Przedmowa
W ostatnich latach na Środkowym Manhattanie
wyrosła budowla, która nawet w Nowym Jorku wyróżnia się jako
hegemoniczne imperium sztuki i kapitału. Zamknięte w lśniących taflach
szkła i poczerniałej stalowej kratownicy Muzeum Sztuki Nowoczesnej
(Museum of Modern Art - MoMA) samo w sobie jest miastem-państwem. W miejscu, w którym budynki mogą się tylko piąć w górę, MoMA bujnie
rozrasta się wszerz - taką możliwość mają jedynie najbardziej pożądane w kraju nieruchomości. W jego radzie zasiada więcej miliarderów, niż
mieszka ich w czterdziestu jeden stanach USA razem wziętych, a same
obrazy w jego zbiorach - ponad dwieście tysięcy dzieł sztuki z całego
świata - są warte więcej niż PKB niejednego małego kraju.
Jego bijącym sercem jest dzieło jednego artysty, którego duch zdaje się
unosić we wszystkich sześćdziesięciu muzealnych salach wystawienniczych
o białych ścianach, nawet tych wypełnionych pracami stworzonymi długo po
jego śmierci. W wewnętrznym sanktuarium muzeum, za jasnym foyer i ruchomymi schodami, mostem o szklanych poręczach płynącym w powietrzu do
galerii na czwartym piętrze, gdzie nadal króluje rdzeń kolekcji,
znajduje się bardzo duże pomieszczenie, które - jeszcze dzisiaj, gdy
aranżacje często się zmieniają - nadal definiowane jest przez jego
twórczość. Tutaj kilka z najwybitniejszych dzieł Picassa nabiera
znaczenia synekdochy tego muzeum. Wejście flankują dwa ogromne płótna z 1906 roku, które mówią o mającym nastąpić buncie. W części najdalszej
całą ścianę zajmuje wstrząsający akt, jakby w ruchu: ogromne
przedstawienie nagich olbrzymek, które wyglądają, jakby burzyły
fundamenty zachodniej sztuki. Otaczają je wspaniałe, niepokojące obrazy
z późniejszych lat. W 2021 roku znajdował się tam nie tylko pejzaż
Picassa z katalońskim miastem widzianym ze wszystkich stron naraz i jego
wyzywająco fantastyczna Głowa kobiety z brązu, ale także zapadające w pamięć figurki z malowanego drewna autorstwa Louise Bourgeois z końca
lat czterdziestych XX w. i arcydzieło Faith Ringgold z czasów walki o prawa obywatelskie z poskręcanymi, przerażonymi postaciami, czyli
American People Series #20: Die (Cykl Naród amerykański nr 20:
Umieranie) - przypominające nam, że bunt się nie skończył.
Rozległe sanktuarium Picassa nie zawsze jednak takie było. Niegdyś
sztukę, która jest obecnie synonimem amerykańskiej kultury XX wieku,
wyśmiewano i odrzucano. Przez lata nawet pomysł stworzenia takiego
muzeum, skupionego wokół tej sztuki i tego artysty, nie miał możliwości
się przebić. A kiedy muzeum w końcu powstało, powołanie do życia
zawdzięczało zachciance damy z towarzystwa. Zajmowało ciasne, wynajęte
pokoje, nie dysponowało żadnymi funduszami ani budżetem - i nie miało
ani jednego Picassa na własność. Niegdyś hegemon kulturowy walczył o przetrwanie.
Niemal trzydzieści lat wysiłkom zmierzającym do sprowadzenia sztuki
nowoczesnej do Stanów Zjednoczonych stawały na przeszkodzie a to wojna,
a to kryzys gospodarczy, a to głęboki sceptycyzm opinii publicznej.
Pomysł równie dobrze mógł upaść i prawie tak się stało, ale
przeszkodziła temu bezkompromisowa determinacja niewielkiej grupy ludzi.
O nich opowiada ta książka.
Prolog
Obraz stał w korytarzu odwrócony licem do
ściany. Ponad metr trzydzieści wysokości i ponad dwa metry szerokości, w ogromnej ramie, zwracał uwagę i czworo gości nie mogło się doczekać,
żeby go zobaczyć. Tymczasem popijali koktajle na rumie Bacardi, potem
była kolacja i kawa. Gdy spotkali się we frontowych pokojach
przepastnego mieszkania na ósmym piętrze, musieli znaleźć jakieś inne
tematy do rozmowy. Johna Quinna nie można popędzać we własnym domu.
Gospodarz, wysoki mężczyzna o jasnej karnacji, z ostro zarysowaną
szczęką, przenikliwym spojrzeniem niebieskich oczu, wydatnym czołem i przerzedzonymi włosami, był niemal ucieleśnieniem siły woli. Nawet jego
asertywna postawa zdawała się walczyć z wychudzonym ciałem.
W końcu, gdy podano kawę, Quinn wstał od stołu, wyszedł na korytarz,
przeniósł obraz do salonu i postawił go na dużej sztaludze w dobrym
oświetleniu. Potem wrócił do towarzystwa i nalał każdemu po kieliszku
przedwojennego szampana. Nadeszła odpowiednia chwila. Goście wzięli
okulary i ruszyli za nim1.
Kolacja od dawna budziła oczekiwania. Była wczesna wiosna 1924 roku i od
wielu miesięcy Quinn, rzutki prawnik z Wall Street, nie miał rozrywki.
Na początku roku wyprzedał znaczną część swojej niezrównanej kolekcji
modernistycznych rękopisów - w tym szkice prawie wszystkich powieści
Josepha Conrada i liczący tysiąc dwieście stron oryginał Ulissesa
Jamesa Joyce'a. A w ostatnich tygodniach w zasadzie zawiesił prowadzenie
obszernej korespondencji z artystami i pisarzami z całej Europy. Wielu
znajomych z jego nowojorskich kręgów w ogóle go nie widywało. Teraz
nagle zaprosił czwórkę z nich do siebie.
Usiedli za stołem i spoglądali po sobie, wiedząc, że nie zostali wybrani
przypadkowo. Arthur B. Davies, malarz, esteta i człowiek z towarzystwa,
był jednym z najbardziej ustosunkowanych mistrzów sztuki nowoczesnej w mieście. Frederick James Gregg, zgryźliwy krytyk "Vanity Fair" i nowojorskiego "Sun", od dawna należał do najwierniejszych
intelektualnych sojuszników Quinna. Joseph Brummer, węgierski marszand,
niegdyś zamiatający podłogi u Matisse'a w Paryżu, należał do nielicznych
osób w Stanach Zjednoczonych, które znały osobiście wielu artystów teraz
kolekcjonowanych przez Quinna2. Towarzystwo dopełniała młodsza
od nich kobieta o bystrym spojrzeniu dużych oczu, greckim nosie i niesfornej masie rudoblond włosów, poetka Jeanne Robert Foster.
Pracowała na stanowisku redaktorki literackiej "The Transatlantic
Review" i prawie nikomu na Manhattanie nie ustępowała znajomością sztuki
i literatury dwudziestowiecznej Europy. Wyszła za mąż za znacznie
starszego mężczyznę, a Quinn od kilku lat był jej kochankiem.
W tamtym czasie w Nowym Jorku tylko garstka kolekcjonerów interesowała
się żyjącymi artystami. Uważano, że sztuka nowoczesna ma znikomą
wartość; wielu twierdziło, że nowe kolory i techniki są odrażające, a nawet wywrotowe. Za to Quinn w ciągu ostatnich dziesięciu lat zapełnił
swój jedenastopokojowy apartament w Central Park West setkami
zdumiewających nowych dzieł sztuki. Korytarze zagracały oszałamiające
rzeźby z marmuru i polerowanego brązu - postacie zwierząt i ludzi
zredukowane do ich podstawowej struktury; w sypialniach piętrzyły się
żywiołowe płótna - nie powieszone na ścianach, ale ustawione pod nimi w rzędach jedne za drugimi, ułożone w stosy pod krzesłami i wepchnięte pod
łóżka. Kiedy Quinn był w odpowiednim nastroju, wyciągał kilka z tych
wybitnych dzieł, obrazów, które pobudzały wyobraźnię gości: Cézanne'ów i van Goghów, Gauguinów i Seuratów, pejzaże fowistów, futurystycznych
tancerzy, kobiet wortycystycznych. Wśród nich znajdował się wyjątkowy
zbiór dzieł Matisse'a, w tym jeden obraz, który kilka lat wcześniej
wywołał gwałtowne reakcje. I oczywiście Picassa - kilkadziesiąt z nich,
począwszy od wczesnego Starego gitarzysty przez wspaniałe wyprawy do
kubizmu analitycznego aż po późne kubistyczne arcydzieło Arlekin ze
skrzypcami (Si tu veux), obejmujących wszystkie niepodobne do siebie
fazy jego twórczości.
Obraz, który czekał na nich tego wieczoru, nawet na standardy Quinna był
niezwykły. W Paryżu, gdzie sześć tygodni wcześniej odkryto go w jakiejś
piwnicy, wywołał wstrząs i oszołomienie u kilku czołowych koneserów
nowej sztuki: chociaż jego przeszłość pozostawała niejasna, mówiono, że
trafi prosto do Luwru. W Stanach Zjednoczonych nikt nie wiedział o jego
istnieniu.
Nikt poza Quinnem. Jednym z pierwszych, którzy zobaczyli tajemniczy
obraz, był Picasso. Malarz od razu pomyślał o swoim amerykańskim
przyjacielu. Dwa tygodnie później Quinn, nie ruszając się z Nowego
Jorku, kupił płótno za niewielką sumę, nawet go nie widząc. Wystarczyła
mu opinia Picassa i żarliwe apele innych paryskich przyjaciół. Wiedzieli
oni, że kolekcjoner od lat polował na wyjątkowe okazje, i byli pewni, że
właśnie taka się trafiła. W skrzyni o odpowiednich gabarytach bardzo
duże dzieło sztuki przepłynęło więc ocean na liniowcu SS Paris i zostało dostarczone do mieszkania Quinna na krótko przed przybyciem
gości. Przed kolacją je rozpakował, ale nie oglądał. Aż do teraz.
Gdy towarzysze stołu Quinna weszli do pokoju, gigantyczny prostokąt nimi
zawładnął. Jak jakieś niespodziewane spotkanie w nocy, równie urokliwe,
jak dziwne: kobieta o ciemnej karnacji leży na jałowym, pustynnym
wzniesieniu; jest spokojna, a kiedy tak śpi, podchodzi do niej ogromny
lew i wącha jej włosy; jego uniesiony ogon rysuje się na tle chłodnego
nocnego powietrza. Zdają się łączyć w osobliwej jedni, choć zwierzę
wygląda groźnie.
Przytłaczający w swoim napięciu i statyce obraz nie przypominał niczego,
co dotąd widzieli. Ogromne płótno zdumiewało doskonałym opanowaniem form
ludzkich i zwierzęcych, oszczędnością szczegółów oraz niesamowitym
rytmem i równowagą, ale było też pełne niepokojącej tajemnicy. Trudno
stwierdzić, zauważył Quinn, czy lew zamierza pożreć kobietę, czy nie.
Przez jakiś czas stali i patrzyli. W końcu Davies nazwał je "cudownym".
Potem unieśli kieliszki. "Za piękno!" - powiedział ktoś.
Quinn nie należał do ludzi, których łatwo zadowolić. Odrzucił obrazy
Seurata i van Gogha, których pożądali europejscy rywale. Przepuścił
niezliczone płótna Braque'a i Matisse'a, wolał bowiem poczekać na
lepsze. Czasem rezygnował z zakupu prac Picassa, które proponował mu sam
artysta. Zdarzało się, że odsyłał obrazy, które mu się nie spodobały.
Jego przyjaciele w Paryżu martwili się, że tak właśnie się stanie z wybranym przez nich płótnem. Niepotrzebnie. "Obraz śpiewa, każda jego
część, a całość jest doskonała" - napisał następnego ranka3.
Obraz zatytułowany Śpiąca Cyganka namalował Henri Rousseau, francuski
celnik i artysta samouk, który zmarł w 1910 roku. Chociaż ogół odbiorców
sztuki raczej go nie znał, dla Picassa i innych awangardowych malarzy,
którzy przyjaźnili się z nim pod koniec życia, był gwiazdą przewodnią.
Quinn od dawna fascynował się nieziemskim geniuszem Francuza. Wiedział
też, że jego obrazy uległy rozproszeniu. Wiele lat wcześniej postanowił
zdobyć jakieś wyróżniające się dzieło Rousseau. Był przekonany, że takie
istnieje, ale żadne z tych, które widział, nie spełniało jego oczekiwań.
Dopóki Picasso nie znalazł mu kobiety i lwa.
Dla Quinna pojawienie się obrazu w jego mieszkaniu stanowiło apogeum
kariery kulturowego renegata - życia, które wiódł dzięki
najodważniejszym dziełom sztuki i literatury swoich czasów. Chociaż
rzadko jeździł do Europy, poznał i wspierał nieprawdopodobną liczbę
artystów i pisarzy, którzy wezmą udział w kształtowaniu modernizmu, jak
choćby Joseph Conrad i Henri Matisse, Ezra Pound i Pablo Picasso,
wybierając ich według własnego uznania. Towarzyszył im przez całą wojnę,
pisał do nich listy i wysyłał im pieniądze, odwiedzał pracownie i mieszkania, martwił się o ich zdrowie. Nawet gdy musiał walczyć o utrzymanie swojej kancelarii prawniczej, gdy sam podupadł na zdrowiu i skończyły mu się fundusze, zawsze znajdował czas na to, co twardo
nazywał żywą sztuką. Najbardziej poruszały go obrazy i rzeźby, które
były nie tylko przedmiotami o niezwykłej urodzie, ale także wydzielały
"rad", jak mówił swoim przyjaciołom - energetyzujące promienie samego
życia.
Jak niełatwo Quinn dawał się zadowolić, tak nic nie mogło go powstrzymać
przed wyrażaniem entuzjazmu. W czasach, gdy większość Amerykanów
podejrzliwie traktowała sztukę nowoczesną, on niestrudzenie promował
malarstwo awangardowe i modernistyczną prozę. Zapoznał Amerykanów z poezją W.B. Yeatsa i T.S. Eliota, z Panną Pogany rumuńskiego
rzeźbiarza Constantina Brâncuşiego oraz z Aktem schodzącym po schodach
francuskiego artysty Marcela Duchampa. Bronił w sądzie powieści
łamiących tabu i lobbował w Kongresie za zniesieniem dodatkowego podatku
importowego na sztukę współczesną. Dowodził, że najlepsze nowe dzieła są
nierozerwalnie związane z postępem społecznym, a ich zaprezentowanie
szerokiej publiczności wyniesie kulturę amerykańską na czołową pozycję w świecie współczesnym.
Sześć lat wcześniej, pod koniec wojny, podjął się jeszcze bardziej
ambitnego projektu: zgromadzenia najlepszych prac niewielkiej grupy
artystów, którzy w jego ocenie zmieniali historię. Dzięki tym
arcydziełom, których jeszcze nikt za takowe nie uważał, zamierzał
zbudować pierwszą wielką kolekcję sztuki nowoczesnej w Stanach
Zjednoczonych. I zamierzał zmienić sposób myślenia Amerykanów o sztuce.
Wydawało się, że ze swoimi Picassami, a teraz z ogromnym obrazem
Rousseau, w końcu ten projekt zrealizuje.
Podziwiając wraz z innymi największą zdobycz Quinna, Jeanne Foster
myślała, że jego ambicje sięgają jednak dużo dalej. Praca dziennikarki i krytyczki nie zostawiała jej złudzeń co do kultury amerykańskiej. Jej
skromność i unikanie rozgłosu pomimo wyjątkowej siły umysłu stanowiły
uderzający kontrapunkt dla błyskotliwej pewności siebie Quinna. Poza tym
wiele niezwykłych cech łączyło ją z prawnikiem: tak jak on pochodziła z niezamożnej rodziny, miała elitarne wykształcenie i nienasyconą
ciekawość, która nie pozwalała jej ulec dominującemu gustowi i konwencjom społecznym.
Czy Amerykanie byli gotowi na jego Picassa i Brâncuşiego? Wątpiła w to.
Wiedziała, że wiele instytucji kulturalnych w kraju zaciekle sprzeciwia
się sztuce popieranej przez Quinna i że niewielu mecenasów jest gotowych
pójść w jego ślady. W końcu tylko czterech jego przyjaciół przyszło, by
powitać Śpiącą Cygankę, ale oni już zostali nawróceni. W przeciwieństwie do nich zaledwie kilka miesięcy wcześniej Louisine
Havemeyer, osoba z towarzystwa, choć uważana za jedną z najbardziej
postępowych kolekcjonerek sztuki w mieście, zaatakowała wprost Quinna i jego radykalne otoczenie. Powiedziała, że jest zmęczona "sztuką
współczesną, którą pewni ludzie próbują na siłę wcisnąć
publiczności"4.
Foster wiedziała, że wiele projektów Quinna - na przykład stworzenie
miejsca na stałą wystawę sztuki nowoczesnej czy przekonywanie
Metropolitan Museum of Art do rozpoczęcia kolekcjonowania malarstwa
dwudziestowiecznego - zakończyło się fiaskiem. Martwiła się też, że
kończy mu się czas. Chociaż miał zaledwie pięćdziesiąt cztery lata, był
poważnie chory. Nikomu nie wspomniał, że cierpi na raka, ale w 1918 roku
po trudnej operacji Foster poznała prawdę. Lekarze powiedzieli jej w cztery oczy, że Quinn ma przed sobą co najwyżej sześć lat życia. Teraz
ten czas dobiegał końca. Mimo że codziennie ledwie wlókł się do biura,
wciąż pozostał buńczuczny i pełen animuszu, przy każdej okazji wykazując
typową dla siebie bystrość umysłu. Jeszcze zeszłej jesieni towarzyszyła
mu w szaleńczej pięciotygodniowej podróży do Paryża, Wenecji, Florencji,
Sieny, Rzymu i Berlina. Quinn musiał wtedy nosić płócienny gorset
podtrzymujący brzuch, a samo wstanie rano z łóżka sprawiało mu ogromną
trudność. I chociaż wciąż zapełniał swoje mieszkanie coraz bardziej
zdumiewającymi przykładami żywej sztuki, nie podjął ostatecznej
decyzji co do losów kolekcji po swojej śmierci, a nie miał spadkobierców
w linii prostej5.
Następnego ranka po przyjęciu Quinn przeniósł Śpiącą Cygankę do swojej
sypialni, gdzie postawił ją na stole między dwoma oknami. Gdy słońce
wzeszło wyżej, zalało światłem całe płótno. Quinn pomyślał, że wygląda
jeszcze lepiej niż podczas przyjęcia. Później w swoim biurze podyktował
list do jednego z najbliższych przyjaciół w Paryżu. "Myślę, że jest to
nie tylko najwspanialszy obraz, jaki namalował Rousseau [...], ale także
jeden z najwspanialszych obrazów namalowanych w naszych czasach" -
oświadczył6. Tym, którzy znali Quinna tylko jako człowieka o radykalnym guście i wybujałym ego, mogliby uznać te słowa po prostu za
przejaw wyrachowania. Obraz był praktycznie nieznany, a zatem kto inny
jak nie Quinn miałby powiedzieć, co o nim sądzić, nie mówiąc już o jego
miejscu w jakimś wyimaginowanym kanonie nowej sztuki?
W rzeczywistości dopiero po wielu latach Ameryka doceniła zdolność
przewidywania Quinna. Co prawda zdecydowana zmiana opinii odbiorców
nastąpiła dopiero po wybuchu kolejnej wojny światowej, ale sztuka, którą
się zajmował, pewnego dnia zajęła swoje miejsce w samym centrum kultury
amerykańskiej. Jeśli tak to miało się skończyć, to samotny triumf
Śpiącej Cyganki wiosną 1924 roku był jednocześnie tego początkiem.
1
NIE W AMERYCE
Pewnego popołudnia, krótko po swoich
czterdziestych pierwszych urodzinach, John Quinn wszedł na górę
czteropiętrowego, niczym niewyróżniającego się budynku przy Piątej Alei.
Przyszedł zobaczyć prace artysty, którego w Stanach Zjednoczonych dotąd
nie pokazywano. Przechodząc jednak przez małą, kwadratową galerię,
poczuł niepokój. Na ścianach pokrytych bieloną jutową tkaniną
rozwieszono kilkadziesiąt rysunków i akwarel, tak dużo, że wisiały jedne
nad drugimi w dwóch czy trzech rzędach. Na kilku mógł dostrzec ludzkie
postacie, na przykład surową wieśniaczkę z profilu, która powitała go
przy wejściu. Jednak większość obrazów przyprawiała go o mdłości: głowy
i twarze rozpadające się na mniejsze, przenikające się kształty;
redukowane w nieskończoność kończyny, najpierw do prymitywnych,
rzeźbionych form, potem po prostu do linii, kątów i cieni. "W niektórych
jest coś mrożącego krew w żyłach - powiedział później jednemu ze swoich
przyjaciół. - Jak jakiś okropny sen, częściowo zapomniany, ale wciąż
niedający spokoju"7.
Była wiosna 1911 roku, a Quinn przyszedł na pierwszą w historii wystawę
Picassa w Stanach Zjednoczonych. Niezbyt udaną. Pokazano ją w "Little
Galleries of the Photo-Secesion", powszechnie znanej jako "291",
prowadzonej przez fotografa Alfreda Stieglitza, pioniera wystawiania
nowej sztuki. Zajmująca poddasze o wymiarach zaledwie pięć na pięć
metrów i ogrzewana stojącym na zapleczu piecem na drewno, galeria "291"
miała opinię miejsca odważnie pokazującego dzieła, których nie można
było zobaczyć gdzie indziej w Ameryce, i nie tyle była galerią
komercyjną, ile klubem skupiającym podobnie myślących przyjaciół
Stieglitza. Jednak nawet dla jej bywalców rysunki Picassa okazały się
szokujące. Krytycy, którzy wybrali się na wystawę, zwrócili uwagę na
"zdumiewające parodie człowieczeństwa" artysty; jeden szkic węglem -
Akt stojący, jakby wieża skręcona z linii i półokręgów - został w pamiętny sposób porównany do "schodów przeciwpożarowych, na dodatek
niezbyt dobrych schodów"8. Edward Steichen, współorganizator
wystawy i sam zdeklarowany modernista, przyznał, że Picasso jest dla
niego "gorszy od greki"9.
Quinn przyszedł pełen oczekiwań. Jako szef znanej, mieszczącej się w centrum miasta kancelarii prawnej, przebojowy Amerykanin o irlandzkich
korzeniach, działał w bogatym świecie finansów Manhattanu. Uważany za
jeden z największych umysłów prawniczych na Wall Street, był doradcą
Nowojorskiej Giełdy Papierów Wartościowych oraz National Bank of
Commerce, drugiego co do wielkości banku w kraju. Prowadził jednak
również drugie, ciekawe życie kulturalnego wichrzyciela, wyszukując
najodważniejszych nowych poetów i artystów, pomagając publikować
eksperymentującym pisarzom, sponsorując kontrowersyjne sztuki teatralne
i spędzając długie noce na dyskusjach o nowej irlandzkiej poezji. "Lubię
być człowiekiem swoich czasów" - mówił niepotrafiącym go zrozumieć
przyjaciołom10.
W listopadzie poprzedniego roku usłyszał o sensacyjnej wystawie
francuskiej sztuki nowoczesnej, która właśnie odbywała się w Grafton
Galleries w Londynie. Zatytułowana "Manet i postimpresjoniści", miała
przedstawić brytyjskiej publiczności kilka pokoleń francuskich artystów.
Chociaż dziewiętnastowieczny malarz Édouard Manet był dość dobrze znany
w Anglii, to pionierzy modernizmu, których twórczość rozkwitła po jego
śmierci - Cézanne, van Gogh, Gauguin - nie. Wielu widzów nie było na tę
sztukę przygotowanych i uznało twórców zwanych postimpresjonistami za
tak wywrotowych i niepokojących, że zareagowało oburzeniem. Czołowi
artyści, tacy jak John Singer Sargent, wyśmiewali ich; jeden z rzekomo
postępowych krytyków zasugerował, że należą do "szeroko zakrojonego
spisku mającego na celu doszczętne zniszczenie tkanki europejskiego
malarstwa"11. Oszołomieni londyńscy przyjaciele Quinna nie
mogli dojść do siebie. "Nie sądzę, żebym kiedykolwiek w życiu widział
coś równie głupiego" - napisał do niego George Russell, irlandzki poeta
i krytyk12.
Patrzącego na to z daleka Quinna zafascynowały obrazy, które wywołały
taką reakcję: chciałby móc je zobaczyć. Przez całą zimę pytał o postimpresjonistów. Naciskając na Russella, aby ponownie obejrzał
wystawę, napisał: "Byłbym rad, gdybyś mi powiedział, co myślisz o van
Goghu, Gauguinie, Picassie, Matissie i wielkim Cézannie"13. W ostatniej sali londyńskiej wystawy umieszczono dwie wczesne prace ich
najodważniejszego ucznia, młodego Hiszpana o nazwisku Picasso. Oto
artysta, którego potrzebował Quinn. "Czy coś Picassa jest na sprzedaż,
czy Twoim zdaniem jest coś, co powinienem mieć?" - pytał jednego z przyjaciół w Londynie. I dodał: "Chciałbym, żeby sprowadzono tu
postimpresjonistów"14.
Potem w galerii Stieglitza pojawiły się rysunki Picassa. Quinn jednak
nie miał pojęcia, czego się spodziewać. Do tej pory jego kontakt z nowym
malarstwem ograniczał się do irlandzkich portretów i amerykańskiego
realizmu miejskiego1. Uważał się za nowoczesnego, bo
pociągały go jaskrawe kolory angielskiego malarza Charlesa Shannona i zamaszyste pociągnięcia pędzla amerykańskiego pejzażysty Ernesta
Lawsona. Na podstawie tej skromnej wiedzy uważał, że uosobieniem nowej
sztuki francuskiej jest Puvis de Chavannes, symbolista z końca XIX
wieku, znany z subtelnych kompozycji alegorycznych. Nie przyszło mu do
głowy, że może istnieć sztuka, która łamie wszelkie zasady perspektywy i lekceważy podstawowe kanony piękna. "Nigdy nie widziałem żadnego dzieła
Picassa" - przyznał na kilka tygodni przed otwarciem wystawy w galerii
"291"15.
Przez czterdzieści lat życia człowiek, który wkrótce miał zostać
największym na świecie kolekcjonerem paryskiej awangardy, wiedział
zadziwiająco mało o sztuce nowoczesnej. Nie tylko nigdy nie natknął się
na żadne płótno Picassa, ale w ogóle nie widział francuskich obrazów z ostatniego półwiecza. Artyści w stolicy Francji od kilku pokoleń
przewodzili jednemu z największych przewrotów w historii sztuki
zachodniej. Quinna jednak nie ciekawiła twórczość impresjonistów, ich
dziewiętnastowiecznych poprzedników. Podczas jedynej wizyty we Francji,
na trasie gorączkowej podróży do Londynu, do którego pospiesznie
zmierzał przez kanał La Manche, jedyne, co mu się udało zobaczyć, to
katedra w Chartres. Spędził w niej zaledwie godzinę i stwierdził, że
jest przytłaczająca. Paryż jakby dla niego nie istniał16.
Nie wynikało to z braku ciekawości czy ambicji. Przeciwnie. W czasie
wystawy w "291" sława Quinna jako entuzjasty sztuki i znawcy literatury
rozciągała się już po obu stronach Atlantyku. W Nowym Jorku podziwiano
jego prawniczy umysł, opanowanie i rozległe powiązania w świecie
finansów i polityki; tej samej wiosny Partia Demokratyczna przez chwilę
zastanawiała się, czyby go nie namówić do kandydowania do Senatu USA. W Londynie i Dublinie, gdzie, wydawało się, zna prawie wszystkich
najmłodszych pisarzy i poetów, uchodził za nieprawdopodobnie dobrze
poinformowanego jankesa, który ma nadnaturalną zdolność zwęszenia
geniuszu - i sprowadzenia go do Stanów Zjednoczonych.
To Quinn namówił irlandzkiego poetę W.B. Yeatsa do przeczytania
Nietzschego; to Quinn w roli nieoficjalnego łowcy talentów pomagał
młodemu nowojorskiemu wydawcy, Alfredowi Knopfowi, zapoznając go z napływającymi nieprzerwanym strumieniem książkami modernistycznych
pisarzy, w których gronie ostatecznie znaleźli się między innymi Conrad,
Eliot, Joyce i Pound. Do swojego kręgu towarzyskiego zaliczał prezydenta
Theodore'a Roosevelta i sędziego Learneda Handa, ale także malarza z Ashcan School, Johna Sloana, i brytyjską aktorkę Florence Farr Emery.
Jako bardzo młody człowiek stał na scenie za prezydentem Groverem
Clevelandem podczas jego inauguracji, a w Londynie poznał dobrze
zapowiadającego się polityka Winstona Churchilla.
I jeszcze ta jego niespożyta energia. Czternaście, piętnaście godzin
dziennie zwykle poświęcał swojej praktyce prawniczej. Przed pracą udawał
się wczesnym rankiem na przejażdżkę konną po Central Parku, a po pracy
kilka razy w tygodniu jadał kolację z krytykami, wydawcami, sędziami i pozostałymi przyjaciółmi. Wyrzekłszy się małżeństwa, uznając je za
staroświeckie i kłopotliwe, miał zawsze przy sobie jakąś towarzyszkę,
która uważała go w równym stopniu za nieodparcie atrakcyjnego i okropnie
niestałego ("Przywróciłeś mi życie, a potem...? Serce mi pęka" - napisała
do Quinna mniej więcej w czasie wystawy Picassa May Morris, czarująca
córka nieżyjącego wiktoriańskiego projektanta i artysty Williama
Morrisa)17. Jego duch wagabundy najmocniej przejawiał się w obszernej korespondencji, którą prowadził z transatlantyckim kręgiem
pisarzy, wydawców, sędziów, polityków i innych wybitnych i wpływowych
osób, między innymi z rodziną Yeatsów, powieściopisarzem Josephem
Conradem, irlandzką dramatopisarką (i byłą kochanką) panią A.I. Gregory,
krytykiem George'em Russellem i przyszłym prezydentem Irlandii Douglasem
Hyde'em. W niedzielne popołudnia, siedząc przy stole w jadalni, Quinn
wzywał aż trzy sekretarki, którym lubił dyktować jednocześnie listy
liczące piętnaście, dwadzieścia lub więcej stron. (Aby zwiększyć
efektywność, niektóre akapity - opisujące, powiedzmy, przeczytaną
książkę lub przemyślenia na temat konkretnego wydarzenia czy kryzysu
międzynarodowego - formułował tak, by móc umieścić je w listach do
różnych adresatów).
Jednak najbardziej uderzał jego niestrudzony, wręcz tytaniczny nawyk
czytania, któremu oddawał się późno w nocy lub podczas podróży pociągiem
z Nowego Jorku do Waszyngtonu. Heine, Carlyle, Santayana, Lafcadio
Hearn, francuskie powieści, niemiecka filozofia, irlandzkie dramaty,
poezja indyjska. "Times", "The Masses", "The Gaelic American", "The
English Review". W epoce mnożących się czasopism czytał je wszystkie i pochłaniał prawie tysiąc książek rocznie, z których mógł przytaczać
dokładne cytaty. W późniejszych latach, kiedy T.S. Eliot przesłał mu
szkic Ziemi jałowej, nauczył się go na pamięć podczas golenia,
poprosiwszy Jeanne Foster, by mu przeczytała go na głos. "To
niesamowite, jak rzadko mój umysł się męczy. Moje ciało czasami się
męczy"18 - powiedział Quinn jednemu ze znajomych na kilka miesięcy
przed obejrzeniem Picassa w "291".
Jednak w rozległych sferach Quinna nie było prawie niczego, co łączyłoby
go z epicentrum artystycznej rewolty w Europie. W Metropolitan Museum,
jedynej publicznej galerii sztuki w Nowym Jorku, trudno było znaleźć
choćby jeden znaczący francuski obraz powstały po XVIII wieku.
Upodobania bankierów i magnatów ubezpieczeniowych, dla których pracował
Quinn, kończyły się na epoce średniowiecza i renesansu. Wprawdzie
utrzymywał szerokie kontakty z pisarzami i intelektualistami w Wielkiej
Brytanii i Irlandii, ale oni wiedzieli równie mało o tym, co dzieje się
na Montmartrze, jak on sam.
To, że Quinn zawędrował aż na Wall Street, było niezwykłe pod wieloma
względami. Urodzony w 1870 roku, dorastał w rodzinie imigrantów w małym
miasteczku w Ohio. Oboje rodzice uciekli przed wielkim głodem w Irlandii; matka, sierota, przyjechała do Ameryki w wieku czternastu lat,
a kilka lat później poślubiła jego przyszłego ojca, który prowadził
piekarnię. Z ośmiorga rodzeństwa tylko John i dwie siostry dożyli wieku
dorosłego19.
Quinn różnił się od innych dzieci. W młodości miał obsesję na punkcie
Heleny trojańskiej, której boska uroda prowokowała mężczyzn do
wszczynania wojen, oraz Buffalo Billa, legendarnego zdobywcy Dzikiego
Zachodu. Pod wpływem ciekawej wszystkiego matki zaczął też wydawać
kieszonkowe na powieści Thomasa Hardy'ego i innych współczesnych pisarzy
europejskich, które pochłaniał na podłodze w jadalni - wyjątkowo
nietypowy zwyczaj, jak na syna piekarza z dziewiętnastowiecznej
amerykańskiej prowincji. W szkole średniej zgłosił się na ochotnika do
prowadzenia kampanii wyborczej do Kongresu polityka z Ohio. Postawił też
sporą sumę w zakładach podczas wyborów prezydenckich w 1888 roku, ale
przegrał. Już wtedy podsycał w sobie zainteresowania kulturą i polityką,
które wraz z tendencją do postrzegania świata jako ciągu bitew do
stoczenia i wygrania miały określić jego późniejsze zaangażowanie w to,
co nazwał "walką o sztukę nowoczesną".
Jednocześnie jego błyskotliwa inteligencja i niezwykła pewność siebie -
wspierane przez metr osiemdziesiąt wzrostu, szczupłą sylwetkę i jakby
rzeźbioną twarz - czyniły z niego kogoś, kto wie, czego chce. W ciągu
roku od rozpoczęcia studiów na Uniwersytecie Michigan został przyjęty w Waszyngtonie na stanowisko osobistego sekretarza Charlesa Fostera,
byłego gubernatora Ohio, który właśnie został mianowany przez prezydenta
Benjamina Harrisona na sekretarza skarbu USA. Zachwycony zdolnościami
Quinna Foster miał nadzieję, że jego protegowany wróci do kariery
politycznej w Ohio i poślubi jego córkę Annie. Był to pierwszy z serii
atrakcyjnych widoków na przyszłość, które Quinn odrzuci.
Pracując w Departamencie Skarbu, Quinn wieczorami kończył studia
prawnicze w Georgetown i czytał Rozmowy z Goethem Eckermanna.
Następnie przeniósł się do Harvard Law School i uzyskał dyplom,
znajdując po drodze czas na studiowanie filozofii u Williama Jamesa i estetyki u George'a Santayany. Już na początku jego kariery prawnika do
spraw finansowych w Nowym Jorku stało się jasne, że jego niespokojny
umysł nie zadowoli się wyłącznie tą sferą działalności.
Od samego początku ekscytowała go literatura i polityka i dusił się w konserwatywnej atmosferze Nowego Jorku. Nie wypierał się irlandzkich
korzeni, był więc zachwycony literackim przebudzeniem dokonującym się w Dublinie, gdzie grupa pisarzy i intelektualistów postanowiła na nowo
wymyślić naród irlandzki za pomocą prozy, dramatu, języka i idei.
Podróżując po Wielkiej Brytanii i Irlandii w 1902 roku, w szczycie
rozwoju tego ruchu, poznał W.B. Yeatsa i I.A. Gregory, których wspólnie
napisana nowoczesna sztuka teatralna Cathleen ni Houlihan mówiąca o irlandzkim buncie przeciwko rządom brytyjskim w 1798 roku wzbudzała
gorączkową reakcję publiczności. (Wiele lat później, kiedy Brytyjczycy
stracili irlandzkich przywódców powstania wielkanocnego w 1916 roku,
Yeats w swoim wierszu Człowiek i echo wciąż wspominał reakcję na
Cathleen: "Czy to moja sztuka wysłała /Tamtych mężczyzn pod kule
Anglików?"). Quinn szybko pojął, że literatura może zmienić sposób
myślenia ludzi. Była potęgą, którą chciał wykorzystać w Stanach
Zjednoczonych.
W następnym roku zaprosił Yeatsa do Nowego Jorku, zdecydowany wprowadzić
go na amerykańską scenę. W tamtym czasie Yeats był nieznanym
zagranicznym poetą, niewydawanym w Stanach Zjednoczonych, ale dzięki
niezwykłej kampanii reklamowej i wielomiesięcznemu tournée z wykładami
po całym kraju Quinn zdołał zmienić go w nieprawdopodobnego narodowego
celebrytę. (Jeden ze sposobów Quinna na osiągnięcie sukcesu polegał na
umieszczaniu tekstu o nim w lokalnej gazecie przed każdym wykładem, co
zapewniało pełną salę). Oprócz ponad sześćdziesięciu wykładów, które
Yeats poprowadził m.in. w Harvardzie, Yale i Carnegie Hall, Quinn
postarał się o zorganizowanie lunchu na jego cześć w Białym Domu, pod
koniec trasy więc o utwory poety walczyło już kilka wiodących wydawnictw
w kraju. Podobną strategię Quinn często wykorzystywał w następnym
dziesięcioleciu, by zaznajomić odbiorców w Stanach Zjednoczonych z wieloma pisarzami, dramaturgami i politykami z Dublina i Londynu.
Redaktor literacki "The Chicago Evening Post" Francis Hackett zdumiał
się podczas wizyty w Irlandii w 1907 roku, słysząc opowieści o nowojorskim prawniku i jego talentach marketingowych. "Wróżę, że
powstanie mit o Johnie Quinnie" - napisał20.
Gdy Quinn stanął oko w oko z rysunkami Picassa w galerii Stieglitza, już
od dawna stanowił jeden z głównych kanałów, którymi płynęły nowe idee z Anglii i Irlandii. Był również znany ze wspierania nowej sztuki w Nowym
Jorku, w tym twórczości Ósemki (The Eight), grupy artystów, którzy
starali się uwolnić amerykańskie malarstwo od zużytych wzorców
akademickich i uchwycić twarde realia współczesnego życia
wielkomiejskiego. A jednak, jeśli chodzi o Picassa i paryską awangardę,
nie miał większego przygotowania od innych.
Dziś trudno pojąć, jaką konsternację wywoływała u nowojorczyków sala
wypełniona kubistycznymi figurami Picassa. Uwarunkowani stuleciami
sztuki przedstawiającej, w jego drastycznie uproszczonych głowach
widzieli "alaskańskie totemy", a użycie stożków i sześcianów do
uchwycenia jednocześnie wielu punktów widzenia uznali za "emanację
obłąkanego umysłu"21. Quinna rysunki tak zdumiały, że opisując je
później przyjacielowi, nazwał je "studiami (?)", jakby nie mógł sobie
wyobrazić, że są skończonymi dziełami sztuki. A jednak nauka, którą
wyciągnął z tego doświadczenia, była niejednoznaczna: oto artysta, który
robił coś zupełnie nowego i z tego względu był gotów wręcz zabiegać o wzgardę. Zgadzając się z poglądami brytyjskiego przyjaciela, Quinn
napisał: "Nie sądzę, żeby Picasso choć przez chwilę oczekiwał aprobaty
publiczności"22. W tym, do czego zmierzał artysta, widział
radosną zuchwałość, mimo że same prace go odpychały.
Jako pierwsza okazja do przyjrzenia się nowym granicom sztuki
nowoczesnej wystawa Picassa w galerii "291" była posunięciem
mistrzowskim. Jeśli jednak miała na celu wzbudzenie zainteresowania
Ameryki kubizmem, okazała się straszliwą porażką. Z nadzieją, że
przyciągnie lubiących ryzyko kolekcjonerów, Stieglitz wycenił rysunki na
12 dolarów za sztukę23. Jednak nawet po przedłużeniu pokazu o kilka tygodni udało mu się sprzedać tylko jedną z osiemdziesięciu trzech
prac, najłagodniejszą w wyrazie. Pomimo niskiej ceny i wcześniej
zadeklarowanego zainteresowania Quinn odmówił nabycia choćby jednej.
Stieglitz, który został z tym ogromnym skarbem niesprzedanych rysunków,
wpadł w rozpacz. Poinformowawszy Picassa zaraz po wernisażu, że wystawa
jest "wielkim sukcesem", znalazł się w kłopotliwej sytuacji, ponieważ
musiał teraz odesłać prawie wszystkie prace do Paryża. W końcu
zdecydował się kupić dla siebie wspaniały Akt stojący, ów rysunek
"schodów przeciwpożarowych". Następnie zwrócił się do Metropolitan
Museum z odważną propozycją: czy muzeum nie chciałoby nabyć całego
zestawu reszty rysunków Picassa za dwa tysiące dolarów? Z perspektywy
czasu patrząc, była to niezwykła okazja. Oto w jednej grupie prac
mieściła się historia rozwoju kubizmu w latach 1906-1911, kiedy to
Picasso przyspieszył jedną z największych od pięciu stuleci przemian w sztuce. W tamtym czasie to duże muzeum było najbogatszą na świecie
instytucją zajmującą się sztuką, a cenę ledwie by zauważono. W tym samym
roku Henry Clay Frick zapłacił 475 tysięcy dolarów za Filipa IV
Velázqueza, a Peter Widener wydał pół miliona dolarów na Młyn
Rembrandta. Osiemdziesiąt jeden rysunków Picassa nie pokryłoby nawet
prowizji marszandów w tych transakcjach.
Nie było na to żadnych szans. Bryson Burroughs, kurator działu malarstwa
w Met, któremu Stieglitz złożył ofertę zakupu, z trudem krył
rozbawienie. "Takie szalone rysunki - powiedział - nigdy nie będą miały
znaczenia w Ameryce"24.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
"Urban realists" to amerykańscy twórcy, nie tylko malarze, ale też graficy i rysownicy należący m.in. do grupy pod nazwą Ashcan School. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy oznaczone gwiazdką pochodzą od tłumaczki). [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
List Quinna do Rochégo, 14 marca 1924. [wróć]
Joseph Brummer poznał Henriego Rousseau w Paryżu, a Celnik namalował jego portret krótko przed swoją śmiercią. [wróć]
List Quinna do Gwen John, 13 marca 1924. [wróć]
Uwagę Havemeyer przytoczył Walter Pach w liście do Quinna, 26 grudnia 1923, za: Reid, Man from New York, s. 608. [wróć]
Jeanne Robert Foster, rozmowa z Richardem Londraville'em, za: Londraville, Too Long a Sacrifice, s. 213. [wróć]
List Quinna do Gwen John, 13 marca 1924. [wróć]
List Quinna do Jamesa Hunekera, 30 maja 1911. [wróć]
Arthur Hoeber, Art and Artists, "Globe and Commercial Advertiser", April 21, 1911, za: Marilyn McCully (red.), A Picasso Anthology: Documents, Criticism, Reminiscences, Princeton University Press, Princeton 1997, s. 79-80. [wróć]
List Edwarda Steichena do Alfreda Stieglitza, b. d., 1911, za: Charles Brock, Pablo Picasso, 1911: An Intellectual Cocktail, w: Greenough, Modern Art in America, s. 118. [wróć]
List Quinna do Gwen John, 5 stycznia 1911. [wróć]
Bullen, Post-Impressionists in England, s. 100. [wróć]
List George'a Russella do Quinna, 7 grudnia 1910, za: Reid, Man from New York, s. 95. [wróć]
List Quinna do George'a Russella, 7 lutego 1911. [wróć]
List Quinna do Augustusa Johna, 3 lutego 1911. [wróć]
List Quinna do Augustusa Johna, 3 lutego 1911. [wróć]
Wiadomo tylko o kilku kontaktach Quinna z francuską sztuką nowoczesną przed 1911 r., m.in. w 1902 widział w Dublinie dwa obrazy Maneta. Reid, Man from New York, s. 29. Wiosną 1911 Quinn pisał także, że widział prace Cézanne'a i "jeden czy dwa" van Goghi. List Quinna do George'a Russella, 5 marca 1911. [wróć]
List May Morris do Quinna, 5 kwietnia 1911, za: Londraville, On Poetry, Painting, and Politics, s. 82. [wróć]
List Quinna do Townsenda Walsha, 9 grudnia 1910. [wróć]
Fakty z pierwszego okresu życia Quinna przytaczam za: Reid, Man from New York, s. 4-6. [wróć]
List Francisa Hacketta do Quinna, 16 sierpnia 1907, za: Reid, Man from New York, s. 49. [wróć]
Brock, Pablo Picasso, s. 121. [wróć]
List Quinna do Hunekera, 30 maja 1911. [wróć]
Lisa Mintz Messinger (red.), Stieglitz and His Artists: Matisse to O'Keeffe, Metropolitan Museum of Art, New York 2011, s. 50. [wróć]
List Alfreda Stieglitza do Edwarda Aldena Jewella, 19 grudnia 1939, za: Greenough, Modern Art in America, s. 499 (p. 50). [wróć]