Wojna o psychoterapię - Przemysław Bąbel

Kup ebooka

69.00 zł
55.20 zł (51,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dawid z głową Goliata

Michelangelo Merisi da Caravaggiook. 1606-1609Galeria Borghese, Rzym, Włochy

Zakochać się w malarstwie Caravaggia najłatwiej jest w Rzymie. To tu stworzył większość swoich prac i to tu znajduje się ich najwięcej. Rzymska Galeria Borghese posiada największą na świecie kolekcję malarstwa tego artysty - aż sześć prac! Żeby się tu dostać, trzeba z dużym wyprzedzeniem zakupić bilety, a następnie odbyć pieszą wędrówkę w cieniu piniowych drzew w Ogrodach Borghese. Willa Borghese, mieszcząca galerię malarstwa i rzeźby, znajduje się dokładnie we wcięciu tych przypominających kształtem serce ogrodów.

W zasadzie każdy z tych sześciu obrazów Caravaggia jest słynny; każdy był na okładce jakiegoś albumu czy opracowania na temat tego artysty. Dla mnie, od pierwszego razu, kiedy je zobaczyłem, ważne, szczególnie ważne, stały się dwa. Jednym z nich jest ten, który znajduje się na okładce książki - Dawid z głową Goliata. Nie jest to jedyna ani pierwsza praca Caravaggia na ten temat. Inne ujęcia tego tematu zobaczyć można w Muzeum Prado w Madrycie i w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu. Ale to rzymska wersja fascynuje najbardziej.

Obraz przedstawia chwilę po walce, w której młody pasterz Dawid kamieniem wystrzelonym z procy trafił w czoło wodza Filistynów Goliata. Odciąwszy głowę Goliata jego własnym mieczem, prezentuje ją królowi Izraela Saulowi. To właśnie ten ostatni moment uchwycił Caravaggio.

Dawid może mieć postawę zwycięzcy, lecz jego twarz nie wyraża radości - smutny wzrok i zaciśnięte usta zdradzają inne emocje. Nie spogląda na Goliata z nienawiścią, ale raczej z litością, współczuciem, a może nawet czułością. Jest w nim jakaś melancholia. Ręka trzymająca głowę Goliata jest daleko wyciągnięta, jakby Dawid chciał zdystansować się od swojej ofiary.

Interpretacje tego obrazu zwykle odwołują się do kontekstu jego powstania - w okresie wygnania, w Neapolu, kiedy artysta skazany na karę śmierci za morderstwo czekał na ułaskawienie, by móc powrócić do Rzymu, miasta, w którym stworzył większość swoich prac i zdobył sławę jako najwybitniejszy malarz swojej epoki. Dzieło miało być obrazem wotywnym dla kardynała Scypiona Borghese - z nadzieją na wybłaganie ułaskawienia u jego wuja, papieża Pawła V.

Taką interpretację wspiera fakt, że Goliat to autoportret Caravaggia, i to bardzo aktualny. Posiniaczona twarz i rana na czole Goliata-Caravaggia mają być autentyczne - są podobno efektem napaści, jakiej stał się ofiarą w Neapolu. Został w niej zmasakrowany i w zasadzie cudem przeżył. Na obrazie odcięta głowa Goliata przedstawiona jest na granicy życia i śmierci. Jedno oko już martwe, a drugie jakby jeszcze żywe; wciąż ściekają z niej strugi krwi, a otwarte usta zdają się jeszcze wydawać śmiertelny krzyk.

Wydany na Caravaggia wyrok śmierci - co ważne: przez ścięcie - mógł być wykonany natychmiast po jego schwytaniu. Obraz można więc interpretować jako symboliczne wykonanie wyroku na samym sobie, pokazujące, że artysta już poniósł konsekwencje zbrodni, albo jako przestrogę, że tak właśnie skończy najwybitniejszy malarz Rzymu, jeśli nie zostanie ułaskawiony. Obraz ten często interpretuje się także jako wyraz przyznania się Caravaggia do winy, gest skruchy i błaganie o przebaczenie. Dlatego też inskrypcja na głowni miecza odczytywana bywa jako skrót motta Humilitas Occidit Superbiam - "Pokora zabija dumę".

Ale czy Goliat wygląda na pokonanego czy skruszonego? Czy ten autoportret faktycznie wyraża upadek? Czy może wręcz przeciwnie - Caravaggio-Goliat zwycięża, unieśmiertelniając swój wizerunek? Staje się podwójnie nieśmiertelnym - zarówno jako - nie unikając skojarzeń - twórca, jak i tworzywo? A może wcale nie chodzi o to, czy jest zwycięzcą, wystarczy, że jako twórca dzierży kontrolę na dziełem i może sam zdecydować, kim jest: martwym czy żywym; zwycięzcą czy pokonanym?

To nie wszystko. W Dawidzie upatruje się niekiedy postaci Chrystusa - wszak to z rodu Dawida narodzi się Jezus. To jednak nie wyklucza innej opcji: Dawid może być autoportretem młodego Caravaggia, który - tak jak Chrystus - ze współczuciem patrzy na dojrzałego Caravaggia-zabójcę. Wybacza mu. Światło, tak ważne w malarstwie Caravaggia, wydobywa przecież w równym stopniu Dawida, co Goliata. Ta interpretacja jest przewrotna - dokładnie taka, jak malarstwo Caravaggia. Podwójny autoportret - jako zwycięzcy i pokonanego; jako przedstawiciela dobra i zła; jako mordercy i zamordowanego - czyni z tego obrazu coś znacznie więcej, niż wskazuje na to tytuł. Można wygrać i przegrać jednocześnie.

Rozdział 1Wieje piaskiem od strony wojny

Co to za dom, fundamenty w nim drżą

Brat bratu gardło podrzyna

Jest zawsze rola dla Kreona

Jest heroiczna Antygona

Od tysiącleci nic się nie zmienia

Te same żądze, te same pragnienia

Gdy wszystko stracisz, a lud się odwróci

Za późno będzie, by do życia wrócić

Bój się teraz ty Kreonie

Nie zaśniesz przeze mnie

Gdy zechcę, będę szczurem

Dotrę do ciebie przez najmniejszą dziurę

Gdy zechcę, będę karaluchem

Będę ci szeptać przekleństwa do ucha

A mogłam być cieniem w upalne południe

Czułą kochanką w środku nocy

Mówisz, że jestem bez siły

Ty chyba żartujesz

Jestem twardym diamentem

Ty go tylko szlifujesz[1]

Ogary poszły w las. Konflikt, którego zarzewie tliło się przez kilka ostatnich dekad w środowisku psychoterapeutów, psychologów i psychiatrów, wybuchł z ogromną mocą w momencie, kiedy zaczął się krystalizować projekt ustawy o zawodzie psychoterapeuty, tworzony przez przedstawicieli różnych nurtów i szkół psychoterapeutycznych. Siła tego konfliktu i padające w nim argumenty, kłamstwa, manipulacje i wzajemne oskarżenia zaskoczyły wielu zewnętrznych obserwatorów, którzy powtarzali retoryczne pytanie, jak to możliwe, że wśród osób, które na co dzień zajmują się pomocą innym ludziom, w tym rozwiązywaniem konfliktów, dochodzi do takiej eskalacji. A w zasadzie do wojny. Używam słowa "wojna", bo nie chodzi tu wyłącznie o akademicki czy zawodowy spór, lecz przede wszystkim o pieniądze, wpływy polityczne i - co najważniejsze - dobro pacjentów. To dobro pacjentów jest prawdziwą stawką tej wojny.

Każde środowisko zawodowe doświadcza różnych konfliktów; konflikt wśród specjalistów od zdrowia psychicznego nie jest więc wyjątkiem. To, co zaskakuje, to jego siła i otwarty, publiczny charakter. Zwykłe konflikty branżowe toczą się za zamkniętymi drzwiami, szczególnie jeśli mają personalny charakter. W przypadku psychoterapii mamy jednak do czynienia z czymś więcej niż zwykłym konfliktem - to otwarta wojna, w której walczące strony wytaczają najcięższe działa, z dyskredytacją swoich przeciwników włącznie. Chociaż wojna toczy się na słowa, nie umniejsza to jej skali, bo słowa same w sobie mają dużą siłę rażenia. Równocześnie dochodzi do ich przejmowania i redefinicji przez strony konfliktu, podobnie jak to ma miejsce w przypadku konfliktów politycznych ostatnich lat, bo zmieniając znaczenie słów, można zmienić postrzeganie rzeczywistości.

Wojna wśród psychoterapeutów to - na najbardziej widocznym poziomie - wojna o kształt psychoterapii. Strony konfliktu nie mogą zgodzić się ani co do tego, czym jest psychoterapia, ani kto ją może uprawiać, ani nawet w jaki sposób należy ją uprawiać. Najogólniej można powiedzieć, że strony konfliktu dzielą się na tych, którzy uważają, że psychoterapia to przede wszystkim leczenie metodami psychologicznymi zaburzeń szeroko rozumianego zdrowia psychicznego[2], oraz tych, dla których psychoterapia to wszelkie formy pomocy psychologicznej, a nawet rozwój osobisty; na tych, którzy uważają, że psychoterapeutami powinni być wyłącznie psycholodzy i psychiatrzy, oraz tych, według których absolwenci także innych kierunków studiów wyższych mogą się kształcić w zakresie psychoterapii; wreszcie na tych, którzy chcą stosowania w praktyce wyłącznie metod o udowodnionej naukowo skuteczności, i tych, którzy argumentują, że wszystkie metody działają tak samo, więc nie ma się co ograniczać. Stawką tego sporu jest to, jak będzie wyglądała pomoc udzielana pacjentom. Obie strony konfliktu podkreślają, że to właśnie troska o dobro pacjentów motywuje ich do walki, przeciwników oskarżając o to, że angażują się w spór, broniąc własnych interesów, czy - mniej oględnie mówiąc - biznesów. Odmieniają przez wszystkie przypadki dobro pacjentów, a milczą o swoich interesach finansowych.

Z całą pewnością w tej wojnie chodzi o dobro pacjentów i pieniądze. Niezależnie, która strona wygra, zabezpieczy swoje interesy finansowe na lata. Od tego, kto będzie mógł się kształcić w psychoterapii, kto będzie mógł kształcić przyszłych psychoterapeutów, a przede wszystkim od tego, które metody psychoterapii będzie można stosować w praktyce klinicznej i będą one finansowane czy to ze środków publicznych, czy prywatnych funduszy pacjentów, zależy, kto na tym zarobi. Jest więc o co się bić.

Jednak tylko wygrana jednej strony będzie zwycięstwem dobra pacjentów. Choć obie strony podkreślają, że walczą o dobro pacjentów, to różnie je rozumieją. Dla jednych dobro pacjentów oznacza zwiększenie liczby psychoterapeutów i - jak twierdzą - tym samym szeroki dostęp do psychoterapii, a dla drugich - przede wszystkim zapewnienie odpowiedniej jakości usług psychoterapeutycznych - wykorzystywania w praktyce klinicznej metod o udowodnionej naukowo skuteczności. Trudno te dwa stanowiska pogodzić, bo ilość rzadko przechodzi w jakość, a już szczególnie na tak wrażliwym gruncie jak leczenie zaburzeń zdrowia psychicznego.

Dla uproszczenia, dwie walczące strony konfliktu nazywał będę w tej książce ilościowcami i jakościowcami[3]. Ilościowcy to ci, którzy chcą, żeby każdy, bez względu na kierunek ukończonych studiów, mógł zostać psychoterapeutą; żeby każdy mógł stosować dowolne metody psychoterapii, niekoniecznie oparte na dowodach naukowych albo tylko pozornie na nich oparte; wreszcie, żeby psychoterapia nie ograniczała się do leczenia zaburzeń zdrowia psychicznego, lecz obejmowała wszelkie formy pomocy psychologicznej. Z kolei jakościowcom zależy na ograniczeniu możliwości podejmowania szkolenia z zakresu psychoterapii do osób o wykształceniu psychologicznym lub lekarzy psychiatrów, dzięki czemu szkolenie uwzględnia podstawy, na których opiera się współczesna psychoterapia, ewentualnie do osób o wykształceniu pokrewnym do psychologicznego; żeby w praktyce stosowane były wyłącznie metody, których skuteczności dowiedziono w odpowiedniej liczbie badań naukowych o najwyższej jakości, a praca psychoterapeutów koncentrowała się przede wszystkim na leczeniu zaburzeń zdrowia psychicznego. Ten podział nie jest wyłącznie teoretyczny - ma bardzo realne przełożenie na los pacjentów. Od tego, która wizja zwycięży, zależeć będzie, czy psychoterapia w Polsce będzie prowadzona odpowiedzialnie, skutecznie i bezpiecznie.

Zdaję sobie sprawę z konotacji semantycznych obu określeń, ale nie zamierzam ukrywać, po której stronie tego sporu jestem. Obie strony szukają sprzymierzeńców w mediach, wśród polityków, naukowców i innych grup wpływu. I - ze zmiennym szczęściem - ich znajdują. Często poparcie zyskiwane jest nie ze względu na argumenty merytoryczne, ale powiązania towarzyskie, a nawet rodzinne. W ten sposób polityczne wpływy zyskują psychoterapeuci polityków czy też po prostu psychoterapeuci, którzy mają w rodzinie polityków. Do mediów przedziera się głos tych, którzy mają odpowiednie kontakty albo wręcz - nie żartuję, naprawdę tacy są! - ich bliscy mają udziały w koncernach medialnych. Choć mogłoby się wydawać, że naukowcy, szczególnie psychologowie, będą się opowiadać po stronie jakościowców, to nie zawsze tak się dzieje, zwłaszcza jeśli mają w rodzinie lub wśród bliskich przedstawicieli ilościowców.

Sam jestem naukowcem i nie mam żony psychoterapeutki-ilościówki, więc mogę być tylko po jednej stronie. Tak uważam i będę przekonywał na łamach tej książki, że psychoterapia to leczenie metodami psychologicznymi zaburzeń szeroko rozumianego zdrowia psychicznego; że powinna być uprawiana wyłącznie przez osoby o wykształceniu psychologicznym, ewentualnie lekarzy psychiatrów i być może niektórych pedagogów, po spełnieniu dodatkowych wymogów; a przede wszystkim, że w praktyce stosować można wyłącznie metody o dowiedzionej naukowo skuteczności, tj. popartej odpowiednią liczbą badań wysokiej jakości. Będę przekonywał, że dobro pacjenta oznacza maksymalizowanie prawdopodobieństwa realnej poprawy stanu psychicznego i funkcjonowania przy jednoczesnej minimalizacji ryzyka szkody, poprzez stosowanie metod o dowiedzionej naukowo skuteczności, dostosowanych do problemu pacjenta, jego preferencji i kontekstu, oraz realizowanych w sposób etyczny, przejrzysty i podlegający odpowiedzialności zawodowej.

Niniejsza książka nie jest jedynie moim komentarzem do bieżącego sporu politycznego - nie uważam, by był on wart książki. Niemniej spór ten był inspiracją do jej napisania, a pojawiające się w jego toku argumenty przewijają się na jej łamach, bo wojna, którą obserwujemy obecnie, jest eskalacją dyskusji na temat psychoterapii toczącej się w Polsce co najmniej od lat 70. ubiegłego wieku i dotyczy fundamentów rozumienia i uprawiania psychoterapii. Niezależnie, jak rozstrzygnie się największa trwająca bitwa tej wojny - jaki będzie kształt ustawy o zawodzie psychoterapeuty - sama wojna się nie zakończy. Jeśli, jak wiele na to wskazuje, w tej bitwie zwyciężą ilościowcy, argumenty jakościowców nie stracą na wadze, a oni sami, w tym piszący te słowa, nie zamilkną. Ostatecznie i tak zdecydują pacjenci, u kogo chcą się leczyć, i kandydaci na psychoterapeutów - w jakim nurcie chcą się kształcić. Dlatego książka ta wyraża na pewno moje, a śmiem wierzyć, że także stanowisko większości, jeśli nie wszystkich, jakościowców na temat psychoterapii, niezależne od toczącej się wojny.

Polska nie jest samotną wyspą i podobne spory i dyskusje, choć niekoniecznie przybierające rozmiary wojny, toczyły się i toczą w innych krajach, i to zarówno jeśli chodzi o rolę dowodów naukowych w praktyce psychoterapeutycznej, jak i regulacje prawne dotyczące organizacji i finansowania psychoterapii czy wykonywania zawodu psychoterapeuty, w tym wykształcenia osób, które mogą przystąpić do szkolenia w zakresie psychoterapii. Efektem tych dyskusji są zróżnicowane regulacje dotyczące świadczenia psychoterapii w różnych krajach, w tym rola metod o udowodnionej naukowo skuteczności. Aktualny przegląd regulacji psychoterapii w Europie i ich konsekwencji dla organizacji i świadczenia psychoterapii znaleźć można w artykule Agnieszki Popiel i współpracowniczek[4], który ukazał się we współredagowanym przez mnie numerze "Przeglądu Psychologicznego", pt. Psychoterapia. Leczenie metodami psychologicznymi[5].

Niniejsza książka jest więc głosem w trwającej kilka dekad i niezmierzającej do końca debacie na temat psychoterapii. Przedstawiam w niej stanowisko jakościowców i argumentuję na jego rzecz. Dlatego też książka stanowi wprowadzenie do psychoterapii opartej na dowodach naukowych, a jej celem jest odpowiedź na pytanie, czym jest psychoterapia oraz jakie kryteria muszą spełniać metody psychoterapii i osoby wykonujące zawód psychoterapeuty.

Napisałem tę książkę z poczucia obowiązku i - paradoksalnie - bezsilności. Jako naukowiec zajmuję się m.in. badaniem roli procesów uczenia się w odczuwaniu bólu, mając nadzieję, że dzięki wykorzystaniu wyników prowadzonych przez nas badań możliwe będzie skuteczniejsze leczenie bólu. Jednym z procesów, które od lat badamy, jest uczenie się przez obserwację. Pionierem badań nad nim był Albert Bandura, twórca teorii społecznego uczenia się[6], która najpierw stała się podstawą naszych badań nad rolą uczenia się przez obserwację w działaniu placebo[7], a następnie inspiracją do stworzenia własnego, społeczno-uczeniowego modelu wpływu placebo na ból[8]. Ale teoria Bandury wyjaśnia także, dlaczego napisałem tę książkę właśnie teraz, w czasie toczącej się wojny, choć nie wierzę, że wpłynie ona na jej wynik.

Albert Bandura wprowadził pojęcie poczucia własnej skuteczności na określenie przekonania jednostki o tym, czy jest w stanie samodzielnie poradzić sobie w określonej sytuacji i osiągnąć zamierzone rezultaty. Poczucie to składa się z dwóch elementów - oczekiwania wyniku oraz oczekiwania skuteczności. Oczekiwanie wyniku to przekonanie, że konkretne działanie doprowadzi do określonego efektu (np. "publiczne argumentowanie na rzecz jakościowców sprawi, że wygrają"). A oczekiwanie skuteczności dotyczy wiary we własne możliwości - tego, czy dana osoba potrafi takie działanie samodzielnie podjąć (np. "jestem w stanie publicznie argumentować na rzecz jakościowców").

Osoba o wysokim poczuciu własnej skuteczności wierzy zarówno w to, że dane działanie jest skuteczne, jak i w to, że sama potrafi je wykonać. Taka postawa sprzyja aktywności, pewności siebie i zaangażowaniu. Z kolei gdy ktoś nie wierzy ani w skuteczność działania (niskie oczekiwanie wyniku), ani we własne kompetencje (niskie oczekiwanie skuteczności), zwykle wycofuje się z działania i doświadcza apatii lub bezradności.

Możliwe są jednak również sytuacje, w których te dwa składniki się rozchodzą. Gdy ktoś wierzy, że dane działanie mogłoby przynieść pożądany efekt (wysokie oczekiwanie wyniku), ale wątpi w swoje umiejętności, by je podjąć (niskie oczekiwanie skuteczności), może doświadczać zniechęcenia, spadku samooceny, a nawet objawów depresji. Natomiast w odwrotnej sytuacji - gdy osoba jest pewna swoich możliwości (wysokie oczekiwanie skuteczności), ale uważa, że nawet najlepsze działania i tak nie przyniosą rezultatu (niskie oczekiwanie wyniku) - pojawia się frustracja, która często prowadzi do buntu wobec istniejących reguł czy systemu. Skoro efekt jest nieosiągalny, trzeba zakwestionować zasady, które temu przeszkadzają.

Ta ostatnia sytuacja idealnie opisuje mój przypadek. Od dawna zabieram publicznie głos na rzecz naukowego podejścia i wysokiej jakości psychoterapii. Nie jestem w tym sam - jest duże grono naukowców, psychoterapeutów, psychologów praktyków i psychiatrów, którzy podzielają takie stanowisko. Jednocześnie widzę działania ilościowców, którzy - wraz z przychylnymi sobie naukowcami i politykami - prą do takiej regulacji psychoterapii, która zagwarantuje zwycięstwo ich stanowiska. Nie dostrzegam, żeby argumenty jakościowców miały wpływ na losy toczącej się wojny; wręcz przeciwnie -są ignorowane albo wypaczane. Trudno w takiej sytuacji mieć wielką nadzieję, że jakościowcy wygrają tę wojnę czy choćby niektóre jej bitwy, niezależnie od rzetelności i siły ich argumentów. W wojnie o pieniądze, do której zaangażowano politykę, nie sposób wygrać na argumenty.

Pomimo tego, a w zasadzie - zgodnie z koncepcją Bandury - dzięki temu postanowiłem napisać tę książkę. Wierzę, że dostarczając wiedzy i argumentów, mogę przynajmniej spróbować pokazać, że to badania naukowe i płynące z nich wnioski powinny być podstawą podejmowania decyzji politycznych, szczególnie w tak wrażliwym temacie jak zdrowie psychiczne i leczenie jego zaburzeń. Wypowiedzi w mediach, czy to tradycyjnych, elektronicznych, czy społecznościowych, przemijają. Książka, mam nadzieję, przetrwa nieco dłużej. I nawet jeśli ilościowcy zwyciężą w wielu bitwach, a może i w całej wojnie, będzie można sięgnąć po tę książkę, aby zrozumieć, dlaczego ich wygrana to bardzo zła wiadomość dla pacjentów.

Ta książka jest jednak pisana nie dla psychoterapeutów i polityków, ale dla pacjentów, którzy w gąszczu sprzecznych opinii i ofert muszą podjąć jedną z najważniejszych decyzji w życiu - komu powierzyć swoje zdrowie psychiczne. W kolejnych rozdziałach skupiam się na tym, czym jest psychoterapia, kto powinien ją prowadzić, jak odróżnić naukę od pseudonauki, co naprawdę wiemy o skuteczności psychoterapii, a także dlaczego wokół tego wszystkiego narósł konflikt, w którym stawką jest nie tylko dobro pacjenta, ale są nią także ogromne pieniądze.

Powołanie św. Mateusza

Michelangelo Merisi da Caravaggio1599-1600Kościół św. Ludwika Króla Francji, Rzym, Włochy

Kościół św. Ludwika Króla Francji w Rzymie. Tutaj codziennie gromadzi się mały tłum wtajemniczonych, którzy wiedzą, że w środku, w kaplicy Contarellich, znajdują się trzy wielkoformatowe arcydzieła Caravaggia poświęcone św. Mateuszowi: Powołanie św. Mateusza, Święty Mateusz i anioł (albo Święty Mateusz piszący Ewangelię) oraz Męczeństwo św. Mateusza. To pierwsze publiczne zamówienie Caravaggia - wcześniej malował tylko na zlecenie prywatnych mecenasów. Właśnie po ukończeniu tych płócien do kaplicy Contarellich został okrzyknięty najwybitniejszym malarzem Rzymu. A trzeba pamiętać, że w ówczesnym, ok. studwudziestotysięcznym Rzymie działało kilkuset malarzy.

Zupełnie za darmo, bez konieczności wcześniejszej rezerwacji biletów, ewentualnie po wrzuceniu monety, żeby włączyć oświetlenie, można upajać się trzema arcydziełami jednego z najwybitniejszych, malarzy wszech czasów a moim zdaniem najwybitniejszego. Dla porównania, w największym na świecie muzeum, paryskim Luwrze, są dwa obrazy Caravaggia, tyle samo w gigantycznym Metropolitalnym Muzeum Sztuki w Nowym Jorku, a w słynnym madryckim Muzeum Prado - jeden. W Rzymie, w jednym kościele są trzy! I to jakie!

Każdy z trzech obrazów wybitny, ale wśród nich jest też najważniejszy dla mnie. To wiszące po lewej stronie ołtarza i zaczynające tryptyk Powołanie św. Mateusza. Właśnie to płótno wywołało też największe poruszenie wśród współczesnych artyście. Przeważały wówczas głosy zachwytu, ale byli i tacy, którzy - jak Nicolas Poussin, nad którego talentem nie będę się rozwodził - twierdzili, że Caravaggio narodził się, żeby zniszczyć malarstwo. I choć w zamierzeniu miał to być atak na niego, uważam go za w pełni adekwatny komplement. Tak, Caravaggio zniszczył dotychczasowe malarstwo i wywołał rewolucję, której znakiem rozpoznawczym jest Powołanie św. Mateusza.

Scenografia jest tu iście teatralna, a rewolucyjne dla malarstwa jest przedstawienie epizodu z Ewangelii w scenerii współczesnego artyście Rzymu. W siedzibie poborcy ceł Lewiego - a może na ulicy, co sugeruje światło padające wcale nie z okna - znajduje się pięciu mężczyzn we współczesnych Caravaggiowi, i w większości szykownych, strojach. Na tę ulicę czy do tego wnętrza przybywa dwóch bosych mężczyzn w strojach z epoki Chrystusa - sam Chrystus i św. Piotr. Postaci świętych znajdują się w ciemnym zaułku podrzędnej rzymskiej dzielnicy albo w szynku! Tego w malarstwie jeszcze nie było. Caravaggio łączy malarstwo religijne z rodzajowym. W ten sposób pokazuje, że historia biblijna jest uniwersalna i dotyczy ludzi współcześnie żyjących; Chrystus przychodzi teraz, w epizodzie z życia codziennego. Tak zaczyna się nowa era w malarstwie.

Chrystus wskazuje palcem na Lewiego, powołując go na apostoła - św. Mateusza. Ręka Chrystusa jest cytatem ze stworzenia Adama na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej. To ręka Adama. Chrystus jest nowym Adamem i wzywa Lewiego-Mateusza, żeby do niego dołączył. Wskazanie Chrystusa potęguje światło, które rozpościera się nad jego ręką, umieszczając jego samego w półmroku, a oświetlając pozostałe postaci. Gest Chrystusa powtarza św. Piotr, którego postać jest "nakle-jona" na postać Chrystusa - nowatorskie rozwiązanie, które stanie się jedną z najbardziej rozpoznawalnych cech malarstwa Caravaggia. Ale ten gest św. Piotra jest słabszy, nie tak pewny jak Jezusa. A jak się dokładniej przyjrzeć stopom Chrystusa, to zobaczymy, że on już się cofa, już wychodzi, zostawiając samego Piotra, symbolizującego Kościół, który ma kontynuować powoływanie, ewangelizację. Caravaggio chwyta więc nie tylko moment powołania św. Mateusza, ale i przekazania "pałeczki" św. Piotrowi i jego następcom.

Gest dłoni Chrystusa zdaje się powtarzać i sam Mateusz. W większości interpretacji to starszy, brodaty mężczyzna jest św. Mateuszem, a jego gest ma stanowić zapytanie, czy aby o niego naprawdę chodzi. Ale czy rzeczywiście on jest Mateuszem? I czy wskazuje na siebie, czy raczej na młodego człowieka, który liczy pieniądze i nie dostrzega dwóch obcych postaci nie z tej epoki? Czyż brodacz nie jest za dobrze ubrany jak na celnika i nie za stary jak na opisywaną w Ewangelii postać Mateusza? Czy wygląda jakby płacił, czy inkasował? Czy możliwe jest, że boskie powołanie otrzymuje człowiek tak zapatrzony w pieniądze, że nie tylko nie porusza go obecność Chrystusa, ale nawet nie dostrzega momentu swojego powołania?

To dzieło ma tak wiele interpretacji, jak tylko może mieć dzieło geniusza. Podkreśla się jego kontrreformacyjny charakter, w tym w szczególności ukazanie roli Kościoła i wolnej woli Lewiego-Mateusza - jest powołany, ale ma wybór; sam zdecyduje, czy porzucić swoje grzeszne, ale dostanie życie na rzecz ubogiego, ale służącego Bogu. Tę interpretację podkreślają też wewnętrzne ramy okna, układające się w znak krzyża - bycie apostołem Chrystusa to niesienie Jego krzyża.

Wróćmy do ręki Chrystusa. Caravaggio miał na imię Michał Anioł, a jego przydomek był nazwą miejscowości, z której pochodził. Niektórzy twierdzą, że przybrał go, żeby odróżnić się od swojego wielkiego poprzednika. A inni, i sam do nich należę, widzą w powtórzeniu gestu ze sklepienia Kaplicy Sykstyńskiej manifest Caravaggia, który zdaje się mówić: "Ja jestem nowym Michałem Aniołem". Dla mnie jest kimś więcej, bo choć zajmował się wyłącznie malarstwem, to dokonał w nim rewolucji. Michał Anioł Buonarotti był geniuszem, ale to Michał Anioł Merisi da Caravaggio był rewolucjonistą.

Maria Szyszkowska w swoich pracach przekonuje, że Immanuel Kant miał tak przełomowy wpływ na filozofię, że dzieli ona filozofię na przedkantowską i pokantowską. Nie jestem historykiem sztuki, ale dla mnie Caravaggio jest dla malarstwa tym, kim Kant dla filozofii, według Szyszkowskiej, i historię sztuki można podzielić na dwa okresy - przed Caravaggiem i po Caravaggiu.

Obcując z Powołaniem św. Mateusza, nie wiemy, gdzie ma miejsce rozgrywająca się scena - w zamkniętym pomieszczeniu czy na ulicy. Może dziać się wszędzie. Nie wiemy, kto jest tytułowym św. Mateuszem - młody czy starszy mężczyzna. Każdy może zostać powołany. Za to wiemy, że obcujemy z arcydziełem.

Przypisy

[1] Olga Jackowska, ps. Kora, "Kreon" (1984).

[2] Zgodnie z definicją Światowej Organizacji Zdrowia zdrowie psychiczne to "stan dobrostanu, w którym jednostka realizuje swoje możliwości, radzi sobie z normalnymi stresami życia, pracuje produktywnie i owocnie oraz jest w stanie wnosić wkład w życie swojej społeczności" (World Health Organization, 2004, s. 2, tłum. własne). Dlatego zaburzenia zdrowia psychicznego rozumieć należy szeroko - jako zaburzenia dobrostanu, niekoniecznie oznaczające diagnozę zaburzenia psychicznego. Innymi słowy, zaburzenia zdrowia psychicznego to szersze pojęcie niż zaburzenia psychiczne, o czym szerzej piszę w rozdziale 2.

[3] Nie należy mylić tych nazw z metodami badań naukowych w psychologii, tj. ilościowymi i jakościowymi, szczególnie że ilościowcy częściej stosują metody jakościowe, a jakościowcy - ilościowe.

[4] Popiel, A., Macdonald, H., Bagaric, B., Sălceanu, A., Anastasova, T. (2025). Regulacje dotyczące psychoterapii w Europie. Przegląd Psychologiczny, 68(4), 11-28. https://doi.org/10.31648/przegldpsychologiczny.12198

[5] Bąbel, P., Łuczak-Wawrzyniak, J. (red.) (2025). Psychoterapia. Leczenie metodami psychologicznymi. Przegląd Psychologiczny, 68(4). https://czasopisma.uwm.edu.pl/index.php/pp/issue/view/633, pobrano 22 grudnia 2025 r.

[6] Bandura, A. (1977/2007). Teoria społecznego uczenia się. Wydawnictwo Naukowe PWN. Tłum. J. Kowalczewska, J. Radzicki.

[7] Przegląd badań nad rolą uczenia się przez obserwację w działaniu placebo znaleźć można w: Meeuwis, S., Wasylewski, M., Bajcar, E. A., Bieniek, H., Adamczyk, W., Honcharova, S., Di Nardo, M., Mazzoni, G., Bąbel, P. (2023). Learning pain from others: A systematic review and meta-analysis of studies on placebo hypoalgesia and nocebo hyperalgesia induced by observational learning. Pain, 164(11), 2383-2396. https://doi.org/10.1097/j.pain.0000000000002943

[8] Bajcar, E. A., Bąbel, P. (2018). How does observational learning produce placebo effects? A model integrating research findings. Frontiers in Psychology, 9, 20141. https://doi.org/10.3389/fpsyg.2018.02041; Bajcar, E. A., Bąbel, P. (2024). Social learning of placebo effects in pain: A critical review of the literature and a proposed revised model. The Journal of Pain, 25(9), 104585. https://doi.org/10.1016/j.jpain.2024.104585