Wojna z polowaniem na mamuta - Jack London

Kup ebooka

5.49 zł
4.50 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Pogląd na niemożliwości i nieprawdopodobieństwa mam nieco odmienny od państwa. Wierzę w nieprawdopodobieństwa, które stają się prawdą. Wcale się nie dziwię, gdy to, co wydawało się niemożliwem, ziściło się, jako możliwość jasna, jak słońce. Wogóle nie dziwię się, a raczej dziwię się bardzo rzadko, ale wtedy zdziwienie moje graniczy z przerażeniem. Czuję wtedy, że ogarnia mnie całego od cebulek włosów do paznogci u nóg zdziwienie twarde, stężone, zapychające mi gardło tak, że mi oddychać i mówić trudno. Dziwię się raz na pięć, sześć lat, a przytem - to ciekawe - po pięć, sześć razy w dniu, w którym skłonny jestem do dziwienia się. Jest to jakiś chorobliwy atak dziwienia się z lada błahego powodu. Chciałbym jeszcze zaznać kiedy w życiu uczucia strachu i bólu głowy, szczególniej tego ostatniego, o którym wspominają mi często moi znajomi, a nawet własna żona. Nie wiem, co to jest strach i ból głowy. Żona powiedziała mi, iż to dlatego prawdopodobnie, że nie mam głowy. Zła była, że jej powiedzenie wziąłem na serjo. Cóż robić? Wierzę w nieprawdopodobieństwa, nie dziwię się i nie boję, więc uwierzyłem, że nie mam głowy, która mnie z tego powodu nie boli. Inny na moim miejscu zdziwiłby się, nie dał wiary albo nawet że przeraził się. Niedawno jeden z naszych uczonych mężów, oddający się wyłącznie nauce - człowiek cichy o głośnem nazwisku - opowiadał mi, że widział na seansie spirytystycznym objaw rozdwojenia się. Pewien gość siedział sobie wygodnie na fotelu, a vis a vis siedział jego sobowtór na takim samym fotelu. Zauważono przytem, że sobowtór bał się bardziej od rozdwojonego gościa, który spokojnie przypatrywał się sobie samemu, a nawet zdobywał się względem siebie na krytyczne uwagi. Mąż uczony opowiedział dalej, że wszyscy uczestnicy seansu byli przerażeni, dziwili się niepomiernie i pogodzili się z tem, że nieprawdopodobieństwo dzielenia się człowieka ziściło się w ich obecności. Sam zaś uczony uwierzył w to, co uważał dotąd za niemożliwość: w rozdwajanie się fotelu, a więc materji nieżywej, bo co do materyj żywych - to po licznych doświadczeniach naukowych nie miał żadnych wątpliwości. Ale co było najzabawniejsze, to to właśnie, że uczony szczerze się zdziwił, iż ja bez odpowiedniego przygotowania naukowego pogodziłem się z możliwością rozłupywania się jednego fotelu na dwa. Musiałem mu wytłomaczyć, iż: 1) od wczesnej młodości wierzę w niemożliwości, a 2) czy będę wierzył czy nie - wiem z pewnością, że fotelowi wcale nie zależy na mojej opinji. Muszę tutaj dodać, że moja wiara w możliwe nieprawdopodobieństwa nie jest bierna, lecz czynna, a chcę przez to powiedzieć, iż tkwi we mnie coś takiego, co mnie zmusza w ten, czy inny sposób wplątywać się w historje nieprawdopodobne, których przeżywanie nie sprawia mi jakiejś specjalnej rozkoszy lub przyjemności, lecz które mnie ciągną, jak magnes opiłki, bursztyn kawałeczki papieru, lampa - ćmy. Łatwo sobie wyobrazić, że z tego powodu nie mam wśród ludzi ustalonej opinji. Różni - różnie o mnie mówią. Ci, co są o mnie neutralnego lub nieprzyjaznego zdania, nie zdają sobie sprawy z jednej rzeczy, z tej mianowicie, że nie wszystkie istoty ludzkie mogą uniknąć w życiu cech i wad, zgoła od nich niezależnych. Zdarza się przecież, że jednego napada pasja szewcka, drugiego febra lub hiszpanka, innego znów napada bandyta, a mnie: chęć nieprzeparta pogrążenia się aż po same uszy w niemożliwość. Jak koń wilka, mysz słoninkę, tak ja już zdaleka wietrzę realizujące się nieprawdopodobieństwo, w którem muszę koniecznie umaczać palec. Dziś, gdy się ożeniłem, ustatkowałem, gdy bądź co bądź mam lat trzydzieści z okładem, jest ze mną znacznie lepiej, niż bywało dawniej. Dziś czekam na niemożliwości, by mi się zaczęły same narzucać, drażnić mnie, - ale dawniej... Dawniej, tuż przed wybuchem wojny nawet - szukałem nieprawdopodobieństw, goniłem za niemi w cierpieniach dusznych, miesiącami całemi nie znajdując ukojenia. Mając lat czternaście uciekłem z domu do Ameryki. Czy była to zwykła dziecinnada? Nie! Nie było w tem wcale - jak się domyślacie państwo - przyczyn, uchodzących dziś już za szablonowe. Przedewszystkiem ja nie uciekałem, lecz uciekłem do Ameryki. Nie czytałem powieści podróżniczych, awanturniczych przygód z czerwonoskórymi. To wszystko odczytuję dopiero teraz, bo znając na wylot kraje i okolice, o których brednie niesłychane plotą autorowie książek dla młodzieży, lubię te obrazki. W czwartej klasie gimnazjalnej czytywałem Wyspiańskiego, Żeromskiego i Przybyszewskiego. Przypominam sobie, jak jeden z moich nauczycieli i polonista do tego, bardzo był zirytowany tą moją lekturą. Powiedział mi, że aby poznać Przybyszewskiego trzeba, "smarkaczu, umieć myśleć filozoficznie". Ta, może i słuszna uwaga (nie znam się na literaturze pięknej), nic nie pomogła, bo wydała mi się bez sensu i do dziś dnia jej nie rozumiem. Znam człowieka, który chełpi się tem, że poznał Przybyszewskiego, a niema pojęcia o filozofji i jest zawodowym urzędnikiem pocztowym w Poznaniu. A uciekłem do Ameryki w sposób szablonowy - to prawda. Ukradłem ojcu trochę pieniędzy i już bez szeląga znalazłem się w porcie hamburskim na okręcie "Indiana" pomiędzy beczkami rumu, śledzi, pakami serów szwajcarskich i wogóle pomiędzy woniejącemi beczkami i pakami. Płakałem tam z głodu, dusiłem się z powodu zaduchu, lecz nie mogłem uciec z powrotem na ląd, bo już byłem na pełnem morzu. Własnemi rozszerzonemi oczami, przyzwyczajonemi do ciemności, z dziwnem uczuciem, z którego nie umiałem sobie zdać sprawy, patrzyłem na żywe nieprawdopodobieństwo: oto zażywne myszy, tłuste szczury, wypasione koty, postarzałe w służbie okrętowej, waliły się pokotem, zmożone chorobą morską, - podczas, gdy ja, co po raz pierwszy znalazłem się na głębszej wodzie, byłem zdrów, jak ryba. Czy państwo myślicie, że - jak to zawsze bywało z chłopcami w mojej sytuacji - głód przemógł we mnie strach i wyszedłem na pokład, gdzie mnie odrazu dojrzał ostry wzrok kapitana? Czy sądzicie, że mnie chwycił mocno za ucho, obiecał cisnąć za nogi do morza i że rzuciłem mu się do stóp, błagając o życie? Czy sądzicie, że surowy kapitan, równie odważny, jak szlachetny, zamiast spełnić wyrok groźny - kazał mi być kuchcikiem, czy też posługaczem palacza okrętowego? Nic podobnego! W ciągu miesiąca podróży nie byłem na pokładzie, nie widziałem nietylko żadnego kapitana, ale wogóle światła dziennego. Nawet człowiek, który mi umożliwił podróż, był synem rasy czarnej. Żyłem w ciemności, jak sowa. Wyda się to wam niemożliwem, a przecież nikomu prócz mnie nie zdarzyło się takie realne i szczęśliwe zarazem nieprawdopodobieństwo. Jak to zawsze bywa na okrętach, zakradł się wyjątkowo ciemnej nocy czarny murzyn do beczek z rumem. Straszne to pijaki te murzyny i nie w tem należy widzieć niemożliwość, że murzynowi okrętowemu zachciało się rumu, ale owszem w tem, że się takiego pasażera nie przeraziłem, jakkolwiek po raz pierwszy w swem niedługiem życiu ujrzałem murzyna i to w nocy wyjątkowo ciemnej. Nie tylko, że się nie przestraszyłem, choć mógł przecież zdradzić mą kryjówkę, lecz steroryzowałem go. Gdy klęknął obok jednej z beczek i przewiercił w niej świderkiem zgrzytliwym dziurkę i gdy ciągle klęcząc, oparł się rękoma na ziemi, by móc wygodniej pić, wskoczyłem na murzyna i siedząc na nim okrakiem, biłem go, wołając po cichu: - A ty, złodzieju! Jeszcze i dziś śmiać mi się chce, gdy sobie przypomnę tę scenę i wyraz gęby murzyna, choć tyle lat przecież minęło. Porozumieliśmy się odrazu. Byłem panem sytuacji. Murzyn obiecał mnie karmić i wogóle dbać o moje wygody, a ja - nie przeszkadzałem mu w jego brzydkiem rzemiośle. Zaprzyjaźniliśmy się nawet i do chwili rozstania się naszego murzyn nie wiedział, że kryłem w swym sercu zdradę, do której ujawnienia na szczęście nic mnie nie zmusiło. Liczyłem się z tem, że mógł nas obydwóch przyłapać ktoś głęboko pod pokładem. Na taką chwilę miałem plan ukartowany. Siadłbym okrakiem na murzyna, biłbym go i wołał, ale w niebogłosy: - A ty złodzieju! Zdobyłbym sobie łaskę kapitana za wykrycie złodziejstwa i tępienie pijaństwa, a murzyn... o! murzyn miałby się wtedy zpyszna! Dojechałem szczęśliwie do Ameryki, do kraju, dokąd mnie, młodego chłopca, pchnęło nieprzezwyciężone niczem, bo ani głosem rozsądku, ani wołaniem serca, tęskniącego za domem i ojczyzną, pragnienie stykania się zbliska, oko w oko z możliwemi nieprawdopodobieństwami. Nie będę państwu opowiadał, co za nawałnica niemożliwości rozbijała się o mnie w tej Ameryce, jakie nieprawdopodobieństwa, wyszukiwane po całym Nowym Świecie, koiły me serce niespokojne, gdy się ziszczały, przy mnie, koło mnie, nademną i jeszcze trochę obok. Wolę, spostrzegłszy się, że trochę odbiegłem od tematu, wrócić do tego, od czego zacząłem i postawić sprawę jako znawca, jako tak bardzo poszukiwany obecnie fachowiec, na gruncie naukowym. RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.