Rozdział I. W przeddzień wojny
Rozdział I
W przeddzień wojny
Nikt nie uwierzyłby pod koniec wieku XIX, że sprawy ludzkie były
przedmiotem obserwacji uważnej i wytrwałej istot inteligentniejszych od
człowieka, aczkolwiek, tak jak on, śmiertelnych; że podczas gdy ludzi
zajmowały kłopoty własne, śledzono ich i studiowano, kto wie, czy nie
tak samo skrzętnie, jak człowiek śledzi i studiuje przy pomocy
mikroskopu twory dziwaczne, rojące się i rozmnażające w kropli wody.
Niezmiernie zadowoleni z siebie kręcili się ludziska po kuli ziemskiej,
pilnując spraw małostkowych, pogodni, przejęci bowiem pewnością, że
panują nad materią. Być może, iż wymoczki obserwowane pod mikroskopem
myślą tak samo. I nikomu na myśl nie przyszło, że krążące w przestworzu
światy starsze mogą być źródłem niebezpieczeństwa dla nas, a jeżeli
myślano o nich, to tylko dlatego, aby zwalczać ideę istnienia tam życia,
jako niemożebną i nieprawdopodobną.
Warto przypomnieć kilka przyzwyczajeń myślowych z czasów owych
minionych. I tak ludzie ziemscy wyobrażali sobie, że co najwyżej Mars
może być zamieszkiwany przez istoty ludzkie, zapewne gatunku niższego i gotowe powitać radośnie wszelką próbę rozpoczęcia wśród nich pracy
misyjnej. Tymczasem, poprzez otchłań przestrzeni, umysły będące w stosunku do nas takimi, jak nasze w stosunku do umysłów bydlęcych;
inteligencje ogromne, zimne i niesympatyczne spoglądały na ziemię naszą
oczyma zazdrości, przygotowywały wolno lecz pewnie plany jej zaboru i oto na początku wieku XX nastąpiło wielkie rozczarowanie rodzaju
ludzkiego.
Zbyteczne jest niemal przypominanie czytelnikowi, że planeta Mars krąży
dokoła Słońca przeciętnie w odległości dwustu dwudziestu ośmiu milionów
kilometrów oraz że otrzymuje od niego zaledwie połowę tego światła i ciepła, jakie dochodzą do naszego świata. Jeżeli hipoteza o mgławicach
zawiera w sobie prawdę, to Mars musi być starszy od Ziemi i życie na
powierzchni jego rozpoczęło się już wówczas, gdy świat nasz znajdował
się jeszcze w stanie płynnym. To zaś, że Mars posiada objętość siedem
razy mniejszą od Ziemi, przyspieszyło ochłodzenie się jego do stopnia,
przy którym życie może się rozpocząć. Posiada przy tym powietrze i wodę
oraz wszystko, czego potrzeba dla bytu istot ożywionych.
Pomimo to człowiek jest tak zarozumiały i tak zaślepiony pod wpływem
zarozumiałości, że pod sam koniec XIX stulecia nie znalazł się pisarz,
który by wyraził przypuszczenie, iż życie intelektualne może się
rozwijać tam lub w ogóle poza obrębem atmosfery ziemskiej. Nie rozumiano
również tego, że Mars, będąc starszym od Ziemi, posiadając powierzchnię
równą zaledwie jednej czwartej jej powierzchni oraz znajdując się w większym oddaleniu od Słońca - musi posiadać warunki nie tylko
opóźniające rozwój życia, ale także przyspieszające jego koniec.
Proces ochładzania się ciała planety, który i naszej Ziemi da się kiedyś
uczuć dotkliwie, posunął się już znacznie naprzód u naszego sąsiada. Co
prawda warunki jego fizyczne są dla nas jeszcze tajemnicą, to jednak
wiemy już obecnie, że nawet w okolicach jego podzwrotnikowych,
temperatura południa nie o wiele przewyższa temperaturę naszych jasnych
dni zimowych. Poza tym powietrze Marsa jest bardziej rozrzedzone niż
nasze, oceany jego skurczyły się tak, że zajmują zaledwie jedną trzecią
powierzchni planety, a przy nadejściu lata, olbrzymie śniegi zebrane u jego biegunów podczas zimy, roztapiają się, zalewając strefy
umiarkowane. Ostatni stopień wyczerpania, tak niezmiernie jeszcze od nas
daleki, stał się zagadnieniem dnia dla mieszkańców Marsa. Nacisk
nieubłaganej konieczności rozszerzył zakres ich inteligencji i siły, a jednocześnie znieczulił serca. Gdy zaś spoglądają w przestrzeń przy
pomocy przyrządów i inteligencji takich, o jakich nam zaledwie marzyć
wolno, to oczom ich przedstawia się w najbliższym sąsiedztwie, bo tylko
o pięćdziesiąt sześć milionów kilometrów w kierunku Słońca, wspaniała
jutrzenka nadziei: Ziemia nasza, okryta zielenią roślinności, wielkimi
szarymi płatami wody, cieplejsza i o atmosferze mglistej - wymownym
dowodzie żyzności - oraz z widokiem, w przerwach pomiędzy chmurami, na
wielkie przestrzenie zaludnione i morza okryte okrętami.
Co się tyczy nas, ludzi, to musimy być dla nich istotami tak obcymi i niskimi, jak dla nas są małpy lub lemury. Intelektualizm ludzki
przyznaje już to, że życie jest nieustanną walką o byt. Zdaje się, że to
samo myślą i Marsjanie. Ich świat oziębił się już mocno, gdy tymczasem
nasz jest pełen życia, ale zaludniony, ich zdaniem, przez istoty będące
zwierzętami stojącymi na bardzo niskim stopniu rozwoju. Stoczyć zatem
walkę z tym światem, jaśniejącym w kierunku Słońca, byłoby dla nich
jedynym sposobem uniknięcia zagłady, która zbliża się coraz szybciej z każdym nowym pokoleniem
Zanim więc osądzimy ich zbyt surowo, to przypomnijmy sobie bezwzględne i zupełne zniszczenie wyrządzone przez człowieka, nie tylko wśród
zwierząt, jak bizon lub ptak dront, lecz wśród istot sobie podobnych,
ale - zdaniem jego - należących do rasy niższej. Wszak Tasmańczycy byli
także ludźmi, a jednak wypleniono ich doszczętnie podczas walki
prowadzonej przeciwko nim przez emigrantów europejskich i to w przeciągu
zaledwie lat pięćdziesięciu! Czyż jesteśmy istotnie takimi apostołami
miłosierdzia, że mielibyśmy prawo narzekać, gdyby Marsjanie postąpili z nami w taki sam sposób?
Jak się zdaje, Marsjanie obliczyli najazd swój na Ziemię z dokładnością
wprost zadziwiającą - wiedza ich matematyczna przewyższa najwidoczniej o wiele naszą - i przygotowali się do niego z jednomyślnością niemal
doskonałą. Gdyby przyrządy nasze pozwoliły na to, to już daleko wstecz,
w wieku XIX, moglibyśmy zauważyć grożące nam niebezpieczeństwo. Mężowie,
jak Schiaparelli, badali ową czerwoną planetę - przy sposobności warto
przytoczyć dziwny zbieg okoliczności, że już od niepamiętnych czasów
uważano ją za gwiazdę wojny - nie mogli jednak wytłumaczyć sobie
zmienności linii widocznych na Marsie, a które tak dokładnie oznaczali
na jego mapach geograficznych. Przez cały ten czas Marsjanie
przygotowywali się do czynu.
W czasie opozycji 1894 roku zauważyło najpierw obserwatorium Licka, a następnie Perrotin w Nicei, olbrzymie światło na oświetlonej przez
słońce półkuli planety. Publiczność angielska dowiedziała, się o nim za
pośrednictwem czasopisma przyrodniczego "Nature" dnia 2 sierpnia tego
roku. Jestem usposobiony do przypuszczenia, że zjawisko powyższe
towarzyszyło odlewaniu w ogromnej studni, wykopanej przez Marsjan,
potwornego działa, z którego miano wyrzucać pociski na naszą planetę.
Podczas następnych dwóch opozycji zauważono mniej więcej w tym samym
miejscu dziwne znaki, dotychczas niewytłumaczone.
Nareszcie, przed sześciu laty, wybuchła nawałnica. Gdy Mars zbliżał się
do opozycji, Lavelle z obserwatorium na wyspie Jawie zaalarmował
telegraficznie wszystkie obserwatoria świata zadziwiającą wiadomością o strasznym wybuchu gazu palnego na tej planecie. Wybuch nastąpił około
północy, spektroskop zaś, którego astronom natychmiast użył, wykazał
masę gazów płonących, a przeważnie wodoru, dążącą z szybkością olbrzymią
w kierunku naszej Ziemi. W kwadrans po dwunastej płomień ten stał się
już niewidoczny. W raporcie swym astronom porównał ów wybuch tak nagły,
a przy tym tak gwałtowny "do gazów płonących, wypadających z działa
podczas strzału".
Zdanie to okazało się później niezwykle trafnym. Niemniej jednak dnia
następnego dzienniki nic o tym zjawisku nie wspomniały. Jeden tylko
"Daily Telegraph" podał krótką notatkę i świat poszedł swoją drogą, nic
nie wiedząc o jednym z największych niebezpieczeństw, jakie kiedykolwiek
zagrażało rasie ludzkiej.
I ja nic nie wiedziałbym o wybuchu, gdyby nie to, że w Ottershaw
spotkałem znanego astronoma Ogilvy'ego. Podniecony był wiadomością o zjawisku do tego stopnia, że w nadmiarze uczuć zaprosił mnie, abym
towarzyszył mu w nocy do obserwatorium i przyjrzał się Marsowi.
Pomimo wszystko, co zaszło od tego czasu, pamiętam dokładnie ową noc z nim spędzoną, czarne i ciche obserwatorium, zasłoniętą latarnię
rzucającą słabe światełko na podłogę w kącie sali, ciągłe cykanie
mechanizmu zegarowego teleskopu, niewielką szparę w kopule: podłużną
przepaść, usianą w poprzek pyłem gwiaździstym. Ogilvy kręcił się po
sali. Był niewidoczny, lecz słyszałem jego kroki. Spojrzawszy w teleskop, ujrzałem koło ciemnego błękitu i posuwającą się pośród niego
małą, okrągłą planetę. Zdawała się tak malutką, jasną, spokojną i drżącą! Drżenie to jednak pochodziło od mechanizmu zegarowego,
nadającego teleskopowi ruch obrotowy.
W miarę jak przypatrywałem się jej bacznie, zdawało mi się, że to zbliża
się ku nam, to oddala. Było to złudzenie, wywołane zmęczeniem oka.
Pięćdziesiąt sześć milionów kilometrów oddzielało ją od nas.
Pięćdziesiąt sześć milionów kilometrów próżni! Jakże mało ludzi zdaje
sobie sprawę z ogromu przestrzeni, wśród których płyną pyłki
wszechświata materialnego!
W pobliżu planety widzialne były trzy maleńkie punkciki świetlne, trzy
niezmiernie odległe gwiazdeczki, poza tym zaś niezgłębiona ciemność
próżni. A niewidzialne dla mnie ze względu na swą małość i odległość,
lecąc szybko i stale przez te przestwory olbrzymie, zbliżając się z każdą minutą o tysiące kilometrów, podążała Rzecz, którą do nas wysłali.
Rzecz, która miała spowodować tyle walki, nieszczęść i śmierci na Ziemi!
Nie marzyłem nawet o niej podczas owej nocy czuwania, bo też nikt na
Ziemi nie spodziewał się jeszcze tego niechybnego pocisku.
Tej samej nocy powtórzył się wybuch gazów na planecie. Widziałem go.
Właśnie chronometr uderzył północ, gdy zjawił się ów błysk czerwony.
Zawołałem Ogilvy'ego. Zajął więc moje miejsce przy teleskopie. Noc była
ciepła. Uczułem pragnienie, poszedłem więc po omacku, przeciągając
zdrętwiałe nogi, ku małemu stolikowi, na którym stał syfon, Ogilvy zaś
wyrażał głośno zdziwienie, obserwując olbrzymi płomień gazu, tryskający
w naszym kierunku.
Nocy tej drugi, niewidzialny pocisk ruszył z Marsa w drogę ku Ziemi.
Ogilvy obserwował do godziny pierwszej po północy, po czym zabraliśmy
latarnię i poszliśmy w stronę jego domu. U stóp wzgórza rozpościerało
się w ciemności Ottershaw i Chertsey i tysiące ludzi spało głęboko w spokoju.
Rozmawialiśmy po drodze o Marsie i astronom drwił z "głupiego"
przypuszczenia, że planeta ta posiada mieszkańców, którzy przesyłają nam
sygnały. Jego zdaniem, przyczyną owego zjawiska świetlnego, które
widzieliśmy, był albo deszcz meteorytów spadających na planetę, albo też
potężny wybuch wulkaniczny. Tłumaczył mi przy tym, jak nieprawdopodobne
jest, aby ewolucja organizmów odbyła się w jeden i ten sam sposób na
dwóch sąsiednich planetach.
- Istnieje jedna zaledwie szansa na milion, aby istoty przypominające w jakikolwiek sposób człowieka istniały na Marsie.
Setki astronomów spostrzegło na Marsie wybuch płomienny tej nocy i następnej, i ogółem w ciągu nocy dziesięciu. Dlaczego wybuchy ustały po
dziesięciu nocach - nikt nie umiał wytłumaczyć. Być może, iż gazy,
wywiązujące się przy każdym wybuchu, stały się dla Marsjan uciążliwe.
Gęste obłoki dymu czy też pyłu, widzialne przez najsilniejsze teleskopy
pod postacią szarych, zmiennych plamek, rozprzestrzeniły się po
atmosferze planety, zaciemniając tak dobrze znane astronomom cechy jej
powierzchni.
Już nawet uwagę prasy codziennej zwróciły te zaburzenia na Marsie.
Pojawiły się najpierw tu i ówdzie, a potem wszędzie, artykuły popularne
dotyczące wulkanów na Marsie. Pamiętam, jak satyryczno-komiczny "Punch"
podał z tego powodu doskonały rysunek, zastosowany do ówczesnej sytuacji
politycznej. A tymczasem niespodziewane przez nikogo pociski, wyrzucane
przez Marsa w naszym kierunku, dążąc obecnie z szybkością wielu
kilometrów na sekundę przez próżne otchłanie przestrzeni, co dzień i co
godzina znajdowały się bliżej i bliżej. Zdaje mi się obecnie po prostu
nie do uwierzenia dziwnym, że pomimo tak prędko mającej nastąpić
katastrofy ludzie zajęci byli drobnostkowymi sprawami swoimi.
Przypominam sobie na przykład, jak Markham radował się z otrzymania dla
pisma obrazkowego, które podówczas redagował, najnowszej fotografii
Marsa. Co do mnie, to zajęty byłem bardzo nauką jazdy na rowerze oraz
pisaniem serii artykułów o rozwoju pojęcia moralności w miarę postępu
świata.
Pewnej nocy (pierwszy pocisk mógł znajdować się wówczas co najwyżej w oddaleniu szesnastu milionów kilometrów od nas) wyszedłem na przechadzkę
z żoną. Noc była gwiaździsta, toteż objaśniałem żonie znaki Zodiaku i pokazałem Marsa: jasny punkcik wznoszący się ku zenitowi, ku któremu
zwracało się w owej chwili tyle teleskopów. Gdy powracaliśmy do domu,
minęła nas, grając i śpiewając, grupa osób z Chertsey lub Islewarth
wracająca z wycieczki. W górnych oknach domków widniały światła. Ludzie
układali się do spoczynku. Z dala od stacji kolejowej dochodził uszu
naszych turkot, słychać było uderzenia złagodzone oddaleniem, uderzenia
metaliczne wekslowanych pociągów. Żona zwróciła mi uwagę na wyrazistość
czerwonych, zielonych i żółtych światełek sygnałów kolejowych,
rozpościerających się siecią na ciemnym tle nieba. Wszystko zdawało się
tak bezpieczne i spokojne!
Rozdział II. Spadająca gwiazda
Rozdział II
Spadająca gwiazda
Nadeszła wreszcie noc, w której pierwsza gwiazda spadła na Ziemię.
Widziano ją nad ranem, szybującą w kierunku wschodnim, ponad
Winchesterem pod postacią linii płomiennej wysoko w atmosferze. Setki
ludzi musiały ją widzieć i wziąć za zwykłą gwiazdę spadającą. Albin
twierdził, że pozostawiała za sobą ślad barwy zielonkawej błyszczący
jeszcze w kilka sekund po jej przejściu. Denning, największa nasza
powaga co do meteorytów, oświadczył, że pojawiła się oczom naszym
dopiero na wysokości stu czterdziestu pięciu do stu sześćdziesięciu
kilometrów od powierzchni Ziemi oraz że upadła o jakieś sto pięćdziesiąt
kilometrów na wschód od niego.
Byłem podówczas w gabinecie moim zajęty pisaniem, lecz nic nie
spostrzegłem, aczkolwiek nie zasłoniłem okna roletą, lubiłem bowiem
spoglądać od czasu do czasu na gwiazdy. A jednak najdziwaczniejsza z rzeczy, jakie kiedykolwiek spadły na Ziemię, musiała spaść właśnie
wówczas, gdy siedziałem przy biurku i byłbym ją ujrzał, gdybym był
podniósł oczy. Niektórzy z tych, którzy ją widzieli, twierdzą, że
leciała ze świstem. Ale ja i świstu tego nie słyszałem.
Biedny Ogilvy za to ujrzał spadającą gwiazdę i będąc pewny, że meteoryt
leży w polach pomiędzy Horsell, Ottershaw i Woking, wybrał się bardzo
rano na poszukiwania. Istotnie znalazł go niedaleko od kopalni piasku.
Od uderzenia pocisku powstała olbrzymia wyrwa w ziemi, piasek zaś i żwir, wyrzucone gwałtownie na wrzosy i zarośla, utworzyły pagórki
widoczne na odległość ponad dwóch kilometrów. Powstał przy tym wśród
wrzosów w kierunku wschodnim pożar i lekki dym niebieski unosił się w powietrzu.
Co się tyczy przedmiotu tajemniczego, to leżał niemal zupełnie
pogrzebany w piasku, wśród rozrzuconych odłamków jodły, którą
zdruzgotał, spadając. Część wystająca z piasku miała kształt ogromnego
cylindra okrytego tak grubą łuskowatą warstwą żużli, że zmieniała niemal
jego zarysy. Średnica wierzchu wynosiła około trzydziestu metrów. Ogilvy
zbliżył się do przedmiotu zdziwiony jego wielkością, a jeszcze bardziej
kształtem, większość bowiem meteorytów jest mniej lub więcej kulista.
Przedmiot jednak był tak rozgrzany skutkiem lotu przez powietrze, że
podejść do niego blisko było niepodobna. Szum podobny do brzęczenia,
jaki słychać było wewnątrz cylindra, astronom przypisywał
nierównomierności ochładzania się powierzchni, nie przyszło mu bowiem
wówczas jeszcze na myśl, że cylinder może być wydrążony.
Stojąc więc na brzegu dołu, który pocisk wydrążył siłą uderzenia,
przyglądał się tajemniczemu przybyszowi, podziwiając dziwny kształt jego
i barwę i nie mogąc zdać sobie sprawy z jego pochodzenia. Aczkolwiek
ranek był bardzo jeszcze wczesny, to jednak słońce, które wyłoniło się
było właśnie spoza sosen w kierunku Weybridge, przygrzewało już dobrze.
Ciszy poranku nic nie przerywało, prócz szumu dochodzącego z wnętrza
cylindra.
Nagle Ogilvy drgnął, spostrzegł bowiem, że u kolistego końca cylindra
zaczynają odrywać się kawałki żużli, pokrywających jego powierzchnię i padać, jak deszcz, dookoła na piasek. Gdy zaś po chwili kawał szarej
skorupy, większy od innych, oderwał się i upadł z hukiem na ziemię,
astronomowi zabiło mocno serce.
W pierwszej chwili nie wiedział, co to znaczy, opuścił się więc, pomimo
gorąca, do wyrwy, aby rzecz zbadać bliżej. Przypuszczał, że ochładzanie
się, a więc i kurczenie meteorytu, może być przyczyną tego zjawiska.
Wnet jednak uderzyło go to, że żużle odpadają tylko u końca cylindra. I wówczas dopiero zauważył, że kolisty koniec cylindra porusza się z wolna
ruchem obrotowym dokoła swej osi. A ruch ten był tak spokojny, że
stwierdził istnienie jego tylko po ruchu plamy czarnej, zauważonej na
powierzchni. Jednocześnie usłyszał wewnątrz pocisku zgrzyt przygłuszony,
a plama posunęła się o parę cali. Spostrzeżenie to było dla niego
rozstrzygające. Błyskawicznie zrozumiał rzecz całą. Cylinder był
sztuczny, wydrążony i posiadał zaśrubowaną pokrywę. W tej chwili właśnie
pokrywę ową odkręcano!
- Na Boga - zawołał - ludzie są wewnątrz! Ludzie na poły spieczeni i usiłujący wydostać się z tego piekła!
I okrzyk ten powiązał się w umyśle jego, przez skojarzenie wyobrażeń z wybuchami, jakie obserwował przez teleskop na powierzchni Marsa.
Dręczony myślą cierpień, jakie znosić muszą stworzenia, zamknięte w gorącym pocisku, rzucił się do pokrywy, aby dopomóc w jej odkręcaniu,
ale buchający z powierzchni cylindra gorąc powstrzymał jego zapędy,
zanim zdążył oparzyć sobie ręce. Stał więc przez chwilę zakłopotany, po
czym zawrócił, wydostał się z dołu i pobiegł jak szalony w stronę
Woking. Musiała być wówczas godzina szósta rano. Na drodze spotkał
człowieka z wozem. Próbował wytłumaczyć mu, co się dzieje opodal w polu,
to jednak, co opowiadał i wygląd jego były tak dzikie - po drodze,
biegnąc, zgubił czapkę - że woźnica odjechał co prędzej. Nie mniej
bezskutecznie tłumaczył zajście szynkarzowi, który właśnie otwierał
szynk w pobliżu mostu Horsell. Zagadnięty sądził, że ma do czynienia z wariatem, usiłował więc zamknąć go w szynku. Otrzeźwiony tą przygodą,
ruszył dalej i przybył do Woking. Tam ujrzał Hendersona, dziennikarza
londyńskiego, pracującego w swoim ogródku.
- Henderson! - zawołał przez płot - widziałeś w nocy spadającą gwiazdę?
- Bo co? - odparł dziennikarz.
- Leży obecnie na wygonie Horsell!
- Na Boga! Meteoryt! Świetna wiadomość!
- Więcej, niż meteoryt! Cylinder, sztuczny cylinder! A wewnątrz coś się
rusza!
- Co-o? - krzyknął Henderson, niedowierzając, był bowiem głuchy na jedno
ucho, i stanął oparty na szpadlu.
Ogilvy opowiedział mu, co widział. Henderson zastanawiał się chwilę nad
tym, co usłyszał, po czym rzucił szpadel, porwał kurtkę i wybiegł na
drogę. Obaj podążyli natychmiast ku wygonowi. Cylinder leżał tam, jak
przedtem. Szmer jednak ustał we wnętrzu jego, pomiędzy zaś pokrywą a ciałem cylindra widniała szpara, a w niej krąg błyszczącego metalu.
Przez szparę wchodziło do wnętrza, czy też wychodziło stamtąd,
powietrze, wydając ostry dźwięk syczący.
Przybysze słuchali, uderzali o powierzchnię cylindra kijem, ale nie
otrzymawszy odpowiedzi przyszli do wniosku, że ludzie zamknięci w pocisku stracili przytomność albo też skonali.
Ma się rozumieć, że siły astronoma i dziennikarza były za słabe, aby w danym razie coś pomóc, powrócili więc obaj co prędzej do miasteczka dla
sprowadzenia posiłków. Można sobie wyobrazić, co o nich myślano, gdy
zakurzeni, okryci piaskiem, z ubraniami w nieładzie i podnieceni biegli
ulicą właśnie, gdy mieszkańcy miasteczka otwierali okiennice sklepów i okna pokoi sypialnych. Henderson udał się wprost na stację kolejową, by
zatelegrafować do swego dziennika w Londynie. Artykuły dziennikarskie o wybuchach na Marsie przygotowały już czytelników do wiadomości tak
sensacyjnej.
Około godziny ósmej rano grupy chłopców i mężczyzn bez zajęcia ruszyły
już na wygon, by zobaczyć "umarłych ludzi z Marsa". Taki bowiem kształt
przybrała plotka. Co do mnie, to usłyszałem o niej po raz pierwszy
jakieś piętnaście minut przed dziesiątą z ust chłopca, sprzedającego
dzienniki, gdym wyszedł z domu, aby kupić, jak zwykle, numer "Daily
Chronicle". Wiadomość wywarła na mnie, naturalnie, wielkie wrażenie,
toteż, nie tracąc czasu, ruszyłem przez most na Ottershaw, ku kopalniom
piasku.
Rozdział III. Na wygonie Horsell
Rozdział III
Na wygonie Horsell
Gromadka złożona mniej więcej z dwudziestu osób otaczała ogromną wyrwę,
w której leżał cylinder. Opisałem już wygląd tego potężnego pocisku
osadzonego w ziemi. Trawa, a nawet żwir dokoła były spalone, jakby
skutkiem gwałtownego wybuchu płomieni. Bez wątpienia, uderzenie pocisku
wywołało ogień. Henderson i Ogilvy nie byli obecni. Zdaje się, że
przyszedłszy do wniosku, iż w danej chwili nic zrobić nie mogą, poszli
obaj na śniadanie do domu Hendersona.
Czterech czy pięciu chłopców siedziało na brzegu wyrwy, zwiesiwszy nogi
i bawiło się - dopóki ich nie powstrzymałem - rzucaniem kamieni w olbrzymią masę.
Wśród widzów znajdowało się kilku cyklistów. Ogrodnik, którego
najmowałem czasem do pracy w moim ogródku, dziewczę z niemowlęciem na
ręku, rzeźnik Gregg z małym synkiem i wreszcie kilku chłopców do
posyłek, przesiadujących zwykle na stacji kolejowej. Niewiele
rozmawiano, w owe czasy bowiem mało prostych ludzi w Anglii miało choćby
jakie takie pojęcie o astronomii. Większość widzów utkwiła wzrok
spokojny w podobny do ogromnego okrągłego stołu koniec cylindra,
znajdujący się w owej chwili w takim samym położeniu, w jakim pozostawił
go Ogilvy z Hendersonem. Na niektórych twarzach znać było rozczarowanie,
widzowie bowiem spodziewali się znaleźć tu stos ciał spalonych, toteż
odchodzili zniechęceni, na ich miejsce natomiast ściągali inni. Zszedłem
do wyrwy. Gdy stanąłem na dnie, zdawało mi się, że odczuwam ruch pod
nogami. Pokrywa jednak cylindra była nieruchoma.
Dopiero podszedłszy do samego pocisku, mogłem zdać sobie w całej pełni
sprawę z jego potworności. Przy pierwszym rzucie oka nie robił większego
wrażenia, jak przewrócony wóz lub drzewo wyrwane przez burzę. Stąd zaś,
gdzie stałem, przypominał najbardziej wielki zbiornik gazu wkopany w ziemię. Posiadając pewne wykształcenie naukowe, spostrzegłem, że
okrywająca go skorupa nie jest bynajmniej zwykłym oksydem oraz że
jasnożółty metal, widniejący w szparze pomiędzy pokrywą a resztą masy
cylindra, nie przypomina żadnego z naszych metali.
Moim zdaniem nie ulegało wątpliwości, że dziwaczny ten przedmiot
przyleciał z Marsa, uważałem jednak za nieprawdopodobne, aby zawierał
istoty żyjące, aczkolwiek wbrew opiniom Ogilvy'ego przypuszczałem
istnienie ludzi na Marsie. Być może - myślałem - pokrywa odkręciła się
automatycznie, a wewnątrz cylindra znajdują się rękopisy, przysłano nam
przez Marsjan. I nagle zastanowiłem się, czy będzie można pismo to
odczytać oraz czy Marsjanie przysłali nam także wzory swoich monet i wyrobów. Z drugiej wszakże strony cylinder wydawał mi się zbyt wielki,
aby miał służyć tylko do takich celów. Toteż z niecierpliwością
oczekiwałem otwarcia. Ale gdy do godziny jedenastej nic się w nim nie
ruszyło, powędrowałem zamyślony z powrotem do mego domu w Maybury. Myśl
jednak o cylindrze nie pozwoliła mi zabrać się do badań abstrakcyjnych.
Po południu wygląd okolicy zmienił się bardzo. Wczesne wydania
dzienników wieczornych, zaalarmowały ludność Londynu olbrzymimi
nagłówkami: "WIADOMOŚCI Z MARSA" lub "ZADZIWIAJĄCE NOWINY Z WOKING",
itd. Poza tym telegram, wysłany przez Ogilvy'ego do biura
astronomicznego w Londynie, poruszył wszystkie obserwatoria w Zjednoczonym Królestwie.
Na drodze w pobliżu wygonu stało pół tuzina kabrioletów ze stacji
kolejowej w Woking, powozik koszykowy z Chobham i jakaś wytworna kareta.
Prócz tego widniał cały stos rowerów. Gromady ludu przywędrowały, pomimo
upału, piechotą z Woking i Chertsey, toteż dokoła wyrwy utworzył się
tłum wcale liczny. Wśród ciżby widniało kilka pań jaskrawo ubranych.
Upał stawał się coraz większy. Żadnej chmurki na niebie, najmniejszy
powiew wiatru nie chłodził rozpalonego powietrza, a jedyny cień
stanowiło kilka rozrzuconych po wygonie sosen. Stłumiono już pożar
wrzosów, ale z czarnej, wypalonej płaszczyzny, w kierunku Ottershaw,
unosiły się jeszcze, jak daleko okiem sięgnąć, prostopadłe smugi dymu.
Jeden z przedsiębiorczych handlarzy łakoci z Chobham Road przysłał na
wygon syna z wózkiem pełnym jabłek i piwa imbirowego.
Zbliżywszy się do brzegu wyrwy, spostrzegłem na jej dnie z pół tuzina
osób, a między nimi, prócz Hendersona i Ogilvy'ego, jasnowłosego
mężczyznę, jak się następnie okazało, astronoma Stenta z obserwatorium
królewskiego, oraz paru robotników ze szpadlami i oskardami. Stent
wydawał rozkazy głosem donośnym i krzykliwym. Stał przy tym na
cylindrze, który widocznie ochłódł już bardzo. Twarz astronoma była
zaczerwieniona i okryta potem. Jak przypuszczam, gniewał się o coś.
Robotnicy odkopali już część pocisku, ale dolna jego połowa tkwiła
jeszcze w ziemi. Jak tylko Ogilvy spostrzegł mnie wśród tłumu nad
brzegiem wyrwy, zawołał, abym zszedł na dół, a gdy to uczyniłem, spytał,
czy nie poszedłbym do właściciela wygonu, lorda Hiltona.
- Wzrastający tłum - mówił - przeszkadza przy odkopywaniu cylindra,
chodzi więc o to, aby lord pozwolił na ustawienie bariery dokoła wyrwy.
Z dalszego toku rozmowy dowiedziałem się, że od czasu do czasu słychać
było jakieś dźwięki wewnątrz cylindra, robotnicy jednak nie mogli
odkręcić pokrywy, gdyż nie dawała im punktu zaczepienia. Co się tyczy
samego pudła pocisku, to okazało się, że posiada ściany niezmiernie
grube, być więc może, iż słabe dźwięki, dochodzące z jego wnętrza, były
w istocie wrzawą bardzo głośną.
Z całą przyjemnością pospieszyłem wykonać zlecenie Ogilvy'ego,
zyskiwałem bowiem przez to miejsce uprzywilejowane wśród pracujących w obrębie wyrwy. Nie zastałem jednak lorda Hiltona w domu. Powiedziano mi,
że przybędzie z Londynu dopiero o godzinie szóstej wieczór. A ponieważ
było dopiero po piątej, poszedłem więc do domu i napiłem się herbaty, po
czym ruszyłem po lorda na stację kolejową.
Rozdział IV. Cylinder się otwiera
Rozdział IV
Cylinder się otwiera
Słońce zachodziło, gdym powrócił na wygon. Na drodze z Woking ciągnęły
gromady ludzi. Kilka osób powracało. Tłum dokoła wyrwy zwiększył się do
kilkuset osób i widniał czarną masą na żółtym tle nieba. Słychać było
podniesione głosy, a tłum kłębił się i parł do brzegu wyrwy. Dziwne
urojenia snuły mi się po głowie.
Podszedłszy bliżej, usłyszałem głos Stenta:
- Proszę się cofnąć, proszę się cofnąć!
Obok mnie przebiegł pędem chłopak.
- Kręci się, kręci - wołał. - Nie podoba mi się to wcale. Uciekam do
domu.
Wszedłem w tłum. Było tam ze dwieście lub trzysta osób rozpychających
się łokciami i krzyczących jedna na drugą. Kilka pań znajdujących się w ciżbie, nie pozostawało w tyle za innymi.
- Wpadł do wyrwy! - ktoś zawołał.
- Proszę się cofnąć! - krzyczały inne głosy.
Tłum cofnął się istotnie, a ja, robiąc łokciami, przecisnąłem się na
brzeg wyrwy.
- Słuchaj - zawołał, ujrzawszy mnie, Ogilvy - dopomóż mi w powstrzymaniu
tych idiotów, bo nie wiemy jeszcze, co może się znajdować w przeklętym
cylindrze.
Na cylindrze stał młodzieniec - jak mi się zdaje, subiekt handlowy z Woking - i usiłował wydostać się z wyrwy, gdzie go tłum zepchnął.
Pokrywa cylindra obracała się tymczasem odkręcana z wewnątrz. Widać już
było ponad pól metra błyszczącej śruby. Ktoś popchnął mnie tak, że omal
nie spadłem na wierzch pokrywy. Odwróciłem się, złorzecząc. W tej chwili
pokrywa musiała odkręcić się zupełnie, gdyż padła z głuchym hukiem na
żwir, wydając dźwięk metaliczny. Wparłem się łokciami w osobę, poza mną
stojącą i przez wysiłek ten zdołałem znów zwrócić się twarzą do
tajemniczego przedmiotu. W pierwszej chwili otwór okrągły w cylindrze
zdawał mi się zupełnie czarny. Co prawda słońce świeciło mi prosto w oczy.
Jestem pewny, że każdy z widzów spodziewał się ujrzeć w pocisku ludzi -
a jeżeli już nie istoty zupełnie podobne do nas, ludzi ziemskich, to w każdym razie coś przypominającego w głównych zarysach człowieka. Tak
przynajmniej ja przypuszczałem. Tymczasem, wpatrzywszy się w otwór,
ujrzałem w cieniu coś szarego o ruchach falistych, a potem dwa świecące
kręgi w kształcie oczu. Nagle z masy tej wyłonił się wyrostek,
przypominający szarego węża, grubości laski, i wijąc się w powietrzu
skierował się w moją stronę. Po chwili ukazał się jeszcze drugi.
Mrowie przeszło po mnie. Jakaś kobieta krzyknęła głośno za mymi plecami.
Odwróciłem się bokiem, mając oczy wciąż utkwione w cylinder, z którego
wyłaniało się już więcej macek, i zacząłem rozpychać tłum, cofając się
od brzegu wyrwy. Na twarzach osób obok mnie stojących malowało się,
zamiast zdziwienia, przerażenie. Rozlegały się dźwięki nieartykułowane
ze wszystkich stron. Cały tłum cofał się teraz pośpiesznie. Pewien
sklepikarz, zsunąwszy się poprzednio do wyrwy, usiłował wydobyć się z niej gwałtownie. Wszyscy moi sąsiedzi zbiegli. Pozostałem więc sam
jeden. Na przeciwległym brzegu wyrwy, ciżba rozproszyła się także. Wśród
uciekających spostrzegłem astronoma Stenta. Spojrzałem znów na cylinder.
Ogarnęła mnie nieprzezwyciężona trwoga. Po prostu skamieniałem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki