Wojna peloponeska - Tukidydes

Kup ebooka

66.30 zł

-
Proszę czekać

(46) Te więc okręty przybyły do Korkiry. Koryntyjczycy zaś, ukończywszy przygotowania, ruszyli przeciw Korkirze w sto pięćdziesiąt okrętów. Okrętów elejskich było dziesięć, megaryjskich dwanaście, leukadyjskich dziesięć, amprakiockich dwadzieścia siedem, anaktoryjski jeden, korynckich dziewięćdziesiąt; każda grupa miała własnego stratega, nad Koryntyjczykami zaś sprawował dowództwo Ksenoklejdes, syn Eutyklesa, wraz z czterema innymi. Kiedy zaś, płynąc od strony Leukady, zbliżyli się do lądu leżącego naprzeciw Korkiry, zawinęli do Chejmerion w ziemi tesprockiej. Jest to port, a nad nim, w pewnej odległości od morza, w Eleatydzie należącej do Tesprotydy, leży miasto Efira. Obok tego miasta uchodzi do morza Jezioro Acheronckie; rzeka Acheront, płynąc bowiem przez Tesprotydę, rozlewa się w jezioro i nadaje mu od siebie nazwę. Przepływa tam także rzeka Tiamis, oddzielająca Tesprotydę od Kestryny, między tymi rzekami wznosi się przylądek Chejmerion. W tym więc punkcie lądu stałego przybijają Koryntyjczycy i rozkładają się obozem.

(47) Korkirejczycy zaś na wieść o zbliżaniu się nieprzyjaciół, obsadziwszy załogą sto dwadzieścia okrętów, nad którymi dowództwo sprawowali Mikiades, Ajzymides i Eurybatos, rozbili obóz na jednej z wysp, zwanych Syboty. Zjawiło się również dziesięć okrętów attyckich. Piechotę korkirejską i tysiąc hoplitów dzakintyjskich, którzy przyszli Korkirze na pomoc, ustawiono na przylądku Leukimme; również po stronie Koryntyjczyków, na lądzie stałym, stanęło wielu barbarzyńców, gdyż tamtejsi mieszkańcy stale byli zaprzyjaźnieni z Koryntem.

(48) Koryntyjczycy zaś, ukończywszy przygotowania i wziąwszy żywność na trzy dni, wypłynęli z Chejmerion nocą w celu stoczenia bitwy morskiej. Z brzaskiem dnia ujrzeli na pełnym morzu okręty korkirejskie płynące przeciw nim. Kiedy spostrzeżono się nawzajem, okręty stanęły w szyku bojowym: attyckie na prawym skrzydle Korkirejczyków, dalej sami Korkirejczycy, którzy podzielili swą flotę na trzy eskadry i oddali komendę nad każdą z nich osobnemu dowódcy. W ten sposób ustawili się Korkirejczycy. U Koryntyjczyków zaś prawe skrzydło zajmowały okręty megaryjskie i amprakiockie, środek wszyscy inni sprzymierzeńcy po kolei, lewe zaś skrzydło - sami Koryntyjczycy z najlepszymi okrętami naprzeciwko Ateńczyków i prawego skrzydła Korkirejczyków.

(49) Na dany z obu stron znak uderzyli na siebie i rozpoczęli bitwę; obie strony miały na pokładach wielką liczbę hoplitów, łuczników i oszczepników - według nieudolnej i przestarzałej taktyki. Bitwa była zacięta nie tyle dzięki sztuce wojennej, ile przez to, że przypominała bitwę lądową. Ilekroć bowiem sczepili się z sobą, niełatwo mogli się znowu rozłączyć, częściowo z powodu wielkiej liczby i znacznego skupienia okrętów, częściowo zaś dlatego, że liczyli raczej na zwycięstwo hoplitów, którzy bili się, stojąc pewnie na nieruchomych okrętach. Nie dokonano manewru zmierzającego do przełamania szyku przeciwnika: bitwę toczono raczej z zapalczywością i siłą niż z umiejętnością. Wszędzie było wiele zgiełku i zamieszania: okręty attyckie przychodziły z pomocą Korkirejczykom, ilekroć ci znaleźli się w trudnym położeniu, i napędzały strachu przeciwnikom, ale dowódcy ateńscy nie brali udziału w bitwie, bojąc się przekroczyć polecenie otrzymane z Aten. W najtrudniejszej sytuacji znajdowało się prawe skrzydło Koryntyjczyków. Korkirejczycy bowiem, ruszywszy w dwadzieścia okrętów, zmusili Koryntyjczyków do odwrotu i popłynęli za znajdującymi się w rozsypce w głąb lądu, aż do ich obozu; wylądowawszy, spalili puste namioty i zrabowali znajdujący się tam dobytek. W tym więc miejscu Koryntyjczycy i ich sprzymierzeńcy ponieśli klęskę, a Korkirejczycy byli górą; natomiast na lewym skrzydle, tam gdzie byli sami Koryntyjczycy, mieli oni znaczną przewagę, gdyż Korkirejczykom, w ogóle słabszym liczebnie, brakowało jeszcze tych dwudziestu okrętów, które puściły się w pościg. Ateńczycy, widząc Korkirejczyków w opałach, już coraz jawniej szli im z pomocą, na razie jeszcze powstrzymując się od atakowania Koryntyjczyków; kiedy jednak zaczął się wyraźnie odwrót i Koryntyjczycy poczęli ścigać Korkirejczyków, wtedy już każdy brał udział w walce i żadnej nie robiono różnicy; z konieczności doszło do starcia między Koryntyjczykami i Ateńczykami.

(50) A kiedy zaczął się odwrót Korkirejczyków, Koryntyjczycy nie tracili czasu na holowanie uszkodzonych statków nieprzyjacielskich, lecz przełamując szyki, zwrócili się przeciw załogom, i to nie po to, by je brać do niewoli, lecz by zabijać. Nie wiedząc o klęsce, jaką poniosło ich prawe skrzydło, zabijali w nieświadomości także swoich własnych przyjaciół. Wobec tego bowiem, że obie strony miały wielką flotę i że zajmowały wielką przestrzeń na morzu, niełatwo można było w czasie starcia odróżnić zwycięzców od zwyciężonych. Ta bowiem bitwa morska, o ile chodzi o liczbę okrętów biorących w niej udział, była największą ze wszystkich, jakie kiedykolwiek przedtem Hellenowie stoczyli. Koryntyjczycy, zapędziwszy Korkirejczyków na ląd, zajęli się wrakami swych okrętów i poległymi. Większą ich część udało się przewieźć do Sybot, gdzie przyszło im z pomocą lądowe wojsko barbarzyńców; Syboty jest to pusta przystań w kraju tesprockim. Następnie zebrali się powtórnie i ruszyli na Korkirejczyków. I ci również wypłynęli przeciw nim z tymi okrętami, które zdolne były jeszcze do żeglugi, i z eskadrą attycką; lękali się, żeby Koryntyjczycy nie próbowali wylądować w ich kraju. Było już późno i Korkirejczycy zaśpiewali pean36 jako sygnał do ataku, gdy Koryntyjczycy zaczęli się nagle cofać na widok nadpływających nowych dwudziestu okrętów ateńskich. Okręty te dosłali jeszcze Ateńczycy, zląkłszy się, aby - co się w istocie stało - Korkirejczycy nie ponieśli klęski, a eskadra dziesięciu okrętów wysłanych poprzednio nie okazała się zbyt słabą pomocą.

(51) Koryntyjczycy pierwsi dostrzegli te okręty i domyślili się, że są to okręty ateńskie. Sądząc, że jest ich więcej, niż było w rzeczywistości, cofali się; Korkirejczycy zaś nie widzieli okrętów, gdyż nadpływały od strony dla nich mniej widocznej, i dziwili się odwrotowi Koryntyjczyków; dopiero później niektórzy z nich dostrzegli je i innych o tym powiadomili. Wtedy i oni zaczęli się wycofywać, ponieważ już się ściemniało, a Koryntyjczycy, wykonawszy odwrót, przestali walczyć. W ten sposób rozdzieliły się obie strony i bitwa morska zakończyła się z nastaniem nocy. Flotylla dwudziestu okrętów, płynąca z Aten pod dowództwem Glaukona, syna Leagrosa, i Andokidesa, syna Leogorasa, torując sobie drogę przez trupy i wraki, w kilka chwil po dostrzeżeniu jej przez Korkirejczyków podpłynęła do ich obozu na Leukimme. Początkowo - jako że działo się to w nocy - Korkirejczycy zlękli się, myśląc, że są to okręty nieprzyjacielskie, później jednak spostrzegli omyłkę i okręty zawinęły do przystani.

(52) Nazajutrz trzydzieści okrętów attyckich i wszystkie okręty korkirejskie zdolne do żeglugi popłynęły ku portowi w Sybotach, gdzie stały na kotwicach okręty Koryntyjczyków; chodziło o to, by się przekonać, czy tamci mają ochotę do bitwy. Koryntyjczycy, podniósłszy kotwice i ustawiwszy się w szyku bojowym na pełnym morzu, czekali w spokoju, nie mając zamiaru sami zaczynać, widzieli bowiem, że nadeszły świeże okręty z Aten, poza tym mieli wiele trudności zarówno z pilnowaniem jeńców na swych okrętach, jak i z naprawą statków, której nie można było przeprowadzić na pustym wybrzeżu. Raczej zastanawiali się, jak wrócić do domu; bali się bowiem, że Ateńczycy uznają traktat pokojowy za zerwany wobec tego, że doszło do starcia, i zechcą przeszkodzić im w drodze powrotnej.

(53) Postanowili więc wysłać łodzią do Ateńczyków kilku ludzi bez laski będącej oznaką heroldów i zbadać sytuację. Kazali im powiedzieć, co następuje: "Niesprawiedliwie postępujecie, Ateńczycy, rozpoczynając wojnę i zrywając traktat pokojowy; przeszkadzacie nam bowiem ukarać naszych nieprzyjaciół. Jeśli zaś naprawdę postanowiliście przeszkadzać nam w wyprawie przeciw Korkirze albo nie dacie nam płynąć, dokąd chcemy, i w ten sposób zerwiecie traktat, to najlepiej od razu nas tutaj pojmajcie i postąpcie z nami jak z nieprzyjaciółmi". Tak brzmiało oświadczenie Koryntyjczyków; wszyscy zaś Korkirejczycy, którzy słyszeli te słowa, zakrzyknęli, że należy ich natychmiast pojmać i zabić. Ateńczycy jednak odpowiedzieli w ten sposób: "Peloponezyjczycy, ani nie rozpoczynamy wojny, ani nie zrywamy traktatu, lecz tym oto Korkirejczykom przyszliśmy na pomoc jako naszym sprzymierzeńcom. Jeśli gdziekolwiek indziej chcecie płynąć, nie bronimy wam; jeśli jednak popłyniecie przeciw Korkirze albo przeciw jakiejkolwiek jej posiadłości, to nie będziemy się temu przyglądać obojętnie".

(54) Po otrzymaniu odpowiedzi ateńskiej Koryntyjczycy przygotowywali się do powrotu i w Sybotach, na lądzie stałym, postawili pomnik zwycięstwa; Korkirejczycy zaś pozbierali wraki okrętowe i trupy przygnane w ich strony przez prąd i wiatr, który zerwał się w nocy i rozrzucił je wzdłuż wybrzeża. I oni również postawili pomnik zwycięstwa w Sybotach leżących na wyspie. Obie strony przypisywały sobie zwycięstwo: Koryntyjczycy dlatego, że byli górą w bitwie morskiej aż do nadejścia nocy, że zdołali zabrać przeważającą część wraków okrętowych i trupów, i dlatego, że wzięli nie mniej jak tysiąc jeńców i zatopili około siedemdziesięciu okrętów; Korkirejczycy zaś dlatego, że zniszczyli około trzydziestu okrętów i że po przybyciu Ateńczyków pozbierali znajdujące się po ich stronie wraki okrętowe i trupy, i wreszcie dlatego, że Koryntyjczycy cofnęli się przed nimi poprzedniego dnia, zauważywszy okręty ateńskie, a po przybyciu Ateńczyków nie wypłynęli przeciw nim z Sybot.

(55) Tak więc jedni i drudzy uważali się za zwycięzców. Koryntyjczycy zaś w drodze powrotnej opanowali podstępem Anaktorion, leżące u wejścia do Zatoki Amprakijskiej - była to wspólna własność Koryntyjczyków i Korkirejczyków - i wprowadziwszy tam osadników korynckich, odjechali do domu. Ośmiuset jeńców korkirejskich, którzy byli niewolnikami, sprzedali, dwustu pięćdziesięciu zaś wolnych obywateli trzymali pod strażą i obchodzili się z nimi bardzo dobrze, aby po powrocie ułatwili im zdobycie Korkiry: przypadkiem zaś większa część tych jeńców składała się z wybitnych obywateli miasta. W ten sposób wychodzi Korkira obronną ręką z wojny z Koryntem, a okręty ateńskie odpływają z powrotem. Fakt, że w czasie pokoju Ateńczycy mimo zawartego traktatu walczyli po stronie Korkirejczyków przeciwko Koryntyjczykom, stał się dla Koryntu pierwszym powodem do wojny przeciw Atenom.

(56) Niedługo po tych wypadkach nastąpiły między Ateńczykami i Peloponezyjczykami nieporozumienia prowadzące do wojny. Kiedy bowiem Koryntyjczycy myśleli o zemście, Ateńczycy, przewidując ich wrogie zamiary, kazali mieszkańcom Potidai (Potidaja leży na Międzymorzu Palleńskim i jest kolonią koryncką, należy jednak do związku ateńskiego i płaci Atenom daninę) - zburzyć mur od strony Pallene, dać zakładników, odprawić epidemiurgów37, których corocznie wysyłali tam Koryntyjczycy, i na przyszłość do siebie ich nie wpuszczać; to wszystko uczynili Ateńczycy z obawy, żeby Potideaci za podszeptem Perdykkasa i Koryntyjczyków nie odpadli od związku i nie pociągnęli za sobą także innych sprzymierzeńców w Tracji.

(57) Tak zachowali się Ateńczycy wobec Potideatów. Od czasu bitwy morskiej koło Korkiry Koryntyjczycy byli już jawnie wrogo usposobieni do Aten, a syn Aleksandra, Perdykkas, król macedoński, który przedtem był sprzymierzeńcem i przyjacielem, myślał o wojnie z Atenami. Myślał zaś o wojnie dlatego, że Ateńczycy zawarli przymierze z jego bratem Filipem i z Derdasem38, którzy wspólnie przeciwko niemu występowali. Pełen niepokoju wysyłał posłów do Lacedemonu, ażeby uwikłać Ateny w wojnę z Peloponezem, oraz starał się o pozyskanie Koryntyjczyków, by doprowadzić do odpadnięcia Potidai od związku ateńskiego; namawiał także do oderwania się od Aten mieszkających w Tracji Chalkidyjczyków i Bottyjczyków, uważając, że łatwiej mu będzie prowadzić wojnę, jeśli sprzymierzy się z tymi sąsiadami. Ateńczycy, widząc to i chcąc zapobiec oderwaniu się miast - właśnie wysyłano do Macedonii trzydzieści okrętów i tysiąc hoplitów pod wodzą Archestratosa, syna Likomedesa, i dziewięciu strategów39 - polecają dowódcom floty wziąć zakładników z Potidai i zburzyć mur, a nadto pilnować sąsiednich miast, żeby się nie zbuntowały.

(58) Potideaci zaś wysłali poselstwo do Aten w nadziei, że może powstrzymają Ateńczyków od dalszych wystąpień przeciw Potidai, ale wspólnie z Koryntyjczykami udali się również w poselstwie do Lacedemonu, aby na wszelki wypadek zapewnić sobie pomoc. Kiedy jednak mimo licznych zabiegów nic nie uzyskali od Ateńczyków i okręty ateńskie dalej płynęły przeciw Macedonii i Potidai, a z drugiej strony rząd lacedemoński obiecał zaatakować Attykę, w razie gdyby Ateńczycy ruszyli przeciw ich miastu, uznają tę chwilę za dogodną i sprzysiągłszy się z Chalkidyjczykami i Bottyjczykami wspólnie podnoszą bunt otwarty. Perdykkas zaś nakłania Chalkidyjczyków, żeby opuściwszy miasta nadmorskie i zniszczywszy je, osiedlili się w leżącym dalej od morza Olincie i dobrze go umocnili. Tym, którzy miasta swe opuścili, dał na czas wojny z Ateńczykami część należącego doń obszaru migdońskiego nad jeziorem Bolbe. Sami więc niszczyli swe miasta i przesiedlali się w głąb lądu, gotowi do wojny.

(59) Tymczasem trzydzieści okrętów ateńskich przybywa na wybrzeże trackie; było to już po odpadnięciu Potidai i innych miast od związku ateńskiego. Wodzowie, uznawszy, że nie mogą tymi siłami, jakie posiadają, prowadzić równocześnie wojny z Perdykkasem i ze zbuntowanym miastami, zwracają się przeciw Macedonii, przeciw której zostali pierwotnie wysłani. Zająwszy mocną pozycję, walczą przeciw Perdykkasowi, będąc w sojuszu z Filipem i braćmi Derdasa, którzy nadciągnęli z wojskiem z głębi lądu.

(60) Oderwanie się Potidai od Aten i obecność floty ateńskiej na wodach macedońskich wywołuje wśród Koryntyjczyków obawę o ich kolonię. Uważając niebezpieczeństwo grożące jej za własne, wysyłają ochotników oraz najemne wojsko zwerbowane na Peloponezie w ogólnej liczbie tysiąca sześciuset hoplitów i czterystu lekkozbrojnych. Dowodził nimi Arysteus, syn Adejmantosa, od dawna życzliwy Potideatom. Głównie z przyjaźni dla niego wyruszają ochotnicy korynccy na tę wyprawę i w czterdzieści dni po oderwaniu się Potidai od Aten przybywają na wybrzeże trackie.

(61) Także do Aten dotarła szybko wieść o buncie miast, kiedy zaś dowiedzieli się również o wyprawie Arysteusa, wysyłają dwa tysiące hoplitów i czterdzieści okrętów, a na ich czele Kalliasa, syna Kalliadesa, i czterech innych dowódców. Ci, przybywszy do Macedonii, zastają dawniej wysłany oddział z tysiąca ludzi, który właśnie zaczął oblegać Pidnę po świeżym zdobyciu Termy. I oni rozbijają obóz pod murami miasta i przyłączają się do oblężenia. Następnie zaś zawierają z konieczności układ i przymierze z Perdykkasem, gdyż przynaglała ich sprawa Potidai i pojawienie się Arysteusa. Opuszczają więc Macedonię i przybywszy do Beroi, a stamtąd do Strepsy, próbują - zrazu bez rezultatu - zdobyć tę miejscowość. Maszerują lądem w kierunku Potidai w sile trzech tysięcy własnych hoplitów i wielkiej liczby sprzymierzeńców oraz sześciuset jeźdźców macedońskich pod rozkazami Filipa i Pauzaniasa; równocześnie płynie wzdłuż wybrzeży siedemdziesiąt okrętów. Posuwając się powoli naprzód, przybyli w trzecim dniu do Gigonos i tam rozłożyli się obozem.

(62) Potideaci zaś i Peloponezyjczycy Arysteusa, oczekując Ateńczyków, rozbili obóz na międzymorzu od strony Olintu i urządzili targowisko poza obrębem miasta. Wodzem całej piechoty wybrali sprzymierzeńcy Arysteusa, a dowódcą konnicy Perdykkasa, który znowu porzucił Ateńczyków i walczył po stronie Potideatów jako ich sprzymierzeniec, oddawszy rządy państwa swojemu bratu, Jolaosowi. Plan Arysteusa był następujący: on sam ze swym wojskiem ma oczekiwać na międzymorzu nadejścia Ateńczyków, Chalkidyjczycy zaś i sprzymierzeńcy mieszkający poza istmem40 oraz dwustu jeźdźców Perdykkasa pozostaną w Olincie, i gdyby Ateńczycy posuwali się przeciw Arysteusowi, uderzą na nich z tyłu, tak żeby nieprzyjaciela wziąć w środek. Natomiast wódz ateński Kallias i jego koledzy wysyłają jazdę macedońską i niewielką liczbę sprzymierzeńców w kierunku Olintu, ażeby utrzymać na miejscu zgrupowanych tam nieprzyjaciół; sami zaś, zwinąwszy obóz, posuwają się w kierunku Potidai. Kiedy już dotarli do międzymorza i ujrzeli przeciwnika gotującego się do bitwy, sami również ustawili się w szyk bojowy i niebawem doszło do starcia. Skrzydło Arysteusa jak również skupieni koło niego Koryntyjczycy i doborowe oddziały innych sprzymierzeńców zmusiły stojących naprzeciw siebie nieprzyjaciół do ucieczki i w pościgu daleko się za nimi posunęły; pozostałe zaś wojsko Potideatów i Peloponezyjczyków, pobite przez Ateńczyków, uciekło do miasta.

(63) Kiedy zaś Arysteus, wracając z pościgu, zobaczył klęskę pozostałego wojska, nie wiedział, w którą stronę zaryzykować odwrót: czy w kierunku Olintu, czy Potidai; w końcu, skupiwszy żołnierzy na jak najmniejszej przestrzeni, postanowił przebić się szybkim marszem do Potidai. Istotnie, udało mu się przedrzeć z wielkim trudem wzdłuż grobli poprzez morze wśród nieprzyjacielskich pocisków. Niewielu żołnierzy stracił, większość przeprowadził szczęśliwie. Te zaś oddziały, które spod Olintu miały przyjść z pomocą Potideatom - Olint i Potidaja odległe są od siebie tylko o jakieś sześćdziesiąt stadiów41 i z jednego miasta widać drugie - kiedy się bitwa zaczęła i sztandary podniesiono do ataku, posunęły się trochę naprzód, żeby odciążyć swoich; jednakże naprzeciw nich ustawiła się w szyku bojowym jazda macedońska, zagradzając drogę; kiedy zaś zwycięstwo przechyliło się szybko na stronę Ateńczyków i ściągnięto sztandary na znak ukończenia bitwy, oddziały olinckie wycofały się z powrotem do miasta, a Macedończycy do Ateńczyków; w ten sposób jazda nie wzięła udziału w walce po żadnej stronie. Po bitwie Ateńczycy wystawili pomnik zwycięstwa i zgodnie z układem oddali poległych Potideatom. Potideatów i ich sprzymierzeńców zginęło mało co mniej niż trzystu, samych zaś Ateńczyków stu pięćdziesięciu i wódz Kallias.

(64) Ateńczycy szybko zamknęli Potidaję od strony międzymorza murem i pilnowali dostępu do miasta. Strona od Półwyspu Palleńskiego nie była zablokowana murem, uważali bowiem, że nie mają dostatecznych sił na to, żeby jednocześnie pilnować międzymorza i przeprawiać się na Pallene, i tam mur stawiać; lękali się, żeby w razie rozdzielenia swych sił nie narazić się na atak ze strony Potideatów i ich sprzymierzeńców. Ateńczycy zaś w Atenach, dowiedziawszy się, że Półwysep Palleński nie jest odcięty murem, posyłają posiłki w liczbie tysiąca sześciuset hoplitów ateńskich pod wodzą Formiona, syna Azopiosa. Ten przybył na półwysep i - wyruszywszy z Afitis - podprowadził wojsko pod Potidaję, posuwając się krótkimi marszami i pustosząc równocześnie kraj. Kiedy nikt nie stawiał mu czoła, zbudował mur i zablokował Potidaję od strony Pallene. Oblegano więc Potidaję z całą energią z dwu stron i od morza przy pomocy blokującej floty.

(65) Po zamknięciu miasta Arysteus nie miał żadnej nadziei na ocalenie, chyba żeby nadeszła jakaś pomoc z Peloponezu albo zaszedł jakiś niespodziewany wypadek. Doradzał, ażeby wszyscy, z wyjątkiem załogi złożonej z pięciuset ludzi, skorzystawszy z pierwszego pomyślnego wiatru, opuścili na okrętach miasto; w ten sposób zapasów żywności starczyłoby w mieście na dłużej. Sam miał zamiar być jednym z tych, którzy pozostaną. Kiedy jednak nie mógł ich do tego nakłonić, potajemnie opuścił na statku Potidaję, zmyliwszy straż ateńską, by poza miastem robić dla jego dobra wszystko, co w tej sytuacji było możliwe. Pozostając w kraju Chalkidyjczyków, brał udział w różnych działaniach wojennych, między innymi zrobił zasadzkę pod miastem Sermilie i wyciął w pień wielu Sermilijczyków; porozumiewał się z Peloponezem, starając się o odsiecz. Formion zaś po zablokowaniu Potidai na czele tysiąca sześciuset hoplitów pustoszył Chalkidykę i Bottię i zdobył nawet parę miast.

(66) Tak więc do dawnych wzajemnych pretensji Ateńczyków i Peloponezyjczyków dołączyły się obecnie nowe. Koryntyjczycy mieli pretensję o to, że Ateńczycy oblegali kolonię koryncką Potidaję i Peloponezyjczyków, Ateńczycy zaś o to, że Koryntyjczycy oderwali od nich miasto, które należało do związku ateńskiego i płaciło daninę, oraz że przybywszy tam, walczyli jawnie przeciw Ateńczykom po stronie Potideatów. Do wybuchu właściwej wojny jeszcze nie doszło, panował pokój, gdyż Koryntyjczycy robili to wszystko na własną rękę.

(67) Lecz wobec oblężenia Potidai Koryntyjczycy nie zachowali spokoju z obawy o zamkniętych tam swoich obywateli i o samą miejscowość. Natychmiast zaczęli zwoływać sprzymierzeńców do Lacedemonu i sami, zjawiwszy się tam, wnieśli skargę na Ateńczyków, że złamali pokój i obrazili Peloponez. Lacedemończycy zaś, wezwawszy wszystkich tych spośród sprzymierzeńców, którzy mieli jakieś pretensje do Aten, zwołali swe zwyczajne zgromadzenie i kazali przemawiać. Wówczas wielu, występując na zgromadzeniu, wytaczało po kolei zarzuty, między innymi Megaryjczycy. Wymienili wiele spornych spraw, a przede wszystkim to, że wbrew traktatowi Ateńczycy nie dopuszczają ich do portów w obrębie swego związku i na rynek ateński. Koryntyjczycy pozwolili najpierw innym podburzyć Lacedemończyków, sami zaś wystąpili na ostatku, przemawiając w ten sposób:

(68) "Lacedemończycy, wasza prawość w życiu publicznym i prywatnym nie pozwala wam zbytnio ufać tym, którzy się na innych skarżą, dlatego też z jednej strony odznaczacie się rozwagą, z drugiej jednak nie wnikacie głębiej w sprawy zewnętrzne. Chociaż bowiem często przepowiadaliśmy, że Ateńczycy nas skrzywdzą, nigdy nie badaliście wysuwanych przez nas zarzutów, lecz raczej podejrzewaliście oskarżycieli, że chodzi im o własną korzyść; dlatego to właśnie dopiero dzisiaj, kiedy zostaliśmy pokrzywdzeni, a nie przed doznaniem krzywdy, zwołaliście tych oto sprzymierzeńców. Spośród nich największe prawo do przemawiania nam przysługuje. My bowiem wytaczamy najcięższe zarzuty jako krzywdzeni przez Ateńczyków, a zaniedbywani przez was. Gdyby Ateńczycy po kryjomu krzywdzili Helladę, trzeba by było powiadomić was o tym jako tych, którzy o tym nie wiedzą; ale w obecnej sytuacji czyż trzeba długich mów? Przecież sami widzicie, jak jednych ujarzmili, a na innych - i to nawet waszych sprzymierzeńców - czyhają. Już od dawna są przygotowani na wypadek ewentualnej wojny. Nie byliby bowiem przywłaszczyli sobie przemocą Korkiry wbrew naszej woli, a obecnie nie oblegaliby Potidai; dogodne położenie Potidai pozwala najłatwiej wykorzystać tereny trackie, a Korkira byłaby Peloponezyjczykom dostarczyła największej floty.

(69) A winni temu wszystkiemu jesteście wy, ponieważ najpierw po wojnach perskich pozwoliliście Ateńczykom umocnić miasto, a później wznieść długie mury. Stale też pozbawiacie wolności nie tylko tych Hellenów, których ujarzmili Ateńczycy, ale nawet już waszych własnych sprzymierzeńców: nie ten bowiem, kto sam ujarzmia, lecz ten, kto mógłby temu zapobiec, a nie zapobiega - ten jest właściwie zaborcą, choćby się nawet chlubił zaszczytnym mianem oswobodziciela Hellady. Z trudem doszło do dzisiejszego zebrania, a mimo to nawet teraz cele jego nie są jeszcze zupełnie jasne. Dziś już bowiem nie należałoby zastanawiać się nad tym, czy dzieje się nam krzywda, lecz nad środkami obrony. Ateńczycy bowiem, działając, a nie zwlekając, godzą w nas - zdecydowani przeciw niezdecydowanym. Wiemy też, jaką drogą zdążają do celu i jak ostrożnie i powoli dobierają się do swych sąsiadów. Wobec waszej obojętności sądzą, że czyny ich uchodzą uwagi, i nie postępują tak śmiele, skoro jednak nabiorą przekonania, że wy świadomie przymykacie oczy, uderzą z całym rozmachem. Wy bowiem, Lacedemończycy, jesteście jedynymi wśród Hellenów, którzy lubicie spokój i bronicie się przeciw cudzym atakom nie siłą, lecz wolą; jedynymi, którzy mszczą potęgę nieprzyjacielską nie wtedy, kiedy ona zaczyna wzrastać, lecz dopiero wtedy, kiedy wzrośnie w dwójnasób. A przecież mówiono o was, że jesteście ostrożni - widać macie lepszą opinię, niż na to zasługujecie. Sami przecież wiemy, że Pers z krańców ziemi prędzej zdołał dotrzeć na Peloponez, niż wy odpowiednio przygotować się do obrony; obecnie nie zwracacie uwagi na Ateńczyków, którzy nie są tak daleko jak Persowie, lecz blisko; zamiast sami zaatakować, wolicie odpierać później napastnika i poddać się zmiennym losom wojny w walce z przeciwnikiem o wiele potężniejszym. Wiecie przecież, że Pers potknął się raczej o własne błędy i że my w walce z Ateńczykami niejednokrotnie już wygraliśmy raczej wskutek ich błędów niż dzięki waszej pomocy; zaufanie bowiem do was wielu już doprowadziło do zguby, dlatego że licząc na was, sami się nie zbroili. Niechaj nikt z was nie sądzi, że mówimy to raczej z niechęci do was i aby was oskarżyć, a nie dlatego, że mamy uzasadnioną pretensję; pretensję bowiem ma się do przyjaciół, jeśli błądzą, oskarżenie zaś kieruje się przeciw wrogom, jeśli wyrządzą krzywdę.

(70) Jeżeli kto, to właśnie my uważamy się za uprawnionych do zarzutów pod adresem sąsiadów, ponieważ nasze istotne interesy są zagrożone. Lecz wy nie zdajecie sobie z tego sprawy. Nie pomyśleliście również nigdy, z jakim to przeciwnikiem przyjdzie wam walczyć i jak bardzo różni są od was Ateńczycy. Poszukują oni stale nowości, szybko tworzą nowe plany i szybko przeprowadzają to, na co się zdecydują; wy zaś chcecie zachować swój stan posiadania, niechętnie snujecie plany i nie przeprowadzacie nawet rzeczy koniecznych. Z drugiej znów strony ważą się oni na rzeczy przerastające ich siły, są śmiałkami nieliczącymi się z rozumem, pełnymi nadziei w ciężkich chwilach; wasz charakter objawia się w tym, że mniej przejawiacie działalności, niż was na to stać, nie macie wiary nawet w sytuacjach zupełnie pewnych i skłonni jesteście przypuszczać, że się nigdy z trudnego położenia nie wywikłacie. I tak stoją oni - zdecydowani, naprzeciw was - niezdecydowanych; oni chętnie przemierzają świat, wy chętnie pozostajecie w domu. Ateńczycy sądzą, że puszczając się na obczyznę, coś zdobędą, wy zaś, że przez przedsiębiorczość stracicie to, co posiadacie. Ateńczycy, odnosząc zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, wyzyskują je do ostateczności, a ponosząc klęskę, nie dadzą się ostatecznie pokonać. Prócz tego w służbie dla ojczyzny najniższą cenę ma u nich ciało, które składają w ofierze jakby coś obcego, najwyższą zaś - umysł jako najcenniejsze dobro. Jeżeli przeprowadzenie jakiegoś planu nie powiedzie im się, sądzą, że stracili coś, co już posiadali, a jeżeli uda im się coś osiągnąć, uważają to za drobiazg w porównaniu z tym, co pozostaje jeszcze do osiągnięcia. Jeżeli zaś coś im się nie uda, brak powodzenia nagradzają sobie nową nadzieją; tylko u nich plan osiągnięcia czegoś i samo osiągnięcie zbiega się w czasie ze sobą, ponieważ tak szybko przeprowadzają swe plany. Nad tym wszystkim trudzą się przez całe życie wśród mozołów i niebezpieczeństw i w bardzo małym stopniu korzystają z tego, co posiadają, bo wciąż dążą do nowych zdobyczy. Prawdziwym świętem dla nich jest wykonywanie obowiązków, a nieszczęściem raczej bierny spokój niż pełna trudu działalność; gdyby więc ktoś określił ich pokrótce jako ludzi, którzy po to istnieją na świecie, żeby ani sami nie zaznali spokoju, ani innym nie pozwolili go zaznać, to określenie takie byłoby trafne.

(71) Mimo że z takim państwem macie do czynienia, wahacie się jeszcze, Lacedemończycy, i nie zdajecie sobie sprawy, że ci najdłużej mają zapewniony pokój, którzy przygotowani na wszystko postępują sprawiedliwie. Gdy jednak ktoś im wyrządzi krzywdę, zdecydowanie pokazują, że przed niesprawiedliwością nie ustąpią. Wy zaś mniemacie, że najsprawiedliwiej jest nie wyrządzać przykrości innym i nie narażać się nawet dla własnej obrony. Gdybyście nawet sąsiadowali z państwem, które jest do was podobne, to i tak z trudem dałoby się te zasady zastosować. W związku z tym, cośmy właśnie powiedzieli, zasady wasze są przeżytkiem. Jak w sztuce bowiem, tak samo w polityce musi zawsze zwyciężyć nowość. Dla państwa żyjącego w głębokim spokoju najlepsze są urządzenia niezmienne, takie jednak państwo, które zmuszone jest mieszać się do wielu spraw, musi często wprowadzać ulepszenia. Stąd państwo ateńskie, mając za sobą wielkie doświadczenie, jest bardziej nowoczesne od waszego. Połóżcie kres waszej powolności i zgodnie z obietnicą przyjdźcie z pomocą innym sprzymierzeńcom i Potideatom, wkraczając szybko do Attyki; nie wydawajcie narodów z wami zaprzyjaźnionych i spokrewnionych na łup najgorszego wroga; nie zniechęcajcie nas wszystkich i nie zmuszajcie do szukania jakiegoś innego przymierza. Szukając innego przymierza, nie postąpilibyśmy niesprawiedliwie ani w obliczu bogów, stróżów przysięgi, ani w oczach ludzi rozumnych: nie ci bowiem zrywają przymierze, którzy opuszczeni udają się pod opiekę innych, lecz ci, co nie śpieszą z pomocą, gdy są do tego obowiązani zgodnie ze złożoną przysięgą. Jeśli chcecie okazać dobrą wolę, pozostaniemy z wami; zmieniając bowiem sprzymierzeńców, nie postąpilibyśmy sprawiedliwie, a zresztą nie znaleźlibyśmy tak nam odpowiadających. Dobrze się więc nad tym zastanówcie i postarajcie się, żeby pod waszym przewodnictwem Peloponez nie stał się słabszy od tego, jakim go wam ojcowie wasi przekazali".

(72) Tak przemówili Koryntyjczycy. W tym czasie bawili w Lacedemonie posłowie ateńscy dla załatwienia jakichś innych spraw. Dowiedziawszy się o mowach skierowanych przeciw Atenom, postanowili wystąpić na zgromadzeniu lacedemońskim nie w celu odparcia zarzutów stawianych przez państwa, lecz by Lacedemończykom wykazać, że nie powinni bez głębszego zastanowienia podejmować zbyt pośpiesznych decyzji. Chcieli również uwydatnić potęgę własnego państwa i przypomnieć starszym znane im już fakty, a młodszych z nimi zapoznać, uważając, że pod wpływem argumentów raczej będą za pokojem niż za wojną. Udawszy się więc do Lacedemończyków, oświadczyli, że pragną, jeśli nic nie stoi na przeszkodzie, przemówić na zgromadzeniu. Kiedy ich dopuszczono, przemówili w ten sposób:

(73) "Poselstwo nasze nie przybyło tutaj w celu spierania się z waszymi sprzymierzeńcami, lecz dla załatwienia innych spraw państwowych; usłyszawszy zaś o krzyku, jaki się podniósł z powodu Aten, przyszliśmy tutaj nie dlatego, żeby odpierać zarzuty - nie możecie bowiem występować w charakterze sędziów między nami a waszymi sprzymierzeńcami - lecz dlatego, żebyście nie ulegli zbyt łatwo argumentom waszych sprzymierzeńców i nie powzięli jakiejś niezbyt szczęśliwej decyzji w sprawie bardzo poważnej. Jednocześnie pragniemy wypowiedzieć się co do oceny naszego postępowania i wyjaśnić, że posiadamy sprawiedliwie to, cośmy zdobyli, i że należy się z nami liczyć. Po cóż mamy wspominać o rzeczach całkiem dawnych, znanych naszym słuchaczom tylko z opowiadania, a nie opartych na ich własnej obserwacji? Lecz musimy wspomnieć o wojnach perskich i innych znanych wam osobiście wypadkach, chociaż to ustawiczne przypominanie wzbudzi raczej wasze niezadowolenie. Czynami bowiem narażaliśmy się na niebezpieczeństwo dla dobrej sprawy, która również i wam korzyść przyniosła; niechże więc wolno nam będzie o nich wspomnieć, jeżeli to może być w czymś dla nas korzystne. Mówić zaś o tym będziemy nie tyle dla odparcia zarzutów, ile dla złożenia świadectwa i wyjaśnienia, jakie jest to nasze państwo, z którym przyjdzie wam wojować, jeśli fałszywą podejmiecie decyzję. Twierdzimy bowiem, że pod Maratonem my jedni podjęliśmy niebezpieczną walkę z barbarzyńcą; potem, kiedy po raz drugi nadciągnął, nie będąc w stanie bronić się na lądzie, wsiedliśmy wszyscy na okręty i stoczyliśmy razem z innymi Hellenami bitwę morską. Miało to ten skutek, że Persowie nie mogli niszczyć Peloponezu i atakować z morza poszczególnych miast, które w obliczu wielkiej floty nieprzyjacielskiej nie byłyby w stanie pomóc sobie nawzajem. Najbardziej zaś przekonywającego argumentu dostarczył sam nieprzyjaciel: pokonany bowiem na morzu, szybko wycofał się z większą częścią swych wojsk, uważając, że siła jego nie jest już równa sile Greków.

(74) Skoro więc podczas bitwy morskiej jawnie się okazało, że los Hellady zawisł od floty, to my dostarczyliśmy trzy najważniejsze czynniki tego zwycięstwa: największą liczbę okrętów, niezwykle zdolnego wodza i największy zapał. Przecież na ogólną liczbę okrętów daliśmy nie mniej jak dwie trzecie, jako dowódcę - Temistoklesa, który głównie się do tego przyczynił, że bitwę stoczono w cieśninie, czym w najoczywistszy sposób uratował sprawę; dlatego też i wy sami uczciliście Temistoklesa najgodniej ze wszystkich cudzoziemców, jacy kiedykolwiek u was się pojawili. Również największą gotowość i największą odwagę myśmy wykazali. W chwili bowiem, kiedy na lądzie nikt nam nie śpieszył z pomocą, a wszyscy inni Hellenowie aż do naszych granic byli już ujarzmieni, zdecydowaliśmy się opuścić miasto, zniszczyć nasz dobytek i nie zdradzić wspólnej sprawy pozostałych sprzymierzeńców. Nie chcieliśmy rozproszyć się i być przez to nieużyteczni, lecz postanowiliśmy na okrętach podjąć ryzyko bitwy, nie czując urazy o to, żeście nam nie pomogli. Dlatego też twierdzimy, że nie mniejszą oddaliśmy wam przysługę niż wy nam; wy bowiem wyruszyliście na wyprawę z miast nietkniętych wojną i dla ich obrony, zląkłszy się raczej o samych siebie niż o nas, bo przecież, jak długo jeszcze Ateny były całe, nie przyszliście nam z pomocą; my zaś, wyruszając z miasta, które już właściwie nie istniało, i podejmując ryzyko bitwy w obronie ojczystego grodu, na którego odzyskanie nadzieja była bardzo słaba, równocześnie ocaliliśmy i siebie samych, i was w pewnej mierze. Gdybyśmy bowiem poddali się Persom, zląkłszy się tak jak inni o swój kraj, albo później nie odważyli się pójść na okręty, uważając się za zgubionych, nie moglibyście stoczyć bitwy morskiej, mając zbyt małą flotę, a sprawy potoczyłyby się tak, jak sobie tego życzyli Persowie.

(75) Czyż więc, Lacedemończycy, ze względu na ówczesną naszą gotowość i rozumną decyzję nie zasługujemy na to, żeby nam Hellenowie nie zazdrościli tak bardzo imperium, które posiadamy? Przecież i tę hegemonię uzyskaliśmy nie przemocą, lecz dlatego, że wy nie mieliście ochoty prowadzić nadal wojny z barbarzyńcami, a sprzymierzeńcy przyszli do nas sami, ofiarując nam przewodnictwo. Sama natura rzeczy zmusiła nas do wzmocnienia hegemonii: działał tu przede wszystkim strach, następnie honor, wreszcie wzgląd na korzyść. Nie wydawało się bowiem rzeczą bezpieczną wypuszczać z rąk hegemonię i narażać się na niebezpieczeństwo wtedy, kiedy już wielu nas znienawidziło, a niektórych zbuntowanych musieliśmy siłą poskramiać; również wy nie byliście już dla nas przyjaźnie usposobieni jak dawniej, lecz nieufni i nieżyczliwi; w tych okolicznościach nasi sprzymierzeńcy byliby przechodzili na waszą stronę. Nikomu zaś nie można stawiać zarzutu, jeśli wobec poważnego niebezpieczeństwa stara się wszystko ułożyć zgodnie ze swym interesem.

(76) Przynajmniej wy, Lacedemończycy, sprawujecie hegemonię nad państwami peloponeskimi, urządziwszy w nich wszystko zgodnie z waszą korzyścią; gdybyście zaś wówczas wytrwali do końca i dzierżąc hegemonię, popadli w nienawiść tak jak my, to wiemy dobrze, że nie mniej bylibyście twardzi dla sprzymierzeńców: musielibyście bowiem albo rządzić silną ręką, albo sami narazić się na niebezpieczeństwo. Nie zrobiliśmy zatem nic nadzwyczajnego ani niezgodnego z naturą ludzką, jeśli ofiarowaną nam władzę przyjęliśmy i jeśliśmy jej z rąk nie wypuścili, kierując się najbardziej naturalnymi pobudkami: strachem, honorem i względami na korzyść. I znów nie my pierwsi wprowadziliśmy zasadę siły: zawsze istniała zasada, że słabszy ulega mocniejszemu. Sądziliśmy, że jesteśmy w prawie nadal tak postępować, i wam także się tak wydawało; teraz dopiero, kierując się swoją korzyścią, zaczynacie posługiwać się argumentem prawa i sprawiedliwości, którego nikt jeszcze nigdy nie postawił przed argumentem siły i który jeszcze nigdy nikogo nie pohamował w pędzie zdobywczym, jeżeli się zdarzyła do tego sposobność. Godni pochwały są ci, którzy - choć ulegają wrodzonej ludziom chęci władzy - są jednak sprawiedliwsi, niżby mogli być, mając siłę. Gdyby inni znaleźli się w naszej sytuacji, wówczas przez porównanie najlepiej by się okazało, czy postępujemy umiarkowanie, czy też nie; nam zaś nasze łagodne postępowanie niesłusznie przysporzyło więcej niesławy niż uznania.

(77) Mimo to bowiem, że w procesach prowadzonych ze sprzymierzeńcami sami ustępujemy nieco z naszych uprawnień, traktując ich jak równych przed naszymi własnymi sądami, wydaje się, że lubimy się procesować. I nikt się nad tym nie zastanowi, dlaczego tego samego nie zarzuca się także innym państwom, które z mniejszym od nas umiarkowaniem odnoszą się do swych poddanych: przecież kto może siłą przeprowadzić swą wolę, nie potrzebuje się w ogóle procesować. Oni jednak przyzwyczaili się do tego, że traktowani są na równi z nami. Jeśli więc tylko w czymkolwiek uważają się za pokrzywdzonych, czy to przez jakieś postanowienie, czy przez narzuconą im decyzję wynikającą z naszej władzy, nie są wdzięczni za to, że się ich nie pozbawia jeszcze czegoś więcej, lecz drobną przykrość ciężej znoszą, niż gdybyśmy od początku, nie licząc się z prawem, postępowali z nimi jawnie jak władcy: wtedy nawet oni nie sprzeciwialiby się zasadzie, że słabszy musi ustępować silniejszemu. Lecz pono ludzie bardziej są czuli na ograniczenie praw niż na gwałt; w pierwszym wypadku wydaje się im, że krzywdzi ich równy, w drugim, że gwałt zadaje silniejszy. Za czasów perskich znosili spokojnie o wiele gorsze rzeczy niż obecnie, nasze zaś panowanie wydaje im się przykre: jest to naturalne, gdyż istniejący stan rzeczy zawsze jest ciężki dla podwładnych. W każdym razie, jeśli idzie o was, to gdybyście nas obalili i sami doszli do władzy, szybko stracilibyście tę sympatię, jaką macie tylko dlatego, że wszyscy odczuwają lęk przed nami; przecież na pewno postępowalibyście podobnie jak w czasie wojen perskich, przez krótki czas swojej hegemonii. Macie bowiem prawa i obyczaje niedające się pogodzić ze zwyczajami innych Greków. Poza tym żaden z was, znajdując się na obczyźnie, nie stosuje się ani do zwyczajów swego ojczystego miasta, ani do tych, które panują w innych krajach greckich.

(78) Nie podejmujcie więc zbyt szybko decyzji, gdyż dotyczy ona sprawy bynajmniej nie błahej. Pod wpływem cudzych zapatrywań i oskarżeń nie ściągajcie kłopotu na własną głowę. Zanim rozpoczniecie wojnę, zastanówcie się nad tym, jak bardzo trudno przewidzieć jej przebieg: wojna bowiem, przedłużając się, niesie ze sobą wiele nieoczekiwanych wypadków zarówno dla jednej, jak i dla drugiej strony i nie wiadomo, na czyją stronę przechyli się zwycięstwo. Idąc na wojnę, zaczyna się zwykle od tego, co powinno być na końcu - od czynów, a dopiero doznawszy niepowodzeń, myśli się o układach. Nie popełniliśmy nigdy dotąd tego błędu i widzimy, że wyście go też nie popełnili, wzywamy więc was, dopóki jeszcze jest możność wyboru słusznej decyzji, byście nie zrywali układu pokojowego i nie łamali przysiąg, a kwestie sporne zgodnie z traktatem rozwiązali na drodze prawa. W przeciwnym wypadku - biorąc za świadków bogów, strażników przymierzy - będziemy usiłowali bronić się przed napastnikami i pójdziemy drogą przez was wskazaną".

(79) Tak przemówili Ateńczycy. Lacedemończycy zaś, wysłuchawszy zarzutów sprzymierzeńców i odpowiedzi ateńskiej, oddalili wszystkich obcych i sami radzili nad sytuacją. Większość uważała, że Ateńczycy już dopuszczają się bezprawia i że wojnę trzeba rozpocząć szybko, lecz król Archidamos42, człowiek znany z rozumu i umiarkowania, w ten sposób przemówił:

(80) "Lacedemończycy! W wielu już wojnach brałem udział i wśród was widzę wielu w tym samym co ja wieku; nie powinniśmy więc tak jak tłum, któremu brak doświadczenia, życzyć sobie wojny, uważając ją za coś korzystnego i bezpiecznego. Jeśliby się zaś ktoś rozsądnie zastanowił, doszedłby do przekonania, że wojna, nad którą obecnie radzicie, nie będzie bynajmniej najłatwiejsza. Peloponezyjczykom bowiem i sąsiadom naszym dorównujemy siłą i szybko możemy dotrzeć do każdego punktu; czyż można jednak lekkomyślnie zaczynać wojnę z narodem, który mieszka z dala od nas, a prócz tego jest bardzo zżyty z morzem, wyposażony doskonale we wszelkiego rodzaju zasoby, w środki finansowe ze źródeł państwowych i prywatnych, w okręty, konie, broń i posiada tak wielką liczbę ludności, jakiej nie ma żaden inny kraj grecki, a rozporządza ponadto licznymi sprzymierzeńcami płacącymi daninę? Czy można bez przygotowania decydować się pośpiesznie na wojnę z takim narodem? Czyż mamy ufać naszej flocie? Ale przecież pod tym względem jesteśmy słabsi; zanim zaś przygotujemy odpowiednio silną flotę, upłynie dużo czasu. Czyż mamy ufać zasobom pieniężnym? Ależ pod tym względem jest jeszcze gorzej, brak nam pieniędzy w kasie państwowej i trudno je ściągnąć od obywateli.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wszystkie daty w książce - o ile nie zaznaczono inaczej - dotyczą czasów przed naszą erą (przyp. red.). [wróć]

Deukalion - syn Prometeusa, władca tessalskiej Ftyi. Według podania Deukalion i jego żona Pirra byli jedynymi ludźmi, których Dzeus uratował z potopu; z kamieni, które za radą wyroczni rzucili za siebie, mieli powstać nowi ludzie. [wróć]

barbarzyńcy - nazwą tą określali Grecy wszystkie ludy niemówiące po grecku. [wróć]

chiton - nazwa szaty noszonej bezpośrednio na ciele zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety. [wróć]

Delos - najmniejsza z Cyklad (wysp na Morzu Egejskim), słynąca jako miejsce urodzenia i kultu Apollina. Miejsce kultu Grecy poddawali co pewien czas sakralnemu "oczyszczeniu". [wróć]

Agamemnon - syn Atreusa, brat Menelaosa, mityczny król Miken, naczelny wódz Greków w wojnie trojańskiej. [wróć]

Tyndareus - mityczny król Sparty; uchodził za ojca Heleny (żony Menelaosa) i Klitajmestry (żony Agamemnona). [wróć]

Pelops - syn Tantala, mityczny władca Peloponezu, założyciel rodu Pelopidów. [wróć]

Eurysteus - dzięki podstępowi bogini Hery objął zamiast Heraklesa panowanie nad Mikenami i Tyrynsem w Argolidzie. Po śmierci Heraklesa prześladował jego synów, miał jednak paść z ich ręki w Attyce, gdzie Heraklidom udzielił schronienia Tezeus. [wróć]

Atreus - syn Pelopsa i Hippodamei, po zamordowaniu swego przyrodniego brata Chryzypa uszedł do Miken i objął tam panowanie. [wróć]

Perseus - według podania syn Dzeusa i Danae; jego wnukami byli Eurysteus i Herakles. [wróć]

hegemonia - dosłownie "naczelne dowództwo, zwierzchnictwo"; w stosunkach między poszczególnymi państwami greckimi nazywano tak przewagę jednego silniejszego państwa nad innymi. [wróć]

Filoktet - król Tessalii, jeden z wodzów greckich w wojnie trojańskiej, znakomity łucznik. [wróć]

tyrania - ustrój polegający na tym, że na czele państwa stoi jednostka, która przemocą lub podstępem doszła do władzy. Tyrania w tym znaczeniu występuje w rozmaitych miastach greckich w VII i VI w. [wróć]

Cyrus II - zwany Wielkim, król Persji od ok. 558 do 529 r. (przyp. red.). [wróć]

Kambizes II (Kambyzes II) - król Persji w latach 529-522 (przyp. red.). [wróć]

Apollo Delficki - Delfy były miejscem kultu Apollina; tam znajdowała się jego świątynia i wyrocznia. [wróć]

Dariusz (Dariusz I Wielki) - król Persji w latach 521-486. Zorganizował pierwszą wyprawę perską przeciw Grecji, zakończoną bitwą pod Maratonem w 490 r. [wróć]

Kserkses I - syn Dariusza, panował w latach 486-465. Stał na czele drugiej wyprawy perskiej przeciw Grecji; został pokonany w bitwie morskiej koło wyspy Salamina (480) i lądowej pod Platejami (479). [wróć]

Ajgina - lub Egina, wyspa w Zatoce Sarońskiej, na południe od Salaminy (przyp. red.). [wróć]

Temistokles - archont w roku 493/492. Przed drugą wyprawą perską nakłonił Ateńczyków do wybudowania floty i przyczynił się do zwycięstwa Greków w bitwie pod Salaminą. [wróć]

Krezus - król Lidii (w zach. części Azji Mniejszej) od ok. 560 r.; w 546 r. został pokonany przez Cyrusa II, a jego państwo opanowane przez imperium perskie (przyp. red.). [wróć]

flota fenicka - Fenicją nazywano w Grecji obszar położony na wybrzeżu dzisiejszego Libanu i Syrii między rzeką Eleutheros (ob. Nahr al-Kabir) na północy a górami Karmelu na południu. Fenicjanie zajmowali się handlem i byli w starożytności pierwszym narodem żeglarskim. [wróć]

barbarzyńca przyszedł powtórnie z wielką armią - pierwsza większa wyprawa Persów przeciw Grecji miała miejsce w roku 490, druga - w 480. [wróć]

ustrój oligarchiczny - ustrój państwa, w którym władza spoczywa w rękach warstwy uprzywilejowanej - arystokracji rodowej lub majątkowej. [wróć]

Harmodios i Arystogejton - zabójcy Hipparcha w 514 r.; byli uważani za oswobodzicieli Aten od tyranii. [Zob. też: ks. VI, rodz. 54-59 - przyp. red.]. [wróć]

procesja panatenajska - procesja, która odbywała się w czasie Wielkich Panatenajów, świąt obchodzonych na cześć Ateny co cztery lata. [wróć]

Leokorion - stara świątynia córek Leosa; aby w czasie głodu przebłagać boginię, Leos złożył je na ofiarę Pallas Atenie. [wróć]

oddział pitański - oddział wojska spartańskiego, nazwany tak od dzielnicy w Sparcie, Pitane. [wróć]

trzydziestoletni rozejm - pokój "trzydziestoletni" został zawarty między Atenami a Spartą w r. 446. [wróć]

zdobycie Eubei - w 446 r. Eubea oderwała się od Aten. Perykles utrwalił na wyspie panowanie ateńskie, usunąwszy z miasta Hestiaja, położonego na północy wyspy, dawnych mieszkańców i osiedliwszy tu kleruchów (osadników) ateńskich. [wróć]

drachma - srebrna moneta grecka. Waga jej w Atenach wynosiła 4,36 g. Drachma dzieliła się na 6 oboli. [wróć]

hoplici - ciężkozbrojna piechota w Grecji; odporną bronią hoplitów był pancerz, pas, nagolennice i hełm, bronią zaczepną - krótki miecz i włócznia. [wróć]

herold - w czasie wojny strony walczące porozumiewały się ze sobą jedynie za pośrednictwem parlamentariusza (herolda - po grecku keryks). [wróć]

związek ateński, związek spartański - związki państw "sprzymierzonych", grupujących się dokoła Aten lub Sparty i znajdujących się pod ich przewodnictwem. [wróć]

pean - pieśń na cześć boga, zazwyczaj Apollina. [wróć]

epidemiurg - tytuł urzędnika w miastach doryckich. [wróć]

Perdykkas (Perdikkas II) - król macedoński od ok. 450 do 413 r., syn Aleksandra I. Filip - brat Perdykkasa, odsunięty przez niego od dziedziczenia części królestwa po ojcu. Derdas I - władca krainy Elimeja w górnej Macedonii, poparł Filipa w konflikcie między synami Aleksandra I (przyp. red.). [wróć]

strateg - dosłownie "dowódca, wódz". Od czasów Klejstenesa wybierano w Atenach 10 strategów, po jednym z każdej fili. Sprawowali oni najwyższą władzę nad wojskiem. [wróć]

istm - przesmyk, międzymorze. [Tu mowa o przesmyku u nasady półwyspu Pallene (dziś Kasandra), łączącym go z trzonem Chalkidiki - przyp. red.]. [wróć]

stadion - miara długości równa 192 m; była to długość toru wyścigowego. [Stadion liczył 100 stóp; zob. przyp. 99 do ks. III - przyp. red.]. [wróć]

Archidamos - król spartański w latach 469-427. Był dowódcą Spartan w pierwszym okresie wojny peloponeskiej. [Pochodził z rodu Europontydów. Jego następcą był jego syn Agis - w latach 427-398. Drugim królem Sparty był w tej epoce Plejstoanaks, syn Pauzaniasa, z rodu Agiadów, panujący w latach 458-408 - przyp. red.]. [wróć]

Przedmowa

1

O życiu Tukidydesa, którego Wojna peloponeska jest szczytowym osiągnięciem historiografii starożytnej, niewiele pewnego da się powiedzieć. Starożytni nie przekazali nam ustalonych dat jego urodzenia i śmierci. Rok 471 przed naszą erą1, podany przez Gelliusza jako data przyjścia na świat wielkiego historyka, słusznie budzi zastrzeżenia filologów. Odrzucając ją, przyjmują oni przeważnie jako właściwą datę rok 460. Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa z datą i miejscem śmierci Tukidydesa. Niewykończony stan dzieła, które urywa się w środku opowiadania o wypadkach z roku 411, zrodził w starożytności legendę o gwałtownej i niespodziewanej śmierci autora, a dokładna znajomość Sycylii, jaką wykazuje Tukidydes, skłoniła historyka sycylijskiego Tymajosa do stworzenia drugiej legendy, że śmierć Tukidydesa nastąpiła na Sycylii. Inni powołali do istnienia równie nieprawdopodobną wersję o pobycie Tukidydesa na dworze króla macedońskiego Archelaosa i o śmierci historyka w Macedonii. Już te wersje - a jest ich znacznie więcej - ilustrują w dostatecznej mierze fakt, że w starożytności nic pewnego nie wiedziano o śmierci Tukidydesa. Nie znano też jej daty. Na podstawie tekstu dzieła można tylko tyle ustalić, że nastąpiła ona po roku 404, a przed rokiem 393. Tukidydes mówi bowiem o zburzeniu murów ateńskich przez Lizandra w roku 404, a nie wspomina o ich odbudowaniu przez Konona w roku 393.

Jedyne pewne, ale za to skąpe wiadomości o sobie przekazał nam sam Tukidydes w swym dziele, gdzie nazywa się "Tukidydesem z Aten" lub "Tukidydesem, synem Olorosa". Mówi również o tym, że posiadał prawo użytkowania kopalni złota w Tracji. Ponieważ Hegezypila, matka znanego wodza ateńskiego Kimona, była córką króla trackiego Olorosa, a nazwisko ojca Tukidydesa brzmiało również Oloros, słusznie, jak się wydaje, wnioskowali starożytni o pokrewieństwie Tukidydesa z rodziną Kimona. Już sam fakt posiadania prawa użytkowania kopalni złota w Tracji i pokrewieństwa z Kimonem wskazuje na to, że Tukidydes należał do najbogatszej warstwy arystokracji ateńskiej. Dzięki znaczeniu, jakie miał w Tracji, powierzono mu podczas wojny w roku 424 stanowisko stratega na wyspie Tazos. Fakt, że wezwany na pomoc przez stratega ateńskiego w Amfipolis, Euklesa, spóźnił się z odsieczą (ks. IV, rozdz. 104-105) zadecydował o jego dalszych losach. Mówi o tym w ten sposób w księdze V, rozdział 26: "Tak się złożyło, że po mej strategii pod Amfipolis musiałem dwadzieścia lat spędzić z dala od ojczyzny. Miałem wtedy sposobność dokładniej śledzić wypadki zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie, a na skutek wygnania - szczególnie po stronie peloponeskiej". Tak więc przez dwadzieścia lat Tukidydes przebywał na obczyźnie, częściowo w Tracji, częściowo prawdopodobnie na Peloponezie. Do Aten wrócił dopiero po wojnie; o tym, że był w Atenach w roku 404, można wnioskować na podstawie tego, że oglądał resztki murów łączących Ateny z Pireusem, zburzonych przez Lizandra w roku 404.

2

Nad dziełem swoim pracował Tukidydes przez całe życie. Przystąpił do niego, jak mówi sam we wstępie: "zaraz z początkiem wojny, spodziewając się, że będzie ona wielka i ze wszystkich dotychczasowych wojen najbardziej godna pamięci". Już to pierwsze zdanie Wojny peloponeskiej świadczy o wielkości jej autora. Tukidydesa nie interesują, tak jak poprzedników, czasy odległe czy mityczne, o których nic pewnego wiedzieć nie można: pragnie on poznać czasy sobie współczesne i zrozumieć sens wielkich wypadków historycznych, wśród których przyszło mu żyć. Odgraniczając się wyraźnie od dawnych logografów, w ten sposób ujmuje swe stanowisko (ks. I, rozdz. 22): "Jeśli chodzi o słuchaczy, to dzieło moje, pozbawione baśni, wyda im się może mniej interesujące, lecz wystarczy mi, jeśli uznają je za pożyteczne ci, którzy będą chcieli poznać dokładnie przeszłość i wyrobić sobie sąd o takich samych lub podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze zwykłą koleją spraw ludzkich mogą zajść w przyszłości. Dzieło moje jest bowiem dorobkiem o nieprzemijającej wartości, a nie utworem dla chwilowego popisu". Istotnie też, chociaż między największym poprzednikiem Tukidydesa, Herodotem, a Tukidydesem jest różnica najwyżej dwudziestu pięciu lat, odnosi się wrażenie, jakby to byli pisarze z dwóch zupełnie odmiennych epok. Jeśli Herodot widział w historii wielki łańcuch win i kar i ustawiczne spełnianie się sprawiedliwości bożej, nagradzającej za dobro i karzącej za zło, to Tukidydes jest pierwszym historykiem ujmującym historię z czysto racjonalistycznego punktu widzenia, pisarzem dociekającym niestrudzenie ukrytych przyczyn wypadków. Światopogląd religijny Herodota był dla niego przeszkodą w zrozumieniu istotnych pobudek działania ludzkiego i w stworzeniu prawdziwej historii. Odrzucenie ingerencji bogów w sprawy ludzkie, wiary w wyrocznie, sny i przepowiednie było warunkiem nieodzownym dla powstania naukowej historiografii. Tego kroku dokonał Tukidydes i na tym polega jego historyczna zasługa.

Nie bogowie kierują historią, lecz ludzie. Ludzie zaś działają według Tukidydesa zgodnie ze swoją "naturą", to znaczy zgodnie ze swymi interesami. W poglądzie tym nie jest zresztą Tukidydes w ówczesnej epoce odosobniony. Podobne myśli spotykamy we fragmentach Prawdy sofisty Antyfonta, podobne zdania padały ze sceny ateńskiej z ust aktorów grających tragedie Eurypidesa. Owa "natura" ludzka - nakazująca zarówno jednostkom, jak i partiom politycznym oraz państwom kierować się własną korzyścią - jest według Tukidydesa niezmienna. Wprawdzie urządzenia państwowe i prawa ustanowione przez ludzi trzymają ową "naturę" do pewnego stopnia w karbach, jednakże wojna wyzwala ją w pełni. "W czasach pokojowych i w dobrobycie zarówno państwa, jak i jednostki kierują się słuszniejszymi zasadami, gdyż nie znajdują się pod jarzmem konieczności; wojna zaś, niszcząc normalne, codzienne życie, jest brutalnym nauczycielem, kształtującym namiętności tłumu według chwilowej sytuacji" (ks. III, rozdz. 82). Wierząc w niezmienność natury ludzkiej, wierzy Tukidydes również w powtarzalność zjawisk historycznych i jest przekonany, że walki partyjne "zawsze zdarzać [się] będą, jak długo natura ludzka pozostanie niezmienna, choć może w mniejszym nasileniu i w innych formach, stosownie do zmieniających się okoliczności" (tamże). Ze względu na niezmienność natury ludzkiej można według niego przewidywać przyszłość, a nauka historii ma znaczenie praktyczne dla tych, "którzy będą chcieli poznać dokładnie przeszłość i wyrobić sobie sąd o takich samych lub podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze zwykłą koleją spraw ludzkich mogą zajść w przyszłości" (ks. I, rozdz. 22). Trafne przewidywanie przyszłości na podstawie znajomości historii i niezmienności natury ludzkiej jest według Tukidydesa cechą wielkich polityków: nic dziwnego, że właśnie te zdolności sławi on u Temistoklesa i Peryklesa, których uważa za najwybitniejszych ateńskich mężów stanu.

O ile do poznania istotnych motywów działania jednostek i państw wystarczy zdaniem Tukidydesa znajomość niezmiennej natury ludzkiej i praw nią stale rządzących, o tyle trudniej przedstawia się sprawa ze zbadaniem odległej przeszłości. Tukidydes zdaje sobie sprawę, że najstarsza historia grecka została upiększona i wyolbrzymiona przez poetów (ks. I, rozdz. 21). Sposób, w jaki Tukidydes na podstawie szczupłych danych stara się odtworzyć najdawniejsze dzieje greckie (ks. I, rozdz. 1-19), odrzucając legendy poetyckie i opowiadania logografów, stanowi o jego wielkości i wystarcza w zupełności do nadania mu miana ojca krytyki historycznej. Wprawdzie już Hekatajos i Herodot uprawiali pewien rodzaj racjonalistycznej krytyki mitów, nie polegała ona jednak na odrzucaniu mitu w całości, lecz na usuwaniu z niego tych momentów, które wydawały się nieprawdopodobne. Jeśli w micie o Heraklesie opowiadano, że Herakles sprowadził woły Gerionesa z Hiszpanii, Hekatajos zadowalał się odrzuceniem tej nieprawdopodobnej dla niego wersji, ale nie odrzucał bynajmniej całego mitu. Sprowadzenie wołów Gerionesa było dla niego nadal faktem historycznym, z tą różnicą, że rzecz działa się nie w dalekiej Hiszpanii, lecz w pobliskim Epirze. Tukidydes zrywa z tą racjonalistyczną interpretacją mitologii, odrzuca mity w zupełności, poza wojną trojańską, którą uważa za fakt historyczny. Jeżeli tu i ówdzie pojawia się jeszcze jakiś przeżytek, jak np. wiara w istnienie mitycznego Hellena, protoplasty Hellenów, to jest to tylko dowodem, że nawet najbystrzejszy i największy człowiek nie jest w stanie bez reszty wyzwolić się od współcześnie panujących poglądów.

Nie tylko jednak krytyka poematów Homera i logografów stanowi o wielkości Tukidydesa jako twórcy krytyki historycznej. Jeszcze więcej podziwu wzbudza w nas fakt, że Tukidydes w V wieku dawnej ery odkrył metodę wnioskowania o przeszłości na podstawie reliktów we współczesnym mu świecie, a więc metodę, która znalazła zastosowanie na szerszą skalę dopiero w czasach najnowszych. Jako przykład jej zastosowania przytoczyć można początek rozdziału 6 księgi I: "Wszyscy mieszkańcy Hellady chodzili pod bronią w owych dawnych czasach ze względu na nieobwarowane siedziby i brak bezpieczeństwa na drogach; całe w ogóle życie spędzali z bronią, tak jak barbarzyńcy. Te okolice Hellady, które jeszcze obecnie żyją w ten sposób, świadczą, że kiedyś podobny zwyczaj panował powszechnie". Żeby przenikać najdawniejszą historię czy prehistorię grecką, postępuje Tukidydes w ten sam sposób, co badacz nowożytny: z faktu, że najstarsza świątynia ateńska znajduje się na akropoli, wnioskuje, że jest to najstarsza część miasta; ze znalezienia broni karyjskiej w grobowcach na Delos i ze sposobu grzebania zmarłych wyciąga słuszny wniosek, potwierdzony później przez naukę nowożytną, że pierwotna ludność wyspy była pochodzenia karyjskiego. Różne badania topograficzne, przeprowadzone w Pilos i na Sfakterii czy na Sycylii, wykazały zgodność z rzeczywistością szczegółów topograficznych podanych przez Tukidydesa.

Jako źródło do poznania dziejów wojny peloponeskiej i okresu, w którym się toczyła, jest dzieło Tukidydesa niezastąpione. Nie tylko dlatego, że wyszło spod pióra niezwykle bystrego i głębokiego obserwatora wypadków współczesnych, lecz również dlatego, że mimo sympatii i antypatii politycznych autora, który brał przez pewien czas czynny udział w życiu politycznym swego kraju, odznacza się wyjątkową obiektywnością. Nowoczesna nauka nie znalazła w jego dziele ani jednego faktu przedstawionego niezgodnie z prawdą; odkrycie Konstytucji Aten Arystotelesa, w której inaczej niż u Tukidydesa przedstawione są wypadki z roku 411, i dyskusja na temat obu wersji nie tylko nie obaliły naszego przekonania o wiarygodności Tukidydesa, lecz zakończyły się pełnym zwycięstwem autora Wojny peloponeskiej.

W przedstawianiu faktów historycznych Tukidydes odznacza się niezwykłą skrupulatnością i ostrożnością. Na każdej niemal stronie dzieła znajdujemy potwierdzenie tego, co napisał w rozdziale 22 księgi I: "Jeśli zaś idzie o wypadki wojenne, nie uważałem za słuszne spisywać tego, czego się dowiedziałem od pierwszego lepszego świadka, lub tego, co mi się zdawało, ale tylko to, czego sam byłem świadkiem, albo to, co słysząc od innych, z największą możliwie ścisłością i w każdym szczególe zbadałem; trudno zaś było dojść prawdy, ponieważ nie zawsze świadkowie byli zgodni w przedstawianiu tych samych wypadków, lecz podawali je zależnie od sympatii dla jednej lub drugiej strony walczącej i zależnie od swej pamięci". Tukidydes postępuje zupełnie w ten sam sposób, w jaki postępują historycy nowożytni: w razie sprzecznych wersji porównuje je ze sobą, stara się usunąć sprzeczności i wyrobić sobie sąd o tym, jak się rzecz naprawdę przedstawiała. W wypadkach wyjątkowo trudnych woli się wstrzymać z wypowiedzeniem sądu. Tak jest w opowiadaniu o bitwie z Amprakiotami (ks. III, rozdz. 113): "Liczby poległych nie podaję, gdyż ta, o której mówią, wydaje mi się niewiarygodnie wielka w stosunku do wielkości miasta". Bardzo znamienny dla jego ostrożności jest także ustęp 68 księgi V, w którym ustala liczbę wojska lacedemońskiego w bitwie pod Mantyneją.

3

W dziele Tukidydesa spotykamy niejednokrotnie opisy walk partii w rozmaitych państwach greckich, znajdujemy uwagi o stanowisku niewolników wobec rozgrywającej się wojny, wiadomości o potencjale gospodarczym i wojskowym Aten i Sparty, o nastrojach poszczególnych warstw ludności - wszystko jednak o tyle tylko, o ile wiąże się bezpośrednio z samymi wypadkami wojennymi i o ile Tukidydes może je objaśnić. Nie można też mu robić zarzutu, że przy takim założeniu nie dał nam obrazu kultury swego czasu. Jest on przede wszystkim historykiem wojny peloponeskiej.

Krytycyzm i metoda historyczna, jaką stosował, pozwoliły Tukidydesowi nie tylko wiernie przedstawić przebieg politycznych wydarzeń, ale również ukazać ich ukryte społeczne przyczyny. Jeśli ludzie czy państwa podają motywy swego postępowania, nie należy im, według Tukidydesa, od razu wierzyć: badając je dokładnie, dojdzie się zawsze w końcu do istotnego motywu, którym jest własny interes i korzyść, strach przed przeciwnikiem lub ambicja. Opisując walki polityczne na Korkirze, Tukidydes powiada (ks. III, rozdz. 82): "Źródłem tego wszystkiego była żądza panowania, dążąca do zdobycia bogactw i zaspokojenia ambicji, a stąd wybuchały rywalizacje, wkraczały w grę namiętności". Odróżniając właściwe przyczyny od pozornych, mógł też Tukidydes trafnie zrozumieć ekonomiczne i polityczne powody wybuchu wojny peloponeskiej (ks. I, rozdz. 23): "Otóż za najistotniejszy powód, chociaż przemilczany, uważam wzrost potęgi ateńskiej i strach, jaki to wzbudziło u Lacedemończyków".

Istotnie, po wojnach perskich ekspansja handlowa Aten i chęć zawładnięcia rynkami sycylijskimi i italskimi stały się poważną groźbą dla handlu korynckiego i megaryjskiego; nic też dziwnego, że przede wszystkim zagrożony i sprzymierzony ze Spartą Korynt najusilniej nakłaniał Spartę do rozpętania wojny. Obok tych przyczyn ekonomicznych działały z nie mniejszą siłą przyczyny czysto polityczne. Wojna toczyła się między arystokratyczną Spartą, popierającą wszędzie ustroje oligarchiczne, a postępową wówczas demokracją ateńską. Mimo tego bowiem, że demokracja ateńska była demokracją właścicieli niewolników, na ówczesnym etapie była zjawiskiem postępowym w stosunku do arystokratycznego ustroju spartańskiego. Wojnie, toczonej z niezwykłą zaciętością przez lat dwadzieścia siedem, towarzyszyły walki wewnętrzne w rozmaitych państwach greckich; czynniki demokratyczne znajdowały poparcie w Atenach i życzyły zwycięstwa Atenom, czynniki arystokratyczne szukały oparcia w Sparcie, której ustrój wychwalały jako tak zwaną eunomię (ustrój sprawiedliwy): "w każdym państwie były dwie partie i przywódcy ludu wzywali na pomoc Ateńczyków, a oligarchowie Lacedemończyków. W czasach pokojowych nie byłoby pretekstu ani ochoty do sprowadzania pomocy. Skoro jednak wojna wybuchła, ci, którzy w różnych miastach dążyli do przewrotu, łatwo mogli sprowadzić obcą pomoc w celu pognębienia przeciwników politycznych i wzmocnienia swego własnego stanowiska" (ks. III, rozdz. 82).

Zrozumiałe jest, że Tukidydes miał zupełnie określone poglądy polityczne, które wywarły wpływ na ocenę wypadków i ludzi. Pochodząc z najzamożniejszej warstwy ateńskiej, za życia Peryklesa popierał tego wybitnego przywódcę demokracji i jego politykę. Zdawał sobie sprawę z tego, że wielkość państwa ateńskiego leży we flocie, a flota opiera się na masach ludowych i ustroju demokratycznym. Kiedy jednak Perykles zmarł i na czoło demosu wysunęli się: najpierw syn bogatego właściciela garbarni Kleon, a potem inni "demagogowie", czyli przywódcy ludu (wyraz ten w języku greckim nie miał tego zabarwienia ujemnego, co w językach nowożytnych), uprawiający ostry kurs wobec sprzymierzeńców i opowiadający się za energiczną wojną ze Spartą - wówczas w Tukidydesie odezwały się poglądy jego klasy. Zarówno pochodzenie społeczne, jak i wykształcenie oraz majątek łączyły go z Nikiasem, największym bogaczem ateńskim, zatrudniającym w kopalniach w Laurion tysiąc niewolników. Grupa "umiarkowanych demokratów", mająca swe oparcie w wielkich właścicielach ziemskich i średniozamożnych chłopach, na której czele stał Nikias, była zwolenniczką pokoju ze Spartą. Ofiarą wojny padały przecież przede wszystkim niszczone przez Peloponezyjczyków gospodarstwa rolne; biedota miejska mniej była narażona na straty, a raczej czerpała z wojny zyski. Poświadcza to wyraźnie anonimowy autor broszury O ustroju politycznym Aten: "Na ataki nieprzyjacielskie narażeni są rolnicy i bogacze ateńscy, natomiast lud, wiedząc, że nieprzyjaciel nic z jego dobytku nie spali ani nie zniszczy, nie czuje się narażony i żyje bez lęku". W walce między skrzydłem Kleona, reprezentującym rzemieślników i biedotę miejską i domagającym się nieustępliwej walki z oligarchiczną Spartą, a grupą Nikiasa, opowiadającą się za pokojem, Tukidydes zdecydowanie stanął po stronie Nikiasa, o którym wspomina z wyraźną sympatią (ks. VII, rozdz. 86): "To [...] było przyczyną śmierci Nikiasa, który ze wszystkich współczesnych mi Hellenów najmniej na taki los zasłużył ze względu na swe prawe postępowanie w ciągu całego życia". Z drugiej strony, mimo dążenia do bezstronności Tukidydes nie ukrywał swej niechęci do Kleona ani do późniejszego przywódcy demosu, Hiperbolosa. W przywódcach demokracji, ściągających bezwzględnie daninę ze sprzymierzeńców i snujących plany podboju Sycylii, a nawet Kartaginy, widział Tukidydes podobnie jak Arystofanes jedynie ucieleśnienie buty i zarozumialstwa. Podobnie jak Arystofanes, który twierdził, że Kleon ukradł strategowi Demostenesowi "ciasto lakońskie", to znaczy Sfakterię, również Tukidydes nie potrafił odnieść się obiektywnie do wielkiego sukcesu militarnego Kleona, jakim było zdobycie tej wysepki. Jeżeli się porówna charakterystyki przywódców demosu z charakterystyką umiarkowanego oligarchy Teramenesa, nietrudno będzie stwierdzić, po czyjej stronie są sympatie autora Wojny peloponeskiej. Tukidydes bowiem, przynajmniej pod koniec swego życia, nie był zwolennikiem ustroju demokratycznego, lecz ustroju "mieszanego", jako rozumnego połączenia demokracji i oligarchii, i opartego na rządach warstwy średniej, liczącej pięć tysięcy obywateli; byli to obywatele, którzy mogli z własnych pieniędzy zaopatrzyć się w ciężkie uzbrojenie. Ustrój taki - "najlepszy za jego życia", jak mówi Tukidydes - wprowadzony został przez Teramenesa w roku 411 i nie przetrwał nawet roku. "Najlepszy" ten ustrój nie był oczywiście w praktyce niczym innym, jak ograniczeniem praw obywatelskich do niewielkiej warstwy bogaczy i dość licznej warstwy średniorolnych chłopów, z wykluczeniem udziału w Radzie i sądach (urzędy miały być odtąd bezpłatne) warstw nieposiadających. Było to więc przekreślenie wszystkich zdobyczy demokracji ateńskiej osiągniętych za Peryklesa i powrót do stanu rzeczy co najmniej sprzed lat pięćdziesięciu. Opowiadając się przeciw "czystej" demokracji, zwalczał Tukidydes także "czystą oligarchię". Omawiając spisek oligarchiczny i zdradzieckie knowania Rady Czterystu, podkreślił klasowy charakter polityki oligarchicznej, niewahającej się przed zdradą własnej ojczyzny i nawiązaniem kontaktu z nieprzyjacielem w imię interesów klasowych.

Jest rzeczą oczywistą, że tak wnikliwy i krytyczny historyk nie mógł nie zauważyć zasadniczego zagadnienia społecznego swojej epoki: konfliktu między masami niewolników a wolną ludnością Grecji. Niewolnicy, których praca odgrywała główną rolę w gospodarstwie, rzadko jedynie mieli sposobność do wystąpień aktywnych; ilekroć się ona jednak nadarzała, korzystali z niej skwapliwie. Tukidydes, zawsze staranny w doborze i opisie faktów, które uważa za istotne dla przebiegu wojny peloponeskiej, wielokrotnie wspomina o buntach czy wystąpieniach niewolników, a nade wszystko helotów. O helotach, którzy w Sparcie stanowili klasę na poły niewolników, na poły pańszczyźnianych chłopów, pisze m.in. (ks. IV, rozdz. 80): "Równocześnie szukali Lacedemończycy pozoru dla wysłania z kraju helotów, którzy korzystając ze złej sytuacji Sparty, kiedy Pilos znajdowało się w rękach nieprzyjaciela, mogliby wywołać rozruchy. Lękając się ich natury buntowniczej i ich wielkiej liczby, albowiem przy wszystkich prawie decyzjach liczą się Lacedemończycy z zagadnieniem helotów - uciekli się nawet raz do podstępu. Tych helotów, którzy według własnego mniemania odznaczyli się na wojnie, wezwali do zgłoszenia się. Zapowiedzieli, że dadzą im wolność. W rzeczywistości miała to być próba: sądzili bowiem, że ci heloci, którzy najbardziej pragną wolności, pierwsi także ośmielą się zbuntować przeciw Lacedemończykom. Wybrano z nich około dwóch tysięcy; z wieńcami na głowie obchodzili oni świątynie jako ci, którzy mają być wyzwoleni; niedługo potem zniknęli i nikt nie wiedział, co się z nimi stało".

Charakterystyczny jest też opis walk na Korkirze, gdzie zarówno partia arystokratyczna, jak i demokratyczna pragnęły pozyskać dla siebie niewolników; użyczenie przez niewolników pomocy demokratom rozstrzygnęło długotrwałą walkę na korzyść partii demokratycznej. Podobnie w czasie późniejszych walk na Chios niewolnicy chioccy, którym się "wydało, że Ateńczycy dość mocno się ufortyfikowali, zaczęli masowo do nich uciekać" (ks. VIII, rozdz. 40). Rzadziej mówi Tukidydes o niewolnikach ateńskich, wspomina jednak, że po opanowaniu Dekelei (w 413 roku), wykorzystując najazd peloponeski na Attykę, niewolnicy ateńscy, przeważnie rzemieślnicy, opuścili w liczbie dwudziestu tysięcy warsztaty swych właścicieli.

Ze wszystkich tych wzmianek wyraźnie widać, że Tukidydes bystrzej niż ktokolwiek ze starożytnych dostrzega i umie docenić wagę konfliktu, który stale nurtując pod powierzchnią wydarzeń, nieraz nagle się ujawniał, a wtedy siłą swoją decydował o militarnych klęskach i sukcesach obu walczących stron.

4

Celem, który sobie Tukidydes postawił, było opisanie wojny peloponeskiej, jej przyczyn oraz przebiegu. W związku z tym zasadniczym celem skomponowana jest całość dzieła. Na próżno szukałoby się w niej owej epickiej rozlewności, tak bardzo znamiennej dla logografów jońskich i Herodota. Akcja toczy się dramatycznie: ekskursy są rzadkie i pojawiają się jedynie jako uzasadnienie i ilustracja pewnej tezy. Mimo że Tukidydes stoi na stanowisku, iż wybitne jednostki, jak Temistokles czy Perykles, odgrywają rolę w historii, życie prywatne mężów stanu nie interesuje go wcale. Jedyna relacja biograficzna o życiu Temistoklesa i Pauzaniasa jest owym przysłowiowym wyjątkiem potwierdzającym regułę. O śmierci Peryklesa słyszymy tylko mimochodem, chociaż nie był to bynajmniej fakt dla historii wojny obojętny, o Hiperbolosie czytamy tylko jedno zdanie, o wielu innych przywódcach radykalnej demokracji ani słowa. Nie ulega wątpliwości, że poszczególni działacze polityczni tracili jakby w oczach Tukidydesa znaczenie wobec tego wielkiego wydarzenia dziejowego, za jakie uważał wojnę peloponeską.

Na szczególną uwagę zasługują w dziele Tukidydesa mowy rozmaitych mężów stanu, polityków i wodzów, które stanowią mniej więcej piątą część Wojny peloponeskiej. Nie są to oczywiście mowy oryginalne, lecz ułożone przez samego autora. Mówi on o tym wyraźnie w rozdziale 22 księgi I: "Wierne odtworzenie przemówień, wygłoszonych przez poszczególnych mówców bądź przed wojną, bądź w czasie jej trwania, było rzeczą trudną zarówno dla mnie, który ich sam słuchałem, jak i dla tych, którzy mi je przekazywali; toteż ułożyłem je tak, jak by - według mnie - najodpowiedniej do okoliczności mógł przemówić dany mówca, trzymałem się jednak jak najbliżej zasadniczej myśli mów rzeczywiście wypowiedzianych". Tukidydes, komponując mowy, idzie za tradycją Herodota, u którego także spotykamy długie mowy wypowiadane przez Kserksesa, Mardoniosa czy Artabanosa. Nowy w stosunku do Herodota jest cel, jaki przyświeca Tukidydesowi przy układaniu mów. Jest nim objaśnienie wypadków historycznych i wyłuszczenie motywów kierujących poszczególnymi państwami i jednostkami. Mowy Tukidydesa nie są więc jedynie artystycznymi upiększeniami opowiadania, lecz spełniają rolę komentarza do wypadków dziejowych. Długie mowy Koryntyjczyków i Korkirejczyków w księdze I, oddające niewątpliwie treść mów "rzeczywiście wypowiedzianych", dają dokładną motywację postępowania Korkiry i Koryntu; mowa Brazydasa (ks. IV, rozdz. 126) zawiera charakterystykę helleńskiego sposobu walki w przeciwieństwie do taktyki barbarzyńców; mowa pod Amfipolis (ks. V, rozdz. 9) ma na celu przedstawić jego plany taktyczne. Jest rzeczą charakterystyczną, że mowy niekoniecznie umieszczone są przy opisie istotnie ważnych wypadków, lecz takich, które Tukidydes z jakiegoś powodu uważa za typowe. Zdobycie przez Ateńczyków wyspy Melos nie było wypadkiem szczególnie ważnym z punktu widzenia militarnego, Tukidydes jednak pragnie na tym drobnym stosunkowo fakcie przedstawić w mowach Ateńczyków brutalność i bezwzględność ateńską i prawo silniejszego, jakim się oni posługują; podobnie walki wewnętrzne na Korkirze stanowiły dobrą sposobność do rozważań ogólnych na temat zwyrodnienia życia politycznego - rozważań ujętych w tym wypadku nie w formę fikcyjnej mowy, lecz bezpośredniej wypowiedzi autora. Także zburzenie Platej przez Spartan miało stosunkowo małe znaczenie dla losów wojny, było jednak typowe dla metod polityki spartańskiej - i dlatego skomentowane zostało przez Tukidydesa kilku dłuższymi przemówieniami.

Mimo że mowy w Wojnie peloponeskiej są skomponowane przez samego autora, to jednak wiele z nich niewątpliwie oddaje treść mów "rzeczywiście wypowiedzianych". Przebywając w Atenach w pierwszych latach wojny, od roku 431 do 424, musiał Tukidydes niewątpliwie słyszeć mowy Peryklesa: być może, że w mowach włożonych w usta Peryklesa starał się nawet naśladować polot poetycki przemówień wielkiego przywódcy demokracji. Chociaż bowiem mowy Tukidydesa pisane są wszystkie jednakowym stylem, to przecież mowa efora Stenelaidasa (ks. I, rozdz. 86) dobrze charakteryzuje krótki i zdecydowany sposób mówienia Spartan, a przemówienie Alkibiadesa (ks. VI, rozdz. 16) - gwałtowny jego charakter.

Dzieło Tukidydesa powstawało przez wiele lat i nie zostało doprowadzone do końca. Niektóre jego partie, jak np. księga I czy księgi VI i VII, opisujące wyprawę sycylijską, są jednak tak wspaniale i dramatycznie skomponowane, że niewątpliwie stanowią ostatecznie opracowaną redakcję. O ile samo opowiadanie, utrzymane w stylu zbliżonym do Herodotowego, czyta się stosunkowo łatwo, o tyle mowy - pisane stylem zwięzłym, dramatycznym, pełnym antytez, z użyciem umyślnej dysharmonii członów i wielkiej ilości abstraktów - należą do najtrudniejszych ustępów prozy greckiej. Styl ten jest tworzony świadomie. W przeciwieństwie do opartego na parataksie stylu Herodotowego jest wyrazem nowej problematyki. Posługuje się on przede wszystkim antytezą, której celem ma być jasne sprecyzowanie i przeciwstawienie sobie pojęć. Cel ten nie zawsze jednak zostaje osiągnięty przez Tukidydesa. Nadużycie antytezy przeradza się nieraz w manierę, a styl staje się sztuczny i trudny.

Styl Tukidydesa jest stylem pokolenia, które około połowy wieku V, pod wpływem sofisty Protagorasa i innych, nauczyło się rozróżniać pojęcia i przeciwstawiać je sobie; które nauczyło się myśleć bardziej precyzyjnie i bardziej logicznie. Styl ten, oparty na antytezie, wprowadził, zdaje się, na teren Aten po raz pierwszy sofista Protagoras z Abdery w swych Antylogiach: wpływ jego widać już w Ajaksie i Antygonie Sofoklesowej. Jeśli będziemy szukać najbliższych analogii do stylu mów Tukidydesowych, to znajdziemy je u pisarzy lat trzydziestych V wieku, przede wszystkim w Tetralogiach Antyfonta.

Wielka liczba abstraktów, tak znamienna dla stylu Tukidydesowego, nie była wówczas również zjawiskiem odosobnionym: spotykamy je nie tylko u Antyfonta, lecz także we fragmentach współczesnych filozofów, Anaksagorasa z Kladzomenaj i Diogenesa z Apollonii. Cecha ta pozostaje w ścisłym związku z logicznym precyzowaniem się prozy. Również rozróżnianie pojęć, tak ulubione przez Tukidydesa, jest owocem tej samej epoki, która pobudziła sofistę Prodykosa do zajęcia się synonimiką.

Chociaż nie można uważać za prawdziwą wiadomości starożytnych o tym, jakoby Tukidydes był uczniem Antyfonta, Gorgiasa i Prodykosa, to jednak nie ulega najmniejszej wątpliwości, że zarówno myśl, jak i styl historyka są wyrazem epoki oświecenia attyckiego, którego najwybitniejszymi przedstawicielami byli sofiści i Sokrates, a w dziedzinie tragedii Eurypides. Jak wielki i potężny był ten ruch myśli postępowej, widać choćby z tego, że pozostawił on ślady w twórczości nawet tak tradycyjnych i hołdujących dawnemu światopoglądowi pisarzy, jak Herodot czy Sofokles. Druga połowa V wieku to czas powstawania na terenie Aten myśli krytycznej i racjonalistycznej. Wyjaśnianie przez Tukidydesa w sposób naturalny takich zjawisk, jak zaćmienie Słońca czy trzęsienie ziemi, znajduje swój odpowiednik w działalności sofistów i Anaksagorasa; sposób dowodzenia i obalania tezy łączy go z Antyfontem; niechęć do objaśniania wypadków historycznych przez wpływ sił nadprzyrodzonych ma swą analogię w wyzwalającej się z pęt religii ówczesnej medycynie. Dobrze jest również pamiętać, że w tym samym mniej więcej czasie Demokryt z Abdery tworzy swój materializm antyczny, odrzucając działanie sił nadprzyrodzonych we wszechświecie.

Tukidydes był jednym z najbardziej postępowych ludzi swej epoki; znaczenie jego dla historii jest tak samo wielkie jak Demokryta dla filozofii. Mimo że miał swoje sympatie i antypatie polityczne i wyrażał poglądy warstwy społecznej, z której pochodził, potrafił wznieść się na wysoki poziom obiektywizmu i stworzył podstawy krytyki historycznej. Metodami swymi wyprzedził daleko epokę sobie współczesną; nic dziwnego, że nie znalazł następców. Historiografia grecka nie poszła drogą wskazaną przez niego, lecz drogą o wiele łatwiejszą, wskazaną przez jego poprzednika - Herodota. Mimo to rację miał Tukidydes, nazywając swe dzieło "dorobkiem o nieprzemijającej wartości" - czasy nowożytne uznały w nim słusznie największego historyka świata antycznego.

Kazimierz Kumaniecki

(1) Tukidydes z Aten opisał wojnę, którą prowadzili między sobą Peloponezyjczycy i Ateńczycy. Zabrał się do dzieła zaraz z początkiem wojny, spodziewając się, że będzie ona wielka i ze wszystkich dotychczasowych wojen najbardziej godna pamięci. Wniosek swój zaś opierał na tym, że obie strony ruszały na nią, znajdując się u szczytu swej potęgi wojennej, a reszta Hellady bądź od razu, bądź z pewnym wahaniem przyłączała się do jednej albo drugiej strony. Był to bowiem największy ruch, jaki wstrząsnął Hellenami i pewną częścią ludów barbarzyńskich, a można powiedzieć nawet, że i przeważającą częścią ludzkości. Dokładne zbadanie wypadków poprzedzających tę wojnę i jeszcze dawniejszych nie było możliwe ze względu na zbyt długi okres czasu, jaki od nich upłynął; jednakże cofając się w najodleglejszą przeszłość, na podstawie świadectw, które rozpatruję i którym muszę wierzyć, sądzę, że nie było wówczas ani wielkich wojen, ani innych wielkich wydarzeń.

(2) Okazuje się bowiem, że ten kraj, który obecnie nazywa się Helladą, nie od razu miał ludność osiadłą, lecz że w dawniejszych czasach odbywały się tu wędrówki, a plemiona łatwo opuszczały swą ziemię, ulegając stale czyjejś przewadze liczebnej. Nie było wówczas handlu ani bezpiecznej komunikacji lądowej i morskiej; każdy szczep wykorzystywał swą ziemię tylko celem zaspokojenia niezbędnych potrzeb; nie gromadzono majątków ani nie uprawiano ziemi, gdyż nigdy nie było wiadomo, czy ktoś obcy się nie pojawi i nie odbierze plonów. Murów obronnych nie było; ludzie, przekonani, że wszędzie potrafią sobie zdobyć dzienne utrzymanie, bez przykrości opuszczali swoje siedziby. Nie byli silni i nie mieli ani wielkich miast, ani innych czynników potęgi. Największe zaś przesunięcia odbywały się zawsze na najurodzajniejszych obszarach: dzisiejszej Tessalii, Beocji, większej części Peloponezu (prócz Arkadii), a w pozostałej Helladzie również na terenach, które były najżyźniejsze. Albowiem wzrastające dzięki urodzajnej ziemi bogactwo poszczególnych jednostek wywoływało walki wewnętrzne, które z kolei rujnowały mieszkańców kraju, jednocześnie zaś obce plemiona bardziej zagrażały takiemu krajowi. Dlatego też w Attyce, gdzie od najdawniejszych czasów z powodu nieurodzajnej gleby nie było walk wewnętrznych, stale mieszkała ta sama ludność. Nie najsłabszym dowodem mego rozumowania, że właśnie wskutek zmian ludnościowych pozostała część Hellady nie doszła do takiego wzrostu jak Attyka, jest fakt, że przecież ci, którzy musieli uciekać z innych krajów greckich z powodu wojny albo sporów wewnętrznych - i to najmożniejsi - przybywali właśnie do Aten jako do kraju spokojnego; oni to, przyjmując obywatelstwo ateńskie, już w najdawniejszych czasach przyczyniali się do wzrostu liczby mieszkańców tak dalece, że później, wobec przeludnienia Attyki, wysyłano osadników nawet do Jonii.

(3) O słabości dawnej Grecji w nie najmniejszej mierze świadczy również fakt, że przed wyprawą trojańską Hellada nie zdobyła się na żaden wspólny czyn: wydaje mi się, że jako całość nie nosiła jeszcze nawet nazwy "Hellady" i że przed Hellenem, synem Deukaliona2, w ogóle nawet nie istniała ta nazwa, ale każdy szczep, a w największym zasięgu szczep pelasgijski, nadawał od siebie nazwę krajowi, jaki zamieszkiwał; dopiero kiedy Hellen i jego synowie doszli do potęgi we Ftiotydzie i kiedy rozmaite miasta zaczęły ich wzywać na pomoc, ze względu na wzajemne stosunki zaczęto coraz powszechniej przybierać nazwę Hellenów. Jednakże i tak długi czas nazwa ta nie mogła odnieść zupełnego zwycięstwa i objąć wszystkich Greków. Najlepszym zaś dowodem jest Homer: chociaż bowiem żył w czasach znacznie późniejszych od walk pod Troją, nigdy nie użył tej nazwy na określenie wszystkich Greków, lecz jedynie na określenie tych, którzy przybyli z Achillesem z Ftiotydy i którzy w istocie byli pierwszymi Hellenami; innych zaś Greków nazywa w swoich epopejach Danaami, Argiwczykami i Achajami. Ale także nie mówi nic o "barbarzyńcach"3, jak mi się zdaje, dlatego że i "Hellenowie" nie byli jeszcze wtedy odróżnieni i objęci wspólną nazwą w przeciwieństwie do innych narodów. Ci więc, którzy kolejno przyjmowali nazwę Hellenów - początkowo te miasta, które się nawzajem rozumiały, a w końcu wszyscy - z powodu słabości i małej łączności wzajemnej wspólnie nie dokonali niczego przed wojną trojańską. A i na tę wyprawę wyruszyli dopiero po dłuższym oswajaniu się z morzem.

(4) Pierwszy bowiem, jak słyszymy, miał flotę Minos. Panował on nad przeważającą częścią morza zwanego dziś Helleńskim, sprawował też władzę nad Cykladami; większą ich część pierwszy skolonizował, wypędziwszy Karów i synów swych ustanowiwszy panami. Oczywiście, w miarę swych możliwości, tępił również piratów na morzu, aby dochody tym pewniej do niego płynęły.

(5) Dawni bowiem Hellenowie i ci spośród barbarzyńców, którzy mieszkali nad morzem i na wyspach, skoro zaczęli częściej na okrętach do siebie docierać, zajęli się korsarstwem. Wodzami tych wypraw były jednostki możne, które podejmowały je dla zysku osobistego i w celu zapewnienia biednym środków utrzymania. Napadając na miasta otwarte i założone na sposób wsi - grabili je i stąd czerpali główne środki do życia. Zajęcie to nie przynosiło żadnej ujmy, a raczej nawet trochę sławy. Świadczyć o tym mogą i dzisiaj jeszcze ci mieszkańcy lądu stałego, dla których chlubą jest zręczne wykonywanie tego rzemiosła, jak również i dawni poeci, u których ludzie stale w jednakowy sposób zapytują przyjeżdżających, czy nie są korsarzami; dowodzi to, że ani zapytywani nie uważają tego zajęcia za haniebne, ani pytający nie chcą tamtych obrazić. Napadali na siebie również i na lądzie. I po dziś dzień tym dawnym trybem żyje wielka część Hellady, jak Lokrowie Odzolijscy, Etolowie, Akarnańczycy i inni mieszkańcy tamtejszego lądu stałego. Także zwyczaj noszenia broni pozostał tym mieszkańcom z czasów dawnego życia zbójeckiego.

(6) Wszyscy mieszkańcy Hellady chodzili pod bronią w owych dawnych czasach ze względu na nieobwarowane siedziby i brak bezpieczeństwa na drogach; całe w ogóle życie spędzali z bronią, tak jak barbarzyńcy. Te okolice Hellady, które jeszcze obecnie żyją w ten sposób, świadczą, że kiedyś podobny zwyczaj panował powszechnie. Spośród Hellenów pierwsi odłożyli broń Ateńczycy i zarzuciwszy twardy tryb życia, przyjęli wytworniejsze obyczaje. I nie tak dawne to czasy, kiedy u Ateńczyków starsi ludzie ze sfer zamożniejszych przestali nosić wykwintne lniane chitony4 i upinać włosy w warkocz za pomocą złotych spinek w kształcie świerszczy; także i u Jończyków, z powodu ich pokrewieństwa szczepowego z Ateńczykami, długo się ten zwyczaj wśród starszych ludzi utrzymał. Krótkiego natomiast stroju i takiego, jaki się dzisiaj nosi, pierwsi zaczęli używać Lacedemończycy; zresztą i pod innymi względami ludzie zamożniejsi najbardziej zbliżyli się tam w sposobie życia do ludu. Lacedemończycy też pierwsi obnażyli ciało i rozebrawszy się do naga, zaczęli przy ćwiczeniach gimnastycznych nacierać je oliwą; w dawnych zaś czasach nawet na igrzyskach olimpijskich zawodnicy walczyli z opaskami na biodrach; ten zwyczaj ustał dopiero niedawno. Jeszcze i teraz niektórzy barbarzyńcy, a przede wszystkim Azjaci, stają do zawodów pięściarskich i atletycznych w przepaskach na biodrach. Wiele jeszcze innych dowodów można by przytoczyć na to, że w dawnej Helladzie panowały obyczaje podobne tym, jakie dziś istnieją wśród barbarzyńców.

(7) Założone w nowszych czasach miasta, które wraz z rozwojem żeglugi doszły do większej zamożności, budowano na samym wybrzeżu morskim i opasywano murami. Miasta te zajmowały międzymorza zarówno ze względów handlowych, jak i dlatego, żeby mieć większą siłę wobec sąsiadów. Dawne zaś miasta, z uwagi na panujące długo korsarstwo, zakładano raczej dalej od morza, i to zarówno miasta wyspiarskie, jak i lądowe. Grabiono się bowiem wzajemnie, nie oszczędzając nawet i tych, którzy, choć mieszkali nad morzem, nie trudnili się jednak żeglugą. Stąd i teraz jeszcze miasta te leżą z dala od morza.

(8) Korsarzami byli przeważnie wyspiarze: Karowie i Fenicjanie; ci bowiem zamieszkiwali dawniej większą część wysp. Świadczy o tym fakt następujący: kiedy podczas obecnej wojny Ateńczycy oczyszczali uroczyście Delos5 i otworzyli groby znajdujące się na tej wyspie, okazało się, że przeważnie były to groby Karyjczyków; można to było poznać po broni zakopanej razem z ludźmi i po sposobie grzebania, jakim dzisiaj jeszcze posługują się Karyjczycy. Kiedy zaś Minos stworzył flotę, powstały dogodniejsze warunki dla żeglugi, wypędził on bowiem wyspiarskich korsarzy w okresie, gdy wiele wysp kolonizował. Mieszkańcy miast nadmorskich zaczęli się bogacić i żyć w sposób bardziej ustalony, a niektórzy, szczególnie wzbogaceni, otaczali swe miasta murami. W dążeniu bowiem do zysku słabi oddawali się nawet w niewolę silniejszym, a potężniejsi finansowo uzależniali od siebie mniejsze państwa. Takie to stosunki panowały w Grecji w okresie poprzedzającym wyprawę przeciw Troi.

(9) Agamemnon6, jak mi się zdaje, przedsięwziął ową wyprawę nie tyle jako wódz, prowadzący ze sobą byłych zalotników Heleny, związanych przysięgą złożoną Tyndareusowi7, ile raczej jako najpotężniejszy człowiek swego czasu. Opowiadają zaś także ci, którzy drogą tradycji przejęli od przodków najbardziej wiarygodną historię Peloponezyjczyków, że początkowo Pelops8, dzięki wielkiemu bogactwu, jakie przywiózł ze sobą z Azji do ubogiego kraju, zdobył tam władzę i - chociaż obcy - nadał krajowi nazwę od swego imienia. Potomkom jego jeszcze lepiej poszczęściło się później, kiedy Eurysteus9 zginął w Attyce z rąk Heraklidów. Kiedy bowiem Eurysteus wyruszał, powierzył Mikeny i władzę krewnemu swemu Atreusowi10, który był bratem jego matki. Atreus bawił tam właśnie na wygnaniu, wypędzony przez ojca z powodu zabójstwa dokonanego na Chryzypie. Skoro Eurysteus nie wrócił, Atreus przejął władzę nad Mikeńczykami i nad całym obszarem, nad którym panował Eurysteus; życzyli sobie tego również Mikeńczycy z obawy przed Heraklidami i dlatego, że Atreus wydawał się człowiekiem możnym i lud sobie pozyskał. W ten sposób Pelopidzi stali się potężniejsi od potomków Perseusa11. Agamemnon, przejąwszy to dziedzictwo i równocześnie zdobywszy potęgę morską o wiele większą od innych, zorganizował wyprawę, a wojsko zebrał nie tyle - jak mi się zdaje - dzięki wpływom osobistym, ile postrachem. Okazuje się bowiem, że i sam przybył na wyprawę z największą liczbą okrętów, i Arkadyjczykom ich jeszcze dostarczył, jak o tym świadczy Homer, jeśli go można uważać za wiarygodnego. Także w innym miejscu, wspominając o przekazywaniu berła, powiedział on o Agamemnonie: "Nad wielu wyspami włada i nad całym Argos". Będąc władcą kontynentalnym, nie byłby mógł panować nad wyspami - z wyjątkiem okolicznych, a tych nie mogło być wiele - gdyby nie miał jakiejś floty. Na podstawie wyprawy trojańskiej można wywnioskować, jak wyglądały stosunki przed nią.

(10) Jeżeliby ktoś na tej podstawie, że Mikeny były małe albo że jakieś z miast ówczesnych obecnie wydaje się czymś małoznacznym, powątpiewał o tym, że wyprawa ta była tak wielka, jak ją przedstawili poeci i tradycja, to rozumowałby nieściśle. Jeśliby bowiem miasto Lacedemończyków opustoszało, a pozostały tylko świątynie i fundamenty budowli, to - jak sądzę - po upływie dłuższego czasu nikt z potomnych nie chciałby uwierzyć, że potęga Lacedemończyków była tak wielka, za jaką uchodzi; a przecież mają oni w swym posiadaniu dwie piąte Peloponezu oraz hegemonię12 nad całym półwyspem i nad licznymi sprzymierzeńcami; jednak przez to, że miasto nie jest zwarcie zabudowane, że nie posiada okazałych świątyń i budowli, lecz według dawnego helleńskiego zwyczaju jest założone na sposób wsi, może komuś wydawać się słabsze. Jeśliby zaś to samo spotkało Ateny - to z ich zewnętrznego wyglądu można by było wnioskować, że potęga Ateńczyków była dwukrotnie większa niż w rzeczywistości. Nie ma więc podstaw do powątpiewania, że więcej uwagi trzeba zwracać na istotną siłę miast niż na ich wygląd zewnętrzny. Należy zatem przypuszczać, że owa wyprawa trojańska była największą ze wszystkich, które ją poprzedzały, nie dorównywała jednak wojnom współczesnym. Jeśli zaś wolno także i pod tym względem wierzyć Homerowi, który zresztą jako poeta musiał prawdopodobnie upiększyć swe opowiadanie, to i u niego wydaje się to wszystko dość niepokaźne. Homer bowiem pisze, że spośród tysiąca dwustu okrętów beockie miały po stu dwudziestu ludzi, a Filokteta13 po pięćdziesięciu ludzi, mając na myśli - jak mi się zdaje - największe i najmniejsze okręty; wielkości innych okrętów nie podał w "katalogu okrętów". Mówiąc o okrętach Filokteta, stwierdził, że wszyscy wioślarze byli równocześnie wojownikami; wszystkich bowiem przedstawił jako łuczników. Jest zaś nieprawdopodobne, żeby wielu niewiosłujących brało udział w wyprawie, z wyjątkiem królów i najwybitniejszych osobistości; wyprawiali się przecież na pełne morze ze sprzętem wojennym, a nie mieli okrętów z pokładami, lecz statki zbudowane na starą modłę, na sposób raczej korsarski. Jeśli więc weźmiemy największe i najmniejsze okręty i obliczymy przeciętną liczbę wioślarzy, to okaże się, że było ich niewielu, jak na wspólną wyprawę całej Hellady.

(11) Przyczyną tego było nie tyle słabe zaludnienie, ile brak pieniędzy. Z powodu bowiem trudności żywnościowych wodzowie zabrali ze sobą niewiele wojska, tyle tylko, ile według przypuszczeń mogło się wyżywić w warunkach wojennych na miejscu; skoro zaś po przybyciu odnieśli zwycięstwo w bitwie - oczywiście w przeciwnym wypadku nie byliby w stanie umocnić obozu - to i wtedy także nie wszyscy, jak się zdaje, walczyli, lecz z powodu braku żywności część zajęła się uprawą roli na Chersonezie i łupiestwem. Przy takim rozproszeniu Greków łatwo mogli Trojanie stawiać im opór przez dziesięć lat, dorównując sile przeciwnika pozostającego pod murami miasta. Gdyby zaś Grecy przybyli z dostateczną ilością żywności i wspólnymi siłami, nie zajmując się rolnictwem ani łupiestwem, bez przerwy prowadzili wojnę, byliby łatwo zwyciężyli Trojan. Przecież, mimo że nie wszyscy walczyli, lecz tylko ta część, która była każdorazowo pod murami miasta, stawiali jednak Trojanom opór; gdyby zaś byli prowadzili regularne oblężenie, byliby szybciej i z mniejszym trudem zdobyli Troję. Ale jak z braku pieniędzy wydarzenia poprzedzające wojnę trojańską były niepozorne, tak też i owa najgłośniejsza ze wszystkich wypraw okazała się w rzeczywistości mniejsza od sławy, jaka jej towarzyszyła, i od opinii, jaka się o niej ustaliła dzięki poetom.

(12) Jeszcze i po wojnie trojańskiej odbywały się wędrówki ludności i zakładano nowe osady, tak że wskutek braku spokoju Grecja nie mogła wzróść w siłę. Przewlekający się bowiem powrót Hellenów spod Troi doprowadził do wielu zamieszek; w miastach powstawały często walki wewnętrzne, a ludność emigrująca wskutek tych walk zakładała nowe miasta. Dzisiejsi Beoci, w sześćdziesiąt lat po zdobyciu Ilionu wypędzeni z Arny przez Tessalów, osiedlili się w dzisiejszej Beocji, zwanej poprzednio Kadmeidą - część ich mieszkała już i dawniej na tej ziemi i stąd wyruszyła pod Troję - a Dorowie, w osiemdziesiąt lat po zdobyciu Ilionu, pod wodzą Heraklidów opanowali Peloponez. Z trudem i dopiero po długim czasie doszła Hellada do spokoju i ustalonego trybu życia i nie przeżywając już wędrówek ludnościowych, zaczęła wysyłać kolonistów; Ateńczycy skolonizowali Jonię i większą część wysp, a Peloponezyjczycy większą część Sycylii, Italii i niektóre inne obszary Hellady. Wszystko to skolonizowano dopiero po wojnie trojańskiej.

(13) A kiedy tak krzepła Hellada i więcej jeszcze niż poprzednio zdobywała zasobów pieniężnych, wraz ze zwiększaniem się dochodów zaczęły pojawiać się tyranie14 (przedtem były dziedziczne królestwa, oparte na ustalonych przywilejach) - Hellada zaczęła budować flotę i bardziej interesować się morzem. Koryntyjczycy pierwsi mieli zajmować się żeglarstwem w sposób najbardziej zbliżony do dzisiejszego i pierwsze trójrzędowce w Grecji miano zbudować w Koryncie; okazuje się, że również dla Samijczyków cztery okręty zbudował koryncki budowniczy okrętów, Amejnokles. Od tej daty, kiedy Amejnokles przybył na Samos, do końca obecnej wojny minęło mniej więcej trzysta lat. Najstarszą bitwę morską, o której wiemy, stoczyli Koryntyjczycy i Korkirejczycy; od tej bitwy do końca obecnej wojny upłynęło około dwustu sześćdziesięciu lat. Koryntyjczycy, mieszkając w mieście położonym na międzymorzu, zawsze zajmowali się żywo handlem, gdyż Hellenowie w dawnych czasach raczej komunikowali się ze sobą drogą lądową niż morską. Ponieważ mieszkańcy Peloponezu i pozostałego obszaru Hellady przeciągali przez kraj koryncki, Koryntyjczycy wzbogacili się bardzo, jak na to wskazują także dawni poeci, którzy dali temu krajowi nazwę "bogatego". A kiedy Hellenowie zaczęli więcej zajmować się żeglugą, Koryntyjczycy, zaopatrzywszy się we flotę, tępili korsarstwo i stworzyli w swoim mieście ośrodek handlu morskiego i lądowego. Miasto ich, czerpiąc stąd dochody, wzrosło w potęgę. Również Jończycy, ale już znacznie później, za panowania pierwszego króla perskiego, Cyrusa15, i za syna jego, Kambizesa16, doszli do posiadania floty; walcząc z Cyrusem, opanowali na pewien czas tamtejsze morze. Także Polikrates, tyran wyspy Samos za czasów Kambizesa, miał silną flotę i uzależnił od siebie szereg wysp, a zdobywszy Reneję, poświęcił ją Apollinowi Delfickiemu17. Również Fokajczycy, kiedy zakładali kolonię w Massalii, pokonali Kartagińczyków w bitwie morskiej.

(14) Były to najpotężniejsze floty ówczesne. Okazuje się jednak, że nawet i te floty, chociaż budowane już wiele pokoleń po wojnie trojańskiej, miały mało trójrzędowców, posługiwały się jeszcze pięćdziesięciowiosłowcami i długimi statkami, jak w owych czasach wojny trojańskiej. Dopiero niedługo przed wojnami perskimi i przed śmiercią Dariusza18, który po Kambizesie objął panowanie nad Persami, pojawiły się trójrzędowce w znacznej ilości u tyranów sycylijskich i Korkirejczyków; te bowiem floty miały ostatnio przed wyprawą Kserksesa19 duże znaczenie w Helladzie. Ajgineci20, Ateńczycy i inni Grecy mieli słabe floty, złożone przeważnie z pięćdziesięciowiosłowców; dość późno dopiero namówił Temistokles21 Ateńczyków, będących w wojnie z Ajginetami, a równocześnie w obliczu oczekiwanej inwazji perskiej, do budowy okrętów, na których też później walczyli; lecz i te okręty nie wszystkie jeszcze miały pokłady.

(15) Takie więc były floty Hellenów zarówno dawne, jak i nowsze. Ci zaś, którzy je posiadali, rozszerzali swą potęgę, zdobywając dochody i opanowując inne państwa. Podpływali bowiem do wysp i podbijali je, a dokonywali tego zwłaszcza ci, którzy nie mieli pod dostatkiem ziemi. Wojen lądowych, prowadzących do stworzenia jakiejś potęgi, nie było; te zaś, które były, toczyły się między najbliższymi sąsiadami. Również nie podejmowali Hellenowie wypraw poza granice, z dala od własnego kraju, zmierzających do podboju innych narodów. Ani bowiem mniejsze miasta nie grupowały się jako podległe dokoła państw silniejszych, ani też nie wiązano się w przymierza na równych prawach w celu podejmowania wspólnych wypraw, lecz raczej prowadzono wojny sąsiedzkie. Raz tylko w owych odległych czasach, podczas wojny Chalkidy z Eretrią, podzieliła się cała Hellada, tworząc dwa wrogie sobie obozy.

(16) Różne szczepy greckie napotykały różne przeszkody na drodze swego rozwoju. Jończykom, którzy doszli już do znacznej potęgi, stanął na przeszkodzie Cyrus i królestwo perskie, które zmiotło Krezusa22, zawojowało cały kraj od rzeki Halis do morza i ujarzmiło miasta na lądzie stałym; później Dariusz, silny dzięki flocie fenickiej23, opanował także i wyspy.

(17) Tyrani, którzy nastali w państwach greckich, dbając tylko o własną korzyść, o samych siebie i o powiększenie potęgi własnego domu, starali się jedynie o zapewnienie możliwie jak największego bezpieczeństwa w swoich państwach, nie dokonali też żadnego czynu godnego uwagi, co najwyżej prowadzili niekiedy spory z sąsiadami. Do największej potęgi doszli tyrani na Sycylii. W ten sposób przez długi czas była Hellada hamowana w rozwoju, tak że nie mogła zdobyć się wspólnie na żaden wielki czyn i - rozdzielona na poszczególne państwa - nie miała śmielszych koncepcji.

(18) W końcu Lacedemończycy usunęli tyranów z Aten i z pozostałych państw Hellady, która dawniej przeważnie była pod ich rządami; nie usunięto jedynie tyranów sycylijskich. Lacedemon, od założenia go przez mieszkających tam obecnie Dorów, mimo że najdłużej nękany walkami wewnętrznymi, spośród wszystkich państw, które znamy, miał od najdawniejszych czasów dobre prawa i nie miał tyranów; przy końcu obecnej wojny upłynęło nieco więcej niż czterysta lat, odkąd u Lacedemończyków panuje wciąż ten sam ustrój polityczny; dzięki temu silni, wpływali na formę rządów także w innych państwach. Otóż w niewiele lat po usunięciu tyranów doszło do bitwy pod Maratonem między Persami a Ateńczykami. W dziesięć lat później barbarzyńca przyszedł powtórnie z wielką armią24, żeby podbić Helladę. W chwili grożącego niebezpieczeństwa Lacedemończycy, jako najpotężniejsi, stanęli na czele zjednoczonych do wojny Hellenów, Ateńczycy zaś, zdecydowawszy się w obliczu nadciągających Medów na opuszczenie miasta, przenieśli się z dobytkiem na okręty i dzięki temu stali się narodem żeglarzy. Niedługo po wspólnym odparciu barbarzyńców podzielili się Hellenowie na dwa obozy, i to zarówno ci, którzy odpadli od króla perskiego, jak i ci, którzy wspólnie przeciw niemu walczyli. Jedni przyłączyli się do Ateńczyków, inni do Lacedemończyków, te bowiem państwa okazały się najpotężniejsze; jedni bowiem byli silni na lądzie, a drudzy na morzu. Przez krótki tylko czas trwało przymierze między tymi dwiema potęgami, następnie zaś, poróżniwszy się między sobą, Lacedemończycy i Ateńczycy, wspierani przez sprzymierzeńców, walczyli przeciw sobie, a inni Hellenowie, w wypadku jakiegoś sporu, przyłączali się do jednej lub drugiej strony. Wskutek tego przez cały okres od wojen perskich aż do obecnej wojny Ateńczycy i Lacedemończycy żyli częściowo w stanie rozejmu, częściowo w stanie wojny, wojując albo między sobą, albo przeciw własnym sprzymierzeńcom odpadającym od nich; dzięki temu wydoskonalili swą sztukę wojenną i nabrali w niej większego doświadczenia, ucząc się wśród niebezpieczeństw.

(19) Lacedemończycy sprawowali hegemonię nad swymi sprzymierzeńcami, nie żądając od nich daniny. Starali się jedynie o to, ażeby zgodnie z ich interesem ustrój u sprzymierzeńców był oligarchiczny25. Ateńczycy zaś zabrali z biegiem czasu okręty swoim sprzymierzeńcom z wyjątkiem Chiotów i Lesbijczyków i ustanowiwszy daninę, kazali ją wszystkim płacić. W ten sposób ich własne wyposażenie wojenne, z jakim wyruszali na obecną wojnę, było większe od tego, jakie mieli kiedykolwiek w czasach najwyższego rozkwitu razem ze swoimi sprzymierzeńcami, gdy siły ich nie były jeszcze uszczuplone.

(20) Taki oto obraz starożytności starałem się ustalić na podstawie przeprowadzonych poszukiwań; zresztą trudno jest dawać wiarę każdemu dowolnemu świadectwu. Tradycję ustną o dawnych wypadkach przyjmują ludzie bezkrytycznie, nawet jeśli odnosi się do ich własnego kraju. I tak mnóstwo Ateńczyków myśli, że Hipparch zginął z ręki Harmodiosa i Arystogejtona26 już jako tyran; nie wiedzą, że rządy sprawował wówczas Hippias jako najstarszy syn Pizystrata, a Hipparch i Tessalos byli jego braćmi. Harmodios i Arystogejton w owym dniu, gdy już mieli wykonać zamach, powzięli podejrzenie, że ktoś z wtajemniczonych uprzedził Hippiasa, i wstrzymali się od zamachu na niego. Chcąc zaś, zanim ich schwytają, dokonać jeszcze jakiegoś ryzykownego czynu, zabili Hipparcha, napotkawszy go w chwili, gdy przygotowywał procesję panatenajską27 koło świątyni zwanej Leokorion28. Także o wielu innych sprawach, i to współczesnych, a nie dawnych i zatartych w pamięci, mają Hellenowie fałszywe wyobrażenia; i tak na przykład myślą, że królowie lacedemońscy oddają przy głosowaniu po dwa głosy, a nie jeden, albo że Lacedemończycy mają tzw. oddział pitański29, który nigdy w ogóle nie istniał. Tak to większość niewiele troszczy się o znalezienie prawdy i raczej skłonna jest przyjmować gotowe opinie.

(21) Jednakże nie zbłądziłby ten, kto by na podstawie wyżej przytoczonych dowodów nabrał przekonania, że właśnie tak było, jak to przedstawiłem, i nie powinien ufać poetom, którzy upiększali i wyolbrzymiali przeszłość, ani też logografom, którzy przedstawiali wypadki w sposób raczej interesujący niż prawdziwy. Są to bowiem rzeczy niedające się udowodnić i takie, z których wiele z czasem zostało przeniesionych między baśnie. Słuszne byłoby tedy mniemanie, że osiągnąłem, opierając się na oczywistych dowodach, rezultaty wystarczające, jeśli się zważy, że idzie o tak zamierzchłą przeszłość. Chociaż ludzie zawsze tę wojnę, w której biorą udział, uważają za największą, a po jej zakończeniu raczej podziwiają dawniejsze, to wystarczy jednak spojrzeć na fakty, żeby się przekonać, że obecna wojna była mimo wszystko większa od innych.

(22) Wierne odtworzenie przemówień, wygłoszonych przez poszczególnych mówców bądź przed wojną, bądź w czasie jej trwania, było rzeczą trudną zarówno dla mnie, który ich sam słuchałem, jak i dla tych, którzy mi je przekazywali; toteż ułożyłem je tak, jak by - według mnie najodpowiedniej do okoliczności - mógł przemówić dany mówca, trzymałem się jednak jak najbliżej zasadniczej myśli mów rzeczywiście wypowiedzianych. Jeśli zaś idzie o wypadki wojenne, nie uważałem za słuszne spisywać tego, czego się dowiedziałem od pierwszego lepszego świadka, lub tego, co mi się zdawało, ale tylko to, czego sam byłem świadkiem, albo to, co słysząc od innych, z największą możliwie ścisłością i w każdym szczególe zbadałem; trudno zaś było dojść prawdy, ponieważ nie zawsze świadkowie byli zgodni w przedstawianiu tych samych wypadków, lecz podawali je zależnie od sympatii dla jednej lub drugiej strony walczącej i zależnie od swej pamięci. Jeśli chodzi o słuchaczy, to dzieło moje, pozbawione baśni, wyda im się może mniej interesujące, lecz wystarczy mi, jeśli uznają je za pożyteczne ci, którzy będą chcieli poznać dokładnie przeszłość i wyrobić sobie sąd o takich samych lub podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze zwykłą koleją spraw ludzkich mogą zajść w przyszłości. Dzieło moje jest bowiem dorobkiem o nieprzemijającej wartości, a nie utworem dla chwilowego popisu.

(23) Spośród dawniejszych wydarzeń najważniejszymi były wojny perskie, ale rozstrzygnięto je szybko w dwu bitwach morskich i dwu lądowych, obecna zaś wojna była długotrwała i tyle cierpień przypadło w udziale Helladzie, ile nigdy przedtem w równie długim okresie. Nigdy bowiem przedtem nie zdobyli i nie zamienili w pustynię tylu miast ani barbarzyńcy, ani sami Grecy walczący przeciw sobie. Są też miasta, które po zdobyciu zostały skolonizowane przez zupełnie nową ludność. Nigdy też przedtem nie było takiej fali wysiedleń ani takiego przelewu krwi wskutek działań wojennych i walk domowych. Rzeczy, które dawniej znano tylko ze słyszenia, ale które raczej rzadko znajdowały potwierdzenie w rzeczywistości, obecnie utraciły swą niewiarygodność: niezwykle silne trzęsienia ziemi na dużych obszarach, zaćmienia Słońca zdarzające się częściej, niż to z dawniejszych czasów wspominano, wielkie susze i spowodowane przez nie klęski głodowe, a przede wszystkim zaraza, która w poważnym stopniu spustoszyła i częściowo zniszczyła Helladę - wszystko to szło równocześnie z tą wojną. Rozpoczęli ją Ateńczycy i Peloponezyjczycy, zerwawszy trzydziestoletni rozejm30, jaki trwał między nimi od zdobycia Eubei31. Powody zaś zerwania rozejmu i punkty sporne podaję od razu na wstępie, ażeby nikt w przyszłych wiekach nie miał wątpliwości, z jakiego powodu wybuchła tak wielka wojna między Hellenami. Otóż za najistotniejszy powód, chociaż przemilczany, uważam wzrost potęgi ateńskiej i strach, jaki to wzbudziło u Lacedemończyków; natomiast powody oficjalnie podawane, dla których obie strony, zerwawszy rozejm, stanęły na stopie wojennej, były następujące:

(24) Przy wjeździe do Zatoki Jońskiej, po prawej stronie, leży miasto Epidamnos; mieszkają dookoła niego barbarzyńcy Taulantyjczycy, szczepu illiryjskiego. Miasto owo zbudowali jako swą kolonię Korkirejczycy, a założycielem jego był Falios, syn Eratoklejdesa, z pochodzenia Koryntyjczyk z rodu Heraklidów, przyzwany według starego prawa zwyczajowego z metropolii; w kolonizacji zaś wzięli udział również niektórzy Koryntyjczycy i inni Dorowie. Z biegiem czasu miasto Epidamnijczyków wzrosło i miało wielką liczbę ludności; jednakże wskutek sporów wewnętrznych, które - jak mówią - trwały u nich długie lata, doznali Epidamnijczycy wielu strat w wojnie prowadzonej z okolicznymi barbarzyńcami i znacznie osłabli. W ostatnich czasach, tuż przed współczesną nam wojną, lud epidamnijski wypędził bogaczy, a ci, opuściwszy miasto, powrócili z barbarzyńcami i łupili ludność epidamnijską na lądzie i na morzu. Mieszkańcy Epidamnos, uciskani przez przeciwników, wysyłają posłów do Korkiry jako do miasta macierzystego z prośbą, żeby Korkirejczycy nie patrzyli obojętnie na ich zagładę, lecz doprowadzili do zgody między nimi a emigrantami i położyli kres wojnie z barbarzyńcami. Posłowie prosili o to, usiadłszy w charakterze błagalników w świątyni Hery, lecz Korkirejczycy nie uwzględnili ich prośby i odprawili ich z niczym.

(25) Epidamnijczycy, widząc, że nie otrzymają żadnej pomocy od Korkirejczyków, nie wiedzieli, jak sobie poradzić. Wysłali więc delegację do Delf z zapytaniem do boga, czy mają miasto oddać pod opiekę Koryntyjczykom jako założycielom i starać się u nich o jakąś pomoc. Bóg odpowiedział, że powinni miasto powierzyć Koryntyjczykom i przyjąć ich kierownictwo. Epidamnijczycy przybyli więc do Koryntu i zgodnie z zaleceniem wyroczni oddali swe miasto Koryntyjczykom jako kolonię, wskazując na to, że założyciel Epidamnos pochodził z Koryntu, i powołując się na wyrocznię; prosili też, żeby nie patrzono obojętnie na ich zagładę, lecz by udzielono im pomocy. Koryntyjczycy podjęli się tego, przekonani o słuszności sprawy, uważając, że Epidamnos jest ich kolonią w nie mniejszym stopniu niż kolonią Korkirejczyków. Powodowali się przy tym także nienawiścią do Korkirejczyków, ponieważ Korkira, mimo że była kolonią koryncką, lekceważyła Koryntyjczyków. Korkirejczycy podczas wspólnych uroczystości religijnych nie okazywali Koryntyjczykom uświęconych prawem zwyczajowym oznak czci ani nie wzywali obywatela korynckiego do inaugurowania ofiar, tak jak wszystkie inne kolonie, lecz lekceważyli Korynt, dorównując wówczas potęgą finansową najbogatszym państwom helleńskim, a pod względem przygotowania wojennego nawet je przewyższając. Nieraz też chełpili się, że flotą znacznie nad Koryntem górują, jako że na Korkirze mieszkali ongi Feakowie, którzy mieli sławę doskonałych żeglarzy. Dlatego też tym gorliwiej pracowali nad rozbudową marynarki i siła ich była niemała; w chwili wybuchu wojny mieli bowiem sto dwadzieścia trójrzędowców.

(26) Koryntyjczycy, urażeni tym wszystkim, z radością wysłali pomoc do Epidamnos, wzywając każdego chętnego, żeby szedł w charakterze kolonisty, i posyłając załogę złożoną z Amprakiotów, Leukadyjczyków i swoich własnych obywateli. Wyruszyli zaś drogą lądową do Apollonii, która była kolonią koryncką, unikając drogi morskiej z obawy przed Korkirejczykami. Korkirejczycy, dowiedziawszy się, że nowi osadnicy i załoga przybyli do Epidamnos, a kolonia oddała się w opiekę Koryntyjczykom, rozgniewali się. Wypłynęli natychmiast w dwadzieścia pięć okrętów, a później wysłali jeszcze drugą eskadrę i wzywali złośliwie Epidamnijczyków do przyjęcia z powrotem emigrantów i do odprawienia załogi i osadników przysłanych przez Korynt. Emigranci bowiem, przybywszy do Korkiry, wskazując na znajdujące się tam groby swych przodków i na wspólne pochodzenie, prosili Korkirejeczyków o sprowadzenie ich z powrotem do Epidamnos. Epidamnijczycy nie usłuchali Korkirejczyków. Korkirejczycy wyruszyli więc przeciw nim w czterdzieści okrętów, wioząc ze sobą emigrantów, by ich osadzić z powrotem w Epidamnos, dobrali sobie również posiłki od barbarzyńców. Przybywszy pod miasto, ogłosili, że zarówno Epidamnijczycy, jeśli chcą, jak i obcy obywatele mogą bez przeszkód miasto opuścić, jeśli zaś nie opuszczą, będą uważani za nieprzyjaciół. Kiedy to wezwanie nie odniosło skutku, Korkirejczycy zaczęli oblegać miasto (a leży ono na międzymorzu).

(27) Koryntyjczycy, skoro przybyli do nich posłowie z Epidamnos z wiadomością o oblężeniu, przygotowywali się do wyprawy i równocześnie ogłosili werbunek na kolonistów do Epidamnos na równych warunkach z dawnymi mieszkańcami tego miasta; jeśliby zaś ktoś nie miał ochoty od razu jechać, a mimo to pragnął uczestniczyć w kolonizacji, mógł pozostać w Koryncie, ale musiał złożyć pięćdziesiąt drachm32. Znalazło się też wielu takich, którzy wyjeżdżali, i wielu takich, którzy składali pieniądze. Poprosili także Megaryjczyków o eskortę na morzu na wypadek, gdyby Korkirejczycy chcieli im w drodze przeszkodzić; Megaryjczycy przygotowali więc osiem okrętów eskortujących, a Palejczycy z Kefallenii cztery; Epidauros na prośbę Koryntu dostarczył pięć okrętów, mieszkańcy Hermiony - jeden, Trojdzeńczycy - dwa, Leukadyjczycy - dziesięć, Amprakioci - osiem; Tebańczyków zaś i mieszkańców Fliuntu poprosili Koryntyjczycy o pieniądze, Elejczyków o okręty bez załogi i pieniądze. Sami Koryntyjczycy przygotowali trzydzieści okrętów i trzy tysiące hoplitów33.

(28) Korkirejczycy, dowiedziawszy się o przygotowaniach, zabrali ze sobą posłów lacedemońskich i sykiońskich i udawszy się z nimi do Koryntu, wezwali Koryntyjczyków do wycofania z Epidamnos załogi i kolonistów. Twierdzili, że Korynt nie ma do Epidamnos prawa; jeśli zaś Koryntyjczycy są przeciwnego zdania, można oddać sprawę sądowi polubownemu złożonemu z przedstawicieli tych państw peloponeskich, na które obie strony wyrażą zgodę; której stronie zostanie przyznana kolonia, ta będzie nad nią sprawować władzę. Chcieli również sprawę przekazać wyroczni delfickiej, ostrzegali zaś przed wojną. Oświadczyli, że w przeciwnym wypadku, wobec stosowania przemocy, oni też będą zmuszeni ze względu na swój interes postarać się o innych niż obecnie przyjaciół, czego sobie nie życzą. Koryntyjczycy odpowiedzieli im, że zgodzą się na rozpatrzenie sprawy, jeśli Korkirejczycy wycofają przedtem spod Epidamnos okręty i barbarzyńców; twierdzili, że nie wypada, aby oni się procesowali, a Epidamnijczycy znosili oblężenie. Na to odpowiedzieli Korkirejczycy, że uczynią to, jeśli również Koryntyjczycy wycofają swoich z Epidamnos. Zgadzali się również na to, żeby obie strony pozostały na dotychczasowych stanowiskach i zawarły rozejm do chwili rozsądzenia sprawy.

(29) O tym wszystkim nie chcieli słyszeć Koryntyjczycy; skoro tylko obsadzili okręty załogą i sprzymierzeńcy się zjawili, wysłali herolda34 z wypowiedzeniem wojny Korkirze. Następnie, wyruszywszy w siedemdziesiąt pięć okrętów i dwa tysiące hoplitów, płynęli ku Epidamnos na wojnę z Korkirejczykami; nad flotą dowództwo sprawowali Arysteus, syn Pellichosa, Kallikrates, syn Eurytymosa, i Izarchidas, syn Izarcha. Skoro znaleźli się w Aktion w ziemi anaktoryjskiej, gdzie stoi świątynia Apollona u wejścia do Zatoki Amprakijskiej, Korkirejczycy wysłali do nich łodzią herolda z wezwaniem, żeby dalej przeciw nim nie płynęli; równocześnie obsadzili załogą swoje okręty, doprowadziwszy starsze z nich do stanu używalności i naprawiwszy inne. Kiedy zaś herold nie przywiózł pokojowej odpowiedzi od Koryntyjczyków, Korkirejczycy flotę swą w liczbie osiemdziesięciu okrętów - gdyż innych czterdzieści oblegało Epidamnos - obsadzili pełną załogą i wypłynęli naprzeciw, a ustawiwszy się w szyk bojowy, stoczyli bitwę morską i odnieśli świetne zwycięstwo, zniszczywszy piętnaście okrętów korynckich. Przypadek chciał, że tego samego dnia także tym Korkirejczykom, którzy oblegali Epidamnos, udało się doprowadzić miasto do kapitulacji na takich warunkach, że obcy obywatele mieli zostać sprzedani w niewolę, Koryntyjczycy zaś uwięzieni aż do dalszej decyzji.

(30) Po bitwie morskiej Korkirejczycy, postawiwszy pomnik zwycięstwa na przylądku Korkiry Leukimme, Koryntyjczyków uwięzili, a wszystkich innych jeńców zabili. Kiedy zaś Koryntyjczycy i ich sprzymierzeńcy, poniósłszy klęskę, odpłynęli z flotą do domu, Korkirejczycy opanowali całe tamtejsze morze; popłynąwszy do kolonii korynckiej Leukady, spustoszyli ją, a Killene, gdzie były warsztaty okrętowe, spalili za to, że Elejczycy dostarczyli Koryntowi okrętów i pieniędzy. I przez bardzo długi czas po bitwie morskiej panowali Korkirejczycy nad morzem i podpływając, gnębili sprzymierzeńców Koryntu; dopiero z nastaniem lata Koryntyjczycy wysłali flotę i wojsko lądowe ze względu na ciężkie położenie sprzymierzeńców. Rozłożyli się obozem koło Aktion i Chejmerion w Tesprotydzie dla ochrony Leukady i reszty państw z nimi zaprzyjaźnionych. Po przeciwnej stronie stanęli na Leukimme z flotą i z wojskiem lądowym Korkirejczycy. Obie strony nie nacierały jednak na siebie, lecz obozując naprzeciw przez całe lato, z nastaniem zimy powróciły do domu.

(31) Przez cały rok po bitwie morskiej i przez rok następny Koryntyjczycy, prowadząc zawzięcie wojnę z Korkirejczykami, budowali okręty i przygotowywali olbrzymią flotę, a wioślarzy werbowali za pieniądze zarówno z Peloponezu, jak i z pozostałej Hellady. Korkirejczycy, słysząc o tych przygotowaniach, przelękli się, ponieważ nie byli sprzymierzeni z żadnym z państw greckich i nie byli zapisani ani do związku ateńskiego, ani do spartańskiego35. Postanowili więc udać się do Aten i zawrzeć z nimi przymierze, aby uzyskać jakąś pomoc. Koryntyjczycy zaś, dowiedziawszy się o tym, wysłali również poselstwo do Aten w obawie, żeby flota ateńska połączona z korkirejską nie przeszkodziła im w prowadzeniu wojny według ich woli. Kiedy zaś zwołano zgromadzenie ludowe, posłowie obu stron wystąpili z mowami skierowanymi przeciw sobie. Korkirejczycy przemówili w ten sposób:

(32) "Ateńczycy, jest rzeczą słuszną, żeby każdy, kto udaje się do innych z prośbą o pomoc, a nie może powołać się ani na wielką usługę przedtem przez siebie wyświadczoną, ani na związki przymierza - a to zachodzi właśnie w naszym wypadku - wykazał na wstępie, że jego prośba przynosi korzyść tym, których prosi, a w każdym razie, że przynajmniej nie jest dla nich szkodliwa, następnie zaś, że będzie odczuwał trwałą wdzięczność; jeśli zaś tego jasno nie udowodni, nie może czuć urazy w razie odmowy. Korkirejczycy, wysyłając nas z prośbą o zawarcie przymierza, wysłali nas również w tej wierze, że potrafią wam zagwarantować pewność co do wyżej wymienionych punktów. Co prawda tak się składa, że dotychczasowe nasze postępowanie stoi w sprzeczności z naszą prośbą i dla naszej sprawy w obecnej sytuacji jest niekorzystne. Przychodzimy teraz prosić o przymierze innych, z własnej bowiem woli z nikim dotychczas nie jesteśmy sprzymierzeni, i to jest właśnie powodem naszego osamotnienia w wojnie z Koryntem. To, co dawniej wydawało się nam mądrą przezornością, a mianowicie niechęć do zawierania przymierzy, które by potem zmuszały do narażania się dla cudzej sprawy, obecnie okazało się krótkowzrocznością i słabością. W stoczonej bitwie morskiej sami odparliśmy wprawdzie Koryntyjczyków, teraz jednak ruszają oni na nas z większą siłą zebraną z Peloponezu i z całej Hellady. Widzimy, że nie jesteśmy w stanie pokonać ich własnymi siłami i że grozi nam niebezpieczeństwo w razie klęski. Musimy więc prosić i was, i wszystkich innych o pomoc i o wyrozumienie, decydując się na krok sprzeczny z naszą dotychczasową polityką odosobnienia, która płynęła nie ze złej woli, lecz raczej z mylnej oceny sytuacji.

(33) Jeśli nas posłuchacie, to fakt, że was o pomoc prosimy, będzie dla was pod wielu względami korzystny. Po pierwsze dlatego, że przyjdziecie z pomocą nie stronie krzywdzącej innych, lecz pokrzywdzonej; następnie dlatego, że przyjąwszy do swego przymierza państwo, którego najwyższe dobro jest zagrożone, zobowiążecie nas do wiecznej wdzięczności; prócz tego mamy flotę najsilniejszą w Grecji, nie licząc waszej. I pomyślcie, czy może się zdarzyć szczęśliwszy dla was, a bardziej przykry dla nieprzyjaciół traf od tego, że potęga, dla której pozyskania dalibyście wiele pieniędzy i wyświadczylibyście wiele usług, obecnie zjawia się sama, bez wezwania? Oddaje się wam ona bez niebezpieczeństw i wydatków z tym związanych, przynosi wam prócz tego sławę na całym świecie, wdzięczność tych, którym pomożecie, a wam samym siłę. Otrzymać to wszystko za jednym razem udało się niewielu państwom na przestrzeni wieków; niewiele też państw, prosząc o przymierze, przynosi tym, których o to prosi, bezpieczeństwo i sławę w nie mniejszym stopniu, niż je od nich otrzymuje. Jeśli zaś ktoś z was sądzi, że wojny, w której moglibyśmy wam być użyteczni, nie będzie, to się myli; nie dostrzega bowiem, że Lacedemończycy ze strachu przed wami doprowadzą do wojny i że Koryntyjczycy mają u nich wpływy; będąc waszymi wrogami, chcą oni najpierw nas pobić, by później was zaatakować, abyśmy jako wspólni ich wrogowie nie stanęli razem przeciw nim; dążą do osiągnięcia przynajmniej jednego z dwu celów: albo nas zniszczyć, albo wzmocnić samych siebie. Naszym z kolei zadaniem jest zapobiec obu możliwościom przez to, że jedna strona zaofiaruje przymierze, a druga przyjmie tę propozycję; raczej powinniśmy uprzedzić ich ataki, niż czekać, aż będziemy zmuszeni do ich odpierania.

(34) Gdyby zaś Koryntyjczycy twierdzili, że przyjęcie nas do waszego związku jest rzeczą niesprawiedliwą, dlatego że jesteśmy kolonią koryncką, to niech się dowiedzą, że każda dobrze traktowana kolonia szanuje swoje miasto macierzyste, krzywdzona zaś staje się obcą i obojętną; kolonistów bowiem nie na to się wysyła, żeby byli niewolnikami, lecz żeby mieli równe prawa z tymi, którzy pozostają w domu. Że zaś Koryntyjczycy postępowali niesprawiedliwie, jest oczywiste; wezwani bowiem do załatwienia sprawy Epidamnos w drodze arbitrażu, postanowili dochodzić swoich pretensji raczej wojną niż prawem. Sposób, w jaki postępują z nami, swymi pobratymcami, niech będzie dla was przestrogą, abyście nie dali się wyprowadzić w pole ich zwodniczym argumentom ani nie ulegli ich otwartym prośbom; najtrwalszą bowiem gwarancję bezpieczeństwa osiąga ten, kto nie musi żałować, że przysłużył się swoim nieprzyjaciołom.

(35) Nie zerwiecie również rozejmu z Lacedemończykami, przyjmując nas; jesteśmy bowiem sprzymierzeńcami i jednej, i drugiej strony. Powiedziane jest bowiem w układzie ateńsko-lacedemońskim, że każde państwo helleńskie, niebędące sprzymierzeńcem żadnej z obu stron, może się dołączyć do tej strony, do której dołączyć się ma ochotę. I dziwne byłoby, jeśliby Koryntyjczycy, werbując marynarzy wśród swoich sprzymierzeńców na obszarze całej Hellady, a nawet w państwach wam podległych, mogli nam przeszkadzać w uzyskaniu jakiejś pomocy i w zawarciu przymierza, które dla wszystkich jest dostępne. A jeśli Koryntyjczycy będą wam wyrzucać, żeście się zgodzili na naszą prośbę, to o wiele większe pretensje będziemy mieć my, jeśli się nie zgodzicie; w tym wypadku bowiem odepchniecie państwo znajdujące się w niebezpieczeństwie i niebędące waszym wrogiem, a nie przeciwstawicie się Koryntyjczykom, waszym wrogom i napastnikom, i jeszcze pozwolicie, żeby czerpali oni siłę z krajów wam podległych. Lecz to byłoby niesprawiedliwe: należy albo zabronić werbunku na ziemiach podległych, albo i nam w sposób, jaki uznacie za właściwy, przyjść z pomocą, a najlepiej otwarcie nam pomóc, przyjąwszy do związku. Zgodnie zaś z tym, co powiedzieliśmy już na początku, przynosimy wam wiele korzyści; najważniejsza z nich jest ta - i to jest najpewniejszą rękojmią - że mamy tych samych wrogów, i to nie słabych, lecz zdolnych zaszkodzić nam, gdybyśmy się od was mieli odłączyć. Wobec tego, że nie państwo lądowe, ale morskie ofiaruje wam przymierze, odrzucenie go nie może być dla was obojętne. Przede wszystkim powinniście, jeśli to leży w waszej mocy, nie dopuścić, żeby kto inny posiadał flotę, a jeśli to jest niemożliwe, związać się przyjaźnią z tym, kto jest na morzu najsilniejszy.

(36) Ten zaś, kto mimo że rozumie korzyści przez nas przedstawione, obawia się, żeby przekonany tymi argumentami nie zerwał traktatu ateńsko-peloponeskiego, niech wie, że ta jego obawa, jeśli się do niej dołączy istotna siła, raczej przerazi nieprzyjaciół, podczas gdy pewność siebie, jaką mieć będzie, jeśli nas do związku nie przyjmie, mniej wzbudzi strachu w silnym wrogu, ponieważ w istocie będzie słabością. Niech pamięta i o tym, że w tej chwili podejmuje decyzję w nie mniejszym stopniu w sprawie samych Aten co Korkiry, i o tym, że wcale nie najlepiej dba o dobro ojczystego miasta, jeśli w obliczu nadciągającej i niemal rozpoczętej wojny, myśląc tylko o chwili obecnej, waha się przyjąć do związku kraj, którego przyjaźń albo nieprzyjaźń ma zasadnicze znaczenie. Kraj nasz leży bowiem na drodze do Italii i Sycylii, tak że może przeszkodzić flocie italskiej i sycylijskiej w przedostaniu się do Peloponezyjczyków, a przeciwnie, waszej flocie może ułatwić przedostanie się na tamtą stronę. Prócz tego nasz kraj daje wam także pod innymi względami wiele korzyści. Abyście zaś mogli osądzić, że nie należy nas odrzucać, podajemy zwięźle dla wszystkich razem i każdego z osobna następujący argument. Trzy są w Helladzie godne uwagi potęgi morskie: wasza, nasza i koryncka; jeśli dozwolicie, żeby z tych trzech potęg dwie złączyły się w jedną i żeby Koryntyjczycy najpierw nas pochłonęli, to później będziecie musieli walczyć na morzu z połączonymi siłami Korkirejczyków i Peloponezyjczyków; przyjąwszy zaś nas do związku będziecie mieli w razie wojny flotę powiększoną o nasze okręty". Tak przemówili Korkirejczycy, po nich zaś Koryntyjczycy w ten sposób:

(37) "Wobec tego, że obecni tu Korkirejczycy poruszali nie tylko sprawę przyjęcia ich przez was do związku, lecz mówili również o tym, że ich krzywdzimy i niesprawiedliwie z nimi postępujemy, musimy i my wspomnieć na wstępie o tych zarzutach, a dopiero potem przejść do dalszej części naszego przemówienia; w ten sposób będziecie mogli tym pewniej przekonać się w porę o słuszności naszych żądań i nie będziecie musieli bez uzasadnienia odrzucać prośby Korkiry. Twierdzą Korkirejczycy, że nie zawierali przymierza z nikim, kierując się roztropną powściągliwością. W rzeczywistości obrali taką politykę nie z dobrych, lecz ze zbrodniczych pobudek, nie chcieli bowiem mieć żadnego sprzymierzeńca ani świadka swych niesprawiedliwości i w ten sposób pragnęli oszczędzić sobie wstydu. Równocześnie dogodne i niezależne położenie ich państwa pozwala im o wiele łatwiej występować w roli sędziów, jeśli kogoś skrzywdzą, niżby to miało miejsce, gdyby byli związani układami; sami bowiem bardzo rzadko odwiedzają swoich sąsiadów, podczas gdy u nich z konieczności ląduje bardzo wielu cudzoziemców. Istotny powód owego wspaniałego odosobnienia, którym się zasłaniają, nie leży w tym, że nie chcą brać udziału w krzywdzeniu innych, lecz w tym, że chcą sami w pojedynkę krzywdzić i, gdzie mają przewagę, używać przemocy, a gdzie się da, po kryjomu oszukiwać i nie wstydzić się, jeśli coś zagarną. Przecież gdyby byli ludźmi - jak sami o sobie mówią - uczciwymi, to im bardziej kraj ich byłby niedostępny dla sąsiadów, tym większą mieliby możność okazania uczciwości, proponując sami sądy rozjemcze i przyjmując ich wyroki.

(38) Ale ani w stosunku do innych, ani w stosunku do nas nie są takimi, za jakich chcą uchodzić. Będąc naszą kolonią, oderwali się od nas zupełnie, a teraz prowadzą z nami wojnę, twierdząc, że nie na to wysłano ich jako kolonistów, żeby mieli krzywd od nas doznawać. My zaś twierdzimy, że nie na to wysłaliśmy ich jako kolonistów, żeby się narażać na ich obelgi, lecz żeby mieć nad nimi hegemonię i należną od nich cześć. Wszystkie inne nasze kolonie szanują nas, jesteśmy państwem najbardziej lubianym przez swych kolonistów; jasną jest też rzeczą, że jeśli się większości naszych kolonii podobamy, to i Korkirejczycy nie powinni mieć uzasadnionych powodów do niezadowolenia, a my również nie prowadzilibyśmy tej wyjątkowej wojny z nimi, gdyby oni w sposób wyjątkowy nas nie skrzywdzili. A nawet gdybyśmy naprawdę zawinili, to czyż nie pięknie byłoby z ich strony ustąpić przed naszym gniewem? Wtedy my okrylibyśmy się hańbą, gdybyśmy użyli gwałtu w stosunku do skromnego miasta. Lecz oni uniesieni butą i bezwzględnością, jaką niesie ze sobą bogactwo, dopuścili się wielu przewinień w stosunku do nas. Kiedy nieprzyjaciele niszczyli Epidamnos, będący naszą własnością, nie ujmowali się za nim; teraz zaś, kiedyśmy przyszli na pomoc temu miastu, opanowali je gwałtem i dzierżą w swym posiadaniu.

(39) Powiadają wprawdzie, że pragnęli naprzód załatwić sprawę przed sądem rozjemczym, lecz wezwanie do arbitrażu może tylko wtedy być brane poważnie, jeśli propozycję tę stawia nie ten, kto znajduje się w sytuacji korzystniejszej i zabezpieczonej, ale ten, kto uzgodni swoje słowa z czynami, zanim jeszcze za broń chwyci. Ci zaś wystąpili z pięknie brzmiącą propozycją sądu rozjemczego nie przed oblężeniem miasta, lecz wtedy dopiero, kiedy doszli do przekonania, że nie będziemy się temu przyglądać bezczynnie. Teraz przychodzą tutaj, nie zadowalając się tym, że już tam popełnili niesprawiedliwość, i starają się namówić was nie do przymierza, lecz do udziału w krzywdzeniu innych i do przyjęcia ich, kiedy się z nami poróżnili. Powinni byli zjawić się u was wtedy, gdy jeszcze czuli się całkiem bezpieczni, a nie teraz, kiedy nas skrzywdzili, a sami znajdują się w niebezpieczeństwie, kiedy macie udzielić im pomocy, chociaż dotychczas potęga ich nie stała u waszego boku, i kiedy w naszych oczach na równi z nimi macie na siebie brać winę, chociaż nie uczestniczyliście w ich niesprawiedliwościach; gdyby byli już dawno połączyli swą potęgę z waszą, mogliby obecnie domagać się, byście wspólnie ponieśli skutki ich postępowania!

(40) Wykazaliśmy więc, że przychodzimy do was ze słusznymi skargami i że Korkirejczycy stosują gwałt i są zachłanni. Obecnie musimy was przekonać, że przyjmując ich, postąpilibyście niesprawiedliwie. Jeśli bowiem mówi się w traktacie, że każde z państw, które nie jest wymienione w układzie, może przystąpić do związku z tym państwem, z którym związać się ma ochotę, to postanowienie to nie odnosi się do takich, którzy szukają przymierza na szkodę innych, lecz do takich, którzy nie odsuwając się od innych, potrzebują opieki, a swoim opiekunom, jeśli są oni rozsądni, nie sprowadzą na kark wojny zamiast pokoju. To właśnie mogłoby się wam przydarzyć, gdybyście nas nie posłuchali, gdyż przyjmując ich, stalibyście się nie tylko ich pomocnikami, ale również z naszych sprzymierzeńców - naszymi wrogami. Jeżeli bowiem pójdziecie z nimi, będziemy musieli, broniąc się przed Korkirą, bronić się również przed wami. A przecież waszym obowiązkiem jest przede wszystkim zachować neutralność, a jeśli nie, to iść z nami przeciw Korkirejczykom - gdyż z nami macie układ pokojowy, podczas gdy z Korkirą nigdy nie mieliście nawet zwykłego zawieszenia broni. Nie wolno dopuścić, żeby zaczął wchodzić w życie zwyczaj przyjmowania do przymierza tych, którzy od kogo innego odpadli. Kiedy Samijczycy oderwali się od was, a Peloponezyjczycy radzili nad tym, czy im pomóc, i zdania ich były podzielone, nie głosowaliśmy przeciw wam, lecz jawnie oświadczyliśmy, że każdy ma prawo karać własnych sprzymierzeńców. Jeżeli bowiem przyjąwszy do swego związku winnych, pomożecie im, to się okaże, że także niektórzy z waszych sprzymierzeńców, i to bynajmniej nie najsłabsi, przejdą na naszą stronę; w ten sposób wprowadzicie zwyczaj, który raczej obróci się przeciw wam niż przeciwko nam.

(41) Takie więc są zasady prawne, na których się opieramy, zwracając się do was; są one zupełnie wystarczające z punktu widzenia tradycji panującej wśród Hellenów. Prócz tego jednak zwracamy się do was z wezwaniem i prośbą, twierdząc, że powinniście się nam obecnie odwdzięczyć; nie jesteśmy przecież waszymi nieprzyjaciółmi, abyście musieli nam szkodzić, z drugiej strony nie jesteśmy tak dalece zaprzyjaźnieni, ażebyście mogli bez zastrzeżeń na nas liczyć. Mając bowiem kiedyś mało okrętów wojennych na wojnę z Ajginetami - było to przed wojnami perskimi - wzięliście dwadzieścia okrętów wojennych od Koryntyjczyków; i ta przysługa, i druga, wyświadczona wam podczas wojny z Samijczykami, kiedy to dzięki nam Peloponezyjczycy nie pomogli Samijczykom, umożliwiła wam pokonanie Ajginetów i ukaranie Samijczyków. Działo się to zaś w okolicznościach, kiedy ludzie, zajęci walką ze swymi wrogami, przeważnie na nic nie zwracają uwagi poza zwycięstwem, które chcą osiągnąć; tego bowiem, kto im pomaga, uważają za przyjaciela, chociażby przedtem był wrogiem, a tego, kto się im sprzeciwia, za wroga, chociażby zresztą był przyjacielem, gdyż pod wpływem chwilowej namiętności mniej się dba nawet o własne sprawy.

(42) Rozważywszy to - a młodsi mogą się poradzić starszych - powinniście dojść do przekonania, że należy nam równą miarą odpłacić. I niechaj nikt nie sądzi, że to wszystko jest wprawdzie słuszne, jednakże w razie wybuchu wojny nie będzie korzystne. Korzyść bowiem zasadniczo idzie w parze z uczciwym postępowaniem, a owa przyszła wojna, którą was straszą Korkirejczycy, namawiając do popełnienia niesprawiedliwości, jest jeszcze niepewna; chodzi o to, abyście pod wrażeniem owej przyszłej, niepewnej jeszcze wojny nie zrobili sobie z Koryntyjczyków wrogów już teraz, a nie dopiero w przyszłości. Roztropną jest rzeczą usunąć raczej cień nieufności istniejący między nami z dawniejszych czasów z powodu Megary; najświeższa bowiem przysługa wyświadczona w odpowiedniej chwili, nawet chociażby była niewielka, zdoła usunąć nawet poważniejsze nieporozumienie. Nie dajcie się również uwieść temu, że ofiarują wam przymierze wielkiej swojej floty; nie krzywdząc bowiem równorzędnych sobie państw, pewniej zdobywa się potęgę, niż gdy - ulegając pozorom chwilowej korzyści - dąży się do ryzykownych zdobyczy.

(43) Obecnie znaleźliśmy się w takiej samej sytuacji, jaka była przedmiotem obrad w Lacedemonie, kiedyśmy wyraźnie stwierdzili, że każdy ma prawo sam karać swych sprzymierzeńców; wobec tego oczekujemy od was takiej samej decyzji i prosimy, żebyście poparci wówczas naszym głosem nie zaszkodzili nam obecnie swoim. Odpłaćcie nam tym samym! Jest to właśnie taka chwila, w której ten, kto pomaga, staje się przyjacielem, a ten, kto się sprzeciwia - wrogiem. Nie przyjmujcie Korkirejczyków wbrew naszej woli do związku i nie pomagajcie im w ich niesprawiedliwościach. Tak czyniąc, postąpicie najsprawiedliwiej i poweźmiecie najlepszą dla siebie decyzję".

(44) Tak przemawiali Koryntyjczycy. Ateńczycy zaś, wysłuchawszy obu stron, zwoływali aż dwukrotnie zgromadzenie ludowe. Na pierwszym z nich raczej przyjęli przychylnie przemówienie Koryntyjczyków, na następnym zaś zmienili zdanie. Nie uchwalili wprawdzie przymierza z Korkirejczykami w tym sensie, żeby mieć wspólnych przyjaciół i nieprzyjaciół - gdyby bowiem Korkirejczycy domagali się od nich wyprawy przeciw Koryntowi, doszłoby do zerwania rozejmu ateńsko-peloponeskiego - jednakże zawarli przymierze odporne, zobowiązujące do wzajemnej pomocy, jeśliby kto atakował Korkirę albo Ateny, albo ich sprzymierzeńców. Wydawało się bowiem, że wojna z Peloponezyjczykami i tak wybuchnie. Dlatego też nie chcieli oddawać Korkiry, mającej silną flotę, w ręce Koryntyjczyków, lecz życzyli sobie jak najsilniejszego starcia między Koryntem a Korkirą, ażeby w razie wojny Korynt i inne państwa mające flotę były osłabione. Równocześnie doceniali dogodne położenie Korkiry na drodze do Italii i Sycylii.

(45) W tej myśli zawarli Ateńczycy przymierze z Korkirejczykami i niedługo po odjeździe poselstwa korynckiego posłali im na pomoc dziesięć okrętów; dowodzili nimi Lakedajmonios, syn Kimona, Diotymos, syn Strombichosa, i Proteas, syn Epiklesa. Zabronili im walczyć z Koryntyjczykami, chyba żeby ci zaatakowali Korkirę lub zamierzali lądować na wyspie czy innym terytorium należącym do Korkiry; w tym wypadku powinni byli wodzowie ateńscy siłą temu przeszkodzić; polecenie to wydano, żeby nie doprowadzić do zerwania rozejmu ateńsko-peloponeskiego.