~3: Rewolucja~
Ocean był spokojny jak na tę porę dnia. Łodzie rybackie dryfowały w oddali, a powietrze miało ten szczególny zapach soli i ziół, który można znaleźć tylko w południowych portach. Na drewnianej ławce, z aparatem zawieszonym na szyi i nieco potarganymi, ciemnymi lokami, siedział chłopak o śniadej skórze, ciemnych oczach i zadziornym uśmiechu.
Alex.
Od tygodnia planował tę podróż. Wyspa - zielony klejnot oceanu, piękna, bujna, dzika przyroda. Ostatnio spustoszona przez dziwne pożary - nie dawała mu spokoju. Coś w niej było. Coś znacznie, znacznie więcej niż tylko popiół i lasy.
Poprawił plecak i zerknął na telefon, gdzie przewijał lokalny artykuł o wyspie.
"Tajemnicze pożary. Nieznane przyczyny. Roślinność regeneruje się, ale mieszkańcy milczą".
- No dobra, zobaczymy, co się tam dzieje. - mruknął sam do siebie i podniósł się, ruszając wreszcie w stronę pomostu.
Łódź, którą wynajął, była niewielka, ale szybka. Siermiężny kapitan w słomkowym kapeluszu uśmiechnął się do niego bezzębnie.
- Młody, na wyspę?
- Tak. Mam sprzęt, aparat, notatki. Jestem dziennikarzem przyrodniczym. Chcę tylko porobić zdjęcia i zebrać więcej materiału do artykułu. Nic więcej.
- Historia cię znajdzie sama, jeśli się nie obejrzysz, mówią miejscowi - mruknął kapitan, odpływając od brzegu.
Wyspa przywitała go dzieciakami.
Zanim jeszcze stanął na pomoście, zdołał już usłyszeć śmiechy i tupot bosej gromadki. Chłopcy i dziewczynki biegali po piachu i deskach, niektórzy, sprzedając plecione bransoletki, inni, próbując zaglądać mu do plecaka.
- O! Pan z aparatem! - zawołała jedna z dziewczynek, taka blondyneczka z dwoma kucykami. - Zrobi nam pan zdjęcie?
- Jak się uśmiechniecie szeroko, to pewnie! - Alex szybko wyjął aparat, cyknął kilka zdjęć. - Będziecie sławni!
- Już jesteśmy! - odparła inna, lekko ruda, w kombinezonie. - Nasza wyspa była w telewizji, wie pan? Bo się paliła.