Rozdział II
U wroga
Pięć kilometrów na południe od Chartumu, starego miasta mahdystów33, zdetronizowanego przez Omdurman, nową stolicę założoną na zachód od Nilu, wznosiły się dwie wieżyczki obrotowe, stojące na obu brzegach rzeki.
Te dwie wyposażone z ciężkie działa wieżyczki były wysuniętymi wartownikami niezmiernie długiego łańcucha stalowych fortów, którymi Anglia obstawiła nurt od Kairu do Chartumu.
Znajdująca się na prawym brzegu miała numer 1, a na lewym numer 2.
W tej drugiej młody porucznik artylerii, w opiętym dolmanie z białego płótna, mający na nosie okulary w złotych oprawkach, siedział przy stoliku z rozłożoną na nim szachownicą, na której stały wszystkie figury i pionki.
Oficer z wielką uwagą wpatrywał się w szachy, dotykając kolejno ręką króla, królową, gońce, skoczki, wieże i pionki.
Tym samotnym graczem był baronet34 Timy Logdale, jedyny syn członka Izby Lordów i duma rocznika Peerage and Baronetage35, bardzo szanowanego herbarza arystokracji angielskiej.
Młody Timy Logdale miał tak wielką krótkowzroczność, że jak to mówi brytyjskie powiedzenie, nie zobaczyłby jarda puddingu na końcu swojego nosa. Czyniło to go człowiekiem najbardziej, jak tylko można, nienadającym się uprawiania rzemiosła wojskowego.
Wskutek jednak wysokiego urodzenia, ogromnego majątku, a zwłaszcza utrwalonego w jego rodzinie zwyczaju rozpoczynania kariery w armii, został mianowany porucznikiem w korpusie artylerii królewskiej.
Co więcej, powierzono mu dowództwo wieżyczki numer 2, aby dzięki jej wysuniętemu położeniu zyskał możliwość szybkiego awansowania.
W brytyjskiej armii uważa się bowiem chętnie, że tytuły szlacheckie są dobrym uzasadnieniem awansu.
Timy Logdale w swojej wieżyczce tkwił od niemal trzech miesięcy, bez przekonania czekając na przybycie armii buntowników... powiedzieliśmy, że bez przekonania, gdyż uznawał za nieprawdopodobne, aby owi durnie ośmielili się zaatakować wojska brytyjskie.
Artylerzystów, którzy podlegali jego rozkazom, podzielił na warty, mające za zadanie śledzenie równin, które na obu brzegach rzeki ciągnęły się dokąd tylko sięgał wzrok.
Dlatego zwykł powtarzać:
- Buntownicy nigdy nas nie zaskoczą. Dojrzymy ich z odległości sześciu kilometrów.
Zarozumiałe zapewnienie w ustach krótkowidza, który nawet w pince-nez36 miał trudności z odróżnieniem na swoim talerzu kawałka roast-beef37 od karczocha w sosie pieprzowym.
Po wydaniu tych rozporządzeń lord Timy Logdale tylko się nudził.
Na szczęście sąsiadujące wieżyczki połączono kablami telefonicznymi i pewnego pięknego dnia Timy zadzwonił do dowódcy wieżyczki numer 1.
- Halo! Halo! Z porucznikiem Braddockiem.
Takie nazwisko nosił dowodzący ta, oficer, stary i doświadczony wiarus, który po dwudziestu pięciu latach służby, odbyciu piętnastu wypraw wojennych i odniesieniu jedenastu ran, dochrapał się w końcu swoich dwóch belek.
Logdale od razu otrzymał poniższą odpowiedź, która trochę go zdumiała:
- Nieźle, a pan...? Mam lekką fluksję38; gdyby nie ona, byłbym rad.
Rozpoczęło to następującą rozmowę:
Logdale. - Chcę złożyć panu pewną propozycję.
Braddock. - Ma pan rację. Upał jak w piecu.
Logdale. - Czy umie pan grać w szachy?
Braddock. - Na dobitkę są komary.
Logdale. - Czy chce pan powiedzieć, że ta gra panu nie odpowiada?
Braddock. - Ja mam skórę wygarbowaną. Zobaczy pan, że wszystkie komary przejdą do pana.
Młody lord przetarł dłonią czoło. Czy jego kolega z wieżyczki numer 1 oszalał?
Mimo wszystko wrócił do aparatu i krzyknął na cały głos:
- Czy zgodzi się pan zagrać ze mną w szachy?
Padła taka odpowiedź Braddocka:
- Phi! Phi! W języku angielskim nie ma słowa strachy. Żołnierze brytyjscy niczego się nie boja.
Niewątpliwie działo się coś niezwykłego.
Dlatego Logdale postanowił jednego ze swoich artylerzystów wysłać do wieżyczki numer 1, a kiedy ten żołnierz wrócił, dostarczył porucznikowi wyjaśnienia tłumaczącego niespójność rozmowy telefonicznej.
Braddock był głuchy jak pień, ale za żadne skarby nie chciałby się do tego przyznać.
Pewien podoficer z kompanii porucznika pełnił zwykle funkcję jego sekretarza, zastępując przy telefonie i przekazując mu w zapisie stenograficznym wypowiadane słowa.
Żołnierza tego nie było przy Braddocku, kiedy lord przemawiał do wibrującej płytki.
Z tego wynikło owe zamieszanie.
Teraz wszystko było załatwione, rozgrywka szachowa została uzgodniona. Od następnego dnia o ósmej każdy z oficerów miał znaleźć się przed swoją szachownicą i przekazywać przez telefon wykonywane ruchy.
Rozpoczęta przed miesiącem gra jeszcze się nie skończyła.
Logdale, po długim namyśle, przesunął jednego ze swoich gońców.
Potem podbiegł do telefonu.
- Halo...! Halo!
- Jak to...!
- Goniec, na trzecie pole w siódmej kolumnie... Szach królowej.
- ...!
Znowu usiadł i czekał.
Upłynęły trzy godziny. Gorączkowo rozdzwonił się sygnał rozmowy i porucznik po przyłożeniu słuchawki usłyszał:
- Prawy skoczek bije gońca... królowa jest wolna.
Krzyknął, rzucił okiem na szachownicę, upewnił się, że rzeczywiście popełnił błąd, podstawiając swojego gońca w zasięgu ciosów skoczka przeciwnika, i wyraziwszy gestem złość odpowiedział:
- Dobre zagranie, drogi kolego... Nie mam dzisiaj swojego dnia. Ponadto, jest już późno, chodźmy na obiad. Do gry powrócimy dziś wieczorem, o czwartej, po sjeście.
Uzyskał odpowiedź:
- Oczywiście.
Następnie lord Timy Logdale opuścił parter wieżyczki numer 2, po stalowej drabinie zszedł piętro niżej, i przecisnąwszy się między stalową kopułą a otaczającym ją betonowym kręgiem, znalazł się na przedstoku39 (jeśli można tą nazwą określić teren otaczający ruchomą warownię).
Na północy dostrzegał masę budowli Chartumu, a wszędzie wokół niego pokrywające równinę namioty i tymczasowe baraki.
Stanowiły obóz armii angielskiej, która na rozkaz sirdara Lewisa Bigguna zgromadziła się w tym miejscu, aby tak daleko na południe od Egiptu zatrzymać bandy buntowników, jakie według doniesień dostarczanych przez rozesłanych we wszystkich kierunkach szpiegów przebywały pośrodku rozległych mokradeł Bahr-el-Ghazal.
Tam zgubiono po nich wszelkie ślady i najpewniej owi ludzie, podburzeni przez przeklętych Francuzów, Roberta i Armanda, ugrzęźli w ruchomej piaskach i mulistych wodach tego środkowoafrykańskiego bagniska.
Ci zaś, którzy nie utonęli, musieli błąkać się po tamtej płynnej pustyni, umierając z głodu, gdyż byli wyzbyci żywności i nadziei.
Sprawa brytyjska na pewno zatriumfowała bez walki.
Takimi właśnie optymistycznymi domysłami sirdar dzielił się wówczas z doktorem Gorgiusem Kaufmannem.
Ten zaś kręcił głową, wyglądając na niezbyt przekonanego.
Wiedziano by o takiej tragedii. W Afryce wieści rozchodziły się niewiarygodnie szybko.
Zniknięcie armii liczącej niemal milion ludzi wprawiłoby w dreszcze lęku cały czarny ląd. A do niczego takiego nie doszło.
- A zatem - jęknął rozdrażniony argumentami doktora Lewis Biggun - przypuszcza pan, że przeżyło wielu tych łajdaków.
- Nic o tym nie wiem, milordzie generale; niemniej obawiam się, że pojawią się wtedy, kiedy będziemy się ich najmniej spodziewali.
Sirdar wzruszył ramionami.
- Gdyby mieli możliwość zaatakowania, to czy nie sądzi pan, że przez ponad dwa miesiące, które tu spędziliśmy, doszłoby już do walk?
- To właśnie ich bezczynność mnie niepokoi.
- A to dlaczego, proszę pana? - rzucił ironicznie głównodowodzący.
Kaufmann wzniósł oczy do nieba:
- Nie potrafię tego wyjaśnić. Sądzę jednak, że buntownicy mają powody, aby się jeszcze nie pokazywać. Tylko przez dwie godziny widziałem ich wodza, owego Roberta Lavar?de'a, kiedy mnie i tą nieszczęsną Nilię porwał w mojej karrowarce, a potem, dziesięć kilometrów za Kairem, bez ceregieli zostawił na skraju drogi... No i...
- No i?
- To niebezpieczny człowiek. Proszę sobie przypomnieć masową ucieczkę mieszkańców doliny Nilu. Została przygotowana długo wcześniej. Każda rodzina wiedziała, którą drogę wyruszy. A myśmy niczego nie podejrzewali, nie przewidywali. Ogromnie się obawiam, że teraz będzie tak samo. Coś jest przygotowywane, a co, uświadomimy sobie dopiero wtedy, gdy zagrożenie pojawi się bez zapowiedzi.
Tym razem sirdar nic nie odpowiedział.
On również odczuwał niejasne obawy, do których przyznał mu się niemiecki uczony.
Wrogowie jakby rozpłynęli się w powietrzu. W tym opuszczonym przez tubylców kraju nie natrafiono na najdrobniejsze nawet ich ślady.
Co zatem szykowali ci buntownicy?
Dlaczego trwa ta budząca rozdrażnienie bezczynność? Gdzie się ukrywali? Czy szykowali jakiś tajemniczy podstęp? Jaką broń wykuwali przeciwko Anglii?
Przechodzący obok lord Timy Logdale rozróżnił niewyraźnie sylwetki dwojga ludzi. Nie przesuwały się, dlatego krótkowzroczny porucznik wziął je za głazy i beztrosko szedł dalej nie podejrzewając, że minął tak dowodzącego nim generała.
Wybrał się do messy, zjadł spore śniadanie, wypił kilka lampek szampana (warto to odnotować, że to wino mu nie smakowało, ale uważał, że popijanie nim każdego posiłku jest postępowaniem słusznym, właściwym i zgodnym z dobrymi manierami... Noblesse oblige40, czyż nie?), a następnie rad ze swojego losu wstał i wrócił do wieżyczki, po drodze zaledwie dwa lub trzy razy wpadając na krzesła, namioty lub baraki, których nie dojrzał.
Kiedy Logdale wszedł już na parter baterii, zamierzał położyć się na czas sjesty, ale pomimo starannego przeszukania nie zdołał nigdzie znaleźć materaca, który jego ordynans rozkładał na żelaznym łóżku, aby szlachetny lord mógł wyciągnąć na nim swe zmęczone członki.
Zdumiony tym Timy wołał i wciskał elektryczne dzwonki łączące różne pomieszczenia kopuły, aż w końcu do baterii wbiegł winny niedopatrzenia artylerzysta.
- Panie poruczniku - zaczął - proszę o wybaczenie...
- All right! Wybaczę ci, kiedy rozłożysz mój materac.
- Natychmiast - powiedział żołnierz i w pośpiechu wykonał polecenie.
Pomimo to lord zgromił go:
- Co żeś robił?
- Ach, panie poruczniku, z kolegami przyglądałem się Nilowi.
- To paradne Wiedz, mój chłopcze, że masz tutaj nie przyglądać się Nilowi, ale go doglądać.
Zadowolony ze swojej gry słów Timy raczył się uśmiechnąć.
- Dobrze wiem, że mamy go doglądać - szepnął artylerzysta - tylko, że...
Lord nastawił ucha.
- Że co?
- Niestety, chciałem powiedzieć, że jeśli będzie tak dalej, to może zwolnią nas z trzymania warty.
- Zwolnią?
- Bo nie zostanie nam nic do pilnowania.
Co znaczyły te słowa? Lord zastanawiał się, czy aby jego ordynans nie pozwolił sobie na przesadę w popijaniu. Pomimo tego zażądał:
- Wytłumacz się.
- To pan porucznik jeszcze o tym nie wie?
- Zapewne, skoro cię pytam.
- Niech pan porucznik się nie gniewa... Już odpowiadam. Proszę sobie wyobrazić, że... w Nilu jest tylko połowa tej wody, która była w nim przedwczoraj.
- Tylko połowa?
- I ta ilość stale się zmniejsza... z przerażającą prędkością. Do końca tygodnia nie zostanie ani trochę wody.
- Ani trochę wody!
Niespodziewanie Timy Logdale wybuchnął śmiechem. Do licha, jego rozmówca był pijany.
Ani trochę wody w Nilu! Taka myśl nie przyszłaby nigdy do głowy człowiekowi trzeźwemu.
Dlatego rzucił wesoło:
- Też coś! Chłopcze, jeżeli zabraknie wody, to nic na tym nie stracisz; wydaje mi się, że wolisz czysty gin.
I nie dając żołnierzowi możliwości odpowiedzi, łagodnie wypchnął go na zewnątrz.
- Idź odpocząć, poczciwy człowieku, idź... i wlej trochę wody w swoje sny; wszystkim wyjdzie to na dobre.
Ciągle się śmiejąc, Timy dokończył rozkładanie łóżka i z wielką ochotą się na nim położył.
- Ten pijak wpadł na wspaniały pomysł! - mówił do siebie. - Wspaniały! Nie ma ani trochę wody w Nilu...! Jak bardzo ten biedaczek się dzisiaj upił? Zobaczmy w kalendarzu, którego świętego dzisiaj czcimy41...?
Wstał, sprawdził kalendarz zawieszony na blaszanej ścianie i wracając do łóżka mówił dalej:
- Saint Lewis... Świętego Ludwika42... To wszystko tłumaczy. W wojsku mamy pełno Ludwików... zaczynając od sirdara, Lewisa Bigguna... Tak na imię ma też mój pułkownik, i major... i mój kolega z wieżyczki numer 1... Lewis Braddock... Moi artylerzyści wzięli świętego Ludwika za świętą Barbarę43... W sumie to bez znaczenia... Po sjeście sprawy już nie będzie.
Lord zamknął oczy i ulegając przytłaczającemu upałowi południa, szybko zasnął.
Leżał nieruchomo na pryczy, z kropelkami pokrywającymi jego czoło, a z ust, rozchylonych pod podkręconymi w górę jak znak akcentu jasnymi wąsami, ulatywał równy oddech.
Bez wątpienia długo jeszcze czas przebywałby tak w krainie snów, gdyby nie zabrzmiał wściekle dzwonek telefonu.
Logdale zerwał się na równe nogi.
- Co, ach tak...! Telefon... Co tam znowu?
I pochyliwszy się nad deseczką powiedział:
- Hallo... Hallo... Kto dzwoni?
Po drucie do jego ucha dotarły te słowa:
- To ja... Lewis Braddock.
- Ach! No tak, Lewis - powtórzył Timy z uśmiechem, przypomniawszy sobie nagle rozmyślania, którym oddawał się zasypiając.
Szybko wrócił jednak do rozmowy:
- Pośpieszył się pan, drogi Braddocku. Gra zacznie się dopiero o czwartej.
- Nie o to chodzi.
- A o co?
- O Nil.
Krótkowzroczny porucznik wzdrygnął się naraz.
O Nil? Jak to, czy Braddock chce powtórzyć głupi żart ordynansa?
Czy dzień świętego Ludwika obchodzili nawet oficerowie?
Tego byłoby za wiele, a zatem Logdale zapanował nad chęcią śmiechu i poprosił:
- Porozmawiajmy o Nilu.
- To bardzo ważne.
- Nie wątpię, drogi przyjacielu.
- Woda opada...
- Woda opada... Też coś! - zawołał lord, śmiejąc się do łez.
Jego rozbawienie, przekazywane wibracjami aparatu, nie spodobała się jednak Braddockowi, który zapytał karcącym tonem:
- Bawi to pana?
- Niezmiernie.
- Mówiąc między nami, nie powinno.
- No dobrze! Nie będę opłakiwał utraty kilku kropli wody. Zostanie jej dość na herbatę.
Zabrzmiało przekleństwo, wyrzucone z mocnych płuc dowódcy wieżyczki numer 1.
- Nieszczęsny! Pan żartuje!
- Zawsze - odparł Logdale, w którym z każdą minutą narastała radość.
- Czyli nie rozważał pan sytuacji. Przy braku wody barki nie mają możliwości zaopatrywania nas; a wobec tego nasza armia nie ma możliwości utrzymywania swoich pozycje. To oznacza odwrót, opuszczenie flagi angielskiej...
Timy odsunął się trochę od telefonu. Braddock się rozpalał. Nie powinien urazić tego dzielnego towarzysza broni, tego odważnego partnera w grze w szachy. I młody oficer szeptał pod nosem:
- Ciekawe, że u obu pijaków pojawiło się wspólne urojenie... Najpewniej jeden przejął ją od drugiego... A zacny Braddock nawet pijany dobrze rozumuje. Zaopatrywanie, angielska flaga... Nie dam mu się jednak zatrzymać przy telefonie aż do końca sjesty. Wolę teraz spać.
Po tym stwierdzeniu Logdale pochylił się nad deseczką:
- Proszę o wybaczenie, drogi przyjacielu. Wzywają mnie obowiązki... Do widzenia.
Nie czekając na odpowiedź, Timy odłożył słuchawkę i wrócił na swoją pryczę.
Tego dnia odpoczynek nie był mu jednak pisany.
W pozycji horyzontalnej pozostawał przez zaledwie dziesięć minut i właśnie zaczynał popadać w poprzedzające sen rozkoszną ociężałość, kiedy do baterii wtargnął żołnierz.
- Panie poruczniku! Panie poruczniku!
Oficer poderwał się i zapytał surowo:
- Co znowu...? - Czy wszystkie diabelskie moce sprzysięgły się, żeby pozbawić mnie snu?
- Balon zwiadowczy, panie poruczniku.
- Balon!
Logdale wstał.
- No dobrze! Jak to? Balon?
- Unosi się nad wieżyczką, panie poruczniku. To "Victoria", którą dowodzi sir Thomas Bird, komendant parku aerostatów.
- I co z tego...? Nie obchodzi mnie, że się unosi.
- To, że wysyła regulaminowe sygnały.
- Które...
- Które proszą o rozmowę z dowódcą wieżyczki numer 2. To pan nim jest, panie poruczniku, i...
Oficer zdusił w ustach przekleństwo. Pomimo tego podbiegł do stalowej drabiny prowadzącej do górnej baterii. Po znalezieniu się na pierwszym piętrze, bez zaczerpnięcia tchu wspiął się z kolei po drabinie wiodącej na szczyt kopuły, uruchomił sprężyny, które zamykały w niej klapę i zeskoczył na zewnętrzną powierzchnię warowni z metalu.
Przez chwilę stał tam nieruchomo, oślepiony rażącymi oczy promieniami słońca i przytłoczony gorącem, jeszcze mocniej odczuwanym w porównaniu ze względnym chłodem wnętrza baterii.
Potem odwrócił się do artylerzysty, który przyszedł po nim.
- Gdzie jest "Victoria"?
- Dokładnie nad nami, panie poruczniku.
Logdale zadarł nos, zapominając o swojej krótkowzroczności, przy której z odległości dziesięciu kroków nie odróżniłby słonia od króla Karola.
Oczywiście nie zobaczył aerostatu44. Równie oczywistym było to, że zgodnie ze zwyczajem wielu krótkowidzów, winą za swoją ułomność obciążył innych.
- Niech diabli wezmą ten niewidzialny balon; czy nie można było nadać mu takiego koloru, że byłby widoczny z daleka?
Przerwał mu artylerzysta.
- Panie poruczniku, opada telefon.
- Jaki telefon?
- Ten z balonu. Mister Bird na pewno chce z panem rozmawiać.
Istotnie, nad głową Logdale'a kołysał się "słuchawko-mikrofon", wiszący na końcu cienkiego, mocnego drutu, wychodzącego z kosza.
Jak widać, balon zwiadowczy armii angielskiej był wyposażony w najnowsze udoskonalenia.
Wspomagany przed podwładnego lord złapał słuchawkę i rozpoczęła się rozmowa.
- Hallo... hallo...
- Słucham.
- Z lordem Timy Logdale.
- To ja.
- Czy pańska wieżyczka jest zaopatrzona w wodę?
- Wedle regulaminu mam jej na osiem dni.
- To za mało. Niech rozkaże pan prace. Napełnijcie cysternę. Musi pan zapewnić zapasy tej cieczy na dwa miesiące.
- Też coś! Czy nie mamy tu Nilu?
- Nie może pan liczyć na rzekę.
Te słowa oszołomiły lorda.
- Jak to? Jak? - bełkotał.
- Opada zastraszająco szybko. Teraz to tylko strumyk. Jeśli potrwa tak dłużej, jutro nie będzie w nim ani trochę wody.
- Ani trochę wody!
Zapominając, że rozmawia z przełożonym, Timy szepnął:
- Tego już za wiele. Widziałem już, jak obchodzono dzień świętego Ludwika, ale nigdy do tego stopnia.
- Co pan powiedział? - zapytano z kosza.
Oficer przypomniał sobie o dobrych manierach i powiedział:
- Mówię, że to niewiarygodne.
- A jednak tak jest. A teraz proszę zostawić słuchawkę. Wzbiję się i polecę uprzedzić dowódców sąsiednich wieżyczek.
- Do widzenia, sir Birdzie.
- Do widzenia, lordzie Logdale.
Młody mężczyzna rozłożył palce, a aparat telefoniczny natychmiast się wzniósł. Timy stał na kopule w stanie pełnego osłupienia.
- Nil wysycha! To jakiś kiepski żart. Na pewno wszystkim tym ludziom coś się przywidziało.
Po namyśle dodał:
- No dobrze! Pojdę zobaczyć samemu. Jeśli chcą się pośmiać moim kosztem, to będzie im mniej wesoło, kiedy rozkażę im gromadzić wodę.
Po powiedzeniu tego wrócił do wieżyczki, zszedł na poziom podziemia i pięć minut później, w towarzystwie nadal podążającego za nim wiernego artylerzysty, maszerował nad brzegiem rzeki.
Wbrew temu, co sądził, ani Braddock, ani Bird nie wymyślili dla żartu very humbug45.
Zmniejszone do jednej trzeciej szerokości koryto Nilu ukazywało w blasku słońcu swoje piaszczyste i muliste dno, po którym pełzały przestraszone krokodyle, zaskoczone nagłym spadkiem poziomu wody.
Tu i ówdzie większe jamy, zagłębienia, jakie występują w każdej rzece, tworzyły małe jeziora, które w upale dnia miały niedługo zaniknąć.
To łożysko rzeki zmieniające się na oczach w suchy wąwóz sprawiało dziwne i przerażające wrażenie.
Logdale niczego jednak nie dostrzegał.
Choć zszedł już na dno Nilu, to uważał, że nadal znajduje się na brzegu.
Ten krótkowidz, niechcący za nic przyznawać się do stanu swojego wzroku, kroczył tak nieostrożnie, że wpadł w jeden z dołów, którymi niby pułapkami usiana była jego droga, i... chlup...! zniknął w wodzie.
Artylerzysta natychmiast podbiegł z pomocą i zdołał wyciągnąć lorda na stały grunt, ale w jakim stanie! Przemoczonego do suchej nitki, z butami pełnymi błota.
Pomimo tej przykrej przygody porucznik wykazał się typowo angielskim uporem i kiedy tylko był w stanie mówić, zawołał:
- W Nilu nie ma już wody...! Chyba oszaleli... Teraz wiem, że jest jej wystarczająco dużo.
Potem zaś, z wzgardą porzucając dalsze zajmowanie się zagadką, którą uważał teraz za rozwiązaną, ruszył z powrotem do wieżyczki, aby wymienić na suche ociekające wodą ubranie.
Za to w obozie spadek poziomu Nilu wywołał nieopisane zamieszanie.
Piechurzy, kawalerzyści, artylerzyści i żołnierze dosiadający mehari tłoczyli się na brzegów, przyglądając się postępującemu wysychaniu.
Rzeka, mająca tydzień wcześniej kilometr szerokości, była teraz zaledwie pięćdziesięciometrowym strumieniem.
I z każdą godziną ta strużka wody zmniejszała się, zwężała.
Co za dziwne zjawisko tu zachodziło? Ten niewytłumaczalny cud u wszystkich budził przerażenie.
W swoim namiocie lord Lewis Biggun, w otoczeniu sztabu, rozmawiał z Gorgiusem Kaufmannem.
- Według mnie - powiedział Niemiec - buntownicy odwrócili bieg Nilu. Tylko to mogło spowodować stwierdzony przez nas przerażający spadek poziomu.
- W jakim celu?
- Łatwym do przewidzenia. Bez stoczenia walki zmuszają nas do odwrotu. Żołnierze angielscy, tak przecież dzielni, nie są w stanie walczyć z pragnieniem.
Słuchający go oficerowie mieli pochylone głowy i wyglądali na zamyślonych.
- Racja. Czeka nas pragnienie - z niechęcią rzucił sirdar - jednakże, sir Kaufmann, przy przyjęciu pańskiej hipotezy, buntownicy natkną się na takie same trudności. My będziemy musieli wycofać się na północ, ale oni nie będą mogli nas ścigać.
Niemiec gestem potwierdził.
- Wobec tego - mówił dalej Biggun - niezbyt dostrzegam korzyść z tego manewru.
Rozumowanie było logiczne. Głównodowodzący nie mógł się domyślać przygotowania przez Roberta Lavar?de'a gigantycznego rurociągu. A gdyby nawet przyszło mu to do głowy, uznałby taki plan za niemożliwy do zrealizowania, ponieważ angielskiemu wodzowi daleko było do rozpoznania prawdziwych rozmiarów powstania.
Pełnemu brytyjskiego braku zainteresowania podbitymi ludami lordowi nie przyszło do głowy, że cały czarny ląd, tyranizowany przez przedstawicieli władz anglosaskich, przyjdzie z pomocą powstaniu nad Nilem.
Dlatego po chwili milczenia dodał:
- Uważam, że wykorzystując porę roku, buntownicy wznieśli tamę, która skierowała Nil do jakiegoś obniżenia terenu na pustyni. Ma to nas przestraszyć, ale wody pozbawi na co najwyżej kilka dni; kiedy obniżenie się przepełni, rzeka popłynie znowu.
Następnie podniósł rękę, żądając tym uwagi dla siebie:
- Jestem pewien, że armia tych drani nie jest daleko. Czeka na nasz odwrót, aby móc ogłosić zwycięstwo. No cóż! Nie damy im tej satysfakcji. Pułki mają zaopatrzyć się w wodę. W tym czasie nasza jazda wyprawi się na południe. Bez względu na koszt musimy rozpoznać pozycje wroga.
Jeszcze raz zrobił pauzę, zanim zakończył mówiąc:
- Niestety, mocno zaniedbaliśmy naszą służbę aerostatów. Nie skorzystaliśmy z osiągnięć dokonanych we Francji, zwłaszcza przez komendanta Renarda46. Naszymi balonami nie można sterować; inaczej nie narażałbym ludzi i koni na trudy przeprowadzenia tak dalekiego zwiadu, ale na pewno wszyscy się ze mną zgodzicie, że w pracy trzeba posługiwać się tymi narzędziami, jakie się ma.
Słowa te przyjęto szmerem potwierdzenia.
Biggun uśmiechnął się i zasalutował wszystkim wkoło:
- Do dzieła, panowie. Nasza jazda wyruszy jeszcze dziś wieczorem.
Oficerowie od raz rozeszli się po obozie. W różnych miejscach zabrzmiały dźwięki trąbek. Pułki kawalerii gromadziły się na zbiórkach, odbierając zapasy żywności i amunicji.
O czwartej wszyscy byli gotowi do wymarszu.
Dosiadający wielkiego, gniadego konia sirdar przejechał szybko przed frontem oddziałów, zwrócił się w kilku słowach do starszych oficerów, a potem wzniósł szablę.
Natychmiast powietrze wypełniły rozkazy. Szwadrony zakolebały się i krótko potem cała kawaleria rozproszyła się na równinie.
Różne oddziały, posuwające się w równych szykach, dawały poczucie mocy, które ogarnęło żołnierzy, na chwilę podupadłych na duchu z powodu wyschnięcia Nilu.
Pojawiła się znowu pewność siebie, rozjaśniająca wszystkie twarze.
Co słabo uzbrojone i nieznające dyscypliny bandy buntowników będą mogły przeciwstawić tym pułkom, posuwającym się niby żywy mur?
Zostaną przegnane, wybite, a sztandar starej Anglii, ozdobiony nowymi laurami, zwycięsko i dumnie załopocze nad ostatecznie podbitą doliną Nilu.
Przez całą noc szwadrony jechały na południe.
Rano rozbiły obóz niedaleko miasteczka El-Salayak47.
Nigdzie nie dostrzeżono najmniejszych śladów wroga, co wywoływało żarty żołnierzy z ich niewidzialnych przeciwników. Jak w londyńskiej "burlesce", mówili:
- Egipcjanie to nie baby.
- Dzielni, ale jak te kraby...
- Na wroga idą wstecz.
- Hip! Hurra na ich rzecz!
Nawet oficerowie, pobudzani dobrym humorem swoich żołnierzy, wymyślali kąśliwe epigramaty szydzące z armii patriotów.
Pustynny wiatr na pewno nie zaniósł tych pięknych drwin do uszu tych, których dotyczyły, gdyż na horyzoncie nic się nie pokazało.
Za to woda w rzece, wzdłuż której podążała brytyjska kawaleria, ciągle opadała.
Po upalnym dniu, w porze wyruszenia pułków w dalsza drogę, Nil przemienił się w zwykły potok o szerokości trzech, czterech metrów, w którym bardzo trudno byłoby zamoczyć kolana.
Wszędzie po błocie pełzały hordy krokodylów, na próżno poszukując przepadłej wody, a na niebie krążyły stada ibisów, które swoje przerażenie wyrażały ostrymi, niezbornymi skrzekami.
- Do diabła - rzucił wyzwisko jadący w boku kapitana młody człowiek ubrany po cywilnemu, ale uzbrojony po zęby - do diabła, obawiam się, że nasza armia będzie zmuszona do wycofania się aż do Chartumu, do którego Nil Błękitny przynosi wodę z abisyńskich płaskowyżów, skoro wygląda na to, że Nil Biały został już skazany na całkowite wyschnięcie.
-- Phi! Sir Price - odrzekł jego rozmówca - kilka mil więcej czy mniej niczego nie zmieni.
Cywil wzniósł oczy ku niebu, odsłaniając twarz, przedtem częściowo ukrytą pod płóciennym kaskiem.
Był nim John Price.
Po otrzymaniu listu, który Jack napisał w domu mistera Bobinowa, John poczuł, że ogarnia go uzasadniona wściekłość.
Na łzy zrozpaczonej mistress Price, wylewane bardziej z powodu utraty jednego z jej synów niż dowiedzenia się, że przeszedł on do obozu wroga, odpowiadał najstraszliwszymi groźbami.
Uzyskał zgodę na wyruszenie z armią angielską jako "ochotnik" i przysiągł sirdarowi, że tylko on zabije swojego brata, zdrajcę i buntownika.
Wszystko, co było w nim saskie, wzburzało się na myśl, że kawaler Orderu Podwiązki, człowiek z łaski jego władcy zaszczycony najwyższym brytyjskim odznaczeniem, mógł zdradzić króla.
Odrzucał bowiem rozterki uczuciowe, które skłoniły Jacka do uznania, że miał prawo schronić się pod sztandarem Francji.
Urodzenie się Anglikiem i wychowywanie się w Anglii było dlań jednym i tym samym, zaś zrzeczenie się pozostawania poddanym Wielkiej Brytanii, chociaż posiadało się możliwości niepodważalnego szczycenia się tym, uważał za niewybaczalny błąd oraz pogwałcenie dobrego smaku, sumienia i rozsądku.
- Sam - grzmiał - zaczynałem uznawać go za brata. Zdradził nie tylko swój kraj, ale i moje uczucia.
Wyprawa odbywała się bez żadnych przeszkód.
Zwiadowcy nie rozpoznali najmniejszych śladów wroga. Widziane po drodze leżące odłogiem pola i nieliczne porzucone wioski wskazywały, że również w tych stronach wykonano rozkazu, ten sam, który posłusznie wykonano w Egipcie i Nubii.
Rankiem rozbito obóz niedaleko za miasteczkiem El-Douarm48.
Zostało ono dokładnie przeszukane, ale w pustych chatach, białych domach z otwartymi drzwiami, meczety zwieńczonych smukłymi minaretami, nie natrafiono na żadnych mieszkańców, żadnych marabutów49, żadnych wiernych. Zdobywcy zastali w nim bezludne pustkowie, tak samo jak wszędzie indziej.
Nil zaś zniknął.
Nie był już strugą, jak poprzedniego dnia. Wyschło całe koryto wielkiej rzeki, usiane kałużami wypełnionymi przestraszonymi jaszczurami, ale w palących promieniach słońca i one szybko wyparują.
Jakaż to katastrofa wysuszyła rzekę, która od zarania dziejów bez żadnych przerw niosła do Morza Śródziemnego fale przybywające z wielkich jezior?
John poczuł, że tym razem zżera go dręcząca ciekawość.
Co chwila przedstawiał jakąś hipotezę, szybko odrzucaną przez oficerów brytyjskich.
Nie potrafił rozpoznać przyczyny, ale skutek był niezaprzeczalny. Rzeka przekształciła się w zwykły wąwóz wyżłobiony w piasku.
Pomimo wszystko młody człowiek śniadanie zjadł z wielkim apetytem. Po nim schronił się w swoim namiocie, aby doznawać przyjemności drzemki, jakże potrzebnej po nocy spędzonej na koniu.
Spał głęboko, gdy ogłuszający hałas sprawił, że zerwał się na równe nogi.
Zewsząd dobiegało granie trąbek.
John rozpoznał sygnał wsiadanego.
Ziemia w tej samej chwili zadrżała od uderzeń tysięcy kopyt... Powietrze przecinały wołania i rozkazy.
- Co jest? - wymamrotał syn mistress Price.
Wyskoczył z namiotu i stanął oszołomiony.
Cały obóz był w ruchu. Szwadrony skupiały się do walki, konie rżały.
Zatrzymał przechodzącego żołnierza.
- Co się dzieje?
- Wróg - krótko odpowiedział zagadnięty, który nie zwalniając kroku kontynuował swoją drogę.
Wróg!
To słowo zaskoczyło Johna. Od dwóch dni tak mocno wyszydzano wroga, że napotkanie go wydawało się naprawdę nieprawdopodobne.
Potem młody człowiek wybuchnął śmiechem. Mogli przecież oczyścić brzegi z tego wroga i za jednym zamachem zakończyć walki.
On zaś miał poszukać w boju Jacka. Honor rodziny Price wymagał, aby pokonany zdrajca legł u jego stóp.
Na tę myśl jego twarz sposępniała, a brwi się ściągnęły.
Pognał tam, gdzie uwiązał konia, osiodłał biedne zwierzę i wskoczył na jego grzbiet.
Pięć minut później gnał już na skrzydło jednego ze szwadronów pierwszej linii.
Rozległą równinę, pustą rano, nagle wypełnili ludzie. Zza horyzontu nadciągała chmara jeźdźców.
Wobec tych ogromnych mas angielskie pułki wydawały się wysepką, którą zaraz zaleje wzbierający ocean.
Wszyscy mężczyźni załadowali swoje karabinki. Trzymali je w prawej ręce, kolby mając oparte na udach, i z otwarciem ognia czekali, aż powstańcy znajdą się w zasięgu strzału.
Twarze oficerów wyrażały jednak zdumienie i niejasną obawę.
Jeźdźcy pustyni nie krzyczeli, nie rzucali się na oddziały brytyjskie jak w pełnej wycia fantasii50, co było zwyczajem, który jakże drogo kosztował bandy derwiszów.
Nie, zbliżali się cicho, w równych szykach, jak wojska europejskie.
Pułkownicy, majorzy i kapitanowie zastanawiali się, jaka wola zdołała narzucić im tak ścisłą dyscyplinę.
Czy Francuzi, przez chwilę przetrzymywani jako jeńcy na kanonierce "Look", naprawdę mieli władzę dostateczną do przekształcenia stado buntowników w regularną armię?
To pytanie wywołało u nich mocniejsze bicie serca, ponieważ walka zmieni swoje oblicze.
Angielscy żołnierze sądzili, że zmierzą się ze zgrają, taką jak ciżba mahdystów, niedawno pod Omdurmanem wybita przez lorda Kitchenera, z hordami bez żadnego porządku nacierającymi na ustawione w szeregi bataliony, z tłumami, które powalane ogniem karabinów powtarzalnych, nie zdołały nigdy zbliżyć się bardziej, niż na czterysta metrów.
Takie wojska nie stanowiły zagrożenia. Niskim kosztem zapewniały chwałę.
Zdyscyplinowane oddziały były czymś zupełnie innym. Niejeden oficer poczuł przechodzący go lekki dreszcz. Ich arogancja została zachwiana, a triumf przestał wydawać się całkowicie zapewniony.
Tymczasem jazda Roberta zbliżała się stale.
Sam Francuz, w towarzystwie Armanda, Lotii i Aurett, którzy stanowczo odmówili rozstania się z nim, zajmował miejsce pośrodku swoich szwadronów.
Trochę dalej za nimi Hope, przycupnięty na wielkim karym koniu, noszący czerwony strój i wojskowy kapelusz stosowany, z ciekawością patrzył przed siebie.
Przyglądał się także Jack, jadący jeszcze bardziej z tyłu. Wierny złożonej sobie obietnicy, że nie będzie walczył przeciwko krajowi, w którym się wychowywał, za jedyną swoją broń miał biały parasol.
Nagle powietrze przeszyły ostre trzaski.
To wystrzelili angielscy kawalerzyści.
Kule świstały, i cześć patriotów spadła z siodeł.
Robert odwrócił się, rzucił na Lotię spojrzenie zdradzające przerażenie.
Ona jednak podjechała do niego koniem i wyglądając na natchnioną, na uosobienie duszy egipskiej, powiedziała:
- Naprzód. Zwyciężymy albo razem zginiemy.
Owe słowa jakby pobudziły Francuza. Wyzbył się wszelkich resztek obaw, podniósł szablę i rzucił krótki rozkaz.
Zabrzmiał grzmot. Teraz to powstańcy kazali przemówić prochowi.
Uważający, że zmierzą się ze słabo uzbrojonym przeciwnikiem Anglicy ujrzeli z osłupieniem, jak kule wdzierają się w ich szeregi.
Oficerowie pojęli, że ich położenie jest trudne, że tylko śmiałym posunięciem mogą przechylić na swoją stronę szalę zwycięstwa i szwadrony niby jedna masa nagle popędziły naprzód.
Tego ciosu nie można było uniknąć. Uderzenie owej złożonej z ludzi i koni trąby powietrznej wstrząsnęło szykami egipskimi i je rozerwało. Jakby dosiadając śmierć, kawaleria angielska przedarła się przez nie, pędząc przed sobą oszalałe ze strachu grupy.
Pośród tego zamieszania z parasolem w dłoni tkwił Jack, stojący, ponieważ padł jego koń, którego głowę przeszyła kula. Wokół niego lśniły błyskawice stali.
Nagle wydał krzyk.
Naprzeciwko niego, również spieszony, wyrósł John.
Także pod nim zabito konia i teraz, wymachując szablą z zaczerwieniona klingą, uderzał nią i uderzał, jak legendarny drwal śmierci51.
Ujrzawszy Jacka ryknął i skoczył na niego z uniesioną szablą.
Jack nawet nie drgnął.
Swoim spokojem wpłynął na rzekomego brata. Ten się zatrzymał.
- Broń się - warknął.
Rozmówca pokazał mu swój parasol.
- Wyrzuciłeś swoją broń? - z najwyższą pogardą zapytał John.
Jack pokręcił głową.
- Wyruszyłem do walki uzbrojony tak, jak jestem teraz.
- W parasol?
- Tak, Jako Francuz odzyskałem swój sztandar, jestem gotów oddać za niego życie, ale też przysiągłem, że nigdy nie wystąpię zbrojnie przeciwko krajowi, który przez dwadzieścia lat był dla mnie ojczyzną. Teraz jestem z tego powodu szczęśliwy, ponieważ mam pewność, że nie skrzywdzę ciebie, John, którego nadal kocham jak brata.
John podskoczył na te słowa.
- Mam być bratem zdrajcy...?
- Wiesz, że nie jestem zdrajcą.
- Nienawidzę cię. Chcę cię zabić.
- No to zabij...
Jack założył ręce na piersi. Spojrzał prosto w twarz swojego byłego brata.
- Zabij - powtórzył łagodnie. - Wówczas obaj spełnimy swój obowiązek. Ja zginę za mój sztandar, a ty pomścisz swój.
John przez chwilę jakby się wahał, a potem nagle odwrócił się plecami do brata, jednym ciosem szabli powalił czarnoskórego broniącego się przed angielskim żołnierzem i zniknął w wirze walki.
Jack ze smutnym uśmiechem szepnął.
- Biedny John, mimo wszystko mnie kocha.
Z tych myśli wyrwał go jednak krzyk, straszny, nadludzki, przerażający krzyk.
Angielskie szwadrony wycofywały się w wielkim pędzie, w nieładzie. Uciekały teraz, rozdeptując wszystko po drodze.
Nie było możliwości wymknięcia się im. Nadciągały z prędkością burzy.
Jack z prędkością błyskawicy przypomniał sobie, że w takich przypadkach jedyną szansą wyjścia cało jest padnięcie na ziemię. Powodowane instynktem konie przeskoczyły nad leżącym mężczyzną.
Ten nieruchomy, ledwo oddychający, płasko wciskał się w ziemię.
Nad nim przeleciało tornado, z okrzykami, ostrymi rżeniami i szczękami broni.
Potem stwierdził, że wyszedł z tego bez ran.
Wstał i popatrzył w dal. Wydawało mu się, że w pyle dostrzega niewyraźną sylwetkę orangutana galopującego w pogoni za brytyjskimi szwadronami.
Nie pomylił się.
Kiedy brytyjskie pułki szarżowały potężnie, doszło do rozdzielenia się Hope'a i jego panów. Jakiś kawalerzysta szablą przeciął mu policzek.
Wtedy małpa rozwścieczona wskutek bólu i jak jego pobratymcy w takich przypadkach ogarnięta żądzą zemsty, zeskoczyła na ziemię, wyrwała palmę o grubości ramienia, a potem dosiadła swojego konia i ruszyła w pogoń za Anglikami.
Wywijając palmą jak maczugą, wpadła między brytyjskie szeregi, powalając wszystko wokół siebie.
Jej nagłe wtargnięcie przyniosło niespodziewane skutki.
Uciekający we wszystkie strony czarnoskórzy jeźdźcy nagle się zatrzymali.
Małpa, żywy fetysz, walczyła za nich. W ich prostych umysłach zakwitło przekonanie, że mają teraz zapewnione zwycięstwo.
To, czego nie zdołały osiągnąć po ponawianych wielokrotnie, ale na próżno, wezwaniach Roberta, Armanda i Lotii, ziściło się dzięki Hope'owi.
Afrykańscy jeźdźcy ruszyli pędem za orangutanem.
To natarcie, przeprowadzone w chwili, kiedy Anglicy uważali się już za zwycięzców w bitwie, tak ich zaskoczyło, że tym razem to oni ustąpili pola.
Na widok krwawiącego, wykrzywiającego oblicze i straszliwego orangutana, który zdawał się prowadzić czarnych jeźdźców do bitwy, zaczęli odczuwać strach.
Robert i Armand wykorzystali ten nieoczekiwany przewrót sytuacji, zgromadzili swoje oddziały i runęli na skrzydło jazdy angielskiej.
W pułkach brytyjskich wywołało to zamieszanie. Otoczone kręgiem wrogów zechciały wyrwać się z okolenia przez nich i zmieniły kierunek jazdy. Było już jednak za późno.
Rozproszone, rozbite na dwadzieścia osobnych grup, z odwrotu przeszły w ucieczkę.
Do obozu dotarła zaledwie połowa jazdy, ale kawalerzyści nie zatrzymali się tam. Jak szaleni pogalopowali na północ. Dzięki temu się uratowali, ponieważ czarnoskórzy, po znalezieniu się wśród namiotów i bagaży, ulegli pokusie chciwości.
Zaniechali pogoni, aby zająć się plądrowaniem.
Jednego z grabiących, wodza Mazougę, dowódcę jazdy kraju Szylluków, podległego moudiriehowi Faszody, wziął do niewoli brytyjski pluton. Został spętany i potrójnym galopem zabrany do Chartumu.
Kiedy Robert i jego przyjaciele gratulowali sobie odniesionego zwycięstwa, kiedy ogromnie radowali się ich żołnierze, a obecni wśród nich sudańscy pieśniarze grioci52 opiewali cnoty tych dzielnych, którzy polegli w bitwie, daleko na północnym horyzoncie niknęły z oczu resztki angielskiej kawalerii.
Jeźdźcy dźgali ostrogami ledwo dyszące konie, mające zakrwawione boki.
W dwadzieścia cztery godziny dotarli do obozu, dostarczając wieści o klęsce.
Z oszołomieniem dowiedzieli się tam, że cała angielska armia dokona odwrotu.
Kiedy wyruszali, wyschnięty był tylko Nil Biały; a kiedy wrócili, z kolei Nil Błękitny, spływający z wyżyn abisyńskich i właśnie w Chartumie łączący się z pierwszym, Błękitny Nil wysechł także.
Dotrzymując umowy zawartej z Robertem Lavar?de, poddani Menelika odwrócili bieg tej rzeki, kiedy tylko wypłynęła z jeziora Tana53. Jej wody skierowali do rzek Gallas54, Auasz55 i Tilleton56, a teraz Nil Błękitny swój czysty nurt toczy przez pustynię Danakil57. Za kilka dni ujdzie do morza we francuskiej zatoce Tadżura58, nieopodal Dżibuti, gdzie komendant Marchand, z powodu brytyjskiej zachłanności wypędzony z Faszody, w rozpaczy wszedł ongiś na pokład krążownika "D'Assas"59, który miał zabrać go do Francji.
33 Mahdyści - zwolennicy Mahdiego (Mesjasza), przydomka Muhammada Ahmada ibn Abd Allaha (1844-1885), wędrownego kaznodziei, który w roku 1881 stanął na czele powstania przeciwko władzy egipskiej, w 1885 jego oddziały zdobyły Chartum i cały Sudan, wkrótce zmarł na tyfus, założone przez niego państwo teokratyczne w roku 1898 pokonały wojska angielskie pod dowództwem lorda Kitchenera.
34 Baronet - najniższy dziedziczny angielski tytuł arystokratyczny.
35 Debrett's Peerage and Baronetage - angielskie wydawnictwo periodyczne ukazujące się od roku 1769, stworzone przez Johna Debretta, podające w skrócie dzieje każdej angielskiej rodziny szlacheckiej, wychodzi co pięć lat, ostatnio w roku 2019.
36 Pince-nez - używane dawniej okulary bez zauszników, trzymające się dzięki sprężynce ściskającej nos (po francusku pince nez to ściskać nos).
37 Roast-beef (ang.) - pieczeń wołowa.
38 Fluksja - dawna nazwa zapalenia lub ropnia szczęki.
39 Przedstok - w fortyfikacjach sztuczny stok ziemny lub murowany, utrudniający dostęp do murów twierdzy.
40 Noblesse oblige (fr.) - szlachectwo zobowiązuje (do właściwego postępowania).
41 Czcimy - Anglicy nie obchodzą imienin.
42 Święty Ludwik - spośród kilku świętych o tym imieniu chodzi zapewne o Ludwika IX (1214-1270), króla Francji od roku 1226, organizator i uczestnik krucjat, kanonizowany w roku 1297.
43 Święta Barbara - jest patronką między innymi żołnierzy.
44 Aerostat - statek powietrzny lżejszy od powietrza, do aerostatów zalicza się balony i sterowce.
45 Very humbug (ang.) - prawdziwa bujda, blaga, zwłaszcza rozbudowana i związana z oszustwem.
46 Charles Renard (1847-1905) - francuski wojskowy i inżynier, pionier lotnictwa, od roku 1888 komendant Wojskowej Służby Aeronautycznej, twórca pierwszych sterowców, autor wielu wynalazków.
47 El-Salayak - zapewne inna pisownia nazwy wioski As Sulay'ah w Sudanie, na prawym brzegu Nilu Białego, leżącej 50 km na południe od Chartumu.
48 El-Douarm - miejscowość nieznana, być może przekształcone Ed-Dueim, miasteczko w Sudanie na lewym brzegu Nilu Bialego, leżące 150 km na południe od Chartumu.
49 Marabut - w Maghrebie nazwa muzułmańskiego świętego, otaczanego kultem miejscowym; także budowla związana z tym świętym, jak jego grobowiec czy poświęcony mu meczet.
50 Fantasia - tradycyjne popisy jeździeckie wykonywane w Maghrebie podczas różnych uroczystości, odgrywana szarża kawalerii.
51 Drwal śmierci - zapewne nawiązanie do bajki "Drwal i śmierć" Jeana de la Fontaine (1 księga, 16).
52 Grioci - w Afryce Zachodniej grupa zawodowych bardów, wykonujących pieśni liryczne i epickie.
53 Tana - u P. d'Ivoi: Tuna, jezioro w północno-zachodniej Etiopii, o zmiennej powierzchni około 3000 km2, leżące na wysokości 1786 m n.p.m., płytkie (do 14 metrów głębokości), wypływa z niego Nil Błękitny.
54 Gallas - na mapie Fra Mauro z roku 1460 zaznaczono rzekę Galla, w środkowej Etiopii, na południe od rzeki Awash, być może też Gulla, mała rzeka na południe od jeziora Tana, prawy dopływ Nilu Błękitnego.
55 Auasz - duża (o długości ok. 1200 km) rzeka w środkowej Etiopii, o źródłach niedaleko Addis Abeby, płynie głównie na północ, uchodzi do jeziora Abie na granicy z Dżibuti.
56 Tilleton - nazwa nieznana, nie ma takiej rzeki w Etiopii.
57 Danakil - pustynia w północnej Etiopii i Dżibuti oraz południowej Erytrei, zajmuje depresję Kotliny Danakilskiej, z wieloma wulkanami.
58 Tadżura - zatoka w zachodniej części Zatoki Adeńskiej, w Dżibuti, o powierzchni 1920 km2, francuska od roku 1887, kiedy to Anglicy wymienili ją za port Zaila.
59 D'Assas - francuski krążownik o nośności 4000 ton, zwodowany w roku 1886, w służbie do 1910.