Wojna o Ukrainę. Wojna o świat - Jacek Bartosiak, Piotr Zychowicz

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (24,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Dwa lata. Tyle czasu minęło od wyda­nia naszej poprzed­niej książki - Nad­cho­dzi III wojna świa­towa. Wyda­wa­łoby się, że to nie­wiele. Tym­cza­sem przez te dwa lata świat wywró­cił się do góry nogami. Zie­mia w roku 2023 jest zupeł­nie inną pla­netą, niż była w roku 2021.

Tytuł poprzed­niej naszej książki wzbu­dził sporo kon­tro­wer­sji. Według kry­tycz­nych komen­ta­to­rów duża wojna w XXI wieku była czymś nie do pomy­śle­nia. Była nie­moż­li­wo­ścią, fan­ta­zją. Żyli­śmy rze­komo w epoce końca histo­rii. Tym­cza­sem zale­d­wie kilka mie­sięcy po wyda­niu tej książki Rosja doko­nała peł­no­ska­lo­wej inwa­zji na Ukra­inę.

W Euro­pie, za wschod­nią gra­nicą Rze­czy­po­spo­li­tej, roz­po­czął się wielki kon­flikt zbrojny. Kon­flikt, który trwa do dziś. Naprze­ciw sie­bie sta­nęły dwie kil­ku­set­ty­sięczne armie uzbro­jone w tysiące czoł­gów, bojo­wych wozów pie­choty, rakiet, śmi­głow­ców i samo­lo­tów.

Bom­bar­do­wa­nia, wiel­kie bitwy, okopy, śmierć tysięcy żoł­nie­rzy i cywi­lów. Wypa­lone sko­rupy czoł­gów na ste­pie, mia­sta obró­cone w morze ruin. Stary kon­ty­nent nie był areną takich dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń od 1945 roku.

Wojna na Ukra­inie - według nas, auto­rów tej książki - jest tylko ele­men­tem szer­szego, glo­bal­nego zja­wi­ska. Mię­dzy­na­ro­dowy ład się kru­szy. Dotych­cza­sowa supre­ma­cja Sta­nów Zjed­no­czo­nych została pod­wa­żona. Mocar­stwa przy­stą­piły do wiel­kiej rywa­li­za­cji o świa­tową hege­mo­nię.

Chiny, Rosja, Indie i inni gra­cze dążą do zmiany układu sił i prze­obra­że­nia sys­temu mię­dzy­na­ro­do­wego. Do zbu­do­wa­nia nowych prze­pły­wów stra­te­gicz­nych i wyty­cze­nia nowych stref wpły­wów. Mocar­stwa super­kon­ty­nentu eura­zja­tyc­kiego otwo­rzyły kolejny roz­dział odwiecz­nej rywa­li­za­cji z mocar­stwami oce­anicz­nymi. Glo­balne Połu­dnie ma dość domi­na­cji Pół­nocy.

O co toczy się ta gra? Kto ma naj­więk­sze szanse na zwy­cię­stwo? Jaki ład wyłoni się z obec­nego cha­osu? Czy agre­sja na Ukra­inę jest tylko pierw­szą kam­pa­nią nowych wojen napo­le­oń­skich? Czy doj­dzie do wojny na Pacy­fiku? Jaki los czeka Europę? Jaką poli­tykę powinna pro­wa­dzić Pol­ska, żeby nie stać się znowu strefą zgniotu? To tylko część pytań, które sobie sta­wiamy.

Na wiel­kie wyda­rze­nie mię­dzy­na­ro­dowe nakłada się rewo­lu­cja tech­no­lo­giczna. Roz­wój sztucz­nej inte­li­gen­cji, robo­tyka, postę­pu­jąca cyfry­za­cja, upo­wszech­nie­nie dro­nów, eks­plo­ra­cja kosmosu. Świat, w któ­rym żyjemy, zmie­nia się na naszych oczach, i to w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Jak się w tym odna­leźć? Jakie są zagro­że­nia, a jakie korzy­ści?

Pod­stawą naszej książki Nacho­dzi III wojna świa­towa były roz­mowy prze­pro­wa­dzone na kanale "Histo­ria Realna" na YouTu­bie. Znacz­nie posze­rzone i zre­da­go­wane na potrzeby druku. Tym razem odda­jemy do rąk czy­tel­ni­ków mate­riał pre­mie­rowy.

Roz­mowy, które zna­la­zły się w książce Wojna o Ukra­inę. Wojna o świat, nagra­li­śmy na War­mii i na war­szaw­skim Powi­ślu w czerwcu-wrze­śniu 2023 roku. Przed samym dru­kiem zostały przej­rzane i uzu­peł­nione, tak aby były jak naj­bar­dziej aktu­alne.

Spe­cjalne podzię­ko­wa­nia należą się Patry­kowi Gro­cho­wal­skiemu, który brał udział we wszyst­kich sesjach i nagry­wał nasze roz­mowy.

Liczymy, że książka ta - tak jak poprzed­nia - wzbu­dzi zain­te­re­so­wa­nie czy­tel­ni­ków. Nie cho­dzi nam o to, żeby czy­tel­nicy we wszyst­kim się z nami zgo­dzili. Wprost prze­ciw­nie - naszym celem jest pobu­dze­nie do dys­ku­sji, oży­wie­nie debaty publicz­nej, wywo­ła­nie reflek­sji na temat kul­tury stra­te­gicz­nej Rze­czy­po­spo­li­tej. Zain­te­re­so­wa­nie jak naj­więk­szej rze­szy Pola­ków geo­po­li­tyką i rela­cjami mię­dzy­na­ro­do­wymi.

Czasy są nie­bez­pieczne. Histo­ria wście­kle przy­spie­szyła. Pol­ska musi być bez­pieczna. Nie stać nas na powtó­rze­nie błę­dów prze­szło­ści.

War­szawa, paź­dzier­nik 2023

ROZMOWA 1

BITWA O KIJÓW

Piotr Zycho­wicz: Pamię­tasz, co robi­łeś rano 24 lutego 2022 roku?

Jacek Bar­to­siak: Pamię­tam. Noco­wa­łem w hotelu w Kra­ko­wie. Tuż przy rynku. Już poprzed­niego dnia wyglą­dało na to, że wybuch­nie wojna. Leżąc w łóżku, patrzy­łem w tele­fon, prze­glą­da­łem Twit­tera i jed­no­cze­śnie mia­łem włą­czony tele­wi­zor. Zdrzem­ną­łem się godzinę i tak minęła pół­noc. Gdy obu­dzi­łem się nad ranem, choć jesz­cze w nocy, wszystko było już wia­domo. Wojna. W Kra­ko­wie byłem dla­tego, że bra­łem udział w odpra­wie w Dowódz­twie Kom­po­nentu Wojsk Spe­cjal­nych. Wcze­śniej prze­pro­wa­dzi­li­śmy tam grę wojenną dla naszego woj­ska.

PZ: Jak się kon­kret­nie dowie­dzia­łeś?

JB: Z mediów, wsze­la­kich, od Twit­tera po tele­wi­zję oczy­wi­ście. Już po prze­mó­wie­niu Putina wia­domo było, że zaraz się coś zacznie. A potem nade­szły pierw­sze donie­sie­nia o rosyj­skich poci­skach i rakie­tach sypią­cych się na Kijów i inne mia­sta na Ukra­inie.

PZ: Twoja pierw­sza reak­cja...

JB: Nie mogę powie­dzieć, żebym był zasko­czony. W końcu razem z kole­gami ze Stra­tegy&Future ostrze­ga­li­śmy od dłuż­szego czasu, że wojna w naszej czę­ści świata nie­ubła­ga­nie nad­ciąga. My, Pio­trze, też prze­cież nagra­li­śmy na ten temat kilka pro­gra­mów, napi­sa­li­śmy nawet książkę...

PZ: Nad­cho­dzi III wojna świa­towa.

JB: Tak. Ale z dru­giej strony nie sądzi­łem, że w wypadku Ukra­iny rosyj­ski atak będzie na taką ogromną skalę, na tylu osiach ope­ra­cyj­nych i z tak ambit­nymi zało­że­niami woj­sko­wymi i celami poli­tycz­nymi. Wyda­wało mi się, że Rosja­nie mogliby osią­gnąć cel geo­stra­te­giczny ina­czej. Że ta wojna będzie ogra­ni­czona. To jest zresztą wielki temat: dla­czego Rosja­nie pod­jęli taką, a nie inną decy­zję? Dla­czego poszli na całość?

PZ: Jesz­cze o tym poroz­ma­wiamy. Ale wróćmy do 24 lutego. Do dnia, który zmie­nił nasz świat.

JB: Tak, mia­łem poczu­cie, że to jest abso­lut­nie fun­da­men­talny moment. Prze­ło­mowy moment w histo­rii Europy. Naj­waż­niej­szy po 1945 roku. Waż­niej­szy niż upa­dek Związku Sowiec­kiego i roz­pad Układu War­szaw­skiego. Wojna toczyła się na Ukra­inie, ale ja myśla­łem o Pol­sce. Bo muszę uczci­wie przy­znać: zakła­da­łem, że armia ukra­iń­ska szybko prze­gra, a pań­stwo ukra­iń­skie szybko upad­nie. Bar­dzo się nie­po­ko­iłem, co wtedy się sta­nie z nami. To uczu­cie było bar­dzo dziwne, bo w końcu pisa­łem książki, mówi­łem od lat o tym, że nad­cho­dzi rywa­li­za­cja i w rezul­ta­cie wojna, która prze­trans­for­muje sys­tem mię­dzy­na­ro­dowy. Że rywa­li­za­cja wiel­kich mocarstw musi dopro­wa­dzić do kon­fron­ta­cji. I to się wyda­rzyło.

PZ: A nie mia­łeś satys­fak­cji - patrz­cie, nie mówi­łem?

JB: Nie, wręcz prze­ciw­nie. Trudno mieć poczu­cie satys­fak­cji z powodu wybu­chu wojny, z cier­pie­nia ludzi. W ogóle muszę powie­dzieć, że w pierw­szych kilku dniach nie­chęt­nie udzie­la­łem wywia­dów. Bo niby mówi­łem, że nad­cho­dzi wojna, ale gdy nade­szła - byłem jed­nak w szoku.

PZ: Pew­nie jak więk­szość naszych czy­tel­ni­ków. Co innego toczyć geo­po­li­tyczne roz­wa­ża­nia, a co innego mieć świa­do­mość, że za naszą wschod­nią gra­nicą toczy się wojna. Taka praw­dziwa. Nie jakaś "misja" czy "inter­wen­cja" na odle­głych pusty­niach Bli­skiego Wschodu. Wojna mię­dzy dwoma euro­pej­skimi pań­stwami, dwiema regu­lar­nymi armiami wypo­sa­żo­nymi w czołgi, rakiety, samo­loty, arty­le­rię. O woj­nach takich jak ta do tej pory czy­ta­li­śmy w pod­ręcz­ni­kach do histo­rii, a teraz możemy ją śle­dzić w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

JB: No i ta bli­skość Pol­ski. Tego pierw­szego dnia wojny, będąc w Dowódz­twie Kom­po­nentu Wojsk Spe­cjal­nych, mia­łem głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że to będzie potężne wstrzą­śnię­cie naszym pań­stwem. Że ta wojna da nam impet do zmian w kie­runku postu­lo­wa­nym w Armii Nowego Wzoru, wiel­kiej moder­ni­za­cji w woj­sku pol­skim, wiel­kich prze­obra­żeń w pań­stwie, w sys­te­mie odpor­no­ści pań­stwa. Mia­łem wów­czas wra­że­nie, że wsku­tek tej wojny już nic nie może być takie samo. A jed­nak...

PZ: Poroz­ma­wiajmy o zasko­cze­niach tej wojny. Jeżeli cho­dzi o mnie, to bez wąt­pie­nia naj­więk­szym było nie­zwy­kle ambitne zada­nie, jakie Putin posta­wił przed swo­imi siłami zbroj­nymi. Gdy­byś mnie zapy­tał o to dzień wcze­śniej - 23 lutego - odpo­wie­dział­bym, że jeśli doj­dzie do wojny, to Rosja­nie będą pró­bo­wali obgryźć Ukra­inę na wscho­dzie. Czyli taka powtórka z 2014 roku. Jakaś ogra­ni­czona ope­ra­cja na Don­ba­sie plus prze­bi­cie kory­ta­rza na Krym przez Mariu­pol wzdłuż Morza Azow­skiego. Ale nie spo­dzie­wa­łem się fron­tal­nego szturmu na Kijów, próby wbi­cia osi­ko­wego kołka w samo serce Ukra­iny. To, że Rosja­nie chcieli opa­no­wać całą Ukra­inę, było dla mnie naj­więk­szą nie­spo­dzianką.

JB: Oczy­wi­ście atak na Kijów też mnie zasko­czył. Ale to nie było naj­więk­sze zasko­cze­nie. Naj­więk­szym zasko­cze­niem była mno­gość kie­run­ków ope­ra­cyj­nych. Rosja­nie ude­rzyli z wielu kie­run­ków jed­no­cze­śnie. Na pół­nocy - na ukra­iń­ską sto­licę. Na wscho­dzie - na Char­ków i Don­bas. Na połu­dniu wyszli z potęż­nym ude­rze­niem z Krymu na Cher­soń. Taka ope­ra­cja wymaga ogrom­nej logi­styki i ogrom­nych sił zbroj­nych, któ­rych Rosja­nie po pro­stu nie mieli.

PZ: Rosja­nie nie mieli wystar­cza­jąco dużego młotka, żeby wbić ten gwóźdź?

JB: Tak, mówi­li­śmy o tym w naszej poprzed­niej książce. Rosja­nie nie mieli wystar­cza­ją­cej liczby żoł­nie­rzy w swo­ich woj­skach lądo­wych, żeby móc pro­wa­dzić dużą i długą wojnę na tak wielu kie­run­kach ope­ra­cyj­nych. Nie byli w sta­nie utrzy­my­wać impetu ude­rze­nia przez dłuż­szy czas. Dostar­czać na front wystar­cza­ją­cej ilo­ści paliwa, amu­ni­cji i całej reszty zaopa­trze­nia.

PZ: Ukra­ina ma 600 tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych. To drugi co do wiel­ko­ści kraj Europy - po Rosji.

JB: Tak, Ukra­ina to ogromny kraj, a mówiąc języ­kiem woj­sko­wym - ogromna prze­strzeń ope­ra­cyjna. Aby go opa­no­wać, potrzeba w razie zor­ga­ni­zo­wa­nego oporu obroń­ców naprawdę dużej masy wojsk lądo­wych. I to jest główny powód rosyj­skiego nie­po­wo­dze­nia w pierw­szej fazie wojny. I zara­zem wielki para­doks. Rosja, któ­rej zasoby ludz­kie wyda­wały nam się w prze­szło­ści nie­zmie­rzone, nie miała wystar­cza­ją­cej liczby żoł­nie­rzy. Dla­tego też spo­dzie­wa­łem się raczej jakiejś ogra­ni­czo­nej ope­ra­cji w Don­ba­sie. Przy­pusz­czam, że sami Rosja­nie jesz­cze jesie­nią 2021 roku uwa­żali, że osią­gną swoje cele geo­stra­te­giczne bez otwar­tej wojny, ewen­tu­al­nie popra­wią swoją pozy­cję jakimś zbroj­nym zaję­ciem tery­to­rium ukra­iń­skiego na wscho­dzie.

PZ: Liczyli na ule­głość Zachodu?

JB: Rosja­nie chcieli trans­for­mo­wać sys­tem mię­dzy­na­ro­dowy bez dużej wojny, przez samą groźbę wojny. Czyli tak jak Hitler z Anschlus­sem Austrii czy z roz­bio­rem Cze­cho­sło­wa­cji. Sce­na­riusz-marze­nie stra­te­gów Kremla był nastę­pu­jący: mocar­stwa Zachodu ugi­nają się pod cię­ża­rem ulti­ma­tum Ław­rowa z grud­nia 2021 roku. Ame­ry­ka­nie wyco­fują się woj­skowo za Odrę, zwi­jają swoje siły jądrowe w Euro­pie. Rosja­nie robią wtedy, co chcą, jeśli cho­dzi o spraw­czość w waż­nych spra­wach Europy, począw­szy od bez­pie­czeń­stwa i ener­ge­tyki. Mają dobrze funk­cjo­nu­jący wielki deal z Niem­cami i Fran­cją na dostawy tanich surow­ców ener­ge­tycz­nych, stają się czę­ścią euro­pej­skiego kon­certu mocarstw. Odzy­skują pozy­cję, którą stra­cili w 1991 roku, tylko w inny spo­sób.

PZ: Europa od Lizbony po Wła­dy­wo­stok?

JB: Tak. Oczy­wi­ście z pomi­nię­ciem inte­re­sów kra­jów Europy Środ­kowo-Wschod­niej. Na czele z Pol­ską. Warto tu wspo­mnieć o posta­wie Sta­nów Zjed­no­czo­nych w przeded­niu wojny. To było ze strony Ame­ry­ka­nów draż­nie­nie niedź­wie­dzia. Jakby krzy­czeli w eter: "Rosja­nie, ble­fu­je­cie! Wcale nie jeste­ście tacy mocni! Znamy wasze plany i wiemy, że nie stać was na to, żeby je zre­ali­zo­wać". To też mogło się przy­czy­nić do eska­la­cji. Putin mógł uznać, że nie ma wyj­ścia - musi wejść na Ukra­inę. Nie mówię, że nie chciał inwa­zji, ale podej­rze­wam, że w ostat­niej chwili do planu ope­ra­cji Rosja­nie dopi­sali ude­rze­nie na Kijów. Posta­no­wili pójść na całość i w efek­cie zabra­kło im głębi ope­ra­cyj­nej i zaso­bów.

PZ: Wielu eks­per­tów woj­sko­wych ma podobne spo­strze­że­nia. O ile ude­rze­nie z Krymu na Cher­soń było dosko­nale przy­go­to­wane i prze­pro­wa­dzone, o tyle ope­ra­cja kijow­ska spra­wiała wra­że­nie pro­wi­zorki. Tak jakby rosyj­scy szta­bowcy przy­go­to­wali ją na kola­nie. To była gra va banque. Rosja­nie chcieli powtó­rzyć ope­ra­cję "Sztorm-333" z 1979 roku, gdy udało im się zająć pałac pre­zy­dencki i zabić pre­zy­denta Afga­ni­stanu, Hafi­zul­laha Amina. Pro­blem pole­gał na tym, że Kijów to nie Kabul.

JB: Tak, choć pamię­tajmy, że Rosja­nie lubią - a wcze­śniej lubili Sowieci - takie ope­ra­cje: lądo­wa­nie desantu bli­sko sto­licy, czy to Kabulu, czy Pragi cze­skiej w 1968 roku, marsz na budynki rzą­dowe, pozba­wie­nie wła­dzy cen­trum decy­zyj­nego, jakaś szopka w tele­wi­zji i zachwia­nie morale sys­temu obrony ata­ko­wa­nego pań­stwa, przy jed­no­cze­snej inwa­zji drogą lądową. Ale z dru­giej strony trzeba też jasno powie­dzieć, że w lutym 2022 roku nie­wiele bra­ko­wało, aby rosyj­skie woj­ska zajęły rów­nież Kijów. Los ukra­iń­skiej nie­pod­le­gło­ści naprawdę wtedy zawisł na wło­sku. Nie­któ­rzy mówią, że zawisł na kilku kom­pa­niach woj­ska ukra­iń­skiego na linii rzek na pół­nocy od Kijowa. Gdyby te kom­pa­nie się wtedy nie zor­ga­ni­zo­wały i nie sta­wiły oporu...

PZ: Zaraz, zaraz, to nie Hosto­mel był punk­tem cięż­ko­ści?

JB: Obrona podej­ścia od pół­nocy - mię­dzy innymi zala­nie czę­ści z tych tere­nów - była klu­czowa dla oca­le­nia ukra­iń­skiej sto­licy. No i upo­rczywa obrona tych wszyst­kich drob­nych mia­ste­czek na dro­gach dojaz­do­wych do Kijowa. Tam zatrzy­mano Rosjan. Oczy­wi­ście lot­ni­sko Hosto­mel rów­nież miało wiel­kie zna­cze­nie. Stało się sym­bo­lem odpar­cia rosyj­skiego ataku na ukra­iń­ską sto­licę. Według pla­nów - po bły­ska­wicz­nym opa­no­wa­niu Hosto­mela - Rosja­nie naj­praw­do­po­dob­niej chcieli być już nocą w Kijo­wie. Po dwu­dzie­stu czte­rech godzi­nach od pierw­szego wystrzału tej wojny.

PZ: Mam wra­że­nie, że o tej ope­ra­cji histo­rycy będą pisać grube tomy. Jakie były jej zało­że­nia?

JB: Zaję­cie Hosto­mela - który można porów­nać z lot­ni­skiem Modlin pod War­szawą - miało dać pod­stawę ope­ra­cyjną do wypro­wa­dze­nia ude­rze­nia na Kijów szybko prze­miesz­cza­ją­cymi się jed­nost­kami. Cho­dziło o wywo­ła­nie wiel­kiego zamie­sza­nia w ukra­iń­skiej sto­licy i pod­wa­że­nie sys­temu wła­dzy cen­tral­nej Ukra­iny. Wspar­cie dla ata­ku­ją­cych mieli zapew­nić liczni żoł­nie­rze spec­nazu i grup dywer­syj­nych, któ­rych wcze­śniej prze­rzu­cono do Kijowa. Uzbro­jeni w broń palną, ubrani po cywil­nemu, mieli siać spu­sto­sze­nie. Ważną decy­zję pod­jął wtedy mer Kijowa, były bok­ser Wita­lij Kłyczko. Roz­dał broń zgła­sza­ją­cym się ochot­ni­kom i w efek­cie cywile wyła­pali czy też wybili wielu z tych rosyj­skich dywer­san­tów.

PZ: No cóż, była i druga strona medalu. Broń tra­fiła w ręce nie­wy­szko­lo­nych cywi­lów, w mie­ście zapa­no­wał chaos i w efek­cie Ukra­ińcy nawza­jem do sie­bie strze­lali. Media podały infor­ma­cję, że rosyj­scy dywer­sanci prze­bie­rają się w ukra­iń­skie mun­dury. Dla­tego strze­lano rów­nież do ukra­iń­skich żoł­nie­rzy.

JB: Tak, o wielu spra­wach dowiemy się za jakiś czas. To była bar­dzo ryzy­kowna i rady­kalna decy­zja. Rewo­lu­cyjna. Przy­po­mi­nała decy­zję o roz­da­niu broni mili­cji miej­skiej, miesz­kań­com War­szawy, w dobie Kon­sty­tu­cji 3 maja.

PZ: Wróćmy na lot­ni­sko Hosto­mel. Jak rozu­miem, koman­dosi z pierw­szego rzutu wojsk powietrz­no­de­san­to­wych (WDW) mieli opa­no­wać lot­ni­sko. To byli ci żoł­nie­rze z bia­łymi opa­skami. Pamię­tasz ich z tych pierw­szych fil­mi­ków, które zostały nagrane przez ukra­iń­skich świad­ków?

JB: Tak. Potem, w dru­gim rzu­cie, na lot­ni­sku miały lądo­wać cięż­sze jed­nostki powietrz­no­de­san­towe. Tu do akcji miały wejść duże samo­loty trans­por­towe. Jed­no­cze­śnie w stronę lot­ni­ska ruszyła rosyj­ska kolumna z Bia­ło­rusi. Jej celem było dotar­cie do Hosto­mela i zła­pa­nie kon­taktu, linii komu­ni­ka­cyj­nej z pod­stawą ope­ra­cyjną od strony pół­noc­nej, bia­ło­ru­skiej. To wszystko pozwo­li­łoby wypro­wa­dzić potężne ude­rze­nie na Kijów, a wcze­śniej wywo­łać zamie­sza­nie i naru­szyć sta­bil­ność ukra­iń­skiej wła­dzy cen­tral­nej. Rosja­nie liczyli, że dopro­wa­dzi to do dekom­po­zy­cji obrony prze­ciw­nika, która według ich źró­deł była nie­przy­go­to­wana. Bo Ukra­ińcy też jed­nak w ostat­niej chwili szy­ko­wali obronę Kijowa od pół­nocy.

PZ: Czyli oni też nie spo­dzie­wali się ude­rze­nia na Kijów? Raczej na Don­bas i połu­dnie?

JB: Róż­nie teraz mówią o tym Ukra­ińcy. Im dłu­żej trwa ta wojna, tym bar­dziej zagma­twany mam obraz tego, co się naprawdę wyda­rzyło w tych pierw­szych dniach. Wszy­scy kła­mią na temat tego, co tam się działo. Podob­nie było zaraz po zakoń­cze­niu naszej wojny wrze­śnio­wej w 1939 roku. Sprzeczne raporty, trudno było usta­lić, co i dla­czego się wyda­rzyło, a na pewno dla­czego tak fatal­nie, jak się wów­czas wyda­wało - prze­gra­li­śmy. Będą powsta­wać książki na ten temat. Wielu będzie chciało być boha­te­rem, który ura­to­wał Ukra­inę.

PZ: Co zro­bi­liby Rosja­nie, gdyby udało im się wejść do Kijowa w dużej licz­bie?

JB: Zaję­liby dziel­nicę rzą­dową i pew­nie zabili albo poj­mali pre­zy­denta Zełen­skiego. Roz­pę­dzi­liby rząd, poka­zali, że ukra­iń­ska wła­dza nie panuje nad mia­stem i kra­jem. Zaję­liby tele­wi­zję i nadali kilka pro­gra­mów na temat nowych porząd­ków. Wszy­scy Ukra­ińcy zoba­czy­liby, że Inter­net i tele­wi­zja są już rosyj­skie. Że nie ma Zełen­skiego, nie ma sta­rej wła­dzy. Rosja­nie liczyli na to, że spo­wo­duje to dekom­po­zy­cję Ukra­iny, upa­dek morale i deter­mi­na­cji ukra­iń­skich sił zbroj­nych. Że żoł­nie­rze po pro­stu zaczną się roz­cho­dzić do domów, a po kilku-kil­ku­na­stu dniach walki wyga­sną. Taki był zamysł. Świad­czy o tym to, że na początku Rosja­nie nie chcieli masowo mor­do­wać Ukra­iń­ców ani pro­wa­dzić inten­syw­nych dzia­łań przy uży­ciu ostrzału arty­le­ryj­skiego, który nisz­czyłby obiekty cywilne. Oczy­wi­ście mieli listy pro­skryp­cyjne ludzi wro­gich Rosji, któ­rzy sta­no­wili elitę narodu ukra­iń­skiego, i zamie­rzali ich wyeli­mi­no­wać. Nato­miast tak naprawdę celem ope­ra­cji było prze­ję­cie Ukra­iny wraz z jej nie­na­ru­szo­nymi zaso­bami: prze­my­słem, rol­nic­twem i ludźmi, a może nawet i czę­ścią woj­ska.

PZ: Podobno widziano Janu­ko­wy­cza - byłego pro­ro­syj­skiego pre­zy­denta Ukra­iny - w asy­ście rosyj­skich gene­ra­łów. Bodajże szy­ko­wano go do powrotu do Kijowa. Myślisz, że to moż­liwe?

JB: Na pewno Rosja­nie stwo­rzy­liby rząd mario­net­kowy. A czy z tym czło­wie­kiem, czy z innym na czele - tego nie wiem. Bez wąt­pie­nia byłby jed­nak jakiś nowy rząd uza­leż­niony od Kremla. Rosja­nie lubią legi­ty­mi­zo­wać, lega­li­zo­wać - nawet pokracz­nie - swoje zabor­cze posu­nię­cia. Wystar­czy spoj­rzeć na przy­kład II wojny świa­to­wej. Niemcy to byli sie­pa­cze. Nisz­czyli, demo­lo­wali kolejne pań­stwa, ale spe­cjal­nie się nie przej­mo­wali lega­li­za­cją swo­ich pod­bo­jów. Co innego Sowieci - jak nie refe­renda, to jakieś sfał­szo­wane wybory, ple­bi­scyty...

PZ: To prawda. Dwa przy­kłady. W cza­sie wojny zimo­wej mieli już przy­go­to­wany fiń­ski komu­ni­styczny "rząd" Ottona Kuusi­nena. Po zwy­cię­stwie pla­no­wali go osa­dzić w Hel­sin­kach. A w 1944 roku, gdy zaj­mo­wali Pol­skę, powo­łali Pol­ski Komi­tet Wyzwo­le­nia Naro­do­wego. Wygląda na to, że w 2022 roku pla­no­wali dzia­łać według podob­nego sche­matu.

JB: Rosja­nie, pro­wa­dząc poli­tykę impe­rialną, tak wła­śnie zała­twiają te sprawy. I oczy­wi­ście mają pod ręką odpo­wied­nie "kwity", które mogą poka­zy­wać w nie­skoń­czo­ność tak zwa­nej spo­łecz­no­ści mię­dzy­na­ro­do­wej. To samo jest z gra­ni­cami - zawsze znajdą jakieś mapy, jakieś dyplo­ma­tyczne haczyki. To jest ich modus ope­randi. Lubują się w tym. Dla­tego tak ważna była decy­zja Zełen­skiego, że zostaje w kraju, w Kijo­wie.

PZ: No wła­śnie, sporo się o tym mówiło. To Ame­ry­ka­nie czy Bry­tyj­czycy zapro­po­no­wali mu, że mogą go ewa­ku­ować z mia­sta?

JB: Z tego, co wiem - Ame­ry­ka­nie. I odpo­wie­dział bar­dzo god­nie: Nie, nie chcę pod­wózki, daj­cie nam wię­cej amu­ni­cji. To był ważny moment. Wtedy się wszystko decy­do­wało. Zełen­ski zamiast ucie­kać i rato­wać wła­sną skórę, opu­bli­ko­wał słynne nagra­nie. Zostaję w Kijo­wie. Rząd też zostaje. A z nami nasza armia i nasi ludzie. To wywarło olbrzy­mie wra­że­nie i dało przy­kład innym. Utwier­dziło Ukra­iń­ców w woli oporu. Było to zresztą nakrę­cone komórką, pusz­czone w Inter­ne­cie. Zupełna nowość w histo­rii wojen i metod komu­ni­ka­cji poli­tycz­nej.

PZ: Dzięki tej decy­zji Zełen­ski przej­dzie do histo­rii swo­jego narodu ina­czej, niż Edward Śmi­gły-Rydz prze­szedł do histo­rii Pol­ski.

JB: To była postawa abso­lut­nie nie­sa­mo­wita, nawet można powie­dzieć, że boha­ter­ska. Kon­trast z postawą władz sana­cyj­nych w 1939 roku aż rzuca się w oczy. Co cie­kawe, zupeł­nie się tego po Zełen­skim nie spo­dzie­wano. On wcze­śniej nie wyglą­dał na męża stanu, nie miał dużego popar­cia spo­łecz­nego, nie miał na kon­cie wiel­kich decy­zji poli­tycz­nych, osza­ła­mia­ją­cej kariery. A już na pewno nie koja­rzył się z woj­skiem i pro­wa­dze­niem dzia­łań zbroj­nych. Nie był nawet szcze­gól­nym nacjo­na­li­stą ukra­iń­skim.

PZ: Podobno ukra­iń­skiego nauczył się dopiero na potrzeby kam­pa­nii wybor­czej. Wycho­wał się w domu rosyj­sko­ję­zycz­nym. Koja­rzony był zaś raczej z kaba­re­tem - w któ­rym wystę­po­wał jako komik - niż z wojną. To był kan­dy­dat pro­te­stu, ludzie gło­so­wali na Zełen­skiego, bo już mieli dość sko­rum­po­wa­nych, nie­udol­nych zawo­do­wych poli­ty­ków.

JB: No wła­śnie, a w ogniu tej wojny stał się boha­te­rem.

PZ: Zauwa­ży­łeś, że on nawet fizycz­nie się zmie­nił? Wcze­śniej był takim drob­nym, fili­gra­no­wym chło­pa­kiem. Teraz jest nabity, mocny. Wyraź­nie zmęż­niał. Spo­waż­niał.

JB: Wojna zmie­nia czło­wieka. Trudno ocze­ki­wać, by Zełen­ski - na któ­rego bar­kach spo­czywa taka odpo­wie­dzial­ność, który tyle ryzy­kuje - się nie zmie­nił.

PZ: Czy rze­czy­wi­ście w Kijo­wie doszło do strze­la­niny mię­dzy jego ochroną oso­bi­stą a rosyj­skimi koman­do­sami? Krążą o tym legendy.

JB: Tak, sły­sza­łem, że doszło do takiej wymiany ognia. Że Rosja­nie byli bar­dzo bli­sko i omal nie dopa­dli ukra­iń­skiego pre­zy­denta. Coś się działo w tym rzą­do­wym gma­chu, o czym pew­nie dowiemy się po woj­nie. Dla­tego wła­śnie mówię, że Rosja­nie byli o krok od powo­dze­nia, że los Ukra­iny zawisł na wło­sku. Kiedy w War­sza­wie w grud­niu 2021 roku - dwa mie­siące przed wojną - pre­zen­to­wa­li­śmy Armię Nowego Wzoru, poka­za­li­śmy pewien slajd. Był na nim frag­ment wspo­mnień, chyba Grota-Rowec­kiego, o tym, jak wyglą­dał wrze­sień 1939 roku w War­sza­wie. Jak dygni­ta­rze rzą­dowi ucie­kali ze sto­licy przed zbli­ża­ją­cymi się Niem­cami. Pre­zy­dent uciekł, pre­mier uciekł, mini­stro­wie ucie­kli, gene­ra­ło­wie ucie­kli. Z żonami, kochan­kami, z kanar­kami w klat­kach zapa­ko­wa­nymi do limu­zyn. A zwy­kli Polacy zostali pozo­sta­wieni samym sobie. Powie­dzia­łem wtedy, że lot­ni­sko na Okę­ciu jest nie­bez­piecz­nie i kusząco dogod­nie poło­żone - aż kusi poli­ty­ków, żeby z niego ucie­kać w sytu­acji zagro­że­nia. I prze­strze­ga­łem, żeby tego nie robili, bo na współ­cze­snej woj­nie może wystą­pić kaska­dowy upa­dek morale. Gdy rozej­dzie się infor­ma­cja, że wła­dze ucie­kły, opór armii i narodu może się zała­mać. Nie­stety w Pol­sce głów­no­do­wo­dzący lubią się "ewa­ku­ować". Bo wiesz, zawsze można "dowo­dzić" armią z Włoch, Lon­dynu albo...

PZ: ...Paryża, skąd mieli nadzieję "kie­ro­wać" walką narodu nasi sana­cyjni dygni­ta­rze. Jak wia­domo, skoń­czyło się na inter­no­wa­niu w Rumu­nii. To był czarny moment naszej histo­rii. Wróćmy jed­nak na Ukra­inę, do pierw­szych dni wojny. Ja zapa­mię­tam to na całe życie. Począt­kowo rze­czy­wi­ście wyda­wało się, że losy wojny się ważą. Ale potem bar­dzo szybko, z każ­dym dniem, widać było, że Rosja­nie radzą sobie coraz gorzej. Że wszystko u nich staje, a potem zaczyna się sypać, a Ukra­ińcy coraz śmie­lej prze­cho­dzą do kontr­ata­ków. Nasze roz­wa­ża­nia zacznijmy od strony rosyj­skiej. Nie­któ­rzy mówią, że to nie Ukra­ina obro­niła Kijów dzięki wybit­nym zdol­no­ściom dowód­ców i poświę­ce­niu żoł­nie­rzy, że to safan­du­ło­waci Rosja­nie ze swymi pro­ble­mami struk­tu­ral­nymi schrza­nili tę ope­ra­cję. Pamię­tasz dłu­gie kolumny rosyj­skich czoł­gów i cię­ża­ró­wek roz­cią­gnięte na ukra­iń­skich dro­gach, sto­jące bez paliwa na pobo­czach...

JB: No cóż, widzia­łem takie kolumny rów­nież w cza­sie ope­ra­cji "Iracka Wol­ność" w 2003 roku na połu­dniowy zachód od Bag­dadu. Ame­ry­kań­skie czołgi stały, bo zatrzy­mała je burza pia­skowa, a potem zabra­kło im paliwa. Jeżeli doko­nu­jesz pro­jek­cji sił na dużą odle­głość, cięż­kimi pojaz­dami, to cza­sami źle poli­czysz logi­stykę. Albo ktoś nie doje­dzie. Albo będzie burza pia­skowa czy deszcz. Jedna cysterna nie dotrze, druga się zepsuje - i już jest pro­blem. Prze­ciw­nik też nie śpi. Tro­chę do cie­bie strze­lają, ktoś ci coś wysa­dzi w powie­trze. I jest kolejny pro­blem. Ktoś ma roz­wol­nie­nie, ktoś ma gorączkę i nagle się oka­zuje, że w zde­rze­niu z rze­czy­wi­sto­ścią te wszyst­kie tabelki szlag tra­fia. Tak to już bywa na woj­nie. Ame­ry­ka­nom w Iraku też doskwie­rały prze­stoje, na pewno w cza­sie wojny 2003 roku, gdy mieli mało wojsk ope­ra­cyj­nych Zresztą gdyby jesz­cze w 1991 roku armia Sad­dama Husajna wal­czyła tak jak teraz Ukra­ińcy, to kto wie, jak by było z tym słyn­nym lewym sier­po­wym, który dowo­dzący siłami sprzy­mie­rzo­nymi gene­rał Nor­man Schwarz­kopf wypro­wa­dził wtedy kor­pu­sem pan­cer­nym, omi­ja­jąc całą główną linię irac­kich wojsk w Kuwej­cie od zachodu.

PZ: Nie wspo­mnia­łeś o pogo­dzie. Rosja­nie ata­ko­wali w lutym. Było zimno i część żoł­nie­rzy nie wyłą­czała na posto­jach sil­ni­ków. Mar­no­wali paliwo. I zabra­kło go, aby dotrzeć na czas do Kijowa.

JB: Nie cho­dziło tylko o tem­pe­ra­tury. Kie­dyś tłu­ma­czył mi to pewien Ame­ry­ka­nin z wywiadu woj­sko­wego. Czoł­gi­ści gaszą sil­niki tylko na ćwi­cze­niach. Ni­gdy na woj­nie, gdy ktoś może do nich strze­lać. Wiesz dla­czego?

PZ: Żeby - w razie draki - móc szybko zwiać?

JB: Wła­śnie. Bo wtedy masz ruch. Na fron­cie wie­ści szybko się roz­cho­dzą. Tam Iwan dostał gra­nat­ni­kiem na postoju, tam na Sie­riożę spa­dła bomba, tu przez właz wle­ciał dron. Muszę być w cią­głym ruchu, zawsze gotowy do manewru, żeby mnie to nie spo­tkało. Tak myśleli rosyj­scy czoł­gi­ści. I w ogóle nie trzy­mali się norm spa­la­nia roz­pi­sa­nych przez szta­bow­ców w jakichś tabel­kach. Strach, ludz­kie emo­cje, prak­tykę pola walki też trzeba kal­ku­lo­wać. To nie marsz w warun­kach poko­jo­wych z punktu A do B - to jest walka. Zakła­dam, że Rosja­nie przy­jęli złe normy spa­la­nia, nie prze­wi­dzieli takiego oporu, zwłasz­cza ze strony ukra­iń­skiej lek­kiej pie­choty, która ich masa­kro­wała na podej­ściach do Kijowa.

PZ: Czyli nie powin­ni­śmy lek­ce­wa­żyć rosyj­skiej armii?

JB: Nie. Jesz­cze raz spójrzmy na mapę. Zwróćmy uwagę na roz­miary Ukra­iny, na odle­głość, którą musieli poko­nać Rosja­nie, żeby podejść do Kijowa. Prze­łóżmy to na przy­kład na pań­stwa bał­tyc­kie. Gdyby taką ope­ra­cję Rosja­nie prze­pro­wa­dzili nad Bał­ty­kiem, myślę, że mogliby zająć Litwę, Łotwę i Esto­nię. Na wschod­niej flance NATO jest znacz­nie mniej miej­sca niż na Ukra­inie. Do tego na woj­nie ukra­iń­skiej Rosja­nie dużo się nauczyli: wie­dzą już, czym jest sys­tem świa­do­mo­ści sytu­acyj­nej, dro­ni­za­cja pola walki, koor­dy­na­cja dro­nów i arty­le­rii, ulep­szyli metody uzu­peł­nia­nia rezerw.

PZ: Geo­gra­fia tym razem była prze­ciwko Rosja­nom. Odwrot­nie niż pod­czas kam­pa­nii roku 1812 czy 1941, gdy to armie euro­pej­skie miały zawsze "daleką drogę" do Moskwy.

JB: Oczy­wi­ście. Tu cho­dzi o głę­bię ope­ra­cyjną. Ukra­ina ją miała. Ukra­ińcy mogli się powoli wyco­fy­wać i wyha­mo­wy­wać impet rosyj­skiego natar­cia. Sta­wiać opór po dro­dze, spo­wal­niać nacie­ra­ją­cego nie­przy­ja­ciela. Rosja­nom po pro­stu nie star­czyło pary. Ale to nie zna­czy, że na innym teatrze dzia­łań wojen­nych byłoby tak samo.

PZ: Ukra­ina jest bez wąt­pie­nia trudna do zdo­by­cia. Raz, że jest olbrzy­mia. Dwa, że ma rzadką sieć dróg. I te drogi są w dodatku kiep­skie. Jeź­dzi­łem swego czasu po Ukra­inie i to był po pro­stu kosz­mar. Dotkną­łeś jed­nak inte­re­su­ją­cej sprawy - lekka pie­chota. O ile druga faza wojny rosyj­sko-ukra­iń­skiej była kon­flik­tem syme­trycz­nym - czołg na czołg, samo­lot na samo­lot, działa prze­ciwko dzia­łom - o tyle pierw­sza faza wojny przy­po­mi­nała wojnę asy­me­tryczną. Szcze­gól­nie to, co się działo na podej­ściach do Kijowa. Boha­te­rem tych starć był Jave­lin. Nie było dnia, żeby do sieci nie tra­fił fil­mik przed­sta­wia­jący Ukra­iń­ców pod­bie­ga­ją­cych do rosyj­skiej kolumny i odda­ją­cych strzały z jave­li­nów czy z NLAW-ów. Z kolei do rosyj­skich śmi­głow­ców strze­lali z naszych, śmier­tel­nie sku­tecz­nych pio­ru­nów. Ukra­iń­skie drogi szybko zamie­niły się w cmen­ta­rzy­sko wypa­lo­nego rosyj­skiego sprzętu. To było to słynne poszu­ki­wa­nie asy­me­trii na polu bitwy?

JB: Oczy­wi­ście. Jeżeli masz dłu­gie kolumny nie­przy­ja­ciela, które potrze­bują bar­dzo dużo amu­ni­cji i paliwa, to są one kuszą­cym celem dla lek­kiej, bar­dzo mobil­nej pie­choty. Dla zde­ter­mi­no­wa­nych ludzi, któ­rzy dosko­nale znają teren. W teo­rii czoł­gi­ści mogą się czuć kom­for­towo, bo mają pan­cerz, który ich powi­nien chro­nić. Ale w prak­tyce nowo­cze­sne wyrzut­nie nara­mienne odpo­wied­nio użyte mogą roz­łu­pać nie­mal każdy czołg. Zresztą wystar­czy znisz­czyć cysternę z ben­zyną albo spo­wo­do­wać chaos na tyłach i odciąć wroga od zaopa­trze­nia. Spo­wo­do­wać, żeby prze­ciw­nik bał się ataku z każ­dej strony, stra­cił świa­do­mość sytu­acyjną i kon­takt z sąsied­nią jed­nostką. Infor­ma­cje nie scho­dzą do oddzia­łów i pododdzia­łów. Jed­nostka sąsia­du­jąca z drugą jed­nostką nie ma poję­cia, co się dzieje u tej dru­giej. Sły­szy tylko eks­plo­zje. Ukra­ińcy strze­lają z krza­ków, zaro­śli i lasów. Docho­dzi do tego, że Rosja­nie nie mogą iść na stronę, aby zro­bić siku. Nie chcą ryzy­ko­wać życia. A żoł­nie­rze też mają potrzeby fizjo­lo­giczne. Na początku nie było prze­cież usta­lo­nej linii frontu. Rosja­nie parli szybko naprzód. Wszystko się zazę­biało, Rosja­nie jechali dro­gami, a Ukra­ińcy zacho­dzili ich od tyłu. Grupy bojowe lek­kiej pie­choty mogły się tam wyszu­mieć. Oka­zały się nie­zwy­kle sku­teczne.

PZ: To była ta "strefa śmierci", o któ­rej tyle mówi­łeś?

JB: Raczej można uznać, że to była jesz­cze "strefa nęka­nia". Rosja­nie to zro­zu­mieli. I tu należy przy­znać, że wyka­zali się zna­jo­mo­ścią sztuki wojen­nej. Już Clau­se­witz pisał, że na woj­nie wystę­puje coś takiego jak punkt kul­mi­na­cyjny. Niby jesz­cze jesteś w ofen­sy­wie, jesz­cze nacie­rasz, idziesz do przodu, ale tak naprawdę zda­jesz sobie sprawę, że prze­gry­wasz. Impet ataku został wyha­mo­wany. Nie ma wcho­dzą­cych rezerw, koń­czy się amu­ni­cja, paliwo. A potem szybko zaczy­nasz total­nie prze­gry­wać. Sztuka polega na tym, żeby w odpo­wied­nim momen­cie to wyczuć i zatrzy­mać atak. Rosja­nie to zro­bili. Zatrzy­mali się i usta­bi­li­zo­wali front. A potem w jakim takim porządku się wyco­fali. Prze­gru­po­wali się i sku­pili na walce w Don­ba­sie. Nawet twier­dzą, że uzgod­nili to z Ukra­iń­cami, że było to przed­mio­tem nego­cja­cji.

PZ: Podob­nie jak w 1941 roku Niemcy. Dote­le­pali się reszt­kami sił na przed­pola Moskwy, ale zabra­kło im już impetu, żeby zająć samo mia­sto. W efek­cie prze­grali całą wojnę. A co do Rosjan w 2022 roku, to jed­nak nie tak szybko zre­zy­gno­wali ze zdo­by­cia Kijowa. Sie­dzieli jesz­cze dobre kilka tygo­dni pod ukra­iń­ską sto­licą, nim zamknęli ten kie­ru­nek ope­ra­cyjny i sku­pili się na bar­dziej reali­stycz­nych celach. A prze­cież w zasa­dzie po paru dniach było wia­domo, że nic z tego nie będzie.

JB: Rosja­nie bili głową w mur. Wtedy poja­wiła się fru­stra­cja. Doszło do nisz­cze­nia ukra­iń­skich miej­sco­wo­ści, maso­wych mor­dów. Mię­dzy innymi w Buczy. Wojna zmie­niła obli­cze. To już nie była szybka, chi­rur­giczna ope­ra­cja. Zaczęła się wojna nisz­czy­ciel­ska, a potem na wyczer­pa­nie.

PZ: Jesz­cze jedna rzecz a pro­pos tych rosyj­skich kolumn. Roz­ma­wia­łem na ten temat ze słyn­nym snaj­pe­rem Prze­my­sła­wem Wój­to­wi­czem. Zapy­ta­łem go: "Gdy­byś miał taką kolumnę, do czego byś strze­lał?". Odpo­wie­dział bez waha­nia: "Do cysterny z ben­zyną". Jeden celny strzał i można unie­ru­cho­mić cały oddział czoł­gów.

JB: To działa też pio­ru­nu­jąco na psy­chikę. Mel­dunki idą od plu­tonu do kom­pa­nii i z powro­tem. Ile macie paliwa? Ja mam połowę baku. Nie wia­domo, kiedy przyj­dzie cysterna, a cały nasz zapas wyle­ciał w powie­trze dzi­siaj wie­czo­rem. Wtedy żoł­nie­rze mają skłon­ność do nego­wa­nia roz­ka­zów, bo prze­cież chcą żyć. W efek­cie albo zatrzy­mują się w polu i nie jadą dalej, albo po pro­stu porzu­cają czołg i ucie­kają na pie­chotę. Bo ten czołg, któ­rego pan­cerz miał ich chro­nić, nagle staje się pro­ble­mem, cię­ża­rem.

PZ: Unie­ru­cho­miony czołg sto­jący bez paliwa na pobo­czu jest łatwym celem dla prze­ciw­nika. Szcze­gól­nie gdy nad polem bitwy uno­szą się bojowe drony. Mówi­łeś, że Ukra­inie pomo­gła geo­gra­fia, ale pomo­gła jej też pogoda. Kiedy porzu­cone, pozba­wione paliwa czołgi zata­ra­so­wały nie­liczne drogi, inni rosyj­scy czoł­gi­ści pró­bo­wali objeż­dżać zatory. No i zaczy­nało się młó­ce­nie błota. Wiele czoł­gów i innych pojaz­dów utknęło na bez­dro­żach, w jakichś bagnach i kana­łach. "Gene­rał Błoto" był po stro­nie Ukra­iny.

JB: Zasada jest taka, że czołg ma słabą mobil­ność ope­ra­cyjną ze względu na to, że spala dużo paliwa. W związku z tym w kie­runku pola bitwy prze­wozi się go raczej na lorach. Ma nato­miast bar­dzo dobrą mobil­ność tak­tyczną, bo poru­sza się na gąsie­ni­cach i potrafi zje­chać na nie­ubity grunt, by oflan­ko­wać prze­ciw­nika. No, ale cza­sami jed­nak ta mobil­ność tak­tyczna jest spa­ra­li­żo­wana. Wtedy, kiedy zie­mia jest wyjąt­kowo roz­mo­kła, gdy trwają ulewy czy roz­topy. W takiej sytu­acji czołgi nie mogą zjeż­dżać z dróg utwar­dzo­nych i flan­ko­wać prze­ciw­nika. Nie mogą wyko­rzy­sty­wać swo­ich naj­więk­szych atu­tów: mobil­no­ści tak­tycz­nej i dużej inten­syw­no­ści ognia. Nie mogą strze­lać pod róż­nym kątem, z róż­nych miejsc, dyna­micz­nie. Wtedy robi się dodat­kowy pro­blem. Kli­mat, pogoda też two­rzą asy­me­trię, którą Ukra­ińcy wyko­rzy­stali w lutym, marcu i kwiet­niu. Mieli duże szczę­ście. Wiesz, co się dzieje z psy­chiką czoł­gi­sty, gdy nie może zje­chać na pole z drogi, ukryć się w jakimś zagaj­niku, ruszyć się z miej­sca, manew­ro­wać? Gdy musi stać na dro­dze, na otwar­tym tere­nie, jak kaczka na strzel­nicy. Nie był do tego szko­lony, nie zna pro­ce­dur. I jesz­cze jedna sprawa - w tych kolum­nach czo­ło­wych, w bata­lio­no­wych gru­pach tak­tycz­nych obja­wiła się struk­tu­ralna wada rosyj­skich sił lądo­wych, która poja­wiła się po refor­mach Sier­diu­kowa i Szojgu. Otóż oka­zało się, że Rosja­nie mają za mało pie­choty w BWP-ach i na cię­ża­rów­kach. Za mało pie­choty, która by mogła wspie­rać czołgi, chro­nić je przed lekką pie­chotą prze­ciw­nika. To doty­czy pola bitwy, ale rów­nież prze­mar­szów i zabez­pie­cze­nia terenu, w tym na posto­jach lub na węzłach logi­stycz­nych i komu­ni­ka­cyj­nych. Kiedy czołgi się zatrzy­mują na uzu­peł­nia­nie paliwa albo żeby czoł­gi­ści mogli się prze­spać, trzeba roz­sta­wić wartę. Rosja­nie nie mieli do tego pie­choty... A Ukra­ińcy cza­ili się z jave­li­nami i innymi środ­kami prze­ciw czoł­gom i innym pojaz­dom.

PZ: Gdy to mówisz, uśmie­cham się pod nosem. Gdy­byś w 1943 roku powie­dział komuś, że Rosja­nom zabrak­nie pie­choty, byłby szcze­rze zdu­miony. Armia rosyj­ska, a póź­niej sowiecka sły­nęły z tego, że rzu­cały do boju gigan­tyczne masy żoł­nie­rzy. Nakry­wały czap­kami prze­ciw­ni­ków. Dla­czego to się zmie­niło? Rosja ma 140 milio­nów oby­wa­teli. Ukra­ina nie­wiele ponad 40 milio­nów.

JB: Współ­cze­sna armia rosyj­ska jest bar­dzo nasy­cona pojaz­dami, ciężka. Posta­wiono na sprzęt. To armia arty­le­ryj­ska z kom­po­nen­tem pan­cer­nym i bar­dzo małą liczbą zwy­kłej, eta­to­wej pie­choty. W rosyj­skiej armii praw­dziwe kariery robiło się w woj­skach tech­nicz­nych - wszy­scy chcieli słu­żyć na czoł­gach, w woj­skach rakie­to­wych, latać śmi­głow­cami. Etniczni Rosja­nie podej­mu­jący karierę woj­skową tylko tam chcieli słu­żyć. I oka­zało się, że jest za mało pie­choty. Tej z pio­se­nek Oku­dżawy...

PZ: Czyli Rosja­nie mieli po pro­stu zbyt mało siły żywej, by w lutym 2022 roku zre­ali­zo­wać ambitne poli­tyczne plany Wła­di­mira Putina?

JB: Tak, wiem, że to brzmi para­dok­sal­nie, ale armia rosyj­ska była zbyt mała. A było prze­cież kilka głę­bo­kich kie­run­ków ope­ra­cyj­nych. Pie­chota była Rosja­nom potrzebna nie tylko do pil­no­wa­nia czoł­gów. Także do prze­cze­sy­wa­nia, a potem obsa­dza­nia zdo­by­wa­nych miej­sco­wo­ści. Obsa­dza­nia waż­nych skrzy­żo­wań czy sta­cji kole­jo­wych. Wszę­dzie trzeba było zosta­wiać jakiś oddzia­łek, jakiś gar­ni­zo­nek. W efek­cie nacie­ra­jące szpice top­niały. Były coraz słab­sze. Rosja­nie oczy­wi­ście pró­bo­wali iść dalej, obcho­dzić punkty oporu. Dla­tego Ukra­ińcy zro­bili bar­dzo dobrze, że ufor­ty­fi­ko­wali mia­sta. Zasto­so­wali taką samą tak­tykę jak het­man Sobie­ski w kam­pa­nii jesien­nej 1667 roku. Sie­dzimy w for­te­cach, sie­dzimy za wałami, w mia­stecz­kach i gro­dach. Tata­rzy i Kozacy omi­jają nas, ale my możemy doko­ny­wać wypa­dów. Ude­rzać na nich i wra­cać za wały. Nisz­czyć ich linie komu­ni­ka­cyjne. Ukra­ińcy robili dokład­nie tak samo. Dez­or­ga­ni­zo­wali Rosja­nom zaple­cze, odci­nali zaopa­trze­nie - nękali ich. Rosyj­skie linie komu­ni­ka­cyjne były nara­żone na prze­cię­cie ude­rze­niami z tere­nów zabu­do­wa­nych.

PZ: Te mia­sta czę­sto oka­zy­wały się pułap­kami. Dwa przy­kłady. Jeden z pierw­szych fil­mi­ków, który wywo­łał wielki szum w mediach, przed­sta­wiał dosłow­nie roz­strze­laną na kawałki kolumnę rosyj­ską na uli­cach jakie­goś mia­steczka. Mię­dzy dopa­la­ją­cymi się wra­kami i tru­pami cho­dzili dosko­nale uzbro­jeni i wypo­sa­żeni ukra­iń­scy spe­cjalsi. A drugi przy­kład to oczy­wi­ście Bucza. Przed tą strasz­liwą masa­krą na głów­nej ulicy mia­sta Ukra­ińcy spa­lili całą rosyj­ską kolumnę. Ulica zapeł­niona była rudymi, spa­lo­nymi pan­ce­rzami czoł­gów.

JB: Wąskie uliczki, teren zabu­do­wany - to ide­alne miej­sce na taką pułapkę. Jeżeli masz dobrą, nowo­cze­sną broń prze­ciw­pan­cerną i dosko­nale wyszko­loną, zmo­ty­wo­waną pie­chotę - możesz zadać prze­ciw­ni­kowi wiel­kie straty. Lekka pie­chota ma małą sygna­turę emi­syjną, nie­ła­two ją wykryć. Trud­niej niż ciężki pojazd, który ma wysoką sygna­turę ter­miczną. Czołg widać, czuć i sły­chać. Potem wojna się zmie­niła. W Don­ba­sie taka tak­tyka była już znacz­nie trud­niej­sza do zasto­so­wa­nia. Po pierw­sze, Rosja­nie nauczyli się na wła­snych błę­dach. Poza tym nie parli już tak naprzód całymi kolum­nami. Uży­wali czoł­gów ina­czej. Nie było wiel­kich bitew pan­cer­nych ani kolumn, tylko stara, spraw­dzona tak­tyka: wielki wał ogniowy arty­le­rii. Meto­dyczne nisz­cze­nie wszyst­kiego na swo­jej dro­dze dzie­siąt­kami tysięcy poci­sków i powolne posu­wa­nie się naprzód. Młócka.

PZ: W tym Rosja­nie czują się znacz­nie lepiej niż w fine­zyj­nym Blitz­kriegu. Szcze­gól­nie gdy dys­po­nują miaż­dżącą prze­wagą ogniową. Ukra­iń­scy arty­le­rzy­ści mówili, że w pierw­szych mie­sią­cach wojny na tysiąc rosyj­skich strza­łów mogli odpo­wie­dzieć naj­wy­żej dzie­się­cioma. Rosja­nie mieli naprawdę kolo­salne zapasy amu­ni­cji. Przy­tła­cza­jąca więk­szość strat ukra­iń­skich na Wscho­dzie była wyni­kiem ostrzału arty­le­ryj­skiego. Zresztą, podobno, tak jest na każ­dej woj­nie.

Prze­nie­śmy się teraz z ziemi w powie­trze. Kolejny cha­rak­te­ry­styczny obra­zek z pierw­szych dni wojny to spa­da­jące samo­loty rosyj­skie. I rosyj­scy lot­nicy w poma­rań­czo­wych ska­fan­drach klę­czący z pod­nie­sio­nymi rękami i roz­bi­tymi nosami na ukra­iń­skich kar­to­fli­skach. Byli w kom­plet­nym szoku. Ukra­ińcy robili im zdję­cia, brali do nie­woli. Pamię­tasz te obrazki? Kto by przy­pu­ścił, że dys­po­nu­jący bar­dzo skrom­nym lot­nic­twem Ukra­ińcy zdo­łają pod­jąć tę walkę i Rosja­nie nie osią­gną natych­miast pano­wa­nia w powie­trzu.

JB: Obrona powietrzna Ukra­iny wcale nie była taka prze­sta­rzała, jak wielu się spo­dzie­wało. Miała sys­temy S-300 i dużo nowo­cze­snego sprzętu. Ukra­ińcy zro­bili bar­dzo mądrze - posta­no­wili to wszystko ukryć, roz­pro­szyć i tylko co jakiś czas włą­czać, aby zestrze­lić nie­przy­ja­ciel­ską maszynę. To bar­dzo mocno dzia­łało w nowo­cze­snej dome­nie infor­ma­cyj­nej, w któ­rej Ukra­ińcy oka­zali się mistrzami. Cho­dziło o to, żeby spę­dzić Rosjan z nieba. Żeby nie wisieli cały czas Ukra­iń­com nad gło­wami. Nad woj­skami i infra­struk­turą. Tak jak sztu­kasy we wrze­śniu 1939 roku latały sobie nie­nie­po­ko­jone nad pol­skimi dro­gami i strze­lały do wszyst­kiego, co się rusza.

Ukra­ińcy świet­nie połą­czyli sys­temy śred­niego i dale­kiego zasięgu oraz nasy­cili pole bitwy man­pad­sami, czyli prze­no­śnymi prze­ciw­lot­ni­czymi zesta­wami rakie­to­wymi. Dzięki nim zwy­kły pie­chur mógł zestrze­lić z ramie­nia wszystko, co latało mu nad głową, oczy­wi­ście na nie­du­żej wyso­ko­ści. Przede wszyst­kim rosyj­skie śmi­głowce. Rosja­nie nie mieli zdol­no­ści stand off, czyli strze­la­nia do celów naziem­nych spoza linii hory­zontu. To wszystko spo­wo­do­wało, że rosyj­skie lot­nic­two tak słabo sobie radziło.

Poka­zuje to pewien trend, o któ­rym mówi­li­śmy w poprzed­niej książce. Prze­wagę w woj­nie powietrz­nej zyskują sys­temy naziemne, które strze­lają do lata­ją­cych celów zało­go­wych. Oczy­wi­ście zwo­len­nicy samo­lo­tów pią­tej gene­ra­cji - maszyn trudno wykry­wal­nych - twier­dzą, że jest ina­czej. Izra­el­czycy, z któ­rymi roz­ma­wia­łem już w trak­cie wojny, mówili mi jed­nak, że jest to ten­den­cja nie do unik­nię­cia, że nowo­cze­sne sys­temy naziemne będą zestrze­li­wały nawet trudno wykry­walne samo­loty. A zatem era samo­lo­tów zało­go­wych może dobiec końca. Ina­czej będzie z dro­nami, które są znacz­nie mniej­sze, a więc trud­niej je namie­rzyć. A po dru­gie, dro­nów może być tysiące, dzie­siątki tysięcy. Tak jak teraz na fron­cie ukra­iń­skim. Nie da się ich wszyst­kich strą­cić, bo na każdy strą­cony poja­wia się dzie­sięć kolej­nych.

PZ: Jeżeli cho­dzi o drony, to sytu­acja zmie­niła się nawet pod­czas tej wojny. Zaczęło się od wiel­kich, dro­gich sys­te­mów woj­sko­wych. Boha­te­rem pierw­szych dni wojny był turecki dron Bay­rak­tar. Ukra­ińcy nagrali o nim nawet pio­senkę. To nie jest mały dron, który możesz kupić za gro­sze w super­mar­ke­cie. To jest cał­kiem spora maszyna kupiona od Tur­ków za grube pie­nią­dze i rze­czy­wi­ście w pierw­szej fazie wojny bay­rak­tary były pie­kiel­nie sku­teczne, choćby w zwal­cza­niu rosyj­skich kolumn na dro­gach. Potem znik­nęły, a zastą­piły je roje małych cywil­nych dro­nów, pod które Ukra­ińcy pod­cze­piali gra­naty.

JB: To też jest dys­ku­syjne. Są różne raporty na ten temat. Ist­nieją sys­temy walki radio­elek­tro­nicz­nej, które dużą część dro­nów mogą po pro­stu wyłą­czyć. Choć oczy­wi­ście nie mogą być wszę­dzie. Przede wszyst­kim Rosja­nie nie mogli pod­cią­gnąć swo­ich sys­te­mów zwal­cza­nia dro­nów - obrony powietrz­nej i radio­elek­tro­nicz­nej. Te sys­temy powinny zapew­niać para­sol ochronny kolum­nom czoł­gów, uniesz­ko­dli­wiać bay­rak­tary. Coś jed­nak zawo­dziło.

PZ: Może szli za szybko? Bo to chyba działa tak, że musisz iść i roz­sta­wiać, iść i roz­sta­wiać. I tak w kółko, żeby cały czas być kry­tym. To dość skom­pli­ko­wane, a Rosja­nie nie są prze­cież mistrzami orga­ni­za­cji. No i - przede wszyst­kim - bar­dzo im się spie­szyło.

JB: Może tak to wyglą­dało. W ataku działa się ina­czej niż w obro­nie, jest trud­niej. Wię­cej rze­czy trzeba koor­dy­no­wać, jest się mniej sta­tycz­nym, co oczy­wi­ste, i czę­ściej poja­wiają się braki. W ogóle wiele rze­czy zawio­dło. Przede wszyst­kim za wolno dzia­łała rosyj­ska pętla decy­zyjna. Bra­ko­wało zgra­nia. Rosja­nie nie robili tak wiel­kiej ope­ra­cji ofen­syw­nej od czasu ope­ra­cji man­dżur­skiej w 1945 roku prze­ciwko Japoń­czy­kom. Cze­goś takiego nie da się zaś nauczyć po pro­stu z ksią­żek czy na poli­go­nie. Armia sowiecka dla­tego tak zna­ko­mi­cie zro­biła tę ope­ra­cję man­dżur­ską, bo była już po czte­rech latach wojny z Niem­cami, naj­więk­szej wojny lądo­wej w histo­rii ludz­ko­ści. Po czte­rech latach wiel­kich ope­ra­cji logi­stycz­nych. Dowódcy Armii Czer­wo­nej mieli nie­zbędne doświad­cze­nie.

PZ: Czyli co, według cie­bie bay­rak­tary są prze­re­kla­mo­wane?

JB: Nie wiem. Trudno mi coś wyro­ko­wać w tej spra­wie. Nato­miast potwier­dziło się to, że przy­szło­ścią pola bitwy są dzie­siątki tysięcy małych, acz sku­tecz­nych dro­nów, a także amu­ni­cja krą­żąca, być może ste­ro­wana sztuczną inte­li­gen­cją. Mówi­li­śmy o tym w pro­jek­cie Armii Nowego Wzoru. Że tanie, nawet cywilne drony w wiel­kiej masie należy włą­czyć do sys­temu świa­do­mo­ści sytu­acyj­nej. Bo to świa­do­mość zmie­nia pole gry, niwe­luje masę prze­ciw­nika. Ten, kto domi­nuje w infor­ma­cji, czyli pierw­szy wie, gdzie znaj­duje się prze­ciw­nik - wygrywa. Bo strzela pierw­szy. Ogniem w połą­cze­niu z dostar­czoną na czas pre­cy­zyjną infor­ma­cją można prze­ciw­dzia­łać kon­cen­tra­cji masy ude­rze­nio­wej. Trudno teraz zebrać dwie kom­pa­nie czoł­gów do ataku, bo prze­cież wszystko widać z góry. Drony są oczami, które napro­wa­dzają na kon­cen­tru­jące się czołgi ogień arty­le­rii. Kiedy mówi­li­śmy o tych cywil­nych dro­nach, śmiano się z nas. A to się potwier­dziło. Klu­czowe jest to, że nikt tych dro­nów nie boi się stra­cić, używa się ich jak wyka­ła­czek po jedze­niu.

PZ: To prawda, są bowiem tanie jak barszcz. Co innego z bay­rak­ta­rami. One są wiel­kie i dro­gie. Znisz­cze­nie każ­dego z nich to poważna strata dla woj­ska.

JB: Otóż to. I każdy gene­rał musi się liczyć z tym, że mini­ster będzie bar­dzo nie­za­do­wo­lony, gdy się dowie, że bay­rak­tar roz­trza­skał się na ziemi. Bo to ozna­cza stratę jakie­goś pro­centu poten­cjału.

PZ: W efek­cie żoł­nie­rze obcho­dzą się z takimi wiel­kimi dro­nami jak z jaj­kiem. Wal­czą zacho­waw­czo. Nie wyko­rzy­stują ich cał­ko­wi­tego poten­cjału, bo musie­liby zary­zy­ko­wać. Bay­rak­tar nie jest zresztą naj­droż­szym dro­nem na rynku. Są jesz­cze bez­za­ło­gowe "lata­jące for­tece", takie jak ame­ry­kań­skie reapery. To jest już naprawdę baaar­dzo drogi sprzęt.

JB: Nie mam wąt­pli­wo­ści, że drony - powietrzne, lądowe i mor­skie - to przy­szłość pola walki. Ukra­ina jest pierw­szym tego pro­gno­sty­kiem. Bez dro­nów trudno sobie wyobra­zić wojnę przy­szło­ści. To praw­dziwa rewo­lu­cja. Kie­dyś front był płytki. Można było roto­wać kom­pa­nię bro­niącą oko­pów na nie­da­le­kie zaple­cze, gdzie żoł­nie­rze odpo­czy­wali. Teraz to nie­moż­liwe. W powie­trzu są drony, które widzą wszystko na głę­bo­kość kil­ku­na­stu-kil­ku­dzie­się­ciu kilo­me­trów. W efek­cie boisz się wysi­kać pod drze­wem, bo dron cię namie­rzy i arty­le­ria trafi cię z trzy­dzie­stu pię­ciu kilo­me­trów. Albo sam dron spu­ści ci na głowę gra­nat. Żoł­nierz na fron­cie nie może odpo­czy­wać, ni­gdzie nie może się czuć bez­piecz­nie. Front styczny staje się głę­boki. Bar­dzo trudno jest zebrać siły i kogoś zasko­czyć, okrą­żyć. Bo widać jak na dłoni wszyst­kie ruchy. To powo­duje, że manewr umiera, oczy­wi­ście cho­dzi o manewr dużą masą pojaz­dów i sprzętu. Widzie­li­śmy to, gdy Ukra­ińcy roz­po­częli kontr­ofen­sywę na Zapo­rożu w czerwcu 2023 roku. Rosja­nie wie­dzieli, że się zbie­rają, i znisz­czyli ukra­iń­skie leopardy. To wła­śnie drony je wypa­trzyły.

PZ: Z dru­giej strony dron dla żoł­nie­rza to plus. Może go w każ­dej chwili wypu­ścić i wie, co się dzieje za wzgó­rzem czy w trak­cie walki miej­skiej, po dru­giej stro­nie budynku. Dron to teraz oczy żoł­nie­rza. Poroz­ma­wiajmy jed­nak o sym­bo­lach. Jed­nym z nich był Bay­rak­tar, a innym "Duch Kijowa". Ukra­iń­ski pilot myśliwca, który miał zestrze­lić olbrzy­mią liczbę rosyj­skich maszyn. Na jego cześć zro­biono nawet dzie­cięce klocki.

JB: Myślisz, że to była ściema?

PZ: Tak.

JB: No cóż, ściema na woj­nie też jest bar­dzo przy­datna. Bo pod­bija morale wła­sne, a nisz­czy morale prze­ciw­nika. W cza­sie tak zwa­nej Wiel­kiej Wojny Ojczyź­nia­nej apa­rat pro­pa­gan­dowy też two­rzył różne mity. O dziel­nych snaj­pe­rach, sape­rach czy żoł­nier­zach, któ­rzy mieli gra­na­tami znisz­czyć kil­ka­dzie­siąt nie­miec­kich czoł­gów. Ludzie wie­rzyli w te opo­wie­ści, a niektó­rzy wie­rzą nawet do dziś.

PZ: Kolejny mit, który mi przy­cho­dzi do głowy: Wyspa Węży. I słynna odpo­wiedź, która miała paść z ust jej obroń­ców w roz­mo­wie z kapi­ta­nem rosyj­skiego okrętu: "Idź­cie na ch...".

JB: Teraz już nie wia­domo, co jest prawdą, a co nie. Ważne jest, kto ma prze­wagę w dome­nie infor­ma­cyjno-pro­pa­gan­do­wej. W tej woj­nie to oczy­wi­ście Ukra­ina. Warto nato­miast powie­dzieć kilka słów o samej Wyspie Węży...

PZ: Nie­wielki kawa­łek skały poło­żony na Morzu Czar­nym w pobliżu delty Dunaju. 0,205 kilo­me­tra kwa­dra­to­wego. Pod­czas tej wojny prze­cho­dził z rąk do rąk. Naj­pierw Rosja­nie go zajęli, a potem Ukra­ińcy odbili.

JB: Kilka lat przed wojną bra­łem udział w grach wojen­nych, które roz­gry­wały się w del­cie Dunaju. Brali w nich udział Ame­ry­ka­nie i rumuń­scy ofi­ce­ro­wie. Miej­sce było malow­ni­cze - luk­su­sowy sta­tek, który kie­dyś nale­żał do Nico­lae Ceau?escu. Wystrój z lat osiem­dzie­sią­tych. W cza­sie tych gier Wyspa Węży była klu­czo­wym punk­tem stra­te­gicz­nym. W naszym sce­na­riu­szu bali­śmy się, że rosyj­ski spec­naz ją uchwyci i będzie nam dyk­to­wał warunki.

PZ: Dla­czego Wyspa Węży jest taka ważna?

JB: Bo blo­kuje wyj­ście z por­tów i trasy żeglu­gowe. Ten, kto ją ma, może kon­tro­lo­wać eks­port zboża ukra­iń­skiego do euro­pej­skich por­tów. Ukra­ina, żeby się roz­wi­jać, żeby mieć coś do powie­dze­nia, musi mieć moż­li­wość swo­bod­nego wywozu swo­ich pro­duk­tów rol­nych. A także pro­duk­tów swo­jego prze­my­słu. Gdyby Rosja­nie kon­tro­lo­wali Wyspę Węży, Ukra­ina byłaby w sza­chu.

PZ: Mówi­li­śmy o lądzie i powie­trzu. Czas na morze. Na papie­rze rosyj­ska Flota Czar­no­mor­ska powinna zjeść sła­biut­kich na Morzu Czar­nym Ukra­iń­ców. Tym­cza­sem rosyj­scy mary­na­rze, oprócz nie­kom­pe­ten­cji, niczego spe­cjal­nego nie zapre­zen­to­wali.

JB: Dane sprzę­towe z Wiki­pe­dii nie wal­czą. Życie czę­sto wery­fi­kuje papie­rowe armie i floty. Ale bądźmy fair - Rosja­nie osią­gnęli jed­nak na morzu pewien suk­ces. Zasto­so­wali sku­teczną blo­kadę mor­ską i Ukra­ina została ubez­wła­sno­wol­niona w swo­ich prze­pły­wach stra­te­gicz­nych, w eks­por­cie i impor­cie. Sprawę roz­wią­zało dopiero poro­zu­mie­nie zbo­żowe zawarte dzięki Tur­cji. W ten spo­sób Flota Czar­no­mor­ska dała Rosji mocny poli­tyczny instru­ment. Ukra­ińcy nie mieli jak prze­ła­mać tej blo­kady za pomocą środ­ków mili­tar­nych. Mogłoby to zro­bić NATO, ale oczy­wi­ście tego nie zro­biło, bo gro­zi­łoby to III wojną świa­tową. Z dru­giej strony Ukra­iń­com udało się unie­moż­li­wić Rosja­nom wyko­rzy­sta­nie Morza Czar­nego jako pod­stawy ope­ra­cyj­nej do desantu na Ode­ssę. Rosja­nie nie zdo­łali stwo­rzyć jesz­cze jed­nego kie­runku ope­ra­cyj­nego i tym samym jesz­cze bar­dziej roz­pro­szyć sił ukra­iń­skich. Ukra­iń­skie sys­temy anty­do­stę­powe trzy­mały w sza­chu rosyj­skie okręty. Były bar­dzo sku­teczne, o czym świad­czy to, że krą­żow­nik rakie­towy Moskwa poszedł na dno.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki