Wojna lekarzy Hitlera - Bartosz T. Wieliński

Reflow text when sidebars are open.
Dla Taty
Pociąg z Linzu zatrzymuje się na maleńkiej stacyjce w Alkoven. Budynek jest wypieszczony, jak to w Górnej Austrii. Na ścianach świeża farba, czyściutka dachówka, z koszy zwisają kwitnące pelargonie. Trzeba przejść przez tory, a potem iść kilometr drogą wśród pól kukurydzy. Barokową wieżę zamku w Hartheimie widać z daleka. Jeszcze dalej, na horyzoncie, majaczą Alpy. Zwrot "dotrzeć na koniec świata" nabiera w tym miejscu konkretnego znaczenia.
80 lat temu tą samą drogą w kierunku zamku pędziły szare autobusy z zamalowanymi na biało szybami, bez żadnych oznaczeń. Wkrótce po ich przyjeździe okolicę zasnuwał gęsty czarny dym i smród palonego mięsa. Jego źródłem był komin na dachu zamku. Tę zależność mieszkańcy okolicy znali doskonale. Ktoś nawet odważył się sfotografować słup dymu. Pod koniec 1940 roku wszyscy już wiedzieli, że na zamku w Hartheimie mordowano ludzi, a potem ich ciała palono w krematorium. Kilku mieszkańców Alkoven nie wytrzymało, od 1943 roku na murach miejscowości pojawiały się antyhitlerowskie napisy, rozrzucano ulotki. Gestapo szybko znalazło winnych, po pokazowym procesie w Wiedniu trafili pod ostrze gilotyny. Reszta okolicy milczała.
Po wojnie na zamku założono szkołę. Uczniom nikt nie wytłumaczył, dlaczego jedna z sal lekcyjnych w piwnicy jest wyłożona płytkami. Nie mieli pojęcia, że to dawna komora gazowa, że w pomieszczeniu obok stały butle z tlenkiem węgla, a gdy za ludźmi przywiezionymi szarymi autobusami zamykały się uszczelnione drzwi, sympatycznie wyglądający lekarz delikatnie odkręcał zawory... Przypuszczam, że gdyby ktoś powiedział uczniom, że ludzi mordował lekarz, nie uwierzyliby. Lekarz przecież ratuje życie, nie zabija.
Zresztą gdy na zamku w Hartheimie działała już szkoła, lekarze, którzy podczas wojny - tam i w innych tego typu miejscach - mordowali ludzi, zwykle nadal pracowali w zawodzie. Wielu wspinało się na kolejne szczeble kariery, zyskując powszechne uznanie i szacunek. Minęły dziesięciolecia, zanim Niemcy i Austria na poważnie zaczęły rozliczać zbrodnie. W wielu przypadkach sprawiedliwość przyszła za późno.
Aby z kolei dotrzeć do dawnej komory gazowej w Natzweiler w Alzacji, trzeba przez kilkadziesiąt minut wspinać się pod górę. Niemcy zbudowali ją w budynku kantyny przedwojennego ośrodka narciarskiego. Jeden z lekarzy pracujących w pobliskim obozie koncentracyjnym używał jej, by testować na ludziach działanie gazów bojowych, drugi mordował w niej więźniów, by wypreparować z ich ciał szkielety.
U progu komory gazowej w Hadamarze w Hesji jedna z pielęgniarek, klnąc, zdzierała z przybyłych ubrania i wpychała ich do wnętrza. W Pirnie w Saksonii palono tyle ciał, że pracujący w krematorium esesmani nie nadążali z napełnianiem urn. Prochy wysypywano więc do rzeki.
W stojącym na terenie KL Ravensbrück baraku zaadaptowanym na lazaret chirurdzy noszący mundury generałów SS spierali się o to, w jaki sposób kaleczyć polskim więźniarkom nogi, by odtworzyć obrażenia, jakie na froncie powodują szrapnele. W lazarecie w KL Dachau lekarze wywoływali u więźniów sepsę i sprawdzali, czy da się ją wyleczyć ziołami.
W tym samym czasie w ministerialnych gabinetach i salach bankietowych w Berlinie czy Monachium, a także w spartańsko urządzonych pomieszczeniach kwatery głównej Führera w Wilczym Szańcu lekarze walczyli o władzę i wpływy.
Zbierałem te makabryczne historie podczas podróży po miejscach kaźni: od KL Auschwitz-Birkenau i szpitala psychiatrycznego w Lublińcu po KL Natzweiler-Struthof pod Strasburgiem. Od KL Ravensbrück po zamek w Hartheimie pod Linzem i pobliski KL Mauthausen-Gusen. Przekopałem archiwa i literaturę naukową. Na podstawie zgromadzonych materiałów ułożyłem reporterską opowieść o zbrodniach popełnionych przez ludzi noszących w pracy białe kitle i stetoskopy, doskonale wykształconych, a w niektórych przypadkach nawet zasłużonych dla nauki. Opisałem lekarzy, którzy by zagłuszyć sumienie, nazywali zabijanie "uśmierzaniem", a swoje ofiary określali mianem "ludzkich skorup", "zwierząt w ludzkiej skórze". To właśnie pełen eufemizmów język dokumentów z epoki uderzył mnie najmocniej. Dlatego zbrodnie niemieckich lekarzy postanowiłem opisać w szczegółach.
To zarazem opowieść o ludzkiej słabości i tragicznych konsekwencjach zwykłych wydawałoby się, życiowych wyborów. Zaczyna się w latach 30. XX wieku w Berghofie, alpejskiej rezydencji Adolfa Hitlera, gdzie na tarasie i w idyllicznym ogrodzie Eva Braun filmuje gości swojego przyszłego męża. Na kadrach pojawia się przystojny i elegancki trzydziestolatek, który bryluje w towarzystwie, oraz speszony otyły mężczyzna przecierający spocone czoło. Kończy się kilkanaście lat później na szafocie ustawionym na dziedzińcu więzienia w Landsbergu, gdzie amerykański żandarm raz za razem otwiera zapadnię szubienicy.
Doktorzy Karl Brandt i Theo Morell poszli na służbę do Hitlera, szukając zawodowego spełnienia, prestiżu i pieniędzy. Ogarnięci żądzą władzy stali się ważnymi trybami w ludobójczej machinie. Za swoje ambicje zapłacili życiem.
Co z jego narządami płciowymi? Badał je pan? - pytanie zadane przez parę ciekawskich psychologów zaskoczyło doktora Eduarda Blocha. Rozmawiali już drugi raz w mieszkaniu przy Creston Avenue na nowojorskim Bronxie. Do czteropiętrowej kamienicy z ceglaną fasadą wchodziło się przez całkiem ładny portyk wykuty w piaskowcu. Ale już od progu uderzała duszna mieszanka zapachów bijących z kilkunastu kuchni.
Bloch był doskonałym lekarzem z 50-letnią praktyką. W Nowym Jorku żył jednak skromniutko, jak większość uciekinierów z Europy.
Była wiosna 1943 roku. Trzecia Rzesza zaczynała się chwiać. Feldmarszałek Paulus skapitulował w Stalingradzie, klęska Afrika Korps była kwestią czasu. Bardziej od przebiegu wojny doktora Blocha martwiło jednak to, że od jakiegoś czasu nie dostawał żadnych wiadomości od krewnych, którzy pozostali po drugiej strony oceanu. O komorach gazowych i krematoriach ludzie w USA jeszcze nie wiedzieli. Ledwie kilka miesięcy wcześniej polski rząd na uchodźstwie w Londynie przesłał aliantom memorandum o niemieckich zbrodniach na Żydach oparte na materiałach przywiezionych z okupowanej Polski przez Jana Karskiego, kuriera Armii Krajowej. W opisywane przez niego okrucieństwa alianccy politycy i wojskowi nie byli w stanie uwierzyć. Opinii publicznej tych informacji nie ujawniano.
Tymczasem goście Blocha: psycholog Walter C. Langer i towarzysząca mu asystentka, usilnie wypytywali go o pacjenta, z którym ostatni raz rozmawiał przed 30 laty. Wspomnieniami doktora byli rozczarowani. O Adolfie Hitlerze 71-letni lekarz mówił niemal same dobre rzeczy.
- Pamiętam go jako miłego, uprzejmego chłopaka - tłumaczył nieustannie. Gdy pytali, czy z młodym Hitlerem wszystko było w porządku, na myśl przychodziło mu tylko nieco nieobecne spojrzenie.
Bloch nie miał pojęcia, że Langer pracował dla OSS. Za tym skrótem kryło się Biuro Studiów Strategicznych, ówczesny amerykański wywiad, protoplasta CIA. Langer przygotowywał właśnie portret psychologiczny Hitlera, szukając w przeszłości źródeł agresywnej polityki przywódcy Trzeciej Rzeszy. Przypuszczał, że za szaleństwem, które rozpętał Hitler, może stać jakaś choroba, trauma z dzieciństwa albo seksualne skrzywienie.
Wypytywany o pacjenta Bloch odpowiadał, że Hitler był może bledszy niż koledzy, ale wcale nie bardziej chorowity. Przychodził z typowymi dziecięcymi problemami, z anginą, przeziębieniami. - Nigdy nie zapadł na nic poważnego - opowiadał lekarz. Psychologa interesowało, czy Hitler miał może gruźlicę, jak niektórzy jego krewni (w tamtych czasach sądzono, że gruźlica to choroba dziedziczna). Bloch ponownie zaprzeczył. W końcu padło pytanie o to, ile Adolf Hitler miał jąder. Bloch był nim szczerze zdziwiony.
Dziwnych rozmów o Hitlerze przeprowadził w ostatnich latach wiele, pierwszą - na progu swojego luksusowego mieszkania w Linzu. Wówczas zresztą nazwisko przywódcy Trzeciej Rzeszy w ogóle nie padło. Oficjalnie ubrany rozmówca nie przedstawił się, tylko pokazał Blochowi owalną blaszkę. Na jej rewersie wybito orła trzymającego w szponach wieniec ze swastyką. Był to Reichsadler, godło Trzeciej Rzeszy. Na awersie widniał zaś numer i napis "Geheime Staatspolizei".
W ten sposób legitymowali się funkcjonariusze Gestapo. - Wiemy, że ma pan jakieś pamiątki. Chciałbym je zobaczyć - zagaił gość łagodnym głosem.
Zanim Bloch zdążył wydusić z siebie słowo, jego żona Emilie obróciła się na pięcie i ruszyła do pokoju męża. Otworzyła szafę i zaczęła wertować szpargały.
Reichsadler był godłem kraju, w którym żyli Blochowie, od zaledwie 16 dni. To jednak wystarczyło, by rodzina 66-letniego wtedy lekarza pojęła, że z instytucjami tego państwa nie ma żartów. Zwłaszcza gdy jest się Żydem.
Już rankiem 12 marca 1938 roku, gdy pierwsze oddziały Wehrmachtu przekroczyły granicę z Austrią, a anszlus stał się faktem, na ulice Wiednia wylegli umundurowani bojówkarze SA (Sturmabteilung). Z pałkami w dłoniach. Przy wsparciu podrostków z austriackiej Hitlerjugend i oprychów, którzy na cywilne płaszcze założyli opaski ze swastyką, zaczęli polowanie na Żydów. Wybijali szyby w żydowskich sklepach, a potem je plądrowali. Wdzierali się do żydowskich mieszkań, by przeprowadzić w nich "rewizje". Gdy wychodzili, kieszenie mieli pełne pieniędzy i biżuterii. To był regularny pogrom.
Ofiarami padały też dzieci. Te, którym naziści kazali malować na sklepach rodziców gwiazdy Dawida, mogły mówić o szczęściu. Pałkarze nie patrzyli na wiek.
Żydzi z Wiednia mieli też dostarczyć nazistom uciechy. Grupy nieszczęśników pod strażą musiały na kolanach czyścić chodniki i mury z antyhitlerowskich haseł malowanych w ostatnich dniach istnienia niepodległego kraju. Zdarzało się, że zmuszano ich, by ulice czyścili ługiem, gołymi rękami. "Dzięki niech będą Führerowi, że wreszcie znalazł Żydom jakieś zajęcie" - takie uwagi można było usłyszeć w rozbawionym tłumie gapiów. Chodziło o sąsiadów, ale nikt nie zamierzał protestować. Ofiary z ciężkimi poparzeniami lądowały w szpitalach. Skala antysemickiego terroru osiągnęła takie rozmiary, że po dwóch tygodniach "Völkischer Beobachter", organ NSDAP, wzywał mieszkańców Ostmark (taką nazwę nadano Austrii po przyłączeniu do Rzeszy) do opamiętania. Świadkowie mówili, że w Austrii po anszlusie w ciągu kilku dni wyrządzono Żydom tyle krzywdy, ile w Niemczech przez cztery ostatnie lata.
W Linzu, położonym 100 kilometrów na zachód od Wiednia, było spokojniej, ale tylko trochę. W 80-tysięczym mieście Żydów było ledwie 700, ale tu też wybijano szyby w sklepach i plądrowano mieszkania. Na murach i nierozbitych jeszcze witrynach pojawiły się napisy "Jude". Kilka dni przed wizytą gestapowca u Blochów aresztowano przewodniczącego gminy żydowskiej. Jego rodzina poszła na bruk.
Blochowie byli w Linzu szanowaną rodziną i żyli w dostatku. Świadczyły o nim choćby posągi atlantów na fasadzie barokowej kamieniczki przy Landstrasse 12. Okazały budynek w ścisłym centrum Linzu na mapie zaznaczono jako pałacyk Weissenwolf. Pochodzący z południowych Czech Bloch przemieszkał tam połowę dotychczasowego życia i prowadził dobrze prosperującą praktykę. Największą w mieście.
Jego żona doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że czekający na progu gestapowiec może wywrócić ich mieszkanie do góry nogami. A na tym nie musiałoby się skończyć. Na bogato zdobionej klatce schodowej chwilę później mógł się rozlec stukot butów SA-manów, którzy ochoczo wysiedliliby kolejną żydowską rodzinę, wyrzucając jej dobytek przez okno. Emilie Bloch, pieszczotliwie nazywana przez męża Lilly, była mądrą kobietą i wolała po dobroci oddać funkcjonariuszowi Gestapo "pamiątki", których szukał.
W papierach wygrzebała namalowaną akwarelami pocztówkę przedstawiającą kapucyna. "Najlepsze życzenia noworoczne. Nieustannie wdzięczny, Adolf Hitler" - można było przeczytać na odwrocie. Znalazła jeszcze jeden obrazek, a gestapowiec skrzętnie pokwitował odbiór obu. "Przejęte celem zabezpieczenia" - napisał. Z kwitu, jaki zostawił, Blochowie dowiedzieli się, że nazywał się Gröner.
- Po co w ogóle trzymałeś te obrazki? - zapytała Lilly, gdy za nieproszonym gościem zamknęły się drzwi.
- Bo ciągle mam Adolfa przed oczami - odpowiedział lekarz.
Ciemnowłosemu 18-latkowi z oczu ciekły łzy. - Naprawdę nie ma żadnych szans? - pytał Blocha w jego gabinecie. Mijały pierwsze dni 1907 roku. Młody Adolf załamał się, gdy lekarz powiedział mu, że jego ukochana matka, Klara, cierpi na raka piersi. Bloch zapewniał, że medycyna dokonała postępów, a wycięcie guza da kobiecie minimalne szanse na przeżycie, jednak bez operacji umrze ona z całą pewnością. Hitler chwycił się tej myśli jak ostatniej deski ratunku. Matka była dla niego świętością. Lekarz już dawno zwrócił uwagę na tę niespotykanie silną więź.
Klara była trzecią żoną Aloisa Hitlera, cesarsko-królewskiego urzędnika celnego, który mimo braku matury zrobił zawrotną karierę w służbie państwowej. Zanim się pobrali, zatrudniał Klarę jako służącą, pielęgnowała umierającą na gruźlicę jego drugą żonę, Franziskę, a jednocześnie była jego kochanką. Franziska była zaś kucharką i kochanką w czasie, gdy żyła jeszcze pierwsza żona Aloisa, starsza od niego o 14 lat Anna, adoptowana córka ważnego urzędnika celnego. To dzięki temu małżeństwu Alois zrobił karierę. Na austriackiej prowincji nie dziwiły ani takie układy, ani to, że stary Hitler wychowywał syna twardą ręką. Bicie dzieci w Austrii było powszechne. Dziadek Hitlera też wymagał od syna całkowitego posłuszeństwa, wymuszał je pejczem. Pejczem był bity również Adolf.
Zanim w 1903 roku, w wieku 65 lat, Alois niespodziewanie zmarł, widział w synu urzędnika. Młody Hitler wbrew niemu postanowił zostać artystą. Od jednego z profesorów szkoły realnej w Linzu Bloch wiedział, że poza rysunkiem i historią nauka w ogóle Hitlera nie interesuje.
Matka, która ubóstwiała syna, pogodziła się z tym. "On jest jeszcze taki młody" - rozgrzeszała go.
Bloch miał jednak wrażenie, że przyszłość dziecka napełnia Klarę niepokojem. "Pewno teraz przewraca się w grobie" - mówił, gdy w latach 20. XX wieku Hitler, już jako polityk, zaczął wygrażać światu. Mimo to lekarz myślał o nim ciepło.
Wówczas w gabinecie, gdy omawiał stan zdrowia Klary Hitler, starał się podtrzymać jej syna na duchu. Bloch zdawał sobie sprawę, że nadzieje na wyzdrowienie kobiety są nikłe. Rak był w bardzo zaawansowanym stadium, 47-letnia kobieta przyszła do niego po pomoc, bo nie była już w stanie znieść bólu w klatce piersiowej. Rwało ją tak bardzo, że z lekarzem rozmawiała szeptem. Gdy pytał, dlaczego zwlekała, odpowiadała, że myślała, że ból jakoś przejdzie. Ale nawet gdyby przyszła wcześniej, lekarz niewiele mógłby zrobić. W tamtych czasach guz piersi zazwyczaj oznaczał wyrok.
18 stycznia 1907 roku, cztery dni po wizycie u Blocha, Klara Hitler leżała już na stole operacyjnym w szpitalu sióstr sercanek w Linzu. Doktor Karl Urban, jeden z najlepszych chirurgów w kraju, amputował jej pierś. Ale rozwoju nowotworu nie udało się powstrzymać.
Hitler dowiedział się o tym podczas kolejnej wizyty w pałacyku Weissenwolf, pod koniec października 1907 roku. Kilka dni później jego matka nie mogła już wstać z łóżka. Hitler opiekował się nią dzień i noc. Bloch nie składał broni i codziennie dojeżdżał powozem do kamienicy przy Blütenstrasse, gdzie mieszkali Hitlerowie. Do rany po amputowanej piersi przykładał nasączoną jodoformem gazę. Jod zawarty w tej substancji o niezwykle ostrym zapachu miał wypalać komórki nowotworowe. Była to jedna z pierwszych w historii medycyny metod antyrakowej chemioterapii. Towarzyszący zabiegowi potworny ból Bloch łagodził morfiną. Mimo wysiłków doktora 21 grudnia Klara zmarła.
Czy gdyby Bloch nie zdecydował się jej operować, cierpiałaby mniej? Gdyby nie eksperymentował z jodoformem? Hitler nie zadawał sobie takich pytań. Przynajmniej nie głośno. Nie miał do lekarza pretensji, że przegrał, przeciwnie - był wdzięczny Blochowi za to, że podjął walkę, a przy okazji nie puścił Hitlerów z torbami. Honoraria za kilkadziesiąt wizyt domowych i zabiegów były symboliczne.
Zimą 1907 roku, kilka dni po pogrzebie Klary, widzieli się po raz ostatni w gabinecie Blocha. Hitler uścisnął dłoń doktora i ściszonym głosem oświadczył, że tego, co zrobił dla matki, nie zapomni mu do końca życia. Bloch wtedy nie zwrócił na te słowa uwagi. Za to stan, w jakim był chłopak, przeraził go. Widział wcześniej rozpacz owdowiałych żon, osieroconych dzieci, ale tak załamanego człowieka zobaczył po raz pierwszy.
Hitler przeniósł się później do Wiednia, gdzie dalej bezskutecznie próbował się dostać na Akademię Sztuk Pięknych. Blochowi przypominały o nim noworoczne pocztówki.
Obawy doktorowej okazały się przesadzone. Wprawdzie antysemicka nagonka nie ustawała: austriackich Żydów poniżano, bito, a ustawy norymberskie, których moc rozciągnięto na wchłonięty przez Trzecią Rzeszę kraj, sprawiły, że wykluczono ich z życia społecznego. Tracili pracę w urzędach, ich firmy konfiskowało państwo. Jednak na pałacyku Weissenwolf napis "Jude" wisiał krótko. Został usunięty na polecenie Gestapo. Właściciel pałacyku już pierwszego dnia po anszlusie pytał tajną policję, czy ma wyrzucić Blochów na bruk, bo przecież to Żydzi. Usłyszał kategoryczny zakaz.
Sprawy potoczyłyby się pewnie inaczej, gdyby decyzje w sprawie doktora Blocha zapadały w Linzu, ale podejmowano je w Berlinie. Hitler nie zapomniał o złożonej w grudniu 1907 obietnicy. Doktora uznał za "Edeljude", "szlachetnego Żyda". Komuś takiemu nie mógł spaść włos z głowy. Gestapo regularnie i uprzejmie doktorowi o tym przypominało. By go uspokoić.
Specjalny status lekarza nie był w Linzu tajemnicą. Według krążącej po mieście plotki Hitler jeszcze przed anszlusem miał powiedzieć, że gdyby wszyscy Żydzi byli tacy jak Bloch, na świecie nie byłoby antysemityzmu.
Do Linzu Hitler przybył w dniu wchłonięcia Austrii. Bloch patrzył przez okno, jak przejeżdża przez miasto. Na Landstrasse Hitler kazał zatrzymać samochód i spoglądał w okna pałacyku Weissenwolf. Lekarz miał nawet wrażenie, że go zauważył. Rozważał przez chwilę, czy nie prosić o audiencję u Hitlera.
Bycie "szlachetnym Żydem" oznaczało, że Bloch miał paszport, telefon, mógł korzystać z bibliotek, chodzić do parków, czyli wbrew obowiązującym ustawom norymberskim żyć jak normalny obywatel. Jednak ze specjalnym statusem lekarz czuł się nieswojo, tym bardziej że po jakimś czasie Blochowie pozostali jedyną żydowską rodziną w mieście, nie licząc siedmiu Żydów, których oszczędzono ze względu na podeszły wiek. Resztę wysiedlono do Wiednia. Bloch nie miał kogo leczyć.
Jakiś czas po wizycie gestapowca lekarza odwiedził fotograf przysłany przez centralę NSDAP. Poprosił Blocha, by zapozował do zdjęcia za biurkiem w swoim gabinecie, obok fotela, na którym niegdyś siedział sam Führer. Bloch znowu przypominał sobie chłopca, który cierpliwie czekał w poczekalni na swoją kolej. Nosił lederhosen, tradycyjne skórzane spodenki, był ułożony, uprzejmy, ale zamknięty w sobie.
Pod koniec 1938 roku Bloch zamknął gabinet.
Dwa lata później, tuż przed Bożym Narodzeniem, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie wcześniej osiedli jego córka i zięć. Przed wyjazdem liczył na to, że jako "szlachetny Żyd" nie zostanie ograbiony z majątku przez Trzecią Rzeszę i będzie mógł zabrać oszczędności za ocean. W tej sprawie próbował nawet interweniować u Hitlera. Ustalił adres mieszkającej w Wiedniu jego siostry Pauli i wybrał się do niej prosić o wsparcie u brata. Paula Hitler (ukrywała związki z Führerem, żyjąc pod nazwiskiem Wolff) nawet nie otworzyła lekarzowi drzwi. Mimo to nazistowskie władze uszanowały jego specjalny status. W drodze wyjątku pozwolono mu wywieźć 16 reichsmarek, o sześć więcej, niż przewidywały antysemickie przepisy.
Bloch osiadł w Nowym Jorku, w obskurnej czynszówce, której nie dało się porównać z pałacykiem w Linzu. Spodziewał się, że od razu zacznie przyjmować pacjentów. Nic z tego nie wyszło. Jego lekarskiego dyplomu za oceanem nie uznawano. A na to, by studiować medycynę amerykańską i zdobyć tamtejsze uprawnienia, Bloch był za stary. Nie znał też angielskiego.
Właściwie żył z jałmużny, którą dostawał od żydowskich organizacji charytatywnych. Wystarczało na skromne życie i niedzielne wyjście z żoną do kina, na film, zwykle western, w języku, który nie do końca rozumiał. Wiosną 1941 roku odszukał go dziennikarz poczytnego magazynu "Collier's" i spisał jego wspomnienia dotyczące Hitlera. Dwuczęściowy materiał zauważono w OSS. Dwa lata później do Blocha zapukał Langer. Po kilku miesiącach przyszedł ponownie z asystentką.
- Ile miał jąder? - dopytywał Amerykanin.
- Wszystko było tak, jak powinno - odparł Bloch, znowu rozczarowując gości.
Zlecenie na nietypowy psychologiczny portret Langer dostał z samej góry.
- Jak byś rozpracował Hitlera? - wiosną 1943 roku zapytał go generał William J. Donovan, legendarny szef OSS zwany "Dzikim Billem". - Jeśli to Hitler kieruje tym cyrkiem, to kim jest? Jakie ma cele? Skąd się wziął? Co go napędza? - wyliczał, świdrując spojrzeniem gościa. Donovan urzędował w neoklasycystycznym gmachu przy waszyngtońskiej East Street, w połowie drogi między Białym Domem a Mauzoleum Lincolna.
Był znany z tego, że niezależnie od okoliczności mówił łagodnym głosem. Ale słowa "nie" jako odpowiedzi nie przyjmował. Wiosną 1941 roku osobiście przekonał prezydenta Franklina Delano Roosevelta, dla którego pracował wcześniej jako specjalny emisariusz do wielu krajów Europy i Azji, by stworzyć niezależną służbę wywiadu. Dopiął swego mimo głośnych protestów wszechmocnego szefa FBI J. Edgara Hoovera.
Donovan słynął też z zamiłowania do niekonwencjonalnych zagrywek. Jego pasją były operacje za liniami wroga i szpiegowskie gadżety. Agenci OSS planowali zamachy nawet na najbliższych podwładnych Hitlera, licząc na to, że ich śmierć go załamie. Nad Berghofem, alpejską rezydencją przywódcy Rzeszy położoną na stoku góry Obersalzberg, pod Berchtesgaden, zamierzali zrzucić nieprzyzwoite zdjęcia, by uzależnić Führera od pornografii. Inni poszukiwali hormonów, które miałyby spowodować, że Hitlerowi odpadnie wąsik albo że zacznie mówić cienkim, kobiecym głosem. Pomysł, by zgłębić jego psychikę, a efekty badań wykorzystać przeciwko Rzeszy, należał do tej samej kategorii. Ale przynajmniej doczekał się realizacji.
W pewnym sensie Donovan miał do Hitlera osobisty stosunek. Gdy 11 grudnia 1941 roku w półtoragodzinnym przemówieniu przed Reichstagiem Führer ogłosił, że wypowiada wojnę Stanom Zjednoczonym, Donovana wymienił z nazwiska. Opisując jego bałkańską misję sprzed roku (tuż przed niemiecką inwazją Donovan jako przedstawiciel Roosevelta rozeznawał się w sytuacji), nazwał Amerykanina "całkowicie bezwartościową istotą". Teraz Donovan zamierzał przekonać się, ile wart jest Hitler.
Szef OSS nie oczekiwał od psychologa naukowej rozprawy, tylko jasnego, zwięzłego tekstu, który mógłby zrozumieć przeciętny czytelnik. Pierwsze opracowanie o Hitlerze wylądowało na jego biurku już w grudniu 1942 roku. Zawierało listę najważniejszych faktów, ale Donovan potrzebował gruntownej analizy. Langer miał więc wyjaśnić, co Hitler myśli o sobie i jak postrzegają go współpracownicy oraz zwykli Niemcy. A przede wszystkim na podstawie psychologicznej charakterystyki przewidzieć, jak Hitler będzie się zachowywał w przyszłości. Było to zadanie karkołomne, bo do tej pory drogi funkcjonariuszy służb specjalnych i psychologów nigdy się nie przecinały. Langer poruszał się też po nieznanym terytorium, co gorsza dostał szalony termin: jesień 1943. Termin nieprzekraczalny, bo Amerykanie szykowali się już do inwazji na Stary Kontynent. Na lato zaplanowano operację "Husky", czyli lądowanie na plażach Sycylii. Następnym krokiem miał być przerzut wojsk z Wielkiej Brytanii na drugą stronę kanału La Manche.
Langer i jego współpracownicy rzucili się do Nowojorskiej Biblioteki Publicznej (jednej z największych bibliotek świata), by przeglądać wycinki prasowe i opisujące Hitlera książki. I nie chodziło wyłącznie o Mein Kampf, manifest Hitlera wydany po angielsku w październiku 1933 roku.
Langer, dziecko niemieckich emigrantów przybyłych do Bostonu pod koniec XIX wieku, miał okazję poznać państwo Hitlera z bliska. Pod koniec lat 30., ze świeżo obronionym na Harvardzie doktoratem, przybył do Wiednia i często bywał w domu Sigmunda Freuda, twórcy psychoanalizy. W jej arkana wtajemniczała Langera Anna, najmłodsza córka Freuda. Langer spędził ten czas na skórzanej kanapie Anny Freud - uczył się psychoanalizy, samemu się jej poddając.
W Wiedniu Langer zaczynał życie od nowa. Na początku lat 30., w Wielkim Kryzysie, spłonęła prowadzona przez niego dobrze prosperująca szkoła dla chłopców sprawiających trudności wychowawcze. Langer jej nie ubezpieczył. Gdy wpadł w finansowe tarapaty, odeszła od niego żona. Bezpieczną przystań znalazł na wydziale psychologii Uniwersytetu Harvarda i w 1935 roku obronił tam doktorat. Do Freudów przyjechał z czysto naukowych powodów, a zobaczył z bliska, jak upadała autorytarna, ale niepodległa Austria.
Rodzina Freudów nie mogła liczyć na takie względy jak rodzina Blochów. Naziści psychoanalizę traktowali podobnie jak fizykę kwantową - uznawali ją za bezwartościową żydowską naukę. W Trzeciej Rzeszy książki Freuda palono na stosach, autora oskarżono o seksualne obsesje i niszczenie niemieckiej duszy.
Na chorego na raka naukowca nie odważyli się podnieść ręki, ale już czwartego dnia po anszlusie Gestapo aresztowało Annę Freud. Dzięki zabiegom oraz pieniądzom Marii Bonaparte - prawnuczki Napoleona, która była pacjentką i uczennicą Sigmunda - Niemcy ustąpili i pozwolili Freudom wyjechać z Austrii. Twórca psychoanalizy mógł nawet zabrać książki z biblioteki i swoją słynną kanapę. W przygotowaniach do wyjazdu pomagał Langer. 4 czerwca 1938 roku był nawet na pokładzie słynnego Orient Expressu, którym Freud na zawsze opuszczał Wiedeń. Langer dyskretnie pilnował, by podróż przebiegała bez zakłóceń. Dzień później pociąg dotarł do Paryża, skąd następnie Freudowie ruszyli do Wielkiej Brytanii.
Po powrocie do Stanów Langer wstąpił do OSS. Jedną z najważniejszych postaci w Biurze był jego brat William, dziekan wydziału historii Uniwersytetu Harvarda. Walter początkowo analizował niemiecką propagandę pod kątem psychologicznym, badał też morale Niemców, starając się odpowiedzieć na pytanie, czy prowadzone przez alianckie lotnictwo naloty dywanowe złamią społeczeństwo i doprowadzą do obalenia Hitlera. W Waszyngtonie jego analizy przyjmowano chłodno, pojawiły się nawet zarzuty, że Langer i inni psychologowie z OSS znaleźli sposób, by w białych rękawiczkach wyłudzać od państwa pieniądze. Zlecając mu zbadanie Hitlera, Donovan tego typu obiekcji nie miał.
Langer do sprawy zamierzał podejść tak, jakby przywódca Trzeciej Rzeszy był jego pacjentem. A skoro nie leżał na kanapie w jego gabinecie, intymne informacje trzeba było wyciągnąć od ludzi, którzy poznali go bliżej: dziennikarzy, pracowników Departamentu Stanu czy uciekinierów takich jak doktor Bloch. W latach 40. po drugiej stronie Atlantyku ludzi z podobną przeszłością nie brakowało.
Był wśród nich Otto Strasser, który w latach 20. razem z bratem Gregorem budował lewicowe skrzydło NSDAP w nadziei na to, że partia doprowadzi do wybuchu prawdziwie robotniczej rewolucji przeciwko kapitalistom. Gdy okazało się, że Hitler inaczej wyobraża sobie przyszłość, na początku lat 30. z nim zerwali. Gregor został zamordowany podczas "nocy długich noży" 30 czerwca 1934 roku. Otto na swoje szczęście trzy lata wcześniej opuścił Niemcy i próbował konsolidować przeciwników Hitlera w Czechosłowacji. Gdy zaczęła mu się palić ziemia pod nogami, uciekł do Francji, a stamtąd w 1940 roku przez Portugalię i Bermudy wyjechał do Kanady. Szef propagandy Trzeciej Rzeszy Joseph Goebbels, z którym niegdyś snuł plany wielkiej rewolucji, wyznaczył pół miliona dolarów nagrody za jego głowę.
Strasser z Langerem rozmawiał ochoczo. Opowiedział mu między innymi o tym, że Hitler uważał się za nieomylnego. Gdy Strasser próbował ściągać go na ziemię, zupełnie neutralnie sugerując, że jak każdy człowiek może popełniać błędy, Führer wybuchał. - Nie mogę sobie na to pozwolić. Wszystko, co mówię, ma historyczne znaczenie - odpowiadał. Gdy okazywało się, że nie miał racji, stawał się bezsilny albo wpadał w furię. Z drugiej strony Strasser nie krył podziwu dla Hitlera, który potrafił "wsłuchiwać się w drgania ludzkich serc z delikatnością sejsmografu", co pozwalało mu być "głośnikiem ogłaszającym najbardziej skryte pragnienia całego narodu".
Najchętniej jednak opisywał jego seksualne perwersje.
- Jego otoczenie do rozpaczy doprowadzało to, że wiecznie odkładał rzeczy na później - opowiadał z kolei Ernst Hanfstaengl, niemiecko-amerykański przedsiębiorca i dziennikarz, w latach 20. jeden z najbliższych powierników Hitlera, któremu umilał czas, grając na pianinie. Po przejęciu władzy Hanfstaengl został rzecznikiem prasowym dla zagranicznych korespondentów, jednak szybko popadł w niełaskę. Z Niemiec uciekł w 1937 roku przekonany, że dawny przyjaciel chce jego śmierci i dlatego zamierza wysłać go z samobójczą misją do ogarniętej wojną domową Hiszpanii. Gdy Langer zaczynał pracę nad analizą osobowości Hitlera, Hanfstaengl siedział w obozie dla internowanych w Stanach Zjednoczonych, dokąd przeniesiono go z obozu w Kanadzie. Na zlecenie OSS, licząc na zwolnienie i darowanie współpracy z wrogiem, Hanfstaengl między innymi spisywał portrety najważniejszych postaci Trzeciej Rzeszy i na podstawie mów Hitlera oceniał sytuację w rządzonym przez niego kraju. Raporty lądowały na biurku samego Roosevelta. Prezydent dowiadywał się z nich, że Führer to zdolny do wszystkiego szaleniec.
- Nigdy nie przejmował się krytyką, że odwleka podejmowanie decyzji. Twierdził, że problemów nie rozwiązuje się w nerwach, bo w odpowiednim czasie sprawa sama się jakoś rozwiąże - opisywał Hanfstaengl. Mówił o niesłychanej charyzmie Hitlera, a jednocześnie o jego nieśmiałości. Człowiek, który potrafił hipnotyzować naród, przez cały wieczór nie był w stanie przełamać się, by porozmawiać z krewną cesarza Wilhelma II. Z drugiej jednak strony w latach 20. na imprezach organizowanych przez monachijską śmietankę towarzyską pojawiał się w prochowcu, z pistoletem w kaburze i biczem w ręku.
Takich opowieści Langer starał się nie przerywać. Miał nadzieję, że w ten sposób rozmówcy wymknie się jakiś ważny szczegół, podświadomie skomentuje coś istotnego. Jeżeli wchodził w słowo, to tylko po to, by skupić rozmowę na interesującym go wątku. Tak jak było w przypadku dziecięcych chorób Hitlera, o które wypytywał doktora Blocha.
Relacje dawnych przybocznych Hitlera, a także korespondentów akredytowanych w Berlinie i pracujących tam dyplomatów zebrano w The Source Book (Księdze źródeł). Licząca tysiąc stron publikacja była załącznikiem do raportu Langera. Zawierała ponad 250 wywiadów, relacji oraz fragmentów artykułów i książek dotyczących Hitlera, wydanych po angielsku, niemiecku i francusku. Sam indeks zajmował 50 stron. Langer odniósł się do tekstów dotyczących polityki Hitlera, narodowosocjalistycznej ideologii, treści jego przemówień, rodziny, a także jego stylu życia, stanu zdrowia czy fobii. Lista zidentyfikowanych kobiet z otoczenia Hitlera liczyła 30 nazwisk.
Psycholog korzystał też z raportów rozsianych po świecie agentów OSS. Meldunek nadany 21 marca przez rezydenta wywiadu z Rejkiawiku zawierał na przykład relację doktora Karla Kronera, lekarza zbiegłego z Trzeciej Rzeszy do Islandii. Oficer OSS twierdził, że Kroner był obecny podczas badania Hitlera w szpitalu wojskowym w Pasewalku pod Szczecinem jesienią 1918 roku. Jego diagnoza brzmiała: Führer to psychopata i histeryk. Dla Langera był to ważny trop.
Gefrajter Adolf Hitler dotarł do Pasewalku 21 października 1918 roku. Z wagonu musieli go wyprowadzać sanitariusze. Był wycieńczony, a jego oczy zakrywał brudny bandaż. Lazaret w Pasewalku był trzecim w ciągu tygodnia wojskowym szpitalem, w którym się nim zajmowano.
Pierwszą pomoc otrzymał w szpitalu polowym pod Wervicq, tuż za ówczesną linii frontu, stamtąd przerzucono go pod Gandawę w okupowanej Belgii. W końcu Hitlera wysłano w liczącą 1000 kilometrów podróż na wschód - do 10-tysięcznego Pasewalku, położonego z dala od wszystkich frontów Wielkiej Wojny.
W otoczonym sosnowym lasem budynku dawnej strzelnicy, który przerobiono na lazaret, Hitler miał dochodzić do siebie po ataku gazowym. Stracił w nim wzrok. A przynajmniej tak się wydawało.
W nocy 14 października 1918 roku Hitler był w patrolu, który przemieszczał się między miejscowościami Comines i Wervicq-Sud, po francuskiej stronie okupowanego jeszcze przez Niemców francusko-belgijskiego pogranicza. Po czterech latach wojny było to w zasadzie martwe terytorium zryte artyleryjskimi lejami i poprzecinane pasami okopów i zasieków. Błoto było wszechobecne. Front rozciągał się wówczas mniej więcej wzdłuż rzeki Leie. Od początku wojny Hitler służył w 16 bawarskim rezerwowym pułku piechoty, który bronił teraz pozycji przed napierającymi z zachodu Brytyjczykami.
O brzasku żołnierze rozsiedli się i sięgnęli do chlebaków, by zapełnić żołądki. Na swoje nieszczęście maski przeciwgazowe odłożyli na bok. W tym momencie odezwała się brytyjska artyleria, a pociski rozpyliły nad okolicą chmurę iperytu, gazu bojowego, który parzył skórę, oczy i drogi oddechowe. Niemcy, uwięzieni w gęstym toksycznym obłoku o intensywnej woni musztardy, zaczęli się krztusić. Hitler opowiadał później, że gaz zabił na miejscu dwóch jego kolegów. Sam przeżył, bo żołnierz, który najszybciej założył maskę przeciwgazową, wyprowadził oddział z matni. Najgorsze zaczęło się kilka godzin później, gdy gaz przeżarł się przez tkanki. - Moje oczy były niczym rozżarzone węgle, otoczyły mnie ciemności - wspominał Hitler. Ból narastał z minuty na minutę, gefrajter ledwo zdołał dostarczyć do sztabu meldunek. Jak się okazało, była to jego ostatnia misja. Hitler przestał widzieć.
W Pasewalku czekał na niego doktor Kroner, wtedy 38-letni. Jako kawalerzysta kajzera walczył nad Sommą i pod Verdun, później założył lekarski fartuch, by służyć w rozmaitych szpitalach wojskowych. Na zachowanym zdjęciu widać doświadczonego człowieka o świdrującym wzroku, z dumą prezentującego na mundurze Krzyż Żelazny drugiej klasy. Kroner, niemiecki Żyd, służbę ojczyźnie i cesarzowi traktował jako święty obowiązek. Wśród Niemców żydowskiego pochodzenia była to częsta postawa. W ten sposób, wbrew antysemickim uprzedzeniom, potwierdzali swój patriotyzm.
Hitlera poddał takiemu samemu badaniu jak w przyfrontowych lazaretach. Odwinął bandaż, palcami rozszerzył ciągle nabrzmiałe powieki i przyjrzał się gałkom ocznym. Iperyt pozostawia na skórze niegojące się rany, wdychany pali oskrzela, wywołuje odmę. Żołnierze, którzy nawdychali się tłustego gazu, konali w szpitalach tygodniami. Gaz parzył też oczy, powodując ślepotę. Dlatego pod spuchniętymi powiekami Hitlera Kroner spodziewał się zobaczyć zakrwawione gałki oczne, zmętniałą rogówkę, słabo reagujące na światło źrenice. Nic takiego nie stwierdził, mógł więc potwierdzić diagnozy lekarzy z przyfrontowych szpitali: ślepota Hitlera nie została spowodowana przez trujący gaz.
- Są dwie możliwości. Albo symulował, albo był histerykiem czy psychopatą. Albo jedno i drugie, bo histeryk ma skłonności do symulowania. Nie znam przypadku, by ktokolwiek po poparzeniu iperytem odzyskał wzrok w takim stopniu jak Hitler - po latach wyjaśniał Kroner agentowi OSS.
Właśnie dlatego oślepionego gefrajtra wsadzono w Belgii do pociągu i wieziono szmat drogi na wschód. Malutki Pasewalk miał być dla niego przede wszystkim miejscem odosobnienia. Hitler, szukając w desperacji wyjścia z gazowego obłoku, najwyraźniej załamał się psychicznie. Dowódcy uważali, że tacy żołnierze mogą zarazić defetyzmem innych. Szok pourazowy, zwany wówczas pogardliwie histerią, nie był traktowany na równi z ranami zadanymi przez kule czy odłamki. Ludzi, którzy padli jego ofiarą, traktowano jak tchórzy i słabeuszy. Dopiero po latach naukowcy udowodnili, że rany zadane psychice goją się trudniej niż te zadane ciału, a broń masowego rażenia, a wręcz jakikolwiek kontakt z nią, wywołuje u żołnierzy taki stres, że szok pourazowy przyjmuje u nich znacznie ostrzejszą postać. Tym bardziej że efekty działania iperytu w okopach były powszechnie znane. Żołnierze mniej bali się amputacji rozerwanej odłamkiem ręki niż utraty wzroku. W efekcie po gazowych atakach, nawet jeśli wychodzili z nich bez większego szwanku, doznawali paraliżu albo ślepli, mimo że mieli zdrowe oczy.
Hitler na froncie spędził ponad 40 miesięcy. Nie dał żadnego powodu, by traktować go jako dekownika czy tchórza. Chrzest bojowy przeszedł dokładnie cztery lata wcześniej we Flandrii. Z okien wojskowego eszelonu widział wówczas zieloną, płaską krainę. Na nielicznych wzniesieniach stały wiatraki. Pod nimi na podmokłych polach uprawiano owies i ziemniaki, wypasano bydło. Flamandzkie miasteczka, niektóre o średniowiecznym rodowodzie, stały jeszcze nietknięte.
29 października 1914 roku żołnierze 16 bawarskiego rezerwowego pułku piechoty ruszyli we mgle na pozycje Brytyjczyków przed wioską Gheluvelt, kilka kilometrów od 900-letniego miasta Ypres. Gdy wokół nich zaczęły spadać pociski brytyjskiej artylerii, po każdej eksplozji krzyczeli "hurra". Byli kompletnie niewyszkoleni, nie potrafili obsługiwać karabinów maszynowych, nie mieli nawet hełmów, tylko bawełniane czapki. Jedyne, czym dysponowali w nadmiarze, to patriotyzm i zapał. Wielu wydawało się, że wojna to przygoda i wielka próba, po której chłopcy staną się mężczyznami. Na front jechali, śpiewając Wacht am Rhein (Straż na Renie), patriotyczną, antyfrancuską pieśń skomponowaną 70 lat wcześniej. Była ona nieoficjalnym hymnem cesarstwa i latem 1914 roku słychać ją było dosłownie w każdym zakątku ogarniętych wojenną gorączką Niemiec. Pod Gheluvelt, gdy bawarscy żołnierze dotarli do okopów Brytyjczyków, Straż pozwoliła im - we mgle i w dymie - odróżniać swoich od wroga. Ale ich atak skończył się hekatombą.
W ciągu trzydniowych walk, które w końcu doprowadziły do zajęcia wsi, od kul brytyjskich karabinów maszynowych zginęło lub rany odniosło trzy czwarte żołnierzy pułku. Zostało ledwie kilkuset ludzi, rozbitych, wręcz zdemoralizowanych. Zginął dowódca pułku Julius List, jego zastępca był ciężko ranny. Jednak Hitler wyszedł bez szwanku. Po latach przyznawał, że miał wielkie szczęście. Jak większość ocalałych awansował i nie musiał już walczyć na pierwszej linii. Jako gefrajter, czyli starszy szeregowy, został gońcem. Jego wojennym domem były nie okopy, lecz sztab pułku. Gdy zrywało się połączenie telefoniczne z linią frontu - co działo się niezwykle często - biegł tam z rozkazami i przynosił meldunki. Tymczasem niemiecka ofensywa utknęła, rozpoczęła się wojna pozycyjna. Zwycięstwo Niemiec wciąż wydawało się w zasięgu ręki. Morale siedzących w okopach żołnierzy, nieustannie bombardowanych, cierpiących z powodu zimna i wilgoci, spadało, ale z Niemiec nadal przyjeżdżały wagony pełne rekrutów gotowych do walki za cesarza i vaterland.
Pułk Hitlera brał udział w bitwie pod Fromelles, gdzie latem 1916 roku front bezskutecznie usiłowały przerwać australijskie i brytyjskie pułki, płacąc za to słoną cenę. Podczas bitwy nad Sommą Hitler został ranny odłamkiem granatu w lewe udo, przez rok jego pułk bronił przed Brytyjczykami miasta Arras, a potem brał udział w kolejnej nieudanej próbie zdobycia Ypres. Dosłużył się Żelaznych Krzyży pierwszej i drugiej klasy za to, że narażając życie, "był wzorem zimnej krwi i odwagi", oraz kilku pomniejszych odznaczeń. Był sumienny, nie wymigiwał się od najtrudniejszych zadań.
W 1918 roku kajzerowskie wojsko było jednak w odwrocie, uzupełnień nie było, morale dawno sięgnęło dna. Jeszcze latem, podczas ostatniej ofensywy, Niemcy próbowali zdobyć stolicę Francji. Jednak po stronie ententy walczyli świeży rekruci z Ameryki wspierani przez setki czołgów. Niemiecka armia zapadała się w sobie, zmęczeni wojną żołnierze nie byli się w stanie przebić. Gefrajter Hitler nie mógł zrozumieć, co się dzieje. O klęski obwiniał nowych poborowych, którzy przywlekli z tyłów bakcyla defetyzmu rozsiewanego przez komunistów. Tymczasem jego koledzy schodzili ze stanowisk bojowych, mówiąc, że mają dosyć wojny albo że nie potrafią zmusić się do walki. Sądy polowe miały pełne ręce roboty.
Oprócz Kronera Hitlerem zajmował się też inny wojskowy lekarz - służący w marynarce wojennej profesor Edmund Forster, psychiatra neurolog, który w lazarecie w Pasewalku pełnił funkcję ordynatora. Forster złamanym psychicznie żołnierzom nie okazywał współczucia, lecz pogardę. Podobnie jak wielu innych wojskowych lekarzy uważał, że choroby psychiczne, na jakie zapadali żołnierze, nie mogły być wynikiem wojny. Jego zdaniem żołnierze albo byli chorzy przed pójściem na front, a wojna tylko nasiliła objawy, albo tchórzyli i udawali chorych, by się wymigać od służby. Pacjentów więc lżono, bito, okładano lodem, poddawano elektrowstrząsom. Forster był entuzjastą tych metod i twierdził, że przynoszą doskonałe efekty. "Pacjentowi nieustannie powtarzam, że poddaję go elektrowstrząsom nie dlatego, że jest chory. Jego rzekome cierpienie to tylko zły nawyk. Wstrząsy nie służą też temu, by go uleczyć, lecz by wystawić go na ból, by zahartować jego siłę woli i ułatwić podjęcie decyzji, że lepiej iść na front, niż tkwić w lazarecie i przechodzić bolesną terapię" - wyjaśniał w jednej z publikacji jeszcze w 1917 roku. Czy tak samo traktował Hitlera?
O tym, jak wyglądało jego szpitalne leczenie, Hitler w Mein Kampf nie wspominał. Kroner również nie mówił o tym oficerowi OSS. Podał jedynie, że Forster zdiagnozował niewidzącego gefrajtra jako psychopatę. Kroner nie przedstawił dowodów, nie pokazał żadnych dokumentów, upierał się jednak, że zachowanie Hitlera tę diagnozę potwierdza. - Hitler jak wielu psychopatów jest seksualnie skrzywiony - dodał na koniec. W OSS uwierzono mu na słowo. Akurat ta kwestia miała dla Langera szczególne znaczenie.
Jesienią 1918 roku Hitler powoli odzyskiwał wzrok. Z powiek schodziła opuchlizna, oczy przestawały boleć, zaczynał rozróżniać kontury otoczenia. Na początku listopada miał nadzieję, że wzrok poprawi mu się na tyle, że będzie mógł znowu malować.
W lazarecie w Pasewalku czas płynął powoli, a wieści z frontu dochodziły tam z opóźnieniem. Hitler nie miał pojęcia, że 3 listopada zbuntowali się marynarze niemieckiej floty wojennej, którą admirałowie zamierzali wysłać do samobójczego ataku na Brytyjczyków, i że wynikła z buntu rebelia ogarnęła cały kraj. Gdy do szpitala dotarła wiadomość, że cesarz Wilhelm abdykował, a Niemcy podpisały zawieszenie broni, Hitler był w takim szoku, że na kilka dni znów przestał widzieć. Był to też punkt zwrotny w jego życiu. "Postanowiłem wówczas, że zostanę politykiem" - zapisał w Mein Kampf. Właśnie dlatego ten epizod jest tak interesujący. Czy to terapia w Pasewalku spowodowała zmiany w jego osobowości? Faktycznie wpłynęła na jego życiowe wybory?
Pytania o to, co faktycznie wydarzyło się w lazarecie, padały regularnie. Ludzie, którzy znali odpowiedź, dziwnym trafem ginęli.
Pułkownik Ferdinand von Bredow, na początku lat 30. szef Abwehry, niemieckiego wywiadu wojskowego, ściągnął akta chorobowe Hitlera z archiwum lazaretu do Berlina. Wiadomo, że czytał je generał Kurt von Schleicher, ostatni kanclerz Republiki Weimarskiej. Zbierał w ten sposób kompromitujące przywódcę NSDAP materiały, zapewne po to, by go nimi szantażować i zmusić do współpracy. Informacje o tym, że Hitler nie był podczas wojny bohaterem, na którego pozował, ale tchórzem, który załamał się pod ostrzałem, mogłyby go przecież strącić w niebyt.
Von Schleicher swojego planu nigdy nie zrealizował. Razem z von Bredowem został rozstrzelany 30 czerwca 1934 roku, podczas czystki, która przeszła do historii jako "noc długich noży". Niecały rok wcześniej samobójstwo popełnił nękany przez Gestapo profesor Forster. Przed śmiercią spotkał się w Paryżu z grupą niemieckich emigrantów zwalczających Hitlera. Przez trzy dni opowiadał im o jego psychopatii i zaburzeniach innych nazistowskich bonzów. - Dlaczego nie wyjawił pan prawdy o Hitlerze wcześniej? - pytali dysydenci. - Obowiązywała mnie tajemnica lekarska - usłyszeli w odpowiedzi. Przed powrotem do Niemiec Forster prosił ich, by nie wierzyli w informacje o jego samobójstwie. Tak jak się spodziewał, naziści wyrzucili go z pracy, prześladowali, a 11 września 1933 roku znaleziono go z przestrzeloną głową. W dłoniach trzymał pistolet.
Na podstawie rozmów Forstera z emigrantami we Francji i przekazanych im informacji Ernst Weiss, pochodzący z Austrii lekarz i pisarz, miał napisać powieść dyskredytującą Hitlera. Do pracy zabrał się jednak za późno. Gdy w czerwcu 1940 roku Wehrmacht zajął Paryż, książka była dopiero na etapie manuskryptu. Pisarz podciął sobie żyły.
Sam Kroner miał szczęście. Gdy w 1938 roku aresztowano go i zesłano do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, w jego sprawie interweniował islandzki konsul, z którym się przyjaźnił. Dzięki niemu lekarz wyszedł na wolność już po dziewięciu dniach, a następnie wyjechał do Rejkiawiku. Tam w 1943 roku odszukał go amerykański wywiad.
Koprofil - tak Hitlera zdiagnozowała jedna z amerykańskich psycholożek, którą Langer poprosił o ocenę zebranego materiału. OSS umożliwiła psychologowi błyskawiczny jak na tamte czasy transport na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady. Langer jeździł w tę i we w tę, nie tylko rozmawiając ze świadkami, ale też pytając kolegów po fachu o radę. Psycholożka, która oceniała seksualność Hitlera, nie wiedziała o nim praktycznie nic, ale w swojej praktyce miała pacjenta zachowującego się podobnie jak on. Przyjemność seksualną czerpał z kontaktu z ludzkimi ekskrementami. Langer wziął sobie tę sugestię do serca.
W indeksie Księgi źródeł hasło "seksualność" zajmuje trzy czwarte strony. Langer podzielił je na podkategorie. W słupku wypisał: sadyzm, perwersje, pornografię, homoseksualizm, masturbację, nudyzm, syfilis, impotencję. Każdej kategorii odpowiadał co najmniej jeden passus w księdze. W sumie zebrał ponad 60 pozycji.
Księga źródeł powstała jednak na podstawie zeznań, których nie można było w żaden sposób zweryfikować, anegdot, publikacji autorów, którzy do Hitlera czuli nienawiść i dawali tym emocjom upust, pisząc książki, następnie gromadzone w nowojorskiej bibliotece publicznej. O Hitlerze w Niemczech oraz poza nimi opowiadano zresztą niestworzone rzeczy, zwłaszcza gdy chodziło o jego intymne sprawy. Przeciwnicy Hitlera - co można jakoś zrozumieć - rozsiewali najbardziej obraźliwe teorie, by go w ten sposób dyskredytować. W walce o władzę w Niemczech nieczysto grali wszyscy.
Langer nie zwracał na to uwagi? A może nie miał wyjścia? Relacje z drugiej ręki, plotki, wspomnienia nienawidzących Hitlera uciekinierów były jedynym materiałem, na jakim mógł oprzeć swoją analizę osobowości Hitlera.
Relacje w zasadzie się wykluczały. Był całkowicie homoseksualny - twierdził Hermann Rauschning, dawny prezydent senatu Wolnego Miasta Gdańska z ramienia NSDAP, który w 1934 roku zerwał z nazistami, a w 1940 roku dotarł do USA. Langerowi opowiadał o swojej rozmowie z Albertem Forsterem, gdańskim przywódcą NSDAP, który miał współczuć Hitlerowi, bo "nigdy się nie dowie, jak to miło jest mieć kobietę". Z tych słów Rauschning wywnioskował, że Hitler preferował mężczyzn. A przecież - jak mówił - podczas pierwszej wojny światowej Hitler miał stanąć przed sądem polowym za homoseksualne kontakty z oficerami. Groziło mu kilka lat więzienia. Do tego dochodziły informacje, że esesmani będący przyboczną gwardią Hitlera to przystojni, czyści rasowo mężczyźni. Że Röhm, Hess i inni paladyni Trzeciej Rzeszy utrzymywali z Hitlerem homoseksualne kontakty.
Martha Dodd, córka przedwojennego ambasadora USA w Berlinie Williama E. Dodda (była też sowieckim szpiegiem), we wspomnieniach pisała, że wśród akredytowanych w Berlinie dyplomatów krążyły nazwiska zarówno kobiet, jak i mężczyzn, z którymi Hitlera mogło coś łączyć. Zmieniały się jednak one co kilka dni.
W wydanej w 1939 roku w Wielkiej Brytanii demaskatorskiej książce Hansjürgena Koehlera (to pseudonim, jaki przyjął Walter Korodi, członek NSDAP i SA, który po "nocy długich noży" zbiegł z Trzeciej Rzeszy) Wewnątrz Gestapo. Cień Hitlera nad światem Langer znalazł jednak zapewnienia, że Hitler homoseksualistą nie jest. "Wszystkie plotki w tej sprawie bazują na tym, że nie można udowodnić, że ma normalne związki z kobietami" - pisał Koehler, sugerując, że Führer cierpiał na jakieś niezdiagnozowane zaburzenia. Z innej wydanej przed wybuchem wojny książki o Hitlerze wynikało, że pożądanie uważał za słabość. Albo że był tak pochłonięty polityką, że wyparł wszelkie seksualne potrzeby.
Autorzy kolejnych publikacji upierali się, że Hitler namiętnie oglądał pornografię, masturbował się, że podniecały go rozbierające się na scenie i na prywatnych pokazach striptizerki oraz bawarskie wieśniaczki, które podglądał, jak schylają się podczas pracy. Że kazał sobie ściągać z obozów koncentracyjnych filmy ze scenami katowania więźniów, które później pochłaniał. Strasser ze szczegółami opisywał romans Hitlera z Geli Raubal, młodszą od niego o 19 lat uroczą córką jego przyrodniej siostry. Miał ją zmuszać, by stawała nad nim nago i oddawała na niego mocz. We wrześniu 1931 roku w monachijskim mieszkaniu Hitlera znaleziono ciało Geli. W ręce miała jego pistolet. Dla Strassera było jasne, że zabiła się, bo nie chciała spełniać perwersyjnych zachcianek przywódcy NSDAP. A może to Hitler, chorobliwie zazdrosny o dziewczynę, ją zabił? W Niemczech plotkowano, że zwykle samobójczynie sięgają po truciznę, a nie przystawiają sobie do serca pistolet.
Langer zanotował też opowieść o kontaktach Hitlera z jedną z gwiazd filmowych. Miał położyć się przed nią na podłodze i prosić, by go kopała. Z kolei Ernst Hanfstaengl charakteryzował Hitlera jako sadystę o homoseksualnych inklinacjach. Uważał go za narcyza, który do tego cierpiał na kompleks Edypa.
Ten pogląd w zasadzie podzielał Langer. W raporcie uznał Hitlera za homoseksualistę i koprofila, który jest do tego impotentem. Przyczyn doszukiwał się w jego trudnym dzieciństwie. Regularne, brutalne bicie przez ojca tyrana miało odcisnąć na psychice Hitlera wyraźne piętno.
Dlaczego amerykański psycholog tak bardzo interesował się życiem seksualnym dyktatora? Bo we freudowskiej psychoanalizie seksualność była kluczem do poznania osobowości badanego człowieka. Perwersje, seksualne frustracje, nieuświadomione pragnienia miały wpływać na decyzje danej osoby. Właśnie dlatego Langer poszedł śladem plotek o brakującym jądrze Hitlera. Opowieści kwestionujące jego męskość miały go ośmieszać. Motyw ten był powszechny. Jądra Hitlera w piosenkach wyśmiewali nawet brytyjscy żołnierze. Ale gdyby się okazało, że w plotkach jest ziarno prawdy...
Okaleczenie czy deformacja narządów płciowych pozostawiały przecież ślad w psychice. Mogły prowadzić do bezpłodności, być źródłem impotencji, którą Hitlerowi przypisywał Langer, rodzić frustrację, nienawiść do ludzi, do świata. Tak, jądra Hitlera mogły być kluczem do zrozumienia jego zachowania. Tyle że rozmówcy Langera, nawet nienawidzący Führera Strasser, na ten temat milczeli.
Tymczasem w pewnym archiwum w Monachium spoczywała gruba księga zawierająca dokumenty, które rzucały nowe światło na zawartość moszny przywódcy Trzeciej Rzeszy.
O ich istnieniu agenci OSS nie mieli pojęcia, a nawet gdyby o nich wiedzieli, nie byli w stanie do nich dotrzeć. Nad wszelkimi archiwaliami dotyczącymi przeszłości Führera pieczę sprawowało Gestapo.
"Prawostronny kryptorchizm" - zapisał drżącą ręką w aktach chorobowych doktor Josef Brinsteiner, lekarz, który chwilę wcześniej przebadał Adolfa Hitlera. Kryptorchizm to inaczej wnętrostwo, zaburzenie rozwojowe polegające na tym, że jedno z jąder nie zstępuje do moszny i pozostaje w jamie brzusznej albo kanale pachwinowym. Powoduje bezpłodność, może prowadzić do zmian nowotworowych. Lekarz zajmujący się Hitlerem miał jednak inne problemy na głowie niż brakujące jądro.
Był 12 listopada 1923 roku. Hitler siedział w gabinecie Brinsteinera w więzieniu w Landsbergu nad rzeką Lech, kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Monachium. Za drzwiami czekał strażnik, a Brinsteiner zastanawiał się, jak przemówić Hitlerowi do rozsądku. Nowego więźnia ostatniej nocy przywiozła policyjna karetka. Od momentu, gdy przekroczył więzienną bramę, przypominającą obstawiony basztami wjazd na zamek, Hitler odmawiał zjedzenia czegokolwiek.
- Proszę dobrze to przemyśleć - radził doktor Josef Brinsteiner przejęty tym, co wygadywał jego najnowszy pacjent. - Jeśli odmówi pan jedzenia, będą karmić siłą. A to nie jest przyjemne - przestrzegał. Jeżeli więzień prowadził strajk głodowy, bawarska służba więzienna - dla jego dobra, by nie dopuścić do zgonu - wkładała mu do ust lub nosa półmetrową rurkę, przez którą bezpośrednio do żołądka wlewano pokarm. Naturalnie więzień był wówczas przywiązywany do krzesła. Gdy odmawiał współpracy, między szczęki wpychano mu drewniany kołek. A już samo wprowadzenie rurki do przełyku sprawiało ból. - Proszę się zastanowić - powtarzał lekarz. Adolf Hitler nie zamierzał jednak ustępować. Brinsteiner był naprawdę zaniepokojony.
Lekarz nosił wysoki stopień nadradcy medycznego i szykował się do przejścia na emeryturę. Mieszkańców niespełna 9-tysięcznego Landsbergu leczył od blisko 20 lat. Jednocześnie prowadził badania nad bąblowcami - pasożytami układu pokarmowego, które czasami atakowały też ludzi. Z tej dziedziny się doktoryzował. Jego nazwisko znajduje się w przypisach kilku podręczników weterynarii.
W landsberskim więzieniu, gdzie pracował od 1911 roku, mówiono o nim "medyczny mufti". W jego murach Brinsteiner widział wiele: zarówno pospolitych kryminalistów, jak i przestępców politycznych, czyli więźniów z kategorii, do jakiej zaliczono Hitlera. Mimo to jakoś było mu żal roztrzęsionego człowieka. Czuł wobec niego to samo, co 16 lat wcześniej w Linzu doktor Bloch.
"Przygotowanie puczu, który wielokrotnie oceniano jako głupotę i szaleństwo, łatwo można przypisać zaburzeniom psychicznym Hitlera. Ale gdy o tym, co nim powodowało, słyszy się od niego samego, dochodzi się do wniosku, iż był on panem swojej woli, a jego psychika nie była chora" - pisał później lekarz w opinii przeznaczonej dla sądu, przed którym miał stanąć przywódca NSDAP.
Brinsteiner zastrzegał, że nie chce mieszać się w politykę. W przygotowanym na potrzeby procesu dokumencie kreślił jednak wizerunek szlachetnego polityka, który nie zwariował, lecz tylko się pogubił.
Wieczorem 8 listopada Hitler tryskał energią i optymizmem. Tuż po godzinie 18 wparował do Bürgerbräukeller, wielkiej piwiarni na prawym brzegu Izery, kilometr od Marienplatz, głównego placu Monachium. Miał na sobie mundur NSDAP, na piersi wisiał Krzyż Żelazny pierwszej klasy. Gdy pod piwiarnię podjechała ciężarówka pełna umundurowanych członków jego partii, Hitler na progu chwycił za kufel piwa, wypił parę łyków, po czym odłożywszy go na stół, teatralnym gestem odepchnął od siebie. Chwilę później przedzierał się z pistoletem w dłoni przez środek zatłoczonej sali. By znajdujące się w piwiarni 3 tysiące osób zwróciły na niego uwagę, wystrzelił w powietrze. - Ogłaszam narodową rewolucję! Rząd Bawarii i Rzeszy zostają odwołane! - krzyczał, maszerując ku mównicy znajdującej się na końcu sali. Za nim kroczył oddział nazistowskich bojówkarzy. Gdy ktoś próbował stawać im na drodze, sięgali po pałki. Pod mównicą rozstawili ciężki karabin maszynowy.
Sala była pełna, bo ludzie przyszli posłuchać generalnego komisarza państwa Gustava von Kahra, który rządził Bawarią, od kiedy we wrześniu wprowadzono stan wyjątkowy. Z okazji zbliżającej się piątej rocznicy zakończenia Wielkiej Wojny i upokorzenia Niemiec von Kahr miał mówić o swoich politycznych planach. W 1923 roku republika w Niemczech rozpadała się na oczach swoich obywateli. Szalała hiperinflacja, pieniądze traciły wartość z godziny na godzinę. W Nadrenii do głosu dochodzili wspierani przez Francję separatyści, w Saksonii i Turyngii powstały rady robotnicze według sowieckich wzorców. W Bawarii zaś okopali się zwolennicy powrotu do starych porządków. Właśnie spośród nich wywodził się komisarz von Kahr, który gardził Republiką Weimarską i snuł plany przewrotu razem z Ottonem von Lossowem, dowódcą Reichswehry w Bawarii, oraz Hansem von Seisserem, szefem bawarskiej policji. Ten bawarski triumwirat liczył na wsparcie wojska, ochotników freikorpsu Oberland, który dwa lata wcześniej walczył z Polakami o Górny Śląsk, a także członków NSDAP. Właśnie dlatego von Kahr tolerował partię Hitlera - mimo coraz mocniejszych nacisków z Berlina, by zrobić z nią porządek.
Hitler nie zamierzał dać się wykorzystać. Postanowił obalić narzucone przez traktat wersalski porządki na własną rękę, a sławę zgarnąć dla siebie.
Von Kahrowi nie pozwolił dojść do słowa. Z pistoletem w dłoni zagnał go razem z von Lossowem i von Seisserem do pokoiku za sceną. Próbował tam wymusić poparcie. Blefował, że piwiarnię otoczyło 600 ciężko uzbrojonych ludzi, że bojówkarze zajęli koszary w Monachium, że u jego boku stoją bawarska policja i wojsko. Tyle że więźniowie wiedzieli, że to nieprawda. Mimo to Hitler nie zamierzał rezygnować - liczył na entuzjazm mas. Jednak nawet zgromadzeni w sali Bürgerbräukeller tracili zapał, mimo że przed północą do Hitlera dołączył generał Erich Ludendorff, jeden z najważniejszych niemieckich dowódców z czasów Wielkiej Wojny i jego stronnik. - Jeśli jutro nie wygram, będę martwy - zapowiedział Hitler.
Rankiem naziści w kilkutysięcznym pochodzie, wraz z Ludendorffem, ruszyli w kierunku śródmieścia. Szli w 16-osobowych szeregach, trzymając się za ramiona i śpiewając Wacht am Rhein. Na Odeonplatz, pod Feldherrnhalle, monumentalnym pomnikiem wystawionym wybitnym bawarskim dowódcom wojskowym, na ich drodze stanął liczący 130 osób oddział policji wyposażony w karabiny maszynowe. Policjanci mieli zatrzymać kolumnę za wszelką cenę. Pierwsze strzały padły tuż przed godziną 13.
Jako jeden z pierwszy na bruk upadł Max von Scheubner-Richter, kajzerowski dyplomata, wówczas pierwszoplanowa postać NSDAP. Pociągnął za sobą Hitlera, na którego runął jego ochroniarz Ulrich Graf, trafiony 11 kulami. Zginęło 15 puczystów, czterech policjantów i ciekawski kelner, który wyszedł z kawiarni zobaczyć, co się dzieje.
Z uszkodzonym barkiem Hitler wyczołgał się z placu, dotarł do sanitarki i kazał się wieźć do odległego o 60 kilometrów miasteczka Uffing, gdzie zaszył się w domu Ernsta Hanfstaengla. Żona gospodarza, Helena, wyjęła z ręki Hitlera broń, którą dzień wcześniej wygrażał von Kahrowi, ogłaszając, że w razie niepowodzenia puczu ostatnią kulę przeznaczy dla siebie. Lekarz SA Karl Gebhardt przybył opatrzyć ramię Hitlera. Stwierdził - jak okazało się później, błędnie - zwykłe skręcenie. W rzeczywistości ramię wypadło ze stawu, trzeba je było nastawić. Załamany Hitler czekał na aresztowanie i histeryzował. Gdy 11 listopada przyszli po niego policjanci, zastali go w białej piżamie z przypiętym Żelaznym Krzyżem.
W takim też odzieniu w swoim więziennym gabinecie oglądał go doktor Brinsteiner. Pacjenta opisał jako "zdrowego i silnego", ale dotyczyło to ciała, a nie psychiki. Lekarz był przekonany, że skoro Hitlera oszczędziły policyjne kule i zabrakło mu determinacji, by strzelić sobie samemu w głowę, zamierza zagłodzić się na śmierć. Zdiagnozował u niego "bardzo bolesną traumatyczną neurozę". Podobnie ocenił go więzienny psychiatra.
Brinsteiner długo przekonywał, że strajk głodowy to złe wyjście. Na początku bez efektów. W ciągu kilku dni pobytu w więziennych murach Hitler schudł aż 5 kilo, do 68 kilogramów. Po przymusowe dożywianie nie trzeba jednak było sięgać.
Brinsteiner najpierw próbował dokarmiać więźnia sam. Podczas rozmów z Hitlerem stawiał na stole w swoim gabinecie miskę ryżu. Hitler nie zostawiał ziarenka. Po dziesięciu dniach przywódca NSDAP poszedł po rozum do głowy i zaczął normalnie się odżywiać. Szybko wrócił do dawnej wagi. W więzieniu nie było mu źle - w ciągu roku przytył 10 kilogramów.
Za zorganizowanie puczu w kwietniu 1924 roku skazano go na pięć lat "Festunghaft", więzienia w twierdzy. W niemieckim kodeksie karnym była to kara honorowa, skazani nie podlegali zwykłym więziennym rygorom. Życie Hitlera i współpracowników, którzy również odbywali karę w Landsbergu, przypominało działalność dżentelmeńskiego klubu. A po roku, miesiącu i 19 dniach wyszedł na wolność.
Jeszcze w więzieniu, na ofiarowanej przez jednego ze zwolenników maszynie do pisania marki Remington, pod dyktando Hitlera Rudolf Hess spisał Mein Kampf. O depresji, histerii i próbie zagłodzenia się na śmierć w książce nie wspominał. Już po przejęciu przez nazistów władzy propaganda przedstawiała pobyt Hitlera w Landsbergu jako pasmo cierpień i upokorzeń.
8 stycznia 1924 roku Brinsteiner zaczął pisać opinię o Hitlerze dla sądu. Z jego pacjentem wszystko było już w porządku. Dokument spisany odręcznym i chwiejnym - pewnie z powodu podeszłego wieku doktora - pismem był w zasadzie laurką. Brinsteiner stwierdzał, że Hitler jest przepełniony myślami o wielkich, zjednoczonych Niemczech, że ma ogromny temperament, że jest wspaniałym mówcą o nieprzeciętnej wiedzy i politycznych talentach. Od polityki Brinsteiner trzymał się z daleka, ale jako człowiek, który całe życie przepracował w służbie cywilnej - na dodatek w więzieniu, gdzie dochrapał się wysokiego stanowiska - nie czekał na bolszewicką rewolucję, lecz na powrót starych porządków. Albo przynajmniej na koniec chaosu, który ogarnął Niemcy po pierwszej wojnie światowej. Z Hitlerem, który chciał podnieść Niemcy z kolan, miał więc o czym rozmawiać.
Skąd jednak w dokumentach wziął się zapis o kryptorchizmie Hitlera? I jak to możliwe, by brak jądra w mosznie przegapił doktor Bloch? Wnętrostwo diagnozuje się przecież u małych dzieci, właściwie u niemowląt. Poza tym żaden z lekarzy, którzy badali Hitlera później, nie odnotował defektu. Kto się pomylił? Na to pytanie nie da się dziś odpowiedzieć.
Ostatnie poprawki do rękopisu raportu o Hitlerze Langer naniósł dokładnie godzinę przed odjazdem pociągu relacji Boston - Waszyngton, dzień przed wyznaczonym przez Donovana terminem. Był listopad 1943 roku. Zalecenia szefa OSS psycholog wypełnił co do joty. Nie zajmował się wyłącznie badaniem życia seksualnego Hitlera. Opisał, jak Führer postrzega sam siebie i jak widzą go Niemcy. Próbował przewidzieć, co zrobi w przyszłości.
Odpowiedź na to ostatnie pytanie dotyczyła w zasadzie tego, jak Hitler zachowa się, gdy dotrze do niego, że przegrał. Jesienią 1943 roku stało się jasne, że klęska Trzeciej Rzeszy jest kwestią czasu. Langer był jednak przekonany, że Hitler aliantom się nie podda.
"Jego najmocniejszym punktem jest wiara we własną misję. Oglądamy spektakl człowieka, którego przekonania są tak silne, że poświęci się on dla sprawy i przekona innych, by poszli za nim" - pisał psycholog. Hitler był jego zdaniem przeświadczony, że to Opatrzność wybrała go, by stanął na czele Niemiec i zrealizował jej plan. Mówił o tym w przemówieniach i prywatnych rozmowach. Podkreślał swoją wielkość, niezłomność, nieomylność, mówił o swoim politycznym i wojskowym geniuszu, dzięki któremu prowadził Niemcy ku świetlanej przyszłości. - Czy zdaje pan sobie sprawę, że rozmawia z największym Niemcem wszech czasów? - pytał wezwanego w lutym 1938 roku do Berghofu austriackiego kanclerza Kurta Schuschnigga, który próbował obronić swój kraj przed anszlusem.
Reakcje Niemców, których Hitler z łatwością uwodził, tylko utwierdzały go w tym przekonaniu. Wertując korespondencje "Newsweeka", Langer odkrył, że podczas przemówień Führera kobiety mdlały z emocji. Dorothy Thompson, która w 1931 roku przeprowadziła z Hitlerem wywiad, a trzy lata później jako pierwsza amerykańska dziennikarka została wydalona z Trzeciej Rzeszy za pisanie nieprzychylnych wobec nowej władzy tekstów, pisała, że Niemcy w Führerze widzą boga.
Dlatego Langer wykluczał, żeby Hitler w obliczu klęski mógł uciec do jakiegoś neutralnego kraju jak cesarz Wilhelm II, który w 1918 roku zbiegł do Holandii, czy po prostu się aliantom poddać. To zadałoby druzgocący cios jego legendzie. Hitler, jak pisał Langer, musiał być tego świadomy.
Psycholog skłaniał się ku temu, że Hitler wybierze taki sposób zakończenia wojny i życia, który jego legendę wzmocni. Albo poprowadzi ostatnie pozostałe mu oddziały do samobójczej szarży (z punktu widzenia aliantów byłby to najgorszy scenariusz, bo rozpaliłby w Niemcach fanatyzm), albo odbierze sobie życie. Tę drugą opcję psycholog uznał za najbardziej prawdopodobną. "Możemy sobie wyobrazić, że zainscenizuje najbardziej dramatyczną i efektywną (pod względem propagandowym) śmierć, jaka będzie możliwa. Potrafił jednoczyć wokół siebie ludzi, więc skoro nie będzie w stanie robić tego, żyjąc, uczyni wszystko, by jednoczyć ich po śmierci" - przewidywał. Langer nie wykluczał, że na rozkaz przywódcy Rzeszy samobójstwa popełnią inni fanatycy. Już w 1938 roku Hitler miał powiedzieć, że w godzinie największego zagrożenia musi poświęcić się dla narodu, a rok 1918 nie może się powtórzyć. Jeśli Niemcy upadną, to pociągną za sobą świat.
Langer spodziewał się, że Hitler w obliczu nadciągającej katastrofy będzie zachowywał się coraz bardziej neurotycznie. Klęski zachwieją jego wizerunkiem genialnego przywódcy, wytrącony z równowagi będzie coraz częściej wybuchał wściekłością. Według Langera w miarę upływu czasu coraz bardziej prawdopodobny będzie spisek współpracowników czy wojskowych. Widząc tego rodzaju zagrożenie, Hitler przykręci śrubę, jego rządy przybiorą jeszcze bardziej brutalny i bezwzględny charakter. Jednocześnie będzie coraz rzadziej występował przed narodem, a na skraju załamania nerwowego zaszyje się w Berghofie. "Wśród pokrytych śniegiem szczytów będzie czekał na swój "wewnętrzny głos", by nim pokierował. Zamknie się w tym symbolicznym łonie i rzuci światu wyzwanie, by go dopadł. Stan jego psychiki będzie się pogarszał" - prognozował Langer. Jego zdaniem Hitler będzie tam walczył do końca, krocząc drogą do nieśmiertelności.
Psycholog niewiele się pomylił. W Niemczech faktycznie nasilał się terror wobec własnych obywateli, a w miarę zbliżania się klęski Hitler podejmował coraz bardziej nieracjonalne decyzje. Spiskowcy z Wehrmachtu próbowali go zabić. Powstał plan wycofania się w Alpy Bawarskie i stworzenia tam fortecy, w której nazistowski reżim miał się bronić do ostatniego żołnierza. Göring, który w myśl testamentu Hitlera miał zostać jego następcą, właśnie tam się udał. Mimo namów najbliższych współpracowników Hitler odmówił jednak opuszczenia Berlina, zanim miasto otoczy Armia Czerwona. Zamknął się w bunkrze przy Kancelarii Rzeszy.
Amerykańskie i francuskie oddziały parły przez Bawarię, by nie dać Niemcom czasu na skonsolidowanie obrony w "alpejskiej twierdzy". Nie napotykały jednak większego oporu. Hitler - tak jak przewidział Langer - odebrał sobie życie. A po kapitulacji Rzeszy, również zgodnie z jego diagnozami, przez kraj przeszła fala samobójstw.
Jaki wpływ na alianckich polityków i wojskowych miało opracowanie Langera? W Waszyngtonie trafiło na biurka prominentnych dyplomatów i generałów. Wiadomo też, że OSS przesłało je Brytyjczykom. Lord Halifax, szef dyplomacji jego królewskiej mości, miał wyrażać się o raporcie z uznaniem. Ale większej roli analiza psychologiczna nie odegrała. Bo to, czy Hitler był koprofilem o homoseksualnym zacięciu, nie miało już znaczenia, w chwili gdy bombardowana i wzięta w kleszcze tysiącletnia Rzesza chyliła się ku upadkowi. Inna sprawa, że Langer przetarł szlaki. W pracy amerykańskiego wywiadu psychologiczne analizy stały się standardem.
Raport o Hitlerze z pieczątką "tajne" wylądował w archiwach OSS. Ale sprawa zdrowia Hitlera, jego perwersji, stanu narządów płciowych bynajmniej nie umarła.
Zaczęło się zaraz po wojnie. Wielu Niemców nie mogło zrozumieć, dlaczego uwielbiany Führer (popularny długo po wojnie), który podniósł kraj z kolan, doprowadził go do takiej katastrofy - łatwo było im uwierzyć, że Hitler był chory. Nieznane schorzenie pozbawiło go jasności umysłu, podejmował złe decyzje, nie widząc nadchodzącej klęski. W ten sposób Niemcy uciekali od trudnych pytań: o zbrodnie popełniane przez Trzecią Rzeszę i ich własną odpowiedzialność za nie. Chorobą Hitlera można było przykryć wiele. Wkrótce o jego stanie zdrowia zaczęły powstawać pierwsze publikacje. Dziś ich liczbę szacuje się na kilkanaście. Filmów o zdrowiu Hitlera powstało 300.
Raport Langera stał się głównym paliwem napędzającym badaczy zdrowia Hitlera. Psycholog pisał bowiem czarno na białym, że Führer był zboczeńcem.
Analizę Langera odtajniono w 1968 roku, cztery lata później wyszła drukiem pod tytułem The Mind of Adolf Hitler (Umysł Adolfa Hitlera). W 1976 roku w archiwach OSS odnalazła się notatka rezydentury wywiadu z Rejkiawiku z wyjaśnieniami doktora Kronera. Ją również odtajniono. Okazało się też, że rękopis książki o Hitlerze, którą na podstawie relacji profesora Forstera miał napisać w Paryżu Ernst Weiss, przetrwał wojnę. Wyszła drukiem jeszcze w latach 60. Wynikało z niej, że Forster, chcąc przywrócić Hitlerowi wzrok, zastosował wobec niego specjalną terapię. By uzdrowić pacjenta, poddał go hipnozie i wmówił mu, że jest nadczłowiekiem, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, że jest w stanie zmusić własne oczy, by na nowo zaczęły widzieć. Problem polegał na tym, że lekarz Hitlera z hipnozy nie wybudził... Z lazaretu w Pasewalku zahipnotyzowany Hitler ruszył do Monachium ratować Niemcy.
Te koncepcje zaczęły żyć własnym życiem. Były w stanie przetrwać konfrontację z faktami: z tym, że doktor Kroner koloryzował, że profesor Forster kłamał, bo w 1918 roku w szpitalach wojskowych nie stosowano hipnozy, lecz elektrowstrząsy, i że oszalał, bo po objęciu przez Hitlera władzy wypowiedział nazistom bezsensowną prywatną wojnę i bardzo chciał zostać ich ofiarą.
Przedstawianie Hitlera jako zboczeńca czy wariata pasowało do tezy, że Niemcy dały się uwieść szarlatanowi o spaczonym umyśle.
W 2010 roku w jednym z domów aukcyjnych odnalazła się teczka Hitlera z więzienia w Landsbergu. Zbiór dokumentów udało się przejąć władzom Bawarii, przeanalizowali go historycy. Gdy w 2015 roku wydano ich dzieło, a świat dowiedział się, że doktor Brinsteiner zdiagnozował u Hitlera kryptorchizm, plotkarsko-spiskowa maszyna ruszyła na nowo.
Brytyjskie tabloidy drukowały nawet artykuły o rzekomych deformacjach narządów płciowych Hitlera. Z krzykliwym tytułem. Bez żadnych dowodów. Na początku 2020 roku hasło "jądra Hitlera" dawało w Google prawie milion wyników.
W niniejszej książce tą kwestią nie będę się jednak zajmować. Przeczytacie natomiast opowieść o lekarzach z najbliższego otoczenia Hitlera, którzy nie tylko dbali o jego pogarszające się zdrowie, ale też zaangażowali się w popełniane przez Trzecią Rzeszę zbrodnie.
[...]
Redakcja: Jacek Świąder
Korekta: Danuta Sabała
Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter
Opracowanie graficzne: Maciej Trzebiecki
Konsultacja medyczna: Wojciech Moskal
Fotoedycja: Rafał Szczepankowski
Przygotowanie zdjęć do druku: Łukasz Irzyk
Redaktor prowadząca: Karolina Mikulicz
Zdjęcia: okładka: BE&W; środek (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Archiwum: s. 529 (dół), s. 533 (dół), s. 534 (góra po lewej i dół), s. 535 (góra po lewej i dół); BE&W: s. 529 (góra), s. 532 (góra), s. 534 (góra po prawej), s. 535 (góra po prawej i dół), s. 538 (góra); Bundesarchiv: s. 536 (dół), s. 537 (dół); East News: s. 539 (dół), s. 541 (góra); Forum: s. 530 (góra); Getty Images: s. 530 (dół), s. 531 (góra), s. 531 (dół) Hugo Jaeger/The LIFE Picture Collection, s. 532 (dół) Heinrich Hoffmann, s. 533 (góra) Erich Engel, s. 536 (góra), s. 537 (góra), s. 538 (dół), 539 (góra), 540; PAP: s. 541 (dół).
Wydawca oświadcza, że pomimo podjętych starań nie udało mu się ustalić wszystkich osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce. Prosimy w razie czego o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00).
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
Copyright ? Agora SA, 2021
Copyright ? Bartosz T. Wieliński, 2021
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2021
ISBN: 978-83-268-3444-8
Książka ukazała się dzięki stypendium dziennikarskiemu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej