ROZMOWA 1
BITWA O KIJÓW
Piotr Zychowicz: Pamiętasz, co robiłeś rano 24 lutego 2022 roku?
Jacek Bartosiak: Pamiętam. Nocowałem w hotelu w Krakowie. Tuż przy
rynku. Już poprzedniego dnia wyglądało na to, że wybuchnie wojna. Leżąc
w łóżku, patrzyłem w telefon, przeglądałem Twittera i jednocześnie
miałem włączony telewizor. Zdrzemnąłem się godzinę i tak minęła północ.
Gdy obudziłem się nad ranem, choć jeszcze w nocy, wszystko było już
wiadomo. Wojna. W Krakowie byłem dlatego, że brałem udział w odprawie w Dowództwie Komponentu Wojsk Specjalnych. Wcześniej przeprowadziliśmy tam
grę wojenną dla naszego wojska.
PZ: Jak się konkretnie dowiedziałeś?
JB: Z mediów, wszelakich, od Twittera po telewizję oczywiście. Już
po przemówieniu Putina wiadomo było, że zaraz się coś zacznie. A potem
nadeszły pierwsze doniesienia o rosyjskich pociskach i rakietach
sypiących się na Kijów i inne miasta na Ukrainie.
PZ: Twoja pierwsza reakcja...
JB: Nie mogę powiedzieć, żebym był zaskoczony. W końcu razem z kolegami ze Strategy&Future ostrzegaliśmy od dłuższego czasu, że
wojna w naszej części świata nieubłaganie nadciąga. My, Piotrze, też
przecież nagraliśmy na ten temat kilka programów, napisaliśmy nawet
książkę...
PZ: Nadchodzi III wojna światowa.
JB: Tak. Ale z drugiej strony nie sądziłem, że w wypadku Ukrainy
rosyjski atak będzie na taką ogromną skalę, na tylu osiach operacyjnych
i z tak ambitnymi założeniami wojskowymi i celami politycznymi. Wydawało
mi się, że Rosjanie mogliby osiągnąć cel geostrategiczny inaczej. Że ta
wojna będzie ograniczona. To jest zresztą wielki temat: dlaczego
Rosjanie podjęli taką, a nie inną decyzję? Dlaczego poszli na całość?
PZ: Jeszcze o tym porozmawiamy. Ale wróćmy do 24 lutego. Do dnia,
który zmienił nasz świat.
JB: Tak, miałem poczucie, że to jest absolutnie fundamentalny
moment. Przełomowy moment w historii Europy. Najważniejszy po 1945 roku.
Ważniejszy niż upadek Związku Sowieckiego i rozpad Układu Warszawskiego.
Wojna toczyła się na Ukrainie, ale ja myślałem o Polsce. Bo muszę
uczciwie przyznać: zakładałem, że armia ukraińska szybko przegra, a państwo ukraińskie szybko upadnie. Bardzo się niepokoiłem, co wtedy się
stanie z nami. To uczucie było bardzo dziwne, bo w końcu pisałem
książki, mówiłem od lat o tym, że nadchodzi rywalizacja i w rezultacie
wojna, która przetransformuje system międzynarodowy. Że rywalizacja
wielkich mocarstw musi doprowadzić do konfrontacji. I to się wydarzyło.
PZ: A nie miałeś satysfakcji - patrzcie, nie mówiłem?
JB: Nie, wręcz przeciwnie. Trudno mieć poczucie satysfakcji z powodu
wybuchu wojny, z cierpienia ludzi. W ogóle muszę powiedzieć, że w pierwszych kilku dniach niechętnie udzielałem wywiadów. Bo niby mówiłem,
że nadchodzi wojna, ale gdy nadeszła - byłem jednak w szoku.
PZ: Pewnie jak większość naszych czytelników. Co innego toczyć
geopolityczne rozważania, a co innego mieć świadomość, że za naszą
wschodnią granicą toczy się wojna. Taka prawdziwa. Nie jakaś "misja" czy
"interwencja" na odległych pustyniach Bliskiego Wschodu. Wojna między
dwoma europejskimi państwami, dwiema regularnymi armiami wyposażonymi w czołgi, rakiety, samoloty, artylerię. O wojnach takich jak ta do tej
pory czytaliśmy w podręcznikach do historii, a teraz możemy ją śledzić w mediach społecznościowych.
JB: No i ta bliskość Polski. Tego pierwszego dnia wojny, będąc w Dowództwie Komponentu Wojsk Specjalnych, miałem głębokie przekonanie, że
to będzie potężne wstrząśnięcie naszym państwem. Że ta wojna da nam
impet do zmian w kierunku postulowanym w Armii Nowego Wzoru, wielkiej
modernizacji w wojsku polskim, wielkich przeobrażeń w państwie, w systemie odporności państwa. Miałem wówczas wrażenie, że wskutek tej
wojny już nic nie może być takie samo. A jednak...
PZ: Porozmawiajmy o zaskoczeniach tej wojny. Jeżeli chodzi o mnie,
to bez wątpienia największym było niezwykle ambitne zadanie, jakie Putin
postawił przed swoimi siłami zbrojnymi. Gdybyś mnie zapytał o to dzień
wcześniej - 23 lutego - odpowiedziałbym, że jeśli dojdzie do wojny, to
Rosjanie będą próbowali obgryźć Ukrainę na wschodzie. Czyli taka
powtórka z 2014 roku. Jakaś ograniczona operacja na Donbasie plus
przebicie korytarza na Krym przez Mariupol wzdłuż Morza Azowskiego. Ale
nie spodziewałem się frontalnego szturmu na Kijów, próby wbicia
osikowego kołka w samo serce Ukrainy. To, że Rosjanie chcieli opanować
całą Ukrainę, było dla mnie największą niespodzianką.
JB: Oczywiście atak na Kijów też mnie zaskoczył. Ale to nie było
największe zaskoczenie. Największym zaskoczeniem była mnogość kierunków
operacyjnych. Rosjanie uderzyli z wielu kierunków jednocześnie. Na
północy - na ukraińską stolicę. Na wschodzie - na Charków i Donbas. Na
południu wyszli z potężnym uderzeniem z Krymu na Chersoń. Taka operacja
wymaga ogromnej logistyki i ogromnych sił zbrojnych, których Rosjanie po
prostu nie mieli.
PZ: Rosjanie nie mieli wystarczająco dużego młotka, żeby wbić ten
gwóźdź?
JB: Tak, mówiliśmy o tym w naszej poprzedniej książce. Rosjanie nie
mieli wystarczającej liczby żołnierzy w swoich wojskach lądowych, żeby
móc prowadzić dużą i długą wojnę na tak wielu kierunkach operacyjnych.
Nie byli w stanie utrzymywać impetu uderzenia przez dłuższy czas.
Dostarczać na front wystarczającej ilości paliwa, amunicji i całej
reszty zaopatrzenia.
PZ: Ukraina ma 600 tysięcy kilometrów kwadratowych. To drugi co do
wielkości kraj Europy - po Rosji.
JB: Tak, Ukraina to ogromny kraj, a mówiąc językiem wojskowym -
ogromna przestrzeń operacyjna. Aby go opanować, potrzeba w razie
zorganizowanego oporu obrońców naprawdę dużej masy wojsk lądowych. I to
jest główny powód rosyjskiego niepowodzenia w pierwszej fazie wojny. I zarazem wielki paradoks. Rosja, której zasoby ludzkie wydawały nam się w przeszłości niezmierzone, nie miała wystarczającej liczby żołnierzy.
Dlatego też spodziewałem się raczej jakiejś ograniczonej operacji w Donbasie. Przypuszczam, że sami Rosjanie jeszcze jesienią 2021 roku
uważali, że osiągną swoje cele geostrategiczne bez otwartej wojny,
ewentualnie poprawią swoją pozycję jakimś zbrojnym zajęciem terytorium
ukraińskiego na wschodzie.
PZ: Liczyli na uległość Zachodu?
JB: Rosjanie chcieli transformować system międzynarodowy bez dużej
wojny, przez samą groźbę wojny. Czyli tak jak Hitler z Anschlussem
Austrii czy z rozbiorem Czechosłowacji. Scenariusz-marzenie strategów
Kremla był następujący: mocarstwa Zachodu uginają się pod ciężarem
ultimatum Ławrowa z grudnia 2021 roku. Amerykanie wycofują się wojskowo
za Odrę, zwijają swoje siły jądrowe w Europie. Rosjanie robią wtedy, co
chcą, jeśli chodzi o sprawczość w ważnych sprawach Europy, począwszy od
bezpieczeństwa i energetyki. Mają dobrze funkcjonujący wielki deal z Niemcami i Francją na dostawy tanich surowców energetycznych, stają się
częścią europejskiego koncertu mocarstw. Odzyskują pozycję, którą
stracili w 1991 roku, tylko w inny sposób.
PZ: Europa od Lizbony po Władywostok?
JB: Tak. Oczywiście z pominięciem interesów krajów Europy
Środkowo-Wschodniej. Na czele z Polską. Warto tu wspomnieć o postawie
Stanów Zjednoczonych w przededniu wojny. To było ze strony Amerykanów
drażnienie niedźwiedzia. Jakby krzyczeli w eter: "Rosjanie, blefujecie!
Wcale nie jesteście tacy mocni! Znamy wasze plany i wiemy, że nie stać
was na to, żeby je zrealizować". To też mogło się przyczynić do
eskalacji. Putin mógł uznać, że nie ma wyjścia - musi wejść na Ukrainę.
Nie mówię, że nie chciał inwazji, ale podejrzewam, że w ostatniej chwili
do planu operacji Rosjanie dopisali uderzenie na Kijów. Postanowili
pójść na całość i w efekcie zabrakło im głębi operacyjnej i zasobów.
PZ: Wielu ekspertów wojskowych ma podobne spostrzeżenia. O ile
uderzenie z Krymu na Chersoń było doskonale przygotowane i przeprowadzone, o tyle operacja kijowska sprawiała wrażenie prowizorki.
Tak jakby rosyjscy sztabowcy przygotowali ją na kolanie. To była gra va
banque. Rosjanie chcieli powtórzyć operację "Sztorm-333" z 1979 roku,
gdy udało im się zająć pałac prezydencki i zabić prezydenta Afganistanu,
Hafizullaha Amina. Problem polegał na tym, że Kijów to nie Kabul.
JB: Tak, choć pamiętajmy, że Rosjanie lubią - a wcześniej lubili
Sowieci - takie operacje: lądowanie desantu blisko stolicy, czy to
Kabulu, czy Pragi czeskiej w 1968 roku, marsz na budynki rządowe,
pozbawienie władzy centrum decyzyjnego, jakaś szopka w telewizji i zachwianie morale systemu obrony atakowanego państwa, przy jednoczesnej
inwazji drogą lądową. Ale z drugiej strony trzeba też jasno powiedzieć,
że w lutym 2022 roku niewiele brakowało, aby rosyjskie wojska zajęły
również Kijów. Los ukraińskiej niepodległości naprawdę wtedy zawisł na
włosku. Niektórzy mówią, że zawisł na kilku kompaniach wojska
ukraińskiego na linii rzek na północy od Kijowa. Gdyby te kompanie się
wtedy nie zorganizowały i nie stawiły oporu...
PZ: Zaraz, zaraz, to nie Hostomel był punktem ciężkości?
JB: Obrona podejścia od północy - między innymi zalanie części z tych terenów - była kluczowa dla ocalenia ukraińskiej stolicy. No i uporczywa obrona tych wszystkich drobnych miasteczek na drogach
dojazdowych do Kijowa. Tam zatrzymano Rosjan. Oczywiście lotnisko
Hostomel również miało wielkie znaczenie. Stało się symbolem odparcia
rosyjskiego ataku na ukraińską stolicę. Według planów - po błyskawicznym
opanowaniu Hostomela - Rosjanie najprawdopodobniej chcieli być już nocą
w Kijowie. Po dwudziestu czterech godzinach od pierwszego wystrzału tej
wojny.
PZ: Mam wrażenie, że o tej operacji historycy będą pisać grube tomy.
Jakie były jej założenia?
JB: Zajęcie Hostomela - który można porównać z lotniskiem Modlin pod
Warszawą - miało dać podstawę operacyjną do wyprowadzenia uderzenia na
Kijów szybko przemieszczającymi się jednostkami. Chodziło o wywołanie
wielkiego zamieszania w ukraińskiej stolicy i podważenie systemu władzy
centralnej Ukrainy. Wsparcie dla atakujących mieli zapewnić liczni
żołnierze specnazu i grup dywersyjnych, których wcześniej przerzucono do
Kijowa. Uzbrojeni w broń palną, ubrani po cywilnemu, mieli siać
spustoszenie. Ważną decyzję podjął wtedy mer Kijowa, były bokser Witalij
Kłyczko. Rozdał broń zgłaszającym się ochotnikom i w efekcie cywile
wyłapali czy też wybili wielu z tych rosyjskich dywersantów.
PZ: No cóż, była i druga strona medalu. Broń trafiła w ręce
niewyszkolonych cywilów, w mieście zapanował chaos i w efekcie Ukraińcy
nawzajem do siebie strzelali. Media podały informację, że rosyjscy
dywersanci przebierają się w ukraińskie mundury. Dlatego strzelano
również do ukraińskich żołnierzy.
JB: Tak, o wielu sprawach dowiemy się za jakiś czas. To była bardzo
ryzykowna i radykalna decyzja. Rewolucyjna. Przypominała decyzję o rozdaniu broni milicji miejskiej, mieszkańcom Warszawy, w dobie
Konstytucji 3 maja.
PZ: Wróćmy na lotnisko Hostomel. Jak rozumiem, komandosi z pierwszego rzutu wojsk powietrznodesantowych (WDW) mieli opanować
lotnisko. To byli ci żołnierze z białymi opaskami. Pamiętasz ich z tych
pierwszych filmików, które zostały nagrane przez ukraińskich świadków?
JB: Tak. Potem, w drugim rzucie, na lotnisku miały lądować cięższe
jednostki powietrznodesantowe. Tu do akcji miały wejść duże samoloty
transportowe. Jednocześnie w stronę lotniska ruszyła rosyjska kolumna z Białorusi. Jej celem było dotarcie do Hostomela i złapanie kontaktu,
linii komunikacyjnej z podstawą operacyjną od strony północnej,
białoruskiej. To wszystko pozwoliłoby wyprowadzić potężne uderzenie na
Kijów, a wcześniej wywołać zamieszanie i naruszyć stabilność ukraińskiej
władzy centralnej. Rosjanie liczyli, że doprowadzi to do dekompozycji
obrony przeciwnika, która według ich źródeł była nieprzygotowana. Bo
Ukraińcy też jednak w ostatniej chwili szykowali obronę Kijowa od
północy.
PZ: Czyli oni też nie spodziewali się uderzenia na Kijów? Raczej na
Donbas i południe?
JB: Różnie teraz mówią o tym Ukraińcy. Im dłużej trwa ta wojna, tym
bardziej zagmatwany mam obraz tego, co się naprawdę wydarzyło w tych
pierwszych dniach. Wszyscy kłamią na temat tego, co tam się działo.
Podobnie było zaraz po zakończeniu naszej wojny wrześniowej w 1939 roku.
Sprzeczne raporty, trudno było ustalić, co i dlaczego się wydarzyło, a na pewno dlaczego tak fatalnie, jak się wówczas wydawało - przegraliśmy.
Będą powstawać książki na ten temat. Wielu będzie chciało być bohaterem,
który uratował Ukrainę.
PZ: Co zrobiliby Rosjanie, gdyby udało im się wejść do Kijowa w dużej liczbie?
JB: Zajęliby dzielnicę rządową i pewnie zabili albo pojmali
prezydenta Zełenskiego. Rozpędziliby rząd, pokazali, że ukraińska władza
nie panuje nad miastem i krajem. Zajęliby telewizję i nadali kilka
programów na temat nowych porządków. Wszyscy Ukraińcy zobaczyliby, że
Internet i telewizja są już rosyjskie. Że nie ma Zełenskiego, nie ma
starej władzy. Rosjanie liczyli na to, że spowoduje to dekompozycję
Ukrainy, upadek morale i determinacji ukraińskich sił zbrojnych. Że
żołnierze po prostu zaczną się rozchodzić do domów, a po
kilku-kilkunastu dniach walki wygasną. Taki był zamysł. Świadczy o tym
to, że na początku Rosjanie nie chcieli masowo mordować Ukraińców ani
prowadzić intensywnych działań przy użyciu ostrzału artyleryjskiego,
który niszczyłby obiekty cywilne. Oczywiście mieli listy proskrypcyjne
ludzi wrogich Rosji, którzy stanowili elitę narodu ukraińskiego, i zamierzali ich wyeliminować. Natomiast tak naprawdę celem operacji było
przejęcie Ukrainy wraz z jej nienaruszonymi zasobami: przemysłem,
rolnictwem i ludźmi, a może nawet i częścią wojska.
PZ: Podobno widziano Janukowycza - byłego prorosyjskiego prezydenta
Ukrainy - w asyście rosyjskich generałów. Bodajże szykowano go do
powrotu do Kijowa. Myślisz, że to możliwe?
JB: Na pewno Rosjanie stworzyliby rząd marionetkowy. A czy z tym
człowiekiem, czy z innym na czele - tego nie wiem. Bez wątpienia byłby
jednak jakiś nowy rząd uzależniony od Kremla. Rosjanie lubią
legitymizować, legalizować - nawet pokracznie - swoje zaborcze
posunięcia. Wystarczy spojrzeć na przykład II wojny światowej. Niemcy to
byli siepacze. Niszczyli, demolowali kolejne państwa, ale specjalnie się
nie przejmowali legalizacją swoich podbojów. Co innego Sowieci - jak nie
referenda, to jakieś sfałszowane wybory, plebiscyty...
PZ: To prawda. Dwa przykłady. W czasie wojny zimowej mieli już
przygotowany fiński komunistyczny "rząd" Ottona Kuusinena. Po
zwycięstwie planowali go osadzić w Helsinkach. A w 1944 roku, gdy
zajmowali Polskę, powołali Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Wygląda
na to, że w 2022 roku planowali działać według podobnego schematu.
JB: Rosjanie, prowadząc politykę imperialną, tak właśnie załatwiają
te sprawy. I oczywiście mają pod ręką odpowiednie "kwity", które mogą
pokazywać w nieskończoność tak zwanej społeczności międzynarodowej. To
samo jest z granicami - zawsze znajdą jakieś mapy, jakieś dyplomatyczne
haczyki. To jest ich modus operandi. Lubują się w tym. Dlatego tak
ważna była decyzja Zełenskiego, że zostaje w kraju, w Kijowie.
PZ: No właśnie, sporo się o tym mówiło. To Amerykanie czy
Brytyjczycy zaproponowali mu, że mogą go ewakuować z miasta?
JB: Z tego, co wiem - Amerykanie. I odpowiedział bardzo godnie: Nie,
nie chcę podwózki, dajcie nam więcej amunicji. To był ważny moment.
Wtedy się wszystko decydowało. Zełenski zamiast uciekać i ratować własną
skórę, opublikował słynne nagranie. Zostaję w Kijowie. Rząd też zostaje.
A z nami nasza armia i nasi ludzie. To wywarło olbrzymie wrażenie i dało
przykład innym. Utwierdziło Ukraińców w woli oporu. Było to zresztą
nakręcone komórką, puszczone w Internecie. Zupełna nowość w historii
wojen i metod komunikacji politycznej.
PZ: Dzięki tej decyzji Zełenski przejdzie do historii swojego narodu
inaczej, niż Edward Śmigły-Rydz przeszedł do historii Polski.
JB: To była postawa absolutnie niesamowita, nawet można powiedzieć,
że bohaterska. Kontrast z postawą władz sanacyjnych w 1939 roku aż rzuca
się w oczy. Co ciekawe, zupełnie się tego po Zełenskim nie spodziewano.
On wcześniej nie wyglądał na męża stanu, nie miał dużego poparcia
społecznego, nie miał na koncie wielkich decyzji politycznych,
oszałamiającej kariery. A już na pewno nie kojarzył się z wojskiem i prowadzeniem działań zbrojnych. Nie był nawet szczególnym nacjonalistą
ukraińskim.
PZ: Podobno ukraińskiego nauczył się dopiero na potrzeby kampanii
wyborczej. Wychował się w domu rosyjskojęzycznym. Kojarzony był zaś
raczej z kabaretem - w którym występował jako komik - niż z wojną. To
był kandydat protestu, ludzie głosowali na Zełenskiego, bo już mieli
dość skorumpowanych, nieudolnych zawodowych polityków.
JB: No właśnie, a w ogniu tej wojny stał się bohaterem.
PZ: Zauważyłeś, że on nawet fizycznie się zmienił? Wcześniej był
takim drobnym, filigranowym chłopakiem. Teraz jest nabity, mocny.
Wyraźnie zmężniał. Spoważniał.
JB: Wojna zmienia człowieka. Trudno oczekiwać, by Zełenski - na
którego barkach spoczywa taka odpowiedzialność, który tyle ryzykuje -
się nie zmienił.
PZ: Czy rzeczywiście w Kijowie doszło do strzelaniny między jego
ochroną osobistą a rosyjskimi komandosami? Krążą o tym legendy.
JB: Tak, słyszałem, że doszło do takiej wymiany ognia. Że Rosjanie
byli bardzo blisko i omal nie dopadli ukraińskiego prezydenta. Coś się
działo w tym rządowym gmachu, o czym pewnie dowiemy się po wojnie.
Dlatego właśnie mówię, że Rosjanie byli o krok od powodzenia, że los
Ukrainy zawisł na włosku. Kiedy w Warszawie w grudniu 2021 roku - dwa
miesiące przed wojną - prezentowaliśmy Armię Nowego Wzoru, pokazaliśmy
pewien slajd. Był na nim fragment wspomnień, chyba Grota-Roweckiego, o tym, jak wyglądał wrzesień 1939 roku w Warszawie. Jak dygnitarze rządowi
uciekali ze stolicy przed zbliżającymi się Niemcami. Prezydent uciekł,
premier uciekł, ministrowie uciekli, generałowie uciekli. Z żonami,
kochankami, z kanarkami w klatkach zapakowanymi do limuzyn. A zwykli
Polacy zostali pozostawieni samym sobie. Powiedziałem wtedy, że lotnisko
na Okęciu jest niebezpiecznie i kusząco dogodnie położone - aż kusi
polityków, żeby z niego uciekać w sytuacji zagrożenia. I przestrzegałem,
żeby tego nie robili, bo na współczesnej wojnie może wystąpić kaskadowy
upadek morale. Gdy rozejdzie się informacja, że władze uciekły, opór
armii i narodu może się załamać. Niestety w Polsce głównodowodzący lubią
się "ewakuować". Bo wiesz, zawsze można "dowodzić" armią z Włoch,
Londynu albo...
PZ: ...Paryża, skąd mieli nadzieję "kierować" walką narodu nasi
sanacyjni dygnitarze. Jak wiadomo, skończyło się na internowaniu w Rumunii. To był czarny moment naszej historii. Wróćmy jednak na Ukrainę,
do pierwszych dni wojny. Ja zapamiętam to na całe życie. Początkowo
rzeczywiście wydawało się, że losy wojny się ważą. Ale potem bardzo
szybko, z każdym dniem, widać było, że Rosjanie radzą sobie coraz
gorzej. Że wszystko u nich staje, a potem zaczyna się sypać, a Ukraińcy
coraz śmielej przechodzą do kontrataków. Nasze rozważania zacznijmy od
strony rosyjskiej. Niektórzy mówią, że to nie Ukraina obroniła Kijów
dzięki wybitnym zdolnościom dowódców i poświęceniu żołnierzy, że to
safandułowaci Rosjanie ze swymi problemami strukturalnymi schrzanili tę
operację. Pamiętasz długie kolumny rosyjskich czołgów i ciężarówek
rozciągnięte na ukraińskich drogach, stojące bez paliwa na poboczach...
JB: No cóż, widziałem takie kolumny również w czasie operacji
"Iracka Wolność" w 2003 roku na południowy zachód od Bagdadu.
Amerykańskie czołgi stały, bo zatrzymała je burza piaskowa, a potem
zabrakło im paliwa. Jeżeli dokonujesz projekcji sił na dużą odległość,
ciężkimi pojazdami, to czasami źle policzysz logistykę. Albo ktoś nie
dojedzie. Albo będzie burza piaskowa czy deszcz. Jedna cysterna nie
dotrze, druga się zepsuje - i już jest problem. Przeciwnik też nie śpi.
Trochę do ciebie strzelają, ktoś ci coś wysadzi w powietrze. I jest
kolejny problem. Ktoś ma rozwolnienie, ktoś ma gorączkę i nagle się
okazuje, że w zderzeniu z rzeczywistością te wszystkie tabelki szlag
trafia. Tak to już bywa na wojnie. Amerykanom w Iraku też doskwierały
przestoje, na pewno w czasie wojny 2003 roku, gdy mieli mało wojsk
operacyjnych Zresztą gdyby jeszcze w 1991 roku armia Saddama Husajna
walczyła tak jak teraz Ukraińcy, to kto wie, jak by było z tym słynnym
lewym sierpowym, który dowodzący siłami sprzymierzonymi generał Norman
Schwarzkopf wyprowadził wtedy korpusem pancernym, omijając całą główną
linię irackich wojsk w Kuwejcie od zachodu.
PZ: Nie wspomniałeś o pogodzie. Rosjanie atakowali w lutym. Było
zimno i część żołnierzy nie wyłączała na postojach silników. Marnowali
paliwo. I zabrakło go, aby dotrzeć na czas do Kijowa.
JB: Nie chodziło tylko o temperatury. Kiedyś tłumaczył mi to pewien
Amerykanin z wywiadu wojskowego. Czołgiści gaszą silniki tylko na
ćwiczeniach. Nigdy na wojnie, gdy ktoś może do nich strzelać. Wiesz
dlaczego?
PZ: Żeby - w razie draki - móc szybko zwiać?
JB: Właśnie. Bo wtedy masz ruch. Na froncie wieści szybko się
rozchodzą. Tam Iwan dostał granatnikiem na postoju, tam na Sieriożę
spadła bomba, tu przez właz wleciał dron. Muszę być w ciągłym ruchu,
zawsze gotowy do manewru, żeby mnie to nie spotkało. Tak myśleli
rosyjscy czołgiści. I w ogóle nie trzymali się norm spalania rozpisanych
przez sztabowców w jakichś tabelkach. Strach, ludzkie emocje, praktykę
pola walki też trzeba kalkulować. To nie marsz w warunkach pokojowych z punktu A do B - to jest walka. Zakładam, że Rosjanie przyjęli złe normy
spalania, nie przewidzieli takiego oporu, zwłaszcza ze strony
ukraińskiej lekkiej piechoty, która ich masakrowała na podejściach do
Kijowa.
PZ: Czyli nie powinniśmy lekceważyć rosyjskiej armii?
JB: Nie. Jeszcze raz spójrzmy na mapę. Zwróćmy uwagę na rozmiary
Ukrainy, na odległość, którą musieli pokonać Rosjanie, żeby podejść do
Kijowa. Przełóżmy to na przykład na państwa bałtyckie. Gdyby taką
operację Rosjanie przeprowadzili nad Bałtykiem, myślę, że mogliby zająć
Litwę, Łotwę i Estonię. Na wschodniej flance NATO jest znacznie mniej
miejsca niż na Ukrainie. Do tego na wojnie ukraińskiej Rosjanie dużo się
nauczyli: wiedzą już, czym jest system świadomości sytuacyjnej,
dronizacja pola walki, koordynacja dronów i artylerii, ulepszyli metody
uzupełniania rezerw.
PZ: Geografia tym razem była przeciwko Rosjanom. Odwrotnie niż
podczas kampanii roku 1812 czy 1941, gdy to armie europejskie miały
zawsze "daleką drogę" do Moskwy.
JB: Oczywiście. Tu chodzi o głębię operacyjną. Ukraina ją miała.
Ukraińcy mogli się powoli wycofywać i wyhamowywać impet rosyjskiego
natarcia. Stawiać opór po drodze, spowalniać nacierającego
nieprzyjaciela. Rosjanom po prostu nie starczyło pary. Ale to nie
znaczy, że na innym teatrze działań wojennych byłoby tak samo.
PZ: Ukraina jest bez wątpienia trudna do zdobycia. Raz, że jest
olbrzymia. Dwa, że ma rzadką sieć dróg. I te drogi są w dodatku
kiepskie. Jeździłem swego czasu po Ukrainie i to był po prostu koszmar.
Dotknąłeś jednak interesującej sprawy - lekka piechota. O ile druga faza
wojny rosyjsko-ukraińskiej była konfliktem symetrycznym - czołg na
czołg, samolot na samolot, działa przeciwko działom - o tyle pierwsza
faza wojny przypominała wojnę asymetryczną. Szczególnie to, co się
działo na podejściach do Kijowa. Bohaterem tych starć był Javelin. Nie
było dnia, żeby do sieci nie trafił filmik przedstawiający Ukraińców
podbiegających do rosyjskiej kolumny i oddających strzały z javelinów
czy z NLAW-ów. Z kolei do rosyjskich śmigłowców strzelali z naszych,
śmiertelnie skutecznych piorunów. Ukraińskie drogi szybko zamieniły się
w cmentarzysko wypalonego rosyjskiego sprzętu. To było to słynne
poszukiwanie asymetrii na polu bitwy?
JB: Oczywiście. Jeżeli masz długie kolumny nieprzyjaciela, które
potrzebują bardzo dużo amunicji i paliwa, to są one kuszącym celem dla
lekkiej, bardzo mobilnej piechoty. Dla zdeterminowanych ludzi, którzy
doskonale znają teren. W teorii czołgiści mogą się czuć komfortowo, bo
mają pancerz, który ich powinien chronić. Ale w praktyce nowoczesne
wyrzutnie naramienne odpowiednio użyte mogą rozłupać niemal każdy czołg.
Zresztą wystarczy zniszczyć cysternę z benzyną albo spowodować chaos na
tyłach i odciąć wroga od zaopatrzenia. Spowodować, żeby przeciwnik bał
się ataku z każdej strony, stracił świadomość sytuacyjną i kontakt z sąsiednią jednostką. Informacje nie schodzą do oddziałów i pododdziałów.
Jednostka sąsiadująca z drugą jednostką nie ma pojęcia, co się dzieje u tej drugiej. Słyszy tylko eksplozje. Ukraińcy strzelają z krzaków,
zarośli i lasów. Dochodzi do tego, że Rosjanie nie mogą iść na stronę,
aby zrobić siku. Nie chcą ryzykować życia. A żołnierze też mają potrzeby
fizjologiczne. Na początku nie było przecież ustalonej linii frontu.
Rosjanie parli szybko naprzód. Wszystko się zazębiało, Rosjanie jechali
drogami, a Ukraińcy zachodzili ich od tyłu. Grupy bojowe lekkiej
piechoty mogły się tam wyszumieć. Okazały się niezwykle skuteczne.
PZ: To była ta "strefa śmierci", o której tyle mówiłeś?
JB: Raczej można uznać, że to była jeszcze "strefa nękania".
Rosjanie to zrozumieli. I tu należy przyznać, że wykazali się
znajomością sztuki wojennej. Już Clausewitz pisał, że na wojnie
występuje coś takiego jak punkt kulminacyjny. Niby jeszcze jesteś w ofensywie, jeszcze nacierasz, idziesz do przodu, ale tak naprawdę
zdajesz sobie sprawę, że przegrywasz. Impet ataku został wyhamowany. Nie
ma wchodzących rezerw, kończy się amunicja, paliwo. A potem szybko
zaczynasz totalnie przegrywać. Sztuka polega na tym, żeby w odpowiednim
momencie to wyczuć i zatrzymać atak. Rosjanie to zrobili. Zatrzymali się
i ustabilizowali front. A potem w jakim takim porządku się wycofali.
Przegrupowali się i skupili na walce w Donbasie. Nawet twierdzą, że
uzgodnili to z Ukraińcami, że było to przedmiotem negocjacji.
PZ: Podobnie jak w 1941 roku Niemcy. Dotelepali się resztkami sił na
przedpola Moskwy, ale zabrakło im już impetu, żeby zająć samo miasto. W efekcie przegrali całą wojnę. A co do Rosjan w 2022 roku, to jednak nie
tak szybko zrezygnowali ze zdobycia Kijowa. Siedzieli jeszcze dobre
kilka tygodni pod ukraińską stolicą, nim zamknęli ten kierunek
operacyjny i skupili się na bardziej realistycznych celach. A przecież w zasadzie po paru dniach było wiadomo, że nic z tego nie będzie.
JB: Rosjanie bili głową w mur. Wtedy pojawiła się frustracja. Doszło
do niszczenia ukraińskich miejscowości, masowych mordów. Między innymi w Buczy. Wojna zmieniła oblicze. To już nie była szybka, chirurgiczna
operacja. Zaczęła się wojna niszczycielska, a potem na wyczerpanie.
PZ: Jeszcze jedna rzecz a propos tych rosyjskich kolumn. Rozmawiałem
na ten temat ze słynnym snajperem Przemysławem Wójtowiczem. Zapytałem
go: "Gdybyś miał taką kolumnę, do czego byś strzelał?". Odpowiedział bez
wahania: "Do cysterny z benzyną". Jeden celny strzał i można
unieruchomić cały oddział czołgów.
JB: To działa też piorunująco na psychikę. Meldunki idą od plutonu
do kompanii i z powrotem. Ile macie paliwa? Ja mam połowę baku. Nie
wiadomo, kiedy przyjdzie cysterna, a cały nasz zapas wyleciał w powietrze dzisiaj wieczorem. Wtedy żołnierze mają skłonność do negowania
rozkazów, bo przecież chcą żyć. W efekcie albo zatrzymują się w polu i nie jadą dalej, albo po prostu porzucają czołg i uciekają na piechotę.
Bo ten czołg, którego pancerz miał ich chronić, nagle staje się
problemem, ciężarem.
PZ: Unieruchomiony czołg stojący bez paliwa na poboczu jest łatwym
celem dla przeciwnika. Szczególnie gdy nad polem bitwy unoszą się bojowe
drony. Mówiłeś, że Ukrainie pomogła geografia, ale pomogła jej też
pogoda. Kiedy porzucone, pozbawione paliwa czołgi zatarasowały nieliczne
drogi, inni rosyjscy czołgiści próbowali objeżdżać zatory. No i zaczynało się młócenie błota. Wiele czołgów i innych pojazdów utknęło na
bezdrożach, w jakichś bagnach i kanałach. "Generał Błoto" był po stronie
Ukrainy.
JB: Zasada jest taka, że czołg ma słabą mobilność operacyjną ze
względu na to, że spala dużo paliwa. W związku z tym w kierunku pola
bitwy przewozi się go raczej na lorach. Ma natomiast bardzo dobrą
mobilność taktyczną, bo porusza się na gąsienicach i potrafi zjechać na
nieubity grunt, by oflankować przeciwnika. No, ale czasami jednak ta
mobilność taktyczna jest sparaliżowana. Wtedy, kiedy ziemia jest
wyjątkowo rozmokła, gdy trwają ulewy czy roztopy. W takiej sytuacji
czołgi nie mogą zjeżdżać z dróg utwardzonych i flankować przeciwnika.
Nie mogą wykorzystywać swoich największych atutów: mobilności taktycznej
i dużej intensywności ognia. Nie mogą strzelać pod różnym kątem, z różnych miejsc, dynamicznie. Wtedy robi się dodatkowy problem. Klimat,
pogoda też tworzą asymetrię, którą Ukraińcy wykorzystali w lutym, marcu
i kwietniu. Mieli duże szczęście. Wiesz, co się dzieje z psychiką
czołgisty, gdy nie może zjechać na pole z drogi, ukryć się w jakimś
zagajniku, ruszyć się z miejsca, manewrować? Gdy musi stać na drodze, na
otwartym terenie, jak kaczka na strzelnicy. Nie był do tego szkolony,
nie zna procedur. I jeszcze jedna sprawa - w tych kolumnach czołowych, w batalionowych grupach taktycznych objawiła się strukturalna wada
rosyjskich sił lądowych, która pojawiła się po reformach Sierdiukowa i Szojgu. Otóż okazało się, że Rosjanie mają za mało piechoty w BWP-ach i na ciężarówkach. Za mało piechoty, która by mogła wspierać czołgi,
chronić je przed lekką piechotą przeciwnika. To dotyczy pola bitwy, ale
również przemarszów i zabezpieczenia terenu, w tym na postojach lub na
węzłach logistycznych i komunikacyjnych. Kiedy czołgi się zatrzymują na
uzupełnianie paliwa albo żeby czołgiści mogli się przespać, trzeba
rozstawić wartę. Rosjanie nie mieli do tego piechoty... A Ukraińcy czaili
się z javelinami i innymi środkami przeciw czołgom i innym pojazdom.
PZ: Gdy to mówisz, uśmiecham się pod nosem. Gdybyś w 1943 roku
powiedział komuś, że Rosjanom zabraknie piechoty, byłby szczerze
zdumiony. Armia rosyjska, a później sowiecka słynęły z tego, że rzucały
do boju gigantyczne masy żołnierzy. Nakrywały czapkami przeciwników.
Dlaczego to się zmieniło? Rosja ma 140 milionów obywateli. Ukraina
niewiele ponad 40 milionów.
JB: Współczesna armia rosyjska jest bardzo nasycona pojazdami,
ciężka. Postawiono na sprzęt. To armia artyleryjska z komponentem
pancernym i bardzo małą liczbą zwykłej, etatowej piechoty. W rosyjskiej
armii prawdziwe kariery robiło się w wojskach technicznych - wszyscy
chcieli służyć na czołgach, w wojskach rakietowych, latać śmigłowcami.
Etniczni Rosjanie podejmujący karierę wojskową tylko tam chcieli służyć.
I okazało się, że jest za mało piechoty. Tej z piosenek Okudżawy...
PZ: Czyli Rosjanie mieli po prostu zbyt mało siły żywej, by w lutym
2022 roku zrealizować ambitne polityczne plany Władimira Putina?
JB: Tak, wiem, że to brzmi paradoksalnie, ale armia rosyjska była
zbyt mała. A było przecież kilka głębokich kierunków operacyjnych.
Piechota była Rosjanom potrzebna nie tylko do pilnowania czołgów. Także
do przeczesywania, a potem obsadzania zdobywanych miejscowości.
Obsadzania ważnych skrzyżowań czy stacji kolejowych. Wszędzie trzeba
było zostawiać jakiś oddziałek, jakiś garnizonek. W efekcie nacierające
szpice topniały. Były coraz słabsze. Rosjanie oczywiście próbowali iść
dalej, obchodzić punkty oporu. Dlatego Ukraińcy zrobili bardzo dobrze,
że ufortyfikowali miasta. Zastosowali taką samą taktykę jak hetman
Sobieski w kampanii jesiennej 1667 roku. Siedzimy w fortecach, siedzimy
za wałami, w miasteczkach i grodach. Tatarzy i Kozacy omijają nas, ale
my możemy dokonywać wypadów. Uderzać na nich i wracać za wały. Niszczyć
ich linie komunikacyjne. Ukraińcy robili dokładnie tak samo.
Dezorganizowali Rosjanom zaplecze, odcinali zaopatrzenie - nękali ich.
Rosyjskie linie komunikacyjne były narażone na przecięcie uderzeniami z terenów zabudowanych.
PZ: Te miasta często okazywały się pułapkami. Dwa przykłady. Jeden z pierwszych filmików, który wywołał wielki szum w mediach, przedstawiał
dosłownie rozstrzelaną na kawałki kolumnę rosyjską na ulicach jakiegoś
miasteczka. Między dopalającymi się wrakami i trupami chodzili doskonale
uzbrojeni i wyposażeni ukraińscy specjalsi. A drugi przykład to
oczywiście Bucza. Przed tą straszliwą masakrą na głównej ulicy miasta
Ukraińcy spalili całą rosyjską kolumnę. Ulica zapełniona była rudymi,
spalonymi pancerzami czołgów.
JB: Wąskie uliczki, teren zabudowany - to idealne miejsce na taką
pułapkę. Jeżeli masz dobrą, nowoczesną broń przeciwpancerną i doskonale
wyszkoloną, zmotywowaną piechotę - możesz zadać przeciwnikowi wielkie
straty. Lekka piechota ma małą sygnaturę emisyjną, niełatwo ją wykryć.
Trudniej niż ciężki pojazd, który ma wysoką sygnaturę termiczną. Czołg
widać, czuć i słychać. Potem wojna się zmieniła. W Donbasie taka taktyka
była już znacznie trudniejsza do zastosowania. Po pierwsze, Rosjanie
nauczyli się na własnych błędach. Poza tym nie parli już tak naprzód
całymi kolumnami. Używali czołgów inaczej. Nie było wielkich bitew
pancernych ani kolumn, tylko stara, sprawdzona taktyka: wielki wał
ogniowy artylerii. Metodyczne niszczenie wszystkiego na swojej drodze
dziesiątkami tysięcy pocisków i powolne posuwanie się naprzód. Młócka.
PZ: W tym Rosjanie czują się znacznie lepiej niż w finezyjnym
Blitzkriegu. Szczególnie gdy dysponują miażdżącą przewagą ogniową.
Ukraińscy artylerzyści mówili, że w pierwszych miesiącach wojny na
tysiąc rosyjskich strzałów mogli odpowiedzieć najwyżej dziesięcioma.
Rosjanie mieli naprawdę kolosalne zapasy amunicji. Przytłaczająca
większość strat ukraińskich na Wschodzie była wynikiem ostrzału
artyleryjskiego. Zresztą, podobno, tak jest na każdej wojnie.
Przenieśmy się teraz z ziemi w powietrze. Kolejny charakterystyczny
obrazek z pierwszych dni wojny to spadające samoloty rosyjskie. I rosyjscy lotnicy w pomarańczowych skafandrach klęczący z podniesionymi
rękami i rozbitymi nosami na ukraińskich kartofliskach. Byli w kompletnym szoku. Ukraińcy robili im zdjęcia, brali do niewoli.
Pamiętasz te obrazki? Kto by przypuścił, że dysponujący bardzo skromnym
lotnictwem Ukraińcy zdołają podjąć tę walkę i Rosjanie nie osiągną
natychmiast panowania w powietrzu.
JB: Obrona powietrzna Ukrainy wcale nie była taka przestarzała, jak
wielu się spodziewało. Miała systemy S-300 i dużo nowoczesnego sprzętu.
Ukraińcy zrobili bardzo mądrze - postanowili to wszystko ukryć,
rozproszyć i tylko co jakiś czas włączać, aby zestrzelić
nieprzyjacielską maszynę. To bardzo mocno działało w nowoczesnej domenie
informacyjnej, w której Ukraińcy okazali się mistrzami. Chodziło o to,
żeby spędzić Rosjan z nieba. Żeby nie wisieli cały czas Ukraińcom nad
głowami. Nad wojskami i infrastrukturą. Tak jak sztukasy we wrześniu
1939 roku latały sobie nieniepokojone nad polskimi drogami i strzelały
do wszystkiego, co się rusza.
Ukraińcy świetnie połączyli systemy średniego i dalekiego zasięgu oraz
nasycili pole bitwy manpadsami, czyli przenośnymi przeciwlotniczymi
zestawami rakietowymi. Dzięki nim zwykły piechur mógł zestrzelić z ramienia wszystko, co latało mu nad głową, oczywiście na niedużej
wysokości. Przede wszystkim rosyjskie śmigłowce. Rosjanie nie mieli
zdolności stand off, czyli strzelania do celów naziemnych spoza linii
horyzontu. To wszystko spowodowało, że rosyjskie lotnictwo tak słabo
sobie radziło.
Pokazuje to pewien trend, o którym mówiliśmy w poprzedniej książce.
Przewagę w wojnie powietrznej zyskują systemy naziemne, które strzelają
do latających celów załogowych. Oczywiście zwolennicy samolotów piątej
generacji - maszyn trudno wykrywalnych - twierdzą, że jest inaczej.
Izraelczycy, z którymi rozmawiałem już w trakcie wojny, mówili mi
jednak, że jest to tendencja nie do uniknięcia, że nowoczesne systemy
naziemne będą zestrzeliwały nawet trudno wykrywalne samoloty. A zatem
era samolotów załogowych może dobiec końca. Inaczej będzie z dronami,
które są znacznie mniejsze, a więc trudniej je namierzyć. A po drugie,
dronów może być tysiące, dziesiątki tysięcy. Tak jak teraz na froncie
ukraińskim. Nie da się ich wszystkich strącić, bo na każdy strącony
pojawia się dziesięć kolejnych.
PZ: Jeżeli chodzi o drony, to sytuacja zmieniła się nawet podczas
tej wojny. Zaczęło się od wielkich, drogich systemów wojskowych.
Bohaterem pierwszych dni wojny był turecki dron Bayraktar. Ukraińcy
nagrali o nim nawet piosenkę. To nie jest mały dron, który możesz kupić
za grosze w supermarkecie. To jest całkiem spora maszyna kupiona od
Turków za grube pieniądze i rzeczywiście w pierwszej fazie wojny
bayraktary były piekielnie skuteczne, choćby w zwalczaniu rosyjskich
kolumn na drogach. Potem zniknęły, a zastąpiły je roje małych cywilnych
dronów, pod które Ukraińcy podczepiali granaty.
JB: To też jest dyskusyjne. Są różne raporty na ten temat. Istnieją
systemy walki radioelektronicznej, które dużą część dronów mogą po
prostu wyłączyć. Choć oczywiście nie mogą być wszędzie. Przede wszystkim
Rosjanie nie mogli podciągnąć swoich systemów zwalczania dronów - obrony
powietrznej i radioelektronicznej. Te systemy powinny zapewniać parasol
ochronny kolumnom czołgów, unieszkodliwiać bayraktary. Coś jednak
zawodziło.
PZ: Może szli za szybko? Bo to chyba działa tak, że musisz iść i rozstawiać, iść i rozstawiać. I tak w kółko, żeby cały czas być krytym.
To dość skomplikowane, a Rosjanie nie są przecież mistrzami organizacji.
No i - przede wszystkim - bardzo im się spieszyło.
JB: Może tak to wyglądało. W ataku działa się inaczej niż w obronie,
jest trudniej. Więcej rzeczy trzeba koordynować, jest się mniej
statycznym, co oczywiste, i częściej pojawiają się braki. W ogóle wiele
rzeczy zawiodło. Przede wszystkim za wolno działała rosyjska pętla
decyzyjna. Brakowało zgrania. Rosjanie nie robili tak wielkiej operacji
ofensywnej od czasu operacji mandżurskiej w 1945 roku przeciwko
Japończykom. Czegoś takiego nie da się zaś nauczyć po prostu z książek
czy na poligonie. Armia sowiecka dlatego tak znakomicie zrobiła tę
operację mandżurską, bo była już po czterech latach wojny z Niemcami,
największej wojny lądowej w historii ludzkości. Po czterech latach
wielkich operacji logistycznych. Dowódcy Armii Czerwonej mieli niezbędne
doświadczenie.
PZ: Czyli co, według ciebie bayraktary są przereklamowane?
JB: Nie wiem. Trudno mi coś wyrokować w tej sprawie. Natomiast
potwierdziło się to, że przyszłością pola bitwy są dziesiątki tysięcy
małych, acz skutecznych dronów, a także amunicja krążąca, być może
sterowana sztuczną inteligencją. Mówiliśmy o tym w projekcie Armii
Nowego Wzoru. Że tanie, nawet cywilne drony w wielkiej masie należy
włączyć do systemu świadomości sytuacyjnej. Bo to świadomość zmienia
pole gry, niweluje masę przeciwnika. Ten, kto dominuje w informacji,
czyli pierwszy wie, gdzie znajduje się przeciwnik - wygrywa. Bo strzela
pierwszy. Ogniem w połączeniu z dostarczoną na czas precyzyjną
informacją można przeciwdziałać koncentracji masy uderzeniowej. Trudno
teraz zebrać dwie kompanie czołgów do ataku, bo przecież wszystko widać
z góry. Drony są oczami, które naprowadzają na koncentrujące się czołgi
ogień artylerii. Kiedy mówiliśmy o tych cywilnych dronach, śmiano się z nas. A to się potwierdziło. Kluczowe jest to, że nikt tych dronów nie
boi się stracić, używa się ich jak wykałaczek po jedzeniu.
PZ: To prawda, są bowiem tanie jak barszcz. Co innego z bayraktarami. One są wielkie i drogie. Zniszczenie każdego z nich to
poważna strata dla wojska.
JB: Otóż to. I każdy generał musi się liczyć z tym, że minister
będzie bardzo niezadowolony, gdy się dowie, że bayraktar roztrzaskał się
na ziemi. Bo to oznacza stratę jakiegoś procentu potencjału.
PZ: W efekcie żołnierze obchodzą się z takimi wielkimi dronami jak z jajkiem. Walczą zachowawczo. Nie wykorzystują ich całkowitego
potencjału, bo musieliby zaryzykować. Bayraktar nie jest zresztą
najdroższym dronem na rynku. Są jeszcze bezzałogowe "latające fortece",
takie jak amerykańskie reapery. To jest już naprawdę baaardzo drogi
sprzęt.
JB: Nie mam wątpliwości, że drony - powietrzne, lądowe i morskie -
to przyszłość pola walki. Ukraina jest pierwszym tego prognostykiem. Bez
dronów trudno sobie wyobrazić wojnę przyszłości. To prawdziwa rewolucja.
Kiedyś front był płytki. Można było rotować kompanię broniącą okopów na
niedalekie zaplecze, gdzie żołnierze odpoczywali. Teraz to niemożliwe. W powietrzu są drony, które widzą wszystko na głębokość
kilkunastu-kilkudziesięciu kilometrów. W efekcie boisz się wysikać pod
drzewem, bo dron cię namierzy i artyleria trafi cię z trzydziestu pięciu
kilometrów. Albo sam dron spuści ci na głowę granat. Żołnierz na froncie
nie może odpoczywać, nigdzie nie może się czuć bezpiecznie. Front
styczny staje się głęboki. Bardzo trudno jest zebrać siły i kogoś
zaskoczyć, okrążyć. Bo widać jak na dłoni wszystkie ruchy. To powoduje,
że manewr umiera, oczywiście chodzi o manewr dużą masą pojazdów i sprzętu. Widzieliśmy to, gdy Ukraińcy rozpoczęli kontrofensywę na
Zaporożu w czerwcu 2023 roku. Rosjanie wiedzieli, że się zbierają, i zniszczyli ukraińskie leopardy. To właśnie drony je wypatrzyły.
PZ: Z drugiej strony dron dla żołnierza to plus. Może go w każdej
chwili wypuścić i wie, co się dzieje za wzgórzem czy w trakcie walki
miejskiej, po drugiej stronie budynku. Dron to teraz oczy żołnierza.
Porozmawiajmy jednak o symbolach. Jednym z nich był Bayraktar, a innym
"Duch Kijowa". Ukraiński pilot myśliwca, który miał zestrzelić olbrzymią
liczbę rosyjskich maszyn. Na jego cześć zrobiono nawet dziecięce klocki.
JB: Myślisz, że to była ściema?
PZ: Tak.
JB: No cóż, ściema na wojnie też jest bardzo przydatna. Bo podbija
morale własne, a niszczy morale przeciwnika. W czasie tak zwanej
Wielkiej Wojny Ojczyźnianej aparat propagandowy też tworzył różne mity.
O dzielnych snajperach, saperach czy żołnierzach, którzy mieli granatami
zniszczyć kilkadziesiąt niemieckich czołgów. Ludzie wierzyli w te
opowieści, a niektórzy wierzą nawet do dziś.
PZ: Kolejny mit, który mi przychodzi do głowy: Wyspa Węży. I słynna
odpowiedź, która miała paść z ust jej obrońców w rozmowie z kapitanem
rosyjskiego okrętu: "Idźcie na ch...".
JB: Teraz już nie wiadomo, co jest prawdą, a co nie. Ważne jest, kto
ma przewagę w domenie informacyjno-propagandowej. W tej wojnie to
oczywiście Ukraina. Warto natomiast powiedzieć kilka słów o samej Wyspie
Węży...
PZ: Niewielki kawałek skały położony na Morzu Czarnym w pobliżu
delty Dunaju. 0,205 kilometra kwadratowego. Podczas tej wojny
przechodził z rąk do rąk. Najpierw Rosjanie go zajęli, a potem Ukraińcy
odbili.
JB: Kilka lat przed wojną brałem udział w grach wojennych, które
rozgrywały się w delcie Dunaju. Brali w nich udział Amerykanie i rumuńscy oficerowie. Miejsce było malownicze - luksusowy statek, który
kiedyś należał do Nicolae Ceau?escu. Wystrój z lat osiemdziesiątych. W czasie tych gier Wyspa Węży była kluczowym punktem strategicznym. W naszym scenariuszu baliśmy się, że rosyjski specnaz ją uchwyci i będzie
nam dyktował warunki.
PZ: Dlaczego Wyspa Węży jest taka ważna?
JB: Bo blokuje wyjście z portów i trasy żeglugowe. Ten, kto ją ma,
może kontrolować eksport zboża ukraińskiego do europejskich portów.
Ukraina, żeby się rozwijać, żeby mieć coś do powiedzenia, musi mieć
możliwość swobodnego wywozu swoich produktów rolnych. A także produktów
swojego przemysłu. Gdyby Rosjanie kontrolowali Wyspę Węży, Ukraina
byłaby w szachu.
PZ: Mówiliśmy o lądzie i powietrzu. Czas na morze. Na papierze
rosyjska Flota Czarnomorska powinna zjeść słabiutkich na Morzu Czarnym
Ukraińców. Tymczasem rosyjscy marynarze, oprócz niekompetencji, niczego
specjalnego nie zaprezentowali.
JB: Dane sprzętowe z Wikipedii nie walczą. Życie często weryfikuje
papierowe armie i floty. Ale bądźmy fair - Rosjanie osiągnęli jednak na
morzu pewien sukces. Zastosowali skuteczną blokadę morską i Ukraina
została ubezwłasnowolniona w swoich przepływach strategicznych, w eksporcie i imporcie. Sprawę rozwiązało dopiero porozumienie zbożowe
zawarte dzięki Turcji. W ten sposób Flota Czarnomorska dała Rosji mocny
polityczny instrument. Ukraińcy nie mieli jak przełamać tej blokady za
pomocą środków militarnych. Mogłoby to zrobić NATO, ale oczywiście tego
nie zrobiło, bo groziłoby to III wojną światową. Z drugiej strony
Ukraińcom udało się uniemożliwić Rosjanom wykorzystanie Morza Czarnego
jako podstawy operacyjnej do desantu na Odessę. Rosjanie nie zdołali
stworzyć jeszcze jednego kierunku operacyjnego i tym samym jeszcze
bardziej rozproszyć sił ukraińskich. Ukraińskie systemy antydostępowe
trzymały w szachu rosyjskie okręty. Były bardzo skuteczne, o czym
świadczy to, że krążownik rakietowy Moskwa poszedł na dno.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki