(46) Te więc okręty przybyły do Korkiry. Koryntyjczycy zaś,
ukończywszy przygotowania, ruszyli przeciw Korkirze w sto pięćdziesiąt
okrętów. Okrętów elejskich było dziesięć, megaryjskich dwanaście,
leukadyjskich dziesięć, amprakiockich dwadzieścia siedem, anaktoryjski
jeden, korynckich dziewięćdziesiąt; każda grupa miała własnego stratega,
nad Koryntyjczykami zaś sprawował dowództwo Ksenoklejdes, syn Eutyklesa,
wraz z czterema innymi. Kiedy zaś, płynąc od strony Leukady, zbliżyli
się do lądu leżącego naprzeciw Korkiry, zawinęli do Chejmerion w ziemi
tesprockiej. Jest to port, a nad nim, w pewnej odległości od morza, w Eleatydzie należącej do Tesprotydy, leży miasto Efira. Obok tego miasta
uchodzi do morza Jezioro Acheronckie; rzeka Acheront, płynąc bowiem
przez Tesprotydę, rozlewa się w jezioro i nadaje mu od siebie nazwę.
Przepływa tam także rzeka Tiamis, oddzielająca Tesprotydę od Kestryny,
między tymi rzekami wznosi się przylądek Chejmerion. W tym więc punkcie
lądu stałego przybijają Koryntyjczycy i rozkładają się obozem.
(47) Korkirejczycy zaś na wieść o zbliżaniu się nieprzyjaciół,
obsadziwszy załogą sto dwadzieścia okrętów, nad którymi dowództwo
sprawowali Mikiades, Ajzymides i Eurybatos, rozbili obóz na jednej z wysp, zwanych Syboty. Zjawiło się również dziesięć okrętów attyckich.
Piechotę korkirejską i tysiąc hoplitów dzakintyjskich, którzy przyszli
Korkirze na pomoc, ustawiono na przylądku Leukimme; również po stronie
Koryntyjczyków, na lądzie stałym, stanęło wielu barbarzyńców, gdyż
tamtejsi mieszkańcy stale byli zaprzyjaźnieni z Koryntem.
(48) Koryntyjczycy zaś, ukończywszy przygotowania i wziąwszy żywność
na trzy dni, wypłynęli z Chejmerion nocą w celu stoczenia bitwy
morskiej. Z brzaskiem dnia ujrzeli na pełnym morzu okręty korkirejskie
płynące przeciw nim. Kiedy spostrzeżono się nawzajem, okręty stanęły w szyku bojowym: attyckie na prawym skrzydle Korkirejczyków, dalej sami
Korkirejczycy, którzy podzielili swą flotę na trzy eskadry i oddali
komendę nad każdą z nich osobnemu dowódcy. W ten sposób ustawili się
Korkirejczycy. U Koryntyjczyków zaś prawe skrzydło zajmowały okręty
megaryjskie i amprakiockie, środek wszyscy inni sprzymierzeńcy po kolei,
lewe zaś skrzydło - sami Koryntyjczycy z najlepszymi okrętami
naprzeciwko Ateńczyków i prawego skrzydła Korkirejczyków.
(49) Na dany z obu stron znak uderzyli na siebie i rozpoczęli bitwę;
obie strony miały na pokładach wielką liczbę hoplitów, łuczników i oszczepników - według nieudolnej i przestarzałej taktyki. Bitwa była
zacięta nie tyle dzięki sztuce wojennej, ile przez to, że przypominała
bitwę lądową. Ilekroć bowiem sczepili się z sobą, niełatwo mogli się
znowu rozłączyć, częściowo z powodu wielkiej liczby i znacznego
skupienia okrętów, częściowo zaś dlatego, że liczyli raczej na
zwycięstwo hoplitów, którzy bili się, stojąc pewnie na nieruchomych
okrętach. Nie dokonano manewru zmierzającego do przełamania szyku
przeciwnika: bitwę toczono raczej z zapalczywością i siłą niż z umiejętnością. Wszędzie było wiele zgiełku i zamieszania: okręty
attyckie przychodziły z pomocą Korkirejczykom, ilekroć ci znaleźli się w trudnym położeniu, i napędzały strachu przeciwnikom, ale dowódcy ateńscy
nie brali udziału w bitwie, bojąc się przekroczyć polecenie otrzymane z Aten. W najtrudniejszej sytuacji znajdowało się prawe skrzydło
Koryntyjczyków. Korkirejczycy bowiem, ruszywszy w dwadzieścia okrętów,
zmusili Koryntyjczyków do odwrotu i popłynęli za znajdującymi się w rozsypce w głąb lądu, aż do ich obozu; wylądowawszy, spalili puste
namioty i zrabowali znajdujący się tam dobytek. W tym więc miejscu
Koryntyjczycy i ich sprzymierzeńcy ponieśli klęskę, a Korkirejczycy byli
górą; natomiast na lewym skrzydle, tam gdzie byli sami Koryntyjczycy,
mieli oni znaczną przewagę, gdyż Korkirejczykom, w ogóle słabszym
liczebnie, brakowało jeszcze tych dwudziestu okrętów, które puściły się
w pościg. Ateńczycy, widząc Korkirejczyków w opałach, już coraz jawniej
szli im z pomocą, na razie jeszcze powstrzymując się od atakowania
Koryntyjczyków; kiedy jednak zaczął się wyraźnie odwrót i Koryntyjczycy
poczęli ścigać Korkirejczyków, wtedy już każdy brał udział w walce i żadnej nie robiono różnicy; z konieczności doszło do starcia między
Koryntyjczykami i Ateńczykami.
(50) A kiedy zaczął się odwrót Korkirejczyków, Koryntyjczycy nie
tracili czasu na holowanie uszkodzonych statków nieprzyjacielskich, lecz
przełamując szyki, zwrócili się przeciw załogom, i to nie po to, by je
brać do niewoli, lecz by zabijać. Nie wiedząc o klęsce, jaką poniosło
ich prawe skrzydło, zabijali w nieświadomości także swoich własnych
przyjaciół. Wobec tego bowiem, że obie strony miały wielką flotę i że
zajmowały wielką przestrzeń na morzu, niełatwo można było w czasie
starcia odróżnić zwycięzców od zwyciężonych. Ta bowiem bitwa morska, o ile chodzi o liczbę okrętów biorących w niej udział, była największą ze
wszystkich, jakie kiedykolwiek przedtem Hellenowie stoczyli.
Koryntyjczycy, zapędziwszy Korkirejczyków na ląd, zajęli się wrakami
swych okrętów i poległymi. Większą ich część udało się przewieźć do
Sybot, gdzie przyszło im z pomocą lądowe wojsko barbarzyńców; Syboty
jest to pusta przystań w kraju tesprockim. Następnie zebrali się
powtórnie i ruszyli na Korkirejczyków. I ci również wypłynęli przeciw
nim z tymi okrętami, które zdolne były jeszcze do żeglugi, i z eskadrą
attycką; lękali się, żeby Koryntyjczycy nie próbowali wylądować w ich
kraju. Było już późno i Korkirejczycy zaśpiewali pean36 jako sygnał
do ataku, gdy Koryntyjczycy zaczęli się nagle cofać na widok
nadpływających nowych dwudziestu okrętów ateńskich. Okręty te dosłali
jeszcze Ateńczycy, zląkłszy się, aby - co się w istocie stało -
Korkirejczycy nie ponieśli klęski, a eskadra dziesięciu okrętów
wysłanych poprzednio nie okazała się zbyt słabą pomocą.
(51) Koryntyjczycy pierwsi dostrzegli te okręty i domyślili się, że
są to okręty ateńskie. Sądząc, że jest ich więcej, niż było w rzeczywistości, cofali się; Korkirejczycy zaś nie widzieli okrętów, gdyż
nadpływały od strony dla nich mniej widocznej, i dziwili się odwrotowi
Koryntyjczyków; dopiero później niektórzy z nich dostrzegli je i innych
o tym powiadomili. Wtedy i oni zaczęli się wycofywać, ponieważ już się
ściemniało, a Koryntyjczycy, wykonawszy odwrót, przestali walczyć. W ten
sposób rozdzieliły się obie strony i bitwa morska zakończyła się z nastaniem nocy. Flotylla dwudziestu okrętów, płynąca z Aten pod
dowództwem Glaukona, syna Leagrosa, i Andokidesa, syna Leogorasa,
torując sobie drogę przez trupy i wraki, w kilka chwil po dostrzeżeniu
jej przez Korkirejczyków podpłynęła do ich obozu na Leukimme. Początkowo
- jako że działo się to w nocy - Korkirejczycy zlękli się, myśląc, że są
to okręty nieprzyjacielskie, później jednak spostrzegli omyłkę i okręty
zawinęły do przystani.
(52) Nazajutrz trzydzieści okrętów attyckich i wszystkie okręty
korkirejskie zdolne do żeglugi popłynęły ku portowi w Sybotach, gdzie
stały na kotwicach okręty Koryntyjczyków; chodziło o to, by się
przekonać, czy tamci mają ochotę do bitwy. Koryntyjczycy, podniósłszy
kotwice i ustawiwszy się w szyku bojowym na pełnym morzu, czekali w spokoju, nie mając zamiaru sami zaczynać, widzieli bowiem, że nadeszły
świeże okręty z Aten, poza tym mieli wiele trudności zarówno z pilnowaniem jeńców na swych okrętach, jak i z naprawą statków, której
nie można było przeprowadzić na pustym wybrzeżu. Raczej zastanawiali
się, jak wrócić do domu; bali się bowiem, że Ateńczycy uznają traktat
pokojowy za zerwany wobec tego, że doszło do starcia, i zechcą
przeszkodzić im w drodze powrotnej.
(53) Postanowili więc wysłać łodzią do Ateńczyków kilku ludzi bez
laski będącej oznaką heroldów i zbadać sytuację. Kazali im powiedzieć,
co następuje: "Niesprawiedliwie postępujecie, Ateńczycy, rozpoczynając
wojnę i zrywając traktat pokojowy; przeszkadzacie nam bowiem ukarać
naszych nieprzyjaciół. Jeśli zaś naprawdę postanowiliście przeszkadzać
nam w wyprawie przeciw Korkirze albo nie dacie nam płynąć, dokąd chcemy,
i w ten sposób zerwiecie traktat, to najlepiej od razu nas tutaj
pojmajcie i postąpcie z nami jak z nieprzyjaciółmi". Tak brzmiało
oświadczenie Koryntyjczyków; wszyscy zaś Korkirejczycy, którzy słyszeli
te słowa, zakrzyknęli, że należy ich natychmiast pojmać i zabić.
Ateńczycy jednak odpowiedzieli w ten sposób: "Peloponezyjczycy, ani nie
rozpoczynamy wojny, ani nie zrywamy traktatu, lecz tym oto
Korkirejczykom przyszliśmy na pomoc jako naszym sprzymierzeńcom. Jeśli
gdziekolwiek indziej chcecie płynąć, nie bronimy wam; jeśli jednak
popłyniecie przeciw Korkirze albo przeciw jakiejkolwiek jej posiadłości,
to nie będziemy się temu przyglądać obojętnie".
(54) Po otrzymaniu odpowiedzi ateńskiej Koryntyjczycy przygotowywali
się do powrotu i w Sybotach, na lądzie stałym, postawili pomnik
zwycięstwa; Korkirejczycy zaś pozbierali wraki okrętowe i trupy
przygnane w ich strony przez prąd i wiatr, który zerwał się w nocy i rozrzucił je wzdłuż wybrzeża. I oni również postawili pomnik zwycięstwa
w Sybotach leżących na wyspie. Obie strony przypisywały sobie
zwycięstwo: Koryntyjczycy dlatego, że byli górą w bitwie morskiej aż do
nadejścia nocy, że zdołali zabrać przeważającą część wraków okrętowych i trupów, i dlatego, że wzięli nie mniej jak tysiąc jeńców i zatopili
około siedemdziesięciu okrętów; Korkirejczycy zaś dlatego, że zniszczyli
około trzydziestu okrętów i że po przybyciu Ateńczyków pozbierali
znajdujące się po ich stronie wraki okrętowe i trupy, i wreszcie
dlatego, że Koryntyjczycy cofnęli się przed nimi poprzedniego dnia,
zauważywszy okręty ateńskie, a po przybyciu Ateńczyków nie wypłynęli
przeciw nim z Sybot.
(55) Tak więc jedni i drudzy uważali się za zwycięzców.
Koryntyjczycy zaś w drodze powrotnej opanowali podstępem Anaktorion,
leżące u wejścia do Zatoki Amprakijskiej - była to wspólna własność
Koryntyjczyków i Korkirejczyków - i wprowadziwszy tam osadników
korynckich, odjechali do domu. Ośmiuset jeńców korkirejskich, którzy
byli niewolnikami, sprzedali, dwustu pięćdziesięciu zaś wolnych
obywateli trzymali pod strażą i obchodzili się z nimi bardzo dobrze, aby
po powrocie ułatwili im zdobycie Korkiry: przypadkiem zaś większa część
tych jeńców składała się z wybitnych obywateli miasta. W ten sposób
wychodzi Korkira obronną ręką z wojny z Koryntem, a okręty ateńskie
odpływają z powrotem. Fakt, że w czasie pokoju Ateńczycy mimo zawartego
traktatu walczyli po stronie Korkirejczyków przeciwko Koryntyjczykom,
stał się dla Koryntu pierwszym powodem do wojny przeciw Atenom.
(56) Niedługo po tych wypadkach nastąpiły między Ateńczykami i Peloponezyjczykami nieporozumienia prowadzące do wojny. Kiedy bowiem
Koryntyjczycy myśleli o zemście, Ateńczycy, przewidując ich wrogie
zamiary, kazali mieszkańcom Potidai (Potidaja leży na Międzymorzu
Palleńskim i jest kolonią koryncką, należy jednak do związku ateńskiego
i płaci Atenom daninę) - zburzyć mur od strony Pallene, dać zakładników,
odprawić epidemiurgów37, których corocznie wysyłali tam
Koryntyjczycy, i na przyszłość do siebie ich nie wpuszczać; to wszystko
uczynili Ateńczycy z obawy, żeby Potideaci za podszeptem Perdykkasa i Koryntyjczyków nie odpadli od związku i nie pociągnęli za sobą także
innych sprzymierzeńców w Tracji.
(57) Tak zachowali się Ateńczycy wobec Potideatów. Od czasu bitwy
morskiej koło Korkiry Koryntyjczycy byli już jawnie wrogo usposobieni do
Aten, a syn Aleksandra, Perdykkas, król macedoński, który przedtem był
sprzymierzeńcem i przyjacielem, myślał o wojnie z Atenami. Myślał zaś o wojnie dlatego, że Ateńczycy zawarli przymierze z jego bratem Filipem i z Derdasem38, którzy wspólnie przeciwko niemu występowali.
Pełen niepokoju wysyłał posłów do Lacedemonu, ażeby uwikłać Ateny w wojnę z Peloponezem, oraz starał się o pozyskanie Koryntyjczyków, by
doprowadzić do odpadnięcia Potidai od związku ateńskiego; namawiał także
do oderwania się od Aten mieszkających w Tracji Chalkidyjczyków i Bottyjczyków, uważając, że łatwiej mu będzie prowadzić wojnę, jeśli
sprzymierzy się z tymi sąsiadami. Ateńczycy, widząc to i chcąc zapobiec
oderwaniu się miast - właśnie wysyłano do Macedonii trzydzieści okrętów
i tysiąc hoplitów pod wodzą Archestratosa, syna Likomedesa, i dziewięciu
strategów39 - polecają dowódcom floty wziąć zakładników z Potidai i zburzyć mur, a nadto pilnować sąsiednich miast, żeby się nie
zbuntowały.
(58) Potideaci zaś wysłali poselstwo do Aten w nadziei, że może
powstrzymają Ateńczyków od dalszych wystąpień przeciw Potidai, ale
wspólnie z Koryntyjczykami udali się również w poselstwie do Lacedemonu,
aby na wszelki wypadek zapewnić sobie pomoc. Kiedy jednak mimo licznych
zabiegów nic nie uzyskali od Ateńczyków i okręty ateńskie dalej płynęły
przeciw Macedonii i Potidai, a z drugiej strony rząd lacedemoński
obiecał zaatakować Attykę, w razie gdyby Ateńczycy ruszyli przeciw ich
miastu, uznają tę chwilę za dogodną i sprzysiągłszy się z Chalkidyjczykami i Bottyjczykami wspólnie podnoszą bunt otwarty.
Perdykkas zaś nakłania Chalkidyjczyków, żeby opuściwszy miasta
nadmorskie i zniszczywszy je, osiedlili się w leżącym dalej od morza
Olincie i dobrze go umocnili. Tym, którzy miasta swe opuścili, dał na
czas wojny z Ateńczykami część należącego doń obszaru migdońskiego nad
jeziorem Bolbe. Sami więc niszczyli swe miasta i przesiedlali się w głąb
lądu, gotowi do wojny.
(59) Tymczasem trzydzieści okrętów ateńskich przybywa na wybrzeże
trackie; było to już po odpadnięciu Potidai i innych miast od związku
ateńskiego. Wodzowie, uznawszy, że nie mogą tymi siłami, jakie
posiadają, prowadzić równocześnie wojny z Perdykkasem i ze zbuntowanym
miastami, zwracają się przeciw Macedonii, przeciw której zostali
pierwotnie wysłani. Zająwszy mocną pozycję, walczą przeciw Perdykkasowi,
będąc w sojuszu z Filipem i braćmi Derdasa, którzy nadciągnęli z wojskiem z głębi lądu.
(60) Oderwanie się Potidai od Aten i obecność floty ateńskiej na
wodach macedońskich wywołuje wśród Koryntyjczyków obawę o ich kolonię.
Uważając niebezpieczeństwo grożące jej za własne, wysyłają ochotników
oraz najemne wojsko zwerbowane na Peloponezie w ogólnej liczbie tysiąca
sześciuset hoplitów i czterystu lekkozbrojnych. Dowodził nimi Arysteus,
syn Adejmantosa, od dawna życzliwy Potideatom. Głównie z przyjaźni dla
niego wyruszają ochotnicy korynccy na tę wyprawę i w czterdzieści dni po
oderwaniu się Potidai od Aten przybywają na wybrzeże trackie.
(61) Także do Aten dotarła szybko wieść o buncie miast, kiedy zaś
dowiedzieli się również o wyprawie Arysteusa, wysyłają dwa tysiące
hoplitów i czterdzieści okrętów, a na ich czele Kalliasa, syna
Kalliadesa, i czterech innych dowódców. Ci, przybywszy do Macedonii,
zastają dawniej wysłany oddział z tysiąca ludzi, który właśnie zaczął
oblegać Pidnę po świeżym zdobyciu Termy. I oni rozbijają obóz pod murami
miasta i przyłączają się do oblężenia. Następnie zaś zawierają z konieczności układ i przymierze z Perdykkasem, gdyż przynaglała ich
sprawa Potidai i pojawienie się Arysteusa. Opuszczają więc Macedonię i przybywszy do Beroi, a stamtąd do Strepsy, próbują - zrazu bez rezultatu
- zdobyć tę miejscowość. Maszerują lądem w kierunku Potidai w sile
trzech tysięcy własnych hoplitów i wielkiej liczby sprzymierzeńców oraz
sześciuset jeźdźców macedońskich pod rozkazami Filipa i Pauzaniasa;
równocześnie płynie wzdłuż wybrzeży siedemdziesiąt okrętów. Posuwając
się powoli naprzód, przybyli w trzecim dniu do Gigonos i tam rozłożyli
się obozem.
(62) Potideaci zaś i Peloponezyjczycy Arysteusa, oczekując
Ateńczyków, rozbili obóz na międzymorzu od strony Olintu i urządzili
targowisko poza obrębem miasta. Wodzem całej piechoty wybrali
sprzymierzeńcy Arysteusa, a dowódcą konnicy Perdykkasa, który znowu
porzucił Ateńczyków i walczył po stronie Potideatów jako ich
sprzymierzeniec, oddawszy rządy państwa swojemu bratu, Jolaosowi. Plan
Arysteusa był następujący: on sam ze swym wojskiem ma oczekiwać na
międzymorzu nadejścia Ateńczyków, Chalkidyjczycy zaś i sprzymierzeńcy
mieszkający poza istmem40 oraz dwustu jeźdźców Perdykkasa
pozostaną w Olincie, i gdyby Ateńczycy posuwali się przeciw Arysteusowi,
uderzą na nich z tyłu, tak żeby nieprzyjaciela wziąć w środek. Natomiast
wódz ateński Kallias i jego koledzy wysyłają jazdę macedońską i niewielką liczbę sprzymierzeńców w kierunku Olintu, ażeby utrzymać na
miejscu zgrupowanych tam nieprzyjaciół; sami zaś, zwinąwszy obóz,
posuwają się w kierunku Potidai. Kiedy już dotarli do międzymorza i ujrzeli przeciwnika gotującego się do bitwy, sami również ustawili się w szyk bojowy i niebawem doszło do starcia. Skrzydło Arysteusa jak również
skupieni koło niego Koryntyjczycy i doborowe oddziały innych
sprzymierzeńców zmusiły stojących naprzeciw siebie nieprzyjaciół do
ucieczki i w pościgu daleko się za nimi posunęły; pozostałe zaś wojsko
Potideatów i Peloponezyjczyków, pobite przez Ateńczyków, uciekło do
miasta.
(63) Kiedy zaś Arysteus, wracając z pościgu, zobaczył klęskę
pozostałego wojska, nie wiedział, w którą stronę zaryzykować odwrót: czy
w kierunku Olintu, czy Potidai; w końcu, skupiwszy żołnierzy na jak
najmniejszej przestrzeni, postanowił przebić się szybkim marszem do
Potidai. Istotnie, udało mu się przedrzeć z wielkim trudem wzdłuż grobli
poprzez morze wśród nieprzyjacielskich pocisków. Niewielu żołnierzy
stracił, większość przeprowadził szczęśliwie. Te zaś oddziały, które
spod Olintu miały przyjść z pomocą Potideatom - Olint i Potidaja odległe
są od siebie tylko o jakieś sześćdziesiąt stadiów41 i z jednego
miasta widać drugie - kiedy się bitwa zaczęła i sztandary podniesiono do
ataku, posunęły się trochę naprzód, żeby odciążyć swoich; jednakże
naprzeciw nich ustawiła się w szyku bojowym jazda macedońska,
zagradzając drogę; kiedy zaś zwycięstwo przechyliło się szybko na stronę
Ateńczyków i ściągnięto sztandary na znak ukończenia bitwy, oddziały
olinckie wycofały się z powrotem do miasta, a Macedończycy do
Ateńczyków; w ten sposób jazda nie wzięła udziału w walce po żadnej
stronie. Po bitwie Ateńczycy wystawili pomnik zwycięstwa i zgodnie z układem oddali poległych Potideatom. Potideatów i ich sprzymierzeńców
zginęło mało co mniej niż trzystu, samych zaś Ateńczyków stu
pięćdziesięciu i wódz Kallias.
(64) Ateńczycy szybko zamknęli Potidaję od strony międzymorza murem
i pilnowali dostępu do miasta. Strona od Półwyspu Palleńskiego nie była
zablokowana murem, uważali bowiem, że nie mają dostatecznych sił na to,
żeby jednocześnie pilnować międzymorza i przeprawiać się na Pallene, i tam mur stawiać; lękali się, żeby w razie rozdzielenia swych sił nie
narazić się na atak ze strony Potideatów i ich sprzymierzeńców.
Ateńczycy zaś w Atenach, dowiedziawszy się, że Półwysep Palleński nie
jest odcięty murem, posyłają posiłki w liczbie tysiąca sześciuset
hoplitów ateńskich pod wodzą Formiona, syna Azopiosa. Ten przybył na
półwysep i - wyruszywszy z Afitis - podprowadził wojsko pod Potidaję,
posuwając się krótkimi marszami i pustosząc równocześnie kraj. Kiedy
nikt nie stawiał mu czoła, zbudował mur i zablokował Potidaję od strony
Pallene. Oblegano więc Potidaję z całą energią z dwu stron i od morza
przy pomocy blokującej floty.
(65) Po zamknięciu miasta Arysteus nie miał żadnej nadziei na
ocalenie, chyba żeby nadeszła jakaś pomoc z Peloponezu albo zaszedł
jakiś niespodziewany wypadek. Doradzał, ażeby wszyscy, z wyjątkiem
załogi złożonej z pięciuset ludzi, skorzystawszy z pierwszego pomyślnego
wiatru, opuścili na okrętach miasto; w ten sposób zapasów żywności
starczyłoby w mieście na dłużej. Sam miał zamiar być jednym z tych,
którzy pozostaną. Kiedy jednak nie mógł ich do tego nakłonić, potajemnie
opuścił na statku Potidaję, zmyliwszy straż ateńską, by poza miastem
robić dla jego dobra wszystko, co w tej sytuacji było możliwe.
Pozostając w kraju Chalkidyjczyków, brał udział w różnych działaniach
wojennych, między innymi zrobił zasadzkę pod miastem Sermilie i wyciął w pień wielu Sermilijczyków; porozumiewał się z Peloponezem, starając się
o odsiecz. Formion zaś po zablokowaniu Potidai na czele tysiąca
sześciuset hoplitów pustoszył Chalkidykę i Bottię i zdobył nawet parę
miast.
(66) Tak więc do dawnych wzajemnych pretensji Ateńczyków i Peloponezyjczyków dołączyły się obecnie nowe. Koryntyjczycy mieli
pretensję o to, że Ateńczycy oblegali kolonię koryncką Potidaję i Peloponezyjczyków, Ateńczycy zaś o to, że Koryntyjczycy oderwali od nich
miasto, które należało do związku ateńskiego i płaciło daninę, oraz że
przybywszy tam, walczyli jawnie przeciw Ateńczykom po stronie
Potideatów. Do wybuchu właściwej wojny jeszcze nie doszło, panował
pokój, gdyż Koryntyjczycy robili to wszystko na własną rękę.
(67) Lecz wobec oblężenia Potidai Koryntyjczycy nie zachowali
spokoju z obawy o zamkniętych tam swoich obywateli i o samą miejscowość.
Natychmiast zaczęli zwoływać sprzymierzeńców do Lacedemonu i sami,
zjawiwszy się tam, wnieśli skargę na Ateńczyków, że złamali pokój i obrazili Peloponez. Lacedemończycy zaś, wezwawszy wszystkich tych
spośród sprzymierzeńców, którzy mieli jakieś pretensje do Aten, zwołali
swe zwyczajne zgromadzenie i kazali przemawiać. Wówczas wielu,
występując na zgromadzeniu, wytaczało po kolei zarzuty, między innymi
Megaryjczycy. Wymienili wiele spornych spraw, a przede wszystkim to, że
wbrew traktatowi Ateńczycy nie dopuszczają ich do portów w obrębie swego
związku i na rynek ateński. Koryntyjczycy pozwolili najpierw innym
podburzyć Lacedemończyków, sami zaś wystąpili na ostatku, przemawiając w ten sposób:
(68) "Lacedemończycy, wasza prawość w życiu publicznym i prywatnym
nie pozwala wam zbytnio ufać tym, którzy się na innych skarżą, dlatego
też z jednej strony odznaczacie się rozwagą, z drugiej jednak nie
wnikacie głębiej w sprawy zewnętrzne. Chociaż bowiem często
przepowiadaliśmy, że Ateńczycy nas skrzywdzą, nigdy nie badaliście
wysuwanych przez nas zarzutów, lecz raczej podejrzewaliście
oskarżycieli, że chodzi im o własną korzyść; dlatego to właśnie dopiero
dzisiaj, kiedy zostaliśmy pokrzywdzeni, a nie przed doznaniem krzywdy,
zwołaliście tych oto sprzymierzeńców. Spośród nich największe prawo do
przemawiania nam przysługuje. My bowiem wytaczamy najcięższe zarzuty
jako krzywdzeni przez Ateńczyków, a zaniedbywani przez was. Gdyby
Ateńczycy po kryjomu krzywdzili Helladę, trzeba by było powiadomić was o tym jako tych, którzy o tym nie wiedzą; ale w obecnej sytuacji czyż
trzeba długich mów? Przecież sami widzicie, jak jednych ujarzmili, a na
innych - i to nawet waszych sprzymierzeńców - czyhają. Już od dawna są
przygotowani na wypadek ewentualnej wojny. Nie byliby bowiem
przywłaszczyli sobie przemocą Korkiry wbrew naszej woli, a obecnie nie
oblegaliby Potidai; dogodne położenie Potidai pozwala najłatwiej
wykorzystać tereny trackie, a Korkira byłaby Peloponezyjczykom
dostarczyła największej floty.
(69) A winni temu wszystkiemu jesteście wy, ponieważ najpierw po
wojnach perskich pozwoliliście Ateńczykom umocnić miasto, a później
wznieść długie mury. Stale też pozbawiacie wolności nie tylko tych
Hellenów, których ujarzmili Ateńczycy, ale nawet już waszych własnych
sprzymierzeńców: nie ten bowiem, kto sam ujarzmia, lecz ten, kto mógłby
temu zapobiec, a nie zapobiega - ten jest właściwie zaborcą, choćby się
nawet chlubił zaszczytnym mianem oswobodziciela Hellady. Z trudem doszło
do dzisiejszego zebrania, a mimo to nawet teraz cele jego nie są jeszcze
zupełnie jasne. Dziś już bowiem nie należałoby zastanawiać się nad tym,
czy dzieje się nam krzywda, lecz nad środkami obrony. Ateńczycy bowiem,
działając, a nie zwlekając, godzą w nas - zdecydowani przeciw
niezdecydowanym. Wiemy też, jaką drogą zdążają do celu i jak ostrożnie i powoli dobierają się do swych sąsiadów. Wobec waszej obojętności sądzą,
że czyny ich uchodzą uwagi, i nie postępują tak śmiele, skoro jednak
nabiorą przekonania, że wy świadomie przymykacie oczy, uderzą z całym
rozmachem. Wy bowiem, Lacedemończycy, jesteście jedynymi wśród Hellenów,
którzy lubicie spokój i bronicie się przeciw cudzym atakom nie siłą,
lecz wolą; jedynymi, którzy mszczą potęgę nieprzyjacielską nie wtedy,
kiedy ona zaczyna wzrastać, lecz dopiero wtedy, kiedy wzrośnie w dwójnasób. A przecież mówiono o was, że jesteście ostrożni - widać macie
lepszą opinię, niż na to zasługujecie. Sami przecież wiemy, że Pers z krańców ziemi prędzej zdołał dotrzeć na Peloponez, niż wy odpowiednio
przygotować się do obrony; obecnie nie zwracacie uwagi na Ateńczyków,
którzy nie są tak daleko jak Persowie, lecz blisko; zamiast sami
zaatakować, wolicie odpierać później napastnika i poddać się zmiennym
losom wojny w walce z przeciwnikiem o wiele potężniejszym. Wiecie
przecież, że Pers potknął się raczej o własne błędy i że my w walce z Ateńczykami niejednokrotnie już wygraliśmy raczej wskutek ich błędów niż
dzięki waszej pomocy; zaufanie bowiem do was wielu już doprowadziło do
zguby, dlatego że licząc na was, sami się nie zbroili. Niechaj nikt z was nie sądzi, że mówimy to raczej z niechęci do was i aby was oskarżyć,
a nie dlatego, że mamy uzasadnioną pretensję; pretensję bowiem ma się do
przyjaciół, jeśli błądzą, oskarżenie zaś kieruje się przeciw wrogom,
jeśli wyrządzą krzywdę.
(70) Jeżeli kto, to właśnie my uważamy się za uprawnionych do
zarzutów pod adresem sąsiadów, ponieważ nasze istotne interesy są
zagrożone. Lecz wy nie zdajecie sobie z tego sprawy. Nie pomyśleliście
również nigdy, z jakim to przeciwnikiem przyjdzie wam walczyć i jak
bardzo różni są od was Ateńczycy. Poszukują oni stale nowości, szybko
tworzą nowe plany i szybko przeprowadzają to, na co się zdecydują; wy
zaś chcecie zachować swój stan posiadania, niechętnie snujecie plany i nie przeprowadzacie nawet rzeczy koniecznych. Z drugiej znów strony ważą
się oni na rzeczy przerastające ich siły, są śmiałkami nieliczącymi się
z rozumem, pełnymi nadziei w ciężkich chwilach; wasz charakter objawia
się w tym, że mniej przejawiacie działalności, niż was na to stać, nie
macie wiary nawet w sytuacjach zupełnie pewnych i skłonni jesteście
przypuszczać, że się nigdy z trudnego położenia nie wywikłacie. I tak
stoją oni - zdecydowani, naprzeciw was - niezdecydowanych; oni chętnie
przemierzają świat, wy chętnie pozostajecie w domu. Ateńczycy sądzą, że
puszczając się na obczyznę, coś zdobędą, wy zaś, że przez
przedsiębiorczość stracicie to, co posiadacie. Ateńczycy, odnosząc
zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, wyzyskują je do ostateczności, a ponosząc klęskę, nie dadzą się ostatecznie pokonać. Prócz tego w służbie
dla ojczyzny najniższą cenę ma u nich ciało, które składają w ofierze
jakby coś obcego, najwyższą zaś - umysł jako najcenniejsze dobro. Jeżeli
przeprowadzenie jakiegoś planu nie powiedzie im się, sądzą, że stracili
coś, co już posiadali, a jeżeli uda im się coś osiągnąć, uważają to za
drobiazg w porównaniu z tym, co pozostaje jeszcze do osiągnięcia. Jeżeli
zaś coś im się nie uda, brak powodzenia nagradzają sobie nową nadzieją;
tylko u nich plan osiągnięcia czegoś i samo osiągnięcie zbiega się w czasie ze sobą, ponieważ tak szybko przeprowadzają swe plany. Nad tym
wszystkim trudzą się przez całe życie wśród mozołów i niebezpieczeństw i w bardzo małym stopniu korzystają z tego, co posiadają, bo wciąż dążą do
nowych zdobyczy. Prawdziwym świętem dla nich jest wykonywanie
obowiązków, a nieszczęściem raczej bierny spokój niż pełna trudu
działalność; gdyby więc ktoś określił ich pokrótce jako ludzi, którzy po
to istnieją na świecie, żeby ani sami nie zaznali spokoju, ani innym nie
pozwolili go zaznać, to określenie takie byłoby trafne.
(71) Mimo że z takim państwem macie do czynienia, wahacie się
jeszcze, Lacedemończycy, i nie zdajecie sobie sprawy, że ci najdłużej
mają zapewniony pokój, którzy przygotowani na wszystko postępują
sprawiedliwie. Gdy jednak ktoś im wyrządzi krzywdę, zdecydowanie
pokazują, że przed niesprawiedliwością nie ustąpią. Wy zaś mniemacie, że
najsprawiedliwiej jest nie wyrządzać przykrości innym i nie narażać się
nawet dla własnej obrony. Gdybyście nawet sąsiadowali z państwem, które
jest do was podobne, to i tak z trudem dałoby się te zasady zastosować.
W związku z tym, cośmy właśnie powiedzieli, zasady wasze są przeżytkiem.
Jak w sztuce bowiem, tak samo w polityce musi zawsze zwyciężyć nowość.
Dla państwa żyjącego w głębokim spokoju najlepsze są urządzenia
niezmienne, takie jednak państwo, które zmuszone jest mieszać się do
wielu spraw, musi często wprowadzać ulepszenia. Stąd państwo ateńskie,
mając za sobą wielkie doświadczenie, jest bardziej nowoczesne od
waszego. Połóżcie kres waszej powolności i zgodnie z obietnicą
przyjdźcie z pomocą innym sprzymierzeńcom i Potideatom, wkraczając
szybko do Attyki; nie wydawajcie narodów z wami zaprzyjaźnionych i spokrewnionych na łup najgorszego wroga; nie zniechęcajcie nas
wszystkich i nie zmuszajcie do szukania jakiegoś innego przymierza.
Szukając innego przymierza, nie postąpilibyśmy niesprawiedliwie ani w obliczu bogów, stróżów przysięgi, ani w oczach ludzi rozumnych: nie ci
bowiem zrywają przymierze, którzy opuszczeni udają się pod opiekę
innych, lecz ci, co nie śpieszą z pomocą, gdy są do tego obowiązani
zgodnie ze złożoną przysięgą. Jeśli chcecie okazać dobrą wolę,
pozostaniemy z wami; zmieniając bowiem sprzymierzeńców, nie
postąpilibyśmy sprawiedliwie, a zresztą nie znaleźlibyśmy tak nam
odpowiadających. Dobrze się więc nad tym zastanówcie i postarajcie się,
żeby pod waszym przewodnictwem Peloponez nie stał się słabszy od tego,
jakim go wam ojcowie wasi przekazali".
(72) Tak przemówili Koryntyjczycy. W tym czasie bawili w Lacedemonie
posłowie ateńscy dla załatwienia jakichś innych spraw. Dowiedziawszy się
o mowach skierowanych przeciw Atenom, postanowili wystąpić na
zgromadzeniu lacedemońskim nie w celu odparcia zarzutów stawianych przez
państwa, lecz by Lacedemończykom wykazać, że nie powinni bez głębszego
zastanowienia podejmować zbyt pośpiesznych decyzji. Chcieli również
uwydatnić potęgę własnego państwa i przypomnieć starszym znane im już
fakty, a młodszych z nimi zapoznać, uważając, że pod wpływem argumentów
raczej będą za pokojem niż za wojną. Udawszy się więc do
Lacedemończyków, oświadczyli, że pragną, jeśli nic nie stoi na
przeszkodzie, przemówić na zgromadzeniu. Kiedy ich dopuszczono,
przemówili w ten sposób:
(73) "Poselstwo nasze nie przybyło tutaj w celu spierania się z waszymi sprzymierzeńcami, lecz dla załatwienia innych spraw państwowych;
usłyszawszy zaś o krzyku, jaki się podniósł z powodu Aten, przyszliśmy
tutaj nie dlatego, żeby odpierać zarzuty - nie możecie bowiem występować
w charakterze sędziów między nami a waszymi sprzymierzeńcami - lecz
dlatego, żebyście nie ulegli zbyt łatwo argumentom waszych
sprzymierzeńców i nie powzięli jakiejś niezbyt szczęśliwej decyzji w sprawie bardzo poważnej. Jednocześnie pragniemy wypowiedzieć się co do
oceny naszego postępowania i wyjaśnić, że posiadamy sprawiedliwie to,
cośmy zdobyli, i że należy się z nami liczyć. Po cóż mamy wspominać o rzeczach całkiem dawnych, znanych naszym słuchaczom tylko z opowiadania,
a nie opartych na ich własnej obserwacji? Lecz musimy wspomnieć o wojnach perskich i innych znanych wam osobiście wypadkach, chociaż to
ustawiczne przypominanie wzbudzi raczej wasze niezadowolenie. Czynami
bowiem narażaliśmy się na niebezpieczeństwo dla dobrej sprawy, która
również i wam korzyść przyniosła; niechże więc wolno nam będzie o nich
wspomnieć, jeżeli to może być w czymś dla nas korzystne. Mówić zaś o tym
będziemy nie tyle dla odparcia zarzutów, ile dla złożenia świadectwa i wyjaśnienia, jakie jest to nasze państwo, z którym przyjdzie wam
wojować, jeśli fałszywą podejmiecie decyzję. Twierdzimy bowiem, że pod
Maratonem my jedni podjęliśmy niebezpieczną walkę z barbarzyńcą; potem,
kiedy po raz drugi nadciągnął, nie będąc w stanie bronić się na lądzie,
wsiedliśmy wszyscy na okręty i stoczyliśmy razem z innymi Hellenami
bitwę morską. Miało to ten skutek, że Persowie nie mogli niszczyć
Peloponezu i atakować z morza poszczególnych miast, które w obliczu
wielkiej floty nieprzyjacielskiej nie byłyby w stanie pomóc sobie
nawzajem. Najbardziej zaś przekonywającego argumentu dostarczył sam
nieprzyjaciel: pokonany bowiem na morzu, szybko wycofał się z większą
częścią swych wojsk, uważając, że siła jego nie jest już równa sile
Greków.
(74) Skoro więc podczas bitwy morskiej jawnie się okazało, że los
Hellady zawisł od floty, to my dostarczyliśmy trzy najważniejsze
czynniki tego zwycięstwa: największą liczbę okrętów, niezwykle zdolnego
wodza i największy zapał. Przecież na ogólną liczbę okrętów daliśmy nie
mniej jak dwie trzecie, jako dowódcę - Temistoklesa, który głównie się
do tego przyczynił, że bitwę stoczono w cieśninie, czym w najoczywistszy
sposób uratował sprawę; dlatego też i wy sami uczciliście Temistoklesa
najgodniej ze wszystkich cudzoziemców, jacy kiedykolwiek u was się
pojawili. Również największą gotowość i największą odwagę myśmy
wykazali. W chwili bowiem, kiedy na lądzie nikt nam nie śpieszył z pomocą, a wszyscy inni Hellenowie aż do naszych granic byli już
ujarzmieni, zdecydowaliśmy się opuścić miasto, zniszczyć nasz dobytek i nie zdradzić wspólnej sprawy pozostałych sprzymierzeńców. Nie chcieliśmy
rozproszyć się i być przez to nieużyteczni, lecz postanowiliśmy na
okrętach podjąć ryzyko bitwy, nie czując urazy o to, żeście nam nie
pomogli. Dlatego też twierdzimy, że nie mniejszą oddaliśmy wam przysługę
niż wy nam; wy bowiem wyruszyliście na wyprawę z miast nietkniętych
wojną i dla ich obrony, zląkłszy się raczej o samych siebie niż o nas,
bo przecież, jak długo jeszcze Ateny były całe, nie przyszliście nam z pomocą; my zaś, wyruszając z miasta, które już właściwie nie istniało, i podejmując ryzyko bitwy w obronie ojczystego grodu, na którego
odzyskanie nadzieja była bardzo słaba, równocześnie ocaliliśmy i siebie
samych, i was w pewnej mierze. Gdybyśmy bowiem poddali się Persom,
zląkłszy się tak jak inni o swój kraj, albo później nie odważyli się
pójść na okręty, uważając się za zgubionych, nie moglibyście stoczyć
bitwy morskiej, mając zbyt małą flotę, a sprawy potoczyłyby się tak, jak
sobie tego życzyli Persowie.
(75) Czyż więc, Lacedemończycy, ze względu na ówczesną naszą
gotowość i rozumną decyzję nie zasługujemy na to, żeby nam Hellenowie
nie zazdrościli tak bardzo imperium, które posiadamy? Przecież i tę
hegemonię uzyskaliśmy nie przemocą, lecz dlatego, że wy nie mieliście
ochoty prowadzić nadal wojny z barbarzyńcami, a sprzymierzeńcy przyszli
do nas sami, ofiarując nam przewodnictwo. Sama natura rzeczy zmusiła nas
do wzmocnienia hegemonii: działał tu przede wszystkim strach, następnie
honor, wreszcie wzgląd na korzyść. Nie wydawało się bowiem rzeczą
bezpieczną wypuszczać z rąk hegemonię i narażać się na niebezpieczeństwo
wtedy, kiedy już wielu nas znienawidziło, a niektórych zbuntowanych
musieliśmy siłą poskramiać; również wy nie byliście już dla nas
przyjaźnie usposobieni jak dawniej, lecz nieufni i nieżyczliwi; w tych
okolicznościach nasi sprzymierzeńcy byliby przechodzili na waszą stronę.
Nikomu zaś nie można stawiać zarzutu, jeśli wobec poważnego
niebezpieczeństwa stara się wszystko ułożyć zgodnie ze swym interesem.
(76) Przynajmniej wy, Lacedemończycy, sprawujecie hegemonię nad
państwami peloponeskimi, urządziwszy w nich wszystko zgodnie z waszą
korzyścią; gdybyście zaś wówczas wytrwali do końca i dzierżąc hegemonię,
popadli w nienawiść tak jak my, to wiemy dobrze, że nie mniej bylibyście
twardzi dla sprzymierzeńców: musielibyście bowiem albo rządzić silną
ręką, albo sami narazić się na niebezpieczeństwo. Nie zrobiliśmy zatem
nic nadzwyczajnego ani niezgodnego z naturą ludzką, jeśli ofiarowaną nam
władzę przyjęliśmy i jeśliśmy jej z rąk nie wypuścili, kierując się
najbardziej naturalnymi pobudkami: strachem, honorem i względami na
korzyść. I znów nie my pierwsi wprowadziliśmy zasadę siły: zawsze
istniała zasada, że słabszy ulega mocniejszemu. Sądziliśmy, że jesteśmy
w prawie nadal tak postępować, i wam także się tak wydawało; teraz
dopiero, kierując się swoją korzyścią, zaczynacie posługiwać się
argumentem prawa i sprawiedliwości, którego nikt jeszcze nigdy nie
postawił przed argumentem siły i który jeszcze nigdy nikogo nie
pohamował w pędzie zdobywczym, jeżeli się zdarzyła do tego sposobność.
Godni pochwały są ci, którzy - choć ulegają wrodzonej ludziom chęci
władzy - są jednak sprawiedliwsi, niżby mogli być, mając siłę. Gdyby
inni znaleźli się w naszej sytuacji, wówczas przez porównanie najlepiej
by się okazało, czy postępujemy umiarkowanie, czy też nie; nam zaś nasze
łagodne postępowanie niesłusznie przysporzyło więcej niesławy niż
uznania.
(77) Mimo to bowiem, że w procesach prowadzonych ze sprzymierzeńcami
sami ustępujemy nieco z naszych uprawnień, traktując ich jak równych
przed naszymi własnymi sądami, wydaje się, że lubimy się procesować. I nikt się nad tym nie zastanowi, dlaczego tego samego nie zarzuca się
także innym państwom, które z mniejszym od nas umiarkowaniem odnoszą się
do swych poddanych: przecież kto może siłą przeprowadzić swą wolę, nie
potrzebuje się w ogóle procesować. Oni jednak przyzwyczaili się do tego,
że traktowani są na równi z nami. Jeśli więc tylko w czymkolwiek uważają
się za pokrzywdzonych, czy to przez jakieś postanowienie, czy przez
narzuconą im decyzję wynikającą z naszej władzy, nie są wdzięczni za to,
że się ich nie pozbawia jeszcze czegoś więcej, lecz drobną przykrość
ciężej znoszą, niż gdybyśmy od początku, nie licząc się z prawem,
postępowali z nimi jawnie jak władcy: wtedy nawet oni nie sprzeciwialiby
się zasadzie, że słabszy musi ustępować silniejszemu. Lecz pono ludzie
bardziej są czuli na ograniczenie praw niż na gwałt; w pierwszym wypadku
wydaje się im, że krzywdzi ich równy, w drugim, że gwałt zadaje
silniejszy. Za czasów perskich znosili spokojnie o wiele gorsze rzeczy
niż obecnie, nasze zaś panowanie wydaje im się przykre: jest to
naturalne, gdyż istniejący stan rzeczy zawsze jest ciężki dla
podwładnych. W każdym razie, jeśli idzie o was, to gdybyście nas obalili
i sami doszli do władzy, szybko stracilibyście tę sympatię, jaką macie
tylko dlatego, że wszyscy odczuwają lęk przed nami; przecież na pewno
postępowalibyście podobnie jak w czasie wojen perskich, przez krótki
czas swojej hegemonii. Macie bowiem prawa i obyczaje niedające się
pogodzić ze zwyczajami innych Greków. Poza tym żaden z was, znajdując
się na obczyźnie, nie stosuje się ani do zwyczajów swego ojczystego
miasta, ani do tych, które panują w innych krajach greckich.
(78) Nie podejmujcie więc zbyt szybko decyzji, gdyż dotyczy ona
sprawy bynajmniej nie błahej. Pod wpływem cudzych zapatrywań i oskarżeń
nie ściągajcie kłopotu na własną głowę. Zanim rozpoczniecie wojnę,
zastanówcie się nad tym, jak bardzo trudno przewidzieć jej przebieg:
wojna bowiem, przedłużając się, niesie ze sobą wiele nieoczekiwanych
wypadków zarówno dla jednej, jak i dla drugiej strony i nie wiadomo, na
czyją stronę przechyli się zwycięstwo. Idąc na wojnę, zaczyna się zwykle
od tego, co powinno być na końcu - od czynów, a dopiero doznawszy
niepowodzeń, myśli się o układach. Nie popełniliśmy nigdy dotąd tego
błędu i widzimy, że wyście go też nie popełnili, wzywamy więc was,
dopóki jeszcze jest możność wyboru słusznej decyzji, byście nie zrywali
układu pokojowego i nie łamali przysiąg, a kwestie sporne zgodnie z traktatem rozwiązali na drodze prawa. W przeciwnym wypadku - biorąc za
świadków bogów, strażników przymierzy - będziemy usiłowali bronić się
przed napastnikami i pójdziemy drogą przez was wskazaną".
(79) Tak przemówili Ateńczycy. Lacedemończycy zaś, wysłuchawszy
zarzutów sprzymierzeńców i odpowiedzi ateńskiej, oddalili wszystkich
obcych i sami radzili nad sytuacją. Większość uważała, że Ateńczycy już
dopuszczają się bezprawia i że wojnę trzeba rozpocząć szybko, lecz król
Archidamos42, człowiek znany z rozumu i umiarkowania, w ten
sposób przemówił:
(80) "Lacedemończycy! W wielu już wojnach brałem udział i wśród was
widzę wielu w tym samym co ja wieku; nie powinniśmy więc tak jak tłum,
któremu brak doświadczenia, życzyć sobie wojny, uważając ją za coś
korzystnego i bezpiecznego. Jeśliby się zaś ktoś rozsądnie zastanowił,
doszedłby do przekonania, że wojna, nad którą obecnie radzicie, nie
będzie bynajmniej najłatwiejsza. Peloponezyjczykom bowiem i sąsiadom
naszym dorównujemy siłą i szybko możemy dotrzeć do każdego punktu; czyż
można jednak lekkomyślnie zaczynać wojnę z narodem, który mieszka z dala
od nas, a prócz tego jest bardzo zżyty z morzem, wyposażony doskonale we
wszelkiego rodzaju zasoby, w środki finansowe ze źródeł państwowych i prywatnych, w okręty, konie, broń i posiada tak wielką liczbę ludności,
jakiej nie ma żaden inny kraj grecki, a rozporządza ponadto licznymi
sprzymierzeńcami płacącymi daninę? Czy można bez przygotowania decydować
się pośpiesznie na wojnę z takim narodem? Czyż mamy ufać naszej flocie?
Ale przecież pod tym względem jesteśmy słabsi; zanim zaś przygotujemy
odpowiednio silną flotę, upłynie dużo czasu. Czyż mamy ufać zasobom
pieniężnym? Ależ pod tym względem jest jeszcze gorzej, brak nam
pieniędzy w kasie państwowej i trudno je ściągnąć od obywateli.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wszystkie daty w książce - o ile nie zaznaczono inaczej - dotyczą czasów przed naszą erą (przyp. red.). [wróć]
Deukalion - syn Prometeusa, władca tessalskiej Ftyi. Według podania Deukalion i jego żona Pirra byli jedynymi ludźmi, których Dzeus uratował z potopu; z kamieni, które za radą wyroczni rzucili za siebie, mieli powstać nowi ludzie. [wróć]
barbarzyńcy - nazwą tą określali Grecy wszystkie ludy niemówiące po grecku. [wróć]
chiton - nazwa szaty noszonej bezpośrednio na ciele zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety. [wróć]
Delos - najmniejsza z Cyklad (wysp na Morzu Egejskim), słynąca jako miejsce urodzenia i kultu Apollina. Miejsce kultu Grecy poddawali co pewien czas sakralnemu "oczyszczeniu". [wróć]
Agamemnon - syn Atreusa, brat Menelaosa, mityczny król Miken, naczelny wódz Greków w wojnie trojańskiej. [wróć]
Tyndareus - mityczny król Sparty; uchodził za ojca Heleny (żony Menelaosa) i Klitajmestry (żony Agamemnona). [wróć]
Pelops - syn Tantala, mityczny władca Peloponezu, założyciel rodu Pelopidów. [wróć]
Eurysteus - dzięki podstępowi bogini Hery objął zamiast Heraklesa panowanie nad Mikenami i Tyrynsem w Argolidzie. Po śmierci Heraklesa prześladował jego synów, miał jednak paść z ich ręki w Attyce, gdzie Heraklidom udzielił schronienia Tezeus. [wróć]
Atreus - syn Pelopsa i Hippodamei, po zamordowaniu swego przyrodniego brata Chryzypa uszedł do Miken i objął tam panowanie. [wróć]
Perseus - według podania syn Dzeusa i Danae; jego wnukami byli Eurysteus i Herakles. [wróć]
hegemonia - dosłownie "naczelne dowództwo, zwierzchnictwo"; w stosunkach między poszczególnymi państwami greckimi nazywano tak przewagę jednego silniejszego państwa nad innymi. [wróć]
Filoktet - król Tessalii, jeden z wodzów greckich w wojnie trojańskiej, znakomity łucznik. [wróć]
tyrania - ustrój polegający na tym, że na czele państwa stoi jednostka, która przemocą lub podstępem doszła do władzy. Tyrania w tym znaczeniu występuje w rozmaitych miastach greckich w VII i VI w. [wróć]
Cyrus II - zwany Wielkim, król Persji od ok. 558 do 529 r. (przyp. red.). [wróć]
Kambizes II (Kambyzes II) - król Persji w latach 529-522 (przyp. red.). [wróć]
Apollo Delficki - Delfy były miejscem kultu Apollina; tam znajdowała się jego świątynia i wyrocznia. [wróć]
Dariusz (Dariusz I Wielki) - król Persji w latach 521-486. Zorganizował pierwszą wyprawę perską przeciw Grecji, zakończoną bitwą pod Maratonem w 490 r. [wróć]
Kserkses I - syn Dariusza, panował w latach 486-465. Stał na czele drugiej wyprawy perskiej przeciw Grecji; został pokonany w bitwie morskiej koło wyspy Salamina (480) i lądowej pod Platejami (479). [wróć]
Ajgina - lub Egina, wyspa w Zatoce Sarońskiej, na południe od Salaminy (przyp. red.). [wróć]
Temistokles - archont w roku 493/492. Przed drugą wyprawą perską nakłonił Ateńczyków do wybudowania floty i przyczynił się do zwycięstwa Greków w bitwie pod Salaminą. [wróć]
Krezus - król Lidii (w zach. części Azji Mniejszej) od ok. 560 r.; w 546 r. został pokonany przez Cyrusa II, a jego państwo opanowane przez imperium perskie (przyp. red.). [wróć]
flota fenicka - Fenicją nazywano w Grecji obszar położony na wybrzeżu dzisiejszego Libanu i Syrii między rzeką Eleutheros (ob. Nahr al-Kabir) na północy a górami Karmelu na południu. Fenicjanie zajmowali się handlem i byli w starożytności pierwszym narodem żeglarskim. [wróć]
barbarzyńca przyszedł powtórnie z wielką armią - pierwsza większa wyprawa Persów przeciw Grecji miała miejsce w roku 490, druga - w 480. [wróć]
ustrój oligarchiczny - ustrój państwa, w którym władza spoczywa w rękach warstwy uprzywilejowanej - arystokracji rodowej lub majątkowej. [wróć]
Harmodios i Arystogejton - zabójcy Hipparcha w 514 r.; byli uważani za oswobodzicieli Aten od tyranii. [Zob. też: ks. VI, rodz. 54-59 - przyp. red.]. [wróć]
procesja panatenajska - procesja, która odbywała się w czasie Wielkich Panatenajów, świąt obchodzonych na cześć Ateny co cztery lata. [wróć]
Leokorion - stara świątynia córek Leosa; aby w czasie głodu przebłagać boginię, Leos złożył je na ofiarę Pallas Atenie. [wróć]
oddział pitański - oddział wojska spartańskiego, nazwany tak od dzielnicy w Sparcie, Pitane. [wróć]
trzydziestoletni rozejm - pokój "trzydziestoletni" został zawarty między Atenami a Spartą w r. 446. [wróć]
zdobycie Eubei - w 446 r. Eubea oderwała się od Aten. Perykles utrwalił na wyspie panowanie ateńskie, usunąwszy z miasta Hestiaja, położonego na północy wyspy, dawnych mieszkańców i osiedliwszy tu kleruchów (osadników) ateńskich. [wróć]
drachma - srebrna moneta grecka. Waga jej w Atenach wynosiła 4,36 g. Drachma dzieliła się na 6 oboli. [wróć]
hoplici - ciężkozbrojna piechota w Grecji; odporną bronią hoplitów był pancerz, pas, nagolennice i hełm, bronią zaczepną - krótki miecz i włócznia. [wróć]
herold - w czasie wojny strony walczące porozumiewały się ze sobą jedynie za pośrednictwem parlamentariusza (herolda - po grecku keryks). [wróć]
związek ateński, związek spartański - związki państw "sprzymierzonych", grupujących się dokoła Aten lub Sparty i znajdujących się pod ich przewodnictwem. [wróć]
pean - pieśń na cześć boga, zazwyczaj Apollina. [wróć]
epidemiurg - tytuł urzędnika w miastach doryckich. [wróć]
Perdykkas (Perdikkas II) - król macedoński od ok. 450 do 413 r., syn Aleksandra I. Filip - brat Perdykkasa, odsunięty przez niego od dziedziczenia części królestwa po ojcu. Derdas I - władca krainy Elimeja w górnej Macedonii, poparł Filipa w konflikcie między synami Aleksandra I (przyp. red.). [wróć]
strateg - dosłownie "dowódca, wódz". Od czasów Klejstenesa wybierano w Atenach 10 strategów, po jednym z każdej fili. Sprawowali oni najwyższą władzę nad wojskiem. [wróć]
istm - przesmyk, międzymorze. [Tu mowa o przesmyku u nasady półwyspu Pallene (dziś Kasandra), łączącym go z trzonem Chalkidiki - przyp. red.]. [wróć]
stadion - miara długości równa 192 m; była to długość toru wyścigowego. [Stadion liczył 100 stóp; zob. przyp. 99 do ks. III - przyp. red.]. [wróć]
Archidamos - król spartański w latach 469-427. Był dowódcą Spartan w pierwszym okresie wojny peloponeskiej. [Pochodził z rodu Europontydów. Jego następcą był jego syn Agis - w latach 427-398. Drugim królem Sparty był w tej epoce Plejstoanaks, syn Pauzaniasa, z rodu Agiadów, panujący w latach 458-408 - przyp. red.]. [wróć]
Przedmowa
1
O życiu Tukidydesa, którego Wojna peloponeska jest szczytowym
osiągnięciem historiografii starożytnej, niewiele pewnego da się
powiedzieć. Starożytni nie przekazali nam ustalonych dat jego urodzenia
i śmierci. Rok 471 przed naszą erą1, podany przez Gelliusza jako
data przyjścia na świat wielkiego historyka, słusznie budzi zastrzeżenia
filologów. Odrzucając ją, przyjmują oni przeważnie jako właściwą datę
rok 460. Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa z datą i miejscem śmierci
Tukidydesa. Niewykończony stan dzieła, które urywa się w środku
opowiadania o wypadkach z roku 411, zrodził w starożytności legendę o gwałtownej i niespodziewanej śmierci autora, a dokładna znajomość
Sycylii, jaką wykazuje Tukidydes, skłoniła historyka sycylijskiego
Tymajosa do stworzenia drugiej legendy, że śmierć Tukidydesa nastąpiła
na Sycylii. Inni powołali do istnienia równie nieprawdopodobną wersję o pobycie Tukidydesa na dworze króla macedońskiego Archelaosa i o śmierci
historyka w Macedonii. Już te wersje - a jest ich znacznie więcej -
ilustrują w dostatecznej mierze fakt, że w starożytności nic pewnego nie
wiedziano o śmierci Tukidydesa. Nie znano też jej daty. Na podstawie
tekstu dzieła można tylko tyle ustalić, że nastąpiła ona po roku 404, a przed rokiem 393. Tukidydes mówi bowiem o zburzeniu murów ateńskich
przez Lizandra w roku 404, a nie wspomina o ich odbudowaniu przez Konona
w roku 393.
Jedyne pewne, ale za to skąpe wiadomości o sobie przekazał nam sam
Tukidydes w swym dziele, gdzie nazywa się "Tukidydesem z Aten" lub
"Tukidydesem, synem Olorosa". Mówi również o tym, że posiadał prawo
użytkowania kopalni złota w Tracji. Ponieważ Hegezypila, matka znanego
wodza ateńskiego Kimona, była córką króla trackiego Olorosa, a nazwisko
ojca Tukidydesa brzmiało również Oloros, słusznie, jak się wydaje,
wnioskowali starożytni o pokrewieństwie Tukidydesa z rodziną Kimona. Już
sam fakt posiadania prawa użytkowania kopalni złota w Tracji i pokrewieństwa z Kimonem wskazuje na to, że Tukidydes należał do
najbogatszej warstwy arystokracji ateńskiej. Dzięki znaczeniu, jakie
miał w Tracji, powierzono mu podczas wojny w roku 424 stanowisko
stratega na wyspie Tazos. Fakt, że wezwany na pomoc przez stratega
ateńskiego w Amfipolis, Euklesa, spóźnił się z odsieczą (ks. IV, rozdz.
104-105) zadecydował o jego dalszych losach. Mówi o tym w ten sposób w księdze V, rozdział 26: "Tak się złożyło, że po mej strategii pod
Amfipolis musiałem dwadzieścia lat spędzić z dala od ojczyzny. Miałem
wtedy sposobność dokładniej śledzić wypadki zarówno po jednej, jak i po
drugiej stronie, a na skutek wygnania - szczególnie po stronie
peloponeskiej". Tak więc przez dwadzieścia lat Tukidydes przebywał na
obczyźnie, częściowo w Tracji, częściowo prawdopodobnie na Peloponezie.
Do Aten wrócił dopiero po wojnie; o tym, że był w Atenach w roku 404,
można wnioskować na podstawie tego, że oglądał resztki murów łączących
Ateny z Pireusem, zburzonych przez Lizandra w roku 404.
2
Nad dziełem swoim pracował Tukidydes przez całe życie. Przystąpił do
niego, jak mówi sam we wstępie: "zaraz z początkiem wojny, spodziewając
się, że będzie ona wielka i ze wszystkich dotychczasowych wojen
najbardziej godna pamięci". Już to pierwsze zdanie Wojny peloponeskiej
świadczy o wielkości jej autora. Tukidydesa nie interesują, tak jak
poprzedników, czasy odległe czy mityczne, o których nic pewnego wiedzieć
nie można: pragnie on poznać czasy sobie współczesne i zrozumieć sens
wielkich wypadków historycznych, wśród których przyszło mu żyć.
Odgraniczając się wyraźnie od dawnych logografów, w ten sposób ujmuje
swe stanowisko (ks. I, rozdz. 22): "Jeśli chodzi o słuchaczy, to dzieło
moje, pozbawione baśni, wyda im się może mniej interesujące, lecz
wystarczy mi, jeśli uznają je za pożyteczne ci, którzy będą chcieli
poznać dokładnie przeszłość i wyrobić sobie sąd o takich samych lub
podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze zwykłą koleją spraw ludzkich
mogą zajść w przyszłości. Dzieło moje jest bowiem dorobkiem o nieprzemijającej wartości, a nie utworem dla chwilowego popisu".
Istotnie też, chociaż między największym poprzednikiem Tukidydesa,
Herodotem, a Tukidydesem jest różnica najwyżej dwudziestu pięciu lat,
odnosi się wrażenie, jakby to byli pisarze z dwóch zupełnie odmiennych
epok. Jeśli Herodot widział w historii wielki łańcuch win i kar i ustawiczne spełnianie się sprawiedliwości bożej, nagradzającej za dobro
i karzącej za zło, to Tukidydes jest pierwszym historykiem ujmującym
historię z czysto racjonalistycznego punktu widzenia, pisarzem
dociekającym niestrudzenie ukrytych przyczyn wypadków. Światopogląd
religijny Herodota był dla niego przeszkodą w zrozumieniu istotnych
pobudek działania ludzkiego i w stworzeniu prawdziwej historii.
Odrzucenie ingerencji bogów w sprawy ludzkie, wiary w wyrocznie, sny i przepowiednie było warunkiem nieodzownym dla powstania naukowej
historiografii. Tego kroku dokonał Tukidydes i na tym polega jego
historyczna zasługa.
Nie bogowie kierują historią, lecz ludzie. Ludzie zaś działają według
Tukidydesa zgodnie ze swoją "naturą", to znaczy zgodnie ze swymi
interesami. W poglądzie tym nie jest zresztą Tukidydes w ówczesnej epoce
odosobniony. Podobne myśli spotykamy we fragmentach Prawdy sofisty
Antyfonta, podobne zdania padały ze sceny ateńskiej z ust aktorów
grających tragedie Eurypidesa. Owa "natura" ludzka - nakazująca zarówno
jednostkom, jak i partiom politycznym oraz państwom kierować się własną
korzyścią - jest według Tukidydesa niezmienna. Wprawdzie urządzenia
państwowe i prawa ustanowione przez ludzi trzymają ową "naturę" do
pewnego stopnia w karbach, jednakże wojna wyzwala ją w pełni. "W czasach
pokojowych i w dobrobycie zarówno państwa, jak i jednostki kierują się
słuszniejszymi zasadami, gdyż nie znajdują się pod jarzmem konieczności;
wojna zaś, niszcząc normalne, codzienne życie, jest brutalnym
nauczycielem, kształtującym namiętności tłumu według chwilowej sytuacji"
(ks. III, rozdz. 82). Wierząc w niezmienność natury ludzkiej, wierzy
Tukidydes również w powtarzalność zjawisk historycznych i jest
przekonany, że walki partyjne "zawsze zdarzać [się] będą, jak długo
natura ludzka pozostanie niezmienna, choć może w mniejszym nasileniu i w innych formach, stosownie do zmieniających się okoliczności" (tamże). Ze
względu na niezmienność natury ludzkiej można według niego przewidywać
przyszłość, a nauka historii ma znaczenie praktyczne dla tych, "którzy
będą chcieli poznać dokładnie przeszłość i wyrobić sobie sąd o takich
samych lub podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze zwykłą koleją spraw
ludzkich mogą zajść w przyszłości" (ks. I, rozdz. 22). Trafne
przewidywanie przyszłości na podstawie znajomości historii i niezmienności natury ludzkiej jest według Tukidydesa cechą wielkich
polityków: nic dziwnego, że właśnie te zdolności sławi on u Temistoklesa
i Peryklesa, których uważa za najwybitniejszych ateńskich mężów stanu.
O ile do poznania istotnych motywów działania jednostek i państw
wystarczy zdaniem Tukidydesa znajomość niezmiennej natury ludzkiej i praw nią stale rządzących, o tyle trudniej przedstawia się sprawa ze
zbadaniem odległej przeszłości. Tukidydes zdaje sobie sprawę, że
najstarsza historia grecka została upiększona i wyolbrzymiona przez
poetów (ks. I, rozdz. 21). Sposób, w jaki Tukidydes na podstawie
szczupłych danych stara się odtworzyć najdawniejsze dzieje greckie (ks.
I, rozdz. 1-19), odrzucając legendy poetyckie i opowiadania logografów,
stanowi o jego wielkości i wystarcza w zupełności do nadania mu miana
ojca krytyki historycznej. Wprawdzie już Hekatajos i Herodot uprawiali
pewien rodzaj racjonalistycznej krytyki mitów, nie polegała ona jednak
na odrzucaniu mitu w całości, lecz na usuwaniu z niego tych momentów,
które wydawały się nieprawdopodobne. Jeśli w micie o Heraklesie
opowiadano, że Herakles sprowadził woły Gerionesa z Hiszpanii, Hekatajos
zadowalał się odrzuceniem tej nieprawdopodobnej dla niego wersji, ale
nie odrzucał bynajmniej całego mitu. Sprowadzenie wołów Gerionesa było
dla niego nadal faktem historycznym, z tą różnicą, że rzecz działa się
nie w dalekiej Hiszpanii, lecz w pobliskim Epirze. Tukidydes zrywa z tą
racjonalistyczną interpretacją mitologii, odrzuca mity w zupełności,
poza wojną trojańską, którą uważa za fakt historyczny. Jeżeli tu i ówdzie pojawia się jeszcze jakiś przeżytek, jak np. wiara w istnienie
mitycznego Hellena, protoplasty Hellenów, to jest to tylko dowodem, że
nawet najbystrzejszy i największy człowiek nie jest w stanie bez reszty
wyzwolić się od współcześnie panujących poglądów.
Nie tylko jednak krytyka poematów Homera i logografów stanowi o wielkości Tukidydesa jako twórcy krytyki historycznej. Jeszcze więcej
podziwu wzbudza w nas fakt, że Tukidydes w V wieku dawnej ery odkrył
metodę wnioskowania o przeszłości na podstawie reliktów we współczesnym
mu świecie, a więc metodę, która znalazła zastosowanie na szerszą skalę
dopiero w czasach najnowszych. Jako przykład jej zastosowania przytoczyć
można początek rozdziału 6 księgi I: "Wszyscy mieszkańcy Hellady
chodzili pod bronią w owych dawnych czasach ze względu na nieobwarowane
siedziby i brak bezpieczeństwa na drogach; całe w ogóle życie spędzali z bronią, tak jak barbarzyńcy. Te okolice Hellady, które jeszcze obecnie
żyją w ten sposób, świadczą, że kiedyś podobny zwyczaj panował
powszechnie". Żeby przenikać najdawniejszą historię czy prehistorię
grecką, postępuje Tukidydes w ten sam sposób, co badacz nowożytny: z faktu, że najstarsza świątynia ateńska znajduje się na akropoli,
wnioskuje, że jest to najstarsza część miasta; ze znalezienia broni
karyjskiej w grobowcach na Delos i ze sposobu grzebania zmarłych wyciąga
słuszny wniosek, potwierdzony później przez naukę nowożytną, że
pierwotna ludność wyspy była pochodzenia karyjskiego. Różne badania
topograficzne, przeprowadzone w Pilos i na Sfakterii czy na Sycylii,
wykazały zgodność z rzeczywistością szczegółów topograficznych podanych
przez Tukidydesa.
Jako źródło do poznania dziejów wojny peloponeskiej i okresu, w którym
się toczyła, jest dzieło Tukidydesa niezastąpione. Nie tylko dlatego, że
wyszło spod pióra niezwykle bystrego i głębokiego obserwatora wypadków
współczesnych, lecz również dlatego, że mimo sympatii i antypatii
politycznych autora, który brał przez pewien czas czynny udział w życiu
politycznym swego kraju, odznacza się wyjątkową obiektywnością.
Nowoczesna nauka nie znalazła w jego dziele ani jednego faktu
przedstawionego niezgodnie z prawdą; odkrycie Konstytucji Aten
Arystotelesa, w której inaczej niż u Tukidydesa przedstawione są wypadki
z roku 411, i dyskusja na temat obu wersji nie tylko nie obaliły naszego
przekonania o wiarygodności Tukidydesa, lecz zakończyły się pełnym
zwycięstwem autora Wojny peloponeskiej.
W przedstawianiu faktów historycznych Tukidydes odznacza się niezwykłą
skrupulatnością i ostrożnością. Na każdej niemal stronie dzieła
znajdujemy potwierdzenie tego, co napisał w rozdziale 22 księgi I:
"Jeśli zaś idzie o wypadki wojenne, nie uważałem za słuszne spisywać
tego, czego się dowiedziałem od pierwszego lepszego świadka, lub tego,
co mi się zdawało, ale tylko to, czego sam byłem świadkiem, albo to, co
słysząc od innych, z największą możliwie ścisłością i w każdym szczególe
zbadałem; trudno zaś było dojść prawdy, ponieważ nie zawsze świadkowie
byli zgodni w przedstawianiu tych samych wypadków, lecz podawali je
zależnie od sympatii dla jednej lub drugiej strony walczącej i zależnie
od swej pamięci". Tukidydes postępuje zupełnie w ten sam sposób, w jaki
postępują historycy nowożytni: w razie sprzecznych wersji porównuje je
ze sobą, stara się usunąć sprzeczności i wyrobić sobie sąd o tym, jak
się rzecz naprawdę przedstawiała. W wypadkach wyjątkowo trudnych woli
się wstrzymać z wypowiedzeniem sądu. Tak jest w opowiadaniu o bitwie z Amprakiotami (ks. III, rozdz. 113): "Liczby poległych nie podaję, gdyż
ta, o której mówią, wydaje mi się niewiarygodnie wielka w stosunku do
wielkości miasta". Bardzo znamienny dla jego ostrożności jest także
ustęp 68 księgi V, w którym ustala liczbę wojska lacedemońskiego w bitwie pod Mantyneją.
3
W dziele Tukidydesa spotykamy niejednokrotnie opisy walk partii w rozmaitych państwach greckich, znajdujemy uwagi o stanowisku niewolników
wobec rozgrywającej się wojny, wiadomości o potencjale gospodarczym i wojskowym Aten i Sparty, o nastrojach poszczególnych warstw ludności -
wszystko jednak o tyle tylko, o ile wiąże się bezpośrednio z samymi
wypadkami wojennymi i o ile Tukidydes może je objaśnić. Nie można też mu
robić zarzutu, że przy takim założeniu nie dał nam obrazu kultury swego
czasu. Jest on przede wszystkim historykiem wojny peloponeskiej.
Krytycyzm i metoda historyczna, jaką stosował, pozwoliły Tukidydesowi
nie tylko wiernie przedstawić przebieg politycznych wydarzeń, ale
również ukazać ich ukryte społeczne przyczyny. Jeśli ludzie czy państwa
podają motywy swego postępowania, nie należy im, według Tukidydesa, od
razu wierzyć: badając je dokładnie, dojdzie się zawsze w końcu do
istotnego motywu, którym jest własny interes i korzyść, strach przed
przeciwnikiem lub ambicja. Opisując walki polityczne na Korkirze,
Tukidydes powiada (ks. III, rozdz. 82): "Źródłem tego wszystkiego była
żądza panowania, dążąca do zdobycia bogactw i zaspokojenia ambicji, a stąd wybuchały rywalizacje, wkraczały w grę namiętności". Odróżniając
właściwe przyczyny od pozornych, mógł też Tukidydes trafnie zrozumieć
ekonomiczne i polityczne powody wybuchu wojny peloponeskiej (ks. I,
rozdz. 23): "Otóż za najistotniejszy powód, chociaż przemilczany, uważam
wzrost potęgi ateńskiej i strach, jaki to wzbudziło u Lacedemończyków".
Istotnie, po wojnach perskich ekspansja handlowa Aten i chęć
zawładnięcia rynkami sycylijskimi i italskimi stały się poważną groźbą
dla handlu korynckiego i megaryjskiego; nic też dziwnego, że przede
wszystkim zagrożony i sprzymierzony ze Spartą Korynt najusilniej
nakłaniał Spartę do rozpętania wojny. Obok tych przyczyn ekonomicznych
działały z nie mniejszą siłą przyczyny czysto polityczne. Wojna toczyła
się między arystokratyczną Spartą, popierającą wszędzie ustroje
oligarchiczne, a postępową wówczas demokracją ateńską. Mimo tego bowiem,
że demokracja ateńska była demokracją właścicieli niewolników, na
ówczesnym etapie była zjawiskiem postępowym w stosunku do
arystokratycznego ustroju spartańskiego. Wojnie, toczonej z niezwykłą
zaciętością przez lat dwadzieścia siedem, towarzyszyły walki wewnętrzne
w rozmaitych państwach greckich; czynniki demokratyczne znajdowały
poparcie w Atenach i życzyły zwycięstwa Atenom, czynniki arystokratyczne
szukały oparcia w Sparcie, której ustrój wychwalały jako tak zwaną
eunomię (ustrój sprawiedliwy): "w każdym państwie były dwie partie i przywódcy ludu wzywali na pomoc Ateńczyków, a oligarchowie
Lacedemończyków. W czasach pokojowych nie byłoby pretekstu ani ochoty do
sprowadzania pomocy. Skoro jednak wojna wybuchła, ci, którzy w różnych
miastach dążyli do przewrotu, łatwo mogli sprowadzić obcą pomoc w celu
pognębienia przeciwników politycznych i wzmocnienia swego własnego
stanowiska" (ks. III, rozdz. 82).
Zrozumiałe jest, że Tukidydes miał zupełnie określone poglądy
polityczne, które wywarły wpływ na ocenę wypadków i ludzi. Pochodząc z najzamożniejszej warstwy ateńskiej, za życia Peryklesa popierał tego
wybitnego przywódcę demokracji i jego politykę. Zdawał sobie sprawę z tego, że wielkość państwa ateńskiego leży we flocie, a flota opiera się
na masach ludowych i ustroju demokratycznym. Kiedy jednak Perykles zmarł
i na czoło demosu wysunęli się: najpierw syn bogatego właściciela
garbarni Kleon, a potem inni "demagogowie", czyli przywódcy ludu (wyraz
ten w języku greckim nie miał tego zabarwienia ujemnego, co w językach
nowożytnych), uprawiający ostry kurs wobec sprzymierzeńców i opowiadający się za energiczną wojną ze Spartą - wówczas w Tukidydesie
odezwały się poglądy jego klasy. Zarówno pochodzenie społeczne, jak i wykształcenie oraz majątek łączyły go z Nikiasem, największym bogaczem
ateńskim, zatrudniającym w kopalniach w Laurion tysiąc niewolników.
Grupa "umiarkowanych demokratów", mająca swe oparcie w wielkich
właścicielach ziemskich i średniozamożnych chłopach, na której czele
stał Nikias, była zwolenniczką pokoju ze Spartą. Ofiarą wojny padały
przecież przede wszystkim niszczone przez Peloponezyjczyków gospodarstwa
rolne; biedota miejska mniej była narażona na straty, a raczej czerpała
z wojny zyski. Poświadcza to wyraźnie anonimowy autor broszury O ustroju politycznym Aten: "Na ataki nieprzyjacielskie narażeni są
rolnicy i bogacze ateńscy, natomiast lud, wiedząc, że nieprzyjaciel nic
z jego dobytku nie spali ani nie zniszczy, nie czuje się narażony i żyje
bez lęku". W walce między skrzydłem Kleona, reprezentującym
rzemieślników i biedotę miejską i domagającym się nieustępliwej walki z oligarchiczną Spartą, a grupą Nikiasa, opowiadającą się za pokojem,
Tukidydes zdecydowanie stanął po stronie Nikiasa, o którym wspomina z wyraźną sympatią (ks. VII, rozdz. 86): "To [...] było przyczyną śmierci
Nikiasa, który ze wszystkich współczesnych mi Hellenów najmniej na taki
los zasłużył ze względu na swe prawe postępowanie w ciągu całego życia".
Z drugiej strony, mimo dążenia do bezstronności Tukidydes nie ukrywał
swej niechęci do Kleona ani do późniejszego przywódcy demosu,
Hiperbolosa. W przywódcach demokracji, ściągających bezwzględnie daninę
ze sprzymierzeńców i snujących plany podboju Sycylii, a nawet Kartaginy,
widział Tukidydes podobnie jak Arystofanes jedynie ucieleśnienie buty i zarozumialstwa. Podobnie jak Arystofanes, który twierdził, że Kleon
ukradł strategowi Demostenesowi "ciasto lakońskie", to znaczy Sfakterię,
również Tukidydes nie potrafił odnieść się obiektywnie do wielkiego
sukcesu militarnego Kleona, jakim było zdobycie tej wysepki. Jeżeli się
porówna charakterystyki przywódców demosu z charakterystyką
umiarkowanego oligarchy Teramenesa, nietrudno będzie stwierdzić, po
czyjej stronie są sympatie autora Wojny peloponeskiej. Tukidydes
bowiem, przynajmniej pod koniec swego życia, nie był zwolennikiem
ustroju demokratycznego, lecz ustroju "mieszanego", jako rozumnego
połączenia demokracji i oligarchii, i opartego na rządach warstwy
średniej, liczącej pięć tysięcy obywateli; byli to obywatele, którzy
mogli z własnych pieniędzy zaopatrzyć się w ciężkie uzbrojenie. Ustrój
taki - "najlepszy za jego życia", jak mówi Tukidydes - wprowadzony
został przez Teramenesa w roku 411 i nie przetrwał nawet roku.
"Najlepszy" ten ustrój nie był oczywiście w praktyce niczym innym, jak
ograniczeniem praw obywatelskich do niewielkiej warstwy bogaczy i dość
licznej warstwy średniorolnych chłopów, z wykluczeniem udziału w Radzie
i sądach (urzędy miały być odtąd bezpłatne) warstw nieposiadających.
Było to więc przekreślenie wszystkich zdobyczy demokracji ateńskiej
osiągniętych za Peryklesa i powrót do stanu rzeczy co najmniej sprzed
lat pięćdziesięciu. Opowiadając się przeciw "czystej" demokracji,
zwalczał Tukidydes także "czystą oligarchię". Omawiając spisek
oligarchiczny i zdradzieckie knowania Rady Czterystu, podkreślił klasowy
charakter polityki oligarchicznej, niewahającej się przed zdradą własnej
ojczyzny i nawiązaniem kontaktu z nieprzyjacielem w imię interesów
klasowych.
Jest rzeczą oczywistą, że tak wnikliwy i krytyczny historyk nie mógł nie
zauważyć zasadniczego zagadnienia społecznego swojej epoki: konfliktu
między masami niewolników a wolną ludnością Grecji. Niewolnicy, których
praca odgrywała główną rolę w gospodarstwie, rzadko jedynie mieli
sposobność do wystąpień aktywnych; ilekroć się ona jednak nadarzała,
korzystali z niej skwapliwie. Tukidydes, zawsze staranny w doborze i opisie faktów, które uważa za istotne dla przebiegu wojny peloponeskiej,
wielokrotnie wspomina o buntach czy wystąpieniach niewolników, a nade
wszystko helotów. O helotach, którzy w Sparcie stanowili klasę na poły
niewolników, na poły pańszczyźnianych chłopów, pisze m.in. (ks. IV,
rozdz. 80): "Równocześnie szukali Lacedemończycy pozoru dla wysłania z kraju helotów, którzy korzystając ze złej sytuacji Sparty, kiedy Pilos
znajdowało się w rękach nieprzyjaciela, mogliby wywołać rozruchy.
Lękając się ich natury buntowniczej i ich wielkiej liczby, albowiem przy
wszystkich prawie decyzjach liczą się Lacedemończycy z zagadnieniem
helotów - uciekli się nawet raz do podstępu. Tych helotów, którzy według
własnego mniemania odznaczyli się na wojnie, wezwali do zgłoszenia się.
Zapowiedzieli, że dadzą im wolność. W rzeczywistości miała to być próba:
sądzili bowiem, że ci heloci, którzy najbardziej pragną wolności,
pierwsi także ośmielą się zbuntować przeciw Lacedemończykom. Wybrano z nich około dwóch tysięcy; z wieńcami na głowie obchodzili oni świątynie
jako ci, którzy mają być wyzwoleni; niedługo potem zniknęli i nikt nie
wiedział, co się z nimi stało".
Charakterystyczny jest też opis walk na Korkirze, gdzie zarówno partia
arystokratyczna, jak i demokratyczna pragnęły pozyskać dla siebie
niewolników; użyczenie przez niewolników pomocy demokratom rozstrzygnęło
długotrwałą walkę na korzyść partii demokratycznej. Podobnie w czasie
późniejszych walk na Chios niewolnicy chioccy, którym się "wydało, że
Ateńczycy dość mocno się ufortyfikowali, zaczęli masowo do nich uciekać"
(ks. VIII, rozdz. 40). Rzadziej mówi Tukidydes o niewolnikach ateńskich,
wspomina jednak, że po opanowaniu Dekelei (w 413 roku), wykorzystując
najazd peloponeski na Attykę, niewolnicy ateńscy, przeważnie
rzemieślnicy, opuścili w liczbie dwudziestu tysięcy warsztaty swych
właścicieli.
Ze wszystkich tych wzmianek wyraźnie widać, że Tukidydes bystrzej niż
ktokolwiek ze starożytnych dostrzega i umie docenić wagę konfliktu,
który stale nurtując pod powierzchnią wydarzeń, nieraz nagle się
ujawniał, a wtedy siłą swoją decydował o militarnych klęskach i sukcesach obu walczących stron.
4
Celem, który sobie Tukidydes postawił, było opisanie wojny
peloponeskiej, jej przyczyn oraz przebiegu. W związku z tym zasadniczym
celem skomponowana jest całość dzieła. Na próżno szukałoby się w niej
owej epickiej rozlewności, tak bardzo znamiennej dla logografów jońskich
i Herodota. Akcja toczy się dramatycznie: ekskursy są rzadkie i pojawiają się jedynie jako uzasadnienie i ilustracja pewnej tezy. Mimo
że Tukidydes stoi na stanowisku, iż wybitne jednostki, jak Temistokles
czy Perykles, odgrywają rolę w historii, życie prywatne mężów stanu nie
interesuje go wcale. Jedyna relacja biograficzna o życiu Temistoklesa i Pauzaniasa jest owym przysłowiowym wyjątkiem potwierdzającym regułę. O śmierci Peryklesa słyszymy tylko mimochodem, chociaż nie był to
bynajmniej fakt dla historii wojny obojętny, o Hiperbolosie czytamy
tylko jedno zdanie, o wielu innych przywódcach radykalnej demokracji ani
słowa. Nie ulega wątpliwości, że poszczególni działacze polityczni
tracili jakby w oczach Tukidydesa znaczenie wobec tego wielkiego
wydarzenia dziejowego, za jakie uważał wojnę peloponeską.
Na szczególną uwagę zasługują w dziele Tukidydesa mowy rozmaitych mężów
stanu, polityków i wodzów, które stanowią mniej więcej piątą część
Wojny peloponeskiej. Nie są to oczywiście mowy oryginalne, lecz
ułożone przez samego autora. Mówi on o tym wyraźnie w rozdziale 22
księgi I: "Wierne odtworzenie przemówień, wygłoszonych przez
poszczególnych mówców bądź przed wojną, bądź w czasie jej trwania, było
rzeczą trudną zarówno dla mnie, który ich sam słuchałem, jak i dla tych,
którzy mi je przekazywali; toteż ułożyłem je tak, jak by - według mnie -
najodpowiedniej do okoliczności mógł przemówić dany mówca, trzymałem się
jednak jak najbliżej zasadniczej myśli mów rzeczywiście
wypowiedzianych". Tukidydes, komponując mowy, idzie za tradycją
Herodota, u którego także spotykamy długie mowy wypowiadane przez
Kserksesa, Mardoniosa czy Artabanosa. Nowy w stosunku do Herodota jest
cel, jaki przyświeca Tukidydesowi przy układaniu mów. Jest nim
objaśnienie wypadków historycznych i wyłuszczenie motywów kierujących
poszczególnymi państwami i jednostkami. Mowy Tukidydesa nie są więc
jedynie artystycznymi upiększeniami opowiadania, lecz spełniają rolę
komentarza do wypadków dziejowych. Długie mowy Koryntyjczyków i Korkirejczyków w księdze I, oddające niewątpliwie treść mów
"rzeczywiście wypowiedzianych", dają dokładną motywację postępowania
Korkiry i Koryntu; mowa Brazydasa (ks. IV, rozdz. 126) zawiera
charakterystykę helleńskiego sposobu walki w przeciwieństwie do taktyki
barbarzyńców; mowa pod Amfipolis (ks. V, rozdz. 9) ma na celu
przedstawić jego plany taktyczne. Jest rzeczą charakterystyczną, że mowy
niekoniecznie umieszczone są przy opisie istotnie ważnych wypadków, lecz
takich, które Tukidydes z jakiegoś powodu uważa za typowe. Zdobycie
przez Ateńczyków wyspy Melos nie było wypadkiem szczególnie ważnym z punktu widzenia militarnego, Tukidydes jednak pragnie na tym drobnym
stosunkowo fakcie przedstawić w mowach Ateńczyków brutalność i bezwzględność ateńską i prawo silniejszego, jakim się oni posługują;
podobnie walki wewnętrzne na Korkirze stanowiły dobrą sposobność do
rozważań ogólnych na temat zwyrodnienia życia politycznego - rozważań
ujętych w tym wypadku nie w formę fikcyjnej mowy, lecz bezpośredniej
wypowiedzi autora. Także zburzenie Platej przez Spartan miało stosunkowo
małe znaczenie dla losów wojny, było jednak typowe dla metod polityki
spartańskiej - i dlatego skomentowane zostało przez Tukidydesa kilku
dłuższymi przemówieniami.
Mimo że mowy w Wojnie peloponeskiej są skomponowane przez samego
autora, to jednak wiele z nich niewątpliwie oddaje treść mów
"rzeczywiście wypowiedzianych". Przebywając w Atenach w pierwszych
latach wojny, od roku 431 do 424, musiał Tukidydes niewątpliwie słyszeć
mowy Peryklesa: być może, że w mowach włożonych w usta Peryklesa starał
się nawet naśladować polot poetycki przemówień wielkiego przywódcy
demokracji. Chociaż bowiem mowy Tukidydesa pisane są wszystkie
jednakowym stylem, to przecież mowa efora Stenelaidasa (ks. I, rozdz.
86) dobrze charakteryzuje krótki i zdecydowany sposób mówienia Spartan,
a przemówienie Alkibiadesa (ks. VI, rozdz. 16) - gwałtowny jego
charakter.
Dzieło Tukidydesa powstawało przez wiele lat i nie zostało doprowadzone
do końca. Niektóre jego partie, jak np. księga I czy księgi VI i VII,
opisujące wyprawę sycylijską, są jednak tak wspaniale i dramatycznie
skomponowane, że niewątpliwie stanowią ostatecznie opracowaną redakcję.
O ile samo opowiadanie, utrzymane w stylu zbliżonym do Herodotowego,
czyta się stosunkowo łatwo, o tyle mowy - pisane stylem zwięzłym,
dramatycznym, pełnym antytez, z użyciem umyślnej dysharmonii członów i wielkiej ilości abstraktów - należą do najtrudniejszych ustępów prozy
greckiej. Styl ten jest tworzony świadomie. W przeciwieństwie do
opartego na parataksie stylu Herodotowego jest wyrazem nowej
problematyki. Posługuje się on przede wszystkim antytezą, której celem
ma być jasne sprecyzowanie i przeciwstawienie sobie pojęć. Cel ten nie
zawsze jednak zostaje osiągnięty przez Tukidydesa. Nadużycie antytezy
przeradza się nieraz w manierę, a styl staje się sztuczny i trudny.
Styl Tukidydesa jest stylem pokolenia, które około połowy wieku V, pod
wpływem sofisty Protagorasa i innych, nauczyło się rozróżniać pojęcia i przeciwstawiać je sobie; które nauczyło się myśleć bardziej precyzyjnie
i bardziej logicznie. Styl ten, oparty na antytezie, wprowadził, zdaje
się, na teren Aten po raz pierwszy sofista Protagoras z Abdery w swych
Antylogiach: wpływ jego widać już w Ajaksie i Antygonie
Sofoklesowej. Jeśli będziemy szukać najbliższych analogii do stylu mów
Tukidydesowych, to znajdziemy je u pisarzy lat trzydziestych V wieku,
przede wszystkim w Tetralogiach Antyfonta.
Wielka liczba abstraktów, tak znamienna dla stylu Tukidydesowego, nie
była wówczas również zjawiskiem odosobnionym: spotykamy je nie tylko u Antyfonta, lecz także we fragmentach współczesnych filozofów,
Anaksagorasa z Kladzomenaj i Diogenesa z Apollonii. Cecha ta pozostaje w ścisłym związku z logicznym precyzowaniem się prozy. Również
rozróżnianie pojęć, tak ulubione przez Tukidydesa, jest owocem tej samej
epoki, która pobudziła sofistę Prodykosa do zajęcia się synonimiką.
Chociaż nie można uważać za prawdziwą wiadomości starożytnych o tym,
jakoby Tukidydes był uczniem Antyfonta, Gorgiasa i Prodykosa, to jednak
nie ulega najmniejszej wątpliwości, że zarówno myśl, jak i styl
historyka są wyrazem epoki oświecenia attyckiego, którego
najwybitniejszymi przedstawicielami byli sofiści i Sokrates, a w dziedzinie tragedii Eurypides. Jak wielki i potężny był ten ruch myśli
postępowej, widać choćby z tego, że pozostawił on ślady w twórczości
nawet tak tradycyjnych i hołdujących dawnemu światopoglądowi pisarzy,
jak Herodot czy Sofokles. Druga połowa V wieku to czas powstawania na
terenie Aten myśli krytycznej i racjonalistycznej. Wyjaśnianie przez
Tukidydesa w sposób naturalny takich zjawisk, jak zaćmienie Słońca czy
trzęsienie ziemi, znajduje swój odpowiednik w działalności sofistów i Anaksagorasa; sposób dowodzenia i obalania tezy łączy go z Antyfontem;
niechęć do objaśniania wypadków historycznych przez wpływ sił
nadprzyrodzonych ma swą analogię w wyzwalającej się z pęt religii
ówczesnej medycynie. Dobrze jest również pamiętać, że w tym samym mniej
więcej czasie Demokryt z Abdery tworzy swój materializm antyczny,
odrzucając działanie sił nadprzyrodzonych we wszechświecie.
Tukidydes był jednym z najbardziej postępowych ludzi swej epoki;
znaczenie jego dla historii jest tak samo wielkie jak Demokryta dla
filozofii. Mimo że miał swoje sympatie i antypatie polityczne i wyrażał
poglądy warstwy społecznej, z której pochodził, potrafił wznieść się na
wysoki poziom obiektywizmu i stworzył podstawy krytyki historycznej.
Metodami swymi wyprzedził daleko epokę sobie współczesną; nic dziwnego,
że nie znalazł następców. Historiografia grecka nie poszła drogą
wskazaną przez niego, lecz drogą o wiele łatwiejszą, wskazaną przez jego
poprzednika - Herodota. Mimo to rację miał Tukidydes, nazywając swe
dzieło "dorobkiem o nieprzemijającej wartości" - czasy nowożytne uznały
w nim słusznie największego historyka świata antycznego.
Kazimierz Kumaniecki
(1) Tukidydes z Aten opisał wojnę, którą prowadzili między sobą
Peloponezyjczycy i Ateńczycy. Zabrał się do dzieła zaraz z początkiem
wojny, spodziewając się, że będzie ona wielka i ze wszystkich
dotychczasowych wojen najbardziej godna pamięci. Wniosek swój zaś
opierał na tym, że obie strony ruszały na nią, znajdując się u szczytu
swej potęgi wojennej, a reszta Hellady bądź od razu, bądź z pewnym
wahaniem przyłączała się do jednej albo drugiej strony. Był to bowiem
największy ruch, jaki wstrząsnął Hellenami i pewną częścią ludów
barbarzyńskich, a można powiedzieć nawet, że i przeważającą częścią
ludzkości. Dokładne zbadanie wypadków poprzedzających tę wojnę i jeszcze
dawniejszych nie było możliwe ze względu na zbyt długi okres czasu, jaki
od nich upłynął; jednakże cofając się w najodleglejszą przeszłość, na
podstawie świadectw, które rozpatruję i którym muszę wierzyć, sądzę, że
nie było wówczas ani wielkich wojen, ani innych wielkich wydarzeń.
(2) Okazuje się bowiem, że ten kraj, który obecnie nazywa się
Helladą, nie od razu miał ludność osiadłą, lecz że w dawniejszych
czasach odbywały się tu wędrówki, a plemiona łatwo opuszczały swą
ziemię, ulegając stale czyjejś przewadze liczebnej. Nie było wówczas
handlu ani bezpiecznej komunikacji lądowej i morskiej; każdy szczep
wykorzystywał swą ziemię tylko celem zaspokojenia niezbędnych potrzeb;
nie gromadzono majątków ani nie uprawiano ziemi, gdyż nigdy nie było
wiadomo, czy ktoś obcy się nie pojawi i nie odbierze plonów. Murów
obronnych nie było; ludzie, przekonani, że wszędzie potrafią sobie
zdobyć dzienne utrzymanie, bez przykrości opuszczali swoje siedziby. Nie
byli silni i nie mieli ani wielkich miast, ani innych czynników potęgi.
Największe zaś przesunięcia odbywały się zawsze na najurodzajniejszych
obszarach: dzisiejszej Tessalii, Beocji, większej części Peloponezu
(prócz Arkadii), a w pozostałej Helladzie również na terenach, które
były najżyźniejsze. Albowiem wzrastające dzięki urodzajnej ziemi
bogactwo poszczególnych jednostek wywoływało walki wewnętrzne, które z kolei rujnowały mieszkańców kraju, jednocześnie zaś obce plemiona
bardziej zagrażały takiemu krajowi. Dlatego też w Attyce, gdzie od
najdawniejszych czasów z powodu nieurodzajnej gleby nie było walk
wewnętrznych, stale mieszkała ta sama ludność. Nie najsłabszym dowodem
mego rozumowania, że właśnie wskutek zmian ludnościowych pozostała część
Hellady nie doszła do takiego wzrostu jak Attyka, jest fakt, że przecież
ci, którzy musieli uciekać z innych krajów greckich z powodu wojny albo
sporów wewnętrznych - i to najmożniejsi - przybywali właśnie do Aten
jako do kraju spokojnego; oni to, przyjmując obywatelstwo ateńskie, już
w najdawniejszych czasach przyczyniali się do wzrostu liczby mieszkańców
tak dalece, że później, wobec przeludnienia Attyki, wysyłano osadników
nawet do Jonii.
(3) O słabości dawnej Grecji w nie najmniejszej mierze świadczy
również fakt, że przed wyprawą trojańską Hellada nie zdobyła się na
żaden wspólny czyn: wydaje mi się, że jako całość nie nosiła jeszcze
nawet nazwy "Hellady" i że przed Hellenem, synem
Deukaliona2, w ogóle nawet nie istniała ta nazwa, ale każdy
szczep, a w największym zasięgu szczep pelasgijski, nadawał od siebie
nazwę krajowi, jaki zamieszkiwał; dopiero kiedy Hellen i jego synowie
doszli do potęgi we Ftiotydzie i kiedy rozmaite miasta zaczęły ich
wzywać na pomoc, ze względu na wzajemne stosunki zaczęto coraz
powszechniej przybierać nazwę Hellenów. Jednakże i tak długi czas nazwa
ta nie mogła odnieść zupełnego zwycięstwa i objąć wszystkich Greków.
Najlepszym zaś dowodem jest Homer: chociaż bowiem żył w czasach znacznie
późniejszych od walk pod Troją, nigdy nie użył tej nazwy na określenie
wszystkich Greków, lecz jedynie na określenie tych, którzy przybyli z Achillesem z Ftiotydy i którzy w istocie byli pierwszymi Hellenami;
innych zaś Greków nazywa w swoich epopejach Danaami, Argiwczykami i Achajami. Ale także nie mówi nic o "barbarzyńcach"3, jak
mi się zdaje, dlatego że i "Hellenowie" nie byli jeszcze wtedy
odróżnieni i objęci wspólną nazwą w przeciwieństwie do innych narodów.
Ci więc, którzy kolejno przyjmowali nazwę Hellenów - początkowo te
miasta, które się nawzajem rozumiały, a w końcu wszyscy - z powodu
słabości i małej łączności wzajemnej wspólnie nie dokonali niczego przed
wojną trojańską. A i na tę wyprawę wyruszyli dopiero po dłuższym
oswajaniu się z morzem.
(4) Pierwszy bowiem, jak słyszymy, miał flotę Minos. Panował on nad
przeważającą częścią morza zwanego dziś Helleńskim, sprawował też władzę
nad Cykladami; większą ich część pierwszy skolonizował, wypędziwszy
Karów i synów swych ustanowiwszy panami. Oczywiście, w miarę swych
możliwości, tępił również piratów na morzu, aby dochody tym pewniej do
niego płynęły.
(5) Dawni bowiem Hellenowie i ci spośród barbarzyńców, którzy
mieszkali nad morzem i na wyspach, skoro zaczęli częściej na okrętach do
siebie docierać, zajęli się korsarstwem. Wodzami tych wypraw były
jednostki możne, które podejmowały je dla zysku osobistego i w celu
zapewnienia biednym środków utrzymania. Napadając na miasta otwarte i założone na sposób wsi - grabili je i stąd czerpali główne środki do
życia. Zajęcie to nie przynosiło żadnej ujmy, a raczej nawet trochę
sławy. Świadczyć o tym mogą i dzisiaj jeszcze ci mieszkańcy lądu
stałego, dla których chlubą jest zręczne wykonywanie tego rzemiosła, jak
również i dawni poeci, u których ludzie stale w jednakowy sposób
zapytują przyjeżdżających, czy nie są korsarzami; dowodzi to, że ani
zapytywani nie uważają tego zajęcia za haniebne, ani pytający nie chcą
tamtych obrazić. Napadali na siebie również i na lądzie. I po dziś dzień
tym dawnym trybem żyje wielka część Hellady, jak Lokrowie Odzolijscy,
Etolowie, Akarnańczycy i inni mieszkańcy tamtejszego lądu stałego. Także
zwyczaj noszenia broni pozostał tym mieszkańcom z czasów dawnego życia
zbójeckiego.
(6) Wszyscy mieszkańcy Hellady chodzili pod bronią w owych dawnych
czasach ze względu na nieobwarowane siedziby i brak bezpieczeństwa na
drogach; całe w ogóle życie spędzali z bronią, tak jak barbarzyńcy. Te
okolice Hellady, które jeszcze obecnie żyją w ten sposób, świadczą, że
kiedyś podobny zwyczaj panował powszechnie. Spośród Hellenów pierwsi
odłożyli broń Ateńczycy i zarzuciwszy twardy tryb życia, przyjęli
wytworniejsze obyczaje. I nie tak dawne to czasy, kiedy u Ateńczyków
starsi ludzie ze sfer zamożniejszych przestali nosić wykwintne lniane
chitony4 i upinać włosy w warkocz za pomocą złotych spinek w kształcie świerszczy; także i u Jończyków, z powodu ich pokrewieństwa
szczepowego z Ateńczykami, długo się ten zwyczaj wśród starszych ludzi
utrzymał. Krótkiego natomiast stroju i takiego, jaki się dzisiaj nosi,
pierwsi zaczęli używać Lacedemończycy; zresztą i pod innymi względami
ludzie zamożniejsi najbardziej zbliżyli się tam w sposobie życia do
ludu. Lacedemończycy też pierwsi obnażyli ciało i rozebrawszy się do
naga, zaczęli przy ćwiczeniach gimnastycznych nacierać je oliwą; w dawnych zaś czasach nawet na igrzyskach olimpijskich zawodnicy walczyli
z opaskami na biodrach; ten zwyczaj ustał dopiero niedawno. Jeszcze i teraz niektórzy barbarzyńcy, a przede wszystkim Azjaci, stają do zawodów
pięściarskich i atletycznych w przepaskach na biodrach. Wiele jeszcze
innych dowodów można by przytoczyć na to, że w dawnej Helladzie panowały
obyczaje podobne tym, jakie dziś istnieją wśród barbarzyńców.
(7) Założone w nowszych czasach miasta, które wraz z rozwojem
żeglugi doszły do większej zamożności, budowano na samym wybrzeżu
morskim i opasywano murami. Miasta te zajmowały międzymorza zarówno ze
względów handlowych, jak i dlatego, żeby mieć większą siłę wobec
sąsiadów. Dawne zaś miasta, z uwagi na panujące długo korsarstwo,
zakładano raczej dalej od morza, i to zarówno miasta wyspiarskie, jak i lądowe. Grabiono się bowiem wzajemnie, nie oszczędzając nawet i tych,
którzy, choć mieszkali nad morzem, nie trudnili się jednak żeglugą. Stąd
i teraz jeszcze miasta te leżą z dala od morza.
(8) Korsarzami byli przeważnie wyspiarze: Karowie i Fenicjanie; ci
bowiem zamieszkiwali dawniej większą część wysp. Świadczy o tym fakt
następujący: kiedy podczas obecnej wojny Ateńczycy oczyszczali
uroczyście Delos5 i otworzyli groby znajdujące się na tej wyspie,
okazało się, że przeważnie były to groby Karyjczyków; można to było
poznać po broni zakopanej razem z ludźmi i po sposobie grzebania, jakim
dzisiaj jeszcze posługują się Karyjczycy. Kiedy zaś Minos stworzył
flotę, powstały dogodniejsze warunki dla żeglugi, wypędził on bowiem
wyspiarskich korsarzy w okresie, gdy wiele wysp kolonizował. Mieszkańcy
miast nadmorskich zaczęli się bogacić i żyć w sposób bardziej ustalony,
a niektórzy, szczególnie wzbogaceni, otaczali swe miasta murami. W dążeniu bowiem do zysku słabi oddawali się nawet w niewolę silniejszym,
a potężniejsi finansowo uzależniali od siebie mniejsze państwa. Takie to
stosunki panowały w Grecji w okresie poprzedzającym wyprawę przeciw
Troi.
(9) Agamemnon6, jak mi się zdaje, przedsięwziął ową
wyprawę nie tyle jako wódz, prowadzący ze sobą byłych zalotników Heleny,
związanych przysięgą złożoną Tyndareusowi7, ile raczej
jako najpotężniejszy człowiek swego czasu. Opowiadają zaś także ci,
którzy drogą tradycji przejęli od przodków najbardziej wiarygodną
historię Peloponezyjczyków, że początkowo Pelops8, dzięki
wielkiemu bogactwu, jakie przywiózł ze sobą z Azji do ubogiego kraju,
zdobył tam władzę i - chociaż obcy - nadał krajowi nazwę od swego
imienia. Potomkom jego jeszcze lepiej poszczęściło się później, kiedy
Eurysteus9 zginął w Attyce z rąk Heraklidów. Kiedy bowiem
Eurysteus wyruszał, powierzył Mikeny i władzę krewnemu swemu
Atreusowi10, który był bratem jego matki. Atreus bawił tam
właśnie na wygnaniu, wypędzony przez ojca z powodu zabójstwa dokonanego
na Chryzypie. Skoro Eurysteus nie wrócił, Atreus przejął władzę nad
Mikeńczykami i nad całym obszarem, nad którym panował Eurysteus; życzyli
sobie tego również Mikeńczycy z obawy przed Heraklidami i dlatego, że
Atreus wydawał się człowiekiem możnym i lud sobie pozyskał. W ten sposób
Pelopidzi stali się potężniejsi od potomków Perseusa11.
Agamemnon, przejąwszy to dziedzictwo i równocześnie zdobywszy potęgę
morską o wiele większą od innych, zorganizował wyprawę, a wojsko zebrał
nie tyle - jak mi się zdaje - dzięki wpływom osobistym, ile postrachem.
Okazuje się bowiem, że i sam przybył na wyprawę z największą liczbą
okrętów, i Arkadyjczykom ich jeszcze dostarczył, jak o tym świadczy
Homer, jeśli go można uważać za wiarygodnego. Także w innym miejscu,
wspominając o przekazywaniu berła, powiedział on o Agamemnonie: "Nad
wielu wyspami włada i nad całym Argos". Będąc władcą kontynentalnym, nie
byłby mógł panować nad wyspami - z wyjątkiem okolicznych, a tych nie
mogło być wiele - gdyby nie miał jakiejś floty. Na podstawie wyprawy
trojańskiej można wywnioskować, jak wyglądały stosunki przed nią.
(10) Jeżeliby ktoś na tej podstawie, że Mikeny były małe albo że
jakieś z miast ówczesnych obecnie wydaje się czymś małoznacznym,
powątpiewał o tym, że wyprawa ta była tak wielka, jak ją przedstawili
poeci i tradycja, to rozumowałby nieściśle. Jeśliby bowiem miasto
Lacedemończyków opustoszało, a pozostały tylko świątynie i fundamenty
budowli, to - jak sądzę - po upływie dłuższego czasu nikt z potomnych
nie chciałby uwierzyć, że potęga Lacedemończyków była tak wielka, za
jaką uchodzi; a przecież mają oni w swym posiadaniu dwie piąte
Peloponezu oraz hegemonię12 nad całym półwyspem i nad licznymi
sprzymierzeńcami; jednak przez to, że miasto nie jest zwarcie
zabudowane, że nie posiada okazałych świątyń i budowli, lecz według
dawnego helleńskiego zwyczaju jest założone na sposób wsi, może komuś
wydawać się słabsze. Jeśliby zaś to samo spotkało Ateny - to z ich
zewnętrznego wyglądu można by było wnioskować, że potęga Ateńczyków była
dwukrotnie większa niż w rzeczywistości. Nie ma więc podstaw do
powątpiewania, że więcej uwagi trzeba zwracać na istotną siłę miast niż
na ich wygląd zewnętrzny. Należy zatem przypuszczać, że owa wyprawa
trojańska była największą ze wszystkich, które ją poprzedzały, nie
dorównywała jednak wojnom współczesnym. Jeśli zaś wolno także i pod tym
względem wierzyć Homerowi, który zresztą jako poeta musiał
prawdopodobnie upiększyć swe opowiadanie, to i u niego wydaje się to
wszystko dość niepokaźne. Homer bowiem pisze, że spośród tysiąca dwustu
okrętów beockie miały po stu dwudziestu ludzi, a Filokteta13
po pięćdziesięciu ludzi, mając na myśli - jak mi się zdaje - największe
i najmniejsze okręty; wielkości innych okrętów nie podał w "katalogu
okrętów". Mówiąc o okrętach Filokteta, stwierdził, że wszyscy wioślarze
byli równocześnie wojownikami; wszystkich bowiem przedstawił jako
łuczników. Jest zaś nieprawdopodobne, żeby wielu niewiosłujących brało
udział w wyprawie, z wyjątkiem królów i najwybitniejszych osobistości;
wyprawiali się przecież na pełne morze ze sprzętem wojennym, a nie mieli
okrętów z pokładami, lecz statki zbudowane na starą modłę, na sposób
raczej korsarski. Jeśli więc weźmiemy największe i najmniejsze okręty i obliczymy przeciętną liczbę wioślarzy, to okaże się, że było ich
niewielu, jak na wspólną wyprawę całej Hellady.
(11) Przyczyną tego było nie tyle słabe zaludnienie, ile brak
pieniędzy. Z powodu bowiem trudności żywnościowych wodzowie zabrali ze
sobą niewiele wojska, tyle tylko, ile według przypuszczeń mogło się
wyżywić w warunkach wojennych na miejscu; skoro zaś po przybyciu
odnieśli zwycięstwo w bitwie - oczywiście w przeciwnym wypadku nie
byliby w stanie umocnić obozu - to i wtedy także nie wszyscy, jak się
zdaje, walczyli, lecz z powodu braku żywności część zajęła się uprawą
roli na Chersonezie i łupiestwem. Przy takim rozproszeniu Greków łatwo
mogli Trojanie stawiać im opór przez dziesięć lat, dorównując sile
przeciwnika pozostającego pod murami miasta. Gdyby zaś Grecy przybyli z dostateczną ilością żywności i wspólnymi siłami, nie zajmując się
rolnictwem ani łupiestwem, bez przerwy prowadzili wojnę, byliby łatwo
zwyciężyli Trojan. Przecież, mimo że nie wszyscy walczyli, lecz tylko ta
część, która była każdorazowo pod murami miasta, stawiali jednak
Trojanom opór; gdyby zaś byli prowadzili regularne oblężenie, byliby
szybciej i z mniejszym trudem zdobyli Troję. Ale jak z braku pieniędzy
wydarzenia poprzedzające wojnę trojańską były niepozorne, tak też i owa
najgłośniejsza ze wszystkich wypraw okazała się w rzeczywistości
mniejsza od sławy, jaka jej towarzyszyła, i od opinii, jaka się o niej
ustaliła dzięki poetom.
(12) Jeszcze i po wojnie trojańskiej odbywały się wędrówki ludności
i zakładano nowe osady, tak że wskutek braku spokoju Grecja nie mogła
wzróść w siłę. Przewlekający się bowiem powrót Hellenów spod Troi
doprowadził do wielu zamieszek; w miastach powstawały często walki
wewnętrzne, a ludność emigrująca wskutek tych walk zakładała nowe
miasta. Dzisiejsi Beoci, w sześćdziesiąt lat po zdobyciu Ilionu
wypędzeni z Arny przez Tessalów, osiedlili się w dzisiejszej Beocji,
zwanej poprzednio Kadmeidą - część ich mieszkała już i dawniej na tej
ziemi i stąd wyruszyła pod Troję - a Dorowie, w osiemdziesiąt lat po
zdobyciu Ilionu, pod wodzą Heraklidów opanowali Peloponez. Z trudem i dopiero po długim czasie doszła Hellada do spokoju i ustalonego trybu
życia i nie przeżywając już wędrówek ludnościowych, zaczęła wysyłać
kolonistów; Ateńczycy skolonizowali Jonię i większą część wysp, a Peloponezyjczycy większą część Sycylii, Italii i niektóre inne obszary
Hellady. Wszystko to skolonizowano dopiero po wojnie trojańskiej.
(13) A kiedy tak krzepła Hellada i więcej jeszcze niż poprzednio
zdobywała zasobów pieniężnych, wraz ze zwiększaniem się dochodów zaczęły
pojawiać się tyranie14 (przedtem były dziedziczne królestwa,
oparte na ustalonych przywilejach) - Hellada zaczęła budować flotę i bardziej interesować się morzem. Koryntyjczycy pierwsi mieli zajmować
się żeglarstwem w sposób najbardziej zbliżony do dzisiejszego i pierwsze
trójrzędowce w Grecji miano zbudować w Koryncie; okazuje się, że również
dla Samijczyków cztery okręty zbudował koryncki budowniczy okrętów,
Amejnokles. Od tej daty, kiedy Amejnokles przybył na Samos, do końca
obecnej wojny minęło mniej więcej trzysta lat. Najstarszą bitwę morską,
o której wiemy, stoczyli Koryntyjczycy i Korkirejczycy; od tej bitwy do
końca obecnej wojny upłynęło około dwustu sześćdziesięciu lat.
Koryntyjczycy, mieszkając w mieście położonym na międzymorzu, zawsze
zajmowali się żywo handlem, gdyż Hellenowie w dawnych czasach raczej
komunikowali się ze sobą drogą lądową niż morską. Ponieważ mieszkańcy
Peloponezu i pozostałego obszaru Hellady przeciągali przez kraj
koryncki, Koryntyjczycy wzbogacili się bardzo, jak na to wskazują także
dawni poeci, którzy dali temu krajowi nazwę "bogatego". A kiedy
Hellenowie zaczęli więcej zajmować się żeglugą, Koryntyjczycy,
zaopatrzywszy się we flotę, tępili korsarstwo i stworzyli w swoim
mieście ośrodek handlu morskiego i lądowego. Miasto ich, czerpiąc stąd
dochody, wzrosło w potęgę. Również Jończycy, ale już znacznie później,
za panowania pierwszego króla perskiego, Cyrusa15, i za syna
jego, Kambizesa16, doszli do posiadania floty; walcząc z Cyrusem, opanowali na pewien czas tamtejsze morze. Także Polikrates,
tyran wyspy Samos za czasów Kambizesa, miał silną flotę i uzależnił od
siebie szereg wysp, a zdobywszy Reneję, poświęcił ją Apollinowi
Delfickiemu17. Również Fokajczycy, kiedy zakładali kolonię w Massalii, pokonali Kartagińczyków w bitwie morskiej.
(14) Były to najpotężniejsze floty ówczesne. Okazuje się jednak, że
nawet i te floty, chociaż budowane już wiele pokoleń po wojnie
trojańskiej, miały mało trójrzędowców, posługiwały się jeszcze
pięćdziesięciowiosłowcami i długimi statkami, jak w owych czasach wojny
trojańskiej. Dopiero niedługo przed wojnami perskimi i przed śmiercią
Dariusza18, który po Kambizesie objął panowanie nad Persami,
pojawiły się trójrzędowce w znacznej ilości u tyranów sycylijskich i Korkirejczyków; te bowiem floty miały ostatnio przed wyprawą
Kserksesa19 duże znaczenie w Helladzie. Ajgineci20,
Ateńczycy i inni Grecy mieli słabe floty, złożone przeważnie z pięćdziesięciowiosłowców; dość późno dopiero namówił
Temistokles21 Ateńczyków, będących w wojnie z Ajginetami, a równocześnie w obliczu oczekiwanej inwazji perskiej, do budowy okrętów,
na których też później walczyli; lecz i te okręty nie wszystkie jeszcze
miały pokłady.
(15) Takie więc były floty Hellenów zarówno dawne, jak i nowsze. Ci
zaś, którzy je posiadali, rozszerzali swą potęgę, zdobywając dochody i opanowując inne państwa. Podpływali bowiem do wysp i podbijali je, a dokonywali tego zwłaszcza ci, którzy nie mieli pod dostatkiem ziemi.
Wojen lądowych, prowadzących do stworzenia jakiejś potęgi, nie było; te
zaś, które były, toczyły się między najbliższymi sąsiadami. Również nie
podejmowali Hellenowie wypraw poza granice, z dala od własnego kraju,
zmierzających do podboju innych narodów. Ani bowiem mniejsze miasta nie
grupowały się jako podległe dokoła państw silniejszych, ani też nie
wiązano się w przymierza na równych prawach w celu podejmowania
wspólnych wypraw, lecz raczej prowadzono wojny sąsiedzkie. Raz tylko w owych odległych czasach, podczas wojny Chalkidy z Eretrią, podzieliła
się cała Hellada, tworząc dwa wrogie sobie obozy.
(16) Różne szczepy greckie napotykały różne przeszkody na drodze
swego rozwoju. Jończykom, którzy doszli już do znacznej potęgi, stanął
na przeszkodzie Cyrus i królestwo perskie, które zmiotło
Krezusa22, zawojowało cały kraj od rzeki Halis do morza i ujarzmiło miasta na lądzie stałym; później Dariusz, silny dzięki flocie
fenickiej23, opanował także i wyspy.
(17) Tyrani, którzy nastali w państwach greckich, dbając tylko o własną korzyść, o samych siebie i o powiększenie potęgi własnego domu,
starali się jedynie o zapewnienie możliwie jak największego
bezpieczeństwa w swoich państwach, nie dokonali też żadnego czynu
godnego uwagi, co najwyżej prowadzili niekiedy spory z sąsiadami. Do
największej potęgi doszli tyrani na Sycylii. W ten sposób przez długi
czas była Hellada hamowana w rozwoju, tak że nie mogła zdobyć się
wspólnie na żaden wielki czyn i - rozdzielona na poszczególne państwa -
nie miała śmielszych koncepcji.
(18) W końcu Lacedemończycy usunęli tyranów z Aten i z pozostałych
państw Hellady, która dawniej przeważnie była pod ich rządami; nie
usunięto jedynie tyranów sycylijskich. Lacedemon, od założenia go przez
mieszkających tam obecnie Dorów, mimo że najdłużej nękany walkami
wewnętrznymi, spośród wszystkich państw, które znamy, miał od
najdawniejszych czasów dobre prawa i nie miał tyranów; przy końcu
obecnej wojny upłynęło nieco więcej niż czterysta lat, odkąd u Lacedemończyków panuje wciąż ten sam ustrój polityczny; dzięki temu
silni, wpływali na formę rządów także w innych państwach. Otóż w niewiele lat po usunięciu tyranów doszło do bitwy pod Maratonem między
Persami a Ateńczykami. W dziesięć lat później barbarzyńca przyszedł
powtórnie z wielką armią24, żeby podbić Helladę. W chwili
grożącego niebezpieczeństwa Lacedemończycy, jako najpotężniejsi, stanęli
na czele zjednoczonych do wojny Hellenów, Ateńczycy zaś, zdecydowawszy
się w obliczu nadciągających Medów na opuszczenie miasta, przenieśli się
z dobytkiem na okręty i dzięki temu stali się narodem żeglarzy. Niedługo
po wspólnym odparciu barbarzyńców podzielili się Hellenowie na dwa
obozy, i to zarówno ci, którzy odpadli od króla perskiego, jak i ci,
którzy wspólnie przeciw niemu walczyli. Jedni przyłączyli się do
Ateńczyków, inni do Lacedemończyków, te bowiem państwa okazały się
najpotężniejsze; jedni bowiem byli silni na lądzie, a drudzy na morzu.
Przez krótki tylko czas trwało przymierze między tymi dwiema potęgami,
następnie zaś, poróżniwszy się między sobą, Lacedemończycy i Ateńczycy,
wspierani przez sprzymierzeńców, walczyli przeciw sobie, a inni
Hellenowie, w wypadku jakiegoś sporu, przyłączali się do jednej lub
drugiej strony. Wskutek tego przez cały okres od wojen perskich aż do
obecnej wojny Ateńczycy i Lacedemończycy żyli częściowo w stanie
rozejmu, częściowo w stanie wojny, wojując albo między sobą, albo
przeciw własnym sprzymierzeńcom odpadającym od nich; dzięki temu
wydoskonalili swą sztukę wojenną i nabrali w niej większego
doświadczenia, ucząc się wśród niebezpieczeństw.
(19) Lacedemończycy sprawowali hegemonię nad swymi sprzymierzeńcami,
nie żądając od nich daniny. Starali się jedynie o to, ażeby zgodnie z ich interesem ustrój u sprzymierzeńców był
oligarchiczny25. Ateńczycy zaś zabrali z biegiem czasu
okręty swoim sprzymierzeńcom z wyjątkiem Chiotów i Lesbijczyków i ustanowiwszy daninę, kazali ją wszystkim płacić. W ten sposób ich własne
wyposażenie wojenne, z jakim wyruszali na obecną wojnę, było większe od
tego, jakie mieli kiedykolwiek w czasach najwyższego rozkwitu razem ze
swoimi sprzymierzeńcami, gdy siły ich nie były jeszcze uszczuplone.
(20) Taki oto obraz starożytności starałem się ustalić na podstawie
przeprowadzonych poszukiwań; zresztą trudno jest dawać wiarę każdemu
dowolnemu świadectwu. Tradycję ustną o dawnych wypadkach przyjmują
ludzie bezkrytycznie, nawet jeśli odnosi się do ich własnego kraju. I tak mnóstwo Ateńczyków myśli, że Hipparch zginął z ręki Harmodiosa i Arystogejtona26 już jako tyran; nie wiedzą, że rządy
sprawował wówczas Hippias jako najstarszy syn Pizystrata, a Hipparch i Tessalos byli jego braćmi. Harmodios i Arystogejton w owym dniu, gdy już
mieli wykonać zamach, powzięli podejrzenie, że ktoś z wtajemniczonych
uprzedził Hippiasa, i wstrzymali się od zamachu na niego. Chcąc zaś,
zanim ich schwytają, dokonać jeszcze jakiegoś ryzykownego czynu, zabili
Hipparcha, napotkawszy go w chwili, gdy przygotowywał procesję
panatenajską27 koło świątyni zwanej Leokorion28.
Także o wielu innych sprawach, i to współczesnych, a nie dawnych i zatartych w pamięci, mają Hellenowie fałszywe wyobrażenia; i tak na
przykład myślą, że królowie lacedemońscy oddają przy głosowaniu po dwa
głosy, a nie jeden, albo że Lacedemończycy mają tzw. oddział
pitański29, który nigdy w ogóle nie istniał. Tak to większość
niewiele troszczy się o znalezienie prawdy i raczej skłonna jest
przyjmować gotowe opinie.
(21) Jednakże nie zbłądziłby ten, kto by na podstawie wyżej
przytoczonych dowodów nabrał przekonania, że właśnie tak było, jak to
przedstawiłem, i nie powinien ufać poetom, którzy upiększali i wyolbrzymiali przeszłość, ani też logografom, którzy przedstawiali
wypadki w sposób raczej interesujący niż prawdziwy. Są to bowiem rzeczy
niedające się udowodnić i takie, z których wiele z czasem zostało
przeniesionych między baśnie. Słuszne byłoby tedy mniemanie, że
osiągnąłem, opierając się na oczywistych dowodach, rezultaty
wystarczające, jeśli się zważy, że idzie o tak zamierzchłą przeszłość.
Chociaż ludzie zawsze tę wojnę, w której biorą udział, uważają za
największą, a po jej zakończeniu raczej podziwiają dawniejsze, to
wystarczy jednak spojrzeć na fakty, żeby się przekonać, że obecna wojna
była mimo wszystko większa od innych.
(22) Wierne odtworzenie przemówień, wygłoszonych przez
poszczególnych mówców bądź przed wojną, bądź w czasie jej trwania, było
rzeczą trudną zarówno dla mnie, który ich sam słuchałem, jak i dla tych,
którzy mi je przekazywali; toteż ułożyłem je tak, jak by - według mnie
najodpowiedniej do okoliczności - mógł przemówić dany mówca, trzymałem
się jednak jak najbliżej zasadniczej myśli mów rzeczywiście
wypowiedzianych. Jeśli zaś idzie o wypadki wojenne, nie uważałem za
słuszne spisywać tego, czego się dowiedziałem od pierwszego lepszego
świadka, lub tego, co mi się zdawało, ale tylko to, czego sam byłem
świadkiem, albo to, co słysząc od innych, z największą możliwie
ścisłością i w każdym szczególe zbadałem; trudno zaś było dojść prawdy,
ponieważ nie zawsze świadkowie byli zgodni w przedstawianiu tych samych
wypadków, lecz podawali je zależnie od sympatii dla jednej lub drugiej
strony walczącej i zależnie od swej pamięci. Jeśli chodzi o słuchaczy,
to dzieło moje, pozbawione baśni, wyda im się może mniej interesujące,
lecz wystarczy mi, jeśli uznają je za pożyteczne ci, którzy będą chcieli
poznać dokładnie przeszłość i wyrobić sobie sąd o takich samych lub
podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze zwykłą koleją spraw ludzkich
mogą zajść w przyszłości. Dzieło moje jest bowiem dorobkiem o nieprzemijającej wartości, a nie utworem dla chwilowego popisu.
(23) Spośród dawniejszych wydarzeń najważniejszymi były wojny
perskie, ale rozstrzygnięto je szybko w dwu bitwach morskich i dwu
lądowych, obecna zaś wojna była długotrwała i tyle cierpień przypadło w udziale Helladzie, ile nigdy przedtem w równie długim okresie. Nigdy
bowiem przedtem nie zdobyli i nie zamienili w pustynię tylu miast ani
barbarzyńcy, ani sami Grecy walczący przeciw sobie. Są też miasta, które
po zdobyciu zostały skolonizowane przez zupełnie nową ludność. Nigdy też
przedtem nie było takiej fali wysiedleń ani takiego przelewu krwi
wskutek działań wojennych i walk domowych. Rzeczy, które dawniej znano
tylko ze słyszenia, ale które raczej rzadko znajdowały potwierdzenie w rzeczywistości, obecnie utraciły swą niewiarygodność: niezwykle silne
trzęsienia ziemi na dużych obszarach, zaćmienia Słońca zdarzające się
częściej, niż to z dawniejszych czasów wspominano, wielkie susze i spowodowane przez nie klęski głodowe, a przede wszystkim zaraza, która w poważnym stopniu spustoszyła i częściowo zniszczyła Helladę - wszystko
to szło równocześnie z tą wojną. Rozpoczęli ją Ateńczycy i Peloponezyjczycy, zerwawszy trzydziestoletni rozejm30, jaki trwał
między nimi od zdobycia Eubei31. Powody zaś zerwania rozejmu i punkty sporne podaję od razu na wstępie, ażeby nikt w przyszłych wiekach
nie miał wątpliwości, z jakiego powodu wybuchła tak wielka wojna między
Hellenami. Otóż za najistotniejszy powód, chociaż przemilczany, uważam
wzrost potęgi ateńskiej i strach, jaki to wzbudziło u Lacedemończyków;
natomiast powody oficjalnie podawane, dla których obie strony, zerwawszy
rozejm, stanęły na stopie wojennej, były następujące:
(24) Przy wjeździe do Zatoki Jońskiej, po prawej stronie, leży
miasto Epidamnos; mieszkają dookoła niego barbarzyńcy Taulantyjczycy,
szczepu illiryjskiego. Miasto owo zbudowali jako swą kolonię
Korkirejczycy, a założycielem jego był Falios, syn Eratoklejdesa, z pochodzenia Koryntyjczyk z rodu Heraklidów, przyzwany według starego
prawa zwyczajowego z metropolii; w kolonizacji zaś wzięli udział również
niektórzy Koryntyjczycy i inni Dorowie. Z biegiem czasu miasto
Epidamnijczyków wzrosło i miało wielką liczbę ludności; jednakże wskutek
sporów wewnętrznych, które - jak mówią - trwały u nich długie lata,
doznali Epidamnijczycy wielu strat w wojnie prowadzonej z okolicznymi
barbarzyńcami i znacznie osłabli. W ostatnich czasach, tuż przed
współczesną nam wojną, lud epidamnijski wypędził bogaczy, a ci,
opuściwszy miasto, powrócili z barbarzyńcami i łupili ludność
epidamnijską na lądzie i na morzu. Mieszkańcy Epidamnos, uciskani przez
przeciwników, wysyłają posłów do Korkiry jako do miasta macierzystego z prośbą, żeby Korkirejczycy nie patrzyli obojętnie na ich zagładę, lecz
doprowadzili do zgody między nimi a emigrantami i położyli kres wojnie z barbarzyńcami. Posłowie prosili o to, usiadłszy w charakterze
błagalników w świątyni Hery, lecz Korkirejczycy nie uwzględnili ich
prośby i odprawili ich z niczym.
(25) Epidamnijczycy, widząc, że nie otrzymają żadnej pomocy od
Korkirejczyków, nie wiedzieli, jak sobie poradzić. Wysłali więc
delegację do Delf z zapytaniem do boga, czy mają miasto oddać pod opiekę
Koryntyjczykom jako założycielom i starać się u nich o jakąś pomoc. Bóg
odpowiedział, że powinni miasto powierzyć Koryntyjczykom i przyjąć ich
kierownictwo. Epidamnijczycy przybyli więc do Koryntu i zgodnie z zaleceniem wyroczni oddali swe miasto Koryntyjczykom jako kolonię,
wskazując na to, że założyciel Epidamnos pochodził z Koryntu, i powołując się na wyrocznię; prosili też, żeby nie patrzono obojętnie na
ich zagładę, lecz by udzielono im pomocy. Koryntyjczycy podjęli się
tego, przekonani o słuszności sprawy, uważając, że Epidamnos jest ich
kolonią w nie mniejszym stopniu niż kolonią Korkirejczyków. Powodowali
się przy tym także nienawiścią do Korkirejczyków, ponieważ Korkira, mimo
że była kolonią koryncką, lekceważyła Koryntyjczyków. Korkirejczycy
podczas wspólnych uroczystości religijnych nie okazywali Koryntyjczykom
uświęconych prawem zwyczajowym oznak czci ani nie wzywali obywatela
korynckiego do inaugurowania ofiar, tak jak wszystkie inne kolonie, lecz
lekceważyli Korynt, dorównując wówczas potęgą finansową najbogatszym
państwom helleńskim, a pod względem przygotowania wojennego nawet je
przewyższając. Nieraz też chełpili się, że flotą znacznie nad Koryntem
górują, jako że na Korkirze mieszkali ongi Feakowie, którzy mieli sławę
doskonałych żeglarzy. Dlatego też tym gorliwiej pracowali nad rozbudową
marynarki i siła ich była niemała; w chwili wybuchu wojny mieli bowiem
sto dwadzieścia trójrzędowców.
(26) Koryntyjczycy, urażeni tym wszystkim, z radością wysłali pomoc
do Epidamnos, wzywając każdego chętnego, żeby szedł w charakterze
kolonisty, i posyłając załogę złożoną z Amprakiotów, Leukadyjczyków i swoich własnych obywateli. Wyruszyli zaś drogą lądową do Apollonii,
która była kolonią koryncką, unikając drogi morskiej z obawy przed
Korkirejczykami. Korkirejczycy, dowiedziawszy się, że nowi osadnicy i załoga przybyli do Epidamnos, a kolonia oddała się w opiekę
Koryntyjczykom, rozgniewali się. Wypłynęli natychmiast w dwadzieścia
pięć okrętów, a później wysłali jeszcze drugą eskadrę i wzywali
złośliwie Epidamnijczyków do przyjęcia z powrotem emigrantów i do
odprawienia załogi i osadników przysłanych przez Korynt. Emigranci
bowiem, przybywszy do Korkiry, wskazując na znajdujące się tam groby
swych przodków i na wspólne pochodzenie, prosili Korkirejeczyków o sprowadzenie ich z powrotem do Epidamnos. Epidamnijczycy nie usłuchali
Korkirejczyków. Korkirejczycy wyruszyli więc przeciw nim w czterdzieści
okrętów, wioząc ze sobą emigrantów, by ich osadzić z powrotem w Epidamnos, dobrali sobie również posiłki od barbarzyńców. Przybywszy pod
miasto, ogłosili, że zarówno Epidamnijczycy, jeśli chcą, jak i obcy
obywatele mogą bez przeszkód miasto opuścić, jeśli zaś nie opuszczą,
będą uważani za nieprzyjaciół. Kiedy to wezwanie nie odniosło skutku,
Korkirejczycy zaczęli oblegać miasto (a leży ono na międzymorzu).
(27) Koryntyjczycy, skoro przybyli do nich posłowie z Epidamnos z wiadomością o oblężeniu, przygotowywali się do wyprawy i równocześnie
ogłosili werbunek na kolonistów do Epidamnos na równych warunkach z dawnymi mieszkańcami tego miasta; jeśliby zaś ktoś nie miał ochoty od
razu jechać, a mimo to pragnął uczestniczyć w kolonizacji, mógł pozostać
w Koryncie, ale musiał złożyć pięćdziesiąt drachm32. Znalazło się
też wielu takich, którzy wyjeżdżali, i wielu takich, którzy składali
pieniądze. Poprosili także Megaryjczyków o eskortę na morzu na wypadek,
gdyby Korkirejczycy chcieli im w drodze przeszkodzić; Megaryjczycy
przygotowali więc osiem okrętów eskortujących, a Palejczycy z Kefallenii
cztery; Epidauros na prośbę Koryntu dostarczył pięć okrętów, mieszkańcy
Hermiony - jeden, Trojdzeńczycy - dwa, Leukadyjczycy - dziesięć,
Amprakioci - osiem; Tebańczyków zaś i mieszkańców Fliuntu poprosili
Koryntyjczycy o pieniądze, Elejczyków o okręty bez załogi i pieniądze.
Sami Koryntyjczycy przygotowali trzydzieści okrętów i trzy tysiące
hoplitów33.
(28) Korkirejczycy, dowiedziawszy się o przygotowaniach, zabrali ze
sobą posłów lacedemońskich i sykiońskich i udawszy się z nimi do
Koryntu, wezwali Koryntyjczyków do wycofania z Epidamnos załogi i kolonistów. Twierdzili, że Korynt nie ma do Epidamnos prawa; jeśli zaś
Koryntyjczycy są przeciwnego zdania, można oddać sprawę sądowi
polubownemu złożonemu z przedstawicieli tych państw peloponeskich, na
które obie strony wyrażą zgodę; której stronie zostanie przyznana
kolonia, ta będzie nad nią sprawować władzę. Chcieli również sprawę
przekazać wyroczni delfickiej, ostrzegali zaś przed wojną. Oświadczyli,
że w przeciwnym wypadku, wobec stosowania przemocy, oni też będą
zmuszeni ze względu na swój interes postarać się o innych niż obecnie
przyjaciół, czego sobie nie życzą. Koryntyjczycy odpowiedzieli im, że
zgodzą się na rozpatrzenie sprawy, jeśli Korkirejczycy wycofają przedtem
spod Epidamnos okręty i barbarzyńców; twierdzili, że nie wypada, aby oni
się procesowali, a Epidamnijczycy znosili oblężenie. Na to odpowiedzieli
Korkirejczycy, że uczynią to, jeśli również Koryntyjczycy wycofają
swoich z Epidamnos. Zgadzali się również na to, żeby obie strony
pozostały na dotychczasowych stanowiskach i zawarły rozejm do chwili
rozsądzenia sprawy.
(29) O tym wszystkim nie chcieli słyszeć Koryntyjczycy; skoro tylko
obsadzili okręty załogą i sprzymierzeńcy się zjawili, wysłali
herolda34 z wypowiedzeniem wojny Korkirze. Następnie,
wyruszywszy w siedemdziesiąt pięć okrętów i dwa tysiące hoplitów,
płynęli ku Epidamnos na wojnę z Korkirejczykami; nad flotą dowództwo
sprawowali Arysteus, syn Pellichosa, Kallikrates, syn Eurytymosa, i Izarchidas, syn Izarcha. Skoro znaleźli się w Aktion w ziemi
anaktoryjskiej, gdzie stoi świątynia Apollona u wejścia do Zatoki
Amprakijskiej, Korkirejczycy wysłali do nich łodzią herolda z wezwaniem,
żeby dalej przeciw nim nie płynęli; równocześnie obsadzili załogą swoje
okręty, doprowadziwszy starsze z nich do stanu używalności i naprawiwszy
inne. Kiedy zaś herold nie przywiózł pokojowej odpowiedzi od
Koryntyjczyków, Korkirejczycy flotę swą w liczbie osiemdziesięciu
okrętów - gdyż innych czterdzieści oblegało Epidamnos - obsadzili pełną
załogą i wypłynęli naprzeciw, a ustawiwszy się w szyk bojowy, stoczyli
bitwę morską i odnieśli świetne zwycięstwo, zniszczywszy piętnaście
okrętów korynckich. Przypadek chciał, że tego samego dnia także tym
Korkirejczykom, którzy oblegali Epidamnos, udało się doprowadzić miasto
do kapitulacji na takich warunkach, że obcy obywatele mieli zostać
sprzedani w niewolę, Koryntyjczycy zaś uwięzieni aż do dalszej decyzji.
(30) Po bitwie morskiej Korkirejczycy, postawiwszy pomnik zwycięstwa
na przylądku Korkiry Leukimme, Koryntyjczyków uwięzili, a wszystkich
innych jeńców zabili. Kiedy zaś Koryntyjczycy i ich sprzymierzeńcy,
poniósłszy klęskę, odpłynęli z flotą do domu, Korkirejczycy opanowali
całe tamtejsze morze; popłynąwszy do kolonii korynckiej Leukady,
spustoszyli ją, a Killene, gdzie były warsztaty okrętowe, spalili za to,
że Elejczycy dostarczyli Koryntowi okrętów i pieniędzy. I przez bardzo
długi czas po bitwie morskiej panowali Korkirejczycy nad morzem i podpływając, gnębili sprzymierzeńców Koryntu; dopiero z nastaniem lata
Koryntyjczycy wysłali flotę i wojsko lądowe ze względu na ciężkie
położenie sprzymierzeńców. Rozłożyli się obozem koło Aktion i Chejmerion
w Tesprotydzie dla ochrony Leukady i reszty państw z nimi
zaprzyjaźnionych. Po przeciwnej stronie stanęli na Leukimme z flotą i z wojskiem lądowym Korkirejczycy. Obie strony nie nacierały jednak na
siebie, lecz obozując naprzeciw przez całe lato, z nastaniem zimy
powróciły do domu.
(31) Przez cały rok po bitwie morskiej i przez rok następny
Koryntyjczycy, prowadząc zawzięcie wojnę z Korkirejczykami, budowali
okręty i przygotowywali olbrzymią flotę, a wioślarzy werbowali za
pieniądze zarówno z Peloponezu, jak i z pozostałej Hellady.
Korkirejczycy, słysząc o tych przygotowaniach, przelękli się, ponieważ
nie byli sprzymierzeni z żadnym z państw greckich i nie byli zapisani
ani do związku ateńskiego, ani do spartańskiego35.
Postanowili więc udać się do Aten i zawrzeć z nimi przymierze, aby
uzyskać jakąś pomoc. Koryntyjczycy zaś, dowiedziawszy się o tym, wysłali
również poselstwo do Aten w obawie, żeby flota ateńska połączona z korkirejską nie przeszkodziła im w prowadzeniu wojny według ich woli.
Kiedy zaś zwołano zgromadzenie ludowe, posłowie obu stron wystąpili z mowami skierowanymi przeciw sobie. Korkirejczycy przemówili w ten
sposób:
(32) "Ateńczycy, jest rzeczą słuszną, żeby każdy, kto udaje się do
innych z prośbą o pomoc, a nie może powołać się ani na wielką usługę
przedtem przez siebie wyświadczoną, ani na związki przymierza - a to
zachodzi właśnie w naszym wypadku - wykazał na wstępie, że jego prośba
przynosi korzyść tym, których prosi, a w każdym razie, że przynajmniej
nie jest dla nich szkodliwa, następnie zaś, że będzie odczuwał trwałą
wdzięczność; jeśli zaś tego jasno nie udowodni, nie może czuć urazy w razie odmowy. Korkirejczycy, wysyłając nas z prośbą o zawarcie
przymierza, wysłali nas również w tej wierze, że potrafią wam
zagwarantować pewność co do wyżej wymienionych punktów. Co prawda tak
się składa, że dotychczasowe nasze postępowanie stoi w sprzeczności z naszą prośbą i dla naszej sprawy w obecnej sytuacji jest niekorzystne.
Przychodzimy teraz prosić o przymierze innych, z własnej bowiem woli z nikim dotychczas nie jesteśmy sprzymierzeni, i to jest właśnie powodem
naszego osamotnienia w wojnie z Koryntem. To, co dawniej wydawało się
nam mądrą przezornością, a mianowicie niechęć do zawierania przymierzy,
które by potem zmuszały do narażania się dla cudzej sprawy, obecnie
okazało się krótkowzrocznością i słabością. W stoczonej bitwie morskiej
sami odparliśmy wprawdzie Koryntyjczyków, teraz jednak ruszają oni na
nas z większą siłą zebraną z Peloponezu i z całej Hellady. Widzimy, że
nie jesteśmy w stanie pokonać ich własnymi siłami i że grozi nam
niebezpieczeństwo w razie klęski. Musimy więc prosić i was, i wszystkich
innych o pomoc i o wyrozumienie, decydując się na krok sprzeczny z naszą
dotychczasową polityką odosobnienia, która płynęła nie ze złej woli,
lecz raczej z mylnej oceny sytuacji.
(33) Jeśli nas posłuchacie, to fakt, że was o pomoc prosimy, będzie
dla was pod wielu względami korzystny. Po pierwsze dlatego, że
przyjdziecie z pomocą nie stronie krzywdzącej innych, lecz
pokrzywdzonej; następnie dlatego, że przyjąwszy do swego przymierza
państwo, którego najwyższe dobro jest zagrożone, zobowiążecie nas do
wiecznej wdzięczności; prócz tego mamy flotę najsilniejszą w Grecji, nie
licząc waszej. I pomyślcie, czy może się zdarzyć szczęśliwszy dla was, a bardziej przykry dla nieprzyjaciół traf od tego, że potęga, dla której
pozyskania dalibyście wiele pieniędzy i wyświadczylibyście wiele usług,
obecnie zjawia się sama, bez wezwania? Oddaje się wam ona bez
niebezpieczeństw i wydatków z tym związanych, przynosi wam prócz tego
sławę na całym świecie, wdzięczność tych, którym pomożecie, a wam samym
siłę. Otrzymać to wszystko za jednym razem udało się niewielu państwom
na przestrzeni wieków; niewiele też państw, prosząc o przymierze,
przynosi tym, których o to prosi, bezpieczeństwo i sławę w nie mniejszym
stopniu, niż je od nich otrzymuje. Jeśli zaś ktoś z was sądzi, że wojny,
w której moglibyśmy wam być użyteczni, nie będzie, to się myli; nie
dostrzega bowiem, że Lacedemończycy ze strachu przed wami doprowadzą do
wojny i że Koryntyjczycy mają u nich wpływy; będąc waszymi wrogami, chcą
oni najpierw nas pobić, by później was zaatakować, abyśmy jako wspólni
ich wrogowie nie stanęli razem przeciw nim; dążą do osiągnięcia
przynajmniej jednego z dwu celów: albo nas zniszczyć, albo wzmocnić
samych siebie. Naszym z kolei zadaniem jest zapobiec obu możliwościom
przez to, że jedna strona zaofiaruje przymierze, a druga przyjmie tę
propozycję; raczej powinniśmy uprzedzić ich ataki, niż czekać, aż
będziemy zmuszeni do ich odpierania.
(34) Gdyby zaś Koryntyjczycy twierdzili, że przyjęcie nas do waszego
związku jest rzeczą niesprawiedliwą, dlatego że jesteśmy kolonią
koryncką, to niech się dowiedzą, że każda dobrze traktowana kolonia
szanuje swoje miasto macierzyste, krzywdzona zaś staje się obcą i obojętną; kolonistów bowiem nie na to się wysyła, żeby byli
niewolnikami, lecz żeby mieli równe prawa z tymi, którzy pozostają w domu. Że zaś Koryntyjczycy postępowali niesprawiedliwie, jest oczywiste;
wezwani bowiem do załatwienia sprawy Epidamnos w drodze arbitrażu,
postanowili dochodzić swoich pretensji raczej wojną niż prawem. Sposób,
w jaki postępują z nami, swymi pobratymcami, niech będzie dla was
przestrogą, abyście nie dali się wyprowadzić w pole ich zwodniczym
argumentom ani nie ulegli ich otwartym prośbom; najtrwalszą bowiem
gwarancję bezpieczeństwa osiąga ten, kto nie musi żałować, że przysłużył
się swoim nieprzyjaciołom.
(35) Nie zerwiecie również rozejmu z Lacedemończykami, przyjmując
nas; jesteśmy bowiem sprzymierzeńcami i jednej, i drugiej strony.
Powiedziane jest bowiem w układzie ateńsko-lacedemońskim, że każde
państwo helleńskie, niebędące sprzymierzeńcem żadnej z obu stron, może
się dołączyć do tej strony, do której dołączyć się ma ochotę. I dziwne
byłoby, jeśliby Koryntyjczycy, werbując marynarzy wśród swoich
sprzymierzeńców na obszarze całej Hellady, a nawet w państwach wam
podległych, mogli nam przeszkadzać w uzyskaniu jakiejś pomocy i w zawarciu przymierza, które dla wszystkich jest dostępne. A jeśli
Koryntyjczycy będą wam wyrzucać, żeście się zgodzili na naszą prośbę, to
o wiele większe pretensje będziemy mieć my, jeśli się nie zgodzicie; w tym wypadku bowiem odepchniecie państwo znajdujące się w niebezpieczeństwie i niebędące waszym wrogiem, a nie przeciwstawicie się
Koryntyjczykom, waszym wrogom i napastnikom, i jeszcze pozwolicie, żeby
czerpali oni siłę z krajów wam podległych. Lecz to byłoby
niesprawiedliwe: należy albo zabronić werbunku na ziemiach podległych,
albo i nam w sposób, jaki uznacie za właściwy, przyjść z pomocą, a najlepiej otwarcie nam pomóc, przyjąwszy do związku. Zgodnie zaś z tym,
co powiedzieliśmy już na początku, przynosimy wam wiele korzyści;
najważniejsza z nich jest ta - i to jest najpewniejszą rękojmią - że
mamy tych samych wrogów, i to nie słabych, lecz zdolnych zaszkodzić nam,
gdybyśmy się od was mieli odłączyć. Wobec tego, że nie państwo lądowe,
ale morskie ofiaruje wam przymierze, odrzucenie go nie może być dla was
obojętne. Przede wszystkim powinniście, jeśli to leży w waszej mocy, nie
dopuścić, żeby kto inny posiadał flotę, a jeśli to jest niemożliwe,
związać się przyjaźnią z tym, kto jest na morzu najsilniejszy.
(36) Ten zaś, kto mimo że rozumie korzyści przez nas przedstawione,
obawia się, żeby przekonany tymi argumentami nie zerwał traktatu
ateńsko-peloponeskiego, niech wie, że ta jego obawa, jeśli się do niej
dołączy istotna siła, raczej przerazi nieprzyjaciół, podczas gdy pewność
siebie, jaką mieć będzie, jeśli nas do związku nie przyjmie, mniej
wzbudzi strachu w silnym wrogu, ponieważ w istocie będzie słabością.
Niech pamięta i o tym, że w tej chwili podejmuje decyzję w nie mniejszym
stopniu w sprawie samych Aten co Korkiry, i o tym, że wcale nie
najlepiej dba o dobro ojczystego miasta, jeśli w obliczu nadciągającej i niemal rozpoczętej wojny, myśląc tylko o chwili obecnej, waha się
przyjąć do związku kraj, którego przyjaźń albo nieprzyjaźń ma zasadnicze
znaczenie. Kraj nasz leży bowiem na drodze do Italii i Sycylii, tak że
może przeszkodzić flocie italskiej i sycylijskiej w przedostaniu się do
Peloponezyjczyków, a przeciwnie, waszej flocie może ułatwić przedostanie
się na tamtą stronę. Prócz tego nasz kraj daje wam także pod innymi
względami wiele korzyści. Abyście zaś mogli osądzić, że nie należy nas
odrzucać, podajemy zwięźle dla wszystkich razem i każdego z osobna
następujący argument. Trzy są w Helladzie godne uwagi potęgi morskie:
wasza, nasza i koryncka; jeśli dozwolicie, żeby z tych trzech potęg dwie
złączyły się w jedną i żeby Koryntyjczycy najpierw nas pochłonęli, to
później będziecie musieli walczyć na morzu z połączonymi siłami
Korkirejczyków i Peloponezyjczyków; przyjąwszy zaś nas do związku
będziecie mieli w razie wojny flotę powiększoną o nasze okręty". Tak
przemówili Korkirejczycy, po nich zaś Koryntyjczycy w ten sposób:
(37) "Wobec tego, że obecni tu Korkirejczycy poruszali nie tylko
sprawę przyjęcia ich przez was do związku, lecz mówili również o tym, że
ich krzywdzimy i niesprawiedliwie z nimi postępujemy, musimy i my
wspomnieć na wstępie o tych zarzutach, a dopiero potem przejść do
dalszej części naszego przemówienia; w ten sposób będziecie mogli tym
pewniej przekonać się w porę o słuszności naszych żądań i nie będziecie
musieli bez uzasadnienia odrzucać prośby Korkiry. Twierdzą
Korkirejczycy, że nie zawierali przymierza z nikim, kierując się
roztropną powściągliwością. W rzeczywistości obrali taką politykę nie z dobrych, lecz ze zbrodniczych pobudek, nie chcieli bowiem mieć żadnego
sprzymierzeńca ani świadka swych niesprawiedliwości i w ten sposób
pragnęli oszczędzić sobie wstydu. Równocześnie dogodne i niezależne
położenie ich państwa pozwala im o wiele łatwiej występować w roli
sędziów, jeśli kogoś skrzywdzą, niżby to miało miejsce, gdyby byli
związani układami; sami bowiem bardzo rzadko odwiedzają swoich sąsiadów,
podczas gdy u nich z konieczności ląduje bardzo wielu cudzoziemców.
Istotny powód owego wspaniałego odosobnienia, którym się zasłaniają, nie
leży w tym, że nie chcą brać udziału w krzywdzeniu innych, lecz w tym,
że chcą sami w pojedynkę krzywdzić i, gdzie mają przewagę, używać
przemocy, a gdzie się da, po kryjomu oszukiwać i nie wstydzić się, jeśli
coś zagarną. Przecież gdyby byli ludźmi - jak sami o sobie mówią -
uczciwymi, to im bardziej kraj ich byłby niedostępny dla sąsiadów, tym
większą mieliby możność okazania uczciwości, proponując sami sądy
rozjemcze i przyjmując ich wyroki.
(38) Ale ani w stosunku do innych, ani w stosunku do nas nie są
takimi, za jakich chcą uchodzić. Będąc naszą kolonią, oderwali się od
nas zupełnie, a teraz prowadzą z nami wojnę, twierdząc, że nie na to
wysłano ich jako kolonistów, żeby mieli krzywd od nas doznawać. My zaś
twierdzimy, że nie na to wysłaliśmy ich jako kolonistów, żeby się
narażać na ich obelgi, lecz żeby mieć nad nimi hegemonię i należną od
nich cześć. Wszystkie inne nasze kolonie szanują nas, jesteśmy państwem
najbardziej lubianym przez swych kolonistów; jasną jest też rzeczą, że
jeśli się większości naszych kolonii podobamy, to i Korkirejczycy nie
powinni mieć uzasadnionych powodów do niezadowolenia, a my również nie
prowadzilibyśmy tej wyjątkowej wojny z nimi, gdyby oni w sposób
wyjątkowy nas nie skrzywdzili. A nawet gdybyśmy naprawdę zawinili, to
czyż nie pięknie byłoby z ich strony ustąpić przed naszym gniewem? Wtedy
my okrylibyśmy się hańbą, gdybyśmy użyli gwałtu w stosunku do skromnego
miasta. Lecz oni uniesieni butą i bezwzględnością, jaką niesie ze sobą
bogactwo, dopuścili się wielu przewinień w stosunku do nas. Kiedy
nieprzyjaciele niszczyli Epidamnos, będący naszą własnością, nie
ujmowali się za nim; teraz zaś, kiedyśmy przyszli na pomoc temu miastu,
opanowali je gwałtem i dzierżą w swym posiadaniu.
(39) Powiadają wprawdzie, że pragnęli naprzód załatwić sprawę przed
sądem rozjemczym, lecz wezwanie do arbitrażu może tylko wtedy być brane
poważnie, jeśli propozycję tę stawia nie ten, kto znajduje się w sytuacji korzystniejszej i zabezpieczonej, ale ten, kto uzgodni swoje
słowa z czynami, zanim jeszcze za broń chwyci. Ci zaś wystąpili z pięknie brzmiącą propozycją sądu rozjemczego nie przed oblężeniem
miasta, lecz wtedy dopiero, kiedy doszli do przekonania, że nie będziemy
się temu przyglądać bezczynnie. Teraz przychodzą tutaj, nie zadowalając
się tym, że już tam popełnili niesprawiedliwość, i starają się namówić
was nie do przymierza, lecz do udziału w krzywdzeniu innych i do
przyjęcia ich, kiedy się z nami poróżnili. Powinni byli zjawić się u was
wtedy, gdy jeszcze czuli się całkiem bezpieczni, a nie teraz, kiedy nas
skrzywdzili, a sami znajdują się w niebezpieczeństwie, kiedy macie
udzielić im pomocy, chociaż dotychczas potęga ich nie stała u waszego
boku, i kiedy w naszych oczach na równi z nimi macie na siebie brać
winę, chociaż nie uczestniczyliście w ich niesprawiedliwościach; gdyby
byli już dawno połączyli swą potęgę z waszą, mogliby obecnie domagać
się, byście wspólnie ponieśli skutki ich postępowania!
(40) Wykazaliśmy więc, że przychodzimy do was ze słusznymi skargami
i że Korkirejczycy stosują gwałt i są zachłanni. Obecnie musimy was
przekonać, że przyjmując ich, postąpilibyście niesprawiedliwie. Jeśli
bowiem mówi się w traktacie, że każde z państw, które nie jest
wymienione w układzie, może przystąpić do związku z tym państwem, z którym związać się ma ochotę, to postanowienie to nie odnosi się do
takich, którzy szukają przymierza na szkodę innych, lecz do takich,
którzy nie odsuwając się od innych, potrzebują opieki, a swoim
opiekunom, jeśli są oni rozsądni, nie sprowadzą na kark wojny zamiast
pokoju. To właśnie mogłoby się wam przydarzyć, gdybyście nas nie
posłuchali, gdyż przyjmując ich, stalibyście się nie tylko ich
pomocnikami, ale również z naszych sprzymierzeńców - naszymi wrogami.
Jeżeli bowiem pójdziecie z nimi, będziemy musieli, broniąc się przed
Korkirą, bronić się również przed wami. A przecież waszym obowiązkiem
jest przede wszystkim zachować neutralność, a jeśli nie, to iść z nami
przeciw Korkirejczykom - gdyż z nami macie układ pokojowy, podczas gdy z Korkirą nigdy nie mieliście nawet zwykłego zawieszenia broni. Nie wolno
dopuścić, żeby zaczął wchodzić w życie zwyczaj przyjmowania do
przymierza tych, którzy od kogo innego odpadli. Kiedy Samijczycy
oderwali się od was, a Peloponezyjczycy radzili nad tym, czy im pomóc, i zdania ich były podzielone, nie głosowaliśmy przeciw wam, lecz jawnie
oświadczyliśmy, że każdy ma prawo karać własnych sprzymierzeńców. Jeżeli
bowiem przyjąwszy do swego związku winnych, pomożecie im, to się okaże,
że także niektórzy z waszych sprzymierzeńców, i to bynajmniej nie
najsłabsi, przejdą na naszą stronę; w ten sposób wprowadzicie zwyczaj,
który raczej obróci się przeciw wam niż przeciwko nam.
(41) Takie więc są zasady prawne, na których się opieramy, zwracając
się do was; są one zupełnie wystarczające z punktu widzenia tradycji
panującej wśród Hellenów. Prócz tego jednak zwracamy się do was z wezwaniem i prośbą, twierdząc, że powinniście się nam obecnie
odwdzięczyć; nie jesteśmy przecież waszymi nieprzyjaciółmi, abyście
musieli nam szkodzić, z drugiej strony nie jesteśmy tak dalece
zaprzyjaźnieni, ażebyście mogli bez zastrzeżeń na nas liczyć. Mając
bowiem kiedyś mało okrętów wojennych na wojnę z Ajginetami - było to
przed wojnami perskimi - wzięliście dwadzieścia okrętów wojennych od
Koryntyjczyków; i ta przysługa, i druga, wyświadczona wam podczas wojny
z Samijczykami, kiedy to dzięki nam Peloponezyjczycy nie pomogli
Samijczykom, umożliwiła wam pokonanie Ajginetów i ukaranie Samijczyków.
Działo się to zaś w okolicznościach, kiedy ludzie, zajęci walką ze swymi
wrogami, przeważnie na nic nie zwracają uwagi poza zwycięstwem, które
chcą osiągnąć; tego bowiem, kto im pomaga, uważają za przyjaciela,
chociażby przedtem był wrogiem, a tego, kto się im sprzeciwia, za wroga,
chociażby zresztą był przyjacielem, gdyż pod wpływem chwilowej
namiętności mniej się dba nawet o własne sprawy.
(42) Rozważywszy to - a młodsi mogą się poradzić starszych -
powinniście dojść do przekonania, że należy nam równą miarą odpłacić. I niechaj nikt nie sądzi, że to wszystko jest wprawdzie słuszne, jednakże
w razie wybuchu wojny nie będzie korzystne. Korzyść bowiem zasadniczo
idzie w parze z uczciwym postępowaniem, a owa przyszła wojna, którą was
straszą Korkirejczycy, namawiając do popełnienia niesprawiedliwości,
jest jeszcze niepewna; chodzi o to, abyście pod wrażeniem owej
przyszłej, niepewnej jeszcze wojny nie zrobili sobie z Koryntyjczyków
wrogów już teraz, a nie dopiero w przyszłości. Roztropną jest rzeczą
usunąć raczej cień nieufności istniejący między nami z dawniejszych
czasów z powodu Megary; najświeższa bowiem przysługa wyświadczona w odpowiedniej chwili, nawet chociażby była niewielka, zdoła usunąć nawet
poważniejsze nieporozumienie. Nie dajcie się również uwieść temu, że
ofiarują wam przymierze wielkiej swojej floty; nie krzywdząc bowiem
równorzędnych sobie państw, pewniej zdobywa się potęgę, niż gdy -
ulegając pozorom chwilowej korzyści - dąży się do ryzykownych zdobyczy.
(43) Obecnie znaleźliśmy się w takiej samej sytuacji, jaka była
przedmiotem obrad w Lacedemonie, kiedyśmy wyraźnie stwierdzili, że każdy
ma prawo sam karać swych sprzymierzeńców; wobec tego oczekujemy od was
takiej samej decyzji i prosimy, żebyście poparci wówczas naszym głosem
nie zaszkodzili nam obecnie swoim. Odpłaćcie nam tym samym! Jest to
właśnie taka chwila, w której ten, kto pomaga, staje się przyjacielem, a ten, kto się sprzeciwia - wrogiem. Nie przyjmujcie Korkirejczyków wbrew
naszej woli do związku i nie pomagajcie im w ich niesprawiedliwościach.
Tak czyniąc, postąpicie najsprawiedliwiej i poweźmiecie najlepszą dla
siebie decyzję".
(44) Tak przemawiali Koryntyjczycy. Ateńczycy zaś, wysłuchawszy obu
stron, zwoływali aż dwukrotnie zgromadzenie ludowe. Na pierwszym z nich
raczej przyjęli przychylnie przemówienie Koryntyjczyków, na następnym
zaś zmienili zdanie. Nie uchwalili wprawdzie przymierza z Korkirejczykami w tym sensie, żeby mieć wspólnych przyjaciół i nieprzyjaciół - gdyby bowiem Korkirejczycy domagali się od nich wyprawy
przeciw Koryntowi, doszłoby do zerwania rozejmu ateńsko-peloponeskiego -
jednakże zawarli przymierze odporne, zobowiązujące do wzajemnej pomocy,
jeśliby kto atakował Korkirę albo Ateny, albo ich sprzymierzeńców.
Wydawało się bowiem, że wojna z Peloponezyjczykami i tak wybuchnie.
Dlatego też nie chcieli oddawać Korkiry, mającej silną flotę, w ręce
Koryntyjczyków, lecz życzyli sobie jak najsilniejszego starcia między
Koryntem a Korkirą, ażeby w razie wojny Korynt i inne państwa mające
flotę były osłabione. Równocześnie doceniali dogodne położenie Korkiry
na drodze do Italii i Sycylii.
(45) W tej myśli zawarli Ateńczycy przymierze z Korkirejczykami i niedługo po odjeździe poselstwa korynckiego posłali im na pomoc dziesięć
okrętów; dowodzili nimi Lakedajmonios, syn Kimona, Diotymos, syn
Strombichosa, i Proteas, syn Epiklesa. Zabronili im walczyć z Koryntyjczykami, chyba żeby ci zaatakowali Korkirę lub zamierzali
lądować na wyspie czy innym terytorium należącym do Korkiry; w tym
wypadku powinni byli wodzowie ateńscy siłą temu przeszkodzić; polecenie
to wydano, żeby nie doprowadzić do zerwania rozejmu
ateńsko-peloponeskiego.