Wojna o niepodległość Szkocji - Evan M. Barron

Kup ebooka

75.00 zł

-
Proszę czekać

WSTĘP

W niniejszej książce przedstawiłem pierwszą dokładną i zrozumiałą relację przebiegu wojny o niepodległość Szkocji. Żaden inny okres w dziejach tego państwa nie był dotychczas równie błędnie przedstawiany jak ten; żaden nie ucierpiał tak wiele wskutek niedbalstwa oraz stronniczości autorów prac historycznych; żaden również nie był traktowany w mniej bezstronnym i dociekliwym duchu, który z założenia ma przysługiwać historykowi. Liczne dowody na prawdziwość tych twierdzeń będzie można znaleźć na następnych stronicach.

Być może niemożliwością dla każdego autora - czy to szkockiego, czy angielskiego - jest przystępować do analizy wojny o niepodległość Szkocji, nie będąc przy tym świadomie bądź nieświadomie uprzedzonym i nie sprzyjając własnemu krajowi. Uczyniłem, co w mojej mocy, aby na dalszych stronach zachować obiektywizm, niemniej szczerze wyznaję, że piszę jako Szkot i człowiek z Górnej Szkocji - wobec czego moje sympatie leżą, co naturalne i słuszne, po stronie Szkocji i właśnie tego jej regionu. Te ostatnie słowa zostają użyte rozmyślnie, ponieważ Górna Szkocja od tak dawna jest traktowana z taką ignorancją, lekceważeniem i - przykro mi to mówić - pogardą przez szkockich historyków, iż uznałem za konieczne podkreślić, w sposób, który może urazić niektórych, rolę odegraną przez ten region oraz przez pozostałą część Szkocji celtyckiej w wojnie o niepodległość. Takich czytelników, którzy mogą czuć się urażeni, prosiłbym, aby pamiętali, że stoję w obliczu przyjętych od wieków teorii i przekonań, zaś prawdziwą winą za wszelki rzekomo przesadny nacisk na wszystko, co górnoszkockie i celtyckie, jaki pojawia się na tych stronicach, należy obciążyć dzisiejszych historyków, którzy wykorzystali swą reputację, żeby unieśmiertelnić wizję historii Szkocji, która jest całkowicie błędna i zwodnicza. Poprosiłbym również tych czytelników, żeby zdali sobie sprawę, iż dzieje Szkocji to nie dzieje południowych hrabstw - które królestwo Szkotów dodało do własnych ziem poprzez podbój i przyłączenie - ale historia całego kraju i całego narodu Szkocji.

Okoliczności naświetlone przeze mnie na następnych stronicach i wyciągnięte z nich wnioski całkowicie radykalnie odmieniają obraz dziejów wojny o niepodległość oraz - jeśli mogę tak rzec bez egotyzmu - rzucają nowe, jaskrawe światło na całą historię Szkocji. Po raz pierwszy opowieść o roli odegranej w tej wojnie przez Szkocję celtycką, a zwłaszcza przez północ - to jest, Szkocję na północ od linii wyznaczonej od punktu nieco na północ od Renfrew nad rzeką Clyde po Bo'ness nad rzeką Forth, praktycznie zaś linii Wału Antonina - przekazana zostaje w całości i umieszczona w rzeczywistej perspektywie. Ośmielam się rzec, że będzie to objawienie nawet dla osób, które mniemały, że są gruntownie zapoznane z tematem dziejów wojny o niepodległość. Krótko mówiąc, mogę stwierdzić, że dowiodłem ponad wszelką wątpliwość, iż wojna ta stanowiła dokonanie Szkocji celtyckiej, zaś szczególnie jej północnej części; zaś Szkocja teutońska, Lothian, "nie miała cząstki, ni udziału" w długiej walce Szkotów o wolność. Jeśli mam słuszność, wówczas historia 20 najbardziej decydujących lat w dziejach Szkocji została radykalnie odmieniona i napisana na nowo; ponieważ zaś wobec tego wysunięte przeze mnie twierdzenie jest bardzo poważne, ufam, że nikomu nie zabraknie zdolności osądu ani też zdolności badania historii na tyle, aby wydał w jego sprawie wyrok, nie rozważywszy najpierw starannie dowodów, które przytoczyłem na kolejnych stronach.

Należy zauważyć, że część tej książki jest poświęcona rozważaniu działań i motywów Bruce'ów w ciągu 20 lat, jakie poprzedziły zabójstwo Czerwonego Comyna w r. 1306. Ośmielam się twierdzić, że w owej części oczyściłem pamięć króla Roberta Bruce'a z większości zarzutów, jakie wytaczano przeciwko niemu, a także po raz pierwszy umieszczam jego czyny i motywy w prawdziwym świetle - takim, które w istocie bardzo korzystnie kontrastuje ze światłem, w jakim dotąd ten monarcha ukazywał się na stronicach historii Szkocji. Szczególnie stosowne jest to, że obrona charakteru szkockiego króla-patrioty ma się ukazać w tym samym roku, który będzie świadkiem 600-lecia jego szczytowego triumfu pod Bannockburn.

Być może powinienem dodać, że książka oparta jest prawie wyłącznie na ówczesnych czy też XIV-wiecznych źródłach: dokumentach, kronikach, przywilejach, listach, wiadomościach, i tak dalej, oraz że przy jej sporządzaniu miałem tę przewagę, że mogłem zasięgać opinii kilku spośród głównych celtyckich i szkockich uczonych tych czasów. Powinienem też wyjaśnić, że aby uniknąć umieszczenia na stronicach nadmiernej ilości odniesień, tylko w kilku przypadkach uznałem za konieczne podać tom i stronę danej kroniki czy dzieła historycznego wspomnianego w tekście. Należy ponadto zauważyć, że rzadko podaję numer tytułu lub stron albo numer referencyjny odnośnie Foedera Rymera. Powód jest taki, że istnieją trzy odrębne wydania tego dzieła, ponieważ zaś byłem zmuszony sięgać czasem do jednego, a czasem do kolejnego z nich, różniące się od siebie odniesienia wprowadzałyby chaos. Ponadto dzięki samemu pełnemu chronologicznemu Syllabus of Rymer's Foedera w Rolls Series podawanie wspomnianych wyżej numerów staje się zbędne. Czytelnik musi jedynie odnaleźć w Syllabus dokument oznaczony danym odnośnikiem, pod właściwą dla niego datą - a znajdzie jego streszczenie oraz odniesienie do dokładnego miejsca, w którym można wyszukać tekst w każdym z wydań.

Należy tu powiedzieć, że większa część zawartości następnych stronic pojawiała się co tydzień na łamach "Inverness Courier", w ciągu ostatnich 18 czy 20 miesięcy. Jednak materiał ten został przejrzany, poddany zmianom i ułożony na nowo na potrzeby tej książki oraz dodano znaczną ilość nowego. Powinienem również dodać, że cytaty ze Scalacronica oraz Chronicle of Lanercost pochodzą ze wspaniałego przekładu tych dwóch cennych kronik, dokonanego przez sir Herberta Maxwella, oraz że wydanie poematu Bruce Barboura, którego użyłem, jest tym samym, które tak doskonale zredagował i opublikował w r. 1909 p. W.M. Mackenzie. Jest to zdecydowanie najbardziej nacechowane erudycją z wydań The Bruce, jakie są obecnie dostępne w druku.

Pragnę również wyrazić wdzięczność wobec dzieła opublikowanego jeszcze w r. 1858 przez ś.p. dr. Jamesa Taylora (Elgin), to znaczy Edward I in the North of Scotland. Jest to fenomen erudycji, umiejętności i staranności, rzucający wiele światła na dzieje tego okresu.

Nie mogę zakończyć tego wstępu, nie wyraziwszy mojej dogłębnej wdzięczności wszystkim - a osób tych było wiele - którzy wspomogli mnie w sporządzaniu i wydawaniu niniejszej książki. Pragnę szczególnie oznajmić moją wdzięczność następującym ludziom: kustoszom Advocates' Library w Edynburgu, za oddanie zasobów biblioteki na moje usługi, oraz p. W.K. Dicksonowi, dr. nauk prawnych, Opiekunowi Biblioteki, oraz jego asystentom, p. George'owi Stronachowi i p. W. Maxwellowi Cooperowi, za niewyczerpaną uprzejmość i uwagę, jaką obejmowali moją osobę podczas tych wielu miesięcy spędzonych w bibliotece; p. P.J. Andersonowi, uczonemu i uprzejmemu bibliotekarzowi Uniwersytetu Aberdeen; prof. Hume'owi Brownowi za bardzo mile widziane rady i zachętę; p. Johnowi Buchanowi za uprzejmą pomoc, którą bardzo doceniam; mojemu dawnemu, darzonemu szacunkiem nauczycielowi p. Thomasowi Cockburnowi za przeczytanie mojego rękopisu i za to, że mogłem skorzystać z jego rady w pewnych kwestiach; mojemu przyjacielowi p. Williamowi Dunbarowi, adwokatowi; p. R.K. Hannay z Register House za pomoc w wyjaśnieniu pewnego zawikłanego problemu; mojemu przyjacielowi Cyrilowi Lely'emu za wiele nieocenionej pomocy w związku z drukowaniem i korektą niniejszej książki; p. W. Raeowi Macdonaldowi za informacje w kwestiach dotyczących pieczęci, herbów oraz za replikę pieczęci, która pojawia się na okładce; p. Williamowi Mackayowi, dr. nauk prawnych, za pomocną krytykę oraz użyczenie cennych książek; p. Johnowi Monto, Opiekunowi Signet Library; mojemu przyjacielowi p. W.B.G. Minto (Aberdeen); mojemu przyjacielowi p. Charlesowi L. Riachowi, adwokatowi; mojemu przyjacielowi i niegdyś nauczycielowi, p. W.J. Watsonowi, dr. nauk prawnych, za to, że często i szczodrze pozwalał mi korzystać ze swej niezrównanej znajomości języka gaelickiego, celtyckiej literatury i historii oraz wiedzy na temat Celtów, a także obejmował mnie w inny sposób pomocą, którą bardzo cenię. Pragnę również wyrazić wdzięczność za nieocenioną pomoc, której na tysiąc sposobów udzielili mi ojciec i brat, a ponadto zobowiązanie wobec p. Ritchie za to, iż sporządziła pełny i adekwatny indeks, stanowiący uzupełnienie tej książki.

26 maja 1914 r.

ROZDZIAŁ ISZKOCJA W MOMENCIE WYBUCHU WOJNY O NIEPODLEGŁOŚĆ

W początkach roku 1296 miał miejsce pierwszy jawny akt wojny, do jakiego doszło w trakcie długiej walki pomiędzy Szkocją a Anglią - walki, której wybuch spowodowała ambicja władająca Edwardem I, królem Anglii. W październiku 1295 r. Jan Balliol, król Szkocji, będący zarazem jego wasalem - w końcu sprowokowany do działania tym, że Edward I stale i w upokarzający sposób wtrącał się w sprawy jego kraju - wypowiedział wymuszoną na nim przysięgę wierności i zaczął szykować się do wojny, wiedząc, że obecnie jest nieunikniona. W marcu 1296 r. armia szkocka dokonała najazdu na Anglię, wkraczając na jej ziemie przez Marchię Zachodnią, i spustoszyła północno-zachodnie hrabstwa aż po Hexham. Tę inwazję bez wątpienia przyspieszyła wiadomość, że Edward I z potężną armią zbliża się do granicy Szkocji, maszerując wschodnim wybrzeżem; w istocie wkroczył na jej ziemie dwa dni po znalezieniu się przez Szkotów na terytorium Anglii. Anglicy natychmiast przystąpili do otoczenia Berwick, największego i najbogatszego miasta w Szkocji, zdobyli je szturmem po krótkim oblężeniu, a następnie przez trzy dni plądrowali i dokonywali rzezi - których okropności długo były pamiętane i pozostawiły na pamięci angielskiego monarchy plamę, jakiej nic już nie zmaże. Prosto po masakrze Berwick Edward pomaszerował pod Dunbar, gdzie 27 kwietnia zadał Szkotom wielką klęskę, rozpraszając ich armię i wycinając sporą liczbę ich ludzi, a także biorąc do niewoli ich wodzów i kwiat szlachty oraz rycerstwa. Stamtąd rozpoczął zwycięski pochód przez Szkocję, aż pod Elgin, posuwając się naprzód - jak ujmuje to kronika z Lanercost - z przystającą królowi odwagą na ziemie niestałego ludu z Moray, o wtargnięciu na które po czasach Artura daremnie szukałoby się wzmianki w starych kronikach. Po drodze do Elgin, 7 lipca 1296 r. pod Stracathro w Kincardine, przyjął kapitulację Jan Balliola i akt zrzeczenia się przez niego tronu.

Posuwając się przez Aberdeen, Fyvie, Turriff, Banff, Cullen i Enzie, Edward dotarł do Elgin 26 lipca1 i pozostał tam do 29 lipca, kiedy to - w przypadającą w tym dniu niedzielę - wyruszył w powrotną drogę, przez Rothes, Arndilly, zamek Gallvall2 - ostoję sir Andrew de Moraya, a dalej doliną rzeki Fiddich i przez Balvenie, Mortlach3 oraz Cabrach do zamku Kildrummy, siedziby hrabiego Mar4. Stamtąd pomaszerował dalej na południe przez Kincardine O'Neil, Kincardine w Mears, Brechin, Arbroath, Dundee i Carse o'Gowrie5 do Perth, stamtąd zaś przez Scone, Lindores, Dunfermline, Stirling, Linlithgow i Edynburg do Berwick, dokąd dotarł 22 sierpnia6. Podczas swojego zwycięskiego przemarszu Edward przyjął kapitulację oraz hołd lenny od 2000 głównych mieszkańców tej krainy - szlachty, rycerzy, duchowieństwa, właścicieli ziemskich i mieszczan; na posiedzeniu parlamentu w Berwick 28 sierpnia znowu złożyli przysięgę na wierność, wraz z całą społecznością Szkocji - cokolwiek może oznaczać ten termin7. Jest to owa słynna ugoda zarejestrowana w Ragman Rolls, powstałej w tamtym czasie kompilacji oryginalnych aktów hołdu, wraz z przymocowanymi do nich pieczęciami nadających lenno.

Cała Szkocja zdawała się wówczas leżeć powalona u stóp Edwarda. Jego zwycięstwo pod Dunbar pozbawiło kraj tych, którzy w naturalny sposób byli jego przywódcami; kapitulacja Johna Balliola i marsz Edwarda pod Elgin uwydatniły jeszcze poczucie bezradności, jakie zrodziła tamta klęska, i uświadomiły całej Szkocji rozmiar potęgi angielskiego monarchy; cała jej elita, prawie bez wyjątku, zaprzysięgła wierność zdobywcy; wreszcie zaś, jak królestwo długie i szerokie, wszystkie zamki zostały zajęte, by służyć Anglii, a ich garnizony obsadzone ludźmi Edwarda. Nawet w okręgach za Elgin, dokąd sam Edward się nie zapuścił, siła Anglii dała się odczuć, a zamki Inverness, Nairn, Forres, Urquhart, Dingwall i Cromarty - zewnętrzne i widome symbole władzy królestwa Szkocji na północy - znalazły się w angielskich rękach8. Edward miał dobry powód, by wierzyć, że jego sen wreszcie się ziścił, a Brytania należy do niego w całości, od morza do morza.

Jego satysfakcja miała jednak krótki żywot. Już samo to, że z taką łatwością i tak całkowicie zatriumfował w 1296 r., powinno było przestrzec go, że jest to triumf jedynie powierzchowny. Zaskoczył Szkocję, gdy była ogłuszona i oślepiona klęską pod Dunbar, a dzięki szybkości marszu przez tę krainę i pokazowi swojej mocy rzucił jej naród na kolana, zanim miał on czas otrząsnąć się z oszołomienia albo podjąć kroki dla zaradzenia katastrofom, które na niego spadły. Duch Szkotów nie został jednak złamany. Uległ jedynie tymczasowej demoralizacji i kiedy tylko zyskali chwilę wytchnienia, rozpoczęła się szybka i pewna rekonwalescencja. Szkoci u schyłku XIII w. stanowili bowiem - wbrew wyraźnemu brakowi wiary wielu współczesnych autorytetów naukowych - naród w każdym znaczeniu tego słowa. W Szkocji istniała świadomość narodowa i uczucie narodowe. Patriotyzm - choć być może występował nie w pełni we współczesnym znaczeniu tego słowa - nie był tak szczątkowy, jak chcieliby nas przekonać p. Andrew Lang i inni autorzy. Ani on, ani umiłowanie niepodległości, ani nienawiść do Anglii i angielskiej dominacji nie zrodziły się, w pełni rozwinięte, w wyniku wojny o niepodległość. Przeciwnie: to one leżały u podstaw wojny, jak musi jasno pokazać wszelka dokonana w inteligentny sposób interpretacja historii Szkocji sprzed 1300 roku. Wprawdzie nienawiść do Anglii nie była przed wojną o niepodległość tak głęboka ani tak osobista, jak później. Jednak z pewnością istniała - zrodzona po części z nieufności, podejrzliwości i niechęci. Na przestrzeni XIII w. uczucie to nie jest być może tak ewidentne jak we wcześniejszych stuleciach, niemniej jednak widoczne.

Ogromna większość narodu szkockiego - o czym nigdy nie wolno zapominać - w XIII w. była celtycka pod względem pochodzenia, języka i sentymentu. Nawet szlachta w żadnym razie nie była tak całkowicie zanglicyzowana czy znormanizowana, jak się ogólnie uważa - natomiast legenda, według której całe wschodnie wybrzeże od Berwick po Inverness było zamieszkane przez cudzoziemców mówiących w języku angielskim i angielskiego pochodzenia, to jedynie legenda i nic ponadto. Nawet tak zwane angielskie miasta królewskie (oryg. burghs - przyp. tłum.) są w dużej mierze wytworem nadmiernie żywej wyobraźni. Te z nich, które faktycznie istniały, były nieliczne i niewielkie, natomiast w tych położonych w Szkocji na północ od rzeki Forth populacja była - z bardzo rzadkimi wyjątkami - w o wiele większym zakresie celtycka niż teutońska. Co więcej, w rzeczywistości element teutoński w miastach królewskich w wyżej wspomnianym rejonie wcale nie był w pokaźnym stopniu angielski - lecz niemal całkowicie flamandzki, co stanowi wielką różnicę. Dokładnie zaś, przodkowie mieszkańców o cudzoziemskich nazwiskach z reguły nie przybyli ani z Anglii, ani też przez jej terytorium. Większość z nich przypłynęła na miejsce wprost z kontynentu. Nie mieli zatem żadnej wiedzy o Anglii, ani poczucia więzi wobec niej, a jako że większość z nich wzięła sobie za żony celtyckie kobiety, ich potomkowie byli z reguły równie celtyccy jak sami Celtowie, pomimo swoich cudzoziemskich nazwisk. Współczesną analogię można w dzisiejszych czasach dostrzec w przypadku obywatela brytyjskiego, który udaje się do Stanów Zjednoczonych. Żeni się on i wychowuje dzieci, które - będące rodowitymi Brytyjczykami, jak jedno albo ewentualnie oboje z ich rodziców - są równie amerykańskie pod względem więzi z państwem i światopoglądu, jak obywatel urodzony w rodzinie w pełni amerykańskiej. Wiedzę o tym ma każdy z czytelników tych stronic. Brytyjski imigrant pomimo więzi pochodzenia, pokrewieństwa i języka, nie wchłania tego, co amerykańskie; zamiast tego pierwiastek amerykański wchłania jego lub przynajmniej jego rodzinę.

W Szkocji we wczesnym średniowieczu reguła ta była prawdziwa w jeszcze większym stopniu. Flamandzki kupiec przybywał do krainy, z którą nie łączyły go żadne więzy rodzinne, uczuciowe czy językowe. Przybywał, żeby ją eksploatować, ale odkrywał, że to odpowiedni i przyjemny kraj, wobec czego tam pozostawał. Czy mamy wierzyć, że przez całe wieki wżeniał się wyłącznie w rodziny tego samego pochodzenia i pozostawał obcym wśród nieprzyjaznej mu społeczności? Ten pomysł jest groteskowy - a jednak to ta sama koncepcja, która leży u podstaw wielu pism dotyczących tak zwanego pierwiastka teutońskiego w Szkocji. W całej Szkocji celtyckiej, to jest wszędzie poza regionem Lothian9, znajduje się tylko jedno miasto, do którego XIII-wiecznej ludności można zastosować termin "cudzoziemski" i będzie w tym pewien stopień prawdy. Tym miastem jest Aberdeen, i interesujące jest, że przez całe następne wieki jego nieodrodny syn zachował pewne specyficzne dlań właściwości tak dalece, że nawet dzisiaj różni się od swoich szkockich rodaków z innych rejonów.

Istnieją ku temu znakomite przyczyny historyczne. Aberdeen to jedyne położone poza regionem Lothian miasto w Szkocji, które zostało założone, czy też przynajmniej wyrosło na znaczące, z powodu osiedlenia się w nim dużej liczby cudzoziemców. Byli oni Flamandczykami i przez całe średniowiecze populacja Aberdeen pozostawała w bardzo dużym procencie flamandzka bądź pochodzenia flamandzkiego. Działo się tak z dwóch głównych powodów. Flamandczycy przybyli do tego miasta w znacznie większej liczbie, niż gdziekolwiek indziej na północ od rzeki Forth, i pomiędzy nim a Niderlandami utrzymywano stałą komunikację. Aberdeen obsługiwało także rozległy okręg - okręg bogaty w produkty podstawowe w tamtym okresie. Rosło zatem gwałtownie wielkościowo i na znaczeniu, a ponieważ na wybrzeżu hrabstwa Aberdeen było usytuowane w miejscu nadzwyczaj sprzyjającym prowadzeniu handlu z kontynentem, zaś większość tej wymiany handlowej odbywała się z Niderlandami, jego populacja często powiększała się o następnych rodaków zza morza. W rezultacie mieszczanie z Aberdeen - i z powodu rozmiaru społeczności, i wymiany ludności pomiędzy ich miastem a Niderlandami - nie wżeniali się w celtyckie rodziny z sąsiednich okręgów w tak pokaźnym stopniu, jak Flamandczycy, którzy wyemigrowali do innych miejsc; poślubiali natomiast kobiety tego samego pochodzenia i wychowywali swoje dzieci wśród społeczności, która z pochodzenia była w przeważającym procencie flamandzka. Oto czemu przez przynajmniej 600 lat Aberdeen nie tylko było uważane przez sąsiednie okręgi za miasto o społeczności zawsze w pewnym stopniu obcej, ale do tego faktycznie odpowiadało takiej opinii pod bardzo wieloma względami. Jego społeczność nie była jednak angielska. Z Anglią nie łączyły go więzi uczuciowe. W istocie oprócz tego, że stanowiła integralną część królestwa Szkocji, była też niemal bardziej szkocka od samych Szkotów w swej antypatii do Anglików i nienawiści wobec angielskiej dominacji; jak zaś zobaczymy w toku naszej opowieści, jego mieszkańcy byli aktywnie zaangażowani po stronie szkockich patriotów podczas długiej walki z Anglią.

W istocie nadszedł najwyższy czas, żeby obalić mit o angielskim pierwiastku w historii Szkocji. Jedynymi ludźmi angielskiej krwi, których można tam znaleźć w jakiejkolwiek większej liczbie, są mieszkańcy Lothianu. Ci zaś - o czym nigdy nie wolno zapominać w studium dziejów (zwłaszcza wczesnych) Szkocji - znaleźli się w jego granicach w wyniku podboju10. Przekaz o tym podboju przetrwał wśród Celtów jeszcze do naszych czasów, a wobec tego możemy być nader pewni, że w XIII w., niecałe 300 lat po wydarzeniu, jego wspomnienie nadal było bardzo silne. Co więcej, wszystkie nowe badania dowodzą, że w XIII w. zdecydowana większość ludu Szkocji poza Lothianem posługiwała się językiem gaelickim. W okręgach tak na południe, jak na północ od Forth i Clyde, oprócz wspomnianego rejonu, był to powszechnie używany język.

Na następnych stronach zostanie jasno pokazane, że to właśnie hrabstwa posługujące się językiem angielskim - mianowicie te na obszarze Lothian - jako ostatnie zrzuciły angielskie jarzmo, a chociaż można to częściowo wytłumaczyć ich bliskim położeniem w stosunku do Anglii, nie jest to w żadnym wypadku wyjaśnienie pełne ani wystarczające. Z drugiej strony, Szkocja celtycka nie tylko wzięła na siebie lwią część ciężaru walki o niepodległość, ale też raz po razie podnosiła sztandar buntu, stając wielokrotnie po stronie rozmaitych straceńców - gdy hrabstwa anglojęzyczne zadowalały się bezczynnym patrzeniem z boku albo podporządkowaniem się po cichu najeźdźcy.

Oczywiście w Szkocji celtyckiej mieszkali ludzie władający językiem angielskim. Ostatecznie był on językiem handlu (do tego po podboju Lothianu oraz dzięki późniejszym staraniom angielskiej żony Malcolma Canmore'a i jego następców stał się również językiem dworu królewskiego) dopóki nie zastąpiono go anglonormańskim. Chociaż jednak rozpowszechnił się w Szkocji celtyckiej, następowało to powoli i jego użytkownicy nawet w XIII w. stanowili względnie niewielki odsetek populacji. Sporą przesadą jest pisać - do czego dochodzi o wiele za często - o swego rodzaju pokojowym podboju Szkocji celtyckiej przez Anglików w XI, XII i XIII w. Napływ uciekinierów z Anglii po inwazji Normanów absolutnie nie osiągnął takiej skali, jak sobie ludzie zbyt często wyobrażają, a oni sami nie osiedlili się w Szkocji celtyckiej w większej liczbie. Mieszkańcy tej krainy władający językiem angielskim byli głównie Celtami lub Flamandczykami, bądź ludźmi mieszanego pochodzenia, z rodziców pochodzących z obu tych grup - i albo sami nauczyli się tego języka z przyczyn handlowych lub politycznych, albo odziedziczyli jego znajomość po przodkach, którzy poznali go z podobnych przyczyn. Ważną rzeczą jest jednak uświadomić sobie i zapamiętać, że obecność języka angielskiego w Szkocji celtyckiej nie wynikała z tych samych powodów, co w Lothianie, i że praktycznie wszyscy jego XIII-wieczni użytkownicy na pierwszym z tych obszarów mówili także po gaelicku. Wobec tego pomiędzy regionem Lothian a pozostałą częścią Szkocji istniała bardzo istotna różnica. Ludzie ze Szkocji celtyckiej posługujący się angielskim nie byli - z nader nielicznymi wyjątkami - Anglikami pod względem pochodzenia czy więzi uczuciowej. Jeśli nie byli Celtami, przynależeli do starego celtyckiego królestwa w takim samym stopniu, co tamci, a kiedy rozpoczęła się walka z Anglią, byli równie chętni i pełni zapału do zrzucenia angielskiego jarzma, co najbardziej żarliwy z Celtów. Pod tym względem uderzająco kontrastowali z mówiącymi po angielsku mieszkańcami Lothianu.

Pisząc to ostatnie zdanie, nie chcę powiedzieć, że mieszkańcy hrabstw anglojęzycznych okazali się nielojalni wobec królestwa Szkocji. Przeciwnie, na początku wojny walczyli przeciwko Anglii równie desperacko, jak wszyscy inni szkoccy poddani - co pokazuje sprawa obrony Berwick. Jednak ich wrogość wobec Anglii nie była ani tak tradycyjna, ani tak głęboko zakorzeniona, jak u ludzi ze Szkocji celtyckiej - natomiast z sąsiadami z przeciwnej strony granicy łączyły ich liczne więzi języka i krwi, bez wątpienia scementowane przez długi okres pokoju pomiędzy dwoma krajami. W tych hrabstwach nie była zatem obecna owa wieczna nienawiść w stosunku do angielskiej dominacji, która istniała w innych rejonach Szkocji; toteż stwierdzamy, że w miarę przeciągania się wojny opór stopniowo malał, aż w końcu, w ciągu pierwszych siedmiu albo ośmiu lat panowania Bruce'a, praktycznie zanikł. Oczywiście fakt, że te hrabstwa leżały w bliskiej odległości od granicy angielskiej, wobec czego często to na nie spadała najpierw pięść Anglii, stanowił istotny czynnik decydujący o ich postawie - ale nie wolno pozwolić, aby przysłoniło nam to oczy na fakt, że wspólnota języka i rasy też odgrywała swoją rolę. Sąsiednie hrabstwa celtyckie na zachód i południe od Lothianu były równie łatwo dostępne z Anglii - jak często bowiem Anglicy dokonywali najazdu na Szkocję przez Marchię Zachodnią? - a jednak dopóki krwawy konflikt rodowy zrodzony wskutek śmierci Comyna nie sprawił, że część z nich opowiedziała się przeciw Bruce'owi, dźwigały na sobie sporą część ciężaru walki o niepodległość; natomiast nawet po 1306 r., i pomimo owej wendetty, zdobyły się na znacznie większe starania i poświęcenie na rzecz sprawy narodowej niż sąsiednie hrabstwa Lothianu.

Jeszcze w sierpniu 1313 r. wszystkie anglojęzyczne hrabstwa znajdowały się w rękach Anglii. Anglicy obsadzili garnizony w Berwick, Roxburgh, Edynburgu, Dunbar, Linlithgow, Yester, Dirleton, Luffenok, Jedburgh, Cavers, Livingston i być może w Selkirk; angielscy szeryfowie nadal sprawowali rządy w Berwick, Roxburgh, Edynburgu, Haddington i Linlithgow. W całej pozostałej Szkocji poza tymi ziemiami tylko odosobnione zamki Stirling i Bothwell zostały obsadzone tak, by służyć Anglii. Są to twarde fakty, których nie można zbyć11. Przedstawiając zwięźle całe moje twierdzenie w tej sprawie: hrabstwa anglojęzyczne były skore pozostać częścią Szkocji, ale nie kierowała nimi ta sama głęboko zakorzeniona antypatia wobec angielskiej dominacji, co w wypadku reszty Szkocji. Stawiały wobec tego mniej długotrwały opór.

Pogodziły się z angielskimi rządami, przyjmując je jako fakt dokonany - choć nieprzyjemny - i nie spieszyły się, by wziąć udział w rozpaczliwych staraniach Szkocji celtyckiej o ich zrzucenie. Wszystko to uwydatnia różnicę pochodzenia i uczucia, jaka oddzielała je od pozostałych części królestwa Szkocji - wskazując nieodparcie na wniosek, że gdyby te ostatnie były ożywione takim samym duchem, co hrabstwa anglojęzyczne, niepodległość tego kraju nigdy nie zostałaby osiągnięta.

Pozostaje jeszcze kwestia możnowładców królestwa, tych rycerzy i szlachty, których zwykle przedstawia się nam jako w przeważającej większości angielskich albo anglonormańskich pod względem pochodzenia, języka, tradycji i sentymentu. Na kolejnej stronie staram się pokazać, że jest to również koncepcja przesadzona. Na razie starczy powiedzieć, że dawna szlachta celtycka o rodowodzie celtyckim pod koniec XIII w. nie była w żadnym razie wymarła; że wielu rycerzy i szlachciców o celtyckim rodowodzie całkiem błędnie jest zaliczanych do tak zwanych Anglo-Normanów; wreszcie to, że w dawnym królestwie celtyckim po stronie sprawy ojczyzny walczyła znacznie większa liczba ludzi zaliczanych do rycerstwa, niż dotychczas przypuszczano. Ich nazwiska znajdą się w jednym z dalszych rozdziałów.

Problem organizacji normańskiej to całkiem inna sprawa. Chwilowo zajmujemy się kwestią narodowości, ale od razu można stwierdzić, że choć leżała ona u podstaw oporu wobec Anglii, to normańska zdolność organizacyjna sprawiła, że opór ten był skuteczny i ostatecznie odniósł zwycięstwo. Na razie moja teza brzmi, że całkowitym błędem jest uważać arystokrację feudalną Szkocji za anglonormańską pod względem rasy czy przywiązania narodowego. Część jej przedstawicieli oczywiście taką była; jednak większość u schyłku XIII w. zaliczała się do Anglo-Normanów tylko pod względem kultury. Pod każdym innym była natomiast bardziej celtycka niż angielska czy normańska, i w tym leży wyjaśnienie wielu tych elementów jej działań z okresu wojny o niepodległość, które wydają się zagadkowe.

Na koniec cytaty z dwóch angielskich kronikarzy - jednego z tamtego okresu, drugiego piszącego odrobinę później - wskażą morał całego mojego wywodu na temat narodowości i patriotyzmu. Kronikarz z Lanercost12, piszący o kampaniach Bruce'a aż do początków 1312 roku, stwierdza: We wszystkich tych kampaniach, o których wcześniej była mowa, Szkoci byli tak podzieleni między sobą, że nieraz ojciec był po stronie Szkocji, a syn Anglii, i na odwrót; również jeden z braci mógł walczyć wraz ze Szkotami, a inny wraz z Anglikami; tak, nawet ten sam człowiek mógł najpierw należeć do jednego stronnictwa, a potem do drugiego. Lecz wszyscy ci, którzy stali po stronie Anglików, udawali jedynie - bądź dlatego, że było to silniejsze stronnictwo, bądź aby ocalić swe ziemie, które posiadali w Anglii; sercem byli bowiem zawsze z własnym narodem, choć ich osoby mogły przy nim nie pozostać (fragment wyróżniony przez autora). Drugi cytat pochodzi z Knightona. Jak powiada on, należy nadmienić, że cała klientela szlachty związała się z Wallace'em; a chociaż osoby ich panów znajdowały się razem z królem w Anglii, ich serca pozostały przy Wallasie, którego armia została zasilona przez tak olbrzymi tłum Szkotów, że ludność tego kraju słuchała go jako swego przywódcy i księcia. Musi się przyznać, że obydwa z tych cytatów - szczególnie, gdy przypomnieć, że pochodzą od Anglików - trudno jest pogodzić z poglądem, że w Szkocji u schyłku XIII w. nie było ani jednorodności, ani patriotyzmu, ani poczucia narodowości.

Podsumowując, moje całe twierdzenie w tej kwestii brzmi, że Szkocja w chwili śmierci Aleksandra III była narodem w bardziej pełnym znaczeniu tego terminu, niż przyznaje to którykolwiek z naszych współczesnych historyków. Jej organizacja została ukształtowana w oparciu o wzór anglo-normański, i ten fakt - w połączeniu z niewłaściwą interpretacją źródeł oraz niezdolnością do wyzwolenia się spod wpływu pewnych autorów szkoły angielskiej - doprowadził większość historyków szkockich do przypuszczenia, że sam naród do końca XIII stulecia w dużej mierze uległ anglicyzacji czy normanizacji. Przy takim czasie, jaki mam do dyspozycji, niemożliwością jest wchodzić w to zagadnienie na dłużej; pokazałem jednak, że istnieje dobry powód, aby sądzić, że ogromna większość ludności Szkocji poza obrębem Lothianu była daleka od anglicyzacji w dowolnym znaczeniu tego słowa, natomiast celtycka pod względem pochodzenia, mowy i sentymentu. U podstaw owego sentymentu bez wątpienia leżał w dużej mierze celtycki rodowód - i właśnie to wyjaśnia ową inaczej niewytłumaczalną siłę oporu wobec Anglii w przypadku narodu, o którym zbyt długo sądzono, że nie posiadał ani świadomości, ani spójności narodowej, a był jakoby w dużym stopniu angielski w sferze pochodzenia, języka i sentymentu. Jest bowiem faktem nie podlegającym dyskusji, że przez cały wczesny okres dziejów kraju, który obecnie nazywany jest Szkocją, Celt nie miłował Saksona, i aż do śmierci Aleksandra III nie lubił go, nie ufał mu i gardził nim. Była to część dziedzictwa tego celtyckiego królestwa, które przez wieki znało Anglię jako swego najbardziej śmiertelnego wroga; które wydarło jej siłą oręża duży obszar; które zawsze musiało się mieć na baczności przed angielską agresją; które widziało, jak wpływy angielskie przekształcają na nowo jego instytucje w sposób, jaki mu się nie podobał, wskutek czego często wszczynało ono przeciw temu walkę; wreszcie, które - nawet we względnie spokojnych latach XIII stulecia - było świadkiem i odczuwało urazę na widok tego, jak Anglia stara się podstępem uzyskać upragniony głos w sprawach Szkocji, nie zdoławszy go zdobyć siłą. Poza Lothianem sentyment narodowy całej Szkocji był, jednym słowem, tradycyjnie i instynktownie antyangielski; natomiast ten jeden region na długo przed śmiercią Aleksandra III został tak gruntownie wchłonięty przez królestwo Szkocji, że jego ludność stanowiła integralną część narodu szkockiego i za taką się uważała - mimo iż nie kierowały nią ta sama nieodłączna nieufność i antypatia wobec Anglii, jakie były bodźcem do działania dla mieszkańców pozostałej części Szkocji. Zatem to narodowy sentyment królestwa Szkocji, sentyment głównie celtycki pod względem źródła i impulsu, leżał u podłoża oporu wobec Anglii; to on stanowił też inspirację do kolejnych powstań w obliczu pozornie beznadziejnych przeciwności losu; to on, pomimo miażdżącej porażki i okrutnych represji, powodował, że szeregi armii patriotów raz po raz zapełniały się na nowo; w końcu zaś, to on przeprowadził Szkocję bezpiecznie przez "ognisty piec" wojny o niepodległość13.

ROZDZIAŁ IITŁO HISTORYCZNE WOJNY O NIEPODLEGŁOŚĆ

Na samym początku naszego studium dziejów wojny o niepodległość konieczne jest (choć nie powinno) przypomnieć sobie, że stale musimy zważać na fakt, iż zajmujemy się okresem tak odległym i tak odmiennym od naszego, jak schyłkowe lata XIII i początkowe lata XIV w. To przypomnienie jest niezbędne, gdyż bywa, że częściej zapomina się, niż pamięta o fakcie tak zasadniczym dla prawdziwego naświetlenia i zrozumienia historii wojny o niepodległość - i dotyczy to ludzi, od których mamy prawo oczekiwać lepszego podejścia. Ten brak perspektywy - jeżeli mogę to tak nazwać - widoczny jest najczęściej w bardzo istotnej kwestii dat. Jest absolutną niemożliwością osiągnąć choćby w przybliżeniu zgodną z prawdą rekonstrukcję dziejów tej wojny, o ile nie ustalimy owych dat poprawnie; a jednak częstokroć wydarzenia zostają źle zrozumiane i wszelkiego rodzaju problemy historyczne powstają w wyniku błędów i zamętu co do dat. W wielu przypadkach do tych błędów w ogóle by nie doszło, a w konsekwencji unikniętoby wiele zamieszania, gdyby stale miano na uwadze fakt pierwszorzędnej wagi dla autora publikacji historycznych - mianowicie ten, że nie wolno nigdy tracić z oczu tła historycznego tego okresu. To rzecz niemal nie do uwierzenia, że jakikolwiek autor książek historycznych zaniedbałby kwestię w tak oczywisty sposób ważną - niemniej jednak jest godnym pożałowania faktem, że bardzo często się tego dopuszcza, a na następnych stronach zostanie zademonstrowane, że okres wojny o niepodległość dotąd szczególnie nie miał szczęścia pod tym względem.

Jakie jest zatem owo tło historyczne, które ma tak wielkie znaczenie dla dziejów wojny o niepodległość? Można to stwierdzić jednym zdaniem: jest to całokształt warunków panujących w tamtym kraju i tamtych czasach. Dobrze będzie jednak opisać je nieco bardziej szczegółowo. Historycy tego okresu stale zapominają, że Szkocja w XIV w. - przy czym przez Szkocję rozumiem samą krainę, nie naród - była bardzo dzika. Gęste i rozciągające się na dużym obszarze lasy były powszechne w większej części królestwa. Duża była ilość nieużytków - bagien, torfowisk, trzęsawisk, terenów zalanych wodą. Dróg we współczesnym pojęciu tego słowa nie było wcale, natomiast komunikację lądową zapewniały jedynie ogromnie nierówne ścieżki. Rzeki były szerokie, głębokie i o wartkim nurcie, możliwe do przekroczenia jedynie brodami albo promem, gdyż mosty budowano nadzwyczaj rzadko. Wreszcie zaś, klimat był znacznie zimniejszy, wilgotniejszy i ostrzejszy, niż XX-wieczny. Ponadto proces cywilizacji nie objął jeszcze sprawy, w jaki sposób pokonać te trudności naturalne. Podróże drogą lądową odbywano konno albo pieszo, a morzem - niewielkimi statkami, niedostatecznie wyposażonymi na wypadek różnorakich niebezpieczeństw, jakie stwarzali człowiek i pogoda. Poza tym wielkie lasy, ogromne nieużytki, wyboiste zbocza wzgórz oraz dzikie jary górskie ułatwiały rozbójnictwo i czyniły żywot banity pociągającym dla ludzi zdesperowanych. Komunikacja była więc zawsze powolna i żmudna, a droga podróżnego najeżona wieloma niebezpieczeństwami.

To właśnie kwestia komunikacji ma - dla konkretnego obranego przez nas celu - nadrzędne znaczenie. Jeśli nie będziemy jej mieć na uwadze, nigdy nie rozwiążemy wielu z zagadek wojny o niepodległość. W takim kraju, jak przez nas opisany, komunikacja musiała niechybnie - nawet w najbardziej korzystnych okolicznościach - przebiegać powoli. Podróżny także, dla własnego bezpieczeństwa, z pewnością jechał w towarzystwie albo w pełni uzbrojony. Tempo posuwania się naprzód grupy podróżnych w ówczesnych warunkach rzadko mogło przekroczyć ok. 20-30 km na dzień, a równie dobrze mogło wynosić znacznie mniej. W przypadku pojedynczego podróżnego albo rycerza z konną eskortą nie mogło być dużo większe, gdyż należy pamiętać, że konie bojowe tamtego okresu nie były wdzięcznymi rumakami arabskimi, lekkiej budowy i szybkonogimi, ale zwierzętami mocnej budowy, zdolnymi dźwigać ciężar człowieka w pełnej zbroi i znieść trudności średniowiecznej wojny. W toku naszej opowieści natrafimy na wiele ówczesnych przypadków, kiedy to grupy ludzi, różnej wielkości, pokonywały rozmaite odległości - ale na razie wystarczy jeden przykład, wzięty z czasów panowania monarchy, które nastąpiło po omawianym przez nas okresie.

W 1336 r. Edward III wyruszył do Blair Atholl na swoją słynną wyprawę na odsiecz hrabinie Athol, obleganej w zamku Lochindorb przez Andrew de Moraya III. Jego cała armia jechała konno, podróżowano w miesiącu czerwcu, kiedy pogoda prawdopodobnie była sprzyjająca, a dni przynajmniej były długie i noce krótkie; Edward posuwał się zaś naprzód w takim pośpiechu i z takim wigorem, że zanim dotarł do celu, jego konie silnie ucierpiały - wiele z nich zdechło, a te, które przeżyły, były bardzo wynędzniałe z głodu. Mimo to pokonanie 100 do 115 km, dzielących Blair Atholl od Lochindorb, zabrało mu cztery dni14.

Pogoda i pora roku odgrywały oczywiście nadzwyczaj ważną rolę w tym, z jaką prędkością człowiek mógł podróżować w XIV w., i tę kwestię również należy mieć na uwadze. Możemy tu ustanowić ogólną zasadę, że rycerz, jadący konno i w pośpiechu, mógł w pełni lata przebyć drogę z Inverness do Berwick w ciągu 10-14 dni, a z Berwick do Londynu mniej więcej w tym samym czasie. Posłańcowi podróż z Perth do Londynu zabrałaby prawie 3 tygodnie, a z Inverness do Londynu niemal miesiąc. Tak było jednak jedynie w miesiącach letnich, a zimą i jesienią sprawa była nader odmienna. Wtedy nie tylko dni były krótkie i noce długie, pogoda zła, drogi w gorszym stanie, a rzeki często nie do przekroczenia, ale też pasza dla koni była bardzo trudna do dostania, a często faktycznie zupełnie nie do zdobycia. Można zatem powiedzieć, że z reguły przez pełne 6 miesięcy w roku podróż z Inverness do Londynu zabierała co najmniej 2 miesiące, a często o wiele dłużej, zaś z Berwick do Londynu nie mniej niż 3 czy 4 tygodnie. Barbour, opisując podróż Bruce'a z Londynu do Lochmaben, która jakoby miała miejsce w styczniu 1306 r., stwierdza, że ukończył ją w ciągu 15 dni, jadąc dzień i noc, co wyraźnie uważa za niezwykły wyczyn. Możemy też odnotować, że rzadko korzystano z morza w celach komunikacyjnych. Prawie każdy rycerz i posłaniec - bez względu na status - o którego sposobach podróżowania zachował się zapis, podróż ze Szkocji do Anglii i w drugą stronę odbywał w całości drogą lądową.

Porównanie z dużo późniejszym okresem jeszcze wyraźniej podkreśla trudny charakter komunikacji. P. Grey Graham w swojej Social Life in Scotland in the Eighteenth Century powiada: Drogi główne przy deszczowej pogodzie były ścieżkami błota, a w zimie bagniskami, póki mróz nie zmienił ich w tafle lodu pokryte usypanym w zaspy śniegiem. Kiedy spadł deszcz, płaski teren zmieniał się w jeziora, z których sterczały kamienne wyspy, i owe pochyłości przekształcały się w wodospady. Nawet między miastami połączenie dawały tylko ścieżki dla jucznych zwierząt, po których konie niebezpiecznie się potykały, [...] biegnące po otwartym terenie i wrzosowisku, gdzie po deszczu trudno było odszukać jakąkolwiek ubitą ścieżkę.

Dalej zaś znowu: Co do podróżowania na dużą odległość od Londynu, przeszkody były zbyt wielkie dla osób ubogich, zbyt niebezpieczne dla osób nerwowych, aby podejmować się wyprawy. Było ono drogie, było żmudne, było ryzykowne. [...] W istocie podróżowanie tą drogą, to jest, z Londynu do Edynburga, spędzenie 14 dni w drodze, w zamkniętym powozie zaprzężonym w szóstkę koni, kosztowało dwóch dżentelmenów w 1725 sumę 30 funtów szterlingów. Można dodać, że te 14 dni było ostatnimi 14 dniami miesiąca maja. Jeśli takie warunki panowały jeszcze w XVIII w., łatwo możemy sobie wyobrazić, jak musiały wyglądać w XIII i XIV w.

Jeżeli mieć na uwadze te fakty przy studiowaniu dziejów wojny o niepodległość, uniknie się wielu pułapek i usunie się wiele poważnych błędnych poglądów na temat charakteru oraz rozwoju tej wojny. W szczególności dostrzeże się, że jest nie tylko błędem, ale i głupotą przypisać zdarzeniu mającemu miejsce w Szkocji datę z dokumentu angielskiego, który o nim wspomina. Jednak często się tak postępuje - a wynik często jest skrajnie groteskowy. Na przykład, jak najczęściej zdarza się autorowi twierdzić, że taki a taki zamek na północ od rzeki Forth znajdował się w rękach Anglików - powiedzmy, 15 grudnia pewnego roku, ponieważ w Londynie tego dnia wydano rozkazy w jego sprawie. Przypuszczalnie konstabl zamku tego samego dnia porozumiał się z Londynem za pośrednictwem jakiegoś średniowiecznego telegrafu, o którym nic nie wiemy! Jedyny inteligentny sposób potraktowania takiego zapisu to, rzecz jasna, uznać go po prostu za wskazówkę, że w dniu, kiedy ostatni raz wysłano wieści o zamku, nadal był on w angielskich rękach - a starając się dojść, jaka była data tej wiadomości, musi się mieć na uwadze wszystkie warunki panujące w tym kraju i w tym czasie. Tak jest z większością angielskich dokumentów, na których opiera się nasza wiedza o wydarzeniach w Szkocji. Każdy z nich musi się odczytywać w świetle wszelkich ówczesnych warunków i okoliczności. Podkreślenie tego faktu jest niezbędne, zarówno dlatego, że lekceważenie go w przeszłości prowadziło do wszelkiego rodzaju zamieszania, oraz z tej przyczyny, że na kolejnych stronicach będzie się na niego wielokrotnie zwracać uwagę.

ROZDZIAŁ IIIPOCZĄTKI ZMAGAŃ

Zazwyczaj w pracach o historii Szkocji zakłada się i często stwierdza, że powstanie Szkotów, datowane na maj 1297 r. wybuchło w wyniku ucisku ze strony urzędników, których Edward wyznaczył do rządów nad tym krajem. Ten pogląd jest całkowicie błędny. Akty ucisku - których angielscy urzędnicy byli niewątpliwie winni - w pewnych przypadkach mogły przyłożyć się do wybuchu buntu, ale z pewnością nie stanowiły jego przyczyny. Jak widzieliśmy w pierwszym rozdziale, ta leżała znacznie głębiej - i istotnie jest poniekąd niezwykłe, aby jakikolwiek szkocki historyk uznawał za konieczne przypisywać narodziny powstania 1297 roku powodowi tak powierzchownemu jak zachowanie urzędników Edwarda. Cała historia Szkocji przed wspomnianym rokiem pokazuje, że Szkoci byli wojowniczym i niezależnym ludem, gotowym zawsze uciec się do walki w obronie tego, co uważali za swą wolność lub za swe prawa. W 1296 r. tymczasowo zostali złamani wskutek całkowitej katastrofy, do jakiej doszło pod Dunbar, i następującego po niej marszu Edwarda przez ich królestwo, ale potrzeba jedynie zaznajomić się pobieżnie z ich wcześniejszymi dziejami, żeby wiedzieć, że ten rzekomy triumf mógł mieć wyłącznie zupełnie przejściowy charakter i że przy pierwszej okazji cały kraj stanie pod bronią. Historia Szkocji przed rokiem 1297 była pisana na próżno, skoro utrzymuje się na poważnie, że gdyby nie uboczne przyczyny, takie jak ucisk ze strony angielskich urzędników, nie byłoby powstania przeciwko dominacji Anglii w r. 1297 i następnych latach.

Zachowane materiały, w oparciu o które można odtwarzać dzieje miesięcy pomiędzy powrotem Edwarda do Anglii we wrześniu 1296 r. a pierwszą wzmianką o buncie w Szkocji na wielką skalę, są na nieszczęście bardzo skąpe - w istocie tak bardzo, że większość autorów zadowoliła się rozpoczynaniem opowieści o wznowieniu wojny o niepodległość od ataku Douglasa i Wallace'a na angielskiego justycjariusza pod Scone w maju 1297 r. Prawda wygląda jednak tak, że wojnę podjęto na nowo prawie zaraz po znalezieniu się Edwarda poza szkocką granicą - mimo iż w tym czasie być może nie przybrała ona wystarczająco dużych rozmiarów, aby zaniepokoić króla. Na początku w sposób naturalny przyjęła formę wybuchających w dużej odległości od siebie lokalnych powstań oraz mniej czy bardziej poważnego stanu zamętu w okręgach obsadzonych licznymi angielskimi garnizonami. Te wrzenia nie od razu jednak przybrały niebezpieczne rozmiary - z prostych przyczyn: przez parę miesięcy nie były ze sobą powiązane i nie zostały właściwie zorganizowane, gdyż nadejście zimy w sposób naturalny utrudniło komunikację pomiędzy różnymi częściami kraju, natomiast z racji faktu, że naturalni przywódcy narodu przebywali jako jeńcy w Anglii, z początku prawie niemożliwe było powstanie zorganizowane czy też mające wielką skalę.

Jednakże pomimo tych niedogodności przez całą zimę 1296-1297 r. powstania wybuchały. Chociaż brak historycznego potwierdzenia opowieści o czynach Wallace'a z tego okresu, nie można żywić wielkich wątpliwości, że mają one pewną realną podstawę - ponieważ po prostu odzwierciedlają sytuację na większości ziem Szkocji w ciągu tych miesięcy. Pierwszy świadczący o tym dowód znaleźć można w rozkazie wydanym przez króla angielskiego 9 kwietnia 1297 r. 15 do swoich wiernych wasali z Argyll i Ross, każąc im naradzić się i dopomóc jego wybranemu i wiernemu Alexandrowi z Wysp16 w położeniu kresu niepokojom w tych częściach Szkocji. Pewnych złoczyńców i ludzi zakłócających nasz pokój, brzmi rozkaz, którzy włóczą się po różnych miejscach w tych rejonach i dopuszczają się morderstw, podpaleń i innych naruszeń naszego pokoju, szukajcie co dnia i nie spocznijcie, póki nie będą oni aresztowani i umieszczeni pod silną strażą. Rozkaz, jak wspomniano, datowany jest na 9 kwietnia, co oczywiście oznacza, że wiadomości o powszechnych zamieszkach w Argyll i Ross zostały wysłane do Edwarda nie później niż pod koniec lutego. Z innego dokumentu17 wiemy, że jedną z osób zaangażowanych w te zamieszki był Aleksander z Argyll, a zacytowany przez nas dokument pokazuje, że nie ograniczały się one do jednego okręgu i miały całkiem sporą skalę. Jeśli jednak te w Argyll i Ross były wystarczająco poważne w lutym, aby uzasadniać wysłanie raportu w ich sprawie do Edwarda, jest jasne, że nie wyrosły na znaczące w jeden dzień. W istocie musiały trwać przez spory okres czasu i w końcu osiągnąć punkt, w którym urzędnicy Edwarda przebywający na miejscu poczuli, że nie są zdolni się z nimi uporać. Mówiąc innymi słowy, oznacza to, że przez całą zimę 1296-1297 w Argyll i Ross spokój był - co najmniej - nadzwyczaj zaburzony, a może nawet były one ogarnięte faktycznym buntem. Hrabstwa te zaś obejmowały w tym czasie całą zachodnią część Szkocji od zatoki Firth of Clyde po Loch Broom.

To, co jest prawdą w odniesieniu do Argyll i Ross, dotyczy także większej części Szkocji poza obszarem Lothianu. Fakt, że nie istnieją żadne zapisy o charakterze podobnym do tych odnoszących się do Argyll i Ross, nie dowodzi niczego przeciwnego, ponieważ szybkie spojrzenie na rozmaite Calendars of Documents z tego okresu pokazuje, iż przetrwało nadzwyczaj niewiele dokumentów dotyczących spraw Szkocji z okresu pomiędzy wrześniem 1296 a lipcem 1297 r. Jednak to, że - jak wkrótce zobaczymy - w całej Szkocji poza Lothianem w maju 1297 r. panowała już jawna rebelia, stanowi wystarczający dowód na jej stan w poprzednich miesiącach.

Dowody, że w tymże miesiącu bunt był szeroko rozpowszechniony, są oczywiste i nie budzą wątpliwości. 4 czerwca18 Edward - znajdujący się daleko, w Canterbury - wydał szereg rozkazów w sprawie stłumienia powstania w Szkocji. Jako iż jest wiele osób, brzmi początek pisma, które zakłócają pokój i spokój naszego królestwa i odbywają rozmaite spotkania oraz zgromadzenia, a także spiskują w wielu częściach (in pluribus locis) Szkocji, tak w granicach jurydyk, jak poza nimi, oraz dopuszczają się łupiestw, zabójstw, podpaleń, rabunków, grabieży i innych różnego rodzaju złych uczynków, wobec tego wydane zostają niniejsze rozkazy. Zatem jest oczywiste, że wszystkie te zjawiska miały miejsce na długo przed początkiem maja, gdyż inaczej urzędnicy Edwarda nie byliby w stanie przesłać mu przed upływem połowy tego miesiąca listów zawierających doniesienia o powstaniach w okręgach położonych daleko od siebie.

Dodajmy, że zachowała się dokładna treść wyroku wydanego 8 lat później na Williama Wallace'a, a pierwsza część brzmi następująco19: William Wallace, Szkot i człowiek wywodzący się ze szkockiego rodu, uwięziony za bunt, zabójstwa, łupiestwa, wywołane pożary i popełnione zbrodnie, który po tym, jak nasz pan król podbił Szkocję, skonfiskował majątek Balliola i podporządkował sobie wszystkich Szkotów jako ich monarcha oraz odebrał hołd i przysięgę wierności od prałatów, książąt, baronów i innych, a także ogłosił swój pokój i mianował swoich urzędników, by utrzymywali ów pokój w całej Szkocji; ty, rzeczony Williamie Wallace, niepomny swej przysięgi na wierność i złożonego hołdu, (1) wraz z ogromną liczbą złoczyńców powstałeś zbrojnie i zaatakowałeś królewskich urzędników oraz zabiłeś sir Williama Hezelriga, szeryfa Lanark (fragment wyróżniony przez autora - przyp. tłum.), gdy sprawował sąd w sprawach wniesionych przed króla; (2) ze swymi uzbrojonymi poplecznikami atakowałeś wioski, miasta i zamki, i wydawałeś nakazy, jak gdybyś był najwyższym władcą w całej Szkocji, i urządzałeś rady i zgromadzenia, a nie zadowoliwszy się popełnieniem tak wielkich niegodziwości i łupiestw, doradzałeś wszystkim prałatom, książętom i baronom z twego stronnictwa, by podporządkowali się władzy króla Francji i pomogli w zniszczeniu królestwa Anglii.

W dokumencie nie podaje się, kiedy rozpoczęło się popełnianie tych czynów, ani kiedy zdarzył się atak na Hezelriga, ale ówczesne źródła angielskie datują to ostatnie wydarzenie na maj 1297 r.20, wspominając również o ataku na Ormsby'ego, angielskiego justycjariusza, jako mającym miejsce w Scone w tym samym miesiącu, oraz o tym, że przy tej drugiej okazji przywódcami byli Wallace i sir William Douglas21. Heminburgh relacjonuje również, że Ormsby, ostrzeżony zawczasu, z trudnością uciekł, pozostawiając nieprzyjacielowi wielkie łupy, które ten zebrał, po czym posuwał się dalej, już nie potajemnie, jak przedtem, lecz jawnie, zabijając wszystkich Anglików, których mógł znaleźć poza Morzem Szkockim22, a później przystępując z kolei do oblegania zamków. Zatem zarówno wyrok na Wallace'a, jak opowieść Heminburgha dowodzą, że w maju 1297 r. cała środkowa część Szkocji na północ od rzeki Forth była ogarnięta jawnym i odnoszącym sukcesy powstaniem przeciw Anglii.

Jednocześnie powstanie na wielką skalę trwało w krainie Moray23, w której skład wchodziły - z grubsza rzecz biorąc - środkowa i wschodnia część współczesnego hrabstwa Inverness oraz wszystkie dzisiejsze hrabstwa leżące w obrębie Elgin i Nairn. Na czele powstania stał Andrew Moray24, a przyłączyli się do niego - jak wiemy z raportu angielskiego strażnika Moray - mieszczanie z Inverness oraz wielu ludzi Morayów25. Za chwilę obszerniej opowiemy o historii tego mało znanego powstania, ale na razie dość powiedzieć, że daty wspomniane w raporcie strażnika Moray w zdecydowany sposób świadczą, iż zaczęło się ono najpóźniej przed połową maja. Mniej więcej w tym samym czasie miały miejsce zamieszki w okręgu, którego ośrodek stanowiło Aberdeen26, ponieważ 11 czerwca Edward, przebywający wtedy w Ospringe w Kent, skierował do szeryfa Aberdeen królewski nakaz, zalecając mu surowo, aby użył wszystkich środków, jakie ma w swojej mocy, dla aresztowania i przywiedzenia pod sąd zbrojnych band złoczyńców i ludzi zakłócających pokój, które - jak król słyszał - działały czynnie w tych rejonach Szkocji.

Dalej na południe Macduff z Fife razem z dwoma synami wyruszyli na czele ludzi z tego hrabstwa27 - z jakim wynikiem, zobaczymy wkrótce. Tyle zatem, jeśli chodzi o Szkocję na północ od rzek Forth i Clyde. Najpóźniej do połowy maja prawie cały ten ogromny i niespokojny okręg podniósł już jawny bunt, a spora jego część już od kilku miesięcy była w takim samym stanie.

Co do obszarów na południe od Forth i Clyde, zdawało się, że spokój nie został zakłócony jedynie w Lothianie. Na zachodzie biskup Glasgow i Steward28 Szkocji przed końcem maja ruszyli w pole29, a wkrótce dołączył do nich młody hrabia Carrick30 i przyszły król, Robert Bruce - podczas gdy, jak widzieliśmy, Wallace znienacka pojawił się w Lanark i zabił Hezelriga, szeryfa Edwarda.

Daleko na południowym zachodzie podniesiono bunt już w kwietniu, skoro 13 czerwca Edward, wtedy znajdujący się w Kent, wysłał list z podziękowaniami pewnym wodzom z regionu Galloway, którzy dochowali mu wierności31. Jako że król dziękuje im za odparcie pewnych złoczyńców i naruszycieli pokoju oraz za odbicie zamków zajętych przez rzeczonych złoczyńców w waszych rejonach, powstanie w oczywisty sposób nie mogło rozpocząć się później niż w kwietniu i prawdopodobnie było w pełnym toku na długo przed datą napisania listu.

Jest zatem jasne, że do maja 1297 r. praktycznie cała Szkocja poza Lothianem była ogarnięta powstaniem, a jeśli polegać na tym fakcie, na wiedzy o ówczesnych warunkach - trudnościach komunikacyjnych i tym podobnych - oraz na tym, że powstania miały miejsce w okręgach oddzielonych od siebie dużymi odległościami, staje się oczywiste, że na długo przed majem w wielu różnych częściach królestwa dochodziło do licznych czynnych przejawów wrogości wobec Anglii. Wojnę o niepodległość zaczęto zatem podejmować na nowo w ciągu tych miesięcy, a nie w maju 1297 r., jak do tej pory sądzono. Dokładnie zaś - ledwo Edward znalazł się poza granicą, a już dały się słyszeć pierwsze buntownicze szemrania. Jego kampania 1296 roku zaowocowała zatem porażką Szkocji, ale nie jej podbojem; jest też znaczące, że po raz pierwszy szemrania zyskały złowróżbny wydźwięk w celtyckich rejonach królestwa i że tam doszło do powstań, które towarzyszyły wiośnie i wczesnemu latu 1297 r.

Dwaj angielscy kronikarze tego okresu przedstawiają jako przywódców szkockiej armii z lata 1297 r.: biskupa Glasgow, Andrew de Moraya, Stewarda Szkocji i Williama Wallace'a32. Heminburgh oświadcza, że biskup i Steward byli twórcami tego zła, podczas gdy kronikarz z Lanercost wypowiada się jeszcze jaśniej, jako winnego wszystkich wydarzeń z maja i czerwca 1297 r. wskazując palcem pierwszego z nich, który, zawsze pierwszy do zdrady, spiskował ze Stewardem królestwa, imieniem James, dopuszczając się nowego zuchwalstwa - zaprawdę, nowego aktu zniszczenia. Nie odważając się otwarcie złamać przysięgi wobec króla, skłonili oni pewnego żądnego krwi człowieka, Williama Wallace'a, który uprzednio był wodzem rozbójników w Szkocji, by zbuntował się przeciwko królowi, i zebrali ludzi, aby go wsparli. Porównajmy to z relacją Hemingburgha. W miesiącu maju tego samego roku, pisze on, wiarołomne plemię Szkotów zaczęło się buntować. [...] William de Ormsby, królewski justycjariusz, niezmiennie postępując zgodnie z królewskim rozkazem, wyjmował spod prawa - nie patrząc na osobę - wszystkich, którzy byli niechętni złożeniu przysięgi na wierność królowi Anglii. Był jednak pewien ogólnie znany rozbójnik, imieniem William Wallace, przedtem wyjmowany spod prawa wiele razy. To on, kiedy błąkał się po kraju jako zbieg, zwołał do siebie wszystkich wyjętych spod prawa i działał tak, jakby był ich wodzem, a ich liczba wzrosła ogromnie. Przyłączył się też do nich rzeczony sir William Douglas, który przy kapitulacji zamku Berwick razem ze swymi ludźmi poddał się naszemu królowi, mając - jak uprzednio powiedziano - gwarancję, że zachowa życie i nie zazna uszczerbku na ciele; i któremu król od tamtej pory przywrócił wszystko, lecz on, nie pamiętając o tych dobrodziejstwach, stał się rozbójnikiem sprzymierzonym z innym rozbójnikiem.

Oczywiście niemożliwe jest formułowanie dogmatów na podstawie podobnych ustępów - zwłaszcza że choć pisane przez ludzi współczesnych tamtym osobom i wydarzeniom, zostały przelane na papier dopiero kilka lat później. Z drugiej strony, to, że zapisano je dopiero wtedy, oznacza, iż odzwierciedlały ustaloną wizję panującą w Anglii co do przyczyn i przebiegu tych zdarzeń oraz co do ról różnych uczestników. Wobec tego chociaż nie możemy formułować dogmatów na podstawie zacytowanych ustępów, możemy wyciągać pewne ogólne wnioski, o których można powiedzieć, że są w miarę możliwości jak najbliższe prawdy o wydarzeniach poprzedzających pojawienie się kilku szkockich armii na polu walki w maju 1297 r.

Wszyscy angielscy kronikarze przypisują wywołanie zamętu biskupowi Glasgow, ale należy jasno pojąć, że mają oni na uwadze nie szereg zamieszek i lokalnych powstań, które miały miejsce zimą 1296-1297, lecz ogólne powstanie, które stało się groźne w maju 1297 r. Biskup z pewnością nie był prowokatorem wszystkich wybuchów, do których doszło w ciągu zimowych miesięcy (a prawdopodobnie nawet żadnego z nich), ale wszystkie dowody pokazują, że zarówno sprowokował, jak i organizował ogólną rebelię, która osiągnęła apogeum parę miesięcy potem. Mimo iż bunty z okresu zimy i wczesnej wiosny wynikały z tych samych ogólnych przyczyn, brakowało między nimi bezpośredniego powiązania i z tej przyczyny nie stały się dostatecznie poważne, aby przyciągnąć uwagę angielskich kronikarzy. Jednak biskup Glasgow postrzegał je inaczej. Irytował się na wtrącanie się Kościoła angielskiego w sprawy Kościoła Szkocji i czekał jedynie na sprzyjającą okazję do podjęcia próby zrzucenia jarzma, które przygniatało jednocześnie Kościół i królestwo Szkocji, uciskając je. Powstania i zamieszki w ciągu zimy 1296-1297 w pewnym ograniczonym zakresie dostarczyły mu takiej sposobności. Ujawniły istnienie sytuacji sprzyjającej jego planom, a biskup natychmiast zabrał się do pracy, by wykorzystać je i zorganizować bunt na wielką skalę.

Uwaga zapisana przez kronikarza z Lanercost prawdopodobnie wskazuje, w jaki sposób przystąpił do działania. Wallace, już wyjęty spod prawa, zaczął przyciągać - bez wątpienia dzięki niektórym z owych wyczynów, których relacjonowaniem delektuje się Ślepy Harry i których część (co najmniej) musi mieć w sobie ziarno prawdy - wielką grupę ludzi niezadowolonych oraz banitów w Środkowej Szkocji33 (oryg. Scottish Midlands - przyp. tłum.), i razem z nimi dokonywał rozmaitych wyczynów, walcząc przeciwko znienawidzonym Anglikom. Biskup, dobrze poinformowany o wszystkim, co się dzieje, oraz z zapałem spiskujący i planujący obalenie angielskiej dominacji, rychło wykorzystał działania Wallace'a, aby pchnąć naprzód własne plany. Nie odważając się jednak złamać swej przysięgi wierności wobec króla, jak chce kronikarz z Lanercost - chociaż bardziej zgodne z prawdą jest, że nie będąc jeszcze w stanie zrzucić maski - biskup i jego sojusznicy zachęcili Wallace'a i poparli go jak najsilniej byli w stanie; oto prawdziwy sens twierdzenia tego kronikarza, że doprowadzili oni Wallace'a do buntu i zebrania ludzi przeciwko królowi angielskiemu.

Z wszelkim prawdopodobieństwem można stwierdzić, że związek sir Williama Douglasa z Wallace'em na tym etapie zawdzięczano biskupowi. Kościół rzymskokatolicki w Szkocji z zasady nieugięcie sprzeciwiał się dominacji Anglii. W ciągu tych miesięcy, jakie upłynęły od marszu Edwarda przez Szkocję w lecie i jesienią 1296 r. sprzeciw został rozdmuchany w gwałtowny płomień oburzenia przez kolejne akty nadania przez Edwarda beneficjów w Szkocji angielskim księżom - czyli przez świadomą politykę, która za swój cel miała anglicyzację Kościoła szkockiego, a w efekcie ewentualne pogodzenie Szkotów z angielskimi rządami przez użycie tego wielkiego wpływu, jaki owa instytucja wywierała w tamtej epoce34. W związku z tym można tu zauważyć, że angielscy kronikarze odnotowują, iż kampania Wallace'a w maju i czerwcu 1297 r. naznaczona była zajadłą wrogością wobec angielskich księży i mniszek, z których wiele jakoby zabito, a wiele innych wydalono z kraju w jak najbardziej hańbiący sposób35. Bez względu jednak na fakty, nie ulegało wątpliwości, że to Kościół Szkocji - bardziej niż jakakolwiek warstwa czy społeczność w królestwie - pobudzał i podtrzymywał ducha oporu wobec Anglii przez długie i ciężkie lata wojny o niepodległość, i że to on, "w każdy czas, dogodny czy niedogodny", głosił święty obowiązek prowadzenia wojny przeciwko jarzmu angielskiej władzy, a także, w osobach swoich biskupów i księży, często był pierwszy na polu walki czy w bitwie. Chociaż bowiem naród szkocki jako całość zawzięcie sprzeciwiał się temu jarzmu i był chętny do jego zrzucenia, to właśnie Kościół Szkocji posiadał środki i zdolność wyrażenia owego ducha w skuteczny sposób - nawet włącznie z objęciem przewodnictwa w organizowaniu i wspieraniu zbrojnej rebelii. Spośród wszystkich jego przywódców w okresie wojny o niepodległość biskup Glasgow najbardziej się do tego nadawał, ponieważ cechowały go największe żarliwość i oddanie sprawie wolności Szkocji.

Wobec tego jasne są następujące fakty. (1) Kościół Szkocji, z biskupem Glasgow jako swym walczącym przywódcą, został sprowokowany do zaciekłej i nieprzejednanej wrogości wobec Anglii - takiej, którą można było zaspokoić jedynie przez całkowite obalenie angielskiego panowania w Szkocji. (2) Przez zimę i wiosnę 1296-1297 to ostatnie państwo było pogrążone w coraz większym niepokoju i dochodziło do lokalnych powstań przeciwko Anglikom w oddalonych od siebie na dużą odległość okręgach. (3) Biskup Glasgow dostrzegł w tym wyczekiwaną okazję i użył wielkiej władzy Kościoła, żeby pielęgnować uczucie wrogości wobec Anglii, wzniecić rebelię oraz ogólnie utorować drogę powstaniu na wielką i zorganizowaną skalę. (4) Wallace, urósłszy w sławę jako przywódca wielkiej grupy banitów i malkontentów, dostarczył biskupowi wspaniałego narzędzia do pchnięcia naprzód jego planów. (5) Douglas, prawdopodobnie za poduszczeniem biskupa, dołączył do Wallace'a i tym samym nadał jego sztandarowi zarazem mocy, jak świetności - a to drugie w ówczesnej epoce było sprawą wielkiej wagi. (6) W maju Wallace zaatakował Lanark i zabił Hezelriga, najechał Scone z Douglasem, a następnie, również z nim, jak burza przejechał przez okręg bezpośrednio na północ od rzeki Forth, zabijając Anglików i oblegając zamki. (7) W tym samym miesiącu biskup i Steward Szkocji rozpoczęli działania na zachodzie, a młody hrabia Carrick Robert Bruce pospieszył przyłączyć się do nich, w nadziei, że zdobędzie dla swojej rodziny koronę Szkocji - do której, jak wierzył, miała ona absolutne prawo i której Edward niesłusznie jej pozbawił swoim nadaniem cztery i pół roku wcześniej. (8) Także w tym miesiącu Andrew de Moray wzniecił ogromne i udane powstanie w Moray. (9) W tym samym miesiącu doszło też do pewnego rodzaju zamieszek w bardziej oddalonych od centrum częściach okręgu szeryfa (oryg. sheriffdom - przyp. tłum.) Aberdeen. (10). Również w maju albo odrobinę później Fife powstało, pod przywództwem Macduffa z Fife i jego dwóch synów, a (11) Galloway było ogarnięte ferworem powstania, które prawdopodobnie przebiegało już od pewnego czasu.

Tak przedstawiają się fakty. Z nich można zasadnie wyciągnąć następujące wnioski. Nagły wybuch buntu na wielką i groźną skalę w maju 1297 r. - co najwyraźniej zaskoczyło angielskich urzędników - był bezpośrednim rezultatem powszechnego zamętu, jaki panował w zimowych miesiącach. Zamęt ten zawdzięczał przekształcenie się w zorganizowaną i niebezpieczną rebelię biegłości i zdolności biskupa Glasgow oraz udanym działaniom Wallace'a. Obydwaj do pewnego stopnia uzupełniali się nawzajem i chociaż być może poszłoby się za daleko mówiąc, że jeden nie miałby wielkiej szansy na powodzenie bez drugiego, jest przynajmniej prawdopodobne, że gdyby nie wyczyny Wallace'a z wiosny 1297 r. ogólne powstanie zaplanowane przez biskupa mogłoby nie nastąpić tak szybko - co mogło być, bądź nie, z korzyścią dla Szkocji. Z drugiej strony, nie można żywić wątpliwości, że to ogólne powstanie zaplanowane przez biskupa stanowiło początkową przyczynę sukcesu, który towarzyszył szkockiemu orężowi w 1297 r. - jak zostanie wyjaśnione w następnych dwóch rozdziałach.

Ponadto wybuch powstania w Moray, Fife, na zachodzie Szkocji i w Aberdeenshire niemal równoczesny z atakiem Wallace'a i Douglasa na Scone musiał być rezultatem wspólnego planu - ponieważ ich prawie dokładna zbieżność w czasie nie mogła być przypadkowa, zwłaszcza z tej przyczyny, iż biskup - poprzez równie nieprzyjaznych Anglii prałatów i księży w Kościele, a także między innymi poprzez pewnych rycerzy - posiadał środki do sprokurowania swoich planów i przygotowania powstania tak, by wybuchło jednocześnie na całym terenie kraju. Przy faktycznie mającym miejsce biegu wydarzeń powstanie w Moray - jak wkrótce zobaczymy - okazało się mieć ogromne znaczenie, zaś ten fakt prowadzi nas do ostatniej z naszych obecnych konkluzji.

Zwięźle mówiąc, brzmi ona następująco: widzieliśmy, że dwaj ówcześni angielscy kronikarze podają jako przywódców powstania biskupa Glasgow, Andrew de Moraya, Stewarda Szkocji i Williama Wallace'a. Biskup, jak zauważyliśmy, był rzeczywistym inspiratorem i organizatorem powstania, Steward jego pomocnikiem, a William Wallace - znalezionym i użytym przez niego narzędziem. Czemu zatem kronikarze angielscy umieszczają tu Andrew de Moraya obok biskupa? Postępują tak, ponieważ - a przekonamy się o tym w kolejnych rozdziałach - jest to odpowiednie i właściwe dla niego miejsce. Kampania, którą stoczył latem 1297 r. w Moray, dotąd była albo całkowicie zaniedbywana na stronicach książek historyków szkockich, albo też odnoszono się do niej jedynie z zaintrygowaniem, wskutek czego otaczała ją jeszcze gęstsza mgła tajemnicy. Kampania ta miała jednak nadzwyczajne znaczenie zarówno pod względem wpływu na bitwę pod Stirling, jak na całą późniejszą historię wojny o niepodległość - wobec czego rozważymy ją obszerniej w późniejszych rozdziałach. Na razie jednak stwierdzenie, że przypisanie przez angielskich kronikarzy Andrew de Morayowi wspomnianego miejsca znajduje oparcie w fakcie, iż był on przywódcą udanego i nadzwyczaj istotnego powstania w Moray, wystarczy dla poparcia naszego wniosku, że słowa tych kronikarzy są trafne.

Zanim jednak zaczniemy rozważania nad kampanią w Moray, dobrze będzie zyskać pewne pojęcie o biegu wydarzeń na ziemiach położonych dalej na południe. Na tym etapie nie będziemy jednak badać ich szczegółowo, ponieważ ich omówienie stanie się niezbędne, kiedy dojdziemy do rozważania zagadnień związanych z działaniami Roberta Bruce'a, przyszłego króla, we wczesnych latach wojny o niepodległość. Tymczasem wystarczy stwierdzenie, że pomiędzy przywódcami kampanii na zachodzie doszło do ostrych tarć36, że Wallace, o ile faktycznie połączył swe siły z biskupem, Stewardem i ich zwolennikami, jak z pewnością uczynił jego towarzysz Douglas37, pozostawił ich przed końcem pierwszego tygodnia lipca i wycofał się wraz z dużą liczbą prostego ludu ze swej armii do bezpiecznej ostoi w lesie Selkirk38; wreszcie, że pozostali przywódcy kampanii na zachodzie skapitulowali przed przewagą sił angielskich pod Irvine 7 lipca39, ponieważ ze względu na różnice zdań między nimi opór na nic się nie zdawał. Zachowały się nazwiska głównych osób, które kapitulowały w ten sposób. Byli to: biskup Glasgow, Steward, Robert Bruce hr. Carrick, brat Stewarda John, sir Alexander Lindsay i sir William Douglas40. Z angielskich urzędowych dokumentów wynika jasno, że ten ostatni zgodził się na kapitulację z wielką niechęcią41 i około 3 tygodnie później został wtrącony do więzienia w Berwick za to, że nie zdołał dostarczyć zakładników na wymianę za siebie. Tam pozostał, bardzo barbarzyński i używający bardzo obelżywego języka, dopóki po porażce Anglików pod Stirling nie przeniesiono go do Tower, gdzie zmarł 2 lata później, nie zawarłszy pokoju z Anglią. Edward pozbawił go wszystkich ziem i majątku, ale Douglas zostawił po sobie młodziutkiego syna, który miał przeżyć i wywrzeć na Anglii wielką pomstę za krzywdy doznane przez jego samego, jego ojca i kraj, a także zdobyć sobie nieśmiertelną sławę w dziejach Szkocji oraz darzone czcią imię dobrego sir Jamesa.

ADNOTACJA

Wśród szkockich historyków powszechny jest pogląd, że list wydany przez Edwarda 31 stycznia 1297 r. odnosi się do stanu wzburzenia panującego w Szkocji. Jak ujmuje to profesor Rait: W styczniu 1297 r. zarządca (oryg. governor - przyp. tłum.) angielski Warrenne otrzymuje rozkaz, by uniemożliwić jakiekolwiek porozumiewanie się pomiędzy Szkocją a kontynentem; ani człowiek duchowny, ani świecki nie miał opuszczać królestwa bez specjalnego zezwolenia, a listy znalezione przy każdej osobie miały być konfiskowane. List nieco podobnej treści wyszedł też 1 marca i wymieniono w nim Kirkcudbright. Jednak żaden z tych dwóch dokumentów nie miał choćby najbardziej odległego związku z sytuacją w Szkocji! List z 31 stycznia należy do grupy ni mniej, ni więcej, jak 99 listów sformułowanych w dokładnie takich samych słowach (fragment wyróżniony przez autora - przyp. tłum.) i adresowanych do burmistrzów oraz bajlifów wszystkich głównych miast Anglii, do Sądu w Chester, Sądu Walii Północnej, Strażnika Pięciu Portów42 oraz Strażnika Królestwa i Ziem Szkocji (oryg. Keeper of the realm and land of Scotland - przyp. tłum.). Wydano je w związku ze wznowieniem wojny z Francją - i nie z żadnej innej przyczyny. Szkocki list z 1 marca dotyczy dokładnie podobnego przypadku. Był on jednym z kilku adresowanych do wszystkich głównych portów w obu królestwach, z których planowano odbyć podróż do Francji. Patrz: Close Rolls, Edward I, 1296-1302, s. 81-83, odn. listów z 31 stycznia, i s. 87, odn. listów z 1 marca.

1 An Itinerariry of Edward I in Scotland in 1296.

2 Inna nazwa to Gauldwell (przyp. tłum.).

3 Obecnie Dufftown (przyp. tłum.).

4 Itinerary.

5 Obecnie Carse of Gowrie (przyp. tłum.).

6 Itinerary.

7 Bain, t. II, s. 193 i następne.

8 Patrz: rozmaite pozycje w: Bain, t. II, i Stevenson, t. II.

9 Edynburg oraz okolice (przyp. tłum.).

10 Patrz: Robertson, Scotland under her Early Kings; Hume Browne, History of Scotland itd.

11 Patrz: rozmaite pozycje w: Bain, Calendar, Rotuli Scotiae itd. Patrz również: rozdział XXXVII.

12 Lanercost Chronicle obejmuje okres od 1201 do 1346 r. i pisana była przez dwóch kolejnych autorów. W tej książce wykorzystane zostały cytaty jedynie z zapisów drugiego z nich (przyp. tłum.).

13 Spośród różnych źródeł, na których oparte są stwierdzenia co do Celtów i występowania języka gaelickiego, można wspomnieć o: Transactions of Gaelic Society of Inverness, Records of Inverness, t. I (New Spalding Club), Old Statistical Account, Robertson, Scotland under her Early Kings, Skene, Celtic Scotland, Book of Buchan, Bain, Calendar, Stevenson, Documents, a także o rozmaitych pozycjach poświęconych nazwom geograficznym, itd.

14 Bain, The Edwards in Scotland, s. 89.

15 Rotuli Scotiae, t. I, s. 40, oraz adnotacja na końcu rozdziału.

16 Chodzi o Alexandra Islay, noszącego tytuł Lord of the Isles. W dalszej części tekstu we wszystkich przypadkach, kiedy wspomniani są członkowie tej rodziny, również stosowana jest wersja polska z Wysp zamiast ang. of the Isles (przyp. tłum.).

17 Stevenson, t. II, s. 187 i inne.

18 Ibid., s. 170.

19 Chronicles, t. I, s. 139-142.

20 Hemingburgh, Trivet, itd.

21 Bain, t. II, s. 922.

22 W tym czasie nazwa Morze Szkockie obowiązywała w odniesieniu do cieśniny The Minch, pomiędzy Hebrydami Zewnętrznymi a Wewnętrznymi oraz wybrzeżem Szkocji (przyp. tłum.).

23 Rotuli Scotiae, t. I, s. 42.

24 Ibid.

25 Ibid.

26 Ibid.

27 Stevenson, t. II, s. 217.

28 Steward to tytuł stolnika, jednak w jego przypadku wyjątkowo zachowujemy nazwę w całym tekście w oryginalnym brzmieniu z uwagi na to, że przekształcił się on potem w nazwisko Stewart (R.M.).

29 Stevenson, t. II, s. 192; Hemingburgh, itd.

30 Ibid.

31 Stevenson, t. II, s. 177.

32 Trivet, Rishanger.

33 Obecnie ten region oficjalnie określa się nazwą Central Belt (przyp. tłum.).

34 Patrz: wszelkie miarodajne prace o historii Kościoła rzymskokatolickiego w Szkocji. History of the Church in Scotland t. I, profesora MacEwena jest najnowszą i najbardziej godną zaufania dla tego okresu.

35 Hemingburgh.

36 Ibid.

37 Ibid., s. 202.

38 Ibid., s. 192; Bain, t. II, s. 907, 908, 909.

39 Stevenson, t. II, s. 192.

40 Ibid., s. 192.

41 Ibid., t. II, s. 205.

42 Cinque Ports - mowa o portach w Kent i Sussex, tj. Hastings, New Romney, Hythe, Dover i Sandwich (przyp. tłum.).