechała na piętnaste piętro ogromnego bloku i znalazła się w przedsionku. Zapewnili ją, że nie ma tutaj kamer, ale powinna zachować ostrożność. Przecież coś mogło się zmienić. Szybko przemknęła przez oświetlony jarzeniówkami i wyłożony linoleum klaustrofobiczny korytarz i minęła mieszkanie numer 1527.

Zewsząd docierały oznaki codziennego życia stłoczonych na małej powierzchni mieszkańców. Włączony telewizor. Płacz dziecka. Unoszący się w wilgotnym powietrzu zapach sezamu i smażonego tłuszczu.

Zatrzymała się i zawróciła. Włożyła klucz do zamka i weszła do środka. Wnętrze sprawiało wrażenie zamieszkanego, choć nikogo w nim nie było. Delikatnie zamknęła drzwi, zdjęła chustkę i zaczęła przechadzać się po pokojach. W salonie zwróciła uwagę na sofę obitą łuszczącą się zieloną dermą, telewizor i zakurzone półki. W kuchni znalazła resztki śniadania: kleik ryżowy z kawałkami kurczaka i herbatę. W sypialni żaluzje były wciąż opuszczone, a na łóżku leżała rzucona niedbale różowa kołdra. Do łazienki prowadziły drzwi z matowego szkła, z suszarki smętnie zwisała damska bielizna, a na umywalce zostały włosy. Pachniało snem i brudnym praniem.

Zaczęła się zastanawiać, kto tutaj mieszka. Oficer wywiadu? Agent pierwszego kontaktu?

Na pewno jakaś fleja.

Zatrzymała się, wzięła głęboki wdech, starając się uspokoić.

W wojsku pracowało się parami i zawsze można było liczyć na wsparcie. Jedna osoba rozmawiała z tajnym współpracownikiem, a druga trzymała się z boku, bacznie obserwując, co się dzieje dookoła.

Jednak SIS wysyłało swoich agentów w pojedynkę.

Podczas szkolenia dowiedziała się, że praca w parach jest zbyt niebezpieczna. Poza tym w wojsku nosi się przy sobie tyle ukrytej broni, że można zlikwidować pół dzielnicy, jeśli, rzecz jasna, zaszłaby taka konieczność. Instruktorzy powiedzieli też, że pistolet potrafi być zawodny, dlatego miała przy sobie wyglądający jak długopis paralizator, którym mogła unieszkodliwić ewentualnego napastnika. Niestety, zdawała sobie sprawę, że w praktyce jest w stanie obezwładnić tą zabawką co najwyżej ospałego chomika. Czy kiedyś się przyzwyczai do tego dziwnego poczucia bezsilności? Szefostwo ceni agentów, którzy potrafią działać w pojedynkę. Musi im pokazać, że zalicza się do tego grona.

Włożyła rękę do kieszeni spodni i nacisnęła "Wyślij".

- Trycykl, trycykl - powiedziała. - Jestem na miejscu spotkania.

Po chwili otrzymała odpowiedź: podwójne kliknięcie.

* * *

Usiadła i zaczęła przypominać sobie to, co przeczytała w aktach tajnego agenta, któremu miała pomóc. Kryptonim "Przechyłka". Pięćdziesiąt osiem lat. Prawdziwe nazwisko: Keung. Zrobił doktorat z ekonometrii na australijskim uniwersytecie i lubił się tym chwalić. Patterson nie wiedziała, czym zajmuje się ekonometria, i musiała to sprawdzić.

Przez wiele lat, jeszcze za czasów brytyjskiego panowania, doktor Keung pracował w Ministerstwie Finansów, lecz kiedy w 1997 roku władza nad kolonią została beztrosko przekazana w ręce Chińczyków, złożył wymówienie i rozpoczął nowy etap kariery, tym razem w banku. Był to szczególny bank - bardzo spokojny, bardzo bogaty i bardzo prywatny. Doktor Keung zajmował się kontaktami z rządem. Ku swojemu zaskoczeniu odkrył, że o jego względy zaczęli zabiegać komunistyczni aparatczycy, którym bardzo zależało na udobruchaniu mieszkańców nowego, zamożnego i buntowniczego regionu na południu kraju. Doktor Keung zaczął często odwiedzać Pekin. Chodził na prywatne przyjęcia do hotelu rządowego Diaoyutai i odbywał tajne rozmowy z ludźmi, których nazwiska nic mu nie mówiły.

Z czasem lepiej ich poznał i zrozumiał, czego potrzebują. Doktor Keung stał się kimś, kto naprawdę dużo wie.

Odkrył także inną, równie zaskakującą stronę swojego nowego życia. Zorientował się, że jeśli od czasu do czasu wyświadczy przysługę ważnemu urzędnikowi z Pekinu - zwykle chodziło o pomoc w załatwieniu jakiejś delikatnej sprawy związanej na przykład z kontem w Londynie, Nowym Jorku lub na Kajmanach, przelaniem pieniędzy za czesne lub zakupem nowej nieruchomości za granicą - dostanie za to prezent. Ładny zegarek. Obiad w drogiej restauracji. "Panie doktorze, musi pojechać pan z nami do Makau! Mamy piękny apartament w Lizbonie! Nalegamy!" Wcześniej nikt nie składał mu takich propozycji i był zaskoczony, jak szybko zaczęło mu się to bardzo podobać. Po raz pierwszy poszedł do kasyna i odwiedził saunę. Dowiedział się też, co potrafi elegancka i wyperfumowana "mała przyjaciółka", która z nadąsaną minką czekała na niego w klimatyzowanym pokoju hotelowym.

Dla Patterson reszta tej historii wyglądała na żywcem wyjętą z podręcznika dla początkujących oficerów wywiadu i była przykładem męskiej głupoty, która doprowadziła do całej serii fatalnych błędów. Małe przyjaciółki stawiały kolejne wymagania. Pekińscy urzędnicy ciągle o coś prosili i coraz częściej robili to obcesowo. Odeszła od niego żona, a dzieci wyjechały do Kanady.

Kiedy doktor Keung stanął na krawędzi ruiny, zgłosiła się do niego brytyjska służba wywiadowcza, która uchroniła go przed ostateczną hańbą, spłaciła część długów i pogroziła palcem małym przyjaciółkom. W zamian musiał, rzecz jasna, wyświadczyć kilka przysług swoim byłym pracodawcom z rządu Jej Królewskiej Mości.

Ku zaskoczeniu SIS doktor Keung przystał na tę propozycję z wielkim entuzjazmem i zaczął regularnie dostarczać raporty dotyczące hongkońskich finansów i gospodarki. Nie były one szczególnie interesujące, ale od czasu do czasu dołączał do nich coś o wiele bardziej wartościowego - informacje o tajnych operacjach bankowych przeprowadzanych przez chińską elitę władzy. Dzięki tym danym Brytyjczycy dowiedzieli się o słabościach klasy rządzącej i jej wewnętrznych podziałach. Wywiad chełpił się tego rodzaju wiedzą. Wiedzą, która zaspokajała jego instynkt drapieżcy.

Doktor Keung szpiegował dla Brytyjczyków przez siedem lat bez żadnych incydentów. Pozwalało mu to utrzymać wysoką pozycję społeczną i nadal odwiedzać kasyna i sauny w Makau. Współpracował z kilkoma oficerami prowadzącymi, którzy chwalili jego rzeczowość, skrupulatność i, bardzo rzadko, odwagę.

Dlatego właśnie Patterson była zdziwiona, gdy w drzwiach mieszkania stanął przemoknięty do suchej nitki mężczyzna, a na jego twarzy malował się niemal histeryczny strach.

Sięgnęła do kieszeni i trzykrotnie nacisnęła "Wyślij", a po krótkiej przerwie kliknęła jeszcze dwa razy. Właśnie rozpoczęło się spotkanie.

- Jantar, jantar - usłyszała w słuchawce.

Zaprosiła doktora do środka i chciała wziąć od niego okrycie, ale odskoczył od niej jak oparzony.

- Kim pani jest? - zapytał. - A on? Dlaczego go nie ma?

Opierał się o ścianę i lustrował wzrokiem pokój znajdujący się za jej plecami.

- Jestem sama - powiedziała.

Wskazała gestem, żeby usiadł. Niech się trochę uspokoi, pomyślała. Zajął miejsce na zielonej sofie i zdjął płaszcz. Trzęsły mu się ręce.

- Nie znam pani - oznajmił.

- Pański łącznik nie mógł się pojawić, więc ja go zastępuję. Tak jest bezpieczniej. Dużo bezpieczniej.

Wpatrywał się w nią nic nierozumiejącym wzrokiem.

- Skąd pani przyjechała?

- Lepiej, jeśli nie będzie pan tego wiedział.

- Dlaczego właśnie... pani?

Dobre pytanie, pomyślała, dlaczego niby ja? Uśmiechnęła się do niego, do tego trzęsącego się ze strachu, niskiego mężczyzny z obwisłymi policzkami i włosami przyklejonymi do czaszki. Wyglądał niczym przedwcześnie starzejące się dziecko ubrane w pognieciony garnitur, który wisiał na nim jak na strachu na wróble.

- Doktorze Keung, bardzo dobrze znam tę sprawę. Od dawna z podziwem obserwuję pańskie dokonania. - Przerwała i spojrzała na niego w sposób, który, przynajmniej miała taką nadzieję, dodawał otuchy. Niestety, jeszcze bardziej wcisnął się w oparcie sofy.

- Po pierwsze, muszę wiedzieć, czy jest pan teraz inwigilowany.

- Chyba nie... nie wiem. Dlatego muszę się spotkać z... Ja...

- W porządku. Proszę mnie posłuchać. Jeżeli nasze spotkanie zostanie przerwane, pan wyjdzie pierwszy. Na korytarzu skręci pan w prawo i pójdzie do wind znajdujących się w zachodniej części budynku. Będzie tam duża tabliczka: "Zachodnie windy". Rozumie pan?

Skinął głową, lekko rozchylając usta.

- Będziemy pana ubezpieczać. Zjedzie pan windą na drugie piętro i zejdzie schodami na stację MTR.

Zmarszczył czoło.

- Wsiądzie pan do pociągu jadącego w stronę Admirality.

Zaczął wymachiwać ręką i wbił wzrok w podłogę.

- Nie, nie, nie. Proszę posłuchać...

- Doktorze Keung, wysłucham wszystkiego, co ma mi pan do powiedzenia i rozwiążemy pański problem, ale najpierw musimy omówić procedury bezpieczeństwa i plany awaryjne. Tak jak zawsze. - Zorientowała się, że zaczęła mówić zbyt szybko. Zwolniła i starała się zapanować nad tonem głosu. - Po prostu spróbujmy...

- Nie! - krzyknął. - Proszę przestać! Nic pani nie wie!

Przełknęła ślinę. To nie tak miało wyglądać. Ten drobny, chudy facecik nie powinien na nią wrzeszczeć, a spotkanie nie mogło wymknąć się spod kontroli. Wzięła głęboki wdech. Instruktorzy powtarzali, że w wypadku agentów, którzy wpadają w panikę i nie stosują się do poleceń, należy zachować zimną krew i starać się ich uspokoić. Trzeba zapewnić, że w ich sprawę zaangażowane zostały wszystkie zasoby.

Najważniejsze jednak, żeby nie stracić panowania nad sytuacją.

Doktor Keung ukrył twarz w dłoniach.

- Wyciągniemy pana z tarapatów i zapewnimy bezpieczeństwo. Czy to jasne? Jeśli rozumie pan procedury awaryjne, możemy kontynuować.

Możemy kontynuować? Jezus Maria! Oblizała wargi.

- Oni wiedzą - wybełkotał i energicznie przeciął ręką powietrze. - Wiedzą, wiedzą, wiedzą. Dajmy sobie z tym spokój.

Odczekała chwilę. Słychać było, jak wiatr z impetem uderza w okna.

- Kim są oni i co konkretnie wiedzą?

- Przyszli i o wszystkim powiedzieli.

- Czy mógłby pan zacząć od początku?

- Dwa dni temu z samego rana pojawili się w moim mieszkaniu.

- Przedstawili się? Ilu ich było? Jak wyglądali?

- Nie, nie przedstawili się. Chyba założyli, że wiem, kim są. Było ich trzech.

- Chińczycy z kontynentu?

- Tak, z północy. Być może z Pekinu. W każdym razie ten, który się odzywał, był na pewno ze stolicy.

- Skąd pan to wie?

- Jak to, skąd wiem? - Spojrzał na nią z niedowierzaniem. - Mówił po mandaryńsku. Z charakterystycznym akcentem. I tonem. Niby grzecznym, ale w gruncie rzeczy... przerażającym.

Przyłożył trzęsącą się rękę do czoła.

- Jak wyglądali? W co byli ubrani?

- W co byli ubrani? - Popatrzył na nią nieufnie, zaciskając i rozwierając pięści.

Patterson zakryła dłonią usta i odkaszlnęła.

- Może na przykład wyglądali na wojskowych? Albo na kogoś innego?

Wstał i uniósł ręce w geście rozpaczy. Pochylił się nad nią i zaczął krzyczeć:

- Powiedziałem już, że oni wszystko wiedzą! Dlaczego tu siedzimy, do kurwy nędzy! - Przekleństwo zabrzmiało w jego ustach dziwnie i niestosownie, jakby użył go pierwszy raz w życiu.

- Co konkretnie mówili?

Zaczął chodzić po pokoju.

- Najpierw proszę mnie stąd zabrać, potem opowiem o wszystkim ze szczegółami.

- Słucham?

- Zabierz mnie stąd!

- Doktorze Keung, najprawdopodobniej nie mamy zbyt wiele czasu. Chcę wiedzieć, co powiedział ten mężczyzna. Teraz.

Przystanął i pogładził się po czole.

- Facet z północy poinformował mnie, że mają dla mnie zadanie do wykonania i w tym celu muszę użyć wszystkich swoich "kontaktów". Mojego guanxi. Znacząco się przy tym uśmiechnął.

Patterson milczała, czekając na dalszy ciąg.

- Powiedział też, że mam przekazać wiadomość.

- Komu?

- Wam, a komu by innemu, do cholery!

- Tak się wyraził? Że to dla nas?

- Jasne, że nie. Mówił o moim guanxi.

- Cóż...

- Nie, żadne "cóż"! - krzyknął, wymachując palcem przed jej nosem. - Zabierz mnie stąd. Jestem spalony i nigdzie nie wracam. Poza tym niezależnie od tego, jak się, kurwa, nazywasz, jesteś mi coś winna. - Widać było, że rzucanie przekleństwami zaczyna mu sprawiać przyjemność.

- Co to za wiadomość?

- Powiedzieli, że mam się spotkać z jakąś szychą i wtedy wszystkiego się dowiem.

Patterson już go jednak nie słuchała.

W jej uchu rozległ się męski głos, tak bliski jak głos kochanka.

- Czasopismo, czasopismo, czasopismo. Potwierdź.

Nie zareagowała. Chciała to usłyszeć jeszcze raz.

- Czasopismo, czasopismo, czasopismo. Potwierdź.

Grozi im niebezpieczeństwo. Koniec spotkania.

Rozdział 2

Po pierwsze, mówili instruktorzy, należy przywołać odpowiedni stan umysłu. Trzeba się uspokoić, zachować trzeźwość myślenia i optymizm. Nie wolno wykonywać gwałtownych gestów. Pośpiech od razu przyciąga uwagę. Najlepiej poruszać się w tempie otoczenia lub nawet wolniej i nie sprawiać wrażenia kogoś nadmiernie czujnego. Jeśli na wrogim terenie zagraża nam niebezpieczeństwo, pomocne będą dobra przykrywka oraz stanowczość.

Wszystkie informacje, które zapamiętała ze szkolenia, wirowały jej teraz w głowie jak szumowina wokół odpływu.

Poczekaj, pomyślała. Za chwilę zaczniesz działać instynktownie, a twój umysł nagle się rozjaśni. Jeszcze momencik, a obudzi się w tobie żołnierz.

Podniosła się z sofy.

- Niestety, musimy kończyć - powiedziała ze smutkiem w głosie.

Doktor Keung odwrócił się i stanął z nią twarzą w twarz. Widać było, że jest śmiertelnie przerażony.

- Co? Dlaczego?

- Nasi ludzie uważają, że tak będzie lepiej. Pamięta pan procedurę bezpieczeństwa?

Wskazała ręką w kierunku wyjścia. Spojrzał na drzwi, a potem znowu na nią.

- Będziemy w kontakcie. Proszę się nie martwić. Wkrótce znowu się spotkamy i wtedy rozwiążemy pański problem.

Nie ruszył się z miejsca.

- Doktorze Keung, musimy się zbierać.

- Oni tutaj są, prawda?

- Proszę stosować się do procedur. Nasz człowiek już na pana czeka i razem bezpiecznie się stąd oddalicie.

- O mój Boże!

Otworzyła drzwi i wyjrzała na korytarz.

- Droga wolna - powiedziała, podając mu mokry płaszcz.

Stał nieruchomo, przygarbiony, z rękami zwisającymi luźno wzdłuż tułowia. Widać było, że uszła z niego cała energia.

- Doktorze Keung.

Podszedł do niej zrezygnowany, wziął płaszcz i bez słowa wyszedł z mieszkania. Nawet na nią nie spojrzał. Po chwili zniknął w czeluściach budynku.

* * *

Patterson owinęła głowę chustką, włożyła ciemne okulary i nacisnęła "Wyślij".

- Raport - powiedziała.

W odpowiedzi otrzymała pojedyncze kliknięcie. Zachowaj ciszę.

Jej własna procedura ewakuacji była dość skomplikowana i zakładała sporo kluczenia. Musiała przejść wszerz cały budynek, od jednej klatki schodowej do drugiej, żeby na końcu wydostać się przez drzwi pożarowe znajdujące się na poziomie ulicy, gdzie ktoś miał już na nią czekać. Przedzierała się przez labirynt korytarzy, starając się nie przyśpieszać kroku i nie wzbudzać podejrzeń. Zeszła po betonowych schodach i po prawie ośmiu minutach od opuszczenia mieszkania znalazła się wreszcie na parterze. Niestety, drzwi, którymi miała się wymknąć, były zamknięte, a na dźwigni awaryjnego otwierania wisiał zabezpieczony kłódką łańcuch.

Dobry agent jest przygotowany na takie przeszkody.

Przyłożyła ucho do metalowej powierzchni. Słychać było uderzenia wiatru i szum deszczu.

Dobry agent powinien przewidzieć, że trasa ucieczki może zostać zablokowana. Ktoś założy łańcuch na drzwi, na ulicy zaczną się roboty drogowe, a w kulminacyjnym momencie operacji wysiądzie prąd.

Zaklęła pod nosem i spojrzała na zegarek. Najprawdopodobniej jej koledzy przejęli już opiekę nad doktorem. Pewnie siedzą teraz w wagonie MTR i nie spuszczają go z oka.

Skąd ten popłoch? - pomyślała. Co takiego zobaczyli? Albo raczej, kogo?

Odwróciła się i zaczęła jeszcze raz przemierzać ciemne korytarze w poszukiwaniu wyjścia, ale nie było to takie proste.

Nagle usłyszała charakterystyczny odgłos kroków na linoleum i zobaczyła postać zmierzającą w jej kierunku. Spuściła głowę, ale się nie zatrzymała. Mężczyzna, i trzymał coś w ręku. Telefon? Facet wyglądał na Chińczyka: niski, z grubymi palcami i masywnymi ramionami jak u zapaśnika. Miał na sobie T-shirt i sportowe buty. Przystanął i bezczelnie się na nią gapił. Patterson nie zwolniła. Odsunął się na bok i pozwolił jej przejść, nie odzywając się do niej ani słowem.

Doszła do wind.

Mężczyzna stał kilka metrów za nią. Bardziej to czuła, niż widziała.

Nacisnęła guzik.

Czekając na windę, starała się zapanować nad nerwami. Wreszcie usłyszała dzwonek i rozsunęły się drzwi. Kabina była pusta. Weszła do środka i wybrała przycisk z napisem "Podziemie 2". Miała nadzieję, że chodzi o galerię handlową. Winda prawie się zamknęła, gdy nagle w szczelinie pojawiła się masywna dłoń. Drzwi ponownie się otworzyły i w progu stanął zapaśnik. Wpatrywał się w Patterson.

Czy to ktoś z konkurencji, czy zwykły bandyta korzystający z okazji?

Zrobił krok do przodu, nie spuszczając z niej wzroku. Winda ruszyła. Patterson zaczęła kołysać się na piętach.

Nagle mężczyzna wyciągnął ręce w jej kierunku.

Czuła, że musi zareagować i wykonać jakiś ruch. To może boleć, ale wiedziała, że jest w stanie pokonać napastnika.

Chciał ją złapać za ubranie. O co mu chodziło?

Odskoczyła na bok i czekała na ciąg dalszy. Nie dał za wygraną i spróbował jeszcze raz. Wypuściła powietrze i zacisnęła lewą dłoń na jego nadgarstku. Ustabilizowała chwyt. Prawą ręką złapała go za dwa palce, środkowy i wskazujący, po czym mocno je przekręciła, wykorzystując do tego siłę łokcia i barku. Poczuła trzask łamanych kości i naciąganych ścięgien.

Mężczyzna wyrwał się z wyrazem kompletnego zaskoczenia na twarzy, który po chwili ustąpił grymasowi bólu. Zatoczył się do tyłu, oparł plecami o ścianę, przyglądając się swojej dłoni i pogruchotanym palcom.

- Daj mi telefon - powiedziała.

Spojrzał na nią i zamrugał gwałtownie. Odezwała się po mandaryńsku:

- Shouji gei wo.

Wyciągnęła rękę, ale on się nie ruszył. Winda zbliżała się do celu. Patterson zrobiła krok do przodu i z całej siły kopnęła go w kolano. Cios był starannie wymierzony i mężczyzna stracił równowagę. Upadając, uderzył głową w panel sterowania. Wyjęła mu telefon z dłoni. Nie stawiał oporu, leżał spokojnie i ciężko oddychał.

Drzwi się rozsunęły.

* * *

Kiedy wyszła na ulicę, przesłała sygnał o udanej ewakuacji i ruszyła przed siebie. Dopiero po półtorakilometrowym marszu przemoczona i zmarznięta dotarła do samochodu czekającego na nią przed sklepem 7-Eleven. Kierowcą był znany jej niski i muskularny facet z rzadką kozią bródką. Włączył ogrzewanie, a Patterson położyła się na tylnym siedzeniu, dygocząc z zimna. Auto pomknęło ulicami, nad którymi szalał już tajfun. Wycieraczki pracowały na najszybszych obrotach.

- Co się stało? - zapytała.

- Po prostu nagle się pojawili. Dwa samochody. W każdym dwóch facetów i jeszcze kilku pieszo. Sam doliczyłem się trzech. Obstawili główne wejście i stację MTR. To wszystko.

Skręcił na podziemny parking i zaczął zjeżdżać coraz głębiej w jego rozbrzmiewające echem, betonowe trzewia. Wreszcie się zatrzymał.

- Musimy jeszcze chwilę poczekać - oznajmił. Patterson usiadła i napotkała jego wzrok w lusterku. - Dobrze się czujesz?

Skinęła głową i posłała mu wymowne spojrzenie.

- Przepraszam za drzwi pożarowe - powiedział.

Powstrzymała się przed złośliwą ripostą. Z akt sprawy wiedziała, że nazywa się Frederick Poon i jest obserwatorem, ulicznym artystą.

- Kim oni byli?

Westchnął i zmienił pozycję za kierownicą.

- Nie wiem. To nie był cywilny wywiad. Prędzej wojskowy. Byli dobrze zbudowani i mieli te charakterystyczne fryzury, ale... Naprawdę nie mam pojęcia.

Odczekała chwilę i zapytała:

- Prywaciarze?

- Możliwe. Czemu nie.

- Namierzyli cię?

Odwrócił się i spojrzał na nią spod uniesionych brwi.

- Nie ma takiej możliwości.

- Jesteś pewien?

- Całkowicie.

- Czy któryś z nich wszedł do budynku? Niski, w T-shircie, wyglądał na zapaśnika.

Zmarszczył czoło i pokręcił głową.

- Nie, nikogo takiego nie widziałem, ale mógł dostać się do środka innym wejściem.

- A co z agentem?

Frederick Poon odezwał się dopiero po dłuższej chwili:

- W ogóle się nie pojawił. Czekaliśmy, ale nie przyszedł na peron.

Chciała usłyszeć więcej szczegółów.

- Ten gość to lepszy spryciarz. Pewnie wybrał inną drogę. Nie przejmuj się tym zbytnio.

Była głodna. Poon podał jej czekoladowy baton.

* * *

Komórka okazała się bezużyteczna. Nic w niej nie było. Żadnych numerów telefonów, zero połączeń przychodzących i wychodzących, pusta lista kontaktów. Oboje uznali, że telefon nie ma najmniejszej wartości operacyjnej, ale i tak muszą wysłać go do Cheltenham na szczegółowe badania. Siedzieli w aucie, w którym zdążyły już zaparować szyby. Frederick miał przy sobie niewielkie urządzenie służące do odczytywania kart SIM i z nudów zaczął się nim bawić, ale również nic nie znalazł.

Oznaczało to, że facet z windy, kimkolwiek był, znał procedury bezpieczeństwa dotyczące komunikacji. Mieli zatem do czynienia z zawodowcem.

- W porządku - powiedział Frederick Poon. - Będą tu za pięć minut.

Dokładnie po tym czasie zaparkował obok nich biały SUV. Patterson otworzyła drzwi.

- Do następnego razu. Trzymaj się - rzuciła na pożegnanie i zaczęła wychodzić z auta.

Frederick odwrócił się i powiedział:

- Poczekaj.

Spojrzała na niego.

- Przepraszam za drzwi pożarowe.

- Nie ma sprawy.

Biały SUV pomknął w kierunku Chep Lap Kok. Zapadał zmierzch. Patterson patrzyła na skąpane w strugach deszczu ulice i światła migoczące w ciemności. Miasto wyglądało jak dzikie zwierzę przyczajone nad brzegiem morza. To miejsce ma w sobie olbrzymią energię, pomyślała.

Spojrzała na kierowcę. Nazywał się Winston Poon, miał około czterdziestu lat i był podobny do swojego kuzyna Fredericka.

- Jak się czuje twoja ciotka? - zapytała.

- Odeszła z interesu - powiedział.

Eileen zwana Babcią Poon sprawowała nadzór nad rodzinną siatką wywiadowczą. Miała żelazną wolę, słabość do śmierdzących indyjskich cygaretek bidi oraz niesamowitą umiejętność zapewniania bezpieczeństwa operacyjnego, z której wywiad korzystał od ponad trzech dekad. Pod koniec lat siedemdziesiątych, jako prosta dziewczyna pracująca w fabryce, zinfiltrowała i rozbiła komórki Chińskiej Partii Komunistycznej, które rozpleniły się na terenie Hongkongu, będącego wtedy kolonią Korony Brytyjskiej. Rząd Jej Królewskiej Mości nadał jej kryptonim "Zamęt" i odznaczył orderem, którego nie mogła niestety zatrzymać. Potem miasto zostało przekazane Chińczykom, ale Babcia Poon nie złożyła broni.

- Szkoda, że już jej więcej nie zobaczę.

- Jest z nami duchem - oznajmił Winston, spoglądając w lusterka.

Sprawdza tyły, pomyślała. Wyobraziła sobie, że Eileen rzeczywiście ich ubezpiecza. Siedzi za kierownicą jednego z jadących za nimi aut, między zębami trzyma cuchnącą cygaretkę i stara się sprytnie lawirować między zatłoczonymi pasami.

- Londyn chce z tobą rozmawiać - powiedział Winston, podając jej telefon.

* * *

To była Hopko.

- Powiedz, że wszystko z tobą w porządku.

- Wszystko ze mną w porządku.

- Położenie?

- Jestem w drodze na lotnisko.

- Zrobił ci krzywdę?

- Nie.

- Zapytam z ciekawości, bardzo go poturbowałaś?

Patterson milczała.

- A nasz znajomy? - zapytała Hopko.

- Zniknął. Nie wiemy, gdzie jest.

Hopko nie od razu zareagowała. Patterson wyobraziła ją sobie w biurze operacyjnym przy VX, w wąskiej spódnicy i bluzce z dekoltem. W ręku trzymała zapewne wstępną wersję raportu z zajścia, a w myślach ze spokojem rozważała konsekwencje tego, co się stało.

- Jego obawy?

- W pełni usprawiedliwione, jak sądzę.

- Dlaczego?

- Miał gości. Przyszli do jego mieszkania, nastraszyli i powiedzieli, że ktoś ważny ma dla niego wiadomość. Na pewno sobie tego nie wymyślił.

- Coś pękło - powiedziała Hopko.

- Najwyraźniej.

Przez chwilę milczały.

- Wracaj do domu.

Patterson się uśmiechnęła.

- Jestem w drodze.

* * *

Winston wysadził ją przed halą odlotów. Wiatr nieco osłabł, a chodniki zaczęły parować. Rozświetlony budynek terminalu rozjaśniał gęstniejący mrok. Po wyjściu z samochodu Patterson szybko wmieszała się w tłum.

Dobrze się rusza, pomyślał obserwator.

Nie widać, jak bardzo jest niebezpieczna. I bezwzględna.

Rozdział 3

OKSFORD, WIELKA BRYTANIA

Kai stał na rogu Hight Street i Turl Street. Był ubrany w togę, a z jego szyi luźno zwisała biała muszka. W ręku trzymał butelkę szampana i lekko się zataczał. Podniósł ją do ust i wypił spory łyk. Świętował w pojedynkę. Na ulicy pełno było studentów, którzy wychodzili z budynku Examination Schools. Powodowany nagłym impulsem zatkał butelkę kciukiem, wydał z siebie okrzyk radości i mocno nią potrząsnął, oblewając szampanem grupkę przechodzących obok dziewcząt. Jedna z nich spojrzała na niego z dezaprobatą i poszły dalej.

Właśnie skończyły się egzaminy. Kai studiował inżynierię ze specjalizacją optoelektroniczną. Nie robił sobie dużych nadziei, że zaliczy sesję. Mimo że mieszkał w Wielkiej Brytanii już trzy lata, jego angielszczyzna nadal pozostawiała wiele do życzenia. Wykłady mu się dłużyły, a na ćwiczeniach ciągle czegoś nie rozumiał, co prowadziło do licznych frustracji. Studia były nudne i stanowiły dla niego ogromny ciężar. Kiedy myślał o swoim przyszłym życiu, widział wijący się w nieskończoność światłowód.

Delegacja z ambasady złożyła wizytę dziekanowi. Mówili ściszonymi głosami i zapewnili, że Kai nadrobi zaległości. Miał pojechać do należącego do rodziny mieszkania w Londynie i całe lato spędzić na nauce. Oznaczało to, że nie zobaczy ani rodziców, ani domu, ani Pekinu. Jego zadaniem było ukończenie studiów na tym starym i niezwykle prestiżowym uniwersytecie. Kiedy już to osiągnie, wróci do ojczyzny, a zdobytą wiedzę przekaże korporacji, która żywi jego rodzinę i zapewnia jej wysoką pozycję społeczną. Nie może okryć hańbą swoich bliskich. Ogarnęło go uczucie beznadziei. Wrócił na teren college'u.

W pokoju rozebrał się i niedbale rzucił togę. Szczerze nienawidził tego idiotycznego stroju. Stał w samej bieliźnie i wdychał zatęchłe powietrze. Podszedł do biurka i włączył swojego laptopa. Dostał wiadomość ze znanego mu już, zagadkowego adresu: na jego konto wpłynął przelew. Kwota została starannie wyliczona - wystarczająco duża, żeby przeżyć całe lato, ale zbyt mała, żeby poczuć się wolnym. To robota jego ostrożnego ojca, który oplątywał syna siecią przyszłych zobowiązań.

Pieniądze nie pochodziły jednak z Chin.

Tak jak zawsze, przelew został wysłany z konta zarejestrowanego na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. Kai wyobrażał sobie, że za każdym razem zleca go wujek Książeczka Czekowa. Ojciec informował go, jaką sumę ma przekazać, a wujek Książeczka Czekowa to robił.

Kai położył się na łóżku i zaczął rozmyślać nad skomplikowanym i mętnym systemem funkcjonowania swojej rodziny. Raz w życiu spotkał wujka Książeczkę Czekową. To było kilka lat temu, jeszcze w Pekinie. Ujrzał wtedy łysiejącego członka partii średniego szczebla z pomarszczoną twarzą, obytego w świecie, spokojnego i surowego. Trzymał ręce w kieszeniach szarego prochowca. Spojrzał na Kaia oceniającym wzrokiem i po cichu się wycofał. Jaką rolę odgrywał wujek Książeczka Czekowa w przemysłowo-politycznym konglomeracie zarządzanym przez rodzinę Fanów? Posłańca? Służącego? Mędrca? Kai nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.

Pieniądze jednak zawsze trafiały na konto. Tego samego dnia wieczorem planował pojechać pociągiem do Londynu. Miał klucze do mieszkania w dzielnicy Kensington i kluczyki do BMW. Pociągnął kolejny łyk z butelki i zapadł w drzemkę.

Rozdział 4

LONDYN

Patterson nie spała w samolocie i po wylądowaniu czuła się jak na haju. Służbowy samochód miał ją zawieźć bezpośrednio z Heathrow na Vauxhall Cross. Wsiadła do auta, które pomknęło w wiosennym słońcu autostradą M4. Wzięła prysznic w szatni dla personelu, włożyła czarną garsonkę, przepakowała torebkę i zjadła w stołówce jajka na bekonie.

W drodze do gabinetu szefowej zatrzymała się na tarasie, żeby chwilę popatrzeć na połyskującą rzekę i jeszcze raz poukładać sobie w głowie wydarzenia z ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Czuła się wykończona, a podczas spotkania z Hopko trzeba być zwartym i gotowym.

Szefowa już na nią czekała. Przez okno wpadało do pokoju poranne słońce, a na biurku stała filiżanka z parującą kawą.

- Trish - powiedziała, spoglądając znad okularów.

- Val.

Usiadła na sofie, a Hopko wstała z krzesła i obeszła biurko. Patterson ze zdziwieniem zauważyła, że szefowa włożyła skórzaną spódnicę i kozaki.

- Chcę od razu przejść do rzeczy.

- Jestem gotowa - powiedziała Patterson.

- W jakim stanie psychicznym był Keung?

- Wpadł w panikę. Miał przerażenie w oczach.

- Nie był chory? Albo pijany?

- Nie, zachowywał całkowitą trzeźwość umysłu.

- A mężczyźni, którzy przyszli do jego mieszkania? Skąd wiedział, że to ludzie z północy, a nie miejscowe oprychy, które próbują coś na nim wymusić? Na przykład zwrot długu?

- Keung twierdził, że przynajmniej jeden z nich pochodził z kontynentu. Poznał to po akcencie.

- Ale to nie był chiński wywiad?

- Trudno powiedzieć.

- Mieli dla nas wiadomość?

- Dokładnie dla jego guanxi, co zdaniem Keunga oznaczało nas.

- Czy on rżnie głupa? Przecież mogło chodzić o kogoś zupełnie innego.

- To możliwe, ale raczej mało prawdopodobne.

- Dlaczego?

Patterson wzruszyła ramionami.

- Wszystko wskazuje na zawodowców.

- A co z tajemniczą wiadomością?

- Keung powiedział, że zaproponowali mu coś w rodzaju spotkania, na którym miał się wszystkiego dowiedzieć. Tylko tyle udało mi się z niego wydusić. Niestety, musieliśmy się zmywać.

Hopko zamyśliła się.

Patterson wpatrywała się w tę niezwykłą kobietę o śródziemnomorskiej urodzie, zaokrąglonej figurze i małych dłoniach ozdobionych biżuterią ze srebra i jadeitu. Valentina Hopko niedawno awansowała na stanowisko dyrektora do spraw półkuli zachodniej i Dalekiego Wschodu. Była już po pięćdziesiątce, ale zdaniem Patterson ubierała się, jakby miała kilka lat mniej.

- A kim był ten facet, którego poturbowałaś w windzie?

- Wydaje mi się, że to jeden z nich. Ale czego ode mnie chciał? Nie mam pojęcia.

- Może należało go zapytać?

Patterson milczała.

- Naprawdę cieszę się, że jesteśmy po tej samej stronie, Trish - oznajmiła Hopko.

Ale ty nigdy nie byłaś na tyle głupia, żeby dać się zamknąć w windzie z agentem konkurencji, pomyślała Patterson.

- Masz jakieś wiadomości od Przechyłki?

Hopko wróciła za biurko i usiadła na krześle.

Ona coś wie, przemknęło Patterson przez myśl.

- Nic dobrego - odpowiedziała szefowa i odczekała chwilę dla lepszego efektu. - Wpadł pod pociąg. Zaraz po spotkaniu.

Patterson poczuła, jak kurczy się jej żołądek, a do krwi napływa adrenalina.

- Policja twierdzi, że to samobójstwo - kontynuowała, bacznie przyglądając się swojej podwładnej.

Patterson wykrzywiła usta, ale nic nie odpowiedziała.

- Będziemy musieli przeprowadzić wewnętrzne śledztwo. Zwołano posiedzenie zarządu. W przyszłym tygodniu zostaniesz wezwana na rozmowę. Musisz przygotować szczegółowy raport ze spotkania. Zrobisz to teraz, a potem wrócisz do domu i nigdzie nie będziesz się ruszać.

- Jestem zawieszona?

- Na to wygląda.

Zamrugała nerwowo i otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie.

Hopko zdjęła okulary i nachyliła się do przodu.

- Zginął nasz agent i musimy się dowiedzieć, jak do tego doszło. Napisz raport i idź do domu.

Patterson wstała i skierowała się do drzwi.

- Trish, poczekaj.

Zatrzymała się w pół kroku.

- Jeśli jakiś pracownik chińskiego wywiadu chce przekazać nam wiadomość, dlaczego nie skorzysta ze standardowych kanałów? Zarówno w Pekinie, jak i w Hongkongu działają przecież nasi jawni agenci. Są też oficerowie łącznikowi.

- Ponieważ - powiedziała powoli Patterson - ten ktoś pragnie się z nami skontaktować, unikając standardowych kanałów.

- Muszę przyznać, że jestem tym zaintrygowana.

* * *

Patterson wróciła na Archway taksówką. Wzięła ze sobą torbę podróżną i taszczyła ją teraz po schodach prowadzących do mieszkania. W środku wszystko wyglądało tak jak przed jej pospiesznym wyjazdem: zasłane w pośpiechu łóżko i pozamykane szuflady. Sprawdziła, czy ktoś nie majstrował przy sejfie zamontowanym w szafie. Otworzyła okna, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza i popołudniowego słońca. Chciała też przerwać panującą w mieszkaniu ciszę. Pokój wypełnił się odgłosami miasta: szumem samochodów i dudnieniem kroków na chodniku. Gdzieś w okolicy jakieś dziecko ćwiczyło na pianinie skalę durową.

Doktor Keung wpadł pod pociąg.

Usiadła na łóżku i zdjęła buty. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby ta wiadomość w pełni do niej dotarła.

Keung nie był pierwszym agentem, którego straciła. Pomyślała o młodziutkim Irakijczyku, który pracował dla niej w Nasirii. Jeździł ulicami na motorowerze i zbierał informacje, zatrzymując się w domach wolnych od wpływów rebeliantów. Trochę z nią flirtował. Nazywał ją swoją habashi, Etiopką, czarną kobietą. Pewnego mglistego poranka znaleźli jego ciało na wysypisku śmieci, nad którym krążyło stado wron.

Była jeszcze kobieta w Helmand, która zmywała cynowe naczynia obok przydrożnej kawiarni i zerkając zza burki, zapamiętywała twarze oraz tablice rejestracyjne. Potem dzwoniła do Patterson, która miała już wtedy stopień kapitana, i o wszystkim jej opowiadała. Zupełnie nieoczekiwanie kobieta zniknęła, a gdy pewnego zimowego wieczoru Patterson odwiedziła kawiarnię, zastała zamknięte okiennice i drzwi zabezpieczone łańcuchem.

Zakończenia tych wszystkich historii, pomyślała, były zupełnie bezsensowne.

Przebrała się w spodenki i T-shirt i nalała sobie kieliszek cabernet. Duży kieliszek. Jeszcze raz zasłała łóżko, tym razem starannie, i ułożyła ubrania, tak żeby dało się zamknąć szufladę. Odkurzyła mieszkanie i starła wilgotną szmatką kurz z parapetów. Na koniec wyszorowała blaty w kuchni.

Śmierć Przechyłki to wcale nie koniec, pomyślała. To dopiero początek.

* * *

Przez następne dni czytała, zamartwiała się i oglądała na komputerze chińskie filmy. Na przykład nakręcony z wielkim rozmachem, krwawy, epicki dramat o wojnie i rewolucji oraz kameralną opowieść o miłości i śmierci, która rozgrywała się w małej wiosce znikającej pod żółtym pyłem przywiewanym z pustyni Gobi. Oba filmy bardzo jej się podobały i starała się zrozumieć mandaryńskie dialogi bez patrzenia na napisy. Biegała po parku Hampstead Heath i robiła zakupy w supermarkecie. Wieczorami odgrzewała mrożone dania, najczęściej enchilladas albo kurczaka zapiekanego w cieście, i gapiąc się w telewizor, jadła potrawy prosto z tacki. Z nikim nie rozmawiała z wyjątkiem sąsiada z dołu. Nazywał się Damian i czasami wyciągał ją na drinka. Ubierał się w obcisłe dżinsy i sportowe buty za kostkę. W ciepłe popołudnia chodzili do pubu na Highgate Hill i rozmawiali o piłce nożnej czy reality shows. Damian pracował w branży reklamowej i był dumny ze swoich plebejskich gustów. Zamawiał piwo i chipsy, a potem wypytywał ją o szczegóły pracy w administracji Biura Spraw Zagranicznych. Najbardziej ciekawiły go miejsca, które odwiedzała w ramach podróży służbowych. Znali się dość dobrze i w pewnym momencie zorientował się, że coś się nie zgadza. Próbował ją wybadać, ale zawsze udzielała mu ogólnikowych odpowiedzi i starała się, żeby to na nim spoczywał ciężar rozmowy. Potem wracali razem do domu i życzyli sobie dobrej nocy.

Wreszcie nadszedł sądny poniedziałek. Włożyła czarną garsonkę i buty na płaskich obcasach, a włosy upięła w ciasny kok. Taką fryzurę nosiła jeszcze w wojsku; łatwo ją było schować pod beretem. Do biura w VX przyjechała wcześnie. Usiadła w swoim boksie, piła kawę i starała się wprowadzić w odpowiedni nastrój. Zarząd miał się zebrać o wpół do dziesiątej. Została zaprowadzona do sali konferencyjnej na piątym piętrze i stanęła twarzą w twarz z Mobbsem, dyrektorem Sekcji Rozliczeń i Realizacji Zadań. Miał na sobie ciemny garnitur i niemal frywolny, kolorowy krawat, który kontrastował z jego lisią twarzą, orlim nosem, głęboko osadzonymi oczami i otaczającą go aurą bezwzględności. Obok niego siedziała Hopko w różowej apaszce, srebrnych obręczach w uszach i z burzą loków na głowie. Wyglądała naprawdę kusząco. Spojrzała na Patterson, zmarszczyła nos, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Ostatnim uczestnikiem spotkania była Mika Bastable z działu HR, znana w firmie jako Pani Upierdliwa: stosunkowo młoda, wysoka i dobrze zbudowana kobieta. Wcześniej pracowała w korporacji. Na pierwszy rzut oka widać, że przywiązuje dużą wagę do szczegółów: subtelnie rozjaśnione włosy, błyszczyk i manikiur. Wyglądała bardzo elegancko i Patterson poczuła się przy niej zaniedbana i mało atrakcyjna.

- Przeczytaliśmy raport - powiedział Mobbs, stukając palcem w leżącą przed nim teczkę. Patterson skinęła głową i wyprostowała się na krześle.

- To było pani pierwsze spotkanie z Przechyłką?

- Tak.

- Czy była pani należycie przygotowana?

- Najlepiej jak to możliwe, biorąc pod uwagę okoliczności.

- To nie to samo, co bycie należycie przygotowanym?

- Byłam należycie przygotowana.

- Czy poinformowała pani Przechyłkę o procedurze awaryjnej, na wypadek gdyby spotkanie zostało przerwane?

- Tak.

- Dlaczego w takim razie ją złamał?

- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Po prostu tego nie wiem.

Mobbs otworzył teczkę i zaczął przeglądać dokumenty.

- Wyszedł z mieszkania cały i zdrowy. Znalazł windy, zjechał na stację MTR, ale trafił na niewłaściwy peron. Nasi ludzie nie byli w stanie go znaleźć. Czemu, do diaska, to zrobił?

- Nie wiem.

- A może się pani pomyliła?

- To wykluczone. Kazałam mu wsiąść do pociągu jadącego w kierunku Admirality. Nie popełniłam błędu.

- Tak, tylko że Przechyłka nie żyje. Policja twierdzi, że rzucił się na tory. Czy to możliwe?

- Wpadł w panikę. Miał strach w oczach. Powiedział mi, że jest spalony. Wyobrażam sobie, że mógł posunąć się do... tak drastycznego kroku.

Mobbs bacznie się jej przyglądał.

- Na miłość boską, dlaczego go pani nie uspokoiła i nie zapewniła o naszym wsparciu? Naprawdę wyszedł ze spotkania w gorszym stanie, niż na nie przyszedł? Przecież my nie działamy w ten sposób. Nasi agenci nie uciekają od nas w panice.

Patterson przełknęła ślinę i głęboko odetchnęła. Nie daj się ponieść emocjom, pomyślała.

- Starałam się go uspokoić i sprawdzić, czy rzeczywiście jest spalony, jednak odebrałam sygnał alarmowy i musieliśmy się ewakuować.

- Moim zdaniem straciła pani kontrolę nad sytuacją. Przechyłka pani nie słuchał.

- Nieprawda. W decydującym momencie spotkanie zostało przerwane i zaczęłam wdrażać procedurę bezpieczeństwa.

- Cóż, mamy trupa, więc chyba racja jest po mojej stronie.

- To nie w porządku - wtrąciła się Hopko. - Przechyłka znał procedurę i sam zdecydował, że zrobi wszystko po swojemu. Czasami zdarza się, że agenci podejmują idiotyczne decyzje. Całkowicie z własnej woli.

W sali zaległa cisza. Mobbs najwyraźniej zastanawiał się, jak powinien zareagować. W końcu przed chwilą został pouczony przez swoją podwładną.

Głos zabrała Bastable z działu HR.

- Staramy się wspólnie ustalić... - przewróciła kartkę i efektownie zawiesiła głos - czy podczas spotkania nie popełniła pani poważnych błędów oraz, co za tym idzie, czy jest pani nadal zdolna do wypełniania swojej dotychczasowej roli w prowadzonych przez nas operacjach.

Zdolna?

- Niestety, nie da się ukryć, że nie po raz pierwszy przyczyniła się pani do... Jak by to określić?

- Klapy - wtrąciła Hopko.

Patterson postanowiła milczeć.

- Można to tak określić - powiedziała Bastable. - Operacja "Kamienny Krąg". To było w zeszłym roku. - Pośliniła palec i przewróciła następną kartkę. Robi to z takim namaszczeniem, żeby dodać sobie powagi, pomyślała Patterson. - Według tych dokumentów zaplanowała pani niezwykle ryzykowną operację kryzysową mającą na celu wyprowadzenie z Chin dwóch naszych agentów. Jeśli dobrze pamiętam, nie do końca się to wszystko udało.

- Dochodzenie nie wykazało żadnych uchybień.

- Działała pani bez upoważnienia centrali i niezbędnych pozwoleń.

- Mimo to uznano, że moje działania były... usprawiedliwione.

- Zostawmy na boku dochodzenie. Co się tak naprawdę stało?

- Jeśli to konieczne, mogę o wszystkim opowiedzieć. Kamienny Krąg to operacja szpiegowska, dzięki której udało nam się uzyskać dostęp do tajnych chińskich sieci komputerowych. Naszym informatorem był Chińczyk, a rolę kuriera i pośrednika odgrywał brytyjski dziennikarz. Obaj robili wszystko, o co ich prosiliśmy. To była prawdziwa żyła złota. Niestety, w pewnym momencie jakiś kretyn pracujący w tym budynku na siódmym piętrze postanowił przekazać kontrolę nad operacją podmiotowi zewnętrznemu, czyli prywatnej firmie. Wszystko szlag trafił. Proszę przeczytać raport. - Do głowy Patterson napłynęły wspomnienia. Siedziała sama w Pionie P i widziała na monitorze, jak jej agent ratuje się ucieczką, a całe przedsięwzięcie bierze w łeb. Przypomniała sobie śmiertelnie przerażony głos Mangana w słuchawce i twarz sprytnego, bezwzględnego skurczybyka, wokół którego wszystko się kręciło. Mówili na niego Fistaszek. Co się z nim mogło stać? Gdzie się teraz podziewał?

Hopko patrzyła na nią, jakby chciała powiedzieć: "Znowu to samo". Pani Upierdliwa zrobiła się za to czerwona.

- Zginęli ludzie - oznajmiła.

- Tak to już jest.

- W operację zaangażowana była jeszcze jakaś dziewczyna, prawda? Co się z nią stało?

- Ting. Była asystentką dziennikarza w Pekinie. Mieli romans. Została aresztowana.

- Urocza historia. - Bastable założyła za ucho kosmyk jasnych włosów i uśmiechnęła się znacząco do Patterson. - Jest pani niczym Tyfusowa Mary branży szpiegowskiej. W cokolwiek się pani zaangażuje, ludzie padają jak muchy albo kończą na Łubiance lub w jej chińskim odpowiedniku. - Spojrzała na Mobbsa.

Szuka aprobaty, pomyślała Patterson. Jednak dyrektor rozliczeń i realizacji zadań wytrwale przeglądał dokumenty, a Hopko gapiła się w sufit.

- Muszę przyznać - kontynuowała Bastable - że kontrolerzy byli pani niezwykle przychylni i potraktowali te wpadki ulgowo. Czuję się jednak w obowiązku zapytać, czy pani, hm... pochodzenie pozwala na należyte wypełnianie dotychczasowej funkcji w prowadzonych przez nas operacjach.

No proszę, pomyślała Patterson. Doczekałam się. Pochodzenie.

Hopko odchyliła się na krześle i przymknęła oczy. Czy ona przypadkiem się nie uśmiechnęła? - przemknęło agentce przez myśl.

- Tak więc? - ponagliła ją Bastable.

- Nie jestem pewna, o co pani pyta.

W oczach Pani Upierdliwej pojawiła się irytacja.

- Dobrze, w takim razie nie będę owijała w bawełnę. Wydaje mi się, że jest pani zbyt impulsywna i ma problemy z właściwą oceną sytuacji. Dowodem jest fiasko operacji Kamienny Krąg i śmierć Przechyłki. Proszę mnie przekonać, dlaczego powinna pani nadal pełnić swoją funkcję.

Patterson zmieniła pozycję na krześle, ale pierwszy odezwał się Mobbs.

- Z ciekawości, co się stało z dziennikarzem, który odgrywał w tej operacji rolę agenta pierwszego kontaktu? Jak on się nazywał?

- Philip Mangan - podpowiedziała Hopko.

- Zgadza się, Mangan. To był, jeśli dobrze pamiętam, całkiem łebski gość.

Bastable patrzyła na niego lodowatym wzrokiem.

- Zadekował się we wschodniej Afryce - powiedziała Hopko. - W tym i następnym życiu musi trzymać gębę na kłódkę.

Mobbs zamknął teczkę, położył ręce na stole i zwrócił się bezpośrednio do Patterson takim tonem, jakby uważał sprawę za zamkniętą.

- W porządku. Ponieważ cieszy się pani zaufaniem szefa Wydziału Kontroli, nadal będzie pani pełnić funkcję operacyjną. W przyszłości chciałbym jednak otrzymywać raporty, które udowodnią, że to zaufanie jest zasłużone.

Hopko słuchała go, kiwając głową. Do twarzy miała przyklejony pełen uwielbienia uśmiech, który Patterson już dawno temu nauczyła się poprawnie interpretować. Ten grymas oznaczał mniej więcej: "Ty nieszczera, zarozumiała wydmuszko człowieka".

Na koniec Mobbs zwrócił się do Bastable teatralnym szeptem:

- Na miłość boską, proszę więcej nie mówić o pochodzeniu. Inaczej ktoś poda nas do sądu.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji