Wojna polsko-bolszewicka - Kacper Śledziński

Reflow text when sidebars are open.
Prolog
Pamiętny to był rok i straszny to był rok, ten od narodzenia Chrystusa Pana tysiąc dziewięćsetny i osiemnasty, zaś od rozpoczęcia rewolucji wtóry. Latem w słońce był obfity, a zimą w śniegi, i nad podziw wysoko stały na niebie dwie gwiazdy: gwiazda pastusza, wieczorna Wenus, i drżący czerwony Mars.
Michaił Bułhakow
Skrzypnęły ciężkie drzwi. Na zabrudzoną posadzkę cerkwi wkradł się blask poranka. Długa i wąska nić rozlała się w jasny foremny kształt, a na nim wyrysował się cień ludzkiej sylwetki.
Cerkiew była niewielka. Tego dnia, 14 lutego 1918 roku, wypełnili ją oficerowie i żołnierze II Brygady Legionów. W ciężkim powietrzu mieszał się zapach starego drewna, palonego wosku i potu, toteż we wnętrzu, i tak ponurym przez skąpe światło świec, zrobiło się duszno. Szepty toczonych półgłosem rozmów zlały się w monotonny szum. Wszyscy wydawali się zajęci jakimiś pilnymi sprawami i tylko kilka głów odwróciło się ku drzwiom, w których ujrzeli postać młodego oficera. Rozpoznali w nim podporucznika Mieczysława Spiechowicza; zaspokoiwszy w ten sposób swoją ciekawość, powrócili do przerwanych rozmów.
Spiechowicz tymczasem przyklęknął, przeżegnał się, po czym podniósł się z klęczek i poszukał wzrokiem wolnego miejsca. Spostrzegł dowódcę 2 Pułku, młodego podpułkownika Michała Żymierskiego; mignęła mu twarz majora Józefa Zająca. Kalejdoskop twarzy poruszał się powoli w rytm kroków podporucznika i zatrzymał się dopiero, gdy Spiechowicz stanął przy pierwszym z brzegu wolnym miejscu.
Ponieważ od kilku dni brygada żyła nadzwyczajnymi wydarzeniami, natychmiast zaproszono podporucznika do dyskusji z pozoru tylko banalnym pytaniem.
Uwaga wszystkich biegła przed ołtarz, gdzie na katafalku złożono zbitą z desek trumnę. Na trumnie leżały szabla, czapka i ordery zmarłego, majora Włodzimierza Mężyńskiego. Major Mężyński, szanowany i lubiany oficer 2 Pułku Piechoty, zmarł przed kilkoma dniami w krakowskim szpitalu. Mimo młodego wieku (liczył sobie dopiero dwadzieścia osiem lat) chorował na serce. Kiedy ta tragiczna wiadomość dotarła na Bukowinę do Mamajowiec, oficerowie pułku zwrócili się do kapelana, księdza Józefa Panasia, z prośbą o odprawienie nabożeństwa żałobnego. Ksiądz nie odmówił.
Mężyński zmarł 9 lutego 1918 roku, w dniu zatwierdzenia porozumień brzeskich. Tego dnia na trzeciej stronie "Czasu" w wąskiej rubryce z telegramami przeczytał: "Układ pokojowy z Ukrainą został podpisany dziś o godzinie 2 rano"1. Nic nie napisano o warunkach układu. Dopiero dwa dni później rozkrzyczała się o nich polska prasa. "Głos Narodu" perorował o próbie dokonania nowego rozbioru, "Czas" poświęcił tematowi rokowań brzeskich całą pierwszą stronę2. Na ziemiach wszystkich trzech zaborów demonstrowano niezadowolenie, w Warszawie i Krakowie przygotowywano manifestacje.
Dokładnie w Popielec, który wypadł 13 lutego, a więc cztery dni po fakcie, szczegóły umów brzeskich dotarły do dalekich Mamajowiec. Oficerów i żołnierzy zaskoczyła, a po prawdzie i wzburzyła wiadomość o przyznaniu Ukrainie prawa do ziemi chełmskiej. Obawiano się, że los ten podzielą również Lwów i Galicja. Wszystkie inne sprawy zeszły na margines, nikt nie mówił o niczym innym, tylko o artykułach brzeskich i śmierci majora. Pojawiły się plotki, że Mężyńskiego zabiła wiadomość o oddaniu Ukraińcom Chełma i Podlasia.
Dla zorientowanych przychylność cesarzy Wilhelma i Karola wobec dyplomatów Małorosji nie była tajemnicą. Widzieli ją jako transakcję handlową, tym łatwiej zawartą, że obcym, to znaczy polskim, kosztem. Ukraina, kraj czarnoziemu, bogaty we wszelkiego rodzaju zboża, miał zostać spichlerzem wyczerpanej wojną II Rzeszy i Austro-Węgier. Pragnąc jak najprędzej dostać się do tego "spichlerza", Niemcy nie liczyli się zupełnie z aspirującą do niepodległości Polską, lecz - jak twierdzili oburzeni współcześni - postanowili dokonać czwartego rozbioru Polski, przekazując Małorosji Chełmszczyznę3.
Cerkiew była już wypełniona po brzegi, kiedy zasypaną brudnym śniegiem drogą nadjechał sztab Polskiego Korpusu Posiłkowego. Kolumny strzelców stanęły na baczność, gdy generał major Zygmunt Zieliński i pułkownik Józef Haller przeszli po zdeptanym majdanie i stanęli u drzwi świątyni. Kiedy przekraczali próg, ucichły rozmowy. Generał szedł ciężko ku katafalkowi, z twarzą pooraną brzemieniem odpowiedzialności za tych młodych ludzi, którzy obserwowali każdy jego krok; zdawało mu się, że oczy tych setek Polaków pytają: "Co zrobisz, generale?". On jednak wraz ze sztabem Polskiego Korpusu Posiłkowego schował się w prezbiterium.
Przed katafalkiem ukląkł natomiast pułkownik Haller i zaczął się modlić za spokój duszy Mężyńskiego.
Wreszcie z zakrystii wyszedł ksiądz Panaś. Zaszurały buty, cała cerkiew wstała. Rozpoczynało się nabożeństwo: - In nomine Patris, et Filii et Spiritus Sancti...
- Amen...
Pół godziny później przebrzmiały wyznaczone kanonem watykańskim modlitwy, a ksiądz huknął w głos znad trumny: "Bracia! Stoimy u trumny kochanego i serdecznego kolegi". Jego głos odbił się od sklepienia cerkwi i spadł na tłum wzmocniony echem. Panaś mówił długo, przedstawił szlak trudów majora Mężyńskiego, wtrącił też ostrą nutę: "A oto pękło jego serce pod wpływem okropnych gromów walących w Naszą Ojczyznę".
Żołnierze, niemal cała II Brygada Legionów, bo oprócz obu pułków piechoty, które pojawiły się w komplecie, wszystkie oddziały i zakłady przysłały bardzo liczne delegacje, słuchali słów apostoła w milczeniu. On zaś uspokoił wzburzone "psychozą rozpaczy" umysły, by zaraz natchnąć je słowami przysięgi: "Nie damy ziemi, skąd nasz ród, tak nam dopomóż Bóg". Zawtórowała mu cała cerkiew: "Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg, tak nam dopomóż Bóg".
Słowa te brzmiały jeszcze echem pod powałą, gdy "i kaznodzieję porwały własne słowa". Uniesiony zapałem Panaś nagłym ruchem ręki zrzucił z trumny ordery, a oficerowie, widząc to, pozrywali cesarskie odznaczenia z piersi i wkrótce ich szlachetny metal chrzęścił pod twardymi podeszwami butów4.
Struga rześkiego powietrza smagała twarze wychodzących z cerkwi, lecz nie ostudziła wzburzonych głów. Generał Zieliński, stojąc w prezbiterium, widział, jak kazanie wpłynęło na żołnierzy; jak "ogólna psychoza doszła do szczytu swego napięcia, zdawało się, że cały kościół to tylko jedna jedyna polska dusza. We wszystkich oczach błysły łzy, bo zrozumieli wszyscy, że to przysięga na wojnę z Austrią i Prusami"5. Pojął to również generał major, ale zrozumiał i to, że te gorące temperamenty polskie gotowe są rzucić się na bataliony austriackie, co byłoby nierozważne, a wręcz samobójcze. Wiedział więc, że do niego należy ostudzić ten zapał. Choć nie mógł zrobić tego przed ołtarzem, nie mógł też zwlekać, bo iskra buntu mocno się tliła, gotowa wybuchnąć lada moment. Tak rozmyślając, doszedł do drzwi, które przytrzymał mu adiutant, i wtedy zaświeciła mu nagła myśl. Zwrócił się do idącego tuż za nim Hallera.
- Panie pułkowniku, proszę odesłać oddziały na kwatery pod dowództwem podoficerów, natomiast oficerów proszę zatrzymać.
Kilka minut później stali dużą grupą na majdanie przed cerkwią.
- Panowie, sytuacja jest bardzo ciężka, należy zachować spokój i dyscyplinę.
To jednak nie spodobało się oficerom. Szmer niezadowolenia, początkowo cichy, szybko narastał, więc chcąc uniknąć wrzawy, Zieliński dopowiedział:
- "A cokolwiek byście chcieli zrobić, będzie to takim głupstwem, jak było powstanie 1863"6.
Po tych słowach zanosiło się na jeszcze większy wybuch niezadowolenia, z czego pierwszy zdał sobie sprawę pułkownik Haller.
- Panie generale, czy mogę...?
- Proszę...
- "Po tym, cośmy usłyszeli, musimy się zdecydować i coś postanowić, a nie damy się rozbroić, bo służymy Polsce najlepiej z bronią w ręku. Lepszy głupi czyn niż bezczynność. Wszak, panie generale, nie byłoby nas tu, polskich żołnierzy, dzisiaj, gdyby nie nasi przodkowie powstańcy z 1863".
Generał Zieliński nie oponował, ale też nie poparł słów pułkownika. Jednakże jego "wzrok bardzo łagodny, choć smutny dał Hallerowi do zrozumienia, że myśli to samo"7.
Generał nie zdobył swoim wystąpieniem poparcia słuchaczy; gdy odchodził, żegnał go donośny głos protestu młodych oficerów, on zaś "udał, że nic nie słyszy". Zamknął się w kwaterze i czekał na dalszy rozwój wypadków. Liczył przy tym, że młodzi oficerowie wykrzyczą niezadowolenie, a cała afera przycichnie tak nagle, jak wybuchła.
Tymczasem żywioł niezadowolenia rozpalał się w miejscowej szkole. Przewodził mu dwudziestosiedmioletni podpułkownik Michał Żymierski, który "lubił chodzić własnymi drogami"8. Żymierski nie zamierzał zdominować spotkania. Krótką przemową rzucił iskrę i patrzył, jak rozpalają się głowy oficerów. Przez kilka długich godzin ścierały się najróżniejsze wizje, zamknięte w jednym fundamentalnym pytaniu: co dalej? Major Józef Zając rzucił pomysł przemarszu do Galicji, by wywołać tam powstanie; ktoś inny chciał protestować, pisząc pismo do Jego Cesarskiej Mości Karola I, lecz ten "papierowy protest wywołał śmiech i oburzenie"9.
Tumult uspokoił ksiądz kapitan Józef Panaś.
- "Nie wolno nam bez porozumienia się z krajem narażać ludności polskiej na morze cierpień i klęsk [...]" - mówił do wszystkich, choć w istocie słowa te skierowane były do majora Zająca. - "[...] natomiast marsz na Ukrainę [...] przedstawia piękne horoskopy udaremnienia pokoju brzeskiego przez odcięcie Niemcom ukraińskiego zboża, za które nas zaprzedali hajdamakom"10.
Perspektywa marszu na Ukrainę otwierała jeszcze jedną możliwość. Otóż nie było tajemnicą, że w objętej rewolucją Rosji znajdują się dwa polskie korpusy. Pierwszy, dowodzony przez generała Józefa Dowbora-Muśnickiego, przebywał daleko na Białorusi. Przedarcie się do niego mogło być trudne lub wręcz niemożliwe. Za to formujący się dopiero II Korpus generała Sylwestra Stachiewicza znajdował się niemal za progiem, na południowej Ukrainie...
Pułkownik Józef Haller von Hallenburg, absolwent wydziału artyleryjskiego wiedeńskiej Akademii Technicznej, syn powstańca styczniowego i wnuk powstańca listopadowego, uosabiał ogromny kapitał wiedzy wojskowej, a przy tym był człowiekiem rozważnym.
Nie wiedział jednak, co dzieje się w miejscowej szkole. Po grzecznym pouczeniu generała Zielińskiego wrócił do siebie. W ogromnym piecu wybudowanym na środku czteroizbowej chaty buzował ogień. Oddał płaszcz i czapkę adiutantowi, po czym wszedł do izby nazywanej teraz szumnie gabinetem brygadiera. Haller obawiał się siły wzburzenia swoich oficerów - i podczas mszy przekonał się, że te przypuszczenia nie były bezpodstawne. Ważąc skrupulatnie wszystkie za i przeciw, uznał uciszenie tych nastrojów za niemożliwe. W takim zaś razie, rozumował, najwłaściwszym wyjściem będzie tak pokierować buntem, by ten osiągnął cel bez niepotrzebnego przelewu krwi. W głowie pułkownika powoli klarował się pewien plan. Wydobył więc z szuflady biurka czystą kartkę papieru, w dłoń chwycił pióro, skreślił pierwsze słowa listu11:
Do Cesarza i Króla Karola w Wiedniu
Z powodu haniebnej zdrady, jakiej dopuściły się Austria i Niemcy wobec swojego tak zwanego sojusznika, jakim być miała Polska - dłuższe pozostawanie Legionów Polskich w armii austriackiej nie licuje z godnością narodu i żołnierza polskiego. Musimy zerwać ostatnią nić, która łączyła nas z Austrią. Dlatego opuszczamy terytorium Austrii, by szukać wolności poza jej granicami. Dlatego też odsyłam wszystkie odznaczenia i ordery, jakie kiedykolwiek otrzymałem (Signum Laudis i Żelazną Koronę), i załączam Żelazny Krzyż z prośbą o oddanie cesarzowi Wilhelmowi.
Józef Haller
Dopiero po kilku godzinach, które spędził nad pilnymi obowiązkami, doniesiono pułkownikowi Hallerowi o tajnym zebraniu. Kiedy usłyszał, że zebraniu przewodniczy Żymierski, zrozumiał, że wydarzenia wymagają natychmiastowego działania; nie zwlekał i czym prędzej popędził na kwatery 2 Pułku. Wszedł w chwili, gdy przemawiał Spiechowicz.
Spiechowicz, od czterech lat posługujący się przydomkiem Boruta, znał Mężyńskiego od lat, szanował go jak wszyscy i teraz wraz z innymi powtarzał przyniesioną przez kogoś plotkę. Nie szczędził gardła pod cerkwią; poddał się terrorowi tłumu oficerów, lecz uczynił to zgodnie ze swoim sumieniem i konsekwentnie brnął po obranej drodze. Za kilka dni miał skończyć dwadzieścia cztery lata. Był twardym, niezrażającym się trudnościami człowiekiem - najpierw studentem, później żołnierzem i oficerem. Jego charakter wykształciły bieda i lewicowo-niepodległościowe warszawskie gimnazjum. To tam zaraził się skautingiem. Wstąpił do drużyny im. Romualda Traugutta. Kiedy zaś w marcu 1915 utworzono II Brygadę Piechoty Legionów, znalazł miejsce w jej 2 Pułku. 13 czerwca 1915 roku był świadkiem tragicznej szarży ułanów pod Rokitną. W dwa lata później dosłużył się stopnia podporucznika i dowództwa kompanii.
- "Nie czas na narady, odezwy i papierowe protesty" - wołał - "ale męskim czynem musimy dowieść, że jesteśmy żołnierzami polskimi - na nas patrzy historia! Chodźmy choćby dzisiaj, bo jutro czy pojutrze może być za późno!"12.
Może niesiony własnymi słowami Spiechowicz nie zauważył pułkownika Hallera, a może nie przejął się jego wejściem - dość, że mówił dalej. Umilkł, kiedy uderzył go spokój słuchaczy, nielicujący z wcześniejszym entuzjazmem.
Dopiero wówczas Haller wyszedł na środek. Jednym zdaniem zgodził się z propozycjami Boruty, lecz z miejsca nastroił oficerów na inny ton:
- Mam tu - mówił - dwie odezwy: jedną do narodu polskiego, drugą do cesarza Karola. Wybieram się do generała Zielińskiego, aby je podpisał.
Głosy protestu podniosły się, jeszcze zanim Haller skończył, toteż wzburzonym głosem uciszył ten niepotrzebny szum:
- "Co, wy do mnie nie macie zaufania?! Ja wiem, co robię, i nie cofnę się przed żadną konsekwencją, lecz planów nie chcę ogłaszać w zbyt szerokim gronie, a gdy przyjdzie czas, wydam odpowiednie rozkazy"13.
- "Wszyscy mamy pełne zaufanie do pułkownika" - zapewnił kapelan Panaś, zaś major Zając dodał:
- "Każdy rozkaz pana brygadiera będzie najsumienniej wykonany"14.
A ponieważ w tej gorzkiej chwili patriotyzm porwał serca żołnierzy, powstali i rozbrzmiał hymn, ale nie ten znany współcześnie, zaczynający się od słów "Jeszcze Polska nie zginęła", lecz "Boże, coś Polskę".
Tak nagła i powszechna eksplozja patriotyzmu była zrozumiała po czterech długich latach wojny. Nagromadzone napięcie podsycały jeszcze obietnice polityków obu wojujących stron i irracjonalna nadzieja Polaków, niepodparta żadnym konkretem. Sygnowany przez Niemców akt z 5 listopada 1916 roku wspominał zaledwie o autonomii, w dodatku w dość niejasnych słowach. W istocie cesarz i car przelicytowywali się w wyścigu o polskiego rekruta. W chwili ogłaszania aktu po obu stronach frontu walczyło aż 1 900 000 żołnierzy narodowości polskiej!
Latem 1917 roku, kiedy cała przedrozbiorowa Rzeczpospolita znajdowała się pod okupacją niemiecko-austriacką, ministrowie cesarza Wilhelma postanowili położyć dłoń na Legionach Polskich, włączając je do polskiej siły zbrojnej - Polnische Wehrmacht. Jej naczelnym dowódcą został gubernator warszawski, generał Hans Hartwig von Beseler. To on namawiał Piłsudskiego: "Niech pan pójdzie z nami. Damy panu wszystko: siłę, sławę, pieniądze"15.
Co na to odpowiedział Piłsudski?
- "Gdybym przyjął pańską propozycję, wy, Niemcy, zyskalibyście jednego człowieka, ja zaś straciłbym cały Naród"16.
Wydawało się, że od 1916 roku Niemcy prowadzą podwójną grę. Z jednej strony obiecywali Polakom niepodległość, a jednocześnie pilnowali, aby nie przekroczyła ona narzuconych przez Berlin ram. Piłsudski i Haller błyskawicznie połapali się w tej polityce. Mimo że każdy z nich obrał inną drogę, w istocie dążyli do tego samego celu - wyrwania Polski spod germańskiej dominacji. Spóźnił się za to z reakcją Władysław Sikorski, człowiek całym sercem zaangażowany w tworzenie Polnische Wehrmacht, "nie zauważając, że jest to już orientacja absolutnie proniemiecka"17.
Po rozmowie z von Beselerem komendant trafił do Magdeburga, zaś żołnierzy I Brygady internowano. Natomiast Haller, a wraz z nim legioniści II Brygady, złożył przysięgę. Obaj działali pro bono Poloniae, każdy według własnego sumienia. Trzeba pamiętać jednak o tym, że Piłsudski został postawiony przez Beselera w sytuacji bez wyjścia. Zgodził się na więzienie, aby zachować wśród Polaków rząd dusz. Ale także Haller był potrzebny, nie tyle Piłsudskiemu, co sprawie polskiej. Jego przysięga nie oznaczała, że zgadzał się z polityką Berlina względem Polski. Troszczył się tylko "o nasze wojsko, na którym ciążył największy obowiązek wywalczenia Polsce wolności"18. Haller zachował się pragmatycznie, Piłsudski honorowo.
W ostatnim roku Wielkiej Wojny do licytacji dołączył prezydent Stanów Zjednoczonych, Thomas Woodrow Wilson. W trzynastym punkcie swojego programu pokojowego napisał: "Stworzenie niepodległego państwa polskiego na terytoriach zamieszkanych przez ludność bezsprzecznie polską, z wolnym dostępem do morza, niepodległością polityczną, gospodarczą, integralność terytoriów tego państwa powinna być zagwarantowana przez konwencję międzynarodową"19. Cóż miało znaczyć stwierdzenie: "na terytoriach zamieszkanych przez ludność bezsprzecznie polską", łatwo się domyślić, ale czy ten punkt był zgodny z życzeniami polskich polityków?
Postulat amerykańskiego prezydenta został wkrótce fundamentem polityki polskiej premierów Francji i Wielkiej Brytanii. Georges Clemenceau i David Lloyd George nie mieli jednak ani możliwości, ani chęci kruszyć kopii o polską niepodległość. Kiedy w 1917 roku rewolucja październikowa wyłączyła Rosję z wojny, a nad Europą zawisła groźba inwazji bolszewickiej, w istocie niewiele się zmieniło. Ponieważ wciąż realnie rysowała się szansa przywrócenia republiki rosyjskiej, nad Tamizą i Sekwaną liczono na odrodzenie entente cordiale, zwłaszcza że nadal obawiano się Niemców.
Ci ostatni ukonstytuowali tymczasem Radę Regencyjną jako zalążek przyszłego Królestwa Polskiego. Lecz "utworzenie Rady Regencyjnej i Rządu Polskiego niewielkie w Warszawie robi wrażenie" - zauważył Panaś. - "Większość jednak jest tego zresztą rozsądnego zdania, że należy brać, co dają, a resztę sami z gardła wydrzemy"20.
To była jasna deklaracja narodu, od kilku lat znajdującego się w amoku gorączki niepodległościowej. Wydawało się, że wolność czeka za progiem i wystarczy tylko jeden krok. Jak bardzo było to mylące, udowadnia rozmowa Józefa Hallera z pewnym generałem niemieckim, który roztoczył wizję zgodnego istnienia Niemiec i Królestwa Polskiego... z granicą na Warcie.
- "Polacy nigdy nie mogą zrezygnować ze swoich prastarych ziem z kolebką państwa w Gnieźnie"21 - odpowiedział Niemcowi Haller i tym rozmowę zakończył. Pragmatyzm, a może i zaufanie Hallera do Niemców, mocno podkopane po kryzysie przysięgowym, stopniało po tej rozmowie całkowicie. Brześć był kroplą, która przelała kielich goryczy.
Skąpe były obietnice świata względem polskiej niepodległości. Niemcy odmawiali nam prawa do Wielkopolski i następnie odmówili prawa do ziemi chełmskiej, Austriacy zamierzali oddać Lwów Ukrainie (co też się stało z końcem 1918 roku), Zachód zaś ograniczał marzenia Polaków do ziem etnicznych. Tymczasem w umysłach polskich tkwiła Rzeczpospolita znana ze stron atlasu historycznego, z mapy podpisanej rokiem 1772.
Po swojej interwencji na spotkaniu w szkole Haller wracał na kwaterę spokojniejszy. Wziął w karby dyscypliny narowiste charaktery i wierzył, że zdoła je utrzymać. Mianował się ich wodzem, ale zarazem mógł czuć się ich niewolnikiem, o czym najlepiej świadczył wybuch niezadowolenia, kiedy wspomniał o listach do cesarza. W istocie nadzieja utrzymania posłuchu tkwiła w założeniu, że zaproponowany przez niego plan przypadnie do gustu oficerom. Haller postanowił bowiem wyjść naprzeciw oczekiwaniom oficerów oraz radom księdza i ruszyć brygadę przez front na Ukrainę.
W lutym 1918 roku front istniał tylko w nazwie, bowiem obie strony cieszyły się już zawieszeniem broni, a żołnierze przebąkiwali nawet o paktach pokojowych. Po cesarskiej stronie granicy kręciły się austriackie pułki 1 Armii. Co było po stronie rosyjskiej? Tego Haller nie wiedział. Ryzykował wiele. Ufał, że poradzi sobie z wymanewrowaniem austriackich pułków, ale jak zareagują Rosjanie? Nadzieję pokładał jednak w nie tak dawnych faktach. Otóż II Brygadę wycofano niedawno na tyły, czego powodem były "wycieczki legionistów kilkanaście kilometrów za linię frontu bolszewickiego po różne specjały, w tym szczególnym powodzeniem cieszył się tytoń. Zauważono przy tym częste przypadki bratania się z bolszewikami"22.
Aby nie prowokować nieporozumień, Haller ponownie spotkał się z oficerami. Tym razem jednak zebrano się w mniejszym gronie.
II Brygada Legionów liczyła dwa pułki piechoty, 2 i 3, oraz pułk ułanów z numerem 2. To właśnie szwadron tego pułku szarżował przed dwoma laty pod Rokitną, co później, już w dobie szwoleżerskiej, przyniosło mu zaszczytną nazwę szwoleżerów rokitniańskich. W zimie 1918 roku pułk stał około 250 kilometrów od Mamajowiec, w Synowódzku, i z tej logistycznej przyczyny Haller nie uwzględnił pułku w swoim planie23.
Odprawa odbyła się jeszcze tego samego dnia, po południu. Stawili się dwaj dowódcy pułków, podpułkownik Żymierski i major Zając, a także dowódcy batalionów, taborów, łączności, służb sanitarnych i zaopatrzenia.
- Panowie, przygotujemy fikcyjne manewry, które, ufam, powinny uśpić czujność Austriaków. Ale aby tego dokonać, należy działać ostrożnie. Brygada zostanie przeszkolona w "ostrym strzelaniu i użyciu całej potęgi ognia wraz z artylerią. Teren manewrów pomiędzy Mamajowcami a okopami w Rarańczy"24.
Takimi słowami rozpoczął Haller odprawę, po czym długo i dokładnie omawiano szczegóły. Wreszcie oficerowie rozeszli się, każdy z pokaźnym plikiem zadań do wykonania. Major Zając odjechał do 3 Pułku, podpułkownik Żymierski z zaufanymi oficerami opracowywał przebieg manewrów. Haller zaś dosiadł deresza i pogalopował do generała Zielińskiego.
Generał, zwierzchnik Polskiego Korpusu Posiłkowego, największej zorganizowanej jednostki wojskowej, przyjął Hallera chłodno, lecz nie wrogo. Dopiero w trakcie rozmowy ujawniło się, jak ciężką walkę toczył w duszy Zieliński. "Ze łzami w oczach" mówił do Hallera: "Uwięźcie mnie i zabierzcie ze sobą"25.
Na przygotowanie operacji pozostał tylko i aż jeden dzień. Tylko, ponieważ należało dopracować wiele szczegółów. Aż, bo przecież Polski Korpus Posiłkowy nie był zawieszony w próżni.
W sztabie kręciło się wielu Austriaków, znalazło się także jeszcze kilku lojalistów austriackich o polskim rodowodzie. Choć tych ostatnich pułkownik zamierzał odesłać, powierzając im różne zadania, niebezpieczeństwo wykrycia spisku było realne. Haller robił więc, co tylko mógł, aby odwrócić podejrzenia. Poinformował dowództwo korpusu oraz armii o planowanych ćwiczeniach, a następnie kazał wysłać wozy po zaopatrzenie, żywność i ostrą amunicję, ale również buty i żołd - słowem, robiono to, co robi się zazwyczaj przed manewrami.
Następnego dnia około czwartej po południu w kierunku Rarańczy wyszedł nieliczny oddział pieszy, któremu powierzono zadanie przerwania polowych linii telefonicznych i telegraficznych. Według instrukcji Hallera prowadzący ten wypad podporucznik Aleksander Stawarz miał pozostawić nienaruszoną "tylko polową linię telefoniczną łączącą wszystkie moje oddziały z posterunkiem moim pod Rarańczą"26.
Ale zanim nożyce sapera przecięły pierwszy drut telekomunikacyjny, w sztabie VII Korpusu generała Ferdynanda Kossaka27 czytano już meldunki o intensywnych ruchach batalionów II Brygady. Kilkanaście minut później głuche telefony potwierdziły narastające obawy. Wątpliwości rozwiał zaś milczący telegraf i treść małej kartki, leżącej na sztabowym stole, na której niestarannym pismem sierżant patrolu meldował o zniszczonych torach kolejowych.
Od czasu kryzysu przysięgowego z lata poprzedniego roku zaufanie między Polakami a Austriakami stopniało praktycznie do zera. Generał Kossak ze szczególną uwagą obserwował poczynania swoich polskich oficerów, zarówno tych z Polskiego Korpusu Posiłkowego, jak i tych z c.k. armii. Bagażem zaufania u Kossaka nie cieszył się nawet mimo deklarowanej lojalności wobec monarchii habsburskiej generał Zygmunt Zieliński.
Wobec odcięcia komunikacji postawiony na nogi sztab VII Korpusu w Czerniowcach przestawił się na napoleońską modę przesyłania rozkazów. Kossak, jak przed stu laty generał hrabia Hieronymus Karl von Colloredo-Mansfeld28, porozsyłał gońców.
W trzy godziny później wokół Rarańczy zaczął zamykać się pierścień, złożony z dwóch dywizji piechoty i dwóch spieszonych dywizji kawalerii. Za nimi powoli toczyły się koła armat. Armaty - wielkie, ciężkie smoki, zatrzymały się jednak dość szybko, wysyłając naprzód obserwatorów.
Haller i II Brygada Legionów, 4500 ludzi, artyleria i tabory, weszli prosto w tę pułapkę.
Pułkownik Haller nie miał pojęcia o krokach podjętych przez Kossaka. A czy wiedział o zamierzonej przez austriackie dowództwo ofensywie na Ukrainę, której początek wyznaczono na ostatni dzień lutego? Nie wspomniał o tym w Pamiętnikach, ale to nic nie znaczy. Haller często bywał przecież w nieodległych Czerniowcach, miał więc wiele okazji, by rozeznać się w jakości stacjonujących w okolicy oddziałów.
W każdym razie, wysyłając w pole podporucznika Stawarza, pułkownik przekroczył Rubikon. Odwrotu nie było; mógł zatem powtórzyć za Cezarem: alea iacta est.
Odpowiedzialny za zorganizowanie pochodu podpułkownik Żymierski tak ustawił kolumnę brygady, aby pierwszy szedł jego 2 Pułk. Za nim maszerował 3 Pułk oraz saperzy i tabory. Czekano na artylerię, ale armaty nie nadchodziły. Przydała się oszczędzona rozkazem Hallera linia telefoniczna. Rozmowa, w której usłyszał o opóźnieniu wymarszu dział, zmusiła pułkownika do zmodyfikowania planu. Artyleria miała teraz kierować się na Ładogórę, by tam dołączyć do brygady.
11 kompania podporucznika Mieczysława Spiechowicza stanęła w środku kolumny. Boruta nie wziął udziału w drugiej odprawie na kwaterze pułkownika Hallera. Czekał niespokojnie na wyniki narady i rozkazy, które spodziewał się otrzymać od Żymierskiego. Gdy tylko dotarły, kampania rozpoczęła przygotowania do manewrów. Czyszczono broń i oporządzenie. Pobierano amunicję, granaty, prowiant. Dobę później, wieczorem 15 lutego, Spiechowicz przyprowadził gotowe do wymarszu plutony na miejsce zbiórki.
Dochodziła osiemnasta. Nad Mamajowcami wisiała czarna opona nocy. Wąski rąbek księżyca przysłoniły gęste chmury. W chwili gdy na placu alarmowym rozpoczęła się cicha zbiórka legionistów, posypały się z nich duże płatki śniegu. Po chwili ruszyli na Sadagórę, Rarańczę i na Rokitną. Poruszali się w dobrze znanym terenie.
Minęła czwarta godzina marszu, do Rarańczy było już niedaleko, kiedy straż przednią zatrzymał okrzyk: "Stój!".
- "Mam rozkaz zatrzymać napotkanych legionistów" - powiedział do prowadzącego kolumnę dowódcy batalionu, majora Kazimierza Orlika Łukoskiego, austriacki kapitan, najpewniej von Wanderer. Major zatrzymał strzelców. Można było odnieść wrażenie, że się waha. I wtedy do majora podszedł Boruta. Rozmawiali krótko, półgłosem, tak że nikt ze stojących opodal nie zrozumiał słów. Patrzono na obu oficerów z ciekawością zmieszaną ze zniecierpliwieniem. Wreszcie Spiechowicz zasalutował, odwrócił się, podszedł do 11 kompanii i, wydając rozkaz "naprzód", poprowadził swoich ludzi ku stojącym na drodze Austriakom.
A potem nastąpiła "krótka wymiana zdań między obu stojącymi twarzą w twarz dowódcami. Legionista jest więcej zdecydowany i szybszy, toteż oficer austriacki zasypany strzałami z pistoletu pada martwy. Nieubłagane prawo wojny działa z całą swoją bezwzględnością. Za austriackim "Haptmanem" padają i inni, bowiem porucznik Boruta-Spiechowicz, ten pierwszy mściciel, strzela dalej spokojnie i celnie. Ale nie tylko sam strzela - wydaje już rozkazy swej kompanii, która otwiera ogień, a następnie bagnetem oczyszcza drogę. Podobnie z pistoletem w ręku rozprawia się z Austriakami major Orlik-Łukoski z 2 Pułku Piechoty. Droga wolna!"29.
W ferworze walki nocnej trudno było zorientować się, jaki oddział stanął Polakom na drodze. Dopiero gdy obie strony zwarły się w walce na bagnety, okazało się, że przeciwnikiem Polaków byli Chorwaci z 53 Pułku Piechoty.
Około północy odezwała się austriacka artyleria. Niebo rozświetliły rakiety, ich blask odbijał się od skrzącego się mrozem śniegu.
Tymczasem pułkownik Haller pożegnał salutem odchodzące z Mamajowiec pułki piechoty i w towarzystwie sztabu ruszył ku Ładogórze, gdzie miał nadzieję spotkać artylerię i samochodową kolumnę zaopatrzenia. "Z niewiadomych przyczyn nie dołączyły te oddziały aż do północy, więc musiałem bez nich odmaszerować, kiedy już kawaleria honwedów zaczęła stawiać przeszkody" - pisał Haller. - "Zakazałem strzelać, lecz ściągać z koni żywcem i brać ich do niewoli, co też było z wielką ochotą i radością robione"30.
Na tym odcinku bitwa rozpoczęła się później, około pierwszej w nocy, i przebiegała pomyślnie. Za plecami żołnierzy - i tych, którzy szli z Hallerem, i tych z 2 i 3 pułku, gdzie wykazał się zdecydowaniem młody Spiechowicz - błądziło po polach echo salw dogorywającej bitwy. Kiedy okopy rosyjskie były już niedaleko, do uszu żołnierzy dochodziły zaledwie sporadyczne strzały karabinów i donośny huk artylerii austriackiej. Wysoko w powietrzu wyły przelatujące pociski, a potem rozrywały się na twardej skorupie śniegu.
W końcu słychać było tylko skrzypienie zmrożonego śniegu i sapanie zmęczonych biegiem ludzi. A przed nimi, tam gdzie powinny być pełne rosyjskich żołnierzy okopy, leżała delikatna nocna mgła i panowała cisza. Wzbudziło to w żołnierzach niepokój. Co ten spokój zapowiadał? Czy Rosjanie czekają na nich z gotowymi do strzału kulomiotami, jak wówczas nazywano karabiny maszynowe, czy z gorącymi samowarami? Przywita ich grad gorących kul czy... gorący czaj?
Lecz nie przywitały ich ani kule, ani herbata. Okopy były puste. Tylko gdzieniegdzie przysypiało kilku nieuzbrojonych brudnych maruderów. "Nie spodziewałem się nigdy, że okopy rosyjskie nie będą obsadzone"31 - przyznał pozytywnie zaskoczony Haller.
Świtało. Jutrzenka podniosła się nad szerokim stepem. Dzień zapowiadał się pogodnie, co bardziej przesądni uznali za dobry omen. Tymczasem do pustych okopów docierało coraz więcej żołnierzy wyczerpanych nocną wędrówką i walką. Meldowały się nowe plutony i kompanie. Dopiero teraz można było ocenić, czy ryzykowne przedsięwzięcie zakończyło się sukcesem. Na próżno wypatrywano generała Zielińskiego, który powodowany przysięgą wobec cesarza Karola nie zdecydował się na rejteradę. Ale nie dopatrzono się też księdza kapitana Józefa Panasia, szefa intendentury, kapitana Góreckiego i pułkownika Władysława Sikorskiego. Wreszcie brakowało taborów i artylerii. Aż 3000 żołnierzy i oficerów wpadło w zastawioną przez generała Kossaka pułapkę. Wszyscy oni zostali internowani i osadzeni w obozach. Na wolność wyszli dziewięć miesięcy później, kiedy zakończyła się Wielka Wojna, a monarchia austro-węgierska legła w gruzach. Na bezpieczną, jak wierzono, ukraińską stronę pułkownik Haller przeprowadził zaledwie 1500 strzelców i oficerów. Następne dni miały zaś uświadomić "c.k. dezerterom" przykrą rzeczywistość. Ukraińska ziemia obiecana okazała się ubogim ugorem, zarówno pod względem kwatermistrzowskim, jak i politycznym. Nikt, zupełnie nikt nie oczekiwał tu brygady z otwartymi rękoma. Przeszkadzała zarówno bolszewikom, rojącym o niepodległości Ukraińcom, anarchistom Nestora Machny, jak i okupantom - armii niemieckiej.
Tymczasem blask porannej zorzy przygasł i przypomniała o sobie słota. Z nieba lunęły potoki deszczu. Żołnierze niczym łaknące dżdżu kwiaty po suszy podnosili się z zimnej, zmrożonej ziemi. Jakiś czas później komenda "marsz" ruszyła tę rzeszę tułaczy. Poszli po rozmoczonym gruncie do wyznaczonego przez pułkownika miejsca postoju. Tam spędzili noc. Następnego dnia "obydwa pułki miały się spotkać w wąwozie wychodzącym na główną szosę z Jass przez Mamałygę do Chocimia"32.
***
Stamtąd pochód żołnierzy, podobny bardziej do mar niż do ludzi, ruszył po dwóch dniach odpoczynku. Szli szlakiem zapisanym w historii Polski. Chocim minęli nocą z 18 na 19 lutego. Na pogodnym niebie mieniła się blaskiem ogromna tarcza księżyca. Srebrna poświata odbijała się od szarej bryły zamku, niemego świadka dwóch wielkich polskich wiktorii z 1621 i 1673 roku. Minęli twierdzę i trzymali się prawego brzegu Dniestru, aż osiągnęli Żwaniec. Tam przeprawili się przez rzekę, a "zaskoczone posterunki, nie wiedząc, co to za sołdaty, oddawały honor, prezentując broń"33. O świcie, już po północnej stronie szumiącego cicho Dniestru, dowództwo zarządziło postój. Posterunki stanęły na drogach prowadzących do prowizorycznego obozu, nad którym wkrótce wznosiły się obłoki pary i dymu. W kuchniach polowych przygotowywano śniadanie.
Lecz śniadanie było tylko pretekstem, który posłużył pułkownikowi Hallerowi za demonstrację pokojowych zamiarów wobec znajdujących się nieopodal oddziałów bolszewików.
Jeszcze tego samego dnia legioniści poszli na północ, do pobliskiego Kamieńca Podolskiego. "Już przed wyruszeniem z Mamajowiec rozdałem każdemu pułkowi po kilka egzemplarzy Trylogii Sienkiewicza - przyznał się Haller - boć mieliśmy iść Sienkiewiczowskimi szlakami. Przekonałem się wkrótce, z jakim zainteresowaniem każdy żołnierz odszukiwał na tych szlakach miejscowości, gdzie walczyły wojska Wiśniowieckiego i Sobieskiego"34. Brygada stanęła na kilkudniowy postój pod Kamieńcem, a stąd był już tylko krok do Uszycy, Jampola czy Chreptiowa. Lecz o ile dwie pierwsze miejscowości nadal istniały, to po stanicy chreptiowskiej pozostał tylko porośnięty trawą zarys wału i stromy wysoki brzeg Dniestru, skąd rozpościerała się szeroka perspektywa na "multańską stronę".
Polacy stanęli wśród bolszewickich i ukraińskich oddziałów. I choć bolszewicy nie czynili problemów, a nawet zaoferowali się dostarczać brygadzie żywność, to "wciąż jednak powtarzali żądanie rozbrojenia"35. Ta umiarkowana życzliwość miała źródło w "proklamacji do narodów słowiańskich Rosji i Ukrainy", w której Haller nazywał swoją brygadę "pierwszą rewolucyjną armią polską" i wzywał do walki ze wspólnym wrogiem - Niemcami36.
Miodowy miesiąc trwał jednak krótko. Nalegania bolszewickie stały się kłopotliwe, a Haller żadną miarą nie mógł się zgodzić na rozbrojenie. Miał jeden cel: połączenie z I Korpusem generała Józefa Dowbora-Muśnickiego, a potem scalenie w jedną armię "wszystkich wojsk polskich w Rosji".
Z rozkazu Hallera pułkownik Żymierski i kapitan Spiechowicz podjęli się misji dotarcia do generała Muśnickiego. Zimą 1918 roku sztab I Korpusu siedział w Bobrujsku, białoruskim mieście, jakieś 140 kilometrów na południowy wschód od Mińska. W tymże Mińsku Żymierski i Spiechowicz mieli się włączyć do rozmów na zjeździe Związku Wojskowych Polaków. Oficerowie wyruszyli do Bobrujska 27 lutego. Czekała ich długa i niebezpieczna droga.
Dzień później, 28 lutego, 2 Armia austriacka zajęła Kamieniec Podolski.
W poniedziałek 18 lutego armia niemiecka rozpoczęła operację Faustschlag. "Uderzenie pięści", jak w tłumaczeniu brzmiała jej nazwa, trafiło w próżnię, bowiem bolszewicka Rosja nie wystawiła żadnych zdolnych do walki dywizji. Z kolei 19 lutego generał Dowbor-Muśnicki wydał rozkaz opanowania Mińska i jeszcze tego samego dnia miasto znalazło się pod polską i białoruską kuratelą. Dwa dni później na ulicach Mińska zadudniły jednak buty żołnierzy niemieckiej 10 Armii. W tej sytuacji Dowbor-Muśnicki rozpoczął rozmowy z Niemcami celem ustalenia znośnego modus vivendi.
Z zamiaru połączenia się z I Korpusem nic nie wyszło. Nie udało się też nawiązać kontaktu z III Korpusem generała Eugeniusza de Hennig-Michaelisa. Pozostał więc II Korpus i to w tę stronę zawrócił brygadę Haller. Zawrócił, ponieważ jeśli dotąd zmierzał na północ, teraz musiał ruszyć na południowy wschód, do Sorok.
W leniwym nurcie Dniestru przeglądały się tam mury twierdzy postawionej niegdyś przez Stefana III, któremu historia przydała przydomek Wielkiego. Twierdza otrzymała kształt koła o średnicy nieprzekraczającej 40 metrów37; była zarazem niewielka i nieforemna. Wysokie mury nadawały jej kształt strzelistego donżonu, trudnego do zdobycia, ale jednocześnie łatwego do zablokowania. Bieg dziejów w pełni obnażył jej wady i zalety. Nieliczna załoga mogła bronić się tu długo, jednak twierdza w dobie swojej świetności nie mogła być oparciem dla poważnej operacji wojskowej na terenie Mołdawii.
Z końcem 1917 roku pod ozdobione śnieżną bielą szare mury twierdzy zawitali Polacy. W mieście zatrzymał się generał Sylwester Stankiewicz, kawaler Orderu św. Jerzego III klasy, i sztab II Korpusu Polskiego. Formowanie korpusu rozpoczęto 20 grudnia 1917 roku.
Byłych żołnierzy II Brygady, którzy kilka miesięcy później dotarli do Sorok, włączono do 5 Dywizji. W 4 Dywizji zebrano natomiast starych żołnierzy korpusu, Polaków służących wcześniej w dywizjach carskich na rumuńskim froncie. Złośliwy los chciał, że wczesną wiosną 1918 roku stanęli obok siebie w szeregu dotychczasowi przeciwnicy.
Generał Stankiewicz "miał tę słabą stronę, że się całkowicie nie orientował w istotnych sprawach i interesach Polski"38 - zauważył Haller - a przy tym nerwy nie pozwalały generałowi przeprowadzić korpusu przez objętą wojną domową Ukrainę do Polski. Z ułomności Stankiewicza zdawali sobie sprawę oficerowie korpusu i na spotkaniu tzw. Rady Naczelnej zdjęto generała z dowództwa. To "przedstawienie", przeprowadzone na wzór rad bolszewickich, nie doszłoby do skutku, gdyby nie poparcie większości oficerów. Nowym dowódcą został Haller, który później opisał niniejsze wypadki w taki sposób, by nie ubliżyć honorowi Stankiewicza39.
Korpus nie zasiedział się na dłużej w Sorokach. Jeszcze za panowania Stankiewicza Rumunia podpisała traktat pokojowy z państwami centralnymi. Jednym z punktów, które Rumuni zobowiązali się wypełnić, było rozbrojenie II Korpusu. Kiedy do Sorok zajechał rumuński oficer kawalerii, aby przedstawić Polakom te zarządzenia, okazało się, że Stankiewicz, władający tylko językami polskim i litewskim, nie potrafił się z nim porozumieć. Z konieczności zastąpił go znakomicie władający francuskim Haller, który oczywiście o żadnym rozbrojeniu nie chciał słyszeć. A ponieważ potrafił przekonywać do własnych racji, Rumun zgodził się na wyjście korpusu z Besarabii w najbliższą noc.
Kierowany przez wprawną rękę Hallera korpus był solą w oku koso patrzących nań Niemców. Wedle kryteriów lansowanych przez Berlin, a narzuconych warszawskiej Radzie Regencyjnej, Niemcy nie życzyli sobie żadnych polskich jednostek na terenach okupowanych. Oficjalne pisma odwoływały się do postanowień niemiecko-bolszewickiego pokoju brzeskiego z marca 1918 roku. Do nowego dowódcy II Korpusu pisała w tej kwestii również Rada Regencyjna, ostrzegając: "zbrojny zatarg z Niemcami zagroziłby Polsce, a w szczególności ofiarą mogłaby paść Warszawa"40.
6 maja 1918 Haller, już generał41, otrzymał trzygodzinne ultimatum na złożenie broni. Nie poddał się jednak presji i nie uległ magii podpisu marszałka von Hindenburga, który widniał pod telegramem przekazanym przez parlamentariusza. Pięć dni później polskie siły otoczono. Rozpoczęła się bitwa, której historia nadała nazwę kaniowskiej. Słabszy liczebnie, narzekający na niedobór amunicji korpus nie mógł wygrać. Ale po osiemnastogodzinnym zmaganiu to dowódca operacji po stronie niemieckiej, generał Franz Hermann Zierold, zaproponował zawieszenie broni. "Widocznie mieli duże straty" - uznał Haller i zgodził się na rozmowy. Propozycja nieprzyjaciela była mu tym bardziej na rękę, że jego oddziałom brakowało amunicji do karabinów i armat42.
W czasie gdy major Antoni Szylling i kapitan Tadeusz Malinowski walczyli o godne warunki zawieszenia broni, generał Haller zebrał wokół siebie tych oficerów, którzy zdecydowali się tak jak i on sam pozostać w Rosji. Postanowiono wykorzystać czas, jaki dały pertraktacje, i chłodną, mokrą noc, by niepostrzeżenie przekraść się między przemęczonymi bitwą batalionami niemieckimi. Niemcy zresztą nie zamknęli okrążenia. Od Kowali na północ pozostał spory szmat ziemi nieobsadzonej przez nieprzyjaciela. Wymykano się niewielkimi grupkami w przebraniu, "okoliczni chłopi dostarczali odzienia dziwnie skwapliwie i muszę to powiedzieć - przyznał generał - bardzo gościnnie podejmowali każdego żołnierza polskiego"43.
Ze sprzyjających warunków taktyczno-atmosferycznych skorzystał również sam Haller. Ale na korzyść jego ludzi działała jeszcze jedna okoliczność. Otóż Niemcy byli zajęci rozbrajaniem tych polskich kompanii, które zdecydowały się wrócić do Polski. Zgodzono się na transport Polaków na teren zależnego od Niemców Królestwa. Tam ochotnicy mieli wstąpić do wojska polskiego, a pozostali zostaliby z niego zwolnieni. Najbliższe dni pokazały jednak perfidię Niemców. Transporty spod Kaniowa - 250 oficerów i 3000 szeregowych - trafiły do obozów jenieckich. Zamiast przytulnego kąta w rodzinnym domu żołnierze dostali niewygodną pryczę i zużyty koc w obozowym baraku. Czuli się zawiedzeni, choć w gruncie rzeczy to właśnie z nimi los obszedł się łaskawie, dając im skromne, ale bezpieczne schronienie na ostatnie pół roku wojny. Wychodzili na wolność jesienią, kiedy w dalekim Compi?gne podpisywano preliminaria pokojowe.
Lecz fortuna uśmiechnęła się przede wszystkim do tych żołnierzy II Brygady Legionów, którym pamiętnego dnia 15 lutego 1918 roku zagrodziły drogę na Ukrainę pułki austriackie. Generał Zieliński, pułkownik Sikorski i ksiądz Panaś zostali internowani, ale latem bramy obozu się otworzyły i wypłynął przez nie potok ludzi. Ruszyli do domów, co w lwiej części przypadków oznaczało Galicję. Z tłumem szeregowych i oficerów niższego stopnia wyszedł między innymi pułkownik Władysław Sikorski. W szarym tłumie zwolnionych próżno było natomiast szukać postaci księdza Panasia. Ten, uznany przez sądy austriackie za jednego z głównych inicjatorów buntu, zasiadł na ławie oskarżonych, lecz miał to szczęście, że w jego sprawie legat papieski interweniował u samego cesarza Karola. W efekcie już 2 października ksiądz odzyskał wolność.
Gorzkiego smaku tułaczki zakosztowały za to charaktery zadziorne i niepokorne, czyli ci wszyscy, którym się umyśliło wyrywać spod austriackiej kurateli, a trzy miesiące później wymykać w przebraniu z okrążenia pod Kaniowem.
Patrząc z perspektywy stu lat, można odnieść wrażenie, że Haller niepotrzebnie ciągnął za sobą żołnierzy w kraj ogarnięty chaosem wojny domowej. Czy nie lepiej było poddać się internowaniu i pół roku później już na wolności pić mocną kawę w kawiarni na lwowskim czy też krakowskim rynku?
Odpowiedź "tak" nasuwa się automatycznie, lecz za nią krok w krok przychodzi refleksja: pułkownik Haller nie wiedział, co przyniesie przyszłość. Widział za to zagrożenie z austriacko-niemieckiej strony i postanowił przed nim chronić to, co jego zdaniem Polska miała najcenniejsze, czyli wyszkolone wojsko.
"Myślą moją było połączenie wszystkich wojsk polskich w Rosji"44 - pisał Haller. Ten zamiar się nie powiódł, ponieważ na drodze stanęli Niemcy. Operacja Faustschlag wymiotła z Ukrainy zarówno białe, jak i czerwone dywizje rosyjskie i przyniosła z sobą fale przepojonych dumą zwycięstwa Niemców. II Korpus wpadł z deszczu pod rynnę. Dopóki mógł, dopóty Haller lawirował i zwodził Teutonów; przegrał tę rundę, ale się nie poddawał. Decyzja wyrwania się spod niemieckiego jarzma była w istocie konsekwentnym kroczeniem po szlaku obranym w Mamajowcach.
Bitwa pod Kaniowem nie miała większego znaczenia militarnego, stanowiła jednak zwycięstwo polityczne i moralne dla całego narodu polskiego.Bitwa pod Kaniowem pędzla Stanisława Bagieńskiego
***
Los prowadził te ponad 1500 niepokornych dusz żołnierskich wyboistymi drogami. Szli na Murmań, za koło polarne, pod Murmańsk i Archangielsk. Pułkownik Walerian Czuma ruszył na Syberię, pułkownik Józef Zając do Odessy. Podpułkownik Michał Żymierski trafił zaś do Kijowa i tam znalazł go Spiechowicz.
Awansowany za zasługi pod Rarańczą do stopnia kapitana Spiechowicz "posłował" nie tylko do Dowbora. Haller wysłał go również do Warszawy po instrukcje do Rady Regencyjnej: "Co dalej robić?". Fortuna sprawiła, że wrócił do korpusu w przeddzień bitwy kaniowskiej. Walczył w swoim stylu, dzielnie i rozsądnie, lecz nie uchroniło go to od niewoli. Wysłany transportem jeńców, uciekł. Kilka dni później pojawił się w Kijowie, gdzie zapukał do konspiracyjnego mieszkania podpułkownika Żymierskiego. Ten szczęśliwie wyrwał się z okrążenia wraz z oficerami sztabu i w Kijowie próbował odtworzyć polską dywizję piechoty. A ponieważ dywizja to kawał roboty kwatermistrzowskiej, wszedł w porozumienie z generałami Antonem Denikinem i Michaiłem Aleksiejewem. Ci dwaj eksoficerowie carscy nie mieli nic przeciw organizacji polskich oddziałów. Żeby kooperacja układała się lepiej, Żymierski wysłał im Spiechowicza w charakterze łącznika.
Robota Żymierskiego i Spiechowicza opierała się na pozostawionych bez rozkazu strzelcach obu dywizji II Korpusu. Półtora tysiąca czy nawet dwa tysiące ludzi to na warunki 1918 roku siła niewielka, Żymierski łapał więc, kogo się dało. Szybko się przekonał, że nie każdy chciał służyć pod jego komendą. Ludzie skapywali, lecz skapywali powoli, w miarę jak topniał eszelon jeńców wieziony w głąb Polski - a w końcu nawet i to źródło wyschło.
Rekruta brakowało, bo i gdzie indziej można było wstąpić do polskich oddziałów. Na Białorusi nadal kwaterowały dywizje generała Muśnickiego. Generał i jego sztab stanęli w Rohaczewie, zaś reszta korpusu zajęła twierdzę Bobrujsk.
I w Bobrujsku, i w Rohaczewie tułaczy II Korpusu witano jednak niemile, a wręcz wrogo. "Bolszewikami nas nazwano, iż ośmieliliśmy się bić z Niemcami"45. Ta obraźliwa niechęć wynikała z faktu przyjęcia przez generała Muśnickiego niemieckiego ultimatum.
Tymczasem na przełomie wiosny i lata 1918 roku los I Korpusu także się rozstrzygał. Już od pewnego czasu znośne dotąd stosunki między towarzyszami broni spod Mińska zaczęły się psuć. Niemcom przeszkadzało te 23 500 uzbrojonych Polaków, więc do sztabu korpusu zaczęły napływać żądania rozbrojenia.
Generał Muśnicki znalazł się w trudnej sytuacji. Niewykonanie niemieckich poleceń oznaczało wydanie korpusu na beznadziejną walkę z silniejszym przeciwnikiem, co groziło jego zniszczeniem. Z kolei wymykanie się na wschód, za Dniepr, nie dawało gwarancji powodzenia i zapowiadało niebezpieczeństwo przeciągających się równie beznadziejnych potyczek z bolszewikami, które zresztą powtarzały się cały czas od pół roku. Pozostawało poddać się woli silniejszego sojusznika (a zarazem okupanta), ale i na tej drodze czyhało niebezpieczeństwo. Korpus nie był monolitem jednakowo rozumiejących polską rację stanu oficerów. W sztabie ścierały się różne koncepcje. Do ich decydującego zderzenia doszło nocą z 21 na 22 maja 1918 roku.
Decyzję przyjęcia ultimatum i rozwiązanie korpusu przyjęto wśród żołnierzy na ogół ze zrozumieniem. Na ogół, ponieważ swój sprzeciw zgłosili Przemysław Barthel de Weydenthal i Leopold Lis-Kula, a z nimi nieliczna grupa popierających ich podoficerów. Wśród nich znajdował się między innymi pewien dwudziestosześcioletni ochotnik - niejaki Melchior Wańkowicz.
Kapitan Lis-Kula i pułkownik Barthel wpadli do Bobrujska z zamiarem przejęcia kontroli nad I Korpusem. Ten rozpaczliwy, a w gruncie rzeczy nieprzemyślany krok wynikał z zadania, jakie złożył na barki młodych oficerów komendant Piłsudski: zebrać trzy tułające się po płonącej Rosji polskie korpusy w armię i na jej czele wrócić do Polski. Tymczasem w końcu maja dwa z tych korpusów nie istniały już jako związki taktyczne. Ostatni, III Korpus Austriacy rozbroili 10 czerwca. Tak więc kiedy miesiąc później, w lipcu, kapitan Lis-Kula przyjął obowiązki zwierzchnika 3 Komendy POW w Kijowie, zamysł formowania armii - zadanie pierwszorzędne dla POW - był już nieaktualny.
W tragikomicznych wydarzeniach nocy z 21 na 22 maja w konflikt ze sobą weszły dwie koncepcje walki o Polskę: romantyczna i pozytywistyczna. Żadnej ze stron nie można odmówić poczucia patriotycznego obowiązku; żadnej też nie wolno oskarżać o zdradę. Ale niełatwo ustrzec się stronniczości. Nie uniknął jej Wańkowicz, który w reportażu Ostatnie słowo pisał: "Nikt uczciwy nie mógł pozostawać w Korpusie bez zdecydowania na walkę, gdy zechcą nam broń wziąć. Broń tę oddaliśmy i narodowi wyrządziliśmy krzywdę ciężką. Nic nie ma na usprawiedliwienie Korpusu"46.
Czy aby na pewno? "Ciągle mi się wydaje - pisał z kolei kapral Franciszek Skibiński, liczący wówczas zaledwie dziewiętnaście lat ułan pułku krechowieckiego i świadek tych wydarzeń - że generał Dowbor-Muśnicki wybrał optymalną spośród niewielu możliwych decyzji. Korpus nie wrócił wprawdzie do kraju jako zorganizowany i dobrze uzbrojony związek taktyczny, wróciły natomiast - i natychmiast zgłosiły się do szeregów - liczne tysiące wyszkolonych i zaprawionych żołnierzy"47.
Skibiński nie lamentował z powodu rozbrojenia korpusu. Nie był też zaskoczony tą decyzją, ponieważ nie zapadła ona z dnia na dzień. Dojrzewała długo, była więc przemyślana - to raz, poczyniono też pewne kroki, aby przejście do "cywila" było płynne - to dwa. Posypały się przy tym awanse. To wówczas Skibiński otrzymał stopień kaprala.
Porucznik Zygmunt Podhorski, dowódca 2 szwadronu 1 Pułku Ułanów Krechowieckich pożegnał swoich ułanów, życząc im szczęśliwej drogi do domu.
- "Kto chce wrócić do kraju konno i zbrojno w szeregach zorganizowanego wojska, niech się zgłosi do dowódcy szwadronu, od którego się dowie, jak ma postępować" - dodał rotmistrz na koniec.
Skibiński się zgłosił, tak jak wielu innych. Jego młodszy brat wrócił do domu, do Warszawy.
Broń oddawali do magazynu szwadronu, "oszczędzono nam bowiem największego upokorzenia". Natomiast od decyzji o przekazaniu koni kawalerzystom niemieckim nie było już ucieczki, choć i w tym przypadku wielu ułanów znalazło rozwiązanie. Pułk krechowiecki ruszył do twierdzy w Borujsku, bo tam właśnie zamierzano dokonać tej przykrej operacji. Tak się jednak złożyło, że ułani przejeżdżali obok koczujących na polu ludzi. Jak się okazało, byli to Polacy wracający po wojennej tułaczce do kraju. Skibiński wjechał między tłum wymęczonych ludzi, mizerne wozy załadowane jakim bądź dobytkiem i wychudzone konie. "Wybrałem możliwie najnędzniej wyglądającego mierzyna i zaproponowałem jego właścicielowi zamianę, na którą przystał z entuzjazmem"48. Jakiś czas później mierzyna odebrali Skibińskiemu Niemcy, on zaś, już spieszony, ruszył do Podhorskiego po instrukcje.
- "Jedźcie przyjaciele do Kijowa i tam zameldujcie się u mnie w domu przy ulicy Lipki - tu podał numer - a ja już was skieruję, gdzie należy"49.
Proza wojny zmusiła wielu żołnierzy bez względu na stopień i wiek do wyboru między romantyzmem walki i pragmatycznym pozytywizmem. Musiał go dokonać również generał Haller. Wybrał romantyzm, bo nie miał zaufania do niemieckiego słowa honoru. Jak się okazało, miał rację: strzelcy Hallera trafili wszak do niewoli. Ale miał również rację generał Józef Dowbor-Muśnicki. Zgadzając się na warunki niemieckie, zapewnił swoim ludziom szybki transport do domu. Najbliższe lata, lata wojny, miały pokazać, czy korpus dał Polsce wyszkolonych żołnierzy, czy też, jak twierdził Wańkowicz "bandę negatywnie nastrojoną, złodziejską".
W czasie gdy generał Dowbor wysyłał swoich żołnierzy do Królestwa, między ośrodkami polskimi w Rosji krążył rozkaz mobilizacyjny, ściągający Polaków do Murmańska i Archangielska. Pod rozkazem podpisał się generał Józef Haller.
Po rozbiciu II Korpusu pod Kaniowem Haller przez miesiąc tułał się po okupowanej przez Niemców Ukrainie. Korzystając z gościnności miejscowych Polaków, starał się uniknąć aresztowania przez bolszewików. Wreszcie mniej więcej w połowie czerwca, zaopatrzony w dokumenty na nazwisko kupca win z Warszawy, wsiadł w pociąg do Moskwy, gdzie dotarł nie bez kłopotów. Spokój miasta, znajdującego się w przededniu odzyskania godności stołecznej, burzyły nader częste echa czy to pojedynczych wystrzałów, czy to krótkich, lecz zajadłych potyczek. Gdzieś w tle obijały się o fronty kamienic krzyki i nawoływania, niezrozumiałe dla nieprzyzwyczajonego do rosyjskiej mowy ucha. "Trzeba było niejednokrotnie wchodzić w szeroko otwarte bramy, z których prędko wychodziliśmy, tak straszliwy fetor stamtąd się rozchodził. Jak się okazało, prawie wszędzie leżały trupy rozkładające się pozabijanych ludzi"50.
Generał Haller, ubrany w zwyczajne podniszczone ubranie, w towarzystwie oficera II Korpusu odnalazł zakonspirowany lokal i w umówiony sposób zastukał w okno. Powitał go ksiądz Kazimierz Lutosławski, który opiekował się przybyszem przez najbliższe kilka dni. Haller spędził je pracowicie, na spotkaniach z przewijającymi się przez Moskwę oficerami. Wydawał instrukcje i rozkazy, rozsyłając ludzi po kraju. Wreszcie przed generałem stanął generalny konsul francuski z wielce radosną nowiną:
- "Za kilka dni będzie szedł sanitarny pociąg francuski na Murmańsk; wypuszczono go właśnie z Tyfilisu"51 - mówił, zapraszając Hallera do skorzystania z okazji.
Zanim jednak Haller i embrion sztabu II Korpusu w postaci dwóch oficerów wyruszył w długą drogę na Murmań, generał otarł się o tajemnicę braci Lutosławskich...
Starszy brat księdza Kazimierza, Marian Lutosławski, mieszkał w Moskwie od trzech lat. Kiedy upadał carat, a efemeryda republiki została zastąpiona toporną formą władzy rad, Lutosławski zaangażował się w pomoc Polakom, próbującym wydostać się z objętej wojną domową Rosji. Za nim poszli jego młodsi bracia, tak że wkrótce tercet Lutosławskich - Marian, Józef i Kazimierz - kontrolował Radę Polskiego Zjednoczenia Międzypartyjnego.
Tak wysoka aktywność musiała wzbudzić podejrzenia władz. Wiosną 1918 roku bolszewicy rozpoczęli akcję propagandową skierowaną przeciw radzie; zaczęły się aresztowania. Trzy razy wymykał się funkcjonariuszom Feliksa Dzierżyńskiego ksiądz Kazimierz. Natomiast 22 kwietnia zatrzymano Mariana Lutosławskiego, a cztery dni później - Józefa. Mieszkania obu braci przewrócono do góry nogami...
Śledczy Czeki przywieźli do gmachu na Łubiankę odpis tajnego traktatu bolszewicko-niemieckiego i księgi rachunkowe polskich oddziałów wojskowych oraz organizacji politycznych. Lutosławskich oskarżono o prowadzenie działalności kontrrewolucyjnej oraz fałszowanie dokumentów dyplomatycznych.
Dokumenty, których odpisy tak nierozważnie trzymał w mieszkaniu Marian Lutosławski, dotyczyły rokowań niemiecko-rosyjskich toczonych w Brześciu Litewskim od grudnia 1917 do marca 1918 roku. Czy były autentyczne? Władysław Glinka, konserwatywny działacz polityczny, absolwent wydziału prawa na Sorbonie, żywił w tej kwestii pewne wątpliwości, mimo że Lutosławski zapewniał o ich prawdziwości.
Pewnego dnia, najprawdopodobniej w marcu, Marian Lutosławski spotkał się z nierozszyfrowanym dotąd przez historyków informatorem o inicjałach N.F. Za tajne dokumenty zapłacił wysoką cenę dosłownie i, jak miało się okazać we wrześniu 1918 roku, także w przenośni. Warto dodać, że sceptyczny Glinka upatrywał przyczyny aresztowania braci Lutosławskich raczej w działalności Centralnego Komitetu Obywatelskiego52.
Tymczasem zawarte w Brześciu porozumienie tylko przez kwartał cieszyło się klauzulą tajności. Marian Lutosławski nie tylko miał je w ręku, ale przetłumaczył tekst na język francuski. Kopie oddano ambasadorom państw zachodnich, komitetowi wykonawczemu Rady Polskiej Zjednoczenia Międzypartyjnego i Radzie Regencyjnej w osobie kardynała Aleksandra Kakowskiego.
"Politykę polską prowadzi rząd niemiecki" - zapisano w pierwszym punkcie porozumienia, podpisanego przez cesarskie Niemcy i Rosję Radziecką w sobotę 22 grudnia 1917 roku.
Trudno powiedzieć, która strona zaproponowała traktat: cesarskie Niemcy czy bolszewicka Rosja? Oba państwa potrzebowały spokoju. Rosja - by wygrać wojnę domową, Niemcy - by wygrać wojnę we Francji.
W treści dokumentu bolszewicy zobowiązywali się wstrzymać organizację polskiej armii w Rosji i deklarowali podjęcie współpracy dyplomatycznej. W czasie zapowiadającego się po wojnie światowej kongresu pokojowego oba kraje postanowiły protestować przeciw powstaniu armii polskiej czy państwa polskiego pod jakąkolwiek postacią.
Czy te dokumenty mogły stanowić oręż w rękach Rady Regencyjnej? Oczywiście nie. Niemcy mogli zaprzeczyć ich autentyczności, mogli też przedstawić całą sprawę tak, że wykreowaliby się na obrońców Polski przed zaborczym bolszewizmem. Kardynał to rozumiał i nie wykładał tych wątpliwych atutów na stół. Mógł je jednak wykorzystać inaczej, bowiem dokumenty odsłaniały prawdziwe oblicze niemieckiej polityki. Zaufanie do gubernatora Beselera, jeśli w Warszawie ktoś je jeszcze żywił, zniknęło. Rada Regencyjna otrzymała sygnał, że czas współpracy z Niemcami dobiega końca, ponieważ z tej strony nic pozytywnego dla Polski wyniknąć nie może. Należało iść samemu, wiele ryzykując, trochę jakby na złamanie karku, bądź szukać protektorów na Zachodzie. Ale kto tam nad Sekwaną zgodziłby się podać rękę ludziom zbrukanym współpracą z Rzeszą Niemiecką?
Tymczasem, kiedy kardynał Kakowski, książę Zdzisław Lubomirski oraz hrabia Józef Ostrowski szukali drogi wyjścia spod kurateli niemieckiej, prasa bolszewicka pod dyktando KC RKP(b)53 uznała, że działalność braci Lutosławskich miała na celu obalenie władzy radzieckiej poprzez sfałszowanie postanowień traktatu brzeskiego i próbę zachęcenia w ten sposób ententy do interwencji w Rosji.
"Stoimy w obliczu systematycznej, metodycznej i najwyraźniej długo planowanej militarnej i finansowej, kontrrewolucyjnej, wymierzonej w Republikę Rad kampanii, którą przedstawiciele anglo-francuskiego imperializmu przygotowywali miesiącami"54 - grzmiał Lenin. Ale to nie była prawda. Nie istniał żaden zorganizowany spisek. Trudno powiedzieć, czy wódz rewolucji wiedział o tym i tylko budował politykę partii na podstawie wyimaginowanego, lecz łatwego do zaakceptowania przez działaczy niebezpieczeństwa, czy popadł w paranoję. Bez względu na to, która wersja jest poprawna, cel - zmobilizowanie mas do walki z kontrrewolucją - został osiągnięty.
Sukcesy pojawiły się nazajutrz. W sierpniu, zatem zaledwie w miesiąc po wspomnianej mowie Lenina, Czeka wpadła na trop "spisku poselskiego". Zorganizowana przez Roberta Lockharta, dyplomatę nie najwyższych lotów, próba obalenia rządu bolszewickiego przypominała tragifarsę i oczywiście nie powiodła się55.
Rewolucja syci się krwią. Lenin i Dzierżyński nie przejmowali się zapewne dowodami potwierdzającymi udział Lutosławskich w "spisku poselskim". Energicznie zszyli z sobą te dwie sprawy, a ponieważ za Lutosławskimi nie stała żadna poważna siła polityczna, postawiono ich w roli kozła ofiarnego. Dzienniki radzieckie domagały się kary śmierci. Usprawiedliwieni żądaniem ludu Lenin i Dzierżyński wydali stosowne polecenia, po czym 5 września 1918 roku Mariana i Józefa Lutosławskich rozstrzelano.
Kampania antypolska, prowadzona z mniejszym lub większym natężeniem od porozumień z grudnia 1917 roku, zahamowała organizację polskich jednostek. Generał Haller jechał na Murmań, by tworzyć wojsko pod egidą ententy. Podobnie było na Syberii i na Ukrainie, gdzie Żymierski jak dotąd był w stanie porozumieć się z "białymi" Rosjanami Denikina. I o ile ta współpraca miała już w następnym roku upaść, o tyle tarcza ententy zapewniała Polakom względne bezpieczeństwo. Dozbrajano więc i mundurowano odziały polskie na Murmaniu, a następnie ewakuowano je z Rosji. Tak w lipcu 1918 roku do Francji dotarł generał Haller.
- "Witaj, generale! - przywitał Dmowski Hallera okrzykiem radości. - Spadasz nam jak z nieba! Właśnie nam potrzeba naczelnego wodza dla naszej armii"56.
Następnego dnia, 14 lipca 1918 roku, w zorganizowanej z okazji narodowego święta Republiki Francuskiej defiladzie na Polach Elizejskich w cieniu okrzyków Vive la Pologne! przemaszerował 1 batalion 2 Pułku Strzelców Polskich.
Ententa, a zatem Francja, Wielka Brytania, ale również Stany Zjednoczone wyrastały już wówczas w oczach Polaków na obrońców sprawy polskiej, w czym niemały udział mieli panowie Ignacy Paderewski i Roman Dmowski. Pozycja i znajomości Paderewskiego, pianisty światowej klasy, otwierały Dmowskiemu drzwi gabinetów brytyjskich, francuskich i amerykańskich. Dmowski zaś, raz wszedłszy na salony, nie dał się z nich rugować: elokwentny, znający perfekcyjnie języki angielski i francuski, zapewnił kierowanemu przez siebie Komitetowi Narodowemu status oficjalnego przedstawiciela interesów Polski i sojusznika zachodnich demokracji57.
We wrześniu 1918 Dmowski, rozumiejąc znaczenie poparcia krajów demokratycznych, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, zdecydował się opuścić Paryż i wyjechać za ocean, by zabiegać o poparcie Kongresu Polonii Amerykańskiej. Zapukał również do gabinetu prezydenta Wilsona. Przyjęty w Białym Domu, przekonywał prezydenta do poparcia idei odbudowy Polski w granicach z 1772 roku. Argumentował, że tylko silna Polska będzie skuteczną barierą dla militarnych zapędów Niemiec i Rosji.
Tymczasem dla obu tych krajów rok 1918, rok Wenus i Marsa, okazał się zarazem i rokiem klęski. Uśpiony w marcu 1918 roku front wschodni nie przebudził się już w czasie tej wojny. Za to na froncie zachodnim jeszcze wiosną i latem toczyły się zażarte walki. W połowie sierpnia kończyła się udana ofensywa aliantów nad Marną. Armia niemiecka wydawała się wyczerpana. Na szczytach władzy II Rzeszy nie myślano już o kolejnej ofensywie - więcej nawet, w pierwszych dniach października generalicja niemiecka uznała, że nadszedł czas zakończyć wojnę. Po obu stronach frontu wyczekiwano zawieszenia broni.
Wydawało się, że świat łapie oddech po wojennej zawierusze i nieśmiało przygotowuje się do nowych wyzwań. Politycy nad Sekwaną i Tamizą układali preliminaria rozejmu. Tylko Polacy szli obranym przed laty torem: szykowali się na odrodzenie Ojczyzny. Dmowski nadal szukał sojuszników nad Potomakiem, a Haller nadal budował armię, wykorzystując do tego celu kadrę oficerów francuskich. Piłsudski natomiast nadal nudził się w Magdeburgu, nie wiedząc, że czas pracuje na jego korzyść58.
Jesień 1918 roku nadeszła ostrożnie, bez uderzeń grzmotów, bez wycia wiatrów. Najpierw na trawniki parków opadły kolorowe liście. Potem zieleń straciła letnią świeżość, wreszcie poranne mgły popodnosiły się z łąk. Tu i ówdzie widziano na niebie klucze żurawi. Ptactwo uciekało przed zimą na południe, miś szykował gawrę, drobiazg leśny mościł legowiska w norach, jamach czy korzeniach drzew. Świat odwiecznym prawem natury zamierał na pół roku.
Rozdział pierwszy
Na krążeniu między Rostowem a Kijowem upłynęły Spiechowiczowi cztery miesiące. Minął wrzesień, a ponieważ wyniki rekrutacji wciąż nie zadowalały podpułkownika Żymierskiego, zdecydował się zmodyfikować system werbunku i zaangażować Spiechowicza do pomocy. W pierwszych dniach października, zaopatrzony w plik rozkazów i instrukcji, Boruta ruszył w długą drogę do Galicji, by tam zorganizować punkt werbunkowy dla ochotników do polskich dywizji, skąd następnie miał wysyłać rekrutów nad Don.
Jesień była w pełni i jakkolwiek zdarzały się słotne dni, Lwów zachwycał złotem i purpurą. 10 października 1918 roku kapitan Mieczysław Spiechowicz smakował ten widok, dopiero co przyjechawszy do Lwowa. Miasto żyło zwykłym pokojowym trybem. Sklepy handlowały, kawiarnie rozpuszczały wokół aromat kaw i deserów, dzieci chwytały się matczynych spódnic, czyniąc przy tym zazwyczaj niezmierny rwetes wywołany, a jakże, jakimś osobliwym dla ich młodych oczu zjawiskiem. Ale ten, kogo natura obdarzyła bystrzejszym spojrzeniem, orientował się, że coś wisi w powietrzu. Owo "coś" przypominało o sobie w osobach żołnierzy dogorywającej już monarchii austriackiej, szwędających się po ulicach bogatego Leopolis. Lecz istniał jeszcze jeden czynnik, nawet bardziej niebezpieczny - "gorączkowe organizowanie się miejscowego elementu ukraińskiego, pozostającego w kontakcie z miejscowymi władzami austriackimi. Przebąkiwano już wtedy o możliwości utworzenia Ukrainy we Lwowie przez Austriaków, ale oczywiście nie posiadano jeszcze konkretnych w tym względzie danych"59.
Ogarnięty wątpliwościami i świadomy bezwzględnie upływającego czasu Spiechowicz popędził do Krakowa, gdzie przedstawił raport szefowi krakowskiego okręgu wojskowego, pułkownikowi Bolesławowi Roi. Przy okazji spostrzegawczy kapitan rozeznał się w niezdrowej atmosferze, hamującej tworzenie wojska i władz administracyjnych. Rzecz rozbijała się o personalia. Oficjalnym wojskowym przedstawicielem Rady Regencyjnej w Galicji był mianowicie pułkownik Władysław Sikorski. Problem w tym, że Roja nie zamierzał poddać się ani jego dyrektywom, ani decyzjom samej Rady Regencyjnej; uznawał wyłącznie autorytet Józefa Piłsudskiego.
Za Roją stanęła murem POW. Natomiast przed Sikorskim przysięgę złożyli oficerowie i żołnierze dawnego Polskiego Korpusu Posiłkowego. Spiechowicz stał obok tych organizacyjnych niesnasek. Ponieważ jego lwowska działalność ściśle łączyła się z POW, odebrał rozkaz "bezwzględnego pozostania na miejscu w Galicji" i przystąpienia do organizowania wojska. Boruta powrócił więc do Lwowa 24 października i wstrzymał "dalszą wysyłkę ludzi do Kijowa". Wysłał natomiast nad Dniepr łączniczkę POW, Marię Wierzyńską, z raportem o sytuacji zastanej na miejscu, a także z prośbą o instrukcję i "50 000 koron na opędzenie wydatków"60.
W raporcie przekazanym pułkownikowi przez Wierzyńską Spiechowicz tłumaczył się Żymierskiemu: "Rozeznawszy się w sytuacji, doszedłem do przekonania, że należy raczej organizować i gromadzić siły na miejscu, a nie osłabiać je i wysyłać na Ukrainę"61.
Wierzyńska szybko wróciła z dalekiego Kijowa, a ponieważ nie zastała Spiechowicza na miejscu we Lwowie, wysłała doń depeszę: "Przyjeżdżaj". Zostawił zatem zachłystujący się świeżą niepodległością Kraków i przyjechał.
Nie spotkał się jednak z Wierzyńską tego dnia, "ponieważ była silnie szpiegowana". Spotkanie umówiono przez pośredników na następny dzień, 1 listopada 1918 roku. Uspokojony Spiechowicz przespacerował się do hotelu, w którym czekał na niego pokój.
Jeszcze przed Wielką Wojną Hotel Krakowski uchodził za najnowocześniejszy budynek we Lwowie. Przechodząc przez plac Bernardyński, przechodnie wysoko zadzierali głowy, aby sięgnąć wzrokiem ponad cztery piętra na wysokie poddasze i stromy dach. Z hotelu rozpościerała się szeroka panorama na całe stare miasto, cytadelę i Wysoki Zamek, dokąd onegdaj chodził Felicjan Dulski w lwowskiej wersji dramatu Gabrieli Zapolskiej.
Przed świtem 1 listopada, zanim jesienne słońce wspięło się nad czerwonobure dachy kamienic Lwowa, do świadomości śpiącego Spiechowicza zaczęły przebijać się dalekie echa strzałów. Jak zazwyczaj w takich przypadkach wpisały się one w kontekst snu, więc kapitan potrzebował kilku minut, aby zrozumieć, że sen miesza się z rzeczywistością. Wtedy otworzył oczy i nasłuchiwał. Zrazu było cicho, dopiero po dłuższej chwili usłyszał zza zamkniętego okna przytłumiony wystrzał. Potem nadleciały niewyraźne krzyki i znów padł strzał. Chaotyczna strzelanina powoli przybierała charakter ulicznej bitwy. Boruta nie wiedział, co się dzieje, ale też nie wpadał w panikę. Przyzwyczajony do wojny (walczył przecież od 1914 roku), zabrał się za poranną toaletę, dochodząc do wniosku, że najrozsądniej będzie zasięgnąć języka u osób dobrze poinformowanych. Mniej więcej godzinę później już wiedział, że "rozpadająca się Austria wydała Lwów Ukraińcom, ci zaskoczyli nasze organizacje wojskowe i miasto podstępnie opanowali"62.
Zaskoczenie nie wynikało bynajmniej z genialnego planu Rusinów63. Niepotrafiące porozumieć się między sobą polskie organizacje wojskowe i patriotyczne ignorowały ostrzeżenia; a przy tym nie doceniły determinacji Ukraińców. Dzwonek alarmowy bił przez cały październik. W drugiej połowie miesiąca Austriacy przerzucali do Lwowa i całej wschodniej Galicji bataliony ukraińskie. W ostatnim dniu października po miejscowym garnizonie krzątało się już 12 000 ukraińskich żołnierzy. Owszem, "było wielu żołnierzy starych, którzy czekali tylko na sposobność, ażeby pójść do domów"64, ale i Polacy nie mieli tu żadnych doborowych oddziałów. POW to tylko 300 strzelców, z czego 80 stanowiły dzieci z gimnazjów. Tylko co dziesiąty mógł liczyć na karabin. Dwóch, może trzech obsługiwało jedyny karabin maszynowy. Porucznik Ludwik de Laveaux, dowódca POW, miał konkurenta w osobie starszego stopniem kapitana Czesława Mączyńskiego. Ten ostatni kierował organizacją o wiele mówiącej nazwie Polskie Kadry Wojskowe, według pobieżnych rachunków mniej liczną niż POW, ale posiadającą dobrze wyszkoloną kadrę o niemałych ambicjach. Stąd między obu oficerami toczył się spór o dowództwo. I nie zgasł wcale wraz z rozpoczęciem się walk w mieście. Przeciwnie, rozpalił się wówczas z nową siłą, ponieważ do kłótni dołączyli kapitan Antoni Kamiński i kapitan Władysław Rożen. Rożena popierali legioniści, za to nie zamierzał mu się podporządkować ambitny Mączyński. Natomiast Mączyńskiego nie zamierzał słuchać równie ambitny Kamiński, uznający nad sobą jedynie zwierzchność oficerów wyznaczonych przez Sztab Generalny. W efekcie cały dzień 1 listopada zdominowała kłótnia "o komendę nad Lwowem"65.
A tymczasem przeciwnik zajmował strategiczne punkty miasta. O godzinie drugiej po północy Ukraińcy zajęli koszary przy ulicy Kurkowej, a nad ranem panowali już nad ratuszem i rynkiem, pocztą, Dworcem Głównym i siedzibą Namiestnika Galicji. Za fasadą nazwy tych gmachów kryły się konkretne korzyści: broń, łączność telefoniczna i telegraficzna oraz transport kolejowy. Przed budynkami, na rogach rynku i na skrzyżowaniach strategicznych ulic ustawiono karabiny maszynowe.
Nad ranem do centrum miasta wybrał się szesnastoletni uczeń gimnazjum Adama Mickiewicza (tzw. Akademii Matołków66), Józef Bocheński. Ponieważ rodzina Bocheńskich mieszkała na peryferiach, za zajezdnią tramwajową przy ulicy Kopernika, chłopak wybrał się do miasta tramwajem. Kiedy wysiadł ze zgrzytającego na każdej zwrotnicy, trzęsącego się wehikułu, ruszył na rynek. Jak zwykle trochę automatycznie, a trochę z potrzeby chwili poszukał wzrokiem zegara na wieży ratuszowej. "Zobaczyłem dwa olbrzymie niebiesko-żółte sztandary. [...] Dla mnie i pewnie dla większości Polaków cios był dotkliwy. Uważaliśmy Lwów za polskie miasto. [...] Każdą próbę zabrania nam tego miasta i kraju uważaliśmy za targnięcie się na istotną część Polski"67.
Rusini obawiali się reakcji Polaków. Stąd te cekaemy na placach i rogach ulic, stąd uderzenie w cytadelę i dworzec, stąd patrole na ulicach. I jakkolwiek nocna akcja opanowania miasta została dokładnie przemyślana, to Ukraińcy wiedzieli, że bitwa o Lwów rozpocznie się wówczas, gdy zbudzi się polski lew.
Ale póki co lew budził się powoli i niemrawo.
Żołnierze i mieszkańcy Lwowa na rynku w czasie walk w listopadzie 1918 r.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Przypisy
1 "Czas", 9 lutego 1918, s. 3.
2 "Głos Narodu", 11 lutego 1918; "Czas", 11 lutego 1918.
3 J. Panaś, My II Brygada, Katowice 1929, s. 199.
4 Ibidem, s. 198-199.
5 Ibidem, s. 199.
6 Wg: J. Haller, Pamiętniki, Łomianki 2015, s. 147.
7 Ibidem.
8 Ibidem.
9 J. Panaś, My II Brygada, op. cit., s. 200.
10 Ibidem, s. 201.
11 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 425.
12 Słowa Spiechowicza za: J. Panaś, My II Brygada, op. cit., s. 201.
13 J. Panaś, My II Brygada, op. cit., s. 201.
14 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 147.
15 Relacja B. Wieniawy-Dlugoszewskiego za: N. Davies, Boże igrzysko, t. II: Od roku 1795, przeł. E. Tabakowska, Kraków 1991, s. 484.
16 Ibidem.
17 O. Terlecki, Generał Sikorski, t. I, Kraków 1981, s. 49.
18 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 117.
19 https://pl.wikipedia.org/wiki/ Czterna%C5%9Bcie_punkt%C3%B3w_Wilsona [dostęp: 23.11.2019].
20 J. Panaś, My II Brygada, op. cit., s. 189.
21 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 146.
22 J. Panaś, My II Brygada, op. cit., s. 190.
23 Zarys historii wojennej 2. Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich, oprac. A. Mniszek, K. Rudnicki, Warszawa 1929, s. 19.
24 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 148.
25 Ibidem, s. 149.
26 Ibidem.
27 Alternatywna pisownia Kosak.
28 Dowódca korpusu austriackiego w bitwie pod Lipskiem w 1813.
29 W. Podolski, Od Rarańczy do Kaniowa, "Wiarus", r. IX, nr 8, 19 lutego 1938, s. 236.
30 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 150.
31 Ibidem, s. 151.
32 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 152.
33 Ibidem, s. 155.
34 Ibidem, s. 152.
35 Ibidem, s. 154.
36 Ibidem, s. 153.
37 Po rosyjsku i ukraińsku 40 to sorok (copoк).
38 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 172.
39 Gen. S. Stankiewicz po opuszczeniu korpusu podjął służbę w armii Denikina. 11 marca 1919 r. zmarł na tyfus.
40 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 173.
41 Awans 7 kwietnia 1918.
42 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 177.
43 Ibidem.
44 Ibidem, s. 154.
45 S. Kamiński, Generał dywizji Bronisław Bolesław Duch, Warszawa 2010, s. 37.
46 M. Wańkowicz, Strzępy epopei, Warszawa 2009, s. 103.
47 F. Skibiński, Ułańska młodość. 1917-1939, Warszawa 1989, s. 47.
48 Ibidem, s. 48.
49 Ibidem, s. 47.
50 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 184.
51 Ibidem, s. 186.
52 W opisaniu "sprawy braci Lutosławskich" pomogły wspomnienia W. Glinki (Pamiętnik z Wielkiej Wojny, t. IV: Koniec wygnania i powrót do Kraju. 18 lutego - 4 października 1918, Warszawa 1928) oraz monografia Czyn niepodległościowy ziemian łomżyńskich podczas I wojny światowej. Materiały z III Spotkania Pokoleń w Kręgu Kultury Ziemiańskiej (Drozdowo 2017). Jest to jednak zaledwie strzęp opisu wypadków, wokół których pozostaje jeszcze wiele znaków zapytania.
53 RKP(b) - Rosyjska Partia Komunistyczna (bolszewików).
54 C. Andrew, W. Mitrochin, Archiwum Mitrochina I. KGB w Europie i na Zachodzie, Poznań 2015, s. 60.
55 Ibidem.
56 J. Haller, Pamiętniki, op. cit., s. 193.
57 J. Karski, Wielkie mocarstwa wobec Polski 1919-1945. Od Wersalu do Jałty, przeł. E. Morawiec, Poznań 2014, s. 43.
58 A. Garlicki, Józef Piłsudski. 1867-1935, Kraków 2012, s. 302.
59 M. Boruta-Spiechowicz, Obrona Lwowa, [w:] Obrona Lwowa 1-22 listopada 1918. Relacje uczestników ze wstępnym słowem gen. J. Stachiewicza i przedmową gen. B. Popowicza oraz prof. S. Zakrzewskiego, t. I, Lwów 1933, s. 27.
60 Ibidem, s. 28.
61 Ibidem, s. 27.
62 Ibidem, s. 28.
63 Nazw Ukrainiec i Rusin używam zamiennie, bo w istocie oznaczają ten sam naród.
64 J. Rogowski, W obronie Lwowa, Lwów 1939, s. 21.
65 L. Podhorodecki, Dzieje Lwowa, Warszawa 1993, s. 162.
66 Od skrótu AM.
67 J. Bocheński, Wspomnienia, Kraków 1994, s. 37.